Opowieść o prawdziwym Polaku

Opowieść o prawdziwym Polaku

„[…] ideał Polski wolnej, wielkiej, niepodległej i przede wszystkiem – świętej – wżarł się w jego serce […] głęboko i otoczył duszę jego zbroją słoneczną, jasną, […] trwałą i pewną […]” – z patosem o Stefanie Żeromskim pisał Władysław Pobóg-Malinowski[1]. Tak sportretowany został ktoś, kogo dziś zapewne nazwano by „lewakiem”. Współpracownik „anarchisty” Edwarda Abramowskiego. Człowiek ocierający się o agnostycyzm i masonerię. Publicysta, który bezlitośnie chłostał „dziadowską filozofię kruchty”…

Żeromski to wzór i problem zarazem. Wzór patriotyzmu żarliwego, konsekwentnego, gotowego do wyrzeczeń, gdy wymagała tego „sprawa polska”. Patriotyzmu całościowego, w którym ojczyzna nie zostaje sprowadzona do dowolnie wybranego elementu teraźniejszości lub przeszłości, lecz obejmuje Polskę z problemami i konfliktami społecznymi, z kulturą plebejską, z przyrodą i krajobrazem, z lewicą i prawicą, słowem ze wszystkim tym, co dzisiejsi patrioci celowo lub nieświadomie pomijają często w swoich wizjach i wezwaniach.

Problemem jest natomiast Żeromski, gdyż jego postawa i poglądy wymykają się wszelkim obecnym klasyfikacjom i schematom ideowym. Prawicę kole w oczy znaczna część jego biografii, nijak nie pasując do wzorca Polaka-konserwatysty-katolika, dziś traktowanego jako jedyny godny naśladowania. Żeromski jest bowiem przedstawicielem silnego ongiś – a dziś niemal nieobecnego w dyskursie publicznym – nurtu, którego adepci bazowali na mocno akcentowanej lewicowości, żądaniu radykalnych reform społecznych i bezpardonowej krytyce „pańskich i plebańskich” porządków, a jednocześnie słowem i czynem, nierzadko kosztem największych ofiar, dobitnie udowodnili, że choć serce mają po lewej stronie, to poczesne miejsce zajmuje w nim Polska.

Takim samym problemem jest Żeromski również dla dzisiejszej lewicy. Choć jego prospołeczne przekonania są powszechnie znane, a zasługi w propagowaniu i krzewieniu takich wartości – ogromne, to cała reszta jego dorobku nijak nie pasuje do obecnych lewicowców. Ani tych, którzy wychwalają PRL – bo Żeromski był konsekwentnym antykomunistą. Ani do „kawiorowej lewicy” i specjalistów od opłacalnego „marszu przez instytucje” – autor Przedwiośnia traktował lewicowość jako służbę i „okazję” raczej do wydatkowania własnego grosza (a miał go przez większość życia niewiele), niż do jego zarabiania. Ani do tych, którzy lewicowość pojmują jako słanie donosów do Brukseli i alarmowanie „europejskiej opinii publicznej” – takich Żeromski uznałby raczej za zdrajców, niż sojuszników ideowych. Ani do tych, którzy uważają, że tradycja stanowi balast zbędny w kosmopolitycznym świecie – twórca Popiołów był rozmiłowany w dziedzictwie kulturowym Polski, a jego kultywowanie traktował jako jeden z największych i oczywistych obowiązków. Ani do tych, którzy lewicowość sprowadzają do zajmowania się zachciankami kolejnych „mniejszości”.

Przypominanie o patriotyzmie Stefana Żeromskiego miałoby wiele z Bladaczkowego przekonywania, że „Słowacki wielkim poetą był”. Miałoby, gdyby właśnie nie to, że ów problem sprowadza się albo do szkolno-akademijnych banałów i sloganów, albo – świadomie lub nie – pomija wiele kluczowych postaw i faktów składających się na to wielowymiarowe zjawisko, jakim była jego żarliwa miłość wobec ojczyzny.

Wychowanie patriotyczne

Wychowano go w kulcie polskości. Ojciec, Wincenty, ubogi szlachcic, aktywnie wspierał powstanie styczniowe, toczące się tuż przed przyjściem potomka na świat. Z powodu kłopotów zdrowotnych żony nie brał bezpośredniego udziału w walkach, ale wspomagał polskich żołnierzy materialnie. W mizernym, dzierżawionym majątku w Strawczynie, kosztem sporej części posagu małżonki stworzył magazyn żywności i odzieży dla powstańców. Trafił za to na kilka miesięcy do więzienia, z trudem unikając zesłania na Sybir. W ramach represji stracił niemal cały majątek. Matka, Franciszka Józefa, była z kolei pasjonatką polskiej literatury, od dziecka zaszczepiając tę pasję synowi. „Urodzony […] w okresie załamania się czynu narodowowyzwoleńczego, w czasie wzmożonych represji carskich w stosunku do uczestników i sympatyków powstania, w szeregu których znajdował się jego ojciec, wielu krewnych i najbliższych znajomych, […] od dzieciństwa podlegał wpływom tych wypadków, żył w kręgu ich bolesnych wspomnień […]”[2].

Żeromski chłonął Polskę nie tylko jako symbol, mit i marzenie, lecz także rozmiłował się w niej namacalnie, w konkretnym krajobrazie. Okolice Ciekot – gdzie przeniosła się rodzina – a stopniowo coraz szerszy krąg Kielecczyzny, stały się kolejnym filarem jego patriotycznej pasji. Góry Świętokrzyskie z ich przyrodą i śladami dziedzictwa kulturowego były zarazem „małą ojczyzną”, jak i mitycznym, wyidealizowanym matecznikiem całej Polski. Tu miały początek krajoznawcze i „ekologiczne” pasje Żeromskiego, tu istniał wzorzec przestrzenno-kulturowej polskości. Wiele lat po opuszczeniu rodzinnych stron traktował macierzysty region jako ten, w którym bije serce tradycji. W Snobizmie i postępie przekonywał w 1922 r.: „Pragnąc odnaleźć idealnie polską […] gwarę – macierz, należałoby szukać jej nie na pograniczu, lecz właśnie w głębi, niejako w łonie macierzystego kraju. […] według mojego rozumienia, będzie to […] mniej więcej obszar gór i lasów świętokrzyskich”.

Wymownym hołdem dla rodzinnych stron była Puszcza jodłowa, napisana tuż przed śmiercią pisarza. Opatrzona dedykacją dla ojca polskiego krajoznawstwa – Aleksandra Janowskiego, stanowi jeden z najwcześniejszych i najbardziej dobitnych manifestów ochrony przyrody w Polsce. Bo ojczyzna, co Żeromski zrozumiał jako jeden z pierwszych, to nie tylko idea, kultura i symbole, ale także konkretny krajobraz, współkształtujący tożsamość narodu. We wspomnianym utworze wołał: „Żyj wiecznie, świątnico, ogrodzie lilij, serce lasów! Przeminęły nad tobą czasy złe […]. Lecz któż może wiedzieć, czy […] nie wyjdą znów drwale z siekierami, ażeby ściąć do korzenia macierz jodłową na podstawie nowego prawa, w interesie jakiegoś handlu lub czyjegoś niezbędnego zysku. Jakie bądź byłoby prawo, czyjekolwiek by było, do tych przyszłych barbarzyńców poprzez wszystkie czasy wołam z krzykiem: – Nie pozwalam! Puszcza królewska, książęca, biskupia, świętokrzyska, chłopska, ma zostać na wieki wieków, jako las nietykalny […]. Puszcza jest niczyja – nie moja ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta!”.

Ten apel miał duży wpływ na utworzenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego[3]. W podobnym duchu wypowiadał się Żeromski wielokrotnie o różnych miejscach kraju. Tak było choćby z Puszczą Kampinoską czy najwyższymi polskimi górami. „A gdy rozmowa zeszła na Tatry, okazał się żywym zwolennikiem zrodzonej wówczas idei utworzenia z Tatr Parku Narodowego. Okazał też gotowość poparcia swym tak ważkim głosem naszych zabiegów w tej sprawie” – wspominał prof. Walery Goetel[4]. To wszystko wynikało nie z jakichś anty-cywilizacyjnych ciągot, lecz ze zrozumienia, że krajobraz i przyroda stanowią o specyfice każdego kraju i mają istotny wpływ na kształtowanie przywiązania jego mieszkańców do ojczyzny. Nic dziwnego, że sposób, w jaki Żeromski opisywał przyrodę, uznawano wielokrotnie nie tylko za doskonały literacko i nacechowany znawstwem, ale także za wyraz ogromnej miłości pisarza do swego kraju.

Trzecim czynnikiem, który ukształtował patriotyzm Żeromskiego, był pobyt w kieleckim gimnazjum. Rozłączony z rodziną, pogrążony w żalu po zmarłej matce, przyszły pisarz miał szczęście trafić, pośród zrusyfikowanego i serwilistycznego otoczenia, na Antoniego Gustawa Bema. Ten nauczyciel, powiernik i pierwszy krytyk literackich prób Żeromskiego, miał znaczny wpływ na dalsze wychowanie młodzieńca w duchu wierności Polsce. Nie tylko podsuwał mu odpowiednie lektury i tępił rusycyzmy w pierwszych utworach, ale także inspirował do samodzielnego poznawania dorobku polskiej kultury. Żeromski z przyjaciółmi organizował nielegalne zajęcia samokształceniowe, opisane później w nieco krzywym zwierciadle w Syzyfowych pracach.

Polska wolna i solidarna

Poglądy Żeromskiego na „sprawę polską” wykrystalizowały się wcześnie, bo już w początkach studiów weterynaryjnych w Warszawie. Choć później modyfikował opinie w wielu kwestiach, pozostał wierny dwóm filarom, które ukształtowały się w tamtych latach. Jego postawa w sferze polityczno-ideowej cechowała się walką z programem pozytywistycznym, ugodowym i zachowawczym oraz z kosmopolityzmem i walką klas. Nawet gdy w późniejszych latach przychylał się do niektórych koncepcji tych obozów, zawsze zarzucał im jakieś „braki”. „Internacjonaliści” za słabo kochali Polskę, a „organicznicy” za mało wiary mieli w jej rychłe odrodzenie i zbyt ostrożnie chcieli ją reformować w prospołecznym duchu.

Związał się ze środowiskami młodzieży studenckiej, z których później narodził się słynny Zet. Gdy zaczęły one skręcać ku socjalizmowi, Żeromski z kilkoma kolegami próbował skierować je na drogę „sprawy polskiej”, ale bez powodzenia. W swoich dziennikach pisał wówczas: „Nie chcę pod żadnym pozorem nigdy należeć do walki klas, dlatego, że chcę walki narodu. Walki klas burzą w narodzie jedność, a ja chcę jedności, chcę zbierać do kupy rozstrzelone na tysiące kierunków nici, aby kłębkowi przypomnieć przyrodzoną naturze ludzkiej ideę: patriotyzm”. J. Kądziela pisze o tym okresie w życiu Żeromskiego tak: „[…] ich [robotników] ideologowie na plan pierwszy wysuwają rewolucję socjalną. [Natomiast wedle Żeromskiego] Dopiero w oswobodzonym państwie należy przystąpić do zmiany ustroju społecznego na zasadach równości i sprawiedliwości”[5].

Spierał się również z pozytywistami, wyznawcami „pracy organicznej” i „obrony biernej”. Pisał, że gdy oni widzą w Wielkopolsce rozwój polskich inicjatyw społeczno-gospodarczych, on dostrzega tam postępującą germanizację i konformizm wobec zaborcy. W dzienniku stwierdzał: „Naród żyje, tworzy, pracuje, sięga tam, «gdzie wzrok nie sięga» – wtedy jedynie, gdy w nim kipi żądza swobody, gdy go nurtuje od piwnic do poddaszy lawa miłości rodzinnej ziemi. W jarzmie się tylko zdycha. Przyprawcie pracy organicznej skrzydła, którymi niech leci do niepodległości – wtedy wam uwierzę. Bez nadziei wolnego jutra – jesteśmy żołnierzami, co to nie myślą być generałami”.

Jednak przyszły pisarz wojował również z opcją konserwatywną. Krytycznie oceniał postawę szlachty, ziemiaństwa i mieszczaństwa – zarzucał im konformizm, prywatę, materializm, tchórzostwo, mizerność uczuć patriotycznych oraz niechęć wobec reform społecznych, które mogłyby z Polską zespolić warstwy ludowe. „Utrwalał w pamięci narodu świetne tradycje mądrego i szlachetnego patriotyzmu, bezkompromisowy był jednak w tropieniu dziedzictwa zacofania i ucisku” – pisze H. Markiewicz[6]. Dlatego też poparł Zygmunta Miłkowskiego, znanego bardziej pod pseudonimem Teodora Tomasza Jeża. Gdy zainicjował on powołanie na emigracji Ligi Polskiej, trójzaborowej tajnej organizacji, Żeromski poparł ów projekt bez wahania.

Swoje zrobił zarówno program ugrupowania, jak i postać Jeża. Symbolizował on postawę romantyczną i solidarystyczną. Był ostatnim z wielkich działaczy Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, które deklarowało czynną walkę o Polskę niepodległą i jednocześnie sprawiedliwą społecznie. Żeromski już wcześniej, wraz z grupą podobnie myślącej młodzieży, wystosował na jego ręce tzw. adres, czyli wyrazy uznania i szacunku za dotychczasową postawę. Przyszły pisarz notował w dzienniku: „[…] istnieje jeden tylko jeszcze człowiek, co domaga się od nas życia dla kraju. Jest nim Jeż. Reszta spoważniała, ubrawszy się w ordery, uszywszy sobie sztandar z napisem «praca organiczna» lub «obrona bierna», reszta się zasklepiła intelektualnie w służbie moskiewsko-austriacko-pruskiej”.

Włączył się w kolportaż broszury Jeża pt. Rzecz o obronie czynnej i o Skarbie Narodowym oraz dwutygodnika „Wolne Polskie Słowo”, ostro potępiających lojalizm wobec zaborców i kunktatorstwo części elit społecznych, a także postulujących utworzenie z dobrowolnych składek funduszu stanowiącego zaczyn budżetu odrodzonej Polski. Żeromski liczył, że na apel Jeża rodacy odpowiedzą entuzjastycznie. Jednak zbieranie składek na Skarb Narodowy nie szło wcale łatwo – z jednej strony przyczyną była bierność społeczna i konformizm, z drugiej coraz ostrzejsze podziały polityczne. Starsi byli pod wpływem pozytywistów-organiczników, młodzież zaś ulegała wpływom socjalistów. Sama Liga wkrótce ewoluowała w prawo, ku pierwocinom nacjonalizmu niechętnego postulatom egalitarnym i prospołecznym, co nie spotkało się z uznaniem Żeromskiego.

Kręte drogi, światełka w tunelu

W ówczesnej atmosferze czuł się osamotniony. Poczucie marazmu i braku nadziei dla Polski przerywały pojedyncze zdarzenia. Pasjonował się oporem unitów przeciwko rusyfikacji i podporządkowaniu Cerkwi, widząc w nich prawdziwych bohaterów sprawy narodowej. Ubolewał jednocześnie, że ludowi męczennicy z Podlasia zostali pozostawieni sami sobie – nie wspierała ich ani reszta Polski, ani miejscowa szlachta. Równie mocno ekscytowały go uroczystości związane z przeniesieniem trumny Adama Mickiewicza z Paryża do Krakowa. To właśnie Wieszcz – nie tylko jako poeta i twórca, ale także jego refleksje społeczno-polityczne – był dla Żeromskiego głównym wzorem przez wszystkie lata.

Zbliżył się do środowiska „Głosu”, które z jednej strony ewoluowało w kierunku wzbogacenia postulatów pracy organicznej o wątki egalitarne i prospołeczne oraz zwróciło się ku ludowi polskiemu, z drugiej natomiast z redakcji odeszli internacjonaliści. Z tymi ostatnimi Żeromski wadził się coraz mocniej – podczas pobytu w Szwajcarii spotkał się z Janem Wacławem Machajskim i dotychczasowa wielka przyjaźń z lat gimnazjalnych została mocno nadwątlona, gdy okazało się, że „Wacek” z pozycji patriotycznych przechodzi na coraz bardziej kosmopolityczne. Równie mocno pogłębił się dystans do ugodowców-konserwatystów. Żeromski podczas pobytu w Krakowie obserwował pogrzeb Pawła Popiela, z którego taką relację zdał w liście do narzeczonej: „Gdybyś tu była i widziała tę nagą głupotę, tę bezczelną podłość, to nadużycie słowa, tę pompę idiotów […] Dokoła nędza, głód, ciemnota – i ci w plugawych swoich kontuszach i oślich kitach. […] Ten wielki człowiek, którego dzisiaj chowano, ten wielki nad wyraz obywatel – był np. takim wrogiem oświaty, że sprzeciwił się założeniu szkoły w jego wsi. […] Ton żałoby jest ogólnym, że nawet ludzie uczciwi nie mogą się połapać. A może on co zrobił tak wielkiego? Dał kilkaset reńskich na restaurację kościoła Panny Marii, znał się osobiście z de Maistre’em i wynalazł «szlachetną denuncjację». Cóż za wyśmienita komedia!”.

W tamtym okresie coraz bliższy był „prawicowej” frakcji PPS-u, która stojąc na gruncie egalitaryzmu, mocniej jednak akcentowała odzyskanie niepodległości niż konieczność rewolucji socjalnej.

Książki, które uczą

Stwierdzenie, że autor Urody życia był wielkim pisarzem, budzi skojarzenia z pomnikami, laurkami, muzeami, akademiami i portretami. Ale dla Polaków z przełomu wieków XIX i XX znaczyło to coś zgoła innego. Jego utwory, wydawane w okresie szerzącego się zwątpienia i zapomnienia, na nowo postawiły w ostrym świetle pytania o kluczowe problemy związane z polskością. Zrobił dzięki nim dla sprawy niepodległości więcej niż niejedno prężne środowisko polityczno-propagandowe. Syzyfowe prace, Popioły, Echa leśne, Wierna rzeka, Rozdzióbią nas kruki, wrony…, Sułkowski, Duma o hetmanie – dziś brzmi to jak zestaw lektur obowiązkowych. Wystarczy jednak przywołać kilka wspomnień z epoki, żeby zrozumieć, jak wielką rolę odegrała twórczość Żeromskiego w promowaniu „sprawy polskiej”.

Zygmunt Zaremba, późniejszy znany działacz PPS, w swych wspomnieniach pisał, przyznając się pośrednio także do inspiracji „ideologią” pisarza: „Powieści historyczne, a wśród nich Żeromskiego Duma o hetmanie, Sułkowski, Popioły, Rozdzióbią nas kruki, wrony, wysublimowały uczucie więzi z własnym narodem. Ale codzienny patriotyzm otoczenia, bezsilny, płaczliwy i bezradny wobec rzeczywistości, wybuchający co najwyżej jękiem modlitwy: «Ojczyznę, wolność racz nam zwrócić, Panie», budził w nas tak samo głęboki sprzeciw jak jawna rezygnacja wobec zaborców, kryjąca się pod osłoną frazeologii pracy organicznej lub rzekomego internacjonalizmu”[7].

Maria Dąbrowska zaś wspominała: „Pamiętam, jak na Zjeździe Filarecji w Leodium powierzono mi napisanie odezwy niepodległościowej. Oczywiście motto biorę ze Słowa o bandosie Żeromskiego. […] A i cała odezwa pełna była stylu i ducha zaczerpniętego z tej książeczki «rozdrapującej rany – słowa są Żeromskiego – aby nie zarosły błoną podłości». Pamiętam wieczór, jeden – drugi – kilka wieczorów poświęconych Dumie o hetmanie”[8].

Nie tylko utwory historyczne oddziaływały w taki sposób. Tadeusz Boy-Żeleński pisał po śmierci Żeromskiego: „Pamiętam ten dreszcz, który przebiegł młodych, gdy pojawili się Ludzie bezdomni. Ten wallenrodyzm, który «szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie», ten sam, który w dziele Mickiewicza, obkuwanym […] przez zapleśniałych belfrów, dawno stał się martwą literą, tu nagle powstał żywy, spęczniały krwią serdeczną”[9]. Stanisław Posner dodawał: „Ludzie bezdomni. Dzisiejsze pokolenie nie rozumie, nie może rozumieć wrażenia, które uczyniła ta powieść. Nie była to tylko piękna, wspaniała książka. Była to Ewangelia, dosłownie «Zwiastowanie Dobrej Nowiny»!”[10].

