przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Z Polski rodem
Jak pisał biograf ks. Okonia, w swoim czasie stał się on w niektórych okolicach naszego kraju bożyszczem biedoty chłopskiej, a równocześnie postrachem i zmorą dziedziców, wiejskich bogaczy, plebanów. Chwalili go i darzyli sentymentem ludzie prości „z rękami czarnymi od pługa”, a ganili i obrzucali złymi słowami wszelkiego rodzaju posesjonaci, czerpiący zyski z cudzej pracy. Jego wiece bywały nierzadko widowiskiem godnym bogów – odbywały się przy protestacyjnym biciu w kościelne dzwony, chóralnym zawodzeniu nabożnych pieśni, histerycznych okrzykach bractw różańcowych, a równocześnie przy entuzjazmie i wiwatach zgromadzonych mas chłopskich1.
Postać ks. Okonia wyróżnia się zdecydowanie spośród licznych duchownych, ale również działaczy społecznych i politycznych dwudziestolecia międzywojennego. Zdecydowały o tym jego radykalizm, bezkompromisowość, żarliwość oraz ostry, momentami zjadliwy język, jakiego używał. Był to typ prawdziwego trybuna ludowego, do którego nie można było mieć obojętnego stosunku. Jego postawa i działania powodowały, że albo stawało się po jego stronie, albo zaciekle go zwalczało jako populistę i demagoga.
***
Eugeniusz Okoń urodził się w Boże Narodzenie 1881 roku w Radomyślu nad Sanem2, w chłopskiej rodzinie, jako pierworodny syn Wincentego i Anieli Okoniów. W następnych latach przyszło na świat jeszcze sześcioro rodzeństwa, w związku z czym wyżywienie tej licznej rodziny z niewielkiego gospodarstwa było nie lada wyzwaniem. W rodzinnej miejscowości ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, jednak rodzice postarali się, by zdolny chłopiec mógł kontynuować naukę. Wysłano go więc do gimnazjum w Rzeszowie, gdzie uczył się w latach 1894–1902. Po otrzymaniu matury zgłosił się do seminarium duchownego w Przemyślu, w którym przebywał następne cztery lata. Jako jeden z najzdolniejszych seminarzystów został zgłoszony przez kierownictwo placówki do przygotowania odczytu na temat Adama Mickiewicza w związku z odbywającymi się w seminarium uroczystościami poświęconymi życiu i twórczości poety. Przybyli na nie wszyscy księża-profesorowie oraz biskupi, na czele z ordynariuszem diecezji bp. Józefem Pelczarem. Wykład Okonia tak przypadł do gustu biskupowi Pelczarowi, że nakazał go wydrukować oraz rozesłać do wszystkich księży diecezji przemyskiej.
Po uzyskaniu święceń kapłańskich nasz bohater został skierowany jako wikariusz do parafii Rudka w pobliżu Sambora. Właścicielem majątku Rudka był Aleksander Skarbek, polityk endecki, poseł na Sejm Krajowy Galicji i członek austriackiej Rady Państwa. Zauważył on młodego księdza wyróżniającego się zaangażowaniem oraz działalnością. Polecił go uwadze czołowych narodowych działaczy tamtego okresu – Stanisława Grabskiego oraz Stanisława Głąbińskiego. W ten sposób na początku swojej drogi kapłańskiej Okoń znalazł się w kręgu oddziaływania endecji.
W pierwszych dziesięciu latach posługi kapłańskiej aż osiem razy przenoszono go do różnych parafii. Było to związane z jego temperamentem i działalnością wśród ludności wiejskiej. Rozbudzanie polityczne chłopstwa zazwyczaj nie podobało się proboszczom tych parafii, w których ks. Okoń pełnił obowiązki wikariusza, stąd podejmowane przez nich starania o przeniesienie niepokornego duchownego gdzie indziej. W Świlczy k. Rzeszowa, gdzie w 1911 roku sprawował obowiązki kapłańskie, decyzja o jego przeniesieniu do Majdana Kolbuszowskiego zaowocowała protestami parafian i pismem w tej sprawie, wysłanym do kurii w Przemyślu, które jednak nie przyniosło pożądanych rezultatów. Ks. Okoń usłuchał biskupiego nakazu, zapakował skromny dobytek osobisty i był gotów do drogi. I oto wtedy zajeżdża po niego udekorowany wóz. Za wozem, na którym usadowił się ks. Okoń, jedzie chłopska banderia, złożona z kilkudziesięciu koni, oraz furmanki z ludźmi, a na przedzie – orkiestra. […] Cała ta barwna, strojna kawalkada defiluje ulicami Rzeszowa aż do dworca kolejowego. Wzbudza to poruszenie, sensację, pojawiają się wszędobylscy fotografowie, robią zdjęcia, które następnie ukazują się w niektórych ówczesnych pismach ilustrowanych w Galicji. Tak wyglądał pierwszy triumfalny pochód tego młodego kapłana3.
Na czas jego pobytu w Majdanie Kolbuszowskim przypadły wybory do parlamentu austro-węgierskiego w Wiedniu. Ksiądz Okoń prowadził w związku z tym agitację, uświadamiając chłopów, że powinni głosować zgodnie ze swoimi interesami, a więc na ludzi, którzy zechcą bronić ich sprawy na forum parlamentarnym. Wkrótce został wezwany do Lwowa przez przywódców narodowej demokracji, którzy zaproponowali mu start z ich list w wyborach w powiecie kolbuszowskim. Przeszkodą jednak okazał się wiek Okonia, któremu brakowało kilku miesięcy do osiągnięcia wymaganego wówczas cenzusu 30 lat. Wymyślono wyjście z tej sytuacji – nakłoniono ks. Okonia, aby znalazł jakiegoś zaufanego chłopa, który wystawiony zostanie jako kandydat na posła, on sam zaś zostanie kandydatem na zastępcę posła. Po kilku miesiącach figurant miał zrzec się mandatu, a jego miejsce zająć miał ks. Okoń. Kandydatem został Antoni Lewicki z Huty Komorowskiej, który zgodził się na wszystkie warunki i podpisał zobowiązanie do zrzeczenia się mandatu. Misterny plan jednak zawiódł, gdyż po udanych wyborach ani Lewicki nie chciał rezygnować, ani narodowa demokracja nie kwapiła się, aby zastąpić uległego chłopa krnąbrnym duchownym. Podczas kampanii wyborczej ks. Okoń dawał bowiem wyraz swoim rzeczywistym poglądom: podburzał masy chłopskie, ciskał gromy nie tylko na zaborców, lecz także pod adresem polskich właścicieli ziemskich, wskazywał na wyzysk, niesprawiedliwość i krzywdę, to wszystko zaś niekoniecznie było zgodne z linią obozu narodowego.
Rozczarowany, odsunął się od endecji i zbliżył do ruchu chrześcijańsko-społecznego ks. Stojałowskiego. W 1913 roku miały miejsce wybory do Sejmu Krajowego we Lwowie. Okoń postanowił w nich startować, nie wiążąc się jednak z żadnym stronnictwem politycznym. Wysunął swoją kandydaturę w dwóch okręgach jednocześnie: kolbuszowskim i krośnieńskim. O ile w tym pierwszym sromotnie przegrał z Janem Stapińskim, o tyle w drugim uzyskał mandat poselski, wygrywając z hr. Tyszkiewiczem z Kolbuszowej. W Sejmie nie związał się z żadnym klubem poselskim, pozostając tzw. posłem dzikim. Z powodu izolacji nie przejawiał większej aktywności w Sejmie Krajowym, który zresztą wraz z wybuchem wojny został rozwiązany.
***
Koniec I wojny światowej to okres, w którym Okoń intensyfikował działalność. Za jej sprawą nazwisko księdza wkrótce stało się głośne nie tylko w Galicji, lecz także na wszystkich ziemiach odradzającej się Rzeczypospolitej. Pierwszy głośny wiec z jego udziałem odbył się 2 listopada 1918 roku w Radomyślu. Wówczas to na jego wezwanie zebrani chłopi przewracali słupy graniczne oddzielające Galicję od Królestwa. Nawiązał w tym czasie współpracę z Tomaszem Dąbalem, pełniącym obowiązki komendanta żandarmerii w Tarnobrzegu z ramienia Polskiej Komisji Likwidacyjnej.
Do przełomowego wydarzenia, uważanego za początek tzw. Republiki Tarnobrzeskiej, doszło 6 listopada 1918 roku. Wtedy to zorganizowano na rynku tarnobrzeskim wiec pod pomnikiem Bartosza Głowackiego. Zgromadził on ok. 30 000 ludzi, do których ks. Okoń wygłosił płomienną mowę. Nie wahał się grać na emocjach, wskazywać winowajców chłopskiej krzywdy oraz nawoływać do radykalnych zmian, które muszą zostać urzeczywistnione wraz z końcem wojny. Żołnierze, robotnicy i ty, biedoto chłopska! Zaświtał wreszcie dla was wszystkich dzień wyzwolenia, swobody, porachunku za tyle krzywd doznanych, za tyle poniewierania twej godności, za tyle wyzysku ciebie, chłopie polski, który, jakkolwiek jesteś krwią, siłą i mózgiem tej ziemi, poniewierany byłeś i poniżany. Już nie będziesz się wysługiwał i krwawo mozolił dla obcej sprawy. […] Precz z jaśnie wielmożnymi dziedzicami, precz z utracjuszami, tyś powinien zamieszkać w tych pałacach, a do okopów wpędzić tych, co się obojętnie przyglądali twej biedzie. Ta ziemia, której broniłeś, tobie ma przypaść, a ty, chłopie, który pracowałeś w pocie czoła po dworach pańskich za marne pomieszczenie po czworakach i garść soczewicy, który trząsłeś się na widok pana rządcy, ty, którego widok oblicza jaśnie pana wprawiał w drżenie i strach zarazem, tak że na nogach twych porcięta ze strachu latały jak na wrzecionie. […] Dość przez tyle wieków napracowałeś się dla panów, aby oni opływali we wszystko, a ty, abyś gnił na barłogu. Pan Bóg nie stworzył tej ziemi, tych lasów jedynie dla nich. To twoja własność również. I powinieneś korzystać z tego. Precz ze strażą leśną i łąkową, precz z lizunami hrabskimi, rządcami i leśnymi! Zeżryj, ty chłopie, choć raz do syta.
Zakończył swoje przemówienie również znamiennymi słowami, w których pobrzmiewa krytyka pod adresem samego Kościoła, nie zawsze wykazującego zrozumienie i wrażliwość na chłopską krzywdę: Właśnie dzwonią (w kościele), ale już nie na anioł pański, ale na twój anioł chłopski4. W czasie wiecu powołano do życia Zjazd Delegatów, liczący początkowo 150 osób. Miał zastąpić Radę Powiatową. Ogłoszono likwidację posterunków żandarmerii, ustanawiając w to miejsce Milicję Ludową, zniesiono dawne rady gminne, nakazano wybrać nowych wójtów i pisarzy gminnych spośród ludzi cieszących się uznaniem u chłopstwa, pozbawiono wreszcie symbolicznie mandatów poselskich hr. Stanisława Tarnowskiego, hr. Zygmunta Lasockiego i dr. Rosnera, powołując w ich miejsce ks. Okonia, chłopów Waleriana Wryka i Adama Zielińskiego oraz dr. Jaroszewskiego5. Przez pewien czas mieliśmy w Tarnobrzegu do czynienia z dwuwładzą – z jednej strony działał chłopski Zjazd Delegatów, a następnie Komitet Powiatowy, z drugiej zaś – komisarz z ramienia Polskiej Komisji Likwidacyjnej. Komitet Powiatowy wkrótce wysłał pismo do Lublina, udzielając w nim poparcia Tymczasowemu Rządowi Ludowemu Republiki Polskiej Ignacego Daszyńskiego. Delegacja tarnobrzeska w imieniu rządu lubelskiego została przyjęta przez Stanisława Thugutta.
Sytuacja taka zaowocowała anarchią na tych terenach. Według świadka ówczesnych wydarzeń mnożyły się rabunki, napady na posterunki żandarmerii, dwory czy urzędy. W styczniu 1919 r. rozpoczęły się groźne napady na dwory. Głośnym stał się rabunek w Mokrzyszowie, gdzie 8 stycznia ludność miejscowa, nawet wójt gminny, rzucili się na spichlerz dworski hr. Tarnowskiego i rozebrali zboże, zmagazynowane tam przez rząd austriacki, a także zboże dworskie. Gdy się wieść o tym rabunku rozeszła po okolicy, nadciągnęła ludność do Mokrzyszowa ze Stalów, Żupawy, Jeziórka, Grębowa i w nocy tegoż dnia rabowała ziemniaki z kopców, uprowadzała bydło i konie ze stajen dworskich. Była to straszna noc, ludzie rozdzierali cudzą własność, jak wilki, bydło zarzynali na miejscu i mięsem się dzielili, nawoływali się wśród ciemności, zapomnieli o Bogu i przykazaniach Bożych. Dopiero oddział wojska polskiego położył kres temu, zrabowane zboże i bydło poodbierał i winnych aresztował. Do masowych rabunków doszło też w Budzie Stalowskiej, Motyczu, Grębowie. W Grębowie był napad na dwór Dolańskiego 10 stycznia wieczór. Dnia tego chłopi z Jeziórka, Żupawy i innych wsi okolicznych rozbroili posterunek żandarmerii w Grębowie, rządcę i strażników folwarcznych, obrabowali pałac w Grębowie, zabrali dwa stogi siana (około 50 fur). Równocześnie ograbiono Żydów w Grębowie. W większym jeszcze stopniu ponowił się tam napad następnego wieczoru. Rzucili się wtedy na folwark grębowski chłopi z Jamnicy, Zapolednika, Krawców, Wydrzy, rabując zboże, siano, inwentarz żywy, uprząż na konie, wozy itd. Czeladź folwarczna nie tylko nie ratowała mienia dworskiego, ale sama brała udział w rabowaniu. Pono nawet starsi i zamożniejsi gospodarze rabowali6.
Na wiecu pod pomnikiem Głowackiego ks. Okoń z Dąbalem proklamowali również powołanie Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego (ChSR), które jednak nie rozpoczęło de facto działalności, zatem w wyborach sejmowych w 1919 r. startowali oni z list PSL-Lewica. Wkrótce, w związku z oskarżeniami o podburzanie ludu i prowadzenie „wywrotowej” roboty, Polska Komisja Likwidacyjna wydała nakaz aresztowania Okonia i Dąbala. Pierwszego z nich zatrzymano po wiecu w Baranowie i osadzono w więzieniu w Rzeszowie, drugiemu udało się uniknąć aresztowania dzięki pomocy chłopów. Wraz z aresztowaniem kuria biskupia w Przemyślu zawiesiła ks. Okonia, potępiając jednocześnie jego radykalną działalność. Jednakże w żaden sposób nie zaszkodziło to mu w wyborach, które odbyły się w styczniu 1919 roku. Z list PSL-Lewica został wybrany do sejmu w okręgu tarnobrzeskim. W parlamencie przystąpił do klubu poselskiego PSL-Wyzwolenie, a pod koniec 1919 roku, w związku z rozłamem, który dokonał się w jego klubie, rozpoczął samodzielną działalność na czele proklamowanego rok wcześniej Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego.
W czasie pierwszej kadencji sejmu, trwającej do 1922 roku, ks. Okoń zgłosił 20 interpelacji, 16 wniosków oraz wygłosił 43 przemówienia na posiedzeniach plenarnych. Oczywiście występował przede wszystkim jako obrońca chłopów, a zwłaszcza wiejskiej biedoty. Wiele miejsca poświęcił kwestiom reformy rolnej, był bowiem zdecydowanym zwolennikiem wywłaszczenia obszarników. Postulował przeznaczenie na cele reformy rolnej nie tylko majątków ziemian powyżej 300 morgów, ale także tzw. dóbr martwej ręki (majątki ziemskie kościołów i instytucji kościelnych, pozyskiwane głównie w wyniku darowizn wiernych, które często miały miejsce na łożu śmierci), podkreślając, że duchowni nie mogą być jednocześnie dobrymi kapłanami i rolnikami. Wzywał kler zasiadający w parlamencie do porzucenia obozu ziemiańskiego, przypominając, że księża zostali posłami dzięki głosom chłopów. Pamiętajmy wszyscy o tym, że gdyby się reformy rolnej takiej, jakiej lud polski żąda, nie przeprowadziło, to Polska by istnieć nie mogła, gdyż byłaby w samych fundamentach swoich zagrożona. Jeżeli Polska ma być naprawdę rzeczpospolitą ludową, jak ją powszechnie nazywamy, to musimy jej fundamenta oprzeć przede wszystkim na ludzie, przede wszystkim na ludzie wiejskim, bo jest go aż 80% w naszym państwie, więc lud w Polsce – to naród, a naród – to lud. […] Z tego więc narodowego i patriotycznego punktu widzenia wychodząc, uważam reformę rolną nie tylko za najdonioślejszy problemat gospodarczy, nie tylko za najważniejszy problemat społeczny lecz przede wszystkim za najważniejszy problemat polityczny i państwowy; upatruję w oddaniu ziemi z rąk lekkomyślnych, marnotrawnych, egoistycznych i leniwych obszarników i szlachciców w twarde chłopskie ręce od pługa za zbawienie Polski, za jedyny najskuteczniejszy środek stworzenia z Ojczyzny naszej silnego, zdrowego jak lud i potężnego państwa7. Z uwagi na problemy związane z doprowadzeniem do reformy rolnej w Polsce, nawiązując do celowej obstrukcji działań w tym kierunku, choć deklaratywnie większość posłów opowiadała się za jej przeprowadzeniem, ks. Okoń trafnie i z dużą dozą sarkazmu zauważał: Wszyscy posłowie chcą, tylko sejm nie chce8.
Postulował również przeniesienie tzw. prawa patronatu przy mianowaniu proboszczów z właścicieli dóbr ziemskich na mieszkańców. Dzięki temu, jak pisał, chłop zrzuci z siebie kajdany nie tylko obszarników, ale i kajdany proboszczów9. Oczywiście rezolucja ta nie przeszła, ale postulat Okonia, który wprost mówił o tym, że w dalszej kolejności żądać będzie oddania ludowi prawa mianowania biskupów, dobrze pokazuje jego radykalizm. Mocno angażował się też w sprawę rozwoju szkolnictwa wiejskiego, zabierając głos przy okazji dyskusji na temat projektu ustawy o ustroju władz szkolnych w czerwcu 1920 roku. Protestował przeciwko powstawaniu na wsi szkół jednoklasowych, nazywając je surogatem szkoły, wskazywał na potrzebę tworzenia przynajmniej czteroklasowych placówek, a w większych gminach – siedmioklasowych. Domagał się też tworzenia specjalnych szkół rolniczych i akademii. Podkreślał, że szkoła winna spełniać trzy główne zadania: dostarczać i rozpowszechniać wiedzę, kształtować samodzielność w jednostkach, wyrabiać charaktery. Szkoły nasze powinny głuszyć to, co jest wadą polską. Powinny wykorzeniać wady polskie, a więc lekkomyślność, kłótliwość, samolubstwo i przekupstwo […]. Uznajmy zasadę ks. Konarskiego, starą zasadę: „szkoła nie dla szkoły, tylko dla życia”10.
Występował również z żądaniami zaprzestania stosowania kar cielesnych jako pozostałości rządów austriackich, zniesienia kary śmierci, apelował o budowę kanału Kraków – Jarosław, będącego częścią planowanej jeszcze przez Austriaków drogi wodnej, która jego zdaniem powinna połączyć Wisłę z Dniestrem. Wystąpił z wnioskiem o budowę portu na Sanie między Radomyślem Małym a Skobierzynem oraz linii kolejowej Rzeszów – Głogów Małopolski – Kolbuszowa – Tarnobrzeg – Sandomierz – Warszawa.
Postulował też przyspieszenie prac nad Konstytucją. Opowiadał się w tej kwestii za budową Polski chłopskiej, stąd uznał senat za „ostoję reakcji”, przeżytek sprzeczny z ideą Polski Ludowej, niebezpieczny dodatkowo dla ruchu ludowego. Proponował bezpośredni wybór naczelnika państwa przez ogół obywateli na 7 lat spośród trzech kandydatów zaproponowanych przez sejm11.
W tym czasie zaczął też wychodzić oficjalny organ prasowy ChSR pod nazwą „Chłopska Sprawa” (pierwszym, dość efemerycznym organem, była „Jedność Chłopska” redagowana przez Dąbala, z którym drogi ks. Okonia wkrótce się rozeszły). Jego redaktorem i wydawcą był sam Okoń, a każdy numer pisma zawierał hasła w rodzaju: „Ziemia dla chłopów”, „Niech żyje Polska chłopska postępowa”, „Żądamy natychmiastowego zniesienia w Polsce tytułów książęcych, hrabiowskich, barońskich i szlacheckich”, „Dla chłopa polskiego nie masz nic droższego nad Ojczyznę i reformę rolną” itp.
