przez Maciej Łata | środa 15 stycznia 2020 | opinie
W 2015 roku doszło do przejęcia katalogu legendarnej wytwórni płytowej Polskie Nagrania przez firmę Warner – jednego z największych światowych wydawców. Ta transakcja wywołała sporo kontrowersji. Jedni uważali, że państwo niepotrzebnie odsprzedało prawo do cennych dóbr kultury, inni wyrażali nadzieję, że duża wytwórnia doprowadzi do wydania reedycji wielu białych kruków sprzed lat. Najwięcej emocji budziła seria płytowa „Polish Jazz”, w której katalogu znajduje się absolutna klasyka polskiej muzyki – płyty Komedy, Namysłowskiego, Stańki czy Urbaniaka. Część z nich była poszukiwana przez kolekcjonerów z całego świata, niektóre osiągały niewyobrażalne ceny na aukcjach internetowych. Nic więc dziwnego, że Warner wkrótce zaczął wydawać reedycje płyt z kultowej serii (udostępnił je także w serwisach streamingowych). Na tym jednak nie koniec. Seria Polish Jazz doczekała się kontynuacji i obecnie ukazują się jej kolejne części. Warto pokusić się o dotychczasowy bilans tej aktywności.
W jednym z weekendowych wydań „Dziennika Gazety Prawnej” ukazał się artykuł Konrada Wojciechowskiego pod tytułem „Scena XXL”, prezentujący polskie zespoły jazzowe występujące w dużych składach. Jednym z bohaterów tekstu był Piotr Damasiewicz – lider grupy Power of the Horns, która pod koniec 2019 r. wydała płytę zatytułowaną „Polska”. Album zdobył duże uznanie krytyki, a wielu komentatorów uznało go za jedną z najlepszych płyt roku. Jak wynika z artykułu w Dzienniku, Damasiewicz prowadził rozmowy także z Warnerem. „Była szansa – pisze Wojciechowski – na wydanie »Polski« w słynnym katalogu »Polish Jazz«, ale rozmowy z dużą wytwórnią nie przyniosły zadowalających rezultatów. Kiedy wydawca usłyszał przyjemną dla ucha solówkę Gerarda Lebika na saksofonie tenorowym w utworze »Billy«, bardzo zapalił się do wydania tego materiału. Ale kiedy posłuchał pozostałych kompozycji, znów okazało się, ze POTH robi muzykę zbyt wysublimowaną”.
Wiadomość ta bardzo mnie zdziwiła. „Polska” wcale nie jest płytą nieprzystępną jak na jazzowe standardy. Owszem, jest gęsta, rozimprowizowana, pełna nieoczywistych dźwięków, ale też niepozbawiona chwytliwych tematów i wciągającej dramaturgii. Poza tym w podstawowym katalogu Polish Jazz znajdziemy sporo znacznie trudniejszych albumów, w tym tak kanoniczne pozycje jak „Astigmatic” Krzysztofa Komedy czy „Twet” Tomasza Stańki. Przede wszystkim jednak dziwi fakt, że katalog Polish Jazz zamknięto przed jedną z najbardziej spójnych i dojrzałych płyt roku, mocno osadzoną w tradycji, a przy tym nowoczesną. Dodajmy do tego, że zespół Damasiewicza to absolutny dream team, z takimi osobowościami jak saksofonista Maciej Obara czy kontrabasista Ksawery Wójciński. Wydawałoby się, że to właśnie dla takich płyt wznowiono serię Polish Jazz. A jednak nie – duży wydawca za podstawowe kryterium uznał najwidoczniej potencjał komercyjny. Ostatecznie płyta ukazała się nakładem niezależnej wytwórni Astigmatic Records.
Kilka miesięcy wcześniej miała miejsce dość kuriozalna sytuacja. Mała, ale ceniona w środowisku obserwatorów nowej muzyki wytwórnia Szara Reneta otrzymała od koncernu Warner pismo z wezwaniem do zaprzestania naruszania praw autorskich. Wezwanie to dotyczyło płyty (a właściwie kasety, bo na takim nośniku ukazuje się większość wydawnictw Szarej Renety) grupy Lounge Ryszards zatytułowanej „Polish Jazz vol. 420”.
Tytułowe nawiązanie do legendarnej marki miało charakter ewidentnie ironiczny, o czym można było się przekonać już patrząc na zdjęcie z okładki lub czytając tytuły utworów, np. „Lidl Zapomnienia w Piekle” czy „Zielony jak Cegła” (pisownia oryginalna). Muzyka prezentowana przez Ryszardów to dość agresywne improwizowane utwory bazujące na hałasie i krzykach – rzecz dość hermetyczna i kierowana raczej do innego odbiorcy niż typowy jazz. Dodajmy do tego, że kaseta ukazała się w nakładzie 50 sztuk (dla zainteresowanych – jest już wyprzedana). Trudno zatem uznać, że Warner faktycznie poniósł z tego tytułu jakieś szkody. Sprawę celnie skomentował na Facebooku dziennikarz muzyczny Bartek Chaciński: „Bardzo szanuję markę Polish Jazz i właśnie dlatego uważam, że powinna raczej szukać nowych wykonawców i utrzymywać z nimi ciepłe relacje niż straszyć sądem”. Trudno się nie zgodzić.
Te dwie sytuacje pokazują, że w relacjach między właścicielami marki Polish Jazz a środowiskiem muzycznym coś zgrzyta. Oczywiście, prywatna firma ma prawo wydawać co chce i prowadzić negocjacje z artystami według swoich kryteriów. Oczywiście może także dbać o prawa autorskie w sposób, który uzna za najwłaściwszy. Oddajmy też sprawiedliwość – pod szyldem Polish Jazz ukazują się naprawdę dobre płyty. Warner wypromował na przykład piekielnie zdolnego młodego saksofonistę Kubę Więcka. Nie zmienia to jednak faktu, że reaktywowana seria nie jest tym, czym mogłaby być, czyli katalogiem najciekawszych płyt jazzowych obrazującym pełne spektrum nurtów.
W ramach kontynuacji serii, czyli od 2016 r., ukazało się jak dotąd osiem płyt. Czy to dużo? Raczej nie. Złośliwie można zauważyć, że to niewiele więcej niż liczba pozycji w designerskiej serii ciuchów opatrzonych logo Polish Jazz (koszulkę z białym nadrukiem można mieć już za niecałe 500 zł). Tymczasem polski jazz jest dzisiaj w znakomitej kondycji. Starsi, jak wspomniany Maciej Obara czy Wojciech Mazolewski, zyskują międzynarodową rozpoznawalność. Młodsi, jak choćby Kamil Piotrowicz, śmiało rozpychają się łokciami. Na rynku ukazuje się mnóstwo jazzowych płyt, z których większość wydają niewielkie wytwórnie, jak For-Tune, Audio Cave, Multikulti, Astigmatic czy Alpaka. Duży jest też rozrzut stylistyczny. Wśród nowości znajdziemy zarówno bezpieczny salonowy jazz dla zachowawczego słuchacza, jak i śmiałe eksperymenty z większym polem dla swobodnej improwizacji. Muzycy potrafią prowadzić zaskakujące dialogi z jazzową tradycją, śmiało przekraczają granice gatunku, coraz chętniej sięgają też po inspirację polską muzyką tradycyjną. Ten żywioł raczej nie znajduje odbicia w katalogu Polish Jazz.
A teraz wyobraźmy sobie rzeczywistość alternatywną. Właścicielem marki Polish Jazz jest któraś z państwowych instytucji kultury. Ktoś wpada na pomysł, aby ferment w młodym polskim jazzie i ciągły popyt na klasykę gatunku wykorzystać do promocji polskiej kultury na świecie. W tym celu powołuje program pod nazwą Polish Jazz, zilustrowany legendarnym logotypem. Powołane zostaje grono eksperckie wyłaniające najlepszych młodych wykonawców, którym państwo zapewnia promocję na wybranych rynkach zagranicznych, organizuje branżowe prezentacje, funduje stypendia. W ramach konkursu wyłaniane są płyty, którym „przyznane” zostają kolejne numery serii Polish Jazz. Tym samym przestaje ona być własnością jednego wydawcy, a staje się katalogiem prezentującym najciekawsze wydawnictwa (także wydane przez małe wytwórnie lub własnym sumptem przez samych artystów), które również mogą liczyć na wsparcie finansowe i pomoc w dystrybucji. Przy okazji pod szyldem Polish Jazz ukazują się archiwalia gigantów jazzu (w archiwach radiowych kryje się jeszcze mnóstwo skarbów). Seria spotyka się z dużym zainteresowaniem. Hasło „następcy Komedy” budzi zainteresowanie w środowisku jazzowym na całym świecie. Oddolny ferment artystyczny zostaje przez mądrą politykę publiczną i z pomocą dobrze rozpoznanych zasobów rozwinięty i wykorzystany do promocji budowania wizerunku Polski.
Piszę tę historię alternatywną nie po to, żeby płakać nad rozlanym mlekiem (w istocie nie wiemy, czy taki program by powstał i czy by wypalił), ale żeby pokazać, iż marka Polish Jazz jest czymś więcej niż tylko znakiem towarowym. Formalnie należy do Warnera, ale trochę jakby do nas wszystkich. Stoi za nią potężny kawał historii muzyki, ale też wspomnień, skojarzeń, obrazów (legendarne okładki) czy choćby barwnych życiorysów. Od dysponenta szyldu, za którym stoi kawał polskiego dziedzictwa, należy oczekiwać więcej. Warner jest korporacją działającą dla zysku, warto jednak wywierać społeczną presję na odważniejszą politykę wydawniczą i budowanie bardziej partnerskich relacji z artystami.
Choć w serii Polish Jazz ukazują się dziś naprawdę dobre płyty, a wśród nich co najmniej jedna (Multitasking Kuby Więcka) na pewno przejdzie do historii gatunku, to trudno oprzeć się wrażeniu, że znak ten służy dziś bardziej do metkowania płyt, które i tak by się pod szyldem Warnera ukazały niż do tworzenia nowej jakości. A przecież marka Polish Jazz mogłaby być przewodnikiem po współczesnym polskim jazzie, Warner mógłby wychwytywać zdolnych debiutantów, inicjować międzypokoleniowe spotkania, rejestrować najciekawsze koncerty. Może problem w tym, że nikt takich oczekiwań dostatecznie głośno nie formułuje. Może to najwyższy czas zacząć to robić.
Maciej Łata
Warto przeczytać także tekst o sprzedaży polskiego dziedzictwa fonograficznego firmie Warner: Polskie nabrania.
przez Łukasz Misiuna | niedziela 12 stycznia 2020 | opinie
Ministerstwo Środowiska planuje zmniejszenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Argumentem przemawiającym za taką decyzją ma być rzekoma utrata wartości przyrodniczych na około 5 hektarach terenu parku. Te 5 ha to trzy działki, na których zlokalizowany jest między innymi klasztor Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Trwa spór między przyrodnikami a ministerstwem środowiska i dyrekcją Świętokrzyskiego Parku Narodowego o to, czy teren faktycznie utracił walory przyrodnicze, a jeśli tak, to w jakim stopniu i z jakiego powodu. Całkowicie w cieniu tego sporu pozostaje stan wyjątkowych zabytków kultury na Łyścu, które ulegają powolnemu, ale stopniowemu pogorszeniu. Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków nie umie stwierdzić, czy wydał zgodę na zniszczenie zabytków na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym.
Na Łyścu, jeszcze nadal w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego, znajduje się skała, której wiek ocenia się na 490-500 mln lat. Geolodzy mówią, że jest to „kręgosłup” najstarszych gór w Europie – Gór Świętokrzyskich. Klasztor benedyktyński na Łyścu pochodzi z lat 1102–1138, a pozostałości prasłowiańskiego wału kultowego datuje się na IX-X wiek. Wiele jednak wskazuje, że ośrodek kultu istniał tu znacznie wcześniej.
Na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego oblaci czują się od lat jak u siebie. Właściwie zaciera się obecnie granica pomiędzy tym, kto tu jest właścicielem, a kto nie, i jak wygląda podział kompetencji i odpowiedzialności za zachowanie w dobrym stanie najwyższych wartości przyrodniczych i kulturowych. W ostatnich kilkunastu latach na terenie Łyśca doszło do istotnych zmian w zagospodarowaniu terenu objętego rozmaitymi formami ochrony przyrody i ochrony konserwatorskiej.
Stowarzyszenie MOST wystąpiło z pismem do Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków z pytaniami o to, czy zostały wydane wymagane prawem zgody na niektóre z inwestycji zrealizowanych w ostatnich latach. Pytania dotyczyły budowy sztucznego nasypu i ołtarza, zespołu drewnianych krzyży oznaczonych jako „miejsce pamięci nienarodzonych 1956–2006”, nasadzenia dębu Jana Pawła II, hałdy gruzu, kamiennej rampy, schodów i drogi wiodącej do klasztoru.
Konserwator Zabytków odpowiedział na pytania w piśmie FOK.O.1331.20.2019 z dnia 10.12.2019.
W odpowiedzi czytamy, że tylko na pierwszą z inwestycji konserwator odnalazł zgodę na jej realizację.
W odniesieniu do pozostałych inwestycji konserwator napisał:
„Tutejszy Urząd nie posiada wiedzy w jakim czasie doszło do realizacji wskazanych […] działań, jak również na podstawie przeanalizowanych danych nie jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że takie pozwolenia nie istniały”. Podpisano: Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków mgr inż. Anna Żak-Stobiecka.
W ciągu 7 minut ustaliłem terminy i wykonawców dla dwóch wymienionych działań na Łyścu. Dla żadnego z nich konserwator zabytków nie potrafił ustalić terminu, wykonawcy ani tego, czy wydał na nie zgodę.
Ciekawe, że Konserwator Zabytków w swoim piśmie FOK.O.1331.17.2019 z dn. 25.10.2019 poinformował mnie, że wydał oblatom zgodę na realizację zadania na Łyścu pod nazwą „Siedziska z zadaszeniem w klasztorze na Świętym Krzyżu”. Inwestycja miała być zrealizowana pod nadzorem archeologicznym. W kolejnym piśmie FOK.O.1331.20.2019 Konserwator poinformował mnie, że prowadzi postępowanie wyjaśniające „w oparciu o nieprawidłowości w utrzymaniu obszaru wpisanego do rejestru zabytków ujawnione podczas oględzin w dniu 7.11.2019”. Ostateczna odpowiedź Konserwatora miała być związana z ustosunkowaniem się oblatów do „zidentyfikowanych nieprawidłowości”.
Jak widać, czynności wyjaśniające nie powiodły się.
Zabytki kultury
Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody, aby zmniejszyć obszar parku narodowego, należy wykazać, że obszar ten utracił swoje przyrodnicze i kulturowe walory. Kluczowy jest tu spójnik „i”. Jeżeli na danym terenie występują zarówno przyrodnicze, jak i kulturowe wartości, to aby zmniejszyć park narodowy, należy wykazać utratę obu rodzajów tych walorów. Nie tylko przyrodniczych. Nie tylko kulturowych. Przyrodniczych i kulturowych. Projekt rozporządzenia ministra środowiska w sprawie zmniejszenia obszaru Świętokrzyskiego Parku Narodowego zupełnie pomija stan wartości kulturowych na Łyścu.
Tymczasem klasztor na Łyścu jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”. Chroni on sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i w strefie podszczytowej 300-metrową strefą ochronną. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii.
Te uwarunkowania prawne nakładają wymóg specjalnego traktowania obiektów na Łyścu i bardzo przemyślanych ingerencji architektonicznych i prawnych.
Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102-1138 przez Bolesława Krzywoustego. Nazwa „Święty Krzyż” pojawiła się po tym, jak Władysław Łokietek ofiarował kościołowi relikwie drzewa świętego krzyża w 1306 roku. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim.
W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano, aby sfinansować inne przedsięwzięcia kościelne. Kasata zakonu Benedyktynów na Świętym Krzyżu i sprzedaż dóbr klasztornych na Świętym Krzyżu na rzecz Królestwa Polskiego w XIX wieku zostały zatwierdzone decyzjami Stolicy Apostolskiej. Obecnie stanowią one zatem, przejętą za obopólną zgodą, własność Państwa Polskiego. Za wyjątkiem części, którą oblaci przejęli w posiadanie decyzją sądu o zasiedzeniu.
Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane Polskim Sachalinem.
W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu Oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Aż do dziś. Od lat 90. oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o uzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków. Obietnice przywrócenia Kościołowi klasztoru składali minister środowiska Jan Szyszko i poseł Przemysław Gosiewski.
Zbytki popkultury
Historia starań przejęcia przez oblatów klasztoru na własność od państwa polskiego sięga lat 30. XX wieku. Informują o tym tablice umieszczone w klasztorze. Starania te były nieskuteczne.
Od lat 90. znacznie przybrały na sile starania oblatów, aby przejąć klasztor. Od tego czasu zakonnicy forsują wersję, jakoby chcieli „odzyskać utracone, należne mienie”. Trzeba tu pamiętać, że oblaci nigdy nie byli właścicielami całego klasztoru i przyległych działek.
Obecność muzeum Świętokrzyskiego Parku Narodowego w zabudowaniach klasztornych skutecznie uniemożliwiała przejęcie klasztoru przez zakonników. Mimo to nie ustali oni w swoich zamierzeniach.
Ingerencja w pierwotny ład architektoniczny na Łyścu rozpoczęła się od tzw. odtworzenia drogi krzyżowej. Pierwotnie istniały tu zabytkowe kapliczki. Nowe „instalacje” w niczym do nich nie nawiązują i mają raczej charakter odpustowej cepeliady. Pozwolenie na ich powstanie zostało wydane czasowo. To, co zostało zrealizowane, znacznie różni się od projektów zamieszczonych na witrynie internetowej OO. Oblatów. Inwestorem przedsięwzięcia nie byli oblaci, a gmina Nowa Słupia. Ówczesny dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie zgodził się, aby kapliczki stanęły na terenie znajdującym się w zarządzie parku.
W roku 2002 oblaci doszli do porozumienia ze Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Na jego mocy otrzymali w użytkowanie pomieszczenia znajdujące się pod budynkami klasztornymi. W podziemiach klasztoru przebito sztuczne przejście łączące zabytkowe podziemia. Przy okazji odnaleziono tu ślady osadnictwa sprzed okresu powstania klasztoru. W ten sposób zniszczono też zimowisko nietoperzy. Zadanie przeprowadzono pod nadzorem archeologicznym, ale bez nadzoru przyrodniczego. Wszystko po to, aby stworzyć zaplecze gastronomiczne dla pielgrzymów. Działanie to rozbudziło fantazje zakonników o wielkim centrum turystycznym. Postanowili, że w podziemiach powstanie rozbudowane zaplecze kuchenne. W tym celu planowano wykuć wielką komnatę w litej skale. Nowa kuchnia oblatów miała znajdować się pod… Kaplicą Oleśnickich. Okazało się jednak, że taka inwestycja groziłaby zawaleniem się budynków nad kuchnią. Dopiero ta perspektywa odwiodła zakonników od planu. Ogromne koszty inwestycji nie stanowiły problemu.
Punktem kulminacyjnym był rok 2006, kiedy oblaci zorganizowali huczne obchody fikcyjnego wydarzenia. Na podstawie mitu, a nie faktu historycznego mówiącego, że w 1006 roku klasztor ufundowała Dąbrówka, żona Mieszka I, zakonnicy zaplanowali obchody tysiąclecia życia monastycznego na Łyścu, nazwane „Świętokrzyskim Millenium”. Z tej okazji na obszarze parku narodowego, na terenie porośniętym przez chronione siedliska, wybudowano sztuczną skarpę i ołtarz. Ołtarz rozebrano, ale skarpa w funkcji sceny istnieje nadal. Wtedy też posadzono tzw. Dąb Jana Pawła II i postawiono krzyże upamiętniające nienarodzone dzieci, a wokół nich nasadzono rozmaite gatunki roślin ozdobnych w niczym nienawiązujących do naturalnych w parku gatunków i zbiorowisk.
Te i inne działania w tym okresie miały na celu uczynienie z Łyśca centrum pielgrzymkowego. Jak się okazuje, nie sposób dziś dociec, które z działań zakonników były legalne i zostały zrealizowane za zgodą konserwatora zabytków, a które przeprowadzono bez zgód i konsultacji, stawiając konserwatora wobec faktów dokonanych.