Jerzy Zawieyski widział problem tak: „Ze śmiercią Żeromskiego starsze pokolenie straciło wodza. Starsi mówili i pisali: «wódz», «budziciel narodowego sumienia», często także «symbol Polski walczącej i niepodległej»”[11]. Zaś Julian Brun pisał: „Nie jest to wulgarna tendencyjność ani tania podszewka patriotyzmu, którą podszyta była bez mała cała literatura Polski trójzaborowej […]. Mamy tu do czynienia ze zrodzoną, wskutek utraty samoistności państwowej, osobliwą polską «metapolityką», tą samą, którą uprawiali nasi wielcy romantycy. […] Dzieła Żeromskiego, z bardzo nielicznymi wyjątkami, noszą na sobie tchnienie Dziadów i Ksiąg Pielgrzymstwa. Jest on «wieszczem narodowym» w pełnym znaczeniu tego romantycznego terminu”[12].

Z polskim ludem polska szlachta

„[…] ideologia [Żeromskiego] będzie […] mgławicowa w szczegółach i niepewna w zaleceniach praktycznych, ale całkowicie świadoma i zdecydowana w punktach zasadniczych. Zawsze na pierwszym miejscu – ojczyzna, Polska, niepodległość; w wolnej Polsce – lud wieśniaczy, wydźwignięty z dna ucisku i niedoli społecznej” – pisał Hutnikiewicz[13].

Takie wnioski płynęły z różnych lekcji życiowych i historycznych – z klęski powstania styczniowego, z obserwacji degrengolady moralnej i konformizmu szlachty i mieszczaństwa, z doświadczenia ogromnej nędzy wielkich rzesz Polaków, z zetknięcia się z obojętnością niższych warstw społeczeństwa na hasła patriotyczne, przyćmiewanych przez iście zwierzęcą egzystencję w walce o przetrwanie ekonomiczne. Aby zrzucić zaborcze jarzmo, należało wedle Żeromskiego pozyskać dla „sprawy polskiej” lud, gdyż tylko oparcie się w masach daje nadzieję na wygranie tej walki. Z kolei Polska niepodległa, odrodzona i silna, której już nikt nie rozszarpie na kawałki, zaistnieje tylko wtedy, gdy lud będzie w ojczyźnie gospodarzem, obywatelem i współuczestnikiem życia zbiorowego. Dlatego też odświeżał marzenie Zygmunta Krasińskiego o tym, że zdarzy się „Jeden tylko, jeden cud: z szlachtą polską – polski lud”.

Jednak w jego optyce to przede wszystkim szlachta, a raczej w ogóle elity społeczne winne są obojętności ludu czy wręcz jego niechęci wobec walki o wolną Polskę. Sponiewierany, lekceważony, wyzyskiwany, z oczywistych względów nie dawał się porwać przywódcom, nie wierzył im i nie stawał do boju. To właśnie na elitach spoczywało zadanie dokonania konkretnych przeobrażeń i nakreślenie takich wizji wolnej Polski, które przekonałyby lud do wspólnej sprawy. Tego właśnie od nich żądał, krytykując zarazem, jako oszustwo, taką wersję solidaryzmu społecznego, która służyła petryfikacji status quo, niekorzystnego dla ludu. Jedność narodowa nie miała być pojednaniem sytego z głodnym, w której ten drugi, mamiony wizjami niepodległości, miał siedzieć cicho i nie buntować się przeciwko wyzyskowi.

Choć Żeromski wojował głównie na kartach utworów, to nie ograniczał swoich zaleceń do innych. Oprócz powieści i nowel o tematyce poświęconej – mówiąc językiem PRL-owskich sloganów – „wyzwoleniu społecznemu i narodowemu”, brał udział w praktycznych inicjatywach, które przybliżały Polskę i jej lud do zakreślonych celów. Krytykując ciasną wizję „pracy organicznej”, rozumiał jednak, że Polska nie spadnie z nieba, lecz trzeba na nią solidnie zapracować. Wraz z podobnymi sobie – choćby silnie inspirującym go Edwardem Abramowskim – dokonał syntezy romantycznej „bojowości” z pozytywistyczną „pracą u podstaw”.

Pod koniec XIX w. autor Popiołów był już silnie związany ze środowiskiem lewicy niepodległościowej. W 1898 r. brał udział w pracach Towarzystwa Pomocy Więźniom Politycznym. Mieszkanie pisarza nie raz było miejscem konspiracyjnych zebrań, służyło też za schronienie emisariuszom rozwożącym po kraju „bibułę” – bywali tu m.in. Józef Piłsudski i Stanisław Wojciechowski. „Na przemian to «Ziuk», to «Edmund» zjawiał się […] ze swoją walizką […] zawierającą […] «Robotnika»” – wspominał pisarz. Nic dziwnego, że szybko stał się przedmiotem zainteresowania Ochrany. W grudniu 1899 r. oraz jesienią 1900 r. przeżył nocne rewizje i aresztowanie.

Pod koniec 1903 r. opuścił zabór rosyjski i osiadł w Zakopanem. Tam nasiliły się jego kontakty ze środowiskiem lewicowo-patriotycznym. Najpierw z „anarchistą” Edwardem Abramowskim, który wywarł ogromny wpływ na światopogląd pisarza. Jego wizja łącząca niepodległość z ograniczeniem roli państwa i rozwojem oddolnej samorządności, a także nacisk kładziony na wysokie wymagania etyczne, „rewolucję moralną”, na zawsze zainspirowały Żeromskiego.

Drugi znamienny epizod to dla odmiany współpraca z „państwowcem” Piłsudskim. Na kilka miesięcy przed walkami roku 1905 przybył on do Zakopanego, głosząc konieczność tworzenia zalążka regularnych polskich sił zbrojnych. Pisarz wspominał: „W małej izdebce […] Józef Piłsudski zażądał ode mnie, bym wraz z kilkoma osobami podpisał odezwę, wzywającą cały naród do składania ofiar pieniężnych na broń dla armii, której zawiązki będą tworzone […]”. Przyszły Marszałek poprosił też Żeromskiego, aby ten zjednał dla idei Stanisława Wyspiańskiego. Pisarz odniósł sukces – Wyspiański podarował na rzecz inicjatywy litografię z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i poetycki Hymn Veni Creator, Narodu Śpiew; popularna odbitka tegoż, rozprowadzana po rublu w nakładzie 100 tys. egz., miała przynieść fundusze na działalność. „Gdy […] zdałem dokładną sprawę z tego […] usłyszałem mocny, iście żołnierski śmiech spiskowców. To oni, «frakcja rewolucyjna», mieli w wielkich masach przemycać do Królestwa Matkę Boską Częstochowską” – pisał autor Wiernej rzeki.

„Burzliwe lata 1904-1906 to dla Żeromskiego przede wszystkim czas odrodzenia nadziei na niepodległość Polski. Echa leśne, które PPS rozpowszechnia w kalendarzu robotniczym na rok 1905, można czytać nie tylko jako nawiązanie do tradycji walki powstańczej, ale także jako opowieść o sile polskości” – pisze A. Zdanowicz[14]. Z kolei Hutnikiewicz stwierdza, że „ostentacyjnie manifestowany niepodległościowy i solidarystyczny charakter programu pepeesowskiego […] okazał się szczególnie pociągający”[15] dla pisarza.

Okres rewolucji roku 1905 to apogeum społecznego zaangażowania Żeromskiego. Latem brał udział w zakopiańskich zebraniach PPS, ale wkrótce wrócił do Kongresówki – w Nałęczowie, gdzie był „matecznik” jego żony Oktawii, rzucił się w wir pracy w duchu zarazem Abramowskiego i Piłsudskiego. W ramach pracy u podstaw zorganizował tajną polską szkołę we własnym domu, prowadził wieczorowe kursy dokształcające i uniwersytet ludowy, znaczną część dochodów z Dziejów grzechu przeznaczył na budowę przedszkola dla dzieci chłopskich, jeździł z odczytami po okolicy. Ze stolicy ściągał raz w tygodniu prelegentów, którzy nauczali tłum chłopów z okolicznych wiosek na konspiracyjnych zebraniach w starej szopie. Pomagał w działalności teatru amatorskiego, który wystawiał utwory patriotyczne. W Warszawie wraz z m.in. Abramowskim i Wojciechowskim założył tygodnik „Społem”, poświęcony propagowaniu spółdzielczości; Żeromski był pomysłodawcą tytułu pisma.

Z kolei w ramach czynnego oporu organizował demonstracje. Podczas jednej z nich, 1 września, „Gromił ugodę i słabość, nawoływał do ofiarnego czynu. Przypominał, że masy pracujące robotnicze i chłopskie – są narodem, a poza tym narodem pozostanie tylko garstka zdrajców i zaprzańców” – wspominał J. Krzesławski[16]. Choć opowiadał się wówczas po stronie PPS, to jego wysiłkom i autorytetowi zawdzięczano fakt, że demonstracje organizowali wspólnie socjaliści i Narodowa Demokracja. Jak wspominał K. Dulęba, na wiecu w Lublinie Żeromski argumentował, że „Polska [tylko] w zgodnym działaniu utrwalić może swój byt niepodległy”[17].

Gdy jesienią warszawscy robotnicy zaczęli strajk, pisarz wszedł w skład komitetu zbierającego fundusze dla ich rodzin. „W rewolucyjnych latach Stefan Żeromski […], sam chory na płuca i wbrew zakazowi lekarza, chodził błotnistymi uliczkami Mokotowa po suterenach i poddaszach, roznosząc zapomogi strajkowe” – pisze W. Giełżyński[18]. W roku 1906 nawiązał współpracę z Polskim Związkiem Ludowym – organizacją niepodległościową o radykalnym programie społecznym, odwołującą się do mas chłopskich. W jego domu był punkt kontaktowy kolportażu nielegalnych wydawnictw tego ugrupowania. Równie bliskie związki miał z PPS – do tego stopnia, że carscy agenci byli przekonani, iż jest wysoko postawionym działaczem tej partii.

Po klęsce rewolucji nastały represje. Sam Żeromski został aresztowany jesienią 1908 r. Zwolnienie zawdzięczał ciężkiej chorobie – władze carskie obawiały się oburzenia zagranicznej opinii publicznej, gdyby znany pisarz zmarł w więzieniu. Po uwolnieniu, „W jego tece autorskiej leżał nie drukowany jeszcze rękopis. Mógł go sprzedać, dostać poważny fundusz tak potrzebny mu w chwili, gdy trzeba było kraj opuścić i iść na emigrację. Żeromski jednak nie zawahał się rękopisu Słowa o bandosie ofiarować Towarzystwu Pomocy dla Więźniów Politycznych” – wspominała S. Sempołowska[19].

Fiasko rewolucji przyniosło zmianę światopoglądu i postaw pisarza. Mierziła go atmosfera – nihilizm i hedonizm elit, obojętność na sprawę polską. Ale stracił wiarę także w „bojowców”. Wpływ na to miał m.in. niedawny rozłam w PPS oraz tzw. sprawa Brzozowskiego – pisarz, przekonany o niewinności autora Legendy Młodej Polski, dostrzegł destrukcyjny wpływ partyjnych identyfikacji oraz konspiracyjnych realiów na jedność i morale elit wspólnoty narodowej. Nadal bliskie były mu ideały lewicowo-patriotyczne, ale drogi jego i „fraków” Piłsudskiego rozchodziły się coraz bardziej. Oni atakowali go za domniemane związki z masonerią, za obraz rewolucjonistów nakreślony w Róży, za pełne niuansów, „niemęskie” przesłanie ówczesnych utworów. „Fiaskiem zakończyły się próby uczynienia z Żeromskiego działacza politycznego (rozumianego jako skuteczny człowiek czynu) – rodzi się myśliciel-publicysta, pisarz niepodległy i praktyk służby społecznej” – podsumowuje ten okres A. Lubaszewska[20].

Gdy jednak zaświtało znów światełko niepodległości, odłożył wątpliwości na bok. Brał udział w słynnym zjeździe zakopiańskim w 1912 r., gdzie utworzono Polski Skarb Wojskowy i Komisję Tymczasową Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych.

Między Piłsudskim a Dmowskim

Mimo rozdźwięków między nim a „frakami”, niepodległościowa lewica Piłsudskiego była swego rodzaju naturalnym środowiskiem Żeromskiego. Nic dziwnego, że po wybuchu I wojny światowej pisarz złożył akces do Legionów. W liście do Łopalewskiego pisał: „Stawiłem się u komendanta Piłsudskiego, a on polecił mi jechać do Kielc”. Ale tu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. „Nie dojechałem do Kielc, gdyż po drodze zepsuł się automobil […]. Zresztą, dowiedziawszy się o treści i wyczytawszy tekst przysięgi, już się tak do tych Kielc nie kwapiłem” – to cytat z kolejnego listu do tego samego adresata. Żeromskiego oburzyło, że polskie wojsko ma przysięgać wierność cesarzowi austriackiemu.

Przełknął jednak i tę gorzką pigułkę. Stefan Żeromski, wedle Karty Wojskowej Polskiego Legionu Zachodniego (nr 7366), został jako „urzędnik wojskowy w randze oficera Legionu XI rangi przydzielony do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego”. Z Krakowa bezskutecznie usiłował dwukrotnie przedostać się do jednostki w Piotrkowie, gdzie skierowano go do tworzonego właśnie zaplecza propagandowego I Brygady. Po ewakuacji Krakowa dotarł via Wrocław do Zakopanego. Zetknięcie się po drodze z żołnierzami niemieckimi sprawiło, że diametralnie zmienił przekonania – uderzyło go instrumentalne traktowanie polskich sił zbrojnych i obietnic składanych Polakom. Tak zakończyło się poparcie dla koncepcji obozu piłsudczykowskiego.

Pisarz zaczął dawać temu wyraz, co o mało nie skończyło się deportacją ze stolicy polskich Tatr – jako obywatel rosyjski, w dodatku wyrażający się nieprzychylnie o polityce państw centralnych, za to dobrze o Francji, znalazł się w kręgu wrogów istniejącego porządku jako „moskalofil” (sic!). Przed zesłaniem do obozu internowanych uchronił go – zasugerowany przez przyjaciół – akces do zakopiańskiej ekspozytury NKN-u. Zajmował się tam kwestiami gospodarczymi, pomocą ubogim i ofiarom wojny, stanowczo jednak odmawiał publicznego poparcia działań Piłsudskiego.

Zbliżył się natomiast do… endecji. Był to szok dla wielu jego ówczesnych przyjaciół i znajomych, do dziś przyczyny tego zwrotu stanowią dla biografów pisarza zagadkę, otwierając pole do popisu spekulacjom. Część możliwych przyczyn tej reorientacji już wskazałem. Inne to przekonanie, że sojusz z opcją „germańską” jest niekorzystny. „Nie chciał iść na współpracę z państwami sprzymierzonymi. Przewidywał od początku te konflikty i niebezpieczeństwa współdziałania z Austrią i z Niemcami, które ujawniły się dopiero w następnych latach. Stawiał w swym programie politycznym bezkompromisowo postulat Polski całej i zjednoczonej z Poznańskiem, Śląskiem i Pomorzem”[21]. Do zmiany stanowiska nie przekonała go nawet długa rozmowa z Piłsudskim we wrześniu 1916 r. Natomiast Dmowski twierdził po latach – w rozmowie z Wacławem Borowym – że poparcie Żeromskiego dla wizji endecji było, jakżeby inaczej, efektem tarć w łonie masonerii…

Należy tu jednak poczynić istotne zastrzeżenie. Żeromski zbliżył się do endecji na gruncie podobnej oceny sytuacji geopolitycznej, a ułatwił to dokonany w czasie wojny pewien skręt w lewo Narodowej Demokracji w kwestiach społeczno-ekonomicznych. Choć współpraca incydentalnie miała miejsce także po wojnie, to pisarz ubolewał już w roku 1919, że ów skręt był krótkotrwały, a stronnictwo Romana Dmowskiego zajęło znów pozycje „najczarniejszej reakcji”. Autor Ludzi bezdomnych pozostał bowiem wierny prospołecznym ideałom i dawał im wyraz także podczas wojny. W Zakopanem współtworzył oddział Towarzystwa Szkół Ludowych oraz założył 10 obwoźnych bibliotek dla ludu. Był inicjatorem stowarzyszenia Podhalańskie Warsztaty Pracy, które na zasadach spółdzielczych miało organizować działalność lokalnych wytwórców. Zapraszał znane postacie z odczytami dla społeczeństwa. Brał udział w pracach Komitetu Pomocy dla Litwy.

Okres ten zakończył się w wymowny sposób. Pisarz, pogrążony w żałobie po śmierci syna Adama, na prośbę licznych znajomych z różnych opcji politycznych, stanął na początku października 1918 r. na czele Rzeczypospolitej Zakopiańskiej. Było to lokalne ciało mające przejąć władzę nad regionem i przekazać ją w ręce centralnego rządu polskiego, gdy ten powstanie. Żeromski stał się więc „prezydentem” Zakopanego i okolic. W stolicy Tatr odebrał ślubowanie od przedstawicieli lokalnych instytucji i różnych grup społecznych. „Zaprzysiągłem uroczyście wojsko, policję, szpiclów, gminę, pocztę i telegraf na wierność nowemu państwu, a nawet prowadziłem wojnę o odzyskanie wsi Głodówka i Sucha Góra od inwazji czeskiej” – pisał w liście do Łopalewskiego.

Przemawiając z okazji przysięgi na zakopiańskim rynku, Żeromski mówił: „Ten akt, przy którym los szczęśliwy daje mi być obecnym, poczytuję za dostojną chwilę życia. Wierzę gorąco, że jest to zarazem akt najwyższej sprawiedliwości. Polska bowiem – to będzie sprawiedliwość. Ona to otrze łzy ubogim, poniszczy barłogi nędzy, osadzi synów naszej Ojczyzny na roli […]. Niedaleka jest chwila, gdy nasz sejm konstytucyjny w Warszawie stanie na gruzach caratu i Germanii, ujmie w ręce naszą władzę i wyda najwyższe prawo. Radujmy się, obywatele, że i nam, w małym naszym świecie, przypadło w udziale przyczynianie się do wielkiego szczęścia Ojczyzny, do spełnienia tego cudu, na który patrzymy szczęśliwymi oczyma, cudu wskrzeszenia Polski”.

Gdy do Zakopanego dotarły wieści o ukonstytuowaniu się rządu lubelskiego, o silnym rysie prospołecznym, jeden ze współpracowników Żeromskiego powiedział z gniewem: „Parobki od gnoju chcą nami rządzić”. Pisarz miał odpowiedzieć: „Jeżeli będą dobrze rządzić, będziemy ich słuchać”.

Wielka Polska

Odrodzona ojczyzna stanowiła ucieleśnienie wieloletnich marzeń. Nie było więc obojętne, jaki kształt terytorialny miała przybrać. Pisarz mocno zaangażował się w akcję na rzecz przyłączenia spornych ziem do Polski. W maju i czerwcu 1920 r., wraz z J. Kasprowiczem i W. Kozickim, wziął udział w akcji plebiscytowej na Warmii, Mazurach i Powiślu. Odwiedzili m.in. Grudziądz, Prabuty, Iławę, Kwidzyn, Sztum i Malbork, przemawiając tam na wiecach i spotykając się z przedstawicielami komisji czuwającej nad przygotowaniami do głosowania. Pisał do prasy ogólnopolskiej reportaże z tego wyjazdu, apelując o wsparcie dla „żywiołu polskiego” i kończąc jeden z nich słowami: „Biada nam po tysiąckroć, jeśli w tej straszliwej godzinie nie okażemy się narodem świadomym swego celu i sensu swego życia […] jeśli teraz opuścimy Mazurów i zaprzedamy w niemiecką niewolę braci spod Kwidzyna i Sztumu”. Krytykował PPS za zbyt słabą jego zdaniem agitację patriotyczną wśród robotników tych terenów. Wraz z towarzyszami podróży wydał odezwę: „Brońmy Polski piastowskiej! Brońmy granic zachodnich! Śląsk potrzebny nam jest dla ciała, Pomorze – dla duszy, bez której ciało więdnie i zamiera. Poniechanie tej obrony, choćby najmniejsze uszczuplenie tych granic, oznacza otwarcie bram tak wielkich, tak szerokich jak te granice, bram, którymi nie przesączać, ale przewalać się będzie zalew, mający prędzej czy później pochłonąć nas na zawsze”.

