przez Konrad Malec | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Spółdzielnie socjalne osób niepełnosprawnych dają nie tylko możliwość zarobkowania. Są także miejscem samorealizacji i reintegracji społecznej.
Impuls do założenia wielu takich spółdzielni wyszedł od organizacji pozarządowych. Członkowie stołecznej Spółdzielni Socjalnej PETRIO trafili tam z Warszawsko-Praskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych. Zespół konińskiej Spółdzielni Socjalnej „Otwarci” współtworzą wolontariusze i podopieczni Fundacji na Rzecz Rozwoju Dzieci i Młodzieży „Otwarcie”, która merytorycznie wspiera młodą inicjatywę. Cieszyński „Nowy Horyzont” ma korzenie w Stowarzyszeniu Pomocy Wzajemnej „Być Razem” i Cieszyńskim Stowarzyszeniu Ochrony Zdrowia Psychicznego „Więź”. Z kolei Spółdzielnię Socjalną „Republika Marzeń” powołali niepełnosprawni, bezrobotny i Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Infrastruktura oraz praktyczna wiedza organizacji społecznych na temat możliwości i ograniczeń osób niepełnosprawnych są tutaj bezcennym wsparciem.
Niektóre organizacje idą jeszcze dalej. Doświadczenia zdobyte w toku prowadzenia centrów integracji społecznej oraz środowiskowych domów samopomocy umożliwiły Stowarzyszeniu na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Społeczno-Gospodarczego KLUCZ i Chrześcijańskiemu Stowarzyszeniu Dobroczynnemu powołanie w Kluczach (woj. małopolskie) OPOKI – pierwszej w Polsce spółdzielni socjalnej założonej i prowadzonej przez stowarzyszenia.
Inicjatorem bywa także samorząd. Wyszkowska Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna SzRON nie powstałaby, gdyby nie burmistrz Grzegorz Nowosielski i jego pełnomocnik Artur Laskowski. Obiecali oni niepełnosprawnym zlecenia, jeśli tylko ci zorganizują się w formie kooperatywy. Zdarzają się także godne naśladowania spółdzielnie powstające zupełnie oddolnie, będące dowodem na to, że trudne doświadczenia osobiste można wspólnie przekuć w coś konstruktywnego. Dobre przykłady stanowią tutaj Spółdzielnia Socjalna „50+”, założona przez grupę gdyńskich „amazonek” (kobiet po amputacji piersi), a także Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna „Supermediafon” z Wrocławia – efekt samoorganizacji grupy niewidomych.
Czasami stworzenie przestrzeni samorealizacji jest nawet ważniejsze niż umożliwienie zarobkowania. – Spółdzielnia powstała, aby osoby niepełnosprawne mogły realizować swoje pasje, przy okazji zarabiając – mówi Paulina Łysiak, wiceprezes zarządu „Republiki Marzeń”.
Z czym do ludzi?
Choć spółdzielnia socjalna jest czymś więcej niż przedsiębiorstwem, ostatecznie o jej przetrwaniu i rozwoju decyduje satysfakcja klientów. Dobrze działające spółdzielnie wygrywają na rynku ceną, jakością lub unikatowymi produktami i usługami, a najczęściej kombinacją tych cech.
– To, że jesteśmy socjalni, nie oznacza, że nie stajemy w szranki z normalnymi podmiotami. Wygrywamy przetargi na obsługę szkoleń i dostarczanie cateringu dla dużych firm, nawet w Krakowie – chwali się Agnieszka Ścigaj, wiceprezes OPOKI. – Pierwsze zamówienie zrobiliśmy z przekonania, że powinniśmy wspierać ekonomię społeczną. Dziś już nie korzystamy z usług innych firm, a mamy w regionie kilka naprawdę dobrych. Zamawiamy w OPOCE, bo nikt nie zapewni nam równie wysokiej jakości w takiej cenie – zachwala Kazimierz Ściążko, wójt gminy Klucze. Podobnie było ze SzRON-em. – Już nie musimy się nawet reklamować, klienci sami przychodzą, bo wiedzą, że można się po nas spodziewać solidności – wyjaśnia wiceprezes Iwona Kowalewska.
Na dłuższą metę „branie na litość” raczej nie sprawdza się jako pomysł na biznes. Poza tym spółdzielcy mają większe ambicje. – Nie chcemy zleceń na zasadzie „dajmy im, bo to spółdzielnia socjalna”. Nasze produkty mają być dobre i konkurencyjne – deklaruje wiceszefowa „Republiki Marzeń”, producenta m.in. okolicznościowych kartek ilustrowanych pracami artystów współpracujących ze spółdzielnią. Wtóruje jej Angelika Chrapkiewicz-Gądek, druga wiceprezes: Z rysunków, które otrzymujemy, staramy się wybrać najlepsze i najciekawsze. Liczy się wartość artystyczna, a nie sam fakt, że są to prace osób niepełnosprawnych. Bywa, że wzory trafiające na kartki, kubki, koszulki i torby powstają na specjalne zamówienie firm czy instytucji.
Przystępna cena i wysoka jakość mogą nie wystarczyć, jeśli na dany produkt czy usługę nie ma zapotrzebowania. Dlatego starcie z rynkiem przetrwały głównie te spółdzielnie, które bardzo świadomie wybrały sferę swojej działalności. Świetnym przykładem jest „Nowy Horyzont”. Początkowy pomysł opierał się na przerobie odpadów z tworzyw sztucznych, jednak kryzys uczynił go nieopłacalnym. Spółdzielcy zareagowali zmianą profilu działalności, wykazując się niezbędną w biznesie elastycznością. Obecnie oferują usługi porządkowe o charakterze odróżniającym ich od całej lokalnej konkurencji. – Jako jedyni świadczymy usługi kompleksowo, tzn. nie tylko posprzątamy biuro, ale jeżeli jest w nim krzesło ze złamanym oparciem czy wisząca klamka, to je naprawimy. Oczywiście sprzątamy również na zewnątrz – wyjaśnia prezes spółdzielni, Paweł Przybyło, dodając, że jego ekipę odróżnia od konkurencji także dokładność.
Świetny przykład trafnej identyfikacji niezaspokojonych potrzeb lokalnego otoczenia stanowi „50+”. Spółdzielczynie świadczą usługi jako opiekunki środowiskowe lub asystentki osób schorowanych i samotnych. Bezpośrednią inspiracją była historia jednej z koleżanek, która poprosiła o towarzyszenie jej w męczących dojazdach na zabiegi w innym województwie. – Nie wymagała stałej opieki, a tylko pomocy jednego dnia w tygodniu – wspomina Grażyna Skorupka, liderka spółdzielni. Wówczas panie zdały sobie sprawę, że wokół nich jest więcej osób potrzebujących wsparcia czy wyręki w części życiowych czynności, a jednocześnie chcących i mających możliwość za to zapłacić.
Nierzadko identyfikację niszy rynkowej umożliwiają własne doświadczenia członków spółdzielni. „Supermediafon” posiada w ofercie m.in. innowacyjne produkty, jakimi są etykietki i wizytówki pisane alfabetem Braille’a. – Jako niewidomi najlepiej rozumiemy potrzeby osób takich jak my. Przykładowo, nie każdy materiał w równym stopniu nadaje się do zapisu brajlem – zauważa prezes spółdzielni, Paweł Bogdała. Ofertę uzupełniają m.in. szkolenia informatyczne dla niewidomych: mając za prowadzącego osobę im podobną, łatwiej uwierzyć, że nauczenie się obsługi komputera leży w zasięgu możliwości.
Na doświadczeniu swoich członków bazuje także spółdzielnia z Konina, szyjąca odzież adaptacyjną dla niepełnosprawnych ruchowo, w zasadzie nieobecną na polskim rynku. Osoby w pełni sprawne nie zdają sobie sprawy, że dodatkowy suwak może przesądzić o możliwości samodzielnego ubrania się, a nieco zmodyfikowany krój – ułatwić poruszanie na wózku. – Nasze produkty mają być nie tylko wygodne, ale także atrakcyjne i modne – podkreśla Andżelika Smorawska, szefowa „Otwartych”, specjalistka w zakresie projektowania odzieży.
Są jednak i antyprzykłady. – Niestety, spotkaliśmy się z postawami: „weźmiemy dotację, a potem będziemy myśleć” lub ze świetnymi pomysłami, jednak bez rozpoznania rynku. Ten drugi przypadek dotyczył naszych znajomych, niepełnosprawnych matematyków i informatyków. Przykro było patrzeć, jak bankrutowali – wzdycha I. Kowalewska. Paulina Łysiak zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię: Trzeba intensywnie działać, np. pozyskiwać zlecenia już na pół roku przed rejestracją spółdzielni. Startujemy mając 0 zł na koncie, a po miesiącu trzeba wypłacić pierwsze pensje…
Dla każdego coś potrzebnego
O ile chwytanie zbyt wielu srok za ogon nie jest w biznesie zalecane, mądre poszerzanie zakresu działalności zwykle wychodzi na zdrowie. Tym tropem poszła spółdzielnia z Wyszkowa, której jeszcze przed rejestracją burmistrz obiecał powierzyć obsługę lokalnej sieci wideomonitoringu. Kooperatywa zauważyła również, że w pobliżu budynku Urzędu Miasta brakuje punktu ksero. – Dzięki uprzejmości burmistrza udało nam się uzyskać powierzchnię w samym urzędzie, wykrojoną z jego własnej kancelarii – wspomina Kowalewska. To nie koniec dywersyfikacji źródeł dochodów: w dalszej kolejności SzRON otworzył wypożyczalnię rowerów, której ofertę z czasem poszerzył o kajaki.
Pracownice spółdzielni z Klucz, pięć kobiet po trzymiesięcznym kursie przygotowawczym, rozpoczęły od gotowania dań jednogarnkowych. Rozwój oferty był możliwy dzięki zaradności ich szefowych – sprowadziły do spółdzielni mistrza kucharskiego, który spędził z podopiecznymi OPOKI kilka dni. Od tamtej pory podobne zaproszenia są co jakiś czas wysyłane do specjalistów z zakresu gastronomii, jednak kuchmistrzynie również same wyszukują i testują nowe przepisy. Zwieńczeniem rozwoju „działu kulinarnego” było otwarcie pierwszej w gminie restauracji. Przewidziany na nią lokal wymagał kapitalnego remontu, który wykonali… wyszkoleni przez spółdzielnię budowlańcy, mający już za sobą także pierwsze zlecenia zewnętrzne. W dalszej perspektywie OPOKA ma zamiar m.in. prowadzić usługi opiekuńcze dla seniorów oraz stworzyć zakład rehabilitacyjny.
Dla gdyńskich amazonek, które poza usługami opiekuńczymi zajmowały się dystrybucją miejskich materiałów promocyjnych, dodatkowym polem działalności stało się rękodzieło. Wytwarzają m.in. korale oraz kapelusze z filcu. – Rozwijamy swoje pasje i przy okazji zarabiamy – podsumowuje p. Grażyna.
Korzyści ze współpracy
Choć dobry biznesplan to podstawa, nie sposób przecenić wagi przyjaznego otoczenia instytucjonalnego. Wsparcie samorządu dla spółdzielni może mieć postać m.in. nieodpłatnego przekazywania budynków (tak było choćby w przypadku OPOKI), ale przede wszystkim – zleceń. Dla Spółdzielni Socjalnej Józefowskie Centrum Rehabilitacji Zawodowej i Społecznej z Józefowa (woj. lubelskie) stanowią one wręcz podstawę funkcjonowania. – Oparliśmy się na pracach, które może wykonać każdy. Głównym filarem naszej działalności jest szeroko rozumiane sprzątanie: zbieranie śmieci z koszy miejskich, ich segregacja, dbanie o czystość w szkołach oraz innych instytucjach publicznych. Obsługujemy stadion miejski (oddelegowana osoba m.in. kosi tam trawę), szalet publiczny oraz dworzec autobusowy. Latem dbamy o tereny zielone, zimą o odśnieżanie – relacjonuje wiceprezes Jarosław Dziura. Burmistrz był tak zadowolony z jakości i cen usług świadczonych na rzecz społeczności miasteczka, że zainicjował powstanie kolejnej spółdzielni socjalnej.
Rozwój „firm społecznych” będzie w istotnym stopniu zależeć od zrozumienia idei spółdzielczości socjalnej przez samorządowców. Coraz więcej z nich dostrzega, że wspierając spółdzielnie socjalne, mogą nie tylko obniżyć koszty realizacji zadań publicznych, ale również rozwiązywać problemy społeczne, zwłaszcza związane z długotrwałym bezrobociem.
Znakomitym instrumentem wsparcia spółdzielni są, a raczej mogłyby być, tzw. klauzule społeczne. – Startujemy w przetargach, ale nieczęsto udaje nam się wygrać. Bardzo pomogłyby nam zapisy przyznające dodatkowe punkty podmiotom ekonomii społecznej lub firmom, które zobowiążą się część pracy zlecić spółdzielni socjalnej – wyjaśnia Tomasz Knepka, prawnik z bydgoskiej Spółdzielni Socjalnej „Kreatywni”. – Braliśmy udział w dwóch przetargach, oba przegraliśmy. Ustawodawca nałożył na nas obowiązki społeczne, które chętnie spełnimy, ale władze Warszawy nie widzą różnicy między raczkującym przedsiębiorstwem społecznym a potężną, międzynarodową korporacją i zmuszają nas do konkurowania z gigantami – mówi Cezary Tomasz Bykowski, szef PETRIO.
Klucze do pracy
„Kreatywni” zatrudniają ponad 30 osób, w większości niepełnosprawnych w stopniu umiarkowanym lub znacznym. – Są wśród nas osoby dotknięte wszelkimi typami dysfunkcji, od ruchowej po upośledzenia umysłowe – informuje T. Knepka. SzRON daje pracę 9 osobom, z czego 6 posiada orzeczenie o znacznej lub umiarkowanej niepełnosprawności. PETRIO liczy 7 osób (w tym jedną pełnosprawną, długotrwale bezrobotną), 5 z 6 członków „Supermediafonu” jest niewidomych, z kolei „Nowy Horyzont” skupia przede wszystkim osoby po kryzysach psychicznych. – W większości są to osoby, które pracowały zawodowo, jednak w wyniku zdiagnozowania lub pogłębienia się choroby straciły tę pracę – wyjaśnia p. Paweł. Wyjątkowo dużym pracodawcą jest OPOKA – zatrudnia 40 osób, z których większość posiada orzeczenia o niepełnosprawności. Oprócz nich w spółdzielni pracuje pięć osób mających za sobą długotrwałe bezrobocie.
Kluczem do sukcesu jest dostosowanie pracy do rodzaju niepełnosprawności i odpowiednie kierowanie nią. – Przykładowo, nasz niesłyszący pracownik budowlany wykonuje większość prac, nie jest jedynie dopuszczany do tych maszyn, których obsługa wymaga sprawnego słuchu – wyjaśnia A. Ścigaj. – Nowoczesne kserokopiarki są bardzo wysokie, mają wielkie pojemniki na papier, przystawki do bindowania itp. Aby mogła je obsługiwać osoba na wózku, musieliśmy poczekać trzy miesiące, aż w fabryce ucięto spód maszyny, a jej przystawki funkcjonują osobno – informuje wiceprezes SzRON-u. W krakowskim budynku Fundacji „Mimo Wszystko”, z którego korzysta „Republika Marzeń”, udogodnienia dla każdego rodzaju niepełnosprawności widać na każdym kroku. – Duże korporacje często nie respektują konieczności dostosowania miejsca do możliwości swoich niepełnosprawnych pracowników. Nasza firma pamięta, kogo zatrudnia – zapewnia p. Paulina. Od początku cały pomysł na spółdzielnię opierał się na możliwościach osób z dysfunkcjami. – Oczywiście są rzeczy, których nie wykonają, ale po to zatrudniamy także osoby zdrowe.
Również organizacja pracy w tego rodzaju kooperatywach musi uwzględniać potrzeby wszystkich pracowników. – Działamy na dwie zmiany, ale jeśli ktoś nie może pracować popołudniami, np. z powodu rehabilitacji, wówczas pracuje od rana. Do potrzeb naszych podopiecznych podchodzimy indywidualnie – deklaruje p. Agnieszka.
Przyjęta formuła i zakres świadczonych usług dobrze współgrają z potrzebami kooperatystek z „50+”. – Zawsze mogę na przykład umówić się z podopiecznym, że przyjdę na 10?:?00, dzięki czemu między 8?:?00 a 9?:?00 będę mogła uczestniczyć w zajęciach rehabilitacyjnych – precyzuje G. Skorupka. Z kolei np. prowadzenie księgowości w spółdzielni – a więc „na własnym” – można sobie rozłożyć na więcej godzin, wykonując tę pracę spokojniej.
Większość spółdzielni socjalnych osób niepełnosprawnych podkreśla, że tworzone miejsca pracy mają unikalny charakter. – Naszym szwaczkom niepełnosprawność umysłowa lub fizyczna uniemożliwia znalezienie zatrudnienia na otwartym rynku – podkreśla prezes Smorawska. Zanim trafili do „Otwartych”, zajęcia nie mogli znaleźć także informatycy, gdyż pracodawców odstraszała ich „inność”, będąca efektem np. mózgowego porażenia dziecięcego. W przypadku członkiń spółdzielni „50+”, których szanse na rynku pracy ograniczają dodatkowo wiek oraz płeć, ważną motywacją do założenia kooperatywy była stosunkowo niewielka liczba przepracowanych lat w związku z perturbacjami wywołanymi chorobą. Podjęcie przez nie pracy wydłuża emerytalny okres składkowy i daje lepsze zabezpieczenie na przyszłość.
