przez Bartosz Oszczepalski | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
W dobrze funkcjonującym państwie pracownik, którego prawa są łamane przez pracodawcę, powinien otrzymać stosowną pomoc od instytucji publicznych. Jak to wygląda w Polsce, w której wedle liberalnych mediów, polityków i liderów biznesu związki zawodowe są wszechmocne, a pracownicy nietykalni?
Liczby nie kłamią
Podstawową instytucją mającą za zadanie obronę pracownika, którego prawa są łamane, jest Państwowa Inspekcja Pracy. To organ powołany do sprawowania nadzoru i kontroli przestrzegania prawa pracy, w szczególności przepisów i zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, a także przepisów dotyczących legalności zatrudnienia i innej pracy zarobkowej. Jeśli pracodawca np. nie wypłaca pensji czy nie przestrzega przepisów o czasie pracy, pracownik (także były pracownik) może złożyć skargę, osobiście lub za pośrednictwem poczty czy e-maila, w okręgowym inspektoracie pracy lub w jednym z jego oddziałów terenowych.
Inspektorzy pracy prowadzą co roku ok. 90 tys. kontroli w całym kraju. W 2012 r. wpłynęło do PIP niemal 44,3 tys. skarg, w których zgłaszający wskazali łącznie 95,4 tys. problemów wymagających interwencji inspekcji. Ponad połowę z nich stanowiły kwestie związane z nawiązywaniem i rozwiązywaniem stosunku pracy oraz z wynagrodzeniem za pracę i innymi świadczeniami (niewypłacanie lub nieprawidłowe i nieterminowe wypłacanie wynagrodzenia, w tym za pracę w godzinach nadliczbowych). Do głównych grzechów polskich pracodawców należy również zatrudnianie na umowy o dzieło i zlecenie zamiast na umowy o pracę oraz nieprzestrzeganie czasu pracy.
Niestety z roku na rok jest coraz gorzej. W 2010 r. nieprawidłowości stwierdzono u 47% skontrolowanych pracodawców, w 2011 r. u 50%, a rok później było to już 52%. W 2012 r. inspektorzy pracy ujawnili łącznie 86,6 tys. wykroczeń przeciwko prawom pracownika. Na sprawców wykroczeń nałożyli 18,9 tys. mandatów karnych na kwotę 22,5 mln zł oraz skierowali 3800 wniosków do sądu o ukaranie. W ponad 15 tys. przypadków za wystarczające uznali zastosowanie środków oddziaływania wychowawczego. Wydali ponad 10,1 tys. decyzji nakazujących natychmiastową wypłatę zaległych należności na łączną kwotę aż ponad 230 mln zł. Ponadto skierowali w wystąpieniach 33,8 tys. wniosków w sprawach płacowych. Rozpatrując wnioski inspektorów pracy, sądy orzekły grzywny w łącznej wysokości 7,2 mln zł wobec ponad 3,3 tys. sprawców wykroczeń. Do prokuratury skierowanych zostało 987 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. W większości dotyczyły one udaremniania lub utrudniania inspektorom wykonywania czynności służbowych oraz złośliwego lub uporczywego naruszania praw pracowniczych.
Państwowa Inspekcja Pracy przekonuje, że kontrole przynoszą co roku wymierne efekty i na potwierdzenie podaje konkretne liczby. Działania kontrolno-nadzorcze Państwowej Inspekcji Pracy w roku sprawozdawczym doprowadziły do likwidacji bezpośrednich zagrożeń dla życia i zdrowia ponad 66 tys. pracowników. Pracodawcy wyeliminowali różnego rodzaju nieprawidłowości z zakresu legalności zatrudnienia w odniesieniu do 107 tys. pracujących. 5400 osób będących stronami umów cywilno-prawnych oraz 3,7 tys. osób pracujących bez żadnej umowy uzyskało potwierdzenie na piśmie istnienia stosunku pracy. Ponad 7 tys. pracowników różnych branż wykorzystało zaległe urlopy wypoczynkowe. Inspektorzy pracy wyegzekwowali dla ok. 119 tysięcy pracowników przysługujące im wynagrodzenia i inne świadczenia ze stosunku pracy na łączną kwotę 102 mln zł. Wyeliminowano liczne nieprawidłowości związane z zatrudnianiem w godzinach nadliczbowych – w odniesieniu do 6,6 tys. pracowników. Dla 22,6 tys. zatrudnionych została założona ewidencja czasu pracy, a w odniesieniu do 67 tys. pracowników – skorygowano jej zapisy, co przyczyniło się do wypłaty należności, których pracownicy zostali bezpodstawnie pozbawieni – czytamy w komunikacie PIP. Instytucja stwierdza również, że co roku zwiększa się liczba pracodawców przyłapanych na zatrudnianiu na tzw. umowy śmieciowe pomimo spełnienia warunków powstania stosunku pracy. W 2010 r. zakwestionowano 10% tego typu umów, w 2011 r. 13%, a rok później już 16%.
W 2012 r. skarg, które wpłynęły do Państwowej Inspekcji Pracy, było o 6% więcej niż w roku ubiegłym. Pokazuje to, że problem nieprzestrzegania przepisów kodeksu pracy przez pracodawców narasta. Większa liczba skarg skutkuje również wzrostem ilości spraw prowadzonych w sądach. Ile z nich jest pozytywnie rozpatrywanych przez sąd, a ile umarzanych? Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości zgromadzonych na podstawie ewidencji z zakresu prawa pracy w pierwszej instancji w Sądach Rejonowych w 2012 r. ze wszystkich spraw, które zgłoszono, 20 138 uwzględniono w całości lub w części, a 9192 oddalono. Aż 20 788 umorzono, a 67185 odroczono. To może niepokoić, szczególnie że większość z tych spraw kierowana jest do sądu przez pracowników, a nie pracodawców.
Jeszcze bardziej wnikliwa w tej materii jest publikacja Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego pod redakcją Moniki Wieczorek i Katarzyny Bogatko – „Prawo antydyskryminacyjne w praktyce sądowej – raport z monitoringu”. Autorki zbadały akta sądowe w 22 sądach rejonowych, 17 sądach okręgowych oraz 3 sądach apelacyjnych. Wśród orzeczeń z lat 2004–2011, które zostały poddane monitoringowi i dotyczą spraw z zakresu prawa pracy, 38,89% zakończyło się w pierwszej instancji, a 59,26% w drugiej. Większość wyroków, które zapadły w I instancji (64,82%), to wyroki oddalające powództwa z tytułu naruszenia zasady równego traktowania. Jedynie 28,70% stanowiły wyroki zasądzające, a 6,48% wyroki częściowo zasądzające roszczenie. Tylko trochę lepiej wygląda to w przypadku wyroków II instancji: gdy pozwany pracodawca zaskarżył wyrok, 47,61% tego typu apelacji było oddalanych w całości, 33,33% zostało uwzględnionych, a 19,06% kierowanych do ponownego rozpatrzenia. Sytuacja pracownika, który chce walczyć o swoje prawa w polskim sądzie, jest więc naprawdę bardzo trudna.
Potwierdzają to również statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczące czasu trwania postępowania spraw z zakresu prawa pracy w polskich sądach w 2012 r. Sprawy w sądach apelacyjnych trwały średnio 4,27 miesiąca. Dla porównania: rok wcześniej wskaźnik ten był niższy i wynosił 3,53 miesiąca. W sądach okręgowych sprawy apelacyjne z zakresu prawa pracy w 2012 r. trwały średnio 2,38 miesiąca, a w 2011 r. 1,85 miesiąca. Dłużej trzeba czekać na zakończenie postępowania we wszystkich sprawach z zakresu prawa pracy w sądach okręgowych. W 2012 r. wskaźnik wynosił aż 7,74 miesiąca, a w 2011 r. 7,23 miesiąca. Najdłużej, bo średnio 9,91 miesiąca, rozpatrywane były w 2012 r. sprawy z zakresu prawa pracy w sądach okręgowych od dnia pierwszej rejestracji w sądzie I instancji do dnia wydania orzeczenia II instancji. Sytuacja osób, które decydują się na pozwy, jest zróżnicowana w zależności od miejsca zamieszkania. Na czele niechlubnej listy znajdują się Łódź (18,10 miesiąca w 2012 r.) oraz Warszawa (17,88 miesiąca w 2012 r.). Statystyki potwierdzają, że to właśnie pracownicy ze stolicy muszą czekać najdłużej na zakończenie spraw z zakresu prawa pracy. W 2012 r. było to 7,23 miesiąca w przypadku spraw apelacyjnych w sądach apelacyjnych, 4,55 w przypadku spraw apelacyjnych w sądach okręgowych i 12,62 miesiąca w przypadku wszystkich spraw z zakresu prawa pracy w sądach okręgowych. Ogólnie rzecz biorąc, czas trwania postępowań dotyczących spraw z zakresu prawa pracy zwiększa się w skali całego kraju. Ponadto wciąż istnieje liczna grupa osób pokrzywdzonych, które muszą czekać na wyroki sądów nie kilka, a kilkanaście miesięcy lub nawet lata. Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości jasno wskazują, że dotyczy to coraz większej liczby obywateli.
Podsumowując zebrane dane – pracodawcy dopuszczają się wielu nadużyć w stosunku do pracowników. Nieprzestrzeganie przepisów kodeksu pracy jest zjawiskiem coraz częstszym w polskich firmach. Osoby, które kierują sprawy do sądów, są w ciężkiej sytuacji, ponieważ duża część postępowań jest umarzana, a do tego trwają one z roku na rok coraz dłużej.
Prawo a bolesna rzeczywistość
O wiele bardziej niepokojące i wymowne od samych liczb są relacje osób, które na własnej skórze doświadczyły złego traktowania ze strony pracodawców, a pomimo to nie mogły liczyć na pomoc ze strony aparatu państwa. W Polsce często prawo pisane jest fikcją.
Boleśnie przekonał się o tym Zbigniew Bąkowski. Mój rozmówca obecnie jest dyrektorem Biura Interwencji Obywatelskiej w Gdańsku, ale jeszcze w 2011 r. pracował w prywatnej firmie jako dyrektor ds. logistyki. – Byłem zszokowany tym, co mnie spotkało. Zostałem wyrzucony z pracy w momencie, gdy brakowało mi tylko dwóch miesięcy do tzw. okresu ochronnego, który według przepisów kodeksu pracy nie pozwala zwolnić pracownika przed emeryturą. Zwolniono mnie dyscyplinarnie z kompletnie błahych i naciąganych powodów. Dodam, że tak naprawdę pozbawiono mnie pracy nielegalnie, gdyż trzymiesięczny okres wypowiedzenia pokrył się częściowo z okresem ochronnym – opowiada. Odwołał się do sądu pracy, licząc, że sprawa bardzo szybko zostanie rozstrzygnięta na jego korzyść. Czekała go jednak bardzo niemiła niespodzianka. – Już na samym początku, podczas pierwszej rozprawy, sędzia na mnie nakrzyczała. Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale tak właśnie się stało. Miała chyba do mnie pretensje, że w ogóle zdecydowałem się na skierowanie sprawy do sądu i używała sformułowań typu „co ja sobie wyobrażam?” i „czy naprawdę myślę, że mogę wygrać?”. Ponadto obrońca firmy złożył takie wyjaśnienia, które absolutnie nie powinny zostać przyjęte. Po jakimś czasie sędzia bez ogródek przyznała, że dla mnie jedynym wyjściem jest pójście na ugodę, ponieważ sprawa może toczyć się przez 2–3 lata, a i tak jest mała szansa na wygraną, bo „po tylu latach nie ma co liczyć na przywrócenie do pracy”. Nie chciałem umrzeć z głodu, więc musiałem zgodzić się na ten zgniły kompromis. Zamienili mi zwykłe zwolnienie na zwolnienie z winy zakładu i przyznali trzymiesięczne odszkodowanie. A ja stałem się osobą bezrobotną. Z tego co mi wiadomo, mój przypadek nie jest odosobniony. Firmy bardzo często liczą na to, że pracownik zmuszony ciężką sytuacją ekonomiczną podda się i pójdzie na ugodę. Dodatkowo firmy współpracują z kancelariami prawnymi, które specjalizują się w doradzaniu im, jak pozbywać się pracowników. Do tego dochodzi jeszcze niekompetencja sędziów. W mojej opinii ze swoich obowiązków bardzo często nie wywiązują się też Okręgowe Inspektoraty Pracy. Gdy zgłosiłem swoją sprawę do Państwowej Inspekcji Pracy, usłyszałem, że ich jako instytucję nie obchodzi tryb zwolnienia pracownika, a jedynie przestrzeganie regulaminu i przepisów z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy. To chyba nie wymaga komentarza. Można więc powiedzieć, że przepisy prawa pracy w zderzeniu z rzeczywistością są martwe – podsumowuje Zbigniew Bąkowski.
Innym wymownym przykładem jest historia dwóch pracowników firmy ochroniarskiej Dozorbud. Grzegorz Ilnicki, prawnik ze związku zawodowego Konfederacja Pracy, który bronił pracowników przed sądem pracy, opowiada: W kwietniu zakończył się proces, w którym domagaliśmy się od sądu ustalenia istnienia stosunku pracy dla pana Czesława, byłego pracownika Dozorbudu, który był zatrudniony przez trzy lata na umowie śmieciowej, bo jako osobie pełnosprawnej firma odmówiła podpisania umowy o pracę. Ponadto żeby zarobić 1500 zł brutto, musiał pracować ok. 240 godzin miesięcznie. Gdański sąd rejonowy przyznał mu ponad 40 tys. zł zaległego wynagrodzenia wraz z nadgodzinami oraz ekwiwalent za urlop, na którym nigdy nie był. Sędzia uznała, że w takiej sytuacji powinny być stosowane przepisy prawa pracy, a nie kodeksu cywilnego – tłumaczy Ilnicki. Byłaby to świetna wiadomość, gdyby nie to, że… Jarosław Wawro, inny pracownik firmy Dozorbud, który również walczył o ustalenie stosunku pracy, w tym samym sądzie usłyszał całkowicie odmienny wyrok. Prowadząca sprawę sędzia nie uznała naszych racji, składanych dowodów i argumentów, że pan Jarek nie był zleceniobiorcą, tylko w świetle prawa pracownikiem, któremu przysługuje umowa o pracę. Sędzia powiedziała, że pracownik podpisał umowę cywilnoprawną świadomie, a „w gospodarce rynkowej każdy powinien brać odpowiedzialność za siebie”. Dodała również, że umowa-zlecenie była korzystna zarówno dla pracodawcy, jak i pracownika, który miał źródło dochodu i nie musiał być bezrobotnym. To kuriozalne uzasadnienie i dlatego postanowiliśmy złożyć skargę kasacyjną – dodaje mój rozmówca.
Ilnicki uważa, że pracownicy w sądach często spotykają się z brakiem zrozumienia. – Sądy coraz częściej przyznają rację pracodawcom, a nie pracownikom, nawet w sytuacji, gdy wina leży ewidentnie po stronie tych, którzy zatrudniają. Jest to zarówno skutek postępującej liberalizacji prawa pracy, jak i specyficznego sposobu myślenia wielu polskich sędziów. Ponadto bardzo często bywa tak, że sprawy w sądach pracy ciągną się latami. Procesy pana Czesława i pana Jarka zakończyły się po dwóch latach. To zdecydowanie za długo. Sprawy związane z kodeksem pracy nie mogą być traktowane jak te dotyczące prawa karnego i nie powinny nie powinny toczyć się tak długo. Negatywny wpływ na długość postępowań miała decyzja Krzysztofa Kwiatkowskiego, byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, który zlikwidował ponad 70 sądów pracy. To właśnie z tego powodu sprawy toczą się latami, a osoby, które się sądzą, muszą pokonywać sporą trasę, żeby dotrzeć na rozprawę, bo sądy rejonowe znajdujące się w pobliżu ich miejscowości już nie istnieją – twierdzi Ilnicki. Podobnie jak mój poprzedni rozmówca, również on ma wiele zastrzeżeń do Państwowej Inspekcji Pracy. – Okręgowe inspektoraty bardzo rzadko zajmują się sprawami dotyczącymi ustalenia stosunku pracy. A tu przecież chodzi o ludzkie zdrowie, a nawet życie. Mężczyzna, który w Gdańsku był zatrudniony jako sprzątacz, zmarł w trakcie wykonywania swojej pracy. Pracował na „śmieciówce” i nie miał stosownych badań lekarskich, które są wymagane w przypadku podpisania umowy o pracę. Gdyby wcześniej przeszedł badania, byłaby szansa, że lekarz nie dopuści go do wyczerpującej pracy fizycznej. Może nie doszłoby do tej tragedii – wyjaśnia.
Ilnicki reprezentował w sądzie również kobiety, które spotkały represje za przynależność związkową w gdyńskiej firmie odzieżowej Bell. Jedną z nich była Izabella Klimkiewicz. – Pracowałam w sklepie należącym do firmy Bell jako sprzedawca. Zaczęło się od tego, że pracodawca nie przestrzegał regulaminowego czasu pracy. Pracowaliśmy ponad siły, po kilkanaście godzin dziennie – również w soboty i niedziele. Mieliśmy tylko dwa dni wolnego w miesiącu. W październiku 2010 r. koleżanki zdecydowały się na założenie związku zawodowego. W grudniu 2010 r. postanowiłam przystąpić do niego. Domagałyśmy się zaległych pieniędzy za nadgodziny, ale dostałyśmy tylko jakieś „ochłapy”. Z biegiem czasu sytuacja pogarszała się. Ponieważ w sklepie była duża rotacja personelu, zatrudniono nową kierownik, która nie miała doświadczenia w pracy na takim stanowisku. Wpisywała nam do grafiku bardzo dużą liczbę godzin. W zasadzie mieliśmy dwa grafiki: ten oficjalny dla Państwowej Inspekcji Pracy oraz nieoficjalny, niekorzystny dla nas. Gdy poprosiłyśmy prezes zarządu Teresę Zalewską o godne traktowanie, w odpowiedzi ona obrzuciła nas wyzwiskami – relacjonuje pani Izabella.
Kobiety były zmuszone do wysłuchiwania obelg również z powodu swojej przynależności związkowej. Padły takie sformułowania jak Nogi z d… powyrywam tym, które wstąpiły albo Kręcicie na siebie bat. Po pewnym czasie pracownice – Izabella Klimkiewicz i pani Danuta – dostały wypowiedzenie. Ich pełnomocnik Grzegorz Ilnicki skierował sprawę do sądu pracy, który przyznał Izabelli Klimkiewicz 4800 zł odszkodowania za nieuzasadnione zwolnienie. Odszkodowanie za dyskryminację w miejscu pracy zostało zasądzone także dla pani Danuty, ale po odliczeniu kosztów procesu, który trwał dwa lata, wyniosło ono zaledwie nieco ponad 1000 zł. Sędzia uznała, że pani Danuta była dyskryminowana przez pracodawcę, ale niestety oddaliła powództwo w tej części, w której dotyczyło ono odszkodowania za nieuzasadnione zwolnienie kobiety, tłumacząc, że jej miejsce pracy zostało zlikwidowane wraz ze sklepem, w którym była zatrudniona. Z tym orzeczeniem nie zgadza się Ilnicki, który wyjaśnia, że sklep został jedynie przeniesiony na inne piętro w galerii handlowej, a propozycję pracy tam dostały jedynie te pracownice, które nie należały do związku zawodowego.
Izabella Klimkiewicz dodaje, że szukając pracy w wielu sieciach handlowych, spotykała się z przypadkami nieprzestrzegania czasu pracy. – Kiedyś znalazłam ofertę, w której było napisane, że jeden z supermarketów szuka kasjerów i praca ma być wykonywana od poniedziałku do piątku w wymiarze 8 godzin. Po przyjściu na rozmowę kwalifikacyjną okazało się jednak, że trzeba pracować po 11–12 godzin dziennie, również w soboty i niedziele, a jeden dzień wolny przysługuje tylko co dwa tygodnie. Sieci handlowe nagminnie omijają prawo, fałszując ewidencję czasu pracy. Tylko że ktoś na to pozwala. Państwowa Inspekcja Pracy częściej powinna przeprowadzać kontrole, żeby wyeliminować patologie – argumentuje. Wśród moich rozmówców przewija się opinia, że przepisy, nawet jeśli dobre, nie są przestrzegane, a instytucje państwowe nie zawsze stoją na wysokości zadania w kwestii egzekwowania tych praw.
O tym, że praca w sieciach handlowych nie wychodzi pracownikom na zdrowie, przekonała się boleśnie Ilona Szymanek, która była zatrudniona w „Biedronce” we Wrocławiu. – W 2006 roku miałam wypadek w pracy. Na skutek dźwigania przeze mnie ciężarów nastąpiło przeciążenie i uszkodzenie kręgosłupa. Ze sklepu zabrało mnie do szpitala pogotowie, a tam przeprowadzono natychmiastową operację. W zakładzie miało miejsce nagminne łamanie praw pracowniczych – bardzo duża liczba nadgodzin, fałszowanie ewidencji pracy i nieprzestrzeganie przepisów BHP. Zdecydowałam się wytoczyć proces firmie Jeronimo Martins. Wyrok w pierwszej instancji był dla mnie korzystny. Dostałam odszkodowanie oraz rentę wyrównawczą. Niestety firma zaczęła się odwoływać od tego wyroku. Powoływani są ciągle nowi świadkowie, proces trwa już od siedmiu lat i myślę, że to celowy zabieg mojego byłego pracodawcy. Chcą przedłużać postępowanie w nieskończoność, a ja, jako osoba niepełnosprawna, nie mogę teraz znaleźć pracy – powiedziała.
Pani Ilona otrzymała pomoc prawną od Stowarzyszenia Poszkodowanych Przez Sieci Handlowe „Biedronka”. Organizacja ta zrzesza obywateli, który czują się skrzywdzeni przez portugalską „sieciówkę”. – Stowarzyszenie założyło kilku właścicieli małych firm, które zostały oszukane przez Jeronimo Martins. Moja firma zbankrutowała na skutek działań „Biedronki”. Po jakimś czasie zaczęli się jednak do nas zgłaszać pracownicy najemni, którzy czuli się pokrzywdzeni przez „Biedronkę”. To nas zainspirowało do utworzenia sekcji pracowniczej w stowarzyszeniu – opowiada Edward Gollent ze Stowarzyszenia Poszkodowanych Przez Sieci Handlowe „Biedronka”. Lista przewinień tej firmy jest bardzo długa – od mobbingu czy zatrudniania pracowników bez badań lekarskich do zmuszania do pracy w nadgodzinach bez umieszczania ich w ewidencji czasu pracy. Dzięki takim praktykom „Biedronka” ma zaległości finansowe wobec pracowników sięgające kwoty 125 mln zł. My oczywiście pomagamy tym ludziom, zapewniamy wsparcie prawne. Obecnie przygotowujemy proces zbiorowy, w którym będziemy się starać o zadośćuczynienie dla ok. 40 pracowników. Wiele razy mówiłem o tych nadużyciach w mediach, za co Jeronimo Martins podało mnie do sądu. Przegrali jednak proces. Na potrzeby tej rozprawy sąd przesłuchał ok. 100 pracowników i jednoznacznie potwierdził, że wyzysk stosowany przez „Biedronkę” był planowy – dodaje pan Edward.
