W imię „Solidarności”: jedni przeciw drugim

Coraz trudniej dziś uwierzyć w robotniczą genezę pierwszej „Solidarności”. Jeszcze trudniej postrzegać ją jako ruch społeczny o charakterze lewicowym. Interpretacje i wyobrażenia na jej temat zostały przejęte przez różne nurty prawicy, z których większość ukształtowała się jeszcze na pograniczu PRL i III RP i zawiera wiele komponentów mistyfikujących charakter ruchu. Tym cenniejszym wydarzeniem jest pierwsze polskie wydanie „Walki klas w bezklasowej Polsce”, pióra Sławomira Magali. Książka przywraca „Solidarność” lewicy demokratycznej i niepodległościowej, a zarazem stanowi znakomitą odtrutkę na postkomunistyczne mity związane z PRL, mocno zakorzenione nawet w głowach młodszych pokoleń lewicowców. I choć dla wielu będzie to kontrowersyjne, „Solidarność” – na przekór znanemu powiedzeniu Jana Pawła II – była z konieczności także ruchem jednych przeciw drugim, walką zainicjowaną przez klasę robotniczą przeciw właścicielom państwa, pracy, kapitału i zorganizowanej przemocy w realiach PRL.

Rozprawa ukazała się pierwotnie w Stanach Zjednoczonych w 1982 r. Opublikowało ją lewicowe wydawnictwo z Bostonu – South End Press. W listopadzie 1981 r. ostatni z rozdziałów dotarł do wydawców. Magala zdecydował się na pseudonim Stanisław Starski. Na przekazanie posłowia umówił się z Amerykanami na styczeń 1982 r. Ale wtedy trwała już tutaj wojna polsko-jaruzelska. Jak wspomina autor: w stanie wojennym SB usiłowało mnie internować, więc się ukryłem, co utrudniało komunikację ze światem zewnętrznym.

W tej sytuacji wydawcy zdecydowali się opatrzyć książkę własnym wstępem i rozdziałem podsumowującym. Dość krótki tekst wprowadzający to interesujące spojrzenie na „Solidarność”, Związek Radziecki, Europę Środkowo-Wschodnią, Stany Zjednoczone i Amerykę Południową oczami amerykańskiego lewicowca. Bardzo to niewygodna publikacja także dla współczesnych polskich miłośników neokonserwatyzmu. Michael Albert, autor wstępu, tak pisał: wśród ludzi, którzy uważają, że wydarzenia w Polsce mają głębokie znaczenie, są przede wszystkim ci, których możemy zbiorczo określić jako »obóz Reagana«. […] Głosząc solidarność z narodem polskim, oburzeni niesprawiedliwością w każdej postaci, ludzie ci niewiele czynią, by ujawnić Amerykanom prawdziwe motywy działań polskich robotników. Ich »poparcie« jest nieszczere, niepełne i opiera się na niewłaściwych motywach. Weźmy przemysłowca, który współczuje ciężkiemu losowi polskich hutników, a sam nie waha się zwalniać amerykańskich robotników lub przymuszać tych, którzy zachowali pracę, do zaakceptowania niższych stawek i świadczeń […]. Jest gotowy wezwać policję, aresztować władze związkowe i rozbić związki, jeśli pracownicy będą stawiali opór. Także twórcom wyobrażeń społecznych zostaje udzielona reprymenda: »bezstronny, obiektywny« dziennikarz, który z entuzjazmem rozpisuje się o »płomieniach wolności« w Gdańsku […] nie ma czasu, by zwrócić uwagę na nieprzestrzeganie praw pracownika i człowieka w całej Ameryce Łacińskiej, i wychwala cnoty politycznych zbirów, którzy stosują najbardziej represyjną politykę, jaką można sobie tylko wyobrazić, jeśli taka polityka leży w naszym »narodowym interesie«. […] Mamy nadzieję, że czytelnicy dostrzegą analogię […] między polskimi górnikami na Śląsku a amerykańskimi górnikami w Appalachach, pomiędzy Polakami jako narodem usiłującym wyswobodzić się z sowieckiej dominacji a Salwadorczykami starającymi się wyswobodzić z dominacji amerykańskiej. Tylko tych kilka uwag pozwala lepiej zrozumieć fenomen późniejszych losów Polski, która już w latach 90. przeszła pod dyktat transnarodowych instytucji finansowych i neoliberalnej doktryny, promieniującej w znacznej mierze ze Stanów Zjednoczonych.

Wróćmy do „Walki klas w bezklasowej Polsce”. Magala określił swą pracę mianem „zaangażowanego stadium”, ukazującego powstawanie świadomości klasowej polskiej klasy robotniczej, „klasy dla siebie” – w zgodzie z Karolem Marksem, a przeciw marksizmowi jako frazeologii klasy panującej w PRL. Klucz do zrozumienia historii polskiego społeczeństwa po 1945 r. stanowi ta właśnie sprzeczność między rzeczywistością skrajnie zideologizowaną i zmonopolizowaną przez formalnie egalitarną doktrynę a jej antyrównościową praxis. Magala tak oddaje konstrukcję ówczesnej Polski: scentralizowana gospodarka […] była prawie zupełnie uzależniona od kaprysów biurokratycznych decydentów. Uczestnictwo w życiu politycznym ograniczało się do kluczowych kręgów partyjnych i państwowych, podczas gdy ogromna machina propagandowa i równie rozbudowana służba bezpieczeństwa dbały o oznaki aprobaty oraz zapewniały całkowity monopol inicjatywy politycznej rządzącej elicie.

Tu właśnie widzimy najwyraźniejszy motyw krytyki PRL z pozycji lewicowych: fundamentalną niesprawiedliwość i faktyczną, cynicznie i pragmatycznie podtrzymywaną nierówność w obrębie ustroju deklaratywnie roszczącego sobie prawo do ideału równości i sprawiedliwości społecznej. Polska okresu „realnego socjalizmu” nie była tylko nieudanym, nieefektywnym projektem paternalistycznym. Była państwem klasy panującej. Podobnie zachodnie państwa sprzed wielkich zmian, które wprowadziły m.in. tamtejsze socjaldemokracje, były przede wszystkim zorganizowane w imię interesów klas panujących – tyle że tam byli nimi prywatni posiadacze środków produkcji.

Magala ukazuje m.in. teoretyczne podstawy interpretacji „Solidarności” jako przejawu walki klasowej. Wychodzi od roku 1956 i zauważa, że wówczas marksowskie analizy były jeszcze niemal w całości uzależnione od ideologów partyjnych, a rewizjonizm, reprezentowany m.in. przez Leszka Kołakowskiego i Adama Schaffa, znajdował się dopiero w powijakach. Wskazuje także na problematyczność prób znalezienia marksistowskiego klucza do nowej historycznie sytuacji, podając przykład Milovana Dżilasa, który w 1979 r. przyznał, że niesłusznie określał socjalizm państwowy jako system kapitalizmu państwowego – żadne elementy kapitalizmu nie mogły się zrodzić w upaństwowionej strukturze, w której polityczna sfera wpływów i znajomości osób dysponujących takimi wpływami określają większość działań i opcji, a prawa ekonomiczne gospodarki kapitalistycznej nie mają zastosowania.

Z czasem przyszły próby zrozumienia sytuacji PRL w obrębie „wyzwolonego” marksizmu, czyli „List otwarty do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Był to jednak dokument po pierwsze nazbyt hermetyczny, po drugie klasa robotnicza była jeszcze zbyt nieświadoma struktury klasowej w Polsce, by na nie zareagować.

Czy to znaczy, że opis wydarzeń konstytuujących „Solidarność” odbywa się całkowicie poza logiką walki klas? Nie. Zdarzyło się coś innego: marksizm stał się szkołą politycznego myślenia, w której zgodnie z filozofem z Trewiru postulaty ekonomiczne stanowią podłoże walki politycznej. Choć „Solidarność” jawiła się samej sobie i światu jako „samoograniczająca się rewolucja”, to przecież jej spór z klasą panującą był fundamentalny. Niezależny związek zawodowy nie tyle wymuszał korektę systemu, co godził w same zasady PRL, które przyznawały PZPR nadzór właścicielski nad całą upaństwowioną rzeczywistością. Wolność dla „Solidarności” oznaczała klęskę ustroju, a nie jedynie przegraną potyczkę. Marksizm klasy rządzącej miał kamuflować jej antymarksistowskie nastawienie, czyli zamazywanie faktycznych celów i środków walki klasowej (stąd choćby „oficjalne związki zawodowe” jako lokaj władzy). Z kolei klasa robotnicza wykorzystała marksistowską inspirację pozbawioną marksistowskiej retoryki, by wyrazić żądania i zapewnić ich spełnienie. Na bramie Stoczni Gdańskiej znalazł się nie tylko portret papieża Polaka, ale także hasło „Proletariusze wszystkich zakładów, łączcie się”. Zdaniem Magali parafraza hasła zawłaszczonego przez internacjonalizm w służbie Związku Radzieckiego jest najlepszym dowodem na wkład polskich robotników w budowanie prawdziwie uspołecznionego społeczeństwa socjalistycznego.

W najbardziej rozbudowanej, pierwszej części pracy, zatytułowanej „Historia bezklasowości w Polsce”, Magala daje nam wgląd w kolejne etapy formowania się rzeczywistości PRL. Warto zaznaczyć, że ten rozdział opiera się w znacznej mierze na licznych dokumentach autorstwa zarówno strony partyjnej, jak i solidarnościowej. I tak autor kreśli obraz rozbudowy systemu (choćby za sprawą aparatu represji), jak również wzlotów i upadków konstytuującej się jako autonomiczna i samoświadoma klasy robotniczej, czego katalizatorami były wydarzenia lat 1956, 1968, 1970 i 1976. Interesujące jest zobaczyć, w jaki sposób zarówno elita władzy, dysponująca od pewnego momentu także znacznymi przywilejami konsumpcyjnymi, jak i masy oraz inteligencja odwołują się do tego samego katalogu wartości, kojarzonych z lewicą. Każde zderzenie klasy uprzywilejowanej z grupami społecznie podporządkowanymi i eksploatowanymi odbywa się wśród wołania o socjalizm. Ale każda ze stron konfliktu odwołuje się do zdecydowanie innych jego interpretacji. I wreszcie przychodzi sierpień 1980 r. – czas przełomu i przesilenia.

Jeden z najbardziej uderzających opisów zawartych w książce wiąże się z wydarzeniami w Radomiu w 1976 r. Żony/matki/córki robotników chciały wówczas rozmawiać z funkcjonariuszami partii i zdesperowane udały się pod drzwi ich domów. Reprezentantów władzy tam nie odnalazły, ale za to widziały ich domy i to, co zobaczyły, stanowiło kolejną lekcję. Niczego nie naruszono ani nie skradziono. Rozwścieczony tłum zwyczajnych kobiet przemaszerował jedynie przez pokoje i hole luksusowych domów oficjeli partyjnych. Kobiety oglądały w ciszy każdy dywan, każdą mozaikę, każdy antyczny mebel, każde eleganckie urządzenie kuchenne i łazienkowe, każdy złocony ornament i elektroniczny gadżet. […] Ludzie, którym mówiono, że powinni mniej konsumować, odwiedzili tych, którzy podejmowali te decyzje. Magala podsumowuje: nie mogę sobie wyobrazić lepszej lekcji różnic klasowych.

Tu pozwolę sobie na dygresję współczesną. Żyjemy w ustroju formalnie demokratyczno-liberalnym, odwołującym się także do równości obywatela wobec prawa. Jest to jednocześnie rzeczywistość silnie determinowana czynnikami konsumpcyjnymi. Nierówności społeczno-gospodarcze są dziś faktem, któremu nikt nie zaprzecza, a dla wielu ten stan jest pożądany. Istnieje jednak pewien czynnik, który gwarantuje właściwy poziom stabilności w systemie rozwarstwienia i faktycznej nierówności. Otóż sądzę, że dziś ład społeczny konstytuują w znacznej mierze wyobrażenia kształtowane za pomocą mediów, a szczególnie reklamy. Nierówności są faktem – wiedzą to już dzieci w wieku szkolnym. Warto jednak zwrócić uwagę, że większość związanych z reklamą wizji konsumpcji przedstawia pewien jej uśredniony pułap: wedle reklam rodziny spożywają podobne produkty, korzystają z identyczny usług i mają do dyspozycji zbliżone marki samochodów, produktów RTV, AGD itp. Istnieją też odpowiednie kampanie marketingowej mimikry, gdy produkty dla biedniejszych naśladują te dla bogatszych. Strategia ta ma oczywiście na celu przede wszystkim maksymalizację sprzedaży, ale buduje też wyrazisty społeczny obraz, wedle którego niemal każdy może znaleźć się w przestrzeni klasy średniej i jej aspiracji. Całość opiera się na umiejętnej grze pozorów, która pełni zarówno rolę terapeutyczną, jak i socjalizującą. Wyobraźmy sobie masy karmione wciąż obrazami rzeczywiście luksusowej konsumpcji wąskiej elity ekonomicznej z jawną sugestią, że to nie na kieszeń owych mas – frustracja byłaby nieznośna. Ludzie oczywiście wiedzą, że innym jest lepiej, ostentacyjne bogactwo jest dziś przecież faktem, widzą też żebraków na ulicach. Ale jednak reklama i billboardy przekonują o swego rodzaju egalitaryzmie konsumpcji dla „zwykłych ludzi”, wytwarzają wizję pewnej normy, „wygładzają kanty” realnie istniejących podziałów. Gdyby jednak kasjerki z „Biedronki” miały okazję złożyć swoim przełożonym i szefom swoich szefów wizytę podobną do tej w wydaniu radomskich kobiet odwiedzających partyjnych dygnitarzy, szybko uświadomiłyby sobie naprawdę niekorzystne dla siebie różnice w istniejącym podziale klasowym.

Jednym z walorów książki Magali jest opis zdarzeń prowadzących do Sierpnia ‘80 właśnie przez pryzmat realiów gospodarczych. Nie idzie o skrajnie uproszczony propagandowy obrazek z „octem na półkach”, ale na przykład o ukazanie presji ekonomicznej jako elementu nacisku wywieranego na społeczeństwo, by zapobiec próbom jego samoorganizacji i skutecznie krępować samoświadomość klasy robotniczej. Zdaniem autora książki władze cynicznie i celowo pogarszały sytuację zaopatrzeniową, czyli dostępność towarów pierwszej potrzeby na rynku, by obarczyć za to winą opozycję. Z pomocą metody tak niezwykłej z dzisiejszej perspektywy, ale całkowicie klarownej i łatwej do przeprowadzenia w warunkach gospodarki nakazowo-rozdzielczej, próbowano manipulować nastrojami społecznymi: klasa rządząca rozpoczęła program szybkiej dezorganizacji już i tak zubożałego rynku. Zamysłem tego programu było to, by masy zmęczyły się demokracją i nadziejami, jakie wzbudziła Solidarność.

Dla zrozumienia wydarzeń sierpniowych istotne jest ukazanie nowej sytuacji społecznej. Ukonstytuowało ją przebudzenie klasy robotniczej, która zrozumiała, że reprezentuje nie tylko siebie, ale wszystkie grupy wyzyskiwane przez klasę panującą. Analizy Magali ukazują jeszcze jedną kwestię, z której on sam, jak się zdaje, nie wyciągnął ostatecznych wniosków. Otóż „Walka klas w bezklasowej Polsce” w sposób logiczny ukazuje, że realia, w jakich znalazła się władza po powstaniu „Solidarności”, wręcz wymuszały siłowe rozwiązanie sytuacji, czyli krok w rodzaju stanu wojennego. Elita władzy nie tylko nie miała pomysłu, jak poradzić sobie z nagłą erupcją klasowych walk, które znalazły dla siebie wielonurtowe ujście w „Solidarności”. Nie miała też pomysłu na efektywną reformę państwa. Magala stwierdza: klasa rządząca była zbyt silna, by bezpośrednio odsunąć ją od władzy, ale równocześnie zbyt słaba, by wprowadzić jakiekolwiek reformy, które mogłyby jej pomóc wybrnąć ze złożonej sytuacji społecznej, a szczególnie zaradzić uświadamianiu sobie przez społeczeństwo faktu, że zalew kredytów zagranicznych podnosił standard życiowy klasy rządzącej i jej klienteli, lecz w niewielkim stopniu poprawiał los zwykłych obywateli. Powstanie „Solidarności” było zatem oddolną próbą naprawy państwa w duchu zasad teoretycznie wyznawanych przez klasę panującą. Podczas sierpniowego strajku wysuwano najistotniejsze żądania dotyczące niezależnych związków zawodowych, wskazując na to, że można znaleźć alternatywę dla zmęczonej, zdezorganizowanej i bezmyślnej klasy rządzącej, […] która nie miała żadnego autentycznego programu, który byłby do przyjęcia dla kogokolwiek poza wąską kliką partyjną. Wyłania się z tego interesująca opozycja. Jeśli niezależny związek zawodowy wnosił w życie społeczne samoświadomość klasy, która znalazła się nagle w roli reprezentanta interesów narodowych, to klasa rządząca (niezależnie od możliwości kontroli i propagandy oraz wysokiego stopnia przenikania przez służby specjalne poszczególnych grup społecznych i samej opozycji) pogrążała się w wyobcowaniu, dodatkowo odbierajacym jej resztę wiarygodności w oczach mas.

Ceną za ustanowienie systemu kastowego z bardzo skrupulatnie pilnowanymi ścieżkami awansu społecznego była kompletna niemożność wyjścia z ustanowionych mistyfikacji. Chyba że za sprawą przemocy i przejęcia władzy przez soldateskę. Historycznie znajdziemy wiele znaczących przykładów, w których ustrojowy impas zostaje pokonany za pomocą nowego, brutalnego aktora – wojska. Junta Jaruzelskiego położyła kres krótkiej, klasowej rewolucji „Solidarności”, choć równocześnie była perwersyjną formą „sanacji” skorumpowanej władzy i „normalizowała” sytuację w kraju. Z jednej strony „zarządcy w mundurach” walczyli z „ekstremistami” z „Solidarności”, z drugiej zastępowali skorumpowanych reprezentantów partii ludźmi armii, która w propagandzie nowej władzy miała uchodzić za „ostoję cnót obywatelskich” oraz ratunek dla socjalizmu i ojczyzny.

Po strajkach z lata 1980 r. władza miała mnóstwo powodów, by poczuć się zagrożona także w swoich bardzo przyziemnych przywilejach, które określały realne stosunki pomiędzy nią a resztą społeczeństwa. Jak zauważa autor „Walki klas…”: typowym zjawiskiem [posierpniowym – K.W.] było to, że wiele nowych budynków zmieniało właścicieli i cel użytkowania: przestawały być budynkami milicji, partii czy luksusowymi centrami rządowymi, a zamiast tego stawały się ogólnodostępnymi obiektami publicznymi, szpitalami, sanatoriami, przedszkolami, szkołami, itp. Wille, a nawet całe osiedla luksusowych domów zamieszkanych przez byłych funkcjonariuszy, stawały się przedmiotem publicznej debaty. Trudno wyobrazić sobie, by klasa rządząca była w stanie tak łatwo pogodzić się z faktem, iż traci realne przywileje i zmniejsza się pula korzyści będących jej udziałem. A społeczna, masowa kontestacja kastowego systemu ujawniała jego antyspołeczny, zdemoralizowany charakter: Tadeusz Grabski, twardogłowy przedstawiciel partii […], został nominowany do komisji śledczej mającej potwierdzić korupcję Gierka i spółki. On sam był zaś właścicielem luksusowej willi pod Poznaniem, mieszczącej się obok rezydencji byłego potężnego poznańskiego sekretarza Jerzego Zasady, którego upadek był szybki i którego przestępstwa obrosły legendą.

Warto tu podkreślić, że Magala w książce pisanej na początku lat 80. nie ma żadnych złudzeń wobec epoki gierkowskiej i nomenklatury partyjnej, która budowała wówczas dla siebie „przestrzeń życiową” kosztem ogółu społeczeństwa. Mocno to kontrastuje z dzisiejszymi panegirykami pod adresem czasów gierkowskich i z pozytywną oceną tamtych lat, która jest wspólnym doświadczeniem zarówno dla znacznej części wyborców prawicy, jak lewicy, szczególnie ze starszych pokoleń. Tymczasem z perspektywy Magali to właśnie wówczas nasiliły się wszystkie negatywne konsekwencje władzy monopartii i wzmogły tendencje, które uświadomiły masom rzeczywistą dysproporcję między poziomem życia elit i ogółu społeczeństwa. Pierwsza „Solidarność” była klasowym sprzeciwem wobec kasty posiadaczy PRL, odpowiadającej za polską rzeczywistość w latach „gierkowskiej prosperity”. U źródeł powstania tego związku zawodowego stoi sprzeciw wobec epoki gierkowskiej wraz ze wszystkimi jej sprzecznościami i narastającym uświadomieniem sobie przez społeczeństwo daleko idących niesprawiedliwości w formalnie egalitarnym państwie.

Rzecz ukazują kwestie z pozoru nieoczywiste. Logika wzrostu konsumpcji w tamtym okresie odbywała się pod dyktando potrzeb beneficjentów PRL: importowano pomarańcze, luksusowe alkohole i drogie papierosy, towar pożądany przez partyjnych bonzów, którzy chleba i tak mieli pod dostatkiem. Ale bardzo mało troszczono się o rzeczywiste potrzeby konsumpcyjne społeczeństwa. Jeśli dziś pokolenie 40-latków pamięta z dzieciństwa pomarańcze w bożonarodzeniowych paczkach, to zawdzięcza je nie tyle wspaniałomyślności Gierka, co degeneracji i kastowości społeczno-gospodarczych realiów PRL. To dla wielu zapewne szokujący wniosek, ale dobrze uargumentowany przez autora omawianej publikacji, który wiosną 1981 r. wspomina, że zwykły robotnik i tak nie mógł sobie pozwolić na luksusowe papierosy sprowadzane z Zachodu. Po pierwsze pod koniec lat 70. kosztowały one 40 zł za paczkę, gdy zwykłe – 6 zł, a po drugie tego typu towary można było nabyć wyłącznie poza sieciami dystrybucji „dla ludu”.

Nie idzie jednak tylko o pomarańcze, papierosy i drogie alkohole. Na kartach „Walki klas…” ukazane są kwestie, które właściwie nie istnieją w systemowej krytyce PRL ani z prawej, ani z lewej strony. Znów potrzebny będzie dłuższy cytat: eksportowane towary konsumpcyjne nie były dobierane z punktu widzenia interesu publicznego. Zakupiono na przykład licencję od Fiata i rozpoczęto masową produkcję małych, tanich samochodów, przez co liczba aut wzrosła w latach siedemdziesiątych o 2 miliony. Nikt jednak nie pomyślał na poważnie o alternatywach, jak tańszy i emitujący mniej zanieczyszczeń transport publiczny. […] Nieuniknionym skutkiem było zapóźnienie transportu publicznego. Wcześniej pociągi, autobusy i tramwaje były co prawda rozklekotane, ale kursowały w sposób niezawodny, natomiast teraz zmieniły się w narzędzia piekielnej udręki w godzinach szczytu. Na tym nie koniec: syn premiera, Andrzej Jaroszewicz, […] został pod koniec lat siedemdziesiątych szefem specjalnego przedsiębiorstwa sprzedającego japońskie samochody uprzywilejowanym, którzy nie musieli za nie płacić w zachodniej walucie lub po cenach czarnorynkowych. Tak właśnie wyglądało zbyt płytko dziś pojmowane lub ignorowane przez lewicę rozwarstwienie w realiach Polski Ludowej właśnie epoki gierkowskiej. A odpowiedzią była rodząca się „Solidarność”. Pojęcie „dobrostanu państwa” różniło się diametralnie w ujęciu elit władzy i społeczeństwa – w zmienionych realiach społeczno-gospodarczych mamy dziś do czynienia ze zbliżoną przecież sytuacją, gdy bogaceniu i przywilejom oligarchii towarzyszy demontaż praw i brak perspektyw warstw gorzej sytuowanych.