Sobie i innym
– Spółdzielnie socjalne mają misję społeczną, tak jak stowarzyszenia i fundacje, a jednocześnie są podmiotami biznesowymi. Ta dwoistość daje ciekawe możliwości poprawiania jakości życia osób, dla których zostały powołane – zauważa Paweł Bogdała.
Szczególnie dobry przykład stanowi tutaj „50+”. – Jedna osoba to mało, a w kupie jest siła – podkreśla z przekonaniem prezes Skorupka. Spółdzielczyniom udało się m.in. zorganizować turnus rehabilitacyjny, z którego skorzystały także inne kobiety po mastektomii. Z kolei dzięki udanemu startowi w miejskim konkursie na organizację czasu wolnego osób w wieku 55+ członkinie kooperatywy oraz ich sąsiadki z osiedla Karwiny mogą uczęszczać na zajęcia fitness, których cena i intensywność są dopasowane do ich możliwości. Podobnie dzięki uczestnictwu „Nowego Horyzontu” w jednym z unijnych projektów cieszyńscy spółdzielcy mają stały dostęp do prawnika i psychologa, na których usługi na rynku komercyjnym nie byłoby ich stać. Samoorganizacja w formie spółdzielni ułatwia także realizowanie pasji. – Wspólnie jeździmy na zawody sportowe i mamy sporo sukcesów na koncie – nie kryje dumy wiceprezes SzRON-u.
Spółdzielczość to wreszcie możliwość samorealizacji poprzez działania na rzecz innych. I tak SzRON stał się nieformalnym pośrednikiem pracy. – Nie chcemy wyręczać urzędników, ale często przychodzą do nas ludzie poszukujący zatrudnienia, szczególnie niepełnosprawni. Nie mamy tyle pracy, by dać ją wszystkim, ale często wiemy, kto szuka pracowników, co umożliwia nam skomunikowanie zainteresowanych – opowiada p. Iwona. Spółdzielcy z Odrzańskiej Spółdzielni Socjalnej z Krosna Odrzańskiego (woj. lubuskie) aktywnie współpracują z miejscowymi stowarzyszeniami, razem organizując szkolenia i warsztaty, zaś kooperatyści z „Republiki Marzeń” społecznie wspomagają przedszkole dla niepełnosprawnych, m.in. organizując imprezy okolicznościowe. – Te dzieci widzą, że jesteśmy do nich podobni, a mimo to pracujemy i funkcjonujemy jak każdy inny. To im pokazuje, że kiedy dorosną, też będą mogły normalnie żyć – przekonuje p. Angelika.
„Republika Marzeń” uzyskała dofinansowanie na warsztaty fotograficzne dla niepełnosprawnych umysłowo, ale już ogólnopolski konkurs poetycki zamierza animować „o własnych siłach”. – Naszym celem jest promocja sztuki osób niepełnosprawnych – podkreśla P. Łysiak. – Znam wiele niesamowicie zdolnych osób, które swoje prace chowały do szuflady, wstydziły się.
Więcej niż praca
Dla niepełnosprawnych praca ma jeszcze większe znaczenie psychologiczne niż dla zdrowych. – Pozwala przełamać nawyk siedzenia w domu, w najlepszym razie w towarzystwie najbliższych. Wielokrotnie widziałam osoby mające problem w kontakcie z ludźmi, cierpiące na silne natręctwa. Dzięki pracy udawało im się przełamać ograniczenia, a nawet zmniejszyć wiele objawów chorobowych, a w konsekwencji poprawić codzienne funkcjonowanie i zwiększyć samodzielność – mówi Beata Kurczewska z łódzkiego Towarzystwa Przyjaciół Niepełnosprawnych. Przy jego wsparciu powstała Spółdzielnia Socjalna „Ksero Zawisza”, zrzeszająca osoby mające problemy ze zdrowiem psychicznym. Spostrzeżenia psycholożki podziela p. Grażyna: Gdybyśmy nie założyły spółdzielni, to, tłumacząc się chorobą, mogłybyśmy do godziny 13?:?00 chodzić w szlafroku, bo to mnie boli, tamto mnie boli… Odkąd podjęłyśmy pracę, nie mamy takiej możliwości i już nic nas nie boli.
To, że w spółdzielniach osób niepełnosprawnych zazwyczaj pracują również osoby zdrowe, sprzyja integracji społecznej. – Po paru miesiącach zaobserwowaliśmy, że wszyscy traktują się partnersko i z szacunkiem – wspomina psycholog. – Dla osób z dysfunkcjami ważne jest samo wyjście z domu, praca i kontakt z innymi osobami – potwierdza p. Tomasz, opowiadając, jak między pracownikami rodzą się przyjaźnie, które owocują świetną atmosferą w spółdzielni.
Panie z „50+” nieustannie podkreślają, że dzięki swojej działalności miały okazję poznać tyle wspaniałych osób z całej Polski. Co więcej, praca opiekunek pozwala im częściowo zaspokoić potrzeby rodzinne. – Jesteśmy w takim wieku, że część z nas straciła już rodziców. Jak się ma 60 lat, to fajnie jest, kiedy pani mająca 80 nas przytuli – mówi p. Grażyna.
Również liderka „Otwartych” przekonuje, że spółdzielnia to dla jej podopiecznych nie tylko miejsce pracy. – To możliwość urzeczywistnienia swoich pasji. Tym, co do tej pory robili „po kątach”, mogą się obecnie zajmować zawodowo, a efekty ich pracy są widoczne. Na dodatek dają coś innym, co jest dla nich bardzo ważne.
Dotknąć zarządzania
Spółdzielcze ideały zakładają partycypację w zarządzaniu wspólnym przedsięwzięciem. Z kooperatywami niepełnosprawnych, zwłaszcza zakładanymi przez osoby prawne, bywa nieco inaczej. Bardzo często pracują w nich osoby, które nie są w stanie kierować nawet własnymi losami. „Ideowe” spółdzielnie dokładają jednak starań, by na miarę ograniczeń wszyscy pracownicy brali współodpowiedzialność za siebie oraz firmę. – Chcemy, aby każdy, kto jest do tego zdolny, „dotknął” zarządzania. Dlatego niemal wszyscy nasi pracownicy rotacyjnie pełnią funkcje kierowników, np. kuchni czy zaopatrzenia. I to działa: kiedy mnie ani Agnieszki nie ma, a często wyjeżdżamy, wszystko tutaj funkcjonuje normalnie – cieszy się prezes OPOKI, Agata Swędzioł.
Umiejętne włączanie pracowników w życie spółdzielni przekłada się na jej sukces. – Na początku byliśmy „my” i „oni”; każde pięć minut dłużej było przez pracowników liczone do nadgodzin. Dziś mówią: nasza OPOKA, a odkąd zaciągnęliśmy kredyt, pracują jeszcze ciężej, by go spłacić. Poczuli, że OPOKA należy do nich, że są jej częścią – mówi p. Agnieszka.
Mury i bariery
Kluczewska spółdzielnia podjęła starania o utworzenie zakładu aktywizacji zawodowej – miejsca, w którym niepełnosprawni przechodziliby rehabilitację zawodową i społeczną. Zgodnie z prawem ZAZ-y mogą być zakładane przez gminy, powiaty, fundacje, stowarzyszenia i inne organizacje społeczne. Początkowo urzędnicy uznali OPOKĘ za zwykłą firmę i odmówili zgody na prowadzenie ZAZ-u; pokazuje to, jakim problemem bywa niezrozumienie idei przedsiębiorczości społecznej, spotykane nawet na wysokich szczeblach administracji. Szefowe spółdzielni nie złożyły jednak broni i zaczęły lobbować u wojewody oraz w samorządzie województwa. Efekt: od 15 czerwca 2012 r. przy OPOCE działa zakład aktywizacji.
Z kolei bariery, jakie napotkał SzRON, miały przede wszystkim charakter mentalny. – Komendant chciał, by monitoring obsługiwali emerytowani policjanci. Nie wyobrażał sobie, jak to będzie, kiedy do komendy wjadą osoby na wózkach, obawiał się ponadto wycieku informacji, które nie powinny wyjść poza jej mury. Po dłuższym „przeciąganiu liny” zaprosiliśmy go na kawę. Po rozmowie lody puściły – relacjonuje I. Kowalewska.
Sporo spółdzielni narzeka na powiatowe urzędy pracy. – Chcieliśmy nawiązać współpracę i wysłać niepełnosprawnych na szkolenia, po których mieliby rzeczywiste szanse na zatrudnienie na otwartym rynku. Niestety, urząd woli trzymać ich u siebie, aby w kółko organizować nieprzydatne szkolenia, dzięki czemu może pobierać pieniądze na aktywizację wykluczonych z rynku pracy – mówi wiceszefowa SzRON-u. – PUP-y mogą dawać pieniądze na tworzenie w spółdzielniach miejsc pracy dla niepełnosprawnych; mogą, ale nie muszą. I nie dają: żadna znana mi spółdzielnia socjalna nie otrzymała takich środków.
O wszelkich trudnościach spółdzielcy na ogół mówią niechętnie. Wolą koncentrować się na osiągnięciach. – Jeśli jest dobry zespół, można przejść przez wszystkie problemy – deklaruje p. Justyna Kiwert, prezes Odrzańskiej Spółdzielni Socjalnej. – Wiele osób, które były u nas na wizytach studyjnych, przekonało się, że to możliwe. Z większością mamy żywy kontakt, dzięki czemu wiemy, że im też się udało – mówi z dumą Grażyna Skorupka.
Konrad Malec
współpraca Michał Sobczyk
Tekst jest skróconą i zaktualizowaną wersją rozdziału książki „Spółdzielnia socjalna osób niepełnosprawnych. Poradnik”, wyd. Krajowy Związek Spółdzielni Inwalidów i Spółdzielni Niewidomych, 2011.
przez Joanna Jurkiewicz | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Media głównego nurtu przedstawiają związki zawodowe jako organizacje, które reprezentują tylko niewielką część klasy pracującej: czterdziestoletnich mężczyzn zatrudnionych na umowę o pracę, ubranych w koszule z niebieskimi kołnierzykami. Choć etatowi pracownicy fizyczni stanowią grupę społeczną, w której poziom uzwiązkowienia jest relatywnie wysoki, to związki zawodowe rozwijają się również w branżach nieznających fordowskiego reżimu produkcji.
Przynajmniej od lat 20. XX wieku do związków wstępowały osoby zatrudnione niestandardowo – byli wśród nich także pracownicy z „szarej strefy”. Dzisiaj ta tendencja się wzmaga. Związkowcami stają się zarówno przedstawiciele nowych kategorii pracujących, które wyłoniły się wraz z nadejściem zglobalizowanego systemu produkcji, jak i osoby zatrudnione dotychczas w obrębie nieoficjalnego sektora gospodarki. Związki zawodowe, które dążą do tego, by reprezentować i walczyć o prawa wszystkich pracujących, rozszerzają zakres działalności, tym samym zachęcając do wstąpienia w ich szeregi osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych, „nielegalnych” pracowników, kobiety, ludzi młodych i imigrantów.
Związki w czasach postfordyzmu
Ostatnie dekady to okres kryzysu związków zawodowych. Tracą zdolność do reprezentowania klasy pracowniczej, pogarsza się ich pozycja negocjacyjna. Najlepszą miarą siły i pozycji tych organizacji jest poziom uzwiązkowienia, czyli stosunek liczby faktycznych członków do potencjalnych. W zdecydowanej większości państw należących do OECD i Unii Europejskiej doszło do znaczącego spadku tego wskaźnika. W stosunku do złotego okresu w latach 60. poziom uzwiązkowienia zmalał w niektórych przypadkach nawet kilkakrotnie. Na przykład w Portugalii między 1978 a 2010 rokiem wskaźnik ten spadł z 61 do 19 proc. Negatywna tendencja dotknęła jednak przede wszystkim kraje byłego bloku wschodniego. W większości z nich gęstość uzwiązkowienia na początku lat 90. oscylowała w przedziale 70–80 proc., by w wyniku przemian gospodarczych spaść do poziomu kilkunastu, maksymalnie dwudziestu paru procent, co plasuje cały region na szarym końcu europejskiej stawki (wyjątkami są tylko Rumunia i Słowenia). Polska niestety jest jednym z państw, które wiodą prym w tej niechlubnej klasyfikacji, odnotowując spadek poziomu uzwiązkowienia z 55 proc. w 1989 r. do 15 proc. w roku 2010.
Głównymi przyczynami tego negatywnego trendu były w krajach Zachodu zmiany gospodarcze, dokonujące się latach 70. i 80. XX wieku. Coraz większego znaczenia nabierał sektor prywatny, jednocześnie w wyniku neoliberalnej polityki kurczył się sektor publiczny, w którym zwykle poziom uzwiązkowienia jest najwyższy. Swoje zrobiły także przemiany strukturalne – trudniej zorganizować się w małych firmach niż w wielkich halach produkcyjnych, typowych dla gospodarek powojennych. Co więcej, procesy globalizacyjne i restrukturyzacja zakładów pracy w latach 80., która miała pozwolić przedsiębiorstwom na szybsze reagowanie na fluktuacje i kryzysy, przyczyniły się do spadku stabilności pracy i upowszechnienia nowych norm zatrudnienia. Jednocześnie na zachodnich rynkach pracy pojawiało się coraz więcej kobiet, które wcześniej wykonywały nieodpłatną pracę w domu lub pracowały tylko na część etatu. Wraz z rozwojem usług i specjalistycznych technologii przybywało wysoko wyspecjalizowanych pracowników i freelancerów, którzy nie identyfikowali się z robotnikami.
Wszystkie te zjawiska odbiły się negatywnie na kondycji związków zawodowych, ponieważ etatowi pracownicy wielkich przedsiębiorstw stanowili trzon tych organizacji. Na niskie uzwiązkowienie w naszym kraju niewątpliwie wpływa fakt, że około 80 proc. aktywnych zawodowo Polaków pracuje w mikroprzedsiębiorstwach, które zatrudniają mniej niż 10 pracowników – tymczasem jest to minimalna liczba osób potrzebnych do założenia związku zawodowego.
Na zachodzie Europy potrzeba rewitalizacji związków zawodowych została zauważona i wyartykułowana już w połowie lat 90. Wówczas działacze, politycy i publicyści zwrócili uwagę, że związki muszą przedefiniować tożsamość i zmienić formy działalności, aby niekorzystne trendy ekonomiczne obrócić na swoją korzyść i przyciągnąć nowe kategorie pracujących. Organizacje pracownicze wraz ze zmierzchem fordyzmu nie stały się bowiem zbędne. Przeciwnie, osoby pracujące, lecz pozbawione praw i zabezpieczeń socjalnych, potrzebują reprezentacji jeszcze bardziej niż pracownicy chronieni stosunkiem pracy. Zmieniająca się rzeczywistość ekonomiczna postawiła więc przed związkami zawodowymi, których celem jest walka o cały świat pracy, nowe wyzwania, ale jednocześnie dała im szansę na powiększenie szeregów, jeśli tylko potrafią odpowiedzieć na potrzeby nowych pracujących.
Razem na odległość
W niektórych krajach Europy Zachodniej związki zawodowe już w latach 90. XX wieku zmieniły strategie, aby zdobyć poparcie nowych kategorii pracujących. W Szwecji w 1996 r. władze SIF (Svenska Industritjänstemannaförbundet – Szwedzki Związek Pracowników Przemysłu) rozpoczęły debatę nad włączeniem osób samozatrudnionych w szeregi organizacji. Zwolennicy takiego rozwiązania argumentowali, że to naturalna reakcja na zachodzące zmiany, których wynikiem był wzrost liczby „kontrahentów”. W 1998 r. SIF otworzył się na nowych członków i do 2003 r. wstąpiło do niego ok. 2100 samozatrudnionych.
Związek zawodowy, starając się dotrzeć do tych rozproszonych grup, nie obawia się sięgać po nowoczesne techniki marketingowe. SIF prowadzi na przykład kampanie telefoniczne, próbując pozyskać kolejnych członków podczas rozmowy telefonicznej. W czasie rozmów związkowcy oferują potencjalnym członkom m.in. świadczenia prawne. SIF każdemu samozatrudnionemu członkowi zapewnia w ciągu roku do dziesięciu godzin indywidualnych konsultacji w zakresie prawa biznesowego i kontraktowego. Efektywność tej metody rekrutacji jest dość duża: od 5 do 8 proc. osób, z którymi SIF prowadził rozmowy telefoniczne, przyłączyło się do związku. Dla porównania: w komercyjnych działach sprzedaży skuteczność w telefonicznym pozyskiwaniu nowych klientów uznaje się za wysoką już na poziomie 3 proc.
W Holandii w 1999 r. podobne działania zainicjowała FNV Bondgenoten (Federatie Nederlandse Vakbeweging Bondgenoten – Holenderska Federacja Związków Zawodowych „Sojusznik”), przyjmując na okres próbny samozatrudnionych przewoźników. Chcąc uniknąć potencjalnych konfliktów między „etatowymi” członkami a domniemanymi przedsiębiorcami oraz rozłamu wewnątrz związku, władze federacji zdecydowały się powołać osobną, ale blisko współpracującą ze związkiem-matką strukturę, która zrzesza wyłącznie samozatrudnionych – FNV Zelfstandige Bondgenoten. Podobnie jak SIF, nowo powstała organizacja rozpoczęła kampanie mailingowe i telefoniczne, dzięki którym zdobywała rocznie średnio 2000 nowych członków.