Latem 1920 r., „Pragnąc ze wszech sił przyczynić się do wyniszczenia złego, stali mieszkańcy Pomorza i czasowo bawiący tutaj przybysze z kraju związali się na wiecu w Gdyni w nieprzerwanie działające Towarzystwo Przyjaciół Pomorza” – relacjonował pisarz, będący jednym z twórców inicjatywy. Jego staraniem pod auspicjami TPP zorganizowano m.in. konferencję propagandową w Warszawie 24 maja 1921 r. Nie zaniedbywał przy tym innych regionów. Pod koniec roku 1920 wydał odezwę pt. Niech żyje ziemia Spiska!, podkreślając polskość tego obszaru. Należy jednak dodać, że patriotyzm Żeromskiego nie miał nic wspólnego z teoriami o „czystości etnicznej”. Wkrótce znalazł się wśród sygnatariuszy apelu z poparciem dla wybitnego historyka, prof. Szymona Aszkenazego, któremu odmówiono katedry na Uniwersytecie Warszawskim m.in. z powodu nagonki „narodowców” na jego żydowskie pochodzenie.

Przełamując niechęć wobec „Ziuka”, udał się w tym okresie do Belwederu. „Piłsudski przygotowywał wówczas uderzenie na wschód. Żeromski całym sercem zwracał się ku kresom zachodnim, w stronę Pomorza, Warmii, Prus, Śląska. […] Pozwolił sobie zwrócić uwagę Piłsudskiemu na ogromne znaczenie Prus Wschodnich i zaproponować wzmożenie działalności propagandowej, mającej na celu odzyskanie ich drogą plebiscytu. Piłsudski […] potraktował […] sprawę lekceważąco i szorstko […] oświadczył, że gwiżdże sobie na kresy zachodnie. Żeromski odpowiedział równie ostro i wyszedł z Belwederu trzasnąwszy drzwiami”[22]. Gdy Polacy zdobyli Kijów, czemu towarzyszył zgodny chór zachwytów większości opcji politycznych, po Warszawie krążył cierpki komentarz Żeromskiego: „Przydałoby się mniej Te Deum, a więcej oleum”.

Nie zmienia to faktu, że w obliczu najazdu bolszewickiego, gdy w sierpniu 1920 r. Sowieci dotarli pod Warszawę, wrócił z Wybrzeża do stolicy, a po „cudzie nad Wisłą” wyruszył w ramach propagandowej akcji na niedawne pola bitewne, by dla prasy przygotować reportaże. Wtedy to powstał słynny tekst Na probostwie w Wyszkowie, opisujący pobyt w niedawnej siedzibie „rządu polskiego” Juliana Marchlewskiego, Feliksa Dzierżyńskiego i Feliksa Kona. „Któż to byli ci trzej goście, którzy w tych izbach mienili się rządem polskim? Czy ich lud polski wybrał, czy ich ktokolwiek na tej ziemi mianował? Lud polski czy naród polski […] nie naznaczał żadnego z nich na godność, którą sobie przybrali. Naznaczeni zostali […] w obcym kraju, w swym zespole, w swej partii. Jako takich można by ich nazywać tylko komisarzami w znaczeniu, jakiego ten wyraz nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej działalności komisarzy […] za poprzedniej inwazji carów moskiewskich na ziemię polską” – pisał.

Ale dobitnemu potępieniu bolszewickich uzurpacji i zdrady narodu towarzyszyły gorzkie słowa. Dwa lata niepodległości Żeromski podsumował jako zaniechanie reform prospołecznych i wysiłków na rzecz uczynienia Polski sprawiedliwą. Bieda, zacofanie i brak perspektyw są takie same, jakie były, a wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy – torpedowane. Tymczasem – wzywał pisarz – „nie możemy dopuścić do tego, żeby pokonanie Czerwonej Armii na polu bitwy w obronie granic naszej ojczyzny, w obronie naszego ludu zjednoczonego w szczep jednojęzyczny, nierozdzielny, nierozerwalny, wieczyście samowładny, w obronie naszej mowy i wolności stanowienia praw własną wolą i dla samych siebie – stało się tryumfem warstwy bogaczów, panów, posiedzicieli […]”.

Nie chodziło przy tym wyłącznie o to, iż Żeromski po raz kolejny zadeklarował poparcie dla idei lewicowych. „W dobie, gdy młode rycerstwo polskie szło po nocy w bój z Warszawy, w Warszawie paskarz najspokojniej podnosił cenę chleba…” – pisał z goryczą. Jego zdaniem, wojna polsko-bolszewicka udowodniła dobitnie, iż Polska ma oparcie przede wszystkim w warstwach ludowych – to one, nie mając w ojczyźnie niemal nic, sponiewierane i pogrążone w nędzy, stanęły murem w godzinie najwyższej próby. „Ta sama krew ofiarna i na zawsze dla nas święta, co wytrysła na polu bitwy pod Warszawą z serca bohatera narodu, księdza Skorupki, płynęła strugą z ran bezimiennych polskich żołnierzy, bezrolnych chłopów. Musimy teraz na tę krew się powoływać, wzywając naród polski do wielkich społecznych reform, albowiem ci rycerze za przyszłość Polski polegli”.

Działalność publiczna pozostawiła również trwałe ślady w jego twórczości. Jeszcze w czasie wojny, wiosną 1918 r. ukazał się szkic pt. Wisła. Ten krótki hymn na cześć królowej polskich rzek spina klamrą przeszłość ojczyzny z jej – jak wierzy Żeromski – znakomitą przyszłością: „Podjęte znowu zostanie dzieło Wielkiego Kazimierza” oraz „Ujmie nareszcie brzegi wiślane plemię w jedno zrośnięte”. Rok 1922 przyniósł natomiast Wiatr od morza, a 1923 – Międzymorze. Oba utwory poświęcone są tematyce pomorskiej, łącząc poetyckie refleksje, popularyzatorską faktografię, ludowe legendy i wyrazy zachwytu nad ziemią, która „wróciła do Macierzy”. Te prace Żeromskiego były zarówno wyrazem jego zainteresowań i fascynacji, zrodzonych w połowie drugiej dekady stulecia, jak również świadomym zamysłem, który miał zwrócić uwagę opinii publicznej na ten „świeży” skrawek Polski i jego znaczenie dla bytu narodowego.

Za Wiatr od morza otrzymał w 1924 r. Państwową Nagrodę Literacką. Był to zarazem dowód uznania, jak i próba osłodzenia goryczy po przegranej batalii o Nagrodę Nobla – panowało wówczas przekonanie, trudno orzec, na ile uzasadnione, że literacki Nobel przypadł Reymontowi, nie zaś Żeromskiemu, ponieważ Wiatr od morza szwedzcy jurorzy uznali za „antygermański”. Jan Lorentowicz tak wspominał reakcję pisarza na wieść o uhonorowaniu go przez czynniki oficjalne: „Wielkie jak groch łzy spadać poczęły po zmęczonych i schorzałych policzkach. Nie powiedział ani słowa. Wstał, porwał mnie w ramiona i bardzo głęboko uścisnął…”[23].

Tematyce pomorskiej wierny był do końca. W roku 1925, kilka miesięcy przed śmiercią, napisał na potrzeby zbioru Pisarze polscy kresom zachodnim krótki tekst Port w Gdyni. Przekonywał w nim: „Powiedzą mi, oczywiście, iż to nie sprawa i zadanie poetów – porty budować. Lecz trzeba ten port, jego obraz, jego niezbędną konieczność, jego narodowe widziadło, w duszach ludzkich wykuwać, ryć w sercach, ciosać w granicie woli. Trzeba otoczyć to dzieło pospólną miłością. Trzeba je za dnia i w nocy budować wszystkimi ziemiami i całym narodem”.

Do pracy, rodacy!

„Złączyć w naród to zbiorowisko ludzkie […], dźwigać z ruiny zamarłe życie, […] ocalić i podeprzeć skutecznie wciąż niepewne i chwiejące się ściany domu ojczyzny – oto kolosalne zadanie […]. Pisarz o tak czujnie napiętym sumieniu obywatelskim jak Żeromski nie mógł nie pojąć i nie usłuchać tego naglącego wezwania” – pisał biograf[24]. Autor Popiołów, mimo nie najmłodszego już wieku, a przede wszystkim wciąż nękających go poważnych kłopotów zdrowotnych, dosłownie rzucił się w wir odbudowy niepodległego państwa.

Jeszcze przed wyjazdem z Zakopanego był jednym z twórców Podhalańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Taką właśnie działalność uznał bowiem za jeden z istotnych kroków ku Polsce zjednoczonej i przenikniętej duchem patriotyzmu.

Pisał, popierał, apelował. Ale jakże różniło się to od „listów otwartych” dzisiejszych, pożal się Boże, „lewicowych intelektualistów”… Żeromski w listopadzie 1919 r. – trwa wówczas wojna polsko-bolszewicka – publikuje odezwę pt. O odzież ciepłą dla żołnierza, w której apeluje o czynny odzew na prowadzoną zbiórkę ubrań dla wojska. „Skaut polski, młodzieniec, w którego nieskażonym sercu zamknięta jest Polska przyszła, istotna, wywalczona przez bohaterów i wyśpiewana przez poetów, przyjdzie w poselstwie od żołnierzy do drzwi obywateli – po ciepłą odzież. W progu nędzarzy nic pewnie nie użebrze, z izb inteligencji zawodowej wyniesie przedostatnią koszulę. Toteż niech ten poseł od skostniałych żołnierzy w zimnym polu kołace do drzwi bogaczów, niech w nie wali, jak groźny, pozywający zwiastun, niech nie błaga, lecz żąda, niech patrzy z grozą w zimne oczy i niech tym spojrzeniem sięga do kamiennego serca” – grzmiał w „Kurierze Warszawskim” i wielu innych pismach. Dziwna poetyka apelu? Wcale nie dziwna, tu chodziło bowiem o Polskę ledwo co odzyskaną, a znowu zagrożoną, chodziło o wielki zbiorowy obowiązek!

Rok 1922 przyniósł inny apel pisarza. Powstało wówczas towarzystwo pomocy ociemniałym Latarnia. Żeromski wzywał społeczeństwo do datków dla niewidomych inwalidów wojennych. Będąc wówczas sławnym pisarzem, pełnił funkcję skarbnika w tej organizacji, osobiście prowadząc ewidencję składek i wypłacanych zapomóg. Pod koniec roku 1923 sygnował natomiast apel o wsparcie finansowe dla zagrożonej upadkiem Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy.

Z kolei w roku 1924 opublikował odezwę w sprawie kasy im. Mianowskiego. Kłopoty tej instytucji, założonej w 1881 r. dla dofinansowania badań i rozwoju polskiej nauki, pozbawionej majątku na mocy ukazu carskiego, skłoniły pisarza do apelu o wsparcie, a jednocześnie do refleksji na temat postaw społecznych w odrodzonej Polsce. Ubolewał nad egoizmem warstw posiadających, które nurzają się w luksusowej konsumpcji, zaniedbując obowiązki publiczne. Ci posiadacze „najwspanialszych europejskich lub amerykańskich automobilów”, za nic mają rozwój polskiej myśli naukowej i technicznej. A przecież, „W wolnym państwie polskim nauka nie może być wyżebrana, podpatrzona, przemycana, musi być polska. […] Posiadamy instytucję temu właśnie celowi służącą, założoną w mrokach niewoli przez ojców czcigodnych i przekazaną nam, którzy żyjemy w słońcu bezgranicznej, złotej wolności. I dziś oto ta właśnie instytucja – nie posiada dostatecznych środków. Ratujmy! Wspierajmy! Stwórzmy na nowo Kasę imienia Mianowskiego!”.

W tych wszystkich wypowiedziach zbiegały się dwie tendencje. Z jednej strony, pisarz domagał się od państwa aktywnej polityki prospołecznej. Z drugiej jednak, rozumiał, że niemożliwe, aby młode, słabe państwo sprostało wszystkim potrzebom, jak również sytuacja takowa byłaby moralnie wątpliwa. Polska to bowiem nie jest bezosobowe ciało, lecz wspólnota żywych i aktywnych ludzi. Mają oni prawo oczekiwać od państwa pomocy, ale także obowiązek osobiście angażować się w wielkie dzieło odbudowy. Taką wymowę miał jego głośny tekst Drożyzna i Zamoyszczyzna. Prezentował w nim, jako wzór osobowy, hrabiego Władysława Zamoyskiego, znanego społecznika i filantropa. Przywołując jego anegdotycznie skromne życie, zestawione dla kontrastu z prymitywną konsumpcją warstw posiadających powojennej Polski, Żeromski pisał: „Zamiast wyrzucać pieniądze na stroje i zabawy, należałoby zaprawdę, choć groszami, wesprzeć narodowe lotnictwo, marynarkę, naukę, muzykę, malarstwo, rzeźbę, teatr, a nawet tę najostatniejszą z ostatnich, literaturę […]”.

Co z tą Polską?

Nie można uczciwie opisać stosunku Żeromskiego do niepodległości Polski bez przywołania rozczarowania, jakie pisarz wyrażał obserwując przebieg wydarzeń. Projektował wizje wolnej ojczyzny jako kraju, który będzie matką wszystkich swoich córek i synów – czynił tak w powieściach, w tekstach publicystycznych, obiecywał to na wiecach w Zakopanem i na Pomorzu. Wierzył, że niepodległa Polska stanie się krajem sprawiedliwym społecznie, a poprawa sytuacji niższych warstw pozwoli oprzeć dopiero odzyskaną i kruchą państwowość na milionach silnych barków.

Stało się inaczej. „Żeromski przyglądał się i przysłuchiwał uważnie wszystkiemu, co się w biednej Polsce działo. A to, co widział, napełniało go smutkiem i boleścią serdeczną”[25]. Młode państwo zderzyło się z rozlicznymi trudnościami. Trzeba tu podkreślić, że autor Ludzi bezdomnych nie domagał się cudów, rozumiał kłopoty i konieczność długich, mozolnych przeobrażeń. Ale jednocześnie oczekiwał konkretów. Tymczasem władze państwowe, stronnictwa polityczne i warstwy posiadające robiły niewiele lub zgoła nic, a sporo zamierzeń było niszczonych w zalążku (jak choćby radykalna reforma rolna, której pisarz był wielkim zwolennikiem). Na takim tle zrodził się gromki protest Żeromskiego – protest wyrażający wierność wieloletnim przekonaniom, że Polska musi być zarazem wolna i sprawiedliwa. I tak, jak nie zadowalał się żadnymi kompromisami w kwestii niepodległości, tak też nie godził się, by zaniechano reform społecznych.

Marzył o Polsce, w której „gospodarzyć będzie lud, a praca stanie się najwyższą miarą ludzkiej wartości”[26]. W Snobizmie i postępie przekonywał, że „Polska nie dla tego powstała, żeby w niej stara nędza, jak za czasów najeźdźców, nadaremnie krwawe łzy lała. Polska nie dla tego powstała, żeby dygnitarz cywilny czy wojskowy, pędząc w automobilu, obryzgiwał dziadów i żebraków, wtulonych w każdy kąt, w każde załamanie muru stolicy państwa. Polska nie dla tego powstała, żeby w jej granicach miała swe rozpostarcie burżuazyjna fabryka paskarstw, szwindlów i oszustw. Polska odrodziła się z krwi i pracy męczenników po to, żeby na miejscu, gdzie stała ciemnica niewoli, rozpostarło się najjaśniejsze pracowisko postępu”.

Cieszył się każdym osiągnięciem – od budowy portu w Gdyni po „nasze własne lokomotywy z fabryk chrzanowskich”. Ale wciąż było to za mało, zbyt powoli, tak niewiele zrobiono dla najbardziej potrzebujących, nadal panoszyły się nędza, głód, brak pracy, beznadzieja. A co gorsza, taki rozwój sytuacji groził przetrwaniu ciężko wywalczonej ojczyzny. Rzeczywistość generowała bowiem wrzenie społeczne, które mogło popchnąć kraj na ślepe tory. W Początku świata pracy, żarliwym manifeście „narodowego syndykalizmu”, silnie inspirowanego Sorelem, Żeromski grzmiał na progu niepodległości: „Teraz już wyjścia nie ma. Nie pomogą wybiegi i matactwa reakcji. Nic nie pomoże! Albo sprawa pójdzie krzywym łukiem rewolucji, o której nikt a nikt nic nie wie, dokąd ona zajdzie – albo […] szlakiem cięciwy, zabiegnięcia rewolucji […]. W przypadku […] rewolucji, zniszczone zostaną skarby kultury i sztuki, które są w naszym posiadaniu, lać się będzie krew i rozpasze się chamstwo biednego, stratowanego człowieka […]”.

Obawiał się takiego rozwoju sytuacji, jak w Rosji, jeśli nie zostaną dokonane gruntowne reformy społeczne. Rewolucja zniszczy w ojczyźnie dziedzictwo przeszłości i wydatnie obniży poziom kultury, a z destabilizacji mogą skorzystać wrogowie Polski, dokonując bądź to kolejnego jej rozbioru między siebie, bądź anektując zrewoltowane ziemie do „Kraju Rad”. Ostrzeżeniem przed rewolucją i wołaniem o zmiany społeczne, było Przedwiośnie, ostatni z wielkich utworów pisarza. Obrazy zdziczenia podczas rewolucji bolszewickiej, idea „szklanych domów”, iście turpistyczne odmalowanie nędzy w wolnej Polsce, przyłączenie się Baryki do komunistycznego pochodu na Belweder – za tymi literackimi wizjami krył się rozpaczliwy krzyk Żeromskiego, chcącego poruszyć serca decydentów i zmobilizować opinię publiczną.

Ale niewielu zrozumiało tę powieść tak, jak oczekiwał pisarz. Na głowę schorowanego, starego człowieka spadły gromy. Odebrano książkę jako atak na Polskę, krytykanctwo, podburzanie do rewolucji, promocję komunizmu… Mało kto widział w niej wołanie o „trzeci cud” (po odzyskaniu niepodległości i odparciu najazdu bolszewickiego), czyli stworzenie Polski sprawiedliwej społecznie i nowoczesnej, dokonane na drodze reform i dzięki wspólnej pracy całego narodu. Spora część opinii publicznej uczyniła z Żeromskiego wręcz bolszewika. To nieporozumienie zostało wsparte przychylnymi ocenami powieści ze strony skrajnej lewicy oraz radzieckiej krytyki literackiej. Sowiecka „Prawda” z aprobatą przyjęła zawarty w Przedwiośniu opis „Polski panów”. Jeden z komentatorów uznał książkę wręcz za „wyraźną pochwałę komunizmu i rewolucji proletariackiej”. W efekcie doszło do „[…] nie spotykanej jeszcze nagonki, która poprzez Przedwiośnie mierzy otwarcie w osobę samego autora. Pole dyskusji […] opanowują niemal wyłącznie namiętni przeciwnicy powieści”[27]. Żeromski czuł się bardzo dotknięty, był przygnębiony obrotem spraw. Uważał, że na tak absurdalne zarzuty nie sposób odpowiadać.