Do kolejnych wyborów, w roku 1922, ks. Okoń przystąpił już pod szyldem Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego. Na listy tego ugrupowania padło ponad 127 tys. głosów i otrzymało ono 4 mandaty poselskie (Okoń, Jan Kudelski, Jan Dziduch, Kazimierz Średniawa). Działalność Okonia w sejmie drugiej kadencji osłabła w porównaniu z pierwszą. Wygłosił w trakcie jej trwania 18 przemówień na posiedzeniach plenarnych, zgłosił 8 interpelacji i 5 wniosków. Inna sprawa, że nie działał już samotnie, gdyż praca sejmowa rozłożona została na kilka osób. Podejmował w zasadzie te same kwestie, co w Sejmie Ustawodawczym, na czele rzecz jasna z ciągle nieprzeprowadzoną reformą rolną.
Trzeba także pamiętać o prowadzonej cały czas przez niego działalności wiecowej – był to niewątpliwie urodzony trybun ludowy. Różnego rodzaju wiece organizował regularnie, czasami nawet dwa, trzy dziennie, jego przemówienia zaś trwały zazwyczaj od 2 do 3 godzin. Były przyczyną różnych zatargów, bójek i zajść gorszących ówczesną opinię publiczną. Częstokroć miejscowe duchowieństwo czy władze usiłowały torpedować jego poczynania. Charakterystyczny przykład podaje „Chłopska Sprawa”, omawiając wydarzenia, które miały miejsce w Myszyńcu w 1924 roku. Czytamy tam, iż choć prałat miejscowy […] rozweselił trunkami swoich zwolenników i wysłał pijane baby miasteczkowe na wiec nasz, by go krzykami i hałasem uniemożliwić, ksiądz Okoń, nie zważając na szaleństwa podjudzonych i podpitych dewotek, urządził wiec duży na samym rynku, obok kościoła, a olbrzymi tłum Kurpiów słuchał mowy księdza Okonia z zapałem i zachwytem12. Wszystko to spowodowało, że z biegiem czasu ks. Okoń sam zaczął chronić i ubezpieczać swoje wiece specjalnie powołaną strażą chłopską, która stopniowo przerodziła się, zgodnie z duchem tamtych lat, w rodzaj bojówek politycznych walczących na ulicach z przeciwnikami.
W wyborach sejmowych w 1928 roku ks. Okoń nie brał już udziału. Po wygaśnięciu mandatu sejmu poprzedniej kadencji został bowiem aresztowany i uwięziony w Lublinie. Postawiono mu zarzuty podburzania chłopów i rewolucjonizowania wsi. W areszcie przebywał do końca marca 1928 roku, wypuszczono go już po przeprowadzonych wyborach. Z więzienia wrócił wprost do rodzinnego domu w Radomyślu. Pozostawał bez środków do życia, wykluczony z życia politycznego i zawieszony przez władze kościelne. W tej sytuacji zdecydował się na powrót na łono Kościoła. Odwołał swoje „błędy”, potępił wcześniejszą działalność, złożył deklarację posłuszeństwa biskupowi i odbył pokutę w klasztorze bernardynów w Dukli. Przywrócono mu kanoniczne uprawnienia do wykonywania czynności kapłańskich i skierowano do parafii do rodzinnego Radomyśla, gdzie miał pomagać miejscowemu proboszczowi. Cieszył się tam dość dużą popularnością w związku z tym, że w miarę możliwości przychodził nadal z pomocą najbiedniejszym i nie pobierał zazwyczaj opłat za posługi kapłańskie.
Podczas okupacji hitlerowskiej organizował komitet pomocy wysiedleńcom i brał aktywny udział w ratowaniu osób pochodzenia żydowskiego, organizując dla nich fałszywe dokumenty i schronienie. Działalność ta o mało nie poskutkowała aresztowaniem, jednak, w porę ostrzeżony, zbiegł i od 1942 roku do końca wojny musiał się ukrywać. Po wojnie otrzymał probostwo w małej parafii Radenice, a następnie w Dobkowicach w powiecie jarosławskim. Zaprzestał wówczas wszelkiej działalności politycznej, jednak nie znaczy to, że stracił zainteresowanie takimi kwestiami. Jak pisze jego biograf: Po wielu latach już w Polsce Ludowej, na posiedzeniach Krajowej Rady Narodowej i Sejmu Ustawodawczego, na galerii wśród publiczności przysłuchującej się obradom, można było niekiedy zobaczyć pochyloną wiekiem i zniszczoną przeżyciami postać w księżowskiej sutannie. Człowiek ten potrafił godzinami słuchać poselskich przemówień, obserwować salę posiedzeń, zatapiać się w myślach. W tym czasie jednak nikt się nie zbliżał do niego ani on do nikogo13.
W 1948 roku, po wielu staraniach, dostał pozwolenie na objęcie parafii w Olszanach i Stanowicach w powiecie świdnickim na Dolnym Śląsku. Tam, schorowany i wyczerpany kolejnymi oskarżeniami oraz szykującym się procesem o tzw. płatną protekcję (ostatecznie kolejny raz został przez sąd oczyszczony z wszelkich zarzutów), zakończył swój żywot 19 stycznia 1949 roku. Rok później, zgodnie z ostatnią wolą, jego ciało zostało sprowadzone do Radomyśla i pochowane na tamtejszym cmentarzu. Kondukt żegnający tam ks. Okonia ciągnąć się miał na 6 kilometrów…
***
Eugeniusz Okoń to niewątpliwie postać kontrowersyjna. Zdecydowało o tym wiele kwestii, przede wszystkim liczne procesy sądowe, które mu wytaczano. W czasie pierwszej kadencji sejmu wpłynęło 5 wniosków o wydanie go sądom, w czasie drugiej – jeden. Poparte były oskarżeniami o wyłudzanie przez niego pieniędzy od ludzi. Trzeba od razu powiedzieć, że we wszystkich przypadkach ks. Okoń był uniewinniany, zgodnie jednak z sentencją calomniez, calomniez, il en restera toujours quelque chose, przypisywaną Francisowi Baconowi, Beaumarchais’mu czy też Wolterowi, zawsze coś z oskarżeń pozostawało. Podczas ostatniego wystąpienia sejmowego zwrócił na to uwagę, mówiąc: Pięć razy wydawano mnie sądom w tamtym sejmie, pięć razy mnie uniewinniano […]. Czci mojej uwłaczali, a kiedy sąd mnie uniewinnił, ani razu nie słyszałem głosu satysfakcji, głosu rehabilitacji. Błotem mnie obrzucano, a nie ma żadnego oczyszczenia14. Druga sprawa, która wywoływała oburzenie, to sposób prowadzenia się ks. Okonia – zarzucano mu, nie bez podstaw, nadmierny pociąg do kieliszka i płci przeciwnej.
Nie stworzył w zasadzie żadnego spójnego programu pozytywnego. W jego przemówieniach wiecowych czy sejmowych mamy do czynienia przede wszystkim z krytyką panujących stosunków społecznych, gospodarczych i politycznych, krytyką ostrą, bezkompromisową, ponieważ Okoń nie należał do osób przebierających w słowach. Bezpardonowo atakował swoich przeciwników politycznych, ale i tych, którzy zdawali się potencjalnymi sojusznikami, jak PSL-Piast, PSL-Wyzwolenie czy inne pomniejsze partie ludowe. Nie wahał się zarzucać Niezależnej Partii Chłopskiej, dowodzonej przez Alfreda Fiderkiewicza („amerykańskiego burżuja, kapitalisty”), że jest marionetką w rękach obszarników i jednocześnie bolszewickiej Moskwy. Jan Dziduch po odejściu z ChSR i dołączeniu do Stronnictwa Chłopskiego doczekał się na łamach „Chłopskiej Sprawy” pod swoim adresem takich epitetów, jak „judasz”, „nikczemnik”, „padalec”, „gad”, „krętacz”, „bandyta”, „swołocz”, „durny baran ogłupiały od alembiku”, „świnia ordynarna” itp.
Trzeba jednak powiedzieć, że konkurenci polityczni nie pozostawali Okoniowi dłużni, określając go mianem „rozpustnika”, „zwyrodnialca”, „parszywej owcy”, „kuglarza”15. Na łamach „Wyzwolenia” pisano o nim: Jeździ po kraju i urządza zebrania i wiece, a wszędzie obiecuje złote góry, naiwni zaś i bezmyślni ludzie wierzą. Obiecuje, że gdy jego ludzie przejdą na posłów, to on w ciągu roku rozparceluje wszystkie dwory, a pokątnie opowiada, że jak on będzie rządził to chłopi sami będą wódkę robili i tytoń siali. Takie brednie opowiada, a ludzie wierzą16. W innym zaś miejscu: Ks. Okoń jest człowiekiem bardzo ograniczonym i w duszy swej nie ma żadnej zalety ani cnoty, a tym bardziej idei. Ma żądze użycia, czyli zaspokojenia swych chuci i picia. […] Okoń i jego robota jest dla ludu wysoce szkodliwą, a bałamuctwo jego jest niebezpieczeństwem ludu: może zbałamucić, ale zwycięstwa ludowi nie przyniesie17.
Nie można jednak odmówić mu ideowości ani umiejętności pobudzania i mobilizowania mas ludowych. Stawał zdecydowanie w obronie najbiedniejszych, najbardziej upośledzonych mieszkańców wsi. Zarzuty interesowności i żerowania na biedocie chłopskiej nie wydają się uzasadnione. Okoń nie dorobił się żadnego majątku, a ostatnie lata życia spędził wręcz w nędzy. Zbierane pieniądze przeznaczał głównie na działalność wydawniczą i organizacyjną, która przecież musiała być finansowana z jakichś środków.
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
- T. Rek, Ksiądz Eugeniusz Okoń 1881–1949, Warszawa 1962, s. 7.
- Wiadomości biograficzne na podstawie: Ibidem; W. Stankiewicz, Okoń Eugeniusz (1881–1949), Polski słownik biograficzny, t. XXIII, Wrocław 1978.
- T. Rek, op. cit., s. 39–40.
- T. Spiss, Ze wspomnień c.k. urzędnika politycznego, Rzeszów 1936, s. 179–180.
- J. Rawski, „Republika Tarnobrzeska”: w świetle źródeł i wspomnień adiutanta Powiatowej Komendy Wojsk Polskich w Tarnobrzegu, Tarnobrzeg 1993; J. Słomka, Pamiętnik włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, Tekst, z zachowaniem oryginalnej pisowni i interpunkcji, według: Słomka Jan, Pamiętniki włościanina, wyd. 2, Kraków, bez roku wyd. [1929], Towarzystwo Szkoły Ludowej, http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka-12.html#sec_12_02 (22.11.2016).
- J. Słomka, Pamiętnik włościanina, op. cit.
- Sprawozdanie stenograficzne z 56 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 26 VI 1919.
- Sprawozdanie stenograficzne z 146 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 14 V 1920.
- Sprawozdanie stenograficzne z 126 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 4 III 1920.
- Sprawozdanie stenograficzne z 153 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 4 VI 1920.
- Zob. szerzej H. Cimek, Poglądy ks. Eugeniusza Okonia prezentowane w Sejmie Ustawodawczym (1919–1920), „Państwo i Społeczeństwo” 2010, nr 7.
- T. Rek, op. cit., s. 156.
- Ibidem, s. 8.
- Sprawozdanie stenograficzne z 293 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 17. VII 1926.
- Obecny, Kuglarz, „Wyzwolenie” 1922, nr 31, s. 333.
- Okoń w służbie piastowców, „Wyzwolenie” 1922, nr 22, s. 244.
- Ks. Okoń, „Wyzwolenie” 1922, nr 28, s. 300.
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Z Polski rodem, Zima 2016
Nie ulega wątpliwości, że od czasów Mikołaja Kopernika nie było Polaka, który wniósłby do światowej ekonomii tak doniosły wkład jak Michał Kalecki.
Zainteresowanie jego dorobkiem zdaje się w ostatnich latach rosnąć, jest odkrywany na nowo zarówno w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Można jednocześnie powiedzieć, że ciągle nie jest dostatecznie doceniany, o czym świadczy niezbyt powszechna świadomość, że to właśnie on głosił teorie prekursorskie wobec koncepcji Johna Maynarda Keynesa, jednego z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych ekonomistów naszych czasów. Trzy lata przed wydaniem przez Keynesa jego fundamentalnej pracy „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” (1936), która przyniosła autorowi światową sławę i spowodowała, że keynesizm stał się jedną z najważniejszych szkół ekonomicznych XX wieku, Kalecki opublikował „Próbę teorii koniunktury” (1933) i otrzymał dzięki niej stypendium w Szwecji. W pracy tej przedstawił poglądy w zasadzie tożsame z teorią popytową Keynesa, która trzy lata później przyniesie brytyjskiemu ekonomiście wielkie uznanie na całym świecie. Wskazał, w jaki sposób przez pobudzenie popytu można uzdrowić i ożywić gospodarkę pogrążoną w tamtym czasie w kryzysie. Zarówno Kalecki, jak i później Keynes uznali, że główną przyczyną kryzysu jest zbyt niski popyt, w związku z czym nieodzowna jest interwencja państwa i finansowane z budżetu roboty publiczne. Na te cele państwo powinno bez wahania pożyczać pieniądze, a potem je wydawać – a wszystko po to, by wzbudzić popyt.
Zdaniem wielu badaczy wywody Kaleckiego były o wiele bardziej klarowne, spójne i pogłębione niż teksty brytyjskiego ekonomisty. Jednak fakt, że pochodził z kraju peryferyjnego, a jego praca została wydana w języku polskim, z pewnością nie pomógł w rozpropagowaniu jego teorii w świecie Zachodu. Sam Kalecki zresztą niespecjalnie o to dbał. Kiedy w 1936 roku przeczytał pracę Keynesa, postanowił się z nim spotkać i przyłączyć do obozu keynesistów, zdając sobie sprawę z siły, którą sobą reprezentują, nie wchodził natomiast w spory dotyczące pierwszeństwa autorstwa teorii popytowej. Współpracownica Keynesa i jednocześnie Kaleckiego, brytyjska ekonomistka Joan Robinson, w artykule „Kalecki i Keynes” podkreślała, że teoretyczne pierwszeństwo pewnych podstawowych założeń koncepcji Keynesa leży bez wątpienia po stronie Kaleckiego, jednak był on zbyt uprzejmy, aby kiedykolwiek o tym przypominać. Profesor Tadeusz Kowalik, uczeń i współpracownik Kaleckiego, przytacza z kolei opinię noblisty w dziedzinie ekonomii Lawrence’a R. Kleina. Nie wahał się on stwierdzić, że po ponownym przestudiowaniu artykułu Kaleckiego o cyklu koniunkturalnym doszedł do wniosku, że stworzył on system, który zawiera wszystko, co ważne w systemie keynesowskim […]. Jestem przekonany, że jego teoria zatrudnienia jest równorzędna do Keynesa […]. Niestety, Kaleckiemu zabrakło reputacji Keynesa i zdolności do zwrócenia na siebie uwagi światowej opinii publicznej. Dlatego jego teoria pozostała mało zauważana. W pewnym sensie teoria Kaleckiego przewyższa teorię Keynesa, gdyż jest wyraźnie dynamiczna. Uwzględnia ponadto podział dochodu oraz jego poziom, a także odróżnia decyzje inwestycyjne od ich realizacji1.
***
Michał Kalecki urodził się w 22 czerwca 1899 roku w zasymilowanej rodzinie polsko-żydowskiej2. Jego ojciec był w Łodzi właścicielem przędzalni, którą jednak utracił. W wieku 11 lat Michał wstąpił do I Gimnazjum Filologicznego w Łodzi, następnie zaś w 1917 roku rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, na Wydziale Inżynierii Budowlanej. Później jeszcze kilkakrotnie zmieniał uczelnie, przenosząc się na studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie na Politechnikę Gdańską, której jednak nie ukończył z powodu pogorszenia się sytuacji materialnej. Nie miał więc formalnego wykształcenia ekonomicznego, a nawet w pełni ukończonych studiów, na Politechnice Gdańskiej otrzymał bowiem tylko tzw. półdyplom. Pracując w przedsiębiorstwie wywiadu kredytowego, rozwijał jednak swoje zainteresowania ekonomiczne, co wkrótce przybrało postać systematycznych studiów.
Pod koniec lat 20. XX w. nawiązał regularną współpracę z dwoma polskimi periodykami ekonomicznymi – „Przeglądem Gospodarczym” oraz „Przemysłem i Handelem”, w których publikował artykuły o wielkich koncernach czy międzynarodowych stosunkach gospodarczych. W 1929 roku otrzymał posadę w Instytucie Badania Koniunktur i Cen. Odtąd mógł poświęcić się pracy jako ekonomista, choć trzeba powiedzieć, że nigdy też nie porzucił całkowicie zainteresowań inżynierią i czystą matematyką, publikując artykuły również na te tematy. W Instytucie opublikował wspominaną już broszurę „Próba teorii koniunktury”. Nawiązał również współpracę z „Przeglądem Socjalistycznym”, w którym zamieścił kilka artykułów pod pseudonimem Henryk Braun. Wraz ze współpracownikiem z Instytutu, Ludwikiem Landauem, dokonali pierwszych oszacowań inwestycji, konsumpcji i dochodu społecznego dla Polski oraz przygotowali opracowanie na temat wahań cen, kosztów i produkcji przemysłowej w naszym kraju. W 1933 roku, krótko po opublikowaniu „Próby teorii koniunktury”, Kalecki wziął udział w konferencji Towarzystwa Ekonometrycznego w Lejdzie i zaprezentował tam swój artykuł będący wykładem głównych myśli z tej pracy. Dotyczył on teorii cyklu, teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji. Części dotyczące teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji, w których, zdaniem większości badaczy, antycypował teorię Keynesa z „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, nie wzbudziły jakiegokolwiek zainteresowania uczestników konferencji. Natomiast model cyklu koniunkturalnego wywołał przychylne komentarze Ragnara Frischa z Norwegii i Iana Tinbergena z Holandii.
Dzięki udziałowi w konferencji w Lejdzie otrzymał Kalecki stypendium Rockefellera na studia zagraniczne i w styczniu 1936 r. wyjechał do Szwecji. Tam właśnie przeczytał „Ogólną teorię…”. Według Joan Robinson, czytając ją miał poczucie, że jest to książka, którą właśnie zamierzał napisać. Powiedział: przyznaję, byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, jeśli będą pochodziły od niego – a potem zajmiemy się ciekawą kwestią ich stosowania. To mnie podniosło na duchu3. W związku z tą lekturą postanowił udać się niezwłocznie do Anglii i przyłączyć do szkoły keynesowskiej. W marcu 1936 roku przybył na Wyspy i podjął starania o nawiązanie kontaktu z najbliższymi współpracownikami Keynesa. W ten sposób poznał Joan Robinson, z którą przez lata pobytu w Anglii będą łączyły go nie tylko kontakty zawodowe, ale i przyjaźń. W 1938 roku otrzymał stypendium Uniwersytetu w Cambridge i uczęszczał na seminarium prowadzone przez Piero Sraffę. Wkrótce zaś, wraz z Austinem Robinsonem, Richardem Kahnem, Piero Sraffą i Keynesem jako przewodniczącym, wziął udział w nadzorowaniu programu badawczego National Institute of Economic and Social Research, dotyczącego kosztów własnych, przychodów i produkcji.
Od 1940 roku pracował jako samodzielny pracownik naukowy w Oksfordzkim Instytucie Statystycznym, współpracując tam m.in. z Ernstem Friedrichem Schumacherem, Davidem Worswickiem czy Josefem Steindlem. Podczas II wojny światowej powstały też niezwykle ważne, zwłaszcza z punktu widzenia niniejszego artykułu, prace Kaleckiego: „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) oraz „Trzy drogi do pełnego zatrudnienia” (1944). Zamieszczono je w książce napisanej wspólnie z innymi członkami Instytutu, zatytułowanej „The Economics of Full Employment”. W Instytucie Kalecki pozostał do marca 1945 roku, kiedy to wyjechał do Montrealu, gdzie podjął pracę w Międzynarodowym Biurze Pracy. W następnym roku natomiast udał się do Nowego Jorku i objął tam stanowisko zastępcy dyrektora Działu Stabilizacji i Rozwoju w Departamencie Gospodarczo-Społecznym Sekretariatu ONZ. Zajmował się głównie analizą wewnętrznych problemów ekonomicznych różnych krajów, zarówno tych rozwiniętych, jak i rozwijających się. Analizy te następnie były zamieszczane w serii „World Economic Report”. Równocześnie kontynuował badania teoretyczne, czego owocem była praca „Teoria dynamiki gospodarczej” (1958). Wydaje się, że doświadczenia pracy w ONZ (gdzie przygotowywał m.in. raporty o problemach gospodarczych Izraela czy Meksyku) zaowocowały u niego zainteresowaniem ekonomią rozwoju, za której pioniera zresztą jest dziś przez niektórych uważany.