W 2017 roku oblaci wymyślili budowę… nowego skrzydła klasztoru. Miał to być budynek trzykondygnacyjny. Zaplanowano także dwa poziomy podpiwniczenia. Miała także powstać sala „konferencyjna”. Oblaci chcieli rozbudować obiekt, ponieważ ich zdaniem jest on zbyt mały na ich potrzeby. Zbyt mała przestrzeń dla zakonników miała być skutkiem… zbyt grubych murów. Wojewódzka Rada Ochrony Zabytków oraz Narodowy Instytut Dziedzictwa odrzuciły tę koncepcję „przebudowy”.
Jedynie w czasach PRL na Łyścu dokonano poważniejszych niż wymienione zniszczeń przyrody i krajobrazu Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Zbudowano tu wieżę radiowo-telewizyjną dominującą nad całością szczytu oraz przeszklony budynek zwany „akwarium”, który był barem dla turystów. Ten obiekt rozebrano.
Wszystko wskazuje na to, że urzędnicy odpowiedzialni za zabytki i przyrodę w Świętokrzyskim Parku Narodowym nie są w stanie chronić ani jednych, ani drugich wartości. Dyrektor ŚPN uważa, że teren nie ma wartości przyrodniczych, bo zaszły tu procesy urbanizacyjne. Konserwator zabytków nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, na co wydawał zgodę, a na co nie. Minister środowiska twierdzi, że obszar od setek lat tracił swoje wartości.
Działania oblatów w ostatnich kilkunastu latach jednoznacznie pokazują, że chcą oni uczynić z Łyśca, jego zabytków i przyrody prywatną własność. Chcą tu rozwijać wielkie centrum turystyczno-pielgrzymkowe przewyższające skalą wszystko, co w Polsce podobne. Zdumiewa ta chęć zawłaszczenia i podporządkowania sobie wszystkiego wokół. Zdumiewa brak pohamowania żądzy posiadania, zarabiania pieniędzy, uzyskiwania wpływów politycznych i swoboda w łamaniu prawa.
Można by pewnie pomyśleć, że to splot niefortunnych zdarzeń, chaos wynikający z wielu zadań, brak danych itp. Wszystko jednak układa się w smutną całość. Organy państwa polskiego wycofują się i używają swoich kompetencji po to, aby usankcjonować postępującą degradację świata przyrody i kultury na Łyścu.
Te oba światy (kultury i natury) dobrze funkcjonowały na Łyścu od paru tysięcy lat. Dylemat Kultura czy Natura rozwiązał się tu poprzez rozstrzygnięcie: Kultura i Natura. Jedna z drugą na Łyścu przeplatały się spontanicznie, tworząc wyjątkową, unikalną konstrukcję struktury, funkcji i wartości. Polem wspólnym dla obu tych bytów były zawsze mistycyzm, duchowość i kontemplacja: zarówno Ducha, jak i Natury, przy czym w końcu trudno było jedno od drugiego oddzielić (bo też może i nie da się ich oddzielić). Jedno przez drugie było wspierane i wzajemnie się chroniło, czego rezultatem jest unikalny kompozyt przyrodniczo-kulturowy, materialno-duchowy, ludzko-zwierzęcy i roślinny. Monumentalna architektura pradziejów i pierwotnej przyrody zainspirowała ludzi (zagubionych pomiędzy obu bytami) do stworzenia architektury własnej duchowości.
Obecnie na Łyścu jesteśmy w sytuacji, w której państwo abdykowało ze swojej roli obrońcy najwyższych i unikalnych wartości. To także sytuacja, w której w ordynarny sposób zakonnicy chcą rozerwać pierwotny splot świata duchowego z jego biologicznymi podstawami.
Wniosek jest też taki, że oblaci mogą dowolnie niszczyć zabytki na Łyścu. Konsekwencją tego będzie to samo, co w przypadku zniszczeń w świecie przyrody. Strach urzędników państwowych przed instytucją kościelną powinien trwożyć obywateli i samych urzędników.
Łukasz Misiuna
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Stragan z chińszczyzną w sercu Gór Świętokrzyskich w Świętokrzyskim Parku Narodowym na Łyścu, fot. Łukasz Misiuna.
Przeczytaj poprzednie teksty autora na ten temat:
Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?
Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)
przez redakcja | środa 8 stycznia 2020 | opinie
Ekspertyza zespołu powołanego przez Polskie Lobby Przemysłowe, zawierająca propozycje do umowy offsetowej w związku z pozyskaniem samolotu wielozadaniowego F-35
Nasze prace podejmujemy zatroskani trudną sytuacją polskiego przemysłu obronnego. Zakup zagranicą samolotu F-35, systemów Wisła, Himars, rakiet do systemu Narew oraz realizacja programów Kruk i Orka wiązać się będzie z przekazaniem znacznych kwot zagranicznym producentom i dlatego powinny być skompensowane znacznym offsetem [1], a zwłaszcza transferem najnowszych technologii do naszego przemysłu i jego zaplecza badawczo-rozwojowego w celu wzmocnienia i modernizacji polskiego potencjału obronnego.
1. Przeprowadzona przez ekspertów uczestniczących w pracach nad niniejszą ekspertyzą analiza nowego PMT – Planu Modernizacji Technicznej na lata 2021-2035 z uwzględnieniem 2020 r., wykazała, że duża część spośród 16 programów modernizacji Sił Zbrojnych RP, zwłaszcza programów: Harpia (zakup samolotów F-35), Kruk (zakup śmigłowców uderzeniowych), Wisła (zakup systemu obrony powietrznej średniego zasięgu), Orka (zakup okrętów podwodnych) i Himars (zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu) oraz prawdopodobny zakup eskadry samolotów F-16 – jak wszystko na to wskazuje – realizowana będzie z małym lub jedynie symbolicznym udziałem polskiego przemysłu. Jednocześnie duże środki budżetowe (przewidywana wartość PMT to około 524 mld PLN) na ich realizację zostaną przekazane producentom zagranicznym, głównie amerykańskim, kosztem zamówień w polskim przemyśle obronnym i jego zapleczu badawczo-rozwojowym. Dlatego tak ważne będzie przy realizacji tych programów wynegocjowanie satysfakcjonującej, maksymalnie korzystnej dla naszego przemysłu obronnego oferty offsetowej, kompensującej te wielkie wydatki, a zwłaszcza umożliwiającej pozyskanie najnowszych technologii wojskowych, w tym podwójnego zastosowania (dual-use technologies). Byłby to istotny impuls w modernizacji naszej gospodarki, zapewnienie jej zdolności mobilizacyjnych i realizacji Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, zwłaszcza, że w najbliższym czasie rozwój polskiej gospodarki ma opierać się przede wszystkim na innowacyjności.
2. Zadaniem rządu powinno być nie tylko kupowanie uzbrojenia, ale również właściwe dbanie o rozwój rodzimego przemysłu obronnego i jego zaplecza badawczo-rozwojowego, w tym również nadzorowanych przez Ministerstwo Obrony Narodowej spółek Skarbu Państwa wchodzących w skład naszego narodowego koncernu – Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. Sprawia to, że należy dołożyć wszelkich starań, aby w przyjętych programach PMT w przypadku zakupu uzbrojenia zagranicą w jak największym stopniu zaangażowane były polskie firmy zbrojeniowe. Szczególnie dotyczy to programu Harpia, ponieważ biorąc pod uwagę zakup samolotów F-35, ich uzbrojenia, niezbędnej infrastruktury towarzyszącej i pakietu szkoleniowego, związane z tym wydatki będą niezwykle wysokie. Do tego dojdą znaczne wydatki na realizację pozostałych ww. programów. W przypadku braku związanego z nimi offsetu lub niewielkiej jego skali, doświadczymy znacznego pogorszenia stanu sektora przemysłu obronnego w Polsce, który jest nieodłączną częścią systemu bezpieczeństwa państwa, co doprowadzić może w konsekwencji do upadłości wielu ważnych dla obronności państwa przedsiębiorstw i ośrodków badawczo-rozwojowych. Poza tym doprowadziłoby to do bezpowrotnego utracenia pracującej w nich wysokokwalifikowanej kadry inżynierów, techników i doświadczonych pracowników. Stanowią oni największy kapitał naszego sektora obronnego. Tym bardziej, że planowanie znacznego zwiększenia wydatków na modernizację armii dopiero w pięcioletniej perspektywie jest silnie obciążone ryzykiem niepełnego wykonania ze względu na możliwość spowolnienia gospodarczego lub nawet zaistnienia kryzysu. Niektórzy ekonomiści, w tym zagraniczni, uważają nawet, że nie można wykluczyć wybuchu światowego kryzysu gospodarczego podobnego, a nawet głębszego od tego, jaki miał miejsce w 2008 roku, ponieważ nie zostały zlikwidowane jego strukturalne przyczyny [2]. Poza tym z historii gospodarczej wynika, iż w okresie głębokiej recesji produkcja zbrojeniowa realizowana w kraju może spełniać funkcję efektu mnożnikowego, ułatwiającego jej przezwyciężenie.
3. Uważamy, że współpraca przemysłowa przy zakupie F-35 nie powinna się ograniczać jedynie do pozyskania tego samolotu; polski przemysł zbrojeniowy i jego zaplecze badawczo-rozwojowe w ramach kompensacji za wydane sumy na zakup F-35 powinny stać się częścią łańcucha dostaw dla głównego producenta tego samolotu, firmy Lockheed Martin, i ewentualnie jego kooperantów (przede wszystkim Pratt&Whitney, ewentualnie BAE System). W negocjacjach offsetowych z Lockheed Martin strona polska powinna postulować:
– zwiększenie oferty offsetowej przy zakupie kolejnych baterii systemu „Patriot” w ramach programu Wisła (w naszej ocenie offset związany z pozyskaniem dwóch pierwszych baterii był niezmiernie skromny, znacznie poniżej oczekiwań strony polskiej); chodzi tu także o technologie mogące mieć zastosowanie w realizacji systemu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu (program Narew),
– przekazanie Wojskowym Zakładom Lotniczym nr 4 technologii i kompetencji niezbędnych do serwisu i naprawy silników samolotów F-16 i F-35,
– przekazanie dla WSK „PZL-Kalisz” S.A. technologii i kompetencji do produkcji określonych zespołów i podzespołów silników dla samolotów F-35 i F-35,
– przekazanie polskiemu przemysłowi stoczniowemu elementów systemów i technologii służących uzbrojeniu i wyposażeniu budowanych w naszym kraju okrętów wojennych w ramach programu Miecznik.
4. W kontekście współpracy polskiego przemysłu zbrojeniowego i lotniczego z dostawcą amerykańskich bojowych samolotów najnowszej generacji, należy sięgnąć po narzędzia oraz procedury kooperacyjne, które zostały wypracowane i z powodzeniem zastosowane w ostatnich latach przez rządy Danii oraz Norwegii w toku pozyskiwania samolotów F-35. Szczególnie doświadczenia norweskie związane z udziałem przemysłu obronnego tego kraju w globalnej sieci dostaw dla koncernu Lockheed Martin są w naszym przekonaniu warte wykorzystania w ramach polskiego programu pozyskania samolotów bojowych najnowszej generacji. Rząd Królestwa Norwegii uzależnił wybór danego typu samolotu bojowego od charakteru i skali zaangażowania przez jego producenta w norweski przemysł obronny. W rezultacie takiego konsekwentnego podejścia władz norweskich, zakłady Kongsberg są aktualnie niemal wyłącznym dostawcą podzespołów i komponentów o kluczowym znaczeniu dla produkcji F-35 (np. pylonów dla pocisków rakietowych). Co więcej, lotniczy pocisk uderzeniowy JSM tego producenta został opracowany specjalnie dla F-35, a sam samolot dostosowany do przenoszenia tych pocisków w wewnętrznych komorach uzbrojenia.
5. W przypadku zakupu maszyn F-35 pamiętać trzeba, że jako maszyny V generacji nie są to już samoloty w klasycznym rozumieniu, ale efektory niezwykle złożonego kompleksu rozpoznawczo-uderzeniowego, które operować mogą jedynie w przestrzeni informacyjnej wygenerowanej przez ten system. Kwestią absolutnie fundamentalną jest więc takie negocjowanie warunków dostawy, by zapewnić możliwość autonomicznego, wynikającego z decyzji narodowych, ich użycia. Zatem elementem kluczowym jest zbudowanie narodowego modułu zabezpieczenia ich działań (na przykład biblioteki celów), co również musi być elementem transakcji kompensacyjnych. Byłaby to unikalna szansa rozwoju segmentu zaawansowanych technologii (high tech), a także skokowego zwiększenia zdolności w zakresie C5ISR.
6. W związku z wstrzymaniem dostaw samolotów F-35 dla Turcji po nabyciu przez nią rosyjskich zestawów przeciwlotniczych S-400, należy poczynić starania, aby jej miejsce w łańcuchu dostawców komponentów samolotu F-35 zajęła Polska jako bliski sojusznik USA na wschodniej flance NATO. Byłoby to rozwiązanie bardzo korzystne dla polskiego przemysłu obronnego i lotniczego. Stworzyłoby szansę pozyskania nowoczesnych technologii od strony amerykańskiej.
7. Przy negocjowaniu oferty offsetowej trzeba przede wszystkim dążyć do zapewnienia transferu technologii do Polski co najmniej w takim stopniu, jaki jest niezbędny do samodzielnej eksploatacji samolotów F-16 i w możliwym stopniu wielozadaniowych samolotów najnowszej generacji, jakimi są F-35. Jest to szczególnie pożądane w sytuacjach kryzysowych lub w razie konfliktu zbrojnego. Wymaga to podzielenia się przez producenta określonymi kompetencjami w zakresie eksploatacji i ewentualnie napraw nabytego samolotu. Oznacza to, po pierwsze, potrzebę wynegocjowania odpowiedniego pakietu szkoleniowego obejmującego także jego personel techniczny, a po drugie – udostępnienie i długoterminowe zapewnienie na miejscu w Polsce najważniejszych części zamiennych do tego samolotu, autoryzowanych przez amerykańskich producentów F-35 i włączenie polskich przedsiębiorstw do ich produkcji oraz, jak wyżej stwierdzono, zapewnienie im – w dłuższej perspektywie – kompetencji i technologii do serwisowania i napraw technicznych pozyskanego samolotu. Nie powinna się powtórzyć sytuacja, z jaką ostatnio mamy do czynienia, kiedy to duża liczba posiadanych przez Polskę samolotów F-16 jest niezdolna do lotów i czeka na bardzo drogie części zamienne zza oceanu lub naprawy, które mogą być wykonane wyłącznie w Stanach Zjednoczonych, w zakładach, które w pierwszej kolejności remontują liczne samoloty sił powietrznych USA.
8. F-35 to coś więcej niż samolot, to system walki, z jakim Polska nigdy dotychczas nie miała do czynienia. Aby wyzyskać pełne możliwości F-35 musi być dla niego stworzone od podstaw środowisko techniczno-operacyjno-szkoleniowe nowego typu. Pożądanym rozwiązaniem, które rekomendujemy, jest w pierwszym etapie zwiększenie kompetencji Centrum Serwisowania Samolotów F-16 w WZL Nr 2 S.A. w Bydgoszczy, a w następnym etapie zbudowanie autoryzowanego przez koncern Lockheed Martin – w oparciu o potencjał Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2 i nr 4 oraz Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych – Polskiego Centrum Obsługowo-Serwisowego dla będących na wyposażeniu naszych Sił Powietrznych wielozadaniowych samolotów F-16 oraz transportowych C-130, a w przyszłości także dla F-35. Przy czym zdolności takiego Centrum powinny dotyczyć całego obsługiwanego i serwisowanego samolotu i pełnego okresu jego eksploatacji. Ponadto w związku z przewidywanym zakupem samolotów F-16 przez Słowację i Bułgarię zdolności serwisowania tych samolotów proponujemy umieścić w Polsce. W tych krajach bowiem zakupy są zbyt małe, by tam budować takie zdolności.
9. Natomiast jeśli chodzi o pakiet szkoleniowy, to powinien on obejmować zarówno personel latający, jak i personel techniczny. Powinien on gwarantować stronie polskiej przeszkolenie pilotów samolotów F-35 do poziomu gotowości bojowej NATO. Określona część z nich w ramach pakietu szkoleniowego powinna być wyszkolona jako instruktorzy F-35. Dużym zagrożeniem tego projektu jest brak możliwości pozyskiwania kandydatów na pilotów samolotów wielomanewrowych dla Sił Zbrojnych RP. Wiąże to się z bardzo wysokimi wymaganiami zdrowotnymi oraz właściwościami psychofizycznymi, jakie muszą spełniać kandydaci na pilotów. Trudno bowiem pozyskać w dzisiejszym młodym pokoleniu osoby spełniające te rygorystyczne warunki. Stąd przy przeszkoleniu na samoloty F-35 w pierwszej kolejności powinni być zakwalifikowani piloci w pełni wyszkoleni, z dużym doświadczeniem z samolotów F-16. I tu pojawia się następny problem z uzupełnieniem kadr do eskadr F-16.
Podobny problem dotyczy wysoko wykwalifikowanego personelu technicznego, który po specjalistycznym przeszkoleniu w USA i kilkuletniej służbie w Siłach Powietrznych RP odchodzi do dynamicznie rozwijającego się lotnictwa cywilnego w Polsce i za granicą. Dotyczy to również pilotów. Na dzisiejszym konkurencyjnym rynku pracy Siły Powietrzne RP nie są atrakcyjnym pracodawcą dla bardzo wysoko wykwalifikowanych specjalistów o wąskiej specjalności (piloci i inżynierowie specjalności lotniczej). Wymaga to zmiany funkcjonujących w nich systemów motywacyjnych.
10. Ważna jest także kwestia przygotowania polskiego przemysłu do absorpcji wynegocjowanego offsetu, a także zapewnienia dyfuzji do cywilnej gospodarki pozyskanych technologii podwójnego zastosowania. Chodzi o to, jakie należy poczynić inwestycje i jak przygotować kadrę menedżersko-techniczną oraz pracowników naszych przedsiębiorstw by ewentualny offset skonsumować, w tym wdrożyć pozyskane w jego ramach technologie. Polskie firmy zbrojeniowe rozumieją potrzebę wysiłku po swojej stronie i wiedzą, z jakimi wyzwaniami transformacyjnymi przyjdzie im się mierzyć. Pożądana jest tu współpraca Biura Offsetowego MON z Polską Grupą Zbrojeniową S.A. i wyłonioną w tym celu reprezentacją prywatnych polskich firm realizujących zamówienia w zakresie obronności i uczelni technicznych oraz instytutów współpracujących z Siłami Zbrojnymi, co wymaga opracowania stosownych procedur i organizowania regularnych spotkań. Tylko wtedy możliwa będzie pełna absorpcja technologii i zdolności pozyskanych w ramach offsetu związanego z zakupem samolotu F-35.
11. Ministerstwo Obrony Narodowej dążyć powinno do intensyfikacji współpracy z pozostałymi państwami NATO realizującymi równocześnie program pozyskania samolotów F-35. Mowa tutaj przede wszystkim o następujących sojusznikach: Belgii, Danii, Holandii, Norwegii i Wielkiej Brytanii. Należy bowiem pamiętać, że taka współpraca zainicjowana już na etapie pozyskiwania samolotów, sprzyjać będzie w przyszłości pogłębianiu interoperacyjności i kompatybilności sił powietrznych państw NATO użytkujących F-35. Jednocześnie współpraca Polski z tymi państwami w trakcie procesu wprowadzania do służby zakupionych samolotów oraz osiągania przez nie odpowiedniego stanu gotowości operacyjnej stwarzać będzie dogodne warunki dla wymiany doświadczeń i pozyskiwania wiedzy od sojuszników.
12. Równoczesne pozyskiwanie samolotów F-35 przez znaczną część państw NATO stwarza polskiemu sektorowi produkcji obronnej i lotniczej optymalne warunki dla włączenia się we współpracę rozwojową i produkcyjną z partnerskimi zakładami w takich państwach, jak Belgia, Holandia czy Norwegia. Polskie przedsiębiorstwa mogą dzięki takiej współpracy stać się trwałym, ważnym elementem europejskiego konglomeratu firm pracujących na rzecz budowy, obsługi i modernizacji samolotów F-35.