Parafrazując klasyka: historia społeczna przełomu lat 70. i 80. w PRL jest historią sukcesów i porażek ruchu robotniczego na gruncie walki klas. Magala skrupulatnie ukazuje wszystkie ustępstwa władzy i szybkie próby wycofania się z nich. Klasa rządząca była zdezorientowana, ale także zdeterminowana, by – posługując się oczywiście lewicową frazeologią – ocalić państwo dla siebie. Jej największym wrogiem było samoświadome, posierpniowe społeczeństwo: kluczowym osiągnięciem, które nie jest tożsame z samą Solidarnością, ale do którego realizacji przyczyniła się ona w największym stopniu, jest pobudzenie ogromnej witalności demokracji lokalnej w codziennych, regionalnych formach organizacji wszystkich społeczności. Bardzo aktualnie względem przekazywanej treści brzmią słowa Magali pisane na początku lat 80.: ludzie zaczęli dostrzegać, że jeśli chcą być prawdziwymi obywatelami, muszą decydować o tym, gdzie zbudować szkołę, jak naprawić uszkodzone urządzenie w fabryce i jak poprawić jakość posiłków w stołówce studenckiej. Jednak z perspektywy władzy, od dziesięcioleci przyzwyczajonej do ustalania reguł gry i czerpania z tego profitów, taka sytuacja była nie do przyjęcia.

Warto wspomnieć, że utrata kontroli nad rzeczywistością przez monopartię przejawiała się także w kwestiach związanych z ekologią. Jak opisuje to autor „Walki klas…”, kilka tygodni po sierpniowym strajku obrońcy środowiska ujawnili, że Kraków niszczony jest przez hutę aluminium w Skawinie. W kilka tygodni doprowadzono do całkowitego zamknięcia fabryki, ujawniając poważne zagrożenie dla środowiska i pracowników: w roku 1980 suma wynagrodzeń, specjalnych zasiłków zdrowotnych i emerytur dla byłych pracowników, którzy zachorowali na raka, przewyższyła zyski wypracowane przez fabrykę. Widać tu świetnie (znów nie bez odniesienia do dzisiejszych realiów) zderzenie dwóch racjonalności i konflikt interesów władzy, która potrzebowała fabryk oraz społeczeństwa, które miało dość pracy za cenę życia w pobliżu bomby ekologicznej.

I tu ponownie wraca jeden z leitmotivów książki. Otóż beneficjenci PRL musieli zwalczać „Solidarność”, gdyż reprezentowała ona całościowy, aprobowany społecznie, a przy tym racjonalny i bezkrwawy sposób rozgrywania fundamentalnego konfliktu klasowego, który zdecydowanie był nie na rękę rządzącym. Klasa rządząca jest podzielona co do tego, jaki zakres niezależności należy przyznać demokracji wewnątrzpartyjnej (i w większości się jej obawia) – pisał Magala – ale jest zawsze jednomyślna, jeśli chodzi o konieczność zwalczania Solidarności i utrzymania całościowego mechanizmu instytucjonalnego sprawowanej przez siebie władzy klasowej. Jak echo wraca problem: czy istniał w tej sytuacji inny niż siłowy sposób na przywrócenie porządku po myśli panujących? Analiza, jaką proponuje autor, wprost prowadzi do wniosku, że z punktu widzenia elit władzy była to konieczność, wymuszona jednak wcale nie groźbą radzieckiej interwencji. Wprowadzony przez Jaruzelskiego stan wojenny był faktyczną kontrrewolucją klasy właścicieli PRL. To m.in. jej powodzeniu zawdzięczamy także osłabienie oporu społecznego w sytuacji przejścia od realiów państwowego socjalizmu do neoliberalizmu lat 90.

Nie wiem, czy „Walka klas…” Magali zostanie wnikliwie przeczytana i gruntownie przemyślana przez lewicę. Z pewnością zasługuje na uwagę tej części opinii publicznej, która oczekuje czegoś więcej niż gry stereotypami. Podany tu opis realiów późnego PRL i fenomenu „Solidarności” brzmi wciąż bardzo aktualnie, choć wiele fragmentów tej książki to niemal na gorąco pisany opis wydarzeń. Książka daje także inne od powszechnie przyjętych narzędzia interpretacji wydarzeń społecznych, które w perspektywie długiego trwania wciąż determinują naszą rzeczywistość i myślenie o niej. Nie jest to publikacja optymistyczna, jeśli rozumieć przez to łatwe recepty na zwycięstwo bardziej sprawiedliwego i egalitarnego projektu ustrojowego, ale daje nadzieję: przede wszystkim na to, że w życiu społecznym możliwa jest walka z uciskiem, niesprawiedliwością, systemem opresji – obojętnie w jakich ustrojowych dekoracjach miałaby ona przebiegać.


Sławomir Magala (Stanisław Starski), Walka klas w bezklasowej Polsce, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2012, tłumaczenie Jarosław Dąbrowski.

Globalna OFEnsywa

W powszechnej opinii stan polskiego systemu emerytalnego nie jest zadowalający. Gdy w roku 2010 zredukowano rolę Otwartych Funduszy Emerytalnych poprzez zmniejszenie składek na ich rzecz, nie obyło się bez kontrowersji. Pojawiły się głosy, iż dokonano „skoku na kasę Polaków”, jednocześnie inni bili brawo dla takiego posunięcia. Kto miał rację? W ocenie może pomóc książka „Prywatyzacja emerytur” Mitchella A. Orensteina.

Nie mówi ona o tym, czy system oparty na prywatnych funduszach typu OFE jest pozytywny, czy też nie, gdyż tematyka rozprawy jest nieco inna. Autor stawia trzy główne pytania: jaką rolę w przenoszeniu się trendów politycznych z kraju do kraju odgrywają podmioty transnarodowe; jak możemy zrozumieć oddziaływanie tych podmiotów na politykę; kiedy i na jakich zasadach podmioty transnarodowe wpływają na obszary polityki krajowej. Kwestie te analizuje na podstawie zmian w systemach emerytalnych w kilkudziesięciu różnych krajach na przestrzeni ostatnich kilku dekad. W zdecydowanej większości z nich doszło w tym czasie do procesu prywatyzacji systemów emerytalnych. Orenstein zainteresowany jest analizą tego, jak organizacje typu Bank Światowy wpływają na politykę krajową oraz w jaki sposób i w czyim interesie to robią. Zakłada przy tym słusznie, że jeżeli dzieje się tak w przypadku systemu emerytalnego (stanowiącego 10–15% dochodu narodowego), to dzieje się tak również w sprawach mniejszej wagi.

Czym jest tytułowa prywatyzacja emerytur? Jest to częściowe lub całkowite zastąpienie systemów emerytalnych, opartych na zabezpieczeniu społecznym, przez systemy oparte na prywatnych indywidualnych emerytalnych kontach oszczędnościowych. Działania te, jak zauważa autor, wpisują się w dominujący trend neoliberalnych reform, zgodnie z którymi zasady indywidualizmu przedkładane są nad kolektywizm, a rynki prywatne nad zarządzanie publiczne.

Reformy te mogą przebiegać w zależności od kraju w sposób różnorodny i prowadzić do różnych modeli. Przede wszystkim istotne jest to, czy państwowy system emerytalny jest całkowicie zastępowany, czy też system prywatny działa obok niego, równolegle. Orenstein wyróżnia prywatyzację w trzech formach: zastępczej, mieszanej i równoległej. Pierwsza z nich wycofuje tradycyjne systemy zabezpieczenia społecznego, zastępując je systemami opartymi na prywatnych kontach indywidualnych. Prywatyzacje mieszana i równoległa pozostawiają tradycyjny system zabezpieczenia społecznego, wprowadzając dodatkowo prywatne konta indywidualne. Przy czym w modelu mieszanym są one obowiązkowe, natomiast w modelu równoległym uczestnikom pozostawia się wybór. W każdym państwie wygląda to inaczej, ze względu na różne wysokości składek, zasady ich podziału, wysokość wieku emerytalnego i wiele innych czynników. Zasadniczo jednak największą popularność zyskał system mieszany, wprowadzony m.in. w Szwecji, na Węgrzech, Słowacji, a także w Polsce. Prywatyzacja emerytur wraz z likwidacją dotychczasowego systemu to domena krajów pozaeuropejskich, takich jak Chile, Boliwia czy Meksyk. System równoległy wprowadzono natomiast np. w Wielkiej Brytanii, Argentynie, Estonii i na Litwie.

Orenstein przekonuje, że nowe reformy emerytalne są niezwykłe nie tylko ze względu na ich rewolucyjny charakter, ale także z uwagi na prędkość, z jaką się rozprzestrzeniły od kraju do kraju, będąc wdrażane w ponad trzydziestu krajach całego świata o różnorodnej historii, gospodarce, systemach emerytalnych i poziomie rozwoju gospodarczego. Pionierskie idee, wdrożone na początku lat 80. w Chile, potrzebowały zaledwie dekady, aby rozprzestrzenić się do innych krajów całego świata – zarówno bogatych państw OECD, jak i krajów rozwijających się. Stało się tak w znacznej mierze wskutek poczynań podmiotów transnarodowych.

Warto w tym miejscu powiedzieć, kim one są. Orenstein stwierdza, że opisanie ich roli jest niełatwe. Pracownik międzynarodowej instytucji, który zostaje członkiem krajowego zespołu do spraw reformy, to przykład wpływu tejże instytucji czy jeszcze nie? Zdaniem autora – tak. Stosuje on szeroką definicję podmiotów transnarodowych, czyli tych, które są zaangażowane w rozwój, transfer i wdrażanie polityki w wielu państwach. Są to więc zarówno Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Międzynarodowa Organizacja Pracy, jak i pojedynczy gracze globalnej polityki, tacy jak np. chilijscy ekonomiści oraz agencje rządowe propagujące określone rozwiązania (np. USAID, czyli Rządowa Agencja Pomocowa USA).

Tresć książki nie nasuwa jednak skojarzeń ze spiskiem wielkich organizacji. Orenstein podkreśla, że jakkolwiek wpływ podmiotów transnarodowych na politykę krajową jest widoczny, stanowi on jednak sprawę złożoną. Wbrew utartym przeświadczeniom, choć instytucje takie jak np. Bank Światowy wyznaczają pewne kierunki, to jednak kierunki te ewoluują i są dynamiczne. W przeciwieństwie do wielu modeli postępowania podmiotów transnarodowych nie wydaje mi się, że tworzą one monolit i nie ulegają zmianom. Uważam raczej, że analitycy powinni zwracać uwagę na ich wewnętrzne zachowania organizacyjne. W przypadku podmiotów transnarodowych wynika ono z przyjętych przez nie idei, posiadanych zasobów oraz procesów wewnętrznych podejmowania decyzji i uczenia się, które wraz z upływem czasu podlegają zmianom.

Orenstein przytacza tutaj przykład debat wewnątrz Banku Światowego, podczas których ścierali się przeciwnicy i zwolennicy prywatyzacji emerytur. Debaty te doprowadziły do sytuacji, w której doradztwo Banku Światowego w 1995 r. różniło się znacznie od tego, co ta sama instytucja zalecała 5 lat później. Początkowy hurraoptymizm został stonowany przez rosnącą w siłę (choć nadal będącą w mniejszości) grupę sceptyków, wśród których najbardziej znaną postacią jest Joseph Stiglitz. Nie zmieniło to w tym przypadku ogólnej idei popierania prywatyzacji systemów emerytalnych, lecz znacznie złagodziło wydźwięk takich opinii. Natomiast już w 2006 r. Departament Oceny Operacji Banku Światowego wydał sprawozdanie, w którym poważnie skrytykował kierunek dotychczasowej polityki doradczej Banku Światowego, przede wszystkim jeżeli chodzi o zachwalanie prywatyzacji emerytur w krajach, gdzie rynki finansowe nie były na tyle rozwinięte, by podołać nowemu systemowi.

Najobszerniejsze rozdziały poświęcone są kwestii samego wpływu podmiotów międzynarodowych na krajową politykę. Orenstein wskazuje na dwa typy organizacji: podmioty wetujące i proponujące. Pierwsze z nich zostały zdefiniowane […] jako podmioty posiadające formalne prawo weta wobec rozstrzygnięć podczas procesu politycznego. Podmioty proponujące rozumie się jako dostawców w pełni opracowanych projektów reform i ich obrońców w wewnętrznej debacie politycznej. Mogą one osiągać swe cele, oddziałując na preferencje podmiotów wetujących lub umacniając przewagę jednego takiego podmiotu nad innymi, by tą drogą tworzyć szersze koalicje na rzecz reform. Podział ten jest o tyle użyteczny, że ułatwia zrozumienie, w jaki sposób działają podmioty międzynarodowe. Nie są bezpośrednio odpowiedzialne za podejmowane reformy, to nie do nich należy decydujący krok, gdyż są one podmiotami proponującymi. Jednak, jak podkreśla Orenstein, myli się ten, kto sądzi, że skoro decyzja ta formalnie pozostaje w rękach rządu krajowego, to rola podmiotów międzynarodowych jest marginalna. Przeciwnie, podmioty transnarodowe zachowują się jak nerwowi rodzice doglądający wewnętrznych procesów reform, użalający się nad swoim brakiem kontroli, tym niemniej wywierający subtelny wpływ na wszystkich etapach rozwoju wypadków.

Pierwszym etapem interwencji podmiotów międzynarodowych jest faza kształtowania polityki, gdy formułuje się nowe idee, a więc tworzy ramy do działań. Następnie idee te przenoszone są do konkretnego kraju i promowane. Trzecim i ostatnim etapem jest pomoc w ich wdrożeniu, już w praktyce.

Każdy z wymienionych etapów został opisany przez Orensteina. Historia prywatyzacji emerytur ma swój początek w Chile, gdzie była jednym z elementów pakietu neoliberalnych reform Pinocheta. Ich siłą sprawczą był jednak nie on, lecz wykształceni na amerykańskich uniwersytetach, często ze wsparciem USAID, tzw. chilijscy Chicago Boys – ponieważ głównym ośrodkiem nowej ekonomii monetarystycznej, nastawionej na bezwzględne promowanie wolnego rynku, był właśnie Uniwersytet Chicagowski. To m.in. Wydział Ekonomiczny tej uczelni brał udział w realizacji finansowanego przez rząd USA programu pomocowego dla Chile. Celem programu było przeszkolenie elitarnej grupy ekonomistów, którzy wróciliby do ojczyzny, aby nauczać na Uniwersytecie Katolickim w Santiago w celu przeciwdziałania lewicowej ekonomii, która w owym czasie dominowała w Ameryce Łacińskiej, i wykształcić miejscowych ekonomistów, którzy mogliby prowadzić dalsze działania pomocowe. […] Pomimo pewnego początkowego oporu ze strony tamtejszych studentów wprowadzili do dyskursu akademickiego w Chile ekonomię monetarystyczną, a później, za czasów reżimu Pinocheta, byli stopniowo powoływani do służby państwowej, aby nadać chilijskiej polityce gospodarczej nowy radykalny kierunek.

To właśnie oni, z główną postacią reform, ministrem pracy José Piñerą (absolwentem Harvardu), stworzyli w latach 1980–1981 nowy system emerytalny. Ujednolicał on świadczenia wszystkich grup społecznych (nie licząc wojska) oraz bazował na towarzystwach emerytalnych, zarządzających indywidualnymi kontami emerytalnymi. Składka została obniżona do 10% płacy i dodatkowo 3% na rentę inwalidzką oraz ubezpieczenie na życie. Zwiększyło to zarobki, lecz już po roku doszło do spirali inflacyjnej. Rząd jednak nie modyfikował systemu i w sytuacji ożywienia gospodarczego nadszedł czas profitów. Salda kont szybko rosły, a reforma zaczęła być postrzegana jako właściwy model dla innych państw, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej. Potęgowało to swoiste „chwalenie się” wynikami poprzez liczne sponsorowane publikacje naukowe, konferencje, działania organizacji rządowych i doradców promujące nową ideę, a także reklamę ze strony towarzystw funduszy inwestycyjnych. Twarzą tych działań był wspomniany José Piñera, którego dalsza kariera była już nieodłącznie związana z prywatyzacją emerytur – jako jej promotor spotykał się z najważniejszymi politykami świata.

W 1994 r. idea prywatyzacji z regionalnej zaczęła stawać się globalną. Bank Światowy wydał wtedy publikację pt. „Averting the Old Age Crisis”, która stanowi efekt projektu badawczego głównego ekonomisty Banku Światowego, Larry’ego Summersa. Raport „Averting” stanowił punkt zwrotny w globalnych staraniach na rzecz reformy emerytalnej. Był ważny z dwóch powodów: po pierwsze, stanowił duży postęp w myśleniu o reformie emerytalnej, a po drugie, proces pisania i rozpowszechniania raportu przyczyniły się do ukonstytuowania się dużej grupy ekspertów do spraw prywatyzacji emerytur i szerokiego konsensusu w ramach Banku Światowego odnośnie do metody prywatyzacji emerytur. […] Uczynił on z Banku Światowego główny autorytet w sprawie badań i myślenia nad reformą emerytalną. W późniejszym okresie Bank potwierdził ten autorytet ekspercki, przeznaczając znaczne środki na pomoc techniczną i pożyczki na rzecz reformy emerytalnej.

Przed wydaniem tej publikacji Bank nie prezentował jednolitego stanowiska w sprawie optymalnego systemu emerytalnego, poszczególni eksperci mieli różne poglądy. Gdy systematycznie przeszuka się wszystkie publicznie dostępne dokumenty projektowe dotyczące emerytur na stronie internetowej Banku Światowego, oczywiste stanie się, że kilka publikacji Banku Światowego, nawet późnych z 1993 roku, ostrzegało przed prywatyzacją emerytur, argumentując, że nie rozwiąże ona podstawowych problemów stojących przed systemami Europy Środkowej i Wschodniej. […] W latach 1994–2004 żaden z dokumentów projektowych Banku Światowego nie był niezgodny z prywatyzacją emerytur, co wskazuje, że zmiana polityki w Banku nastąpiła w związku z publikacją „Averting” – zauważa Orenstein.

Raport ten przede wszystkim podkreślał problemy demograficzne, które przyczyniają się do trudności z wypłacalnością tradycyjnych systemów emerytalnych, w ramach których obecni pracownicy finansują emerytury obecnych seniorów. Wraz ze starzeniem się społeczeństwa i wzrostem liczby emerytów wydolność takiego systemu maleje, gdyż niewielu musi finansować wielu. Ogólnie rzecz biorąc, raport „Averting the Old Age Crisis” utrzymywał, że systemy zabezpieczenia społecznego zapewniają niski zwrot inwestycji i pozostawiają wiele osób bez wsparcia, mając na celu wspieranie już uprzednio uprzywilejowanych sektorów siły roboczej, szczególnie w krajach rozwijających. […] Co najważniejsze, „Averting” stworzył kompleksową i atrakcyjną alternatywę dla systemów emerytalnych opartych na publicznym zabezpieczeniu społecznym, które obiecywały zracjonalizowanie uzyskiwania świadczeń od dochodów, zwiększając jednocześnie redystrybucję. Podstawową cechą tego systemu miało być powstanie trzech filarów świadczeń: pierwszego – państwowego, drugiego – obowiązkowego prywatnego, opartego na kontach indywidualnych, oraz trzeciego – bazującego na dobrowolnych oszczędnościach. Była to więc i tak opcja znacznie łagodniejsza niż chilijska, która wprowadziła całkowitą prywatyzację emerytur.

Orenstein podkreśla, iż jednym z podstawowych celów reformy emerytalnej było dalsze wsparcie neoliberalnej polityki, czyli ułatwienie rozwoju rynku kapitałowego i jego inwestycji, a także użycie oszczędności emerytalnych w celu zwiększenia wzrostu gospodarczego. Tworzenie dużych rezerw publicznie ustanowionych, prywatnie zarządzanych oszczędności było głównym powodem zainteresowania sprawą międzynarodowych instytucji finansowych i korporacji wielonarodowych zajmujących się zarządzaniem prywatnymi funduszami emerytalnymi, takich jak Citibank, ING i inne duże instytucje bankowe i inwestycyjne – stwierdza autor. Nie trzeba chyba dodawać, że wspomniane „zainteresowanie” przeznaczyło odpowiednie w środki na lobbing dotyczący zmian.

Idee Banku Światowego szybko podchwyciły inne organizacje, takie jak USAID, Międzyamerykański Bank Rozwoju, regionalne banki rozwoju czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Z kolei m.in. Międzynarodowe Stowarzyszenie Zabezpieczenia Społecznego oraz Międzynarodowa Organizacja Pracy krytykowały takie rozwiązania, jednak nie posiadały dostatecznych środków i ich interwencje okazały się nieskuteczne. Opinie Banku Światowego były oczywiście tworzone dla celów praktycznych – wcielania ich w życie w poszczególnych krajach. Rolą Banku było przede wszystkim doradztwo (w tym chilijskich ekonomistów), pomoc finansowa i techniczna. Na porządku dziennym było prowadzenie konferencji i seminariów dla urzędników i polityków, podczas których szukano krajów mających, jak to określa Orenstein, „wolę polityczną”, żeby wdrożyć reformy systemu emerytalnego. Przynosiło to niejednokrotnie sukcesy. Na przykład, w wypadku Kazachstanu […], wysokiej rangi reformator Grigorij Marczenko po raz pierwszy dowiedział się o prywatyzacji emerytur w 1996 roku na konferencji Banku Światowego, gdzie wysłuchał wykładu chilijskiego reformatora José Piñery o kontach indywidualnych. Mimo że był właśnie w trakcie realizacji innego programu reformy emerytalnej dla Kazachstanu, natomiast po tym spotkaniu odstąpił od starego planu i zaczął realizować w Kazachstanie nowy model reformy emerytalnej. Warto dodać, że tego rodzaju stwierdzenia oparte są nie na domniemaniach, lecz na materiale faktograficznym, w tym na rozmowach autora z politykami i ekspertami, m.in. ze wspomnianym Marczenką.

Konferencje, seminaria i publikacje, choć ważne w kwestii inspirowania nowych partnerów, nie wyczerpują spektrum działań w tym celu. Podmioty transnarodowe skupiają większość swoich środków w krajach, w których mają już uznanych i gotowych partnerów. Nacisk przenosi się teraz na zapewnianie tym partnerom zasobów w celu podniesienia ich majątku politycznego („partnerstwo”), poprzez stworzenie zachęt dla innych krajowych podmiotów wetujących, skłaniających je do przyłączenia się do obozu reformatorskiego („subsydia”) oraz szkolenia nowych urzędników reformy emerytalnej z zakresu technicznych zadań administracyjnych. Dzięki takiemu wsparciu, a także dostępowi do wyspecjalizowanych prawników i ekonomistów, reformatorzy mieli przewagę w debatach i wykazywaniu pozytywów reform. Wpływ ten może nawet umożliwić zmianę polityki krajowej. Świadczenie transnarodowej pomocy technicznej konkretnemu ministerstwu może uczynić z tego ministerstwa centrum dyskursu reformy emerytalnej i wynieść je ponad rywali w wiedzy technicznej i znaczeniu politycznym. Na przykład Bank Światowy na Węgrzech i w Polsce początkowo zapewnił wsparcie grupom roboczym reformy emerytalnej w Ministerstwie Finansów, które historycznie rzecz biorąc, nie było głównym odpowiedzialnym za reformę emerytalną. Przeciwnie, odpowiedzialność leżała w rękach Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Tym niemniej wsparcie ze strony Banku Światowego pomogło umieścić Ministerstwa Finansów tych krajów u steru prywatyzacji emerytur.

Orenstein wskazuje też przykład Polski, gdzie wnoszono realne kwoty na promocję emerytur. Samo USAID wydało 1,4 mln dolarów na publiczną strategię edukacyjną na rzecz przegłosowania reformatorskiego ustawodawstwa. Pieniądze zostały spożytkowane na dystrybucję ulotek dla związków zawodowych i pracodawców, stworzenie wąskiej grupy dziennikarzy posiadających wiedzę na temat reform oraz wyjazdy studyjne dla dziennikarzy, parlamentarzystów i urzędników państwowych do Argentyny, Chile, Danii i innych krajów. Uczestnicy tych wycieczek zostali wyselekcjonowani przez polskie Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego. Wyjazdy były najdroższym elementem tej kampanii, ale miały także duże znaczenie, przyczyniając się do zmiany punktu widzenia uczestników – zauważa Orenstein. Ciekawostką jest, iż chociaż rząd USA sponsorował kampanie na rzecz reform w innych krajach, podobnej kampanii nie uruchomiono w celu promocji prywatyzacji emerytur w Stanach Zjednoczonych w latach 2004 i 2005, kiedy prezydent George W. Bush nakłaniał swoich rodaków do zmian. Nie znalazł on zrozumienia nawet w swojej partii, więc pomysł upadł, zanim na dobre został poddany analizie i dyskusji.

