przez Kamil Piskała | środa 16 stycznia 2013 | kultura zaangażowana, Zima 2012
Profesor Andrzej Nowicki, wspominając po wielu latach seminarium filozoficzne dla warszawskiej młodzieży socjalistycznej, pisał: Nie tylko zachęcał do tego, żeby dużo czytać, ale sam w życiu codziennym był personifikacją pasji czytania, wiecznego nienasycenia czytaniem, palącej ciekawości, wymagającej natychmiastowego zapoznania się ze wszystkim, co zostało wydrukowane […]. lewa ręka przyciska do boku tyle tomów, ile się tylko da utrzymać, w prawej ręce otwarta książka o kilka centymetrów od oka; obok teczka wypchana książkami, a prócz tego jeszcze kilka książek w kieszeniach. […] Był prawdziwym „pożeraczem książek”, a temu potężnemu apetytowi czytelniczemu odpowiadała w sposób symboliczny jego potężna tusza. Takim był socjalistyczny erudyta i niestrudzony oświatowiec – Kazimierz Czapiński – bo o nim mowa.
***
Przyszedł na świat 18 listopada 1882 r. w Mińsku, w niezbyt zamożnej rodzinie o szlacheckich korzeniach. Jego społeczne pochodzenie, atmosfera panująca w domu rodzinnym, a także początki aktywności politycznej mogą uchodzić za typowe dla reprezentantów lewicowo-liberalnej części elit międzywojennej Polski. Po powstaniu styczniowym władze carskie prowadziły forsowną politykę rusyfikacyjną. Jej głównym instrumentem była szkoła. Promowano postawy konformistyczne, młodzież przymuszano do używania języka rosyjskiego w miejscach publicznych, obowiązkowe było uczestnictwo w uroczystościach prawosławnych. Nad przestrzeganiem takiej „dyscypliny” czuwał liczny personel – od inspektorów szkolnych, przez nauczycieli, a na woźnych skończywszy.
Najpopularniejszą odpowiedzią na politykę władz było kultywowanie patriotycznych tradycji w domu rodzinnym, a także praca w nielegalnych kołach samokształceniowych. Tak było również w przypadku Czapińskiego, który w gimnazjum zaangażował się w działalność w tego typu grupie, nadając zresztą szybko własnemu kółku charakter zdecydowanie socjalistyczny. Już wtedy przekonał się, że ciekawość świata, odwaga myśli i samodzielność sądów nie mieszczą się w ramach ówczesnych systemów edukacyjnych tej części Europy. Niewiele brakowało, a jeden z najzdolniejszych uczniów mińskiego gimnazjum nie uzyskałby nawet matury. W VIII klasie groziło mu bowiem aresztowanie za agitację socjalistyczną – opuścić musiał szkołę i wyjechać na wieś, gdzie podjął pracę korepetytora. Egzamin dojrzałości zdał jako ekstern.
Studia prawnicze rozpoczął na Uniwersytecie Petersburskim, nie bez powodu cieszącym się wówczas sławą uczelni, z której promieniowały na całą Rosję niebłagonadiożne, rewolucyjne idee. Już na początku pobytu w ówczesnej stolicy Czapiński nawiązał kontakt z miejscową organizacją Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR) i wkrótce zaangażował się w prowadzenie agitacji wśród studentów i robotników. Na fatalne skutki nie trzeba było długo czekać – w 1902 r. został aresztowany i relegowany z uniwersytetu. Choć ostatecznie zwolniono go z braku dowodów, do Petersburga już nie wrócił. Nakazano mu przymusowe osiedlenie w Mińsku, gdzie mimo obserwacji policji wciąż prowadził działalność w SDPRR.
W 1904 r. wyjechał na krótko do Niemiec i Szwajcarii, gdzie zawarł liczne znajomości w kręgu socjaldemokratycznej emigracji polskiej i rosyjskiej. Na wieść o wybuchu rewolucji wrócił do Rosji i zaangażował się w prace SDKPiL, za co znów został aresztowany i skazany na zesłanie. Ostatecznie – była to wówczas powszechna praktyka – zamieniono mu karę zesłania na obowiązek opuszczenia Rosji. Czapiński wybrał „bliską zagranicę”, czyli Galicję, pozostającą pod władzą Austriaków. Okazało się zresztą, że tamtejsze warunki działania znacznie bardziej odpowiadały jego usposobieniu, gdyż zdecydowanie lepiej niż w roli konspiratora czuł się jako publicysta i oświatowiec.
W Galicji zaczął coraz wyraźniej dystansować się wobec SDKPiL. Przez kilka lat wchodził w skład różnych emigracyjnych ciał tej partii, jednak zdecydowanie najwięcej uwagi poświęcał współpracy z czasopismami wydawanymi przez galicyjską Polską Partię Socjalno-Demokratyczną (PPSD). Był również jednym z czołowych prelegentów Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. Adama Mickiewicza – otwartej instytucji oświatowej stworzonej przez socjalistów galicyjskich. Adam Ciołkosz pisał później: Coroczne sprawozdania tego Towarzystwa, którego zasługi w pracy oświatowej na terenie b. zaboru austriackiego są niepomierne, w rejestrach odczytów wygłoszonych na przedmieściach Krakowa, w miastach i miasteczkach galicyjskich, niezliczoną ilość razy notują nazwisko Czapińskiego.
Pierwsze kilka lat spędzonych w Galicji to bez wątpienia moment kluczowy w biografii politycznej Czapińskiego. Zakończył się wówczas proces formowania zrębów jego politycznego światopoglądu, zakreślone zostało pole najważniejszych zainteresowań jako publicysty, mógł również swobodnie poświęcić się pracy oświatowej, którą cenić miał szczególnie przez całe życie. Wyrazem ewolucji, której ulegał Czapiński, był ostateczny rozbrat z SDKPiL i zaangażowanie w prace znacznie mniej radykalnej, a zarazem niepodległościowo nastawionej PPSD.
Przerwane niegdyś studia prawnicze próbował kontynuować na Uniwersytecie Jagiellońskim, lecz został szybko relegowany z uczelni za udział w tzw. zimmermaniadzie, czyli protestach środowiska studenckiego przeciwko objęciu katedry socjologii przez znanego z konserwatywnych poglądów, a nieposiadającego żadnych osiągnięć naukowych ks. Kazimierza Zimmermanna. Ciołkosz pisał później: Ten człowiek, którego wkład do kultury polskiej był ogromny, nie miał nie tylko stopnia akademickiego, ale nawet absolutorium.
Czapiński na dobrą sprawę „politykiem” stał się dopiero wraz z narodzinami II RP. Do tego momentu znany był jako redaktor krakowskiego socjalistycznego dziennika „Naprzód”, działacz oświaty robotniczej i społecznik, pozostawał jednak na uboczu „partyjnego” życia politycznego. Niemałym zaskoczeniem dla wielu był wobec tego jego wybór do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 r. Brakowało mu politycznego i parlamentarnego doświadczenia, nie miał cech przywódcy, nie był też trybunem, który umiałby porwać swoim przemówieniem tłumy. Jednak gdy potrzebne były rzetelne argumenty, rozległa wiedza i jasne przedstawienie stanowiska PPS – wtedy na sejmową mównicę zazwyczaj wysyłano właśnie erudytę Czapińskiego. Jedną z takich sytuacji relacjonował sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer: Sejm debatuje nad ustawą konstytucyjną. Chodzi o uregulowanie stosunków państwa do kościoła. PPS wysyła obrazoburcę Czapińskiego. Ciężkim krokiem wchodzi na trybunę mól biblioteczny, nosi ze sobą pakę ksiąg. Gdy rozpoczyna przemówienie bije w pulpit, chce podkreślić te zdania, których nie może zaakcentować jego monotonny głos. Cytuje Voltaire’a, Reya, wyciągi z podręczników szkolnych o obskurantyzmie w Polsce, opowiadania Nankego, wyjątki z „Prowincjonałek” Pascala, bulle papieskie, kanon Ojców Kościoła. Patrzą chłopi na fury książek „biskupa masonów”, podziwiają uczoność w sprawach kościelnych, a poseł Czapiński coraz mocniej uderza w pulpit imitując temperament polityczny. Takim właśnie parlamentarzystą był nieprzerwanie przez 16 lat (1919–1935) – zawsze świetnie przygotowanym, doskonale argumentującym swoje stanowisko, ale zarazem niezbyt żywiołowym, raczej udającym temperament polityczny, budzącym bardziej szacunek i uznanie niż silne emocje.
***
W debacie konstytucyjnej, której przebieg z uwagą śledziło niemal całe społeczeństwo, Czapiński był obok Mieczysława Niedziałkowskiego głównym mówcą socjalistów. Koncentrował się na prawach i wolnościach obywatelskich, a także na uregulowaniu wzajemnych relacji państwa i kościołów. To wówczas obdarzono go przydomkiem „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga”. Czy słusznie? Zdecydowanie nie. Posłom prawicy zależało, żeby utrwalić obraz socjalistów jako wrogów religii, wulgarnych materialistów i wojujących ateistów. Najwięcej „dostawało się” właśnie Czapińskiemu, który z wielkim zaangażowaniem dążył do konstytucyjnego zapisania zasady rozdziału Kościoła od państwa.
Czapiński dowodził w swych wystąpieniach, że niechęć do religii nie stanowi integralnego elementu ideologii socjalistycznej. Jego zdaniem socjaliści – uznając wiarę za prywatną sprawę jednostki – w sposób najpełniejszy realizują zasadę poszanowania godności człowieka i światopoglądowej tolerancji. O stosunku socjalizmu do religii pisał: Pozostawia przekonania religijne sumieniu jednostki, pozostawiając jej prawo wyznawać jaką chce religię, inaczej mówiąc uznaje religię za „sprawę prywatną”. Dlaczego tak czyni? Dlatego przede wszystkim, iż stoi na stanowisku szeroko pojętej wolności duchowej jednostki ludzkiej. Nie chce narzucać członkom partii żadnych dogmatów w dziedzinie filozoficznej czy religijnej.Owej tolerancji miały być za to pozbawione, jego zdaniem, stanowiska zajmowane z jednej strony przez brutalnie walczących z religią komunistów, z drugiej zaś przez klerykałów.
Wbrew zarzutom stawianym socjalistom, Czapiński podkreślał, że uznanie wiary za sprawę prywatną nie jest tylko czasowym, taktycznym ustępstwem, powodowanym religijnością znacznej części robotników, stanowiących społeczną bazę ruchu. Choć sam był ateistą, uznawał, że wierzenia religijne odpowiadają na obecną w ludzkiej naturze potrzebę zrozumienia i wyjaśniania świata. Materializm pod tym względem jest zdaniem Czapińskiego niewystarczający, a w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania w systemach religijnych widział najlepszą drogę zaspokojenia owej potrzeby.Nie widzę możności – pisał – żeby materializm mógł rozstrzygać wszystkie wiekuiste kwestie światopoglądu. Wszystkie nieśmiertelne, powikłane sprawy filozoficzne, należy zostawić sumieniu jednostki, należy pozostawić jej zupełne prawo decydować w co wierzy i w co nie wierzy, i żądać należy tylko jednego, ażeby była ta jednostka dobrym obywatelem ruchu socjalistycznego, dobrym członkiem partii i ruchu robotniczego. Był przekonany, wbrew marksistowskiej ortodoksji, że w ustroju socjalistycznym religia nie zniknie; wiara stanowiła dla niego nieredukowalną część ludzkiej natury.
Problem miejsca, jakie powinny w odrodzonym państwie zająć kościoły, a zwłaszcza kościół rzymskokatolicki, stanowił jeden z centralnych punktów debaty konstytucyjnej. Czapiński, reprezentując jednocześnie stanowisko całej PPS, dowodził, że rozdział kościoła i państwa uzasadniają trzy wielkiej wagi argumenty: narodowy, naukowy i socjalny. W pierwszym wypadku przekonywał, że kościół katolicki, jako instytucja ponadnarodowa, a jednocześnie posiadająca swój „polityczny” sztab w Rzymie, stanowić może zagrożenie dla suwerenności młodego państwa polskiego. Wyrażał opinię, że duchowieństwo postawione przed koniecznością dokonania wyboru między interesem Watykanu a interesem Polski, wybierze to pierwsze rozwiązanie. Dopóki papieże nie zrezygnują z aktywnego uczestnictwa w polityce międzynarodowej, dopóty silna pozycja kleru stanowić może istotne ograniczenie podmiotowości państwa w polityce zewnętrznej. Uzasadnienia dla swego stanowiska szukał w historii, przy każdej okazji wspominając o niechlubnej roli odegranej przez kościelną hierarchię w procesie politycznej dezintegracji Rzeczypospolitej Obojga Narodów i o przypadkach jawnej współpracy z mocarstwami ościennymi. Kontynuacją tej polityki był, jego zdaniem, lojalizm i serwilizm hierarchów względem zaborców, silnie popierany zresztą przez kolejnych papieży. Podczas wykładu dla polskich robotników-emigrantów w Stanach Zjednoczonych mówił: Kiedy w końcu Polska była złożona do grobu przy współudziale arcybiskupów, którzy brali łapówki od carów, rozpoczął się okres przeszło 150-letniej niewoli polskiej. Kiedy próbowała wstać z grobu, Rzym ciskał na nią klątwy.
Drugi argument za rozdziałem państwa i Kościoła – przez Czapińskiego nazwany naukowym – dotyczył negatywnego wpływu na system edukacyjny. Znów posługiwał się argumentem historycznym, dowodząc, że to kler był odpowiedzialny w znacznej mierze za kulturalny upadek Polski w XVII i XVIII w., a duchowieństwo najenergiczniej zwalczało oświeceniowe hasła i reformatorskie dążenia. Czapiński uważał, że w sprawach oświatowych Kościół zawsze zajmować będzie konserwatywne i wsteczne stanowisko, zaś zapewnienie duchowieństwu wpływania na system edukacyjny uniemożliwi stworzenie nowoczesnej szkoły, pobudzającej ciekawość świata i nadążającej za trendami światowej nauki.