13. Naszym zdaniem Polska w zakresie rozwoju przemysłu obronnego powinna wzorować się na Korei Południowej, Turcji i Izraelu. Niegdyś wszystkie te państwa miały bardzo niewielkie i zacofane przemysły zbrojeniowe, jednak konsekwentna polityka kolejnych rządów zmierzająca do jak najszerszego transferu nowoczesnych technologii militarnych z zagranicy do przedsiębiorstw własnego sektora obronnego zaowocowała po kilku dekadach realnymi sukcesami. Dziś oferują one szeroki asortyment nowoczesnego uzbrojenia i sprzętu wojskowego zarówno dla rodzimych sił zbrojnych, jak i na eksport. Ich dokonania w tej materii są godne podziwu. Czynnikiem sine qua non, który umożliwił skokowy postęp technologiczny przemysłów zbrojeniowych tych państw była ponadpartyjna wola i determinacja polityków tych krajów oraz świadomość, jak ważne dla bezpieczeństwa państwa w długim okresie czasu oraz dla nowoczesności gospodarki jest posiadanie prężnego, rozbudowanego i zaawansowanego technicznie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Tej woli, determinacji i świadomości nie brakowało także politykom rządzącym w Polsce w okresie międzywojennym. W II RP kolejne rządy kładły niewątpliwie wielki nacisk na wszechstronny, kompleksowy rozwój tego sektora gospodarki i na pozyskiwanie najnowocześniejszych podówczas technologii od sojuszników z Zachodu, czego najlepszym przykładem był rozwój Centralnego Okręgu Przemysłowego, zainicjowany przez Eugeniusza Kwiatkowskiego.
Mając powyższe na uwadze apelujemy do polskich władz oraz do polityków opozycji o stanowcze, zdecydowane i konsekwentne – ponad podziałami politycznymi – wspieranie rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz o położenie znacznie większego nacisku niż dotychczas na konieczność transferu nowoczesnych technologii do polskiego sektora obronnego czy to w ramach transakcji offsetowych, czy to na innej drodze. Jeżeli zaniedbamy i zlekceważymy tę kwestię, to przyszłe pokolenia mogą nam tego nie wybaczyć.
Podsumowanie:
Realizacja Programu Modernizacji Technicznej na lata 2021-2035 przewiduje wydatki w wysokości około 524 mld PLN. Środki te powinny zostać wykorzystane:
a) w polskich zakładach przemysłu obronnego i ich łańcuchach dostaw, lub, gdy jest to niemożliwe lub nieefektywne,
b) w oparciu o umowy offsetowe kompensujące realizację zamówień przez podmioty zagraniczne.
Wybór optymalnych rozwiązań technicznych musi być połączony z doborem optymalnego mechanizmu współpracy z dostawcami – optymalizującym wpływ gospodarczy, a nie koszt jednostkowy. Długoterminowa i holistyczna perspektywa – uwzględniająca rozwój polskiego przemysłu i całej gospodarki – przyjęta przy wydatkowaniu tak znacznych środków finansowych pozwoli na:
a) bezpośredni rozwój zakładów przemysłu obronnego w Polsce, jak również zapewnienie odpowiedniego zaplecza badawczo-technicznego,
b) transfer technologii, szczególnie dual-use (podwójnego zastosowania), dających podstawy do wzrostu konkurencyjności polskiego przemysłu – zarówno obronnego jak i cywilnego,
c) rozwój polskich łańcuchów dostaw oraz uzyskanie efektu spillover w przemyśle i w efekcie
d) wzrost ilości inwestycji i tempa rozwoju gospodarczego Polski.
Polskie Lobby Przemysłowe, Warszawa, 15 listopada 2019 r.
Przypisy:
1. Offset jest integralną częścią przemysłowej polityki obronnej i jednym z instrumentów kształtowania gospodarczych podstaw bezpieczeństwa. Offset to umowa kompensacyjna, na postawie której podstawie zagraniczny kontrahent sprzedający dany produkt zobowiązuje się skompensować brak zamówienia tego produktu w rodzimym przemyśle danego kraju transferem technologii wytworzenia i serwisowania tegoż produktu, w kraju kupującego. Ustawa z dnia 26 czerwca 2014 r. o niektórych umowach zawieranych w związku z realizacją zamówień o podstawowym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa definiuje zobowiązanie offsetowe jako zobowiązanie zagranicznego dostawcy wobec Skarbu Państwa i offsetobiorcy, polegające w szczególności na przekazaniu technologii lub know-how, wraz z przeniesieniem autorskich praw majątkowych lub praw do korzystania z utworu na podstawie udzielonej licencji, zapewniające wymaganą przez Skarb Państwa niezależność od zagranicznego dostawcy, w celu utrzymania lub ustanowienia na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej potencjału w zakresie przeniesienia zdolności produkcyjnych, serwisowych i obsługowo-naprawczych, a także innych, niezbędnych z punktu widzenia ochrony podstawowego interesu bezpieczeństwa państwa. W normalnych relacjach to kupujący jest stroną uprzywilejowaną i ma prawo do stawiania warunków dotyczących offsetu i jego zakresu.
2. Analizy przyczyn i natury globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego zaistniałego w 2008 roku zawarte są w dwóch raportach opracowanych i opublikowanych przez Konwersatorium „O lepszą Polskę”, powołane przez Polskie Lobby Przemysłowe – zob. Raport. „Przyczyny i konsekwencje globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego i jego przejawy w Polsce”, Warszawa 2011 – http://www.plp.info.pl/wp-content/uploads/2012/12/plp_raport_o_kryzysie.pdf Część druga Raportu „Przyczyny i konsekwencje globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego i jego przejawy w Polsce”, Warszawa 2013 – http://www.plp.info.pl/wp-content/uploads/2013/03/Druga-część-Raportu-PLP-i-Konwersatorium-OLPpdf.
przez Mateusz Perowicz | niedziela 5 stycznia 2020 | opinie
Temat ciągnie się od 2004 roku. To właśnie wtedy podjęto pierwsze działania związane z odbudową Pałacu Saskiego. Inwestycję przerwano w 2008 roku, jednak jej zwolennicy nie pozwolili, aby ta propozycja zniknęła z debaty publicznej. Stulecie odzyskania niepodległości było okazją do wznowienia dyskusji o odbudowie Pałacu Saskiego. Tylko po co mielibyśmy to robić?
W 2008 roku władze Warszawy zdecydowały o przerwaniu prac nad Pałacem i przekazaniu przeznaczonych na to środków na budowę drugiej linii metra, Mostu Północnego i rozbudowę stadionu Legii. Trudno odmówić tej decyzji racjonalności. Most obecnie nosi nazwę Marii Skłodowskiej-Curie i jest najdalej wysuniętym na północ mostem w stolicy. W 2018 przez most przejeżdżało średnio 65 877 pojazdów na dobę. Trudno wskazać lepszą inwestycję ratusza niż druga linia metra. Po niedawnym otwarciu odcinka Trocka – Dworzec Wileński liczba osób korzystających codziennie z tego środka transportu wzrosła do 180 tys. Planowane jest otwarcie trzech kolejnych stacji, budowane jest 6 kolejnych, a już powstają plany trzeciej nitki, która ma połączyć Gocław i Stadion Narodowy. Liczby wskazują jednoznacznie, że inwestycje te były trafione i pożądane przez mieszkańców Warszawy. W dodatku wpływają one na zmniejszenie korków, co usprawnia komunikację i niweluje zanieczyszczenia powietrza. Stadion Legii również służy mieszkańcom, po przebudowie może pomieścić ponad 31 tys. widzów. Odbywają się tam mecze czołowej warszawskiej drużyny oraz wydarzenia kulturalne. Rozwój infrastruktury sportowej jest konieczny, jeżeli poważnie myślimy o promocji kultury fizycznej i sukcesach sportowych.
Pałac Saski poświęcono więc dla inwestycji istotnych i potrzebnych mieszkańcom. Co najważniejsze, wszystkie wspomniane trzy obiekty, w przeciwieństwie do Pałacu, pełnią ważne funkcje i zostały wybudowane w konkretnym celu.
Jeżeli odbudowa Pałacu ma posiadać sens, powinna nieść ze sobą jakąś ideę. Powinna być symbolem zmiany systemowej. Problemów do rozwiązania jest bez liku. Odbudowany Pałac mógłby stać się symbolem deglomeracji, która jest odpowiedzią na wymieranie małych i średnich miast. Przenieśmy tam senat, ale wcześniej przenieśmy część mieszczących się w Warszawie instytucji do innych miast, a część urzędów wojewódzkich z ich stolic do mniejszych miast regionu. Senat, o którym wspomina się często w rozmowach o odbudowie Pałacu, odpowiada podobno za kontakt z Polonią. Jednak niczego konkretnego w tym zakresie nie osiągnęliśmy, a szkoda. Ludzie o polskich korzeniach, rozsiani po wielu zakątkach świata, to potencjał zarówno kulturowy, jak i gospodarczy.
Natomiast w przypadku Pałacu dominuje odmienne podejście. Najpierw się wybuduje, a potem pomyślimy, co z tym zrobić. Odbudowa nie wpisuje się w żadną strategię usprawnienia funkcjonalności miasta. To fanaberia. Wybudujmy, bo możemy. Oczywiście można bez trudu wymienić instytucje, które da się upchnąć w Pałacu, lecz nie na tym rzecz polega. W ten sposób można argumentować za budową absolutnie każdego budynku. Na przykład stadionu lekkoatletycznego, którego Warszawa nie posiada.
Ten problem wymieniany jest nawet na stronie największych zwolenników tego pomysłu, Stowarzyszenia Saski 2018. Możemy przeczytać tam wywiad z Michałem Borowskim, który mówi: „Budujemy [w Warszawie] tam, gdzie chcemy, a buduje ten, kto ma najlepsze plecy, komu się uda uzyskać odpowiedni plan miejscowy albo warunki zabudowy”. Chaos przestrzenny, według raportu KZPK PAN, kosztuje nas 84,3 mld zł rocznie. Przyczyną takiego stanu rzeczy są między innymi wadliwe plany miejscowe oraz „wuzetki”. Odbudowa tak dużego i znaczącego obiektu mogłaby stać się symbolem zmian, których potrzebujemy. W debacie o Pałacu nawet nie pada propozycja utworzenia Muzeum Odbudowy Warszawy, które przypominałoby tragiczną historię miasta i opowiadało o tytanicznej pracy przy jego odbudowie. Pomysł przywrócenia urzędu głównego architekta Warszawy niestety też się nie pojawia w tych debatach. Propozycje odbudowy Pałacu Saskiego to póki co jedynie wyraz megalomanii, za którym nie stoją żadne racjonalne argumenty usprawiedliwiające wydanie pieniędzy na ten cel.
Pałac Saski to nie jedyny pomysł na zabudowę Placu Piłsudskiego. Jednak inne propozycje są z reguły jeszcze gorsze. Pozostaje mieć nadzieję, że pozostanie on w takiej formie, w jakiej widzimy go obecnie. Pałac będzie kolejnym, wielkim, pięknym budynkiem, jakich pełno na świecie. Ludzie przejdą obok niego, zrobią sobie zdjęcie, ale nie wywoła to żadnej refleksji i nie skłoni do żadnej debaty. Najlepszym na to dowodem jest cała masa budynków w Warszawie odbudowanych po II wojnie światowej. Czy którykolwiek z nich wywołuje taką, dyskusję jak ten kawałek pustej przestrzeni? Czy którekolwiek z miejsc w Warszawie stało się generatorem tak rozlicznych debat o przeszłości i przyszłości? Ta dziura w miejskiej tkance przypomina o gehennie, jaka spadła na to miasto, o tym że coś utraciliśmy i tak powinno pozostać. Po World Trade Center też została dziura w ziemi.
Mateusz Perowicz
Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z polskiej Wikipedii i przedstawia Pałac Saski przed zniszczeniem.
przez Jarosław Tomasiewicz | niedziela 22 grudnia 2019 | opinie
Lewica jako dziedzic Oświecenia opiera się na idei Postępu: zmiana ma być nie tylko historycznie zdeterminowana, ale też z natury rzeczy musi nieść pozytywne skutki. Zgodnie z linearną koncepcją dziejów, każda zmiana przybliża szczęśliwy Koniec Historii – świat jest wszak racjonalny! Istnieją jednakże lewicowe ideologie krytykujące paradygmat modernizacji. Nie negują Oświeceniowych wartości, ale kwestionują pogląd, że modernizacja może owe wartości urzeczywistnić. Należy do nich teoria zależności (zwana też dependyzmem) i jej pochodne.
Źródła
Marks i Engels byli entuzjastami tego, co dziś nazywamy globalizacją. Dla nich postęp ludzkości dokonywał się po linii prostej, jego ostatecznym celem miało być totalne panowanie człowieka nad przyrodą, spełnione dzięki rozwojowi techniki i centralizacji wysiłków. Rozwój gospodarki światowej spowodował wzrastającą wszechstronną współzależność narodów, produkcja i spożycie nabrały charakteru kosmopolitycznego, wraz z rozwojem kapitalizmu „odosobnienie i przeciwieństwa narodowe między ludźmi zanikają coraz bardziej”. Postępowi społecznemu i ekonomicznemu sprzyjają duże organizmy gospodarcze, dlatego w rozwijającym się świecie nie ma miejsca dla tradycyjnych, zamkniętych społeczeństw. Marks wierzył, że kolonialne panowanie Europejczyków odegra historycznie postępową rolę, dokonując, choć brutalnymi metodami, radykalnego przeobrażenia zacofanych kolonii w kierunku kapitalizmu, przemysłu, nowoczesności.
Nadzieje Marksa nie spełniły się jednak. Okazało się, że – jak udowodnili Alice i Daniel Thornerowie – np. w Indiach pod rządami brytyjskimi w latach 1815-1880 dokonało się odprzemysłowienie kraju, czemu dodatkowo towarzyszyła stagnacja produkcji rolnej. Marksiści musieli ustosunkować się do tych faktów. Podczas gdy jedni (wśród nich takie postacie jak August Bebel) znajdowali niezliczone argumenty usprawiedliwiające „misję cywilizacyjną białego człowieka”, inni uważali kolonializm za sprzeczny zarówno z humanitarnymi ideałami, jak i z interesem proletariatu. Interesująco prezentuje się na tym tle refleksja Karola Kautsky’ego, który w artykule „Ultraimperializm” (1914) przewidywał, że konkurencja imperialistyczna doprowadzi w końcu do stworzenia kartelu mocarstw. Ta wizja politycznej jedności zglobalizowanego kapitalizmu długo mogła wydawać się fantasmagorią, dziś jednak jawi się jako prorocza.
Pośród krytyków kolonializmu odnajdziemy jednak przede wszystkim Różę Luksemburg, która w wydanej w 1912 r. pracy „Akumulacja kapitału (przyczynek do ekonomicznego wyjaśnienia imperializmu)” dała wnikliwą analizę XIX-wiecznej globalizacji. Jej zdaniem, cała polityka kolonialna to nic innego jak akumulacja pierwotna realizowana w skali całego globu. Celem tej polityki jest wciągnięcie kolonii w orbitę handlu światowego: naród podbity ma stać się odbiorcą towarów metropolii – by to osiągnąć, niszczy się miejscową gospodarkę naturalną. Polityka podatkowa kolonialistów wciąga narody kolonialne w wir gospodarki towarowo-pieniężnej. Rozwój infrastruktury służy udostępnianiu metropolii bogactw naturalnych kolonii, stanowiącej surowcowy suplement. Luksemburg nie przechodzi jednak do porządku dziennego nad ofiarami tych procesów – w odróżnieniu od swego mistrza zdaje się im współczuć. Analizuje na przykładzie Indii i Algierii, jak kolonializm doprowadził do rozkładu wspólnot wiejskich, przekształcając chłopów w wielomilionową masę nędzarzy.
Lenin przełożył to na język praktyki. Jego teoria imperializmu różniła się od luksemburgistowskiej: o ile Luksemburg koncentrowała się na zewnętrznym aspekcie imperializmu tj. na podbojach kolonialnych, o tyle przywódca bolszewików akcentował przede wszystkim jego wewnętrzne implikacje. Tym niemniej z faktu nierównomiernego rozwoju ekonomicznego świata Lenin wyciągał wnioski odmienne niż Marks. To nie wysokorozwinięta Europa miała narzucić swój model rozwojowy reszcie globu, to Rosja – „najsłabsze ogniwo” imperializmu – miała stać się zarzewiem światowej rewolucji, zaś siłą napędową tejże byłyby m.in. antyimperialistyczne walki narodów kolonialnych i półkolonialnych. Skoro imperializm jest jedną całością, to proletariat powinien popierać wszystkie ruchy antyimperialistyczne (w tym też te potępiane dotąd przez marksistów jako „reakcyjne”, np. chłopski), a ściślej – wykorzystać je dla sprawy socjalizmu. Leninowska teoria imperializmu stała się arsenałem, z którego pełnymi garściami czerpały wszelkie ruchy narodowo-wyzwoleńcze chcące uchodzić za „postępowe”.
Jednak według Lenina, podstawową sprzecznością współczesnego świata pozostawał konflikt klasowy między proletariatem i burżuazją, ruchy narodowowyzwoleńcze mogły pełnić tylko funkcję pomocniczą. Jeden z uczniów Lenina poszedł wszakże o krok dalej, odwrotnie rozkładając akcenty. Mir Sayit Sułtan-Galijew, baszkirsko-muzułmański bolszewik, uznał, że podstawowym jest konflikt między Europą a narodami kolonialnymi i półkolonialnymi; miejski proletariat Europy jest tak samo obcy ludom Wschodu jak burżuazyjni kolonizatorzy.
Panislamski komunizm Sułtan-Galijewa został zdławiony jeszcze w latach 20., ale po kilku dekadach podobny obraz świata zaprezentowali komuniści chińscy z Mao Tse-Tungiem na czele. Dążąca do samodzielności Komunistyczna Partia Chin potrzebowała sztandarów, pod którymi mogłaby wzniecić rebelię przeciw hegemonii Kremla. Pierwszym z nich była obrona Stalina (jak wykazał Tony Cliff, stalinizm na tym etapie bardziej odpowiadał odbywającej się w ChRL pierwotnej akumulacji); drugim – hasło „światowa wieś okrąża światowe miasto”. Rzucił je w 1965 r. Lin Piao, uogólniając w skali globalnej taktykę „długotrwałej wojny ludowej”, która przyniosła KPCh zwycięstwo w wojnie domowej. Na IX Zjeździe KPCh w 1969 r. sformułowana została teza o zasadniczej sprzeczności między Trzecim Światem z jednej strony a rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi i socjalistycznymi z drugiej. Sprzeczności klasowe okazywały się drugorzędne wobec „neokolonialnego spisku” supermocarstw dążących do hegemonii. Ostateczną formę koncepcja ta uzyskała w 1974 r., gdy Teng Siao-ping obwieścił „teorię trzech światów”, dzielącą świat na supermocarstwa, kraje rozwijające się i strefę pośrednią, obejmującą państwa rozwinięte, które uczestniczyły w wyzysku Trzeciego Świata, ale zarazem były zdominowane przez USA lub ZSRR.
Postawmy tu obrazoburczą tezę – teoria zależności to wyrafinowany intelektualnie maoizm. Oczywiście nie znaczy to, że szkoła dependystyczna była tubą propagandy Pekinu. Uważam jednak, iż dependyści postrzegali świat podobnie jak maoiści – tyle, że na innym, naukowo-teoretycznym poziomie. Oba nurty rozwijały się równolegle, zdarzały się między nimi przypadki osmozy (wszak maoistą był Samir Amin, jeden z czołowych przedstawicieli „teorii zależności”).
Geneza i rozwój
Bezpośrednim protoplastą teorii zależności był jednak nie marksizm (choć jego wpływu na dependyzm nie da się przecenić), lecz latynoamerykańska szkoła ekonomiczna zwana desarrollizmem. Ameryka Łacińska nieprzypadkowo stała się miejscem narodzin dependyzmu – formalnie niepodległa od z górą stulecia, wciąż jednak pozostawała zacofana. Niedorozwój regionu zmuszał ekonomistów do refleksji nad jego przyczynami. Ośrodkiem tejże refleksji stała się działająca od 1948 r. Comision Economica Para America Latina (CEPAL), kierowana w latach 1950-63 przez Raula Prebischa. Prebisch, najpierw monetarysta a później zwolennik Keynesa, w 1950 r. opublikował „The Economic Development of Latin America and Its Principal Problems”, w której poddał krytyce założenia keynesizmu jako nieadekwatne do sytuacji w Ameryce Łacińskiej, wprowadzając zarazem pojęcie gospodarki peryferyjnej. Podsumowanie swoich poglądów zawarł w artykule „Critica al Capitalismo Periferico”, opublikowanym w 1976 w „Revista de la CEPAL”.