Niech prawo działa
Co należałoby zrobić, żeby usprawnić funkcjonowanie instytucji państwowych, tak aby mogły one w sposób bardziej efektywny i skuteczny egzekwować przepisy prawa pracy? W piśmie wystosowanym w czerwcu bieżącego roku przez Główną Inspektor Pracy Iwonę Hickiewicz do Ministra Pracy i Polityki Społecznej Władysława Kosiniaka-Kamysza zaproponowano kilka rozwiązań legislacyjnych, które mogłyby ukrócić nieprawidłowości na rynku pracy i pozwoliły inspektorom pracy skuteczniej interweniować. Hickiewicz przyznaje, że niewielka wysokość kar nakładanych przez Państwową Inspekcję Pracy na podmioty powierzające innym osobom pracę w sposób nielegalny nie stanowi dostatecznego hamulca naruszania przepisów w tym zakresie. PIP proponuje nowelizację kodeksu pracy, która ma polegać na wprowadzeniu wymogu zawarcia umowy o pracę na piśmie przed dopuszczeniem do pracy oraz nowelizację ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, wprowadzającą obowiązek zgłoszenia osób zatrudnionych lub wykonujących inną pracę zarobkową do ubezpieczeń społecznych przed rozpoczęciem pracy.
W opinii Hickiewicz brak tych rozwiązań sprzyja patologiom na rynku pracy, a ich przeforsowanie ograniczy proceder zatrudniania „na czarno”, gdyż obecnie inspektorzy, którzy zwracają uwagę pracodawcom na brak podpisanej umowy z pracownikiem, bardzo często uzyskują odpowiedź, że pracownik pracuje od dzisiaj, choć w rzeczywistości jest zatrudniony od dłuższego czasu. Pracodawca może się tak tłumaczyć, gdyż prawo obecnie nakłada na niego obowiązek podpisania umowy w dniu rozpoczęcia pracy, a nie przed zatrudnieniem. Ponadto podmiot zatrudniający jest obecnie zobowiązany do zgłoszenia ZUS-owi osoby podlegającej temu obowiązkowi w terminie do 7 dni od daty powstania obowiązku ubezpieczenia. Państwowa Inspekcja Pracy chce to zmienić, ale póki co pismo nie spotkało się z żadną odpowiedzią ministra.
O rozwiązaniach, które mogłyby polepszyć sytuację pracowników, rozmawiałem również z Waldemarem Bartoszem, przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w woj. świętokrzyskim. – Najpierw muszę wskazać główne bariery. Niestety przeciętny pracownik, jeśli nie korzysta z pomocy organizacji lub związków zawodowych, praktycznie nie ma możliwości dochodzenia swoich praw. Prawo bywa bardzo skomplikowane i czasem nawet nasi związkowi prawnicy zastanawiają się, czy dana sprawa podlega pod prawo pracy, czy pod ustawę o ubezpieczeniach społecznych, a może pod prawo cywilne lub kodeks karny… Zwykły obywatel nie ma szans połapania się w tych zawiłościach. Ponadto do niedawna większość spraw pracowniczych nie była obarczona kosztami sądowymi, lecz niestety już tak nie jest. Wiadomo przecież, że pracownik, któremu pracodawca od dłuższego czasu nie płaci, nie będzie miał pieniędzy na pokrycie kosztów procesu. Nawet te 200–300 zł dla kogoś, kto jest bezrobotny, będzie dużą sumą. Jednym z postulatów „Solidarności”, składanych do Sejmu, jest zwolnienie spraw pracowniczych z jakichkolwiek opłat sądowych. Tak było jeszcze w latach 90. i do tego trzeba powrócić. Poza tym domagamy się, żeby sprawy pracownicze były rozstrzygane tylko w sądzie pracy, a nie – jak to się dzieje obecnie – w wielu sądach, co skutkuje dezorientacją obywateli. Takie rozwiązanie zastosowano w innych krajach europejskich i świetnie się tam sprawdza. Dodatkowo obecnie w sytuacji, gdy pracodawca został przyłapany przez inspektorów na zatrudnianiu pracownika na umowę-zlecenie, a jego charakter pracy wskazuje, że należy mu się umowa o pracę, ewentualny nakaz inspektora w sprawie zamiany stosunku pracy spotyka się niejednokrotnie z brakiem jakichkolwiek czynności ze strony kontrolowanego podmiotu. Uważamy, że decyzje inspektorów powinny mieć charakter wiążący, tak jak decyzje sądu, a pracodawca mógłby się od nich odwoływać. Sam mandat dla firm jest zwykle karą mało dotkliwą. Chcemy również, żeby w procesach to nie pracownik, a Państwowa Inspekcja Pracy była stroną, gdyż osoby zatrudnione często są pod presją pracodawców i boją się, iż dochodzenie spraw w sądzie skończy się zwolnieniem – mówi Waldemar Bartosz.
Mój rozmówca zwraca również uwagę, że obecnie związki zawodowe nie mogą chronić niektórych pracowników. – Osoba zatrudniona na umowie cywilnoprawnej nie podlega ochronie związków zawodowych i nie ma możliwości zapisywania się do nich. Zaskarżyliśmy ten przepis do Międzynarodowej Organizacji Pracy, która zaleciła polskiemu rządowi zmianę prawa w tym zakresie. MOP stwierdził słusznie, że pracownicy, którzy nie mają umów o pracę, są w Polsce dyskryminowani. I chociaż zalecenie miało miejsce, to rząd w żaden sposób nie zareagował. W naszym przekonaniu należy zastanowić się nad wzmocnieniem zaleceń MOP-u, aby obligowały one rządy do konkretnych działań w zakresie zmiany prawa. Zdajemy sobie również sprawę z tego, że w związku z mentalnością sędziów większość wyroków w sądach zapada na niekorzyść pracowników. Tego już jednak żadne prawo nie zmieni. Musimy walczyć o to, żeby w Polsce zmienić sposób postrzegania spraw pracowniczych. Są one przecież elementem praw człowieka. Tymczasem wielu Polaków traktuje prawa pracownicze jako przywileje. To należy zmienić i to jest chyba największe wyzwanie dla wszystkich osób, którym na sercu leży dobro polskich pracowników – mówi szef świętokrzyskiej „Solidarności”.
Wbrew przekazowi głównych mediów sytuacja pracowników najemnych jest w Polsce trudna. Choć łamanie ich praw stało się zjawiskiem powszechnym, to poszkodowani nie zawsze mogą liczyć na odpowiednią pomoc państwa. Bywa, że pracownik jest w gorszym położeniu od pracodawcy nie tylko na rynku, ale również w sądzie. Państwowa Inspekcja Pracy co roku w wielu przypadkach egzekwuje przestrzeganie praw pracowniczych od pracodawców, ale jednocześnie bardzo często wykazuje bierność lub jest bezradna z powodu istniejącego prawa czy rozwiązań instytucjonalnych. Oczywiście potrzebna jest wzmożona aktywność związków zawodowych oraz nagłaśnianie tych problemów przez ekspertów i dziennikarzy. Żeby jednak coś się zmieniło na lepsze, to my, obywatele, musimy mieć świadomość swojego położenia. Ponadto musimy również nauczyć się wspólnie walczyć o własne prawa i interesy.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Zacznijmy od kwestii elementarnej: jak politologia definiuje lewicę i lewicowość?
Dr hab. Rafał Chwedoruk: Lewicowość w świecie zachodnim mierzy się na trzech płaszczyznach, w Polsce na dwóch. Po pierwsze to kwestia dychotomii rynku i społeczeństwa. Lewicowość jest tu zdecydowanie bliżej bieguna społecznego, idei sprawiedliwości dystrybutywnej. Druga z kwestii w polskich realiach nosi miano kulturowej. To liberalizm obyczajowy, kojarzony również z wizją społeczeństwa otwartego. Trzecia kwestia, która u nas dziś nie występuje, wiąże się z osią wolność – autorytaryzm. W polskich realiach jest ona właściwie złączona z opcją kulturową.
Wszystko to podlega silnym uwarunkowaniom bieżącym oraz kontekstom narodowym. Patrząc na sprawę szerzej, trzeba zaznaczyć, że tylko oś społeczno-gospodarcza wyznacza na dobre lewicową specyfikę, ponieważ kwestie liberalizmu kulturowego czy troska o wartości demokratyczne są wspólnym doświadczeniem wielu nurtów. Lewicę zawsze wyróżniał zdecydowany egalitaryzm społeczno-gospodarczy, obcy choćby społecznie wrażliwym konserwatystom.
Jakie czynniki należy uwzględnić, określając specyfikę i tożsamość polskiej lewicy prawie ćwierć wieku po PRL?
Polska niczym się tu nie różniła od innych krajów europejskich. Pojawiły się u nas niemal wszystkie tradycje lewicowe, znane od Dublina po Moskwę i od Sztokholmu po Nikozję, tyle że z inną intensywnością. Dziś pojęcie „lewicowości” w Polsce można rozpatrywać na trzech różnych płaszczyznach, momentami niemal autonomicznych względem siebie, co pogłębia chaos pojęciowy, który osiągnął apogeum w okresie transformacji. Po pierwsze to poziom polityków i działaczy społecznych uważających się za lewicę. Tu lewicowość jest z reguły najbliższa modelom, które w politologii się pojawiały.
Po drugie to lewicowość funkcjonująca na poziomie elit opiniotwórczych, które identyfikują ją przede wszystkim z liberalizmem kulturowym. Jest to kontynuacja tezy Giedroycia, który wspominał, że w pierwszych latach II Rzeczpospolitej polska polityka dzieliła się na endeków i nie-endeków. W efekcie każdy, kto nie był endekiem, automatycznie był przypisywany do lewicy.
Trzeci poziom to kwestia odbioru przez opinię publiczną. Tutaj sondaże są bezlitosne: głównym wyznacznikiem lewicowości w Polsce, na poziomie społecznym, wciąż jest stosunek do PRL. On jednak niekoniecznie wiąże się ze świadomym przyjmowaniem wielu lewicowych idei – może mu towarzyszyć i lewicowość gospodarcza, i umiarkowany liberalizm gospodarczy, antyklerykalizm, ale także postawa aprobująca udział Kościoła w życiu publicznym.
Korelacje między tymi płaszczyznami są słabe. Obecnie obserwujemy pojedynek między Sojuszem Lewicy Demokratycznej a Ruchem Palikota. To także pojedynek o tożsamość. Czy lewicowość w Polsce będzie definiowana – jak w ogromnej większości krajów Europy – przez kwestie społeczno-gospodarcze, czy też będzie to lewicowość określana poprzez liberalizm kulturowy, czyli jako wspomniana „nie-endeckość”.
Polscy wyborcy raz po raz otrzymują bardzo nietypowe sygnały. Z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego nazywającego Edwarda Gierka „komunistycznym, ale jednak patriotą”, z drugiej SLD odwołujący się przed paru laty do 21 postulatów pierwszej „Solidarności”.
SLD i PiS-owi nie grozi odbieranie sobie wyborców na skalę masową, ponieważ podejście do PRL wciąż różnicuje te formacje, nawet jeśli znaczna część wyborców prawicowych bardzo dobrze ocenia dekadę Gierka. Sprawa ma jednak szerszy kontekst. Warto przypomnieć, że w naszej części Europy (Polska wciąż stanowi wyjątek) sojusze postkomunistów z ugrupowaniami politycznymi o innej genealogii są już normą. W Rumunii rządzi koalicja wyborcza, którą możemy traktować jako odpowiednik naszych SLD i PiS. W Serbii tamtejsza socjalistyczna, postmiloševičowska partia rządząca zrezygnowała z koalicji ze środowiskami liberalno-proeuropejskimi i zawarła sojusz z narodowymi konserwatystami, pełniącymi w systemie partyjnym podobną funkcję jak nasze Prawo i Sprawiedliwość. Również w Republice Czeskiej mieliśmy do czynienia ze współpracą socjaldemokratów z partią Klausa. Na Słowacji zaś kariera Roberta Fico była możliwa dzięki temu, że stojąc przed wyborem koalicji liberałów i chadeków albo własnej koalicji z partią Mečiara, porównywaną czasem do PiS, wybrał to drugie. Zakończyło się to dla niego sukcesem, bo przejął elektorat koalicjanta. Podziały z lat 90. już przestają być kluczowymi w skali Europy Środkowo-Wschodniej. Wciąż wiążą się z silnymi emocjami u części elektoratu, szczególnie w Polsce, ale widać, że w dobie globalizacji doszło do pewnego „resetu” dawnych sporów.
Trudno przyjąć, że Polacy tak łatwo przewartościują podejście do klasycznych podziałów i możliwych sojuszy.
Nie ma prostej drogi do takich aliansów, ale jeśli w Polsce gwałtownie rozwinie się kryzys, to dokona gigantycznej przemiany w świadomości wyborców. Widać to choćby po wynikach ostatnio ogłoszonych pod auspicjami prezydenta badań dotyczących np. stosunku do PRL. Zaczyna zdecydowanie rosnąć ilość osób uważających, że po 1989 r. nie powinno się dokonywać przemian tak gwałtownych.
Warto także zauważyć, że w lokalnej polityce mamy przykłady współpracy między PiS a SLD. A gdy dokona się – sił? rzeczy?? zmiana pokoleniowa, to wzorem innych kraj?w mo?liwo?ci zawierania r??nych koalicji w?gronie kilku polskich partii b?d? du?o wi?ksze ni? obecnie.
ą rzeczy – zmiana pokoleniowa, to wzorem innych krajów możliwości zawierania różnych koalicji w gronie kilku polskich partii będą dużo większe niż obecnie.
Na ile lewicowe jest polskie społeczeństwo? Czy możemy wyróżnić warstwy społeczne o naturalnie lewicowych inklinacjach?
Może zabrzmi to dla wielu lewicowców przykro, ale jeśli przeanalizujemy dokładnie geografię wyborczą i sondaże opinii publicznej, to można wskazać, że najbardziej lewicową grupą wyborczą są byli pracownicy Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym żołnierze zawodowi [śmiech]. Na drugim miejscu musielibyśmy wymienić pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W tym sensie historia wciąż dominuje nad autoidentyfikacją Polaków.
W zależności od przyjętej metodologii od kilkunastu do nieco ponad dwudziestu procent Polaków identyfikuje się z pojęciem lewicowości. Większość tych osób to wyborcy SLD, są także osoby głosujące na PO, bardzo mało wśród nich wyborców Ruchu Palikota. Jeśli nałożymy to na geografię wyborczą i porównamy z deklarowanymi dochodami czy miejscem pracy, to otrzymujemy obraz silnych związków tej grupy z instytucjami publicznymi czasów PRL.
Czymś zupełnie innym jest fakt, że Polacy jako społeczeństwo wyznają mocno lewicowe poglądy na gospodarkę. Nad tym pastwią się liberalni publicyści, narzekający, że większość Polaków uważa, iż państwo powinno aktywnie działać choćby w sferze polityki zatrudnienia. Podobnie znaczna część z nas wciąż chce bezpłatnej służby zdrowia, ma negatywny stosunek do podatku liniowego itd.
Ale taka lewicowość, związana z komponentem egalitarnym, rośnie z wiekiem. Polacy po pięćdziesiątce są najbardziej lewicową grupą obywateli, młodsze pokolenia (30+, 40+) są z kolei zdecydowanie anty-PRL-owskie, a jeszcze młodsi – zdecydowanie opowiadają się za liberalizmem/indywidualizmem. To wszystko zdaje się wskazywać, dlaczego w Polsce, inaczej niż np. w Czechach, nie udało się stworzyć trwałej formacji lewicowej o rodowodzie innym niż PRL-owski.
Nawiązując jeszcze do przeszłości, warto dodać, że w świecie zachodnim historycznie awangardą ruchów socjalistycznych, również partii socjaldemokratycznych, była wykwalifikowana klasa robotnicza, a także intelektualiści o humanistycznym wykształceniu, pracownicy budżetówki. W Polsce w latach 80. najbardziej wykwalifikowana część klasy robotniczej i inteligencja były ostoją „Solidarności”. Myślę, że to jest czynnik, którego nie wzięli pod uwagę ludzie próbujący wskrzesić Polską Partię Socjalistyczną lub tworzyć Unię Pracy: że odwołują się do tych grup społecznych, których doświadczenie życiowe zdecydowanie separuje od jakiejkolwiek lewicowości. Nawet jeśli te grupy identyfikowały się z typowo lewicowymi wartościami, to ich historyczne doświadczenia czy symbolika, wokół której dokonywała się ich socjalizacja, impregnowały ich na lewicowe wybory polityczne. Tak było z PPS – wszyscy szanowali tę partię, kłaniali się w pas jej historycznym tradycjom, ale nikomu nie zależało na tym, żeby taka partia w Polsce wyrosła na istotną siłę polityczną.
Czy lewicowość pokolenia 50+ wiąże się bardziej z poPRL-owskim sentymentem, czy może z większą potrzebą bezpieczeństwa socjalnego niż u młodych ludzi? Czy trudno to mocno oddzielać?
Wśród wyborców SLD zwraca uwagę spory odsetek osób całkiem dobrze zarabiających, którzy pracują w budżetówce: wojskowi, nauczyciele, policjanci, urzędnicy. To pokazuje, że nie jest to tęsknota biednych, lecz ludzi, którzy w PRL byli klasą średnią czy nawet wyższą klasą średnią i w jakimś sensie – przynajmniej prestiżowo – zostali zdegradowani po roku 1989. Nie idzie o przeszłość polityczną, przynależność do PZPR. Jest to tęsknota – generalnie – za światem inaczej urządzonym. Ona występuje także na Zachodzie. Określenie Erica Hobsbawma o „złotym półwieczu” po II wojnie światowej jest znamienne – tam się tęskni za welfare state, które rozwijało się w okresie największej demokratyzacji w dziejach Europy.
Co do polskich młodszych pokoleń, to nie mogą na ogół myśleć w inny sposób, ponieważ ich polityczna socjalizacja przebiegała wśród neoliberalnych haseł. Nikt im nie przedstawił myślenia innego niż neoliberalny darwinizm społeczny. Warto zauważyć, że PRL był obarczony paradoksem: system wykształcił własnych grabarzy. Zwracał na to uwagę Karol Modzelewski: ideologia PRL na mocy własnych założeń rozbudzała aspiracje materialne szerokich rzesz społecznych, w tym klasy robotniczej, lecz miała ogromne problemy z ich zaspakajaniem. W podręcznikach do historii w czasach PRL bardzo mocno akcentowano wszelkie bunty społeczne, rewolucje, kwestie niesprawiedliwości społecznej. To nie mogło pozostać bez wpływu na wyobraźnię społeczną i zaowocowało sprzeciwem – ludzi uczono przecież, że nierówność jest zła. Z kolei przez ostatnie dwadzieścia lat, jeśli przyjrzymy się szkolnym podręcznikom, są one arcykonserwatywne, petryfikują rzeczywistość. Wątki rewolucyjne z dziejów polskich zostały wymazane lub ograniczone do kwestii narodowo-wyzwoleńczych.
Na to oczywiście nakładają się inne czynniki, choćby atomizacja życia społecznego, rozpad więzi. Nie będzie buntu, jeśli nie ma – umownie mówiąc – podwórek, gdzie tworzy się wspólnota. Stąd uważam, że jeśli młodzież w Polsce będzie się buntowała, to na podobnej zasadzie jak to się dzieje choćby z dziećmi emigrantów, mniejszości etnicznych na Zachodzie. Najpierw obejrzymy coś, co w Niemczech nazywa się Wagensportliga, czyli nocne palenie samochodów na wyścigi, która ekipa spali ich więcej. Stąd wielkie lęki rządzących Polską przed młodzieżowymi subkulturami w rodzaju kibiców piłkarskich, bo one są substytutem ruchów kontestatorskich, a są o wiele bardziej nieobliczalne…
Ale stwierdzenie z perspektywy lewicowej, że ruchy kibicowskie niosą jakiś „rewolucyjny potencjał”, może być odebrane podejrzliwie, wręcz jak promocja faszyzmu…
[śmiech] Pojęcie „faszyzm” zrobiło w Polsce znakomitą karierę. Chyba nawet termin „komunizm” nie został nad Wisłą tak zinstrumentalizowany. Większość publicystów używających tego pojęcia kompletnie nie zna historii faszyzmu/faszyzmów. Nie zdają sobie sprawy, że w żadnym kraju faszyści czy skrajni prawicowcy nie doszli do władzy za pomocą pałowania kogoś na ulicach, ale zawsze i wszędzie za pomocą intryg miejscowych elit i ich pieniędzy. W absolutnej większości krajów Europy, może poza Węgrami, faszyzm był oparty na warstwach średnich, a uliczni pałkarze byli co najwyżej wynajmowani i odwoływani, wreszcie likwidowani, jak w czerwcu 1934 roku w Niemczech.
Jest prawdą, że faszyzmy wykorzystywały osoby zdegradowane ekonomicznie. Ale różnorakie reżimy wykorzystują ludzi z marginesu społecznego o dość konserwatywnej aksjologii. Tego nie da się jednak odnieść do grup kibicowskich, bo jak pokazują wszelkie badania, reprezentują one pełen przekrój społeczeństwa. To, co u nas nazywa się faszyzmem, jest kompletną bzdurą. A wizja „moherowych beretów”, które siłą przejmują władzę w Rzeczpospolitej, nadaje się na kabaretowy skecz, a nie na poważną refleksję.
Pozostając w temacie sloganów o „zagrożeniu faszyzmem”, zapytam o naszych „bratanków”. Wobec sytuacji na Węgrzech i poczynań rządu Orbána nie jest łatwo określić się ani liberalnym konserwatystom, ani osobom o poglądach prospołecznych.
Orbán jest bardzo trudny do wpisania w dychotomię lewica – prawica. Jego polityka, w czym bardzo przypomina PiS z lat 2005–2007, jest znaczona ogromnymi paradoksami. Z jednej strony mamy obciążenie finansowe choćby wielkich sieci handlowych i otwartą wojnę z transnarodowym kapitałem, pod czym każdy człowiek lewicy powinien się podpisać. Z drugiej mamy podatek liniowy i dekonstrukcję uczelni wyższych na Węgrzech. Gdy wczytamy się w program PiS, zobaczymy coś podobnego: partia prawicowa walczy tam z kryzysem zarówno metodami neoliberalnymi, jak i keynesowskimi. Diagnoza kryzysu jest również podwójna: winne są i chciwe banki, i nadmiar regulacji biurokratycznych. Pytanie, jaką strategię PiS wybierze, gdy będzie samodzielnie rządziło…
Sytuacja węgierska z jeszcze jednego względu nie jest tak oczywista, jak opisują to polscy prawicowi publicyści: „Oto konserwatywna, biedna prowincja zbuntowała się przeciwko wyalienowanym, postkomunistycznym i liberalnym budapesztańskim elitom”. Realia Węgier przypominają raczej sytuację Polski z czasów sporu AW„S” z SLD: stoją naprzeciw siebie dwie armie, które mają własną inteligencję i własny lud. Nie nakłada się to wprost na podział klasowy, gdyż bliżej Orbána jest bogatsza, zachodnia część kraju, a bliżej socjalistów ta biedniejsza. Po raz pierwszy w historii Orbán przejął Budapeszt, ale jedyną dzielnicą, która mu się oparła, była słynna dzielnica trzynasta, mocno robotnicza i socjalistyczna.