Obecnie nietypowe związki zawodowe w Holandii rozwijają się szybciej niż tradycyjne, których baza stopniowo się kurczy. Kluczem do sukcesu federacji były pakiety nowych usług, stworzonych z myślą o samozatrudnionych. Holenderscy samozatrudnieni nie mogą brać udziału w zbiorowych negocjacjach płacowych, gdyż w świetle prawa stanowiłoby to zmowę cenową. Dlatego FNV Zelfstandige Bondgenoten stworzyła ze składek członkowskich specjalne fundusze, z którego pokrywana jest pomoc prawna i socjalna. Związkowcy mogą liczyć na wsparcie prawników w sprawach dotyczących podatków i nieuregulowanych wynagrodzeń, a także podczas rozpraw sądowych. Ponadto związek uprawnia samozatrudnionych do korzystania z funduszu emerytalnego. Pakiet usług okazał się zachęcający, a w ramach FNV zaczęły wyłaniać się kolejne związki zawodowe dla „przedsiębiorców”. W 2007 r. skupiały one łącznie 25 000 członków. Za przykładem FNV poszły kolejne organizacje – AVV (Alternatief voor Vakbond – Alternatywny Związek Zawodowy) i CNV (Christelijk Nationaal Vakverbond – Narodowa Federacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych). Oferują one nowym członkom po preferencyjnych cenach m.in. ubezpieczenia od chorób i niezdolności do pracy.
Korzyści płynące ze wstąpienia do związków zawodowych doceniają również freelancerzy. We Francji w 2002 r. organizacja CFDT-Cadres (Confédération Française Démocratique du Travail Cadres – Francuska Demokratyczna Konfederacja Pracy „Kadra”) stworzyła Réseau des Professionnels Autonomes. Jest to sieć zrzeszająca menedżerów i wysoko wykwalifikowanych specjalistów, m.in. grafików, doradców, designerów, programistów i dziennikarzy. Jej członkowie mogą w ramach składek korzystać z profesjonalnych informacji i pomocy prawnej, a za dodatkową opłatą uzyskują uprawnienia do funduszu emerytalnego oraz ubezpieczenie zdrowotne. Związek stworzył też stronę internetową, która skupia geograficznie rozproszoną społeczność.
CFDT-Cadres nie jest zresztą jedyną strukturą, która do zorganizowania freelancerów korzysta z możliwości internetu. W Danii na przykład funkcjonuje „wirtualny” związek zawodowy – HK (Handels- og Kontorfunktionarernes Forbund – Związek Handlowców i Pracowników Biurowych). Prowadzona przez organizację strona www.freelance.dk oferuje indywidualną pomoc. Witryny mogą używać również zwykłe osoby, przedstawiając swoje oferty współpracy. Z tej publicznej przestrzeni na stronie internetowej korzysta również związek, który na podstawie zebranych informacji tworzy bazę potencjalnych członków.
Jeszcze ciekawszy przykład wykorzystania nowoczesnych technologii to inicjatywa powstała w Niemczech. Ver.di (Vereinte Dienstleistungsgewerkschaft – Zjednoczony Związek Pracowników Usług) – największy związek zawodowy u naszych zachodnich sąsiadów – stworzył uzupełniające się call center i stronę internetową. Dzięki nim pracownicy branży medialnej, w tym wolni strzelcy, korzystają z usługi nazwanej Mediafonem. Umożliwia ona freelancerom, również tym niezrzeszonym, konsultowanie skomplikowanych zagadnień prawnych z doświadczonymi doradcami. Około 15 proc. wszystkich nieuzwiązkowionych użytkowników usługi przyłącza się do ver.di. Przy okazji Mediafon spełnia rolę systemu wczesnego ostrzegania – dzięki niemu związek na bieżąco monitoruje problemy na rynku pracy i zdobywa wiedzę potrzebną do ich rozwiązywania.
Jak duże jest zapotrzebowanie samozatrudnionych na nowe formy świadczeń, pokazuje kontrowersyjna inicjatywa Finansforbundet – Związku Zawodowego Pracowników Sektora Finansowego w Norwegii. W 2002 r. stworzył on Rom, organizację wspierającą prawników i samozatrudnionych, którzy zajmują się szeroko rozumianym kapitałem ludzkim. Rom działa podobnie do innych nietypowych związków zawodowych, służąc poradą prawną i oferując preferencyjne ubezpieczenia zdrowotne. Oprócz tego organizuje projekty szkoleń i tworzy sieć mentorów i trenerów – z ich usług członkowie Rom mogą korzystać w czasie indywidualnych sesji. Jednak Rom nie jest strukturą związkową. Działania organizacji, funkcjonującej oficjalnie non-profit, przypominają płatny serwis, a jej członkowie – raczej klientów-subskrybentów niż tradycyjnych związkowców, gdyż dołączenie do Rom nie pociąga za sobą żadnych dodatkowych zobowiązań. Norweski przykład może stanowić przestrogę: jeśli związki zawodowe nie zwrócą się w stronę nowych kategorii pracujących, wówczas zrobią to komercyjne podmioty, co w przyszłości może osłabić cały ruch pracowniczy.
… i że cię nie opuszczę aż do wyjazdu
W nieco inny sposób związki zawodowe starają się pozyskiwać osoby zatrudnione na umowy na czas określony oraz przez agencje pośrednictwa pracy. W czasie zbiorowych negocjacji organizacje z różnych krajów zaczęły upominać się o prawa również tych grup pracowniczych, postulując podniesienie im płac. W ten sposób pokazywały, że na zbiorowych sporach z pracodawcami zyskują nie tylko pracownicy zatrudnieni na czas nieokreślony.
Tę strategię szczególnie rozwinęły łotewskie związki zawodowe, które w obronie praw pracowników tymczasowych dążyły do zmiany krajowej polityki i objęcia ich systemem zabezpieczeń socjalnych. W tym celu starały się one o rozpisanie referendum, które miało wprowadzić odpowiednie poprawki do konstytucji. Podobne działania podejmowały także niemieckie i hiszpańskie związki zawodowe, starając się, by problemy pracowników tymczasowych stały się istotnym zagadnieniem debat publicznych, a w dalszej perspektywie – nowych regulacji prawnych.
Popularną metodą podnoszenia świadomości społecznej są nie tylko protesty i działania polityczne, ale także konsekwentnie prowadzone kampanie społeczne. Dobrym przykładem takich przedsięwzięć jest inicjatywa IG Metall (Industriegewerkschaft Metall – Niemiecki Związek Pracowników Branży Metalurgicznej), który w swoich kampaniach nawoływał do wyrównania płac pracowników tymczasowych i stałych. Związki zawodowe liczą też na to, że uwzględnianie interesów i praw „atypowych” pracowników w czasie zbiorowych negocjacji lub okazyjnych przedsięwzięć pośrednio przyczyni się do napływu nowych członków, rekrutujących się z zaniedbanych grup klasy pracującej.
Mówiąc o pracy tymczasowej, nie należy zapominać o wyjątkowym położeniu imigrantów, którzy na obczyźnie wykonują gros sezonowych zajęć i są przedmiotem szczególnego zainteresowania agencji pracy. Rekrutacja członków tej grupy wymaga od związków zawodowych wytężonego wysiłku, gdyż imigranci często nie znają krajowego prawa, nie potrafią posługiwać się miejscowym językiem i nie wiedzą, gdzie mogą zgłaszać się po pomoc. Izolacja obcokrajowców jest czasami tak duża, że tworzą oni enklawy funkcjonujące na marginesie społeczeństwa. Często cudzoziemcy nie widzą też potrzeby zrzeszania się, wychodząc z założenia, że „przyjechali tu przecież na krótko”. Dlatego niektóre związki zawodowe, chcąc zdobyć wśród imigrantów nowych sojuszników, blisko współpracują z instytucjami i organizacjami pozarządowymi, które pomagają cudzoziemcom. Taką strategię obrali działacze m.in. z Grecji, Malty, Włoch i Norwegii. Funkcjonujące w tych państwach organizacje pozarządowe zachęcają imigrantów do wstępowania do związków i pomagają w przeprowadzaniu kampanii społecznych.
Na rekrutacji związków zawodowych korzystają zarówno „goście”, jak i „gospodarze”. W lipcu 2012 r. media donosiły o polskich budowlańcach w Danii, którzy za wykonaną pracę nie otrzymali od pracodawców w sumie około 760 tys. złotych. Pieniądze pomógł im odzyskać duński związek zawodowy 3F, który zorganizował protesty. Należy dodać, że 3F prowadzi polskojęzyczną wersję swojej strony internetowej oraz infolinię „Halo, Kolego”. Angażowanie imigrantów w aktywność związkową chroni lokalne rynki pracy przed nagłym spadkiem płac, który odbiłby się negatywnie przede wszystkim na miejscowych pracownikach. Otwarcie granic stworzyło zachodnioeuropejskim firmom szansę podniesienia konkurencyjności poprzez zmniejszenie kosztów pracy – wystarczyło sprowadzić tanią siłę roboczą z Europy Środkowo-Wschodniej. Związki zawodowe, dbając, by miejscowi i obcokrajowcy otrzymywali równe wynagrodzenia, nie pozwalają przedsiębiorcom brać udziału w „wyścigu na dno”.
Poszukiwany atrakcyjny pracodawca
Bardzo ciekawa jest inna tendencja. Niektóre związki przedefiniowały swoją rolę i przekształciły się w agencje pośrednictwa pracy. Z tą jednak różnicą, że nie poszukują taniej siły roboczej, lecz pracodawców, którzy zatrudnią związkowców. Tego rodzaju inicjatywy powoli rozprzestrzeniają się po całym świecie, obejmując bardzo zróżnicowane obszary gospodarki i grupy pracownicze.
Australijski związek zawodowy APESMA oprócz zwykłych pracowników zrzesza wolnych strzelców – inżynierów, naukowców i menedżerów. Podobnie jak inne związki dla freelancerów, APESMA zapewnia swoim członkom dostęp do niedrogich, dodatkowych ubezpieczeń. Te świadczenia przyciągnęły wielu samozatrudnionych, którzy w pewnym momencie zaczęli stanowić większość członków organizacji. Skłoniło to władze związku do stworzenia osobnego działu rekrutacji – ETM Recruitment – szukającego firm, które chcą zatrudnić nowych pracowników lub zlecić wykonanie usługi. Pośrednictwo związku zawodowego stanowi gwarancję, że warunki pracy i zawieranych umów są znacznie korzystniejsze niż w przypadku tradycyjnego outsourcingu.
APESMA działa w sferze rynku pracy, który oferuje pracującym zwykle dobre warunki. Jednak większość związkowych agencji pracy wspomaga osoby znajdujące się w nieporównywalnie gorszym położeniu, np. pracowników domowych – gosposie, sprzątaczki, opiekunów, szoferów czy ogrodników. Międzynarodowa Organizacja Pracy ocenia, że na całym świecie jest około 100 milionów pracowników domowych, w zdecydowanej większości (83 proc.) kobiet, przy czym tylko połowa zatrudniona legalnie i często na podstawie umów o dzieło lub umów zleceń, które nie dają gwarancji socjalnych. Jest to bardzo liczna grupa, stanowiąca w krajach rozwijających od 4 do 12 proc. wszystkich pracowników, która dotychczas w zasadzie nie była reprezentowana przez związki.
Pozostawieni sami sobie pracownicy tej branży często spotykają się z barbarzyńskim traktowaniem. Anna Kordasiewicz, socjolożka zajmująca się tematem pomocy domowej w Polsce i Włoszech, zauważa, że niektórzy pracodawcy nie rozumieją na przykład, iż osobom, które opiekują się chorymi, należą się urlopy oraz przynajmniej jeden dzień w tygodniu wolny od pracy. Ponadto pracownikom domowym nagminnie nie wypłaca się rekompensaty za odwołane godziny pracy. Trudności z wyegzekwowaniem swoich praw mają szczególnie imigranci i nielegalni pracownicy, którzy stanowią znaczny odsetek domowego personelu.
Naprzeciw potrzebom tej specyficznej grupy zawodowej zaczęły wychodzić już niektóre związki zawodowe w Europie. Najciekawszy projekt jest dziełem już wspomnianej holenderskiej federacji związków zawodowych FNV, prowadzącej od 2010 r. kampanię mająca na celu zjednoczenie pracodawców zatrudniających pomoc domową. Dzięki tej inicjatywie wiele osób pracujących w branży wydostaje się z szarej strefy, otrzymuje godne wynagrodzenia i świadczenia socjalne. Działania FNV przynoszą korzyści również pracodawcom. Na przykład gdy zatrudniana przez nich pomoc domowa zachoruje, to mogą liczyć na zastępstwo zorganizowane przez związek. Prawdopodobnie holenderski projekt doczeka się niedługo naśladowców, dzięki działaniom MOP, która rok temu przyjęła konwencję dotyczącą godnej pracy osób zatrudnionych w gospodarstwach domowych. Dokument stawia pomoc domową na równi z innymi zawodami i domaga się, by przyznać pracownikom tej branży wszystkie prerogatywy wynikające z Kodeksu pracy, łącznie z prawem do zrzeszania się i zakładania związków zawodowych.
Czymże jest związek bez młodości?
Zmiany zachodzące w ostatnich dekadach – feminizacja rynku pracy, zmierzch fordowskiego systemu produkcji, globalizacja, dominacja sektora prywatnego – przyczyniły się do znacznego osłabienia związków zawodowych w krajach Zachodu. Nie znaczy to jednak, że obserwujemy zmierzch ruchu związkowego, który zostanie trwale zmarginalizowany. Powodzenie niektórych inicjatyw może napawać umiarkowanym optymizmem – najbardziej innowacyjne projekty na przekór dominującej tendencji przyciągają do organizacji wielu nowych członków.
Ani wiek, ani płeć nie są przyczynami niskiej aktywności związkowej. Większe znaczenie ma na przykład zatrudnienie w niewielkiej firmie czy praca w oparciu o umowę cywilnoprawną. Coroczne raporty „8 March Survey” pokazują, że stopień uzwiązkowienia ma niewiele wspólnego z płcią pracowników, lecz zależy głównie od branży. Co więcej, z przywoływanych badań wynika, że w wielu europejskich krajach udział kobiet w związkach zawodowych wzrasta, mimo ogólnego spadku liczby członków. Podobnie zaskakujące wnioski można sformułować wobec młodych osób, które w powszechnej opinii uchodzą za indywidualistów nieangażujących się społecznie. Młodzież chętnie wstępuje do związków zawodowych tam, gdzie posiadają one obowiązek dystrybuowania funduszy na pomoc socjalną (tzw. system Ghent) – na przykład w Belgii stopień uzwiązkowienia najmłodszych pracowników nie różni się od krajowej średniej.
Jak podają Julia Kubisa i Piotr Ostrowski, socjologowie zajmujący się związkami zawodowymi, w Polsce do związków należy bardzo niewielki odsetek młodych ludzi (w przedziale wiekowym 18–24 lata – 0,4 proc.; 25–34 lata – 8 proc.), gdyż niemal w ogóle nie istnieją one w sektorze prywatnym, w którym osoby wchodzące na rynek pracy zwykle znajdują zatrudnienie. Poważne przeszkody stawia przed młodzieżą również państwo, które nie przestrzega konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczących prawa do zrzeszania się w związkach zawodowych. Nasze krajowe ustawodawstwo, odbierając samozatrudnionym i osobom pracującym na umowach cywilnoprawnych możliwość zakładania związków i wstępowania w ich szeregi, stoi w sprzeczności z ratyfikowanymi międzynarodowymi regulacjami. W ten sposób państwo nielegalnie pozbawia praw pracowniczych 60 proc. młodych Polaków, zatrudnionych w oparciu o umowy cywilnoprawne. Jednocześnie badania przeprowadzone przez CBOS w lutym 2012 r. pokazują, że spośród wszystkich grup wiekowych to właśnie młodzież wyraża największe poparcie dla związków zawodowych.
Badania i sukcesy innowacyjnych inicjatyw świadczą, że istnieją spore szanse na odnowienie siły związków zawodowych i zaangażowanie w ich działalność kolejnych pokoleń wchodzących na rynek pracy. Związki zawodowe muszą jednak przystosować swoje strategie do kształtu nowej gospodarki, aby odpowiedzieć na potrzeby nowych kategorii pracujących. Miejmy więc nadzieję, że nietypowe organizacje spowszednieją w niedługiej przyszłości i zaczną reprezentować prawa i interesy nowej klasy pracującej.
przez Michał Sobczyk | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Jaki jest przeciętny poziom wiedzy ekonomicznej Polaków?
Elżbieta Mączyńska: Niestety kiepski. Jednak życie coraz częściej zmusza nas, by zacząć interesować się ekonomią. Niekiedy odbywa się to bardzo boleśnie: wiele osób straciło na giełdzie, zaciągnęło kredyty, z którymi sobie teraz nie mogą poradzić, albo powierzyło pieniądze funduszom inwestycyjnym i nie uzyskało spodziewanych zysków. Uczenie się poprzez takie „ekonomiczne kopniaki” zamiast na błędach innych ma swoje źródło jeszcze w poprzednim ustroju. Gdy nie było gospodarki rynkowej, lecz nakazowa, zwykli obywatele czuli się zwolnieni z głębszych rozważań na temat sensu ekonomicznego poszczególnych rozwiązań i decyzji. Problematyka ta była również zaniedbywana w programach kształcenia, co jest problemem także dziś.