Nie można również zapominać o swoistym szantażu lub też – stosując słownik polityczny – motywacji ze strony Banku Światowego, MFW, USAID i regionalnych banków rozwoju, które często udzielały pożyczek pod warunkiem przeprowadzenia prywatyzacji systemu emerytalnego. Było to istotne, ponieważ początki reform oznaczają „koszty przejściowe” – dochody ze składek trafiają już na indywidualne konta emerytalne, a równocześnie obecni emeryci muszą otrzymywać świadczenia.

W książce istotne miejsce poświęcono wpływowi polityki personalnej. Bank Światowy nie tylko oddelegował lub zwolnił własnych pracowników do udziału w pracach zespołów reformatorskich na rzecz prywatyzacji emerytur na Węgrzech i w Polsce w końcówce lat 90., ale również sam zatrudnił prominentnych urzędników reformy emerytalnej. Orenstein podaje niekrótką listę osób, które za zasługi dla reform otrzymały posady w międzynarodowych organizacjach. Szczególnie ciekawy w tym kontekście jest przykład Michała Rutkowskiego. To jedna z najważniejszych postaci odpowiedzialnych za reformę emerytalną w Polsce. Rutkowski był od 1990 roku pracownikiem Banku Światowego, a w 1996 r. wziął urlop i na pewien czas zawiesił w nim działalność. Tymczasem w Polsce powstało Biuro Pełnomocnika ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego, którego aktywność sponsorowana była przez Bank Światowy. To tam grupa ekonomistów tworzyła założenia dotyczące reformy. Na czele tego Biura stanął… Michał Rutkowski. Po wdrożeniu reform powrócił do pracy w Banku, gdzie zajmował się reformami emerytalnymi w krajach Europy Środkowej i byłego ZSRR, następnie był dyrektorem ds. polityki społecznej w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Obecnie jest szefem przedstawicielstwa Banku Światowego w Rosji.

Równie istotna jest rola takich instytucji już po przeprowadzeniu reformy, kiedy pełnią one funkcję pomocniczą, co poniekąd ma wpływ na samą decyzję o zmianach systemu. Istnieją jednak silne argumenty za tym, że obietnica szerokiej pomocy wdrożeniowej wpływa na kalkulacje decydentów nad perspektywami reformy. W szczególności oczekiwanie pomocy po reformie może pomóc w przekonaniu decydentów w kraju o niskiej zdolności administracyjnej, że reforma jest wykonalna. Jeśli wierzą oni, że podmioty transnarodowe nie zostawią ich samych, niepokoje związane z możliwością kosztownych niepowodzeń mogą ulec zmniejszeniu. Po drugie, pomoc techniczna po reformie zmniejsza ryzyko niepowodzenia reformy i tym samym zwiększa prawdopodobieństwo, że reformy te będą w krajach sąsiedzkich postrzegane jako uzasadnione. Jako że transnarodowe podmioty polityczne chcą sukcesu reformy, nawet w krajach, w których wcale nie zalecałyby reformy, będą inwestować, aby uniknąć gwałtownych niepowodzeń reformy. Wydaje się, że była to ważna logika stojąca za interwencją Banku Światowego w Kazachstanie w latach 90. […] Wsparcie podmiotów transnarodowych dla wdrażania reformy nie jest neutralnym wsparciem technicznym. Przeciwnie, jest kluczowym elementem transnarodowej kampanii na rzecz prywatyzacji emerytur, tworzenia zachęt dla decydentów do przyjęcia reformy i zapobiegania powstawaniu nieudanych przypadków, które mogłyby spowolnić rozprzestrzenianie się reformy negatywnie wpływając na percepcję reform w krajach sąsiedzkich.

Wszystkie wymienione działania Orenstein w książce przekłada na konkretne przypadki reform – na Węgrzech, w Kazachstanie oraz w Polsce. Każdy z tych trzech przypadków okazuje się różny, czasami podczas przeprowadzania reform rządy się zmieniały, różniła się kwestia oporu polityków i organizacji krajowych wobec prywatyzacji. To, co okazywało się być najbardziej stałe, to właśnie kompleksowe działania podmiotów międzynarodowych. Przyczyniały się one do budowania koalicji i angażowania konkretnych osób lub partii, propagowania, a następnie wdrażania reform. Orenstein nie popada w ton skandalizujący i nie przywołuje np. dat spotkań polityków z urzędnikami Banku Światowego, lecz skupia się na systemowym przygotowaniu do prywatyzacji i jej wdrażaniu, wskazując na konkretne działania w danym kraju, w poszczególnych latach. Oczywiście sama kwestia reformy emerytalnej w jednym tylko państwie, ze wszystkimi krajowymi niuansami, objętościowo zajmowałaby całą książkę. Tutaj autor skupia się jednak zgodnie z założeniami jedynie na wpływie podmiotów międzynarodowych.

Polska jest natomiast o tyle wdzięcznym tematem rozważań, że wpływ ten był widoczny już od 1991 r. To właśnie wtedy eksperci Banku Światowego, na czele których stał Nick Barr, byli główną opozycją wobec propozycji prezesa ZUS Wojciecha Topińskiego oraz Mariana Wiśniewskiego – propozycji zakładającej częściową… prywatyzację emerytur. Wspomniany Barr od początku pracy w Banku Światowym był sceptykiem wobec prywatyzacji emerytur, stąd też temat ten w naszym kraju upadł. Z prostej przyczyny – bez zasobów Banku Światowego trudno było przeprowadzić tak złożoną reformę.

Oczywiście temat zmian systemu emerytalnego nadal istniał, ze względu na kłopoty dotychczasowego. W 1994 r. opracowano cztery kompleksowe propozycje, jedną Ministerstwa Finansów, drugą Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej, a także dwa projekty pozarządowe – związku zawodowego „Solidarność” oraz Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Ostatni projekt już na starcie cieszył się znikomym poparciem. Propozycja Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej została uznana za zbyt konserwatywną. Wybrano projekt Ministerstwa Finansów, powstanie którego sfinansowane zostało przez Bank Światowy. Jej autorem został Marek Mazur, uznawany za neoliberalnego ekonomistę, który nie miał wcześniejszego doświadczenia z prywatyzacją emerytur, ale badania w tej dziedzinie przeprowadził w 1994 roku. Odbył podróż studyjną do Peru, Kolumbii, Argentyny i Chile, sponsorowaną przez zwolenników prywatyzacji emerytur, i wrócił przekonany do dominującego filara kapitałowego.

Nie zakończyły się jednak jeszcze wtedy konflikty pomiędzy Ministerstwami Finansów oraz Ministerstwem Pracy, które przez dłuższy okres wstrzymywały rozpoczęcie reform. Wtedy też powstało, niezależne od obydwu ministerstw, wspomniane wcześniej Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego, na czele którego stanął Rutkowski. Był to moment przełomowy, który pchnął proces zmian naprzód, a jednocześnie pokazał siłę oddziaływania organizacji transnarodowej, która była w stanie umieścić swojego pracownika w instytucji tak kluczowej z punktu widzenia kierunków zmian w kraju. Biuro Pełnomocnika, dzięki swojej tytularnej niezależności, mogło działać obok bieżącej polityki.

W 1997 roku, już po zmianie rządu, zaaprobowano program „Bezpieczeństwo dzięki różnorodności”, który dość jednoznacznie odzwierciedlał propozycję opisaną w „Averting”. Zmiany zostały zaakceptowane zarówno przez środowiska biznesowe, jak i – co może zaskakiwać – przez związki zawodowe. Te ostatnie przekonano, zdaniem Orensteina, ponieważ uzyskały zapewnienia, że będą mogły tworzyć własne fundusze emerytalne. Akty prawne dotyczące prywatyzacji emerytur Parlament przyjmował zwykle na poziomie 90 procent poparcia, bez względu na opcję polityczną. Oczywiście przygotowania do reformy spotykały na swojej drodze problemy, dotyczyły one jednak przede wszystkim pewnych grup interesów (począwszy od kolejarzy i górników, na duchowieństwie kończąc), a także interesów partii rządzących i opozycyjnych. Sam kierunek, wspierany przez Bank Światowy, był zasadniczo i na stałe obrany. Prezydent Aleksander Kwaśniewski 29 grudnia 1998 r. podpisał nowe prawo dotyczące sprywatyzowanego systemu emerytur.

Wdrażanie nowego systemu emerytalnego nie obyło się bez problemów, przede wszystkim administracyjnych ze strony ZUS-u. I tu również interweniowały podmioty transnarodowe. Bank Światowy zapewnił ZUS-owi znaczącą pomoc, natomiast USAID skoncentrował się na UNFE, instytucji kontrolującej prywatne fundusze emerytalne. Starania te trwały kilka lat i kosztowały miliony dolarów ze środków dawców transnarodowych. Warto zauważyć, iż ujemne stopy zwrotu w pierwszych latach funkcjonowania OFE w Polsce przyczyniły się do większego sceptycyzmu i większej ostrożności, jeśli chodzi o prywatyzację systemów emerytalnych w innych krajach.

Wpływ podmiotów transnarodowych, choć trudny do dokładnego oszacowania, niewątpliwie jest duży. Prywatyzacja emerytur jest dziełem zespołów analitycznych i eksperckich, nie państwa. Stanowi ona produkt neoliberalnej teorii ekonomicznej rozwijanej początkowo na amerykańskich uniwersyteckich wydziałach ekonomicznych i przyjętej przez jej zwolenników w różnych częściach świata. […] Oczywiście kampanii na rzecz prywatyzacji emerytur nie osłabiło to, że mogła ona polegać na milczącym lub aktywnym wsparciu głównych banków międzynarodowych i towarzystw zarządzających funduszami. Towarzystwa te odegrały ważną rolę w promowaniu modelu chilijskiego w Ameryce Łacińskiej i w innych miejscach, finansując konferencje i działania promocyjne. Jednakże, w świetle przedstawionych tu badań, międzynarodowe instytucje finansowe miały znaczenie drugorzędne i często były mało widoczne, przynajmniej do czasu pojawienia się rozwiązań prawnych dotyczących reformy. To raczej podmioty transnarodowe, a nie przedsiębiorstwa międzynarodowe, okazały się siłą promującą prywatyzację emerytur w poszczególnych krajach, aczkolwiek firmy międzynarodowe zyskiwały na znaczeniu po wdrożeniu reform, kiedy miały one przed sobą konkretne interesy. Nadużyciem byłoby stwierdzenie, że to Bank Światowy w swojej publikacji „Averting the Old Age” stworzył sztuczne problemy na potrzeby reform. Niewątpliwie jednak zaakcentował je, zdefiniował i propagował model reform, które miały poprawić sytuację.

Ciekawym wątkiem „Prywatyzacji emerytur”, choć napisanym na marginesie głównych rozważań, jest kwestia demokracji. Paradoks dzisiejszych czasów polega na tym, że podczas gdy wartości demokratyczne w znacznej części świata są uznawane za powszechne i podstawowe, coraz większą władzę zyskują podmioty, które nie podlegają demokratycznej kontroli. Dlatego też interwencje polityczne mogą być postrzegane jako słabiej osadzone w prawie. Jedną z ironicznych cech kampanii na rzecz prywatyzacji emerytur jest jednak to, że reformy były bardziej powszechne w państwach demokratycznych niż w niedemokratycznych. Paradoks ten autor tłumaczy w ten sposób, że demokratyczny ustrój z natury jest bardziej otwarty i stwarza możliwość zaistnienia większej liczby grup interesu, bez względu na to, czy są to grupy lokalne, czy też transnarodowe. Ponieważ rządy zmieniają się, podmioty transnarodowe mają wiele możliwości wpływania na politykę. Bogata literatura na temat pokoju demokratycznego wskazuje, że prawdopodobieństwo agresywnej reakcji na zewnętrzne zagrożenia i oddziaływania w warunkach demokracji jest mniejsze, zwłaszcza, gdy te pochodzą z innych krajów demokratycznych. W książce „Prywatyzacja emerytur” właściwie cały czas podkreślana jest jedna znacząca cecha działania podmiotów międzynarodowych – w ślepy sposób starały się one każdemu z państw zaproponować jedno rozwiązanie.

Cała książka jest napisana w sposób na tyle przejrzysty, iż zaznajomić się może z nią każdy zainteresowany. Temat natomiast dotyczy nas wszystkich i jest zdecydowanie aktualny. Warto tu wypomnieć Orensteinowi błędy w przewidywaniach dalszego rozwoju prywatyzacji emerytur. Autor zakładał, że proces ten będzie postępował, a sytuacja – nie tylko w Polsce – pokazuje, że może stać się inaczej.

Książka ta zapewne nie wpłynie znacząco na debatę dotyczącą emerytur w naszym kraju. Trudno zresztą znaleźć w niej choćby zdanie na temat tego, jaki pogląd w tej kwestii ma Orenstein. Autor jedynie opisuje zjawisko i nie chodzi tu tylko o zjawisko prywatyzacji systemu emerytalnego, lecz o proces dużo szerszy – oddziaływanie podmiotów transnarodowych na politykę państw narodowych. Coraz więcej decyzji mających bezpośredni wpływ na nasze życie jest podejmowanych „daleko stąd”. Nie oznacza to, że decyzje takie są zawsze błędne czy szkodliwe – daje natomiast do myślenia jeszcze większe rozproszenie władzy, a co za tym idzie: jeszcze mniejsza kontrola nad nią.

Równocześnie Orenstein wskazuje, że silne kraje są w stanie oprzeć się sile podmiotów transnarodowych. I również tutaj zastrzec należy, że bez względu na to, czy opór ten jest szkodliwy, czy raczej korzystny dla społeczeństwa. Podstawową wartością jest więc odpowiedzialność i rozsądek rządzących na każdym szczeblu władzy. To samo tyczy się jednak także tych, którzy władzy podlegają, a równocześnie mają na nią choćby pośredni wpływ. Do tego jednak niezbędna jest wiedza, a książka Orensteina oferuje dużą jej dawkę. To użyteczne narzędzie do zrozumienia dzisiejszej rzeczywistości, pokazujące, że na przepychankach w telewizji świat polityki ani się nie kończy, ani nie zaczyna.


Mitchell A. Orenstein, Prywatyzacja emerytur. Transnarodowa kampania na rzecz reformy zabezpieczenia społecznego, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2013, przełożył Michał Jasiński.

Książkę można nabyć w internetowej księgarni wydawcy:
www.ksiazkiekonomiczne.pl

Prostym kursem

Zygmunt Zaremba był postacią wyłamującą się z wszelkich schematów – enfant terrible naszego środowiska, jak sam o sobie pisał. Jego niekończące się boje na przemian z komunistyczną lewicą i z burżuazyjną czy oportunistyczną prawicą mogły sprawiać wrażenie chaotycznych. W rzeczywistości był to pryncypialny indywidualista, który konsekwentnie zachowywał niezmienne stanowisko w zmieniającej się sytuacji. Zaremba był lewicowym socjalistą, wiernym rewolucyjnej tradycji marksizmu i zasadom ludowładztwa.

***

Urodził się 28 kwietnia 1895 r. w Piotrkowie. Pochodził – co dość typowe dla tej generacji działaczy ruchu robotniczego, od Waryńskiego do Piłsudskiego – z rodziny ziemiańskiej o patriotycznych tradycjach. Pierwszy kontakt z piotrkowskimi socjalistami nawiązał jeszcze w szkole. Jako dziesięciolatek wziął udział w strajku szkolnym w 1905 r., rok później wstąpił do Związku Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej, pozostającego pod wpływami Polskiej Partii Socjalistycznej. Młodociany radykał nie ukrywał swego wolnomyślicielskiego stanowiska, co poskutkowało oceną niedostateczną z religii i w rezultacie usunięciem go ze szkoły. Jak jednak wspominał sam Zaremba: Bardziej odpowiadało mi przyjęcie od Chrystusa szlachetnych i pięknych elementów jego nauki, co w życiu współczesnym reprezentował dla mnie socjalizm. Nie doszedłem więc do zasadniczego negowania religii, ale związane z nią obrządki stały się dla mnie obce.

W 1912 r. został członkiem Zarządu Warszawskiego ZMPN, a niebawem wstąpił do PPS – Frakcji Rewolucyjnej. W szeregach tej partii nie zagrzał jednak miejsca – szybko wszedł w konflikt z Piłsudskim, co skierowało go w stronę PPS – Opozycji. Była to grupa niepodległościowych socjalistów pod wodzą Feliksa Perla, krytykująca Frakcję za odchodzenie od socjalistycznych pryncypiów. Za tę działalność został aresztowany w 1914 r., ale wkrótce zwolniono go z braku dowodów – oskarżający prowokator zginął w zamachu. Pierwsza wojna światowa rzuciła Zarembę w głąb Rosji, do Charkowa, gdzie w 1915 r. sformalizował swój trzyletni już związek z Natalią Lipszycową. Pozostał aktywnym działaczem PPS – Opozycji, a po rewolucji lutowej współtworzył charkowskie Zjednoczenie Socjalistów Polskich. Miała to być jednolita organizacja skupiająca wszystkie polskie grupy socjalistyczne, uznająca rewolucję proletariacką za gwarancję niepodległości Polski.

Można powiedzieć, że już wtedy ukształtował się zasadniczy zrąb poglądów Zaremby. Uważał za najważniejsze zadanie socjalistów polskich – niepodległy byt narodowy, gdyż bez niepodległości nie jest możliwe wyzwolenie społeczne. Jak pisał: Gdy naród jest w niewoli politycznej na karku klasy robotniczej, oprócz własnego pasożyta burżuazji, […] rząd zaborczy siedzi. […] [dlatego] pierwszym zadaniem robotnika polskiego, pierwszym krokiem do socjalizmu musi być niepodległość. Podkreślał przy tym, że celem musi być pełna niepodległość Polski, a nie federalizm w ramach Austro-Węgier czy Rosji. Zarazem daleki był od zamykania sprawy socjalizmu w ramach narodowych – głosił konieczność triumfu socjalizmu w całej Europie. Z tym wiązał się – rzadki w szeregach PPS – postulat współpracy z rosyjskim ruchem rewolucyjnym. Zaremba poparł rewolucję październikową, widząc w niej początek nowej epoki. Choć krytykował rozwiązanie parlamentu przez bolszewików, to uważał, że obalenie […] władzy Rad Delegatów Robotniczych, Żołnierskich i Chłopskich – będzie obaleniem klasy robotniczej; dlatego opozycję mieńszewików określił jako zbrodnię wobec ruchu robotniczego.

Stanowisko takie sprawiło, że został pełnomocnikiem bolszewickiego Komisariatu do Spraw Polskich w Charkowie. Rewolucyjna polaryzacja doprowadziła jednak do rozpadu ZSP. Wobec fiaska tego „jednolitofrontowego” projektu Zaremba wstąpił do PPS i jesienią 1917 r. został wybrany w skład Centralnego Komitetu Wykonawczego w Rosji.

***

W 1918 r. wrócił do Polski i zamieszkał w Warszawie. Z marszu rzucił się w wir działalności politycznej, rychło wysuwając się na czoło partii. Uczestniczył w przejęciu przez PPS drukarni „gadzinowej” (tj. wydawanej przez niemieckie władze okupacyjne) „Gazety Polskiej”, na bazie której powstała partyjna poligrafia. W listopadzie 1918 r. wybrano go do CKW partii. W 1922 r. jako kandydat PPS został najmłodszym posłem w Sejmie, gdzie pozostawał do 1935 r. Należał do czołowych publicystów socjalistycznych, działał w ruchu spółdzielczym i związkowym. Przy tym wszystkim znajdował czas na czynny udział w dzielnicowej organizacji PPS w swym miejscu zamieszkania. Niepospolicie zdolny, inteligencja żywa, energiczny, dzielne pióro, mówca efektowny – tak oceniali go towarzysze.

W ruchu socjalistycznym reprezentował lewe skrzydło. Początkowo charakteryzowały go skłonności probolszewickie – pozostawał zwolennikiem współpracy z komunistami i obrony Sowietów, jako gwaranta postępu, polemizując w tej kwestii z A. Szczypiorskim. Nie odszedł jednak z PPS wraz z grupami Czeszejko-Sochackiego i Żarskiego, które przyłączyły się do partii komunistycznej. Charakterystyczne było jego stanowisko w czasie wojny 1920 r. Z jednej strony krytykował ekspansję na wschodzie, uważając, że Piłsudski realizuje interesy ziemiaństwa, i sprzeciwiał się udziałowi PPS w koalicyjnym „rządzie obrony narodowej”. Z drugiej współorganizował oddziały robotnicze do walki z najazdem bolszewickim i chciał niepodległej Ukrainy, bo bezpośrednie graniczenie z Rosją to wielkie niebezpieczeństwo dla naszej niepodległości. Sprzeczność? Niekoniecznie – Zaremba domagał się w tym czasie zwołania ogólnopolskiego zjazdu rad, który ustanowiłby niepodległą Polskę socjalistyczną.

Niewątpliwie barierą odcinającą go od komunizmu była kwestia niepodległości. Broniąc państwa narodowego, pisał: I nie chodzi tu bynajmniej, przez kogo to państwo jest rządzone […] – chodzi tu o samą treść państwa, […] o jego terytorium i naród. Państwo, które ma się stać terenem zwycięskiej rewolucji socjalnej […] musi być państwem jednolitym.

Ale krystalizując swe poglądy w sprawach ustrojowych, Zaremba dostrzegał też inne różnice – twierdził, za programem partii, że ustrój socjalistyczny nie może być urzeczywistniony wbrew większości społeczeństwa, musi tedy opierać się na zasadach demokratycznych, dodając, że akceptowalna jest tylko dyktatura większości społeczeństwa. Uważając, że w Polsce brak jest warunków dla rewolucji proletariackiej, sformułował postulat rządu robotniczo-chłopskiego: Istnienie […] silnego włościaństwa stwarza konieczność podziału władzy między proletariatem a włościaństwem. Formą tego „ludowładztwa” miały być Rady Delegatów Robotniczych i Chłopskich, uzupełnione o przedstawicieli inteligencji. Rady obdarzone inicjatywą ustawodawczą, uprawnieniami kontrolnymi i prawem weta miały stanowić uzupełnienie Sejmu. Takie stanowisko odróżniało Zarembę zarówno od komunistów z ich hasłem „Cała władza w ręce Rad!”, jak i od reformistycznej większości PPS, ograniczającej się do parlamentaryzmu.

U zarania niepodległości ukształtował też Zaremba zasadnicze założenia swej wizji ustroju społeczno-gospodarczego. Głosząc konieczność dopełnienia demokracji politycznej przez demokrację w zarządzie życiem przemysłowym, rzucił hasło: upaństwowić i uspołecznić zarazem zakłady pracy. W praktyce polegać miało to na zarządzaniu przemysłem przez komitety fabryczne – w ten sposób Zaremba nie tylko chciał ugruntować socjalizm, ale też zmienić psychikę robotnika-najemnika na psychikę robotnika-twórcy.

Poglądy te sytuowały Zarembę w kręgu oddziaływania tzw. austromarksizmu – kierunku w ruchu robotniczym pośredniego między komunizmem i socjaldemokracją, ukonstytuowanego w latach 1921–1923 w Międzynarodową Wspólnotę Pracy Partii Socjalistycznych (tzw. międzynarodówka wiedeńska albo Międzynarodówka II i 1/2). Z tych pozycji Zaremba występował (np. na XIX kongresie PPS w 1924 r.) przeciw udziałowi w rządach koalicyjnych i jednostronnemu parlamentaryzmowi, opowiadając się za współpracą z piłsudczykami (frakcja piłsudczykowska stanowiła wówczas w PPS radykalne, lewe skrzydło partii). Wywołało to konflikt Zaremby z jego dotychczasowym mentorem Perlem, który oświadczył, że opozycjoniści są malkontentami, którzy ułatwiają działalność komunistom. Konflikt zakończył się porażką Zaremby, popartego przez zaledwie 43 delegatów. Mimo to na XX kongresie partii w 1926 r. Zaremba został wybrany do Rady Naczelnej i CKW.