Z powodów politycznych zrezygnował z pracy w ONZ. Ostatnie lata jego działalności tam zbiegły się z kulminacją maccartyzmu w Stanach Zjednoczonych. Kilku kolegów Kaleckiego pod naciskiem USA zostało zdymisjonowanych przez Sekretarza Generalnego ONZ Trygve’go Lie, w wyniku oskarżeń o sprzyjanie komunizmowi. W związku z tym Kalecki również zrezygnował z posady i w 1955 roku wrócił do Polski, gdzie został powołany na stanowisko doradcy Hilarego Minca, ówczesnego wicepremiera. W następnych latach piastował różne stanowiska jako doradca lub konsultant, przeważnie na polu planowania gospodarczego, odgrywając bardzo ważną rolę w opracowaniu projektu planu perspektywicznego na lata 1961–1975. Wkrótce jednak plan ten spotkał się z surową krytyką jako wyznaczający zbyt skromne cele, co zapoczątkowało wycofywanie się Kaleckiego z aktywnego udziału w życiu politycznym. Od tego momentu skupił się przede wszystkim na pracy teoretycznej i zajęciach dydaktycznych. Zgromadził wokół siebie grupę ekonomistów, tworząc w istocie całą szkołę myśli ekonomicznej, określaną mianem szkoły Kaleckiego (Tadeusz Kowalik, Kazimierz Łaski, Ignacy Sachs, Włodzimierz Brus). W końcu 1955 roku podjął pracę w Zakładzie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, a w 1956 r. Centralna Komisja Kwalifikacyjna nadała mu pierwszy akademicki tytuł profesora nauk ekonomicznych. Kontynuując zainteresowania ekonomią rozwoju, wraz z Oskarem Langem i Czesławem Bobrowskim zorganizował w 1958 roku seminarium poświęcone gospodarkom słabo rozwiniętym i prowadził je niemal przez dziesięć lat. W 1961 roku rozpoczął wykłady w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (SGPiS), a następnie objął tam pracę na pełny etat. Rok później minister szkolnictwa powołał go na przewodniczącego rady naukowej utworzonego przy SGPiS Międzyuczelnianego Zakładu Problemowego Gospodarki Krajów Słabo Rozwiniętych.
W 1965 roku przeszedł atak serca, który pozostawił po sobie trwałe ślady i spowodował poważny uszczerbek na zdrowiu. Ponadto na jego samopoczucie niekorzystnie wpływała sytuacja w kraju i nasilająca się nagonka antysyjonistyczna. W 1969 roku zrezygnował ze stanowiska w SGPiS. Zmarł 17 kwietnia 1970 roku.
***
Kalecki w swoich pierwszych pracach ekonomicznych zajął się problemem nadzwyczaj wówczas aktualnym i poruszającym wyobraźnię licznych myślicieli: jak przeciwdziałać kryzysom koniunkturalnym i co robić, aby gospodarkę jak najszybciej z takiego kryzysu wyprowadzić. Uznał, wbrew opinii powszechnej zarówno wówczas, jak i dzisiaj, że ratunkiem nie jest zaciskanie pasa przez wprowadzanie oszczędności w sektorze publicznym, lecz odpowiednie pobudzanie popytu. W swojej teorii efektywnego popytu wskazywał, że wzrost płac i zatrudnienia pobudza konsumpcję wśród robotników, a tym samym zwiększa zatrudnienie w gałęziach produkcji dóbr spożycia. Rozszerzenie produkcji wywołuje dalszy rozwój inwestycji i tworzenie się nowej siły nabywczej. Zjawiska kryzysowe pojawiają się natomiast dopiero wówczas, gdy zwiększona produkcja natrafia na barierę popytu, która pociąga za sobą zmniejszenie się zakresu i rentowności inwestycji, wzrost bezrobocia, spadek cen itp. Przyczyną kryzysów jest więc niedostateczny popyt efektywny, którego przezwyciężenie nie jest możliwe w sposób samoistny, bo mechanizm sam nie jest w stanie się regulować, wymaga natomiast stymulacyjnej roli państwa w gospodarce.
Kluczową rolę w pobudzaniu koniunktury Kalecki widział w inwestycjach. Paradoks inwestycji w majątek trwały polega jednak na tym, że pobudzają one gospodarkę tylko do momentu, gdy są tworzone. Ich zakończenie zaś czyni zatrudnionych przy nich pracowników bezrobotnymi, a one same zaczynają wytwarzać towary czy usługi, które nie napotykają na wzrastający popyt, przyczyniając się tym samym do zahamowania koniunktury. Drugi paradoks dotyczy natomiast oszczędności oraz finansowania inwestycji dzięki nim. Można zapytać, skąd wziąć pieniądze na nowe inwestycje. Rozsądek podpowiadałby, że najlepiej z oszczędności powstałych w wyniku ograniczenia potrzeb konsumpcyjnych. Kalecki jednak zwraca tutaj uwagę, że wzrost oszczędności kapitalistów nie musi przekładać się na inwestycje, a po drugie – inwestycje de facto „finansują się same”, ponieważ raz rozpoczęte, zwiększają strumień dochodów. Wreszcie zaś – samo zwiększenie konsumpcji kapitalistów prowadzi do wzrostu popytu, a więc również do ich zysków, co przeczy powszechnemu przekonaniu, że im więcej się konsumuje, tym mniej się oszczędza.
Wzrost konsumpcji nie oznacza spadku oszczędności. Pogląd taki jest słuszny w odniesieniu do pojedynczego kapitalisty, jeśli bierzemy natomiast pod uwagę całą klasę kapitalistów, to istnieje zależność przeciwna: wzrost wydatków inwestycyjnych i konsumpcyjnych prowadzi do wzrostu zysków. Co inwestują lub konsumują jedni – to zarabiają wnet inni kapitaliści. Kapitaliści jako ogół zyskują wszak to właśnie, co inwestowali i konsumowali4. Paradoks ten został ujęty w sformułowaniu: Robotnicy wydają tyle, ile zarabiają, a kapitaliści – tyle, ile wydają. Dla wysokiej koniunktury decydujące są zachowania kapitalistów – im wyższe są ich dochody, tym bardziej wzrasta niebezpieczeństwo względnego zmniejszenia się ich wydatków na konsumpcję (w stosunku do dochodów). Wydatki pracowników są natomiast dość stabilne. Brak przekształcania oszczędności w inwestycje nakręca spiralę recesyjną, jeżeli w tym samym momencie wiele osób zaczyna postępować w analogiczny sposób. Do podtrzymania długofalowego rozwoju niezbędne są ponadto zdaniem Kaleckiego innowacje mające stanowić najistotniejszy bodziec. Wskazuje też wreszcie na redystrybucję dochodów, która może w skali makroekonomicznej pobudzić gospodarkę i ograniczyć bezrobocie.
Tym samym podważył on pogląd, że obniżka płac, cięcia budżetowe i przysłowiowe „zaciskanie pasa” stanowią najlepsze panaceum na wyjście z kryzysu. Państwo powinno pobudzać gospodarkę niejako od dołu, przy pomocy wydatków trafiających wprost do pracowników, którzy w swej masie, gdy dostaną więcej pieniędzy, będą więcej wydawać na cele konsumpcyjne, a tym samym nakręcać spiralę koniunktury. Redystrybucja dochodów na rzecz uboższych grup społeczeństwa i wzrost wydatków państwowych powinny być więc celem polityki pełnego zatrudnienia.
Problematyką pełnego zatrudnienia Kalecki zajął się w czasie II wojny światowej. W swoim artykule poświęconym tym kwestiom wskazał na trzy drogi prowadzące do osiągnięcia i utrzymania stanu pełnego zatrudnienia:
- Przez wydatki rządu na inwestycje publiczne (np. szkoły, szpitale, drogi itp.) lub na subsydiowanie masowej konsumpcji (zasiłki rodzinne, obniżki podatków pośrednich, subsydia w celu obniżania cen podstawowych środków utrzymania) – pod warunkiem, że wydatki te są finansowane z kredytów. Metodę tę będziemy w skrócie nazywać finansowaniem z deficytu.
- Przez pobudzanie prywatnych inwestycji (za pomocą obniżki stopy procentowej, zmniejszania podatku dochodowego i innych środków wspierających prywatne inwestycje).
- Przez redystrybucję dochodu od wyższych do niższych grup dochodowych5.
Rząd, zdaniem Kaleckiego, powinien finansować te wydatki z kredytów, w ten sposób wywołując ogólny wzrost dochodu. Zwiększone dochody powodują zwyżkę wpływów z podatków dochodowych. W efekcie deficyt budżetowy jest niższy niż wzrost wydatków rządowych. Deficyt w ten sposób niejako sam się finansuje, wzrost deficytu wywołuje bowiem przyrost dochodów i zmiany w strukturze ich podziału. Pojawiają się oszczędności konieczne do jego sfinansowania. Rzecz jasna, na co wskazywał Kalecki, trzeba być ostrożnym przy stosowaniu tego środka – wydatki rządu na cele publiczne nie mogą rosnąć szybciej niż potrzeby w tym zakresie. Rząd powinien dokonywać publicznych inwestycji w takim zakresie, jakiego aktualnie wymaga zaspokojenie potrzeb społeczeństwa, a wydatki rządu powyżej tego poziomu są przeznaczane na subsydiowanie masowej konsumpcji6.
Dziś jednak przy stosowaniu tej metody pojawia się jeszcze jeden problem, na który Kalecki czy Keynes nie zwracali zupełnie uwagi, a który został trafnie zdiagnozowany przez Jerzego Osiatyńskiego – mianowicie liberalizacja rynków kapitałowych. W dzisiejszych czasach znaczna część potrzeb pożyczkowych jest finansowana przez podmioty zagraniczne. Stąd politycy nie mają takiej swobody pobudzania koniunktury przez zwiększanie wydatków publicznych. Sam wzrost zadłużenia nie musi być niczym złym. Niebezpieczeństwo zaczyna być dopiero wtedy, gdy finansują go podmioty zagraniczne, dlatego, że bardzo dużą rolę odgrywają wówczas rynki finansowe. Nie jest przypadkiem, że Wielka Brytania, która miała większy dług i deficyt w relacji do PKB niż Hiszpania, nie stała się podczas obecnego kryzysu celem ataku rynków finansowych. Miała własną walutę, a na dodatek zapewnienie Banku Anglii, że będzie finansował brytyjski dług. Hiszpania nie miała ani jednego, ani drugiego. Japonia ma 230 proc. długu i się tym nie przejmuje, bo jej papiery dłużne znajdują się w rękach Japończyków. Agencje ratingowe mogą sobie o tym kraju pisać, co chcą – nie ma to żadnego wpływu na koszty jego obsługi7.
Jeżeli zaś chodzi o stymulowanie prywatnych inwestycji – owszem, Kalecki zalecał ten środek, uznając, że należy to czynić choćby poprzez zmniejszanie podatku dochodowego, subsydiowanie przedsiębiorstw podejmujących inwestycje czy obniżanie stopy procentowej. Środki te należy uznać za komplementarne i stosować łącznie. Jednak nie wierzył w możliwość utrzymania pełnego zatrudnienia li tylko przy ich pomocy, tj. drogą pobudzania prywatnych inwestycji. Przewidywał zresztą, że udział państwowych fabryk w ogólnej masie urządzeń przemysłowych będzie stale rosnąć, co stanie się symptomem niezdolności prywatnej przedsiębiorczości do wypełnienia swego zadania w warunkach pełnego zatrudnienia8.
Zdecydowanie najistotniejszym spośród trzech przedstawionych przez niego sposobów jest odpowiednia redystrybucja. Wynika to chociażby z tego, że krańcowa skłonność do konsumpcji klas zamożnych jest mniejsza niż warstw ubogich. W związku z tym konieczne jest dokonanie transferu części dochodu warstw zamożnych do warstw ubogich. Można to zrobić przez podatek progresywny, zmniejszanie podatków na towary pierwszej potrzeby czy wypłacanie odpowiednich zapomóg. Wszystko to, zwiększając skłonność do konsumpcji w danym społeczeństwie, skutkuje wzrostem popytu efektywnego. W przypadku zastosowania tej metody konieczna jest jednak również kontrola cen. Kalecki nie wierzył natomiast, aby mogło się to dokonać siłami samych pracowników, którzy zdołaliby wywalczyć sobie wyższe płace. Jak pisał, walka o płace nie doprowadzi do fundamentalnych zmian w podziale dochodu narodowego. Znacznie skuteczniejszym środkiem do osiągnięcia tego celu jest opodatkowanie dochodów i majątku, gdyż te rodzaje podatków (w przeciwieństwie do podatku towarowego) nie wpływają na koszty zmienne, a zatem nie działają w kierunku wzrostu cen. Jednakże dla dokonania redystrybucji dochodu za pomocą takich środków rząd musi mieć zarówno siłę, jak i pragnienie, aby to przeprowadzić9.
Co do ostatniej kwestii – powątpiewał on poważnie, czy w państwie kapitalistycznym taka wola się znajdzie. Jednocześnie przytomnie zauważał, iż istnieje też cała masa tak zwanych „przyjaciół robotników”, którzy starają się ich przekonać, że we własnym interesie powinni zaprzestać walki o płace, albowiem wzrost płac miałby być główną przyczyną bezrobocia i szkodziłby klasie robotniczej jako całości. Tymczasem, jak podkreślał, ekonomia keynesowska całkowicie podważa fundamenty takiego rozumowania. Pełne zatrudnienie na stałe może zapewnić, zdaniem Kaleckiego, jedynie kombinacja tych trzech sposobów, które nie są od siebie niezależne, a wręcz przeciwnie – należy uznać je za organiczną całość, za metody, które winny być wdrażane jednocześnie i kumulatywnie. Rząd powinien wydawać na inwestycje publiczne i na subsydiowanie konsumpcji uboższych grup ludności tyle, aby – w połączeniu z inwestycjami prywatnymi, niezbędnymi do zwiększania zdolności wytwórczej urządzeń proporcjonalnie do wzrostu „dochodu narodowego przy pełnym zatrudnieniu” – zapewnić pełne zatrudnienie10. Oczywiście to, w jakim okresie, z których korzystać w większym stopniu, na co kłaść nacisk, to kwestia techniczna, którą trzeba rozważać w odniesieniu do konkretnej sytuacji, w jakiej znajdują się dany kraj i jego gospodarka.
Kalecki był jednak sceptyczny co do tego, czy państwa kapitalistyczne, nawet wiedząc, jak to zrobić, będą chciały utrzymywać pełne zatrudnienie. Można zapytać, z czego ta nieprzychylność wynika. Autor wskazuje, że podstawowe znaczenie ma tu niechęć wielkiego kapitału do utrzymywania pełnego zatrudnienia za pomocą wydatków państwowych. Stanowi to poniekąd paradoks, albowiem wyższa produkcja i zatrudnienie są korzystne nie tylko dla robotników, lecz także dla kapitalistów, których zyski rosną. Jednak tak właśnie się dzieje, co pokazały czasy kryzysu lat 30. Kalecki przyczyny niechęci kapitalistów do pełnego zatrudnienia osiąganego przez wydatki państwowe dzieli na trzy kategorie: 1) niechęć do wtrącania się państwa w zagadnienia zatrudnienia w ogóle, 2) niechęć w stosunku do kierunku wydatków państwowych (inwestycje publiczne i subwencjonowanie konsumpcji), 3) niechęć do społecznych i politycznych przemian, wynikających ze stałego utrzymywania pełnego zatrudnienia11. Stwierdza, że kapitaliści niechętnie patrzą na każde rozszerzenie interwencji państwa, zwłaszcza zaś w sprawach zatrudnienia. Akceptują inwestycje publiczne, ale żądają, by ograniczały się one do obiektów, które nie konkurują z aparatem wytwórczym kapitału prywatnego, jak np. szkoły, drogi, szpitale. Zakres tej akceptacji jest, rzecz jasna, dość wąski, lecz zachodzi obawa, że rząd, działając w myśl polityki pełnego zatrudnienia, zechce go rozszerzyć.
Zdaniem Kaleckiego można by sądzić, że w związku z tym kapitaliści będą się przychylniej odnosić do subsydiowania masowej konsumpcji niż do inwestycji publicznych. Nic bardziej błędnego: różnego rodzaju zasiłki rodzinne czy subsydia spotykają się z jeszcze mocniejszym ich sprzeciwem. Tu bowiem chodzi o zasadę „moralną” najwyższej wagi. Podstawy etyki kapitalistycznej wymagają, „byś zarabiał w pocie czoła na swój chleb” – chyba że żyjesz z dochodów z kapitału12. Poza tym w systemie stałego, pełnego zatrudnienia zwalnianie z pracy przestałoby odgrywać rolę środka dyscyplinującego masy, pozycja społeczna kapitalistów zostałaby tym samym zachwiana, a wzrosłaby pewność siebie robotników. Instynkt klasowy kapitalistów mówi im zatem, że trwałe, pełne zatrudnienie jest dla nich niekorzystne, podważa ich pozycję, a bezrobocie stanowi integralną część systemu kapitalistycznego.
***
Julio López i Michaël Assous w swojej biografii Kaleckiego nazywają go pionierem ekonomii rozwoju. Problematyką tą zainteresował się Kalecki jeszcze w latach 30. XX wieku. Wyrazem tego była obszerna recenzja książki Mihaila Mainolescu „The Theory of Protection and International Trade” (1931). Manoilescu jako gorliwy zwolennik protekcjonizmu spotkał się z surową krytyką ze strony ekonomistów liberalnych. Kalecki jednak bronił jego poglądów, wskazując, że autor ten pokusił się o stworzenie naukowych podstaw protekcjonizmu, zwłaszcza w krajach zacofanych i rolniczych, będąc przekonanym, iż nowe gałęzie przemysłu powinny być otaczane w tego typu krajach opieką, albowiem będą one dogodne z punktu widzenia kraju, ponieważ z powodu bezrobocia dodatkowe inwestycje będą tworzyły swoją własną podaż oszczędności13. Sprzeciwiał się jednak uznaniu protekcjonizmu za jakiś uniwersalny i jedyny sposób rozwiązywania problemów krajów rozwijających się i doprowadzenia do ich uprzemysłowienia.
Na większą skalę zainteresował się tymi zagadnieniami podczas swojej pracy w ONZ. Nie może to dziwić z tego powodu, że pełnił obowiązki doradcy w kilku krajach o takim charakterze. W 1951 roku pracował jako doradca rządowy w Izraelu, sporządzając plan doraźnych naprawczych działań obejmujących krótką perspektywę czasową. W swoim raporcie wskazywał, że problemy gospodarcze kraju związane są głównie z masową migracją ludności żydowskiej do Izraela oraz strukturalnymi cechami tamtejszej gospodarki uzależnionej od jednego źródła rozwoju, czyli importu kapitału. Zalecił jednocześnie środki zaradcze, które podzielił na trzy główne działy: redukcja importu i zwiększenie eksportu, zrównoważenie bilansu płatniczego przy użyciu innych środków, polityka antyinflacyjna.
Z kolei w latach 1959–1960 Kalecki prowadził działalność doradczą w Indiach. Analiza tamtejszej sytuacji doprowadziła go do wniosków, że przyczyną braku stabilności indyjskiej gospodarki jest przede wszystkim nazbyt rozbudowany program inwestycyjny prowadzony zarówno przez sektor państwowy, jak i prywatny. Zapewnienie Indiom równowagi finansowej wymagało wedle niego wzrostu w tym kraju podaży artykułów pierwszej potrzeby. W związku z tym podkreślał konieczność braku ich opodatkowania i utrzymania na nie stałej ceny oraz ograniczenia konsumpcji artykułów dalszej potrzeby w stopniu niezbędnym do sfinansowania rozpoczętych inwestycji. Zalecał również wprowadzenie progresywnego podatku gruntowego dotykającego dużych gospodarstw wiejskich. To miałoby zmusić właścicieli do zwiększenia wydajności z hektara i unowocześnienia środków upraw lub wyzbycia się gruntów, a w takim przypadku prawo pierwokupu miało mieć państwo. Program ten w największym stopniu naruszał interesy przemysłowej burżuazji oraz wiejskiej oligarchii, z czego Kalecki zresztą doskonale zdawał sobie sprawę.
Następnie pomiędzy 1960 a 1961 rokiem przygotował program pięcioletni dla Kuby, odrzucając pomysły jej gwałtownego uprzemysłowienia. W swoim programie zakładał, że w tym czasie stopa produkcji ma zwiększać się na Kubie o 13 proc. rocznie, a konsumpcji o 10 proc. Jednocześnie wskazywał, że aby osiągnąć ten wzrost, gospodarka kubańska musi rozwinąć eksport cukru, rolnictwo oraz program szkoleń zawodowych14.