Trzeci argument za rozdziałem państwa i Kościoła miał charakter społeczny. Publicysta PPS uważał, że z powodu wspólnego interesu klasowego, a także podobieństwa ideowego, duchowieństwo w Polsce odgrywać będzie rolę sojusznika i adwokata warstw najbardziej konserwatywnych, tamujących proces demokratyzacji społeczeństwa. Jego zdaniem Kościół nie zamierzał zrezygnować z wywierania wpływu na życie polityczne. Pisał: Poza pięknymi frazesami, poza dźwięczną ideologią, poza piękną szatą i reminiscencjami z Ewangelii i nauk chrystusowych – kryje się brudna i brutalna treść polityczna i socjalna. Za rzymskimi agentami, dążącymi do ustalenia i rozszerzenia wpływów rzymskich lękliwie bieży zagrożony w swej egzystencji „kwiat” arystokracji polskiej, obszarnictwa i kapitalizmu polskiego; te sfery widzą i czują jak potężna fala nowoczesnych ruchów społecznych podmywa ich egzystencję, jak niepewne są już podstawy ustroju kapitalistycznego. Toteż wyciągają kornie i błagalnie ręce do Rzymu o pomoc. Tam jeszcze – myślą – może tkwi zbawienie! Może ozdobiwszy ohydną treść wyzysku kapitalistycznego i obszarniczego pięknym imieniem Chrystusowym można będzie trwać, panować i wyzyskiwać jakiś czas jeszcze…
Sejmowa batalia o kształt konstytucji zakończyła się kompromisem, w większym jednak stopniu zbieżnym z pierwotnymi postulatami prawicy. Dotyczyło to także większości zapisów omawiających rolę Kościoła w państwie. Czapiński jednak nie zrezygnował z walki o świeckie państwo, toczonej nie tylko za pomocą sejmowych przemówień, ale również dziesiątków artykułów na łamach socjalistycznej prasy i licznych broszur. Przydomek „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga” przylgnął do niego na stałe, lecz mało kto zwracał uwagę na te fragmenty jego wystąpień, w których podkreślał rolę religii w życiu człowieka. Pisał zresztą, że antyklerykalne (w żadnym razie „antyreligijne”) stanowisko socjalistów jest konsekwencją okoliczności, nie zaś wyrazem wpisanej w samą naturę ruchu niechęci do Kościoła. Nie jesteśmy antyklerykałami za wszelką cenę i przede wszystkim – przekonywał. – My mamy swój własny ruch i swój własny cel, do którego dążymy. Antyklerykalizm nie jest dla nas jakimś dogmatem. To dla nas smutna konieczność, obowiązek zburzenia przeszkody, która odgradza nas od lepszej przyszłości, nie pozwala nam się rozwijać normalnie. Słowa te dobrze i – jak można przypuszczać – szczerze oddają intencje przyświecające Czapińskiemu w wystąpieniach na temat Kościoła i duchowieństwa. Czynienie z niego wojującego ateisty i obrazoburcy byłoby przeinaczaniem historii.
***
Po objęciu mandatu poselskiego z niezbyt znanego działacza krakowskiej organizacji PPSD zaczął stawać się jednym z członków najwyższych władz zjednoczonej PPS, a także cenioną postacią w klubie parlamentarnym socjalistów. Już pod koniec lat 20. zaliczano go do ścisłego kierownictwa PPS. Zasiadał przez wiele lat w Centralnym Komitecie Wykonawczym partii, reprezentował PPS podczas międzynarodowych kongresów socjalistycznych, znalazł się również w zarządzie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, a w 1936 r., jako osoba posiadająca szczególnie bogate doświadczenie w pracy oświatowej, objął funkcję prezesa TUR. Coraz większe uznanie zdobywał także jako publicysta. Skrupulatni historycy szacują jego dorobek w tej dziedzinie na ok. 6 tys. artykułów i kilkanaście broszur. W PPS-owskim dzienniku „Robotnik” w latach 30. pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego i w dużej mierze odpowiadał za publicystykę polityczną oraz dział poświęcony kulturze.
Czapiński-publicysta szczególnie wiele uwagi poświęcał analizom przemian zachodzących po rewolucji bolszewickiej w Rosji. Predyspozycje miał po temu niemałe – urodzony w Mińsku, świetnie znał język i kulturę rosyjską, przez pewien czas był członkiem SDPRR, a przed I wojną światową przyjaźnił się również z Leninem. Jak oceniał rewolucję październikową? Konsekwentnie, przez cały okres międzywojenny uważał, że bolszewicy wykazali się godną potępienia rewolucyjną „niecierpliwością”. Powołując się na opinie dwóch socjalistycznych autorytetów – Karla Kautsky’ego i Otto Bauera – Czapiński dowodził, że przejęcie władzy i „zadekretowanie” budowy ustroju socjalistycznego przez Lenina i jego towarzyszy dokonało się stanowczo zbyt wcześnie. Rosja była bowiem krajem zacofanym zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym. Aby wprowadzić socjalizm, nie wystarczy nieugięta wola i determinacja, których Czapiński bolszewikom nie odmawiał, lecz konieczne jest również zaistnienie obiektywnych przesłanek. Biorąc zaś pod uwagę poziom rozwoju carskiej Rosji, jedyna możliwa rewolucja, dla której istniały w tym kraju warunki, mogła być, zdaniem Czapińskiego, jedynie rewolucją burżuazyjną, druzgocącą resztki dawnego systemu feudalnego. Pisał o tym wprost: Istotą przedmiotową (obiektywną) przewrotu bolszewickiego jest likwidacja stosunków feudalnych w Rosji, tzn. złamanie samodzierżawia, panowania szlacheckiego, obszarnictwa itd. Jakakolwiek byłaby oficjalna ideologia tego przewrotu, nic to nie zmieni w istocie rzeczy. I tak, jak wielka francuska rewolucja w 1789 odbywała się pod hasłami wolności, równości i braterstwa, a jednakowoż, jak wiemy, była po prostu dochodzeniem do władzy trzeciego stanu, czyli burżuazji – tak samo rosyjski przewrót bolszewicki odbywa się formalnie w szatach ideologii bolszewickiej, treścią jednak jego jest przejście od przestarzałych form feudalnych, samodzierżawnych, szlacheckich do form nowoczesnego ustroju burżuazyjnego.
Zasadniczy błąd bolszewików polegać miał na przecenianiu możliwości, jakie daje sprawowanie władzy. Wielowiekowe zapóźnienie nie może zostać zniwelowane w ciągu kilku lat, nie da się zbudować socjalizmu nie przechodząc wcześniej przez piekło systemu kapitalistycznego – zdawał się rozumować Czapiński. Gospodarcza niewydolność „komunizmu wojennego” w połączeniu z koniecznością stosowania przez bolszewików terroru i przemocy (aby utrzymać władzę) dowodziły obiektywnej niemożności przejścia Rosji do socjalizmu, a tym samym pomyłki Lenina. W tym poglądzie utwierdziło też Czapińskiego wprowadzenie przez władze radzieckie polityki NEP-u. Przywrócenie w wielu sektorach wolnego handlu, dominacja prywatnego rolnictwa, a także usilne poszukiwanie zagranicznych kredytów świadczyć miały o powrocie do kapitalizmu. Znacznie przesadzając, w latach 20., nazywał Czapiński ZSRR państwem kułacko-kapitalistycznym oraz kolonią kapitału zagranicznego. Październikowe zwycięstwo, będące skutkiem chwilowo sprzyjających okoliczności i dobrego doboru haseł przez bolszewików (Ziemia i pokój!), nie oznaczało wcale przekreślenia prawidłowości rozwojowych odkrytych przez Marksa. W napisanej w 1927 r. broszurze „Socjalizm czy komunizm?” Czapiński pisał: Przesunęła się tu przed nami cała historia rosyjskiego bolszewizmu. Udało mu się przyjść do władzy dzięki specjalnym warunkom, zaś w pierwszym rzędzie dzięki zrewolucjonizowanym chłopom i wojsku. Ale bolszewizm nie osiągnął nic z postawionych sobie celów, zrujnował tylko Rosję, spustoszył miasta, zdruzgotał przemysł i wreszcie wrócił do kapitalizmu. Wszystkie dzikie pomysły o wprowadzeniu socjalizmu do Rosji, przy pomocy gwałtu ze strony rządzącej drobnej mniejszości, zakończyły się zupełnym bankructwem!
Niepowodzenie planu bolszewików, czego wyraz stanowił zarówno NEP, jak i upadek rewolucji w innych krajach europejskich, doprowadzić miało, jego zdaniem, do odrodzenia się rosyjskiego imperializmu i powrotu do tradycyjnych carskich form sprawowania władzy – silna i scentralizowana władza, rozbudowany aparat ucisku, liczna armia itd. Nowością, specyficznie bolszewickim tworem, był Komintern, według Czapińskiego całkowicie podporządkowany realizacji państwowych interesów ZSRR.
W tych opiniach często mieszały się cenne, momentami wręcz błyskotliwe spostrzeżenia i poważne uproszczenia czy niezbyt wyrafinowane ataki na bolszewików. W dużej mierze zaważył pewnie na tym fakt, że wiele z tych tekstów powstało na potrzeby bieżącej walki o „rząd robotniczych dusz”, toczonej z komunistami. Nieco zmieniać zaczął się jednak ton Czapińskiego w latach 30., gdy z jednej strony świat kapitalistyczny mocował się z katastrofalnym w skutkach kryzysem gospodarczym, z drugiej zaś ZSRR z powodzeniem realizował ambitne założenia pięciolatki. Oczywiście, krytyczna ogólna ocena dyktatorskiej formy rządów nie uległa zmianie, jednak opinie Czapińskiego stały się znacznie bardziej wyważone. Przyspieszona industrializacja, znaczący wzrost produkcji, a także poprawa aprowizacji stanowiły zdaniem publicysty PPS niewątpliwe osiągnięcia władz radzieckich. Dostrzegał ich wielkie koszty, jak m.in. wzrost natężenia represji, militaryzację życia codziennego itd., jednak pisał: Ale ogromne postępy gospodarcze są niezaprzeczalne. Świadczą aż nadto wyraźnie o wyższości gospodarki planowej – nawet w trudnych sowieckich warunkach.Wierzył, że wkrótce gospodarka planowa będzie mogła również pokazać swoją wyższość w innych państwach Europy, tym razem jednak bez gwałtu na ludzkiej wolności, charakterystycznego dla warunków radzieckich.
Umiarkowany optymizm, jakim Czapińskiego nastrajał pomyślny rozwój gospodarczy ZSRR, nie trwał jednak długo. Tak jak dla wielu socjalistów w całej Europie, również dla niego „procesy moskiewskie” oznaczały konieczność głębokiej weryfikacji ocen sytuacji w Związku Radzieckim. Coraz jaśniejszym stawało się dla Czapińskiego, że nie ma do czynienia ze „zwykłą” dyktaturą, ale z systemem dążącym do absolutnego podporządkowania jednostki. Kult wodza, rozbudowa tajnej policji politycznej, ogromny wysiłek propagandowy władz, a także procesy pokazowe – to wszystko zadecydowało, że na przełomie 1937 i 1938 r. Czapiński zaczął określać system radziecki mianem „totalizmu”, co – upraszczając nieco – odpowiada naszemu dzisiejszemu „totalitaryzmowi”. W konsekwencji totalizacji życia społecznego następował również uwiąd kultury, której rozwój jeszcze parę lat wcześniej, na początku lat 30., stanowił, zdaniem Czapińskiego, jeden z największych sukcesów bolszewików. Od kilku lat sowiecka literatura nie daje prawie nic. Filozofia to samo […] W nauce to samo. Niektóre nauki są w ogóle skasowane. […] Żadna monopartia, żaden totalizm, żadna trwała dyktatura nie prowadzi do rozwoju kultury i twórczości.
Sporo uwagi poświęcał Czapiński również drugiemu „totalizmowi”, czyli hitlerowskim Niemcom. Źródeł powodzenia nazistów upatrywał w dotkliwości kryzysu gospodarczego, który uderzył na początku lat 30. w Republikę Weimarską. Bazę społeczną NSDAP stanowić mieli w jego opinii głównie drobnomieszczanie, podupadła burżuazja, a także chłopstwo i bezrobotni. Do hitleryzmu zwabić miała ich antykapitalistyczna retoryka, hasła rewizjonistyczne oraz idea przywrócenia społecznego „ładu”. Sam program głoszony przez nazistów Czapiński uważał za mętny, ogólnikowy, a w wielu przypadkach wręcz sprzeczny. Jego sukces tłumaczył w dużej mierze specyficzną postawą drobnomieszczaństwa, które mniej zwraca uwagę na spójność głoszonej ideologii, a bardziej poddaje się nastrojowi chwili, emocjom oraz charyzmie wodza. Dla Czapińskiego, podobnie jak dla wielu ówczesnych teoretyków ruchu socjalistycznego, faszyzm był ostatnią, rozpaczliwą próbą obrony systemu kapitalistycznego podjętą przez burżuazję. Jego cel był podwójny – z jednej strony podtrzymać i udoskonalić system kapitalistyczny, któremu dyktatura i idea „silnej władzy” zapewnią pożądaną stabilność, z drugiej zaś strony faszyzm miał być narzędziem służącym zwalczaniu rozwijającego się ruchu socjalistycznego. O nazizmie pisał: W ten sposób widzimy, że całość programu ma charakter burżuazyjnej dyktatury skierowanej przeciwko demokracji i klasowej walce proletariatu. Ta dyktatura jest skierowana nie tylko przeciwko demokracji i klasie robotniczej wewnątrz państwa, lecz także służy celom imperialistycznym i wzmacnianiu militaryzmu.