***

Uznanie dla radykalizmu piłsudczyków łączył Zaremba z nieprzejednaną wrogością wobec endecji, którą postrzegał jako ucieleśnienie zarówno społecznej reakcji, jak i narodowej ugody. Nic dziwnego, że w maju 1926 r. Zaremba poparł wraz z całą lewicą, komunistów nie wyłączając, przewrót Piłsudskiego (ba, jeszcze w 1962 r. bronił go, przypominając o zagrożeniu przez faszyzm endecko-witosowy). Szybciej jednak niż inni socjaliści przeszedł do krytyki nieodpowiedzialnych przed nikim klik militarno-biurokratycznych. Już w lipcu stwierdzał zdecydowany wpływ na rząd [Kazimierza Bartla] sfer kapitalistycznych i obszarniczych, a w grudniu 1926 r. na forum Rady Naczelnej PPS domagał się zaostrzenia kursu opozycyjnego. Rządy sanacji ocenił jako skrajną interwencję na rzecz utrzymania starego porządku, mówił o faszyzacji Polski.

Antysanacyjny kurs wymuszał przegrupowanie w ruchu socjalistycznym. Zaremba z jednej strony zaangażował się w walkę przeciw socjalistom-piłsudczykom, którzy w 1928 r. wyodrębnili się w PPS – dawną Frakcję Rewolucyjną, a z drugiej w rozmowy z „austromarksistowską” Niezależną Socjalistyczną Partią Pracy Bolesława Drobnera, która w tymże 1928 r. przyłączyła się do PPS. W tym okresie pozycja Zaremby w PPS umocniła się: nie tylko znów został wybrany do CKW na XXI kongresie, ale przejął też kierowanie polityką wydawniczą partii, zyskując sobie przydomek czerwonego Hearsta (od nazwiska amerykańskiego magnata prasowego). Akces drobnerowców zmienił układ sił w PPS. Zaremba, do tej pory plasujący się na pozycji lewoskrzydłowej, teraz znalazł się w centrum, moderując sprzeczne tendencje partyjnej prawicy (Zygmunt Żuławski, Adam Ciołkosz) i nowej lewicy (Drobner, Stanisław Dubois). Wbrew partyjnej prawicy uważał przejęcie władzy przez proletariat za cel bezpośredni PPS, ale zarazem – inaczej niż lewica – nie uważał tego za cel jedyny, podnosił rolę postulatów częściowych. Odrzucał zarówno komunistyczną formułę dyktatury proletariatu, jak i reformizm, który dla form demokratycznych gotowy byłby poświęcić treść społeczną nadchodzącego przewrotu.

Takie stanowisko znajdowało swe odzwierciedlenie w koncepcji sojuszów – tu również Zaremba reprezentował poglądy odmienne zarówno od prawego, jak i lewego skrzydła. Nie chciał ograniczania się do metod parlamentarnych, warunkującego sojusz z partiami centrowymi. Na XXII kongresie w 1931 r. wystąpił przeciw kompromisowi z najrozmaitszymi żywiołami na platformie politycznej demokracji, krytykując z radykalnych pozycji Centrolew. Chciał sojuszu z chłopami – ale nie z partiami chłopskimi. Bliżsi byli mu lewicowi piłsudczycy z Klubów Demokratycznych.

Sceptyczny pozostawał też wobec zbliżenia z komunistami (choć osobiście przyjaźnił się np. z Jerzym Borejszą). O ile początkowo skłonny był popierać tzw. pakt o nieagresji PPS i KPP, to po procesach moskiewskich 1936–1937, masakrujących starą gwardię bolszewicką, zmienił zdanie i uznał PPS za jedyną siłę polskiej klasy robotniczej. Konsekwentnie jednak domagał się legalizacji KPP – pisał: Demokracja polska musi czerpać swą siłę […] nie z zakazów i ograniczeń wolności, lecz z poczucia swej głębokiej słuszności […] skazywać, znosić, delegalizować wolno tylko na podstawie dokonanych czynów, a nie wyznawanych przekonań. W tym okresie Zaremba zrewidował swój stosunek do ZSRR – uznał, że próba budownictwa socjalistycznego w zacofanym kraju w warunkach izolacji doprowadziła do degeneracji systemu. W 1934 r. biurokratyczna nowa klasa rządząca pod wodzą Stalina przejęła ostatecznie władzę, ustanawiając państwo dyktatury nowej biurokracji. Odmawiał ustrojowi radzieckiemu miana socjalizmu, określając go jako amalgamat upaństwowionej gospodarki i despotyzmu barbarzyńskiego nowej rządzącej kasty. Tym niemniej państwowy kapitalizm ZSRR traktował jako ustrój przejściowy do socjalizmu.

Systemowi sowieckiemu przeciwstawiał własną wizję socjalizmu, doprecyzowując wcześniejsze założenia. Uważając biurokratyczną skostniałość za główne zagrożenie dla socjalizmu, podtrzymywał nacisk na robotnicze współzarządzanie w przemyśle; pisał, że wewnętrzne życie przedsiębiorstwa państwowego musi się opierać o zasady słusznej płacy i demokratycznego zarządu z udziałem przedstawicieli związków zawodowych i organizacji konsumenckich. W polemice z komunistami podkreślał, że – w odróżnieniu od ZSRR – w procesie budowania socjalizmu w Polsce należy dążyć do szybkiego podniesienia stopy życiowej mas pracujących. To prowadziło do pewnych przewartościowań. W handlu podstawą nowego aparatu wymiany miała być spółdzielczość, ale dostrzeżemy tu nowy wątek – Zaremba zaznaczał: nie będziemy […] niszczyli nawet […] wyzyskującego ludność aparatu prywatnego pośrednictwa […], póki nie zbudujemy spółdzielczej organizacji o dostatecznej sile i sprawności. Kolejnym novum było uznanie trwałej roli drobnej własności w rzemiośle. To samo dotyczyło rolnictwa: tu nie przewidywano nacjonalizacji ziemi, lecz reformę rolną i rozwój dobrowolnej spółdzielczości wiejskiej, współistniejącej z gospodarstwami rodzinnymi.

Różnił się również od sowieckiego model ustroju politycznego. Zaremba wypracował odmienną od komunistycznej formułę dyktatury proletariatu. Pisał, że komunistycznemu hasłu dyktatury proletariatu przeciwstawił […] program PPS hasło rządów socjalistycznych, […] zdolnych do odparcia ataków reakcji, ale podległych kontroli mas i od tych mas zależnych. Podkreślał konieczność kontroli mas ludowych nad rządem robotniczo-chłopskim, jako że – jak wyznał – obawiam się zarówno biurokracji sanacyjnej, jak i swojej własnej. Służyć miały temu szerokie gwarancje praw obywatelskich, rozwój samorządności, przekazanie funkcji policyjnych samorządom, utworzenie armii typu milicyjnego. Zapowiadał: Skończy się biurokratyczne pasożytnictwo w instytucjach państwowych.

Ostrość konfliktów narodowościowych w latach 30. wymusiła na Zarembie podjęcie problemu mniejszości narodowych, a zwłaszcza żydowskiej. Działacz PPS ostro wystąpił przeciw antysemityzmowi, nie demonizował go jednak jako wcielenia metafizycznego zła, lecz poddawał marksistowskiej analizie. Pisał, że antysemityzm eksploatuje budzące się i nieświadome odruchy uczuciowe wywołane przez stosunki społeczne. Personifikuje źródło krzywdy w najbardziej powierzchownej, lecz bliskiej wyobraźni formie: Żyda konkurenta dla drobnomieszczanina, Żyda fabrykanta lub bankiera dla robotnika. Charakterystyczna była jego polemika z Janem Maurycym Borskim – ten publicysta PPS (notabene żydowskiego pochodzenia) w broszurze „Sprawa żydowska a socjalizm” przyjął punkt widzenia syjonistów: Żydzi stanowią osobny naród, który nie czuje związku z Polską, więc najlepszym rozwiązaniem będzie emigracja do Palestyny. Zaremba stanął na stanowisku wypracowanym przez sojuszniczy Bund, domagając się autonomii narodowo-kulturalnej dla Żydów w Polsce. Uzasadniał: Miarę dla Żydów i Arabów mam jednakową. Występuję przeciwko zmuszaniu Żydów do emigracji z Polski i nie mogę pogodzić się z tym, że Arabów wolno wypędzać z ich siedzib.

U schyłku lat 30. na intensyfikacji uległo zagrożenie ze strony hitlerowskich Niemiec – zagrożenie podwójne, bo zarówno dla bytu narodowego Polski, jak i dla socjalistycznego programu politycznego. W tych warunkach Zaremba złagodził swe opozycyjne stanowisko, licząc na ustępstwa ze strony sanacji; w 1939 r. opowiedział się za utworzeniem rządu obrony narodowej. Podkreślał jednak: dajemy […] przede wszystkim wyraz […] nieugiętej walki z każdą próbą targnięcia się na naszą niepodległość. Ale wraz z tym twierdzimy […], że nasze postulaty wewnętrznej przebudowy państwa to jedyna droga do jego rozwoju i zdobycia jak największej potęgi. Braterskie współżycie wszystkich narodowości […] zniesienie wyzysku kapitalistycznego.

***

Gdy Rzesza zaatakowała Polskę, Zaremba znów stanął w pierwszym szeregu aktywistów. Już 1 września 1939 r. współtworzył Robotniczy Komitet Pomocy Społecznej (potem Komitet Obywatelski Obrony Warszawy), a 5 września – przezwyciężając opór defetystycznie nastawionych wojskowych – przeforsował utworzenie Ochotniczej Robotniczej Brygady Obrony Warszawy. Po kapitulacji to od niego wyszła propozycja reorganizacji ruchu socjalistycznego: działalność PPS została zawieszona, a na jej miejsce w październiku powstał Ruch Mas Pracujących Miast i Wsi „Wolność – Równość – Niepodległość”. WRN budowany był na fundamencie partyjnego centrum, bez udziału radykalnych lewicowców i zwolenników Żuławskiego.

W socjalistycznym podziemiu Zaremba działał pod pseudonimem „Marcin”, posługując się również nazwiskami Czajkowski i Smreczyński. Zajmował się konspiracyjnymi wydawnictwami, reprezentował też WRN w namiastce podziemnego parlamentu – Głównej Radzie Politycznej. Najważniejszą rolę odegrał wszakże jako ideolog ruchu, pisząc wspólnie z ludowcem Stanisławem Miłkowskim i demokratą T. Wojeńskim „Program Polski Ludowej”, a w 1944 r. publikując rozprawę „Demokracja społeczna. Próba wizji okresu przejściowego”.

Zaremba wychodzi tu od analizy współczesnych stosunków społecznych. Stwierdza, że kapitalizm znajduje się w fazie schyłkowej, przekształcając się w menedżerski superkapitalizmkartel karteli kapitalistycznych. Towarzyszyć miał temu kryzys demokracji burżuazyjnej, którego przejawem stał się faszyzm jako antydemokratyczna odpowiedź klas posiadających na zagrożenie ze strony mas ludowych. Faszyzm wszakże, pełniąc początkowo funkcję gwardii pretoriańskiej kapitalizmu, później uniezależnił się, co doprowadziło do kulminacji sprzeczności.

Zdaniem Zaremby kapitalizm wyczerpał już wszystkie możliwości, dlatego jedyną alternatywą dla świata pozostaje socjalizm. Podtrzymywał swój projekt gospodarki uspołecznionej, w której nacjonalizacji lub komunalizacji podlegałyby wszystkie zakłady zatrudniające ponad 50 pracowników; wciąż akcentował rolę samorządu pracowniczego (zwieńczonego Państwową Radą Planu Gospodarczego), pisząc, że bez ich [pracowników – J.T.] udziału w kierownictwie przedsiębiorstwa – nie do pomyślenia jest stworzenie społeczeństwa wolnych ludzi pracy. Zarazem – zapewne to ustępstwo na rzecz ludowców – wyraźniej zaznaczał, że podstawą ustroju rolnego będzie samodzielny warsztat rolniczy obrabiany rękami osiadłej na nim rodziny.

Pewnej modyfikacji (choć głównie w zakresie frazeologii) uległa wizja ustroju politycznego. Demokracja społeczna definiowana była już nie jako rząd robotniczo-chłopski, ale jako rządy większości, którym mniejszość musi się podporządkować, korzystając jednocześnie z praw kontroli i krytyki. Podkreślał, że wolność jednostki zapewniona będzie przez stałą kontrolę społeczną nad aparatem państwa, ta zaś – przez rozwój samorządności i system wielopartyjny.

Wyraźnemu zaostrzeniu uległ w tym okresie antykomunizm Zaremby. Oto komunizm bez maski! – pisał o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Wykazał on nie przeciwieństwo, lecz pobratymstwo z faszyzmem – pokrewieństwo totalistycznego podkładu ideowego. W ZSRR uległa zaprzeczeniu kwestia najważniejsza, a mianowicie sam człowiek. Jego życie, jego zdrowie, jego wolność. W 1941 r. wraz z Pużakiem i Arciszewskim skierował list do socjalistów w Londynie, krytykujący układ Sikorski-Majski i postulujący stanowcze […] zwalczanie […] prądów sowietofilskich. Trzy lata później opowiedział się za wybuchem powstania w Warszawie (co wywołało sprzeciw Pużaka), a w czasie walk redagował „Robotnika”. Dla Zaremby antyfaszystowskie powstanie zbrojne było przejawem wierności imponderabiliom – zasadom Niepodległości i demokratycznego Socjalizmu. W odezwie z 3 października 1944 r. zapowiadał, że powstańcy, którzy dziś walczą o Polskę całą i niepodległą, jutro urzeczywistnią wielki program przebudowy społecznej i wolności obywatelskiej. W tym duchu napisał „Powstanie sierpniowe” – ujętą z lewicowego punktu widzenia relację z powstania warszawskiego, porównującą je do Komuny Paryskiej.

Po kapitulacji powstania Rada Jedności Narodowej (dawna Główna Rada Polityczna) wydelegowała Zarembę do Londynu, nie zdołał jednak tam wyjechać. Zamiast tego pod komunistycznym reżimem rozpoczął odbudowę konspiracyjnych struktur PPS-WRN, wydając w Krakowie biuletyn „AS”. Początkowo bierze pod uwagę, by zachowując krytyczne stanowisko, szukać sposobów włączenia się w nowy układ stosunków, dlatego utrzymuje kontakty z Józefem Cyrankiewiczem z prokomunistycznej „lubelskiej” PPS. 1 lipca 1945 r. na forum RJN oświadczył, nawiązując do powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, że okres państwa podziemnego kończy się z chwilą utworzenia w kraju rządu, który zyskuje uznanie sprzymierzonych. Gdy jednak konspiracyjna PPS-WRN zdecydowała o samorozwiązaniu i wstępowaniu w szeregi PPS „lubelskiej” – Zaremba wraz z Pużakiem pozostał w opozycji.

***

Jesienią 1946 r. wyjechał do Francji, rozpoczynając ostatni, emigracyjny etap swego życia. Od 1947 r. wydaje socjalistyczny periodyk „Światło” i publikuje w nim, opracowuje program zjazdu PPS w Pont-a-Lesse. Na zjeździe polskich socjalistów w Ardenach w maju 1948 r. został wybrany przewodniczącym Rady Partyjnej, podczas gdy Ciołkosz stanął na czele Centralnego Komitetu Zagranicznego. Jako reprezentant PPS wiosną 1947 r. współtworzył Międzynarodowe Biuro Socjalistyczne, w 1949 r. przekształcone w Unię Socjalistyczną Krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a od 1951 r. afiliowane przy Międzynarodówce Socjalistycznej. Od 1950 r. uczestniczył w pracach Committee of International Socialist Conference, w 1951 r. wziął udział w kongresie Międzynarodówki Socjalistycznej we Frankfurcie.

Aktywnie uczestniczy w życiu polskiego wychodźstwa. W 1947 r. poparł przejście PPS do opozycji wobec rządu Bora-Komorowskiego – z inicjatywy socjalistów powstał blok lewicy – Porozumienie Polskich Stronnictw Demokratycznych – z udziałem ludowców, Polskiego Stronnictwa Demokratycznego, Stronnictwa Pracy i postpiłsudczykowskiej grupy Niepodległość i Demokracja. Kilka lat później zmienił zdanie i zaangażował się w tworzenie Tymczasowej Rady Jedności Narodowej, opartej na kompromisie ze Stronnictwem Narodowym, choć nietrudno zauważyć, że wspólnym mianownikiem tego porozumienia był opór wobec mafii sanacyjnej.

Komunistyczne rządy wyostrzyły sprzeciw Zaremby wobec sowieckiego modelu socjalizmu. Uważał, że przeprowadzane w kraju reformy idą zbyt daleko; krytykował hipertrofię sektora państwowego i biurokracji, sposób przeprowadzania nacjonalizacji (likwidacja małych firm) i reformy rolnej, forsowną industrializację i kolektywizację rolnictwa, wreszcie – last but not least – uzależnienie od ZSRR. Postulował oparcie produkcji rolnej na […] samodzielnych gospodarstwach chłopskich zrzeszonych na zasadach dobrowolnej i demokratycznej spółdzielczości kredytowej. […] Zachowując w ręku państwa główne dźwignie życia gospodarczego i oddając środki produkcji pod bezpośredni zarząd i kontrolę producentów i konsumentów, gospodarka socjalistyczna winna zostawić swobodę drobnym producentom i rzemieślnikom […], aby mogli […] wypełnić luki w gospodarce państwowej. Z tego powodu domagał się prowadzenia nieustępliwej walki z imperializmem sowieckim i jego agenturami w imię odzyskania niepodległości, krytykując zachodnią socjaldemokrację za przemilczanie zbrodni sowieckich.

Poglądy Zaremby i tak odbiegały jednak od głównego nurtu polskiej emigracji. Twardo oznajmiał, że nie ma powrotu do czasów przedwrześniowych, występował przeciw walce zbrojnej. Już w 1946 r. gotów był zaakceptować granicę wschodnią, bronił też w imię elementarnych interesów narodowych granicy na Odrze i Nysie. Jesienią 1948 r. – po usunięciu Gomułki – dostrzegł wielonurtowość PPR.

W tym nurcie poszukiwania – jak to ujął Melchior Wańkowicz – trzeciego miejsca mieściła się idea Stanów Zjednoczonych Europy, jako socjaldemokratycznej siły przełamującej dwubiegunowy podział świata na bloki komunistyczny i kapitalistyczny. Warto jednak zwrócić uwagę, że federalizm Zaremby miał charakter nie tyle kosmopolityczny, co internacjonalistyczny – podmiotem pozostawały narody, a nie abstrakcyjna społeczność międzynarodowa. Pisał on: Socjalizm Międzynarodowy winien wysunąć ideę całkowitej wolności narodów i ras, pełnego […] ich samookreślenia oraz pełnej ich równości.

***

W miarę upływu lat narastał krytycyzm Zaremby wobec zdominowanego przez nostalgiczną prawicę środowiska emigracyjnego. Jak pisał, emigranci na pozór wybrali wolność, [a] w rzeczywistości wybierali dla siebie możliwość życia w dogodniejszych warunkach. Jego ideowy pryncypializm, wierność swej proletariackiej ideologii nakazywały PPS zajmowanie pozycji odrębnej i samodzielnej oraz stworzenie własnych organów […] o wyraźnie socjalistycznym charakterze. Dlatego coraz krytyczniej oceniał szopkę legalistyczną, domagał się wyraźnego rozgraniczenia elementów wstecznych od lewicowych i zerwania z konformistyczną frazeologią pseudopatriotyczną. Istotną rolę odgrywała postawa Zaremby – jak go określiła Wanda Czapska-Jordan: optymisty z natury – której istotą było nie obrażanie się na historię, lecz tkwienie w prądzie przyszłościowym. Zawsze starał się patrzeć w przyszłość i w niej odnajdywać symptomy zmian na lepsze. Podkreślał: Od roku 1945 nie liczę na wojnę [jako metodę obalenia komunizmu – J.T.], lecz na siły żywotne narodu i naszej klasy robotniczej.

Wydarzenia 1956 r. w kraju – najpierw Poznański Czerwiec, potem Październik – były dla Zaremby dowodem na słuszność tego stanowiska. Pisał, że klasa robotnicza nie tylko żyje, ale potrafi również wznieść się na wyżyny rewolucyjnej manifestacji, natomiast tzw. antykomunistyczne siły, reprezentujące pełną negację zaszłych przemian […] były nieobecne w tym powszechnym poruszeniu serc i umysłów. Uważał, że klasa robotnicza na razie poparła Gomułkę, ale nie przestanie napierać w kierunku gruntownych przeobrażeń całego systemu. Dokonujące się na przełomie 1956 i 1957 r. przemiany uznał za realne (nie kosmetyczne) i pozytywne, ale niewystarczające, dlatego należy popierać […] utrwalenie się tych wyników przewrotu październikowego, które dały większe usamodzielnienie się Polski wobec ZSRR […]. Należy nie ustawać w walce o dalszy rozwój października, a w pierwszym rzędzie o odbudowanie niezależnego ruchu robotniczego. IV zjazd emigracyjnej PPS w 1957 r. dokonał pozytywnej oceny Października, a Zaremba usiłował uzyskać zgodę na rozpowszechnianie „Światła” w kraju.

Październik ‘56 okazał się niewykorzystaną szansą – po latach Zaremba oceniał, że batalia październikowa została przegrana, gdyż Gomułka uległ logice totalitarnej natury partii. Wydarzenia te wyznaczyły jednak nową strategię PPS pod kierunkiem Zaremby. W styczniu 1959 r. Rada Centralna partii w Lens zażądała wyjścia socjalistów z TRJN, w następnym roku doszło do zerwania współpracy z prezydentem Zaleskim. Zwrot ten doprowadził do secesji grupy socjalistów (Adam Pragier, małżeństwo Ciołkoszów) stojących na platformie jedności narodowej na emigracji. Dla Zaremby jedność narodowa była zawsze, jak pisał, oszustwem ideologicznym.

***

Nowa strategia stała się dla Zaremby okazją do pogłębienia i rozwinięcia analizy komunizmu. Uważał ewolucję ruchu i systemu komunistycznego za obiektywną i historycznie zdeterminowaną. Pisał, że nie ma możliwości zawrócenia z tej drogi [demokratyzacji – J.T.], że świat komunistyczny podlega głębokiemu i nieodwracalnemu […] procesowi przemian w kierunku dobrobytu i wolności. Zauważył, że przełom ideologiczny, jaki miał miejsce po śmierci Stalina, był skutkiem przemiany pokoleniowej, która do kierownictwa wprowadziła pragmatyków stawiających na pokojowe współistnienie z Zachodem. Punktem wyjścia była jego teoria nowej klasy rządzącej w państwach komunistycznych (oligarchiczna klasa […] biurokratów partyjnych i państwowych […] czerpiąca liczne przywileje z faktu posiadania nieograniczonej władzy i dysponująca wszystkimi środkami produkcji), którą, jak podkreślał, sformułował wcześniej niż powstała podobnie zwana teoria Milovana Dżilasa. Nowa klasa stopniowo odchodziła od frazeologii klasowo-proletariackiej na rzecz narodowej (co Zaremba krytykował z pozycji lewicowych), a rządzące partie komunistyczne stawały się partiami ogólnonarodowymi. W rezultacie monopartia przeistaczała się z zakonu w mikrospołeczeństwo – odzwierciedlenie realnego społeczeństwa – a sprzeczności klasowe przenoszone były do jej wnętrza.