Jednak w lutym 1925 r., na osiem miesięcy przed tym, nim serce pisarza zabiło po raz ostatni, przerwał milczenie. W artykule „W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym” złożył wymowną deklarację: „[…] oświadczam krótko, iż nigdy nie byłem zwolennikiem rewolucji […], a w Przedwiośniu najdobitniej potępiłem rzezie i kaźnie bolszewickie. Nikogo nie wzywałem na drogę komunizmu, lecz za pomocą tego utworu literackiego usiłowałem, o ile to jest możliwe, zabiec drogę komunizmowi, ostrzec, przerazić, odstraszyć. Chciałem […] wezwać do stworzenia wielkich, wzniosłych, najczyściej polskich, z ducha naszego wyrastających idei, dokoła których skupiłaby się zwartym obozem młodzież, dziś pchająca się do więzień, ażeby w nich gnić i cierpieć za obcy komunizm. […] Nie zrozumiano ohydy, okropności, tragedii pochodu na Belweder – sceny, przy której pisaniu serce mi się łamało. Koroną moich usiłowań stały się pochwalne artykuły w pismach moskiewskich, głoszące, iż przyłączyłem się do komunistów […]. Nie, panowie władcy Moskwy, i panowie sympatycy władców Moskwy. Sprawa «nie ma tak dobrze». Zawsze, wciąż, dawniej i teraz mówię to samo, iż tutaj w Polsce musimy wypracować, stworzyć, wydźwignąć, wdrożyć w życie idee, które by przewyższyły moskiewskie, które by dały naprawdę i w sposób mądry ziemię i dom bezrolnym i bezdomnym, które by wydźwignęły naszą świętą, wywalczoną ojczyznę na wyżynę świata, gdzie jest jej miejsce”.

Remigiusz Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Czterdzieści i cztery. Magazyn apokaliptyczny” nr 1/2008. Przypominamy go z okazji niedawnej 150. rocznicy urodzin Stefana Żeromskiego.

[1] Władysław Pobóg-Malinowski, Stefan Żeromski. Życie i twórczość, nakładem Księgarni Wilhelma Zukerkandla, Złoczów 1929, s. 67.

[2] Irena Tułodziecka, Działalność i poglądy społeczno-oświatowe Stefana Żeromskiego oraz ich odbicie w twórczości pisarza, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1970, s. 31.

[3] W rocznicę śmierci Żeromskiego powołano w roku 1926 Komitet Obrony Puszczy Jodłowej, żądający utworzenia Parku Narodowego im. Stefana Żeromskiego. Podobny postulat dwa lata później sformułowała Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Utwór Żeromskiego nie tylko sprawił, że wielu członków elit społeczno-kulturalnych było przekonanych, iż ochrona tego obszaru jest konieczna, ale także za oczywiste uznawano, że park narodowy powinien nosić imię pisarza. Zob. Jerzy Ćmak, Historia utworzenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego, http://www.swietokrzyskipn.org.pl/monografia_historia_spn.html

[4] Walery Goetel, Wspomnienia o Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie Żeromskim, zebrał Stanisław Eile, Czytelnik, Warszawa 1961, s. 119.

[5] Jerzy Kądziela, Młodość Stefana Żeromskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s. 255.

[6] Henryk Markiewicz, O twórczości Żeromskiego – rozważania rocznicowe, w: tegoż, W kręgu Żeromskiego. Rozprawy i szkice historycznoliterackie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977, s. 15.

[7] Zygmunt Zaremba, Wspomnienia. Pokolenie przełomu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 137.

[8] Maria Dąbrowska, Wspomnienie o Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 347.

[9] Cyt. za: Artur Hutnikiewicz, Żeromski, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1987, s. 76-77.

[10] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz życia i twórczości, oprac. S. Eile i S. Kasztelowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, wyd. II poprawione, s. 207.

[11] Jerzy Zawieyski, Żeromski mojego pokolenia, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 355.

[12] Julian Brun, Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek, „Książka i Wiedza”, Warszawa 1958, s. 17.

[13] A. Hutnikiewicz, op. cit, s. 48.

[14] Anna Zdanowicz, Metafizyka i życie społeczne. Stefan Żeromski wobec problemów współczesności, Biblioteka Narodowa, Warszawa 2005, s. 178.

[15] A. Hutnikiewicz, op. cit., s. 88.

[16] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz…, op. cit., s. 268-269.

[17] Ibidem, s. 269.

[18] Wojciech Giełżyński, Budowanie Niepodległej, Instytut Literacki, Paryż 1985, Biblioteka „Kultury”, t. 410, s. 107.

[19] Stefania Sempołowska, Ze wspomnień osobistych o Stefanie Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 100-101.

[20] Antonina Lubaszewska, Wstęp, w: Stefan Żeromski, Snobizm i postęp oraz inne utwory publicystyczne, Universitas, Kraków 2003, s. 22.

[21] Hanna Mortkowicz-Olczakowa, O Stefanie Żeromskim. Ze wspomnień i dokumentów, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1964, s. 280-281.

[22] Ibidem, s. 282-283.

[23] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz…, op. cit., s. 563.

[24] Artur Hutnikiewicz, Stefan Żeromski, Wiedza Powszechna, Warszawa 1964, s. 139.

[25] W. Pobóg-Malinowski, Stefan…, op. cit., s. 244.

[26] Jan Zygmunt Jakubowski, Stefan Żeromski. Życie i dzieło, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1964, s. 62.

[27] Stanisław Eile, Legenda Żeromskiego. Recepcja twórczości pisarza w latach 1892-1926, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1965, s. 272.

Zapomniane marzenie Stefana Żeromskiego

Zapomniane marzenie Stefana Żeromskiego

U progu niepodległości

W lutym roku 1918 Stefan Żeromski napisał artykuł „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Tekst ukazał się wkrótce jako broszura, ale nie wzbudził, także w środowiskach literackich, ożywionych dyskusji, nie zainspirował na razie ani polemik, ani apologii. Wciąż jeszcze przecież trwała wojna, polscy żołnierze w mundurach armii państw zaborczych wciąż ginęli na wszystkich europejskich frontach. Rosja co prawda już zapadła się pod własnym ciężarem, już wiadomo było, że na ziemiach jej dawnego zaboru powstanie jakaś forma polskiej państwowości, jednak Niemcy trzymały się jeszcze mocno i wciąż istniała obawa, że Polacy będą zmuszeni, w mniejszym czy większym stopniu, uznać co najmniej protektorat zachodniego sąsiada. Mimo to, u progu niepodległości Rzeczypospolitej polskich inteligentów rozgrzewały dyskusje o tym, jak ma wyglądać odrodzona Polska, jaki ma być jej społeczny, gospodarczy i polityczny ustrój, jaką pracę należy wykonać, aby Polacy zdolni byli nie tylko do powołania własnego państwa, ale i by umieli nadać mu taki kształt, z którego sami będą zadowoleni, który będzie współgrał z narodowym charakterem i wartościami istotnymi dla Polaków. Tekst Żeromskiego, postulujący powołanie analogicznej do akademii naukowych instytucji literackiej, mógł być jednak odebrany jako zbyt utopijny, zbyt idealistyczny w sytuacji, kiedy nie wiadomo jeszcze było, jakie w ogóle będzie pole do działania dla naszych narodowych instytucji.

Jednak już wkrótce wydarzenia nabrały tempa, Polska odzyskała pełną niepodległość, a Stefan Żeromski stał się inicjatorem i wybrany został pierwszym prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich, pierwszej w naszych dziejach organizacji zrzeszającej ludzi pióra i chroniącej ich zawodowe interesy. Już po śmierci pisarza, w 1933 roku, powołana została przez Radę Ministrów RP Polska Akademia Literatury, instytucja w pewnym tylko stopniu nawiązująca do idei Żeromskiego, przede wszystkim przyznająca Wawrzyny Akademickie za wybitne osiągnięcia pisarskie i zasługi dla polskiej literatury i czytelnictwa (pozostawała autonomiczna, jednak pierwszych jej siedmiu członków powoływał Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a ci dopiero powoływali ośmiu kolejnych).

Dziś, przy okazji obchodzonej uroczyście 150. rocznicy urodzin Żeromskiego, warto chyba przypomnieć sobie „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Pomysł wizjonerski i poniekąd utopijny; pomysł, który wynika z bardzo głębokiego zrozumienia roli literatury w życiu narodu (czy nawet w tworzeniu narodu, którego geneza nie została, a być może nigdy nie zostanie zakończona) i z powinności tejże literatury wobec języka, który ją tworzy oraz wobec społeczności, która stworzyła ów język.

Warto chyba przypomnieć „Projekt…” dziś, w czasie ogromnego kryzysu (może nawet zapaści) i czytelnictwa, i polskiej literatury, bo jego wizjonerstwo zdaje się być bardzo aktualne, skłaniać do refleksji także nad dzisiejszymi wzajemnymi powinnościami literatury i wspólnoty, twórczej wolności, wpływu interesu księgarzy i wydawców na poziom literatury oraz jej społeczne i artystyczne funkcje itp. Może i dzisiaj, nie dla uczczenia Żeromskiego, ale właśnie dla sprawy polskiej twórczości i kultury literackiej, polskiego czytelnictwa, duchowej kondycji Polaków, warto byłoby rozważyć jeśli nie powołanie postulowanej przez niego instytucji, to co najmniej jakieś działania zmierzające do uzdrowienia kultury literackiej Polaków, które brałyby pod uwagę funkcje twórczości literackiej w życiu naszej społeczności i w życiu duchowym każdego z nas? Niektóre postulowane przez Żeromskiego zadania Akademii (na przykład wyrażanie opinii środowiska pisarskiego w istotnych sprawach dotyczących kultury, polityki czy obyczaju) spełniają istniejące i dzisiaj organizacje pisarzy wywodzące swój rodowód z ZZLP. Ja chciałbym przypomnieć takie z tych zadań, które dziś, jak sądzę, są zapomniane i przez samych literatów, i przez czytelników.

Dość mgliste były pomysły Żeromskiego dotyczące struktury instytucji. Jej zarząd miałby się składać z najgodniejszych pisarzy i musiałby ulegać zmianie co rok, czy co dwa lata, dla uniknięcia majoryzacyi kierunków literackich jednych przez drugie, oraz z obawy przed wytworzeniem się wszelkiego rodzaju magnateryi, matadoryzmu klik i zespołów, które mocą posiadania przydługiej władzy mogłyby szkodliwie oddziaływać na swobodę ujawniania się kierunków i prądów nowych (s. 59) Równie niejasne są pomysły dotyczące środków materialnych, dzięki którym Akademia mogłaby udzielać postulowanych stypendiów dla pisarzy i wszelkiej innej pomocy materialnej dla przedsięwzięć literackich i społecznych. Wielokrotnie widoczna jest tu idealistyczna wiara Żeromskiego w triumf ducha nad materią i w to, że w obliczu powstania tak doniosłego przedsięwzięcia, pieniądze po prostu się znajdą – może z jakichś składek, może od donatorów, może od państwa. Ważny jest sam cel, a celem jest obrona polskiej literatury, a więc działanie dla duchowego i cywilizacyjnego wzrostu narodu. Literatura polska potrzebuje wsparcia instytucjonalnego.

W moim przekonaniu – pisał Żeromski – przemawiają za tą koniecznością [powołania Akademii] trzy względy:
1)
sprawa czystości i piękności języka;
2)
sprawa rozszerzenia kultury literackiej na warstwy szerokie inteligencji i ludu;
3) sprawa instancji i obrony twórczości wolnej. (s. 31)

Sprawa języka

Pierwszy spośród „względów” był dla Żeromskiego istotny przede wszystkim dlatego, że lata zaborów nie tylko zahamowały instytucjonalne starania o kulturę słowa i języka, ale także w sposób sztuczny podzieliły terytorium użytkowania polszczyzny na trzy niezwiązane w żaden sposób z tradycją i historią naszego kraju regiony podlegające silnym i toksycznym wpływom języków zaborców. Polszczyzna, mimo społecznego oporu wobec instytucjonalnej rusyfikacji i germanizacji, chłonęła z paskudnej – bo raczej biurokratycznej, policyjnej lub wojskowej niż literackiej – niemczyzny i ruszczyzny nie tylko słownictwo, ale także frazeologię, nawyki słowotwórcze i składniowe czy osobliwości stylu. Język polskiej literatury – co Żeromski niezwykle przenikliwie, ale i z dużą odwagą zauważał – nie był wcale wolny od tych toksycznych wpływów, często, wbrew patriotycznym intencjom samych autorów, stawał się dodatkowym ich utrwalaczem. Przykłady zgermanizowanej od słownictwa po składnię polszczyzny Przybyszewskiego czy podobnie zrusyfikowanej – Sieroszewskiego, odsłaniały tylko wierzchołek góry lodowej. Niestety, co także Żeromski trafnie zauważył, opór polskich pisarzy przeciwko zepsuciu polszczyzny skutkował często wytwarzaniem języka sztucznego, napuszonego, pozbawionego waloru wzorcotwórczego, bo nieprzydatnego do żadnych zastosowań poza czysto literackimi lub zbyt mocno odwołującego się do przebrzmiałej już i niemogącej sprostać wyzwaniom współczesności staro- czy średniopolszczyzny.

Jednym z zadań Akademii Literatury Polskiej miało więc być „udzielenie poparcia” tym pisarzom, których język i styl może stać się punktem odniesienia dla polszczyzny, nie tylko tej urzędowej czy oficjalnej, ale także tej, którą na co dzień posługują się jej zwyczajni użytkownicy. W wizji Żeromskiego, nota bene, oddziaływanie literackiej polszczyzny na język rodaków ma być właśnie bezpośrednie i proste: dobre praktyki językowe powinny się tworzyć w ten sposób, że czytelnicy obcujący na co dzień z literaturą przesiąkają jej językiem, a nie w taki sposób, że uczeni językoznawcy inspirują się polszczyzną uznanych przez siebie pisarzy, układając słowniki i kodyfikując normy. Dlatego właśnie Akademia miałaby wyróżniać i wspierać takich twórców, którzy wypracowali staranny, indywidualny choć przystępny styl. Musi być przecie – pisał Żeromski – wyróżniona własna, starannie opracowana proza Wacława Berenta od figlasów baroku, pełnego błędów stylu, popełnianych przez różne znakomitości literackie – oraz od wyślizganych naśladownictw, układanych w istocie nie po polsku, lecz w jednym okresie czasu po sienkiewiczowsku, w drugim po wyspiańsku (s. 38).

Jednak Akademia projektowana przez autora „Popiołów” nie byłaby wyłącznie instytucją wspierającą pisarzy w ich pracy nad językiem, ale także ich inspirującą. Żeromski doskonale rozumiał, że artyści nie są jedynymi twórcami słowa, ale że także, a może przede wszystkim, wykorzystują spontaniczną twórczość ludową na tym polu. Dlatego postulował w „Projekcie Akademii Literatury Polskiej” (a rozwinął to później w „Snobizmie i postępie”) zainicjowanie wielkiej akcji badania polskich gwar, z których należałoby wydobyć zapomniane czy lekceważone przez mowę klas wyższych (a więc także literatury) słowa czy metafory, którymi dałoby się wzbogacić – nie rugując, oczywista, mechanicznie ani jednego z wyrazów-przybłędów istniejących z dawna w języku (s. 40) – słownik naszej współczesnej literatury, a za jej pośrednictwem także mowę powszechną.

Daje się tu wyczytać dwie niezwykle ciekawe refleksje Żeromskiego, inspirowane filozofią pracy Stanisława Brzozowskiego, dotyczące ducha języka w ogóle, a polszczyzny w szczególności. Jest on otóż, po pierwsze, niezwykle silnie zakorzeniony w środowisku swoich narodzin, a więc w ludzie oraz w tym, co ów lud najdoskonalej określa, w najistotniejszej ludu twórczości i samoidentyfikacji, a więc w pracy. Słownictwo pracy charakteryzuje się wielką różnorodnością i subtelnością znaczeń, a także niezwykłą trafnością poszczególnych sformułowań. Można w nim dostrzec niesłychane bogactwo, wielki przepych metafory wyskakującej z samej roboty – przenośni odzwierciedlającej i streszczającej, jak gdyby w logarytmie genialnie powziętym, dzieło ciała – rodzącej się z nagła a wiecznie, trafnej jak samo nieomylne uderzenie ręki, tworzącej fizycznie (s. 40). Żeromski widzi więc słowo, język jako ducha, który tworzy się wraz z ciała i z ciałem jest bardzo silnie związany. Może się od ciała uwolnić, ale wtedy i on, i ciało będą okaleczone.

Żeromski walczy więc z zapożyczeniami i obcymi wpływami językowymi nie z jakiegoś sentymentalnego czy nacjonalistycznego afektu do swojskości, ale dlatego, że dostrzega, iż znaczna ich część jest przeniesieniem z obcego gruntu samego słowa pozbawionego zakorzenienia w głębi i istocie swojego desygnatu. Zastąpienie słowa zakorzenionego, wytworzonego na potrzeby życia, pracy, uczuć, a potem przez stulecia czy tysiąclecia porastającego w znaczeniowe subtelności, niezliczone asocjacje i konotacje, takim, które przychodzi z zewnątrz, oderwane od imponderabiliów, powoduje nie tylko – jak by się niektórym zdawało – estetyczny zgrzyt, ale i duchową katastrofę. Powoduje oderwanie się użytkownika języka od głębi własnego świata, i pozwala mu na doświadczanie wyłącznie jego płycizny.

Duch artysty ożywia na powrót ducha-słowo. Dlatego nie wystarczy, żeby uczeni dialektolodzy i historycy języka odgrzebali spod kurzu dokumentów i spod obcych naleciałości dawno nieużywane polskie wyrazy. Potrzeba jeszcze pisarzy-artystów, którzy pojmą, jak bardzo wyrazy te zakorzenione były w życiu swoich dawnych twórców i użytkowników, a później będą umieli na powrót zakorzenić je w życiu użytkowników dzisiejszych. Artyści staną się więc tymi, którzy stworzą wyrazy i znaczenia na nowo. Dzięki temu będzie można pozbyć się obcych naleciałości, płytko tylko wetkniętych w społeczną glebę, oddających powierzchowne, a nie głębokie znaczenia i przez to spłycających w ogóle świat użytkowników (może pasowałoby tu dzisiejsze słowo: „konsumentów”) nie będących twórcami języka.

Bardzo istotnym zadaniem Akademii Literatury Polskiej byłoby więc wspieranie tych artystów słowa, dla których kwestią istotną byłaby świadoma swoich celów i zadań społecznych twórczość w zakresie języka. Akademia powinna, zdaniem Żeromskiego, czynnie zachęcać pisarzy do tego, aby polszczyznę traktowali nie tylko czy nie tyle jako gotowe i dane sobie tworzywo utworów, ale jako zadanie. Język – a więc i indywidualna oraz zbiorowa duchowość jego użytkowników – wymaga ciągłej troski i pielęgnacji, ciągłego tworzenia go na nowo, a nie tylko rejestracji. Akademickie „zrzeszenie twórców i badaczów” miałoby możliwość aktywnego kształtowania języka, a więc także aktywnego przyczyniania się do duchowego, cywilizacyjnego wzrostu rodaków, nie za pomocą dekretów czy normatywnego językoznawstwa, ale poprzez tworzenie językowej praktyki.

Sprawa kultury literackiej

Żeromski, przyglądając się praktyce publicznych bibliotek i towarzystw krzewienia czytelnictwa docierających do czytelników we wsiach Podhala czy Lubelszczyzny, doszedł do wniosku, że czytelnik „z ludu” nie miał jakoś zasadniczo gorszego gustu, niż ten inteligencki. Na wsiach chętnie czytane były powieści historyczne mistrzów polskiej prozy: Kraszewskiego, Sienkiewicza, Konopnickiej, Orzeszkowej, Orkana czy Gomulickiego, a więc tych samych pisarzy, którzy byli cenieni wśród miejskiej inteligencji. Ludność wiejska niechętnie czytała zaś powieści współczesne tych samych pisarzy, zapewne dlatego, że umiejscowione były one silnie w realiach społecznych jej obcych, ale niemających waloru czasowej czy terytorialnej egzotyczności. Jednak literacka szmira wszelkiego rodzaju miała większe wzięcie w odwiedzanej przez inteligentów z różnych stron Polski Bibliotece Publicznej w Zakopanem, niż w objazdowych księgozbiorach dla podhalańskich gospodarzy. Inteligenci znający języki mogli poszukiwać odpowiadających własnym potrzebom dzieł obcych, jednak możliwości tej pozbawieni byli ludzie nieposiadający wykształcenia.