Skupieni wokół CEPAL ekonomiści doszli do wniosku, że nie można rozpatrywać gospodarki narodowej jako zamkniętego systemu. Furtado napisał: „/…/ gospodarki słabo rozwinięte tworzą podsystemy, których zachowanie nie będzie mogło być całkowicie wyjaśnione, jeśli nie będziemy posiadać hipotezy dotyczącej struktury i funkcjonowania globalnego systemu /…/”. Analizując międzynarodowe powiązania gospodarcze, posłużyli się ogólną teorią systemów wypracowaną przez biologa Ludwiga von Bertalanffi – w myśl jego koncepcji, system charakteryzuje ekwifinalność („tendencja do osiągnięcia charakterystycznego stanu końcowego z wychodzeniem od różnych stanów początkowych i dążeniem do celu różnymi drogami”), sprzężenie zwrotne, zdolność przystosowawcza i zachowanie teleologiczne.
Doktryna CEPAL współbrzmiała z analizami takich marksistów, jak Paul Baran, który w „On the Political Economy of Backwardness” (1952) doszedł do wniosku, że kraje zacofane nie mają żadnych perspektyw rozwoju w systemie imperialistycznej integracji, charakteryzującym się dominacją kapitału finansowego metropolii, niedorozwojem burżuazji lokalnej i przewagą prekapitalistycznych sposobów produkcji. W wydanym pięć lat później dziele „The Political Economy of Growth” Baran pisał: „Królowanie kapitalizmu monopolistycznego i imperializmu w krajach rozwiniętych i organizacja społeczna krajów zacofanych są ściśle powiązane i stanowią jedynie dwa różne aspekty tego, co w istocie jest jednym problemem globalnym”.
Desarrollizm odbił się szerokim echem w innych krajach regionu, m.in. w Brazylii, gdzie koncepcję desenvolvivemento (rozwoju) głosił m.in. Celso Furtado w takich pracach, jak „El Desequillibrio Externo en las Economias Subdesenvolvidas” (1953) czy „Uma Economia Depediente” (1956). Tą drogą poszedł prezydent Kubitschek, inicjując program industrializacji przez państwo za pomocą inflacji kontrolowanej. Gdy jednak inflacja wymknęła się spod kontroli i program poniósł fiasko, desenvolvimentyści spolaryzowali się – ich lewica z Furtado na czele opowiada się za rozszerzeniem zakresu interwencji państwa (świadectwem tej radykalizacji są dzieła Furtado „Desenvolvimento e Subdesenvolvimento” z 1961, „Brasil: What Kind of evolution” z 1963 i „Dialectica do Desenvolvimento” z 1964 r.). Ekipa Furtado popiera populistyczny rząd prezydenta Goularta (zajmując tu przeciwną pozycję niż Prebisch, który tworzył swą teorię w opozycji do populizmu Perona, a następnie zaoferował swe usługi wojskowej dyktaturze gen. Aramburu). Pucz wojskowy z 1964 r. zmusza Furtado do emigracji – po krótkim pobycie na uniwersytecie Yale przenosi się do Paryża. Na emigracji powstają kolejne prace: „Teoria e Politica do Desenvolvimento” (1967), „La Concentracion del Poder Economico en los Estados Unidos y sus Proyecciones en America Latina” (1968), „A Hegemonia dos Estados Unidos e Subdesenvolvimento da America Latina” (1973), „O Mito Desenvolvimento Economico” (1974, wyd. polskie 1982).
Ostateczną formę teorii zależności nadał Andre Gunder Frank publikując w 1966 r. w „Monthly Review” artykuł „The Development of Underdevelopment”, a rok później pracę „Capitalism and Underdevelopment in Latin America. Historical Studies of Chile and Brazil”. Opisuje tam obrazowo światowy system ekonomiczny, który „składa się ze światowej metropolii (obecnie Stanów Zjednoczonych) i jej klasy panującej oraz jej lokalnych i międzynarodowych satelitów – lokalnych satelitów, które stanowią np. południowe stany USA, oraz międzynarodowych satelitów, jak Sao Paulo. O ile Sao Paulo jest lokalną metropolią w ramach lokalnego systemu, model będzie się składał dalej z jego satelitów: prowincjonalnych metropolii, /…/ a następnie z kolei ich regionalnych i lokalnych satelitów. /…/ cały łańcuch relacji metropolia – satelita sięga w dół do poziomu hacjendy i wiejskiego kupca, którzy są satelitami lokalnych metropolitalnych centrów handlowych, opierając się na chłopstwie jako na własnych satelitach”.
W rozwijanie teoria de la dependencia zaangażowali się liczni intelektualiści latynoamerykańscy: Fernando Cardoso, Celso Furtado, Osvaldo Sunkel, Helio Jaguaribe, Vania Bambirra, Ruy Mauro Marini, Theotonio Dos Santos, R. Pizarro, O. Caputo, E. Falletto. Rychło znaleźli odzew w Afryce (Samir Amin, A. Emmanuel, Walter Rodney) i Azji (Ranjit Sau, S. Lal). Paradoksalnie, teoria zależności spotkała się też z dużym zainteresowaniem w krajach wysokorozwiniętych – badania nad nią podjęli Immanuel Wallerstein w USA, Gavin Williams i E. A. Brett w Wielkiej Brytanii, Alain Touraine we Francji, Volker Bornschier w Szwajcarii, Johan Galtung w Skandynawii, Wiktor Tiagunienko i W. L. Szejnis w ZSRR, Tamas Szentes na Wegrzech. Nie zabrakło tu też Polaków: Ignacego Sachsa, Jana Kieniewicza, Witolda Kuli, Marcina Kuli, Henryka Szlajfera, Jerzego J. Wiatra. Dependyzm wywierał także wpływ na polityków Trzeciego Świata – przykładem może być choćby prezydent Ghany K. Nkrumah ze swą książką „Neocolonialism – the Last Stage of Imperialism” (1965).
W obrębie szkoły dependystycznej szybko pojawiły się różne kierunki. Wyróżniano np. eksternalistów (którzy akcentowali zewnętrzne oddziaływania Centrum) i internalistów (koncentrujących się na wewnętrznych uwarunkowaniach rozwoju); innym kryterium podziału było uznawanie prymatu stosunków wymiany (cyrkulacjoniści) lub peryferyjnych stosunków produkcji w determinowaniu sytuacji Peryferii. Z biegiem czasu wytworzyły się wszakże trzy zasadnicze nurty. Pierwszym była klasyczna teoria zależności, uznająca całkowite uzależnienie satelitów od metropolii. Głosili ją m.in. Frank, Brett, Szentes, Amin, a zwłaszcza Emmanuel, który w swej pracy „L’echange inegal” (1969) sformułował koncepcję wymiany nierównej i nierównej akumulacji.
Inni badacze (R. M. Marini, J. Galtung, L. Szejnis, B. I. Kowal) zwrócili natomiast uwagę na przyśpieszony rozwój niektórych krajów peryferyjnych (Brazylia, kraje naftowe, tzw. tygrysy Azji Południowo-Wschodniej) i postępujące rozwarstwienie w obrębie Trzeciego Świata; zjawisko to zdawało się zadawać kłam podstawowej tezie dependyzmu, że rozwój Peryferii jest niemożliwy. Marini w 1972 r. opublikował artykuł „Brazilian Sub-Imperialism”, w którym ogłosił teorię subimperializmu; zgodnie z nią pomiędzy krajami imperialistycznymi i peryferyjnymi istnieje ogniwo pośrednie w postaci państw subimperialistycznych. Państwa subimperialistyczne miały pośredniczyć w transferze bogactwa z Trzeciego Świata jako swoisty pośredni ośrodek akumulacji, pozwalało im to na prowadzenie względnie samodzielnej polityki ekspansji.
Szok naftowy 1974 r., ukazując, że zależność peryferii od centrum nie jest jednostronna i zupełna, przyczynił się do narodzin jeszcze jednej mutacji dependyzmu – teorii systemu-świata. Teorię tę sformułował Immanuel Wallerstein w dziele „The Modern World-System” (1974), a podjęli m.in. Christher Chase-Dunn, V. Bernschier, A. L. Zolberg. Wallerstein określany jest jako „neomarksista spod znaku Polanyi’ego”, ale stosunki wymiany są dla niego ważniejsze od stosunków produkcji, dlatego też walka klas to tylko specyficzny, ale nie wyjątkowy przypadek konfliktów społecznych. W teorii systemu-świata dependyzm został skrzyżowany z koncepcjami historyków Szkoły Annales z Fernandem Braudelem na czele; dostrzec można tu też wpływ młodszej generacji szkoły frankfurckiej (J. Habermas, Trent Schroyer) z jej koncepcją rozwoju zdominowanego i postulatem globalnej organizacji gospodarki.
Teoria systemu-świata jest w Polsce stosunkowo dobrze znana, dlatego jej prezentację pozwolę sobie pominąć. Przyjrzymy się natomiast klasycznej teorii zależności. O ile bowiem industrializacja niektórych krajów Trzeciego Świata w latach 1960-1990 stawiała pod znakiem zapytania teoria de la dependencia (a w każdym razie wymagała jej modyfikacji), o tyle ostatnia faza globalizacji ukazała z całą brutalnością ułudę rozwoju wmontowanych w system zależności krajów peryferyjnych (kryzys azjatycki, kryzys argentyński). W ten sposób zarzucony niegdyś pierwotny wariant dependyzmu ponownie staje się aktualny.
Założenia
Punktem wyjścia dla dependystów była konstatacja, że wszystkie obowiązujące teorie – monetaryzm, keynesizm, marksizm – są skażone piętnem eurocentryzmu i jako takie nieprzydatne dla Trzeciego Świata.
Pochylmy się nad stosunkiem do marksizmu, z którym związki ukazywałem na wstępie. Jeden z czołowych dependystów, Furtado, prezentuje się jako marksistowski rewizjonista, sceptyczny wobec niektórych tez marksizmu, ale akceptujący jego aparat pojęciowy i ogólne założenia. Wchodzi w spór z marksistami, gdy twierdzi, że walka klas nie jest motorem postępu, bo zamiera z chwilą zaspokojenia ekonomicznych żądań klasy robotniczej. Ponieważ nie sprawdziła się Marksowska teza o bezwzględnej pauperyzacji proletariatu – klasa ta utraciła swój rewolucyjny potencjał. Siłą sprawczą rozwoju są natomiast zmiany technologiczne. Przystosowanie się do nich implikuje konieczność przemian systemu wartości, ten zaś proces dokonuje się nierównomiernie, w zależności od stopnia zintegrowania danej grupy z nowoczesną gospodarką. W ten sposób Furtado jako pierwszoplanowe zdaje się widzieć konflikty kulturowe między grupami wyznającymi różne systemy wartości. Z tego punktu widzenia, brazylijski teoretyk negował też antagonizm między kapitalizmem i socjalizmem. Jego zdaniem, miała miejsce submergencja (upodabnianie się socjalizmu do kapitalizmu), czego dowodem było tworzenie w państwach bloku wschodniego wielkich przedsiębiorstw, opieranie ich działalności na rozrachunku gospodarczym, ich współpraca z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi; twierdził też, że we współczesnych społeczeństwach zarówno Zachodu, jak i Wschodu rządzi – poprzez biurokrację – klasa intelektualistów. Oba rzekomo przeciwstawne systemy zostały potraktowane jako współuczestnicy eksploatacji Trzeciego Świata.
Dependyści podejrzliwie odnoszą się do liberalnej teorii korzyści komparatywnych, wedle której na międzynarodowej wymianie korzystają wszyscy uczestnicy. Postrzegają gospodarkę światową jako grę o sumie zerowej: zysk jednej strony oznacza stratę dla drugiej (aczkolwiek z zastrzeżeniem, że nie oznacza to bezwzględnego ubożenia peryferii, lecz nierówny podział zysku). Dlatego, według Franka, rozwój i zacofanie są „dwiema stronami tego samego medalu, to znaczy są wzajemnie uzupełniającymi się warunkami globalnego systemu akumulacji kapitału”. Furtado w swym „Micie rozwoju gospodarczego” sformułował kluczową tezę mówiącą, że „korzenie niedorozwoju gospodarczego sięgają ścisłego, powstałego w szczególnych historycznych warunkach związku między wewnętrznym procesem eksploatacji i zewnętrznym procesem uzależnienia”. Posunął się nawet dalej, do przypuszczenia iż „/…/ kapitalizm nie może istnieć bez asymetrycznych stosunków między podsystemami gospodarczymi i bez przejawów wyzysku społecznego, które leżą u podstaw niedorozwoju”.
Początki tego stanu rzeczy miały leżeć w epoce europejskiej ekspansji kolonialnej, gdy międzynarodowy podział pracy objął cały świat. O ile wcześniej Europa nie odstawała wyraźnie od reszty świata, to powstanie rynku globalnego (a zwłaszcza światowego systemu kapitalistycznego) przyniosło zasadnicze zróżnicowanie dynamiki rozwoju poszczególnych regionów. Krajom pozaeuropejskim został narzucony tzw. klasyczny podział pracy (pozornie oparty na wzajemnych korzyściach), w wyniku którego większość z nich utraciła autonomię i samowystarczalność ekonomiczną, polityczną i kulturową. Uzależnienie czasem następowało na skutek podboju, częściej jednak powstawało w efekcie układu pomiędzy metropolią (a ściślej jej elitą) a elitami krajów satelickich – układu nierównoprawnego, choć na krótki dystans korzystnego dla elity Peryferii.
Wymiana między metropolią a satelitami ma charakter nieekwiwalentny, gdyż gospodarczym monokulturom krajów peryferyjnych Centrum narzuca warunki poprzez globalny rynek zbytu. Pojawia się zjawisko asymetrycznej komplementarności. Wynika to z faktu – jak zauważył już Prebisch – że Centrum ma monopol na nowe technologie i wytwarzanie środków produkcji, natomiast Peryferie uczestniczą w procesie produkcji jako dostawca surowców dla przemysłu metropolii. W rezultacie „/…/ gdy centra zatrzymują cały zysk z postępu technicznego w swoim przemyśle, to kraje peryferyjne przekazują im część owoców swojego postępu technicznego”. Rozwój w tych warunkach oznacza błędne koło: zwiększanie produkcji surowców przez satelitów pogarsza – zgodnie z prawem popytu i podaży – terms of trade, i w rezultacie gałęzie eksportowe nie są w stanie pełnić funkcji źródła rozwoju społecznego. Co więcej, polityka proeksportowa oznacza pogłębienie uzależnienia, jako że trzeba kupować technologie, maszyny, komponenty, jest się więc uzależnionym od wahań rynku globalnego. Uprzemysłowienie Peryferii ma charakter imitacyjny. „Kapitalizm peryferyjny wywołuje – pisał Furtado – zjawisko mimetyzmu kulturowego i wymaga ciągłej koncentracji dochodów umożliwiającej uprzywilejowanym mniejszościom naśladowanie wzorców konsumpcyjnych krajów centrum”. W wyniku tego z jednej strony pogłębia się rozwarstwienie społeczne w krajach satelickich, z drugiej zaś następuje ekonomiczna i kulturowa homogenizacja społeczeństw Centrum (możliwa dzięki zyskom z eksploatacji Peryferii).
Dlatego dependyści (np. Frank) postrzegali gospodarkę światową jako łańcuch wymuszonych zależności łączących systemy o różnym poziomie rozwoju. Głównym instrumentem uzależnienia peryferii są oligopole. Jak napisał Furtado, „/…/ ustala się i upowszechnia sytuacja, która pozwala wielkim przedsiębiorstwom na korzystanie z techniki i kapitału centrum oraz z siły roboczej i kapitałów peryferii, co ogromnie zwiększa ich zdolności manewru i wzmacnia tym samym tendencję do »umiędzynarodowienia« działalności gospodarczej w obrębie systemu kapitalistycznego” (Furtado zauważał, że m.in. imigracja zarobkowa korzystna jest dla wielkiego kapitału). Emmanuel i Amin przenieśli Marksowskie schematy konkurencji wewnętrznej i międzybranżowej do analizy stosunków między krajami, tworząc koncepcję wymiany nierównej i nierównej akumulacji. Ponieważ kapitał jest mobilny a siła robocza immobilna, kapitał może korzystać z siły roboczej na Peryferiach, zaniżając koszty pracy. Głównym kanałem transferu wartości jest handel międzynarodowy – wraz z towarem wędruje nieopłacona część siły roboczej. Teoretycy ci wskazywali jednak różnych beneficjentów tego zjawiska: o ile według Amina korzystała z niego metropolitalna burżuazja i arystokracja robotnicza, o tyle zdaniem Emmanuela głównym beneficjentem była klasa robotnicza Centrum.
Wiązało się to z przekształcaniem stosunków klasowych w Centrum poprzez wewnętrzną „kolonizację kulturową”. Furtado uznając autonomię kulturową za warunek istnienia klasy dostrzega, że w Centrum kulturowa autonomia proletariatu została nadwerężona z powodu upowszechnienia burżuazyjnych wzorców konsumpcji, co rozbroiło metropolitalną klasę robotniczą. Prowadziło to do jeszcze bardziej obrazoburczych wniosków: ortodoksyjnie marksistowskiej tezie, że proletariat predestynowany jest do internacjonalizmu, Furtado przeciwstawia hipotezę, że współcześnie klasa robotnicza jest żywotnie zainteresowana obroną państwa narodowego. Czytamy: „Idea wzmocnienia internacjonalizmu klasy robotniczej jako odpowiedź na internacjonalizm wielkich przedsiębiorstw nie znajduje /…/ uzasadnienia w rzeczywistości. Jest całkiem możliwe, że duże robotnicze organizacje związkowe z krajów centrum przeciwstawią się wspólnie poczynaniom wielkich przedsiębiorstw zmierzającym do wyrównania spadku produkcji w jednym kraju (gdzie trwa strajk) przez zwiększenie produkcji w innym. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby robotnicy przyczynili się do ograniczenia poziomu życia w swoim własnym kraju. Tym bardziej, że to właśnie robotnicy w krajach o najniższym poziomie życia musieliby poświęcić się w imię solidarności międzynarodowej”. W innym miejscu stwierdza zaś: „Możliwe jest, że klasy robotnicze podejmą wzrastający trud nadania kierunku państwu, które powinno przeciwstawiać się wielkim przedsiębiorstwom z pozycji siły. /…/ należałoby przyjąć, że rozwój klas robotniczych dokonuje się na drodze rosnącego utożsamiania się ze społeczeństwami narodowymi, do których należą /…/. Jednocześnie, zwiększający się nacisk grup kierujących wielkimi przedsiębiorstwami na klasę kapitalistyczną będzie kształtował jej wizję świata w kierunku przekraczania ram narodowych. Poczucie przynależności do »klasy międzynarodowej« charakteryzujące dzisiaj wyższe kadry biurokracji wielkich przedsiębiorstw, staje się stopniowo powszechną postawą wyższych warstw klasy kapitalistycznej”.
Dependyści znaczącą rolę przyznawali czynnikowi z reguły pomijanemu przez ekonomistów – zależności kulturowej. Ich zdaniem, integracja międzynarodowa, w wyniku której wartość dodatkową wypracowywaną przez autochtoniczny lud przywłaszcza burżuazja zagraniczna i kompradorska, prowadzi do nakładania się podziałów klasowych z narodowymi. Najczęściej następuje to poprzez westernizację elity, która nadwyżki wydaje na import towarów luksusowych z Centrum (przed oczami staje nam w tym momencie polityka handlowa Rzeczpospolitej szlacheckiej). Jak zauważa Furtado, wykorzystanie nadwyżki zależy od przewagi kulturowej. Dlatego nieodłącznym aspektem uzależnienia ekonomicznego i politycznego jest „gwałt symboliczny”. Centrum eksportuje do Peryferii swoje normy i wartości, co prowadzi do degradacji rodzimej kultury, a w skrajnych (choć coraz częstszych) przypadkach do akulturacji, rozerwania kulturowej tkanki społeczeństwa. Furtado formułuje więc wniosek, że społeczna własność środków produkcji nie wystarcza do usunięcia zależności, jeśli kraj byłby nadal kulturowym satelitą centrum (i tu znowu nasuwa się przykład PRL, zwłaszcza w epoce Gierka).
Anty-Postęp
Powyższa analiza doprowadziła dependystów do wniosku, że postulat rozwoju Trzeciego Świata jest szkodliwą mrzonką, ponieważ uzależnia od Centrum i pogłębia nierówności wewnętrzne. Zakwestionowali oni nawet sam paradygmat Postępu, tkwiący u korzeni myśli lewicowej. Furtado za mit uznał pogląd, że „rozwój gospodarczy taki, jaki miał miejsce w państwach, które przewodziły w rewolucji przemysłowej, może być uogólniony. /…/ Idea ta z kolei prezentuje przedłużenie mitu rozwoju, podstawowego elementu ideologii wywodzącej się z rewolucji burżuazyjnej, która zrodziła współczesne społeczeństwo przemysłowe”.