Oczywiście te praktyczne doświadczenia przekładały się również na bardziej ogólne refleksje teoretyczne dotyczące państw rozwijających się. Kalecki wskazywał, że głównym problemem, przed którym stoją tego rodzaju kraje, jest zwiększenie inwestycji. Napotyka ono jednak na trzy zasadnicze przeszkody. Po pierwsze, jest możliwe, że inwestycje prywatne nie osiągną dostatecznie wysokiego poziomu. Po drugie, gospodarka może nie dysponować fizycznymi zasobami niezbędnymi do zwiększenia produkcji dóbr inwestycyjnych. Po trzecie, jeśli nawet dwie pierwsze przeszkody zostaną przezwyciężone, to wciąż pozostaje do rozwiązania problem dostatecznej podaży artykułów pierwszej potrzeby na zaspokojenie popytu wynikającego ze wzrostu zatrudnienia15. Uznawał jednak, że można te przeszkody przezwyciężyć za pomocą różnego rodzaju środków, takich jak interwencja rządu w dziedzinie inwestycji, zapewniająca ich odpowiednią skalę i strukturę, właściwe opodatkowanie klas uprzywilejowanych czy wprowadzenie głębokich instytucjonalnych zmian w rolnictwie, likwidujących bariery jego rozwoju. W tym ostatnim przypadku chodziło Kaleckiemu przede wszystkim o to, że wielkie przeszkody dla postępu w dziedzinie rolnictwa w krajach rozwijających są zazwyczaj pokłosiem istnienia tam feudalnych i przedfeudalnych stosunków własności, systemów dzierżawy itp. W związku z tym nie ma żadnych szans na poprawę w sferze rolnictwa, dopóki nie dojdzie do odpowiednich zmian instytucjonalnych. Tylko wówczas, gdy wyższe ceny produktów rolnych przyniosą korzyść biedocie, może nastąpić łączny wzrost popytu i produkcji. Jeśli zaś wyższy udział zysku na terenach wiejskich zostanie przechwycony jedynie przez właścicieli ziemskich, kupców czy lichwiarzy, nie przyniesie to wyższej konsumpcji lub inwestycji.
Zwracał on ponadto uwagę na kilka dodatkowych kwestii, których nie podejmowali pionierzy ekonomii rozwoju: 1) obecności i znaczenia rezerw niewykorzystanych zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 2) skutków większej wydajności zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 3) problemu inflacji16. Kalecki był jednym z niewielu, którzy zwrócili uwagę na to, że choć w krajach rozwijających się kapitału jest niewiele, to jednak jego część może pozostawać niewykorzystana. Odrzucał przy tym sugestie jakoby niewykorzystane zasoby i masowe bezrobocie stanowiły coś naturalnego i nie miały wartości ekonomicznej. Ich wyzyskanie może prowadzić do przyspieszenia wzrostu gospodarczego bez kosztów lub po niższych kosztach. Nie wierzył jednak, że sam wzrost wydajności może być panaceum. Jeżeli wzrostowi wydajności pracy towarzyszy jednoczesny, proporcjonalny wzrost płac realnych, to stopień monopolizacji nie zmienia się. Jeżeli konsumpcja kapitalistów i inwestycje nie rosną, to łączny popyt i łączna produkcja pozostaną stałe, a to pociągnie za sobą zmniejszenie zatrudnienia na skutek wzrostu wydajności. Co więcej, jeżeli obniżka jednostkowych kosztów pracy, wynikająca z wyższej wydajności pracy, nie zostaje przeniesiona na konsumentów przez proporcjonalne obniżki cen lub jeśli nie będą im towarzyszyć proporcjonalnie wyższe płace, to stopień monopolizacji wzrośnie. Wreszcie zaś można również uznać za zasługę Kaleckiego zaproponowanie nowej teorii inflacji w gospodarkach rozwijających się, gdzie inflacja powstaje z powodu cenowej nieelastyczności podaży produkcji żywności. Podchwycone to zostało później przez ekonomistów z Ameryki Łacińskiej, którzy sformułowali strukturalną teorię inflacji17.
Osiągnięciem Kaleckiego jest też wyodrębnienie typu państwa będącego „ustrojem pośrednim” pomiędzy rozwiniętymi gospodarkami kapitalistycznymi a socjalistycznymi (Indie, Egipt, Boliwia), w którym klasą rządząca staje się drobna burżuazja wraz z bogatym chłopstwem. Ten typ wyłonił się po II wojnie światowej wskutek emancypacji politycznej oraz walki z kolonializmem i imperializmem. Kalecki był przekonany, że tego rodzaju państwa są w stanie przetrwać pod warunkiem spełnienia kilku warunków, przede wszystkim uzupełnienia emancypacji politycznej o ekonomiczną, tzn. wyzwolenia się spod wpływów kapitału zagranicznego, przeprowadzenia reformy rolnej oraz zapewnienia stałego rozwoju gospodarczego18. Klasami antagonistycznymi wobec klasy rządzącej są w tym ustroju z jednej strony wielka burżuazja i feudałowie, którzy zostają pozbawieni znaczenia politycznego, z drugiej zaś – biedota miejska oraz chłopi małorolni i bezrolni niepartycypujący w dobrodziejstwach rozwoju gospodarczego. Odpowiednikiem tej wewnętrznej pozycji klasy rządzącej jest lawirowanie pomiędzy dwoma blokami, kapitalistycznym i socjalistycznym. Dzieje się tak z prostego powodu: postawienie na jeden nich oznaczałoby jednocześnie wzmocnienie któregoś przeciwnika wewnętrznego. Poza tym umożliwia to tym krajom korzystanie z zagranicznych kredytów przy jednoczesnym zachowaniu planowania gospodarczego i dużego zaangażowania państwa w gospodarkę.
***
O znaczeniu Kaleckiego na gruncie nauk ekonomicznych świadczy fakt, że jest to jedyny polski uczony, którego „Dzieła” wszystkie, obejmujące siedem tomów, zostały wydane w języku angielskim przez jedną z najbardziej renomowanych oficyn wydawniczych – Oxford University Press. Aktualność jego myśli natomiast dobrze ilustrują wydarzenia ostatniego kryzysu gospodarczego.
W krajach, w których podjęto walkę z kryzysem opartą na oszczędnościach budżetowych i cięciach finansowych, a takie zalecenia, jak pamiętamy, otrzymały rządy Grecji czy Portugalii od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sytuacja bynajmniej nie uległa poprawie. Wręcz przeciwnie, doprowadziło to do załamania gospodarek tych krajów i, jak się szacuje, każde 1 euro oszczędności przyniosło kurczenie się gospodarki o 1,5–1,7 euro, bo wraz z oszczędnościami gwałtownie spadł popyt i wzrosło bezrobocie. Zupełnie inną drogą poszła Francja, w której wprowadzono tzw. pakiet pomocy publicznej i to dzięki niemu uniknęła ona tak negatywnych konsekwencji jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania.
Wydarzenia ostatnich lat dobitnie pokazują, że istnieje potrzeba rozszerzenia kompetencji różnego rodzaju instytucji państwowych sprawujących kontrolę nad sektorem gospodarczo-finansowym, stworzenia zwartych, konkretnych, systemowych programów walki z kryzysem, większego udziału państwa w procesie redystrybucji wytworzonego dochodu oraz wzmocnienie tegoż państwa jako podmiotu polityki społecznej. Rynek nie jest w stanie efektywnie zarządzać ryzykiem oraz samoregulować się, a państwo jest jedynym podmiotem zdolnym przeciwstawić się globalnemu załamaniu poprzez interwencję w sektorze finansowo-bankowym.
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
- T. Kowalik, Michał Kalecki, kim był, jakim go znałem i podziwiałem [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego i jej znaczenie w teorii ekonomii, red. G. Musiał, Katowice 2006, s. 68.
- Informacje biograficzne na temat Kaleckiego na podstawie: J. López, M. Assous, Michał Kalecki, Warszawa 2015;
K. Chojnacka, Michał Kalecki o relacjach państwo – gospodarka, Kielce 2013.
- J. Robinson, Michal Kalecki on the Economics of Capitalism, „Oxford Bulletin of Economics and Statistics” 1977, t. 39,
nr 1, s. 8–9.
- M. Kalecki, Teoria dynamiki gospodarczej, Warszawa 1979, s. 8.
- Idem, Trzy drogi do pełnego zatrudnienia [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Koniunktura i zatrudnienie, t. 1, red. J. Osiatyński, Warszawa 1979, s. 350–351.
- Idem, Pełne zatrudnienie przez pobudzanie prywatnych inwestycji? [w:] ibidem, s. 383.
- R. Woś, Dziecięca choroba liberalizmu, Warszawa 2014, s. 261.
- M. Kalecki, Pełne zatrudnienie…, s. 385.
- Idem, Teoria zysków [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Dynamika gospodarcza, t. II, red. J. Osiatyński, Warszawa 1980, s. 556.
- Idem, Pełne zatrudnienie…, s. 382.
- Idem, Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia [w:] idem, Z ostatniej fazy przemian kapitalizmu, Warszawa 1968, s. 22.
- Ibidem, s. 24.
- J. López, M. Assous, op.cit., s. 241.
- Zob. W. Gliwa, Działalność Michała Kaleckiego w charakterze doradcy rządów państw [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego…, op.cit., s. 385–400.
- M. Kalecki, Różnice w węzłowych problemach gospodarczych między wysoko rozwiniętą i zacofaną gospodarką kapitalistyczną [w:] idem, Dzieła. Kraje rozwijające się. Studia varia: o ekonomii i ekonomistach, t. 5, red. J. Osiatyński, Warszawa 1985, s. 33–34.
- J. López, M. Assous, op.cit., s. 247.
- Ibidem, s. 248–249.
- M. Kalecki, Ustroje pośrednie [w:] idem, Z ostatniej fazy…, s. 60.
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
W czasach wielkiego kryzysu gospodarczego lat 30. powstała monumentalna książka jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tzw. lost generation, Johna Dos Passosa. Na publikację zatytułowaną „USA” składają się trzy części: „42 równoleżnik”, „1919” i „Ciężkie pieniądze”. Książka zyskała sławę i popularność zarówno za sprawą treści, która stanowiła wnikliwą analizę USA czasów kryzysu, jak i formy. Dos Passos zastosował bowiem nowatorską w tamtych czasach narrację polifoniczną, opierając ją na czterech elementach kompozycji powieści. Są to: oko kamery rejestrujące osobiste spostrzeżenia i wrażenia autora; kronika filmowa będąca zapisem zdarzeń bieżących, ujętych w formie tytułów z gazet, fragmentów artykułów, reklam czy piosenek; biografie polityków, finansistów, uczonych, aktorów odpowiedzialnych za kształt rzeczywistości amerykańskiej; narracja fabularna opowiadająca losy autentycznych i fikcyjnych postaci reprezentujących kategorię tzw. zwykłych Amerykanów. Najobszerniejszą część książki tworzą historie dwanaściorga głównych bohaterów, które łączą się i przeplatają w całej trylogii.
Podobnego zabiegu użył amerykański dziennikarz George Packer w swojej głośnej, nagradzanej książce, wydanej w Polsce pod tytułem „Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny”. Odwołanie do trylogii Dos Passosa jest aż nadto czytelne. Mamy tu do czynienia z podobną konstrukcją: książka przedstawia zarówno historie zwykłych Amerykanów, jak i demiurgów amerykańskiego życia politycznego, gospodarczego czy kulturalnego ostatnich kilkudziesięciu lat, wreszcie zaś – odnajdujemy sekcje, które składają się z fragmentów piosenek, programów telewizyjnych i wycinków z gazet z lat 1978–2012. Zasadnicza różnica w porównaniu z dziełem Dos Passosa jest taka, że Packer opisuje tylko historie prawdziwe, a losy bohaterów nie splatają się w jego książce na podobieństwo tych z „USA”. Ze względu na podjętą tematykę można go też bez wątpienia nazwać dłużnikiem Johna Steinbecka czy George’a Orwella, by przypomnieć choćby „Grona gniewu” czy „Drogę na molo w Wigan”.
Osią książki Packera są historie trzech postaci. Pierwszą z nich jest Dean Price, pochodzący z Karoliny Północnej wielbiciel książki prekursora „literatury osobistego sukcesu” Napoleona Hilla pt. „Think and Grow Rich” oraz przedsiębiorca tworzący sieci sklepów, stacji benzynowych, fast foodów, wreszcie zaś zapaleniec poświęcający się kwestii biopaliwa, która staje się jego prawdziwą idée fixe. Druga to Jeff Conaughton, lobbysta, prawnik, były doradca obecnego wiceprezydenta Joe Bidena, autor książki „The Payoff: Why Wall Street Always Wins”. Trzecią jest Tammy Thomas, mieszkanka miasta Youngstown w Ohio, wieloletnia pracownica przemysłu stalowego w tym mieście oraz działaczka na rzecz lokalnej społeczności. Za czwartego bohatera książki możemy uznać Petera Thiela, mimo że rozdziały mu poświęcone nie zostały zatytułowane jego nazwiskiem, a występują pod ogólnym tytułem „Dolina Krzemowa”. Jest to zresztą postać dość symptomatyczna: twórca serwisu PayPal i jeden z głównych udziałowców Facebooka, miliarder, libertarianin, dziecko boomu w Dolinie Krzemowej, wizjoner, człowiek mający świadomość, że ze światem współczesnym coś jest nie tak, zatroskany jednak cały czas o ludzkość w wymiarze globalnym, chcący zmieniać świat kompleksowo i radykalnie, snujący marzenia o nieśmiertelności i hojnie wspierający badania nad wydłużeniem ludzkiego życia, niezainteresowany natomiast zupełnie „tu i teraz”, które zdaje się dla wizjonera jego pokroju czymś zbyt trywialnym i mało pociągającym. Obok nich w książce przewijają się historie innych zwykłych Amerykanów (rodzina Hartzellów), a także wpływowych postaci amerykańskiego establishmentu czy celebrytów, jak np. Newt Gingrich, Colin Powell, Robert Rubin, Elizabeth Warren, Oprah Winfery, Jay Z, Raymond Carver, Sam Walton czy Andrew Breitbart.
Opowieść Packera rozpoczyna się w 1978 r., w momencie, gdy amerykańskie wartości zostały, jego zdaniem, podważone i zaczęły być sukcesywnie niszczone przez turbokapitalizm nastawiony na jak największy zysk. Proces ten zapoczątkował powiększające się w oszałamiającym tempie dysproporcje między garstką nieprzyzwoicie bogatych a masami wpędzanymi w coraz większe ubóstwo. Opisywane czasy to lata zamrożenia płac klasy średniej, coraz szybciej rosnących nierówności oraz zerwania niepisanej umowy obowiązującej w krajach wysokorozwiniętych po II wojnie światowej, w myśl której każdy obywatel tych społeczeństw winien mieć godną płacę pozwalająca na utrzymanie. Ameryka upodabniała się wówczas do Wal-Martu: Zrobiła się oszczędna. Ceny i płace były niższe. Zmalała liczba miejsc pracy w fabrykach, w których działały związki zawodowe, a wzrosła – niepełnych etatów na takich stanowiskach jak witający gości. Małe miasteczka, które wyniosły pana Sama, stawały się coraz uboższe, co oznaczało, że konsumenci byli coraz bardziej uzależnieni od „codziennie niskich cen”, robili wszystkie zakupy w Wal-Marcie, a może nawet musieli w nim pracować. A w tych częściach Ameryki, które się bogaciły, na wybrzeżach i w niektórych wielkich miastach, wielu klientów z przerażeniem patrzyło na Wal-Mart oraz jego wielkie regały pełne tandetnych, jeśli nawet nie niebezpiecznych towarów „made in China”, i kupowało buty oraz mięso w drogich sklepach, jakby to, że przepłacają, mogło zaszczepić ich przed rozprzestrzeniającą się taniochą.
Packer kreśli portret Ameryki ostatnich kilkudziesięciu lat w sposób mistrzowski. Trzeba przyznać, że nie ucieka się do tanich sztuczek, które co rusz chwytałyby czytelnika za serce, nie znajdziemy u niego śladów – charakterystycznej zwłaszcza dla amerykańskiej produkcji filmowej – cukierkowatości, egzaltacji i sentymentalizmu. Brak również w tych historiach happy endu czy krzepiących przykładów, autor nie próbuje też wprawić czytelnika w lepszy humor poprzez dawanie nadziei, że idzie ku lepszemu, że pierwsze jaskółki przemian zaczynają być widoczne. Zarysowuje przykłady działań przynoszących określone efekty, pokazuje, że przeciwstawienie się tym negatywnym zjawiskom, które opisuje i piętnuje, bywa czasami możliwe, ale nie wyciąga z tego żadnych ogólnych optymistycznych wniosków. Nie stawia ich za wzór uniwersalnej metody, która sprawdza się i w związku z tym winna być powszechnie stosowana. Stara się też nie ferować wyroków. Z dystansem, niejako z zewnątrz i chłodnym okiem portretuje swoich bohaterów, w dużej mierze pozostawiając czytelnika z zadaniem wyciągnięcia samodzielnych wniosków i dając tylko pewne sugestie co do tego, jakie są przyczyny kryzysu i co z USA jest nie tak. Nie spina też książki i historii w niej przedstawionych bardziej ogólnymi refleksjami, co w moim odczuciu stanowi akurat pewną słabość, choć zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może być to atutem. Jednostkowe historie mogą stanowić egzemplifikację szerszych zjawisk, ale nie zawsze wiemy, na ile są one wynikiem uwarunkowań systemowych, na ile zaś jedynie indywidualnych decyzji poszczególnych jednostek, ich błędów i słabości.
Czytelnikowi nie do końca wyrobionemu trudno jednoznacznie stwierdzić, czy osoby, o których pisze Packer, to niewinne ofiary, czy też ludzie, których uwiodła bajka o możliwości nieustannego i przybierającego monstrualne rozmiary konsumowania. W książce pojawiają się bowiem ludzie, którzy przyjęli pewien styl życia oparty na hiperkonsumpcji, ale poczuli się oszukani, gdy okazało się, że jego kontynuowanie nie jest możliwe, że obietnice, którymi ich zwodzono, nie zostaną spełnione. Czy jednak prowadzi ich to do refleksji nad fałszem paradygmatu, któremu pozwolili się omamić? Czy też raczej ich rozgoryczenie to konsekwencja wyłącznie tego, że życie ponad stan okazało się nazbyt kosztowne i nie jest już dłużej możliwe? Czytelnik w pewnym momencie orientuje się, że trudno jednoznacznie współczuć ludziom, których historie zostały opisane przez Packera – dorabiającym post factum pokrętną ideologię do wcześniejszych działań, głosującym ewidentnie wbrew własnym interesom, wegetującym w jakimś makabrycznym stuporze – z którego wyrywa ich dopiero groźba odcięcia kablówki, utraty Internetu lub odebrania kuponów na żywność – czy tracącym dorobek życia na spekulacjach nieruchomościami i za sprawą inwestycji w piramidy finansowe obiecujące natychmiastowy zysk itp.
Z drugiej strony nie można zapominać, że w dużej mierze są to ludzie wykluczeni, stłamszeni, złamani, zbędni i zrezygnowani, niemający już sił. Wykluczenie zaś, jak wiemy, utrudnia jednostce pełnienie określonych ról społecznych, korzystanie z dóbr publicznych, infrastruktury społecznej (rynku konsumpcji, pracy, szkolnictwa, pomocy społecznej, służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości itp.), praw politycznych czy gromadzenie zasobów. W literaturze naukowej używane jest pojęcie underclass wprowadzone przez szwedzkiego ekonomistę Gunnara Myrdala, który zaliczył do niej jednostki żyjące w bardzo złej sytuacji materialnej i zarazem dotknięte marginalizacją w ramach struktury społecznej. Ralf Dahrendorf wyodrębnił cechy charakterystyczne członków underclass: niskie zarobki, bezrobocie, brak kwalifikacji, zależność od opieki społecznej, dezorganizacja rodziny, skłonności do zachowań aberracyjnych. Zjawisko to ma swoje skutki długotrwałe, przekładające się na pozycję i status przyszłych pokoleń. Mamy więc do czynienia z utrwalaniem i dziedziczeniem wykluczenia społecznego – kolejne pokolenia mają zazwyczaj minimalne szanse poprawy swojej sytuacji i jej przezwyciężenia. Prawie każda z postaci przedstawionych przez Packera jest poniekąd tragiczna. Wszystkie zostały wciągnięte przez bezosobowe procesy gospodarcze, których zazwyczaj nie mogą zrozumieć, więc popadają w stan coraz większej dezorientacji i zagubienia w otaczającym świecie. Są to bez wyjątku osoby odczuwające tragiczny dysonans między otaczającą je rzeczywistością a hasłami, zaklęciami, ideami, które nieustannie są im podawane jako immanentny składnik amerykańskiej mitologii. Packer pokazuje, że ludzie ci zostali całkowicie zostawieni sami sobie – nie tylko nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc, ale w dodatku wszelkie podejmowane przez nich próby wydobycia się z tragicznej sytuacji napotykają na przeszkody, a oni sami na powrót są spychani przez bezduszną machinę finansowo-urzędniczą na pozycje outsiderów.