***
Tak jak w przypadku stalinowskiej dyktatury, również w odniesieniu do nazizmu Czapiński podkreślał postępującą kulturalną degradację społeczeństwa. Treści kultury faszystowskiej były w jego ocenie skoncentrowane wokół trzech głównych motywów: apoteoza wojny, sztywna hierarchia oraz pochwała okrucieństwa. Uważał, że popularność prądów faszystowskich, wprost odwołujących się do wojny i przemocy, z pogardą traktujących dorobek kulturalny ludzkości, stawia przed proletariatem doniosłe zadanie. Ruch robotniczy stawał się spadkobiercą rzetelnej kultury i nosicielem nowych metod wychowawczych.
Czapiński nie uważał, że kultura „nowego człowieka”, kultura socjalistyczna, może powstać dzięki całkowitemu zerwaniu z dziedzictwem kultury burżuazyjnej. Pisał: Naturalnie proletariacka kultura (jak każda inna) nie buduje całej kultury na nowo – np. zdobycze naukowe, zwłaszcza w niektórych dziedzinach, przejmuje z okresów poprzednich. Ale charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. Słowa te brzmią dziś niezwykle patetycznie. Czapiński jednak pośród przywódców polskiego ruchu socjalistycznego był bez wątpienia tym, który najmocniej podkreślał konieczność zbudowania nowej kultury, jako warunku realizacji projektu socjalistycznego.
Treść ruchu socjalistycznego powinny stanowić nie tylko walka klasowa i dążenie do obalenia kapitalizmu, ale również wysiłek mający na celu moralne i intelektualne podniesienie proletariatu. Swoje powołanie widział Czapiński głównie w realizacji tego drugiego zadania. Przez współpracowników i przyjaciół zapamiętany został właśnie przede wszystkim jako działacz oświatowy, niestrudzony prelegent i popularyzator wiedzy. Jan Mulak pisał: Często nachodzili go całymi gromadami, członkowie ZNMS, studenci i studentki. Młodzi intelektualiści partyjni grupowali się wokół niego. Miał na nich duży wpływ, zwłaszcza w dziedzinie pogłębiania teorii socjalistycznej. Pod tym względem spełniał rolę TUR, a właściwie był drugim TUR-em jako jednoosobowa instytucja. Wynikało to z jego olbrzymiej wiedzy i siły oddziaływania. Wtórował mu Ciołkosz, który w pośmiertnym wspomnieniu pisał: Ku nowej kulturze… Taka była treść życia Czapińskiego, życia bardzo pracowitego. Jego dorobek trzeba mierzyć nie tylko broszurami i książeczkami, artykułami w prasie, mowami sejmowymi i odczytami. Trzeba go mierzyć – lecz to wymierzyć się nie da – obudzeniem się w klasie robotniczej nowych pragnień i tęsknot do życia pełnego i twórczego w każdej dziedzinie.
Tę pracę Czapińskiego przerwał wybuch wojny, przed którą ostrzegał od kilku lat. Po klęsce wrześniowej, licząc na szybkie zwycięstwo aliantów, nie podjął działalności konspiracyjnej. Dopiero na początku 1940 r. nawiązał kontakt z grupą skupioną wokół Adama Próchnika, na konspiracyjnych zebraniach wygłosił wówczas kilka referatów i odczytów. We wrześniu 1940 r. został aresztowany przez Gestapo, pięć miesięcy później trafił do Auschwitz. Zmarł tam w lipcu 1941 r.
***
Spośród przywódców międzywojennej PPS, Kazimierz Czapiński jest z pewnością jedną z tych postaci, których biografia budzi stosunkowo niewielką ekscytację. Nie miał za sobą romantycznych epizodów w bojówce jak choćby Pużak czy Arciszewski, nie był porywającym mówcą jak Żuławski, nie był wytrawnym graczem parlamentarnym jak Niedziałkowski, daleko było mu też do radykalizmu Zaremby, Dubois czy Barlickiego. Jako myśliciel i publicysta nie zawsze bywał Czapiński oryginalny i wystarczająco analityczny. Mimo to jednak uznawany jest za jedną z najwybitniejszych i najciekawszych postaci międzywojennego ruchu socjalistycznego.
Z usposobienia był przede wszystkim nauczycielem i wychowawcą. W tych setkach i tysiącach artykułów, niezliczonych wykładach i odczytach, a nawet w sejmowych przemówieniach – wszędzie wyraźnie widoczne jest dążenie Czapińskiego do wyjaśnienia skomplikowanych problemów, uprzystępnienia i popularyzacji wiedzy. Chciał pisać w sposób zrozumiały przede wszystkim dla robotników. Wierzył, że aby ruch socjalistyczny zwyciężył, musi dokonać się olbrzymi awans kulturalny mas pracujących. Pisał: Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych. […] Stąd pochodzi w ruchu socjalistycznym wzmożone zainteresowanie się kwestią oświatowo-kulturalną. Idzie zarówno o reformę szkolnictwa, jak i o kształcenie dorosłych robotników.
Czapiński bardzo silnie podkreślał etyczny i humanistyczny wymiar socjalizmu – nie chodziło tylko o wzrost produkcji i zniesienie własności prywatnej, ale także, a może przede wszystkim, o nowego człowieka i nową kulturę. Realizacji tego zobowiązania poświęcił niemal całe swe dojrzałe życie. Cytowany już uczeń Czapińskiego, filozof Andrzej Nowicki, pisał o nim, że był personifikacją związku między socjalizmem a ideą godności człowieka. Trudno o bardziej zwięzłą, a trafną charakterystykę.
przez Jarosław Górski | czwartek 20 grudnia 2012 | kultura zaangażowana, opinie
Gdyby ktoś organizował ranking najmniej prospołecznych kampanii społecznych, to zgłaszam – choć konkurencja mordercza – kandydaturę akcji już dobrze zadomowionej w przestrzeni publicznej: „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”.
Jej organizatorom pomysł wydaje się prosty i oczywisty. Ponieważ Polacy czytają zatrważająco mało (co potwierdzają kolejne badania czytelnictwa, a także wyniki sprzedaży naszego rynku wydawniczego), a przy tym istnieje negatywny stereotyp osoby czytającej jako nieatrakcyjnego nudziarza, należy działać na rzecz czytelnictwa poprzez przełamanie tego stereotypu. „Kochamy książki – czytamy na stronie internetowej akcji – miłością prawie że fizyczną. Chcemy zachęcać do odkrywania czytania na nowo – tym razem w kontekście nieco erotycznym. Aby ludzie widzieli się w intymnym towarzystwie książek. Żeby stawały się one elementem ich wizerunku. Nie ma nic bardziej sexy niż fajna osoba w fajnym łóżku z odpowiednią lekturą. Dlatego też chcemy pokazać książkę w nowej odsłonie – jako atrybut seksualny, decydujący o naszej atrakcyjności”.
Perfumy i naftalina
Ha! Czytanie jako atrybut seksualny! Czyli coś analogicznego do wydatnego biustu lub szerokiej szczęki, wiotkiej lub mocnej sylwetki, aksamitnego głosu, powłóczystego spojrzenia, a może kompletu złotych kart kredytowych, sportowego samochodu czy wysokiego stanowiska? Pomysł wydaje się nowatorski, a także – trzymając się jego własnej terminologii – bardzo sexy. Jednak gdy przyjrzymy mu się trochę bliżej, a może kiedy nieco uważniej go powąchamy, zauważymy, że spod zapachu zmysłowych perfum wyraźnie zalatuje naftaliną.
Bo przecież z takim wyobrażeniem, że czytanie jest przede wszystkim (tak jak jest to akcentowane w akcji) elementem zewnętrznego wizerunku osoby i że w konsekwencji przyczynia się do jej reprodukcyjnego czy też erotycznego sukcesu, mieliśmy do czynienia już z dawien dawna. Również, dużo silniejszy niż zachęcający, negatywny przekaz kampanii, czyli zawstydzanie nieczytających, sugerowanie im, że niechęć do książek wyklucza ich społecznie i towarzysko, a co za tym idzie, czyni nieatrakcyjnymi seksualnie, ma tylko pozory świeżości.
Ileż to starsi czytelnicy (lub nie-czytelnicy), którym dorastać przyszło w czasach pozbawionych dzisiejszej frywolności, nasłuchali się za młodu od szlachetnych nauczycieli, wychowawców rodzinnych i instytucjonalnych, autorytetów telewizyjnych i papierowych, a przede wszystkim od niepoliczonych zastępów przeróżnych cioć, że czytanie jest bardzo ważne. Że człowiek kulturalny tym się od niekulturalnego odróżnia, iż czyta książki. Że to wstyd nie znać takiej czy innej lektury, którą wszyscy cywilizowani ludzie przeczytali – to wstyd nie móc w towarzystwie porozmawiać o Joyce’ie, Marquezie, Herbercie, nie umieć dorzucić do konwersacji skrzydlatego słowa, cytaciku, ulubionego powiedzonka powieściowego bohatera. Człowiek nieczytający to prostak, zwyczajny cham, z którego prostactwo wyjdzie prędzej czy później – ostrzegała niejedna ciocia, zatroskana o Józia, który wstyd rodzinie przynosił, wyraźnie przedkładając prymitywne ganianie z kolegami nad rozkosze lektury. Dla większej zachęty groziła ciocia (albo pan nauczyciel) palcem, że przecież takiego i takiej, co książek nie czytają, żadna porządna dziewczyna lub żaden porządny chłopak nie zechcą.
Dzisiejsza ciocia zauważyła już, że grożenie palcem nie posiada mocy sprawczej. A ponieważ zauważyła także, iż w dzisiejszych czasach w wielu kwestiach moc sprawczą miewa machanie pupcią, sama postanowiła swoją pupcią zamachać. Niestety nie wzięła pod uwagę takiej okoliczności, że pupcia ta, pośród być może pewnych zalet, posiada ten zasadniczy mankament, iż jest ewidentnie pupcią cioci. Że trzęsie się ta pupcia wśród niezliczonych innych pupć, które pupciami cioci ewidentnie nie są, i że na tle tych pupć wygląda jak wygląda.
Wizerunek i śmieszne koty
Zachęcanie do czytania przez zawstydzanie nieczytania ma w naszym kraju klasowy charakter i jest zakorzenione mocno od czasów, w których inteligencji bardzo zależało na tym, aby się odróżniać od nieinteligenckich mas dążących do awansu społecznego. Żywe jest do dziś, zwłaszcza wśród – mówię, bom smutny i sam pełen winy – nauczycieli polonistów, bezradnych wobec niechęci podopiecznych do książek. Nauczyciele owi z jednej strony poczuwają się do obowiązku krzewienia czytelnictwa, z drugiej pozostawieni zostali z tym zadaniem samym sobie. Jest to jednak, jak się boleśnie poloniści przekonują, sposób nie tylko nieskuteczny, ale wręcz przeciwskuteczny. A to dlatego, że zawstydzanie jest orężem, którego ciosy zadziwiająco łatwo można sparować i odwrócić przeciwko zadającemu. Józio zawstydzany przez ciocię za brak kultury łatwo odpowie wyobrażeniem wszelkiej ciociowatości jako zawstydzającej, a własnego dobrego samopoczucia szukać będzie wśród kolegów nieczytających, ale ganiających i – o zgrozo! – mówiących brzydkie słowa. Nieczytający, zachęcany do czytania erotycznym szantażem, przez chwilę taksującym wzrokiem spojrzy na szantażystów, na książkowych celebrytów w zmysłowych pozach promujących akcję, a potem stwierdzi, że erotyczne walory czytania są stanowczo przereklamowane.
Zachęcanie do czytania przez odwoływanie się do wizerunku również jest nieskuteczne czy wręcz przeciwskuteczne, a przede wszystkim oznacza stawianie sprawy na głowie. Być może rzeczywiście istnieją osoby, które czytają książki, aby dzięki temu poprawić swój publiczny wizerunek, ale jeśli tak jest, to nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy wspierać ich w tym kampaniami społecznymi. I nie chodzi tylko o to, że taka motywacja jest nieszczera. Żyjemy w czasach, w których z jednej strony ludzie mają obsesję zewnętrznego wizerunku – tego, jak postrzegani są oni sami i ich społeczny status. Z drugiej strony jednak potrzeba kreowania takiego wizerunku wytworzyła całe mnóstwo mechanizmów, które (momentami dość iluzorycznie) pozwalają zbudować tenże wizerunek niejako na skróty. Mamy więc nie tylko wyspecjalizowane agencje i strategie marketingowe służące budowaniu prezencji osób publicznych, ale także mnóstwo czasami rozpaczliwych działań zwyczajnych ludzi, nękanych lękiem o to, jak są postrzegani.
Kampania społeczna „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!” odwołuje się do tego lęku i podsyca go, przez co – w maleńkim stopniu, wobec wielości podobnych bodźców – przyczynia się do budowania wśród obywateli atmosfery niesprzyjającej spokojnej lekturze i wyciąga z lamusa społeczny antagonizm między deklarującymi się jako miłośnicy czytania a tymi, którzy twierdzą, że nie jest im ono potrzebne. Ale przede wszystkim prowokuje do poszukiwania skrótowych remediów na ów lęk. Widocznym skutkiem kampanii jest rozmnożenie się zachwalających rozkosze czytelnictwa internetowych memów, łańcuszków, obrazków, filmików, złotych myśli, cytatów i statusów umieszczanych na profilach serwisów społecznościowych, rozsyłanych pocztą elektroniczną, wykorzystywanych jako awatary, osobiste motta, sygnały najpełniej komunikujące światu skomplikowaną i bogatą osobowość, a także społeczny status osób, które chcą być postrzegane jako czytające. Również facebookowy profil kampanii jest wymowny. Pełno tu takich memów, surrealistycznych obrazków z motywem książki, fotografii ciągnących się w nieskończoność bibliotecznych regałów, śmiesznych kotów zachęcających do czytania i kociaków prężących się na widok książki. Tylko że cały ten kicz będzie raczej zastępował czytanie, niż do niego zachęcał.