Dependyści nie byli wszakże epigonami starego świata, lecz prekursorami nowego myślenia. Furtado już w połowie lat 70. prorokował: „Koszt tego [charakterystycznego dla krajów Centrum – J. T.] sposobu życia, przejawiający się w niszczeniu środowiska fizycznego, jest tak wysoki, że każda próba jego upowszechnienia prowadziłaby nieuchronnie do upadku całej cywilizacji, a nawet wystawiłaby na niebezpieczeństwo przetrwanie gatunku ludzkiego”.
Jarosław Tomasiewicz
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Obywatelu” nr 26, jesienią 2005 roku.
przez Konrad Ciesiołkiewicz | czwartek 19 grudnia 2019 | opinie
Paradoks rozmowy o problematyce pracy polega na tym, że ma ona bezpośredni i ogromny wpływ na nas wszystkich, a mimo to z trudem przebija się do poważnej debaty. Zwykle dyskusja na tematy relacji z pracą kończy się na podaniu kilku liczb i tworzeniu na tej podstawie rzekomych trendów. Trwamy w swoistym letargu w tej kwestii. Tymczasem zapowiadana „czwarta rewolucja przemysłowa”, oparta na cyfryzacji i sztucznej inteligencji, powinna nas z tego letargu obudzić. I to nie dlatego, że zmiana technologiczna jest zła. Ale dlatego, że powinniśmy sobie zdać sprawę z odpowiedzialności, jaka w tej sprawie na nas ciąży. Musimy sobie uświadomić, że źle „zaprojektowana” zmiana związana ze zmianami technologicznymi może nieść całą masę zagrożeń społecznych, przede wszystkim związanych właśnie z pracą i relacjami z pracą. Dla miliardów ludzi na ziemi oznacza ona doświadczanie tempa zmian, jakie nieznane były dotąd w historii. Adaptacja do takich warunków wszystkich i w krótkim czasie jest w zasadzie niemożliwa.
Środek nie jest celem
Dlatego wśród obszarów szans i równocześnie zagrożeń wymienia się rozwój społeczno-ekonomiczny i poziom nierówności społecznych, formy oraz istotę zatrudnienia. Ale także funkcję pracy, modele zarządzania przedsiębiorstwami oraz edukację na każdym właściwie poziomie kształcenia.
O szansach słyszymy wiele. Znacznie rzadziej przyznajemy się do własnego niewłaściwego stosunku do technologii, w którym to ona jest w centrum uwagi i dla wielu staje się celem samym w sobie. Neil Postman do opisu stanu kultury, polegającego na odnajdowaniu jedynego sensu ludzkiej egzystencji w technice, używał sformułowań „technopol” i „technokracja totalna”. Technika, która miała sprawiać, że będziemy szczęśliwsi, wydaje się prowadzić w wielu przypadkach do ludzkich tragedii indywidualnych i masowych oraz do rosnącego poczucia zagrożenia. A także do odwrócenia ról, kto nad kim panuje. Mając świadomość zafundowanego sobie przez nas stanu mentalnego i „ubóstwienia” techniki oraz rozwoju w rozumieniu wskaźnika PKB, warto sięgnąć do analiz Ericha Fromma, będących jednocześnie przestrogą przed bezkrytycznym kultem techniki.
Po pierwsze Fromm twierdził, że tak przyjęta droga rozwoju prowadzi do stanu alienacji, a więc sytuacji, w której osoba doświadcza sam siebie jako obca, „nie doświadcza sama siebie jako ośrodka świata, jako twórcy własnych czynów, lecz jej czyny i jej skutki zaczynają nad nią panować” (E. Fromm, „Zdrowe społeczeństwo”). Po drugie, szedł nawet dalej, przekonując, że „ubóstwienie” techniki, a więc materii nieożywionej, jest formą specyficznej nekrofilii i że istnieje w świecie aż w nadmiarze dowodów, że połączenie ludzkiej destrukcyjności z techniką kończy się zawsze źle dla człowieka. To zaburzenie relacji i mylenia środka, jakim jest technika, z celem, jakim jest służenie człowiekowi, od zawsze było też widoczne w nauczaniu społecznym Kościoła. Prymat pracy człowieka nad techniką i kapitałem wybrzmiał wyraźnie w „Laborem exercens”. Z kolei w dokumencie „Populorium progressio” czytamy: „Rozwój, o którym mówimy, nie ogranicza się jedynie do postępu gospodarczego. Aby był prawdziwy, powinien on być zupełny, to znaczy winien przyczyniać się do rozwoju każdego człowieka i całego człowieka. Dlatego jeden z wybitnych znawców tego przedmiotu z całą słusznością tak pisał: Nie godzimy się na oddzielenie spraw ekonomicznych od tego, co ludzkie, ani też na rozważanie ich odrębnie od cywilizacji, do której należą. Naszym zdaniem wielce trzeba cenić człowieka, każdego człowieka, wszelką ludzką społeczność i całą ludzkość”.
Uwiązanie człowieka do techniki, ale też „techniczne patrzenie” na relacje międzyludzkie (gdzie każdy ma wyznaczone miejsce w procesie produkcji), było też tematem, który interesował jednego z najsłynniejszych polskich psychiatrów, prof. Antoniego Kępińskiego. W pesymistycznej części swojej „Prognozy psychiatrycznej” naświetlił jeden ze scenariuszy w następujący sposób: „Poczucie chaosu, wrogości do otaczającego świata, bezsensu własnego życia i tego, co wokół się dzieje etc., będzie narastać, tak, że wyzwoleniem stanie się możliwość oparcia się o bądź jaką, choćby najbardziej irracjonalną ideologię. W niej bowiem znaleźć będzie można porządek i poczucie sensu, fałszywe wprawdzie, ale lepsza jakakolwiek integracja i jakikolwiek cel życia niż żaden. Wzrośnie zapotrzebowanie na fałszywych proroków, a ci, jak wiadomo, łatwo prowadzą społeczeństwo do katastrofy”.
Każde gruntowne i nagłe zmiany pociągają za sobą ryzyka ulegania „fałszywym prorokom” i fałszywym wizjom. Mając świadomość własnych ograniczeń, wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi osobami i środowiskami, uruchomiliśmy inicjatywę „Praca w dobie czwartej rewolucji przemysłowej”.
Polega ona na stworzeniu przestrzeni do rozmowy ze wszystkimi środowiskami, którym na sercu leży troska o społeczny dobrostan – ekspertami akademickimi, działaczami społecznymi, politykami i związkowcami. Wspólnie wypracować chcemy rekomendacje, które pozwolą przynajmniej w pewnym stopniu „zaprojektować” dziejącą się rewolucje technologiczną z uwzględnieniem najlepiej pojętego interesu społecznego. Dotyczyć one mogą zarówno poziomu mikro – własnej organizacji – czy sektora, samorządu lub państwa. Chodzi nam o zrobienie pierwszego kroku.
Kompleksowa polityka
Fundamentalne znacznie w tym przedsięwzięciu i w przemianach odgrywać będzie kwestia zdrowia psychicznego, a nawet szerzej, psychospołecznych warunków pracy. Na związek kondycji psychicznej z wykonywaną pracą i poczuciem sensu zwraca uwagę prof. Christina Maslach, postulując przełamanie sztucznie wbudowanego w naszą świadomość przekonania, że wartości kluczowe w życiu ludzi, takie jak rodzina, poszukiwanie szczęścia, pokoju i wiara w ogólnoludzkie wartości, nie powinny odnosić się do miejsca pracy. Takie przekonanie powoduje bowiem lawinowy wzrost wskaźników wypalenia zawodowego, chorób psychicznych, rwanie więzi społecznych i wiele innych problemów, z którymi do tej pory nie mieliśmy do czynienia na tak szeroką skalę. Kiedy dodatkowo weźmiemy pod uwagę wprost fatalny – w oczach wielu decydentów od trzydziestu lat – status polskiej psychiatrii i opieki psychologicznej w każdej grupie wiekowej, to trudno nie mieć przekonania, że siedzimy na „bombie atomowej”.
Trafnie diagnozuje istotę tego zjawiska prof. Monika Kostera: „Bardzo często pisze się w prasie na tak zwanym Zachodzie o problemach zdrowia psychicznego w zawodach najbardziej narażonych na takie warunki funkcjonowania, na przykład akademików. Neoliberalizm także ten problem prywatyzuje, często dyskutowany jest jako problem indywidualny takich pracowników. Zaleca się im, na przykład, mniej czasu poświęcać na rozrywki i więcej spać – to oczywiście ich odpowiedzialność, że czują się niedobrze. Często w domyśle raportów medialnych na ten temat jest prosty morał: trzeba zadbać o siebie, brak zdrowia jest kosztowny i ryzykowny, a na miejsce każdego, kto wypadnie z gry, są tłumy wygłodniałych oczekujących”.
Obarczanie jedyną odpowiedzialnością indywidualnych osób jest nieporozumieniem. Nikt rozsądnie dzisiaj myślący nie sądzi, że rozwiązanie polega na alternatywie: albo cała odpowiedzialność po stronie jednostki, albo po stronie systemu. Rzecz w tym, że zdecydowanie za mało miejsca i czasu poświęcamy systemowi, który kształtuje naszą kondycję w długim okresie. Takim systemowym rozwiązaniem, szczególnie w ciągle rosnącym tempie zmian wokół, powinna być kompleksowa polityka zarządzania psychospołecznymi zagrożeniami środowiska pracy, obejmująca bardzo szeroki wachlarz spraw: dobre praktyki w zakresie zarządzania, radzenie sobie ze stresem i wypaleniem, przemocą – a szczególnie dyskryminacją, lobbingiem, molestowaniem, zarządzaniem różnorodnością w miejscu pracy, zdrowiem fizycznym, sprawnością i niepełnosprawnością czy wsparciem społecznym. Punktem wyjścia powinno być założenie, że dobrostan ludzi w pracy i pozytywne relacje pracownicze są wartością bezcenną. Nie powinna się też ograniczać do wielkich zakładów pracy, a być może wyjść także poza teren uznawany za „zawodowy”, bo coraz częściej pracujemy dzisiaj w sposób rozproszony i zdalny. Krótko mówiąc, zbudowanie takich rozwiązań jest przede wszystkim zadaniem instytucji państwa i środowisk zaangażowanych w życie publiczne.
Wiele inspiracji i rozwiązań znajduje się w rekomendacjach wyspecjalizowanych organizacji międzynarodowych, w tym Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU-OSHA), OECD, ONZ – MOP i WHO.
Właśnie według analiz UE-OSHA, Polska znajduje się wyraźnie poniżej średniej UE, jeśli chodzi o profilaktykę zagrożeń (szczegóły w grafice poniżej). 
Przeciwdziałanie zagrożeniom w miejscu pracy powiązane jest, między innymi, ze świadomością kadry zarządzającej, istnieniem właściwych przepisów, ale także z zaangażowaniem, świadomością i współpracą pracowników oraz z działaniami podejmowanymi wspólnie z partnerami społecznymi mającymi na celu wdrożenie porozumienia ramowego UE w sprawie stresu związanego z pracą. Przypomnę, że bijemy niechlubne rekordy pod względem wielu wskaźników opisujących jakość stosunków pracy: odczuwanie stresu, liczba przepracowanych godzin, relacje pracownicze, zaufanie w miejscu pracy i związany z tym kapitał społeczny, rotacje zawodowe i inne. „Financial Times” prowadzi akcję zbierania dobrych praktyk dotyczących wspierania zdrowia psychicznego w miejscach pracy, walki ze stresem i wypaleniem. Nazwał ją akcją „Tabu biliona dolarów”, bo na tyle – poza oczywistymi kosztami społecznymi – szacuje się finansowe straty dla światowego PKB rocznie z powodu dysfunkcji psychicznych pracowników. Jak najprędzej powinniśmy pokusić się o takie analizy dla Polski. Choć tu mam pesymistyczną diagnozę: przy dzisiejszym stanie świadomości, rozwiązaniach prawnych i funkcjonowaniu instytucji rynku pracy, a szczególnie niedocenianej politycznie Państwowej Inspekcji Pracy, dojrzałe podjęcie takiego wyzwania wydaje się mało prawdopodobne.
Ta sama UE-OSHA jako nowe zagrożenia diagnozuje między innymi: „technostres” – wynikający z niemożliwego do dopasowania się tempa, zacierania się granic między pracą a życiem prywatnym, rosnącej presji wydajności, stałego nadzoru i ingerowania w życie osobiste. Wskazuje też na rodzące się nowe potrzeby, jak na przykład nowe modele negocjacji zbiorowych, w których pracownicy świadczą pracę dla kilku przedsiębiorców, pracując w różnych miejscach z różnymi warunkami współpracy, zatrudnianie oparte na współpracy przedsiębiorców, pozwalające przełamać problem izolacji zawodowej i jednocześnie zapewnić bardziej stabilne warunki pracy, wydłużanie wieku aktywności, czy potrzebę uczenia się przez całe życie.
Wskazana wyżej lista EU/OSHA, to tylko jedno ze źródeł naszej motywacji. Posiadanie takiej polityki byłoby formą zamontowania społecznego bezpiecznika w dominujące obecnie w Polsce „myślenie przemysłowe”. We wspólnym poszukiwaniu takich bezpieczników nie powinno zabraknąć wrażliwości reprezentowanej przez środowiska i osoby z kręgu „Nowego Obywatela”!
Konrad Ciesiołkiewicz
przez redakcja | sobota 14 grudnia 2019 | klasyka, opinie
Jeszcze niedawno mówiono o kryzysie jak o mitycznym potworze lub żywiole w rodzaju huraganu; dziś głosy te nieco przycichły, bo wskaźnik biura koniunktur oznajmił, że kryzys już się skończył. Nareszcie! Każdy odetchnie swobodniej, nie dlatego, żeby ludzie doznali ulgi, lecz dlatego, że będzie można pomówić o piekle bez zwalania winy na Belzebuba.
Nędza!… Dla zwykłego śmiertelnika ów wyraz jest wszystkim i wszystko wyjaśnia. Nie potrzeba żadnych komentarzy, żadnych dodatkowych wyjaśnień, gdyż każdy wie, że najpierw idzie krzywda, a później nędza, którą koniecznie trzeba „przetrwać”. Tak myślą ci, którzy w swoim położeniu są bezradni. Ale dla tych, którzy mogliby coś pomóc, złagodzić, owe proste wyrazy nic nie znaczą i koniecznie trzeba dowodzić przyczyn, szukać źródła, wskazać winowajcę i dowieść swojej słuszności. Toteż starym zwyczajem pozwólmy popłakać sobie trochę, bo naprawdę mógłby kto pomyśleć, że już jest wszystko dobrze.
Ośmiogodzinny dzień pracy jest największą zdobyczą ustawodawczą świata pracy w niepodległej Polsce; zdobyczą, o której ciągle tylko marzą dziesiątki tysięcy chałupników. To są sprawy bolesne, dobrze wszystkim znane, ale bynajmniej nie jedyne na naszym rynku pracy.
Trzeba dobrze zajrzeć do suteren, poddaszy, a znajdziemy ich dużo więcej u tych, którzy prawem mają zagwarantowaną normę ośmiogodzinną, ale nie mają zagwarantowanego dostatecznego zarobku. Pracują po większych zakładach przemysłowych lub handlowych, jakim jest trudno wyłamać się spod nadzoru ochrony pracy, lecz już dawno wyłamali się spod nadzoru sumienia, folgując sobie tam, gdzie prawo nie sięga.
Robotnicy wspomnianych instytucji pracują osiem godzin na dobę, ale niskie zarobki nie pozwalają im reszty dnia spędzić na odpoczynku.
Niedostatek zmusza ich do szukania dodatkowych, dorywczych zajęć dla łatania wiecznie deficytowego budżetu.
Jeżeli dzisiaj zarabia ktoś miesięcznie około dwustu złotych, to patrząc na swego kolegę zarabiającego sto złotych albo i mniej, nie może wyjść z podziwu, jak można z tak niskiego dochodu utrzymać siebie z rodziną. Trochę cierpliwości, a można odgadnąć zagadkę. Wystarczy się przyjrzeć ich bieganiu z ulicy na ulicę przez drugie osiem godzin, piłowaniu, stukaniu i praniu po całych nocach, a wszystko dokładnie się zrozumie. Zrozumie się, że norma ośmiogodzinnego dnia pracy jest dla nich tylko fikcją, którą się w nich wmówiło i w którą w wiecznej gorączce niedostatku uwierzyli. Do grupy powyższej należy cały szereg niższych funkcjonariuszy państwowych, pobierających netto od 90 zł miesięcznie, i robotnicy zatrudnieni z funduszu drogowego i inwestycyjnego.
Może ktoś tam z zadowoleniem pomyśli sobie, że nasze państwo może być dumne z tak dzielnych obywateli, którzy mimo niedostatecznego wynagrodzenia umieją jakoś sobie radzić i są pełnowartościowymi pracownikami. Może ktoś się i oburzy na nicowanie cudzej pracowitości, uchodzącej od zarania dziejów za wielką cnotę. A pewno znajdą się i tacy, którzy z owych faktów ukują broń dla własnych celów. Przecież to potworne?… Ludzie chcą dłużej pracować, a ktoś w nich wmawia potrzebę przestrzegania ściśle ograniczonego czasu. Ktoś, sam nie będący robotnikiem, zabrania innym pracować dłużej; zabrania wbrew naturalnemu pędowi właściwych robotników.
Ba! nawet będą się zachwycali pracowitością „szarego człowieka”, nic więcej poza tym nie dostrzegając. Nie dlatego, żeby byli aż tak ciemni, ale dlatego, że własny interes ciężarem egoizmu osiadł na ich mózgach. Ta krótkowzroczność dzisiejszego kapitalizmu sprawia wrażenie, jakby wiedział o swojej ciężkiej chorobie; chorobie nie dającej się uleczyć dotychczasowymi środkami. Wie, że uzdrowić go może tylko operacja i wie, że w podobnym stanie nie przetrwa długo, że musi skonać, ale nie ma odwagi poddać się owej operacji. Zgarnąwszy te wszystkie swe bogactwa pod siebie, strzeże ich pilnie, drży, wzdycha i oczekuje jakiegoś cudu, który by go uzdrowił.
Znane to zjawisko, że nadmierna zapobiegliwość rozwija się u ludzi chciwych; oraz że zapobiegliwość ta nie stwarza z niczego, lecz zagarnia już istniejące wartości z uszczerbkiem mniej przebiegłych.
Niektórzy z tych „zapobiegliwych” zdają sobie sprawę, komu szkodzą i czyim kosztem sobie byt poprawiają: ci dzięki tej świadomości mogą poniekąd sami nad sobą sprawować kontrolę, ażeby innym nie uczynić zbyt wielkiej krzywdy. Większość jednak traktuje swą chciwość jako zaletę charakteru i bez skrupułu odbiera innym sposób zarobkowania. Kłusownicy rzemiosła nie utrzymują specjalnych warsztatów, nie płacą z tego tytułu żadnych podatków, ani świadczeń i mogą taniej przyjmować zamówienia: wskutek tego stają się groźnym konkurentem drobnych warsztatów rzemieślniczych, które nie mogąc wytrzymać współzawodnictwa, również tylko marzyć mogą o dniu pracy ośmiogodzinnym.
Gdyby ktoś miał możność i chęć zadania sobie trudu obliczenia, ilu robotników jest u nas w stanie utrzymać się z dochodu ośmiogodzinnego dnia pracy, otrzymałby wyniki bardzo mizerne. Gdyby zaś dodać sumę godzin roboczych i podzielić przez sumę zatrudnionych robotników we wszystkich dziedzinach pracy otrzymalibyśmy długość przeciętnego dnia roboczego, która w żadnym wypadku nie zamknęłaby się w ośmiu godzinach, a kto wie, czy nie przekroczyłaby godzin dziesięciu.
Doszliśmy do bardzo prostego wniosku: należy nie tylko wprowadzić, ale stosować wszędzie ośmiogodzinny dzień pracy; należy ścigać prawem kłusowników. Czy jednak w dzisiejszych warunkach byłoby to możliwe? Czy nie byłoby zbyt nieludzkie? Liczba bezrobotnych może by spadła, ale suma dochodu wszystkich robotników nie zwiększyłaby się, a więc zmiana ta nie miałaby wpływu na rynek gospodarczy.