Chciwość jest dobra – mówił Gordon Gekko, bohater filmu „Wall Street” Olivera Stone’a. Packer kwestionuje tę opinię, pokazując do jakiego spustoszenia prowadzą nieokiełznana żądza zysku i niepohamowana zachłanność. Autor unika taniej agitacji, książka nie jest bowiem oskarżeniem pod adresem tej czy innej partii, polityków, menedżerów czy przedsiębiorców. Nie ucieka się do łatwych, acz powierzchownych konstatacji, wskazując raczej na chorobę Ameryki jako takiej. USA jawią się jako kraj bez nadziei, pełen ludzi przegranych i wypalonych. Nawet ci, którzy dorobili się miliardowych fortun, sprawiają wrażenie niezaspokojonych, sfrustrowanych lub pełnych lęku. Obraz ten przywodzi na myśl społeczeństwo Dobuańczyków opisane przez Ruth Benedict we „Wzorach kultury”: społeczność, w której lęk i poczucie zagrożenia były zasadą przenikającą wszystkie sfery życia. Benedict pisała o istniejącej pomiędzy mieszkańcami Dobu nieustannej podstępnej i ukrytej rywalizacji. Cała ich egzystencja była wręcz walką na noże, każdą korzyść uzyskiwało się kosztem pokonanego rywala, a za człowieka dobrego, takiego, któremu się powiodło, uważany był ten, który cichcem wysadził drugiego z siodła. Packer, opisując jedną z postaci, podkreśla: Matta najbardziej przygnębiało to, że w Ameryce zapanowała żądza pieniądza, że chodziło o osiągnięcie jak najwyższych zysków za jak najniższą cenę. Każdy myślał tylko o sobie i nie chciał nikomu pomóc. Lobbyści, politycy – wszyscy byli skorumpowani, żerowali na tych, którzy mieli najmniej. Ta erozja myślenia wspólnotowego, rozpad społeczeństwa, atrofia więzi międzyludzkich – wynikające z lansowania myślenia w kategoriach egoistycznych, nakierowania na jednostkowy prywatny, indywidualny sukces bez oglądania się na innych – to kolejny leitmotiv recenzowanej książki.
Za pewien mankament „Kryzysu wolnego rynku?” można uznać fakt, że zbyt mało wyraźnie uwypukla zmiany systemowe, które dokonały się w USA na przestrzeni ostatnich dekad. Szkoda, że autor nie próbuje jasno i wyraźnie wskazać na wydarzenia i przemiany, które w największym stopniu przyczyniły się do katastrofalnego stanu rzeczy, wyłaniającego się z kart jego dzieła. Wydaje się, że książce nie zaszkodziłyby krótkie rozdziały dotyczące kwestii bardziej ogólnych, zarysowujące tło dla tych jednostkowych historii, wskazujące na tendencje dominujące w kolejnych okresach opisywanych przez autora. Co prawda nie jest ona pozbawiona całkowicie tego rodzaju informacji i odniesień, są one jednak dość rozproszone.
Kilkakrotnie jako przykład rozmontowywania amerykańskiego systemu podaje Packer choćby zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, wprowadzonej w 1933 r. przez Franklina D. Roosevelta w celu stworzenia bariery między bankami inwestycyjnymi a komercyjnymi i uniemożliwienia im angażowania się w praktyki spekulacyjne. Na skutek lobbingu m.in. Alana Greenspana czy Roberta Rubina, bohatera jednego z rozdziałów książki Packera, w 1999 r. Glass-Steagall Act został uchylony. Deregulacja systemu finansowego, która dokonała się w tamtym czasie, spowodowała, że zyski sektora finansowego zaczęły błyskawicznie rosnąć, przewyższając w szybkim tempie te osiągane przez pozostałe sektory gospodarki. Nawet tego rodzaju amerykańskie firmy-symbole, jak General Electric, General Motors czy Ford osiągały na początku XXI w. większość swoich zysków z aktywności na rynkach finansowych, a nie dzięki działalności produkcyjnej, która była systematycznie ograniczana. W książce zarysowano proces rosnących lawinowo nierówności, jednak trudno zorientować się co do skali, jaką począwszy od lat 70. przybiera to zjawisko. Tymczasem, jak podaje Ha-Joon Chang, o ile wynagrodzenie dyrektora generalnego w USA w latach 60. i 70. było 30–40 razy wyższe niż dochody pracownika, o tyle na początku XXI w. już 300–400 razy wyższe. Jednocześnie przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy pomiędzy 1973 r. a 2007 zwiększyło się z 18,9 do 21,34 dolarów, co oznacza zaledwie 13-procentowy wzrost w ciągu 33 lat.
W rezultacie znakomita większość amerykańskiego społeczeństwa mogła stać się beneficjentami tego rzekomego dobrobytu i pozornie niekończącego boomu jedynie dzięki zadłużaniu się na niespotykaną dotąd skalę. Thomas Piketty podkreśla, że po najbardziej egalitarnej epoce w USA, którą był okres od lat 50. do 70. XX w., mamy do czynienia z eksplozją nierówności dochodów na bezprecedensową skalę, a jej efektem jest zwiększenie udziału najwyższego decyla z poziomu 30–35% dochodu narodowego na początku lat 70. do 45–50% na początku XXI w., przy czym udział najbogatszego 1% populacji wzrósł z 9% dochodu narodowego do 20%. Jeśli zaś skumulujemy całkowity wzrost gospodarki amerykańskiej z lat 1977–2007, to okazuje się, że 10% najbogatszych przejęło trzy czwarte tego wzrostu, w tym 1% najbogatszych – aż 60%. Ta bezprecedensowa zwyżka nierówności płac, pojawienie się superwynagrodzeń na szczycie hierarchii płacowej to, jego zdaniem, jedna z przyczyn kryzysu finansowego z 2008 r., o czym świadczy chociażby fakt, iż udział najwyższego decyla w amerykańskim dochodzie narodowym osiągnął dwa absolutne szczyty w 1928 r. oraz w 2007, co nie może być przypadkiem. Co więcej, Piketty wskazuje, że pomimo kryzysu tendencje te nie uległy odwróceniu i zwyżka ta trwa. Nie dość, że menedżerowie zarabiają nieproporcjonalnie dużo, to nie ponoszą oni praktycznie żadnej odpowiedzialności za podejmowane decyzje i nie są karani za złe zarządzanie.
Przykład Roberta Rubina, przedstawiony w książce Packera, jest tutaj aż nadto wymowny. Rubin, pełniący do 1999 r. obowiązki Sekretarza Skarbu w gabinecie Billa Clintona, następnie zaś stojący na czele Citigroup, jedynego banku, którego nacjonalizację rząd USA brał poważnie pod uwagę w związku ze stratami wynoszącymi w momencie rozpoczęcia kryzysu finansowego 65 mld dolarów, nie miał sobie nic do zarzucenia. Okazało się, że wbrew opinii przewodniczącego Komisji Śledczej do Spraw Kryzysu Finansowego, Philipa Angelidesa, przed którą Rubin zeznawał, pobierane przez niego wynagrodzenie w wysokości 15 mln dolarów rocznie nie musi wiązać się z jakąkolwiek odpowiedzialnością. Gdy więc coś idzie nie tak – jak w przypadku kryzysu z 2008 r. – to podatnicy zostają zmuszeni do wykupienia czy wspomożenia upadających firm, podczas gdy menedżerowie, którzy doprowadzili do ich upadku, nie ponoszą żadnych konsekwencji. Wszystko to w myśl spiżowego prawa współczesnego neoliberalizmu, nakazującego prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat.
Na przykładzie miasta Tampa na Florydzie możemy też obserwować spustoszenie wywołane za sprawą masowego udzielania tzw. kredytów subprime (wysokiego ryzyka). Trzeba jednak jasno powiedzieć, że wśród ofiar tej polityki kredytowej odnajdujemy różne osoby. Jedni, jak Usha Patel, chcąc zrealizować swoją American way of life, inwestują oszczędności całego życia i zapożyczają się w celu uruchomienia własnego interesu, inni to niewątpliwie ludzie zwiedzeni przez szaleńczy konsumpcjonizm, pragnący większego, bardziej komfortowego domu, choć ewidentnie ich na to nie stać. Jeszcze inni to spekulanci przekonani, że odnaleźli Świętego Graala biznesu i w związku z tym nastawieni na szybkie i krociowe zyski z handlu nieruchomościami, których ceny w tamtym czasie gwałtownie rosły: U szczytu szaleństwa, czyli w 2005 roku, 29 grudnia w Fort Mayers sprzedano dom za trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy sześćset, a 30 grudnia – za pięćset osiemdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dolarów. Liczba kredytów subprime lawinowo zwiększała się: o ile na początku lat 90. stanowiły one 10% rynku kredytów hipotecznych, to 10 lat później – już 80%. Wpływ na to miały zarówno zielone światło, które tego typu kredyty uzyskały od rządu (hasło Clintona: „Własny dom dla każdego Amerykanina”), jak i rozwój pośrednictwa finansowego. Pośrednicy finansowi, wynagradzani prowizyjnie od liczby sprzedanych kredytów, byli zainteresowani ich mnożeniem, a nie jakością. Wkrótce jednak, gdy stopy procentowe – wcześniej sztucznie utrzymywane na niskim poziomie – poszły w górę, okazało się, że większość dłużników ma problemy ze spłacaniem kredytów. W tym samym czasie ceny domów zaczęły spadać, natomiast banki rozpoczęły przejmowanie obciążonych nieruchomości i wystawianie ich na sprzedaż.
W ten sposób wiele osób zostało z dnia na dzień wepchniętych w spiralę zadłużenia, z którym nie mogły sobie poradzić. Co więcej, stało się jasne, że nikt oprócz nich nie jest zainteresowany tym, czy sprostają problemowi. Wyjątkowo perfidna okazało się polityka banków i instytucji finansowych, które z premedytacją niszczyły ludzi, aby odzyskać zainwestowane pieniądze. Tyle było tych spraw, a Sąd Najwyższy wywierał tak silną presję, aby szybko je rozpatrywać, że jeden starszy sędzia, mniej więcej siedemdziesięciopięcioletni, prowadził ich jednocześnie trzy tysiące. Pewnego grudniowego przedpołudnia na wokandzie sądu hrabstwa Hillsborough było sześćdziesiąt rozpraw; zaczynały się o dziewiątej rano od sprawy National City Mortgage przeciwko Christopherowi Meierowi, a kończyły się o dwunastej sprawą Chase Home Finance przeciwko Wiliamowi Martensowi. Na każdą z nich przypadały trzy minuty, a często sprawiedliwość wymierzano w jeszcze krótszym czasie. Po lunchu, zaczynając o pierwszej trzydzieści od sprawy Wells Fargo Bank przeciwko Stephanie Besser, a kończąc o piątej sprawą Deutsche Bank przeciwko Raymondowi Lucasowi, sędzia rozpatrywał sześćdziesiąt pozwów. Jeśli pani Besser albo pan Lucas byli reprezentowani przez adwokata, „szybka wokanda” – tak to nazywano – zwalniała i nie realizowano planu. Ale najgorzej, jeśli pani Besser albo pan Lucas stawiali się osobiście, bo wtedy sąd stykał się z ludzkim aspektem sprawy, widział zniekształconą niepokojem twarz wobec groźby utraty domu i całej procedurze towarzyszyło zakłopotanie, jakby na salę, w której lekarze omawiali przypadek śmiertelnie chorej pacjentki, weszła ona sama. Wtedy sędzia mógł zadać ostrzejsze pytanie przedstawicielowi powoda, ale na szczęście takie sytuacje nie zdarzały się prawie nigdy. Większość spraw przebiegała bez sprzeciwu, wyłącznie z udziałem prawnika reprezentującego bank. Banki permanentnie zwodziły i zastraszały klientów, nie odpowiadały na telefony, okłamywały ich tak, że gdy przychodził czas rozprawy, większość pozwanych nie miała już siły walczyć, poddawała się i sprawa odbywała się błyskawicznie pod ich nieobecność. Jak zauważyła jedna z bohaterek książki Packera, Sylvia Landis: Więcej czasu, niż dostali ci ludzie, którzy przecież tracili domy, spędzam przy okienku w McDonaldzie dla zmotoryzowanych.
Jedną z ulubionych książek miliardera z Doliny Krzemowej, Petera Thiela, jest wydana w 1967 r. „Le Défi Américain” francuskiego dziennikarza i polityka Jeana-Jacquesa Servana-Schreibera. Została w niej zarysowana wizja postindustrialnej utopii istniejącej w USA około 2000 r. Servan-Schreiber uważał, że dysproporcje między dochodami ludzi zaczną się wyrównywać, a komputery wyzwolą ludzi, którym wystarczy praca 4 dni w tygodniu po 7 godzin dziennie. Można zapytać, co potoczyło się nie tak: era informatyczna, przewidywana przez francuskiego dziennikarza, faktycznie nastała. Ale utopia, która wraz z nią miała zostać zrealizowana – nie zaistniała. W jakim kierunku poszedł rozwój gospodarek i w ogóle świata Zachodu w ostatnich kilkudziesięciu latach? Czy mieliśmy do czynienia ze spojrzeniem na gospodarkę z założeniem, że człowiek cokolwiek znaczy? Czy rewolucja teleinformatyczna stanowiła rzeczywiście taki przełom, że możemy mówić o erze postindustrialnej? Coraz więcej ekonomistów podważa dziś paradygmat świata postindustrialnego, podkreślając, że lekceważenie sektora wytwórczego było jedną z przyczyn współczesnego kryzysu gospodarczego i per saldo nie wyszło na dobre państwom wysoko rozwiniętym. Ha-Joon Chang ukuł słynny przykład, mówiący, że o wiele większą rewolucją niż Internet była pralka, która – redukując ilość wysiłku potrzebnego do utrzymania domu – pozwoliła kobietom wejść na rynek pracy.
Motyw ten przewija się również w książce Packera. Samochody, pociągi i samoloty nie były teraz wiele lepsze niż w 1973 roku. Rosnące ceny paliwa i żywności świadczyły o całkowitej porażce w rozwoju technologii energetycznej i rolniczej. Komputeryzacja nie stworzyła wystarczająco dużo miejsc pracy, żeby utrzymać klasę średnią, nie spowodowała rewolucyjnych zmian w produkcji i wydajności ani nie przyczyniła się do podniesienia poziomu życia we wszystkich klasach. Wszystko to spowodowało, jak konstatował Thiel, że Amerykanie przestali już po prostu wierzyć w przyszłość i liczyć, że coś dobrego może im ona przynieść.
Trudno powiedzieć, czy Packer wierzy w przyszłość, nie daje bowiem żadnych gotowych recept, nie wskazuje dróg wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się Ameryka, nie przesądza, za sprawą jakich działań mogłoby się dokonać uzdrowienie kraju. Wydaje się jednak, że mimo wszystko wierzy w Amerykanów i stara się odnajdywać wśród nich postaci, które – nie bacząc na piętrzące się przeciwności losu – zachowały i kultywują w sobie niemodne już ideały, jakie kiedyś dominowały w tym kraju. Mówi nam, że Ameryka to nie tylko Wall Street, celebryci i politycy z pierwszych stron gazet, że życie jest gdzie indziej, że tzw. amerykańskie wartości, sukcesywnie spychane na margines lub groteskowo wykoślawiane, ciągle jednak tlą się tu i ówdzie, mają nadal wyznawców i apostołów oraz ogromną siłę oddziaływania, a ich odrodzenie jest warunkiem wstępnym uzdrowienia amerykańskich realiów.
Uwagi, obserwacje i ostrzeżenia Packera, o czym warto pamiętać, nie odnoszą się jednak tylko do Ameryki. Nie można udawać, że problemy przez niego opisane nie dotyczą społeczeństw Starego Świata. Również i Europa boryka się z podobnymi trudnościami, na które jak na razie nie potrafi znaleźć skutecznego remedium. W Starym Testamencie opisana została instytucja roku jubileuszowego, obchodzonego przez Żydów co 50 lat. Za jego sprawą była przywracana naturalna homeostaza: długi umarzano, ziemia wracała do pierwotnych właścicieli, niewolników uwalniano. Można powiedzieć, że było to ówczesne prawo antymonopolowe zapobiegające procesom koncentracji majątku i władzy. W czasach współczesnych nie znamy tego rodzaju instytucji – a szkoda. Jednak fakt, że okres od końca II wojny światowej do lat 70. uznawany jest za czas względnego egalitaryzmu, świadczyć może o tym, iż taką rolę jak starotestamentowy rok jubileuszowy spełniła poniekąd wojna. Miejmy nadzieję, że nie będą potrzebne podobne wydarzenia, aby współczesne dysproporcje majątkowe zostały zniwelowane.
George Packer, Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny, tłum. Magdalena Słysz, Świat Książki, Warszawa 2015.
przez dr hab. Rafał Łętocha | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Żyjemy w czasach, gdy ekonomię postrzega się zazwyczaj jako domenę racjonalnych decyzji służących jak najpełniejszemu wykorzystaniu posiadanych zasobów oraz maksymalizacji zysków. Formalne zasady ekonomii, a przede wszystkim mikroekonomii, uważane są za powszechne, niepodlegające dyskusji i naturalne – jak zasady termodynamiki, prawo ciążenia czy twierdzenie Pitagorasa. W kulturze zachodniej można też zauważyć tendencję do wywyższania ekonomii ponad inne nauki. Ze wszystkich nauk społecznych to właśnie ona pretenduje do tego, aby nadać swoim teoriom i hipotezom charakter bezwzględnie obowiązujący i absolutny, najmocniej podkreśla swoją przynależność do „prawdziwych” nauk, takich jak fizyka. Ekonomiści odwołują się do skomplikowanych praw matematycznych i poszukują praw natury. Mają ogromną władzę: od ich prognoz zależy oprocentowanie naszych kart kredytowych, a ich wskazówki kształtują codzienność setek milionów ludzi1.
Z chwilą powstania ekonomia zajęła się problemem natury człowieka. Próbowała odpowiedzieć na fundamentalne pytania z zakresu antropologii. Czy człowiek jest z natury egoistyczny, czy może altruistyczny? Czy zawsze dąży do maksymalizacji własnego zysku, nawet kosztem innych, czy też jest wyposażony w zmysł moralny, który kieruje go w stronę współdziałania z innymi i realizacji dobra wspólnego? Upraszczając sprawę, możemy powiedzieć, że dominujący w dzisiejszym świecie paradygmat liberalny charakteryzuje się postrzeganiem człowieka jako istoty samolubnej, kierującej się dążeniem do prywatnej korzyści.
Z biegiem czasu zaczęto oczywiście zwracać uwagę, że interes ten może być rozumiany na różne sposoby. Pojawiały się np. refleksje, że człowiek zabiega o zyski nie tylko materialne, że korzyść stanowić mogą również np. bezpieczeństwo, spokój, miłość, satysfakcja, prestiż itp. Wielu przedstawicieli nurtu liberalnego uznało zarazem, że pogoń za indywidualnym zyskiem przekłada się na interes powszechny, że z sumy egoizmów tworzy się największe możliwe dobro dla całego społeczeństwa, że konkurencja w każdym przypadku przyczynia się do spadku cen i kosztów produkcji oraz przeciwdziała nadużyciom monopoli. Stąd doszli zaś do wniosku, że wszelka interwencja państwowa ma destrukcyjny charakter – utrudniając funkcjonowanie gospodarki rynkowej, opóźnia czy nawet uniemożliwia powstanie społeczeństwa powszechnego dobrobytu. Stanem naturalnym jest wedle tej wizji idealna homeostaza, do której zmierza rynek, pod warunkiem, że nikt i nic nie zakłóca jego działania – równowaga między podażą a popytem, wartością a ceną, nakładem a produkcją. Taka wizja wynika z przekonania o istnieniu naturalnych praw ekonomii, analogicznych do praw fizyki, które nie mają jednak szans funkcjonować w sytuacji nieustannej ingerencji w gospodarkę czynników zewnętrznych.
Te pretensje do naukowości sprawiają, że liberalizm uznaje swoje zasady za uniwersalne, niezależne od lokalnego kontekstu, zwyczajów i kultury, a osiągnięcia za mierzalne precyzyjnymi wskaźnikami. Inne niż promowane przez siebie sposoby życia i organizacji gospodarki uznaje on zaś za prymitywne i irracjonalne. Michał Buchowski pisze wręcz o magicznym charakterze neoliberalizmu czy też myśleniu magicznym jego wyznawców. Wierzą oni bowiem, że czynniki symboliczne mają tę samą moc oddziaływania na rzeczywistość jak czynniki „fizyczne”. Słowa dzięki swej magicznej mocy albo tłumaczą niepowodzenia, albo kreują nieistniejącą rzeczywistość. […] W tym miejscu nasuwa się jednak refleksja, że opisywani przez neoliberałów przegrani transformacji charakteryzowani są w równie niedookreślony empirycznie sposób. Taki hokus-pokus status mają pojęcia w rodzaju homo sovieticus, wyuczona bezradność, bezinteresowna zazdrość, kolektywizm czy antyintelektualizm i za ich pomocą próbuje się zakląć rzeczywistość. […] Gdyby więc spróbować odpowiedzieć na […] pytanie, czy neoliberalizm jest magią, religią czy nauką, odpowiedziałbym na nie następująco: „neoliberalizm jest nauką, lecz tylko dla swych gorliwych wyznawców, którzy często myślą magicznie”2. Donald (Deirdre) McCloskey twierdzi w swojej pracy „If You’re So Smart: The Narrative of Economic Expertise” (1990), że tak pojmowana ekonomia stanowi relikt pozytywizmu, opierającego się na przestarzałym przekonaniu, iż nauka jest po prostu odkrywaniem faktów i praw natury. W istocie, jego zdaniem, ekonomiści opowiadają magiczne historie. Nie ma w tym niczego niewłaściwego, dopóki nie pretendują oni do roli odkrywców i krzewicieli praw naturalnych, które nie podlegają żadnej dyskusji.