Żeromski postulował więc, aby projektowana Akademia zajmowała się nie tylko wskazywaniem wśród gotowej twórczości dzieł wartościowych, których lekturę warto byłoby polecić i ułatwiać (choćby przy pomocy sieci bibliotecznych) pochodzącym z różnych klas społecznych czytelnikom, ale także inicjowała powstawanie znakomitych pod względem artystycznym dzieł mogących znaleźć oddanych czytelników ze wszystkich klas. W projekcie autora „Ludzi bezdomnych” odnajdujemy pionierską jak na tamte czasy (a i do dziś niezrealizowaną) wizję badań czytelnictwa, które służyłyby nie tylko rynkowym statystykom, ale przede wszystkim aktywnemu kształtowaniu literackiej oferty najwyższej jakości dla czytelników o różnym poziomie wykształcenia i o różnym społecznym statusie. Akademia, wykorzystując zdobytą w takich badaniach wiedzę o upodobaniach, potrzebach czytelniczych, mogłaby inicjować powstawanie dzieł, zachęcać artystów do poszukiwań i wysiłków zgodnych ze społeczną potrzebą.

Oczywiście – warto chyba to podkreślić – nie chodziło Żeromskiemu o badania rynkowe pozwalające zaspokoić pospolite gusta, ale raczej o to, by pisarze mieli rozpoznanie kompetencji czytelniczych oraz duchowych potrzeb swoich odbiorców. Właśnie dlatego postulował on, by takie rozpoznanie prowadziła Akademia (a nie na przykład wydawcy), bo ma ono służyć nie po prostu zwiększaniu czytelnictwa i sprzedaży książek, ale kulturze literackiej narodu. Żeromski był przekonany, że możliwe jest połączenie znakomitego literackiego warsztatu i artystycznej swobody literackiej produkcji z jej szacunkiem wobec czytelnika i zrozumieniem jego głębokich potrzeb. Nadpodaży literackiej szmiry schlebiającej najniższym gustom, Akademia przeciwstawiałaby moralne i materialne wspieranie twórczości zarówno artystycznie znakomitej, jak i przystępnej dla czytelników z różnych społecznych warstw.

Akademia powinna także zainicjować wielkie przedsięwzięcie przyswajania polskiej publiczności dorobku piśmiennictwa światowego. Żeromski dostrzegał pilną potrzebę tłumaczenia na polszczyznę arcydzieł, które już gdzie indziej proste umysły ogniem zachwytu objęły i biedne serca przyciągnęły ku sobie (s. 42). W roku 1918 luki w przyswajaniu przez polską publiczność literacką światowej klasyki (od starożytnych Greków i Rzymian począwszy!) były gigantyczne. Boy dopiero zaczynał swoje dzieło systematycznego krzewienia literatury francuskiej, na jego naśladowców przekładających z innych języków trzeba było jeszcze czekać. Żeromski marzył o wielkim przedsięwzięciu odkrywania i upowszechniania wśród polskiej publiczności literackiej już istniejących, a niemających odpowiedniego nagłośnienia przekładów, ale także inicjowania twórczości translatorskiej.

Warto zauważyć, że Żeromski postrzegał konieczność przełożenia na polszczyznę światowych arcydzieł (i to z całego świata, także z jego peryferiów – w tym szczególnie z pokrewnych naszej literatur słowiańskich – a nie wyłącznie z kulturowych centrów; znaczną część „Projektu Akademii Literatury Polskiej” stanowi autorski katalog arcydzieł światowego piśmiennictwa już przełożonych na polski i takich, których przełożenie jest sprawą szczególnej wagi) w kontekście potrzeby działania dla duchowego wzrostu czytelników. Fakt, że biblioteki pełne były literackiej szmiry, postrzegał jako konsekwencję słabej podaży literatury najwyższej jakości, która – przypomnijmy – wcale nie była według niego hermetyczna czy nieciekawa dla prostego czytelnika. Żeromski był pełen wiary w ludzkiego ducha, wolny był też od klasowych uprzedzeń, wedle których ludzie spoza inteligenckich czy jakkolwiek rozumianych elit nie potrzebują duchowej strawy wysokiej jakości – a tylko czczej rozrywki. Z całej jego twórczości przebija przekonanie, że świat ludzkich uczuć i tęsknot jest wspólny dla wszystkich, a literatura będąca językiem wyrazu tych uczuć i tęsknot, dla wszystkich powinna być jednakowo przystępna.

Przekłady z literatur obcych pozwoliłyby polskim czytelnikom z wszystkich społecznych klas obcować z takimi przejawami ludzkiej duchowości, jakich nasze własne piśmiennictwo, ze względu na jego obiektywne ograniczenia, nie było w stanie wytworzyć. Żeromski podaje przykład powieści Josepha Conrada (wtedy jeszcze w dużej części nieprzyswojonych polszczyźnie), które przybliżają wyobraźni czytelnika cały zespół doświadczeń i przeżyć wynikających z obcowania z żywiołem oceanu, z żeglugą. Polacy przez stulecia byli narodem lądowym, odwróconym od morza, jednak wcale nie muszą być pozbawieni tego doświadczenia, mogą obcować z nim właśnie dzięki literaturze. Polacy winni także na bieżąco otrzymywać przekłady z najwybitniejszych osiągnięć światowego pisarstwa współczesnego, co jest nie bez znaczenia także z tego powodu, że dzięki literaturze publiczność może poznać głębię przemian obyczajowych, społecznych, technologicznych i wszelkich innych, które dokonują się gdzieś daleko stąd i z daleka do nas przychodzą.

Do najistotniejszych zadań Akademii Literatury Polskiej należałoby dbanie o jakość literackich przekładów. Polscy tłumacze produkowali przekłady często bardzo marnej jakości, co odstręczało czytelników, wypaczało ich gusty, zniechęcało do literatury w ogóle. Żeromski przytaczał przykłady koszmarnej polszczyzny słabych tłumaczy, postulując, aby powołana w przyszłości Akademia zwróciła także uwagę na potrzebę kształcenia i ciągłego doświadczenia artystów przekładu.

Sprawa wolnej twórczości

Żeromski w swoim projekcie dostrzegał potrzebę działań obliczonych na wytworzenie się w Polsce profesjonalnej klasy artystów pióra, mających warunki do systematycznego i wolnego od zewnętrznych ograniczeń i nacisków doskonalenia kunsztu. Pisarze, jeśli mają spełniać swoją funkcję społeczną, winni być wolni zarówno od tych najoczywistszych nacisków ze strony władzy politycznej czy cenzury, jak i od konieczności poszukiwania wsparcia czy promocji u politycznych czy towarzyskich, a także literackich i prasowych koterii. Pisał Żeromski: trzeba choć w ogólnych zarysach wskazać na konieczność uniezależnienia literatury, jako sztuki wolnej, od wpływu i przemocy partyj politycznych, klik władających dziennikami, ugrupowań społecznie skrajnych w jednym lub drugim kierunku, reakcyjnych, postępowych, czy bezbarwnych (s. 62).

Akademia, dzięki systemowi stypendiów analogicznych do stypendiów akademickich przyznawanych badaczom, finansowałaby podobne do badawczych prace, takie jak kwerendy, podróże, zwiedzanie i poznawanie świata, jego tradycji, kultury. Pisarz przecież, podobnie jak uczony, jest w stanie pracować wyłącznie dzięki uzyskanemu, często wysokim materialnym kosztem, doświadczeniu, dzięki wiedzy i obyciu, za które wciąż ktoś żąda od niego pieniędzy. Bieda ogranicza horyzonty pisarza, tak jak ogranicza horyzonty każdego człowieka. Ogranicza też bogactwo i rozmach dzieła, które ów pisarz tworzy, czego często nie chcą przyjąć do wiadomości czytelnicy pielęgnujący mit romantycznego poety-nędzarza. Norwid stworzył wspaniałą poezję nie dlatego, że był biedny, ale mimo tego, a kto wie, co stworzyłby jeszcze, gdyby miał do tego odpowiednie warunki finansowe.

Akademia winna wspierać wolność twórcy od konieczności zmagań z wrogim i nieczułym światem, które i odrywają go od jego zasadniczego powołania, i zmuszają do dokonywania poniżających wyborów między nędzą a korupcją. Szczególnie drugi z tych wyborów jest dla kultury narodowej i dla każdego z jej uczestników niebezpieczny, bo pisarz w jakikolwiek sposób skorumpowany, przez swoją twórczość zatruwa ducha swoich odbiorców. Jako poniżającą (choć zrozumiałą wobec konieczności przeżycia i w żaden sposób nie ujmującą pisarzowi czci – ale wysysającą bezcenne siły twórcze, a więc potwornie szkodliwą wobec literatury) postrzega Żeromski konieczność zarobkowania przez wybitnych pisarzy w inny sposób niż związany z zasadniczym powołaniem. Czynne wyszukiwanie przez członków Akademii wybitnych talentów, także debiutantów, jest konieczne, bo przez wyróżnienie zdoła niejednego ocalić od zguby, od ciężkich robót w dziennikarstwie albo zmajoryzowania przez lichotę (s. 67).

Bardzo ważną i wielokrotnie podkreślaną przez Żeromskiego kwestią jest dążenie do wyemancypowania twórczości literackiej spod władzy i dyktatury księgarzy, nakładców, spółek wydawniczych i przygodnych mecenasów (s. 63). Władza rynku nad pisarzem zawsze jest straszliwie destrukcyjna i dla literatury, i dla czytelnika, bo tę pierwszą korumpuje, a temu drugiemu dostarcza zepsutego, trującego dla ducha produktu. Akademia winna także czynić starania, aby w miarę możliwości uwolnić pisarzy od konieczności wchodzenia w nieswoje role przedsiębiorców i prawników, zabiegania o przyzwoite i nieoszukańcze kontrakty, wyszukiwania w umowach kruczków i ciągłego patrzenia na ręce wydawcom i księgarzom, a także gorączkowych działań dla promocji i reklamy własnej twórczości. Zaletą pisarza jest talent i wola twórcza, a nie smykałka do interesów. Większa społeczna korzyść z pisarza źle poruszającego się w często oszukańczym świecie przedsiębiorców, niż takiego, który umie wyrobić sobie pozycję geszefciarskim sprytem i przebiegłością. Żeromski proponował więc między innymi unormowanie przez Akademię honorariów autorskich (minimalne honoraria miały wynosić 1/4 lub 1/3 ceny księgarskiej tomu – no cóż, inne były to czasy…) oraz kontrolowanie nakładów wydawanych książek.

Podkreślmy raz jeszcze na koniec: dla Żeromskiego kwestie branżowe i życiowe pisarzy były istotne nie tylko z powodów zawodowej solidarności z kolegami po piórze, ale także, może nawet przede wszystkim, dlatego, że mają one bezpośredni wpływ na samą literaturę, a więc za jej pośrednictwem także na czytelników w ich najgłębszym duchowym aspekcie. Ponieważ literatura kształtuje język, bez którego ludzie nie mogą się obejść, wpływa także bardzo silnie na życie społeczne i relacje międzyludzkie. Wspólnota winna dbać o to, aby pisarze mogli tworzyć w sposób prawdziwie wolny, ponieważ każda ich korupcja odbije się na wspólnocie. Przede wszystkim jednak powinni dbać o to sami pisarze.

Jarosław Górski

Wszystkie cytaty za: Stefan Żeromski, „Pisma literackie i krytyczne”, Warszawa 1963. Artykuł ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Magazyn Literacki Książki” nr 211, 4/2014.

Konserwatywny socjalizm Pete’a Seegera

Kiedy Nowa Lewica rozpoczęła wojny kulturowe, zmarły niedawno muzyk folkowy pozostał przywiązany do wartości pokoju i „zadomowienia”.

„The Penguin Encyclopedia of Popular Music” opisuje poglądy polityczne Pete’a Seegera, zmarłego niedawno 94-letniego muzyka folkowego, tekściarza i aktywisty antywojennego, jako „naiwne, choć szczere”. Z pewnością były szczere – to nie budzi wątpliwości nawet u jego najzagorzalszych wrogów. Co jednak było naiwnego w jego socjalistycznym konserwatyzmie?

Seeger był autentycznym głosem starej amerykańskiej lewicy i rozumiał, że konserwatyzm, daleki od nieprzychylnego nastawienia wobec socjalizmu, w gruncie rzeczy stanowił jej istotny element. W wywiadzie dla „New York Timesa” z 1995 r. oświadczył: „Lubię mówić, że jestem bardziej konserwatywny niż Goldwater [1]. On chciał jedynie cofnąć się do czasu, kiedy nie istniał podatek dochodowy. Ja natomiast chcę cofnąć się do czasu, kiedy ludzie żyli w małych wioskach i opiekowali się sobą wzajemnie”.

Wizja idealnego społeczeństwa nie łączyła się dla Seegera z futurystycznym metropolis, lecz była mocno zakorzeniona w amerykańskiej przeszłości. – „Kiedy byłem chłopcem, przeczytałem każdą książkę Ernesta Thompsona Setona” [2] – stwierdza w wywiadzie z 1982 r. – „Seton uznawał Indian za ucieleśnienie pewnego ideału… z powodu ich siły, godności, moralności, bezinteresowności i życia zgodnego z naturą. Opisany przez Setona okres historii Indian antropologowie nazywają »komunizmem plemiennym«… Lubię myśleć o sobie jako o komuniście w tym sensie, w jakim był nim przeciętny amerykański Indianin…”.

W rozmowie dla „New York Timesa” Seeger został opisany jako człowiek znajdujący się „politycznie tak bardzo na lewo, że prawdopodobnie nigdy nie nazwano go liberałem”. To wspaniały komplement, z którego byłby dumny każdy prawdziwy socjalista. Liberalizm – zarówno w wersji ekonomicznej, jak i społecznej – stawiający „ja” na pierwszym miejscu, zaraził zachodnią lewicę od lat 60. XX w., lecz Seeger nie dał się zwieść.

Zmarły niedawno Eugene Genovese pisał o „irracjonalizmie przyjęcia przez lewicę liberalnego programu jednostkowego wyzwolenia”. Taki irracjonalizm dobrze posłużył finansistom z Wall Street i podżegaczom wojennym, ponieważ skłonił dużą część środowisk lewicowych do porzucenia socjalizmu, ruchów związkowych i opozycji wobec imperialistycznej agresji wojennej, a zamiast tego skupienia się na kwestiach, które nie naruszyły bastionów władzy ani im nie zagroziły.

Seeger prowadził kampanię na rzecz praw obywatelskich, ale odrzucał wojny kulturowe i jałowe konflikty pokoleń. Dla niego socjalizm nie oznaczał walki pomiędzy dorastającą młodzieżą oraz jej rodzicami (w swym utworze „Be Kind to Your Parents” uczył, by „odnosić się do nich z cierpliwością i życzliwą wyrozumiałością”). Socjalizm oznaczał ludzi jednoczących się bez względu na wiek, płeć, kolor skóry lub wyznanie po to, by wspólnie budować życzliwe i opiekuńcze społeczeństwo, gdzie ludzie – i cała planeta – są ważniejsi od zysków. Tradycyjne lewicowe przekonania polityczne Seegera stały w kontrze do tendencji społecznych sprzyjających egoizmowi i materializmowi, które popychają nas do nieustannej wojny i dewastacji środowiska.

Kiedy Nowa Lewica zabrała się do rewolucji kulturowej, dążąc do zniszczenia wszystkiego z przeszłości, Pete pragnął, byśmy ponownie odkryli i podjęli model życia naszych przodków. – „Mogę jedynie stwierdzić, że teraz jestem bardziej nieufny w stosunku do techniki niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu” – powiedział w 1982 r. – „Jestem szczerze przekonany, że gdybym żył wtedy, gdy wynaleziono koło, powiedziałbym: »Nie, nie. Życie może być okropne, krótkie i brutalne… lecz nie wiecie, do czego może doprowadzić technika«. Dziś już wiemy, do czego może doprowadzić… prowadzi nas w stronę katastrofy”.

W tym samym wywiadzie dzieli się swoimi przemyśleniami na temat słowa „postępowy”: „Sądzę, że pojęcie postępu uległo uproszczeniu. Ciągle słyszymy: »Musimy być postępowi.. musimy mieć toalety ze spłuczką. Już nigdy więcej nie używajcie wygódek«. Cóż, wygódki nie są jedyną alternatywą dla toalet ze spłuczką. A może by tak pomyśleć o toaletach kompostujących lub urządzeniach wykorzystujących fermentację metanową? Za jedno z najbardziej »postępowych« wydarzeń w Ameryce minionej dekady uważam ponowne odkrycie – przez miliony osób – że przyjemniej jest uprawiać rośliny i samemu gotować posiłki, zamiast otwierać kolejną konserwę z supermarketu”.

http://www.youtube.com/watch?v=Rl-yszPdRTk

Seeger odrzucał egotyzm nowoczesnego społeczeństwa rywalizacji, wylansowanego przez neoliberalny kapitalizm. „W muzyce Seegera nie istniało »ja«, istniało jedynie wielkie, wszechobejmujące »my«” – napisał Jody Rosen. Seeger nigdy nie lubił rozmawiać w kategoriach własnej kariery. „Nie znoszę słowa »kariera«, ponieważ sugeruje poszukiwanie sławy i fortuny – dwóch najbardziej głupich rzeczy, jakich można pragnąć” – podkreślał. Nie cierpiał komercjalizmu. Kiedy dano mu mikrofon, używał go w imię spraw, w które wierzył – nie w celu sprzedania nowej płyty.

Seeger był pełen pasji do spraw, w które wierzył, a jego poglądy polityczne opierały się nie na nienawiści, lecz na miłości. „Krótkowzroczni ludzie mówią: »Wiemy, jak rozwiązać problemy. Umieśćmy odpowiedni materiał wybuchowy we właściwym miejscu i dajmy im nauczkę«. Ja jednak mówię: »jedyne, czego ktokolwiek się wówczas nauczy, jest przemoc«. Aby przywołać słowa Martina Luthera Kinga, słabością przemocy jest to, że zawsze stwarza jeszcze więcej przemocy. Ciemność nie może zostać wyparta przez ciemność. Jedynie jasność potrafi to zrobić. Nienawiść nie może zostać wyparta przez nienawiść. Jedynie miłość potrafi to zrobić” – podkreślał.

Kiedy „postępowa” liberalna lewica – po dokonaniu ataku na „siły konserwatyzmu” – połączyła się z neokonserwatystami, by pod oszukańczym szyldem humanitaryzmu uruchomić serię wojen napędzających zyski na Wall Street, Pete nadal pytał: „Where Have All the Flowers Gone?” [3]. Dobrze wiedział, że „humanitarna interwencja” wojskowa była sprzecznością samą w sobie.

http://www.youtube.com/watch?v=TXqTf8DU6a0

Był lepszym socjalistą niż trockistowscy ideologowie, którzy oskarżali go o bycie stalinistą; był lepszym konserwatystą niż maccartyści, którzy go prześladowali. Rozumiał, prawdopodobnie lepiej niż jakakolwiek inna postać na amerykańskiej lewicy, że jeśli rodzaj ludzki ma zrobić krok naprzód, to najpierw trzeba zawrócić.

Spośród wielu hołdów złożonych pamięci Seegera po jego śmierci za najbardziej wymowny uważam ten Roberta Foxxa z dziennika „The Guardian”: „Zawsze powiedział dzień dobry, kiedy mijaliśmy się na brzegu rzeki. Zapamiętam go jako łagodnego i życzliwego człowieka, śpiewającego z twarzą podniesioną ku niebu”.

Neil Clark

Przekład: Krzysztof Kołek

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej www.theamericanconservative.com. Przedruk za zgodą autora.

Przypisy redakcji „Nowego Obywatela”:

  1. Barry Goldwater (1909-1998) – amerykański prawicowy polityk, wieloletni senator USA, początkowo łączył skrajny liberalizm gospodarczy z ultrakonserwatyzmem, antykomunizmem i krytyką wielu swobód obywatelskich, by na starość zbliżyć się do środowisk libertariańskich.
  2. Ernest Thompson Seton (1860-1946) – zobacz biogram w Wikipedii.
  3. Seeger jest współautorem tej piosenki, której polską wersję pt. „Gdzie są kwiaty z tamtych lat?” śpiewała m.in. Sława Przybylska, a Marlena Dietrich upowszechniła wersję niemiecką pt. „Sag mir, wo die Blumen sind”.