Więc cóż?… Pozostaje nam stara piosenka, której podniszczonych strof nie warto przepisywać. A jednak pisać trzeba. Jeżeli człowiek jest pewny swej słuszności, to musi mieć odwagę nie tylko pisać i mówić, ale głośno wołać, wołać nawet w obliczu tych, którzy go słuchać nie chcą. Polska jest wylęgarnią różnych haseł, więc i my mamy zamiar swe hasło wysunąć. Zamiast „Daj grosz na pomoc zimową”, radzi byśmy wszystkim codziennym i okresowym pismom wprowadzić stałe hasło i drukować je wielkimi czcionkami: „Nie wyzyskuj pracownika, bo szkodzisz własnym interesom”.
Jeżeli zalecane przez nas hasło będzie zrealizowane, nie zajdzie nigdy potrzeba głoszenia w tym zakresie innych.
Nasze związki zawodowe i opinia publiczna skupiły uwagę na pulsie wielkich zakładów, jak gdyby one miały wyłączną władzę rozwiązania węzła bezrobocia. Cóż jednak się osiągnie, chociażby w tych zakładach uzyskano skrócenie dnia do sześciu godzin pracy, kiedy druga bodajże większa armia będzie nadal pracowała do szesnastu godzin na dobę. Robotnik to nie tylko ten zatrudniony w wielkiej fabryce, ale ten, co pracuje we własnym mieszkaniu, na własnym stołku. A jakże często ci, co walczą o poprawienie bytu szerokich mas targują się z szewcem, kiedy żąda od nich 50 groszy drożej za zelówki. Wysiłek państwa i całego społeczeństwa musi iść w tym kierunku, ażeby całkowicie wprowadzić w życie to, co już się stało prawem obowiązującym. Ponieważ państwo w bardzo szerokim zakresie jest i pracodawcą, powinno nasamprzód unormować wynagrodzenie na takiej wysokości, żeby pracownicy nie mieli potrzeby szukać zajęć dodatkowych. Jeżeli przypomnimy ostatnią reformę uposażeniową i powołamy się na motywy podniesienia gaży urzędnikom wyższym, to jednocześnie powyższe motywy musimy zastosować i do warstw najniższych, jeżeli naprawdę chcemy wyjść z labiryntu sprzeczności.
Akcji zwycięskiej nie da się prowadzić w warunkach takich, przy których przełożeni będą syci, a szeregowcy pozostaną głodni. Dobro państwa nie rozwinie się w hierarchii wysokich gaż, zawarowanych dla wyższych urzędników, przy nędzy i poniewierce tych, którzy byli i w razie potrzeby będą żołnierzami. Trzeba dźwignąć z nędzy szerokie masy, a tym samym dźwigniemy i państwo.
Ideą głodnego jest tylko jedno, ażeby się chociaż raz dobrze najeść i nic więcej poza tym.
S. Kleszcz
________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Epoka” (w rubryce „Głos robotnika”) nr 19(98), Warszawa, 5 października 1937 r. Pismo było lewicująco-postępowym dwutygodnikiem wydawanym przez środowiska piłsudczykowskiej inteligencji krytycznej wobec tendencji autorytarnych i zwrotu w prawo obozu sanacyjnego.
przez Monika Kostera | wtorek 10 grudnia 2019 | opinie
Kiedyś, dawno temu, w ubiegłym stuleciu, sąsiadki opowiadały sobie z przejęciem straszne historie z życia lub z prasy o tym, jak czyjaś droga córka lub miły narzeczony pewnego razu „uciekli z sektą” i już nigdy nie było tak jak przedtem. To doświadczenie gruntownie ich zmieniało. Nawet, jeśli kiedyś potem wrócili do domu, nie byli już nigdy sobą, stawali się kimś innym, obcym. „Pani kochana”, mówiła z przerażeniem sąsiadka sąsiadce, „oni tam piorą mózgi i to koniec już jest”. Dziś nie słyszy się takich historii, ale przecież każda i każdy z nas ma ich wiele do opowiedzenia, z tym że nie o tajemniczych sektach piorących mózgi, jak w gotyckiej powieści, lecz o czymś znacznie bardziej nowoczesnym, ba, prestiżowym i naukowym. Kto z nas nie zna osoby, która wzięła udział w szkoleniach liderszipu lub kołczingu liderów i wróciła zmieniona, inna, reagująca irytacją na zainteresowania, wartości, idee, które kiedyś nas z nimi łączyły?
Odmienieni, mówią już innym głosem, z nową emfazą, przestają słuchać tego, co do nich mówimy. Czujemy z ich strony irytację i odrzucenie, zastanawiamy się, co robimy źle, czemu oto straciliśmy przyjaciela. Za to zyskaliśmy osobistość. Możemy się pochwalić, że znamy kogoś Ważnego. Coś się stało z wnętrzem takiej osoby, jakby go ubyło. Za to przybyło ogromnie dużo czegoś na zewnątrz – jakaś taka aura ważności, wobec której to, co dla nas ma znaczenie, nagle staje się nieistotne. Osoby te mówią same o sobie inaczej niż wcześniej, z przekonaniem i pewnością, której im dotąd brakowało.
W odróżnieniu od historii o sektach, to nie jest jednak kwestia magii i nagłego oczarowania, lecz przemiana całkiem racjonalna, dostępna, nauka, którą samemu można (za odpowiednią opłatą) posiąść. To język, który umożliwia i definiuje mówienie o sobie w kategoriach sukcesu, kariery, wagi i powagi. I który definiuje wszelkie inne relacje w tych kategoriach. Sfrustrowany współpracownik nagle zmienia się w osobę, z którą należy porozmawiać o aspiracjach do kariery. Nieskłonna do szerowania statusów, skądinąd oddana sprawie znajoma, zmienia się w niepotrzebną masę. Od czasów Ludwiga Wittgensteina wiemy, że język wyznacza i definiuje nasz świat. I my może nauczyć się tego języka, jeśli tylko włożymy w to odpowiedni wysiłek. Nie wiem, jak Państwo, ale ja bardzo, bardzo nie chcę, choć strasznie lubię się uczyć. Nie jestem w tym osamotniona.
W lipcu kolega organizował konferencję. Zaprosił kilka osób w charakterze mówców, „keynote speakers”. Przysłał nam krótkie notki biograficzne o nas do korekty. Pamiętam to uczucie ciepła w dołku, które rozeszło mi się po całym systemie, gdy dostałam od niego tę notkę. Siedziałam chwilkę z takim wielkim poczuciem wdzięczności w trzewiach, zanim odpowiedziałam, że jest świetna. Jasne – mogłam coś dodać, coś skorygować. Ale nie chciałam psuć tej chwili, tak rzadkiej w obecnych czasach, gdy to ktoś inny zadał sobie trud i napisał coś o mnie. Że nie muszę się chwalić. Jak strasznie miło, gdy ktoś powiedział coś o mnie, zauważył, że jestem. Potem okazało się, że wiele zaproszonych przez niego osób czuło w tym momencie dokładnie to samo. Staliśmy razem podczas przerwy, przed budynkiem, i dzieliliśmy się tym dziwnym i dość złożonym uczuciem – a także naszą radością, że nie byliśmy z nim sami, że inni też tak mieli. Wdzięczność. W świecie, gdzie istnieją tylko ci, którzy uprawiają samopromocję, wielkim zaszczytem jest móc ją odczuć.
A przecież kiedyś można było być nieśmiałym, zdaje się, że nawet było to normalne. Można było stosować autoironię, samopomniejszenie – to było wtedy szlachetne, nawet jeśli często niezbyt szczere. Autolans był… opcjonalny. Pamiętam, jak później, gdy obyczaj wynoszenia siebie ponad poziomy zaczynał stawać się obowiązkiem, towarzyszył temu bunt wielu osób i głośno wyrażany sprzeciw. Dziś wszyscy już ten obowiązek opanowaliśmy. Sama trzaskam bionotki i autoprezentacje bez mrugnięcia okiem. Pamiętam też, poniekąd ze wstydem, jaki wywołuje każda nieudana próba oczarowania, jak kilkanaście lat temu ważna zagraniczna komisja, przed którą prezentowałam projekt badawczy, pytała mnie, jaki jest mój „impact”, a ja, z zawadiackim uśmiechem, zaserwowałam pełną fałszywą skromność („o, nie wiem, nie wiem wcale, o to trzeba by spytać moich czytelników” – proszę zauważyć jaka się w tej skromności kryje obłudna, ukryta arogancja, założenie, że kogoś innego niż ja obchodzi, czym się zajmuję). Mój projekt, całkiem dobry, rzetelny, został oblany. Wygrał kolega, który przezwyciężył swój wstręt do samochwalstwa i potrafił bez obrzydzenia i drgnięcia kącików ust powiedzieć: moje badania mają znaczący wpływ na naukę i na praktykę… Z perspektywy czasu i bez żadnych innych uczuć niż wstyd z powodu mojej uwodzicielskiej szarży skromności, mogę śmiało powiedzieć, że nasze projekty były równie ciekawe. Jestem przekonana, że on też tak uważa. Natomiast on umiał o tym powiedzieć komisji. Teraz ja też to umiem. Czy było lepiej, zanim się przemogliśmy? Nie. Oboje mamy teraz większy dystans do siebie i tego, na co nas stać. Żadne z nas nie wierzy we własną wielkość. Móc mówić o tym bez żadnych oczekiwań – to chyba prawdziwsze samo-umiarkowanie, niż epatowanie skromnością pełną zalotnej nadziei.
Więc jak to jest? Czy lepiej jest udawać skromność, czy trąbić o własnej wielkości? Zarozumialstwo i zakłamanie to (niestety) cechy bardzo ludzkie, choć nieśmiałość i skromność – też. Podobnie jak pragnienie, by kogoś w drebiezgi oczarować i otumanić swoim nieodpartym wdziękiem. Wszystko ma swój czas i z wszystkiego można się czegoś nauczyć (wiem, wiem, jestem starą belferką, inaczej nie lubię). Jednak problem jest wielki. Polega na tym, że trąbiąc stale i obowiązkowo o świetnym sobie, coś jednocześnie zagłuszamy.
Weźmy na przykład Gretę Thunberg. Toczy się o nią spór w mediach i na portalach, dyskutują znajomi nad latte i rodziny nad schabowym. Jedni mówią, że wszystko źle, że za chuda, za młoda, za piskliwy głos, za bardzo rodzice mają wpływ na jej poglądy, za bardzo bezczelna. Drudzy z kolei podnoszą walory jej młodości, bezkompromisowości, odwagi cywilnej, skromności, świadomości społecznej. Jedni krzyczą „precz”, inni wołają „hosanna!”. Szesnastoletnia dziewczyna może lub nie może, powinna lub nie powinna, zabierać głos w ważnych sprawach, bo jest za młoda, oni za starzy, zbyt biała, ale jednak kobieta, niepełnosprawna, to świetnie, głos dla niepełnosprawnych musi być. Ładny warkoczyk. Nieelegancki ubiór, niestosowny do sytuacji. Itp., itd. Nie słychać w tym rozgardiaszu tego, co ona właściwie mówi. To, co naprawdę ważne znika w hurgocie dyskusji, czy ona może, czy nie może być czyimś „role modelem”, przepraszam „role modelką”.
Zajęliśmy się dyskutowaniem powierzchowności i na tym poprzestajemy. Fasady są jazgotliwe i zastąpiły nam sens i świat. Wszyscy wiemy, jaka jest Greta Thunberg, ale w hałasie nie słychać, o czym do nas mówi. Nie ona jedna. Czasy są poważne, już nie tylko Naomi Klein i David Attenborough, lecz cała wataha ultracentrystyczych dziennikarzy ostrzega, że klimat, że planeta, że człowiek i jego praca, że ekonomia neoliberalna… A tymczasem dryfujemy sobie spokojnie w przepaść, rozprawiając nad tym, kto jest bardziej doskonały. Więc tak, to jest szkodliwe. Oprócz tego, że osoby mało odporne na autolans muszą się wciąż powstrzymywać od mdłości – bo w końcu de gustibus itd. Poza tym moda jest potężnym i uniwersalnym aviomarinem i mdłości opanowują coraz mniejszą ilość osób. Ale jest bardziej poważny powód i jest nim fasadyzacja wszystkich treści w przestrzeni publicznej. Wszystko nagle stało się ad personam, zasługi i przewiny są jednostkowe, sprywatyzowaliśmy obecność i jednocześnie zbanalizowaliśmy ją. Każdy gada, wrzeszczy nawet; nikt nie słucha, bo pękają bębenki, a poza tym, no proszę, czemu słuchać akurat Grety, a nie kogoś innego, np. biskupa Głódzia? Albo pana prezesa czy innego schludnego megaprzedsiębiorcy. Bo ważne kto, nieważne po co. Zresztą, co to znaczy – po co? Czy kogoś to jeszcze obchodzi? Ważne, kto za sobą pociągnie tłumy, wtedy wiadomo, że dobrze, pociągnąć w jakikolwiek sposób, za jakąkolwiek cenę, dolarową lub ludzką, a najlepiej jedno i drugie. Jak mawiano w latach 90., jeśli coś nie kosztuje, to ludzie tego nie cenią. Może dlatego liderszipy są w cenie – bo zazwyczaj bardzo dużo kosztują.
Jeśli liderszipy to nauka, to jest to nauka, jak gadać głupoty. Polerowanie fasady mową-trawą. Nie ja tak mówię, choć podpisuję się pod tym ręką prawą i lewą, a i stopami bym się podpisała, gdyby umiała. Piszą o tym doświadczeni i znacznie bardziej umiarkowani ode mnie badacze, jak choćby Jeffrey Pfeffer, jedna z wielkich sław głównego nurtu zarządzania, i Henry Mintzberg, bodajże największy żyjący autorytet z tychże nauk i żaden anarchosocjalista. Socjaliści zresztą w tej kwestii są z centrystami wyjątkowo zgodni – Martin Parker dowodzi, jak szkodliwe jest edukowanie „liderów transformacyjnych świata” w szkołach biznesu, a Carl Rhodes i Peter Bloom demonstrują patologie wywołane koncentracją naszej epoki na bogatych i sławnych dyrektorach-„przywódcach”. Wreszcie, badaczki takie jak Marja Soila-Wadman, Malin Gawell, Nancy Harding czy Ann-Sofie Köping, które pokazują jak ważna jest relacyjność, że całe przywództwo, to w istocie relacje, nie osoby. Można więc robić to inaczej, wspólnie, demokratycznie, kadencyjnie, bo od relacji wszystko zależy, nie od doskonałości takiego czy innego lidera.
Równie ważni są nie-liderzy. Ten wymiar przywództwa jako dobra wspólnego, czegoś międzyludzkiego, niszczony jest przez kursy liderszipu. Szefowie powinni raczej uczyć się, jak nie monopolizować roli przywódczej i jak nie być władczy i dęci. Badaczka organizacji Anna Zueva pisze w artykule opublikowanym w prestiżowym piśmie, że przywódca najlepiej robi, gdy jest głupcem, błaznem, nie wielkim cesarzem świata. Pokora jest ważniejsza niż pyszny blask. Jak pisał Salomon, człek poniekąd mądry, pycha idzie przed upadkiem. Możemy sobie być dumni, zadowoleni z siebie, elokwentni na temat swoich osiągnięć, nawet możemy być uwodzicielsko pewni siebie. Ale to co innego, to wszystko grzeszki powszednie. Pycha to całkiem inna bajka, a to właśnie pychy uczą nas liderszipy – jak być doskonałym. W judaizmie jest to źródłem wszelkiego zła, bo oznacza samo-ubóstwienie. W chrześcijaństwie to grzech główny, bo powoduje utratę łaski. Liderszip przejawia się zatem jako głośne ględzenie mające na celu zagłuszenie dudnienia wewnętrznej pustki – bo bez łaski – gratia – wszystko jest pozbawione wdzięku i wdzięczności.
Każdy prawdziwy lider sam sobie wszystko zawdzięcza, sam sobie skrobie rzepkę i robi ster z okrętu; sam sobie jest doskonałością. Sam sobie śpiewa hymn chwały. Brawo! Bo jest tego wart. O niebiosa, jakież to nudne. Chodźmy już może zająć się czymś ciekawszym niż kolejny sam-sobie-bóg, który musi zrobić karierę bo jest doskonały. Ile można słuchać tych bredni, każdej samochwale chwała! – na miarę kąta, w którym stoi.
prof. Monika Kostera
przez Mateusz Perowicz | środa 4 grudnia 2019 | opinie
Sport to nie tylko wielkie emocje, ale często także wielkie pieniądze. Astronomiczne kwoty za transfery, kosmiczne sumy na umowy sponsorskie oraz tygodniowe czy miesięczne wynagrodzenia przewyższające znacznie całkowite koszty kredytu hipotecznego, z którymi zmagają się przeciętni Polacy. Gdzie, przy tak gigantycznych kwotach, leży granica między sportową rywalizacją a biznesem?
Jeden z najbogatszych dziś klubów świata, Manchester United, w 1902 roku przeżywał kryzys finansowy i został wówczas przyjęty przez Johna Henry’ego Daviesa, który pełnił funkcję prezesa lokalnych browarów. Kolejnym jego ruchem było przejęcie sieci około 50 pubów w okolicach Manchesteru. To historia obrazująca przemiany, które zaczęły się w piłce nożnej już dawno temu. Rozpoznawalne na całym świecie nazwy klubów piłkarskich stały się tym samym, czym dla wytwórni filmowych są fikcyjne fantastyczne światy – marką zdolną do stworzenia niekończącej się sieci franczyz służącej maksymalizacji zysku. Nie chodzi wcale o wygrywanie meczów, lecz o jak największą komercję i coraz większe zyski z dnia meczowego. Koszulki, szaliki, gadżety, napoje i przekąski, unikalne pamiątki. A także gry, zabawki, reklamy. No i oczywiście najważniejsze, czyli telewizja. Dochody ze sprzedaży praw do transmisji oraz własne media przybliżające życie klubu zza kulis.
Sposoby na maksymalizację zysków ogranicza tylko wyobraźnia. Konferencja prasowa, na której ogłoszono przejście Davida Beckhama do Realu Madryt, za rekordowe wówczas 37 milionów euro, była drugą najpopularniejszą relacją telewizyjną w historii. Przypomnijmy, że Jerzy Dudek był przez lata najlepiej zarabiającym sportowcem w Polsce, a działo się tak dzięki siedzeniu na ławce Realu. Sami piłkarze to oczywiście drogo wyceniana marka, nad którą pracują włodarze klubu oraz specjaliści z firm sprzedających sprzęt sportowy. Ci ostatni to dla klubów najbardziej lukratywne źródło dochodu. FC Barcelona i Nike 100 milionów funtów rocznie, Manchester United i Adidas 75, a Chelsea i Adidas 60 milionów.
Warto dodać, że dwaj najwięksi producenci sprzętu sportowego zarabiają trzy razy więcej niż 14 najbardziej dochodowych lig piłki nożnej na świecie. Relacjonując zdarzenie z mundialu 1998 roku brazylijski piłkarz Edmundo mówił tak: „Ludzie z Nike byli z nami 24 godziny na dobę, jakby byli członkami zespołu. Mieli ogromną władzę. Tylko tyle mogę powiedzieć”.
Piłkarskie kluby sportowe to dziś pełnoprawne przedsiębiorstwa, nastawione wyłącznie na zysk. Prezes FC Barcelony Josep Maria Bartomeu mówi wprost: „Chcemy mieć pewność, że nasz klub pozostanie punktem odniesienia na całym świecie, nawet w obliczu porażki”. Stąd między innymi szkółki piłkarskie rozsiane po całym świecie. Jedną z nich znajdziemy w Warszawie. Dwaj najdrożsi piłkarze na świecie Neymar i Kylian Mbappé to piłkarze PSG. Klub z Paryża jest zdolny do kontraktowania tak drogich piłkarzy po tym, jak przejął go katarski fundusz inwestycyjny Qatar Sports Investments. Na czele klubu stanął wówczas Nasser Al-Khelaifi. Od tego momentu klub stał się hegemonem krajowej ligi. To nie jedyne przejęcie katarskich szejków. Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited przejęła w 2008 roku Manchester City, który szybko stał się jednym z czołowych zespołów ligi. Katar w ostatnich latach pokazuje, jak cienka jest granica między sportem a biznesem, podkupując młode talenty z wielu różnych dyscyplin. Widać to wyraźnie po lekkiej atletyce, lecz najlepszym dowodem były Mistrzostwa Świata w Piłce Ręcznej rozgrywane właśnie w Katarze. Kraj ten reprezentowany był wówczas przez gwiazdy podkupione z innych reprezentacji. Strategia się opłaciła. Katar dotarł aż do finału, pokonując w półfinale Polskę.