Podobnie nieoczywista jest kwestia nieeuropejskości partii Orbána. Jego ugrupowanie jest w Europejskiej Partii Ludowej. EPL to natomiast główny promotor jednoczenia Europy i wzmacniania, zwłaszcza liberalnych, regulacji ekonomicznych. Strategia premiera Węgier to wielka szkoła pragmatyzmu, co być może jest dowodem, że w dzisiejszych czasach realnie działający polityk tak właśnie musi postępować.
Wróćmy do lewicy. Co się stało z jej niegdysiejszą podporą – klasą robotniczą? Chyba niewiele z niej zostało jako siły politycznej, a te resztki, które przetrwały, często sprowadzają aktywność do wyjazdów na wycieczki czy na zawody wędkarskie organizowane w ramach związków zawodowych…
To temat na osobną rozmowę… Zagadnienie na dobrą sprawę liczy ponad sto lat. Zaczęło się na gruncie niemieckim, od ustaw antysocjalistycznych Bismarcka. Socjaldemokracja w warunkach formalnej nielegalności zaczęła działać poprzez różnorakie struktury udające, że nie są partią, od towarzystw śpiewaczych po turystyczne. Pomogło to stworzyć swoiste „państwo w państwie”. Kołakowski nazwał ten okres „złotym wiekiem marksizmu”: w skali prawie całej Europy istniała w miarę spójna, ortodoksyjna ideologia marksistowska, reprezentowana przez potężne partie polityczne oraz masowe stowarzyszenia społeczne, organizujące niemal całe życie olbrzymiej części społeczeństwa. Od przełomu XIX i XX wieku stało się jasne, że robotnik, który umiał już czytać i pisać, gdy szedł do swojej – socjalistycznej – biblioteki, wolał od Karola Marxa czytać Karola Maya. A do lewicowych gazet trzeba było dodawać kronikę kryminalną i dział sportowy. Zwyciężyła opcja pragmatyczna, której echa wciąż grają na lewicy: należy wykorzystać instrumentarium kultury masowej dla swoich ideowych celów.
Na Zachodzie kresem tego wszystkiego stało się „złote półwiecze” – w parze z powstaniem welfare state szedł rozpad dawnych masowych ruchów socjalistycznych, rozumianych jako swoisty osobny świat. One się komercjalizowały lub były przejmowane przez samorządy lokalne. Wtedy też padły socjalistyczne gazety. Wzrost poziomu życia, bezpieczeństwo socjalne gwarantowane przez instytucje publiczne, rozwój masowej kultury – wszystko to uczyniło zbędną samoorganizację robotniczą. Wzbogacony robotnik chętnie zapłaci składkę jako „klient” związków zawodowych, skorzysta z ich oferty socjalnej – ale nie będzie chciał „umierać za socjalizm”, co najwyżej zagłosuje na lewicową partię.
W Polsce jednak niedawna przeszłość wyglądała inaczej niż na Zachodzie.
Lewica w Polsce po 1989 r. próbowała wpisać się w pooświeceniowy mit postępu, również „terapię szokową” Balcerowicza traktując z całą jednoznacznością jako coś koniecznego. Ale oświeceniowa historiozofia nie ma obecnie sensu, jest anachroniczna. Wiara w postęp nałożyła się zresztą na hasła wolnorynkowe, na wizję świata Hayeka. A przecież z perspektywy socjaldemokratycznej bardzo trudno to, co się dziś dzieje, uważać za faktyczny rozwój. Tony Judt dostrzegł, że dziś rolą partii lewicowych jest bycie konserwatywnymi, by mogły zachować resztki welfare state do lepszych czasów. Widać to w wypowiedziach liderów socjaldemokracji. Ale równocześnie w łonie europejskiej socjaldemokracji trwają bardzo poważne dyskusje na temat demokracji kosmopolitycznej, czyli globalnego instrumentarium dla rozwiązywania problemów współczesnego świata. Socjaldemokracja w Polsce i na świecie dryfuje między koniecznością obrony swego dorobku z XX wieku, związaną z państwem, a poszukiwaniem transnarodowej odpowiedzi na globalny kapitalizm.
Nie cała lewica w Polsce była „bardziej papieska od papieża” w kwestii popierania transformacji i liberalizacji. Oprócz SLD istniała Unia Pracy, która pod wodzą Ryszarda Bugaja była lewicą niepostkomunistyczną i konsekwentną w sferze socjalnej. W czym upatruje Pan przyczyn rozkwitu, a później upadku tego projektu?
UP stanowiła swoistą „przestraszoną” wersję PPS, tzn. wpisywała się w tradycję demokratycznego socjalizmu, unikając jakichkolwiek zideologizowanych pojęć w obawie przed stereotypami. Ta partia odegrała bardzo pozytywną rolę w umieszczeniu gwarancji sprawiedliwości społecznej w konstytucji. Trudno jednak byłoby mówić o konsekwencji Unii. W części tego środowiska tkwiły, paradoksalnie, tak jak w SLD, złudzenia co do Unii Demokratycznej i niezbędności współpracy z liberalnym centrum, co raczej wskazywało na gotowość daleko idących kompromisów w sprawach społeczno-gospodarczych. Kariera UP miała w sobie pewien rys przypadkowości. Mianowicie jej głównym animatorem było stowarzyszenie Solidarność Pracy, chcące stworzyć lewicę czysto socjalną, w ogóle wyzbytą kwestii kulturowych, grupującą m.in. lokalnych działaczy NSZZ „Solidarność”. W takim kształcie zdobyto kilka mandatów w 1991 roku. UP powstała w 1992 roku, ale wbrew swej genezie, 7-procentowe poparcie w wyborach w 1993 r. zawdzięczała aktywności w walce o referendum aborcyjne, zyskując elektorat wielkomiejsko-kobiecy. Duża ilość mandatów stanowiła też efekt rozbicia prawicy w 1993 roku na siedem komitetów, co premiowało inne partie, w tym Unię. Po wyborach UP miała zdecydowanie lewicowe oblicze, zmieniła w ciągu kadencji swój elektorat na socjalny. Jednak odmowa wejścia do rządu SLD-PSL wobec utożsamienia lewicy z SLD i gwałtownego konfliktu tej formacji z pozaparlamentarną prawicą zepchnęła partię Ryszarda Bugaja w próżnię. W 1997 roku do przekroczenia progu wyborczego przyczyniła się także manipulacja jednej z gazet w ostatnich godzinach przed głosowaniem.
W tym miejscu należałoby wspomnieć także o „Samoobronie”. Jak Pan postrzega niegdysiejszy fenomen tego ugrupowania? To był w zasadzie jedyny naprawdę plebejski i rewindykacyjny ruch, który trwał kilkanaście lat i miał szansę realnego wpływu na rzeczywistość – nie był tak „upupiony” jak postkomuniści ani tak nieskuteczny i niszowy jak wiele inicjatyw na lewo od nich.
To ciekawy przypadek autentycznego ruchu społecznego i jego nieudanej transformacji w partię parlamentarną. W zasadzie było to jedyne ugrupowanie spełniające klasyczne kryteria ruchu populistycznego, a przy tym moim zdaniem bliskie ideowo i mentalnie przedwojennemu, potężnemu wtedy ruchowi ludowemu i ideologii agrarystycznej. Paradoksalnie przypadek Andrzeja Leppera dowiódł siły podziału na lewicę i prawicę. Nie dało się utrzymać formacji niezdefiniowanej w tradycyjnych kategoriach. Sądzę, że Lepper mógł albo pójść ku prawicy, w stronę wyraźnego konserwatyzmu kulturowego, i próbować tworzyć coś na kształt polskiej wersji Le Pena, z tą różnicą, że inaczej niż francuska ultraprawica pozostawałby prosocjalny. Drugą możliwością byłby polski Fico: anihilacja tematyki kulturowej i stworzenie z siebie reprezentacji krzywdzonej prowincji, zwłaszcza na ziemiach odzyskanych, przeciw wielkim aglomeracjom. Przy obu tych zwrotach, nawet w razie spadku poparcia, mógłby pozostać atrakcyjny dla większych formacji politycznych, głównie dla PiS czy SLD. A tak przy zmianach społecznych po wejściu do Unii, po wybuchu wojny PO z PiS, znalazł się w próżni i próba lawirowania między wielkimi formacjami była nieskuteczna.
Jakie procesy, zjawiska i instytucje mają wpływ na kształtowanie światopoglądu Polaków, w tym na ich stosunek do lewicy?
Po pierwsze kłania się historia. Tutaj kluczowa jest rola mojego pokolenia, ludzi między 45. a 50. rokiem życia. Najważniejszą datą w tym kontekście nie jest ani 1980, ani 1989, lecz 1984 r. Z jednej strony to epoka szczytowych triumfów Ronalda Reagana i radykalizacji Margaret Thatcher. Rok 1984 to także moment spadku energii społecznej Polaków. „Solidarność” jako związek zawodowy została złamana, zaczyna się transformować, widać było, że klasa robotnicza nie odegra już takiej roli jak w 1980 r. Wtedy też nastąpiła polityzacja opozycji, która stawała się coraz bardziej inteligencka i coraz mniej związkowa. Wcześniejsza polska opozycja była bliższa nurtom socjaldemokratycznym i chadeckim, a w okolicach 1984 r. zaczęła się konwersja na konserwatywny liberalizm.
Co najważniejsze: wtedy też dokonała się zmiana wartościowania pojęcia „socjalizm”. W 1981 r. większość społeczeństwa akceptowała tę ideę. Kilka lat później zaczęło spadać poparcie także dla samej idei, nie tylko dla praktyki kojarzonej z władzami PRL. I na to nałożyła się socjalizacja ludzi wchodzących w dorosłość, w tym dzisiejszych opiniotwórczych publicystów prawicy. To właśnie pokolenie socjalizuje z kolei od blisko dwudziestu lat następne, młodsze już pokolenia, ma przy tym różne nurty: od środowisk liberalno-demokratycznych do liberalno--konserwatywnych. Paradoks polega na tym, że w sprawach gospodarczych mniejszy jest rozdźwięk między prawicowymi publicystami a Adamem Michnikiem, niźliby to wynikało z sympatii politycznych.
Jak Pan postrzega rodzimą scenę społeczno-polityczną co do usytuowania na niej lewicy?
Trzeba pamiętać, że lewica w Polsce to nie tylko środowiska stricte polityczne. Mamy pozaparlamentarne ruchy o charakterze lewicowym: anarchosyndykalistów, pozostałości po zamierających inicjatywach trockistowskich, Komunistyczną Partię Polski. Te wszystkie radykalne ruchy są, podobnie jak na Zachodzie, recenzentem lewicy parlamentarnej, diagnostą współczesności.
Mamy oczywiście, jako odrębny, problem SLD. Deklaratywna lewicowość nie ulega tu najmniejszej wątpliwości. Pojawia się natomiast problem praktyki. Sojusz zawsze gdy rządził, dokonywał wolt między uległością wobec neoliberalizmu a próbą ratowania tego, co się da. Sądzę, że politycznie płaci dziś cenę nie tyle za afery, ale za próbę przeistoczenia się w Unię Wolności-bis. SLD w myśl tej koncepcji miał wyzbyć się resztek deklaratywnej lewicowości i oprzeć swoją tożsamość na wizji modernizacyjno-europejskiej. Po aferze Rywina taka transformacja była już niemożliwa, mimo to część polityków usilnie ją realizowała w postaci LiD czy Partii Demokratycznej, a obecnie Europy Plus, co zawsze kończyło się fiaskiem.
W efekcie ukształtował się w Polsce w systemie partyjnym model irlandzki lub serbski: dynamikę życia społecznego narzucają dwie partie prawicowe. Jedną można określić jako bardziej liberalną, wielkomiejską, drugą jako konserwatywną, odwołującą się do interesów prowincji. A jeśli jest miejsce na partię lewicową, to jako stały numer trzy. I to jest realny horyzont możliwości SLD.
Otwarte jest pytanie, na ile to wszystko się zmieni, gdy młode pokolenie, wychowane na neoliberalnej narracji, spostrzeże, że niższe podatki (nie dla nich, lecz dla bogatszych) oznaczają choćby brak przedszkola w okolicy lub niesprawną komunikację publiczną. A rodzinne miasto tych młodych, oddalone choćby kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, umiera na ich oczach. Czy wtedy znów znajdzie się miejsce na klasyczną lewicowość w polityce? Ale minie kilkanaście lat, zanim do głosu faktycznie dojdzie pokolenie socjalizowane w czasach permanentnego kryzysu, które na własnej skórze doświadczy „dobrodziejstw” neoliberalizmu. Pytanie jednak, czy SLD będzie miał szansę przetrwać te lata i odważyć się na konsekwentną postawę w sferze lewicowości społeczno-gospodarczej.
Czy według Pana podziały na lewicę i prawicę, a w polskim wydaniu na postkomunę i „obóz solidarnościowy”, są wciąż aktualne?
Podział na lewicę i prawicę dowiódł swojej aktualności. Przeżył swój wielki kryzys w 1989 r., ale dzisiejsza debata chociażby nad tym, jak wychodzić z kryzysu – przez oszczędności czy sięgając po metody Keynesa – ukazuje odrodzenie tego sporu. Więcej, wraca nawet postulat uspołecznienia środków produkcji, choć dziś nikt tak tego nie nazywa – np. jeśli idzie o politykę surowcową (nie tylko w naszej części świata) widzimy powrót do intuicji i rozwiązań lewicowych. Podobnie walka z rajami podatkowymi – jeszcze dziesięć lat temu były to sprawy zupełnie pomijane, a dziś wracają.
Natomiast nasz polski spór postkomunizm kontra „Solidarność” osłabł, choć nadal występuje na poziomie emocji społecznych. Platforma Obywatelska jest najlepszym przykładem przełamywania tego podziału. To partia, w orbicie której są Rosati i Niesiołowski, co w latach 90. uznalibyśmy za dowcip. Ten spór utrzyma się z pewnością, dopóki będą żyli ludzie, którzy sami doświadczali jeszcze lat 80. Niemniej jednak wypowiedzi takie jak posłanki Pawłowicz, że to, co się dziś dzieje, jest jeszcze gorsze niż komunizm, dobrze oddają procesy zachodzące w części prawicowego, mniej zamożnego elektoratu: odrzuceniu liberalnych i lewicowych haseł w sferze kultury nie towarzyszy negacja lewicowości ekonomicznej.
Duże znaczenie ma także to, co się będzie działo wśród liderów SLD. Część z nich po roku 1989 chciała awansować do nowych elit politycznych i sądziła, że zamazywanie wszelkiej lewicowości będzie ku temu dobrą przepustką. Wejście w buty liberalnego establishmentu i przyjęcie jego optyki nie powiodło się. Stąd sądzę, że także kryzys spowoduje, iż wyborcy SLD przestaną reagować na przekaz, którego główną częścią negatywnego odniesienia jest Jarosław Kaczyński. Chciałbym też bardzo mocno podkreślić, że jeśli kiedykolwiek w Polsce powstanie silna partia lewicowa, masowo popierana, niezależnie czy zrodzona na bazie SLD, czy nie, to wyłącznie jako formacja, która będzie bardzo krytyczna wobec dziedzictwa transformacji, szczególnie jego wymiaru społeczno-ekonomicznego.
Polacy nie są zbyt aktywnymi uczestnikami życia publicznego. Jak przekłada się to na wybory polityczne, w tym te dotyczące lewej strony?
To problem o głębokim zakorzenieniu historycznym, a jego skutki odnoszą się nie tylko do lewicy. Ruchy socjalistyczne w swojej genezie były ruchami samoorganizacji społecznej, samorządności. W polskim przypadku korelowało to z lokalną specyfiką marksizmu, który był w znacznym stopniu mocno humanistyczny i antyetatystyczny, co wiązało się także z sytuacją zaborczą i korespondowało z wyrastającym z socjalizmu tak wpływowym ideowo Edwardem Abramowskim, a także ze wschodnioeuropejską specyfiką ruchu chłopskiego. Również „Solidarność” była tego pochodną.
Zarazem jednak pochłopski charakter społeczeństwa, resztki feudalizmu i wreszcie zwykła bieda powodowały, że istniało w życiu społecznym ogromne zapotrzebowanie na paternalizm, opiekuńczość. W jakimś sensie, zachowując wszelkie proporcje, odwoływały się do tego rządy sanacyjne, korzystające z rozczarowania sytuacją ukształtowaną w początkach lat 20.
Wreszcie PRL była swoistym spełnieniem tego drugiego modelu. Ze względu na historyczne uwarunkowania komunizm w Polsce miał początkowo stosunkowo słabe zaplecze społeczne, choć dramat II wojny światowej, totalna dewastacja, jakiej ona dokonała, wzmogły zapotrzebowanie na paternalizm. Do dziś to widzimy: lewicowe postawy są dostrzegalne na tych terenach współczesnej Polski, gdzie bez silnej roli czynnika państwowego realna staje się zapaść cywilizacyjna. Dotyczy to zwłaszcza ośrodków średniej wielkości, małych miast monoindustrialnych. Nie jest to tylko fenomen Polski w dobie globalizacji, ale u nas nabiera szczególnego wymiaru. To powoduje, że w jakimś stopniu ta historyczna oferta demokratycznego socjalizmu z apoteozą samorządności nie jest tak atrakcyjna.
Lewicowość istnieje dziś w Polsce nie tyle poprzez samoorganizację, co wśród tych, którzy utrzymują silniejsze więzy zawodowe z instytucjami publicznymi. Warto podkreślić, że wpisuje się to także w trendy globalizacyjne. Tony Judt zauważył, że tak jak niegdyś to społeczeństwo obywatelskie broniło jednostki przed państwem, tak obecnie staje się ono bezbronne wobec mechanizmów światowego rynku i to instytucja państwa – co pokazują kolejne kryzysy – może przejmować funkcje „ratunkowe”. Pół żartem można zatem powiedzieć, że w takim kraju jak nasz, gdzieś na osi między lewicowością w stylu Chaveza, opiekuńczą, paternalistyczną, adresowaną niekoniecznie do zamożnych, wykwalifikowanych pracowników najemnych z dużych miast, a taką klasyczną lewicą zachodnioeuropejską, potężną w wielkich miastach, pewnie jest krok bliżej do wzorca etatystycznego, paternalistycznego, a nie samorządowego.
Kryzys – jak się zdaje – powinien sprzyjać wzmocnieniu postaw lewicowych w społeczeństwie, szczególnie w jego warstwach gorzej sytuowanych, w dolnych strefach klasy średniej.
Warto obalić prosty stereotyp, że kryzysy sprzyjają lewicy. Kryzysy budują lewicę post factum, jednak najpierw musi ona je przetrwać. Każdy kryzys gospodarczy oznaczał najpierw problemy dla wszelkich ruchów emancypacyjnych i lewicowych. O ile w pierwszej fazie, gdy kryzys się zaczyna, partie lewicowe, związki zawodowe zyskiwały na atrakcyjności jako ktoś, kto może obronić poziom życia warstw zagrożonych, to im dłużej trwał kryzys, tym bardziej wola działania obywateli wygasała. Z banalnych przyczyn: konieczności szukania dodatkowych źródeł dochodów, strachu przed bezrobociem, „terrorem rynku”, który w takich okresach już całkowicie staje się rynkiem pracodawców. Na przykład Wielki Kryzys końca lat 20. był dla partii lewicowych bardzo ciężki. To wówczas PPS straciła niemal połowę członków. Dopiero potem, gdy kryzys się kończy, ruchy lewicowe znów dochodzą do głosu.
Można jednak odnieść wrażenie, że Polacy bardzo przywykli do liberalnych mantr, funkcjonujących od lat w obiegu publicznym, i nawet w czasie kryzysu wciąż myślą z ich pomocą.
Z pewnością mamy dziś obok siebie w Polsce dwa społeczeństwa. Młodzi byli socjalizowani w duchu darwinistycznym, atomistycznym. Brak im poczucia wspólnoty, doświadczenia pokoleniowego. Wcześniejsze roczniki doświadczyły jeszcze innego świata, to starsi obywatele tworzą instytucje typu związki zawodowe. Próbują one docierać do młodszych ludzi, ale póki co bez większych sukcesów.
To w ogóle jest problem młodego pokolenia: najprawdopodobniej ci ludzie będą niemal zupełnie bierni w życiu publicznym. Widoczna prywatyzacja ich życia skłania do przyjęcia tez, dyskutowanych zresztą także na Zachodzie, że o przyszłości polityki w Europie będą decydować emeryci. Będzie ich coraz więcej choćby ze względu na rosnącą długość życia, więc np. budżet państwa, od którego de facto zależą emerytury czy usługi opiekuńcze, będzie obiektem politycznego nacisku ze strony „starych”. A młode pokolenia, tak zatomizowane, nie będą potrafiły uczestniczyć w życiu publicznym, chyba że dojdzie do anarchicznego buntu pokoleniowego, któremu trudno byłoby jednak nadać jakiś znak ideologiczny. Trochę to przypomina sytuację związków zawodowych w Stanach, Anglii i Irlandii w czasie tzw. drugiej rewolucji przemysłowej. Wtedy zetknęły się ze sobą dwa światy: z jednej strony wykwalifikowani robotnicy, silnie zakorzenieni w organizacjach związkowych o charakterze cechowym, z drugiej tabuny imigrantów zarobkowych, niepiśmiennych, odmiennych wyznaniowo. Trwało dobrych 30 lat, do końca Wielkiego Kryzysu, zanim nastąpiła unifikacja tych grup.
Sądzę, że w naszych realiach spełni się podobny schemat. Dopiero dzieci dzisiejszych dzieci będą miały zupełnie inny sposób myślenia i wtedy nastąpi przecięcie tego neoliberalnego myślenia, tej „apologii teraźniejszości”, która wiąże się zresztą także z bardzo płytkim podejściem do kultury czy historii. Dziś mamy jeszcze do czynienia z sakralizacją takich pojęć jak „demokracja liberalna” czy „gospodarka rynkowa”, głębsza refleksja ogólnospołeczna nad tymi kwestiami dopiero nadejdzie ze zmianami pokoleniowymi.
Myślę jednak, że widzimy dziś w Polsce załamanie neoliberalnych paradygmatów, co nie znaczy, że nie są one wciąż wcielane w życie. Warto jednak zauważyć, że nawet niektórzy ortodoksyjni liberałowie z lat 90. dziś tak ochoczo nie odżegnują się od roli państwa w gospodarce. Sama dyskusja dotycząca OFE jest dowodem załamania także u nas pewnych gospodarczych tabu.