Oczywiście model liberalny nie jest jedynym istniejącym. W innych, niejako konkurencyjnych koncepcjach ekonomicznych zwraca się uwagę na naturalną dążność człowieka do przynależności do grupy i związaną z tym gotowość do rezygnacji z części swojej autonomii oraz traktowania interesów grupowych jako własnych. Alternatywne wobec liberalizmu modele podkreślają też znaczenie takich czynników, jak uwarunkowania kulturowe czy przyswojone systemy wartości, które mogą mieć decydujący wpływ na postępowanie i motywację człowieka. Zwolennicy tych koncepcji kwestionują ideę uniwersalnej natury ludzkiej czy nawet skłonności wspólnych wszystkim ludziom. Jednak to właśnie model liberalny w największej mierze pretenduje do „naukowości”, do miana niepodważalnego i totalnego paradygmatu, a stojące u jego podstaw zasady, reguły i założenia zostały uznane przez wielu za oczywistości, których nie ma sensu nawet udowadniać, ponieważ ich bezsporność jest jasna dla każdego myślącego człowieka.
***
Węgierski myśliciel i badacz Karl Polanyi wyodrębniał dwa znaczenia terminu ekonomiczny: substancjalny i formalny. Pierwsze z nich odnosił do wszelkich materialnych działań służących utrzymaniu się przy życiu, drugi zaś do nauki o racjonalnym podejmowaniu decyzji. Wskazywał przy tym, że jedynie w rozwoju historycznym nowoczesnego Zachodu pojęcia te zostały ze sobą utożsamione – system ekonomiczny połączył się w jedno z racjonalną logiką ekonomiczną, służącą maksymalizacji indywidualnych korzyści. W kulturach przedkapitalistycznych, zauważał Polanyi, istnieją wszystkie typy działań ekonomicznych, ale nie są one podporządkowane wartościom wyznaczonym przez „racjonalną logikę ekonomiczną”. W nowoczesnym kapitalizmie gospodarka zakorzeniona jest w instytucji rynku, lecz w innych kulturach może działać wedle innych wartości, związanych choćby z relacjami pokrewieństwa czy wierzeniami religijnymi.
W naukach społecznych dominuje postrzeganie społeczeństwa jako globalnego systemu, z dającymi się wyodrębnić podsystemami: ekonomicznym, politycznym i kulturowym. Podejście to odpowiada jednak wyłącznie strukturze kapitalistycznych społeczeństw przemysłowych, w których gospodarka jawi się jako autonomiczny podsystem, posiadający własne prawa funkcjonowania. Utrudnia natomiast rozpoznanie logiki społeczeństw niekapitalistycznych, gdzie zajmuje ona zupełnie inne miejsce. W świetle badań antropologów, takich jak Bronisław Malinowski czy Alfred Radcliffe-Brown, do których odwoływał się Polanyi, w społeczeństwach pierwotnych gospodarka nie istniała jako osobna sfera. Była osadzona i podporządkowana instytucjom rodzinnym, politycznym czy religijnym, które nie mają wyłącznie ekonomicznego charakteru. W gospodarce rynkowej, zdaniem Polanyi’ego, społeczeństwo funkcjonuje właściwie jako dodatek do rynku. W przypadku innych modeli gospodarczych zależność jest odwrotna – nie istnieje tam żaden odrębny system gospodarczy, który można by analizować niezależnie od społeczeństwa. Często nie ma w nich nawet osobnego słowa na „gospodarkę” jako samoistną sferę odseparowaną od życia społecznego.
Tendencja do prowadzenia handlu wymiennego, na której tak śmiało opierał się Adam Smith, konstruując swój obraz człowieka pierwotnego, nie jest podstawową tendencją, która kieruje działalnością gospodarczą człowieka – wręcz przeciwnie, występuje ona niezwykle rzadko3. Polanyi wyróżniał trzy zasadnicze wymiary integracji gospodarki ze społeczeństwem, podkreślając, że nowoczesna ekonomia zajmuje się tylko jednym z nich, nie potrafiąc zrozumieć pozostałych, rządzących się zupełnie odmienną logiką. Określał je za pomocą terminów odwzajemniania, redystrybucji i wymiany. Pierwszy oznacza pomoc i dzielenie się oparte na poczuciu tożsamości oraz zobowiązania wynikającego z łączących ludzi więzów kulturowych, społecznych, rodzinnych, klanowych etc. Redystrybucja polega na tym, że główny autorytet (kapłan, wódz, świątynia) gromadzi różne rzeczy od wszystkich członków danej społeczności, aby później je na nowo rozdzielić. Jedni dostarczają płody rolne, otrzymując w zamian ubranie, inni zaś przynoszą wyroby rękodzieła, a dostają żywność. Wymiana jest zaś skalkulowanym handlem, opiera się na zasadzie coś za coś. Może jednak mieć ona różne wymiary i warianty, nie można jej rozumieć wąsko, jako wyłącznie transakcji pieniężnych. Polanyi podkreślał wręcz, że nowoczesna wymiana rynkowa, posługująca się pieniędzmi i cenami ustalanymi poprzez negocjacje, jest przypadkiem szczególnym i stosunkowo świeżej daty.
Kombinacje tych trzech typów logiki gospodarczej występują we wszystkich społeczeństwach, jednak zawsze jeden z nich jest dominujący4. W społeczeństwach poprzedzających kapitalizm ludzie nie zawsze kierowali się przy podejmowaniu decyzji swoim partykularnym interesem. Motywy działań członków tych społeczności determinował w większym stopniu kontekst historyczny i kulturowy. W związku z tym formalna ekonomia współczesna nie znajduje tu zastosowania. Cechą gospodarek przedkapitalistycznych miałoby być, zdaniem Polanyi’ego, również to, że są one zorientowane raczej na wytwarzanie środków utrzymania, niż na mnożenie zysku. Zazwyczaj w gospodarkach plemiennych sprzedaż oraz kupno ziemi i pracy są nie do pomyślenia. Prawa do użytkowania ziemi są bowiem związane z grupą krewniaczą i dziedziczeniem. Sprzedaż pracy uniemożliwia z kolei jej niemierzalność. Podobnie było zresztą w porządku feudalnym, gdzie kwestie związane z ziemią były wyłączone spod zasad organizacji kupna i sprzedaży, a określane przez inny zbiór regulacji instytucjonalnych. Praca w systemie cechowym była natomiast częścią ogólnej organizacji społeczeństwa. Warunki pracy, płace czy relacje mistrza i czeladnika, regulowane były przez obyczaj, przepisy cechu i miasta. W gospodarce kapitalistycznej istnieją zaś rynki zbytu na wszystkie czynniki produkcji, nie tylko na towary, ale także na ziemię, pracę i pieniądz. Ich ceny to, kolejno, czynsz, płaca i odsetki. Tymczasem, jak podkreśla Polanyi, ziemia, praca i pieniądz nie mieszczą się w empirycznej definicji towarów – nie zostały bowiem wyprodukowane na sprzedaż. Praca określa jedynie ludzką aktywność, która nie jest inicjowana z myślą o sprzedaży – procesem tym powodują zupełnie inne przyczyny – ponadto nie można jej oddzielić od pozostałych elementów ludzkiego życia, nie można jej też przechować czy zgromadzić. Ziemia to z kolei inna nazwa przyrody, niebędącej przecież wytworem człowieka. Pieniądz zaś – stanowi znak siły nabywczej, która z zasady wcale nie jest produkowana, lecz powstaje za pośrednictwem mechanizmu bankowości czy finansów publicznych. Żaden z tych czynników nie powstaje z myślą o sprzedaży, dlatego używanie kategorii towaru w odniesieniu do pracy, ziemi i pieniądza to czysta fikcja. Niemniej dzięki tej fikcji zostały zorganizowane rynki pracy, ziemi i pieniądza5.
Przykładem zupełnie odmiennego paradygmatu może zresztą być także gospodarka wiejska, chłopska, która zdaniem wielu badaczy rządziła się całkowicie innymi prawami. Wybitny rosyjski ekonomista Aleksander Czajanow wskazywał, że gospodarstwa chłopskie kierują się własną logiką, opierająca się na zrównoważeniu nakładu pracy z uzyskiwanym dochodem. James Scott podkreślał natomiast, że rolnictwo kapitalistyczne, narzucone przez władze kolonialne w Azji Południowo-Wschodniej, było zamachem na wcześniejszą tradycję wiejskiej gospodarki naturalnej. Kapitalistyczny system rolniczy, polegający na eksporcie takich towarów, jak ryż czy guma, oraz utowarowieniu ziemi i pracy, zaszkodził chłopskiej gospodarce. Chłopski sposób produkcji polegał na wzajemności wśród mieszkańców wsi, na wspólnym zarządzaniu ważnymi zasobami i dzieleniu się nimi oraz na wspólnej pracy. Było to treścią norm moralnych, zawierających zobowiązanie do wzajemności, prawo do egzystencji i zasadę sprawiedliwej ceny. System chłopski rządził się zatem porządkiem moralnym i logiką ekonomiczną działającą na poziomie wspólnoty, a nie jednostki6.
***
Konsekwencją przyjmowania abstrakcyjnych zasad oraz traktowania ich jako nienaruszalnych, powszechnych prawideł rządzących ludzkim zachowaniem niezależnie od czasu i miejsca, jest też przekonanie, że istnieje jedna, obowiązująca wszystkich droga od kondycji pierwotnej do nowoczesności. Czyli uniwersalna strategia modernizacyjna, która sprawdzi się w każdych warunkach. Kraje zapóźnione gospodarczo muszą jedynie kopiować doświadczenia świata zachodniego.
Wyrazem tego przekonania była, powstała pod koniec lat 70., strategia Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która miała wprowadzić kraje Trzeciego Świata w system globalnej gospodarki. Interwencje państwa w gospodarkę uznano za główną przyczynę niepowodzeń na drodze rozwoju i wzywano do ich zaniechania. Warunkami otrzymania środków z programów dostosowania strukturalnego były masowa prywatyzacja państwowych przedsiębiorstw, zmniejszenie zatrudnienia w administracji, likwidacja części programów pomocy socjalnej, otwarcie rynków finansowych, które umożliwiało ponadnarodowym korporacjom kupowanie lokalnych zakładów, zmniejszenie ceł importowych, deficytu budżetowego i długu publicznego. Uczynienie efektywności gospodarczej głównym kryterium uzyskania pomocy zagroziło z kolei systemowi klientelizmu i dziedziczenia, będącemu podporą władzy większości krajów afrykańskich. W rezultacie doszło tam do gwałtownego spadku standardu życia, wzrostu stopy ubóstwa, zwiększenia śmiertelności, przemocy i niepokojów społecznych. Polanyi już w swojej „Wielkiej transformacji”, która ukazała się w 1944 r., opisał mechanizm przymusowego nawracania na zasady rynkowe. Stwierdzał, że główny wkład białego człowieka w świat czarnych to zaznajomienie ich z koszmarem głodu: Kolonizatorzy wycinali drzewa chlebowe, w sztuczny sposób pozbawiając krajowców pożywienia, albo nakładali podatek na posiadaczy szałasów, żeby zmusić ich do sprzedaży swojej pracy na korzystnych dla przybyszów warunkach. Występuje tu uderzająca zbieżność z procesem grodzenia pól w czasach Tudorów, kiedy powstawały hordy bezdomnych włóczęgów. W jednym z raportów Ligi Narodów znalazło się pełne niepokoju doniesienie o pojawieniu się w afrykańskim buszu „człowieka pozbawionego pana”, dobrze znanego z historii szesnastowiecznej Europy. W późnym średniowieczu pojawiał się on jedynie w „szczelinach” społeczeństwa. Jak się później okazało, była to forma, która dała początek nomadycznemu robotnikowi z XIX wieku. To, do czego posuwa się dziś biały człowiek w niektórych odległych rejonach – a więc rozbija struktury społeczne, żeby pozyskać czynnik pracy – w XVIII wieku realizował w Europie, a przedmiotem jego działań byli inni biali7.
Przekonanie o tym, że każdy kraj może podążać drogą Zachodu legło więc w gruzach. Okazało się, że zamiast modernizacji polityka ta przyniosła rosnące ubóstwo oraz gospodarczą i polityczną zależność. Zwrócili na to uwagę twórcy teorii zależności (dependyzmu), krytykujący kapitalizm jako system wyzysku peryferii, a cywilizację zachodnią jako opresyjną dla społeczeństw i gospodarek innych rejonów świata. Przykłady tego rodzaju pokazują, iż program gospodarczego rozwoju, który nie bierze pod uwagę realnej treści tradycyjnych reprezentacji, jakie tworzy sobie jakieś społeczeństwo na temat swojego środowiska i zasobów, jest narażony na bolesne rozczarowania8. Zwróćmy uwagę, że obserwacja ta ma zastosowanie zarówno do liberalnej wersji gospodarki kapitalistycznej, którą zajmowali się marksizujący dependyści, jak i do sowieckiego systemu nakazowo-rozdzielczego – również przecież implementowanego w krajach Trzeciego Świata – która pozostawała już poza zasięgiem ich zainteresowania.
***
Podstawową figurą myślenia liberalnego jest „człowiek ekonomiczny”, sportretowany przez Johna Stuarta Milla: jednostka wolna i egoistyczna, która jednakowoż – właśnie dzięki koncentracji na własnym interesie – przyczynia się do dobra ogólnego. Paradygmat ten, z biegiem czasu rewidowany i poszerzany, wciąż cieszy się dużym wzięciem pomimo skrajnie redukcjonistycznego charakteru i stanowi podstawę wielu analiz, zwłaszcza o charakterze publicystycznym. Antropologia od dawna sprzeciwia się tej wizji człowieka, podkreślając, że może ona być traktowana co najwyżej jako uproszczony model człowieka Zachodu, który dodatkowo pojawił się na określonym etapie jego historycznego rozwoju.
Bronisław Malinowski wykazywał w swoich pracach m.in., że człowiek nie jest samolubny z natury, że tkwią w nim duże pokłady altruizmu. Gwałtownie przeciwstawiał się w związku z tym „zmyślonej” i „niedorzecznej kukle” człowieka ekonomicznego, podkreślając, że hipotetyczny twór prymitywnego czy dzikiego człowieka, który we wszystkich działaniach kieruje się racjonalistyczną koncepcją własnego interesu, nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Prymitywny Trobriandczyk dostarcza nam właśnie przykładu, który zaprzecza tej fałszywej teorii. Pracując, kieruje się nader złożonymi motywami, mającymi charakter społeczny i tradycyjny, i zmierza do celów, które nie są z pewnością obliczone wyłącznie na zaspokojenie doraźnych potrzeb, czy też na bezpośrednie osiągnięcie utylitarnych korzyści. Przede wszystkim […] pracy nie wykonuje się na zasadzie najmniejszego wysiłku. Przeciwnie, wiele czasu i energii poświęca się na całkowicie zbędny z utylitarnego punktu widzenia wysiłek. Dalej, praca i wysiłek nie tylko nie są środkami do celu, lecz w pewnym sensie są celem samym w sobie. […] Ale najistotniejszy jest tutaj fakt, że wszystkie lub prawie wszystkie owoce pracy krajowca, a z pewnością wszelkie nadwyżki, które może uzyskać dzięki dodatkowemu wysiłkowi, nie stają się jego udziałem, lecz przechodzą na rodzinę żony. […] I chociaż praktycznie rzecz biorąc, nie czerpie on z zebranych przez siebie plonów osobistych korzyści w utylitarnym tego słowa znaczeniu, jako ogrodnik otrzymuje wiele pochwał i zyskuje sławę w zależności od ich rozmiarów i jakości, i to zarówno bezpośrednio, jak i publicznie […]. Trobriandczyk pracuje może nie tak bezpośrednio dla zysku, ale w dużym stopniu dla samej pracy i wkłada bardzo wiele wysiłku w uporządkowanie i ogólny estetyczny wygląd swego ogrodu. Motywem przewodnim jest w tym wypadku nie pragnienie zaspokojenia swoich potrzeb, lecz działanie bardzo złożonego splotu tradycyjnych sił, nakazów i powinności, wierzeń w siłę magii, ambicji społecznych i próżnostek9.
Warto zwrócić również uwagę na obecność w życiu wszystkich społeczeństw tzw. jednokierunkowych transferów gospodarczych (one-way economic transfers) wymykających się rynkowej logice handlu i wymiany. Są to np. dobroczynność, prezenty, darowizny, dary, gościnność itp., których znaczenie jest ogromne – również z ekonomicznego punktu widzenia. Podarki przyczyniają się ponadto zwykle do integracji społecznej, za ich sprawą tworzą się więzi między jednostkami. Stanowi to ważne odstępstwo od ogólnych zasad wymiany dóbr w kapitalizmie. Dobrym przykładem jest także opisany i zinterpretowany przez Malinowskiego rytuał wymiany Kula, stanowiący formę wymiany, pomiędzy plemionami zamieszkującymi wschodni fragment Nowej Gwinei i archipelag wysp wokół niej, dwóch przedmiotów: naszyjników z czerwonych muszli (soulava) oraz bransolet lub naramienników z białych muszli (mwali). Wymiana ta nie ma charakteru stricte handlowego, stanowi zaś przede wszystkim narzędzie socjalizacji i podtrzymywania więzi międzyplemiennych. Jej odkrycie i opisanie zachwiało racjonalistycznymi koncepcjami człowieka pierwotnego i skłoniło do pogłębionej analizy faktów ekonomicznych. W istocie Kula wskazuje na konieczność zrewidowania w świetle faktów całej koncepcji wartości w świecie pierwotnym, konieczność zrewidowania całkowicie błędnego zwyczaju nazywania wszystkich przedmiotów przedstawiających wartość „pieniędzmi” czy „monetą”, rozpowszechnionych poglądów na handel oraz własność w społeczeństwie pierwotnym10.
Zdaniem Malinowskiego idea racjonalności motywowanej egoistycznymi i materialistycznymi interesami nie tylko ma charakter bardzo etnocentryczny, ale też po prostu się nie sprawdza – nawet w odniesieniu do nowoczesnego zachodniego kapitalizmu. Pierwotne motywy działań ekonomicznych zawsze mają charakter głęboko społeczny i symboliczny, zawsze związane są z konkretną tradycją, kulturą i obyczajem. Każda kultura jest zaś zdeterminowana przez pewne postawy i emocje, rządzi się określoną logiką, wytwarza swój system wartości. Często popełnianym błędem jest mechaniczne przenoszenie kategorii wytworzonych w świecie zachodnim na obcy grunt kulturowy i szukanie tam ich odpowiedników. Max Gluckman zwracał uwagę na skłonność europejskich kolonizatorów do traktowania wodzów plemiennych jak właścicieli w europejskim rozumieniu, a ziemi nieuprawianej jako nieużytków, które można było natychmiast przywłaszczyć. Tymczasem bez uwzględnienia lokalnego kontekstu nie sposób zrozumieć wielu specyficznych dla danej kultury praktyk czy zachowań.
Przykład stanowić może słynna ceremonia potlaczu, praktykowana przez plemiona indiańskie z północno-zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Jak pisze Ruth Benedict: Złożoność problemu wartości społecznych przedstawia się wyjątkowo wyraźnie w kulturze Kwakiutlów. Główny motyw, na którym wspierają się ich obyczaje i który w dużej mierze dzielą ze społeczeństwem nowoczesnym, to motyw rywalizacji. Rywalizacja jest walką, która koncentruje się nie na realnych celach działalności, lecz na usiłowaniu przewyższenia współzawodnika. Uwagę zaprząta już nie to, żeby dać wystarczające utrzymanie rodzinie czy zdobyć dobra, z których można korzystać czy cieszyć się nimi, lecz by prześcignąć pod tym względem sąsiadów i posiadać więcej niż oni. Wobec jednego wielkiego celu, jakim jest zwycięstwo, traci się z oczu wszystkie inne. Rywalizacja, w przeciwieństwie do współzawodnictwa, nie koncentruje się na pierwotnej działalności; z wyrobu koszów czy sprzedawania butów wytwarza sytuację sztuczną: zabawę polegającą na tym, żeby pokazać, iż można pokonać rywali. […] Wyścig nigdy się nie kończy. Im więcej dóbr gromadzi społeczeństwo, tym większymi żetonami posługują się ludzie, ale do końca gry jest równie daleko jak wtedy, gdy stawki były małe. W zwyczajach Kwakiutlów taka rywalizacja osiąga szczyty absurdu, zrównując inwestycje z masowym niszczeniem dóbr. O pierwszeństwo walczą oni głównie w gromadzeniu dóbr materialnych, ale często także – nie zdając sobie przy tym sprawy z przeciwieństwa – w rozbijaniu na kawałki najwyższych jednostek wartości, miedziaków, oraz w puszczaniu z dymem drewnianych domów, derek i łodzi. Społeczne marnotrawstwo jest tu oczywiste11.