Niedoścignionym na razie wzorem może być dla nas system edukacyjny w Niemczech. Już na szczeblu nauczania początkowego zamiast „Ala ma Asa” uczy się dzieci „Ala miała 2 euro i kupiła zabawkę”. Następnie maluchy dyskutują na temat gospodarowania budżetem domowym, a przy okazji tych prostych lekcji przemyca się bardzo poważne kategorie ekonomiczne. Na wyższych szczeblach kształcenia bardzo dużo miejsca zajmuje tematyka gospodarcza, wykładana w ramach innych przedmiotów, np. kiedy młodzież uczy się angielskiego, przekazuje się jej informacje ekonomiczne na temat różnych krajów w języku angielskim. Podczas nauki o procentach matematyk wyjaśnia, co to znaczy oprocentowanie konta, jak można oszczędzać itp. To dość proste metody, jednak dzięki nim Niemcy lepiej rozumieją powiązania między ekonomią a innymi sferami rzeczywistości.
Oczywiście nie twierdzę, że każdy musi być wielkim znawcą ekonomii, ale jej elementarz powinni znać wszyscy. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że system edukacyjny zawodzi. Nieprawidłowości jest tutaj mnóstwo, np. prawnicy otrzymują podczas studiów za mało wiedzy ekonomicznej.
Wiedzę i opinie Polaków na tematy ekonomiczne kształtuje nie tylko szkoła, ale przede wszystkim media.
Prowadzono badania, ile przeciętny obywatel rozumie z informacji przekazywanych w telewizji. Okazało się, że bardzo niewielki procent. Dużo w tym winy samych mediów.
Ktoś, kto zdaje sobie sprawę z własnych niedostatków wiedzy ekonomicznej, nadal może być świetnym dziennikarzem, bo będzie ciągle zadawał pytania. Tymczasem większość dziennikarzy, gdy im jakiś ekspert powie „tu nastąpiło przelewarowanie”, mówi „aha” i nikt nie wie, o co chodzi – choć to dość proste do wyjaśnienia. Myślę, że boją się zadawać pytania, mając świadomość swojej niewiedzy, a to błąd. Powinni jak najczęściej stawać po stronie widza, który może nic nie rozumieć z tego żargonu. Rolą mediów jest informować ogół społeczeństwa, nie tylko ekonomistów. Ekonomista będzie szukał informacji w swoich, profesjonalnych źródłach, a tu chodzi o to, żeby podać je w sposób prawidłowy, ale prosty. Oczywiście są obszary bardzo złożone, jak modelowanie matematyczne, ale podstawy ekonomii można wyjaśnić tak, że przeciętny obywatel je rozumie.
Czytając lub słuchając niektórych dziennikarzy można wręcz odnieść wrażenie, że nie ma nic prostszego niż zarządzanie gospodarką. Przykładowo, jeśli coś ma być efektywne, wystarczy to sprywatyzować.
Tylko w filmach mamy czarny i biały charakter. Ekonomia to nie western. Czy obniżenie podatków jest dobre? Każdy, kto je płaci, powie, że tak. Z drugiej strony, czy wysoki poziom nauki, oświaty, służby zdrowia leży w polu naszego zainteresowania? No tak. W takim razie trzeba wysokich podatków, żeby to wszystko sfinansować. Dlatego nie podoba mi się, gdy dziennikarz przypiera rozmówcę-eksperta do muru, by na jakieś fundamentalne pytanie odpowiedział mu „tak” lub „nie”. W większości przypadków odpowiedź brzmi bowiem „tak, ale pod warunkiem…” lub „nie, chyba że…”.
Jest w języku angielskim taki dowcip. Dyrektor bardzo źle funkcjonującego przedsiębiorstwa zażyczył sobie, żeby umówiono go na rozmowę z doradcą wyspecjalizowanym w wyciąganiu firm z kłopotów. Pyta go, czy zredukować zatrudnienie. – „Z jednej strony (on the one hand) nie potrzeba nam tak wielu pracowników. Z drugiej strony (on the other hand) jeśli część z nich zwolnimy, to mogą pójść do konkurencji, i za chwilę, gdy zwiększy się popyt i będziemy szukali dodatkowych rąk do pracy, najlepszych z nich będzie trudno pozyskać z powrotem” – odpowiada doradca. Następnie dyrektor chce wiedzieć, czy firma ma zainwestować w nowe linie technologiczne. – „Z jednej strony gdy będziemy inwestować, to nam się pogorszy płynność, ale z drugiej strony jeśli nie będziemy inwestować, możemy stracić konkurencyjność”. Po kilku kolejnych odpowiedziach zdenerwowany dyrektor otwiera drzwi do sekretariatu i woła: „Proszę mi tu przysłać jednorękiego ekonomistę!”. Otóż nie ma nic gorszego niż jednoręki ekonomista. Mamy dość jednorękich polityków, którzy ciągle komuś coś obiecują, tylko nie mają drugiej ręki, z której mogliby to dać. Nie należy wierzyć takim obietnicom.
Im niższy poziom wiedzy ekonomicznej w społeczeństwie, tym łatwiej o populizm. Ludzie, którzy wiedzą, jak złożona jest gospodarka, mają świadomość, że nie tak łatwo jednym zabrać, a drugim dodać, albo poprawić sytuację jedną decyzją.
Nie sposób nie zauważyć, że pula ekonomistów, których opinie są nagłaśniane, jest dość ograniczona. Tacy np. eksperci Centrum im. Adama Smitha – wiecznie te same dwie czy trzy osoby – chętnie wypowiadają się w dowolnych kwestiach. Z kolei przedstawiciele stanowiska propaństwowego rzadko otrzymują możliwość publicznej wypowiedzi.
To problem nie tylko mediów, ale w ogóle zdoktrynalizowania dyskusji o gospodarce. Tymczasem w klasycznym liberalizmie Adama Smitha były istotne obszary zarezerwowane dla państwa. Również historia gospodarcza pokazuje, jak ważne jest dostosowywanie rozwiązań ekonomicznych do sytuacji. Bikini nadaje się na plażę, ale nie nadaje się na ulicę, zwłaszcza zimą; tak samo jest z teoriami ekonomicznymi. Gdy w 2008 r. w Stanach Zjednoczonych wybuchł kryzys, w Davos rzucono hasło, że „wszyscy jesteśmy keynesistami”. Teoria Keynesa, do której nagle wrócono po kilku dekadach przerwy, też nie jest idealna (nie ma takiej), natomiast postulowane przez nią pobudzanie produkcji jest dobre w sytuacji, gdy gospodarka „przysypia”. Pobudzanie produkcji, nie banków – Keynes przewraca się w grobie w obliczu tego, co się obecnie dzieje.
Trwającej przez dziesięciolecia dominacji doktryny neoliberalnej towarzyszyło etykietowanie: jeśli nie jesteś liberałem (niesłusznie używano tego pojęcia, gdyż liberalizm ma wiele odmian), to znaczy, że jesteś „beton”, komunista albo przynajmniej etatysta. A jeżeli zastanawiasz się nad sprawiedliwością społeczną, to jesteś utopistą, tak jak o zmarłym niedawno prof. Tadeuszu Kowaliku mówiono, że to świetny człowiek, uczciwy, ale oderwany od rzeczywistości. To jest właśnie etykietowanie zamiast poważnej dyskusji. Gdyby nie to zjawisko, prawdopodobnie Fukuyama nie pozwoliłby sobie na napisanie „Końca historii”, gdzie stwierdza, że forma kapitalizmu bazująca na neoliberalizmie jest najlepszym, ostatecznym modelem społeczno-gospodarczym, i już niczego więcej wymyślać nie trzeba. Jego przypadek pokazuje, jak groźne bywa doktrynalizowanie. Na marginesie: dlaczego kraje skandynawskie nie zostały tak bardzo dotknięte kryzysem finansowym? Bo wcześniej jedynie w niewielkim stopniu poddały się doktrynie neoliberalnej.
Zarówno teoria, jak i system gospodarczy muszą być jak garnitury szyte na miarę, a nie jednakowe dla wszystkich. Każdy kraj ma inną sytuację, inne doświadczenia historyczne i tradycje kulturowe. Chociaż uważam, że system niemiecki jest w miarę rozsądny, pozwalający dostosowywać się do różnych przełomów i zagrożeń w gospodarce, to jednak nie wszystko z niego dałoby się przenieść do Polski. Mentalność Polaka jest bowiem inna niż mentalność Niemca, nawet jeśli globalizacja powoduje, że różnice się zacierają.
Jak ocenia Pani rzetelność argumentów ekonomicznych wykorzystywanych jako uzasadnienia realizowanych polityk publicznych?
Niestety, polityka rządzi się swoimi prawami. Występuje w niej syndrom cyklu wyborczego i bardzo często nawet naukowiec, gdy wchodzi w ten świat, ulega gwałtownej przemianie. Musi podporządkować się partyjnym regułom, wśród których najważniejsza jest walka o wyborcę. W związku z tym bardzo często argumenty populistyczne wypierają merytoryczne. Przykładowo: jeśli powiemy, że trzeba podwyższyć podatki, aby podnieść jakość edukacji, przeciętny obywatel będzie przeciw i zagłosuje na partię, która obieca nic nie zmieniać. Politycy myślą od wyborów do wyborów, a cztery lata to za krótko, żeby móc podejmować decyzje strategiczne i wcielać je w życie. Dlatego tak ważne jest wprowadzenie budżetu zadaniowego. Budżet zadaniowy oznacza, że jeżeli mamy zadanie polegające np. na wybudowaniu autostrady, to żadna następna ekipa nie ma prawa skreślić środków przewidzianych właśnie na ten cel.
W wielu przypadkach politycy kierują się jednak nie tylko kalkulacjami wyborczymi, ale także rachunkiem ekonomicznym. Problem polega na tym, jakiego rodzaju jest to rachunek – krótkoterminowy czy tzw. ciągniony, uwzględniający pełne następstwa danego posunięcia. Tego drugiego przeważnie brakuje. Nagle dowiadujemy się, że minister Rostowski zdecydował o zawieszeniu dopłat do staży dla bezrobotnych. Brakuje bowiem środków w budżecie, a musimy dbać o poziom deficytu, bo zdrowa gospodarka nie może być zanadto zadłużona. Potrzeba oszczędności jest mocnym argumentem, nawet przy zastrzeżeniu, że jesteśmy zadłużeni znacznie mniej niż pozostałe państwa Unii, a zwłaszcza kraje strefy euro. Ale to tak jak w gospodarstwie domowym. Można powiedzieć: „Nie będę w tym roku płacił za angielski moich dzieci, bo nie mam pieniędzy, a nie pożyczę, bo nie chcę się zadłużać”. Tylko że w następnym roku dzieci będą chciały zdawać do szkoły, która wymaga dobrej znajomości angielskiego – i w ten sposób oszczędności zamkną im do niej drogę.
Jeżeli pierwszą rzeczą, z którą zderza się w życiu człowiek kończący studia, jest bezrobocie, oznacza to dla niego stopniową utratę kwalifikacji oraz brak odpowiednich „zapisów w życiorysie”. Wobec tego w przyszłości będzie mu trudniej znaleźć pracę i w ten sposób powstaje błędne koło. Co więcej, z frustracji może popaść w patologie – alkoholizm, narkotyki, działalność przestępczą – lub ucierpieć na zdrowiu, tak się nierzadko dzieje. Budżet będzie wówczas do niego dopłacał, bo będzie finansował jego pobyt w więzieniu lub szpitalu. Jest również bardzo prawdopodobne, że ten człowiek nie weźmie ślubu i nie będzie miał dzieci, co dla finansów publicznych też jest fatalne. Wszystko to będą konsekwencje decyzji o zlikwidowaniu dopłat do staży absolwenckich.
W Stanach Zjednoczonych objęto badaniami dwie ponad stuosobowe grupy dzieci afroamerykańskich. Pierwsza z nich została wytypowana do bardzo solidnej opieki przedszkolnej, przy czym dzieci te nadal mieszkały ze swoimi rodzinami, czasami bardzo źle funkcjonującymi, na pograniczu patologii lub skrajnej biedy. Druga grupa – z tego samego, mówiąc umownie, podwórka – nie została objęta taką formą opieki. Następnie co kilka lat badano dalsze losy dzieci z obu grup. Wyniki były porażające. Osoby zadbane w przedszkolu w większości zdobyły wykształcenie, nie weszły na drogę przestępstwa, ich stan zdrowia był niezły, pozakładały rodziny. Z kolei z tej drugiej grupy mnóstwo osób trafiło do więzienia, przedwcześnie zmarło, ciężko chorowało itd. Inwestycja trwała przez krótki czas, a przyniosła wielokrotny zwrot nakładów…
Jakie są ograniczenia współczesnej teorii ekonomii w wyjaśnianiu świata, w tym w przewidywaniu dalszego rozwoju wydarzeń?
Ekonomia jest nauką społeczną, a w naukach społecznych nie ma ostatecznych rozstrzygnięć i prawd obowiązujących bezwzględnie. Zresztą nie ma ich nawet w tak ścisłych dyscyplinach jak fizyka. Wielu fizyków podkreśla, że ogrom naszej niewiedzy o wszechświecie jest tak wielki, że być może obecne prawdy generalne staną się wkrótce nieprawdami, nawet jeśli wydaje się to niemożliwe. Podobnie jest w ekonomii.
Na paradygmat, czyli wzorzec, składa się to, czym dana nauka się zajmuje, wykorzystywane narzędzia oraz zastosowanie praktyczne. W odniesieniu do wszystkich tych elementów popełniliśmy błędy. Przedmiot ekonomii stanowią ludzie w procesie gospodarowania, a mimo to zapomnieliśmy, że ekonomia jest dla człowieka. Jeśli występują tak skrajne nierówności i masowe bezrobocie, to znaczy, że człowiek pozostał na uboczu. Joseph E. Stiglitz w książce „Freefall. Jazda bez trzymanki” pisze, że w warunkach doktryny neoliberalnej ekonomia stała się najbardziej zajadłą cheerleaderką współczesnego kapitalizmu. Ekonomia pozostaje na usługach polityków i ludzi zamożnych – zarzuca jej Stiglitz. Z kolei w książce „Cena nierówności” stawia inny, moim zdaniem bardzo ważny, problem. Obecnie mamy prymat polityki monetarnej, tj. ważniejsza jest niska inflacja niż niskie bezrobocie. Co by jednak było, gdybyśmy przyznali prymat rynkowi pracy? Gdyby ludzie zawsze mieli pracę, mieliby także pieniądze, a gdyby mieli pieniądze, to by kupowali. Gospodarka mogłaby się wówczas lepiej rozwijać, nie mówiąc o tym, że wiedza ludzi by nie zanikała, że oni by się rozwijali, bo praca uczy.
Jeżeli chodzi o metody, to punktem wyjścia jest dla nich obserwacja doświadczeń ludzi w procesie gospodarowania. Ekonomia je uogólnia i na tej podstawie tworzy teorię, którą można zastosować do przyszłych działań. Cele były tutaj szlachetne, bo próbowaliśmy przybliżyć ekonomię do królowej nauk, ujmując wszystko w modele matematyczne. Życie jest jednak bardziej skomplikowane. Sama jestem po ekonometrii i naprawdę doceniam narzędzia ilościowe, ale to są właśnie tylko narzędzia, a te nie mogą być stosowane bezkrytycznie. Poza tym jeżeli błędne są założenia, to błędne będą także wyniki modelowania.
Z powyższych powodów rozwijają się nowe nurty ekonomii, na przykład tzw. ekonomia behawioralna, w ramach której więcej uwagi poświęca się człowiekowi i jego zachowaniom, kwestionując jednocześnie zasadę charakterystyczną dla nurtu neoliberalnego, mówiącą, że człowiek zawsze działa racjonalnie. Ekonomia nie może ignorować doświadczeń innych dyscyplin: psychologii, filozofii, historii gospodarczej. Mogą one jej służyć, stąd kolejny nowy nurt – ekonomia złożoności, według której nie wystarczy zastosować model, lecz niezbędne są badania holistyczne. Z kolei Jeffrey Sachs, były doradca Leszka Balcerowicza – ciągle powtarzający, że przynajmniej w drugim etapie transformacji odradzał mu tak ostre, pełne ofiar rozwiązania, jakie zastosowano – mówi, iż jest zwolennikiem „ekonomii klinicznej”. Tłumaczy, że żona-lekarka uzmysłowiła mu, jak ważne jest całościowe podejście do organizmu. Pozwala ono wyeliminować „syndrom hepatologa”, który co prawda wyleczy pacjenta, ale leki, które zastosuje, zaatakują inne organy i wyleczony pacjent, ze zdrową wątrobą, wkrótce umrze np. na chorobę nerek.
Grzechem zarówno medycyny, jak i ekonomii jest zajmowanie się wąskimi dziedzinami, bez uwzględniania relacji z innymi. Ekonomia kliniczna pokazuje, jak bardzo skomplikowany jest „organizm” gospodarczy – tym bardziej, im bardziej gospodarka się globalizuje.
Jednak najbardziej niebezpieczne dla ekonomisty jest prognozowanie, bo o prognozach można powiedzieć tyle, że nigdy się nie sprawdzają. Zresztą czarne prognozy właśnie po to są snute, mają charakter ostrzegawczy. Robert Lucas – noblista! – powiedział dosłownie kilka lat przed kryzysem globalnym, że problem kryzysu w gospodarce mamy już rozwiązany: żaden kolejny już nie wybuchnie, tak świetny jest panujący ustrój…
W obliczu kryzysu nawet prominentni zachodni ekonomiści neoliberalni wycofywali się przynajmniej z części swoich wcześniejszych poglądów. W tym samym czasie Uniwersytet Łódzki przyznał honorowy doktorat Margaret Thatcher, symbolowi praktycznej realizacji tej doktryny. Jak wygląda sytuacja na innych polskich uczelniach – czy pod wpływem wydarzeń ostatnich lat nastąpiły tam istotne przewartościowania?