Wspominaliśmy o związkach zawodowych. Czy z tego środowiska może wyjść ożywczy impuls dla inicjatyw lewicowych czy chociaż konsekwentnie prospołecznych? Duże centrale żyrowały większość liberalnych reform lub trwały w letargu, ale od niedawna wydają się nieco budzić do życia i aktywności. Pytanie, czy nie jest już za późno?
Alternatywą dla obecnych związków zawodowych jest brak jakichkolwiek organizacji broniących pracowników. To w ogóle dotyczy życia społecznego w Polsce i nie tylko, np. alternatywą dla związku działkowców jest wyłącznie dyktat deweloperów i likwidacja ogrodów działkowych. Związki zawodowe skazane są na dychotomiczne działanie – z jednej strony muszą bronić swojej kurczącej się tradycyjnej bazy, w naszych realiach skupionej w przedsiębiorstwach publicznych, z drugiej zaś poszukiwać drogi do młodszych pokoleń, coraz częściej brutalnie wyzyskiwanych w firmach prywatnych. Związki, choćby ze względu na ów dualizm, nie staną się inspiratorem zmian, ale pozostają w zasadzie jedynymi masowymi, autentycznie obywatelskimi organizacjami zachowującymi względną autonomię wobec kapitału i państwa. Nie przypadkiem regularnie powtarzają się w Polsce nagonki medialne na związkowców. W realiach strukturalnego kryzysu, słabnięcia państwa dobrze zorganizowane, doświadczone w zbiorowej aktywności związki są wręcz bezcenne dla lewicy.
Na jakie kwestie determinujące sytuację lewicy w perspektywie przynajmniej kilkuletniej należałoby zwrócić uwagę? Jakie najważniejsze wyzwania stoją dziś przed tym środowiskiem?
Jeśli mówimy o wymiarze politycznym, to możliwe są dwa rozstrzygnięcia. Po pierwsze SLD może przyłączyć się do PO w zamian za doraźne korzyści. Może, ale nie musi, bo nie wiadomo, co stanie się z rządzącą obecnie partią w sytuacji utrzymywania się tendencji kryzysowych, na ile zaznaczy się spadek poparcia dla tej formacji. Oczywiście ewentualna koalicja PO-SLD dałaby PiS do ręki mocny argument, że prawdziwa jest ich wizja dziejów, w której Platforma jest tylko nadbudową mitycznego układu wyrastającego z PRL. I w takiej sytuacji spór o lewicowość wzmocniłby jeszcze swój uboczny, kulturowy nurt: wiązałby się z określeniem wobec Kościoła, kwestiami odnoszącymi się do obyczajowo pojętej okcydentalizacji. W drugim wariancie SLD wciąż może balansować między dwoma dominującymi partiami, tak jak próbowała to czynić w czasach przywództwa Grzegorza Napieralskiego, z reguły przyłączając się do tego, kto jest aktualnie słabszy, co z kolei oznaczałoby eksponowanie tożsamości społeczno-gospodarczej względem PO i kwestii dotyczących stosunku do przeszłości choćby w relacjach z PiS.
Przykłady z naszej części Europy pokazują, że dla partii takiej jak SLD pierwszy wariant jest bardzo trudny i partie pokomunistyczne źle na nim wychodzą: to casus Węgier czy Słowacji. Oznacza to pytanie, czy nastąpi powrót do idée fixe SLD sprzed lat, symbolizowanego przez Aleksandra Kwaśniewskiego, czyli drogi do centrum i elektoratu wielkomiejskiego, liberalnego, emancypacyjnego, czy raczej partia będzie zabiegała o elektorat pokrzywdzony i przez transformację, i przez obecną falę kryzysu. Idzie tu nie tylko o mniejsze miasta, ale także o wieś, gdzie stosunek do PRL jest chyba najbardziej afirmatywny spośród wszystkich segmentów polskiego społeczeństwa. Używając zatem określenia tak lubianego przez opiniotwórcze elity, SLD musiałby się stać „partią populistyczną”, to znaczy stworzyć własną alternatywę wyborczą względem wielkomiejskich, prozachodnich liberałów oraz wobec konserwatywnego PiS. Ale to wymagałoby gigantycznej wręcz pracy nad własną tożsamością, nawet jeśli byłaby odrzucana przez większość zwolenników głównych partii, lecz – podobnie jak w przypadku PiS – wzmocniłaby własny, klarowny przekaz ideowy.
Wiemy jednak, że nawet w czasach wpływów na media publiczne SLD stosował mimikrę, oddając niemal każdy przejaw wyobrażeń społecznych we władanie prawicy. I dopiero teraz uświadamia sobie, że niemal od zera musi budować własny przekaz nie tylko w kwestii polityki historycznej, co w sytuacji partii, która miała niegdyś niemal 40 procent poparcia, musi zaskakiwać. Ale zauważmy, że SLD niebezpiecznie igrał z ogniem: w oczach elit próbował się przedstawiać jako formacja wprowadzająca i promująca w Polsce kapitalizm, i to nieprzesadnie łagodny. A przecież wyborcy tej partii mieli na ogół zupełnie inne oczekiwania, a ich głos na SLD był często symbolem sprzeciwu wobec procesów demontażu opiekuńczych funkcji państwa.
Podsumowując: miarą dramatyzmu sytuacji lewicy w Polsce jest to, że od przetrwania nader skromnej reprezentacji sejmowej i od procesów wewnętrznych w tym ugrupowaniu może zależeć los polskiej lewicy w ogóle. A przecież coraz więcej Polaków będzie rozczarowanych tym, co wokół siebie widzi – postawienie alternatywnych diagnoz jest nie tylko wymogiem chwili. Przedstawienie spójnej, całościowej, niestroniącej od „populizmu” wizji będzie koniecznością. Notabene jest znamienne, że oskarżenia o populizm ze strony neoliberalnych elit płyną najczęściej w krajach, które mają problemy z modernizacją, a Polska niewątpliwie do takiego grona się zalicza.
A jak w tym kontekście wygląda kwestia wiarygodności czy też pomysłu PiS na „trybuna ludu”? Jest to partia zarówno „Polski solidarnej”, jak i Zyty Gilowskiej, zarówno Jerzego Żyżyńskiego, jak i do niedawna Przemysława Wiplera, partia flirtująca z największym związkiem zawodowym, ale także z „krajowymi małymi i średnimi przedsiębiorcami”… Jednak na tle nie tylko rodowodu, ale także poczynań SLD w III RP, jawi się ona sporej liczbie osób jako jedyna realna choć trochę socjalna alternatywa wobec neoliberalizmu.
Bez siły PiS i diagnoz stawianych przez lidera tej partii być może nie mielibyśmy już w Polsce normalnego mechanizmu demokratycznego. Partia ta stała się gwarantem pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego i elementarnych praw obywatelskich, w tym także związkowych. Gwałtowny atak elit społecznych na PiS spowodował, iż musiała ona podjąć trud konsolidacji wewnętrznej, aby przetrwać. To zaś zamazało różnice wewnętrzne w tej partii, m.in. społeczno-ekonomiczne, widoczne nawet w jej programie. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że znaczna część medialnego zaplecza PiS wyznaje ultrarynkowe poglądy, bliskie PO, natomiast wyborcy partii J. Kaczyńskiego mają zdecydowanie prosocjalne nastawienie. Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje natomiast szerszego zakorzenienia w dyskursie globalizacyjnym. Nie można naraz zachwycać się angielskim i amerykańskim konserwatyzmem z jednej strony oraz Viktorem Orbánem czy nauką społeczną Kościoła z drugiej. Nie jest możliwe pogodzenie promocji swobody transnarodowego, a więc głównie de facto amerykańskiego, kapitału oraz silnego państwa narodowego z jego tradycyjnymi funkcjami. Rozstrzygnięcie takich dylematów ostatecznie przyniesie dopiero ewentualne objęcie steru rządów.
A co z Ruchem Palikota?
Każda formacja eklektyczna, na pozór antypolityczna w swoich deklaracjach, wcześniej czy później przybiera jakieś oblicze ideowe. Nie sądzę, aby RP był wyjątkiem. Moim zdaniem to partia, która jest najbliżej zachodniego liberalizmu. To liberalizm – zachowując wszelkie proporcje – niemieckiej FDP, brytyjskich liberalnych demokratów, partii liberalnych Skandynawii i Beneluksu, czyli godzący liberalizm ekonomiczny z liberalizmem kulturowym. Moim zdaniem RP ma potencjał wyborczy, żeby w takiej formule przetrwać, tyle że musi się stać zwykłą partią. Jest znamienne, że gdy Palikot promował się jako lewica, nastąpiło załamanie sondażowe.
Skąd w ogóle wziął się pogląd wśród opinii publicznej, że RP to lewica?
Po pierwsze pracowały na to opiniotwórcze elity, dla których lewicowość wyraża się w nieendeckości. Za lewicowość wystarcza im kulturowy liberalizm. Po drugie wynikało to z sytuacji samej Platformy, dla której rok 2010 był alarmem. Z trudem wygrane wybory prezydenckie, wysoki wynik Grzegorza Napieralskiego i pozyskanie przez niego niemal 200 tys. młodych wyborców stworzyło przesłanki do tego, żeby promować satelicki ruch polityczny. RP miał być amortyzatorem PO: młodzi wyborcy odpływający od partii Tuska mieli przepływać do partii, która w strategicznych sprawach będzie głosowała tak samo jak rządzący. Po trzecie Ruch Palikota po wejściu do sejmu musiał zdać sobie sprawę, że bez wzmocnienia kadrowego, bez ogólnopolskiej struktury organizacyjnej nie da rady dłużej trwać. Wydawało się, że SLD jest nieboszczykiem i wystarczy przejąć struktury tej partii. W tym celu Palikot zaczął wykonywać różne gesty w stronę lewicy. Jednak wyborcy RP z 2011 r. nie identyfikowali się z lewicą, a przepływy z SLD były niewielkie. A jak bardzo lewicowe jest ugrupowanie imienia swojego lidera, pokazuje casus promowania podatku liniowego, próby likwidacji części ubezpieczeń społecznych czy głosowanie w sprawie podniesienia wieku emerytalnego.
A jak Pan widzi perspektywy polskich Zielonych?
Można ich uznać za próbę przeniesienia do Polski wzorców zachodnich. Ale u nas, moim zdaniem, nie mogą się one przyjąć z jednego powodu: walka o wartości ekologiczne była dogrywką obrony wartości postmaterialnych, na bazie ruchu z roku 1968. W Polsce nie ma jeszcze tak silnej jak w Niemczech czy w Austrii wielkomiejskiej klasy średniej, która mogłaby się oddać idei ochrony przyrody. Wyrosła na globalizacji klasa średnia w Polsce myśli raczej o tym, jak spłacić kredyt i przebić się przez korek, aniżeli o parku w swoim osiedlu.
Natomiast kwestią, która w naszych warunkach mogłaby dać Zielonym paliwo, jest energetyka atomowa, która moim zdaniem spotka się z masowym sprzeciwem. Tyle że środowiska Zielonych to w Polsce ruch typowo wielkomiejski, element rodzimego liberalizmu, natomiast sprzeciw wobec energetyki atomowej będzie u nas prowincjonalny: wiejski i małomiasteczkowy, pewnie złożony z wyborców PiS, PSL, częściowo SLD.
Jednym z problemów lewicowej polityki w Polsce wydaje się brak mediów reprezentujących tę opcję. Środki przekazu żyją w symbiozie z reklamodawcami, czyli kapitałem, z oczywistych względów niechętnym konsekwentnej lewicy. Wyobraża sobie Pan szanse lewicy na przyszłość bez silnych, własnych mediów, szczególnie w czasach tak dużego znaczenia infotainmentu?
Warto pamiętać, że to problem globalny. Rządy Kirchnerów, które odbudowały Argentynę po spektakularnym bankructwie, weszły w radykalny spór z neoliberalnym mainstreamem medialnym, symbolizowanym przez największy tamtejszy dziennik. Podobnie na Słowacji Fico wszedł w ostry konflikt z mediami i wygrał go.
Moim zdaniem lewica nie ma żadnych szans na zakorzenienie się w świecie wielkich, komercyjnych mediów, ze względu na strukturalny konflikt interesów. Idzie choćby o kwestie związane z interesami materialnymi mediów. Trudno, żeby giełdowe spółki medialne promowały lewicowe poglądy na gospodarkę, nie walczyły ze związkami lub nie wspierały OFE, skoro olbrzymimi pakietami ich akcji posługują się wielcy gracze kapitałowi. Media komercyjne zawsze będą wobec lewicy nieufne, a w wielu przypadkach wręcz wrogie.
Jedyna realistyczna możliwość oddziaływania na media wiąże się z tym, co widzimy dziś na rynku medialnym w Polsce. Trzeba pamiętać, że znaczna część tych podmiotów nie jest w stanie samodzielnie utrzymać się na rynku. Jest to o tyle zabawne, że najwięksi piewcy kapitalizmu nie są w stanie utrzymać się jedynie za pieniądze konsumenta i są faktycznie sponsorowani pieniędzmi publicznymi – bądź bezpośrednio przez rynek reklam, bądź pośrednio: przez zakupy pakietów akcji na giełdzie. Mówiąc brutalnie – jeśli lewica będzie chciała mieć wpływ na media, to musi je sobie „wywalczyć zbrojnie”, czyli za pomocą tego samego instrumentarium, którym posługują się dziś partie liberalne, prawicowe.
Oczywiście w pewnym stopniu można korzystać z nisz zapewniających względną swobodę, czyli z internetu. Jak pokazuje przykład Turcji, przynajmniej krótkoterminowo może to być skuteczne. Ale na powstanie wielkich lewicowych mediów nie ma co liczyć. Trzeba raczej liczyć na budowanie nisz w obrębie wielkich stacji i tytułów, które w ramach poszerzania targetu będą chciały sięgnąć po bardziej specyficznego odbiorcę.
A co z wydawanym od niedawna „Dziennikiem Trybuna”? W kontekście powyższego jego istnienie wydaje się wręcz niezbędne.
Intuicja animatorów przedsięwzięcia jest dobra. Gdyby taka gazeta miała się utrzymać, choćby na granicy przetrwania, musiałaby być „Gazetą Polską Codziennie” à rebours, to znaczy pismem z mocno sprofilowanym przekazem. Ale dotychczasowe doświadczenia gazety są bardzo ambiwalentne. Bo o ile jeszcze wybicie na stronie pierwszej niespełnionych obietnic Donalda Tuska może przykuć uwagę potencjalnych czytelników w dobie radykalnej zmiany nastrojów obywateli, o tyle umieszczanie tam Anny Grodzkiej kogo jak kogo, ale przeciętnego wyborcy SLD nie zachęci. A przypomnę, że to właśnie elektorat SLD nawet w schyłkowych dla „Trybuny” czasach nabywał ten tytuł w ilości od 20 do 30 tys. egz. Trudno mi wyobrazić sobie, by w dawnym garnizonowym mieście w lubuskim czy zachodniopomorskim tłum emerytowanych oficerów Wojska Polskiego rzucał się na gazetę zajmującą się problemem emancypacji mniejszości seksualnych. Chyba tylko elektorat PiS byłby bardziej niechętny takiemu przekazowi…
W odpowiedniej dla siebie skali „DT” stoi przed dylematem o szerszym charakterze: jak ma wyglądać lewicowość w kraju katolickim, gdzie nawet ludzie odnoszący się pozytywnie do lewicy wciąż uważają sprawy obyczajowe za prywatne.
Zwolennicy nowej lewicy, choćby z „Krytyki Politycznej” czy mniejszych inicjatyw pokrewnych ideowo, zaprzeczą takiej tezie…
Próby tworzenia lewicy w oparciu o kwestie kulturowe są nierealne, i to nie tylko w Polsce. Społecznie jest to kompletna próżnia i na powstanie tego typu masowej lewicy się nie zanosi, bo ci, którzy przyjęliby ofertę „KP” w kwestiach obyczajowych, nie przyjmą lewicowości w kwestiach społeczno-gospodarczych. Wynika to z wielkomiejskiej specyfiki, rodzaju więzi społecznych, aspiracji zawodowych itp. Albo zaistnieje w Polsce lewica, skrótowo mówiąc, socjalna, albo nie będzie jej wcale, jak np. w Turcji. Dopóki lewica w Polsce nie odrobi lekcji Słowacji, Czech czy Rumunii, dalej będzie się miotała między autentyczną lewicowością a odrealnioną wizją świata promowaną przez reprezentacje różnych mniejszości obyczajowych.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 19 lipca 2013 r.
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Niedawna śmierć Margaret Thatcher wywołała lawinę laurek wystawianych jej polityce gospodarczej przez komentatorów na całym świecie. Również w Polsce „Żelazna Dama” była obdarzana olbrzymim szacunkiem przez niemal wszystkie siły polityczne. „Reformy Thatcher” symbolizowały dla nich antypopulistyczną politykę, prowadzoną może nieco wbrew społeczeństwu, ale ponoć dla jego dobra. Szczególnie w USA i Wielkiej Brytanii jej dziedzictwo wyniesiono na piedestał, z rozrzewnieniem wspominając zmarłą jako wzór do naśladowania – osobę, która podźwignęła swój kraj z ekonomicznej ruiny.
Nastrój wspomnieniowych elegii w wykonaniu elit szybko zderzył się ze spontaniczną reakcją brytyjskiej „ulicy”. Już kilka kwadransów po ogłoszeniu śmierci byłej premier ludzie pojawili się na ulicach wielu brytyjskich miast, świętując przy rytmach muzyki. W gęstniejących z godziny na godzinę tłumach pojawiały się szampany… kartony mleka, nawiązujące do decyzji Margaret Thatcher z 1972 r., gdy jako minister edukacji zniosła państwowe dopłaty do szklanki mleka podawanej dzieciom w szkołach. W kolejnych dniach na czoło listy przebojów w Wielkiej Brytanii wysunął się utwór opiewający „śmierć czarownicy”.
Fenomen ulicznej fiesty po śmierci Thatcher został odebrany przez komentatorów w mediach jako despekt dla państwa. Bardziej jednak niż przejawem nietaktu, zgromadzenia te były aktem wściekłości wielu Brytyjczyków na społeczne koszty rządów byłej premier oraz ich trwające skutki, z którymi brytyjskie elity nigdy nie chciały się zmierzyć na serio. Tak jak przez poprzednie dwie dekady, tak i teraz nie istniała rzetelna debata nad tym, jakie faktycznie są następstwa rządów Thatcher, jak bardzo zmieniły one państwo, społeczeństwo i lokalne wspólnoty. Wina za ten stan rzeczy leży w głównej mierze po stronie medialnego, finansowego i politycznego establishmentu. Nie bez znaczenia jednak był również fakt, iż duża część społeczeństwa szczerze znienawidziła thatcheryzm za straty, jakich dokonał w ich życiu i w ich lokalnych społecznościach. Polaryzacja opinii publicznej, podział na apologetów i pokrzywdzonych nie sprzyjały podejmowaniu prób dokonania pełnego bilansu jej rządów.
Skutki ideologii neoliberalnej, której jedną z głównych fundatorów była Thatcher, przekraczają granice Wielkiej Brytanii, wykraczają również daleko poza czas jej rządów, aż do obecnego kryzysu finansowo-gospodarczego. Skutki te są wielopłaszczyznowe i sięgają poza gospodarkę, w sfery kultury i wartości, zmieniając w znaczący sposób pogląd na rolę jednostki we wspólnocie, jej prawa i źródła przypisywania jej wartości. Wszystkie te aspekty odegrały ważną rolę w doprowadzeniu do światowej recesji, której skutki chcemy przezwyciężyć.
***
Do powstania neoliberalizmu, którego jedną z akuszerek była Thatcher, przyczyniły się różne zjawiska. Pierwsze można nazwać klasyczną walką w ramach ekonomii politycznej, w której interesy szerokich rzesz społeczeństwa napotykają na opór politycznej organizacji klas uprzywilejowanych. W tej narracji rywalizacja polityczna jest jawną rozgrywką utajonego konfliktu sił między niechętnym zmianom establishmentem a ruchem emancypacji i upodmiotowienia społecznego. Neoliberalizm jest w tej optyce politycznym zwycięstwem tendencji zachowawczych nad siłami prospołecznymi. Jest w tej diagnozie dużo racji. Rzeczywiście powojenna Partia Konserwatywna była wciąż w znacznej mierze klubem arystokratów, ostrożnie podchodzących do postępowych zmian.
Jednak rywalizacja polityczna nie daje wystarczającej odpowiedzi na pytanie o przyczyny powstania tak znaczących zmian, jakie przyniósł ze sobą neoliberalizm. Rządy Partii Pracy w latach 1945–1951 dokonały wielu słusznych i popularnych reform, wprowadzając m.in. powszechny system opieki zdrowotnej, szeroko zakrojony program budownictwa mieszkaniowego, nacjonalizację sektorów strategicznych i naturalnych monopolów czy zwiększając nakłady na edukację. W tej sytuacji Partia Konserwatywna zaadoptowała wiele postulatów laburzystów jako własne, wygrywając wybory w 1951 r. m.in. dzięki obietnicom rozszerzenia programu budownictwa mieszkaniowego. W przedwyborczym manifeście lider tej partii, Winston Churchill, przyznawał rację postulatom lewicy, wskazując jedynie retorycznie, iż słuszny postulat niepozostawiania samym sobie tych, którzy potrzebują pomocy, nie może się wyrodzić w politykę wyrównywania „na siłę”. Tym samym narodził się powojenny ponadpartyjny konsensus w polityce społeczno-gospodarczej, nazywany od nazwisk kanclerzy skarbu (prawicowego Raba Butlera i lewicowego Hugh Gaitskella) „butskellizmem”. Butskellizm dopuszczał mieszane formy własności, z dużym udziałem sektora publicznego (dziedzictwa powojennych nacjonalizacji przez rząd laburzystów). Podobnie jak w wielu innych krajach Europy Zachodniej, Wielka Brytania prowadziła w latach 50. i 60. raczej keynesowską politykę gospodarczą.
Na przełomie lat 60. i 70. dały jednak znać o sobie nowe niepokojące tendencje, takie jak coraz częstsze wezwania do zmniejszania budżetu oraz globalna dekoniunktura, pogarszająca relacje między pracującymi a zatrudniającymi. W 1969 r. związki odrzuciły propozycje przygotowanego przez laburzystowską minister Barbarę Castle dokumentu regulującego działania związków zawodowych, takie jak negocjacje z pracodawcą czy obowiązek tajnego głosowania członków związku przed decyzją o strajku. Nieprzyjęcie tego dokumentu było jedną z przyczyn wielkiego nagromadzenia strajków w czasie „Zimy niezadowolenia” lat 1978/1979, co bezpośrednio pomogło Margaret Thatcher zdobyć władzę. Związki miały jednak powody do niezadowolenia. W kwietniu 1976 r. niespodziewanie zrezygnował ze stanowiska popularny laburzystowski premier Harold Wilson, będący obiektem intryg oraz groźby wojskowego zamachu stanu. Jego następca, laburzysta Jim Callaghan, zgodził się w listopadzie 1976 r. na dyktat Międzynarodowego Funduszu Walutowego, odchodząc od zamiaru pełnego zatrudnienia oraz ograniczając wydatki publiczne o 8% w roku 1977. Wielu krytyków thatcheryzmu (m.in. Ann Pettifor, Douglas Coe, Jane Hardy) wskazuje, iż to rok 1976, jako preludium do rządów Thatcher, oddziela koniec polityki keynesowskiej od neoliberalnego przedwiośnia. Polityka „reform” MFW w połączeniu ze światową dekoniunkturą stworzyła warunki gospodarczej niepewności i społecznego niepokoju, doprowadzając do wygranej konserwatystów w maju 1979 r.