Ludzie dziś częściej komunikują się na portalach społecznościowych, niż spotykają, żeby pogadać, więc ze względów wizerunkowych bardziej opłaca się „polubić” fan club Franza Kafki lub Jonathana Littella tudzież pospamować ściany znajomych klimatyczną fotografią gigantycznego salonu pełnego książek, z dopiskiem „Ach, moje marzenie!”, niż tracić czas na lekturę, a tym bardziej wydawać pieniądze na książki. Jeśli czytanie to kwestia wizerunku, to o wiele prościej załatwić ten problem przy pomocy narzędzi wizerunkowych.
Dlaczego nie czytamy?
W żaden sposób nie chcę tu negować dobrych intencji organizatorów kampanii. Wiem jednak, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło, a akcja promująca czytelnictwo nie może się udać, jeśli dzisiejszy katastrofalny jego stan nie zostanie poprawnie rozpoznany. Kluczowe jest tutaj pytanie: „dlaczego Polacy nie czytają?”. Twórcy kampanii odpowiadają na to: „Polacy nie czytają, bo zły jest społeczny wizerunek czytającego jako aseksualnego nudziarza, który lekturą rekompensuje sobie brak sukcesów w realnym życiu. Jeśli zmienimy ten wizerunek, pokażemy, że czytelnik to ktoś atrakcyjny, a zawstydzimy jako aseksualnych i nudnych tych, którzy nie czytają, Polacy zaczną czytać”. Nic bardziej błędnego. Jest dokładnie na odwrót. Wizerunek czytającego jest u nas fatalny, bo Polacy nie czytają. Nie czytają i muszą sobie to jakoś uzasadnić. Jeśli Polacy zaczną czytać, wizerunek czytającego się poprawi.
Oczywiście odpowiedź na pytanie „dlaczego Polacy nie czytają?” jest złożona i niełatwa. Ale duże znaczenie ma tutaj wyuczona bezradność czytelnicza. Polacy od maleńkości uczą się w szkole, że czytanie literatury to czynność żmudna, trudna i bezcelowa, skoro niedająca ani satysfakcji, ani zauważalnych korzyści. Przyczynia się do tego prezentowana przez decydentów oświatowych właśnie taka tradycyjna, klasowa wizja czytania jako wyznacznika społecznego statusu, do którego każdy powinien aspirować. Dziecko od samego początku edukacji dostaje więc zadania czytelnicze niby wdrażające je w polski inteligencki kod kulturalny, ale zupełnie przekraczające jego możliwości. I w dodatku niemal od samego początku edukacji literackie lektury, pisane często językiem, którego mały czytelnik nie jest w stanie zrozumieć, są zadawane do domu, co oznacza, że dziecko w zmaganiach z nimi jest zdane albo samo na siebie, albo handicapuje się takie dzieci, które mogą liczyć na kompetentną pomoc inteligenckich rodziców lub profesjonalną obsługę korepetytorów. Czy możemy sobie wyobrazić ośmiolatka, który samodzielnie i z przyjemnością przeczyta poniższy fragmencik?
Widziało, jak Zosia
Z kluczykami chodzi,
Jak liźnie śmietany,
Choć się to nie godzi…
Widziało, jak Kuba
Pługiem w polu orze,
Jak wołki pogania,
Żeby było zboże…
Widziało pod lasem,
Jak się pasą krowy,
Jak tam pokrzykuje
Nasz ciołeczek płowy…
To fragment wiersza „Co słonko widziało?” Marii Konopnickiej, lektury w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Dziecko, które utknie na pługu, na ciołeczku płowym, które nie zauważy związku między poganianiem wołków (o ile będzie wiedziało, co to są wołki – czy ktoś z Państwa widział kiedyś na własne oczy wołka?) a tym, że jest zboże, w końcu całość przeczyta, ale odbierze ją jako bełkot. Później będzie już tylko trudniej, tym trudniej, że każdej kolejnej lekturze towarzyszyć będzie wspomnienie coraz większej liczby poprzednich, którym nie dało się rady. A nauczyciel, choćby najbardziej uczniom oddany, nie może nad tekstem się zatrzymać, wyjaśnić wszystkich miejsc niezrozumiałych, pokazać mieszczuchom na obrazku, jak wygląda pług, bo musi zrealizować program, odpowiednie tematy wpisać w kratki dziennika – rozliczany jest przecież ze sprawozdawczości, a nie z tego, że pomógł coś komuś zrozumieć.
A później dochodzi szajba egzaminacyjna i wpajanie uczniom przekonania, że zrozumienie literatury polega na ujęciu jej w gotowe formułki, zgrabne streszczenia, nie budzące wątpliwości problematyzacje oraz interpretacje zgodne z kluczem. Tymczasem wartość młodzieńczej lektury na tym właśnie polega, że jest chaotyczna, żywiołowa, pozostawia w głowie mętlik, a czasem pustkę, mnóstwo kłębiących się pytań, których nie da się uchwycić, a tym bardziej znaleźć dla nich odpowiedzi. Więc w gimnazjum, w liceum kolejny komunikat: trzeba się trzymać jak najdalej od książki, bo tego nikt nie zrozumie, a jeśli zrozumie, to źle. Bardzo wielu uczniów kończy więc szkołę z idiosynkrazją czytelniczą, której w dorosłym życiu nie ma ani chęci, ani potrzeby przełamywać. Ci ludzie nie będą czytać. Z całą pewnością nie dla przyjemności, nie z potrzeby serca. Jeśli tylko będą mogli, będą próbowali uniknąć czytania większych tekstów fachowych.
A przecież można…
A przecież możemy sobie wyobrazić szkołę, w której czytanie jest nie tyle przykrym obowiązkiem, lecz świetnym sposobem spędzania czasu. Również dla tych dzieci, które nie mogą liczyć na pomoc rodziców, a cały wolny czas spędzają przed komputerem lub telewizorem nastawionym na idiotyczne programy. Szkołę, w której do czytania książek wdraża się ludzi bez gwałtu i rzucania na zbyt głęboką wodę. W której czyta się książki wspólnie i dużo rozmawia o tym, co się przeczytało. Rozmawia się, dopóki są chęci i potrzeba, a nie dopóki nie skończy się przeznaczona na to godzina. W której uczniowie mogą od czasu do czasu sami zaproponować lekturę. Szkołę, która u wybitnych pisarzy zamawia utwory pisane językiem dostępnym dla swoich wychowanków i opowiadające o sprawach, które mogą ich zainteresować (tak! bywało tak i w Polsce przedwojennej, i w powojennej!). Szkołę prowadzoną przez państwo, które na tyle ufa w patriotyzm i potrzebę pogłębiania narodowej tożsamości swoich obywateli, że uwierzy, iż prędzej czy później sami sięgną po naszą najwybitniejszą literaturę, nawet jeśli się ich do tego administracyjnie nie przymusi. Możemy wyobrazić sobie państwo, które nie boi się wykształcić czytelników, których duch dąży kędy chce, a nie ścieżką wystandaryzowaną i wytyczoną przez egzamin. Możemy wyobrazić sobie państwo, które wspiera także czytelnicze aspiracje ludzi dorosłych, w których nagle, choć dotąd tłamszone, wybujały duchowe potrzeby.
Przecież, w końcu, możemy wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym z równą radością czyta każdy to, co lubi, każdy w swoim tempie i po swojemu rozumiejąc – uniwersytecka profesorka i kierowca autobusu, lekarz i kasjerka z hipermarketu. Czyta, bo lubi, a nie dlatego, że chce kogoś wypędzić z łóżka czy z towarzystwa.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 lipca 2012 | kultura zaangażowana, opinie
Gdy wgłębić się w życie Janusza Korczaka, a także wielu postaci Polski międzywojennej, uderza obraz mało dziś znany: postępowej, zaangażowanej inteligencji, tworzącej wówczas faktyczne zręby tego, co obecnie nazywamy społeczeństwem obywatelskim. I przy całej niedoskonałości tamtego, bezpowrotnie utraconego świata, daje do myślenia rozziew między dawną a dzisiejszą epoką.
Myślę, że każdy, kto zetknął się z biografiami bardzo różnych postaci życia publicznego początków XX wieku i międzywojennej Polski, wie, w czym rzecz. Będziemy tu mieli ludzi lewicy i katolików, pisarzy, publicystów, działaczy społecznych, spółdzielców, lekarzy, wydawców, prawników – trudno czasem rozdzielić te role i tożsamości, przyglądając się choćby życiu Janusza Korczaka, Stefana Żeromskiego, Romualda Mielczarskiego, Kazimierza Pużaka, Gustawa Daniłowskiego, Jakuba Mortkowicza, księdza Wacława Blizińskiego, Marii Dąbrowskiej. A te nazwiska można mnożyć.
Z reguły – co także znamienne – nie był to banalny podział na „ludzi pióra” i „ludzi czynu”, w życiu dawała o sobie znać koherencja, zdolność do współpracy, współodpowiedzialności, troski społecznej. Nie obywało się bez gniewu, klęsk, rozczarowań, kłótni, niesnasek, łajdactw i niepowodzeń – strasznie czasem bolała Polska, im piękniejsza jawiła się we snach. Ale nie było też tak, że ta Polska stanowiła coś zbędnego, niechcianego, przypadkowego. Polska i polskość były treścią, sensem i zadaniem. I sprawy, które jej dotyczyły, nie były fanaberią elity zamkniętej w kryształowej wieży, ludzi, którzy muszą ciężko wzdychać, że pechowo urodzili się pod taką a nie inną szerokością geograficzną, w otoczeniu takiej a nie innej, ciemnej mierzwy i tłuszczy, z którą same problemy i niewiele pożytku, którzy chcą się stąd wyrwać, odseparować, wyjść na swoje, machnąć ręką, splunąć.
Co się stało po drodze, od początku wieku XX do roku 2012 – dobrze wiemy. Nie mamy Żeromskiego, który zarówno troskał się o losy dzieci polskiej biedoty, jak i o losy Żydów w służbie polskiego wojska, internowanych po Bitwie Warszawskiej. Mamy parunastu luminarzy, co to zawsze podpiszą list otwarty, którego podstawowa, choć nie wyartykułowana wprost treść brzmi: „Chwała nam i naszym kolegom. Ch… precz”. Mamy parunastu luminarzy obnoszących się z wrażliwością społeczną, bo byli na „Ty” z Jackiem Kuroniem – człowiekiem, który na początku III RP dość pechowo przyjął na siebie zadania, które go przerosły i dał symboliczne i praktyczne przyzwolenie na „terapię szokową” Balcerowicza. Mamy parunastu luminarzy, dla których kwestia praw obywatelskich sprowadza się do paradowania na Manifach, ale byli i są ślepi i głusi na prawa pracownicze, na godność ludzi spychanych na margines coraz bardziej byle jakiej socjalnie Polski. Mamy paręnaście zaciętych feministek, które chętnie wyszydzą katolickich konliberałów, troszczących się jedynie o brzuchy kobiet, ale nie przypominam sobie, żeby te miłe panie wiele zdziałały w sprawie warunków w polskich domach dziecka, zmian w prawie i finansowaniu rodzin zastępczych czy rodzinnych domów dziecka albo w kwestii dostępu „zwykłych kobiet” do dobrej służby zdrowia na prowincji.
Niemal cała dzisiejsza postępowa inteligencja to jakaś parodia, kpina z chlubnych tradycji przeszłości, osobniki lokajskie, żyjące w stanie mentalnego skolonizowania, syte splendorem, jaki im ofiarowano za to, że grzecznie przyjmują istniejący stan rzeczy. Mamy parunastu dżentelmenów, którzy chętnie będą walczyć z krzyżem, ale niespecjalnie wiem, co właściwie mają do zaoferowania w zamian. Etykę indywidualistów i/albo „dorobkiewiczów idei”? Lojalność kół wzajemnej adoracji? Przesyłkę z Holandii dla psa? Wywiad z Dodą? Cynizm, którego nauczyli się od postkomunistów i obrosłych tłuszczem „postsolidaruchów”? Zachwyty nad osobnikami pokroju Palikota i Urbana? Pikietę w obronie Jaruzelskiego na ulicy Ikara? Zwymiotowałby się Krzywicki, Żeromski, Korczak et consortes, gdyby musieli to towarzystwo uznać za swoich dziedziców.
Piszę te słowa, bo jest rok korczakowski, a nie chciałbym, żeby przeszedł on bez jakichkolwiek refleksji innych niż laurkowo-cukierkowe. Bez doświadczenia i poświadczenia bolesnej pustki po ludziach umarłych, wymordowanych albo – co gorsza – wykolejonych dwoma totalitaryzmami, którym w PRL przyszło się na ogół pogodzić z duszną atmosferą okołosowieckiego reżimu, zabijającego w Polakach instynkt społecznikowski, etos zaangażowanej inteligencji, odpowiedzialności społecznej. Piszę te słowa, choć sam nie jestem społecznikiem i mam tego dojmującą świadomość, graniczącą z wyrzutem sumienia. Ale w wieku trzydziestu pięciu lat można jeszcze patrzeć w przyszłość z nadzieją.