Z Polską zrośnięty. W stulecie „Kultury a natury”

Róża Thun, prawnuczka Jana Gwalberta Pawlikowskiego, tak mówiła o swoim pradziadku: Był bardzo nowoczesny przez to, że żywo interesował się i przyswajał osiągnięcia innych zaczerpnięte z innych rejonów Europy, a nawet Ameryki. Wiedział, że innowacja, lepsze prawo i nowe lepsze rozwiązania lub produkty są prawie zawsze wypadkową dyskusji i spotkań znawców oraz specjalistów z różnych zakątków świata, a także porównania ich różnorodnych doświadczeń. Myślę, że bardzo cieszyłby się, gdyby mógł korzystać z tych wszystkich możliwości programów europejskich, które dzisiaj nam ułatwiają nie tylko codzienne życie, ale także finansują tego rodzaju sympozja czy konferencje, a co możliwe jest dzięki członkostwu Polski w Unii Europejskiej1.

Wydaje się, że wypowiedź ta może być przyczyną nieporozumień i fałszywych przeświadczeń. Co prawda dotyczy to jedynie kwestii rolnictwa czy ogrodnictwa, którymi Pawlikowski się zajmował, ale na podstawie zacytowanego fragmentu można odnieść generalne wrażenie, iż był on postacią wybitną, ponieważ przeszczepiał na rodzimy grunt pomysły zachodnie, do których dzięki swojemu obyciu i rozlicznym kontaktom potrafił szybko dotrzeć. Obrazuje to poziom klientelizmu i zakompleksienia, charakterystyczny dla współczesnej Polski. Nie do wyobrażenia bowiem jest dziś, aby tutaj, u nas, mogło powstać coś rzeczywiście wartościowego, ważnego nie tylko lokalnie.

Tymczasem Pawlikowski to twórca oryginalny, znający doskonale światowy dorobek zachodnich badaczy i myślicieli w różnych dziedzinach, którymi się zajmował, ale często wyprzedzający swoimi pomysłami trendy dominujące w jego czasach w świecie zachodnim. Niejednokrotnie przejmowano u nas niektóre koncepcje z Zachodu – nie szczędząc „ochów i achów” – jako najaktualniejsze, najmodniejsze, genialne, nie wiedząc, że identyczne pomysły Pawlikowski wysuwał kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy na Zachodzie dominował zupełnie inny sposób myślenia.

Stanisław Grabski w pośmiertnej nocie pisał o Pawlikowskim: Człowiek niezwykły, wielkiej naprawdę miary. W przedziwny jakiś sposób łączył on w sobie najrozbieżniejsze zamiłowania i uzdolnienia. Odziedziczony majątek ziemski Medykę doskonałą gospodarką znacznie powiększył. A równocześnie był pedagogiem, profesorem ekonomiki w Dublanach, redaktorem „Ekonomisty Polskiego”, prezesem Związku Naukowo-Literackiego, kierownikiem Szkoły Nauk Politycznych, protektorem sztuki zakopiańskiej, a za młodu i zapalonym taternikiem, głębokim badaczem mesjanizmu polskiego i poezji Słowackiego, gorącym propagatorem ochrony przyrody – przy tym zaś jednym z najwybitniejszych przed wojną kierowników polityki narodowej: prezesem Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego w Galicji i członkiem Komitetu Centralnego tajnej, trójzaborowej Ligi Narodowej. I co jest najrzadsze: tylu tak różnorodnymi sprawami się zajmując, nigdy niczego nie robił, nigdy o niczym nie myślał powierzchownie. Odruchowo nie znosił dyletantyzmu2. Zygmunt Wasilewski zaś pisał wprost, iż uważa Pawlikowskiego za jedną z najważniejszych postaci polskiej kultury przełomu wieków3.

***

Jan Gwalbert Pawlikowski urodził się 18 marca 1860 r. w Medyce4. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej, która wydała cały szereg znanych działaczy politycznych, gospodarczych, kulturalnych. Jego pradziad Józef Benedykt Pawlikowski (1770–1830) był burmistrzem Przemyśla, pionierem w zakresie nowoczesnego rolnictwa i ogrodnictwa, po nabyciu zaś Medyki miał uczynić z niej ośrodek gospodarczy i kulturalny wschodniej Małopolski. Jego syn, a dziadek Jana, Józef Gwalbert Pawlikowski (1793–1852), kontynuował działalność ojca na polu rolnictwa, sadownictwa i ogrodnictwa, prowadził ożywioną aktywność polityczną, pełnił również w związku ze swoją pasją kolekcjonerską obowiązki wicedyrektora Ossolineum. Wreszcie ojciec, Mieczysław Pawlikowski (1834–1903), to wicekomisarz Rządu Narodowego na wschodnią Galicję w latach 1864–1865, w związku z tym więziony; poeta, prozaik, publicysta i wielki miłośnik Tatr. W „Encyklopedii tatrzańskiej” czytamy, iż: Jako taternik dokonał m.in. pierwszego przejścia przez Zachodnie Żelazne Wrota oraz drugiego wejścia na Wysoką z pierwszym zejściem z niej przez Pazdury (w 1876 w towarzystwie Adama Asnyka, swego syna Jana Gwalberta oraz przew. Macieja Sieczki i in.). Śmiało można powiedzieć, że Jan Gwalbert większość swoich pasji i zainteresowań wyniósł z domu rodzinnego – to, czym będzie zajmował się przez niemal 80 lat życia, to poniekąd kontynuacja i rozwinięcie dzieła swoich antenatów.

W dzieciństwie z matką Heleną z Dzieduszyckich i bratem Tadeuszem (krytyk literacki, reżyser, dyrektor teatrów w Krakowie i Lwowie) przebywał w Szwajcarii, a od 1867 r. w rodzinnym majątku matki w Radziszowie pod Krakowem. W latach 1871–1878 uczęszczał do Gimnazjum św. Anny w Krakowie. Po jego ukończeniu zapisał się na Wydział Filozoficzny UJ, gdzie studiował historię, geografię i historię literatury, po niedługim czasie jednak za namową Józefa Szujskiego przeniósł się na prawo, które z przerwami – bo w 1884 r. przez jeden semestr pobierał nauki w Wiedniu, następnie w latach 1884–1885 w Halle zgłębiał tajniki chemii rolnej i agrotechniki – studiował w latach 1879–1885. Po uzyskaniu stopnia naukowego doktora prawa w 1885 r. kontynuował naukę w Wyższej Szkole Rolniczej w Dublanach (1885–1886), a w latach 1886–1887 w Hochschule für Bodenkultur w Wiedniu (ekonomika rolnictwa oraz uprawa roli i roślin) oraz na Uniwersytecie Wiedeńskim (ekonomia społeczna i statystyka). Po powrocie do kraju objął rodzinny majątek, którym następnie administrował do 1915 r. Jednocześnie został powołany na katedrę ekonomii społecznej Wyższej Szkoły Rolniczej w Dublanach, którą piastował do 1904 r., kiedy to musiał ją porzucić ze względu na pogarszający się wzrok.

Lata te to czas jego najbardziej intensywnego zaangażowania się w rolnictwo. Stał się spiritus movens powołania w Dublanach stacji doświadczalnych chemiczno-rolniczej i botaniczno-rolniczej. W latach 1891–1895 był członkiem redakcji, a od 1893 r. redaktorem „Ekonomisty Polskiego”, w którym prowadził stałe działy rolnicze, wiele artykułów na te tematy umieszczał także w „Nowej Reformie”, „Słowie Polskim”, „Rolniku”, „Kurierze Warszawskim” czy „Kurierze Poznańskim”. Opracował również wszystkie hasła rolnicze do wydanej w 1898 r. we Lwowie dwutomowej „Encyklopedii Macierzy Polskiej”. W latach 1897–1898 pełnił obowiązki wiceprezesa Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarczego we Lwowie, ponadto brał czynny udział w pracach zarządu Towarzystwa Kółek Rolniczych oraz Banków Parcelacyjnego i Melioracyjnego we Lwowie.

***

Wkroczył również w tamtym czasie w działalność polityczną. Już w latach studenckich jako członek redakcji akademickiego pisma „Przyszłość” dawał wyraz swej niechęci do polityki prowadzonej przez galicyjskich konserwatystów, zarzucając jej egoizm i koteryjność. To z pewnością spowodowało jego zbliżenie do narodowej demokracji, do której dość szybko się włączył, stając się jednym z jej prominentnych działaczy w Galicji5. W 1902 r. przystąpił do tajnej trójzaborowej Ligi Narodowej, w tym samym czasie zaczął też wspierać finansowo organ prasowy wszechpolaków, „Słowo Polskie”. W latach 1904–1905 natomiast współorganizował legalną strukturę ruchu endeckiego we Lwowie – Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe. Pełnił w nim kluczowe funkcje, najpierw wiceprezesa, a od 1907 r. prezesa.

Zygmunt Wasilewski odnosząc się do tej płaszczyzny aktywności Pawlikowskiego, pisał: Mógłby ktoś wyobrażać sobie, że jednostka w tych warunkach niezależności materialnej i upodobań umysłowych musi być rodzajem sybaryty intelektualisty i estety, który się spala łagodnie w uciechach umysłowych. A jednak, kiedy w r. 1903 nowo powstające Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe przystąpiło do organizowania kadrów, Pawlikowski stanął w szeregach jako polityk, zgodził się objąć prezesurę zarządu i obowiązek, związany z tym posterunkiem, spełniał doskonale aż do wojny. Prawda, miał koło siebie ludzi tęgich a roboczych, jak Głąbiński i Grabski Stanisław, ale nigdy nie dał dowodu psychologicznego (nie mówiąc już o moralnym), że mu ciąży rola działacza. Wiem, że upodobania najgłębsze Pawlikowskiego nie dążyły w tę stronę, nie wątpię, że lepiej się czuł w sferze zatrudnień intelektualistycznych; ale jest to człowiek tak dużej kultury duchowej, że świadomością potrafi wymóc na swej organizacji psychicznej każdy ze swej woli użytek, i to użytek doskonały6.

Niektórzy skłonni byli widzieć w Pawlikowskim jedynie figuranta na tych eksponowanych stanowiskach, uznając, iż wszystkimi sprawami dotyczącymi polityki Stronnictwa kierował najpierw Głąbiński, a później pełniący obowiązki wiceprezesa Stanisław Grabski. Wydaje się to jednak nieprawdą. Pawlikowski – jak we wszystkich dziedzinach, którymi się zajmował – również tutaj angażował się całym sobą, choć bieżąca polityka z pewnością nie była jego żywiołem. Karol Wierczak po latach wspominał, iż nie był on z pewnością „malowanym prezesem”, ale uznanym autorytetem, który trzymał mocno w garści ster stronnictwa7. Dowód na to odnajdujemy również w zachowanej korespondencji Pawlikowskiego z organizacjami lokalnymi – to on brał udział w ustalaniu kandydatur wyborczych, rozstrzygał kwestie finansowe, uśmierzał antagonizmy i konflikty.

Po wybuchu wojny Pawlikowski pozostał we Lwowie. Liga Narodowa zdecydowanie opowiadała się wówczas po stronie państw centralnych, takie było też stanowisko samego Pawlikowskiego, mimo to endecy weszli w skład Naczelnego Komitetu Narodowego, który we Lwowie został przez nich wręcz zdominowany. Wobec presji ze strony środowisk młodzieżowych, domagających się natychmiastowego utworzenia polskich sił zbrojnych i podjęcia walki u boku Austrii, zezwolił on na tworzenie tzw. Legionu Wschodniego. Od początku jednak działania te były świadomie przez endeków opóźniane i osłabiane, ostatecznie podjęto decyzję o wyprowadzeniu Legionu z miasta i rozwiązaniu go, co wywołało oskarżenia pod adresem Pawlikowskiego o zdradę stanu ze strony przede wszystkim socjalistów i zaowocowało wystąpieniem endeków z NKN.

Udaną inicjatywą z lat wojny było niewątpliwie powołanie do życia 10 lutego 1915 r. Obywatelskiego Komitetu Ratunkowego, którego prezesem został Pawlikowski. Zadaniem Komitetu miało być niesienie pomocy ludności poszkodowanej w wyniku działań wojennych oraz wspieranie odbudowy gospodarczej kraju. Wśród najbardziej palących potrzeb wskazywano zbieranie informacji o potrzebach cywilów, organizowanie pomocy dla poszkodowanych wskutek wojny, zaopatrzenie rolników w nasiona i zwierzęta pociągowe, organizowanie lokalnych struktur powiatowych, miejskich i parafialnych. Wkrótce utworzono 19 organizacji ratunkowych w powiatach środkowej i zachodniej Galicji. Delegaci Komitetu zyskali prawo do przebywania w rejonach przyfrontowych w celu rozdziału zboża dla potrzebujących; odegrał on istotną rolę również w niesieniu pomocy sanitarnej, albowiem w wielu powiatach brakowało zwykłej opieki lekarskiej.

Po odbiciu Lwowa przez Austriaków Pawlikowski ogłoszony został zdrajcą, wcześniej jednak wyjechał do Żytomierza, gdzie współorganizował polską oświatę. Po zakończeniu wojny wycofał się z czynnej działalności politycznej, kierownictwo Stronnictwem w Galicji przekazując Janowi Rozwadowskiemu. Wchodził jednak w skład rady naczelnej Związku Ludowo-Narodowego, a członkiem Stronnictwa Narodowego pozostał aż do śmierci.

***

Mówiąc o aktywności politycznej Pawlikowskiego, trzeba zwrócić uwagę na jego udział w organizacjach we Lwowie będących de facto przybudówkami endecji. Czynnie działał chociażby w Związku Naukowo-Literackim, którego funkcjonowanie po latach marazmu ożywiło się, gdy do zarządu wszedł właśnie Pawlikowski jako prezes, a z nim także Jan Ludwik Popławski, Zdzisław Dębicki, Jan Kasprowicz i inne osoby związane z ruchem narodowym. Wkrótce dzięki Pawlikowskiemu powstało przy Związku wydawnictwo książkowe „Wiedza i życie”, które opublikowało kilkadziesiąt tomów prac poruszających najistotniejsze w tamtym czasie zagadnienia z zakresu filozofii, literatury, kultury i nauki. W 1902 r. Związek liczył 106 członków, stanowił „salon literacki” Lwowa, ale także ośrodek oddziaływania myśli narodowej na inteligencję galicyjską. W związku z tym urządzano regularne spotkania dyskusyjne i odczyty dla zainteresowanych; Pawlikowski występował na nich z takimi tematami jak „O słowie jako elemencie sztuki poetyckiej”, „O stylu zakopiańskim”, „O współczesnej nauce rolniczej”, „O przedstawianiu barw w poezji”, „O Królu Duchu”, „O źródłach i pokrewieństwach towianizmu”, „O mistyce Słowackiego”, „O krainie duchów w wierzeniach naszej mistyki romantycznej”, „Słowacki o przyszłym człowieku” i in. Sam zestaw tytułów pokazuje dobrze jego erudycję i wszechstronność zainteresowań. Jak pisał Wasilewski: Rozległa wiedza Pawlikowskiego znajdowała sympatyczne ujście w środowisku tych zebrań; on sam odczuwał potrzebę głośnego myślenia i wymiany myśli. Był też duszą Związku. Imponował mi rzadko spotykanym darem interesowania się wszystkimi zagadnieniami nauki, sztuki i życia. Życie ludzkie, przyroda były dla niego czytelnymi księgami, niby pierwszymi tomami leksykonu nauki, kultury i literatury. Umiał podchodzić z właściwej strony do każdej dziedziny, rozumieć je jasno, a każda rzecz budziła w jego umyśle odległe związki i filozoficznie się pogłębiała. Miał to w kulturze umysłu, że mu się nie plątały metody dochodzenia każdej z tych rzeczy. Nie był literatem-estetą tam, gdzie trzeba było być ekonomistą i odwrotnie, tak samo kąt widzenia polityczny nie zlewał mu się z filozoficznym. A jednak był w nim na spodzie, przed progiem intelektu, jakiś zaczyn, który dla tego wszystkiego, jak dla gałęzi, tworzył pień, karmiący każdą myśl i decyzję żywotne mi sokami8.

W 1902 r. założył wraz z profesorem Uniwersytetu Lwowskiego Władysławem Ochenkowskim dwuletnią wieczorową Szkołę Nauk Politycznych, którą później kierował (w latach 1907–1912). Celem jej miało być kształcenie kadr dla przyszłego państwa polskiego, podnoszenie intelektualne inteligencji, uświadamianie jej w sprawach politycznych. Wykładał tam ekonomię społeczną, statystykę, ekonomię polityczną oraz ekonomię rolnictwa. Funkcjonowała ona przy wspomnianym Związku Naukowo-Literackim, któremu Pawlikowski szefował od 1898 r. przez ponad 20 lat. Od razu też uruchomiono Towarzystwo Szkoły Nauk Politycznych, które miało stanowić jej materialną i społeczną bazę. Z wykładami w szkole występowały tak wybitne osobistości jak Roman Dmowski, Stanisław Głąbiński, Stanisław i Władysław Grabscy, Eugeniusz Romer, Jan Rozwadowski, Adam Sapieha, Władysław Studnicki.

***

Inną sferę zainteresowań Pawlikowskiego stanowiła literatura. Już jako student UJ ogłosił w „Przeglądzie Akademickim” przekład 9. księgi „Eneidy”. W latach 1882–1884 w Czytelni Akademickiej wygłaszał prelekcje o Słowackim, który do końca życia pozostał jego fascynacją. Efektem tego było przede wszystkim wydane w 1909 r. monumentalne dzieło „Mistyka Słowackiego”, stanowiące rezultat wieloletnich badań nad spuścizną literacką wieszcza, w zamierzeniu mające być wstępem do „Studiów nad Królem Duchem”.

Książka ta przyjęta została entuzjastycznie w chwili opublikowania i wznawiana jest do dziś. Prof. Karol Tarnowski w „Przedmowie”do jej ostatniego wydania pisał: Wrażenie […], jakie wywołuje lektura tej książki, jest porażające. To wielkie dzieło z historii idei, dzieło zdumiewające wielostronną erudycją, znajomością nie tylko literatury pięknej tamtego czasu, ale wszystkich istotnych prądów ideowych, filozoficznych i religijnych, wreszcie literatury przedmiotu, czyli ważniejszych książek naukowych, jakie w okresie pisania „Mistyki” były autorowi dostępne. Równocześnie – i to bodaj cecha najbardziej uderzająca – książka jest niezwykle inteligentna, trzeźwa i w tym sensie nowoczesna9.

Słowackiemu poświęcił Pawlikowski szereg innych artykułów i prac, wydał także w dwóch tomach „Króla Ducha” (Lwów 1924–1927) ze swoim wnikliwym komentarzem. Ta działalność zapewniła mu przyjęcie do Polskiej Akademii Umiejętności, najpierw w charakterze członka korespondenta, a od 1927 r. członka zwyczajnego.

***

I wreszcie, last but not least, ochrona przyrody i turystyka górska – to, z czego Pawlikowski dziś jest najbardziej znany, z czym pozostał najmocniej kojarzony10. Choćby przez to, iż w Tatrach został upamiętniony nazwami: Jaskinie Pawlikowskiego, Okno Pawlikowskiego i Ulica Pawlikowskiego (w Mylnej Jaskini) oraz Przełęcz Pawlikowskiego (przy Durnym Szczycie). Miłość do gór zaszczepiona została u niego, jak wspomniałem, za sprawą ojca, Mieczysława Pawlikowskiego, z którym brał udział w górskich eskapadach jeszcze jako kilkunastoletni chłopiec. Następnie sam kontynuował tę pasję, dokonując w Tatrach kilku pionierskich wejść, m.in. na Łomnicę północną ścianą czy Mnicha, oraz eksploracji niezbadanych dotychczas jaskiń.

Stosunkowo szybko jednak porzucił taternictwo. Już w 1885 r. Pawlikowskiego coraz bardziej irytował nowy model turystyki górskiej: ułatwianie dostępu do gór dla szerokich mas, budowa ścieżek, schronisk, kolejek itp. Podkreślał, że piękno, wyjątkowość i istota gór wynikają z ich dzikości; „uprzystępniając” je więc dla wszystkich, zabija się w nich to, co najważniejsze i najwartościowsze. W związku z tym był on inicjatorem – nieudanych w efekcie – kampanii przeciwko m.in. budowie drogi i schroniska nad Morskim Okiem, kolejkom linowym na Kasprowy Wierch i Gubałówkę, adaptacji dla masowej turystyki Orlej Perci, budowie schroniska na Kalatówkach. Powiodło mu się natomiast storpedowanie pomysłów budowy schronisk pod Rysami i nad Czarnym Stawem Gąsienicowym oraz kolejki na Świnicę.