Widzimy więc wyraźnie, że wedle antropologów mamy tutaj do czynienia z pewną racjonalnością, która jednak zdecydowanie różni się od tego, co zwykliśmy uważać za postępowanie racjonalne oraz co jest jako takie traktowane w ekonomii klasycznej. Wiele zachowań, które dla człowieka Zachodu wydają się zupełnie nieracjonalne, ma swoją logikę i racjonalność w ramach określonej kultury. Amerykański badacz Melford Spiro, zastanawiając się, dlaczego wielu ubogich Birmańczyków wydaje skromne dochody na cele, które z punktu widzenia człowieka Zachodu wydają się zbędne i bezużyteczne, np. uczty dla mnichów, rytuały religijne czy pagody, stwierdza, że tego typu działania stanowiły wyraz ich światopoglądu i przyjmowanej kosmologii oraz faktu, że i tak nie mogli zbytnio podnieść standardu życia poprzez oszczędzanie. Kierując się tymi przesłankami, ludzie dochodzili do racjonalnego wniosku, że wydawanie pieniędzy na mnichów, rytuały i pagody jest rozsądnym sposobem zdobywania prestiżu i szacunku, zapewnia korzyści w kolejnym wcieleniu, a zarazem dostarcza przyjemności. Nie musieli znać świadomie buddyjskiej filozofii, aby mogła ona wpływać na ich światopogląd i zachowanie. […] Birmańczycy nie byli więc specjalnie „uduchowieni” czy „metafizyczni”. Dążyli po prostu do racjonalnej maksymalizacji korzyści, kierując się kulturowo zdefiniowanymi potrzebami i wartościami, które były całkiem inne niż wartości statystycznego Amerykanina12.
Uznanie racjonalności za relatywną, zależną od kultury, może prowadzić do dwóch zasadniczych postaw. Z jednej strony można przyjąć, że istnieje jakaś gradacja „racjonalności”, w ramach której jedne są lepsze od innych (miernikiem mogą być wówczas np. – różnie definiowane – cywilizacyjny sukces i rozwój), jak to czynił Max Weber. Z drugiej strony mamy stanowisko radykalnej relatywizacji. Taką optykę reprezentuje choćby Marshall Sahlins, wedle którego kulturowe kategorie znaczenia są pierwotne wobec ludzkich dążeń. Pogląd, że ludzie we własnym interesie dążą do celów ekonomicznych, jest zasłoną dymną, „mitem założycielskim społeczeństwa kapitalistycznego” […]. Sahlins uważa, że wartości są arbitralne, nie mają uniwersalnych podstaw w pracy czy własności. […] sposób w jaki ekonomiści widzą świat, jest całkowicie symboliczny, choć im się wydaje, że mają do czynienia z namacalnymi przedmiotami13. Idą tym tropem Mary Douglas i Baron Isherwood w książce „The World of Goods”, szukając w nowoczesnych społeczeństwach źródeł konsumpcjonizmu, który nie ma charakteru naturalnego, bo pożądanie przedmiotów nie jest obserwowane choćby w społecznościach zbieracko-łowieckich. Próbują znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie wolą jedzenie A niż B, pomimo iż wykazano, że obydwa są tak samo pożywne, a jedzenie B jest dodatkowo tańsze. Tego rodzaju odpowiedzi nie może ich zdaniem dać teoria „racjonalnego wyboru”, maksymalizacji wartości, a jedynie analiza kategorii kulturowych14.
Sahlins znany jest też z koncepcji pierwotnego społeczeństwa dobrobytu. Wbrew dominującym stereotypom wskazuje on, że współczesny system rynkowo-przemysłowy instytucjonalizuje i sankcjonuje niedostatek. Konsumpcja, jak pisze, stanowi podwójną tragedię, zaczyna się bowiem od poczucia niedoboru, a kończy poczuciem deprywacji. Rynek prezentuje człowiekowi oszałamiające bogactwo produktów teoretycznie dostępnych, ale nigdy nie dających się jednocześnie uchwycić. W związku z tym każdy nowy nabytek stanowi równocześnie rezygnację z czegoś innego. Właśnie z tej perspektywy – konsumenta, który nigdy nie jest zaspokojony w swej żądzy posiadania kolejnych rzeczy – patrzymy, jego zdaniem, na paleolitycznych łowców. Wyposażywszy myśliwego w burżuazyjne popędy i paleolityczne narzędzia, z góry oceniamy jego położenie jako beznadziejne15. Jednoczenie próbujemy ekstrapolować dzisiejsze trudne warunki życia ocalałych grup zbieracko-łowieckich na położenie ich przodków, podczas gdy współczesne problemy są efektem rugowania ich z bogatszych rejonów, kolonialnego przymusu oraz zniszczeń dokonanych przez europejski imperializm. Tymczasem, zdaniem Sahlinsa, myśliwy jest dokładnym przeciwieństwem człowieka ekonomicznego – jego potrzeby są niewielkie, a środki proporcjonalnie olbrzymie, wskutek czego jest on wolny od materialnych nacisków i cechuje go „nierozwinięty zmysł własności”.
Dane z życia Buszmenów, które przytacza, wskazują, że praca jednego człowieka trudniącego się zbieractwem lub łowiectwem zapewniała utrzymanie 4–5 osób. Co więcej, wykorzystywał on do tego jedynie 36 proc. swojego czasu, co równa się dwóm i pół dniom roboczym w tygodniu przy dniówce równej 6 godzin, czyli 15 godzinom pracy tygodniowo. Wartość energetyczna pożywienia wynosiła zaś 2140 kalorii na głowę przy dziennym zapotrzebowaniu szacowanym na 1975 kalorii. W podsumowaniu swoich wywodów Sahlins stwierdza, że to o współczesnym świecie można powiedzieć, iż około jednej trzeciej do połowy populacji co noc kładzie się spać głodna. W epoce kamienia odsetek ten musiał być o wiele niższy. To obecnie mamy epokę bezprecedensowego głodu. Współcześnie, w okresie największego postępu technicznego, głód się zinstytucjonalizował. Możemy więc odwrócić jeszcze jedną szacowną formułę: liczba głodujących wzrasta proporcjonalnie i bezwzględnie wraz z rozwojem kultury. […] Rozwój gospodarczy przyjmuje więc dwa przeciwstawne kierunki: wzbogacający, ale równocześnie zubożający, przywłaszczający w relacji do natury, ale wywłaszczający w stosunku do człowieka16.
Zanim zareagujemy na powyższe wywody uśmiechem pobłażania albo zaczniemy mówić o całkowitej nieadekwatności pojawiających się tu przykładów do współczesnych realiów, warto zauważyć, że w dzisiejszym „świecie dobrobytu” każdego dnia masy ludzi spychane zostają do praktyk znanych z gospodarki zbieracko-łowieckiej. Ale nie tej pierwotnej, lecz zdegenerowanej, znajdującej się w stadium schyłkowym, poddanej presji świata zachodniego, rugowanej z naturalnych siedzib, ograniczanej w swojej tradycyjnej działalności. Ich egzystencja uzależniona jest od urodzaju puszek i innego złomu zbieranego w koszach na śmieci, od powodzenia w polowaniu na wyrzucane masowo resztki ze stołów bogatych albo promocje i przeceny oferujące tańsze o kilkadziesiąt groszy produkty spożywcze. Co więcej, współcześni zbieracze i łowcy stanowią zazwyczaj pewną hybrydę angażującą się, w przeciwieństwie do swoich antenatów z czasów paleolitu, w różne formy „ekonomicznego” myślenia, które staje się jednocześnie przesłanką ich ciągłego poczucia deprywacji, dyskomfortu i niedosytu.
Nie przesądzając w tym miejscu, czy możemy w ogóle mówić o czymś takim jak uniwersalna natura człowieka, bo i nie to było przedmiotem rozważań, trzeba jednoznacznie stwierdzić, że należy odrzucić pretensje liberalizmu do odkrycia takowej. W związku z tym jego sztandarowe zasady nie tyle są na niej ufundowane i oparte, ile usiłuje on od lat ją modelować wedle swoich pryncypiów. To właśnie współczesny liberalizm poprzez promowaną przez siebie omnipotentną i żarłoczną „logikę rynkową” kształtuje więc współczesnego „człowieka ekonomicznego”, nastawionego wyłącznie na poszukiwanie i mnożenie osobistych korzyści, albowiem najbardziej odpowiada to jego interesom.
Przypisy:
- R. R. Wilk, L. Cliggett, Ekonomie i kultury. Podstawy antropologii ekonomicznej, Kraków 2011, s. 53.
- M. Buchowski, Neoliberalizm w Europie Środkowej – magia, religia czy nauka?, „Poznańskie Studia Slawistyczne” 2013 nr 4, s. 41.
- K. Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010, s. 296.
- Ibid., ss. 58–62.
- Ibid., s. 88.
- R. R. Wilk, L. Cligget, op. cit., s. 39.
- K. Polanyi, op. cit., s. 196.
- M. Godelier, Idee i materia. Myśl, gospodarka, społeczeństwo, Kraków 2012, s. 43.
- B. Malinowski, Argonauci zachodniego Pacyfiku. Relacje o poczynaniach i przygodach krajowców z Nowej Gwinei, Dzieła, T. 3, Warszawa 1981, ss. 99–102.
- Ibid., s. 649.
- R. Benedict, Wzory kultury, Warszawa 2002, s. 305.
- R. R. Wilk, L. Cligget, op. cit., s. 156.
- Ibid., s. 163.
- T. H. Eriksen, Małe miejsca, wielkie sprawy. Wprowadzenie do antropologii społecznej i kulturowej, Warszawa 2009, s. 185.
- M. Sahlins, Pierwotne społeczeństwo dobrobytu [w:] Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej, wyb. M. Kempy, E. Nowicka, Warszawa 2003, s. 278.
- Ibid., ss. 304–306.
przez dr hab. Rafał Łętocha | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Szczodrzy i śmiali ludzie żyją najlepiej,
Rzadko przygniata ich troska;
Tchórz i dusigrosz wszystkiego się lęka,
Trapią go nawet dary.
Hávamál. Pieśń Najwyższego
tłum. A. Załuska-Strömberg
W encyklice „Caritas in veritate” Benedykt XVI wystąpił z postulatem wzbogacenia gospodarki rynkowej o zasady wypływające z „logiki daru”. Wywołało to sporą konsternację i oskarżenia pod adresem papieża o nadmierny idealizm i pięknoduchostwo. Ojciec Święty podkreślił, że obok przedsiębiorstw prywatnych, ukierunkowanych na zysk, oraz przedsiębiorstw publicznych, winny istnieć w większej skali podmioty, które nie negując zysku, wykraczają poza schemat konkurencji czysto rynkowej oraz zysku jako celu samego w sobie.
Trzeba również – czytamy w encyklice – aby na rynku otwarły się przestrzenie dla działalności ekonomicznej realizowanej przez podmioty, które w sposób wolny decydują się opierać swoją działalność na zasadach odmiennych od zasady czystego zysku, nie rezygnując jednakże z wytwarzania wartości ekonomicznej. Liczne formy ekonomii, zrodzone z inicjatyw konfesyjnych i niekonfesyjnych, pokazują, że jest to konkretnie możliwe1. Zdaniem papieża również w stosunkach rynkowych znaleźć miejsce powinny zasada bezinteresowności i logika daru. W życiu ekonomicznym niewątpliwie potrzebny jest kontrakt, który reguluje stosunki wymiany między równoważnymi wartościami. Potrzebuje jednak również sprawiedliwych praw oraz form podziału dochodu kierowanych przez politykę, a także dzieł odzwierciedlających ducha daru. Wydaje się, że ekonomia zglobalizowana preferuje pierwszą logikę – logikę wymiany opartej na kontrakcie, ale bezpośrednio lub pośrednio wykazuje, że potrzebuje również dwóch pozostałych: logiki politycznej oraz logiki daru bez kompensaty2.
Wielu komentatorów encykliki z dużym sceptycyzmem odniosło się do tych fragmentów papieskiego dokumentu, podkreślając, iż wolny rynek powinien zajmować się przede wszystkim kreowaniem dobrej produkcji, że nie można w żaden sposób budować go na logice daru. O. Maciej Zięba pisał, iż to socjalizm zakładał, że rynek zastąpi logika daru. Wolny rynek musi kierować się zasadą sprawiedliwości wymiennej, a logiką daru silne społeczeństwo obywatelskie – bardzo mocno wspierane w encyklice – wspomagane przez państwo, a także Kościół. Obawiam się, że przedsiębiorstwa, które zlekceważą kategorię zysku, po prostu zbankrutują3. Takie podejście do słów papieża wynika, jak się wydaje, w dużej mierze z przyjęcia liberalnego paradygmatu, wedle którego motorem rozwoju gospodarczego, a tym samym warunkiem dobrobytu, może być jedynie system oparty na zasadzie konkurencji, współzawodnictwa, zwiększania jednostkowego zysku. Mamy tutaj do czynienia z przekonaniem charakterystycznym dla szkoły liberalnej, że indywidualne działania poszczególnych podmiotów na rynku, zmierzające do maksymalizacji zysku, summa summarum wyjdą na korzyść całemu społeczeństwu, albowiem w jakiś cudowny sposób, na skutek funkcjonowania niewidzialnej ręki rynku, egoizmy jednostkowe na pewnym etapie zaczną działać na rzecz dobra powszechnego. Marks nie bez sarkazmu pisał na ten temat: Albowiem każdy z nich dba tylko o siebie. Jedyną siłą, która ich zbliża i nawiązuje między nimi stosunek, jest siła ich egoizmu, ich własnej korzyści, ich prywatnych interesów. I właśnie dlatego, że każdy dba tylko o siebie i nikt nie troszczy się o drugiego, wszyscy razem wskutek przedustawnej harmonii rzeczy czy też dzięki opiece przemyślnej Opatrzności dokonują dzieła wzajemnej korzyści, wspólnego pożytku, ogólnego interesu4.
***
Widzimy, iż liberalny model stosunków społeczno-gospodarczych zakłada określoną antropologię czy też jest na niej ufundowany. Trudno jednoznacznie stwierdzić, z jaką kolejnością mamy tutaj do czynienia, trzeba pamiętać bowiem, że chociaż każda filozofia polityczna zakłada pewną koncepcję antropologiczną, to jednak ta druga może być wobec niej wtórna, stworzona już na potrzeby określonej wizji porządku społecznego. Jest to koncepcja biegunowo przeciwna wobec tej, którą promuje Benedykt XVI.
W innej ze swoich encyklik podkreśla on, że: Życia we właściwym znaczeniu nie mamy dla siebie ani wyłącznie z samych siebie: jest ono relacją. […] Trwanie w komunii z Chrystusem włącza nas w Jego „bycie dla wszystkich”, które odtąd staje się naszym sposobem bycia. On zobowiązuje nas wobec innych, ale tylko w komunii z Nim jest możliwe, abyśmy prawdziwie byli dla innych, dla ogółu. W tym kontekście chciałbym zacytować wielkiego greckiego doktora Kościoła, św. Maksyma Wyznawcę († 662), który wpierw napomina, aby niczego nie przedkładać nad poznanie i nad miłość Boga, ale zaraz potem przechodzi do bardzo konkretnych sytuacji: „Kto miłuje Boga, nie może zachowywać pieniędzy dla siebie. Dzieli się nimi w sposób »Boży« […] w taki sam sposób według miary sprawiedliwości”. Z miłości do Boga wynika udział w sprawiedliwości i dobroci Boga dla innych; miłość Boga domaga się wewnętrznej wolności wobec każdego rodzaju posiadania i wszystkich rzeczy materialnych: miłość Boga objawia się w odpowiedzialności za drugiego5. Wedle zaś logiki liberalnej człowiek postrzegany jest jako homo oeconomicus – istota, która kieruje się w życiu tylko zasadą egoizmu, chciwości, zwiększenia własnego stanu posiadania i zadowolenia poprzez konsumpcję. Ustrój nie powinien hamować tych instynktów i rzekomo naturalnych dążności człowieka, wręcz przeciwnie – ich swobodny rozwój stanowi warunek sine qua non wzrostu powszechnego dobrobytu.
W ten oto sposób myślący tylko o sobie homo oeconomicus okazuje się pewnego rodzaju „odwróconym Robin Hoodem” współczesnego społeczeństwa gospodarczego, zbawcą wdów i sierot oraz sługą dobra wspólnego6. Stosownie do tej logiki niewidzialna ręka rynku zlikwiduje niejako mimochodem wszystkie napięcia i problemy społeczne, wystarczy tylko nie wtrącać się i pozwolić rzeczom biec własnym, naturalnym jakoby torem, a człowiekowi kierować się wrodzonymi instynktami, które katalizują i stymulują wszelkie jego działania. Istotą systemu jest więc mityczna samoregulacja, mająca się dokonywać pod warunkiem maksymalnego ograniczenia wszelkiego zewnętrznego interwencjonizmu w mechanizmy rynkowe. Dzięki temu miało narodzić się liberalne perpetuum mobile, rzekomo nie stworzone, lecz poniekąd odkryte przez człowieka na pewnym etapie dziejów, oparte na naturalnych, odwiecznych skłonnościach i prawach, które wreszcie należało wyzwolić i pozwolić im realizować się w sposób nieskrępowany w praktyce codziennego życia.
***
Jest to oczywiście jeden z wielu liberalnych mitów. System ten bowiem nie był niczym naturalnym, nigdy by nie mógł powstać, gdyby sprawy pozostawiono po prostu własnemu biegowi. Na tej samej zasadzie, na jakiej producenci bawełny – a więc przedstawiciele wiodącego przemysłu objętego systemem wolnego handlu – zawdzięczali swe sukcesy cłom ochronnym, premiom eksportowym i pośredniemu subwencjonowaniu pracy, leseferyzm został wcielony przez państwo – stwierdza Karl Polanyi7. Do momentu upadku w Europie feudalizmu, jak wskazuje on, wszystkie znane nam systemy gospodarcze opierały się na zasadzie wzajemności, redystrybucji i gospodarstwa domowego albo kombinacji tych trzech zasad. Zasady te były instytucjonalizowane za pomocą społecznej organizacji, która wykorzystywała między innymi modele symetrii, centryczności oraz autarkii. W tej strukturze systematyczną produkcję i podział dóbr zapewniały różnego typu dążenia indywidualne, określone ogólnymi zasadami zachowania. Nadrzędnym motywem indywidualnym wcale nie był zysk. Tradycja i prawo, magia i religia – wspólnie skłaniały jednostkę do tego, by stosowała się do reguł postępowania, które ostatecznie zapewniały jej funkcjonowanie w ramach systemu gospodarczego. […] Począwszy od XVI wieku rynki zaczęły stawać się nie tylko coraz liczniejsze, ale i coraz ważniejsze. W okresie merkantylizmu znalazły się w centrum zainteresowania rządów – nadal jednak nic nie wskazywało na to, jak daleko będzie sięgała w przyszłości ich władza nad społeczeństwem8.
Ład gospodarczy przez wieki postrzegany był więc głównie jako funkcja istniejącego porządku społecznego, nie zaś odrębna, niezależna dziedzina czy system. Powstanie społeczeństwa, w którym działalność gospodarcza została wyizolowana i podporządkowana wyłącznie motywacji ekonomicznej, stanowiło tym samym coś zupełnie nowego, bezprecedensową rewolucję. Zaowocowało to narodzinami nowego typu organizacji, indywidualistycznej i zatomizowanej, oraz unicestwieniem wszelkich naturalnych form egzystencji. Taki projekt destrukcji najlepiej uzupełniało stosowanie zasady wolności zawierania umów. W praktyce oznaczało to, że nieoparte na umowach instytucje pokrewieństwa, sąsiedztwa, zawodu i wiary musiały zostać zlikwidowane – wymagały przecież od jednostki posłuszeństwa, a tym samym ograniczały jej wolność. Przedstawienie tej zasady jako zasady nieingerencji – takie założenie przyjmowali zwolennicy liberalizmu gospodarczego – było jedynie wyrazem głęboko zakorzenionego przesądu, faworyzującego określony typ ingerencji: taki, który zniszczyłby wszelkie bezkontraktowe związki między jednostkami i zapobiegł ich spontanicznej odbudowie. Ta pochodna utworzenia rynku pracy staje się szczególnie wyraźna we współczesnych koloniach. Miejscowa ludność jest tam zmuszana do zarabiania na życie poprzez sprzedaż własnej pracy. Aby można było osiągnąć ten cel, tradycyjne instytucje muszą zostać zniszczone, trzeba też zapobiec ich odbudowie i ewentualnym przekształceniom. Z reguły jednostce w społeczeństwie prymitywnym nie grozi głód, chyba że cała zbiorowość znajdzie się w trudnej sytuacji. Na przykład w systemie kraali u Kaffirów „ubóstwo jest niemożliwe, ktokolwiek potrzebuje pomocy, otrzymuje ją bezwarunkowo”. Żadnemu Kwakiutlowi „nie groził kiedykolwiek, w najmniejszym choćby stopniu, głód”. „Głód nie istnieje w społeczeństwach żyjących na granicy ubóstwa”. […] W pewnym sensie brak zagrożenia jednostki śmiercią głodową czyni prymitywne społeczeństwo bardziej ludzkim od gospodarki rynkowej; jednocześnie takie społeczeństwo jest mniej ekonomiczne. Paradoksalnie pierwotny wkład białego człowieka w świat czarnych polegał głównie na zaznajomieniu ich z biczem, jakim jest głód9.