Synonimem sportu jest bez wątpienia rywalizacja. Sprawiedliwa, czysta, ale przede wszystkim dostępna dla każdego. Julius Yego, kenijski lekkoatleta trenujący rzut oszczepem, przez lata nie miał trenera. Szkolił się za pomocą Youtube. Został mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim. W 1998 roku na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary wystąpiła czwórka jamajskich bobsleistów, pisząc piękną historię olimpizmu. Egzotyczna drużyna stała się ulubieńcem publiczności. Równie egzotyczną drużyną była kadra polskich szczypiornistów, która w 2007 roku sensacyjnie zdobyła wicemistrzostwo świata.
Tak długo jak możliwe są niespodzianki, tak długo możemy mówić o sporcie. Gorzej, gdy do sukcesu potrzebne są pieniądze. – „Wielkie pieniądze, marketing i związane z tym wpływy wygrały ze sportem. Mam tylko nadzieję, że w styczniu Międzynarodowa Federacja Pływacka (FINA) cofnie swą decyzję, a pływanie wróci do korzeni” – mówił Bartosz Kizierowski, wybitny polski pływak w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Zaprojektowane przez NASA kostiumy pozwoliły w ciągu 18 miesięcy pobić ponad 200 rekordów świata! Koszt takiego uniformu to ok. 370 euro. Czy każdego amatora, który chciałby spróbować swoich sił, byłoby stać na taki wydatek? Mamy tu raczej barierę, tworzącą z rywalizacji przywilej dla wybranych. Na szczęście wycofano je z obiegu i anulowano pobite w tych strojach rekordy. Ten okres w pływaniu słusznie porównywano do Formuły 1. Wiele osób powtarzało, że to rywalizacja kostiumów, a nie zawodników.
Królowa motosportu to najlepszy przykład na to, gdzie kończy się sport, a zaczyna biznes. Jeden z najbardziej utalentowanych zawodników w historii Formuły 1, Robert Kubica, w tym sezonie melduje się regularnie na ostatnich pozycjach. Nie dlatego, że całkowicie wypadł z formy, lecz przez to, że jego zespół jest najsłabszy w stawce. Robert nie jest w stanie rywalizować z tymi, którzy są wspierani przez większy kapitał. Nie ma tutaj mowy o sportowej rywalizacji.
Podobnie jest w przypadku wspomnianej już klubowej piłki nożnej. W latach 2012-2017 z 25 możliwych do zdobycia tytułów w pięciu najlepszych ligach (angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej, francuskiej i niemieckiej) aż 20 zdobyły zespoły plasujące się w globalnej dziesiątce najbogatszych klubów. W latach 1991-1996 liczba klubów, którym udało się awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, wynosiła 29. W kolejnych 5-letnich okresach liczba ta systematycznie spadała. W latach 2011-2016 ta sztuka udała się tylko 19 zespołom. Po reformie z 1996 roku, gdy do rywalizacji przystąpili nie tylko mistrzowie krajowych rozgrywek, ale także inne drużyny z najsilniejszych lig, tylko raz po tytuł sięgnęła drużyna spoza biznesowej ekstraklasy. W sezonie 2003/2004 Ligę Mistrzów wygrało FC Porto. W pozostałych 94% wygrały raczej pieniądze.
Granica między sportem a biznesem jest więc wyraźna. Tam, gdzie możliwe jest wejście z ulicy i nawiązanie rywalizacji z najlepszymi tylko dzięki ciężkiej pracy, mamy do czynienia ze sportem. Natomiast tam, gdzie do podjęcia rywalizacji i osiągnięcia sukcesu niezbędne są duże pieniądze, panują kapitalizm i biznes.
Mateusz Perowicz
przez redakcja | niedziela 1 grudnia 2019 | klasyka, opinie
Nasz wiek jest niewątpliwie Wiekiem Nonsensu. Mądrzejsze nonsensy przeznaczone są dla dzieci, a głupsze – dla dorosłych. Osiemnaste stulecie nazywano Wiekiem Rozumu. Sądzę, że nie ma wątpliwości co do tego, iż wiek XX należałoby nazwać Wiekiem Bezrozumności. Ale i to jest zbyt łagodne określenie. Termin „Wiek Rozumu” pochodzi od tytułu książki napisanej przez wyznawcę racjonalizmu [Thomas Paine, The Age of Reason, 1794-95]. Racjonaliście temu chodziło jednak nie tyle o to, żeby nieracjonalnemu przeciwstawić to, co rozumne, ile przede wszystkim o to, żeby to, co naturalne, przeciwstawić temu, co ponadnaturalne. Tymczasem skutki bezrozumności mogą być groźniejsze niż skutki nienaturalności. Bezrozumność nie posługuje się niewiarygodną bajeczką, lecz niespójną ideą. Dawno temu powiedziałem w jakiejś rozmowie, że czym innym jest wiara w to, iż łodyga fasoli może wyrosnąć do samego nieba, a czym innym przekonanie, iż 57 fasolek równa się pięciu fasolkom.
Ktoś może na przykład nie wierzyć w cuda. Zwykle wynika to z apriorycznego założenia związanego z determinizmem, a czasami nawet z analizy dowodów. Gdy jednak powiemy takiej osobie o cudzie rozmnożenia chleba i ryb, to informujemy ją o zdarzeniu racjonalnym, choć nienaturalnym. Nie mówimy, że ilość ryb zmniejszyła się w wyniku ich pomnożenia. Pomnożenie pozostaje określeniem matematycznym. Tłum, który zaspokoił głód rozmnożonymi rybami, jest zjawiskiem mniej niezwykłym niż człowiek, który twierdziłby, że mnożenie jest tym samym, co odejmowanie. Dla sceptyka historia ta nie będzie wprawdzie brzmiała przekonująco, ale nie będzie pozbawiona sensu. Jeśli nawet nie pojmie on logicznej przyczyny, to uzna istnienie logicznego wynikania. Przecież żaden papież ani żaden ksiądz nie kazał mu wierzyć, iż tysiące osób dlatego zmarły z głodu na pustyni, że miały pełno chlebów i ryb. Żadna prawda wiary, żaden dogmat nigdy nie głosił, że zabrakło żywności, ponieważ było za dużo ryb. I to jest właśnie praktyczna i prozaiczna definicja sytuacji, w której znajduje się obecnie nowoczesna ekonomia. Człowiek Ery Nonsensu musi pochylić czoło i powtarzać swoje „credo”, motto swoich czasów: „Credo quia impossibile” [„Wierzę w to, ponieważ jest to niemożliwe”].
Chociaż może rozumniej byłoby użyć określenia „bezrozumność” dla nazwania pewnej kategorii luźnych, nieprecyzyjnych sformułowań, które są nielogiczne przynajmniej pod względem formy. Najbardziej znanym przypadkiem należącym do tej kategorii są tzw. irlandzkie żarty, które często kojarzono z papieskimi bullami i uważano za rodzaj nadnaturalnych stworów wyhodowanych na łatwowierności i przesądzie [1]. Tymczasem nawet to nieporozumienie jest niczym w porównaniu z nowym absurdem. Jeśli jakiś Irlandczyk rzeczywiście powie: „Nie jesteśmy ptakami, żeby móc przebywać w dwóch miejscach jednocześnie”, to przynajmniej wiemy, co ma na myśli, nawet gdyby jego słowa znaczyły co innego. Co by się jednak stało, gdyby powiedział, że jeden ptak został cudownie przemieniony w milion ptaków i dlatego teraz jest na świecie mniej ptaków niż przedtem? Wtedy mielibyśmy do czynienia nie ze zwykłym irlandzkim żartem, tylko z irlandzkim szaleństwem [2]; musielibyśmy się zmagać nie z czymś niewiarygodnym, ale z czymś niemożliwym do pojęcia. Możemy też przywołać pewne fakty. Irlandczykom przypisuje się czasem wybujałe emocje i skłonność do chorobliwej uczuciowości. Ale nikt nie mówi, że Irlandczycy wymyślili sobie Wielki Głód [3], w wyniku którego tysiące ludzi zmarły, ponieważ zbyt małe były plony ziemniaków. Wyobraźmy sobie tylko Irlandczyka, który mówi, że ludzie umierali z głodu, bo ziemniaki nadzwyczajnie obrodziły. Wydaje mi się, że czegoś takiego nie usłyszymy nawet z ust Irlandczyka lubującego się w absurdach.
Tymczasem gospodarka, z którą ma do czynienia dzisiejszy Anglik, a w dużej mierze także Amerykanin, osiągnęła stan takiego właśnie absurdu. Mówi nam się, że jest głód, ponieważ nie występuje niedostatek oraz że plony ziemniaka są tak obfite, iż brakuje ziemniaków. Na tym tle Irlandczyk ze swoimi bykami i ptakami wydaje się twardym realistą i racjonalistą. Stare przykłady zdarzeń niezwykłych znacznie ustępują faktom ze współczesności. Zarówno zdarzenia tajemnicze, które wykraczały poza możliwości rozumu, jak i zwykły mętlik, który był poniżej poziomu pojmowania – nie mogą się równać z tym, czego doświadczamy obecnie. Te cuda były bardziej normalne niż nasza naukowa norma; a irlandzkie absurdy były mniej nielogiczne niż logika zdarzeń, z jakimi mamy do czynienia.
Wygląda na to, iż żyjemy w świecie czarów, w którym sady usychają dlatego, że rozkwitają, a sama obfitość jabłek na jabłoni powoduje, że jabłka stają się owocem zakazanym i wysiłki czynione w celu ich skonsumowania stają się – w każdym znaczeniu tego słowa – bezowocne. Na tym polega paradoks współczesnej ekonomii noszący nazwę nadprodukcji albo nadmiaru towarów na rynku. I chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się to czystą fantastyką, należy dobrze zdać sobie sprawę z tego, w jakim znaczeniu jest to najprawdziwszy fakt. Przyjmijmy więc za oczywiste, że jako opis obiektywnej sytuacji społecznej, która ma miejsce w chwili obecnej w tym społeczeństwie industrialnym, paradoks ten jest całkowicie prawdziwy. Z drugiej strony nie jest prawdą, że wewnętrzna sprzeczność jest prawdą. Jeśli potraktować to nie jako opis, lecz jako definicję i rozpatrywać w kategoriach abstrakcyjnej wartości jako argumentu, to z pewnością ta sprzeczność jest nieprawdziwa, podobnie jak każda inna sprzeczność.
Rzecz w tym, że pojawił się tutaj pewien trzeci element, o którym nie ma mowy w ujęciu abstrakcyjnym. Czynnik ten można przedstawiać na wiele sposobów. Być może najprościej mówi o nim bajka o sprzedawcy brzytew, który w odpowiedzi na reklamację spokojnie tłumaczy oburzonemu klientowi, że przecież wcale nie obiecywał, iż brzytwa będzie goliła. Na pytanie, czy brzytwy nie służą do golenia, odpowiada, że brzytwy służą do sprzedawania. Jest to Krótka Historia Handlu i Przemysłu w wieku XIX i na początku XX. Bóg stworzył świat rozumu, tak jak Bóg stworzył małe jabłka (o czym mówi piękne przysłowie). Bóg nie stworzył małych jabłek większymi niż duże jabłka. Nie jest prawdą, że człowiek, którego jabłoń ugina się pod ciężarem owoców, będzie cierpiał niedostatek jabłek; chociaż może je przeznaczyć na zmarnowanie. Jeśli jednak nie potraktuje jabłek jako czegoś do jedzenia, lecz wyłącznie jako coś do sprzedania, to popadnie w nowe kłopoty. A te mogą doprowadzić do pewnej sprzeczności. Jeśli zacznie produkować nie tyle jabłek, ile potrzebuje, lecz tyle, ile – jak sądzi – potrzebuje cały świat, mając nadzieję, że opanuje produkcję na całym globie, to albo uda mu się zwyciężyć w konkurencji z sąsiadem, który też chce przejąć całą światową produkcję jabłek, albo przegra w tej konkurencji. Obydwaj zaczną produkować tak dużo jabłek, że cena tych owoców na rynku spadnie do poziomu ceny piasku na plaży. Obaj zorientują się, że mają w kieszeni bardzo mało pieniędzy, za które mogliby kupić gruszki w sklepie warzywnym. Gdyby nie założyli, że będą się zaopatrywać w owoce w sklepie warzywnym, lecz wyciągnęli rękę i zerwali je z własnego drzewa, trudność ta nigdy by się nie pojawiła. Wydaje się to proste i jeśli przyjrzeć się istocie jabłoni i uprawie jabłek, to naprawdę tak jest.
Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to obecnie proste w praktyce. Żadne zagadnienie praktyczne nie jest proste, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest pogmatwane przez nieuczciwych, wprowadzających zamieszanie krętaczy nazywanych pragmatycznymi politykami. Tym niemniej zasada pozostaje prosta. A jedynym sposobem na to, żeby poradzić sobie w skomplikowanej sytuacji, jest wyjście od właściwej podstawowej zasady. Zupełnie innym zagadnieniem jest to, do jakiego stopnia możemy się pozbyć niedogodności związanych ze sprzedawaniem i kupowaniem, albo jak dalece możemy kontrolować lub modyfikować te procesy. Niedogodności wynikają jednak ze sprzedawania i kupowania, nie zaś z produkowania. Nawet nie z produkowania w zbyt dużych ilościach. I z pewną ulgą uświadamiamy sobie, że nie żyjemy w sennym koszmarze, gdzie NIE znaczy to samo co TAK; że nawet dzisiejszy świat nie popadł – mimo wszystkich pomysłowych starań czynionych w tym kierunku – w kompletne szaleństwo; że dwa plus dwa równa się cztery, i że człowiek, który ma cztery jabłka, naprawdę posiada ich więcej niż człowiek, który ma trzy jabłka. Niektórzy bowiem współcześni metafizycy i filozofowie moralności skłonni są pozostawić nas w niepewności co do tego, czy tak rzeczywiście jest. Wina nie leży w fundamentalnych podstawach rzeczy; szkopuł lub fałsz pojawił w wyniku stosowanej ostatnio sztuczki polegającej na tym, że wszystko rozpatruje się w odniesieniu do handlu. W handlu jako takim nie ma niczego złego, ale handel postawiono w miejsce prawdy. Handel, który ze swej natury jest rzeczą drugorzędną, podporządkowaną, traktowany jest jako coś najważniejszego i niezależnego, jak absolut. Przedstawiciele najnowszych generacji, mając obsesję na punkcie mnożenia, utworzyli nawet liczbę mnogą czegoś, co jest odwiecznie pojedyncze – w znaczeniu: jedyne. To, co wszyscy starożytni filozofowie nazywali „dobrem”, zamienili na mnogie „dobra”.
Jestem przekonany, że niektórzy mistycy z kręgów amerykańskiego biznesu protestowali przeciwko kryzysowi, przyczepiając do płaszczy kartki z napisem: „Handel jest dobry”, a także z innymi podobnymi hasłami, takimi jak: „Capone nie żyje”, „Rak jest przyjemny”, „Zniesiono śmierć” i wszelkimi równie realistycznymi twierdzeniami, które tylko zmieściły się na ich ciałach. W działalności tych czarodziejów interesuje mnie to, że postanowiwszy za pomocą zaklęć i czarów stworzyć idealne warunki sprzyjające zapanowaniu nad elementami, nie pojęli (że tak powiem), czym są elementy tych elementów. Nie sięgnęli do korzeni problemu i nie wyobrazili sobie, że ich zmartwienia w rzeczywistości skończyły się. Zajęli się kultem środków zamiast czcić cel. Powinni raczej mówić: „Dobrze jest żyć”, „Życie jest dobre”, a nie: „Handel jest dobry”. Zapewne oczekiwanie, że tak zacne grono mogłoby głosić: „Bóg jest dobry” byłoby wygórowane, ale niewątpliwie w wyznawanej przez nich koncepcji dotyczącej tego, co jest dobre, brakuje filozoficznej podstawy, którą stanowiła dobroć Boga. Gdy Bóg wejrzał na stworzone rzeczy i stwierdził, że są dobre, oznaczało to, iż są dobre same w sobie i takimi, jakimi są. Tymczasem we współczesnym, merkantylnym ujęciu Bóg spojrzałby na nie i zobaczył tylko, że są „dobrami”. Inaczej mówiąc, na każdym drzewie i pagórku wisiałaby metka – jak kartka na kapeluszu Szalonego Kapelusznika [4] – z napisem: „ten typ, 10/6”. Wszystkie kwiaty i ptaki miałyby etykietki z informacją o przecenie, wszelkie stworzenie byłoby na sprzedaż albo wszystkie zwierzęta poszukiwałyby zatrudnienia, poranne gwiazdy układałyby się na niebie w neony, a Synowie Boży wykrzykiwaliby oferty pracy.
Innymi słowy, ci ludzie nie są w stanie wyobrazić sobie dobra, które nie pochodziłoby z wymiany barterowej czegoś za coś innego. Nie do pojęcia jest dla nich, że jakąś rzecz można cenić samą w sobie. Pomysł, że ktoś mógłby jeść jabłka z własnej jabłoni wydaje im się bajką. Tymczasem za upadek, jaki się dokonał od czasów pierwszego stworzenia, które nazwane było dobrym, w dużej mierze odpowiedzialna jest chorobliwa nieumiejętność docenienia rzeczy samych w sobie, szaleństwo handlarza, który nie może dostrzec dobra w dobru, o ile nie jest ono czymś, czego można się pozbyć. Ktoś kiedyś zauważył, że razem z grzechem i śmiercią pojawiła się na świecie zmiana. W tym spostrzeżeniu zawarta jest tragiczna prawda, ponieważ to, co nazywaliśmy zmianą, stało się następnie wymianą. W każdym razie dziwactwo wymiany zaowocowało sytuacją, w której mamy zbyt dużo jabłek i za mało chętnych do ich zjedzenia. Nie upieram się przy symbolice związanej z rajem i jabłonią, ale zastanawiające jest, że ów losowo dobrany przykład prześladuje nas w tej dziwnej historii. Ostatnią konsekwencją traktowania drzewa jako sklepu, a nie jako spiżarni, ostatecznym rezultatem traktowania jabłek jako dóbr, a nie jako dobra, są rozpaczliwe wysiłki instytucji dobroczynnych i ubogich sprzedających jabłka na ulicy.
Handlarz istniał i musi istnieć w każdej normalnej cywilizacji. Jednakże w każdej normalnej cywilizacji handlarz był wyjątkiem, z pewnością nie stanowił normy, a na pewno nie ustalał norm. Dominujące znaczenie, jakie zdobył w dzisiejszym świecie, jest przyczyną wszystkich nieszczęść tego świata. Powszechnym zwyczajem ludzi było produkowanie i konsumowanie – traktowane jako elementy tego samego procesu, a często także dokonujące się z udziałem tych samych osób i w tym samym miejscu. Czasami dobra produkowano i konsumowano w obrębie jednego wielkiego majątku feudalnego, czasem nawet w tym samym małym gospodarstwie chłopskim. Pracę wykonywali niewiele różniący się od niewolników chłopi pańszczyźniani albo wolni ludzie, współpracujący na zasadach, które powierzchowny obserwator mógłby pomylić z komunizmem. Żadna z tych różnych historycznych metod, obciążonych wieloma wadami i ograniczeniami, nie była jednak skrępowana więzami charakterystycznymi dla naszych czasów. Większość ludzi przez większość czasu była zajęta produkcją żywności i jedzeniem jej, a nie wyłącznie produkcją żywności i sprzedawaniem jej po możliwie najwyższej cenie komuś, kto nie ma co jeść.
Osobiście nie widzę innej drogi wyjścia z dzisiejszego zaplątania niż zwiększenie liczby ludzi, którzy żyją według zasad starodawnej prostoty. Nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że nie powinno być handlarzy i handlu. Należy jednak pamiętać, że w świetle logiki bogactwo mogłoby istnieć nawet jeśli nie istniałby handel ani handlarze. Ważne, by zauważyli to ludzie, dla których jedyną nadzieję stanowi to, że „handel jest dobry”, a także ci, których jedyną skrywaną obawę stanowi to, że „handel jest zły”. W zasadzie mógłby istnieć dobrobyt na bardzo wysokim poziomie przy bardzo słabo rozwiniętym handlu. Gdyby wioska była tak szczęśliwie usytuowana, że każda mieszkająca w niej rodzina mogłaby hodować własne kury, uprawiać warzywa, doić własną krowę i (muszę to dodać) warzyć własne piwo, poziom życia i bogactwa naprawdę mógłby być bardzo wysoki. Byłby taki, mimo że najstarszy mieszkaniec przypominałby sobie tylko dwie transakcje handlowe, do jakich doszło za jego życia: zakupienie kapelusza u cygańskiego kramarza przez sąsiada oraz odosobniony przypadek zakupu parasola, czego dokonał farmer Billings.