Oczywiście, nie jest tak, że mamy dziś w Polsce tylko postępowych inteligentów, którzy nadają się jedynie na to, by zapisać ich na liście „moje typy”. Że poza oczyma mediów, poza dusznym (pół)światkiem dzisiejszej „postępowej kołtunerii”, z zadowoleniem mlaskającej nad samą sobą, jest mnóstwo ludzi wykazujących faktyczną troskę o dobro społeczne, rozumiejących polskość i postępowość jako zbieżne ze sobą, nieantagonistyczne wartości, służące dobru społecznemu, nie beneficjentom przemian. Wiem, że są ludzie, którzy swoje poglądy, nastawienie etyczne, postawy życiowe łączą z troską o rzeczy banalne, „prowincjonalne”, o najlepsze idee socjaldemokracji, pracy i sprawiedliwości społecznej, o polską kulturę i tożsamość. Wiem, że są tacy ludzie także pośród środowisk lewicy antagonistycznych wobec „Nowego Obywatela”. Cześć im, wdzięczność i szacunek za ich często anonimowe, mało nagłośniane prace i myśli. Ale dla tych, co są ich zaprzeczeniem – tylko obrzydzenie i drwina z ich cwaniactwa i samozadowolenia, z ich popularności i lokajstwa, zgięta w łokciu ręka dla ich nic nie kosztującej „walki z ciemnogrodem”, bo często do tego ogranicza się ich wybrakowany humanizm.
Zaimponowali mi ostatnio poznańscy naukowcy i artyści, którzy w proteście przeciwko budowie osiedla kontenerów socjalnych napisali w liście do prezydenta stolicy Wielkopolski, Ryszarda Grobelnego: „Nie chcemy i nie możemy się biernie przyglądać sytuacji, w której Poznań buduje getto biedy, do którego zsyłani mają być najsłabsi mieszkańcy miasta. Bowiem w tym kontekście funkcjonowanie miejskich instytucji kultury, teatrów oraz galerii, staje się farsą, legitymizując i – co gorsze – maskując nieludzką politykę mieszkaniową władz miasta. Nasze przyzwolenie na taki sposób traktowania części mieszkańców Poznania doprowadziłoby do sytuacji, w której kultura przestaje być płaszczyzną krytycznych dyskusji oraz sporu o wartości – stając się jedynie rozrywką dla elit”.
Odnalazłem w tym liście całą dumę, troskę i wielkość naszej dawnej inteligencji. Tak, to był dobry list na rok korczakowski. I widzę jak z zaświatów podpisują się pod nim Korczak, Żeromski, ks. Bliziński i wielu, wielu innych. A kogo nie ma pod tym listem, bo akurat podpisał inny, w obronie swoich kolegów, ten, mówiąc językiem Starego Doktora, zapisał się do grona „cwaniaków, błaznów, ohydnych krętaczy, pokojowej psiarni i kreatur najgorszej sorty”. Własnych inwektyw już nie wymyślam, bo upał. Ale milszy mi polski upał od Was, moje typy.
przez Marta Gardolińska | środa 30 maja 2012 | kultura zaangażowana, nr 1/2012
Nie tak dawno skończył się w Polsce burzliwy okres kampanii wyborczej. Większość przedwyborczych debat poświęcona była przede wszystkim sprawom gospodarki. Ku naszemu rozczarowaniu, żadna z dyskusji nawet nie zahaczała o sprawy polityki kulturalnej.
Z wypowiedzi polityków, zarówno opozycji, jak i koalicji rządzącej, wynika, że praca ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego jest oceniana jednoznacznie pozytywnie, o czym świadczy także decyzja premiera o pozostawieniu go na stanowisku. Jeśli już debatuje się o kulturze, to przede wszystkim w kontekście światopoglądowym, gdzie sztuka traktowana jest po macoszemu, jako element wyrażania konkretnych myśli politycznych. Uważamy, że jest to działanie instrumentalne. Naszym zdaniem, brakuje w Polsce ponadpartyjnej debaty o funkcjonowaniu samego systemu polityki kulturalnej i możliwości przyjęcia rozwiązań funkcjonujących na świecie.
Chcielibyśmy zwrócić uwagę na kilka aspektów kultury i edukacji artystycznej w III RP. Będzie to spojrzenie ostre, ale możliwie obiektywne, gdyż łączy nas troska o rodzimą sztukę oraz promowanie w życiu publicznym zasad współpracy i solidaryzmu społecznego, a dzieli miejsce dokonywanych obserwacji (jedno z nas mieszka w Warszawie, drugie patrzy na ten problem z Wiednia) oraz poglądy polityczne (konserwatystka i socjaldemokrata).
Gdy mowa o polskiej edukacji muzycznej, przychodzą na myśl nazwiska wielkich artystów młodego pokolenia, którzy niedawno zrobili międzynarodową karierę: pianiści Rafał Blechacz i Piotr Anderszewski, dyrygenci Krzysztof Urbański i Michał Nestorowicz oraz skrzypaczka Agata Szymczewska. Problem polega jednak na tym, że nie zrobili oni kariery dzięki naszemu szkolnictwu artystycznemu, lecz właściwie wbrew niemu, gdyż sukces zawdzięczają własnej motywacji i silnej woli w dążeniu do celu. To trochę tak, jak w anegdocie przywoływanej przez prof. Krzysztofa Rybińskiego o ojcu, który na 20 lat zamknął syna w piwnicy. Chłopak miał tam jakieś puszki, robił dużo pompek i innych ćwiczeń fizycznych, i tym sposobem wyrósł na silnego i postawnego mężczyznę, zaś ojciec pokazując go znajomym mówił: „Patrzcie, jakiego syna wychowałem”. Wymienieni przez nas artyści, mimo że przez długi czas siedzieli w ciasnej i nieoświetlonej artystycznej piwnicy, tak bardzo chcieli się z niej wydostać, że w końcu, dzięki ciężkiej pracy, zrealizowali marzenia.
Prawdziwym miernikiem jakości polskiego szkolnictwa muzycznego może być jednak raczej to, że od wielu lat Konkurs Chopinowski zdominowany jest przez ekipy pianistów z Dalekiego Wschodu, i że mimo uprzywilejowanej pozycji i przychylności jury, żaden Polak nie dostał się do finału ostatniej edycji międzynarodowego konkursu dyrygenckiego w Białymstoku. Trudno skądinąd się temu dziwić, skoro studenci wydziałów dyrygentury symfoniczno-operowej w Polsce przez cały rok akademicki zamiast orkiestrą, dyrygują dwoma fortepianami, co – jak wyraził się przewodniczący jury konkursu białostockiego, prof. Marek Pijarowski – przypomina kurs prawa jazdy bez samochodu
Są też inne przykłady zaniechań i patologii w dziedzinie kultury. Dopiero niezależne kino dokumentalne – a konkretnie film Sylwestra Latkowskiego „Pub 700” – zwróciło uwagę mediów i środowiska artystycznego na fenomen postaci Leszka Możdżera, który w jakiś czas po emisji poświęconego mu obrazu rozpoczął wreszcie międzynarodową karierę. Inny przykład, zupełnie kuriozalny, nasuwający komiczno-dramatycznie brzmiące pytanie: jak to możliwe, że szefem jednej z większych filharmonii w kraju leżącym w środku Europy, przez ponad 10 lat (aż do grudnia 2011 r.) był hochsztapler, który nie posiada nawet dyplomu studiów wyższych z zakresu uprawianej przez siebie sztuki dyrygenckiej? Kolejny przykład to ciągnąca się od kilku miesięcy żenująca telenowela na temat prób zlikwidowania istniejącego od 1948 r. Chóru Polskiego Radia w Krakowie oraz Polskiej Orkiestry Radiowej. Te informacje i problemy niestety nie przebijają się dostatecznie mocno do dużych mediów, gdzie newsy kulturalne ograniczają się na ogół do darmowej promocji kolejnych arcydzieł filmowych Andrzeja Wajdy czy Jerzego Hoffmana.
Zdecydowanie brakuje spójnego państwowego systemu szkolnictwa muzycznego i edukacji artystycznej, które dbałyby o promocję naszej kultury poza granicami kraju. Nie jest to bynajmniej wizja utopijna i – co najważniejsze – nie trzeba wcale wymyślać wszystkiego od nowa. Na świecie istnieją już sprawdzone, skuteczne rozwiązania, które wystarczy dostosować i przenieść na grunt polski. Ciekawy system, odwołujący się do zasad kooperatyzmu i solidaryzmu społecznego, stworzono w Wenezueli, a nazywa się on El Sistema.
Jest to państwowa organizacja, założona w 1975 r. przez maestro José Antonio Abreu. Ten pianista, kompozytor, dyrygent oraz ekonomista był od momentu rozpoczęcia kształcenia świadom problemów nękających społeczeństwo swego kraju. A są one niebagatelne. W samej stolicy ponad milion dzieci mieszka w slumsach, rocznie popełnianych jest kilkanaście tysięcy zabójstw (głównie na młodych ludziach między 15. a 29. rokiem życia), z których 94% pozostaje bezkarnych (dane wenezuelskiej organizacji pozarządowej Incosec z roku 2009). Kierując się chęcią odmiany losu wenezuelskiej młodzieży oraz wiarą w uszlachetniającą moc muzyki, Abreu stworzył Narodowy System Orkiestr Młodzieżowych i Dziecięcych Wenezueli (FESNOJIV).
Od momentu powstania organizacja stworzyła ponad 60 orkiestr dziecięcych, prawie 200 młodzieżowych, dziesiątki chórów oraz około 180 nucleos, czyli ognisk muzycznych, w których kształci się niemal 350 tys. młodych Wenezuelczyków. Fundusze na ich rozwój początkowo pochodziły od sponsorów wyszukiwanych osobiście przez maestro Abreu. Finansowano z nich zakup instrumentów dla dzieci oraz honoraria dla nauczycieli. Od końca lat 70. fundacja znajduje się pod opieką państwa wenezuelskiego, a obecnie, gdy „System” zyskał światową sławę, z dumą wspierają go takie instytucje, jak UNESCO, OAS czy Inter-American Development Bank, zaś Berliner Philharmonie, Chicago Symphony Orchestra, Chicago Brass i inne zawodowe zespoły organizują kursy mistrzowskie dla uczniów Systemu.
El Sistema wydała tak wybitnych muzyków, jak Gustavo Dudamel i Edicson Ruiz (kontrabasista, w wieku 17 lat został przyjęty do Berliner Philharmonie jako najmłodszy w historii członek tej orkiestry), a jego wizytówką jest Wenezuelska Młodzieżowa Orkiestra im. Simóna Bolívara, której koncerty przyciągają na całym świecie rzesze entuzjastów. Członkami orkiestry są najzdolniejsi wychowankowie El Sistema. Zespół współpracuje z takimi dyrygentami, jak Claudio Abbado, Sir Simon Rattle, Plácido Domingo czy Nikolaus Harnoncourt oraz nagrywa dla prestiżowego wydawnictwa Deutsche Grammophon. Jest to bezwarunkowo najlepsza orkiestra młodzieżowa na świecie, a i wśród zespołów „dorosłych” należy do pierwszej ligi. Energia, którą wyzwalają z siebie na koncertach młodzi muzycy, przenosi się na słuchającą ich publiczność pod każdą szerokością geograficzną. To jedyna orkiestra, na której występach ludzie wstają z miejsc, aby tańczyć!
Sama radość z grania nie stanowi jednak o fenomenie tej orkiestry. Tym fenomenem jest bowiem profesjonalny, wyjątkowy poziom techniczny zespołu, w którym koncertmistrzem może być nawet 13-latek. W swoim repertuarze, oprócz pozycji klasycznych oraz twórczości latynoamerykańskiej, muzycy mają tak wymagające utwory, jak „Sacre du Printemps” I. Strawińskiego czy dzieła symfoniczne D. Szostakowicza. O tym jak ambitne są zamierzenia artystyczne zespołu, najlepiej świadczy fakt, że na luty 2012 r. zaplanowano wykonanie w ciągu jednego tygodnia pięciu symfonii G. Mahlera, w tym nr 8 razem z orkiestrą Los Angeles Philharmonic oraz chórem złożonym z około 1200 młodych Wenezuelczyków, kształconych w El Sistema.
Jak twórcy Systemu osiągają takie rezultaty? Czym edukacja muzyczna młodych Wenezuelczyków różni się od polskiego sposobu kształcenia? Na oficjalnej stronie internetowej organizacji udostępniony jest ogólny zarys metodologii nauczania w El Sistema. Trzon programu stanowi przygotowanie do grania w orkiestrze, która jest duszą społeczeństwa w każdym nucleo. Nawet zajęcia indywidualne są ukierunkowane na naukę gry zespołowej, w przeciwieństwie do solistycznego nastawienia polskich szkół muzycznych. W nucleos bardzo ważną rolę odgrywają również chóry oraz zespoły innego rodzaju.
W kształceniu od najmłodszych lat kładzie się nacisk na radość z muzykowania, a przede wszystkim wyzwalanie ekspresji poprzez ruch ciała. Nie ma tu mowy o mnożących się egzaminach, zapisywaniu obecności na zajęciach, niezdrowej rywalizacji podczas konkursów. W przeciwieństwie do sytuacji w polskich szkołach muzycznych, teoria, nauka notacji muzycznej schodzą na drugi plan i są wprowadzane stopniowo, nie krępując radości z uczenia się i tworzenia muzyki. U dzieci kształci się wrażliwość na jakość dźwięku, muzykalność, współpracę w zespole, swobodę podczas prezentacji publicznej oraz technikę gry. Dla nauczycieli w El Sistema istotny jest dobry kontakt z rodzicami uczniów, którzy mogą pomagać swoim dzieciom w codziennym ćwiczeniu, ale przede wszystkim dzielić z nimi radość z uprawiania muzyki.
W 2010 r. odbyły się pierwsze próby przybliżenia polskiemu środowisku muzycznemu zjawiska wenezuelskiego systemu kształcenia muzycznego FESNOJIV (El Sistema). Ambasada Republiki Boliwariańskiej Wenezueli w Polsce zorganizowała w siedzibie Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie pokaz filmu dokumentalnego „Grać i walczyć” (Tocar y Luchar), po którym odbyła się rozmowa z jednym z wychowanków Systemu, altowiolistą Luizem Cordero. Wydarzenie poprzedził koncert Młodzieżowej Orkiestry im. Simóna Bolívara w Teatrze Wielkim, zorganizowany dzięki staraniom Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena i osobiście pani prezes Elżbiety Pendereckiej.