Nie była to już jednak ta sama Partia Konserwatywna co w latach 60., gdy radykalny odwrót od butskellizmu był postulowany tylko przez niewielu radykalnych posłów prawicy. Po przegranych w 1974 r. przez konserwatywnego premiera Edwarda Heatha wyborach parlamentarnych grupa posłów prawicy zmusiła go do udzielenia zgody na założenie radykalnie leseferystycznego think tanku Centre for Policy Studies. Głównym ideologiem tej grupy był poseł Keith Joseph. Joseph, wraz z Miltonem Friedmanem i Friedrichem von Hayekiem, staną się głównymi inspiracjami ekonomicznego myślenia Margaret Thatcher, która została szefową konserwatystów w 1975 r. Joseph znał Friedmana i Hayeka z ekonomicznego towarzystwa Mont Pelerin, promującego model wolnorynkowy. Nieoczekiwanie partia dostała się pod wpływ ideologii nieobecnej w debacie publicznej od 30 lat. Sam Edward Heath powiedział o Josephie: Dobry człowiek dostał się w ręce monetarystów. Okradli go ze zdrowego rozsądku, którego i przedtem nie miał zbyt wiele; jednak nie był w stanie zapobiec przejęciu partii.
Friedman i Hayek proponowali radykalną alternatywę: zmniejszenie roli państwa w gospodarce do minimum, prywatyzację, liberalizację i deregulację gospodarki. W leseferystycznej ideologii państwo jest niepotrzebnym obciążeniem dla obywateli, zniewalającym ich aktywność poprzez podatki i interwencję. Friedman od siebie dodawał wiarę w kluczową rolę kontroli nad podażą pieniądza. Wielka Brytania była pierwszym krajem, który przetestował na sobie neoliberalne rozwiązania. Po upływie dekady stały się one światowym modelem prowadzenia polityki gospodarczej.
***
Po wygranych wyborach Margaret Thatcher ograniczyła wzrost podaży pieniądza. Nie przyniosło to jednak oczekiwanych rezultatów i, jak zauważył ekonomista C. F. Pratten, tylko sztuczki księgowe – takie jak odejmowanie od wysokości wydatków wielkości równej przychodom prywatyzacyjnym i podatkowym – pozwalały na utrzymanie względnie bezpiecznego, choć wysokiego deficytu. Liberalny ekstremizm Thatcher nie polegał więc, jak to się zwykło uważać, na zmniejszeniu wydatków, lecz na zmianie ich struktury. W połączeniu z regresywnymi zmianami podatkowymi (podwojenie wysokości podatku VAT, czyli wzrost opodatkowania konsumentów, szczególnie tych mniej zamożnych, przy jednoczesnej obniżce stopy podatku dochodowego dla najbogatszych z 83 procent do 60, następnie do 46, a od 1988 r. do 40 procent) zapoczątkowało to przepływ siły nabywczej od szerokich rzesz obywateli, zatrudnionych w sektorach przeznaczonych na zniszczenie, w stronę ludzi zamożnych oraz rynku kapitałowego.
Najbardziej odczuwalna była zmiana polityki wobec przemysłu, która przyspieszyła ten proces. Nigel Lawson, kanclerz skarbu Margaret Thatcher, tak wyjaśniał w 1983 r. politykę rządu: Nie ma jakiegoś żelaznego prawa, które mówi, iż musimy produkować tyle samo, co konsumujemy. Jeśli się okazuje, że jesteśmy bardziej efektywni w świadczeniu usług niż w wytwarzaniu, to w naszym narodowym interesie leży to, by mieć nadwyżkę w sektorze usług i deficyt w przemyśle. Doktrynerskie wycofanie subsydiów dla znacjonalizowanych sektorów gospodarki, takich jak górnictwo, hutnictwo, lotnictwo, kolejnictwo i telekomunikacja, spowodowało w ciągu dwóch lat gwałtowny wzrost bezrobocia – z 5 do 12 procent. Thatcher, idąca po władzę pod hasłem przywrócenia miejsc pracy i podkreślająca etos polegania na własnych siłach, w krótkim czasie spowodowała, iż wielu Brytyjczyków znalazło się na zasiłku. Częściowo tłumaczy to, dlaczego wbrew intencjom konserwatystów zmniejszenie subsydiów nie spowodowało zmniejszenia wydatków państwa, które przez pierwszych siedem lat były wyższe, niż gdy obejmowała urząd. Podczas jedenastu lat Thatcher wydatki na mieszkalnictwo spadły o 67 procent, zaś wydatki na policję wzrosły o 53 procent.
Spowodowało to natomiast utratę ważnych sektorów gospodarki. W czasie recesji lat 1979–1981 Wielka Brytania straciła dwa miliony miejsc pracy w przemyśle. Dopiero hossa na rynku ropy dzięki eksploatacji państwowych złóż na Morzu Północnym pozwoliła konserwatystom podreperować budżet i zmniejszyć wydatki. Państwowe dochody z tytułu złóż północnych dochodziły do 16% całego krajowego PKB. Jak zauważył Anthony Barnett: Gdy zaczął wpływać strumień dochodów z ropy Morza Północnego o wartości ok. 70 miliardów funtów, zmienił on Wielką Brytanię w kraj OPEC, eksportera ropy, odwracając niekorzystny chroniczny deficyt płatniczy. Te korzystne okoliczności, podobnie jak wojna o Falklandy oraz podział Partii Pracy, pozwoliły Thatcher utrzymać się przy władzy.
Wstrzymanie subsydiów było wielkim, ale nie jedynym ciosem dla gospodarki w latach 1980–1981. W celu ograniczenia podaży pieniądza drastycznie podniesiono stopy procentowe, dodatkowo spowalniając wzrost. Ponadto rosnące ceny ropy naftowej spowodowały, iż koszty produkcji i transportu wzrosły, zaś funt szterling, będący walutą rozliczeniową potężnej części światowych transakcji tym surowcem, stawał się coraz droższy w stosunku do walut zagranicznych, czyniąc krajowy przemysł mniej konkurencyjnym za granicą. Do tego rosnąca inflacja wymuszała presję płacową ze strony pracowników, chcących uchronić dotychczasowy poziom życia. Dlatego już wkrótce miało okazać się, iż państwowe gałęzie przemysłu stają się nierentowne, dając rządom torysów pretekst do rozprawienia się ze związkami zawodowymi oraz wyprzedaży lub likwidacji dużej części sektora wytwórczego. Stało to w kontraście do zapowiedzi konserwatystów z lat 70., gdy nieefektywnemu sektorowi usług państwowych przeciwstawiali właśnie przemysł. Były prawicowy premier Harold Macmillan krytykował prywatyzację przemysłu i usług publicznych przez Thatcher, nazywając to wyprzedażą rodowych sreber.
Prywatyzacja, dokonywana pod auspicjami neoliberalnej ekonomii „szkoły podaży”, była niezwykłym przykładem doktrynerstwa. Jej łupem padły nawet naturalne monopole, takie jak wodociągi czy dystrybucja gazu i elektryczności, w których to sferach nie istnieje wolny rynek, lecz konieczność korzystania przez konsumentów z jedynego dostawcy i zaakceptowania jego cen. Oficjalnie rząd tłumaczył te posunięcia chęcią stworzenia społeczeństwa właścicieli, w którym każdy obywatel mógł, kupując akcje, stać się współwłaścicielem byłych państwowych firm. Jednak w praktyce działo się coś odwrotnego. Dokonało się przesunięcie własności wielu gałęzi gospodarki z rąk społeczeństwa w ręce tworzącego się rynku kapitałowego, premiującego nieliczną klasę finansistów. Owe prywatyzacje niezwykle łatwo wzbogaciły graczy z londyńskiego centrum finansowego City – kosztem obywateli oraz państwa. Wpływy z prywatyzacji pokrywały na bieżąco budżetowe wydatki, rekompensując znaczące ubytki z mocno obniżonego podatku dochodowego. Ta polityka niskich podatków oraz de facto subsydiów dla bogatych (przy wysokich podatkach pośrednich) musiała skutkować przejadaniem wpływów do budżetu bez refleksji nad przyszłymi potrzebami. Poziom inwestycji publicznych spadł poniżej poziomu zwykłych wydatków wojskowych, które również nieznacznie zmalały. Podczas dekady premierostwa Thatcher spadły o jedną trzecią wydatki na przemysł i handel, a także na infrastrukturę, pogarszając warunki rozwoju kraju w długim okresie. Wzrost bezrobocia doprowadził za to do zwiększenia wydatków socjalnych. Nawet po pewnym zmniejszeniu się armii bezrobotnych w drugiej połowie rządów konserwatystów zsumowane świadczenia te były o jedną trzecią wyższe niż wcześniej. Rządy torysów w dużej mierze odpowiadają więc za wykreowanie – poprzez swą politykę likwidacji miejsc pracy – kultury zależności od państwa i „socjalu”, który stał się ulubionym tematem ataku prawicowych mediów aż po dzień dzisiejszy.
Nawet jedyny częściowo prospołeczny ruch rządu Thatcher – program taniego wykupu mieszkań komunalnych na własność przez lokatorów – miał w założeniu pozbycie się całkowitej odpowiedzialności za kolejny sektor życia społecznego. W miejsce sprzedanych mieszkań nie budowano nowych. W ciągu dekady wydatki na mieszkalnictwo spadły realnie o dwie trzecie. Jak napisała we wstępniaku po śmierci Thatcher redakcja „The Independent”: Ponad 1,25 miliona lokatorów skorzystało z programu „Prawo do zakupu” [„Right to Buy”], co dało budżetowi 18 miliardów funtów, skłaniając wielu wyborców laburzystów ku torysom – jednak gdy liczba mieszkań komunalnych spadała, bezdomni żebracy pojawili się na ulicach po raz pierwszy od 30 lat.
Ten dickensowski obraz pasuje do stwierdzenia Miltona Friedmana, iż Thatcher jest w przekonaniach XIX-wieczną liberałką. Warto przypomnieć, iż większość XIX-wiecznych liberałów całkowicie sprzeciwiała się jakiejkolwiek pomocy społecznej przez państwo, uważając, iż rynek sam zajmie się problemem nędzarzy i chorych w ten lub inny sposób. Poza kosztami społecznymi miało to potężne znaczenie dla sposobu kształtowania się produktu narodowego. Wysokie bezrobocie i złamanie siły związków zawodowych przechyliło szalę na rzecz pracodawców, którzy zaczęli dyktować warunki w miejscach pracy. Umiarkowany, dość niski wzrost gospodarczy za czasów Thatcher nie mógł być podtrzymywany przez przemysł, którego jedna trzecia została zniszczona. Nie odbywało się to również poprzez inwestycje kapitałowe, które podnosiłyby poziom zaawansowania gospodarki: te spadły z poziomu średnio 4,6% przed reformami Thatcher do średnio 2,6% po ich dokonaniu. „Dojutrkowość” polityki gospodarczej (powstrzymanie inwestycji prorozwojowych) i wspieranie londyńskich rentierów finansowych z City również nie mogły być wsparciem dla wzrostu gospodarczego. Dlaczego zatem system gospodarczy Wielkiej Brytanii nie zbankrutował? Niewielkie pozytywne efekty wydajności, które pozwoliły na skromny wzrost w dekadzie Thatcher, nie były rezultatem inwestycji i innowacji, lecz bardziej intensywnego wykorzystania dostępnych zasobów siły roboczej. Przekonanie o „modernizacji” gospodarki Wielkiej Brytanii ery Thatcher pozostaje nieuzasadnionym mitem. W porządku neoliberalnym w latach 1980–2008 wzrost wydajności wynosił 1,9% rocznie, podczas gdy w latach 1961–1973 było to 3% rocznie. Podobny trend jest widoczny w poziomie wydatków na badania i rozwój. W istocie model rozwoju gospodarczego Wysp Brytyjskich stawał się coraz bardziej zaściankowy i zacofany, opierając się na przyspieszonej eksploatacji „zasobów” ludzkich. Pracownicy, przestraszeni sytuacją na rynku pracy oraz pozbawieni ochrony, którą dawniej dawało uzwiązkowienie, godzili się na nowe porządki.
Wydatki na policję wzrosły w czasie rządów Thatcher, jak wspomniałem, o ponad połowę, co można wyjaśnić intensywnością, z jaką rządy torysów używały metod przymusu bezpośredniego wobec strajkujących w wielu likwidowanych sektorach, od hut po porty przeładunkowe. Do najsłynniejszych starć z policją, pomijając ogólnokrajowe protesty z 1990 r., z pewnością należały starcia policji ze strajkującymi górnikami w latach 1984–1985, jednak konflikty ze zorganizowanym ruchem pracowniczym były na porządku dziennym przez całe pierwsze pół dekady rządów pani premier. W walce z potężnym ruchem związkowym konserwatyści używali „taktyki salami”, starając się uporać ze sprzeciwem społecznym pojedynczo, branża po branży. Jednym z pierwszych poważniejszych konfliktów była pacyfikacja przemysłu stalowego, po której w niektórych miejscowościach bezrobocie wzrosło do ponad 50%, co w erze powojennego konsensusu polityczno-gospodarczego i polityki pełnego zatrudnienia byłoby nie do pomyślenia.
Człowiekiem od „czarnej roboty” przy reorganizacji przemysłu stali został Ian MacGregor, wynajęty za półtora miliona funtów od spekulacyjnego banku inwestycyjnego Lazard Freres. Ta dziwaczna transakcja stała się znakiem nadchodzących czasów, gdy sektor finansowy dość otwarcie za przyzwoleniem rządu zaczął dokonywać brutalnej likwidacji i wyprzedaży aktywów, połączonej z bezduszną „restrukturyzacją” zatrudnienia.
Konflikt między rządem a górnikami stał się nieunikniony po tym, jak wynikająca w dużej mierze z wycofania się państwa z innych sektorów gospodarki przedłużająca się dekoniunktura sprowadziła część kopalń poniżej progu rentowności. Jak zauważa wielu ekonomistów, dekoniunktura ta była przejściowa i podobnie jak w przypadku hutnictwa stali czasowa pomoc państwa pozwoliłaby tym sektorom dotrwać w dobrym stanie po dziś. W czasie obecnego kryzysu ceny węgla i rudy żelaza są realnie około dwukrotnie, a nawet trzykrotnie wyższe niż w latach 80., co dla dobrze zachowanego sektora wydobywczego i przetwórczego oznaczałoby hossę. Konserwatyści byli jednak zdeterminowani do poświęcenia setek tysięcy miejsc pracy i ważnych gałęzi przemysłu na ołtarzu ideologii wolnego rynku. Przewodniczącym rady ds. górnictwa uczyniono wspomnianego MacGregora – zasłynął on jako szef państwowego holdingu hutnictwa stali British Steel, który zwolnił połowę pracowników w ciągu dwóch lat.
W marcu 1984 r. rząd ogłosił zamknięcie 20 kopalni węgla oraz zwolnienie 20 tys. pracowników. Związek zawodowy National Union of Mineworkers rozpoczął strajk przeciwko tym zamiarom. Trwał on 12 miesięcy. W jego trakcie aresztowano kilkanaście tysięcy górników, niemal sześć tysięcy postawiono przed sądem, tysiąc zwolniono z pracy, a dwustu uwięziono. Górnicy skapitulowali w 1985 r. Już wkrótce okazało się, iż zamiast deklarowanych 20 tys. podczas rządów Thatcher zostało zlikwidowanych 200 tys. górniczych miejsc pracy – 80% wszystkich. Rezultatem dla społeczności górniczych był zasiłek zamiast zatrudnienia w kopalniach (dole not coal). Koszty społeczne będące rezultatem antyprzemysłowej polityki Thatcher są odczuwalne po dziś dzień.
W ciągu kilku lat wytwórczość przemysłu spadła o jedną trzecią, tracąc ponad dwa miliony miejsc pracy w przemyśle, a trend rozpoczęty przez Thatcher nie został odwrócony po zakończeniu jej rządów. W czasie obecnego kryzysu potencjał przemysłowy Wielkiej Brytanii wynosi mniej niż 10% PKB – trzykrotnie mniej niż w okresie powojennego konsensusu. To oczywiście ma skutki dla potencjału rozwojowego oraz spójności społecznej. Wielka Brytania przestała być krajem dążącym do równych szans i coraz powszechniejszego dobrobytu. Nawet dość znaczące korekty w zakresie polityki społecznej, poczynione przez laburzystowski rząd Tony’ego Blaira, nie zmieniły tych trendów w istotny sposób. Przeniesienie źródła wydajności gospodarki w sferę usług oznaczało proszenie się o bańkę spekulacyjną (np. nieruchomości), rozrost sektora finansowego oraz uwiąd ruchu pracowniczego. Margaret Thatcher nie rozumiała znaczenia państwa i jego roli w dokonywaniu wieloletnich inwestycji w człowieka, znaczenia edukacji i państwowych wydatków na przysposobienie do pracy. W zamian za to powtarzała mantrę o dobrej prywatnej własności i złej interwencji państwa. Zmiany gospodarcze dokonane przez neoliberałów, czyli niższe podatki dla bogatych, rachityczny wzrost PKB oraz spadek liczby miejsc pracy, wyglądają mizernie same w sobie, jednak co gorsza na wiele dekad zmieniły społeczeństwo oraz zasiały ziarno pod przyszły wielki kryzys finansowo-gospodarczy.
***
Największym przegranym ery thatcheryzmu było społeczeństwo. Okresy spadku standardu życia zdarzają się historycznie w wielu krajach, jednak brytyjski neoliberalizm zakwestionował same podstawy wspólnotowości. Ideologia egoistycznego indywidualizmu była propagowana przez samą premier. To przekonanie radykalnie zrywało z dotychczasową wizją, promowaną również przez torysów. W powojennej Anglii wymiar wspólnotowy – od rodzin po naród – był mocno akcentowany, spajany wspólnym, ponadklasowym doświadczeniem dwóch wojen światowych i zwycięstwem nad faszyzmem. Instytucje takie jak narodowa służba zdrowia (NHS), ruch spółdzielczy czy towarzystwa budowlane spajały społeczeństwo Wielkiej Brytanii na każdym poziomie. Również silny i liczny ruch laburzystowski oraz związki zawodowe stanowiły miejsce, gdzie pojęcie interesu osobistego było umieszczone w kontekście dobra wspólnego i rozwoju całego kraju. „Reguły gry” butskellowskiej Wielkiej Brytanii, z wysokim progresywnym podatkiem dochodowym, powszechnymi usługami publicznymi, mieszanym państwowo-prywatno-spółdzielczym charakterem własności w gospodarce, tworzyły kształt instytucjonalny państwa, w którym dobrobyt zbiorowości, a nie wolność (silniejszej) jednostki, znajdował się w centrum debaty publicznej.
Rządy Thatcher to zmieniły, tworząc olbrzymie nierówności w kwestii szans rozwoju pomiędzy jednostkami oraz regionami. Wysokie bezrobocie poskutkowało trwałym upośledzeniem wszystkich regionów poza południową Anglią, korzystającą z powstawania bańki wzrostu cen nieruchomości. Do dzisiaj tylko jeden na dwadzieścia regionów dotkniętych najwyższym bezrobociem nie znajduje się na północy. Wiele miast i miasteczek, w których upadł przemysł wydobywczy, pogrążyło się w kilkudziesięcioprocentowym bezrobociu. Jedynym wsparciem ze strony rządów torysów dla tych społeczności była rada, aby przenieśli się na południe… Podział Północ – Południe jest dziś w Wielkiej Brytanii podziałem trwałym, mimo że przez większość okresu przemysłowego takie miasta jak Manchester i Liverpool były chlubą całego kraju.
Jeszcze bardziej niż nierówności regionalne widoczny był dramatyczny wzrost nierówności dochodowych. Współczynnik Giniego w ciągu zaledwie dekady rządów Thatcher wzrósł z 0,25 do 0,34. Dziś Wielka Brytania jest często uznawana za najbardziej naznaczoną nierównościami pośród wszystkich wysoko rozwiniętych krajów świata. Między 1980 a 1989 rokiem najlepiej zarabiający kwantyl (20%) populacji zwiększył swój roczny dochód po opodatkowaniu z 37 do 43% dochodów całej ludności. Jednocześnie dochody po opodatkowaniu najsłabiej zarabiających 20% spadły z 10 do zaledwie 7%, zmniejszając się o blisko jedną trzecią. Co prawda najbardziej reakcyjny podatek wprowadzony przez Thatcher – pogłówne (każda osoba, niezależnie od dochodu, płaciła taki sam), znane ze średniowiecza, upadł w ciągu roku, jednak zasada regresywnych zmian podatkowych zakorzeniła się na stałe w świecie. Jak wskazuje znany badacz nierówności Richard Wilkinson: Reputacja Thatcher jest niemal całkowicie bez pokrycia. Ona wzbogaciła superbogatych, ale trudno przypomnieć sobie jakiekolwiek osiągnięcie w ubogaceniu całego społeczeństwa. Zwiększyła nierówności ze wszystkimi kosztami, jakie to ze sobą niesie, nie zwiększając wzrostu gospodarczego, który czasem jest usprawiedliwieniem dla nierówności.
Wizja powszechnego dobrobytu jednostek w nieograniczonym, wolnorynkowym kapitalizmie okazała się ułudą. Pomimo iż Wielka Brytania pozostała krajem zamożnym, o wielkich możliwościach w porównaniu do krajów rozwijających się, to materialna degradacja mocno dotknęła najsłabsze grupy społeczne. Margaret Thatcher przyczyniła się do brutalizacji stosunków społecznych nie tylko przez swoją politykę, ale również poprzez publiczne głoszenie pochwały samolubstwa. Sama premier wspominała w swoim pamiętniku „The Downing Street Years”, iż zawsze miałam wielkie poważanie dla wiktorian. Podczas gdy dla większości ludzi „wiktoriańskie zasady” były obskuranckim darwinizmem społecznym, Lady Thatcher była odmiennej opinii: Wiktorianie posiadali język, sposób mówienia, który my zaczynamy odnajdywać dopiero teraz – rozróżniając między zasługującymi [na pomoc] a niezasługującymi biednymi. Pobierający zasiłki – tracący pracę często wskutek niszczycielskiej polityki rządu – zostali ustawieni w pozycji „winnych”. Konserwatyści powielali argumenty Charlesa Murraya z Manhattan Institute for Policy Research, twierdzącego, iż „siatka bezpieczeństwa” socjalnego jest rzekomo kontrproduktywna, tworząc w efekcie wielką „podklasę”. Wśród zmian, które pod wpływem Murraya wprowadzili torysi, były przymusowe programy typu „workfare”, w ramach których samotne matki były obligowane do pracy w państwowych programach, aby móc dostać pomoc. Ogólne wydatki na rozmaite uposażenia (benefits) były co prawda w sumie dość wysokie, jednak w dużej mierze ze względu na szybkie powiększanie się sfery potrzebujących pomocy społecznej. Instytut Studiów Fiskalnych (Institute for Fiscal Studies) dowiódł, iż pomiędzy rokiem 1979 a 1989 dola bezrobotnego pogorszyła się. Zamrożono również wysokość zasiłków na dziecko oraz obniżono dodatki mieszkaniowe. Ogromnym problemem stawało się ubóstwo. Liczba ludzi we względnym ubóstwie w latach 1979–1991 zwiększyła się z 7,3 miliona do 14 milionów (13% do 24% ogółu społeczeństwa); wśród dzieci odnotowano wzrost z 2 do 3,9 miliona, a wśród emerytów z 2,6 do 3,7 miliona.