Podobnie jak na Zachodzie, również na polskich uczelniach neoliberalizm był przez wiele lat bardzo popularny, a ci, którzy zgłaszali pod jego adresem jakąkolwiek krytykę, byli uważani za osoby albo niedouczone, albo za „komunę”. Problem w tym, że jak pisze John K. Galbraith w książce „Ekonomia w perspektywie”, bardzo trudno zmienić sytuację w nauczaniu, dopóki na uniwersytetach są ludzie, którzy byli przywiązani do danej doktryny. Szkoła chicagowska – oni się tak łatwo nie wyrzekną swoich poglądów, nawet gdy fakty przeczą ich racjom. Tak samo jest na polskich uczelniach. Są profesorowie, którzy zmienili poglądy i kierują studentów do różnych, bardzo refleksyjnych lektur, ale i tacy, którzy nieustannie wskazują na wyłączną rację monetaryzmu. Według niego kluczem do gospodarki jest ilość pieniądza – wszystko da się wyregulować jego podażą. Główny guru monetaryzmu, Milton Friedman, mówił, że powinna być ona proporcjonalna do obrotów handlowych, a odwrotnie proporcjonalna do szybkości obiegu pieniądza. Problem polega na tym, że współcześnie oprócz obrotów handlowych jest cała masa pieniądza i parapieniądza w bankach i instytucjach finansowych – są kredyty, papiery hipoteczne, derywaty itd. Nie umiemy tego wszystkiego nawet policzyć…
Przede wszystkim jednak, co Galbraith zarzucał Friedmanowi, życie jest bardziej skomplikowane niż tylko pieniądz. Zresztą Friedman pod koniec życia nie był już tak jednostronny w ocenach. Stwierdził np., że Polska nie powinna bezkrytycznie przyjmować rozwiązań funkcjonujących w wysoko rozwiniętych państwach zachodnich, np. Konsensusu Waszyngtońskiego, lecz zastanowić się, co robiły te kraje, gdy były na jej poziomie rozwoju.
Gdy mowa o bilansie transformacji, najlepiej słyszalne są głosy publicystów, polityków oraz ekonomistów bezpośrednio zaangażowanych w politykę lub biznes. Ciekawi mnie, jak na wspomniane zagadnienie patrzą ekonomiści uniwersyteccy.
Niewątpliwie z transformacją wiązały się znaczące sukcesy, ale też mnóstwo porażek. Sukcesem, widocznym od początku, było ożywienie się przedsiębiorczości. Liczne grzechy popełniono natomiast w polityce społecznej, np. prawie całkowicie zaniechano profilaktyki zdrowotnej w szkołach. W moich czasach szkolnych ciągle nas badano; traktowaliśmy to nawet jako rodzaj prześladowania. Wszystkie dzieci, bez względu na to, czy pochodziły z bogatej, czy z biednej rodziny, były pod tym względem zadbane. W szkołach były pielęgniarki, dentystki. Mało tego, obowiązkowo musiałam z klasą chodzić do teatru. To też traktowaliśmy na początku jako dolegliwość, jednak z perspektywy czasu widać, że to bardzo procentowało. Teraz tego wszystkiego nie ma, dlatego pogłębiają się dysproporcje społeczne, tzn. mamy dzieci bardzo zadbane, a nawet „przeinwestowane” przez bogatych rodziców, i dzieci kompletnie zaniedbane. Myślę, że nikt nas nie rozgrzeszy z tego, co się stało z takimi dziećmi i ich rodzinami.
Do negatywów należy na pewno zaliczyć również zaniedbanie refleksji strategicznej. Dotyczy to np. prywatyzacji, na którą patrzy się prawie wyłącznie przez pryzmat jednorazowych wpływów budżetowych ze sprzedaży przedsiębiorstw. Brak natomiast kompleksowych analiz – przed, w trakcie i po prywatyzacji – uwzględniających m.in. ubytki dla budżetu z powodu utraconej dywidendy. Mimo że minęło ponad dwadzieścia lat od rozpoczęcia transformacji, nigdzie nie został pokazany pełny obraz prywatyzacji: oto sprzedaliśmy tyle i tyle przedsiębiorstw, mieliśmy z nich takie dywidendy albo takie straty, a teraz mamy takie dochody ze sprzedaży i takie dodatkowe wpływy podatkowe z tytułu wzrostu zysków. Moim zdaniem tego rodzaju analiza powinna towarzyszyć każdej planowanej prywatyzacji, nawet najmniejszego przedsiębiorstwa. Jeżeli w wyniku jego sprzedaży wzrosną długofalowe wpływy do budżetu, to proszę bardzo. Jeżeli zaś nie, to powstaje pytanie, czy jedynie w imię doktryny warto było sprywatyzować firmę przynoszącą zyski. Żadna teoria nie udowodniła jak dotąd, że prywatyzacja jest zawsze najlepszym rozwiązaniem. Mało tego, ukazuje się coraz więcej książek, które pokazują dysfunkcje sprzedaży mienia publicznego. W „Korporacji” kanadyjski profesor Joel Bakan na podstawie dokumentów wykazuje, jak wiele szkód przyniosła nieprzemyślana prywatyzacja w energetyce czy wodociągach, np. jak negatywnie wpłynęła na budżety gospodarstw domowych.
Pęd do prywatyzacji kolejnych sfer życia społecznego, motywowany m.in. przekonaniem o bezwzględnej wyższości „prywatnego”, nadal jest w Polsce bardzo silny. Ideologiczne podstawy ma także niechęć wobec polityki socjalnej.
Warto wspomnieć, że nawet Friedman, uważany za bezwzględnego neoliberała, brał kwestie socjalne pod uwagę. Co zaskakujące i bardzo rzadko podkreślane, był on autorem koncepcji tzw. ujemnego podatku dochodowego. Był zdania, że do pewnego poziomu dochodów podatek powinien być zerowy, a jeżeli człowiek osiąga zarobki uniemożliwiające godną egzystencję, powinno się dawać mu pieniądze. Tymczasem neoliberałowie, nieustannie powołujący się na Friedmana, do niedawna uważali, że państwo nie posiada żadnych obowiązków w sprawach socjalnych.
Powtórzę: nie ma nic gorszego niż jednoręki ekonomista.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 2 sierpnia 2012 r.
przez Natalia Ćwik | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Carpooling, swap, couchsurfing, turystyka społecznościowa – to tylko kilka trendów, które w ostatnich latach zmieniają oblicze globalnej konsumpcji. Eksperci widzą w tym zmianę nawyków konsumpcyjnych, która pozwala zmniejszyć stopień eksploatacji cennych zasobów. Tymczasem dla większości osób uczestniczących w tej „nowej konsumpcji” jest to po prostu wielka oszczędność. Choć nie tylko – w świecie ekonomii dzielenia się chodzi również o relacje między ludźmi.
W filmie „The Story of Stuff” amerykańska aktywistka Annie Leonard prezentuje pewien „system”. Jak wyjaśnia, obecnie znajduje się on w kryzysie. Ten system to sekwencja opisująca działania współczesnych gospodarek: od eksploatacji zasobów, poprzez produkcję, konsumpcję, po wyrzucenie. System powinien być zamknięty, uwzględniając w możliwie największym stopniu recykling i inne formy utylizacji odpadów. Tak jednak nie jest. Annie wyjaśnia: każdego roku produkujemy, konsumujemy i wyrzucamy miliony ton rzeczy (tytułowe „stuff”). Przez ostatnie 50 lat zużyliśmy więcej zasobów niż wszystkie poprzednie pokolenia. Jakże często kupujemy coś, co nie jest nam w zasadzie potrzebne, i wyrzucamy rzeczy, które nie są wcale zużyte, a jedynie postrzegamy je jako nieprzydatne lub niemodne (co innego jeśli zostały, jak to określa Annie, „zaprogramowane na śmietnik”, czyli skonstruowane tak, aby szybko się zepsuły i konsument musiał zakupić kolejne). Czy jest sposób, aby temu zapobiec? Sharing economy – ekonomia dzielenia się – wydaje się jednym z kół ratunkowych dla „systemu w kryzysie”. Na dodatek zbliża do siebie ludzi żyjących w zatomizowanych społeczeństwach.
Kup dziurę zamiast wiertarki
Upowszechnienie internetu diametralnie zmieniło sposób, w jaki funkcjonujemy jako jednostki i społeczności, a także jako konsumenci. Nie od razu jednak nauczyliśmy się z niego korzystać w ten sposób. File sharing, peer2peer i inne elementy wirtualnego dzielenia się były z początku domeną fachowych informatyków i pasjonatów nowych technologii – tak powstawało oprogramowanie typu open source. Dopiero później analogiczne mechanizmy zastosowano do sprzedaży, wymiany i kontaktów (media społecznościowe).
Im bardziej internet stawał się „społecznościowy”, tym bardziej sprzedaż za jego pośrednictwem odchodziła od klasycznych schematów. W internecie standardowa relacja klient – producent, w której to producent rozdaje karty, została zastąpiona relacją równorzędną, jeśli nie wręcz odwróconą. Ponadto, w momencie, gdy nauczyliśmy się wykorzystywać internet do wymiany dóbr, a nie tylko do ich kupna, rola producenta zmalała. Zaczął on stawać się w coraz większym stopniu pośrednikiem, a niekiedy jest wręcz z transakcji eliminowany.
W 2010 r. Rachel Bootsman i Roo Rogers wydali książkę o tytule, który z czasem wszedł do użytku jako określenie nowego typu konsumpcji – „Collaborative Consumption”, czyli konsumpcja „współpracująca” lub oparta na współdziałaniu. Publikacja jest błyskotliwą syntezą trendów, które pojawiały się od kilku lat na Zachodzie, a obecnie przybrały globalny charakter. Collaborative consumption (CC) to konsumpcja oparta na systemie redystrybucji. „System w kryzysie” przestaje więc mieć charakter linearny, staje się systemem zamkniętym, o jakim marzy wspomniana Annie Leonard. Zamiast stale kupować i wyrzucać lub kupować i składować (w USA ogromne powierzchnie wynajmowane są wyłącznie w celu magazynowania nieużywanych dóbr), zaczynamy dzielić się tym, co posiadamy, najczęściej wykorzystując internet jako pośrednika w „transakcji”.
Wymianie czy redystrybucji podlegają nie tylko konkretne przedmioty, ale również czas i przestrzeń. Transakcje nierzadko odbywają się bezgotówkowo, na zasadzie barteru, w którym wartość dla „sprzedającego” może mieć charakter pozamaterialny. Na przykład osoby udostępniające miejsce w swoim samochodzie w ramach systemu carpooling nie zawsze oczekują zapłaty. Niekiedy wystarczy im, że podczas drogi do pracy lub w inne miejsce mają towarzystwo – pasażera, z którym można porozmawiać. CC rozwiązuje też problem nadmiaru kupowanych towarów. W USA powstały serwisy umożliwiające „wynajmowanie” narzędzi domowych – jeżeli, dajmy na to, chcemy zawiesić w domu półkę i potrzebna jest nam wiertarka, ale wiemy zarazem, że nie będziemy z niej częściej korzystać, to zamiast kupić, możemy ją wypożyczyć od kogoś z okolicy na godzinę lub dobę…
Dzielenie się w praktyce
Niektóre trendy zaliczane do collaborative consumption znane są w Polsce już od jakiegoś czasu. Jest to np. couchsurfing – oferowanie „wolnej kanapy” przyjezdnym z różnych stron świata jako alternatywa dla hotelu, co przy okazji skutkować może nawiązaniem ciekawej znajomości. Inny przykład to carpooling, system łączący kierowców posiadających wolne miejsca w samochodzie oraz osoby szukające taniej podwózki. Istniejące na świecie serwisy społecznościowe umożliwiają dziś prawie wszystko – udostępnianie przestrzeni samochodu, garażu, własnego ogródka (jeżeli ktoś nie posiada działki, a chciałby od czasu do czasu zająć się ogrodnictwem), narzędzi… A nawet… ludzi – od niedawna działa w Polsce serwis Babcie do Wynajęcia, kontaktujący osoby szukające niani z „babciami”, starszymi kobietami, które chciałyby spędzać czas, zajmując się dziećmi.
Oprócz prostej wymiany taka forma konsumpcji może też zapewniać określone przeżycia. Ciekawym przykładem jest serwis Vayable, wpisujący się w nurt tzw. turystyki społecznościowej. Osoby szukające niestandardowych sposobów na spędzenie wakacji mogą za pośrednictwem Vayable skorzystać z oferty nieprofesjonalnych przewodników – mieszkańców różnych miejsc na świecie. Oferują oni nietypowe wycieczki. Artysta street art za niewielką opłatą pokaże najlepsze dzieła „gatunku” w swojej okolicy, pewien bezdomny z San Francisco za 100 dolarów oprowadza po „podziemiach” miasta, ktoś inny zorganizuje dla turystów improwizowany obiad albo zaprosi na warsztaty malarskie połączone z przejażdżką rowerami po artystycznych zakątkach miasta. Taka forma spędzania wolnego czasu nie tylko umożliwia nawiązanie ciekawych znajomości i zaoszczędzenie części środków przewidzianych na wyprawę (oferty profesjonalnych biur podróży są znacznie droższe), ale też rozwija kreatywność i pozwala spojrzeć na dane miejsce oczami „tubylców”.
Dla osób, które lubią konsumować stadnie, a do tego kochają jedzenie, powstał serwis Eat With Me. Dzięki tej platformie każdy może zorganizować wspólne gotowanie lub wyjście do restauracji i zaprosić osoby o podobnych upodobaniach kulinarnych, oczywiście przebywające w tej samej okolicy. Z serwisem związany jest także trend pop-up restaurants – improwizowanych na szybko jednorazowych spotkań kulinarnych. Dzięki takiemu systemowi można oszczędzić na przygotowywaniu posiłków (uczestnicy wspólnego konsumowania kupują składniki na spółkę) i dodatkowo spędzić czas z nowo poznanymi osobami, które lubią ten sam typ posiłków.
Ważne cele projektów z nurtu collaborative consumption to m.in. ominięcie komercyjnych pośredników i stworzenie lokalnej alternatywy dla wielkiego biznesu. Serwisy, które umożliwiają bezpośredni kontakt między kupującymi a sprzedającymi czy też „dzielącymi się”, to często dobry sposób na ograniczenie kosztów transakcji. Portale umożliwiają organizowanie się lokalnych społeczności – jak np. amerykański ShareMyStorage.com, dzięki któremu mieszkańcy różnych miejscowości mogą udostępniać sobie nawzajem przestrzeń magazynową (w formie piwnic, strychów, garaży), wykorzystując nieużywane przestrzenie swoich posesji, zamiast korzystać z hal magazynowych wynajmowanych odpłatnie przez specjalistyczne firmy, pobierające za to wysoką opłatę i sytuujące magazyny daleko za miastem.
W kwestii dzielenia miejsc i współużytkowania przestrzeni istotnym trendem, zarówno w Polsce, jak i za granicą, jest coworking – wynajmowanie miejsca we wspólnej, otwartej przestrzeni biurowej. Dzięki współpracy w jednym miejscu można zaoszczędzić na kosztach prowadzeniu biura, pracować komfortowo, współużytkując drukarki czy komputery, a także poznawać nowe osoby, niejednokrotnie przedsiębiorców czy freelancerów o podobnych upodobaniach, co skutkować może wspólnymi projektami. Przestrzenie coworkingowe funkcjonują w prawie wszystkich większych miastach w Polsce, jak np. Komin73 na warszawskiej Pradze.
Popularne stały się również najprostsze formy wymiany i wyprzedaży. Są to swapy – organizowane w różnych miastach w Polsce akcje wymiany nieużywanych ubrań – oraz, od niedawna, wyprzedaże garażowe, wzorowane na amerykańskich spontanicznych lokalnych targowiskach, na których mieszkańcy okolicy mogą sprzedać nieużywane przedmioty dowolnego rodzaju. Wymiany i wyprzedaże mogą mieć też charakter tematyczny – popularne są np. swapy odzieży dla dzieci – dla doświadczonych matek niby nic nowego, bo często przekazuje się ubranka rodzinie lub znajomym, jednak swap pozwala na zwiększenie liczby odbiorców i oferty. Na „garażówkach” i swapach określenie wartości czy też równowartości przedmiotów jest kwestią negocjacji, a dzięki temu systemowi nieużywane ubrania, meble, książki i inne rzeczy wchodzą do systemu redystrybucji. To, czego nie chcemy lub nie możemy (w obliczu nadmiaru) wykorzystać, zostaje zagospodarowane przez innych, a następnie może być znowu przekazane, wymienione i tak na okrągło…
Wymianie podlegają nie tylko przedmioty, ale też wiedza, doświadczenie, przeżycia i czas. Dostęp do nich staje się coraz częściej naturalny. Szczególnie w dziedzinie wiedzy postęp ten niesie kolosalne przemiany – nurt tzw. otwartych innowacji (Open Innovation) pokazuje, że dzielenie się wiedzą może być bardziej kreatywne i efektywne niż jej żelazna ochrona. Rozumieją to coraz bardziej także przedsiębiorcy, oswajając się stopniowo z zaletami wolnych licencji (Creative Commons). W Polsce póki co jest ich jeszcze mniej niż garstka. Wybijającym się przykładem jest marka Hedoco – pierwsza w naszym regionie, która produkuje i sprzedaje w formule open design. Klient może być dzięki temu jednocześnie projektantem, nabywcą, a nawet producentem. Marka przygotowała ideowy manifest: Wierzymy, że projektowanie i produkowanie to współtworzenie świata, nie tylko materialnego – świata potrzeb, rozwiązań i nowych wyzwań. Chcemy, by ten świat był lepszy, mniej zaśmiecony i dostępny dla wszystkich. Tworzymy markę społecznie odpowiedzialnego designu, której projekty dostępne są dla wszystkich użytkowników. Każdy ma możliwość samodzielnie wykonać projekt Hedoco z własnych materiałów, według założeń przez nas udostępnionych. Może wykorzystać własny, nadmiarowy materiał, użyć materiałów z recyclingu. […]Wierzymy w swobodę korzystania z przedmiotu zamiast bycia niewolnikiem jego funkcji.