Szczególnie wyraźnie widać było to, jego zdaniem, w państwach satelickich, gdzie występowało rozdwojenie partii na oddanych Rosji przywódców […] oraz na zwykłe pionki partyjne, żyjące troskami i nadziejami społeczeństwa. Co więcej, Zaremba dostrzegał w tych partiach działaczy, którzy chcą bronić własnej klasy robotniczej i najlepiej pojętych interesów własnego narodu. W ten sposób formowała się opozycja wewnętrzna w partiach komunistycznych, nacechowana dążeniem do uzyskania niezależności wobec Związku Radzieckiego.

Zaremba utożsamiał tę opozycję z tzw. rewizjonistami – nurtem ideowym młodej inteligencji komunistycznej, krytykującym marksistowsko-leninowski dogmatyzm. W jego oczach nie była to garstka intelektualistów, ale żywiołowy oddolny ruch, wyraz klasowych interesów […] proletariatu. Traktował rewizjonistów jako część opozycji demokratycznej działającą wewnątrz partii komunistycznej, a nawet jako opozycję socjalistyczną w obozie komunistycznym – zalą?ek żek nowego odrodzenia socjalizmu w naszych krajach. Krytykował co prawda rewizjonizm za niekonsekwencję (przede wszystkim za uznawanie systemu monopartyjnego), ale w oczach pryncypialnych antykomunistów takie stanowisko Zaremby i tak było nieledwie zdradą.

Tym bardziej, że Zaremba szedł jeszcze dalej, proklamując gotowość otwarcia na ruch komunistyczny jako taki. Pisał o konieczności rozbicia tumanu myślowego „antykomunizmu”, malującego diabła niezmiennie grożącego Ludzkości swymi widłami. Twierdził, że wśród komunistów przybywa coraz więcej ludzi rozumiejących, że socjalizm bez wolności człowieka jest potworną karykaturą. Z drugiej strony nie ukrywał swego krytycyzmu wobec ewolucji zachodniej socjaldemokracji, której zarzucał zatuszowanie klasowego oblicza, żałosne wrażenie demonstracji ideologicznej pustki, „upaństwowienie” socjalizmu w ramach istniejących stosunków. Nietrudno dosłyszeć tu echa modnej wtedy teorii konwergencji, zakładającej nie tylko koegzystencję, ale też wzajemne zbliżenie przeciwstawnych systemów. Na konferencji wschodnioeuropejskich socjalistów w Amsterdamie w październiku 1963 r. Zaremba wygłosił referat „O aktywną politykę socjalizmu wobec ruchu komunistycznego”, który – jak wspominał – wywołał święte oburzenie i dał okazje do wygłaszania płomiennych mów antykomunistycznych (powtarzanych od dziesięciu lat bez zmiany). Głosił w nim tezę o utrwaleniu rewizjonizmu jako stałego zjawiska wewnętrznego w ruchu komunistycznym, co miało umożliwić likwidację rozłamu w ruchu robotniczym. Zaremba oznajmiał jednak zarazem, że niemożliwa jest solidarność między więźniem i dozorcą. Odbudowa jedności ruchu robotniczego miała się odbywać na zasadach równości różnych kierunków (komunistycznego, socjaldemokratycznego, syndykalistycznego i chrześcijańsko-społecznego), niezależności od rządów i demokratycznej organizacji wewnętrznej partii robotniczych.

Jako warunki minimum kompromisu z komunistami Zaremba wysuwał żądania swobody stowarzyszeń (w tym stowarzyszenia wychowawczo-politycznego o charakterze socjalistycznym), wewnętrznej demokracji w ruchu związkowym i spółdzielczym, wreszcie wolnych wyborów do terenowych rad narodowych. W drugim etapie reform miała zostać odbudowana partia socjalistyczna, przeprowadzone wolne wybory parlamentarne i ustanowiona gospodarka trójsektorowa. Był to program wprowadzenia socjalistycznych zasad wolności na podłożu gospodarki upaństwowionej i scentralizowanej. Jak pisał, w warunkach dyktatury komunistycznej najważniejsza jest odbudowa demokracji. Twierdził zarazem, że demokracja to nie tyle określona struktura państwowa, co postawa obywateli, sygnalizując w ten sposób możliwość wykorzystania formalnie demokratycznych instytucji ustrojowych PRL na drodze żywiołowości i drobinkowego oddziaływania. Chcemy na tej drodze skupić wszystkie żywotne siły naszego społeczeństwa, bez względu na dawne i obecne podziały – dodawał, precyzując, że będzie to zgrupowanie sił demokratycznych […] od komunistycznych rewizjonistów do chrześcijańsko-społecznych. W praktyce próbował to realizować, nawiązując poprzez Barbarę Toruńczyk kontakty z grupą Kuronia, Modzelewskiego i Michnika. Strategię tę określił mianem neopozytywizmu socjalistycznego, przez analogię do neopozytywizmu katolickiego reprezentowanego przez grupę „Znak”.

Pewnej modyfikacji uległ też program Zaremby w zakresie polityki zagranicznej. Oczywiście wierny pozostał imponderabiliom – nieodmiennie twierdził, że sprawa Niepodległości jest ściśle związana ze sprawą Socjalizmu, gdyż proletariat nie ścierpi na dłuższą metę ani dyktatury, ani niewoli narodowej. Stwierdzając, że Polska to zamaskowana kolonia ZSRR, żądał pełnej swobody państwa polskiego w jego polityce zagranicznej i wewnętrznej. Jednak w swej publicystyce Zaremba nie wraca już do koncepcji paneuropejskich, zadowalając się neutralizacją Europy Środkowej od Renu po Bug: zjednoczonych Niemiec, Polski, Czechosłowacji i Węgier (bliski był tu przywódcy SPD Kurtowi Schumacherowi).

***

Idee Zaremby z lat 60. nie spotkały się ze zrozumieniem na emigracji. Po krytyce jego amsterdamskiego referatu zgłosił rezygnację ze stanowiska przewodniczącego Wydziału Zagranicznego CKZ. W 1964 r. założył nowy periodyk „Droga”, który miał skupiać wszystkich demokratów polskich stojących nogami na ziemi i myślących kategoriami jutra, a nie lat minionych (biorąc Październik ‘56 za punkt odniesienia), jednak wobec oporu towarzyszy inicjatywa ta nie odniosła sukcesu. Koncentrował się coraz bardziej na pracy teoretycznej, wydawał kolejne książki: „Narodziny klasy rządzącej w ZSRR” (1963), „Cel i droga” (1963), „Przemiany w ruchu komunistycznym” (1965), „Słowo o Wacławie Machajskim” (1967). Sterany życiem chciał wrócić do kraju, nie zdążył jednak tego uczynić. Zmarł 5 października 1967 r. w Sceaux.

„Państwo minimum” do tablicy

„Państwo minimum” do tablicy

Polska jest nieustająco zapatrzona w Amerykę. Mogłaby się wiele nauczyć, analizując jej problemy z… drogami czy lotniskami.

Począwszy od 1998 r., Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów Lądowych (ASCE) przygotowuje raport pt. „Cenzurka dla amerykańskiej infrastruktury” (Report Card for America’s Infrastructure). W 2013 r. ukazała się piąta edycja opracowania1, powstającego społecznym wysiłkiem kilkudziesięciu ekspertów i stanowiącego próbę podsumowania „stanu posiadania” i wyzwań we wspomnianym zakresie. W ewaluacji 16 wyróżnionych rodzajów infrastruktury wykorzystano dane ilościowe i jakościowe obrazujące m.in. zdolność do zaspokajania bieżących i przyszłych potrzeb, stan techniczny, skalę niedoinwestowania, zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego, odporność (np. na ekstremalne zjawiska pogodowe) oraz stosowanie innowacyjnych rozwiązań. Ukoronowanie analizy stanowią stopnie w skali stosowanej w amerykańskich szkołach, gdzie A oznacza ocenę celującą, B, C i D odpowiednio dobrą, dostateczną i mierną, zaś F – „pałę”. Ważne elementy raportu stanowią szacunki nakładów koniecznych dla uzyskania przez daną sferę oceny dobrej, a także rekomendacje w zakresie finansowania i zarządzania.

Ameryka też się sypie

Obraz infrastruktury USA wyłaniający się z opracowania jest daleki od ideału. Oceny cząstkowe przyznane przez inżynierów złożyły się na ocenę ogólną D+, czyli zaledwie w pół drogi między mierną a dostateczną. Oznacza to, że większość podsystemów charakteryzuje bardzo poważne zużycie lub niespełnianie innych podstawowych kryteriów. Lukę w niezbędnym finansowaniu w okresie do 2020 r. oszacowano na łącznie 3,6 bln dolarów. Poniżej przedstawiam wybrane bolączki, zgodnie z zastosowanym w „Cenzurce” podziałem na kategorie i w kolejności wyznaczonej przez uzyskane noty.

Ochrona przeciwpowodziowa: mierny minus

Niewielkie nakłady w ostatnich dziesięcioleciach sprawiły, że stan wałów poważnie zagraża bezpieczeństwu publicznemu, a koszt koniecznych napraw oszacowano na ponad 100 mld dolarów. Spośród obwałowań poddanych kategoryzacji przez Wojska Inżynieryjne Armii Stanów Zjednoczonych (USACE) jedynie 8% sklasyfikowano jako znajdujące się w zadowalającej kondycji, zaś aż 22% – w niedopuszczalnej. Zdaniem ASCE omawiana sfera wymaga pilnego wzrostu nakładów na wszystkich szczeblach administracji, a także stymulowania inwestycji ze środków prywatnych.

Śródlądowe drogi wodne: mierny minus

Barki stanowią optymalny sposób przewozu zbóż, stali czy towarów niebezpiecznych. Tymczasem zasadnicze elementy infrastruktury żeglugowej nie były modernizowane od lat 50. ubiegłego stulecia. Efektem jest wzrost cen transportu wodnego, wynikający m.in. z dużej i rosnącej liczby przestojów konserwacyjnych (w tym nieplanowanych, szczególnie kosztownych dla spedytorów) czy niedostosowania wielkości śluz do rozmiarów współczesnych statków.

USACE, odpowiedzialne za utrzymywanie infrastruktury żeglugi śródlądowej w dobrym stanie, wyliczyły, że samo powstrzymanie wzrostu skali nieplanowanych opóźnień w transporcie będzie wymagać zdwojonych nakładów w okresie do 2020 r.

Konieczność dodatkowych inwestycji stała się tak oczywista, że wielu spedytorów popiera pomysł zwiększenia podatku od paliwa dla barek, będącego głównym źródłem finansowania infrastruktury żeglugowej (obecnie wynosi on 20 centów/galon, mowa o wzroście o 6–8 centów). Przy obecnym poziomie wpływów z owego podatku 22 planowane duże inwestycje w najlepszym przypadku zakończą się w… 2090 r.

Drogi: mierny

Inwestycje na szczeblu federalnym, stanowym oraz lokalnym, choć rosną, są niewystarczające, by powstrzymać pogarszanie się jakości i wydajności systemu drogowego. Obecnie 1/3 nawierzchni głównych dróg w USA znajduje się w złej lub kiepskiej kondycji, czego skutkiem są m.in. dodatkowe koszty napraw i eksploatacji samochodów, szacowane na 324 dolary na kierowcę rocznie. Co jeszcze bardziej istotne, stan infrastruktury uznaje się za istotną przyczynę co trzeciego śmiertelnego wypadku drogowego.

Koszty utrzymywania nawierzchni w dobrym stanie są kilka razy mniejsze niż ich późniejszych generalnych remontów połączonych z wymianą. Niezbędne jest zatem pilne znalezienie dodatkowych źródeł finansowania federalnego funduszu drogowego, jako że wpływy z akcyzy na paliwo są niewystarczające, m.in. w związku ze wzrostem udziału pojazdów o mniejszym spalaniu.

Infrastruktura transportu powietrznego: mierny

Ma ona znaczenie nie tylko dla transportu towarowego – dobra dostarczane drogą lotniczą mają 30% udziału w wartości amerykańskiego eksportu – oraz pasażerskiego, ale także dla transportu medycznego, działań operacyjnych służb mundurowych czy rolnictwa (opryski). Pod względem transportu lotniczego USA były swego czasu globalnym prymusem, jednak ambitne programy inwestycyjne innych krajów odebrały im ten status. Istniejąca infrastruktura okazuje się niewystarczająca w stosunku do potrzeb; Federalny Urząd ds. Lotnictwa (FAA) ocenia, że tylko w 2012 r. zatłoczenie lotnisk oraz opóźnienia lotów kosztowały amerykańską gospodarkę niemal 22 mld dolarów. FAA przewiduje, że jeśli nakłady z budżetu federalnego zostaną utrzymane na obecnym poziomie, w 2040 r. tego rodzaju koszty wzrosną do 63 mld dolarów.

Odpady niebezpieczne: mierny

Agencja Ochrony Środowiska (EPA) szacuje, że co czwarty Amerykanin żyje w promieniu trzech mil (ok. 4,8 km) od skupiska niebezpiecznych odpadów, zaś według innych danych porzucone miejskie tereny poprzemysłowe zajmują w Stanach powierzchnię równą 60 największym ośrodkom. Na zabezpieczenie i/lub rekultywację oczekuje już ponad 400 tys. dawnych fabryk, stacji benzynowych etc. Mimo stale rosnących potrzeb nakłady z budżetu centralnego na federalny fundusz rekultywacji skażonych terenów spadły od 1998 r. aż o 40%.

ASCE przypomina, że przed 1996 r. bardzo istotnym źródłem finansowania funduszu były specjalne podatki (m.in. akcyza na wybrane chemikalia, ekologiczny podatek dochodowy od przedsiębiorstw), których obowiązywanie nie zostało przedłużone.

Odprowadzanie i oczyszczanie ścieków: mierny

Trzy czwarte niezbędnych inwestycji w ramach tej sfery przypada na koszty modernizacji i rozwoju systemu rur. Istotną część z nich zainstalowano tuż po wojnie i dobiega końca okres gwarantowanego bezpieczeństwa oraz sprawności ich eksploatacji. Wiele systemów oczyszczania ma niewystarczającą przepustowość, w związku z czym do środowiska co roku zrzucanych jest 3,4 bln litrów nieoczyszczonych ścieków. Według szacunków m.in. resortu środowiska, by zapewnić bezpieczeństwo epidemiologiczne oraz czystość wód powierzchniowych, w ciągu najbliższych dwóch dekad łączne nakłady na infrastrukturę gospodarki ściekowej na wszystkich szczeblach administracji publicznej powinny być dwukrotnie większe niż obecnie.

Szkoły publiczne: mierny

Szkoły mają kluczowe znaczenie nie tylko dla wychowania i kształcenia najmłodszych obywateli oraz tzw. budowania gospodarki opartej na wiedzy. W społecznościach lokalnych pełnią także ważną rolę kulturotwórczą oraz mają przypisane istotne zadania w ramach zarządzania kryzysowego, np. jako miejsca schronienia podczas klęsk żywiołowych. Tymczasem niemal połowa budynków amerykańskich szkół publicznych została wybudowana na potrzeby baby boomers, pokolenia przechodzącego obecnie na emeryturę. Nie powinno więc dziwić, że gdy w 1999 r. dokonano podsumowania ich stanu, okazało się, że aż 76% wymaga remontów czy modernizacji. Niedomagania wielu budynków rzutują na skuteczność przekazywania i przyswajania wiedzy.

Liczba uczniów nieprzerwanie rośnie i w 1999 r. już w ok. 10% odbywała się edukacja o 25% dzieci więcej niż przewidziano dla szkolnych budynków. Jednocześnie maleją federalne i stanowe nakłady na ich budowę oraz modernizację (od wybuchu kryzysu zredukowano je o połowę). Od 1980 r. udział środków centralnych w tej kategorii inwestycji utrzymuje się na poziomie 8%, przy czym warto odnotować, że w 2011 r. Kongres wprowadził program, który ma umożliwić podniesienie standardu ok. 35 tys. budynków szkół.

Transport zbiorowy: mierny

Zorganizowany transport zbiorowy umożliwia milionom obywateli dostęp do edukacji, pracy, służby zdrowia, kultury czy rozrywki. Ma znaczenie zwłaszcza dla ⅓ społeczeństwa, która nie jeździ samochodami, oraz – jako alternatywa – dla rosnącej liczby kierowców w podeszłym wieku. Skalę niedorozwoju tej sfery obrazuje fakt, że aż 45% amerykańskich gospodarstw domowych nie ma dostępu do żadnej formy transportu zbiorowego; na terenach wiejskich wskaźnik ten wynosi aż 86%. Na obszarach metropolitalnych ponad 90% gospodarstw domowych nieposiadających auta ma możliwość korzystania z jakiejś formy komunikacji publicznej, jednak oferuje ona dojazd do zaledwie 40% miejsc pracy w okolicy w czasie krótszym niż półtorej godziny, co potencjalnie ogranicza możliwości zatrudnienia.

W warunkach spowolnienia gospodarczego zredukowano nakłady na transport zbiorowy, co spowodowało ograniczenie skali usług oraz podwyżki ich cen. Słabości starzejącego się, niedoinwestowanego systemu kosztują gospodarkę 90 mld dolarów rocznie (zmarnowany czas i paliwo), a w 2040 r., jeśli finansowanie zostanie utrzymane na dotychczasowym poziomie, kwota ta przekroczy 1 bln dolarów.

Zaopatrzenie w wodę pitną: mierny

Sprawne funkcjonowanie tego podsystemu ma znaczenie nie tylko dla niezakłóconych dostaw dla ludności i gospodarki. Jest też istotne np. z punktu widzenia zarządzania kryzysowego oraz stanu i bezpieczeństwa innych rodzajów infrastruktury. Tymczasem wiele elementów sieci wodociągowej liczy ponad sto lat (niektóre rury pochodzą jeszcze z czasów wojny secesyjnej) i wymaga wymiany. Autorzy opracowania piszą wprost, że jeśli nakłady na tę sferę nie wzrosną do odpowiedniego poziomu, m.in. dzięki podwyżkom opłat lokalnych, w ciągu 20 lat USA mogą zaprzepaścić wiele osiągnięć poprzednich trzech dekad, np. w dziedzinie ochrony środowiska czy zdrowia publicznego. Oceniają też, że „wedle wszelkiego prawdopodobieństwa” dostawy wody dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw przestaną być stabilne. Środki asygnowane na omawiany podsystem przez Kongres odpowiadają 8% potrzeb zidentyfikowanych przez EPA.

Zapory wodne: mierny

Tego rodzaju budowle hydrotechniczne przynoszą bardzo istotne korzyści w takich sferach jak zaopatrzenie w wodę pitną, nawadnianie, produkcja energii elektrycznej, ochrona przeciwpowodziowa czy aktywny wypoczynek, tymczasem średni wiek 84 tys. zapór w USA wynosi 52 lata. Wiele z nich wybudowano w celu zabezpieczenia przed powodzią terenów rolniczych, w związku z czym nie spełniają kryteriów bezpieczeństwa dla powstałych w międzyczasie obszarów zabudowanych (analogiczny problem dotyczy wałów przeciwpowodziowych). Skalę wyzwań pokazuje koszt niezbędnych napraw niespełna 700 tam należących do USACE, wyliczony na ponad 25 mld dolarów – przy obecnych nakładach wspomniane remonty potrwałyby więcej niż pół wieku.

Nadal nie powstał narodowy program modernizacji zapór, zaś przeciętna liczba budowli przypadających na jednego inspektora ds. bezpieczeństwa wynosi… 207.

Sieci energetyczne: mierny plus

Największa gospodarka świata opiera się na starzejących się sieciach elektroenergetycznych (niektóre elementy pochodzą z lat 80. XIX w.) oraz systemach przesyłowych gazu ziemnego i ropy naftowej. Rosnąca liczba ludności oraz rozwój wybranych sektorów energetyki (odnawialnej, gazowej) pogłębia zapotrzebowanie na modernizację i rozbudowę sieci energetycznych. Zabezpieczenie całego systemu przed potencjalnymi atakami cyberterrorystycznymi również będzie wymagać istotnych nakładów.

Margines bezpieczeństwa, jaki stanowi różnica między mocą zainstalowaną a szczytowym zapotrzebowaniem na prąd, w większości regionów będzie się stale zmniejszać. Kluczowe elementy sieci przesyłowej są coraz bardziej obciążone, co budzi obawy odnośnie do stabilności i kosztów dostaw. Przeciążenia prowadzą do nieplanowanych przerw w zasilaniu, generujących duże koszty m.in. dla biznesu i ryzyko dla bezpieczeństwa publicznego. Liczba rozległych awarii zasilania wzrosła z 76 w roku 2007 do 307 w 2011, na co wpływ miała także niedostateczna konserwacja systemu.

Począwszy od 2008 r., zanotowano serię awarii sieci przesyłowych ropy naftowej i gazu, skutkujących ofiarami śmiertelnymi, poważnymi zniszczeniami mienia oraz kosztami ekologicznymi. W konsekwencji infrastruktura tego rodzaju, pozostająca w większości w rękach prywatnych, została w 2011 r. objęta nowymi federalnymi przepisami w zakresie bezpieczeństwa.

Obszary chronione i tereny rekreacyjne: dostateczny minus

Parki miejskie i podmiejskie są źródłem licznych korzyści społecznych (np. spadek wskaźników otyłości), ekonomicznych (m.in. wzrost wartości sąsiadujących nieruchomości) i ekologicznych. Niestety federalne i stanowe nakłady na ich utrzymanie spadają, co w niektórych przypadkach doprowadziło do ograniczenia godzin otwarcia. W związku z cięciami na szczeblu centralnym zapowiada się także zmniejszenie dostępności i zakresu usług w przypadku obszarów znajdujących się pod zarządem Służby Parków Narodowych (NPS), takich jak rezerwaty narodowe, narodowe miejsca historyczne czy narodowe obszary rekreacyjne. Jednym z bardziej wymiernych skutków tego procesu będzie spadek liczby sezonowych miejsc pracy. Mimo ogromnej skali niezaspokojonych potrzeb budżet NPS w ostatnim dziesięcioleciu pozostawał niezmieniony.

Wydatki na utrzymanie infrastruktury rekreacyjnej bardzo często pokrywane są bezpośrednio z budżetów stanowych i lokalnych. Tymczasem o ile w latach 70. ubiegłego wieku 17% wpływów do budżetów stanów pochodziło z rządu federalnego, o tyle w 2011 r. było to już tylko 5%. W sytuacji „zaciskania pasa” omawiana sfera jest jedną z pierwszych, w których poszukuje się oszczędności.

Porty i ich otoczenie: dostateczny

Ponad 95% towarów importowanych lub eksportowanych przez Stany Zjednoczone przechodzi przez tamtejsze porty, a wolumen handlu drogą morską ma się co najmniej podwoić między 2012 a 2021 r., a następnie kolejny raz do ok. 2030 r. Podczas gdy zarządy portów oraz ich partnerzy z sektora prywatnego prowadzą dość intensywną politykę inwestycyjną, nakłady ze źródeł federalnych – i tak niewystarczające – spadły. W efekcie infrastruktura dostępu do terminali, tj. kanały, drogi dojazdowe i połączenia z siecią kolejową, jest niedorozwinięta w stosunku do potrzeb. Generuje to dodatkowe koszty, ponoszone ostatecznie przez konsumentów. Przykładowo kanały nawigacyjne prowadzące do portów bywają zbyt płytkie dla największych statków, zapewniających najniższe koszty jednostkowe transportu.

Kolej: dostateczny plus

Amerykańskie pociągi obsługują miliony pasażerów – publiczny przewoźnik, Amtrak, zanotował dwukrotny wzrost ich liczby między 2000 a 2012 r. Odpowiadają także za znaczącą część spedycji, m.in. 43% międzymiastowego przewozu towarów. Kolej ma także znaczenie dla bezpieczeństwa publicznego, choćby jako najlepszy sposób transportu niebezpiecznych substancji.

Przewoźnicy towarowi oraz pasażerscy solidnie inwestują w tory, mosty i tunele, rozbudowę taboru etc. Mimo tego możliwości przewozowe będą rosły wolniej niż zapotrzebowanie, a wąskie gardła systemu, takie jak sieć kolejowa okolic Chicago, już teraz kosztują amerykańską gospodarkę równowartość 1,6% PKB.