Oczywiście odezwą się głosy o nieadekwatności i anachroniczności tego rodzaju przykładów, pojawią uśmiechy pobłażania czy politowania. Wydaje się to jednak pokłosiem buty współczesnego człowieka, który przyzwyczaił się patrzeć na historię jedynie jako preludium do czasów, w których żyje, wstęp do obecnej, „prawdziwej historii”, zapoczątkowanej wraz z rewolucją przemysłową.
Człowiek więc, jak wynika z ustaleń antropologów czy etnologów, nie zawsze był zwierzęciem ekonomicznym, nieustannie kalkulującym zyski i straty. Zanim doszło do jego zekonomizowania, podlegał innym wzorom zachowania niż te obowiązujące w systemach ekonomistycznych. Były to wzorce dawania, wzajemności, otrzymywania czy redystrybucji. Przykłady takie przeczą liberalnym tezom o wrodzonych skłonnościach człowieka do maksymalizowania zysku, ochrony indywidualnego interesu, handlu itp. O ile jeszcze ekonomiści czasów Adama Smitha wierzyli w istnienie tego typu wrodzonych idei czy predylekcji, które dobrze korespondowały z propagowanymi przez nich poglądami, o tyle późniejsze badania zadały kłam owym mniemaniom.
Jedną z klasycznych prac stanowi tutaj niewątpliwie „Szkic o darze” francuskiego antropologa Marcela Maussa, który przedstawił w nim społeczeństwa charakteryzowane przez „gospodarkę i moralność daru”. Nie oznacza to rzecz jasna, iż nie znają one w ogóle wymiany handlowej. Zasada ta nie jest w nich jednak dominująca, gdyż, w przeciwieństwie do naszego społeczeństwa opartego na rynku i zysku, w tych opisywanych przez Maussa jest nią właśnie dar. Wskazywał on, że w społeczeństwach archaicznych każda umowa społeczna wieńczy się darowaniem prezentów, w założeniu dobrowolnych, w rzeczywistości obowiązkowych; te pozornie spontaniczne i dobrowolne akty podlegać miały ścisłym regułom, kryły jakąś transakcję. Akt dawania i przyjmowania darów podlega zasadzie wzajemności. Maussowi nie chodziło jednak o demistyfikację tego pojęcia, wskazanie na hipokryzję, która kryje się za aktem dawania. Szukał on natomiast odpowiedzi na pytania o znaczenie i funkcję daru oraz o to, dlaczego niektóre społeczeństwa cechuje „gospodarka i moralność daru”, która nie mieści się w ramach gospodarki utylitarnej, rynkowej, kupieckiej, mającej być tą rzekomo naturalną i pierwotną. Uznał, że tego typu społeczeństwa mogły pojawić się wtedy, gdy, po pierwsze, stosunki osobowe odgrywają ważną, wręcz dominującą rolę w tworzeniu stosunków społecznych, stanowiących fundament społeczeństwa. Drugi zasadniczy warunek miał zaś stanowić fakt, iż wszystkie jednostki i grupy uczestniczące w stosunkach społecznych miały interes w jednoczesnym odtwarzaniu siebie i odtwarzaniu tych stosunków oraz w okazywaniu przy tym bezinteresowności.
Na bazie tych wniosków i konstatacji Mauss próbował wręcz zarysować pewien program, podkreślając, że należy powrócić do obyczaju „wydatków szlachetnych”. Trzeba, by, jak w krajach anglosaskich, jak w tylu innych społeczeństwach współczesnych, dzikich i wysoko cywilizowanych, bogaci zaczęli ponownie – dobrowolnie, lecz również przymusowo – uważać się niejako za skarbników swych współobywateli. Cywilizacje starożytne, z których wywodzą się nasze, znały jubileusze, liturgie, chreie, trierarchie, syssycje (wspólne posiłki), obowiązkowe wydatki edyla i konsulów. Należy powrócić do praw tego rodzaju. Ponadto trzeba więcej troski o jednostkę, o jej życie, jej zdrowie, jej wykształcenie – co zresztą opłacalne – o jej rodzinę i przyszłość tej rodziny. Trzeba więcej szczerości, wrażliwości, hojności w umowach o najem usług, o najem nieruchomości, o sprzedaż koniecznych produktów żywnościowych. Trzeba wreszcie, by znaleziono sposób ograniczenia owoców lichwy i spekulacji10.
Mauss wskazywał przy tym, iż w gruncie rzeczy dary te nie są ani zupełnie dobrowolne, ani bezinteresowne, że w istocie są to „przeciw-świadczenia” mające na celu utrzymanie korzystnego przymierza, opłacenie usług i rzeczy itp. Jednak tym, co popychało do wymiany czy darów wodzów trobriandzkich lub indiańskich Kwakiutlów, był nie interes kupca czy bankiera, tezauryzowali, ale po to, by wydawać, by „zobowiązywać”, by mieć „ludzi przywiązanych”11. Zdaniem francuskiego antropologa powinniśmy postępować podobnie, jednak rozwijając nasze indywidualne bogactwo, być kimś innym niż tylko finansistami. Bezwzględne realizowanie celów jednostki jest bowiem szkodliwe dla celów pokoju i całości, dla rytmu jej pracy i jej radości oraz – przez działanie zwrotne – dla samej jednostki12. Ludy, klasy, rodziny, jednostki będą mogły wzbogacić się i będą szczęśliwe tylko wtedy, gdy […] zasiądą wokół wspólnego bogactwa. Nie trzeba szukać daleko, by zobaczyć, czym jest dobro i szczęście. Ono jest tu, w narzuconym pokoju, w dobrze zorganizowanej pracy naprzemiennie samotnej i zbiorowej, w bogactwie zgromadzonym, a następnie rozdanym, we wspólnym szacunku i wzajemnej szczodrości wpajanych przez wychowanie13.
Claude Lévi-Strauss, komentując dzieło Maussa, zwrócił natomiast uwagę na to, że najważniejsza jest sama struktura wymiany, wymiana symboliczna jako całość, gwarantująca ciągłość społeczności. Wymianą darów w społeczeństwach tradycyjnych nie kieruje interes ekonomiczny i chęć zdobycia dóbr lub władzy za pomocą sztuczek i wykrętów, lecz troska o zapewnienie ciągłości życia wspólnoty i sensu życia każdej jednostki. Amerykański antropolog kulturowy Marshall Sahlins wskazywał natomiast, że rytualny dar oddalał Warre, czyli ciągły stan zawieszenia i napięcia, wymiana darów prolongowała czy blokowała nieco zagrożenie wojną, rabunkiem ze strony innego plemienia, zapewniała elementarny porządek społeczny, odbudowywała więzi plemienne na tle ciągłego zagrożenia agresją. Wymieniając dobra, wypowiadano wojnę wojnie14.
***
Problem daru jest oczywiście o wiele bardziej wielowymiarowy. Trzeba pamiętać o tym, że dawanie ustanawia dwojaką relację między dającym a przyjmującym dar. Jest to z jednej strony relacja solidarności, z drugiej jednak rodzi się relacja wyższości, albowiem osoba, która otrzymuje dar, staje się dłużnikiem w stosunku do osoby, która go ofiarowała15. W ten sposób dar może też ustanawiać różnicę oraz hierarchię. Dar więc zbliża ludzi, ponieważ jest gestem dzielenia się i oddala ich społecznie, ponieważ stwarza zobowiązanie jednego człowieka względem drugiego. Dostrzegamy tutaj ogromne pole możliwych manewrów i strategii teoretycznie obecnych w praktyce daru i gamę przeciwstawnych interesów, którym może ona posłużyć. Dar, nawet w swej istocie, jest praktyką ambiwalentną, która łączy lub może łączyć sprzeczne siły i popędy. Dawanie równocześnie lub sukcesywnie może być aktem wielkoduszności albo aktem przemocy – w takim wypadku przemoc jest przebrana w kostium bezinteresownego gestu dzielenia się dobrami. Dar może przeciwstawiać się bezpośredniej przemocy, podporządkowaniu fizycznemu, materialnemu czy społecznemu, ale może być także substytutem tych zjawisk16.
Nie można uciec również od problemu komercjalizacji daru we współczesnym świecie. Maurice Godelier słusznie wskazuje, iż w świecie zachodnim pod koniec XX wieku dobroczynność, która wcześniej była domeną głównie instytucji i różnych kościołów chrześcijańskich, została przechwycona przez organizacje pozarządowe, a czasami przez samo państwo. Organizuje się ogólnokrajowe kampanie, aby zebrać środki potrzebne do walki z AIDS lub z rakiem, lub by wysłać konwój z żywnością i lekami do Bośni. Dobroczynność i miłosierdzie uległy laicyzacji i od chwili, gdy posłużyły się mediami, częściowo zmieniły się w teleturniej, w fenomen, który naznaczył zbiórkę darów niektórymi cechami potlaczu. Podobnie jak w praktyce potlaczu, i tutaj dostrzegamy wezwanie, by zawsze dawać jeszcze więcej (jedno miasto czy przedsiębiorstwo daje więcej niż inne) oraz pragnienie, by każdego roku całość darów przekroczyła sumę osiągniętą rok wcześniej; ogłasza się również imiona osób i nazwy przedsiębiorstw czy miast, które okazały się najbardziej szczodre17.
Slavoj Žižek zaś stwierdzi wprost,że dar, działalność dobroczynna we współczesnym świecie, potrzebne są przede wszystkim tym, którzy je podejmują jako sui generis akt odkupienia za konsumpcję ponad miarę, wywołującą wyrzuty sumienia. Twierdzi on wręcz, iż jest ona czynnikiem petryfikującym niesprawiedliwy system i przedłużającym jego funkcjonowanie18. Paweł Dobrosielski i Marcin Napiórkowski w swoim artykule dotyczącym popularnej praktyki zbierania plastikowych nakrętek po napojach wskazują na podstawie skrupulatnych obliczeń, że nie ma ona tak naprawdę żadnego uzasadnienia ekonomicznego ani „ekologicznego”. Koszty transportu i magazynowania wielokrotnie przewyższają bowiem ich wartość, natomiast ilość ropy naftowej spalonej przy ich przewożeniu ma podważać całkowicie motywację „ekologiczną”19. Fenomen ten autorzy tłumaczą, odnosząc się m.in. do sformułowanej przez amerykańskich folklorystów koncepcji redemption rumours. Są to opowieści o „drugim obiegu” przedmiotów codziennej konsumpcji, który ujawnia ich dodatkowy, ukryty walor dobroczynny. Z tej perspektywy zbieranie nakrętek stanowi akt oczyszczenia konsumpcji, uwolnienia się od wyrzutów sumienia przy jednoczesnym zachowaniu dotychczasowego stylu życia. „Pamiętajmy, jedna nakrętka to tak niewiele, a potrafi zmienić życie” – głosi hasło na jednej ze stron internetowych zachęcających do włączenia się w akcję20.
***
Czy w związku z tym mamy odrzucić dar, zrezygnować w ogóle z tej idei? Wydaje się, że pomimo tych zastrzeżeń i uwag – zdecydowanie nie. Trzeba zgodzić się z Benedyktem XVI, iż logika wymiany nie jest wystarczająca, aby rozwiązać problemy współczesnego świata. Zakłada ona ekwiwalencję, wymianę, handel, przyjmuje, iż pogoń każdego z osobna za zyskiem w efekcie działa na korzyść wszystkich. Liberalizm gospodarczy uznaje w zasadzie dar za sprawę wręcz zbędną albo przynajmniej całkowicie prywatną, wychodząc z założenia, że cud rynku sprawi, iż moja konsumpcja (najlepiej jak największa) wyżywi automatycznie innych. Paradoksalnie więc branie ma być jednocześnie dawaniem, samolubna konsumpcja zawiera w sobie własne przeciwieństwo i zyskuje swoiste rozgrzeszenie. Zachęca się więc do maksymalizowania konsumpcji, reklamując to przy okazji jako najlepszy sposób wsparcia innych. Kupuj więcej, żeby rozruszać gospodarkę, ponieważ więcej konsumpcji to więcej miejsc pracy. […] Ale prawda jest taka, że konsumpcja powodowana własnym interesem nie przynosi sprawiedliwości głodnym. Pogoń konsumenta Wal Marta za jak najniższymi cenami oznacza jak najniższe płace dla mieszkańców Azji, bo oni wytwarzają produkty przez nas produkowane21.
Tego rodzaju konstrukcja, jak można domniemywać, nie przemawia w dostateczny sposób do ludzi. Liczni badacze wskazują, że w sam akt konsumpcji wpisane już jest pewne poczucie winy. Żyjemy wygodnie, zdając sobie jednocześnie sprawę, iż mnóstwo ludzi na świecie cierpi z powodu niedostatku i głodu. Podświadomie czujemy, że coś z tą konsumpcją jest nie tak, że nie jest to system sprawiedliwy, a my jesteśmy beneficjentami tej niesprawiedliwości. Okazuje się też wyraźnie, że logika kapitalistyczna nie zapobiega wykluczeniom całych grup społecznych, spychaniu na margines coraz większej ilości osób, więc aby zapobiec całkowitej erozji społeczeństwa, nieodwracalnym pęknięciom, powiększaniu się przepaści między narodami, konfliktom i antagonizmom, konieczne byłoby uzupełnienie jej o bezinteresowność i logikę daru. Rynek bowiem, kierowany jedynie przez zasadę równowartości wymienianych dóbr nie jest w stanie wytworzyć spójnej tkanki społecznej, której sam potrzebuje, aby dobrze funkcjonować. Bez wewnętrznych form solidarności i wzajemnego zaufania nie może on wypełnić swojej ekonomicznej funkcji. Dzisiaj tego zaufania zabrakło, a utrata zaufania jest poważną stratą22.
Cytowany już Godelier wskazuje, iż żyjemy w społeczeństwie, którego samo funkcjonowanie oddziela jednostki od siebie, izoluje je nawet w rodzinach i wynosi w awansie, przeciwstawiając sobie. Żyjemy w społeczeństwie, które – jak żadne inne – wyzwala wszystkie siły, potencjał drzemiący w człowieku, ale też popycha każdą jednostkę do zrywania więzów solidarności z innymi, posługując się jednocześnie drugim człowiekiem. Nasze społeczeństwo żyje i prosperuje wyłącznie za cenę permanentnego deficytu solidarności. I nie wyobraża sobie ono nowych więzów solidarności inaczej, jak tylko negocjowanych w formie kontraktów. Jednakże nie wszystko, co buduje więź między ludźmi, co tworzy ich stosunki prywatne i publiczne, społeczne i intymne, co sprawia, iż żyją w społeczeństwie, ale muszą także tworzyć społeczeństwo, by żyć; nie wszystko to jest negocjowalne23.
W związku z tym stwierdza, podobnie jak Benedykt XVI w swojej encyklice, iż powrót do daru jest koniecznością wobec niezdolności rynku do rozwiązywania narastających problemów, dysproporcji i związanych z tym napięć. W tej sytuacji dar, jego zdaniem, jest na dobrej drodze do stania się obiektywnym, społecznie niezbędnym, warunkiem odtworzenia społeczeństwa. Nie będzie to dar polegający na wzajemnej wymianie równorzędnych przedmiotów i tym bardziej nie będzie to dar-potlacz, ponieważ ludzie, dla których będą przeznaczone te dary, mieliby spory kłopot, by je „zwrócić”, a jeszcze większy, by zwrócić je z nadwyżką24.
Wdrożenie czy promowanie tego rodzaju logiki napotyka na przeszkody ze względu na ekspansywny charakter logiki rynku. Rynek, jak łatwo można zaobserwować, jest niezaspokojony, pożera wszystko, co staje na jego drodze, wciąga w swoją logikę różnego rodzaju działania, instytucje i inicjatywy, które u zarania kierowały się zupełnie odmiennymi wytycznymi i zasadami. Niejednokrotnie „kolonizuje” całe obszary społecznej rzeczywistości, które wydawały się w fazie embrionalnej wolne od pryncypiów z nim związanych czy też usiłowały się im wymykać – przykłady można tutaj mnożyć: różnego rodzaju domy opieki, cały sektor „ekologiczny” czy „żywności organicznej”, idea komunikacji Peer-to-Peer, mikrokredyty itp. Benedykt XVI zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę, w związku z tym pesymistycznie ocenia możliwość przezwyciężenia logiki rynkowej odgórnie. Co więcej, podkreśla, że: Kiedy logika rynku oraz logika państwa znajdują porozumienie, by zachować monopol na obszarach swoich wpływów, z czasem w stosunkach między obywatelami zanika solidarność, współudział i poczucie wspólnoty, bezinteresowne działanie, które są czymś innym niż dać, aby mieć, znamionującym logikę wymiany, i dać z obowiązku, należącym do logiki zachowań publicznych narzuconych przez prawo państwowe. […] Wyłączne binomium rynek-państwo niszczy współżycie społeczne, natomiast solidarne formy ekonomii, najlepiej prosperujące w społeczeństwie obywatelskim, choć się do niego nie sprowadzają, tworzą współżycie społeczne25.
Jak nietrudno się zorientować, papież ni mniej ni więcej tylko zachęca do aktywności oddolnej, budowania „z dołu do góry”, a nie na odwrót, tworzenia społeczeństwa obywatelskiego wyposażonego w przeciwciała zdolne oprzeć się „jadowitym” wpływom logiki rynku26. Tutaj rzecz jasna trzeba też odnieść się do czegoś, co możemy określić mianem „ekonomii eucharystycznej”, będącej niejako wzorcem i podstawą tego sposobu rozumowania, w niej bowiem zostaje całkowicie zrelatywizowana granica pomiędzy „moim” a „twoim”. W Eucharystii Chrystus jest darem, dawcą i obdarowanym. Nie jesteśmy jedynie aktywni czy pasywni, ale uczestniczymy w życiu Boga, dzięki czemu jednocześnie jesteśmy karmieni i stajemy się pokarmem dla innych27.
***
Utowarowienie życia przybiera w dzisiejszych czasach coraz bardziej groteskowe i przerażające rozmiary. Jak wiemy, hasło „wszystko jest na sprzedaż” nie jest już tylko chwytliwym sloganem czy ostrzeżeniem ze strony krytycznych obserwatorów kondycji współczesnej cywilizacji. W dzisiejszych czasach trzeba odczytywać je literalnie. Nie znaleźlibyśmy rzeczy, których nie wystawiono na sprzedaż; co jakiś czas krótkotrwałą sensację budzą informacje o osobach, które składają na portalach internetowych coraz bardziej ekstrawaganckie oferty sprzedaży własnej duszy, dziewictwa, części ciała itp. Co więcej – każdą myśl, słowo lub obraz chroni się patentem lub copyrightem, zamieniając je w znak towarowy strzeżony prawem. Już nie dzielimy się czymś: przechwytujemy, zastrzegamy, wyprzedzamy, sprzedajemy. Pewnego dnia może się okazać, że nie jesteśmy w stanie sformułować żadnej wypowiedzi, bo wszelkie wypowiedzi stały się czyjąś własnością i za każde otwarcie ust trzeba płacić prawa autorskie28.
Przypisy:
- Benedykt XVI, Caritas in veritate (dalej CIV), nr 37.
- Loc. cit.
- Encyklika bardziej duszpasterska niż społeczna. O mocnych i słabych stronach encykliki z dominikaninem o. Maciejem Ziębą rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz, „Gość Niedzielny” 2009 nr 29.
- K. Marks, Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej, Warszawa 1951, t. I, s. 187.
- Benedykt XVI, Spe salvi, nr 27–28.
- Abp R. Marx, Kapitał. Mowa w obronie człowieka, Kraków 2009, s. 78.
- K. Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010, s. 165.
- Ibid., ss. 66–67.
- Ibid., ss. 195–196.
- M. Mauss, Szkic o darze. Forma i podstawa wymiany w społeczeństwach archaicznych, [w:] Idem, Socjologia i antropologia, Warszawa 1973, ss. 308–309.
- Ibid., s. 318.
- Ibid., s. 321.
- Ibid., s. 330.
- K. Rutkowski, Powrót Dionizosa, „Krasnogruda” 2002 nr 15.
- M. Godelier, Zagadka daru, Kraków 2010, s. 19.
- Loc. cit.
- Ibid., s. 21.
- S. Žižek, First as Tragedy, Then as Farce, London-New York 2009, ss. 54–55.
- P. Dobrosielski, M. Napiórkowski, Zbieranie nakrętek, czyli o wyrzutach sumienia w późnym kapitalizmie, „Kultura Współczesna” 2012 nr 3, s. 132.
- Ibid., s. 133.
- W.T. Cavanaugh, Pożarci. Gospodarka a powołanie chrześcijańskie, Warszawa 2010, ss. 151–152.
- CIV, nr 35.
- M. Godelier, op. cit., s. 255.
- Ibid., s. 254.
- CIV, nr 39.
- M. S. Archer, The „Logic of the Gift”: Can it find a place within normal economic activity?, http://www.secondspring.co.uk/uploads/articles_19_953760526.pdf (dostęp 15.09.2014)
- W. T. Cavanaugh, op. cit., s. 156.
- K. Rutkowski, op. cit.