El Sistema nie jest ideą zamierzoną dla jednego państwa. Projekt rozpowszechnia się już na całym świecie. Programy edukacji muzycznej inspirowane El Sistema rozwijają się w 25 krajach obu Ameryk, Azji, Afryki, Australii i Europy (Szkocja i Anglia). Jakie są szanse zaszczepienia podobnej idei na gruncie polskim? Czy w ogóle polskie społeczeństwo, polska młodzież chce być „uleczona poprzez muzykę”? Czy nie wystarczy nam dotychczasowy system edukacji muzycznej?
Odpowiedź na dwa ostatnie pytania dają puste sale koncertowe, całkowity zanik domowego „życia muzycznego”, a przede wszystkim zastraszająco niski poziom kultury muzycznej w życiu codziennym, wszędzie – nie wyłączając mediów, wśród których jedynie Program Drugi Polskiego Radia, Radio Classic oraz TVP Kultura umożliwiają kontakt z muzyką klasyczną.
Już z przytoczonych tu przykładów wyraźnie widać, że dotychczasowy system edukacji muzycznej nie jest wystarczający. Funkcjonuje on jeszcze co prawda siłą rozpędu, ale jest mocno przestarzały. Został stworzony na wzór szkolnictwa radzieckiego, co w zestawieniu z obowiązującą w szkołach muzycznych (w polskich realiach często wynaturzoną) relacją mistrz-uczeń, brakiem pieniędzy oraz pomysłów na politykę kulturalną, tworzy tykającą bombę zegarową.
W Polsce nie ma jakiegokolwiek zinstytucjonalizowanego kształcenia muzycznego na etapie przedszkolnym, z wyjątkiem drogich, prywatnych szkół Yamaha, które (jako import z Japonii) zaczęły powstawać u nas na początku lat 90. W szkołach podstawowych i średnich bardzo często nie tylko nie ma chóru, orkiestry czy innego zespołu uczniowskiego (gdy np. w Stanach Zjednoczonych nawet w najgorszym college’u istnieje tzw. marching band, czyli marszowa orkiestra dęta), ale także – z braku pieniędzy – w ogóle zajęć z muzyki. W liceum treści z zakresu historii muzyki włączono w ramy przedmiotu wiedza o kulturze, który prowadzą zwykle plastycy. To wszystko, w połączeniu z brakiem promocji państwowych szkół muzycznych oraz nagminnym zamykaniem domów kultury, świetlic i ognisk muzycznych w wielu mniejszych miejscowościach, prowadzi do upadku rodzimej kultury dźwięku.
Bardzo często nadwiślańscy intelektualiści narzekają na gusta artystyczne młodzieży, która Chopina kojarzy z marką wódki, a z głośników puszcza techno lub disco-polo. Dlaczego młodzi ludzie nie lubią jazzu, tak jak Skandynawowie, lub muzyki klasycznej, jak ludy Dalekiego Wschodu? Problem polega na tym, że dzieci trzeba uczyć słuchać muzyki od najmłodszych lat. Powinni to robić z jednej strony rodzice, z drugiej zaś państwo, którego jednym z zadań jest prowadzenie polityki kulturalnej. Młody Polak powinien wiedzieć nie tylko, kim byli Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz i Zbigniew Herbert, ale także znać nazwiska Karola Szymanowskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego, Witolda Lutosławskiego czy Krzysztofa Pendereckiego, ponieważ znają je rówieśnicy z krajów Unii Europejskiej. A co ważniejsze, bardzo często także słuchają tych kompozytorów i potrafią rozpoznać ich dzieła. Gdy zamyka się kolejne ognisko artystyczne w Polsce B, warto zastanowić się nad tym, że właśnie tam mógł rozwijać swój talent niejeden młody człowiek, który – pozbawiony takiej możliwości – zamiast zajęć muzycznych wybierze teraz wiejską dyskotekę.
Nie wiemy, czy El Sistema to jedyny i najlepszy system edukacji artystycznej, ale mamy świadomość tego, że w piramidzie problemów państw wysoko rozwiniętych potrzeby kulturalne mieszkańców zajmują niezwykle ważne miejsce. Państwo, które chce się rozwijać i zajmować poważną pozycję na światowej arenie politycznej, nie może pozwolić sobie na taki stan kultury. Warto więc zainicjować na ten temat debatę, której – mamy nadzieję – ten artykuł stanie się początkiem.
przez redakcja | poniedziałek 30 stycznia 2012 | kultura zaangażowana, nasze rozmowy
O ACTA, zagrożeniach związanych z tym porozumieniem i protestach przeciwko niemu rozmawiamy z Jarosławem Lipszycem, prezesem Fundacji Nowoczesna Polska.
***
Jakim graczom, aktorom politycznym i ekonomicznym zależy na tym, by porozumienie ACTA weszło w życie?
Jarosław Lipszyc: Na wejściu w życie tych porozumień zależy przede wszystkim Stanom Zjednoczonym i ich rodzimym korporacjom, których zyski zależą od stopnia represyjności systemu własności intelektualnej na całym świecie. Wiemy więc, kto będzie beneficjentem tego systemu, ale także kto na nim straci – Polska oczywiście straci. Znacznie ciekawsze jest natomiast pytanie, co robimy dalej po uruchomieniu tej ogromnej energii społecznej.
Co w takim razie jeszcze możemy zrobić jako osoby, które nie zgadzają się na podpisywanie takiego porozumienia?
J.L.: Myślę, że należy najpierw odpowiedzieć, co jest złego w globalnym systemie własności intelektualnej, że wywołuje on takie protesty oraz jak naprawić go tak, aby odpowiadał potrzebom obywateli. Jest to obecnie najważniejsze i podstawowe pytanie. Bo co do tego, że traktat ACTA jest politycznym samobójstwem dla każdego polityka, który będzie chciał go parafować, nikt już nie ma wątpliwości. Mam nadzieję, że polscy politycy też to rozumieją i ACTA trafi tam, gdzie powinno być od samego początku – czyli do kosza. Nie wiadomo tylko, czy politycy i obywatele będą mieli wystarczająco dużo siły, determinacji i odwagi, aby rozpocząć poważną dyskusję na temat systemu własności intelektualnej i wyciągnąć z niej wnioski. Obecne próby podczepiania się pod protesty różnych grup politycznych wskazują na chęć instrumentalnego, a więc niepoważnego, potraktowania tego tematu i nie wróżą dobrze. Osobiście nie mam ochoty brać udziału w cyrku walki o władzę. Chciałbym rozmawiać o ideach.
Jak mógłby Pan ocenić dotychczasowe działania rządu Donalda Tuska w zakresie funkcjonowania Internetu, czy szerzej – społeczeństwa informacyjnego, choćby w kontekście idei „open government”, lansowanej przez ministra Boniego?
J.L.: Idea „otwartego rządu” jest oczywiście niezwykle ważną sferą. Mamy problem reprezentacji, który polega na tym, że klasa polityczna jako taka oderwała się od obywatela i nie reprezentuje jego interesów. Obecne protesty wskazują na to, że co jakiś czas pojawiają się kwestie, których politycy zupełnie nie rozumieją – nie rozumieją też głosu społeczeństwa w tych sprawach. Wypowiedzi polityków, że ludzie protestują bo nie rozumieją o co chodzi, a oni im to wszystko wytłumaczą, to wypowiedzi – krótko mówiąc – aroganckie. Traktuje się obywateli jak dzieci, którym teraz rodzic powie, co jest dobre, a co złe. To nie jest dobry przykład na to, jak powinno się toczyć debatę z obywatelami. Ale tak samo niedobre są dziś głosy polityków opozycji, którzy usiłują wykorzystać medialność tematu do promowania swoich ugrupowań. Nie o to przecież chodzi.
Potrzebujemy nowych mechanizmów, które dadzą obywatelom realne narzędzia wpływania na decyzje polityczne, ponieważ 4-letni cykl wyborczy najwyraźniej przestał pełnić swoją funkcję. Żyjemy w świecie zbyt dynamicznym, aby decyzje można było podejmować raz na 4 lata. I kilka takich narzędzi można sobie wyobrazić. Jednym z nich jest np. obywatelska inicjatywa ustawodawcza, realizowana za pośrednictwem Internetu, która umożliwiłaby obywatelom zbieranie podpisów pod inicjatywami ustawodawczymi. Odpowiednia ilość podpisów zobowiązywałaby Sejm do prac nad tymi problemami i pomysłami. Po drugie, kwestia dostępu do dokumentów – obywatele powinni mieć do nich dostęp identyczny jak urzędnicy. Musimy wdrożyć system, w którym dokumenty krążą w sposób jawny, gdzie nie ma uprzywilejowanych urzędników czy posłów, którzy mają do nich dostęp, z wyjątkiem tych z klauzulą „poufne” czy „tajne”. Dopiero gdy dokumenty i sposoby procedowania będą jawne, obywatele otrzymają wszystkie dane, które umożliwią im nadzorowanie poczynań władzy.
ACTA dotyczą – wydawałoby się słusznych – postulatów konieczności chronienia praw twórców. Jakie regulacje czy rozwiązania dostatecznie by je chroniły, a równocześnie nie wylewały dziecka z kąpielą, czyli nie ograniczały praw obywatelskich?
J.L.: Dyskusja o kwestiach prawa autorskiego i innych praw tzw. własności intelektualnej od 20 lat toczy się głównie w sferze propagandy, a nie faktów. Trzeba więc najpierw rozwiać kilka mitów. Mitem pierwszym jest to, że istnieje jakaś grupa twórców, która jest inna niż obywatele. Każdy obywatel jest twórcą, ponieważ my wszyscy robimy zdjęcia czy piszemy teksty. Publikujemy je na blogach, na Facebooku, Naszej-Klasie, Twitterze, publikujemy je w komentarzach na portalach internetowych – wszyscy jesteśmy twórcami. Nie ma osobnej klasy „twórców”, która byłaby różna od klasy o nazwie „obywatele”. Ministerstwo Kultury spotyka się nie z twórcami, czyli z obywatelami, lecz z przemysłem praw autorskich. To są dwie zupełnie różne grupy. Dopóki nie zrozumiemy tej różnicy – nie zrozumiemy też skutków, które ona rodzi i nie będziemy w stanie poprawnie i sensownie zaprojektować regulacji w kwestii praw autorskich.
Druga, niezmiernie istotna kwestia: wszyscy jesteśmy na raz odbiorcami i nadawcami treści. To oznacza, że prawo autorskie reguluje nie jakiś rynek dóbr kultury, lecz całość procesów komunikacji społecznej. Ponieważ komunikujemy się ze sobą za pośrednictwem mediów, każdy nasz akt komunikacyjny to publikacja regulowana przez prawo autorskie. Ponownie: dopóki nie zrozumiemy, że prawo autorskie nie jest regulacją, która ma funkcjonować na określonym rynku produktów kulturalnych, lecz obejmuje całość procesów komunikacji społecznej, niewiele będziemy w stanie zrobić. Oznacza to, że system który musimy zbudować, powinien umożliwiać nam komunikację.
Weźmy modelowy przykład, o którym lubię mówić: Zosia znajduje w Sieci zdjęcie i wrzuca je na swój blog dlatego, że stanowi ono wiadomość, którą chce zakomunikować swoim bliskim. Nie jest ona twórcą tej wiadomości w sensie prawa autorskiego – ale jest autorem tej wiadomości w tym sensie, że jest to coś, co chce wyrazić i przekazać innym. Dopóki nie stworzymy systemu prawnego, w którym Zosia może to zrobić legalnie – a dzisiaj taki akt komunikacyjny jest nielegalny – dopóty ten system nie będzie działał. Nadajemy i odbieramy komunikaty i bardzo często nie są to komunikaty, których jesteśmy twórcami – w sensie prawno-autorskim. Ale jesteśmy ich autorami w takim sensie, że one nas wyrażają. Jest to modelowy przykład, który może służyć jako papierek lakmusowy, wskazujący, czy system, który stworzyliśmy, jest dobry, działa sensownie i służy społeczeństwu.
Jest oczywiste, że system który mamy dzisiaj, pochodzący z połowy XIX wieku, został wymyślony w zupełnie innych realiach medialnych. Mieliśmy wtedy do czynienia z bardzo niewielką ilością transakcji w sensie ekonomicznym. Autor negocjował z wydawcą warunki, następnie podpisywał umowę i zawierał transakcję. Koszt transakcyjny jest tu bardzo wysoki, nie jest on jednak tak istotny, ponieważ wartość transakcji jest bardzo duża. Dzisiaj, gdy Zosia wykorzystuje zdjęcie, także zawiera transakcję – tyle że jej wartość jest mikroskopijna. Zatem wysiłek, który musiałaby podjąć, aby zalegalizować swoje działanie – skontaktować się z autorem, podpisać z nim na papierze umowę itd. – jest niewspółmiernie wysoki w stosunku do wartości transakcji. Zosia jest więc zmuszona do tego, by złamać prawo z uwagi na bardzo wysokie koszta transakcyjne.