Był czołowym działaczem Towarzystwa Tatrzańskiego – za jego sprawą doszło do przyjęcia zasad ustalania nazw w Tatrach, sformułował też program taternicki, który następnie prawie in extenso został przejęty przez Niemiecko-Austriacki Związek Alpejski, a w 1930 r. przez Międzynarodową Unię Alpinistyczną. Był też założycielem i wieloletnim redaktorem czasopisma „Wierchy”, na łamach którego opublikował blisko setkę artykułów poświęconych tematyce górskiej11. W 1909 r. natomiast założył Towarzystwo „Sztuka Podhalańska”, propagujące dorobek artystyczny mieszkańców gór, folklor podhalański, a także coś, co określane bywa „stylem zakopiańskim”. Na tym polu niestrudzenie współpracował ze Stanisławem Witkiewiczem, który nota bene zaprojektował dla Pawlikowskiego słynny „Dom pod Jedlami”, postawiony w 1897 r., stanowiący dziś jeden z najcenniejszych zabytków owego „stylu zakopiańskiego”. Na łamach redagowanych przez siebie „Wierchów” zainicjował ankietę poświęconą „stylowi zakopiańskiemu”, dotyczącą jego pogodzenia z wymogami nowoczesnego budownictwa i nadania mu ogólnokarpackiego zakresu. Nie przyniosła ona co prawda spodziewanych rezultatów, jednak bynajmniej nie powstrzymało to Pawlikowskiego od krucjaty przeciwko bezstylowej zabudowie Podhala.

Z tematyką górską ściśle wiąże się zagadnienie ochrony przyrody, któremu Pawlikowski poświęcił sporo czasu, będąc bez wątpienia jednym z pionierów na tym polu – zarówno w skali krajowej, jak i globalnej. Jeżeli chodzi o praktyczną działalność, to w 1912 r. powołał on do życia Sekcję Ochrony Tatr przy Towarzystwie Tatrzańskim (która następnie przekształciła się w Sekcję Ochrony Przyrody Górskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a później w Sekcję Ochrony Gór PTT) i przez długie lata przewodniczył tej pierwszej w Polsce organizacji służącej ochronie przyrody. W latach 1919–1925 pełnił obowiązki wiceprezesa Państwowej Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody, a w latach 1925–1935 Państwowej Rady Ochrony Przyrody (w 1935 r. wraz z całą Radą podał się do dymisji w proteście przeciwko budowie kolejki na Kasprowy Wierch).

W 1926 r. zainicjował pierwszą organizację masową w tej dziedzinie – Ligę Ochrony Przyrody – i opracował jej statut, w którym oprócz dbałości o przyrodę zwrócił uwagę na konieczność troski jej członków o pielęgnowanie folkloru, architektury, sztuki i muzyki ludowej. W tym typie stowarzyszeń – jak pisał – łączy się w doskonały sposób ideę ochrony cech etnograficznych pewnej okolicy, obyczaju, pamiątek historycznych, z ideą „upiększania” okolicy przy zachowaniu jej cech swoistych i z ideą ochrony przyrody, uważaną głównie jako dążenie do zachowania charakterystycznych cech lokalnych krajobrazu. Ochrona swojszczyzny jest ideą pokrewną patriotyzmowi, można też powiedzieć, że jest jego wychowawczynią; z tego powodu wnika ona łatwo do serc i ma w sobie wielką siłę propagandy12. Z jego inicjatywy powstało w 1930 r. Międzynarodowe Biuro Ochrony Przyrody w Brukseli. Za działalność na tym polu odznaczony został Orderem Polonia Restituta.

Idea piękna przyrody górskiej – jak pisał Wasilewski – miała w Pawlikowskim nie tylko spożywcę, którym jest wobec gór turysta czy artysta; Pawlikowski uczynił z niej czynnik społeczny wychowawczy, czym uzupełnił Chałubińskiego, a nawet instytucję narodową, oddaną pod opiekę państwa. Idea zamieniła się w czyn, w czym wielką rolę odgrywa uczucie patriotyczne w połączeniu z poczuciem gospodarza kraju. Pawlikowski widzi w Tatrach nie tylko przyrodę, ale urodę Polski, cechującą jej indywidualność. To potrzeba było wskazać, jako rys organizacji psychicznej Pawlikowskiego, że w nim życie wątków duchowych nie jest luźne, lecz że wszystkie łączą się, organicznie podporządkowują woli twórczej13.

Pawlikowski dystansował się od utylitarnego traktowania resztek dzikiej przyrody ze względu na jej walory poznawcze czy naukowo-przyrodnicze. W zasadzie od razu dostrzegł on, że nie wystarcza muzealna niejako opieka nad pomnikami i zabytkami przyrody i wykazywał potrzebę ochrony całości przyrody, obejmującej również krajobraz i swojszczyznę, oraz potrzebę harmonijnego kształtowania krajobrazu, aby dzieła człowieka włączone były organicznie w naturalny i historycznie wytworzony obraz lica ziemi14. Podkreśla się, że Pawlikowski stworzył wręcz odrębny kierunek w światowym ruchu ochrony przyrody, określany mianem humanistycznego, którego differentia specifica stanowić miało to, iż główne motywy ochrony przyrody upatruje w jej wartościach idealnych i znaczeniu dla rozwoju duchowego człowieka.

Najbardziej znanym dziełem Pawlikowskiego dotyczącym tych zagadnień jest bez wątpienia „Kultura a natura”, której stulecie ukazania się przypada właśnie w tym roku. Pawlikowski przedstawia w tej publikacji swoje postrzeganie idei ochrony przyrody, która zaczyna się tam dopiero, gdzie chroniący nie czyni tego ani dla celów materialnych, ani dla związanej z tworem przyrody, obcej mu jako takiemu, historycznej czy innej pamiątkowej wartości, ale dla przyrody samej, dla upodobania w niej, dla odnalezionych w niej wartości idealnych15.

Prezentuje również swoją wizję relacji pomiędzy kulturą a naturą, odrzucając ich przeciwstawianie sobie oraz postawy wynikające z takiego podejścia: z jednej strony bałwochwalczy kult cywilizacji, techniki, z drugiej zaś idee „powrotu do natury” i całkowitego odrzucenia kultury jako sztucznego tworu. Kultura – jak podkreśla – wyszła z przyrody i nosiła długo na sobie jej cechy; potem zwróciła się przeciw niej. A kiedy pod nowoczesnym hasłem „ochrony” zawiera z nią znowu przymierze, to pod wpływem tego prądu odnowiona przyroda nie będzie już tym, czym była dawniej: będzie ona nieodzownie nosić na sobie cechy tworu kultury. Tylko, miejmy nadzieję, nie tej kultury filisterskiej i barbarzyńskiej, która z miłości do przyrody zrobiła sobie modną suknię, lub pojęła ją jako źródło nowych kramarskich zysków, ale kultury prawdziwej, wewnętrznej kultury ducha i serca. Hasło powrotu do przyrody to nie hasło abdykacji kultury – to hasło walki kultury prawdziwej z pseudokulturą; to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra16.

Nawołuje do wyzbycia się postawy konsumpcyjnej i kierowania się logiką wyrzeczeń w imię dobra wyższego rzędu, opanowania żądzy zysku za wszelką cenę, przewidując – jak się miało okazać, słusznie – iż w szybkim czasie doprowadzi to do degradacji ostatnich bastionów nieskażonej przyrody. Czytając teksty Pawlikowskiego sprzed stu lat, widzimy dobrze, do czego doprowadziło na Podhalu umasowienie tzw. turystyki górskiej, komercjalizacja, nastawienie wyłącznie na jak najszybszy zarobek. Wszystko to już w zalążku było obserwowane przez autora „Kultury a natury”, w naszych czasach przybrało jednak postać karykaturalną. Co więcej, Pawlikowski pisze wyraźnie, że konieczna jest również ofiara – ofiara materialna, bez której niemożliwym jest zachowanie i ochrona ocalałych rezerwuarów dzikiej przyrody.

***

W latach międzywojennych Pawlikowski zaczął tracić stopniowo wzrok. Zmarł 5 marca 1939 r. we Lwowie, pochowany został na Starym Cmentarzu na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.

W całej jego działalności widać nierozerwalne zrośnięcie z Polską – której wówczas przecież nie było na mapach Europy – na wszystkich polach jego aktywności: naukowej, politycznej, pisarskiej etc. Wydaje się, iż polskością był wręcz przeżarty, czy to poświęcając wiele uwagi twórczości Słowackiego, czy to chroniąc na różne sposoby piękno polskiego krajobrazu, czy to prowadząc działalność w ramach Ligi Narodowej i organizując ruch oświatowy. Niczym mityczny Anteusz, który zyskiwał siły poprzez kontakt z Matką Ziemią, także i on, jak się wydaje, tak dalece poświęcił się sprawom rodzimym, narodowym, iż mimo znajomości języków, wielkiej ogłady i obycia nie mógłby gdzie indziej funkcjonować, prowadzić tak ożywionej i wielokierunkowej aktywności. Nie mógłby, albowiem nie był to wyrobnik nauki czy literatury, ale autentyczny pasjonat, poświęcający sprawom, którymi się zajmował, życie i zdrowie, traktujący je w kategoriach pewnej misji, od której realizacji nie może się uchylić.

Przypisy:

1. Róża Thun: Mój pradziadek, Jan Gwalbert Pawlikowski. O Janie Gwalbercie Pawlikowskim, z jego prawnuczką – Różą Woźniakowską-Thun – rozmawia Krzysztof Tenerowicz, „Myśl.pl” 2009 nr 14.

2. S. Grabski, Śp. Jan Gwalbert Pawlikowski, „Ziemia i Naród” 1939 nr 6.

3. Z. Wasilewski, Jan Gwalbert Pawlikowski. Szkic literacki, „Myśl Narodowa” 1929 nr 4.

4. Większość informacji biograficznych dotyczących Pawlikowskiego zaczerpnąłem z: S. Brzozowski, Jan Gwalbert Pawlikowski (1860–1939) [w:] Dom pod Jedlami i jego twórca, red. W. A. Wójcik, Kraków 1997; M. Jagiełło, Pawlikowscy w Tatrach [w:] Ibid.; J. Kolbuszowski, W pięćdziesięciolecie śmierci Jana Gwalberta Pawlikowskiego [w:] Ibid.; S. Brzozowski, R. Skręt, Pawlikowski Jan Gwalbert Aleksander Józef, Polski Słownik Biograficzny 1980 t. XXV.

5. Na ten temat zob. szerzej: A. Wątor, Narodowa Demokracja w Galicji do 1918 roku, Szczecin 2002.

6. Z. Wasilewski, op. cit.

7. K. Wierczak, Działalność polityczna ś.p. Jana Gwalberta Pawlikowskiego, „Słowo Polskie” 7 III 1939.

8. Z. Wasilewski, op. cit.

9. K. Tarnowski, Przedmowa [w:] J. G. Pawlikowski, Mistyka Słowackiego, Kraków 2008, s. IX.

10. Szerzej na ten temat pisze Remigiusz Okraska w przedmowie pt. Rycerz przyrody [w:] Jan Gwalbert Pawlikowski, Kultura a natura i inne manifesty ekologiczne, Łódź 2010.

11. Zob. W. A. Wójcik, Jan Gwalbert Pawlikowski jako założyciel i redaktor „Wierchów” [w:] Dom pod Jedlami…, ss. 152–167.

12. J. G. Pawlikowski, Społeczna organizacja ochrony przyrody, https://obywatel3.macmas.pl/2012/04/11/spoleczna-organizacja-ochrony-przyrody-2/

13. Z. Wasilewski, op. cit., nr 5.

14. A. Wodziczko, Zasługi naukowe Jana Gwalberta Pawlikowskiego na polu ochrony przyrody [w:] Dom pod Jedlami…, s. 89.

15. G. Pawlikowski, Kultura…, ss. 69–70.

16. Ibid., s. 100.

Antysemityzm na przedwiośniu?

Antysemityzm na przedwiośniu?

Gdy przeszłe relacje polsko-żydowskie pojawiły się niedawno w debacie w związku z rocznicą powstania w getcie, przypomniał mi się opublikowany w „Krytyce Politycznej” artykuł Elizy Szybowicz. Autorka, inspirowana książką Jana Sowy, zachęca do nowego spojrzenia na polską literaturę i stwierdza, że „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego to utwór antysemicki. „Antysemityzm »Przedwiośnia« stał się niewybaczalny. Zapewne już niedługo tak samo niewybaczalna stanie się jego mizoginia. Czy w zamian przestanie razić wykorzystywany w powieści język sprawiedliwości społecznej?” – pyta Szybowicz w leadzie swego tekstu. Hmm…

Warto rozmawiać. O Żeromskim

Jako osoba uważająca antysemityzm za – niejednokrotnie niebezpieczny, a zawsze bezpodstawny – idiotyzm, a jednocześnie entuzjasta prozy Żeromskiego, w tym zwłaszcza ostatniej z jego powieści, uznałem, że warto się odnieść do owych zarzutów.

Po pierwsze dlatego, że podjęcie dyskusji daje mi pretekst, by przywrócić Żeromskiego na mapę polskich sporów ideowych i tożsamościowych. Autor ten, niemal nieobecny we współczesnych debatach ideowych, budzi o wiele mniejsze zainteresowanie zarówno po prawej, jak i lewej stronie niż np. Stanisław Brzozowski. Zadziwiające, że „żeromszczyzna” to dzisiaj synonim poczciwej literatury w starym stylu, którą można odstawić na półki lub we fragmentach dać do analizy maturzystom, a nie coś, co rozpala ideowe dyskusje i towarzyszy światopoglądowym wyborom współczesnych. Autor książek formacyjnych dla wielu pokoleń polskiej inteligencji okazuje się być martwy jako źródło inspiracji. Jest coś paradoksalnego w tym, że właśnie w państwie, w którym po 1989 r. zaistniała konieczność budowania wielu instytucji od nowa i mierzenia się z poważnymi problemami społecznymi, książka surowo bilansująca początki niepodległości i towarzyszące temu dylematy rozwojowe nie budzi dziś emocji. Wobec tego stanu rzeczy każdy pretekst, by zainicjować o tym rozmowę, jest dobry.

Po drugie, i może ważniejsze, sposób, w jaki zarzuty o antysemityzm sformułowano wobec „Przedwiośnia”, jest dość znamienny dla funkcjonowania tego pojęcia w dyskursie części środowisk i w takiej postaci wydaje się bardziej szkodzić, niż pomagać w mierzeniu się ze zjawiskiem rzeczywistego antysemityzmu. A przy okazji przyczynia się do nierzadko niesprawiedliwej delegitymizacji wielu poglądów, środowisk i postaci. Także tych nieżyjących, które same nie są w stanie się obronić. Źle by się stało, gdyby Żeromski wszedł w ich poczet.

Mało o mniejszościach

Podczas lektury wspomnianego felietonu zachodziłem w głowę, o co chodzi. „Przedwiośnie” czytałem dość dawno, ale wielokrotnie, w różnych fazach swego ideowego dojrzewania, poczynając od czasów gimnazjalnych – i ani razu rzekomy wątek antysemicki nie przykuł mojej uwagi. Czyżbym zatracił wrażliwość na te sprawy? A może zarzut o antysemityzm jest nieco naciągany? Przyjrzyjmy się, czego on dotyczy. Chodzi o fragment ostatniej części („Wiatr ze wschodu”), w którym to Cezary Baryka wchodzi do dzielnicy żydowskiej, przygląda się jej i rozmyśla nad tym, co widzi.

Sięgnąłem do książki. Ów fragment liczy raptem 4 strony. Jest to zaledwie statyczny opis, nie pojawia się tu żadna akcja, nie wyłaniają się bohaterowie. Przypięcie etykiety antysemickiego utworu całej powieści na podstawie w sumie marginalnego fragmentu wydaje się grubą przesadą. Wyraźnych wątków antysemickich – jak i kwestii żydowskiej w ogóle – próżno szukać na pozostałych kartach utworu.

Można zastanawiać się nad źródłami owej nikłej obecności zagadnienia, które było historycznie ważne i dodatkowo komplikowało podziały klasowe oraz rozwój narodowej tożsamości. Ale zauważmy, że Żeromski mało uwagi poświęca w swej ostatniej powieści nie tylko Żydom, ale także Ukraińcom, Białorusinom i innym mniejszościom, z których również utkana była struktura wieloetnicznego społeczeństwa w międzywojennej Polsce. Pod tym względem widać znaczny kontrast między tym, jak opisuje Żeromski ojczyznę, a drobiazgowym i sugestywnym przedstawieniem konfliktów etnicznych w przedrewolucyjnym Baku w pierwszej części książki. Gdy tylko młody Baryka przekracza granicę, problemy narodowościowe niejako zanikają, a na pierwszy plan wychodzą podziały społeczno-ekonomiczne i ideowe. Czy to przypadek, czy też skutek przeświadczenia autora, że kluczowa dla wyjścia odradzającej się Polski z „przedwiośnia” jest właśnie zmiana stosunków społecznych, w których grupami poszkodowanymi są mieszkańcy ziem polskich, wywodzący się z różnych nacji, a nie tylko rdzenni Polacy? Fragment, który stał się punktem wyjścia do oskarżeń o antysemityzm, może właśnie skłaniać do powyższej interpretacji.

Problemy bez (ostatecznego) rozwiązania

Co innego jednak zdaje się widzieć pani Szybowicz. I okazuje się, że nie jest w tym odosobniona. W jej artykule czytamy mocne słowa: „Najbardziej skandaliczną niekonsekwencją »Przedwiośnia«, przenikliwej powieści społecznej, jest sposób przedstawiania Żydów. Pisały już o tym Bożena Umińska i Maria Janion. Żydowska nędza nie została przez Żeromskiego zanalizowana, a przedstawiona jako fenomen zagadkowy i odrażający. Żydzi roją się i wiodą pasożytniczy żywot jak robactwo, są karykaturami ludzkich postaci. Zarazem najmizerniejsi i wszechpotężni w razie rewolucji mogą przejąć władzę. Dla Żydów nie ma miejsca w Polsce Baryki, Gajowca, Żeromskiego. Nie pomoże żadna reforma, żaden przeskok do szklanych domów. Kwestia żydowska domaga się rozwiązania i nie znajduje go. Trudno nie spytać za Umińską, czy krok dalej autor przychyliłby się do rozwiązania ostatecznego. Czytelnik Sowy dodatkowo zaduma się nad ironią faktu, że podczas gdy Żeromski każe Baryce na przedwiośniu państwowości obawiać się żydowskiego zamachu stanu, w rzeczywistości odzyskanie niepodległości uczczono w Polsce pogromami”.

Pomińmy trącące przesadą spekulacje o gotowości Żeromskiego do poparcia „ostatecznego rozwiązania”, co jest, znając życiorys pisarza, zarzutem tak głęboko niesprawiedliwym, że aż bolesnym, niezależnie od tego, czy uznamy, że prywatnie i jako pisarz żywił on, podobnie do wielu mu współczesnych, antysemickie uprzedzenia. Z pewnością widział on problematyczność kwestii żydowskiej – także w jej wymiarze socjalnym – oraz potencjalne konsekwencje tego stanu rzeczy, ale nie ma podstaw, by posądzać go o pokrewieństwo z najciemniejszymi koncepcjami, jakie wówczas istniały w owej sprawie. Przypięcie łatki antysemity, i to w tak ostrej postaci, raczej zamyka dyskusję z autorem i jego dziełem, zamiast otwierać ją na rozważania, skąd mogły się wziąć zilustrowane na kartach powieści niepokoje w tejże drażliwej kwestii.