Mosty: dostateczny plus

ASCE zwraca uwagę, że stan mostów ma bezpośredni wpływ na konkurencyjność gospodarki Stanów Zjednoczonych ze względu na rolę w transporcie towarów czy dla systemów komunikacji zbiorowej. Tymczasem każdego dnia w 102 największych obszarach metropolitalnych ma miejsce ponad 200 mln przejazdów przestarzałymi mostami. Co czwarty amerykański most uznawany jest za wymagający znacznych nakładów na konserwację czy remonty lub niedostosowany do obecnych potrzeb (za wąski, posiadający zbyt małą nośność itp.). Statystyczna budowla tego rodzaju powstała 42 lata temu, a ponad 30% jest starszych niż wynosi przewidziany dla nich 50-letni okres użytkowania. Nic dziwnego, że liczba mostów wyłączonych z ruchu poszybowała z 2816 w 2007 do 3585 w 2012 r. Łączą się z tym ogromne koszty, wywołane m.in. koniecznością objazdów, oraz utrudnienia dla szybkiego reagowania służb ratunkowych. Skalę problemów unaoczniają wyliczenia stanu Oregon, który w 2003 r. zdecydował się na wzmożone inwestycje w mosty na swoim obszarze, by uniknąć utraty 88 tys. miejsc pracy w ciągu kolejnych 25 lat.

Zarząd Dróg Krajowych i Autostrad (FHWA) szacuje, że same koszty naprawy/wymiany mostów kwalifikujących się do objęcia finansowaniem ze środków centralnych wynoszą 76 mld dolarów. Jest to równowartość wszystkich funduszy federalnych przekazanych stanom na ten cel w minionym trzydziestoleciu.

Gospodarka odpadami komunalnymi: Dobry minus

Do tej sfery autorzy raportu mieli najmniej uwag. Nic dziwnego, skoro w 2010 r. aż 34% odpadów komunalnych zostało w USA poddanych recyklingowi lub kompostowaniu (w 1980 r. odsetek ten był ponad dwukrotnie mniejszy), a przypadająca na mieszkańca ilość śmieci trafiających na wysypiska jest niższa niż w roku 1960. Poważniejsze zastrzeżenia wzbudziły jedynie niezadowalający poziom produkcji energii z odpadów oraz nierozwiązany problem tzw. elektrośmieci.

Udział planowanych nakładów oraz „luki w finansowaniu” w niezbędnych inwestycjach w poszczególnych sferach

 

Dziedzina gospodarki Niezbędne nakłady* Planowane nakłady* Różnica*
1. Transport lądowy 1723 877 846
2. Wodociągi i kanalizacja 126 42 84
3. Elektryczność 736 629 107
4. Lotniska 134 95 39
5. Żegluga śródlądowa i porty morskie 30 14 16
6. Zapory 21 6 15
7. Odpady niebezpieczne i komunalne 56 10 46
8. Wały przeciwpowodziowe 80 8 72
9. Obszary chronione i tereny rekreacyjne 238 134 104
10. Kolej 100 89 11
11. Szkoły 391 120 271
W sumie 3635 2024 1611

* w miliardach dolarów
Źródło: http://www.infrastructurereportcard.org/a/#p/grade-sheet/americas-infrastructure-investment-needs

Zadania domowe

W opinii ASCE kluczem do uzyskania lepszych ocen jest solidna praca w obrębie trzech głównych obszarów, które stanowią przywództwo, zrównoważony rozwój i odporność oraz nowe mechanizmy finansowania.

1. Podjęcie przywództwa

Amerykańska infrastruktura wymaga śmiałego przywództwa i porywającej wizji na skalę krajową. W XX w. to rząd federalny stał na czele budowy najwspanialszych systemów naszej ojczyzny, począwszy od programów realizowanych w ramach Nowego Ładu, przez System Autostrad Międzystanowych2, aż po Ustawę o czystej wodzie (CWA)3. Od czasu tamtych przedsięwzięć federalne przodownictwo osłabło, a stan krajowej infrastruktury pogorszył się. Obecnie większość decyzji inwestycyjnych w tej sferze podejmowanych jest w oderwaniu od szerszej, ogólnokrajowej wizji. […] Tymczasem bez wyrazistej narodowej wizji upadek infrastruktury będzie postępował – czytamy w opracowaniu.

2. Promowanie zrównoważonego rozwoju i odporności

Poszczególne podsystemy muszą być projektowane w taki sposób, żeby chroniły środowisko, oszczędzały zasoby, oferowały możliwie najbardziej korzystną relację efektów do kosztów generowanych przez cały okres użytkowania oraz były odporne na zagrożenia zarówno naturalne, jak i antropogeniczne. Stosowanie zrównoważonych praktyk zagwarantuje przyszłym pokoleniom możliwość korzystania z ich owoców, tak jak obecne generacje odnoszą korzyści z pracy swoich poprzedników. Aby wszystko to było możliwe, zdaniem ASCE konieczne są znaczące publiczne nakłady na badania i rozwój, które pozwolą opracować nowe technologie i materiały.

3. Rozwijanie i finansowanie programów infrastrukturalnych

Nakłady na powyższy cel muszą zostać zwiększone na wszystkich poziomach organizacji państwa. Wydatkowanie środków musi się opierać na dobrze przemyślanych planach, obejmujących m.in. hierarchię potrzeb i systemowe korzyści z poszczególnych inwestycji. Plany te muszą być spójne nie tylko z ogólną wizją rozwoju infrastruktury czy regionalnymi koncepcjami zagospodarowania przestrzennego, ale także z narodowymi celami w zakresie rozwoju gospodarczego, bezpieczeństwa publicznego, ochrony przyrody i jej zasobów, suwerenności energetycznej itd.

Programy infrastrukturalne muszą możliwie precyzyjnie definiować zadania i zobowiązania, w tym finansowe, poszczególnych graczy z sektorów federalnego, stanowego, lokalnego oraz prywatnego; koncentrować wysiłki i środki na rozwiązywaniu najbardziej palących problemów; opierać się na rzetelnej analizie możliwych źródeł finansowania (w tym zapewniających automatyczny wzrost nakładów proporcjonalnie do intensywności użytkowania systemu). Do istotnych zadań władz federalnych należy tworzenie regulacji obciążających kosztami utrzymania infrastruktury jej faktycznych użytkowników oraz stymulowanie i dotowanie inwestycji realizowanych na niższych szczeblach administracji oraz przez sektor prywatny.

Lekcje dla Polski

Raport ASCE, mimo że poświęcony krajowi o historii i realiach diametralnie odmiennych od naszych, może być cennym materiałem poglądowym w sporach o współczesną Polskę.

Po pierwsze – pozwala lepiej wyobrazić sobie skalę wyzwania, jakim jest utrzymanie całości infrastruktury w odpowiednim stanie. Dopóki poszczególne systemy jakoś działają – prąd pojawia się w gniazdku, zapora wytrzymuje napór wody, a tynk z sufitu „tysiąclatki” nie sypie się na głowę naszego dziecka – nie myślimy o ich złożoności czy kosztach niezbędnych modernizacji. Opracowania w rodzaju Cenzurki przypominają, jak ogromne nakłady i wysiłek są niezbędne dla funkcjonowania materialnych fundamentów nowoczesnego społeczeństwa i konkurencyjnej gospodarki. Z jak wielu udogodnień, w całości lub w części utrzymywanych przez państwo, korzysta przeciętny obywatel czy przedsiębiorca, zazwyczaj solidarnie pomstujący na konieczność łożenia na „armię urzędasów, z których nie ma żadnego pożytku”. Jak istotne jest strategiczne planowanie oraz koordynacja aktywności niezliczonej liczby publicznych i prywatnych podmiotów, tworzenie dla niej sprzyjających warunków, egzekwowanie w interesie społecznym różnorakich standardów. I jak dużo dodatkowych możliwości, w tym finansowych, musi się znaleźć w rękach administracji, jeśli ma ona skutecznie dbać o nasze wspólne, wymierne interesy.

Po drugie – na publikację amerykańskich inżynierów warto spojrzeć w kontekście znaczącego wycofywania się państwa z aktywności ekonomicznej oraz odpowiedzialności za ważne sfery życia zbiorowego, co ma obecnie miejsce nad Wisłą. W Stanach Zjednoczonych – kraju bez porównania bardziej nowoczesnym i zamożnym od naszego – mimo wieloletniego, niezakłóconego przez wojny rozwoju gospodarczego, wszechobecnego ducha przedsiębiorczości oraz siły rodzimego kapitału, wielu spośród fundamentalnych problemów do dziś nie rozwiązała tzw. niewidzialna ręka rynku. Okazuje się, że istotna rozbudowa infrastruktury, z korzyścią również dla biznesu, była możliwa przede wszystkim w okresach, kiedy państwo śmiało korzystało ze swoich uprawnień w dziedzinie poboru podatków oraz ich wykorzystywania w celach inwestycyjnych. Można też spojrzeć na problem z drugiej strony, wskazując na degradację przedwojennej i tużpowojennej infrastruktury oraz generowane przez to straty jako na koszty demontażu „dużego państwa”, rozpoczętego przez neoliberalną administrację Reagana.

Po trzecie – raport pomaga uświadomić sobie rozmaite korzyści z publicznych inwestycji w modernizację i rozbudowę infrastruktury. Wybrane przykłady przywołane przez ASCE:

w ciągu ostatnich 17 lat 84% miast podjęło się rekultywacji porzuconych terenów przemysłowych. W samych tylko latach 2003–2010 powstało dzięki temu ok. 160 tys. miejsc pracy;

w hrabstwie Warren oszczędności wynikające z wcześniejszych inwestycji w termomodernizację budynków szkolnych pozwoliły na uniknięcie zwolnień nauczycieli mimo kryzysu, zaś zainstalowane panele słoneczne umożliwiły generowanie nadwyżki elektryczności, sprzedawanej następnie do sieci;

w hrabstwie Mecklenburg 2,4 mln dolarów zainwestowanych w parki i rekreację przyniosło korzyści środowiskowe, ekonomiczne i społeczne wycenione na kwotę niemal czterokrotnie większą.

Po czwarte – dane przywołane w dokumencie przypominają stare i uniwersalne prawdy, że „lepiej zapobiegać, niż leczyć”4 oraz że „nic w przyrodzie nie ginie”. Koszty zaniedbań w zakresie infrastruktury prędzej czy później muszą zostać przez kogoś pokryte, np. przez przyszłe pokolenia podatników. Przemyślane i skoordynowane interwencje państwa, w tym w strumienie pieniędzy przechodzące przez gospodarkę, dają możliwość minimalizacji łącznych kosztów oraz ich sprawiedliwej społecznie dystrybucji.

Przypisy:

  1. Można ją znaleźć na stronie http://www.infrastructurereportcard.org/.
  2. Ustanowiony przez ustawę z 1956 r. i praktycznie gotowy we wczesnych latach 70.
  3. Przyjęta w 1972 r. wprowadziła hojne finansowanie przez państwo budowy oczyszczalni ścieków komunalnych.
  4. Zestawienie kosztów zaniechań w dziedzinie inwestycji w infrastrukturę znaleźć można pod adresem http://www.asce.org/failuretoact.

Pieniądze dla każdego, czyli o dochodzie powszechnym

Wyobraźmy sobie, że w 2011 r. powstał państwowy bank, w którym wszyscy dorośli obywatele (i stali mieszkańcy) Polski otrzymali indywidualne konta, na które dopisywano kwotę 1000 zł miesięcznie, wolną od podatku i niepodlegającą egzekucji na rzecz wierzycieli. Podkreślam – wszyscy, a nie tylko biedni, bezrobotni czy niepełnosprawni. Pani obsługująca kasę w supermarkecie i menedżer wyższego szczebla w banku, nauczyciel w szkole podstawowej i magazynier w małej firmie, ktoś prowadzący własną działalność i osoba niepracująca ze względu na obowiązki opiekuńcze. Wszyscy obywatele i osoby o statusie stałych mieszkańców, bez żadnych ograniczeń dotyczących ich zamożności i statusu na rynku pracy. Kwota jest dopisywana do kont co miesiąc aż do śmierci czy utraty statusu obywatela lub stałego mieszkańca. Byłaby ona waloryzowana co roku poziomem inflacji, żeby nie traciła realnej wartości. Proces waloryzacji może być zautomatyzowany i mieć również miesięczny lub nawet krótszy cykl.

Przedstawione powyżej rozwiązanie ma trzy ważne cechy. Po pierwsze jest powszechne w tym sensie, że nie wymaga spełnienia kryteriów dochodowych, gotowości do podejmowania zaoferowanej pracy ani też okresu opłacania składek czy zaświadczeń o niepełnosprawności. Po drugie ma zapewnić utrzymanie na poziomie minimum socjalnego, czyli wystarczyć na minimalne zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych i społecznych – stąd określenie „podstawowy”. Po trzecie jest zindywidualizowane, otrzymuje je każdy, niezależnie od tego, czy żyje samotnie, czy utrzymuje się wspólnie z innymi osobami1.

W tym kontekście możemy postawić cztery zasadnicze pytania. Po pierwsze – dlaczego mielibyśmy zastąpić wszystkie obecne programy świadczeń pieniężnych indywidualnymi kontami obywatelskimi (IKO)? Po drugie – skąd weźmiemy pieniądze na ten program? Po trzecie – jakie konsekwencje dla jednostek i społeczeństwa będzie miało wprowadzenie tego rozwiązania? Po czwarte – jak można określić stopień wykonalności politycznej takiego projektu w Polsce?

Czy program IKO będzie lepszy od dotychczasowych świadczeń z zabezpieczenia społecznego?

W Polsce mamy wiele świadczeń wypłacanych różnym kategoriom osób pod różnymi warunkami związanymi ze stażem pracy, wiekiem, poziomem dochodów itp. Są to m.in. emerytury, renty z tytułu niezdolności do pracy, renty rodzinne, renty socjalne, zasiłki okresowe, zasiłki stałe, zasiłki rodzinne, świadczenia opiekuńcze, zasiłki chorobowe, zasiłki macierzyńskie, zasiłki wychowawcze, zasiłki dla bezrobotnych, świadczenia integracyjne, świadczenia przedemerytalne oraz rozmaite dodatki do przynajmniej niektórych z nich. Istnieją też zasady łączenia ze sobą świadczeń z różnych tytułów oraz łączenia ich z pracą. Regulują ten obszar liczne ustawy i rozporządzenia do nich; do ich realizacji powołano jednostki organizacyjne administracji publicznej, w których zatrudnione są co najmniej dziesiątki tysięcy ludzi.

Pierwsza i najbardziej oczywista zaleta programu IKO jest taka, że bardzo złożony system świadczeń pieniężnych staje się banalnie prosty. Nawet jeżeli niektóre świadczenia pieniężne pozostałyby albo do IKO przysługiwałyby dodatki z różnych tytułów, można przewidywać, że byłoby to coś prostszego w porównaniu z obecnymi rozwiązaniami.

Czy program IKO lepiej zabezpieczałby dochody obywateli niż obecny system świadczeń? Przede wszystkim stały miesięczny dochód, chroniony przed inflacją i egzekucją, dawałby większą pewność w porównaniu z większością obecnych zasiłków, które wypłacane są jednorazowo lub przez pewien okres (np. renta okresowa, zasiłek dla bezrobotnych, świadczenie integracyjne, zasiłek okresowy). Jedyne świadczenia o porównywalnej pewności są obecnie dostępne dla osób, u których tradycyjnie nie przewidywano przywrócenia zdolności do pracy ze względu na wiek lub poważną niepełnosprawność, np. emerytury, renty stałe, zasiłki stałe. Pod względem poziomu nawet minimalna emerytura nie spełnia obecnie standardu minimum socjalnego.

Ponadto w przypadku wszystkich osób czy gospodarstw domowych, które są ubogie w obecnym systemie, a większość z nich utrzymuje się ze źródeł niezarobkowych (poza emeryturami i rentami), przestałyby one być ubogie. Wymaga to założenia, że inne warunki nie zmienią się gwałtownie po wprowadzeniu IKO. Głównie dotyczy to inflacji. Gdyby doszło do hiperinflacji, wówczas założona powyżej waloryzacja IKO mogłaby być nieskuteczna w krótkim okresie, ale jej zautomatyzowanie i uczynienie miesięczną (lub tygodniową) przeciwdziałałoby takiej sytuacji. Podobnie rzecz się ma z podażą dóbr i usług. Gdyby wprowadzenie IKO spowodowało wycofanie się wielu osób z prowadzenia działalności na własny rachunek i z zatrudnienia pełnoetatowego, wówczas mogłyby się pojawić trudności z utrzymaniem podaży na poziomie sprzed wprowadzenia IKO (mniej firm, mniej pracujących), a popyt zasadniczo wzrósłby. Podobne znaczenie miałoby zmniejszenie wydajności pracujących, którzy nie byliby już motywowani widmem ubóstwa (patrz jednak dalej)2.

Można zapytać, czy część osób korzystających z obecnych świadczeń nie zbiedniałaby po wprowadzeniu IKO. Na przykład emeryci mający emerytury wyższe niż 1000 zł. Znacząco zbiednieją tylko ci, którzy nie mają innych źródeł dochodów poza emeryturą. Ogólnie rzecz biorąc, mogą być to przecież osoby zamożne (właściciele mieszkań, dużych oszczędności etc.). Dlatego utrata części emerytury niekoniecznie byłaby dla nich problemem. Poza tym zbiednienie tych uboższych emerytów nie będzie jednak prowadziło do ubóstwa, gdyż przed nim ma właśnie skutecznie chronić dochód powszechny. W ramach zasady praw nabytych trudno byłoby przeprowadzić reformę polegającą na obniżeniu emerytur już wypłacanych. Byłaby też ona bardzo niepopularna, szczególnie w gronie emerytów tracących na reformie relatywnie najwięcej3.

Program IKO będzie więc prostszy i da bardziej stabilne i lepiej chroniące przed ubóstwem zabezpieczenie dochodu w porównaniu z obecnym systemem. Jeżeli już ktoś straci na reformie, to będą to osoby i tak relatywnie zamożniejsze w systemie obecnym.

Czy również pod względem kosztów IKO będą lepsze? Jeżeli chodzi o koszty obsługi, to z pewnością tak, za co odpowiada uproszczenie systemu. Obecny system jest lepszy, gdy weźmiemy pod uwagę tylko koszt świadczeń. Porównajmy wypłacanie wszystkim obywatelom i mieszkańcom kwoty 1000 zł miesięcznie z obecnie wypłacanymi świadczeniami (często przecież niższymi i okresowymi), które trafiają tylko do niektórych: ubogich, bezrobotnych, chorych, niepełnosprawnych, rodziców dzieci, osób starszych, osób na urlopach macierzyńskich czy wychowawczych etc. Gdyby chcieć zrównać łączne koszty IKO (suma wypłat) z obecnymi łącznymi kosztami świadczeń pieniężnych, konieczne byłoby obniżenie podstawowego dochodu. Im będzie on niższy, tym mniejsza będzie ochrona przed ubóstwem i tym mniejsza przewaga pod tym względem nad systemem obecnym.

Jak sfinansować program IKO?

Miesięczne wpłaty na konto każdego dorosłego obywatela i stałego mieszkańca po 1000 zł dają łącznie bardzo wysokie sumy. W Polsce przez rok na wszystkich kontach zapisano by wówczas ponad 376,7 miliardów złotych. Przy objęciu całej populacji (z dziećmi) przekroczyłaby ona 460 mld4. Polski dochód narodowy (PKB) w 2011 r. wynosił 1,5 biliona złotych, a więc kwota przeznaczona na indywidualne konta obywatelskie dla dorosłych stanowiłaby ok. 25% PKB.

W 2011 r. wszystkie publiczne wydatki socjalne Polski (bez edukacji), łącznie z wydatkami na świadczenia w innych formach niż pieniądze (np. usługi zdrowotne, usługi rynku pracy i pomocy społecznej), stanowiły 21% PKB. Same świadczenia pieniężne obejmowały wówczas nieco ponad 14% PKB5. Rozdzielenie tej sumy na IKO dla dorosłych przy innych warunkach stałych dałoby miesięcznie 586 zł, a rocznie nieco ponad 7 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że im niższa kwota IKO, tym gorsza ochrona przed ubóstwem i tym więcej osób obecnie korzystających z różnych świadczeń poniesie stratę po przejściu do nowego systemu. Zwiększenie dochodu podstawowego do 1000 zł oznacza więc konieczność znalezienia brakujących 11% PKB.

Klasycznym rozwiązaniem tego problemu są podatki. Mamy ich wiele rodzajów, np. od dochodów osób fizycznych, od dochodów osób prawnych, od wartości dodanej obecny w cenach (VAT) czy podatki akcyzowe, również dodawane do cen określonych produktów. Proponowane są też nowe: od wartości nieruchomości (katastralny), od energii czy wytwarzanych śmieci (i inne nazywane „zielonymi”), od transakcji na rynku finansowym (podatek Tobina). W ramach tej wielości można przewidywać przesunięcia, np. od podatków dochodowych do konsumpcyjnych i majątkowych.

Aby zwiększyć dochody podatkowe, można usunąć wszystkie ulgi i zwolnienia w obecnym systemie, dodać nowe podatki (np. katastralny, ekologiczny, od transakcji na rynkach finansowych) oraz podwyższyć istniejące podatki (w różnych kombinacjach, np. jedne mniej, a drugie bardziej).

Wpływy podatkowe w 2011 r. wynosiły 301,3 mld zł, w tym z podatków pośrednich (VAT) 180 mld. Musiałyby one wzrosnąć o 155 mld zł, żeby pokryć koszty pełnego programu IKO przy uwzględnieniu przeznaczenia całych środków z dotychczasowych świadczeń pieniężnych. Kwota ta może być nieco mniejsza, gdyż (niewielka) część obecnych świadczeń finansowana jest z podatków.

W powyższych rozważaniach chodziło o to, żeby koszt IKO był neutralny dla budżetu, czyli miałby w pełni zostać sfinansowany z oszczędności (tzn. zastąpienia świadczeń obecnych), likwidacji ulg, wzrostu i dodatkowych podatków. Jest to istotne, jeżeli nie chcemy, żeby z powodu wprowadzenia IKO doszło do wzrostu deficytu budżetu i w konsekwencji długu publicznego. Współcześnie bardzo podkreśla się znaczenie kontroli nad tymi parametrami (podobnie jak nad inflacją poprzez manipulowanie stopami procentowymi przez banki centralne) jako warunek zapewnienia stabilnego wzrostu gospodarczego.

Gdybyśmy uznali, że przyjęte progi ostrożnościowe są obecnie zbyt restrykcyjne6, wówczas program IKO mógłby być sfinansowany w części poprzez wzrost długu publicznego. Możemy też przyjąć bardziej radykalne krytyki zasad działania obecnego systemu pieniężnego jako podstawę do myślenia o rozwiązaniu problemu sfinansowania IKO.

Państwo polskie ma monopol na emisję pieniądza (przynajmniej do czasu wejścia do strefy euro), a jedynym ekonomicznym ograniczeniem tej emisji jest inflacja, a ściślej hiperinflacja (zbyt szybka utrata wartości pieniądza). Gdyby więc udało się nam emitować pieniądz, unikając zagrożenia hiperinflacją, wówczas byłoby może mniej problemów z finansowaniem celów publicznych na wyższym poziomie niż obecnie.

Jeżeli rząd chce wprowadzić więcej pieniędzy na rynek, może skupować papiery wartościowe banków albo odkupić własne papiery wartościowe od ich nabywców z poprzednich okresów. Pośredniczy w tym procesie rynek finansowy. Program IKO może być potraktowany nie tylko jako alternatywa dla całej reszty świadczeń pieniężnych z zabezpieczenia społecznego, ale też jako alternatywny lub uzupełniający sposób kreowania pieniądza.

Idea ta pojawiła się w USA, które w czasie ostatniego kryzysu wprowadziły na rynek dużą ilość pieniądza poprzez kupowanie papierów wartościowych banków prywatnych, aby te pożyczały więcej pieniędzy firmom i obywatelom. W ten sposób rząd USA chce stymulować inwestycje i popyt. Zamiast tego te same pieniądze mogłyby być dopisane do IKO – wówczas byłyby stymulatorem dla popytu gospodarstw domowych7. Jest to starszy argument, oparty na keynesizmie, uzasadniający przynajmniej część świadczeń pieniężnych tym, że stabilizują one gospodarkę.