Na progu rewolucji
System collaborative consumption wydaje się w swoich założeniach banalny – dzielimy się i wypożyczamy zamiast kupować. Do tego, jeśli prześledzić genezę CC, można dojść do wniosku, że nie jest to trend zupełnie nowy, lecz raczej odrodzenie zapomnianej wspólnotowości w nowym, współczesnym wydaniu. Polakom ów system wydaje się podejrzanie znajomy – czyż nie tak właśnie radziliśmy sobie w czasach PRL-owskich niedoborów? Zdaniem Botsman i Rogers za tym prostym schematem kryje się jednak wielka rewolucja.
Po pierwsze: dostęp staje się ważniejszy niż posiadanie. Przez ostatnie dwie dekady byliśmy wychowywani w przekonaniu, że jedynie posiadanie czegoś na własność daje gwarancję materialnej stabilności. Mieszkania, samochody i wszelkie inne przedmioty (a w ostatnim czasie także dobra intelektualne) stały się totemami niezależności. Świat ogarnięty jest zresztą manią patentowania – wiedza także stała się towarem, który ludzie chcą posiadać na własność czy wręcz na wyłączność. Collaborative consumption zmienia nasze podejście do tej kwestii. Pokazuje, jak stwierdzają wspomniani autorzy, że dla współczesnego człowieka dostęp jest przywilejem, a własność ciężarem.
Po drugie: dzięki społecznościowemu charakterowi wymiany uczymy się na nowo zaufania w relacjach o charakterze wymiany handlowej. Uczestnictwo w tym systemie wymaga wzajemnej ufności stron, bo transakcje w serwisach pod tym szyldem nie polegają na zawieraniu wielostronicowych umów z zapisami o zabezpieczeniach i karach. Oczywiście, różne rozwiązania technologiczne stosowane przez portale wymiany pomagają w pewnym stopniu weryfikować użytkowników (konieczność logowania, oceny kontrahentów, weryfikacja przez serwis pośredniczący itp.), z reguły jednak serwisy przyciągają ludzi bardziej otwartych na relacje z innymi. Technologia przywraca dawne formy zaufania – tłumaczą Botsman i Rogers. Aby konsumenci uwolnili się od kulturowo zakodowanego kultu posiadania, musimy pokazać im, że dzielenie się jest wygodniejsze i tańsze od konsumpcji.
Po trzecie: collaborative consumptionratuje społeczeństwa od atomizacji i skrajnego indywidualizmu. Niewątpliwie wyróżniającą cechą nowego typu konsumpcji (ale też komunikacji) jest to, że oprócz satysfakcji z wymiany, oszczędności i zaradności mamy też satysfakcję z przynależenia do wspólnoty.Ludzie uświadamiają sobie, że posiadanie wyłącznie po to, aby mieć coś na wyłączność, jest mniej istotne niż przynależenie.
Po czwarte: nowy styl konsumpcji wpisuje się w koncepcję zrównoważonego rozwoju. Nie jest to dla większości użytkowników cel sam w sobie, a raczej efekt uboczny nowego systemu. Więcej – zdaniem Botsman i Rogers, większość osób korzystających z systemu wymiany w żaden sposób nie popiera idei zrównoważonego rozwoju. Przeciwnie, są to zwolennicy kapitalizmu „w starym stylu”, a jednak dostrzegają w nowym systemie ogromne zalety, przede wszystkim oszczędność i tzw. dobrą okazję. Dzięki rosnącej modzie na dzielenie się coraz więcej ludzi dokonuje akcesu do cyklu wymiany, a tym samym nieświadomie przyczynia się też do ochrony zasobów i surowców. Pokazywanie, że „inni też tak robią”, jest często dużo bardziej skuteczne niż odwoływanie się do czyjegoś poczucia społecznej odpowiedzialności czy apelowanie o zachowanie zasobów dla przyszłych pokoleń.
Ile idei, ile kalkulacji?
Nie bez przyczyny ekonomia dzielenia się zaczęła rozkwitać w czasach kryzysu i to w kraju, w którym przybrał on najbardziej spektakularne oblicze. Idee dzielenia się, wspólnotowości i ochrony środowiska są oczywiście urzekające, ale nie oszukujmy się – wartości te nie są (i może nigdy nie będą) kluczowe dla większości konsumentów na świecie. Kwestia ceny i wygody pozostaje kluczowa.
Collaborative consumption wydaje się doskonałą ofertą w czasie gospodarczego osłabienia, ponieważ pozwala ominąć tradycyjnych komercyjnych pośredników i zaoszczędzić spore środki. Dla osób udostępniających miejsce w samochodzie w systemie carpooling jest to niezły sposób na zmniejszenie kosztów benzyny. Polska strona serwisu w ten sposób zachęca potencjalnych użytkowników: Obserwowane od kilku tygodni wzrosty cen paliw uszczuplają zawartość portfela niejednego kierowcy. Jednym z najprostszych sposobów na oszczędności jest znalezienie pasażerów i podzielenie się z nimi kosztami przejazdu. Podział kosztów dotyczyć może nie tylko wydatków na paliwo, ale także opłat za przejazd autostradą czy postój na parkingu. […] Carpooling to oszczędność pieniędzy nie tylko po stronie kierowcy, ale także pasażera. Z Krakowa do Katowic można pojechać już za 7 zł, z Wrocławia do Drezna – za jedyne 60 zł. To zdecydowanie taniej niż pociągiem, a przy tym o wiele wygodniej.
Jaka jest zatem wartość ekonomii dzielenia się? Rachel Bootsman ocenia, że wartość rynku CC wynosi ok. 110 miliardów dolarów. Sam rynek zaś rozwija się w zawrotnym tempie, a serwisy umożliwiające społecznościowe finansowanie (crowdfunding – w Polsce niestety niewykonalny ze względu na brak odpowiednich przepisów!), reprezentowane przez takie znane światowe serwisy, jak Kickstarter czy Indiegogo, umożliwiają opłacenie innowacyjnych przedsięwzięć i uniezależniają od kredytów bankowych. Umair Haque, ekspert ds. ekonomii, uważa, że collaborative consumption to potężna zmiana i poważne zagrożenie dla tradycyjnego biznesu. Jeśli ludzie, dawniej określani jako konsumenci, zaczną konsumować o 10% mniej, a dzielić się o 10% bardziej, skutki ekonomiczne dla tradycyjnych korporacji będą nieproporcjonalnie większe, co oznacza, że niektóre branże będą musiały się przekształcić albo przygotować do zatonięcia w ruchomych piaskach przeszłości.
przez Mateusz Batelt | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Ostatnie miesiące były dla niemieckiej Partii Piratów wyjątkowo udane. Wprowadziła ona przedstawicieli do parlamentów czterech krajów związkowych: jesienią 2011 r. Berlina, a wiosną 2012 r. Saary, Szlezwika-Holsztynu i Nadrenii Północnej-Westfalii. Wybory do Bundestagu przyniosą prawdopodobnie kolejny sukces tej formacji. Wzrostowi popularności PP towarzyszy zainteresowanie jej narzędziami komunikacji wewnątrzpartyjnej.
Jakie są te „pirackie narzędzia”? Prawdopodobnie najchętniej używana jest PiratenPad – internetowa platforma pozwalająca na zbiorowe pisanie tekstów. Oprócz tego członkowie partii na szeroką skalę wykorzystują strony wiki1 i listy mailingowe. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się jednak oprogramowanie o nazwie LiquidFeedback2. Służy ono prowadzeniu dyskusji i podejmowaniu decyzji w kwestiach ważnych dla partii, a bazuje na idei demokracji płynnej (ang. liquid democracy).
Pojęcie demokracji płynnej zaczęło pojawiać się w dyskusjach internetowych mniej więcej przed dekadą. Dopiero po pewnym czasie utrwaliło się jako termin. – Demokracja płynna w sposób dynamiczny łączy w sobie elementy demokracji bezpośredniej z przedstawicielską. Opiera się również na propagowanej przez Jürgena Habermasa idei demokracji deliberatywnej, która za centralny aspekt władzy ludu uznaje nie wybory, lecz dyskusję między równymi sobie uczestnikami życia publicznego – wskazuje Simon Brodnicki z Liquid Democracy e.V., stowarzyszenia propagującego i rozwijającego tę koncepcję w Niemczech.
Demokracja płynna rodziła się wraz z rozwojem internetu w wersji 2.0, w erze szybkiej komunikacji między ludźmi. Są to czasy, gdy każdy może w łatwy sposób zostać twórcą – zredagować hasło w internetowej encyklopedii Wikipedia, wrzucić zrobiony przez siebie film na YouTube’a, prowadzić bloga. Na ten okres przypada również wzrost zainteresowania demokracją uczestniczącą. Ponieważ wyraźnie widoczne jest zjawisko przenoszenia nowych obszarów ludzkiej działalności do sieci, można przypuszczać, iż demokracja płynna będzie zyskiwała na popularności.
Jeżeli przyjmiemy, że demokracje bezpośrednia i przedstawicielska leżą na przeciwległych biegunach, to demokracja płynna znajduje się gdzieś pomiędzy nimi. W zależności od sytuacji płynnie przechodzi w stronę jednego z krańców – czasem będzie bardziej bezpośrednia, a niekiedy bardziej przedstawicielska. Z faktu tej „płynności” wzięła się jej nazwa.
Demokracja płynna zachowuje zalety obu systemów, jednocześnie niwelując ich wady. W przypadku demokracji przedstawicielskiej obywatele mają do czynienia z różnymi ograniczeniami dotyczącymi uczestnictwa w procesie decyzyjnym. Głosowanie odbywa się rzadko, np. raz na 4 lata. Głos oddawany jest na konkretną osobę lub partię. Wyborca może opowiedzieć się zatem za ograniczonym zbiorem postulatów (np. programem partyjnym) bez gwarancji ich realizacji po wyborach oraz bez realnej możliwości odwołania reprezentantów, gdy nie wywiązują się z obowiązków. Z kolei w demokracji bezpośredniej obywatel nie ma zazwyczaj wpływu na treść tego, nad czym głosuje – podsuwane są mu gotowe propozycje, które może poprzeć lub nie.
W systemie demokracji płynnej mamy natomiast różne możliwości, jeśli chodzi o czas trwania głosowania. W zależności od potrzeb może być ono ciągłe, trwać przez pewien okres lub do osiągnięcia określonego kworum. Głosowaniu podlegają tu konkretne kwestie – jak w demokracji bezpośredniej – lecz nad treścią propozycji mogą pracować także głosujący.
Szczególną „nowinką” systemu jest to, że każdy dysponuje jednym głosem, ale w dowolnym momencie może go komuś oddać. W jednej sprawie można zatem decydować samemu, a w innej przekazać głos osobie lub organizacji, którą uznamy np. za bardziej kompetentną od nas. Taki podmiot dysponuje wtedy dwoma głosami, chyba że również odda je komuś innemu (zob. ilustracja). W każdej chwili istnieje możliwość odebrania głosu reprezentantowi i głosowania zgodnie z własną wolą. Można przewrotnie rzec, że dzięki temu mechanizmowi mamy prawo nie dysponować wystarczającą wiedzą, nie mieć czasu lub zwyczajnie ochoty, żeby w danej kwestii zająć stanowisko. Elastyczne przekazywanie głosów (delegated voting) to kluczowy element demokracji płynnej.

Pomysł, choć prosty, jest – nie bójmy się użyć tego słowa – rewolucyjny. Nie chodzi o to, żeby wyrzucić urny wyborcze i przenieść całą aktywność obywatelską do internetu – nawet członkowie Partii Piratów nie rezygnują przecież z aktywności w świecie rzeczywistym. Wykorzystując mechanizmy demokracji płynnej można jednak skutecznie zdemokratyzować proces decyzyjny nie tylko w partiach politycznych, ale także w organizacjach obywatelskich oraz takich miejscach, jak np. redakcja czasopisma, komisja parlamentarna czy samorząd lokalny. W ten sposób u zaangażowanych osób powoli tworzy się świadomość demokratyczna. Na tym polega rewolucyjność koncepcji – swoisty efekt kuli śnieżnej może sprawić, że demokratyczne uczestnictwo obywateli stanie się coraz powszechniejsze i będzie się rozlewać na kolejne szczeble decyzyjne w rozmaitych dziedzinach życia.
Oprócz LiquidFeedback istnieją inne platformy bazujące na idei demokracji płynnej. Na szczególną uwagę zasługuje Adhocracy, z którego korzysta coraz więcej osób i organizacji. Adhocracy, podobnie jak LiquidFeedback, zostało udostępnione na wolnej licencji. Oznacza to, że każdy może bezpłatnie korzystać z tej platformy, a także dostosować ją do własnych potrzeb – jej kod źródłowy dostępny jest dla każdego, co zapewnia również przejrzystość i bezpieczeństwo całego systemu. Interfejs Adhocracy nie jest szczególnie skomplikowany, a proces rejestracji przebiega szybko. – Pracujemy nad Adhocracy już kilka lat, ale przed nami jeszcze długa droga. Staramy się, aby oprogramowanie stało się jeszcze bardziej przyjazne dla użytkowników i miało coraz więcej przydatnych opcji – mówi Simon Brodnicki.
Każdy podmiot – zarówno pojedyncza osoba, jak i organizacja społeczna lub partia polityczna – może założyć w ramach Adhocracy grupę użytkowników. Grupy są autonomiczne i zarządzane przez ich członków. Uczestnicy zgłaszają tematy do dyskusji: na przykład debatę wokół statutu przyszłego stowarzyszenia, wprowadzenie zmian do programu partyjnego lub inny dowolny problem, nad którym chcą kolektywnie pracować. Przykładem może tu być przygotowywanie projektu statutu organizacji, który został opublikowany na stronie grupy w Adhocracy i z którym każdy może się zapoznać. Jednemu z członków nie podobają się fragmenty projektu, więc zgłasza propozycję ich zmiany. Od tego momentu rozpoczyna się dyskusja. Inni członkowie grupy mogą oceniać i komentować jego pomysł.
Praca nad treścią propozycji przypomina tworzenie haseł w Wikipedii. Podobnie jak w internetowej encyklopedii, cały proces jest wyjątkowo szybki, poza tym można w łatwy sposób sprawdzić kto, kiedy oraz jakich zmian dokonał. Zapewnia to transparentność i daje możliwość łatwego powrotu do tekstu we wcześniejszym brzmieniu. System pozwala też oceniać komentarze wpisywane przez innych użytkowników, dzięki czemu, podobnie jak w niektórych serwisach internetowych, tworzy się hierarchia wpisów. Ocen można dokonywać osobiście lub przekazując uprawnienia innemu użytkownikowi. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy swoje pomysły zgłasza też inny członek grupy. Od tego momentu użytkownicy mają do dyspozycji dwie propozycje zmian, które mogą oceniać i komentować. Istnieją zatem trzy wersje projektu statutu – oryginalna oraz te zaproponowane przez członków. Po ostatecznym głosowaniu uznana za obowiązującą jest ta wersja, która zdobyła największą liczbę głosów. Użytkownicy mogą głosować osobiście lub przekazać głos komuś innemu. W każdej chwili delegacja ta może zostać odwołana. W głosowaniu decyzje zapadają większością zwykłą lub kwalifikowaną, w zależności od wybranych ustawień. Można również określić ramy czasowe całej dyskusji.
Dostępna dla wszystkich wersja Adhocracy znajduje się pod adresem adhocracy.de. W momencie pisania tego artykułu liczyła ponad 12 tys. zarejestrowanych użytkowników. – Organizacjom, które są zainteresowane oficjalnym wykorzystaniem Adhocracy, oferujemy dwie możliwości. Mogą założyć zweryfikowaną grupę na głównej stronie Adhocracy lub stworzyć spersonalizowaną wersję platformy, dostępną pod wybranym adresem internetowym – wyjaśnia Viola Lebro z Liquid Democracy e.V. Jak dotąd z tej możliwości skorzystało kilka podmiotów.
Pierwszym było stowarzyszenie Mehr Demokratie e.V. Organizacja powstała w 1988 r., a za cel stawia sobie wspieranie i rozwój demokracji bezpośredniej. Mehr Demokratie jest więc idealnym odbiorcą oferty Adhocracy. Stowarzyszenie wykorzystało mechanizmy demokracji płynnej do debaty nad własną strategią. Propozycje, które powstały w internecie, były następnie przedmiotem dyskusji podczas walnego zgromadzenia członków organizacji.
Od października 2010 r. do lipca 2011 r. z kolei władze Monachium przeprowadziły konsultacje społeczne poświęcone takim kwestiom, jak e-administracja, formy partycypacji obywatelskiej przez internet oraz wolny dostęp do informacji. Za pomocą Adhocracy ok. 600 osób pracowało nad pomysłami, które następnie trafiły na biurko burmistrz Monachium, Christine Strobl. Autorom pięciu propozycji dotyczących administracji i partycypacji przez internet przyznano nagrody.