Thatcheryści dokonali również wolnorynkowych zmian w służbie zdrowia. Co prawda NHS (Narodowa Służba Zdrowia) była chlubą Brytyjczyków i jej jawna prywatyzacja nie wchodziła w grę, jednak nawet pod tym względem udało się neoliberałom uczynić kolejny wyłom w praktyce rozwoju cywilizacji zachodniej. Pod hasłem „wewnętrznej konkurencji” wprowadzono w NHS elementy, które krok po kroku przybliżały działanie tego podmiotu do realiów prywatnego przedsiębiorstwa. Sama próba porównania działalności służby zdrowia do maksymalizującej za wszelką cenę zysk kapitalistycznej firmy było działaniem przeciwnym interesowi społecznemu, który zawsze powinien być w centrum oceniania i naprawy jednostek użyteczności społecznej. Drobnych zmian w NHS było wiele: w 1980 r. pozwolono na łączenie publicznej pracy z prywatną praktyką lekarską i konsultacjami; następnie wprowadzono ulgi podatkowe dla prywatnych składek ubezpieczeniowych, co wzbogaciło sektor prywatnych ubezpieczeń i usług medycznych. W końcu, w trakcie trzeciej kadencji, utworzono „rynek wewnętrzny”, na którym w ramach tej samej publicznej służby zdrowia wprowadzono rozdział „zakupobiorców” (Purchaser) od „usługodawców” (Provider). W wyniku tej zmiany lekarze ogólni (General Practitioners) stali się kontraktorami, zaś szpitale usługodawcami. System opieki zdrowotnej różnych szczebli uległ fragmentaryzacji i antagonizacji.
Przy reformach służby zdrowia używano tej samej antypaństwowej retoryki co w innych wypadkach. Krytykowano więc „leniwą”, „skostniałą” biurokrację i brak wpływu obywatela na nierynkowe struktury. W istocie urynkowione usługi zdrowotne (jak pokazuje dobitnie przykład USA) są niezwykle drogie: prywatny motyw maksymalizacji zysku znacząco podnosi koszty takich usług. Również w Wielkiej Brytanii urynkowienie nie było tożsame z oszczędnościami. Wręcz przeciwnie: koszty administracyjne w służbie zdrowia podwoiły się z 6 procent do 12 procent.
Mit o cudownej dobroczynności niskich podatków nie jest jednak najważniejszym śladem, jaki zostawiła po sobie Margaret Thatcher. Gdy obejmowała ona rządy, sektor finansowy wynosił zaledwie 4% PKB. Jej dziedzictwem jest zwiększenie tego udziału do 30%. Dzisiejszy kryzys finansowo-gospodarczy nie wybuchłby, gdyby nie neoliberalne zmiany. Zarówno pośrednie, jak i bezpośrednie przyczyny kryzysu swoje istnienie zawdzięczają polityce deindustrializacji, prywatyzacji i, przede wszystkim, deregulacji. Od początku swych rządów torysi stawiali na ułatwienia dla wielkiego kapitału jako metodę ożywienia przedsiębiorczości. Jednak dopiero w roku 1986 wielka deregulacja sektora finansowego, znana jako Big Bang (wielki wybuch), dała początek całkowitej dominacji świata finansów, pozwalając na olbrzymi rozwój spekulacji, w tym tworzenie instrumentów pochodnych, które przyczyniły się walnie do obecnego kryzysu.
Osłabione więzi społeczne, kult pieniądza, słabość państwa i siła świata finansów – oto dziedzictwo Thatcher i jej epoki. Podział na tych, co mają bardzo wiele, oraz tych, którzy mają zaciskać zęby i nie narzekać, obowiązuje nie tylko w Wielkiej Brytanii, zaś w wirze neoliberalnej rewolucji coraz słabiej radzi sobie wyalienowana i wystraszona klasa średnia.
przez Marceli Sommer | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Wielu analityków, także tych kojarzonych z krytyką przebiegu transformacji i obecnego układu politycznego, uznało, że zmiany polityczne i instytucjonalne zaszły w ostatniej dekadzie tak daleko, że genealogia III Rzeczypospolitej, patologie związane z jej ustanawianiem, umowy Okrągłego Stołu, uwłaszczenie nomenklatury, lustracja i tym podobne problemy straciły na znaczeniu. Czy rzeczywiście kwestie te należy dziś zostawić historykom? Czy może jednak, aby zrozumieć współczesną Polskę, musimy wciąż wracać do przełomu lat 80. i 90.?
Jan Olszewski: Perspektywa teoretyków polityki czy historyków może być tu inna niż moja – człowieka mniej lub bardziej bezpośrednio zaangażowanego w wydarzenia ostatnich dziesięcioleci. Myślę jednak, że analitycy, o których pan wspomniał, nie mają racji. Postkomunistyczna geneza obecnego systemu jest wciąż niezmiernie istotna dla zrozumienia współczesnych mechanizmów życia społecznego. Być może, w pewnym sensie, w ostatnim okresie liczy się ona nawet bardziej niż w pierwszej dekadzie transformacji. Osiągnęliśmy bowiem etap skostnienia i instytucjonalizacji nowej struktury społecznej z określonymi grupami uprzywilejowanymi i bierną, dyskryminowaną kulturowo i materialnie większością. W pierwszej dekadzie przemian można było jeszcze mieć wrażenie większej płynności kształtującego się systemu, większych możliwości zmian…
Przy Okrągłym Stole przedstawiciele opozycji zawarli ze stroną rządową kompromis w dwóch podstawowych sprawach. Po pierwsze ustalili, aby budowę nowego ustroju politycznego prowadzić metodą małych kroczków, drobnych zmian w systemie peerelowskim. Po drugie zgodzili się na przeprowadzenie i osłonę radykalnej reformy ustroju gospodarczego, przygotowanej przez liberalnych ekonomistów z obozu PZPR. Warto w tym kontekście wspomnieć, że podstawy tego, co nazwano później planem Balcerowicza, zostały wypracowane przed 1989 rokiem; pierwsze koncepcje „skokowego” wprowadzenia wolnego rynku powstały w liberalnych kręgach związanych z władzą − z Balcerowiczem na czele − już na początku lat 80. Realizację reform w jeszcze bardziej radykalnej wersji planował rząd Mieczysława Rakowskiego, który musiał jednak wycofać się z nich w obliczu silnego oporu społecznego. Te dwie kwestie – to była realna treść tych porozumień. Nie należy jej mylić ani z – drugorzędnym – procentowym podziałem miejsc w Sejmie kontraktowym, ani tym bardziej z całokształtem formalnego zapisu umów, który w ogromnej większości, czytany dzisiaj, przypomina dzieło bajkopisarza, co do którego można mieć wątpliwości, czy ktokolwiek kiedykolwiek traktował go poważnie.
Mimo działań podejmowanych na rzecz zmiany okrągłostołowych zasad gry te dwa kluczowe punkty, określające metody działania i założenia budowy nowego ustroju, nigdy nie zostały skutecznie podważone.
To one, obok nowego układu geopolitycznego oraz rodzących się nowych sił i stosunków społecznych, nadały ostateczny kształt przeobrażeniom, które nastąpiły po 1989 roku.
W kontekście tak zarysowanej historii najnowszej Polski mam problem z określeniami „III RP” czy „IV RP”, które w obiegu medialnym używane są tak, jak gdybyśmy w którymkolwiek przypadku mieli do czynienia z nowym etapem w dziejach polskiej państwowości, skończonym i wyraźnie odrębnym od poprzedniego. Tymczasem w takim znaczeniu żaden z projektów polskiej państwowości nie został zrealizowany, a proces tworzenia nowego państwa nie został zakończony do dzisiaj. Pojęcia III i IV RP pozostały pewnymi symbolami, które nie odnoszą się do realności polskiego państwa, tkwiącego w pół drogi między PRL-em a niepodległą Polską.
W jakim realnym sensie istotne są dziś problemy „genealogiczne“, które Pański obóz brał na sztandary w pierwszym 15-leciu przemian? PRL-owska nomenklatura odchodzi wraz z wymianą pokoleniową, większość własności przejętej w pierwszych latach transformacji trafiła w ręce międzynarodowych koncernów. Dawne sieci powiązań i zależności tracą na znaczeniu wskutek wzmacniania się więzi z Zachodem i wejścia do Polski nowych aktorów, związanych ze światem finansów, wielkich korporacji, organizacji międzynarodowych…
Warto podkreślić, że nomenklatura nie była po tamtej stronie istotnym podmiotem procesu transformacji! Nomenklatura była wręcz – w perspektywie planu przygotowanego przez kierownictwo partyjne – przeszkodą. Reformy mogły być przeprowadzone tylko wbrew partyjnym masom. Szanse otworzyły się tylko dla tej części ludzi systemu, która miała uzyskać udziały w przemianach własnościowych. Tę najbardziej uprzywilejowaną kastę stanowili zaś w dominującej mierze ludzie służb specjalnych oraz działacze gospodarczy o odpowiednich stanowiskach i powiązaniach. To ten właśnie projekt został zrealizowany, i to w sposób nieomal perfekcyjny. Terapia szokowa, radykalna reforma wolnorynkowa – i tu tkwi paradoks – była jednak niemożliwa do wdrożenia w ramach systemu PRL-owskiego ze względu na opór społeczeństwa, ale i partyjnej nomenklatury właśnie. Dlatego niezbędna była legitymizacja ze strony „Solidarności”, którą niestety plan Balcerowicza otrzymał.
System gospodarczy zaprojektowany przez władców późnego PRL-u trwa do dzisiaj. Rola podstawowego zaplecza i głównych beneficjentów ówczesnych zmian jest być może mniejsza wobec postępującego otwarcia krajowej gospodarki i wejścia na nasz rynek podmiotów zagranicznych. Jeśli jednak chodzi o to, kto rozdaje karty po naszej stronie, nie dostrzegam większych zmian. Proszę spojrzeć na listę najbogatszych ludzi w Polsce. Przecież nie są to nazwiska, które pojawiły się w obiegu po 1989 roku. Kariery zdecydowanej większości rozpoczynały się w latach 80., w okresie pierwszych częściowych otwarć, koncesji dla firm polonijnych, spółek z kapitałem zagranicznym… Dziś wiemy przecież doskonale, że nie był to proces spontaniczny, ale kierowany. Ranking najbogatszych nie jest może najlepszym miernikiem, bo tytuły własności mogą być do pewnego stopnia fasadowe, ale pewne świadectwo daje.
Powiem więcej, w polityce koncepcje o korzeniach z końca lat 80. w ciągu ostatnich pięciu-sześciu lat, a szczególnie od roku 2010, zostały podjęte na nowo ze wzmożoną siłą. Doszło do swoistego domknięcia systemu nakreślonego przy Okrągłym Stole, zarówno w polityce, jak i w gospodarce. Przyjęte ponad dwie dekady temu zasady ustrojowe doprowadzono do ostateczności i wydaje się, że dopiero dziś osiągamy granicę, za którą dalszy rozwój w ramach starego paradygmatu będzie niemożliwy. Wskazują na to zarówno doraźne wahania nastrojów społecznych, jak i głębsze przemiany polityczne i gospodarcze. Zamknięcie tego etapu będzie jednak dopiero początkiem, a głębokie zmiany systemowe są jeszcze przed nami.
Poza tym postPRL-owskim „jądrem ciemności” przyzna Pan chyba, że mieliśmy jednak w ostatnich latach także zjawiska nowe: w sferze politycznej, jak i gospodarczej, a także w obszarze debaty publicznej. Czy widzi Pan tutaj wątki, które domagają się szczególnie poważnego potraktowania, które nie dotyczą tylko powierzchni naszego systemu? Jakieś nowe wnioski dla opozycji wobec tego systemu?
Zasadnicza zmiana wiąże się z finansami państwa. Podstawą kryzysu w roku 1989 było zadłużenie i niemożność jego spłaty. Jeśli spojrzymy na sytuację w kraju i na kwoty, które wówczas wchodziły w grę, to w stosunku do wyzwań, przed którymi stoimy dzisiaj, wydadzą się one śmieszne. Na te wyzwania nie mam odpowiedzi – ze względu na stan zdrowia moje uczestnictwo w życiu publicznym, także możliwości zapoznawania się z bieżącymi analizami, są ograniczone. Mogę powiedzieć tylko jedno: bardzo współczuję tym, na których głowy spadnie ciężar zmiany tego systemu. To nie będzie łatwy proces.
Jak w tym kontekście ocenia Pan rolę międzynarodowych instytucji finansowych i wielkiego kapitału – zarówno we wcześniejszych fazach polskiej transformacji, jak i dzisiaj?
Niewątpliwie była i jest to rola istotna. W ostatnich dekadach nastąpiła jednak wyraźna zmiana w strukturze i roli tego, co nazywamy rynkami finansowymi. Wydaje mi się, że jeszcze w latach 90. poziom zależności świata polityki od świata finansów nie był tak duży – choć trzeba przyznać, że u progu przemian wiedza o tych kwestiach po naszej stronie była niestety bardzo ograniczona. Możliwe były jednak pertraktacje z rządami krajów zachodnich, negocjowanie upustów czy pomocy finansowej – formalnie przyznawanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Praktycznie były to organy kontrolowane, a przynajmniej podlegające wpływom państw i organizacji międzynarodowych. Dziś tymczasem wydaje się, że są to organy kontrolowane nie tyle przez rządy, co właśnie przez ten cokolwiek enigmatyczny twór, który określamy rynkami finansowymi. Obserwujemy wręcz pewną bezradność państw, które jeszcze do niedawna miały kluczową pozycję w porządku światowym i w globalnej gospodarce. Zwróćmy uwagę na taki przykład: przecież wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że od lat narastającym problemem dla finansów państw, szczególnie w obliczu ostatniego kryzysu, są tak zwane raje podatkowe. Tymczasem wszelkie próby szerzej zakrojonej, systemowej rozprawy z nimi kończą się fiaskiem. Można było mieć nadzieję, że sprawa Cypru stanie się początkiem działań na rzecz uregulowania tej kwestii na skalę europejską. A jednak i ta, w gruncie rzeczy skromna, inicjatywa na rzecz opodatkowania cypryjskich kont bankowych wywołała ogromną awanturę i, ostatecznie rzecz biorąc, nie przyniosła efektów.
Warto zauważyć, że jeśli chodzi o ogólny kierunek przemian w naszym kraju, dążenia globalnej finansjery, lokalnej oligarchii o postkomunistycznych korzeniach i „odnowionej” „Solidarności” szły ręka w rękę. Symbolem tej zbieżności jest sam Balcerowicz, który był zarazem liberalnym ekspertem, człowiekiem aparatu gospodarczego PRL, absolwentem nowojorskiej uczelni, stypendystą Fulbrighta, człowiekiem dobrze umocowanym w kręgach związanych z zachodnimi instytucjami finansowymi, przenoszącym na teren polski oficjalne doktryny tychże instytucji, wreszcie – ekspertem ekonomicznym „Solidarności” i ministrem w rządach ekip wywodzących się ze związku.
Balcerowicz uzyskał ze strony PRL-owskiego establishmentu pewnego rodzaju wsparcie i pełnomocnictwo do przeprowadzenia reformy rynkowej. W trakcie wdrażania w życie planu jego stosunki z Międzynarodowym Funduszem Walutowym nie obyły się jednak bez napięć i zakłóceń, a Balcerowicz nie zdołał dopełnić przyjętych wobec niego zobowiązań. W drugiej połowie 1991 roku okazało się, że sytuacja budżetu państwa jest tak dramatyczna, iż trzeba było wstrzymać reformy i odwołać się do drukowania pieniędzy. Środki te zastosowano bez zgody Funduszu, a ten, w odpowiedzi, zawiesił stosunki z Polską. W rezultacie to na mój rząd spadło zadanie ich odnowienia. Pamiętam rozmowę, którą przeprowadziłem wówczas z prezesem Funduszu, w której ten żalił się, że Balcerowicz nie zrealizował zawartych wcześniej ustaleń. Wtedy ja mu na to odpowiedziałem: „Ale panie prezesie, przecież od początku było oczywiste, że te zobowiązania są niewykonalne! Dlaczego je przyjęliście?”. Na co on odparł mi z uśmieszkiem: „No tak, wie pan, ulegliśmy tym polskim romantykom, którzy uważali, że to się uda”. To było oczywiście z ich strony całkowicie cyniczne, próbowali wymusić więcej, niż nawet Balcerowicz, ze swoją bezwzględną postawą, mógł im dać.
A jakie środki wpływu i dyscypliny były stosowane względem Pańskiego rządu? Jak istotna była pod tym względem kwestia polskiego zadłużenia?
Długi Polski w swojej najbardziej dolegliwej części były w tym czasie już uregulowane. Zostało zawarte porozumienie odraczające spłatę i redukujące tę ich część, którą zaciągnął rząd PRL. Z drugiej strony instytucje finansowe i rządy zachodnie zobowiązały się do gwarantowania poprzez fundusz rezerwowy stabilności złotówki. To wszystko stanęło oczywiście pod znakiem zapytania w momencie wspomnianego załamania się finansów publicznych. Jako premier miałem jednak w owym czasie wolną rękę w kwestiach gospodarczych, nie odczuwałem bieżącego nacisku. Częściowo wynikało to z przyjęcia przez MFW postawy: skoro nie realizujecie wytycznych, to radźcie sobie sami. Z dramatyczną sytuacją budżetową musieliśmy uporać się wyłącznie w oparciu o własne środki, co nie było łatwe, ale na szczęście się udało.
W ciągu pół roku moich rządów udało się osiągnąć sukces, o którym dzisiaj często się zapomina – stworzyć projekt zrównoważonego budżetu. Uzyskaliśmy deficyt na poziomie ok. 5% PKB, mimo że nikt nie wierzył, iż nam się to uda. Rząd powstał w ostatnich dniach grudnia 1991 roku i odziedziczył prowizorium budżetowe przygotowane jeszcze przez rząd Bieleckiego i przez Balcerowicza jako ministra finansów. W chwili gdy uzyskałem upoważnienie Sejmu do utworzenia rządu, szóstego grudnia, praktyka konstytucyjna była taka, że premier przejmował kierownictwo i odpowiedzialność natychmiast, ale rząd musiał dopiero powstać i uzyskać wotum zaufania Sejmu. Do tego momentu poprzedni rząd w dalszym ciągu działał, a moje możliwości nadzoru nad jego pracami były czysto hipotetyczne. O podpisaniu umowy z Europejską Wspólnotą Gospodarczą, które nastąpiło w tym czasie, dowiedziałem się z mediów – minister Balcerowicz, który prowadził pertraktacje, nie uznał za stosowne poinformować mnie o tym wcześniej.
Prowizorium rządu Bieleckiego zapewniać miało, że od pierwszego stycznia finansowane będą koszty stałe funkcjonowania państwa. W praktyce jednak oznaczało to, że na przykład pieniądze przewidziane dla wymiaru sprawiedliwości wystarczały ministrowi na pensje urzędników, sędziów i prokuratorów, ewentualnie opłacenie zajmowanej siedziby. Na pokrycie bieżących kosztów funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości – należności biegłych, wydatków na korespondencję, wzywanie świadków sądowych i tym podobne – nie było przewidzianych żadnych środków, żadnej rezerwy. Aby nie doszło do zapaści, musiałem przekazywać na potrzeby ministra środki ze szczupłych rezerw i funduszy będących w dyspozycji premiera. Podobna sytuacja panowała w innych resortach. Tymczasem udało nam się nie tylko przetrwać sześć miesięcy, ale i opracować budżet, który bez zmiany nawet przecinka przyjęty został niemal jednomyślnie przez Sejm nazajutrz po odwołaniu mojego rządu. A następnie wykonany zgodnie z naszymi ustaleniami.
Czy sądzi Pan, że wraz z narastaniem długu publicznego wzmagają się dziś wpływy instytucji finansowych na polski rząd, a maleje podmiotowość państwa?
W jakiejś mierze tak, chociaż przypadek węgierski pokazuje, że nawet w niezwykle trudnej sytuacji finansów państwa wola polityczna rządu może być decydująca dla możliwości prowadzenia niezależnej polityki. Z drugiej strony jednak wydaje mi się, że polska pozycja względem rynków finansowych może okazać się nawet trudniejsza niż węgierska.
Jak postrzega Pan zmiany w logice konfliktu ideowo-politycznego, w głównych osiach tego konfliktu, jakie zaszły od czasu wczesnej transformacji? Czy to są zmiany na lepsze czy na gorsze?
Dochodzi, siłą rzeczy, do wymiany pokoleniowej w polskiej polityce, a ponadto zmieniły się praktyki i techniki stosowane w walce politycznej. Zasadnicza i konstytutywna oś konfliktu politycznego pozostała jednak ta sama od przeszło 40 lat. Pierwsze znamiona tego konfliktu pojawiły się już w roku 1956, ale rangę sporu centralnego wewnątrz opozycji uzyskał on około połowy lat 60. Po jednej stronie barykady stanęła opozycja niepodległościowa, która nawiązywała do różnych tradycji rozbitego po 1945 roku Państwa Podziemnego i II Rzeczypospolitej – środowiska PPS-owskie, chadeckie… Najsłabszy wyszedł z okresu stalinowskiego ruch narodowy, ale on też usiłował, pod osłoną Kościoła, odtwarzać się na fali politycznej odwilży. Wszystkie te środowiska stanowiły kontynuację różnych odłamów niepodległościowej myśli i praktyki politycznej. W początkach lat 60. krystalizuje się tymczasem drugi odłam opozycji, który wychodzi z wewnątrz systemu komunistycznego. Ważnym momentem dla tego nurtu jest rok 1964, gdy ukazuje się list otwarty Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego do partii. Te dwa odłamy opozycji współpracują ze sobą w różnych momentach, ale jednocześnie przepaść między nimi pozostaje szalenie istotna.