Zakorzenienie dochodu powszechnego w systemie kreacji pieniądza dobrze widać w propozycjach e-walut (Bitcoin i alternatywy, np. Freicoin). W jednym z tekstów na ten temat wyrażono to bardzo bezpośrednio: Najprostszym sposobem na egalitarne kreowanie pieniądza jest emitowanie go w równych sumach dla każdego obywatela8. Autor nawiązał przy tym bezpośrednio do idei dochodu powszechnego i jednego z argumentów na rzecz zasady równego udziału każdego obywatela w zyskach z eksploatacji – z założenia wspólnych – zasobów planety, takich jak ropa, węgiel, oceany etc.

Zasadnicza różnica między państwowym bankiem IKO a propozycjami e-walut jest taka, że intencją tych ostatnich jest decentralizacja kontroli nad pieniądzem i uczynienie jej oddolną. Program dochodu powszechnego w postaci IKO zakłada raczej odgórne podejście. Być może należałoby się zastanowić nad tym, jak w sposób oddolny i lokalnie zapewnić każdemu dochód podstawowy. Tworzenie społeczności e-walut wymaga tylko posiadania sprzętu komputerowego (w przypadku Bitcoin im lepszy, tym większy potencjał do emisji pieniądza) i znajomości zasad działania systemu. Samo oprogramowanie jest bezpłatne.

Należy sobie zdać sprawę, jak wielkie znaczenie uzyskałby państwowy bank obsługujący IKO – po jednym roku jego majątek wynosiłby potencjalnie 25% PKB Polski. Założenie, że wszyscy będą od razu na bieżąco wypłacać swoje pieniądze z IKO, nie wydaje się realistyczne – mniejsza lub większa część będzie pozostawała na kontach. Można sobie wyobrazić, że ten bank mógłby sam prowadzić niezależną politykę kredytową, wskazując tym samym poziom stóp procentowych dla banków prywatnych9. Wówczas mógłby to być też kredyt dla firm czy organizacji obywatelskich. W ten sposób również inwestycje byłyby wspierane dzięki IKO.

Jakie konsekwencje będzie miało wprowadzenie IKO?

To pytanie jest najtrudniejsze, gdyż nie ma dotąd kraju, który by wprowadził program tego typu. Są jednak już lokalne eksperymenty, np. w Indiach10, oraz symulacje za pomocą modeli ekonometrycznych11. Wspomniany eksperyment polegał na wylosowaniu 20 podobnych wsi. Mieszkańcy 8 z nich otrzymali dochód podstawowy w wysokości 200 rupii (dzieci w wieku poniżej 14 lat o połowę mniejszy) miesięcznie, a pozostałe 12 wsi służyło jako grupa kontrolna. Zbadano sytuację wszystkich wsi przed rozpoczęciem eksperymentu, a potem prowadzono systematyczne badania, aby stwierdzić empirycznie, jakie skutki miało wprowadzenie dochodu powszechnego. Na razie nie ma jeszcze opracowania naukowego wyników, ale wstępne rozpoznanie wykazało liczne pozytywne konsekwencje w wielu sferach12.

Czy IKO coś zmienią poza tym, że każdy dodatkowo będzie dysponował miesięcznie 1000 zł? Wówczas (przy innych warunkach stałych) zmniejszy się ubóstwo absolutne i nierówności dochodowe. Dodanie każdemu takiej samej kwoty nie zmienia poziomu nierównomierności rozkładu dochodów, ale IKO to nie tylko dodatkowy stały dochód na koncie, lecz także zwiększone podatki od zarobków. Mogą być one nadal mniej lub bardziej progresywne, działając redystrybucyjnie.

Nie po to jednak wprowadzamy IKO, aby osiągnąć efekty widoczne jedynie w statystyce dochodów. Jest pewne, że ludzie mając do dyspozycji dodatkowy dochód, coś z nim zrobią i dostosują swoje zachowania. Są trzy możliwości w tym względzie. Jedni będą go wydawać na bieżąco w całości (dotyczy uboższych obywateli), inni w części, a jeszcze inni pozostawią go na koncie bez uszczerbku. W przypadkach drugim i trzecim pieniądze pozostawione na IKO będą stanowiły oszczędności. Banki prywatne zapewne będą zabiegać o to, żeby pieniądze te zostały przelane na prowadzone przez nie konta. Musiałyby to robić poprzez zachęty w postaci oprocentowania wyższego niż inflacja (stopa waloryzacji IKO).

Bieżący strumień wydatków przyczyni się do lepszego zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych, w szczególności biedniejszej części ludności. Z kolei oszczędności pozwolą, po krótszym lub dłuższym okresie, na zakup droższych dóbr i usług.

Wszystko to pod warunkiem, że podaż dóbr i usług zwiększy się odpowiednio do zwiększonego popytu. Można założyć, że potencjał produkcyjny gospodarki światowej wciąż rośnie (dzięki postępowi technologicznemu), a popyt, nie nadążając za nim, jest istotną barierą w tym względzie. Automatyzacja, komputeryzacja, globalizacja i osłabienie związków zawodowych sprawiają, że udział płac w dochodzie narodowym zmniejsza się, a wraz z nim również popyt. W takiej sytuacji IKO nie spowodują dodatkowej inflacji lub będzie ona umiarkowana, wypełnią one bowiem powiększającą się lukę popytową13.

Jak IKO mogłyby wpłynąć na stronę podażową rynku pracy? Skoro wszyscy mają stały dochód chroniący przed ubóstwem, to zmniejsza się presja ekonomiczna na podejmowanie pracy wyłącznie dla zapewnienia sobie środków na przeżycie. Przekonanie, że ludzie pracują tylko ze względu na to, wydaje się błędne. Liczne badania pokazują, że praca daje nam wiele niematerialnych korzyści. U podstaw upowszechnienia przekonania, że praca jest zawsze przykrym przymusem, leży popularność założeń czynionych przez ekonomistów dla celów formalnego modelowania zachowań ekonomicznych (model homo economicus, który pracuje tylko wtedy, gdy nie ma za co przeżyć).

Zakładając jednak, że taki efekt występuje, miałby on większe znaczenie głównie dla mało dochodowych przedsięwzięć ekonomicznych i niskopłatnych prac niskiej jakości. Tam, gdzie przed 2011 r. zarabiano o wiele więcej niż minimum, nie należy przewidywać zmniejszenia liczby godzin pracy czy jej wydajności. Biorąc pod uwagę, że prace niskopłatne w przemyśle, ale też w usługach, związane są z wykonywaniem prostych czynności, niedających dużej satysfakcji, dalsze zmniejszenie ich znaczenia można uznać za trend pozytywny. Z kolei presja wzrostu popytu (nie tylko ze względu na zwiększone dochody) może działać proinnowacyjnie – przynosić nowe sposoby zaspokajania prostych potrzeb, ale też stymulować zaspokajanie ich we własnym zakresie lub bez pośrednictwa rynku pracy, np. świadczenie sobie usług nieodpłatnie, deformalizacja najmniej atrakcyjnej części rynku pracy.

Jeżeli nawet ludzie będą mniej pracowali odpłatnie, to nie znaczy, że cała reszta ich czasu spędzona zostanie bezproduktywnie. Działalność społeczna, wolontariat, opieka i wychowanie, edukacja, sztuka etc. są użyteczne i produktywne. Jak wspomniano wyżej, może dotyczyć to w większym stopniu tych, którzy na ogół mają mniejsze szanse na wysokopłatne zajęcia. Zakładając, że te szanse zmniejsza niski poziom kompetencji i/lub ich niedopasowanie do gospodarczego otoczenia, ten uwolniony czas mógłby zostać przeznaczony na poprawianie sytuacji w tym względzie przy pomocy innych.

Jeden z argumentów przeciwko IKO mówi, że pogorszy on sytuację pracowników w segmencie prac niskiej jakości, np. poprzez wzrost wykorzystania umów cywilnoprawnych i obniżkę płac14. Po pierwsze – po zapewnieniu każdemu dochodu na poziomie minimum utrzymania presja ekonomiczna na podejmowanie jakiejkolwiek pracy zmniejszy się, a więc siła przetargowa pracowników wzrośnie. Jeżeli zatrudniający nie da im tyle, ile chcą, i takiej umowy, jakiej chcą, poszukają innego. Po drugie – żeby uniemożliwić zatrudniającym nieproporcjonalne wzbogacenie się kosztem społeczeństwa, można utrzymać w mocy przepisy o płacy minimalnej. Po trzecie – w nowym systemie bezpieczeństwo socjalne zagwarantowane jest każdemu niezależnie od rodzaju umowy (w starym zależy od niego w dużym stopniu), a więc różnica między nimi na tej podstawie traci znaczenie.

Zatrzymajmy się chwilę nad płacą minimalną. Uzasadniana jest ona nie tylko tym, że troszczymy się o poziom dochodów pracowników, ale również tym, aby zatrudniający nie bogacili się kosztem społeczeństwa zapewniającego każdemu dochód podstawowy15. Inaczej mówiąc, instytucja ta utrudnia im decyzję o obniżeniu płac pod wpływem przekonania, że mogą mniej płacić pracownikom i zwiększać tym samym własną korzyść finansową.

Osoby w wieku produkcyjnym nieaktywne zawodowo przed 2011 r. również będą otrzymywały stały dochód. Jak to może wpłynąć na ich zachowania? Przyjmijmy, że są to głównie kobiety zajmujące się dziećmi i osobami niesamodzielnymi oraz mężczyźni z mniejszymi lub większymi problemami zdrowotnymi, niepełnosprawni lub tracący sprawnosć. Pierwsza grupa wykonuje bardzo pożyteczne czynności, więc nie ma powodu, dla którego miałaby z tego względu cierpieć ubóstwo. Z kolei druga grupa to osoby często chorujące, przewlekle chore lub niepełnosprawne, które były wspierane przez tradycyjne świadczenia społeczne. Również w tym przypadku zgoda na to, aby te osoby były ubogie, wydaje się być moralnie trudna do uzasadnienia.

Część osób być może zrezygnuje z pracy na rzecz zajmowania się wyłącznie dziećmi lub innymi osobami niesamodzielnymi. Będą to głównie kobiety ze względu na to, że zarobki mężczyzn są zwykle wyższe. Poziom dezaktywizacji zawodowej kobiet zależy m.in. od poziomu ich zarobków i satysfakcji z pracy, a także od ich preferencji. Tam, gdzie poziom tych czynników jest niski, a zarobki mężczyzn znacząco wyższe niż minimum, bardziej realna jest możliwość rezygnacji z pracy po otrzymaniu stałego dochodu w programie IKO. Co do preferencji, część kobiet z tej grupy może chcieć zajmować się dziećmi, wówczas stały dochód umożliwi im osiągnięcie stanu pożądanego. Z kolei te nastawione na karierę zawodową będą mogły ją kontynuować, mając przy tym świadomość niezależności, którą daje IKO.

Zapewnienie dochodu poprzez opisywany tu program nie jest sprzeczne z prawem kobiet, osób przewlekle chorych i osób niepełnosprawnych do tradycyjnej kariery zawodowej i wspierania ich w tym względzie za pomocą działań publicznych czy świadczeń niepieniężnych, np. działań antydyskryminacyjnych, usług zdrowotnych, rehabilitacyjnych, aktywizacyjnych. Możliwość łączenia dochodu z IKO z dochodem z pracy bez żadnych ograniczeń sprawia, że nie istnieje problem obawy o utratę stałego źródła dochodu na rzecz niepewnego i czasem mniejszego w wymiarze netto. Opodatkowanie dochodu z pracy przy niskich zarobkach mogłoby rosnąć stopniowo, aby zmniejszyć możliwy efekt zniechęcający, gdy każda złotówka zarobiona ponad IKO obłożona jest od razu wysokim podatkiem.

Zmniejszenie presji ekonomicznej może też spowodować, że ludzie nie będą z obawy o utratę dochodu pozostawać w niesatysfakcjonujących ich związkach i rodzinach. Dotyczy to kobiet, które mają obecnie niższe zarobki i częściej przerywaną karierę zawodową ze względu na dzieci. Dotyczy to także pełnoletniej młodzieży, która mając stały dochód, nie musi pozostawać w domu z rodzicami na ich utrzymaniu.

Jakie są szanse na wprowadzenie programu IKO w życie?

Obecnie żadna licząca się na polskiej scenie politycznej partia nie popiera rozwiązań w rodzaju tego przedstawionego wyżej. Może być tak z kilku istotnych powodów. Na pewno brakuje pomysłu na wpisanie IKO w system finansów publicznych. Druga kwestia to radykalizm reform, których wymagałoby wprowadzenie tego rozwiązania (likwidacja obecnego systemu świadczeniowego). Inny problem to liczne obawy o to, jakie konsekwencje będzie miał taki program dla gospodarki, społeczeństwa, kultury i polityki, w tym również społecznej.

Pokazane wyżej kwoty, których uzyskanie wymagałoby zasadniczego zwiększenia podatków i/lub zwiększenia długu publicznego, od razu skazuje propozycje tego rodzaju w najlepszym razie na milczenie i uznanie za w ogóle niewarte dyskusji, a w najgorszym na szyderstwa i wyśmiewanie, oskarżanie o populizm i szkodnictwo oraz wykluczenie ich autorów z dyskusji o poważnych sprawach dobra publicznego.

Obawy o konsekwencje wprowadzenia IKO najlepiej widać, gdy uczyni się analogię do drukowania pieniędzy i pokaże przykłady krajów z hiperinflacją, z sugestią, że była ona spowodowana przez decyzje nieodpowiedzialnych polityków.

Poza tym zlikwidowanie złożonych i rozległych instytucji zabezpieczenia społecznego dochodu (głównie ubezpieczenie społeczne, dominujące w Polsce), które zostały wypracowane w XX wieku, wydaje się być całkowicie poza możliwościami współczesnej polityki partyjnej. Partia, która zaproponowałaby takie rozwiązanie, od razu byłaby oskarżona przez opozycję najpierw o zamach na poziom życia najsłabszych (głównie emerytów), a następnie o chęć zarżnięcia gospodarki wysokimi podatkami i wyhodowanie przy okazji szerokiej rzeszy ludzi „marginesowych”, pozostających przez pokolenia bez pracy.

W społeczeństwie musiałoby dominować przekonanie, że obecny system socjalny jest skrajnie niewydolny, pozostawia w ubóstwie większość swoich klientów, a niewielką mniejszość obdarza niesprawiedliwymi przywilejami. Co prawda neoliberalna propaganda i reformy nią inspirowane przyczyniają się walnie do rozpowszechnienia takich opinii. Jednocześnie umacnia ona jednak w ludziach przekonanie, że podatki powinny być niskie, bo i tak skazani są na rynek w zaspokajaniu potrzeb swoich i rodziny. W rzeczywistości obecny system świadczeniowy (łącznie z emeryturami) zmniejsza poziom hipotetycznego ubóstwa rynkowego z ponad 40% do 17%.

Opisywane wyżej możliwe konsekwencje wprowadzenia IKO są oceniane w zależności od wyznawanej ideologii, hierarchii wartości, a także od tego, jak rozumie się działanie finansów, gospodarki i społeczeństwa. Wyrażane są obawy, że pojawi się więcej osób niepracujących, że pogorszą się warunki pracy i płacy, że wystąpi hiperinflacja, że ze względu na duże koszty ograniczone zostaną bezpłatne usługi społeczne, że kobiety będą częściej zostawały w domu itd. Skojarzenie z rozdawnictwem i prostym egalitaryzmem (każdemu tyle samo) skazuje na polityczny margines. Główne siły polityczne przeszłości (SLD) i teraźniejszości (PO) popierają hasła lepszego adresowania świadczeń, co oznacza selektywność, a nie powszechność. Spory i reformy w kwestii becikowego najlepiej pokazują stosunek polskich elit, socjaldemokratyczno-liberalnych, do uniwersalnych świadczeń w takiej samej wysokości dla wszystkich kobiet (nota bene również 1000 zł, które z powodu braku waloryzacji sporo już straciło na wartości od czasu uruchomienia programu). Najpierw wprowadzono warunkowanie zachowaniami (konieczna wizyta u ginekologa), a następnie odcięto najzamożniejszych, przysparzając problemów dokumentacyjnych całej reszcie.

Podsumowanie

Największym wyzwaniem jest przełamanie negatywnych stereotypów, które przypisano świadczeniom pieniężnym (czynią biernymi, uzależniają, rodzą roszczeniowość, utrwalają biedę itp.), w szczególności tym powszechnym, czyli dla wszystkich, bez kryteriów dochodowych (nie tylko dla ubogich) i wymogów poszukiwania pracy (nie tylko dla pozostających bez pracy).

Drugim wyzwaniem jest takie zaprojektowanie programu IKO, aby nie wyeliminowało go od razu myślenie w kategoriach kondycji finansów publicznych oraz jej wpływu na gospodarkę (w szczególności podaż i wydajność pracy). Można starać się odrzucić konwencjonalne podejście skupione na równowadze budżetowej i kontroli ilości pieniądza w gospodarce oraz modelu homo economicus. Musimy wtedy zaproponować coś alternatywnego i co najmniej równie przekonującego16.

Kolejnym problemem może być konieczność dokonania radykalnej zmiany nie tylko w ramach jednego kraju. Polska jest członkiem UE, aspirujemy do strefy euro (ostatnio mniej gorliwie). Wprowadzenie IKO w takich warunkach może być jeszcze bardziej skomplikowane. Szczególnie jeżeli w strefie euro będą przeważały charakterystyczne dla dzisiejszych czasów poglądyna temat tego, jak funkcjonuje gospodarka, dodatkowo wspierane metodami pomiaru (system rachunków narodowych) i polityką makroekonomiczną (nadzór i dyscyplinowanie polityki fiskalno-transferowej krajów członkowskich). W takim przypadku dochód podstawowy powinien być rozwiązaniem europejskim i mamy już inicjatywę obywatelską zmierzającą w tym kierunku (można ją poprzeć na stronie: basicincome2013.eu)17.

www.dochodpodstawowy.pl

Przypisy:

  1. Więcej na temat rozwiązań tego rodzaju zob. P. van Parijs, Dochód podstawowy dla wszystkich. Jeżeli rzeczywiście leży nam na sercu wolność, dajmy ludziom bezwarunkowy dochód, „Problemy Polityki Społecznej” nr 11, 2009; R. Szarfenberg, Prawo do podstawowego bezpieczeństwa dochodowego na podstawie artykułów Guy Standinga i nie tylko, 2005; i inne teksty na stronie www.dochodpodstawowy.pl w dziale linki.
  2. Jedno z pytań, na które trzeba odpowiedzieć, dotyczy reakcji otoczenia kraju, który pierwszy wprowadzi IKO. Jeżeli wzrośnie w nim popyt, ale podaż dóbr i usług spadnie (ze względu na mniejszą podaż pracy), wówczas można przewidywać wzrost importu, tzn. wstępna hipoteza jest taka, że IKO pobudzi gospodarkę bardziej w innych krajach niż w macierzystym. Wymaga to jednak założenia, że nawet w średnim okresie lokalna podaż nie dostosuje się do zwiększonego popytu.
  3. Zwykle w takich sytuacjach przewiduje się długie okresy przejściowe oraz objęcie reformą tylko młodszych grup wiekowych.
  4. Dla dzieci konto IKO ma charakter czysto oszczędnościowy, tzn. dopiero po osiągnięciu określonego wieku osoby mogłyby wykorzystać zgromadzone na nim środki. Rodzice mają obowiązek utrzymywania dzieci, dlatego kalkulacja poziomu IKO powinna to uwzględnić. Z tego powodu nie wydaje się być sensownym zapewnianie kont również dla dzieci.
  5. Zob.: OECD, 2013, http://stats.oecd.org/
  6. Polski rząd w 2013 uznał, że należy zawiesić jeden z takich progów w ustawie o finansach publicznych.
  7. G. Standing, Responding to the crisis: economic stabilisation grants, „Policy & Politics”, vol. 39, nr 1, 2011.
  8. Wpis na blogu fundacji P2P dokonany przez Michela Bauwensa: Charles Eisenstein on the Next Step for Digital Currency, http://blog.p2pfoundation.net/charles-eisenstein-on-the-next-step-for-digital-currency/2013/07/22. Eisenstein znany jest z książki o historii pieniądza od starożytności, pt. Sacred Economics: Money, Gift, and Society in the Age of Transition wydanej w 2011 r., a Bauwens jest teoretykiem P2P, zob. jego i innych, A Synthetic Overview of the Collaborative Economy, Orange Labs and P2P Foundation, 2012.
  9. Warto zastanowić się, czy nie można by w ten sposób zastąpić obecnego mechanizmu ustalania stóp procentowych przez banki centralne. Taką rolę odrywałaby stopa waloryzacji, gdyż wtedy banki prywatne zainteresowane pieniędzmi IKO musiałyby zaoferować wyższy poziom. Z kolei stopa procentowa pożyczek z banku IKO działałaby tak, że banki prywatne musiałyby dawać ją niższą, aby zachęcać do zadłużania się u siebie.
  10. G. Standing, The poor are responsible too, „Financial Express”, 6 czerwca 2013, http://www.financialexpress.com/news/column-the-poor-are-responsible-too/1125548. Na podobny temat ten sam autor: Can Basic Income Cash Transfers Transform India?, „Citizen’s Income Newsletter” nr 2, 2013.
  11. Dla czterech krajów europejskich i kilku alternatywnych rozwiązań zob. U. Colombino et al., Alternative Basic Income Mechanisms: An Evaluation Exercise with a Microeconometric Model, „Basic Income Studies” vol. 5 nr 1, 2010. Porównanie z gender based tax na przykładzie Włoch zob. U. Colombino, E. Narazani, What’s Best for Women: Gender Based Taxation, Wage Subsidies or Basic Income?, „EUROMOD Working Paper” No. EM 10/13, May 2013.
  12. Lista tych zmian zob. http://binews.org/2013/08/india-basic-income-pilot-project-releases-an-impressive-list-of-findings/.
  13. Tak argumentuje m.in. K. Lewandowski w artykułach: Dochód podstawowy w dobie informacji oraz Luka, „Gazeta Pozytywna Społecznie” nr 2.
  14. G. Konat, Dochód obywatelski: liberalna utopia?, „Le Monde Diplomatique” nr 5/87, 2013.
  15. D. Schroeder użyła tego argumentu w kontekście obecnego systemu kapitalistycznego w krajach rozwiniętych z wbudowanym zabezpieczeniem społecznym, Work Incentives and Welfare Provision: The „pathological theory of unemployment”, 2000, s. 139.
  16. Przykładowo M. Szlinder proponuje oprzeć ekonomiczną argumentację za dochodem powszechnym na teorii Michała Kaleckiego, jednego z wybitnych polskich ekonomistów.
  17. Numer nadany w rejestrze Komisji: ECI(2013)000001, data rejestracji: 14/01/2013, termin zbierania podpisów – rok.

Czy przemysł wytwórczy może się odrodzić w USA?

Być może, ale nie liczmy, że stanie się to poprzez „powrót” fabryk do kraju.

W ostatnim stuleciu większość Amerykanów uważała, że ich „jankeska” pomysłowość w tworzeniu produktów doprowadzi do powszechnego dobrobytu. Później, w ostatnich dekadach, Stany Zjednoczone przestały być innowacyjne w produkowaniu dóbr i skupiły się na ryzykownych inwestycjach finansowych, a firmy amerykańskie, jeśli wytwarzały produkty, coraz częściej robiły to za granicą. Rezultat? Najbogatszy jeden procent społeczeństwa pozostawił resztę z pustymi rękami. Jednak obecnie ekonomiści, Barack Obama i większość Amerykanów dochodzą do tego samego wniosku – jeżeli chcemy odzyskać szansę na powszechny udział obywateli w bogactwie kraju, trzeba ożywić produkcję w USA. W tegorocznym orędziu do narodu Obama wymienił jako jeden ze swoich priorytetów drugiej kadencji: żeby Ameryka przyciągała nowe miejsca pracy i przemysł.