W ubiegłym roku Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) wezwała członków i sympatyków do udziału w dyskusji pod tytułem „Praca i gospodarka w społeczeństwie cyfrowym”. Debata zorganizowana została na specjalnie w tym celu przygotowanej stronie Adhocracy i przyciągnęła 416 obywateli – autorów 77 propozycji, pod którymi znalazło się 287 komentarzy. W jej trakcie opracowano dokument zatytułowany „Wolność, sprawiedliwość i solidarność w społeczeństwie cyfrowym”, który został przyjęty na grudniowym kongresie partii.
Następnie w styczniu 2012 r. frakcja parlamentarna SPD rozpoczęła internetową debatę pod tytułem „Dialog o przyszłości”. Socjaldemokraci ponownie zdecydowali się na użycie mechanizmów demokracji płynnej. Celem projektu jest z jednej strony zachęcenie obywateli do udziału w polityce, a z drugiej zwiększenie transparentności procesu podejmowania decyzji. Debata cieszy się dość dużą popularnością – do tej pory zarejestrowało się ponad 1900 osób, które oddały ponad 7410 głosów.
Kolejnym samodzielnym projektem korzystającym z Adhocracy jest OffeneKommune. Serwis skierowany jest do osób i podmiotów zainteresowanych losami swoich gmin i powiatów: zwykłych obywateli, radnych, urzędników, organizacji społecznych, partii politycznych i przedsiębiorstw. Projekt wystartował w marcu 2012 r., a jego celem jest przyciągnięcie jak największej liczby przedstawicieli samorządów lokalnych z terenu Niemiec. Do tej pory zarejestrowały się w nim 784 osoby, a swoje grupy założyły miasta Stuttgart, Regensburg i Pfaffenhofen an der Ilm oraz powiat Rheingau-Taunus. Łącznie użytkownicy utworzyli 91 propozycji, napisali 308 komentarzy i oddali 4019 głosów.
Interesujący eksperyment z demokracją płynną przeprowadziło również niemieckie czasopismo „ZEITmagazin”. Od początku marca do końca kwietnia 2012 r. wszyscy zainteresowani mogli wziąć udział w dyskusji mającej na celu wyłonienie tematów, które zostaną poruszone w jednym z numerów. W przedsięwzięcie zaangażowało się łącznie 2699 osób, które zgłosiły 452 propozycje. Aby wykluczyć możliwość wykorzystania projektu do działań marketingowych i lobbingowych, redakcja pozostawiła sobie prawo zdecydowania, które z tematów poddawanych głosowaniu trafią do gazety. „ZEITmagazin” zaprosił wszystkie osoby, których pomysły zdobyły największą liczbę głosów, na specjalną konferencję, podczas której wyłoniono ostatecznie cztery propozycje tematów.
W marcu 2010 r. wszystkie frakcje Bundestagu zgłosiły wspólny wniosek powołania komisji mającej na celu zebranie opinii dotyczących internetu i społeczeństwa cyfrowego. Jej zadaniem jest przygotowanie raportu zawierającego wytyczne do dalszych działań. Ma on zostać ukończony do grudnia 2012 r., a następnie stanie się przedmiotem debaty w niemieckim parlamencie. Komisja pragnie włączyć do swoich prac jak największą liczbę obywateli. Informacje dotyczące jej działalności publikowane będą na stronie internetowej Bundestagu regularnie i w sposób jak najbardziej przejrzysty. Znajdą się tam również narzędzia pozwalające wszystkim zainteresowanym wpływać na prace komisji – czytamy na stronie niemieckiego parlamentu. Komisja zaprosiła jako „osiemnastego eksperta” obywateli, którzy dostali możliwość udziału w jej pracach za pośrednictwem platformy Adhocracy. Jak dotąd w systemie zarejestrowało się 2960 osób, które głosowały prawie 14 tys. razy.
Powyższe przykłady są chyba najlepszym dowodem na to, że koncepcja demokracji płynnej jest atrakcyjna nie tylko dla członków Partii Piratów. – Między innymi niemieckie partie polityczne coraz częściej zainteresowane są demokracją płynną. Rzecz jasna słyszymy również wiele krytycznych głosów, ale w przypadku nowych pomysłów jest to zjawisko naturalne. Poza tym krytyczne spojrzenie sprawia, że koncepcja dojrzewa, zarówno pod względem teoretycznym, jak i praktycznym – zauważa Simon Brodnicki. Coraz więcej osób dostrzega, że internet zapewnia infrastrukturę, która może być bardzo dobrym uzupełnieniem klasycznych mechanizmów podejmowania decyzji. – Oczywiście musimy jeszcze trochę poczekać, ale przewiduję, że realna jest partycypacja obywatelska za pośrednictwem takich platform jak Adhocracy na poziomie gmin czy regionów – dodaje Brodnicki.
O ile za naszą zachodnią granicą idea demokracji płynnej od dłuższego czasu gości w mediach i znajduje praktyczne zastosowanie, o tyle w Polsce jest to temat nadal nieobecny. Nadszedł czas, żeby to zmienić. Jeśli bowiem chcemy, aby wiek XXI był wiekiem demokracji, musimy sięgać po wszystkie narzędzia, które pomogą nam w realizacji tego zamierzenia.
Mateusz Batelt
Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, wydawca „Nowego Obywatela”, rozpoczęło współpracę z Liquid Democracy e.V. w celu przygotowania polskiej wersji językowej platformy Adhocracy. Strona projektu: www.demokracjaplynna.org.
Przypisy:
Jak możemy przeczytać w Wikipedii, najpopularniejszym portalu wykorzystującym mechanizm wiki, wiki to typ serwisu internetowego, w którym treść tworzona i zmieniana jest w prosty i szybki sposób, z poziomu przeglądarki internetowej.
LiquidFeedback stworzone zostało w 2008 r. Nad jego rozwojem pracuje obecnie niemieckie stowarzyszenie Interaktive Demokratie e.V. Z oprogramowania korzystają, oprócz niemieckiej, również Partie Piratów w Szwajcarii, Austrii i Brazylii. Polskojęzyczna wersja LiquidFeedback dostępna jest pod adresem: http://lf.liquiddemocracy.pl/
przez Filip Białek | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
W wielu krajach rządy i instytucje publiczne prowadzą zaawansowane działania na rzecz budowy społeczeństwa informacyjnego. W Polsce społeczeństwo informacyjne tworzy się bez pomocy gabinetu Donalda Tuska, a bardzo często wbrew niemu. Władze nie mają bowiem żadnej wizji tego, jak z pomocą nowych technologii ułatwić obywatelom samoorganizację, zwiększyć ich udział w podejmowaniu decyzji politycznych oraz wzmocnić postawy obywatelskie poprzez korzystanie z internetu.
Termin „społeczeństwo informacyjne” może być rozumiany wielorako. Najczęściej określa on pewne specyficzne stosunki gospodarcze i przeciwstawiany jest społeczeństwu przemysłowemu. W społeczeństwie informacyjnym główną siłą gospodarki mają być przedsiębiorstwa oparte na wiedzy, których głównym zadaniem jest produkowanie informacji. Interesujący jest jednak inny, znacznie węższy aspekt społeczeństwa informacyjnego, odnoszący się do obywatelskości, aktywności i partycypacji społecznej w kształtowaniu sfery publicznej. Mówiąc o społeczeństwie informacyjnym, będę miał na myśli takie zjawiska, które dzięki nowym technologiom, internetowi i szybkości wymiany informacji sprawiają, że obywatele uzyskują większy wpływ na państwo i instytucje publiczne.
Badacze takich zjawisk nierzadko wiążą wielkie nadzieje z potencjałem wpływu, jaki na stan współczesnych społeczeństw mogą wywrzeć nowe technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT).
Demokracja przedstawicielska od dłuższego czasu znajduje się w kryzysie. W starych demokracjach Zachodu kryzys ten objawia się w spadku frekwencji wyborczej, niestabilności poparcia politycznego dla partii, odpływie elektoratu do tzw. partii protestu, coraz niższym zaufaniu do polityków, czy też w niskim poziomie wiedzy o procesach politycznych. Można rzec, że współczesny model demokracji staje się w oczach obywateli zbyt skomplikowany, a struktury władzy i państwa są postrzegane jako oddalone od spraw codziennego życia i trudno dostępne. Lekiem na te problemy mogłyby być właśnie ITC, które znacząco ułatwiają dzielenie się informacjami. Z jednej strony ITC umożliwiają rządom niemal całkowitą transparentność wszystkich procesów administracyjnych i politycznych, a z drugiej pozwalają obywatelom na większą partycypację w decyzjach podejmowanych przez władze publiczne. Ograniczeniami są tutaj w zasadzie jedynie wola i sprawność decydentów.
Różne modele e-partycypacji wymagają odpowiedniego stanu infrastruktury państwowej i informatycznej. Innymi słowy, dopuszczenie obywateli do wpływania na losy kraju za pomocą narzędzi informatycznych możliwe jest tylko wtedy, gdy sam aparat państwowy zostanie poddany spójnemu modelowi informatyzacji. W Polsce z niczym takim nie mamy do czynienia. W ostatnim raporcie ONZ „E-Government Survey 2012. E-Government for the People” wysiłki naszego kraju na rzecz informatyzacji państwa zostały ocenione bardzo nisko. Polska, zajmując 47. miejsce, została sklasyfikowana m.in. za Rosją, Kazachstanem, Chorwacją, Czechami czy Węgrami. Warto wspomnieć, że w podobnym rankingu z 2008 r. nasze państwo zajmowało pozycję 33. W kwestii informatyzacji państwa jesteśmy więc niewątpliwie zacofani i, co gorsza, taki stan się pogłębia.
Sam rząd doskonale zdaje sobie sprawę ze skali problemu. Raport przygotowany przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji pt. „Państwo 2.0 – Nowy start dla e-administracji” pozbawia wszelkich złudzeń. Dokument jasno pokazuje, że dotychczasowe projekty informatyzacji prowadzone były niezależnie od siebie, bez współpracy międzyresortowej, co najczęściej prowadziło raczej do zwiększania administracyjnego chaosu niż do zapanowania nad nim. Ministerstwo wspomina m.in., że równocześnie rozwijano tzw. podpis elektroniczny oraz profil zaufany, a także wiele alternatywnych sposobów potwierdzania identyfikacji [sic!] obywateli w systemach poszczególnych resortów i samorządów. Oznacza to, że zamiast stworzyć jeden uniwersalny model weryfikacji tożsamości obywatela, który pozwalałby na logowanie się do wszystkich możliwych usług e-państwa, kreowano kolejne „zapory”, które właściwie utrudniały korzystanie z dostępnych usług. W zakończeniu raportu czytamy: Źródłem słabości jest sama koncepcja informatyzacji albo w ogóle jej brak. Chaotycznie i „silosowo” prowadzone działania, brak współpracy w celu uniknięcia powielania się rozwiązań, swoisty prymat nastawienia typu „hardware” nad modelem zorientowanym na przyjazne dla użytkowników aplikacje – generowały patologie w decyzjach oraz słabości w osiąganiu rezultatów.
Oprócz problemów natury „koncepcyjnej” rozwój polskiej e-administracji zmaga się również ze zwyczajowymi kłopotami, które dosięgają większości przedsięwzięć naszego państwa. Mowa tu o korupcji i marnotrawieniu środków publicznych. W grudniu 2011 r. dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” dotarli do protokołu z zakończonych kontroli NIK ws. wdrażania projektów informatyzacyjnych w latach 2007–2010. Wnioski były zatrważające. Na 28 realizowanych zadań tylko 5 funkcjonowało w miarę sprawnie. Zgodnie z wcześniejszym planem, w trakcie badanego okresu rząd miał wydać na e-państwo 2,5 mld złotych, jednak w związku z brakiem gospodarności (często natury kryminalnej) konieczne będzie zwiększenie tej kwoty o prawie 6,5 mld złotych albo zaplanowane projekty nie zostaną ukończone. Z kolei pod koniec kwietnia 2012 r., po tym jak CBA i prokuratura wszczęły śledztwo w sprawie korupcji w Centrum Projektów Informatycznych przy MSWiA (zatrzymano m.in. dyrektora tej instytucji, któremu zarzucano przyjęcie 5 mln złotych łapówki), Komisja Europejska zamroziła środki – w wysokości 1,2 mld złotych – przeznaczone na rozwój e-administracji w Polsce. W związku z powyższymi faktami nawet najlepsze chęci i koncepcje ministra Boniego mogą pozostać bez większego związku z rzeczywistością.
Jak widać, warunek sine qua non rozwijania modeli partycypacyjnych – tj. sprawna informatyzacja administracji – nie został dotychczas w Polsce spełniony. Oznacza to, że dopuszczenie obywateli do podejmowania decyzji za pomocą ICT stanowi u nas pieśń przyszłości. Brak prostych narzędzi umożliwiających weryfikację tożsamości obywateli, zaniedbania w tworzeniu spójnego i przyjaznego użytkownikom systemu e-administracji, kłopoty z uzyskiwaniem informacji od instytucji publicznych via internet itp. uniemożliwiają wdrażanie jakichkolwiek poważnych projektów, które mogłyby przybliżyć państwo obywatelom. Trudno oczywiście oczekiwać, że rząd Donalda Tuska będzie podejmował działalność mogącą pomóc w rozwijaniu e-partycypacji. Stosunek obecnego rządu do partycypacji obywatelskiej w ogóle zamanifestował się aż nadto wyraźnie w związku z wieloma decyzjami, co do których społeczeństwo wydawało się mieć opinie odmienne od pomysłów władz. Do pewnego stopnia widać to zresztą we wspomnianym raporcie Boniego. Obywatel jest tam traktowany jedynie jak klient, który ma być dobrze obsłużony przez administrację. Nie oczekuje się od niego ani udziału w podejmowaniu decyzji, ani opinii odnośnie do decyzji już podjętych. W całym tekście znajdujemy zresztą tylko jedno dość mgliste zdanie odwołujące się do pojęcia „e-demokracji”.
Tymczasem w innych krajach ICT są nie tylko skutecznie wykorzystywane do stworzenia sprawniejszej administracji, lecz służą również zwiększeniu możliwości wpływania obywateli na losy państwa. Nie dotyczy to bynajmniej tylko krajów zamożnych i wysokorozwiniętych. Na przykład maleńka Estonia dokonała w ciągu kilkunastu lat niezwykłego wręcz skoku rozwojowego we wdrażaniu rozwiązań informatycznych. We wszelkich rankingach obrazujących rozwój e-państwa, e-rządu czy e-partycypacji kraj ten plasuje się najczęściej w pierwszej dwudziestce. Na obszarze pokomunistycznym w zasadzie nie ma on konkurencji, dlatego np. we wspominanym raporcie ONZ Estonia porównywana jest nie do krajów Europy Środkowowschodniej, lecz do państw nordyckich.
Odsetek gospodarstw domowych z komputerem podłączonym do internetu, liczba użytkowników Sieci, korzystanie z elektronicznej bankowości, dostęp do darmowego wi-fi – we wszystkich tych wskaźnikach Estonia sytuuje się ponad średnią unijną. Czynniki te stanowią infrastrukturę, na której można tworzyć e-państwo z prawdziwego zdarzenia. Już w 2002 r. wprowadzono w tym kraju cyfrowy dowód osobisty, który wraz ze specjalnym czytnikiem podłączanym do komputera stanowi, po wpisaniu kodu PIN, narzędzie identyfikacji obywatela via internet. Dzięki temu Estończycy mogą w prosty sposób załatwiać większość spraw urzędowych bez wychodzenia z domu. Cyfrowy dowód umożliwia również dokonywanie przelewów bankowych, realizowanie recept, może też zastąpić bilet w komunikacji publicznej.
Takie narzędzie – mógłby ktoś stwierdzić – może służyć do inwigilacji i spowodować utratę prywatności, ponieważ wszystkie dane gromadzone są w jednym miejscu. Jest jednak inaczej, gdyż system przekazuje obywatelowi informacje o tym, kto przeglądał jego dane. Oznacza to, że urzędnik nie może już bez wyraźnej potrzeby sprawdzać informacji o obywatelach, ponieważ każde takie zachowanie jest rejestrowane.
Z pozoru najbardziej widowiskowym osiągnięciem estońskiego e-państwa było umożliwienie społeczeństwu głosowania w wyborach powszechnych za pośrednictwem internetu. Był to pierwszy taki przypadek na świecie. Już w 2005 r. Estończycy mogli głosować elektronicznie w wyborach samorządowych. Wtedy 1,9% wszystkich oddanych głosów stanowiły wysłane przez Sieć. Odsetek ten szybko się powiększał – w wyborach parlamentarnych w 2011 r. wzrósł do 24,3%. Głównym celem wprowadzenia e-głosowania było zwiększenie frekwencji. Czy się udało? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż nie sposób założyć, że jedyną przyczyną zmian jest głosowanie elektroniczne. Jednak frekwencja w estońskich wyborach systematycznie rośnie. W wyborach parlamentarnych od 1999 r. wynosiła ona kolejno: 57%, 58%, 62% (2007 r. – pierwsze wybory parlamentarne z możliwością głosowania przez internet), 63,5%. Bardzo wysoki wzrost frekwencji odnotowano w przypadku wyborów do Europarlamentu. W 2004 r. wynosiła ona 24% (bez e-głosowania), by w 2009 wzrosnąć do prawie 44% (e-głosowanie). Zupełnie rekordowe były wybory samorządowe w roku 2009, które cieszyły się frekwencją 60,5% w porównaniu z 47% w roku 2005.