Obserwując aktywność zwykłego obywatela na Facebooku, który w ciągu jednego dnia wrzuca kilkanaście zdjęć, przekleja kawałki tekstów itd. – zrozumiemy, że ta cała aktywność komunikacyjna jest nie do zrealizowania w sposób legalny. To po prostu niemożliwe. W związku z tym jedyny działający system, który można sobie wyobrazić, musiałby spełniać kilka warunków brzegowych. Po pierwsze, musiałby jakoś zalegalizować niekomercyjne użytkowanie utworów. To, które nie ma żadnego znaczenia ekonomicznego i na którym nikt nie zarabia. Jeżeli Zosia chciałaby sprzedawać te zdjęcia, to jest to zupełnie inna sytuacja. Ale Zosia nie chce tego robić – ona chce coś zakomunikować światu. Drugi problem dotyczy tego, iż niesłychanie rozciągnęliśmy ochronę praw autorskich w czasie – aż do 70 lat po śmierci autora. Tymczasem nie ma to żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Z ekonomicznego punktu widzenia czas funkcjonowania na rynku większości utworów jest bardzo krótki, bo wynosi najwyżej kilka lat od momentu pierwszej publikacji. Po trzecie: bardzo wiele utworów korzysta z ochrony automatycznie, chociaż tak naprawdę nikt nie jest zainteresowany, aby je chronić. Należy być może poważnie się więc zastanowić nad powrotem do systemu istniejącego kiedyś, w którym chronione są tylko utwory w jakiś sposób zgłoszone do „ewidencji”. Innymi słowy – chronimy nie wszystko jak leci, lecz to, co faktycznie potrzebuje ochrony. Po czwarte zaś musimy na nowo przemyśleć powinności państwa w sytuacjach, gdy są angażowane publiczne fundusze. Wydaje się logiczne, że utwory stworzone za pieniądze wszystkich podatników powinny być automatycznie wyjęte spod ochrony praw autorskich. Skoro my, obywatele, już za nie zapłaciliśmy, to powinniśmy mieć pełne prawo do korzystania z nich bez żadnych ograniczeń innych niż wynikających z tzw. praw osobistych.
W takim razie na koniec – jaka jest przyszłość porozumienia ACTA? Kilka krajów UE jeszcze go nie podpisało…
J.L.: Mam nadzieję, że to porozumienie jest już politycznie martwe i zostanie odrzucone w procesie ratyfikacyjnym zarówno w Polsce jak i w UE – a tym samym po prostu przestanie istnieć. Ewentualne przyjęcie go będzie oznaczać zabetonowanie istniejącego systemu własności intelektualnej i uniemożliwi nam jakiekolwiek reformy. A dzisiaj widać już, że nie jest to coś, co obywatele są skłonni zaakceptować.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Mateusz Mirys, 23 stycznia 2011 r.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | kultura zaangażowana, nr 3/2011
Według danych Biblioteki Narodowej, jedynie 44% Polaków w ciągu ostatniego roku (2010) miało jakikolwiek kontakt z dowolną książką. W podobnych badaniach w Czechach i Francji wskaźnik ten wyniósł odpowiednio 83 i 69%. Jednym z podmiotów, które mogą pomóc zmienić niepokojącą tendencję, są przyzwoicie finansowane i nowocześnie zorganizowane biblioteki publiczne.
Na pomoc (finansową)
W 2009 r. istniało w Polsce 8392 bibliotek publicznych oraz ich filii – 2888 w miastach oraz 5504 na wsiach. Od 1989 r. ubyło ich 1921, z czego aż 1467 na terenach wiejskich. Tymczasem, jak podkreśla Bronisława Woźniczka-Paruzel, profesor bibliotekoznawstwa UMK w Toruniu, biblioteki odgrywają bardzo ważną rolęw środowiskach lokalnych, zwłaszcza na terenach wiejskich i małomiasteczkowych. Nierzadko są tam jedynymi instytucjami kultury, które nie tylko współtworzą życie miejscowych społeczności, ale również kształtują społeczeństwo wiedzy i informacji.
Te, które przetrwały, zazwyczaj gnębią poważne niedobory finansowe. Wynika to m.in. ze stereotypowego podejścia decydentów różnego szczebla. Mają oni niewielkie pojęcie, jakie zadania stawia się dziś przed książnicami. – Wójt, sołtys czy prezydent miasta, którzy zresztą zwykle czytają mało lub niechętnie, mają w głowie obraz siermiężnej biblioteki szkolnej z czasów własnej młodości. Dlatego np. automatyzację bibliotek uważają za fanaberię – podkreśla pani profesor.
Rozbudowa dróg szybko przynosi widoczne skutki, natomiast inwestycja w instytucje czytelnicze daje efekty po latach i nie każdy uważa, że jest konieczna. – Bardzo ciekawe było, kiedy przeanalizowaliśmy 16 regionalnych programów rozwoju, tworzonych przez województwa w celu wykorzystania środków unijnych. Tylko w dwóch padło słowo „biblioteka” – zauważył na łamach prasy Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki, powołanego przez resort kultury m.in. do popularyzacji czytelnictwa.
Jak wynika m.in. z oceny dokonanej na potrzeby Narodowej Strategii Rozwoju Kultury na lata 2004-2013, wydatki na tę dziedzinę życia społecznego w przeliczeniu na mieszkańca są u nas wyjątkowo niskie. Podczas gdy za międzynarodową normę zakupów nowości książkowych do bibliotek uznaje się 30 woluminów na 100 mieszkańców rocznie, w Polsce do 2004 r. współczynnik ten wynosił nieco ponad… 5 woluminów. Po okresie wzrostu nakładów budżetowych na ten cel, w 2009 r. Polska ponownie znalazła się w ogonie Europy (7,5 woluminów/100 mieszkańców/rok). W obliczu ogromnych rokrocznych ubytków (zagubienia, zniszczenia) w latach 2008 i 2009 księgozbiór nie tylko nie powiększył się, ale zmalał – o ponad 300 tys. woluminów.
W tej sytuacji niebagatelnym wsparciem dla bibliotek, zwłaszcza w małych gminach, stają się duże projekty pomocowe, jak Biblioteka+. Ten program Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, realizowany pod auspicjami Instytutu Książki, ma na celu przekształcenie bibliotek gminnych w nowoczesne centra dostępu do wiedzy, kultury oraz ośrodki życia społecznego. Biblioteki mogą ubiegać się m.in. o środki na internetyzację. – To przełamanie bariery cywilizacyjnej – podkreśla Gauden.
Wsparcie dla czytelnictwa przychodzi także czasem ze strony prywatnych darczyńców. Fundacja Billa i Melindy Gatesów we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności powołała Program Rozwoju Bibliotek. Dzięki niemu ponad 3300 prowincjonalnych przybytków książki ma szanse m.in. wzbogacić się o sprzęt informatyczny i multimedialny. Wdrażaniem pięcioletniego programu (2009-2013), o łącznym budżecie 28 mln dolarów, zajmuje się Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego (FRSI). Oprócz wyposażania instytucji w sprzęt, organizuje praktyczne szkolenia, dotyczące np. planowania rozwoju biblioteki, organizacji klubów filmowych, dokumentacji historii regionu, motywowania młodzieży do współpracy. Dodatkowo, placówkom które nie korzystały dotąd z oferty „Biblioteki z Internetem TP” (Grupa TP SA), zaoferowano darmowe podłączenie do Sieci.
Program uwzględnia element bardzo istotny z punktu widzenia budowy aktywnej „sieci społecznej”: integrację bardzo różnych podmiotów wokół podobnych celów. Przykładowo, w jego ramach Polskie Towarzystwo Bibliologiczne rozpoczęło współpracę z dziewięcioma uniwersytetami nad nowymi programami kształcenia bibliotekarzy, przygotowującymi do prowadzenia małej lokalnej biblioteki. We wszystkich województwach powstały Regionalne Partnerstwa na rzecz Rozwoju Bibliotek.
Wspólnota wokół książek
Zdaniem Małgorzaty Dąbrowskiej z FRSI, idealna instytucja czytelnicza łączy dotychczasowe funkcje z zupełnie nowymi. – Powinna być pomostem między światem słowa drukowanego a światem multimediów, z których w coraz większym stopniu czerpiemy wiedzę o rzeczywistości – przekonuje.
Jednak wykraczanie poza standardowe udostępnianie książek nie musi się opierać na nowych technologiach – bardzo wartościowe bywają także inicjatywy „staroświeckie”. Dobry przykład stanowią Dyskusyjne Kluby Książki (DKK), zainspirowane działalnością British Council. Można je określić jako inicjatywę oddolną, której formę nadaje jednak Instytut Książki. Z wysokości szczebla centralnego obserwuje on i wspiera kluby, m.in. przekazując specjalne pozycje książkowe. Jednak życie w ramy stworzone przez instytucję wlać muszą sami wielbiciele literatury, którzy spotykają się, żeby wymienić wrażenia po lekturze.
Od 2007 r. na terenie całej Polski wyrosło ok. 700 takich klubów. Łączy je idea delektowania się literaturą w większym gronie, ale sposoby „przyrządzania głównego dania” bywają rozmaite. Wiele zależy od osobowości moderatora, pełniącego funkcję swoistego „mistrza ceremonii”. Elżbieta Kalinowska, koordynująca program z ramienia Instytutu, wyjaśnia, że za jego sprawą spotkanie może przybrać formę tradycyjnej rozmowy, ale także stać się zaczątkiem bogatego życia kulturalnego – bywania na koncertach, w kinie itp. Jak zaznacza, okazało się, że dla wielu osób, zwłaszcza w małych miejscowościach, spotkanie w DKK to bardzo często jedyna okazja, żeby wyjść z domu w innym celu niż zakupy. I dodaje nie bez satysfakcji: Myślę, że to powoli przeradza się w jakiś ruch społeczny.
Rozwój bibliotek tworzy w danym miejscu pewnego rodzaju „wspólnotę kultury”. Dlatego pomysł na świątynię książki powinien uwzględniać potrzeby i ambicje danej społeczności. Przykładem ośrodka, który chce i potrafi przyciągnąć odbiorców w swoje mury, jest Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu. Działa od 1947 r., w 2008 r. rozpoczęto budowę gmachu przy ul. Minorytów 4, w którym dziś znajduje się główna siedziba, gromadzącą oprócz książek m.in. filmy, muzykę oraz tzw. audiobooki. O atrakcyjności dla różnych grup odbiorców przesądza nie tylko nowoczesność placówki, ale także jej oferta.
W ramach biblioteki działa DKK, od 2004 r. organizowany jest Ogólnopolski Konkurs na Esej, początkowo skierowany tylko do uczniów szkół ogólnokształcących i zawodowych, a obecnie także do studentów. Odbywa się tu także konkurs dla opolan „Miasto Poetów czyta wiersze”. W grudniu 2010 r. ruszył cykl spotkań „Świat wokół nas”, adresowany do uczniów Zespołu Szkół Specjalnych. Ośrodek współtworzy również cykliczną Opolską Jesień Literacką – wydarzenie gromadzi zarówno lokalnych twórców, jak i artystów z całej Polski i świata. Uczestniczy też jako partner Instytutu Książki w Festiwalu „4 Pory Książki”, a w ramach warsztatów „SPOKOjnie to MATURA” pomaga uczniom przygotować się do egzaminu dojrzałości.
Opolska biblioteka to także miejsce przyjazne rodzinom. Działa tu „Klub Mam”, w ramach którego co czwartek matki z dziećmi mogą poznawać się, rozmawiać ze sobą i specjalistami z różnych dziedzin, wreszcie – zapewnić swoim pociechom kontakt z książką jako czymś naturalnym. Młodym odbiorcom książnica poświęca szczególną uwagę. Jest „Sobota z mamą i tatą w bibliotece” – zabawy plastyczne i literackie w specjalnym „Pokoju Bajek”. Co tydzień odbywają się „Słucham, czytam, tworzę” – spotkania z książką dla przedszkolaków. Ciut rzadziej: „Z książką na walizkach. Opolskie spotkania pisarzy z młodymi czytelnikami” – impreza organizowana z łódzkim wydawnictwem „Literatura”, łącząca spotkania autorskie z warsztatami literackimi, plastycznymi). Do tego „Rozczytane soboty” – cykl w ramach ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Biblioteka organizuje również konkurs literacki „Legenda o Opolu” oraz „Dni Literatury Dziecięcej”.
To „zwykli odbiorcy” mogą najpełniej ocenić ofertę danego ośrodka. Arkadiusz Pieniążek z Opola, ojciec czteroletniej Alicji, mówi: Od otwarcia nowej biblioteki dość regularnie wstępuję tam podczas spacerów z córką, zwykle by mogła wybrać sobie nową płytę z bajkami. W zbiorach filmowych przeważa kino ambitne, lubię sięgnąć po moje ulubione animowane historie ze studia Ghibli albo nadrobić zaległości we współczesnej polskiej kinematografii, które powstały, gdy mieszkałem za granicą. Poniżej mediateki znajduje się sala, gdzie dzieci mogą się bawić, grać w gry planszowe, korzystać z komputerów. A tamtejsza czytelnia oferuje spory wybór tytułów, w tym także prasy zagranicznej, które są zwykle trudno dostępne, przynajmniej w wersji papierowej.
O tym, że również na prowincji biblioteka nie musi być miejscem nudnym czy schematycznym świadczy też inicjatywa z Wisznic k. Lublina. Alina Maniowiec, dyrektor tamtejszej Gminnej Biblioteki Publicznej, jest pomysłodawcą akcji „Odkurzyć zapomniane – młodzi reporterzy odkrywają historię małej ojczyzny”. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi, zebranie materiałów zdjęciowych, wywiadów i pamiątek zaowocowało „Słowniczkiem nazw fizjograficznych gminy Wisznice”. – Noszę w sobie poczucie misji, że powinnam zbierać te wszystkie materiały, które gdzieś tam nam umykają, i gromadzić je w bibliotece, bo to miejsce między innymi do tego służy, żeby kiedyś, w przyszłości, każdy mógł do nich zajrzeć. W ten sposób rozwijamy regionalia – tłumaczy p. Maniowiec.