Pomysł ten przemawia do społeczeństwa. Z sondażu przeprowadzonego w 2012 r. na zlecenie Sojuszu na rzecz Amerykańskiego Przemysłu Wytwórczego (Alliance for American Manufacturing, AAM), organizacji biznesowo-pracowniczej, wynika, że 67% ankietowanych w pełni popiera narodową strategię ożywienia przemysłu. Zarówno ankietowani „niezależni”, jak i głosujący na Demokratów uznali uprzemysłowienie za najistotniejszą kwestię gospodarczą, pokładając nadzieje w sektorze niegdyś stanowiącym podstawę amerykańskiej klasy średniej – zapewniał on dobrze płatną pracę dla pracowników fizycznych.

Zmiany nadeszły pod koniec lat 90. i na początku nowego tysiąclecia, gdy za sprawą amerykańskich umów handlowych, np. poprzez ustanowienie Stałych Standardowych Relacji Handlowych (Permanent Normal Trade Relations) z Chinami, umożliwiono przedsiębiorcom przeniesienie produkcji za granicę. W pierwszej dekadzie XXI wieku USA straciły prawie jedną trzecią (ok. 5,7 mln) miejsc pracy w fabrykach. Zatrudnienie w przemyśle wytwórczym zmniejszyło się podczas recesji w 2001 r., spadało nadal w czasie ożywienia, by obniżyć się jeszcze bardziej podczas Wielkiej Recesji w 2008 r.

W miarę jak gospodarka powoli wychodzi z kryzysu, prezydent i część analityków zwracają uwagę na oznaki powrotu przemysłu z zagranicy do USA.

Obama przy każdej okazji przywołuje liczbę miejsc pracy w przemyśle wytwórczym (aktualnie 500 tys.) stworzonych od najgorszego momentu Wielkiej Recesji w styczniu 2010 r. W zeszłym roku odwiedził fabrykę Master Lock w Milwaukee, żeby świętować powrót 100 miejsc pracy z Chin. Chwalił także Forda za „powrót” z Meksyku, Caterpillara z Japonii i Apple’a za obietnicę produkcji części komputerów w USA.

Do Obamy dołączyły media i analitycy. W grudniu czasopismo „The Atlantic” opublikowało na pierwszej stronie entuzjastyczny artykuł o decyzji General Electric, aby ponownie otworzyć część „Appliance Park” w Louisville w stanie Kentucky i wytwarzać towary produkowane wcześniej w fabrykach zagranicznych. W raporcie „Made in America, Again” („Wyprodukowano w USA, znowu”) firma Boston Consulting Group, świadcząca usługi doradztwa strategicznego dla menedżerów korporacji, prognozowała, że powrót przemysłu wytwórczego z zagranicy doprowadziłby do powstania setek tysięcy miejsc pracy do 2021 r., obniżając stopę bezrobocia o 1,5%.

Na ile powrót przemysłu z zagranicy jest możliwy? Jakie miejsca pracy wracają? Jeżeli przemysł wytwórczy się odrodzi, jak będzie wyglądał?

Fale „powrotu”

W krótkim okresie, gdy amerykańskie koncerny masowo przenosiły produkcję do Chin, sytuacja globalnych przedsiębiorstw znacznie się zmieniła – uważa Scott Paul, prezes AAM. Wcześniejsze bardzo niskie koszty siły roboczej w Chinach wzrosły, w miarę jak rosły zarobki robotników na terenach nadbrzeżnych – częściowo ze względu na falę protestów oraz na powolny wzrost wartości waluty krajowej. Wady przeniesienia przemysłu do Chin, przedtem przesłonięte niskimi kosztami, stają się coraz wyraźniejsze: kradzież własności intelektualnej, niski poziom kontroli jakości produktów, opóźnienia, trudności w nadzorze i sprawnym zarządzaniu na odległość, oddzielenie projektantów i inżynierów od hali produkcyjnej, rosnące koszty transportu, korupcja w urzędach i duża rotacja pracowników.

Z drugiej strony produkcja w USA ma kilka zalet, których wcześniej nie dostrzegano. Jedną z nich jest przewaga technologiczna w automatyce, robotyce oraz dostępność innych narzędzi zwiększających produktywność i zmniejszających bezpośrednie koszty pracy – wszystko to przewyższa zalety związane z tanią siłą roboczą z zagranicy. Jeszcze jednym atutem jest bliskość głównej siedziby korporacji, przynajmniej w przypadku spółek amerykańskich, i pozostałych ogniw łańcucha zaopatrzenia.

Rodzinny zakład obróbki metalu Hudson Precision Products z Broadview na przedmieściach Chicago, zatrudniający 87 robotników, jest dobrym przykładem tego, jak w skali mikro wygląda ucieczka, a następnie powrót z zagranicy. Zakład miał problemy na początku nowego stulecia, gdy wielu długoletnich klientów ruszyło za rzekomo niższymi cenami do Chin. – Pozostawiło to pewien niesmak – mówi prezes firmy, Jim Wrenn. – Myśleliśmy, że nigdy nie odzyskamy dużej części zleceń, które utraciliśmy.

Firma przystosowała się do nowych warunków, unowocześniając produkcję, żeby jedna piąta maszyn mogła wytwarzać części w nocy bez nadzoru. Przedsiębiorstwo znalazło także klientów – takich jak firmy wytwarzające sprzęt medyczny – którzy oczekują wysokiej jakości. Hudson Precision Products podjęło jednak również strategiczną decyzję – po znacznym zamrożeniu płac podczas Wielkiej Recesji – wprowadziło system podziału zysków premiujący fachowość i wydajność pracowników, którzy nie są zrzeszeni w związkach (a których zarobki wynoszą od ok. 10 do prawie 30 dolarów za godzinę). Ze względu na to, że wiele produktów firmy to wyroby specjalistyczne, wytwarzane w krótkim cyklu produkcyjnym, Hudson nie może zautomatyzować większości etapów produkcyjnych, lecz musi polegać na wykwalifikowanych, bardzo zmotywowanych pracownikach.

Jim Wrenn uważa, że miał częściowo rację, ponieważ klienci niezadowoleni z chińskiej produkcji zaczęli do niego wracać. Pojawiają się zamówienia na małe części do zaworów, regulatorów i sprzętu elektronicznego. Wiele z nich wykonywanych jest z dokładnością do kilku dziesięciotysięcznych cala.

Pomimo to z zagranicy „powróciło” jedynie 15 do 20% zleceń utraconych przez Hudson. Niektórzy klienci dzielą zamówienia między Hudson i chińskich dostawców. Inni z kolei kupują części, które zostaną później zmontowane nie w Chinach, lecz w Meksyku – tamtejsze fabryki są bliżej głównych siedzib spółek w USA, ale koszty siły roboczej mają niższe od tych w USA.

– Warunki konkurencji się poprawiają – mówi Wrenn. – Chyba można mówić o pewnego rodzaju powrocie z zagranicy. Statystyki potwierdzają ostrożność Wrenna. Z ok. 500 tys. miejsc pracy stworzonych w przemyśle wytwórczym – odkąd gospodarka sięgnęła dna trzy lata temu – 60% nie powstało w wyniku „powrotu” z zagranicy, lecz wskutek zainicjowanej przez rząd restrukturyzacji przemysłu samochodowego, jak twierdzi Robert Scott, ekonomista w Economic Policy Institute. Harry Moser, emerytowany menedżer spółki produkującej narzędzia do maszyn oraz założyciel Reshoring Initiative – organizacji zachęcającej menedżerów do dokładniejszego wyliczenia całkowitych kosztów przeniesienia produkcji za granicę – szacuje, że od końca recesji spółki przywróciły ok. 50 tys. miejsc pracy, co stanowi jedynie 10% nowego zatrudnienia w przemyśle.

Nawet te ostrożne szacunki mogą nie uwzględniać powolnego odpływu miejsc pracy w wyniku ciągłego przenoszenia produkcji za granicę. W momencie gdy Obama chwalił powrót przemysłu w Master Lock w stanie Wisconsin, tradycyjnie zaniżone statystyki rządowe pokazały, że stan stracił w zeszłym roku 2777 miejsc pracy za sprawą konkurencji „z importu” i przenoszenia przemysłu za granicę. Na przykład firma Joerns Healthcare przeniosła działalność ze Stevens Point w stanie Wisconsin do Meksyku, a także do innych stanów USA z mniej restrykcyjnym prawem pracy, likwidując 150 etatów w Wisconsin. Jak zaś wynika z wyliczeń Chrisa Townsenda ze związku United Electrical Workers, zamykanie zakładów przez General Electric w USA i przenoszenie w ostatnich latach produkcji za granicę zdecydowanie przyćmiewają liczbę miejsc pracy, które „powróciły” do USA, a którą chwali się koncern. – Nie sądzę, żeby szykował się zalew miejsc pracy w przemyśle wracającym z zagranicy – twierdzi Leo W. Gerard, prezes United Steelworkers, największego związku zawodowego w przemyśle wytwórczym w kraju.

Dwie drogi do odbudowy

Osobną kwestią jest jakość miejsc pracy, które „wróciły” z zagranicy. Hudson to przykład firmy, która postawiła na innowacje i współpracę z pracownikami. Większość spółek wybrała tańszą drogę – opierającą się na przekonaniu, że przemysł ożywi się tylko, jeżeli zarobki będą niższe, podatki zostaną obniżone, deregulacja przeprowadzona, dodatkowe świadczenia odebrane, a związki zawodowe poskromione. „The Economist” w styczniowym raporcie o „powrocie” przemysłu zauważył, że wiele z tych chętnie prezentowanych jako przykłady nowych fabryk znajduje się w stanach takich jak Teksas, Alabama i Karolina Północna, które przyjęły ustawy o „prawie do pracy”, ograniczające wpływ związków zawodowych. Zarobki w tych stanach są przeciętnie niższe o 3–10% w porównaniu z innymi stanami, a pracownicy mają mniejsze szanse, że pracodawca będzie opłacał im składki emerytalne i ubezpieczenie zdrowotne.

Tysiące miejsc pracy przeniesionych z zagranicy, o których mówią optymistyczne analizy Boston Consulting Group, zostały utworzone właśnie według tego „tańszego” podejścia. BCG porównuje koszty w chińskich zagłębiach przemysłowych, np. Shenzhen, z kosztami produkcji w stanach takich jak Missisipi – z ustawami o „prawie do pracy”, niskimi zarobkami i zasadniczo bez związków zawodowych.

Istnieje jednak inna droga. W niektórych krajach wynagrodzenie w przemyśle wytwórczym jest wyższe niż w USA. W 2011 r. w Szwecji całkowite wynagrodzenie wyniosło 49,12 dolarów za godzinę, a w Niemczech 47,38 – w porównaniu z 35,53 w USA. W krajach tych więcej pracowników należy też do związków zawodowych. Pomimo tego przemysł wytwórczy w tych krajach kwitnie i stanowi zasadniczą część ich gospodarek.

Tę „droższą” drogę wybrały Niemcy, kraje skandynawskie, inne kraje Europy kontynentalnej o wysokich dochodach oraz Japonia. Zarówno państwo, jak i firmy traktują tam pracowników nie jako koszty, które należy ciąć – jak w USA – a bardziej jako kapitał i współpracowników. Pracownicy korzystają z inwestycji publicznych w edukację, transport, opiekę nad dziećmi i służbę zdrowia. Sprawiedliwszy podział dochodów, silniejszy rynek wewnętrzny oraz lepiej wykwalifikowana siła robocza wzmacniają krajową gospodarkę i tkankę społeczną.

Fabryka zaawansowana technologicznie

„Droższa” droga daje szansę na zachowanie tego, co było kluczowe w amerykańskim przemyśle wytwórczym w latach jego rozkwitu – nie oznacza to jednak, że będzie on taki jak wcześniej. Sektory opierające się na sile roboczej – w tym przemysł odzieżowy czy elektroniki użytkowej – które wyprowadziły większość miejsc pracy z USA, nie odrodzą się, chyba że nastąpi znaczący postęp w automatyzacji, ograniczający zapotrzebowanie na bezpośrednią pracę człowieka. Gdy koszty siły roboczej w Chinach rosną, koncerny międzynarodowe po prostu szukają tańszych pracowników w krajach takich jak Wietnam czy Bangladesz.

Amerykańskie fabryki w przyszłości będą musiały konkurować z najbardziej zaawansowanymi technologicznie zakładami przemysłowymi na świecie – w Europie Północnej i Japonii czy we wschodzących potęgach takich jak Brazylia. Konieczne będzie zatem inwestowanie w przemysł wymagający wykwalifikowanych pracowników, kapitału i zaawansowanych badań – przemysł „zielonych” technologii czy samochodowy, który w odróżnieniu od tego pierwszego nie jest nowy, ale wciąż ewoluuje.

Gdyby Stany Zjednoczone postawiły na zaawansowany technologicznie przemysł wytwórczy, cała gospodarka miałaby szanse na tym zyskać. Tworzy on bowiem więcej pozaprzemysłowych miejsc pracy niż ten tradycyjny – w branżach takich jak badania, projektowanie oprogramowania, obsługa posprzedażowa. Zwiększając produktywność, umożliwia (choć nie gwarantuje) wzrost zarobków. W branżach takich jak medyczna i energetyczna przemysł zaawansowany technologicznie może – jeżeli będzie mu towarzyszyć odpowiednia polityka publiczna – przyczynić się do rozwiązania problemów społecznych, w tym ekologicznych, będących pokłosiem rewolucji przemysłowej. Produkcja na potrzeby krajowe i na eksport może ograniczyć niezrównoważony długoterminowy deficyt handlowy. Dobrze funkcjonujący zaawansowany sektor wytwórczy przyczynia się do powstania sieci innowatorów – przez profesorów Harvard Business School Gary’ego Pisano i Willy’ego Shiha nazwanych „społecznościami przemysłowymi” – których przykładem jest Dolina Krzemowa.

Jak będą wyglądały te „zaawansowane” fabryki? Cóż, część pracowników na linii produkcyjnej może przypominać Baxtera – humanoidalnego robota o przyjaznym wyglądzie, czerwono-czarnym plastikowym korpusie, „twarzy” z płaskim ekranem i z oczami, które poruszają się i wyrażają emocje. Pracownik może łatwo nauczyć Baxtera wykonywania różnych czynności, kierując jego ramionami, a następnie wybierając przycisk programowania. Baxter korzysta ze swojego „wzroku”, żeby przystosować się do zmian w środowisku pracy.

Baxter jest pomysłem Rodneya Brooksa, robotyka w Massachusetts Institute of Technology (MIT), który we współpracy z kolegami wynalazł w 2002 r. Roombę, robota-odkurzacz domowy. Jego firma – iRobot – zaczęła produkować Roombę w Chinach, aby skorzystać z taniej siły roboczej. Brooks doszedł jednak do wniosku, że to błędna strategia biznesowa. Koszty zaczęły rosnąć. Duża odległość pomiędzy inżynierami a linią produkcyjną Roomby była kłopotliwa, ponieważ monitorowanie fabryk i rozwiązywanie problemów w globalnych łańcuchach dostaw było utrudnione. Po kilku miesiącach od otwarcia fabryki chińscy złodzieje własności intelektualnej zaczęli produkować podróbki Roomby.

Brooks sądził, że aby zapewnić sukces produktu w USA, przedsiębiorstwo będzie potrzebowało tanich, elastycznych robotów, które ograniczą koszty i błędy powtarzalnej pracy. Pięć lat temu Brooks założył firmę Rethink Robotics, żeby projektować i produkować Baxtera niedaleko Bostonu. – Celem spółki jest zapewnienie amerykańskiemu przemysłowi wytwórczemu większej konkurencyjności i powstrzymanie go przed przenoszeniem się za granicę – mówi Mike Fair, serwisant w Rethink Robotics.

Gdy ludzie słyszą o robotach takich jak Baxter, martwią się – co jest zrozumiałe – że te coraz bardziej elastyczne i inteligentne maszyny zastąpią ludzi. Rzeczywiście, Mike Fair jest zdania, że przy obecnych cenach Baxter może zastąpić przy powtarzalnych czynnościach pracowników, których stawka wynosi 4 dolary za godzinę lub więcej. Jednak Baxter pod wieloma względami nie dorówna przecież nawet pracownikom pracującym za niższą stawkę i nie potrafi wykonywać złożonych czynności.

Wyzwanie rzucone przez roboty takie jak Baxter ma istotne znaczenie. Zyski wynikające z ich większej produktywności – w postaci wyższych dochodów lub krótszych godzin pracy – należy podzielić między społeczeństwo, tak aby każdy na tym skorzystał. Brzmi to jak utopia. Ale alternatywa – w której wiele osób traci pracę, bo roboty wykonują ją za nich, a tylko nieliczni uprzywilejowani korzystają – jest mroczną dystopią.

Podejście hybrydowe

Baxter jest dowodem na to, że amerykańscy producenci zaczęli już wprowadzać innowacje w przemyśle. Konkurencja jednak nie śpi. W styczniu 2013 r. na targach automatyki pojawiło się wielu dużych wystawców z Niemiec, Japonii, Skandynawii, Szwajcarii i innych bogatych krajów. Niedaleko stoiska Rethink Robotics duńska firma Universal Robots przedstawiła dobrze zaprojektowanego humanoidalnego robota, który – jak się wydaje – potrafi to, co Baxter. Innowacyjne firmy mają w dłuższej perspektywie większą szansę na uzyskanie przewagi rynkowej, jeżeli funkcjonują w ramach dobrze prosperujących „społeczności przemysłowych”, wspieranych przez mądrą politykę przemysłową.

Branża automatyki i robotyki może się jeszcze bardziej rozwinąć, gdy Chiny – w celu rozwiązania problemu rosnących kosztów siły roboczej – postawią na przemysł zaawansowany technologicznie. Przykładowo Foxconn – producent sprzętu dla Apple’a – w którego fabrykach warunki pracy doprowadziły do samobójstw, strajków i zamieszek, zamierza rzekomo wyprzedzić konkurentów z bogatych krajów uprzemysłowionych, zastępując milion pracowników robotami.

Powodzenie amerykańskiego przemysłu zaawansowanego technologicznie będzie w mniejszym stopniu uzależnione od jednego czynnika (np. wysokości wynagrodzenia), a w większym od sumy wielu czynników: wsparcia państwa dla badań i edukacji, bezpieczeństwa społecznego i ekonomicznego obywateli, poczucia wspólnoty, upodmiotowienia pracowników i wspierania innowacyjności.

Susan Helper, Timothy Krueger i Howard Wial z think tanku Brookings Institution przygotowali plan rozwoju dla USA, który zakłada podążenie właśnie tą „droższą” drogą z wykorzystaniem zaawansowanych technologii wytwarzania. Zaapelowali o wsparcie przez państwo intensywnych publicznych i prywatnych prac badawczo-rozwojowych, a także o poprawę jakości kształcenia ogólnego, zawodowego kształcenia ustawicznego oraz współudział pracowników w podejmowaniu decyzji.

Dalsza droga

Czy Obama postawi na tę strategię? W pierwszej kadencji pokazał determinację, gdy jego administracja powstrzymała upadek amerykańskiego przemysłu samochodowego i zainwestowała więcej środków federalnych w energię odnawialną niż administracja jakiegokolwiek wcześniejszego prezydenta.

Wstępne plany Obamy na cztery następne lata są skromne, ale dobre. Opowiedział się za wsparciem finansowym dla badań naukowych, w tym ostatnio za przeznaczeniem 100 mln dolarów na opracowanie mapy ludzkiego mózgu. Popiera wykorzystanie dochodów ze złóż ropy i gazu znajdujących się na obszarach należących do państwa na sfinansowanie badań nad alternatywnymi technologiami w przemyśle samochodowym, państwowe dofinansowanie energooszczędnych rozwiązań w budownictwie oraz zwiększenie wydatków na infrastrukturę.

Propozycje te nie zyskają większego poparcia Republikanów (jeżeli zyskają jakiekolwiek). Demokraci reagują z mniejszym lub większym entuzjazmem, często proporcjonalnie do znaczenia przemysłu wytwórczego w ich regionach. Biznes jest podzielony – zwykle ze względu na wąskie interesy konkretnych firm czy branż – i zjednoczony w niechęci do większości regulacji. Związki zawodowe poszukują natomiast szerszej i bardziej ambitnej strategii.

Obama może sam podjąć pewne działania, np. realizując plan powołania 15 „instytutów innowacji przemysłowej”. W zeszłym roku w Youngstown w stanie Ohio powstał pilotażowy instytut, aby przyspieszyć rozwój druku 3D – obiecującej nowej technologii, za pomocą której maszyna nakłada na siebie warstwy różnych materiałów zamiast tuszu, żeby tworzyć łatwo modyfikowalne produkty.

Prezydent Obama nawiązał w orędziu do sukcesów z pierwszej kadencji – w czasie jej trwania nastąpiło podwojenie ilości pozyskiwanej energii wiatrowej, słonecznej i geotermalnej. Zobowiązał się też zintensyfikować działania w tej dziedzinie, co spotkało się z krytyką z prawej strony sceny politycznej. Republikanie przypomnieli fiasko Solyndry – producenta ogniw solarnych, który otrzymał gwarancje pożyczkowe rządu i upadł – argumentując, że rząd nie powinien angażować się we wspieranie nowych branż. Solyndra upadła jednak po części przez konkurencję chińskich firm dotowanych przez rząd ChRL, które prawdopodobnie obniżyły cenę konwencjonalnych silikonowych ogniw fotowoltaicznych poniżej kosztów produkcji, żeby zdobyć udziały w rynku. Gdy ceny zaczęły spadać szybciej, niż prognozowano, alternatywna technologia solarna Solyndry nie była w stanie sprostać konkurencji i spółka upadła.

Jak jednak wynika z analiz komisji pod przewodnictwem Herba Allisona, który stał na czele komisji finansów podczas kampanii prezydenckiej senatora Johna McCaina w 2000 roku, dzięki pożyczkom rządowym na rozwój czystej energii powstały nowe miejsca pracy i rozwinął się rentowny sektor przemysłu. Administracja Obamy jest tu nawet lepsza od wielu inwestorów prywatnych. Spośród spółek, które uzyskały rządowe wsparcie na rozwój zrównoważonej energii w trakcie pierwszej kadencji Obamy, upadło zaledwie 8%. Dla porównania – spośród przedsiębiorstw, w które zainwestował fundusz Bain Capital, gdy na jego czele stał Mitt Romney, zbankrutowało 22%.

Ostatecznie jednak mimo obietnic ożywienia przemysłu wysiłki Obamy są niewystarczające. Jego komisja ds. produkcji zaawansowanej technologicznie zaleciła, aby rząd stworzył klimat bardziej przyjazny dla przemysłu wytwórczego. Zwykle oznacza to obniżenie podatków dla przedsiębiorstw i deregulację. O ile podatki nie powinny pogarszać sytuacji krajowych firm i skłaniać do przenoszenia produkcji za granicę, zachęty podatkowe są mniej skuteczne od innych form wsparcia.

Biorąc też pod uwagę, że przenoszenie miejsc pracy – szczególnie do Azji – doprowadziło do obecnego kryzysu w przemyśle wytwórczym, działania Obamy polegające na zawarciu umów o wolnym handlu z Europą i krajami Pacyfiku mają mało wspólnego z jego marzeniami o odrodzeniu się produkcji w USA. Ponadto pominięcie związków zawodowych w orędziu nie wróży dobrze strategii rozwoju przemysłu.

Powrót – choć niewielki – miejsc pracy rozbudził społeczne nadzieje. Wzbudził również uzasadnione wątpliwości co do niekwestionowanej wcześniej mądrości szefów firm, którzy w owczym pędzie przenosili produkcję za granicę, nie biorąc pod uwagę potrzeb i potencjału swoich dotychczasowych pracowników. Prawdziwe odrodzenie amerykańskiego przemysłu wytwórczego będzie wymagało zdecydowanej interwencji rządu, który powinien raczej skupić swoją uwagę na innowacjach, a nie na tym, ile się zarabia w prowincji Guangzhou.

Tłum. Anna Kleina

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie internetowej niezależnego amerykańskiego magazynu „In These Times” 22 kwietnia 2013 r.