Jakkolwiek oddawanie głosów przez internet może jawić się z naszej perspektywy jako rewolucyjna zmiana, to należy pamiętać, że w swojej istocie jest to jedynie technologiczna nowinka, która nie ma większego wpływu (prócz – być może – wzrostu frekwencji) na przebieg procesu demokratycznego. E-głosowanie nie wyposaża obywateli w nowe narzędzia wpływu na proces demokratycznego podejmowania decyzji. W Estonii powstały jednak także systemy, które miały umożliwić społeczeństwu większą partycypację. Już w 2001 r. uruchomiono portal TOM – skrót od estońskiej frazy: „dziś ja decyduję”. Pozwala on decydentom na umieszczanie projektów ustaw, które miały być oceniane i komentowane przez użytkowników. Dodatkowo obywatele mieli możliwość przedstawiania własnych pomysłów, które, o ile zyskały odpowiednie poparcie, trafiały do urzędników. Ci zaś mieli miesiąc, aby odnieść się do proponowanych zmian. Co prawda administracja nie była zobligowana do wprowadzania zgłoszonych pomysłów w życie, ale w przypadku negatywnej odpowiedzi obywatele musieli otrzymać uzasadnienie takiej decyzji. W 2007 r. TOM został zastąpiony przez serwis osale.ee, który oferował podobne możliwości.
Niestety oba portale cieszyły się nikłym zainteresowaniem. TOM w 2007 r. miał jedynie 6742 zarejestrowanych użytkowników, spośród których tylko niewielka część była aktywna. Podobnie rzecz miała się z osale.ee. Około ? zamieszczonych tam projektów nie uzyskało żadnego komentarza, a odsetek propozycji zmian prawa, które wywołały dłuższą dyskusję, jest bardzo niski. Należy też zauważyć, że nie wszystkie ministerstwa publikowały tam swoje materiały. Dodatkowe problemy, z którymi zmagają się estońskie systemy partycypacji, to mało konstruktywne głosy obywateli, zbyt formalne odpowiedzi urzędników mogące zniechęcać ludzi do zabierania głosu, brak realnego dialogu z przedstawicielami władzy oraz nikłe zainteresowanie mediów propozycjami obywatelskimi. Meelis Kitsing, badacz z University of Massachusetts, stwierdza nawet, że najsłabszym punktem estońskiego e-rządu jest dostarczenie obywatelom usług, które mogłyby zachęcać do partycypacji i demokracji. Jako przyczynę wymienia przede wszystkim fakt, iż estońskie inicjatywy są w głównej mierze reakcją na potrzeby sektora prywatnego oraz opinii publicznej. Zdaniem autora, Estonii brakuje spójnej wizji wdrażania narzędzi partycypacyjnych.
Jak widać, samo oddanie w ręce społeczeństwa narzędzi umożliwiających partycypację nie gwarantuje, że ono z nich skorzysta. Nierozsądne byłyby jednak opinie, że estońskie projekty zakończyły się porażką, a sama idea e-partycypacji była niewiele warta. Opisane tu narzędzia są raczej w fazie prób i testów – nie ma zatem mowy o skończonym przedsięwzięciu. Jeśli Estończycy zdiagnozują popełnione błędy i będą systematycznie je naprawiać, to z czasem zaangażowanie obywateli powinno się zwiększyć.
Co ciekawe, rozwiązania wprowadzane przez Estonię są ogólnodostępne i inne kraje mogą z nich korzystać. Przykładem jest Słowenia, która w 2009 r. wdrożyła platformę TID+ (Today I Decide), powstałą jako projekt na bazie estońskiego TOM. Wydaje się, że w Słowenii narzędzie to cieszy się nieco większą popularnością. Przez dwa lata funkcjonowania portalu pojawiło się tam ponad 2000 obywatelskich sugestii zmian prawa, z czego każda opatrzona została średnio 6 komentarzami. 460 pomysłów zyskało wystarczające poparcie, aby zostać przekazane decydentom, z tej liczby zaś ponad połowa dostała pozytywne odpowiedzi, zgodnie z którymi albo pomysł był już wdrażany w życie niezależnie od inicjatywy obywatelskiej, albo był jedną z opcji branych pod uwagę. Aż 13 sugestii zostało zrealizowanych wyłącznie dzięki TID+.
Jednym z głównych problemów, z którymi stykają się opisane tu narzędzia umożliwiające e-partycypację, jest fakt, że obywatele często czują się niekompetentni, by merytorycznie komentować skomplikowane dokumenty tworzone przez administrację. Język urzędników jest niezbyt przystępny, a sprawy, o których piszą, wydają się obywatelom zbyt trudne. Udostępnienie w Sieci wielkiej ilości takich dokumentów jest często przeciwskuteczne, gdyż raczej przytłaczają one informacjami, których odbiorcy nie są w stanie przetrawić. Dlatego nasuwają się tutaj dwa rozwiązania. Zgodnie z pierwszym serwisy takie jak osale.ee powinny zostać „wyposażone” w urzędników, którzy asystowaliby obywatelom przy formułowaniu postulatów. Chodzi o to, aby człowiek mógł sformułować propozycję czy komentarz „własnymi słowami”, nie bacząc na to, że forma jego wypowiedzi nie koresponduje z technicznym językiem administracji. Dopiero później, dzięki pomocy kompetentnego urzędnika, obywatelska sugestia zostałaby „przetłumaczona” na administracyjny żargon. Taką strategię realizuje brazylijski serwis edemocracia.gov.br, który niestety z braku miejsca nie może zostać tu szczegółowo opisany. Warto zauważyć, że bez podobnych rozwiązań partycypacyjne narzędzia mogą zostać łatwo zawłaszczone przez różnego rodzaju lobbystów. Bez wsparcia dla „zwykłych obywateli” użytkownikami takich serwisów pozostaną jedynie osoby, które potrafią sprawnie poruszać się w urzędniczym gąszczu przepisów, procedur i kruczków prawnych.
Inne rozwiązanie zostało wprowadzone w Wielkiej Brytanii. W sierpniu 2011 r. uruchomiono portal epetitions.direct.gov.uk, na którym każdy obywatel może zamieścić petycję. Jeśli pod wnioskiem zostanie zebranych co najmniej 100 000 podpisów, to tekst trafia do komisji, ta zaś może skierować go do parlamentu, gdzie będzie on ostatecznie dyskutowany. Portal cieszy się dużą popularnością, notując dziennie odwiedziny 52 tys. użytkowników. Kilkakrotnie udało się już przekroczyć próg 100 000 podpisów oraz wpłynąć na obowiązujące prawo. Trzeba jednak zaznaczyć, że w kilku przypadkach inicjatywy, które zgromadziły odpowiednie poparcie, nie trafiły do parlamentu, ponieważ nie zyskały wsparcia wspomnianej komisji. Fakty te sprawiły, że brytyjski dziennikarz i autor bloga edemocracyblog.com, Richard Parsons, skonstatował: Parlament przeżywa obecnie łagodniejszą wersję zamętu, którego doświadczyły wcześniej muzyka i prasa w związku z pojawieniem się internetu. Fakt istnienia e-petycji skłania do stawiania pytań o sposób funkcjonowania brytyjskiego systemu politycznego oraz tego, czy jest on przygotowany na spełnienie oczekiwań społeczeństwa.
Sama procedura jest przedmiotem wzmożonej debaty. Przede wszystkim nie jest do końca jasne, jak wielką wagę parlamentarzyści powinni przykładać do e-petycji. Z jednej strony należy pamiętać, że 100 000 popierających to niewiele w stosunku do ogólnej liczby dorosłych obywateli, zatem nie można traktować tych inicjatyw jako „woli ludu”. Z drugiej jednak strony, arbitralne decyzje komisji, zgodnie z którymi nie wszystkie petycje poparte 100 000 podpisów są poddawane debacie, mogą odbierać ludziom wiarę w to, że ich głos się liczy. Problemem jest również sposób, w jaki administracja komunikuje się z obywatelami. Teoretycznie możliwe jest, że autor petycji, która zbierze 99 999 głosów, może nie doczekać się żadnego odzewu ze strony decydentów. Postuluje się więc stworzenie mechanizmów, które umożliwią większy dialog sygnatariuszy z władzami. Warto nadmienić, że do takiego dialogu dochodzi stosunkowo często, gdyż politycy chętnie kontaktują się z autorami petycji, które co prawda nie przekroczyły wymaganego progu, ale mimo to zgromadziły pokaźne poparcie. Problem jest jednak taki, że są to kontakty nieformalne i do niczego polityków nie zobowiązują. Jak widać, również tutaj narzędzie partycypacyjne jest w fazie testów. Wydaje się jednak, że już teraz cieszy się dużym zainteresowaniem obywateli, a przedstawicielom władzy zależy na jego usprawnieniu.
Porównując rozwiązanie brytyjskie do estońskiego, można stwierdzić pewną przewagę tego pierwszego. Jednym z argumentów są nagie liczby. E-petycje cieszą się dużo większym zainteresowaniem obywateli niż komentowanie rządowych dokumentów. Dlaczego tak jest? Wydaje się, że brytyjski model partycypacji jest bardziej przyjazny obywatelom i łatwiejszy w obsłudze. Napisanie petycji nie jest tak skomplikowane jak próby wpływania na już istniejące projekty. Nie trzeba być ekspertem, żeby móc opisać problem, który dostrzegamy. Powoduje to, że e-petycje są znacznie mniej elitarne niż osale.ee. Warto zauważyć, że e-petycje są dostosowane do obecnego modelu Sieci, tj. Web 2.0 – gdy tylko zbieranie podpisów zostanie uruchomione, linki do odpowiedniej petycji są rozsyłane po najróżniejszych serwisach społecznościowych. Jeśli idea rzeczywiście cieszy się popularnością, to w miarę szybko można zgromadzić odpowiednią liczbę sygnatariuszy.
Można wskazać jeszcze jedną różnicę między oboma rozwiązaniami. Otóż wydaje się, że e-petycje są w miarę spójnym uzupełnieniem systemu demokracji przedstawicielskiej, dzięki któremu kontakt między rządzącymi a społeczeństwem jest trochę lepszy. Natomiast narzędzia takie jak osale.ee zbliżają się w teorii do demokracji bezpośredniej, w której społeczeństwo przygotowuje i głosuje nad odpowiednimi projektami. Na dobrą sprawę można by pokusić się o stwierdzenie, że w Estonii istnieją już zalążki infrastruktury niezbędnej do wprowadzenia demokracji bezpośredniej. Widać więc tutaj pewien problem, z którym będą musieli poradzić sobie orędownicy tej formy ludowładztwa. Jeśli różne narzędzia podejmowania decyzji bez udziału wybieralnych przedstawicieli pozostawią w zaniedbaniu problem niskiego zainteresowania społeczeństwa trudnymi technicznymi zagadnieniami, które są obecne w każdym punkcie ścieżki legislacyjnej, to może się okazać, że proces decyzyjny zostanie bezwolnie przekazany niewybieralnym profesjonalistom, którzy jako jedyni będą dostatecznie kompetentni i zdeterminowani, aby stanowić prawo. Pytanie, na czyją korzyść będą działali ci ludzie.
Podałem przykłady form e-partycypacji, które umożliwiają obywatelom wpływanie na losy całego kraju. Wydaje się jednak, że znacznie prościej wprowadzić takie rozwiązania w skali lokalnej. Po pierwsze, ludzie zazwyczaj są bardziej zainteresowani tym, co dzieje się w ich bezpośredniej bliskości. Po drugie, rezultaty decyzji podejmowanych na poziomie lokalnym są łatwiejsze do zrozumienia przez obywateli, a więc można oczekiwać większego zaangażowania. Po trzecie, łatwiej deliberować w mniejszym gronie. Tezy te potwierdza praktyka, gdyż projektów wprowadzających e-partycypację na szczeblu lokalnym jest zdecydowanie więcej niż tych, które operują w skali państwa. Ciekawym przykładem są wysiłki na rzecz lokalnej e-demokracji w Brazylii, podejmowane m.in. przy tworzeniu budżetu partycypacyjnego w Belo Horizonte. Jak stwierdził Tiago Peixoto, badacz zajmujący się elektroniczną demokracją, żaden z krajów mających doświadczenia z e-demokracją nie zbliżył się nawet do tego, co udało się dokonać w Belo Horizonte, zarówno pod względem partycypacji obywateli, jak i pozytywnego wpływu na podejmowane decyzje.
Brazylijskie doświadczenia z budżetem partycypacyjnym sięgają 1989 r. [więcej na ten temat pisaliśmy w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” – przyp. redakcji] Natomiast pierwszy eksperyment, polegający na umożliwieniu obywatelom decydowania o lokalnym budżecie przez internet, pojawił się w 2006 r. w Belo Horizonte. Środki, o których mogli decydować mieszkańcy, wyniosły 11 mln dolarów. W tym samym czasie w ramach partycypacji nieelektronicznej mieszkańcy mieli do dyspozycji 43 mln dol. W każdym z dziewięciu dystryktów miasta obywatele mogli wybierać spośród czterech różnych projektów. Ten, który zyskiwał największe poparcie, był realizowany. Jak podaje Tiago Peixoto, mieszkańcy jednego z mniejszych dystryktów wybierali między budową nowego kompleksu sportowego, biblioteki, remontem głównej ulicy albo rewitalizacją głównego targowiska. Koszt każdego z projektów szacowany był na 1,2 mln dol., a najwięcej głosów zdobyło centrum sportowe. Mieszkańcom, prócz oddawania głosów, umożliwiono prowadzenie dyskusji między sobą oraz z władzami. Co jakiś czas dochodziło również do czatów z urzędnikami odpowiedzialnymi za poszczególne projekty. Warto też nadmienić, że miasto, aby przeciwdziałać cyfrowemu wykluczeniu, zbudowało około 170 e-kiosków umożliwiających głosowanie tym, którzy nie posiadają w domu komputera podłączonego do internetu.
Jak wyglądało zaangażowanie obywateli? W 2006 r. głosy oddało prawie 173 tys. mieszkańców (ponad 10% uprawnionych!). Dwa lata później, gdy cyfrowy partycypacyjny budżet został podwyższony do 22 mln dolarów, głosowało ok. 124 tys. osób, a w 2011 r. liczba ludzi oddających głosy przez internet zmniejszyła się do 97 tys. Oczywiście trend spadkowy jest zauważalny, ale i tak liczby te przyprawiają o zawrót głowy i kilkakrotnie przewyższają zaangażowanie obywateli w prace nad budżetem partycypacyjnym off-line. Należy jednak zauważyć, że możliwości deliberacyjne, które oferował serwis partycypacyjny, nie są zbyt ochoczo wykorzystywane przez mieszkańców. Stosunkowo niewiele osób korzystało z możliwości dyskutowania o projektach proponowanych przez miasto.
Peixoto, omawiając badania, których tematem był budżet e-partycypacyjny, zauważa, że dane wskazują, iż mieszkańcy oddawali swoje głosy tylko w kwestiach, w których czuli się kompetentni. Przypadki, w których głosowano tylko po to, aby oddać głos, były rzadkie. Dodatkowo, nie zaobserwowano żadnych znaczących odchyleń spowodowanych stopniem zamożności. Badacz zauważa też, że ok. ? głosów oddawana była spoza miejsca zamieszkania, co może oznaczać, iż bez pośrednictwa internetu ludzie ci nie braliby udziału w procesie podejmowania decyzji.
Jakie są przyczyny tak wysokiego zaangażowania mieszkańców Belo Horizonte? Przede wszystkim należy stwierdzić, że projekty poddane głosowaniu były dużymi inwestycjami, a zatem rezultaty partycypacji są bez trudu dostrzegalne. Mieszkańcy widzą, że ich głosy mają realny wpływ na wygląd i charakter miasta. Ponadto sam mechanizm jest bardzo prosty i nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Każdy obywatel może w miarę szybko wyrobić sobie zdanie, czy woli, aby w okolicy stanęła biblioteka czy też hala sportowa. Uważam, że to właśnie tego rodzaju e-partycypacja ma lepszą przyszłość niż narzędzia typu osale.ee. Historia obu projektów pokazuje, że ludzie mają niską motywację do zabierania głosu w skomplikowanych, technicznych sprawach, szczególnie gdy nie są pewni, że ich głos rzeczywiście coś zmieni. Gdy jednak dajemy obywatelom możliwość decydowania w kwestiach konkretnych i mających realne przełożenie na warunki ich życia, zainteresowanie jest dość duże. Sądzę więc, że modele e-partycypacji powinny iść w kierunku dostarczania obywatelom kilku opcji do wyboru, które to opcje mogą cieszyć się rzeczywistym zainteresowaniem.
Przed wielkim wyzwaniem stoją te systemy e-partycypacyjne, które oferują obywatelom podejmowanie decyzji w sprawach niemających bezpośredniego przełożenia na ich los albo te, które są zbyt nudne dla przeciętnego człowieka. Problem ów polega na tym, że z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można założyć ich nikłą popularność. Skoro tak, to trudno będzie zgodzić się, aby decyzje podejmowane w ten sposób były wiążące dla administracji. To z kolei spowoduje jeszcze mniejsze zaangażowanie społeczeństwa.
A gdzie w tym wszystkim Polska? Szukając materiałów do tekstu, rozglądałem się za przykładami e-partycypacji w naszym kraju. Trafiłem na link, zgodnie z którym w jednym ze średnich polskich miast odbywają się „e-konsultacje”. Ta szumna nazwa kryła jednak za sobą szarą rzeczywistość. Oto „e-konsultacje” oznaczały formularz na stronie WWW, który umożliwiał przesłanie wiadomości do prezydenta miasta…