A jednak te dwa odłamy nie tylko współpracowały ze sobą, ale i zdarzało im się przenikać. Weźmy na przykład związanego z tradycją niepodległościowego PPS-u Jana Józefa Lipskiego, który chyba czuł się blisko związany z byłymi rewizjonistami w ramach KOR-u, a później „Solidarności”, albo Andrzeja Celińskiego, którego droga polityczna zaczęła się w „Czarnej Jedynce” i grupie Antoniego Macierewicza, a zakończyła w postkomunistycznym SLD, wspomnijmy też narastającą bliskość pomiędzy środowiskami progresywno-katolickimi a „lewicą laicką”…
W mojej ocenie to przenikanie nie było jednak głębokie ani nie miało dużej skali. Jako adwokat w procesach politycznych broniłem oczywiście jednych i drugich, z jednymi i drugimi miałem kontakty jeszcze wcześniejsze. Dzięki temu miałem od samego początku dobry wgląd w sytuację i w tworzące się podziały. I twierdzę, że konflikt, który wykrystalizował się właśnie w okolicach połowy lat 60. roku, był nie tylko zasadniczy, ale i czytelny dla wszystkich zaangażowanych. Pojawiały się oczywiście – szczególnie w rezultacie wzmożonej współpracy, konsolidacji i umasowienia opozycji, które następuje w drugiej połowie lat 70. – więzy sympatii pomiędzy konkretnymi osobami, które czasem przeradzały się w relacje środowiskowe. Te więzi z lat 70. mogą z dzisiejszej perspektywy wpływać na pewne rozmycie klarowności obrazu, ale w istocie możemy tu mówić tylko o wyjątkach potwierdzających regułę.
Być może do współdziałania w ogóle by nie doszło, gdyby nie wydarzenia roku 1976. To był w najnowszej historii moment wyjątkowy, moment prawdziwie spontanicznego wybuchu nastrojów opozycyjnych, na bezprecedensową skalę. O ile można snuć różne przypuszczenia co do roli prowokacji, sterowania i gry politycznej w wydarzeniach roku 1968, 1970 czy nawet 1980, o tyle w odniesieniu do 1976 o niczym podobnym nie może być mowy. Ówczesne protesty robotnicze, ich skala, były zaskoczeniem dla wszystkich. Przecież to nie był tylko Radom i Ursus – sprzeciw wyraziła cała Polska! Jako adwokat trafiłem w tamtym okresie na niezwykły dokument. Był to komunikat wydawany trzy czy cztery razy dziennie przez instytucję, która nosiła miano Krajowej Dyspozycji Mocy i stanowiła organ zarządzający i kontrolujący zaspokajanie potrzeb energetycznych kraju. W komunikatach raportował on o stanie zapotrzebowania na energię i poziomie jego pokrycia. Dokument, na który trafiłem, odnotowuje, że 24 czerwca 1976 roku miał miejsce spadek poboru mocy w przemyśle o ponad 80%! Praktycznie rzecz biorąc, oznaczało to, że przemysł stanął – można by 24 czerwca określić mianem pierwszego w historii PRL ogólnokrajowego strajku generalnego, tyle że to były całkowicie spontaniczne „przerwy w pracy”, jak to się wówczas mówiło, przez nikogo niekoordynowane. Oba nurty opozycji związały się z tym oddolnym ruchem protestu, powstał KOR i stąd w dużej mierze wynikło ich zbliżenie. O sile konfliktu między nimi świadczy jednak to, jak szybko i jak łatwo odżył on w latach 80. i na początku 90.
Na czym według Pana polega ciągłość tego konfliktu pomiędzy rokiem 1964 a dniem dzisiejszym? Przecież kontekst bardzo wyraźnie wpływał na tematy dyskusji i na postulaty, jakie były formułowane przez różne środowiska…
Zasadniczy podział – co najmniej od lat 60. do roku 1989 – był jeden: pierwszy nurt mówił wprost o tym, że jego celem jest budowa niepodległego, demokratycznego państwa polskiego oraz wyjście z sowieckiej strefy wpływu (dopuszczając różne metody osiągnięcia tego celu). Drugi zaś popierał „realistyczne” reformy istniejącego systemu, ale bez określenia jasnego punktu docelowego, a jako maksymalny horyzont możliwości w zakresie geopolityki podnosił hasło „finlandyzacji”. Różnica jest o tyle trudno uchwytna z zewnątrz, że obie strony konfliktu przyjmowały strategię gradualistyczną, ostrożną. Z tym wiązała się na przykład akceptacja, do pewnego momentu także po stronie nurtu niepodległościowego, gomułkowskiego hasła „polskiej drogi do socjalizmu”, odmiennej od drogi sowieckiej. W roku 1956 wydawało się, że to jest jedyna możliwość uzyskania pewnej liberalizacji systemu, a w dłuższej perspektywie rozluźniania stosunków z „wielkim bratem”. Jednocześnie opozycja niepodległościowa zakładała, że dopóki pułap realnej suwerenności względem Związku Sowieckiego nie zostanie osiągnięty, to nie będzie to „ich” państwo. Tymczasem opozycja „wewnątrzsystemowa”, którą reprezentowali Kuroń czy Michnik, mówiła zawsze tylko o odrzuceniu konkretnej ekipy trzymającej władzę w partii, o odebraniu władzy aparatowi i przywróceniu jej „klasie robotniczej” (siebie prezentując w tym kontekście jako tejże klasy robotniczej autentycznych reprezentantów), nie zaś o budowaniu Polski demokratycznej i niepodległej.
Wiele interesujących wniosków można wysnuć, przyglądając się dokładnie ich pierwszemu ideowemu manifestowi, jaki stanowi „List otwarty do Partii”. Jego autorami byli młodzi ludzie, oczywiście niezwykle zapaleni i ideowi, ale jednocześnie wywodzący się ze środowisk dość oderwanych od rzeczywistości, bo z samej elity władzy PRL-owskiej. Do 1956 roku grupy te były całkiem odizolowane od środowisk pozapartyjnych, po 1956 ta izolacja nieco się rozluźniła, ale oni wciąż jeszcze nie mieli zielonego pojęcia, co tak naprawdę w kraju się dzieje i co myśli o nich klasa robotnicza. Wyobrażali sobie, że zrobią w Polsce prawdziwą rewolucję, a proletariat przyjmie ich koncepcje polityczne z otwartymi ramionami. Wszystko to było troszeczkę dziecinne, ale oni w to rzeczywiście wierzyli – do tego stopnia, że postanowili swoje stanowisko publicznie ogłosić, rzucić wyzwanie władzy. Wydaje mi się, że gdyby po drugiej stronie mieli wówczas kogoś innego niż Gomułka, to mogło się to skończyć wchłonięciem ich na powrót do elity, kooptacją i wyhamowaniem ich antysystemowej ewolucji. Stało się jednak inaczej i ten konflikt z ekipą Gomułki doprowadził do ich utwierdzenia się w roli nowego nurtu opozycji.
W jaki sposób te konflikty rodem z lat 60. stały się znaczące w nowych realiach, po 1989 roku?
Początkowo sytuacja się skomplikowała – przy Okrągłym Stole byli początkowo ludzie obu orientacji. Sam otrzymałem wówczas propozycję od Geremka, aby zasiadać w zespole „Solidarności”. Było jednak dla mnie jasne, że nie przyszedł jeszcze dobry moment na negocjacje, że chociaż postępuje degeneracja ustrojowa PRL-u, to system jest zbyt silny, a to skazuje nas na zawarcie kompromisu niekorzystnego dla społeczeństwa. W związku z tym propozycji nie przyjąłem. Z drugiej strony jednak uważałem, że całkowite odtrącenie przez opozycję okazji do przyjęcia współodpowiedzialności za przemiany w ówczesnej sytuacji gospodarczej mogłoby być dla społeczeństwa niezrozumiałe i źle odbić się na naszej pozycji politycznej. Sytuacja była więc trudna i niejednoznaczna. Zaoferowałem, że o ile nie wezmę udziału w rozmowach jako polityk, to mogę przyjąć pozycję eksperta do spraw wymiaru sprawiedliwości. Przyjąłem założenie, że chociaż politycznie Okrągły Stół nie może odegrać roli przełomu, na jaki czekamy, to o ile można zmienić coś na lepsze w ramach istniejącego systemu, jestem gotów w tym pomóc. Ostatecznie namówiłem także ówczesnego przewodniczącego „Solidarności” w sądownictwie, Adama Strzembosza, aby wziął na siebie odrzuconą przeze mnie pozycję w podzespole ds. prawa i sądów. Już po drugim dniu rozmów podzespołu doszedłem do wniosku, że nie mogę w tym, co się odbywa, uczestniczyć ze znaczkiem „Solidarności” w klapie. Nie mieliśmy przecież formalnego upoważnienia od „Solidarności”, a sprawy zaczynały iść w bardzo ryzykownym kierunku – stopień fraternizacji, powstawanie atmosfery sielankowej współpracy pomiędzy przedstawicielami strony rządowej i opozycyjnej… Krótko mówiąc, doszedłem do wniosku, że nie powinienem nawet stwarzać pozorów, że jestem tutaj z ramienia „Solidarności”. Ponieważ wszystko to było filmowane, można łatwo sprawdzić, że byłem jedynym członkiem delegacji, który owego znaczka nie nosił.
Okazało się, że przyjęte w latach 60. pozycje w dalszym ciągu funkcjonują. Nurt dawnego rewizjonizmu, ludzie, którzy przyjmowali, że wybicie się Polski na niepodległość to mrzonki i że dla wszelkich zmian konieczne jest uzyskanie akceptacji Związku Sowieckiego, przyjęli do pewnego stopnia podobne stanowisko wobec Unii Europejskiej, Zachodu, organizacji międzynarodowych, a w istotnym stopniu także Niemiec, które odgrywają w Europie szczególną rolę polityczną i wobec których ustawiamy się dziś – poprzez politykę zagraniczną, ale również gospodarczą – na pozycji quasi-satelickiej.
Czy czuje się Pan w jakiś sposób związany z programem pierwszej „Solidarności”, Samorządną Rzeczpospolitą? Czy wydaje się on Panu w jakiś sposób aktualny?
Byłem przeciwnikiem tego programu już w 1980 roku. Wydawało mi się bowiem, że choć jako model teoretyczny może być atrakcyjny, to praktycznie jest on niemożliwy do zrealizowania – szczególnie w swoim aspekcie gospodarczym.
Zjazd odbywał się w takich warunkach politycznych, że niezbędne było znalezienie nośnego hasła. Hasło Samorządnej Rzeczypospolitej spełniało ten warunek i tym samym szybko zyskało aprobatę Geremka i innych postaci ze związkowej wierchuszki. W swoich obiekcjach byłem osamotniony. Być może, z dzisiejszej perspektywy patrząc, mój sprzeciw nie miał zbyt wielkiego sensu, bo zasadniczą wtedy stawką nie było to, czy zrealizujemy jakikolwiek wymyślony model ustroju, lecz zapewnienie jakichkolwiek możliwości przetrwania w ramach ustroju istniejącego, dopóki nie dojrzeje on do upadku.
W tamtej sytuacji dało się już odczuć, że zmierzamy jako związek w stronę nieuchronnej katastrofy. A niestety ówcześni przywódcy związku oraz większość ich doradców tego nie dostrzegali. „Solidarność” powstała na fali ogólnego entuzjazmu – dziesięć milionów ludzi to nieomal całe społeczeństwo, cały naród. Ale tak naprawdę jej siła była oparta na 300–400 wielkich zakładach, gdzie właściwie całe załogi robotnicze były w „Solidarności” i za „Solidarnością”. Już z wydarzeń 1970 i 1976 roku można było wysnuć wniosek, że to właśnie ta wielkoprzemysłowa klasa robotnicza zadecyduje o losach systemu. Jej wsparcie, które „Solidarność” uzyskała w 1980 roku, było podstawą naszej siły, to ono umożliwiało działanie. Środowisko robotnicze tymczasem z jednej strony ma to do siebie, że jak już się zaangażuje, to angażuje się na serio i pokonanie go staje się wyzwaniem dla każdego przeciwnika. Ale z drugiej strony są to ludzie o nastawieniu realistycznym, pragmatycznym, mają – można by powiedzieć – szacunek dla rzeczywistości, która ich otacza. I dało się zaobserwować już od późnego lata 1981 r., a jasne stało się na jesieni, że ludzie tracą zapał i zaczynają się niepokoić, że zbliża się zima, a warunki są tak dramatyczne, iż fabryki najprawdopodobniej staną. W związku z tym tendencja do wspierania daleko idących propozycji, jak na przykład zaplanowane na grudzień marsze „Solidarności”, będzie bardzo, bardzo słaba. Władza znakomicie tę dynamikę wyczuwała i dlatego czekała z wprowadzeniem stanu wojennego do grudnia.
Jasne było dla mnie, że na czynne poparcie, na jakie mogliśmy liczyć jeszcze w niedoszłym strajku generalnym w marcu 1981 roku (po kryzysie bydgoskim), teraz liczyć już nie możemy. O tym, jak dalece część przywódców „Solidarności” oderwała się od rzeczywistości, świadczyć może kompromitujący list, który nadał Kuroń wkrótce po internowaniu. Wzywał w nim robotników, żeby atakowali komitety PZPR. To były postulaty tak nierealne, że mam podejrzenie, iż służby chętnie pozwoliły, aby ten gryps ujrzał światło dzienne. Ale takie były nastroje przywódców. Pamiętam posiedzenie Komisji Krajowej w Stoczni Gdańskiej w nocy z 12 na 13 grudnia. Skończyło się chwilkę po północy i było wiadomo, że coś się dzieje, bo straciliśmy łączność telefoniczną, a równocześnie zorganizowane przez nas w Gdańsku pogotowie, z którym mieliśmy łączność radiową, zasygnalizowało, że telefony padły, a przez miasto przemieszczają się kolumny milicyjne, za chwilę stocznia może zostać otoczona. Po otrzymaniu tego sygnału, a obrady były już zakończone, namówiłem wszystkich na jak najszybsze opuszczenie terenu stoczni. Ale pamiętam jeszcze, że gdy się żegnaliśmy, wychodząc, bo w różnych hotelach byliśmy rozmieszczeni, Kuroń powiedział: „Posłuchaj, źle by to wyszło, jakby nam się to nie udało”. Było już przecież wiadomo, że tu, w tej chwili wszystko się wali, a on dopiero miał pierwsze wątpliwości, czy nam się uda…
Program Samorządnej Rzeczypospolitej mógł nie być możliwy do wprowadzania w życie w realiach roku 1981, wydaje się, że jest jednak niezłym świadectwem aspiracji ruchu solidarnościowego. A jeśli tak było, to dlaczego ten program nie został na nowo podjęty po 1989 roku, gdy Solidarność „zwyciężyła” i mieliśmy demokratycznie budować nowy ustrój? Wydawałoby się – nic prostszego, niż wrócić w roku 1989 do programu, który wiąże liderów opozycji z uśpionym, wielomilionowym ruchem.
Moim zdaniem w 1989 roku była tylko jedna rzecz, która zyskała jasne i wyraziste poparcie społeczne: zdecydowane postawienie sprawy powtórzenia wyborów. Należało jasno powiedzieć, że nie godzimy się na zmianę ordynacji w czasie trwania aktu wyborczego, na wprowadzenie „listy krajowej”. Przedstawiciele strony solidarnościowo-opozycyjnej zakładali przecież, że w zakresie wyborów mamy szerokie poparcie społeczne, co zostało potwierdzone wynikiem głosowania z 4 czerwca. Społeczeństwo pokazało wtedy w moim odczuciu, że nie godzi się na przyjęty kompromis, z listą krajową i ⅓ miejsc w sejmie. Należało z tego wyciągnąć konsekwencje. Mazowiecki zawsze na to powtarzał: No tak, ale wtedy byłaby wojna domowa, oni mieli wojsko… Proszę mi wierzyć: wojsko mieli, ale nie mieli takich żołnierzy, którzy chętni byliby wyjść i strzelać w ich obronie. Nie wiem, czy uzbieraliby nawet jedną kompanię takich ludzi (śmiech).
Społeczeństwo dało 4 czerwca jeden jasny komunikat: że oni już się na „naprawianie PRL-u” nie godzą. Ludzi z „listy krajowej” odesłano na polityczną emeryturę. Oczywistą reakcją na to winno być przeprowadzenie w pełni demokratycznych wyborów parlamentarnych. I nie mieliśmy prawa od tej woli społeczeństwa odstąpić, jeżeli zależało nam na systemie opartym na reprezentacji.
Historia rządów „solidarnościowych” w latach 90. pokazała jednak, że dawni działacze i doradcy związku byli często gotowi realizować koncepcje całkowicie sprzeczne z historycznymi celami ruchu. W tym kontekście można się zastanawiać, czy – przy ograniczonej wiedzy na temat poszczególnych polityków czy formacji – wolne wybory w 1989 roku zmieniłyby losy kraju.
Być może część problemów wynikła rzeczywiście stąd, że nowa „Solidarność” z 1989 roku nie przejęła dawnego programu związku. Odrzuciła też zresztą znaczną część dawnych działaczy, w tym demokratycznie wybrane władze z 1981 roku. Zalegalizowano nowe struktury i budowano związek na nowo. Efektem był rozłam i odwrócenie się od niego części osób, które dawniej nadawały ton pod względem programowym. Równocześnie zmiana koniunktury przyciągnęła rzesze konformistów i ludzi bezideowych.
Mimo to istniała wówczas szansa na wyłonienie autentycznej reprezentacji społeczeństwa. Spójrzmy na sytuację po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. W trzy miesiące później, w styczniu 1919, odbyły się wybory, dzięki którym powstało przedstawicielstwo narodowe – rozbite i podzielone, ale mające za sobą moralne prawo i poparcie społeczeństwa. Tak samo wyobrażam sobie sytuację po powtórzonych wyborach w roku 1989. Po jednej i drugiej stronie zapewne pojawiłaby się więcej niż jedna lista, ale nie bałbym się ujawnienia tych realnych przecież podziałów. Przedstawicielstwo narodowe autentycznie odzwierciedlające stan ówczesnych nastrojów dawałoby nam do ręki ogromne możliwości.
Wspomniał Pan o wielkoprzemysłowych robotnikach jako o podstawowej sile i podstawowej bazie dla masowego ruchu, jakim była „Solidarność” w 1980 i 1981 roku. Na ile likwidacji wielkich zakładów w ramach planu Balcerowicza towarzyszyła w Pańskim odczuciu intencja rozbrojenia społecznego oporu wobec przyjętych reform?
Z dzisiejszego punktu widzenia mogę powiedzieć bez ryzyka popełnienia błędu, że była to zupełnie świadoma, przemyślana próba realizacji tego, co nie udało się władzy w warunkach stanu wojennego, a później rządowi Rakowskiego. Nie było to zresztą proste – likwidacja zakładów nie odbyła się za jednym zamachem. Balcerowicz stworzył jedynie warunki dla ich upadku. Jeśli czegoś żałuję z czasów, kiedy mój rząd był u władzy, to tego, że nie zlikwidowałem od razu tak zwanego popiwku. Nie byłem ekonomistą i nie miałem świadomości wagi tego rozwiązania, jego niszczącej siły wobec polskiego przemysłu. Działania Balcerowicza z jednej strony wymierzone były w robotników, miały na celu likwidację głównego potencjalnego ogniska oporu, ale zarazem uderzały po prostu w interesy państwa polskiego. Bo to przecież nie było tak, że komuniści stworzyli przemysł w sposób całkowicie nieudolny i był on w całości skazany na zagładę. Oczywiście, były zakłady, których nie dałoby się uratować, ale większość reprezentowała autentyczną wartość, a niektóre sektory, takie jak przemysł okrętowy, mogły stać się siłą ciągnącą całą polską gospodarkę.
Czy ugrupowania, jak Pan je określa, niepodległościowe, nie wpadły jednak po 1989 roku w te same pułapki co liberałowie? Przyjęły przecież do pewnego stopnia zasady i logikę systemu okrągłostołowego, nie nawiązały bezpośredniej komunikacji ze społeczeństwem, nie animowały ruchów społecznych… Zabrały się po prostu za budowanie – mniej skuteczne niż w przypadku liberałów – siły politycznej wokół własnych programów, ale sprawdzenie stosunku tych programów do aspiracji społeczeństwa nikogo nie interesowało.
Aspiracje społeczeństwa na najogólniejszym poziomie były powszechnie znane: możliwie mało ograniczeń, możliwie dużo wolności i autentyczne, demokratyczne przedstawicielstwo. Te dezyderaty były najzupełniej oczywiste. To, co pan określił jako program oderwany od aspiracji społecznych, było tymczasem w dużej mierze spontaniczną reakcją na zabiegi drugiej strony, aby przekazać władzę ekonomiczną w kraju w ręce establishmentu późnego PRL-u – kasty, która jako jedna z nielicznych posiadała już zdefiniowane interesy, agendę i środki, by tę agendę forsować. Chodziło o to, by tych ludzi powstrzymać.
Często jako jedno z podstawowych dążeń swojego rządu przytacza Pan reprywatyzację. Dlaczego akurat koncepcja przywrócenia przedkomunistycznych stosunków własnościowych? Przecież nawet w ramach Polski Podziemnej panował konsensus co do konieczności zmiany tych stosunków. I jeśli można mówić o źródłach legitymizacji PRL-u innych niż siłowe, to z pewnością należały do nich dokonania w tym zakresie.
Trudno uznać je za jakąkolwiek legitymizację w sytuacji, w której wiadomo było, że każdy polski rząd powojenny tego rodzaju reformy – parcelację wielkich majątków ziemskich oraz nacjonalizację wielkiego przemysłu – podejmie. Taka zresztą była tendencja ogólnoeuropejska. Oczywiście byłyby one zapewne przeprowadzone w sposób bardziej cywilizowany – nie wyobrażam sobie, żeby można było z dnia na dzień wyrzucać kogoś z majątku. Reprywatyzacja po roku 1989 jest jednak zupełnie osobnym tematem. Mieliśmy wówczas do czynienia z sytuacją, w której z własności wydziedziczono praktycznie całe społeczeństwo. Wszystko jest nasze, bo jest społeczne, ale nic nie jest nasze tak naprawdę. Własności pozbawieni zostali nie tylko dawni właściciele ziemscy i fabrykanci – nasz projekt nie dotyczył zresztą tego typu majątków. Reprywatyzacja miała natomiast objąć domy czy małe zakłady. I nie miała mieć „dzikiego” charakteru, lecz być uzupełniona np. prawem ochrony lokatorów. Tak rozumiana reprywatyzacja była absolutnie konieczna – powinna była zostać zrealizowana szybko i dość radykalnie po to, żeby majątek, który odziedziczyliśmy po PRL-u, zyskał status majątku narodowego, żeby za jego pomocą można było przeprowadzić możliwie szerokie uwłaszczenie społeczeństwa.