Piętnaścioro uczniów gimnazjum podjęło się wędrówki po miejscowościach gminy śladem przeszłości. Przede wszystkim tej niezapisanej, niknącej wraz z odchodzeniem starszego pokolenia. Wolontariusze nagrali wiele rozmów z mieszkańcami, stworzyli zasób przekazów ustnych, dotyczących zwłaszcza pochodzenia nazw własnych miejsc – lasów, łąk, pól. Udokumentowali zabytki dawnego języka, dzięki czemu mogli potem odczuwać dumę jako współautorzy słowniczka. Od tego czasu minęło parę lat i biblioteka w Wisznicach zorganizowała jeszcze kilka podobnych akcji, np. gromadzenie tekstów piosenek ludowych z okolicznych miejscowości, również uwieńczone wydaniem publikacji.
Przykłady te pokazują, jak różnym celom kulturalnym i społecznym może służyć „staroświecka” instytucja biblioteki.Gdy działa dobrze,może bez uszczerbku dla tradycyjnych celów pobudzać „wyobraźnię kulturową”, nastawioną na współuczestnictwo, oraz ożywiać działalność publiczną.
Biblioteka obywatelska
W biuletynie Instytutu Spraw Publicznych, pt. „Analizy i Opinie” (nr 116, styczeń 2011) opublikowano tekst Grzegorza Makowskiego i Filipa Pazderskiego „Biblioteki publiczne jako przestrzeń nieformalnej edukacji obywatelskiej”. Edukacja taka jest intencjonalna, ale nie musi być częścią jakiegoś systemu, ani być prowadzona w ramach statutowej działalności konkretnych podmiotów. Zdaniem autorów, wobec niedostatków edukacji systemowej daje ona często pogłębioną możliwość zdobywania wiedzy i kompetencji pozwalających na utrzymanie więzi z państwem i innymi członkami społeczeństwa.
Wedle Makowskiego i Pazderskiego, biblioteki są potencjalnymi miejscami oddziaływania tego rodzaju edukacji. Biblioteka jest wciąż w większości przypadków instytucją publiczną, dostępną dla każdego, ponadto przez swój instytucjonalny charakter reprezentuje państwo. Autorzy postulują przede wszystkim stosowne programy i regulacje prawne, szkolenia zapewniające umocnienie lub nabycie niezbędnych kompetencji, głównie z zakresu animowania lokalnych społeczności, zapewnienie wymaganej infrastruktury w ramach „przestrzeni bibliotecznej”, a także odpowiednie wynagradzanie pracowników.
Za bardzo ważną uznana została kwestia skonsolidowania środowiska bibliotekarzy i budowy platformy ich współpracy także z przedstawicielami innych podmiotów działających na poziomie lokalnym. Brakuje szerokiego, przekrojowego, poziomego kontaktu między różnymi aktorami lokalnego życia społecznego – organizacjami pozarządowymi, szkołami i innymi instytucjami publicznymi świadczącymi usługi publiczne. Tymczasem obywatelski potencjał bibliotek wydaje się znaczny. Makowski i Pazderski wskazują na możliwe formy skutecznej działalności tych placówek we wspomnianym zakresie, jak przekazywanie członkom lokalnych wspólnot wiedzy o ich prawach i obowiązkach czy tworzenie neutralnej przestrzeni dla debat i sporów, np. o charakterze samorządowym.
Zarzucanie sieci
Wszystkie te zadania mogą być realizowane jedynie przez dobrze przygotowane kadry. W 2008 r. wśród pracowników bibliotek kwalifikacje bibliotekarskie posiadało 68,9%, w tym 34,4% wyższe wykształcenie kierunkowe. Jednak często nawet absolwenci specjalistycznych studiów podczas pracy w bibliotece ograniczają się do wypożyczania książek. Nie aktywizują lokalnych społeczności, nie włączają dzieci i dorosłych do żadnych działań kulturalnych.
Aby bibliotekarze nie zapomnieli, że obcowanie z książką może być żywym i ciekawym doświadczeniem, organizowane są specjalne programy doszkalające i motywujące do aktywności. Centrum Edukacji Obywatelskiej stworzyło w ramach Programu Rozwoju Bibliotek właśnie taki projekt. Bibliotekarze pod opieką mentorów – zawodowych szkoleniowców wpierających ich działania, otrzymają możliwość realizacji wybranego pomysłu z udziałem młodzieży.
W programie chodzi o dwustopniową edukację. Z jednej strony rozwój intelektualny i interpersonalny młodzieży poszukującej literackich czy historycznych śladów w rodzinnych stronach, zakładającej kluby filmowe itp.; z drugiej – kształtowanie różnorakich kompetencji bibliotekarzy. Zuzanna Michalska, koordynatorka programu z ramienia CEO, ma również nadzieję, że dzięki niemu pracownicy bibliotek bardziej uwierzą w siebie, w przydatność swego zawodu i wykształcenia. – Praca z młodzieżą przy projektach tego rodzajuwymaga przede wszystkim wiedzy, gdzie szukać różnych informacji, a tę posiada każdy bibliotekarz – stwierdza.
Program ma również wspomagać powstawanie sieci relacji między instytucjami edukacyjnymi i wychowawczymi w obrębie społeczności lokalnej. Bibliotekarz nawiązałby współpracę z osobami zajmującymi się młodzieżą, a ta związałaby się silniej z przybytkiem książki, bo kontakt z nim wykroczyłby poza prostą wymianę kolejnych tytułów. – Chcemy, żeby bibliotekarz poznał nauczyciela, harcmistrza; pozna też lepiej dzieci, gdy będzie z nimi coś robił. Celem jest wywoływanie fermentu w okolicy: szumu i aktywizacji obywatelskiej – podkreśla Michalska.
Marzenia do spełnienia
Należy jeszcze wiele zrobić, żeby działalność bibliotek przynosiła społecznościom lokalnym wszystkie wspomniane korzyści. Niezbędne będzie realne wsparcie władz samorządowych i centralnych, i to w postaci długoletnich planów, a nie jednorazowych akcji.
Bez tego niemożliwe będzie choćby zmniejszenie dysproporcji między miastem i wsią oraz między poszczególnymi województwami jeśli chodzi o zakup nowych książek czy wyposażenia. Przykładowo, w roku 2008 biblioteki w woj. mazowieckim na każdych 100 mieszkańców kupiły 10,4 woluminu, natomiast w woj. pomorskim jedynie 5,4. Według raportu o stanie książki, opublikowanego na potrzeby Kongresu Kultury Polskiej w 2009 r., szczególną bolączką jest problem lokalowy. Jednym z istotniejszych problemów, z jakimi boryka się większość bibliotek publicznych, jest zły stan pomieszczeń i budynków […] Wielu bibliotekom publicznym trudno nadążyć za zmianami w zakresie organizacji i przestrzennego zagospodarowania lokali bibliotecznych, które wynikają z przeobrażeń zachodzących w samych bibliotekach (zmiany realizowanych przez nie funkcji, poszerzający się zakres usług, wdrażanie nowych technologii komputerowych). Dotychczas prowadzone badania pokazały, że budownictwo biblioteczne jest dziedziną niedoinwestowaną. Sytuacja lokalowa w poszczególnych województwach jest bardzo zróżnicowana, przy czym różnice te nie wynikają z żadnych uchwytnych uwarunkowań społeczno-demograficznych czy struktury potrzeb – czytamy w opracowaniu.
Jeśli biblioteka ma dobrze funkcjonować, zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach, jeśli ma odpowiadać na nowe potrzeby społeczności – jej potrzeby nie mogą być marginalizowane. Kluczowa jest tutaj zmiana myślenia: uznanie bibliotek za ważne instytucje, w których toczy się życie obywatelskie i wspólnotowe. Tak jak w modelu skandynawskim, który przywołał Grzegorz Gauden: W Szwecji w jednej z miejscowości biblioteka była głównym budynkiem, dumą władz. Dla mieszkańców powodem, by uznać, że władze dobrze pracują, było to, że biblioteka dobrze działa. Stojąca w centrum nowoczesna biblioteka, służąca ludziom przez 8-10 godzin dziennie, otwarta dla nich – to jest najlepsza rzecz, którą oni, pochodzący z wyboru społecznego, mogą dać głosującej na nich społeczności.
Podać pomocną książkę
Nie samym chlebem żyje człowiek. Gdybym był głodny i chory, nie żebrałbym na ulicy o chleb, lecz o pół chleba i książkę – powiedział hiszpański poeta Federico García Lorca, przemawiając podczas otwarcia biblioteki w swoim rodzinnym mieście w 1931 r.
Wśród pomysłów na twórcze wykorzystanie mocy oddziaływania literatury znalazła się koncepcja wspomagania dzieci i młodzieży borykających się z różnego rodzaju problemami. Odpowiednio skomponowane zajęcia terapeutyczne, których sedno stanowi opowieść, pozwalają zmierzyć się z trudnościami w kontaktach międzyludzkich, przepracować rozmaite traumy.
Jednak spotkanie ze słowem drukowanym uzdrawia także w sensie społecznym: włącza do wspólnoty, zaprasza do refleksji i dyskusji, a więc przełamuje wykluczenie. Taka „biblioterapia społeczna” uaktywnia się dzięki ludziom gotowym podjąć niecodzienną inicjatywę i „podać pomocną książkę”.
Idea „bibliotek podwórkowych” narodziła się w końcu lat 60. we Francji. Książka opuściła wtedy hermetyczne czytelnie oraz pachnące nowością księgarnie i z pomocą wolontariuszy „zeszła na ziemię” – do slumsów, blokowisk, zaniedbanych dzielnic całego globu – aby dać zamieszkującym je dzieciom szansę na odkrycie dla siebie świata literatury, wiedzy, nauki.
Ruch ATD Czwarty Świat, który prowadzi taki projekt, od ponad trzech lat również w Polsce „otwiera” uliczne biblioteki. Obecnie działają one w Warszawie, Kielcach, Lidzbarku, w 2010 r. powstały także w Mięcierzynie (woj. kujawsko-pomorskie) i Strzelcach Opolskich. Wolontariusze, najczęściej młodzi ludzie, przeprowadzają „rozpoznanie terenu”, szukają odpowiedniej lokalizacji, by „założyć” bibliotekę. – Wybieramy miejsca, gdzie mieszkają rodziny z dziećmi, z którymi chcielibyśmy się poznać i którym chcielibyśmy pomóc zaprzyjaźnić się z książkami – mówi Agnieszka Kaszkur z Ruchu. – Miejsce zajęć przygotowuje się prosto i szybko. Rozkładamy kocyki, stawiamy stołeczki, otwieramy walizkę z książkami – i już. Następuje czas na głośne czytanie, ale również zabawę, różne zajęcia – plastyczne, sportowe, muzyczne, zależnie od upodobań podopiecznych i opiekunów, oraz rozmowy – także o ważnych i trudnych sprawach.
Niezwykle istotne jest wprowadzanie w życie pomysłów młodych czytelników, ale w pierwszej kolejności docenianie wszystkich ich osiągnięć. – Dla wielu z nich chlebem powszednim są niepowodzenia, fundowane przede wszystkim przez szkołę. Sukcesem biblioteki jest każdy sukces, który odnosi dziecko uczestniczące w zajęciach – podkreśla Kaszkur. Spotkania odbywają się regularnie, w tych samych miejscach – to ważne, bo pozwala budować zaufanie i tworzyć więzi. Biblioteki podwórkowe nie są zwykłą akcją dobroczynną. – To działanie wpisane w walkę Ruchu ATD o respektowanie praw człowieka, małego i dużego, niezależnie od jego sytuacji życiowej. Jednym z nich jest przywilej korzystania z dóbr kultury.
„Biblioterapia społeczna” jest także pewną szansą dla osadzonych, których tysiące odsiadują wyroki w polskich więzieniach. Są zamknięci nie tylko w strzeżonym budynku, ale często i w sposobie odbioru rzeczywistości. Znalazł się jednak ktoś, kto zechciał „przerzucić za mury dynamit” – była to dziennikarka, krytyk sztuki i performerka, Agnieszka Kłos.
Zbierając w zakładzie penitencjarnym w rodzinnym Rawiczu materiały do tekstu o sztuce więźniów, odnalazła zaniedbaną bibliotekę, zaopatrzoną głównie w stare podręczniki do chemii i fizyki. Zbliżało się Boże Narodzenie (była zima 2006 r.) i Agnieszka Kłos postanowiła dać więziennej bibliotece szansę na zmianę oblicza. Dokonała przeglądu swoich zbiorów i przygotowała paczkę, można by powiedzieć, „z innego świata”: książki poszerzające horyzonty bardziej niż 50-letnie podręczniki nauk ścisłych.
Co więcej, jako osoba posiadająca, jak sama to określa, „talent do wynajdywania nisz i braków społecznych”, postanowiła nie poprzestać na jednostkowym wsparciu, lecz zaapelowała o pomoc do szerszego grona. – Napisałam tekst, w którym wyjaśniłam, czemu należy zebrać książki, wysłałam go do portali księgarskich, redakcji literackich i komercyjnych, ludzi sztuki, recenzentów, nauczycieli akademickich i intelektualistów. Ludzie ruszyli jak lawina – mówi p. Agnieszka. W ramach akcji „Książka za kraty” biblioteka więzienia w Rawiczu otrzymała książkowe wsparcie ze strony muzeów, redakcji pism (w tym „Obywatela”), osób publicznych, a także rodzin czy studentów.
Jak zaznacza Adam Piórkowski, specjalista Biura Penitencjarnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej, popularyzacja czytelnictwa wśród osób pozbawionych wolności daje szansę na eliminowanie negatywnych skutków wynikających z faktu długotrwałego przebywania w warunkach izolacji. Jednocześnie, jest jednym z ważniejszych czynników kształtujących postawy prospołeczne, przez co przyczynia się bezpośrednio do skuteczniejszej realizacji procesu wtórnej socjalizacji osoby uwięzionej.