Trzeba zastrzec, iż to, co prezentował Żeromski, było jednak czymś zgoła odmiennym od tego, co robili niektórzy inni ludzie pióra, niekiedy również zajmujący zasłużone miejsce w literackim panteonie. Wrzucenie wszystkich do jednego worka z napisem „antysemityzm” nie służy właściwemu, pogłębionemu rozpoznaniu stosunku polskiej inteligencji, także literackiej, do kwestii żydowskiej.

Baryka – nie Żeromski

W zacytowanych wyżej słowach Szybowicz uderza jeszcze jedna rzecz, która wydaje się ciążyć na odczytaniu całego dzieła Żeromskiego – tego i innych. Mianowicie zachodzi tu nieuprawnione utożsamianie odczuć, myśli i postaw bohatera z poglądami samego autora. Istotnie, na kartach powieści są fragmenty, w których Barykę napawa lękiem wizja potencjalnego przejęcia władzy przez żydowską część społeczeństwa, która jawi mu się jako tożsamościowo i społecznie wykorzeniona, a co za tym idzie – mająca predylekcje raczej do destrukcji aniżeli do budowania lepszej Polski. Warto jednak zauważyć, że ów lęk Baryka odnosił do wszelkich zmarginalizowanych grup społecznych. Dla przykładu podczas swego wystąpienia w trakcie komunistycznego wiecu bohater mówi: „Jeżeli tutejsza klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami, jeśli ta klasa jest pozbawiona kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa? Takich argumentów nie należy używać. Należy raczej schować te fakty na dno, na sam spód dowodzeń, gdyż jest to właściwie argument przeciwko racjonalności uroszczeń komunizmu. Klasa przeżarta nędzą i chorobami może być tylko obiektem czyjejś akcji dobroczynnej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Chory dotknięty klęską braku kultury nie może przecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego chorego musi leczyć ktoś świadomy – lekarz”.

Gdyby pochylić się nad owym cytatem z równą surowością (i skłonnością do stawianiu równości między słowami Baryki a poglądami autora), co robią niektórzy wobec fragmentów dotyczących Żydów, można by uznać, że Żeromski to w istocie reakcjonista, przeciwny emancypacji robotników, a może wręcz pogardzający nimi i widzący dla nich ratunek jedynie w charytatywie lub leczeniu ich społecznych bolączek przez światłe elity. Tymczasem wiadomo przecież, że stosunek pisarza do tych spraw był o wiele mniej jednoznaczny, a jego serce było wyraźnie po stronie oddolnego, samorządnego organizowania się ludu (przy dostrzeżeniu jednoczesnej potrzeby budowania sprawnych instytucji państwowych).

Również w nastawieniu Baryki podczas przechadzki po żydowskiej dzielnicy widać znamiona odrazy wobec tego, co tam ujrzał, ale nie oznacza to automatycznie, że ten sam stosunek do przedstawionego obrazu miał Żeromski. Główny bohater powieści znajduje się w fazie światopoglądowego dojrzewania, jego przemyślenia pełne są punktów zwrotnych i emocjonalnych uniesień pod wpływem tego, co widzi dookoła. Nawet w tak zasadniczej dla powieści kwestii jak ta, czy iść z ludem na barykady, czy mrówczą pracą budować instytucje wzorem Gajowca, Baryka nie ma do końca wyrobionego zdania. Już choćby to świadczy, że trudno widzieć w nim wzorzec osobowy, przy pomocy którego autor chciał przekonywać czytelników do własnego spojrzenia na rzeczywistość. Wręcz przeciwnie, Żeromski zdaje się traktować ze sporą rezerwą swych głównych bohaterów, nie ukazując ich jako krystalicznie czystych. Podobnie jest w przypadku Doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”, postaci znacznie mniej labilnej duchowo. On również podejmuje działania naznaczone tyleż poczuciem misji pomocy pokrzywdzonym, co dystansem do nich. I w tym przypadku trudno uznać, że autor utożsamia się z bohaterem, a tym bardziej stawia go za wzór. A przypomnijmy, że na łamach „Ludzi bezdomnych” aż roi się od fragmentów, w których główny bohater spogląda z pogardą na ulice nędzy. Czy idąc tokiem rozumowania niektórych współczesnych „recenzentów”, uznalibyśmy tamtą książkę za emblemat rasizmu społecznego wobec grup defaworyzowanych?

Opisać realistycznie i nie stygmatyzować

Łatwo w taki sposób dojść do absurdu. Ale problem jest o tyle poważny, że odnosi się do dylematu obecnego nie tylko w literaturze pięknej, ale także w publicystyce, świecie nauki czy w debacie publicznej: jak wiernie opisywać warunki życia grup słabszych i wykluczonych, jednocześnie nie konserwując poprzez język ich statusu jako odpychających, budzących złe skojarzenia wśród reszty. Fakt, że opisujemy, niekiedy sięgając po wręcz naturalistyczne środki wyrazu, społeczności głęboko zdegradowane, nie pomijając patologii, które owo wykluczenie rodzi, nie oznacza jednocześnie ani tego, że obwiniamy osoby dotknięte tymi problemami, ani że okazujemy im wzgardę. W tym sensie obrazy ulicy Ciepłej z „Ludzi bezdomnych” czy żydowskiej dzielnicy w „Przedwiośniu” nie muszą same przez się oznaczać negatywnego stosunku ich autora do opisanych grup, a mogą – i tak najpewniej było – wynikać z jego głębokiego poruszenia i poczucia bezsilności wobec upodlenia i degradacji, jakich te zbiorowości doświadczały. Jednocześnie – jeśli przekaz ma formować pewną wrażliwość na określone kwestie – warto problematyzować opisywane zagadnienia i dbać o to, by przedstawienie społecznego upodlenia i wykluczenia szło wyraźnie, choć niekoniecznie na łopatologiczną modłę, z opowiedzeniem się w obronie godności osób, których ono dotyczy. Żeromski wielokrotnie dawał temu wyraz. Być może we fragmencie dotyczącym dzielnicy żydowskiej nieco tego zabrakło.

Na przekór antysemitom

Ze wspomnianego fragmentu można jednak wyłowić znaczenia, które nie tylko pokazują narrację Żeromskiego w łagodniejszym świetle, ale pozwalają na krytyczny wgląd w rzeczywistość dwudziestolecia międzywojennego oraz mogą być wymowne również dziś.

Przedwojenny antysemityzm, zwłaszcza przed nastaniem „ciemnych” pod tym względem lat 30., nie był zasadniczo rodzajem rasizmu socjalnego, wymierzonego w grupy społecznie upośledzone, wykluczone (takiego, jaki dziś pojawia się w pewnych, wcale nie wąskich, kręgach wobec np. bezdomnych czy ludności romskiej). W większym stopniu odnosił się do tych posiadających: zasoby, wpływy, umiejętności, pozycję społeczną i kulturową. Nieraz ów resentyment odnosił się do warstw autentycznie „posiadających”, nieraz zaś towarzyszył konfliktowi wśród warstw niższych w społecznej hierarchii, rywalizujących ze sobą. Niektórzy dzisiejsi mainstreamowi zwolennicy reaktywacji tradycji endeckiej, jak Rafał Ziemkiewicz, dość karkołomnie próbują wybielać ją, powołując się na „poważny problem” natury ekonomicznej: zablokowanie dostępu do niektórych zawodów. Pomijając fakt, że mówienie o tym problemie bywa gołosłowne, a nawet jeśli by on istniał to nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia dla getta ławkowego i tym podobnych pomysłów, warto zauważyć, że to, co opisuje na łamach „Przedwiośnia” Żeromski nie idzie w żadnej mierze w sukurs owej narracji, w której Żydzi to grupa zakulisowo trzymająca władzę i kontrolująca zasoby, w tym ekonomiczne. Wręcz przeciwnie – to, o czym czytamy w powieści, pokazuje zgoła odmienny obraz. Wbrew podsycanym przez antysemickie kręgi wyobrażeniom przedstawieni tam ludzie to nie wypasieni burżuje-fabrykanci ciemiężący polskiego robotnika. Ani chciwe liczykrupy na urzędniczych synekurach. Ani drobni rzemieślnicy wygryzający polską ludność na dorobku. Nie są to także robotnicy rywalizujący z polskimi o miejsca pracy w którymś z zakładów.

Czego dowiadujemy się z tego fragmentu „Przedwiośnia”? Ano tego, że w początkach niepodległości było wielu przedstawicieli mniejszości żydowskiej cierpiących potworną nędzę, degradującą ich w wymiarze ekonomicznym, społecznym i zwyczajnie ludzkim. Że żyli oni bez realnych możliwości poprawy swego losu, z pokolenia na pokolenie w warunkach urągających ludzkiej godności, w społecznym bagnie, z którego trudno było się wydostać. Że w przedwojennej Warszawie tworzyły się swoiste enklawy biedy i wykluczenia, a przynależność do mniejszości etnicznej w połączeniu z lichą kondycją ekonomiczną rodziła niebezpieczeństwo gettoizacji. Brak życiowych perspektyw zaś często prowadził do rezygnacji i tworzenia się kultury ubóstwa i bezradności. Wiele podobnych obrazów nędzy można zobaczyć współcześnie. Gdy czytałem Żeromskiego, przypominały mi się warszawskie Szmulki, gdzie przed dwoma laty niejednokrotnie bywałem. Można tam było spotkać choćby przetrawionych alkoholem i innymi społecznymi chorobami ludzi spędzających bezczynnie czas na wystawionych na obskurnym podwórzu krzesłach i pogrążających się w beznadziei. Lepiej udokumentowane i przeanalizowane obserwacje tego typu zjawisk płyną choćby z badań łódzkich socjologów ubóstwa, przeprowadzonych w tamtejszych enklawach biedy. Albo też z zakorzenionych w autobiograficznym doświadczeniu badaniach reprodukcji kultury wykluczenia na obszarach popegeerowskich, zebranych w książce „Błędne koło” Arkadiusza Karwackiego. To tyko pojedyncze przykłady czegoś znacznie szerszego i nie tracącego na aktualności. A może wręcz – patrząc na wzmagający się znów trend skrajnego ubóstwa – ulegającego pogłębieniu.

Żeromski nam współczesny

To, co dostrzegał Żeromski 90 lat temu, w ogólnej wymowie nie odbiega od tego, co można dostrzec w Polsce AD 2013. Choć często wypierane ze świadomości i zamykane w enklawach biedy lub na obszarach peryferyjnych, jednak dotkliwie wyziera z tych dziur w hurraoptymistycznym przekazie o polskiej modernizacji. Po części zostało to już opisane zarówno w formie reportażowej, jak i w ramach badań rodzimych antropologów i socjologów, z których establishment nie wyciąga systemowych wniosków.

Żeromski, także gdy pisze o warszawskich Żydach i nawet gdy w swym opisie nie jest całkiem wolny od uprzedzeń wobec tej zbiorowości, pokazuje nam fragment społecznej historii. Fragment ten nie tylko burzy manichejski obraz rzeczywistości, jaki malowali współcześni mu antysemici, ale także podstawia lustro, w którym możemy dostrzec grzechy naszej III Rzeczpospolitej, mającej jeszcze do odrobienia wiele zadań wobec różnych zmarginalizowanych grup – jeśli chodzi o ich społeczną integrację i włączenie, a także przywrócenie elementarnej godności.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”. To hasło wymyślone przez Cezarego Bodzianowskiego stanowi tytuł niedawno otwartej wystawy, zorganizowanej przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Pałacu Prezydenckim. Hasło nawiązuje oczywiście do peerelowskiego sloganu, w którym była mowa o pracy, a nie o sztuce, wskazuje jednak na bardzo często niedostrzegany związek między stanem kultury a stanem społeczeństwa.

Najczęściej uważa się, że najpierw trzeba zabrać się za gospodarkę, a dopiero później można zająć się kulturą. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Polska jest doskonałym przykładem tej zależności. To nie jest tak, że niski poziom kulturalny Polski wynika z niskiego poziomu gospodarczego, ale właśnie zaniedbania w sferze „nadbudowy” doprowadziły do zapaści w sferze „bazy”. To bowiem brak dyskusji w sferze idei i ignorowanie wspólnych symboli oraz wartości poskutkowały realizacją niekorzystnego dla nas modelu imitacyjnej modernizacji.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ma więc decydujące znaczenie dla losów Polski. Kultura jest świadomością społeczeństwa, a artyści dostrzegają i wyrażają problemy, które dopiero później stają się widoczne i zrozumiałe dla innych. Co więcej, to właśnie kultura wchodzi dziś na obszary opuszczone przez coraz bardziej instrumentalnie traktowane naukę i politykę, stając się polem dyskusji decydujących o sposobie rozumienia nas samych i świata. Wreszcie, kultura może i powinna tworzyć oraz wzmacniać symbole i wartości jednoczące wspólnotę narodową. Spróbuję krótko przedstawić kilka przykładów działań na tych trzech płaszczyznach.

Artyści są, jak powiadał Ezra Pound, antenami gatunku. Naród, który nie dba o to, co dostrzegli artyści, chyli się ku upadkowi. W 1994 r. Alicja Żebrowska zrealizowała głośne wideo „Grzech pierworodny”. Film pokazuje drastyczne operacje dokonywane na ciele kobiety, których rezultatem jest wyłonienie się z niego nowoczesnej lalki Barbie. Dzieło było odczytywane niemal wyłącznie w kluczu feministycznym, w istocie jednak można je rozumieć znacznie szerzej, jako opowieść o polskiej transformacji. Umęczone i brutalnie przedstawione ciało kobiety jest metaforą Polski podlegającej normalizacyjnym zabiegom, których celem jest przekształcenie jej na wzór naszych wyobrażeń o Zachodzie, symbolizowanych przez lalkę. Co ciekawe, w tym samym roku tak właśnie rozumiana Barbie była kluczowym elementem performance’u Zbigniewa Warpechowskiego, w którym artysta pociął ją na kawałki polską szablą. Te pojawiające się na polu sztuki intuicje, odpowiadające stłumionemu doświadczeniu wielu Polaków, dopiero dekadę później zostały wyrażone w bardziej dyskursywny sposób przez naukowców, publicystów i polityków. Dlatego uważam, iż polityka kulturalna państwa powinna dbać nie tylko o to, by artyści mogli swobodnie wyrażać swoje intuicje, lecz także o to, aby ich dzieła były jak najszerzej dostępne i dyskutowane.

Ministerstwo Kultury od lat prowadzi bardzo ważny program wsparcia dla czasopism społeczno-kulturalnych. Nasze miesięczniki i kwartalniki stanowią niezmiernie bogatą i różnorodną sferę, w której toczą się istotne dla Polski debaty, z różnych powodów niepodejmowane w sferach akademickich, politycznych czy medialnych. Formuła pism społeczno-kulturalnych pozwala na zajmowanie się rozmaitymi kwestiami, nie tylko wąsko rozumianą sztuką. Niestety, ta ostatnia nisza swobodnej i głębokiej debaty jest coraz bardziej ograniczana. Nie chodzi tylko o to, że pewne ważne nurty ideowe w ogóle nie otrzymują wsparcia, lecz także o to, że w zeszłym roku zmieniono formułę całego programu, dążąc do wyłączenia z niego pism zajmujących się kwestiami społecznymi i politycznymi. Jest to bardzo niepokojące, ponieważ w ten sposób odrywa się kulturę od szerszego kontekstu i pozbawia ją znaczenia. Co więcej, brak wsparcia ze strony państwa, powiązany z silną obecnością zagranicznych instytucji, może prowadzić do sytuacji, w której dyskusja w Polsce ożywiana będzie np. przez konkurujące ze sobą niemieckie fundacje.

Jednym z najciekawszych wystąpień na 7. Biennale Sztuki w zeszłym roku był projekt Łukasza Surowca „Berlin Birkenau”. Artysta zorganizował wielką akcję przesadzenia około trzystu młodych drzew z okolic obozu koncentracyjnego w Brzezince do Berlina. Brzózki posadzone w różnych miejscach miasta stały się żywym pomnikiem niemieckich ofiar. W tym doskonałym projekcie udało się połączyć pamięć, odpowiedzialność, przyrodę i zaangażowanie wielu ludzi. Problem polega na tym, że pierwotny pomysł Surowca – o czym mało kto wie – był inny. Brzozy miały być posadzone w Warszawie, a nie w Berlinie, a pochodzić miały z okolic Katynia, a nie Brzezinki. Ten niezwykły projekt miał w pierwotnym zamyśle służyć polskiej, a nie niemieckiej pamięci. Tyle że polskie instytucje nie były zainteresowane jego wsparciem. Podobny los spotyka nowy projekt Alicji Żebrowskiej, która ostatnio zajęła się kwestiami historycznymi. Polskie państwo nie znalazło funduszy na jej nowatorski film o rzezi wołyńskiej. Wsparcie takich projektów, łączących sztukę nowoczesną z wspólnymi dla Polaków symbolami i wartościami, powinno być priorytetem rządu. Sztuka wyrażająca nasze doświadczenie może stać się elementem integrującym społeczeństwo, może też być o wiele bardziej interesująca dla świata niż sztuka naśladująca obce wzory i dostosowująca się do obcych agend.

Wskazałem na trzech przykładach najważniejsze funkcje polityki kulturalnej, którym odpowiadają trzy kierunki działania ministerstwa. Po pierwsze państwo powinno roztropnie wspierać swobodną aktywność artystyczną, która stanowi ważny element samoświadomości społecznej, i pomagać w jej rozpowszechnianiu. Temu zadaniu odpowiada mecenat państwa i instytucje muzealne oraz edukacyjne. Po drugie w kompetencji MKiDN nieoczekiwanie znalazła się kluczowa kwestia dyskusji intelektualnych o zagadnieniach społecznych i kulturalnych. Ministerstwo nie powinno rezygnować z wspierania tych inicjatyw, które małym kosztem pozwalają utrzymywać sferę różnorodnych dyskusji. Wreszcie trzecim kierunkiem jest realizacja – w sferze artystycznej, edukacyjnej i intelektualnej – wspólnotowej agendy. Państwo ma prawo i obowiązek wspierać inicjatywy, które służą dobru wspólnemu, podtrzymują polską tożsamość i odwołują się do podzielanych przez Polaków wartości.

Jak w praktyce powinno wyglądać wsparcie? Sądzę, że w większości przypadków system grantów i otwartych konkursów jest najlepszy z możliwych, choć grozi on pewnymi niebezpieczeństwami. Operatorami tego systemu są urzędnicy, którzy oczekują, że podmioty, z którymi współpracują, będą kierowały się taką samą logiką jak ich własna. Stąd uzyskanie wsparcia wymaga zwykle profesjonalnego zaplecza biurokratycznego i pochłania mnóstwo kosztów, i to z obu stron – ministerstwa i aplikujących podmiotów. O wiele rozsądniejsze wydaje się obniżenie progów dostępu do pomocy państwa, nawet za cenę częstszych błędów przy przyznawaniu dotacji. Drugim niebezpieczeństwem jest oczywiście nastawienie podmiotów na konsumowanie wsparcia państwowego i podporządkowanie się ich logice administracji, która w dłuższej perspektywie zabija wszelką twórczość. Tu recepta wydaje się prosta – ministerstwo, obniżając koszty dostępu do pomocy, powinno także uzależniać ją od znalezienia przez wnioskodawców innych źródeł finansowania. Wystarczy roztropnie zwiększyć progi udziału własnego, by część odpowiedzialności za ocenę dofinansowywanych przedsięwzięć przenieść na inne podmioty, które kierują się inną logiką – publiczność, samorządy, prywatni sponsorzy, organizacje pozarządowe itd. Rozsądne wsparcie powinno polegać więc z jednej strony na zmniejszeniu przeszkód biurokratycznych w dostępie do publicznych pieniędzy, a z drugiej – na uzależnieniu go od znalezienia innych źródeł finansowania.

Omówione przeze mnie społeczne funkcje kultury pokazują, że polityka kulturalna może mieć realny wpływ na to, jak rozumiemy samych siebie i jak działamy. Ostatecznie to kultura rozstrzyga o wszystkim. Dlatego właśnie bez muzeów nie będzie autostrad. Związek ten doskonale rozumiał Lech Kaczyński, którego koncepcja modernizacji obejmowała nie tylko budowę autostrad, lecz także nowych muzeów. Dziś los niedokończonych dróg dzieli Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wciąż pozbawione stałej siedziby.