Nasz projekt brał pod uwagę błędy i niepowodzenia przy próbach prywatyzacji w innych państwach postkomunistycznych. I jedno jest pewne – ta formuła, którą zafundował nam później rząd Suchockiej, czyli Narodowe Fundusze Inwestycyjne, była jedną wielką lipą, ludzi nabito w butelkę. W moim przekonaniu był to pierwszy z serii aktów, który spowodował drastyczny spadek zaufania do państwa. Trudno oczekiwać po społeczeństwie poczucia obowiązku obywatelskiego po tak jawnym i bezczelnym oszustwie. W wielu domach do dziś znajdą się nabyte po 20 złotych kupony, które przypominają o tej wielkiej aferze, jaką była wyprzedaż najcenniejszych kąsków z majątku narodowego.
Pański rząd i historia jego obalenia stały się elementem mitu założycielskiego polskiej (centro)prawicy. W wywiadzie dla „Obywatela” w roku 2005, odnosząc się do historii swojego rządu, powiedział Pan: „Istotą ówczesnego sporu były sprawy materialne, a zwłaszcza kwestia, w jakie ręce ma trafić majątek pozostały po PRL-u”. Jak Pan rozumie fakt, że w dzisiejszych odniesieniach do czerwca 1992 tak dominującą rolę odgrywa „noc teczek”, a sprawy własnościowe traktuje się co najwyżej drugoplanowo?
Nie odczuwam, żeby historia mojego rządu stała się dla kogokolwiek mitem założycielskim. Wiadomo, że była to pierwsza próba zmiany liberalnej linii transformacji, ale jednocześnie wiadomo, że była to próba nieudana – transformacja w swojej liberalnej wersji została przeprowadzona, czego skutki widzimy do dzisiaj.
Sześć miesięcy działania mojego rządu to przede wszystkim walka o trzy sprawy. Po pierwsze o wyprowadzenie Polski z geopolitycznej „szarej strefy”, wciąż jeszcze zdominowanej przez Rosjan, o bezpowrotne usunięcie z Polski rosyjskich garnizonów wojskowych. W tej sprawie udało się zrobić krok decydujący – zablokować rosyjskie plany utworzenia na terenach dawnych baz wojskowych polsko-rosyjskich spółek, które mogły stać się kluczowym elementem rosyjskiej infrastruktury wpływu w naszym kraju i całym regionie. Przykładem tego, jak te niedoszłe spółki mogły wyglądać, jest dzisiejszy EuroPolGaz: przez Polskę przechodzi znaczna część eksportu gazu na zachód, a dochody, które uzyskujemy z tego tytułu, nie do końca pokrywają nawet koszty naszej administracji.
Druga sprawa, którą się zajęliśmy, to majątek narodowy i sposób dysponowania nim. Tu niestety nie odnieśliśmy sukcesu – zabrakło czasu, a siła układu, w którego interesy chcieliśmy uderzyć, była zbyt wielka. Jednocześnie nasi przeciwnicy w parlamencie podnosili ten temat niechętnie – i tak pozostało do dziś – bo zwalczanie naszej koncepcji powszechnego uwłaszczenia mogłoby się dla nich okazać politycznie zabójcze.
Trzecia kwestia, którą planowaliśmy, to rozliczenie i rozprawa z pozostałościami PRL-owskiego aparatu. Tego nie można było zrobić z dnia na dzień, zwłaszcza w dramatycznej sytuacji ekonomicznej. Podjęliśmy prace nad projektem utworzenia korpusu służby cywilnej, który w nieco dłuższym terminie doprowadzić miał do generalnej zmiany całej struktury państwowej administracji. Kolejne rządy deklarowały, że zajmą się tą sprawą, i robiły wokół niej zamieszanie, ale jakie są dziś ślady po korpusie, jakie on ma znaczenie? A teoretycznie przecież ciągle istnieje. Gdybyśmy mieli szansę doprowadzić tę reformę do końca, to dziś żylibyśmy w zupełnie innym państwie.
„Noc teczek” to natomiast moment wybrany przez drugą stronę na konfrontację i ostateczną rozprawę z moim rządem. Źródła inspiracji dla projektu uchwały zgłoszonego przez posła Korwin-Mikkego oraz to, w jaki sposób zyskał on większość w sejmie, pozostają dla mnie do dzisiaj zagadką. Był to projekt fatalny, ale w momencie, w którym został już przegłosowany, nie mieliśmy innego wyjścia, niż go opracować, a w praktyce napisać na nowo (bo w tej formie był niewykonalny) i wprowadzić w życie. Gdybyśmy wtedy powiedzieli, że odcinamy się od uchwały lustracyjnej przyjętej przez Sejm, byłoby to zaprzeczeniem podstawowych zasad i racji istnienia naszego rządu. W efekcie stworzyliśmy coś na kształt kontrprojektu uchwały: z jednej strony ujawniliśmy dane, które mówiły o tym, kto przez aparat bezpieczeństwa PRL był traktowany jako tajny współpracownik (co niekoniecznie znaczyć musiało, że nim był, czego pełna i ostateczna weryfikacja była poza granicami naszych możliwości). Do dokumentu przekazanego Sejmowi, zawierającego odpowiednie listy, dołączyliśmy propozycję utworzenia specjalnego organu sądowego, powoływanego przez I prezesa Sądu Najwyższego, którego zadaniem byłoby sprawdzenie prawdziwości dokumentacji SB. Niestety realizacja tego kontrprojektu została nam uniemożliwiona. Prawda historyczna kiedyś zostanie ustalona, w dużej mierze zresztą już została. Na przygotowanych przez nas listach znaleźli się ludzie, co do których nie da się wykluczyć, że nie spełniali w praktyce agenturalnych funkcji albo starali się od nich uchylać. Uważam, że dla tych ludzi – także dla Lecha Wałęsy – 4 czerwca był pewną szansą. Gdyby Wałęsa wtedy powiedział, że podpisał i w jakich okolicznościach podpisał… Chociaż z dzisiejszej perspektywy i tak powątpiewam, czy powiedziałby wszystko. Nie jest też dla mnie jasne, czy znamy już całość tej historii.
Czy, z dzisiejszej perspektywy patrząc, plany sprawiedliwego podziału majątku narodowego lub zmiany liberalnego kursu transformacji mogły się udać wobec silnej pozycji liberałów i ludzi dawnego aparatu w łonie samego rządu, a nie tylko w parlamencie, nie tylko zresztą na eksponowanych pozycjach? Chociaż najbardziej spektakularną ilustracją jest oczywiście objęcie funkcji ministra finansów przez Andrzeja Olechowskiego…
Nie chodziło może o sprawiedliwy podział, bo w sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się po PRL-u, w pewnym sensie nie ma sprawiedliwych rozwiązań. Chodziło o to, żeby stworzyć wolną Rzeczpospolitą i żeby ludzie czuli, że ona coś im zapewnia, że są jej częściowymi gospodarzami czy udziałowcami, żeby czuli, że ich losy związane są z tym nowym państwem. I żeby dotyczyło to możliwie najszerszej grupy obywateli.
Jeśli chodzi o Olechowskiego, to nie jest do końca dobry przykład… Prawda jest taka, że potrzebowaliśmy ministra finansów i był z tym kłopot – w momencie formowania rządu sytuacja finansów państwa była tak dramatyczna, że ludzie bali się obejmować to stanowisko. Do tego dochodził cichy bojkot mojego rządu przez wpływowe środowisko ekonomistów skupionych wokół Balcerowicza. W związku z tym wiele ludzi z pewną pozycją, nawet niezależnych od tego środowiska, odmawiało, bali się po prostu. Byłem wdzięczny poprzednikowi Olechowskiego, który podjął się tego zadania, choć była to jednocześnie kandydatura, wobec której byłem niezwykle krytyczny. Zresztą wytrzymał na stanowisku zaledwie około miesiąca. Wtedy powstał problem ze znalezieniem kogoś na jego miejsce. Gdyby nie kwestia z zupełnie innej płaszczyzny, o której za chwilę powiem, to bym tę sprawę rozwiązał w taki sposób, że nominowałbym na szefa resortu pana Zdrzałkę, wtedy dosyć sprawnego urzędnika, z doświadczeniem głównie administracyjnym, działacza „Solidarności”, a później Porozumienia Centrum. To był mój mąż zaufania w tym resorcie, który był niewiarygodnie zaśmiecony. Pojawiał się tylko jeden problem: Międzynarodowy Fundusz Walutowy – konieczność odbudowania z nim stosunków, przywrócenia gospodarczego uznania państwa. Kiedy zastanawiałem się, kogo mógłbym do tego celu wykorzystać, Olechowski był dość narzucającym się kandydatem. Odbył on praktykę w Banku Światowym, a później pracował w Funduszu. Znał tam bardzo dobrze stosunki. Nikogo innego o podobnych walorach czy kwalifikacjach wówczas nie miałem. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że nie jest to postać z mojej bajki.
Zanim wysunąłem jego nominację, poprosiłem o sprawdzenie jego akt w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i uzyskałem odpowiedź, że jego teczki nie ma. Wydawało się to mało prawdopodobne, tym bardziej że początki jego zaangażowania w politykę były dość przyzwoite – jako student, w 1968 roku, został aresztowany i nawet przesiedział ze trzy miesiące. A jednak w archiwach po zainteresowaniu bezpieki Olechowskim nie znaleziono ani śladu. Poprosiłem go wtedy do siebie i powiedziałem mu wprost o moich wątpliwościach. On przyznał, że miała miejsce następująca historia: w czasie jego pracy za granicą – już nie pamiętam, czy było to w Banku Światowym czy w Międzynarodowym Funduszu – zgłosił się do niego wywiad amerykański z propozycją współpracy. Propozycji nie przyjął i miał prawny obowiązek zameldować o niej polskim władzom bezpieczeństwa. Na wypełnieniu tej formalności miały się skończyć jego kontakty ze służbami PRL. A dlaczego nie ma teczki – nie wiadomo. Niecałe trzy miesiące później teczka się jednak odnalazła. Olechowski podał się zresztą do dymisji jeszcze przed „nocną zmianą”. Niewątpliwie historia Olechowskiego może stanowić pewną ilustrację wewnętrznych problemów mojej ówczesnej ekipy, choć niekoniecznie akurat siły aparatu.
Nasze działania pozostają jednak pierwszą zasadniczą próbą zmiany obowiązującego w Polsce paradygmatu transformacji. Drugim takim momentem były lata 2005–2007. W obu przypadkach siły opozycyjne poniosły porażkę. Ani za pierwszym, ani za drugim podejściem nie mieliśmy po swojej stronie wystarczających sił i zmuszeni byliśmy do polegania na niewygodnych koalicjach. Mam nadzieję, że następnym razem będzie inaczej.
PRL i związane z nim skojarzenia ideowo-polityczne zagmatwały wiele spraw i pojęć. Pan jest traktowany jako „twarda” prawica, natomiast niejednokrotnie wspominał Pan, że wyrasta raczej z nurtu lewicy niepodległościowej. Czy czuje się Pan nadal spadkobiercą polskiej tradycji socjalistycznej, tej PPS-owskiej sprzed września 1939 r.?
Mam niestety poczucie, że z tej tradycji bardzo niewiele dzisiaj zostało. To jest problem, bo polska scena polityczna, żeby rzeczywiście uzyskać pełną autentyczność, potrzebuje prawdziwej lewicy – polskiej, niepodległościowej, a przede wszystkim propracowniczej. Takiej formacji w dzisiejszej Polsce nie mamy – Palikot to melina, SLD czy Kwaśniewski – pogrobowcy aparatu PRL-owskiego. Sam wychowałem się w środowisku bliskim ideałom przedwojennego demokratycznego socjalizmu. System stalinowski i późniejsze rządy PZPR – unikam określenia „komunistyczne”, bo trudno władzę po 1956 roku tak nazwać – przeprowadziły w sposób niezwykle skuteczny likwidację tej tradycji i tego ruchu. Moje poszukiwania ideowe i polityczne poszły w związku z tym w innych kierunkach. Z perspektywy pokolenia wychowanego w PRL-u słowo „socjalizm” zostało raz na zawsze zawłaszczone i naznaczone skojarzeniem z panującym systemem. Ja jestem jednak człowiekiem z innego pokolenia i we mnie słowo „socjalizm”, mimo całej propagandy, nie budzi obrzydzenia, przywodzi na myśl także pozytywne skojarzenia. Odróżniam ruch socjalistyczny od komunistycznego. Niestety wydaje się jednak, że skojarzenie z PRL jest niezwykle silnie i powszechnie zakorzenione, także u młodego pokolenia. Niewykluczone oczywiście, że powstanie nowy ruch polityczny, który przywróci socjalistyczne postulaty w nowej formie i języku, ale na odrodzenie tradycyjnej lewicy nie widzę perspektyw.
Dlaczego wielu ludzi takich jak Pan, pod względem korzeni ideowych i rodzinnych bliskich tradycji PPS-owskiej, skończyło w III Rzeczypospolitej po prawej stronie sceny politycznej?
Trudno skończyć na lewicy, której praktycznie rzecz biorąc, nie ma… Być może także dlatego, że w tej chwili to nurty tak zwanej prawicy – choć używam tego określenia w cudzysłowie, bo uważam, że mamy pod tym względem do czynienia z daleko posuniętym pomieszaniem pojęć, i momentami mam wrażenie, że nikt do końca nie wie, co jest „lewicą”, a co „prawicą” – podejmują kwestie rewindykacyjne i społeczne, które stanowią istotę tradycji PPS-u. Ludzie autentycznej lewicy społecznej zawsze stawiali je ponad postulatami obyczajowymi – choć pozostawali zwolennikami nieco większych swobód w tym zakresie, niż to wynikało z tradycji narodowo-katolickiej.
Historia okupacji i PRL-u zasypała w dużej mierze podziały pomiędzy stronnictwami Polski niepodległej, a przynajmniej ułatwiła ich przekraczanie, mimo że były one w przeszłości bardzo głębokie. Trudno to zjawisko wytłumaczyć, bo wiąże się bardzo ściśle z pewnym doświadczeniem pokoleniowym. Pamiętam z czasów dzieciństwa, jak ojciec zabierał mnie na manifestacje pierwszomajowe, między innymi na tę w maju 1939 roku. Pochód PPS-owski, w którym uczestniczyliśmy, szedł pod hasłami obrony niepodległości i odrzucenia żądań Hitlera wobec Polski. Na Krakowskim Przedmieściu, w okolicach uniwersytetu, wybiega bojówka, zapewne ONR-owska, i rzuca w stronę pochodu świecę dymną. Natychmiast pojawia się straż, policja nas odgradza. Dwa dni później, 3 maja, studenckie środowisko narodowe urządza ogromną manifestację pod grobem nieznanego żołnierza, pod dokładnie takimi samymi hasłami, pod jakimi szedł pochód PPS-u. Różnice, mimo że czas w tak, wydawałoby się, oczywisty sposób wymagał współdziałania, były tak zasadnicze, że nadal dochodziło do fizycznych starć.
Niecałe pół roku później przychodzi jednak wrzesień i to wszystko się kończy, różnice polityczne przestają się liczyć. Najistotniejszym ogniwem tego procesu jest powstanie wielonurtowego Polskiego Państwa Podziemnego, którego zarówno PPS, jak i ruch narodowy stają się podstawowymi składowymi.
Powiedział Pan, że dla lewicy społecznej najistotniejsze są kwestie rewindykacyjne. Dlaczego zatem, gdy bezpośrednie zagrożenie dla niepodległości mija, część jej ideowych spadkobierców godzi się na akces do obozu w sprawach społeczno-gospodarczych amorficznego, w którym solidaryści zasiadają obok skrajnych liberałów?
Uważam liberałów w Polsce, niezależnie od ich przynależności partyjnej, za pewnego rodzaju nieporozumienie. Ich diagnoza sytuacji i polityczne postulaty są w moim mniemaniu całkowicie oderwane od rzeczywistości i potrzeb społecznych. Przeżyliśmy upadek komunizmu, mieliśmy okazję oglądać rzeczy i zjawiska fascynujące, a czasem tragiczne. Przez ponad 40 lat PRL-u nasz odbiór tego, co działo się w świecie zachodnim, był w znacznej mierze zniekształcony. Świadomość przemian, jakie tam zachodzą, również była więc ograniczona. Europa z 1945 roku była czymś zupełnie innym niż Europa, z którą zetknęliśmy się po 1989 roku. Co innego znaczyło już pojęcie chrześcijańskiego demokraty, co innego socjalisty… Liberalizm polski, w swojej radykalnej formie, był po części owocem tego niezrozumienia najnowszej historii zachodniej Europy. Dzisiaj, po kolejnych dwudziestu paru latach, powinniśmy jednak mieć dużo lepszy ogląd – zarówno tego, co na Zachodzie, jak i skutków, jakie liberalne recepty przyniosły na naszym gruncie. Otrząśnięcie się z liberalnych ideologii utrudnia jednak kondycja nauk ekonomicznych w Polsce. Pokutuje wieloletnia ideologizacja tej dziedziny w okresie PRL-u – niezależne poglądy można było wówczas wypracować i kultywować wykładając na uniwersytecie fizykę, matematykę, może literaturę obcą, ale na pewno nie na wydziałach ekonomicznych czy politologicznych. W ekonomii do dziś ton nadają ludzie, którzy, jak Balcerowicz, przeszli przez tego typu selekcję, robili karierę w aparacie PRL na głoszeniu marksistowskiej ideologii gospodarczej, a następnie przechodzili, często w ciągu jednego dnia, nawrócenie na nową ideologię. Obserwowanie tych nawróceń było nawet z psychologicznego punktu widzenia ciekawe. Ale trudno oczekiwać, żeby tego typu kadra naukowo-dydaktyczna, premiowana dodatkowo występami w massmediach, gwarantowała wysoki poziom refleksji nad ekonomią u kolejnych pokoleń.
Czy nie obawia się Pan, wobec, mówiąc eufemistycznie, daleko posuniętego pluralizmu w sprawach gospodarczych w ugrupowaniach wywodzących się z opozycji niepodległościowej, że po hipotetycznym zwycięstwie wyborczym okaże się, iż władzę nad gospodarką znów zgarną liberałowie?
Polityka społeczna i gospodarcza najbliższych lat do pewnego stopnia będzie wymuszana koniecznościami, by tak rzec, życiowymi. Każdy, niezależnie od wyznawanej ideologii, będzie musiał stawić czoła problemowi demograficznemu. Jeżeli nie nastąpią zasadnicze zmiany w polityce społeczno-gospodarczej, staniemy się wymierającym społeczeństwem. Jeszcze 15 lat temu byliśmy jednym z najzdrowszych pod względem demograficznym społeczeństw w Europie, a dziś lądujemy w rankingach ONZ-u na szóstym-siódmym miejscu od końca. Jeśli ten trend się utrzyma, to będziemy mogli sobie wprowadzać dowolne modele i głosić rozmaite ideologie, socjalizm, komunizm albo liberalizm, ale efekt będzie zawsze ten sam: nędza – nędza ludzi starych, pozbawionych szans na godne życie. Jesteśmy dziś bliscy wejścia na tę drogę.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, lato 2013 r.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Tyle dróg budują, ale nie ma dokąd iść – to stwierdzenie, uporczywie przypisywane Janowi Himilsbachowi, a pochodzące z utworu Maksyma Gorkiego, można z powodzeniem zastosować do dzisiejszej rzeczywistości informacyjnej. W zasięgu ręki mamy mnóstwo sposobów pozyskiwania wiadomości, poszerzania wiedzy, poznawania faktów – ale czy rzeczywiście wiemy wiele i czy jesteśmy rzetelnie informowani?
W szumie informacyjnym coraz trudniej się poruszać. Wielość dostępnych kanałów przekazu powoduje, że selekcja i orientacja w newsach, problemach i tematach przekracza nasze możliwości biopsychiczne, nie mówiąc o prozaicznym braku czasu. Truizmem jest oczywiście przekonywanie czytelników pisma takiego jak nasze, że informacje niewygodne dla obozu władzy i pieniądza mają o wiele mniejsze szanse na przebicie się z przyczyn politycznych, nie technicznych i organizacyjnych. Mając to wszystko na uwadze, kto wie zatem, czy wbrew pozorom i przekonaniom nie jesteśmy dziś poinformowani gorzej niż pokolenia naszych rodziców i dziadków.
W bieżącym numerze przygotowaliśmy zestaw tekstów, które – mamy nadzieję – zwrócą Waszą uwagę na zjawiska i problemy trudne do wyłowienia w medialnym szumie lub prawie w nim nieobecne. Rozmowa z Janem Olszewskim zawiera wiele wątków nieoczywistych i niekoniecznie znanych nawet zwolennikom premiera. Rafał Chwedoruk z kolei opowiada o polskiej scenie politycznej i jej odmienności na tle innych krajów czy książkowych definicji, a także o skutkach tego „pomieszania z poplątaniem”. Z wywiadu z Wojciechem Woźniakiem dowiemy się m.in. tego, że nierówności społeczne są w Polsce znaczne oraz niezwykle dotkliwe nawet na tle państw stanowiących symbole liberalizmu gospodarczego – i że nikt z decydentów się tym nie przejmuje i nie zajmuje.
To nie koniec niespodzianek. Jeden z tekstów przynosi informację, że gdyby każdemu dorosłemu Polakowi wręczyć co miesiąc 1000 PLN, oferując w ten sposób wszystkim rodakom podstawy przetrwania, wydalibyśmy z budżetu wcale nie tak wiele więcej, niż dzisiaj wynoszą koszty ogółu świadczeń społecznych. Kolejny artykuł prezentuje Polskę jako wschodzącą potęgę w produkcji nowoczesnych środków transportu publicznego – i jednocześnie przypomina, że nasz kraj staje się coraz bardziej zacofany pod względem organizacji systemu owego transportu. Troje autorów przedstawia natomiast analizę wykazującą, że to, co uznajemy za rzetelne sondaże postaw i opinii, często bywa mocno naciągane, a wręcz zmanipulowane.
Jeśli chodzi o tematykę zagraniczną, rozprawiamy się przede wszystkim z mitem Margaret Thatcher. Nasz autor dowodzi, że nie tylko pod względem społecznym, ale także w wielu sferach gospodarki rządy Żelaznej Damy oznaczały regres, upadek i roztrwonienie aktywów decydujących o rozwoju. Dwa inne teksty omawiają natomiast problem chiński – pojawia się coraz więcej oznak świadczących, że pomału odchodzi do przeszłości sytuacja, w której ogromna ilość produktów była opatrzona metką made in China. Jeden z redaktorów „Nowego Obywatela” na podstawie fachowego raportu inżynierów amerykańskich omawia stan infrastruktury w USA – z opisu wyłania się obraz kraju, który w wielu miejscach po prostu się… rozsypuje, choć kojarzymy go przecież z potęgą, bogactwem i nowoczesnością. Mamy też coś o Niemczech. Państwo symbolizujące ład i porządek jest wystawione na działania nie tylko zwykłych lobbystów i innych nieciekawych person załatwiających własne interesy wbrew dobru wspólnemu, ale można tam znaleźć rozgałęzione struktury i formy zależności, które w Polsce nazywamy „układem”.
To oczywiście nie wszystko, co przygotowaliśmy. Zapraszamy do lektury z nadzieją, że będzie ona pouczająca.