Jak już powiedziałem, nie wyobrażam sobie, żeby świat miał się kiedyś stać tak prosty, ani tego nie pragnę. Musimy jednak najpierw zrozumieć prostotę rzeczy, by następnie móc wyjaśnić lub skorygować ich złożoność. Złożoność społeczeństwa komercyjnego stała się nie do zniesienia z tego powodu, że społeczeństwo to jest wyłącznie komercyjne. Umysły społeczeństwa wypełnione są w całości myślami o przekazywaniu rzeczy kolejnym osobom, a nie o posiadaniu ich. Gdy wspomniani już prostoduszni entuzjaści mówią, że handel jest dobry, to chcą przez to powiedzieć, iż wszyscy ludzie, którzy posiadają rzeczy, nieustannie się z nimi rozstają. Ci optymiści przywołują zapewne – nieznacznie tylko zmieniając ich sens – słowa poety: „Nasze dusze to miłość i nieustanne rozstania”. W tym znaczeniu nasze nowoczesne indywidualistyczne i komercyjne społeczeństwo jest w istocie rzeczy dokładnym przeciwieństwem społeczeństwa opartego na prywatnej własności. Chodzi o to, że prawdziwa, bezpośrednia radość z posiadania prywatnej własności – w odróżnieniu od zapału związanego z wymianą lub uzyskaniem z niej dochodu – występuje obecnie rzadziej niż w wielu prostych społecznościach, które swoją prostotą przypominają niemal komuny.
Przy takim rodzaju prywatnej konsumpcji, która jest jednocześnie prywatną produkcją, istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo pojawienia się nadprodukcji. Liczba jabłek, które może zjeść jeden człowiek, jest ograniczona. Istnieje również granica ilości wyprodukowanych przez niego jabłek, których nie będzie w stanie zjeść. Granicę tę stanowi jego głęboka i zdrowa niechęć do pracy. Nie istnieje jednak granica ilości jabłek, którą człowiek mógłby potencjalnie sprzedać, i wkrótce staje się on energicznym, zręcznym, dobrze radzącym sobie sprzedawcą, wywracając cały świat do góry nogami. To właśnie on przyczynia się do powstania tego kolosalnego spektakularnego paradoksu, od którego rozpoczęliśmy te zawiłe rozważania. To on doprowadza do rewolucji gwałtowniejszej niż wywołana przez jabłko Adama rewolucja, która przyniosła światu śmierć; gwałtowniejszej niż rewolucja Newtona, którego jabłko było apokalipsą grawitacji. Głosi on bowiem największe bluźnierstwo i herezję, mianowicie że jabłko zostało stworzone dla rynku, a nie dla brzucha. To właśnie on – podejmując szaleńczą gonitwę w celu zasypania niemającego granic rynku nieskończoną ilością jabłek – otworzył wrota do otchłani ironii i sprzeczności, w którą dzisiaj spoglądamy. Sztuczka polegająca na tym, żeby handel traktować jak sprawdzian i to jedyny sprawdzian, postawiła nas oko w oko z kompletnym i ewidentnym nonsensem wypisanym na całym świecie wielkimi literami – większymi niż wytwarzane przezeń absurdalne reklamy i ogłoszenia – z twierdzeniem, że im więcej produkujemy, tym mniej posiadamy.
Oscar Wilde prawdopodobnie zemdlałby natychmiast, gdyby powiedziano mu, że posłużono się jego cytatem w dyskusji na temat sztuki kupieckiej w Ameryce, albo w obronie zapobiegliwego i nobliwego życia rodzinnego na farmie. Tak się jednak składa, że wśród wielu niemądrych epigramatów jego autorstwa znajduje się jeden, który zwięźle oddaje pewną prawdę dotyczącą nie (o czym z zadowoleniem donoszę) sztuki, lecz wszystkiego, co chciał on oddzielić od sztuki, a więc etyki, a nawet ekonomii. W jednej ze swoich sztuk powiada tak: „Cynik to człowiek, który zna cenę wszystkiego, ale nie zna wartości niczego” [cytat pochodzi z Lady Windermere’s Fan (1892)]. Stwierdzenie to jest niezwykle prawdziwe i stanowi odpowiedź na większość innych wypowiedzianych przez Wilde’a kwestii. Jeszcze bardziej niezwykłe jest jednak to, że ludzie, którzy w tak ewidentny sposób popełniają dzisiaj ten błąd, najprawdopodobniej nie są cynikami. Przeciwnie, są to ludzie, którzy nazywają siebie optymistami, a nawet być może idealistami; z pewnością zaś popełniają ten błąd ci, którzy uważają się za zwykłych facetów, synów obowiązku i kariery. Bardzo często to właśnie ci ludzie odpowiadają za zniweczenie korzystnych efektów swojego wysiłku i rozmycie względnie dobrego przykładu, jaki dają w pracy i w kontaktach społecznych. A wszystko przez ten błąd: przez to, że uważają, iż rzeczy należy osądzać ze względu na ich cenę, a nie ze względu na ich wartość. Ponieważ zaś cena jest czymś szalonym i niedającym się wyliczyć, a wartość jest czymś, co tkwi w samych rzeczach i co jest niezniszczalne, to sprawili oni, że przestaliśmy być społeczeństwem solidnym, a staliśmy się społeczeństwem opartym na płynnych podstawach, niezgłębionym jak morze i zdradliwym jak ruchome piaski.
Nie miejsce tu, by rozwijać rozważania na temat możliwości ponownego zbudowania czegoś solidniejszego w oparciu o filozofię społeczną odwołującą się do wartości. Jestem jednak pewien, że niczego solidnego nie da się zbudować na żadnej innej filozofii; niewątpliwie zaś nie nadaje się do tego celu całkiem niefilozoficzna filozofia, która polega na ślepym kupowaniu i sprzedawaniu; na zmuszaniu ludzi do kupowania czegoś, czego nie chcą; na produkowaniu przedmiotów niskiej jakości, żeby uległy zepsuciu i żeby ludziom się wydawało, że muszą kupić ich kolejne egzemplarze; na podtrzymywaniu szybkiego obiegu tandety, która krąży jak tumany kurzu na pustyni; na udawaniu, że uczy się ludzi, jak mieć nadzieję, choć w rzeczywistości nie zostawia im się ani chwili na refleksję, by nie popadli w rozpacz.
Gilbert Keith Chesterton
tłum. Witold Falkowski
Powyższy tekst pochodzi ze zbioru esejów G. K. Chestertona pt. „The Well and the Shallows”, wydanego w roku 1935. Powyższy polski przekład ukazał się w „Obywatelu” nr 19, w roku 2004.
Przypisy tłumacza:
1. Nieprzetłumaczalna gra słów, kojarząca trzy różne zjawiska połączone słowem „bull”: Irish bull – absurdalny żart, powiedzenie zawierające logiczną sprzeczność; Papal Bull – bulla papieska; bull – byk, zwierz.
2. Ponownie gra słów: Irish bull, mad bull.
3. Spowodowany zarazą ziemniaczaną głód w Irlandii w latach 1845-1851, w wyniku którego zmarło około miliona osób.
4. Mad Hatter – Szalony Kapelusznik – postać z Alicji w Krainie Czarów.
przez Jan Przybylski | środa 27 listopada 2019 | opinie
W sierpniu mijającego roku uwagę części opinii publicznej przykuła informacja o anulowaniu prezydenckim dekretem autonomii stanu Dżammu i Kaszmir (określanego potocznie Kaszmirem). Autonomia była dotychczas zagwarantowana artykułem 370 konstytucji kraju, przyjętym w roku 1949. Decyzja ta ma implikacje dla polityki międzynarodowej – Kaszmir jest od chwili podziału dawnej brytyjskiej kolonii między Indie i Pakistan przedmiotem konfliktu obu dzisiejszych mocarstw nuklearnych. Zaczął się on od wojny i zaowocował dotychczas otwartą wojną w roku 1965 oraz kilkoma konfliktami granicznymi. Jednak istotne jest również znaczenie wewnątrzindyjskie tego faktu.
Wydający wspomniany dekret prezydent Ram Nath Kovind jest reprezentantem Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) premiera Narendry Modiego. Wiosną 2019 wygrała ona drugie z rzędu wybory parlamentarne i dzięki ordynacji większościowej sprawuje rządy z ogromną przewagą, zajmując samodzielnie 303 spośród 545 miejsc w Izbie Ludowej parlamentu. Koalicja Narodowy Sojusz Demokratyczny, której przewodzi, ma tych miejsc 339, największa siła opozycji, Indyjski Kongres Narodowy – zaledwie 52. Nazwy i procedury pozostają demokratyczne, jednak narodowo-konserwatywna hinduistyczna BJP bywa oskarżana o reprezentowanie „autorytarnego populizmu”, w którym formalne procedury pozostaje jedynie fasadą pozbawioną istotnej treści. BJP z pewnością reprezentuje bunt przeciw elitom zgrupowanym wokół Indyjskiego Kongresu Narodowego, rządzącego przez większość czasu od uzyskania przez kraj niepodległości. Odwołuje się do doświadczeń ludu, z którego wywodzi się sam premier Modi, syn rodziców reprezentujących niską kastę olejarzy. Jednocześnie reprezentuje otwarcie hinduistyczny nacjonalizm, co siłą rzeczy kreuje sytuację konfliktową w kraju, gdzie 20% obywateli stanowią mniejszości religijne. Takie sytuacje w realiach subkontynentu miewają tendencję do przeradzania się w gwałtowne formy. Liczby ofiar śmiertelnych walk, które wybuchły między hinduistami a muzułmanami podczas podziału w roku 1947, szacuje się na od 200 tys. do nawet 2 milionów, z kolei lata 80. przyniosły niemal 50 tys. ofiar sikhijskiego powstania w Pendżabie oraz antysikhijskich pogromów po zamordowaniu Indiry Gandhi. Napięcia na tle religijnym występują również obecnie, m.in. w formie ataków związanych z „kwestią krowią”, wynikającą z odmiennego traktowania tych zwierząt w hinduizmie i islamie. Liczba ofiar tych incydentów między rokiem 2010 a 2017 jest oceniana na 28 osób (w tym 24 muzułmanów), przy czym krytycy BJP wskazują, że 97% ataków w tym okresie miało miejsce po objęciu przez nią władzy w 2014, oskarżając formację Modiego o inspirowanie ich retoryką skierowaną przeciwko mniejszościom, do której odwołuje się również sam premier.
Demokracja w Indiach jest systemem odziedziczonym po Brytyjczykach, których wpływ ukształtował w ogromnej mierze nowoczesne oblicze tego kraju. Od roku 1947 funkcjonuje mimo rozlicznych konfliktów wewnętrznych, których egzemplifikacją może być wspomniany separatyzm sikhijski. Liczące 1,355 miliarda obywateli Indie i będące trzecią co do wielkości samodzielną gospodarką świata w jednostkach parytetu siły nabywczej stoją jednak przed ogromnymi wyzwaniami zewnętrznymi. Największym jest ogromny przyrost potęgi historycznego rywala w walce o wpływy w basenach Oceanów Indyjskiego oraz Spokojnego, którym są Chiny. Porównanie dróg rozwojowych obu potęg po roku 1945 i obecnego ich daje w aspekcie modeli wnioski mocno nieoczywiste. W umownym punkcie początkowym, za który można przyjąć rok 1950, już po zakończeniu wojny o władzę w Chinach, Indie przewyższały północnego sąsiada pod względem produktu krajowego brutto na mieszkańca – wynosił on 619 dolarów międzynarodowych Geary’ego-Khamisa wobec 448 (dane za opracowaniem Angusa Maddisona).
Przewaga Indii utrzymywała się do początku epoki Denga Xiaopinga – jeszcze w 1977 stosunek PKB per capita wynosił 937 do 894 dolarów. Należy jednak uwzględnić fakt, że Indie miały swobodny dostęp do technologii i myśli naukowej pochodzących tak z Zachodu, jak i z obozu sowieckiego, a także do inwestycji zagranicznych. Chiny po zerwaniu w 1962 współpracy ze Związkiem Sowieckim pozostawały pod tymi względami izolowane, padły też ofiarą księżycowych eksperymentów gospodarczych Mao, a pod koniec jego rządów tak zwanej rewolucji kulturalnej, rujnującej w dużej mierze osiągnięte w tym okresie umiarkowane zdobycze. Jednak zapoczątkowana przez Denga polityka przyciągania inwestycji poddawanych ścisłej kontroli przez władze, przyniosła szybkie i wyraźne odwrócenie sytuacji. Już w roku 1990 wspomniany stosunek wyniósł 1871 do 1309 na korzyść Chin, w 2000 – 3421 do 1892. Według danych MFW w roku 2018 PKB per capita Chin wynosił 18 110 dolarów, Indii natomiast zaledwie 7874 dolary. W wartościach nominalnych ten stosunek wygląda dla Indii jeszcze mniej korzystnie – 2036 do 9608.
Oznacza to, że w perspektywie połowy stulecia chiński autorytaryzm rządzącej nieprzerwanie monopartii okazał się znacznie skuteczniejszy w aspekcie modernizacji kraju, wykorzystywania dla jego rozwoju potencjału nieprzebranych rzesz taniej siły roboczej oraz wyciągania korzyści z kooperacji z globalnym kapitalizmem. Skutkuje to w tej rywalizacji silniejszą pozycją Chin wspierających tradycyjnie Pakistan oraz penetrujących intensywnie basen Oceanu Indyjskiego. Jako znacznie bogatsze mają o wiele więcej do zaoferowania krajom, w których te dwie potęgi rywalizują o wpływy, takim jak Birma, Tajlandia, Sri Lanka czy Malezja.
Dotyczy to z jednej strony pomocy finansowej czy projektów infrastrukturalnych (Indie nie realizują niczego na miarę chińskich Nowych Jedwabnych Szlaków), a z drugiej dostaw sprzętu wojskowego. Pod koniec lat 80. szczytem chińskich możliwości w dziedzinie produkcji samolotów bojowych były warianty rozwojowe MiGa-21 i jego powiększony wariant J-8. W Indiach były montowane na licencji o generację nowsze sowiecki MiG-27 oraz francusko-brytyjski SEPECAT Jaguar. Po 30 latach Chińczycy dopracowali się seryjnego strategicznego myśliwca wielozadaniowego J-20, który mimo częściowo rosyjskich korzeni i utrzymującej się zależności od silników od północnego sąsiada, a także znaczących wątpliwości, czy można go w istocie zestawiać z amerykańskim F-22, jest niewątpliwie własnym produktem. Hindusi nadal montują samoloty rosyjskie i zachodnie, a ich myśliwiec HAL Tejas, mimo trwającego ponad trzy dekady programu rozwojowego, pozostaje w ogromnej mierze składakiem importowanych elementów, ustępującym chińskiemu J-10, który trafił do służby dekadę wcześniej. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku okrętów wojennych (które kupuje np. Tajlandia) i innych rodzajów uzbrojenia. Hinduskie programy rozwojowe w tej dziedzinie stały się symbolem długotrwałości, bałaganu, nieefektywności, a chińskie owocują produktami prawdopodobnie wciąż wyraźnie ustępującymi efektywnością amerykańskim, jednak rodzimymi i realnie wytwarzanymi w dużych liczbach.
Analogiczna sytuacja ma miejsce również w dziedzinie produkcji komercyjnej. Hindusi korzystają z telefonów Huwaei i jeżdżą lokalnie montowanymi chińskimi samochodami. Próżno szukać hinduskich marek wytwarzających zaawansowane produkty o podobnej pozycji, a w mającej w roku 2018 wartość 89,6 miliarda dolarów wymianie handlowej Indie miały deficyt w wysokości 62,9 miliarda… Chiny górują też wyraźnie w dziedzinie realnego potencjału intelektualnego. W roku 2014 zgłoszono tam ponad 928 000 wniosków patentowych, gdy w Indiach zaledwie niecałe 43 000.
Na podstawie powyższego można postawić tezę, że Indie przegrały wyścig ku odzyskaniu historycznego znaczenia, rozpoczęty z Chinami po zrzuceniu przez oba giganty obcych jarzm. Chińczykom udało się skokowo lepiej wykorzystać występującą w ramach globalnego kapitalizmu tendencję do relokacji zasobów. Przyciągali „twardą” produkcję, w dużej mierze stając się beneficjentami rewolucji w dziedzinie elektroniki użytkowej i umiejętnymi naśladowcami w ramach wymuszanych przez państwo firm joint venture. Indie w ramach tego samego procesu stały się symbolami zatrudniających tanią siłę roboczą centrów obsługowych działających jako filie zagranicznych koncernów, wytwarzających znikomą realną wartość. Jak się wydaje, niebagatelną rolę odegrało istnienie w Chinach stabilnej formacji rządzącej, która przy wszystkich swoich wadach może planować na wiele lat czy nawet dekad naprzód i konsekwentnie wcielać w życie opracowane programy.
Takie uwarunkowania zewnętrzne, odbijające się we wspomnianej regionalnej rywalizacji z Chinami, będą stanowiły niechybnie potężne wyzwanie dla indyjskiego systemu politycznego. Dojdą do niego jeszcze większe, związane ze zmianami klimatycznymi. Zniesienie autonomii Kaszmiru może wskazywać na chęć BJP podążania chińską drogą przynajmniej w jednej dziedzinie. W związku z tym posunięciem zlikwidowano również dotychczasowy zakaz nabywania na terenie stanu nieruchomości przez osoby pochodzące spoza niego, co umożliwi mieszkańcom pozostałej części Indii osiedlanie się na tych terenach. Otwiera to drogę do rozwiązania problemu buntującego się, w przeważającej części islamskiego, stanu w sposób analogiczny, jak Chiny pacyfikują kwestię tybetańską. Czyli przez wewnętrzną kolonizację i stopniowo zmieniające demografię osiedlenie grupy większościowej w skali całego kraju. Zjawiskiem wskazywanym przez krytyków BJP jako wprowadzanie elementów demokracji sterowanej, jest życzliwość nadzorującej proces wyborczy Komisji Wyborczej Indii tej formacji, przejawiająca się brakiem reakcji na naruszanie obowiązujących zasad przez samego premiera czy zakłócające kampanię zamieszki jego zwolenników w kluczowych regionach. Ogromna przewaga w ciałach legislacyjnych daje Modiemu i BJP duże możliwości w tym zakresie. Zasadnicze pytanie: czy ewentualne ograniczanie demokracji będzie służyło wyłącznie interesom partii, prowadząc jednocześnie do chaosu wewnętrznego wskutek fal przemocy wobec mniejszości, czy jednak docelowo usprawni zarządzanie ogromnym krajem i uruchomi procesy, które pozwolą Indiom zmniejszyć dystans wobec Chin.
dr Jan Przybylski
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 24 listopada 2019 | opinie
Uczestniczyłem już w wystarczającej liczbie rozmów na temat podatków w Polsce, żeby nauczyć się na pamięć padających w nich argumentów. Na przykład niemal w ciemno można obstawiać, że w dyskusji pojawi się osoba, która powie: „Problem z pomysłami lewicy jest taki, że wyższe podatki tak naprawdę nie dotkną milionerów, którzy wykorzystają różne machinacje, aby ich uniknąć. Najbardziej dostanie się takim osobom jak ja, które całe życie ciężko pracowały, a teraz dowiadują się, że są bogaczami, bo zarabiają osiem tysięcy złotych na rękę. Myślicie, że to dużo? W Warszawie? Przecież to niecałe dwa tysiące euro!”.
Nie neguję tego, że taka osoba ciężko pracuje. Nie wątpię nawet w to, że jest szczera, gdy mówi, iż nie czuje się szczególnie bogata. Niemniej jednak jej argumentacja dobrze pokazuje, w jak absurdalny sposób jest ustawiona w Polsce dyskusja o podatkach i społeczeństwie dobrobytu. Zwróćcie uwagę szczególnie na to pragnienie, aby natychmiast przeliczać zarobki oscylujące wokół 10 tysięcy złotych na euro. To ciekawe, że zazwyczaj nie stosuje się takiego przelicznika wobec 500 plus, zarobków sprzątaczek, ochroniarzy, nauczycielek czy pielęgniarek. Dla nich punkt odniesienia jest inny.
Ludzie mniej zamożni – głosi popularna w Polsce narracja – powinni się cieszyć, że nie mieszkają w PRL-u albo Wenezueli. Taki jest punkt odniesienia dla nich. Dlatego nie ma sensu, żeby przeliczali pomoc socjalną na euro i narzekali, jak marnie wygląda ona na tle Niemiec, Francji czy państw skandynawskich. Nie możecie, drodzy, porównywać się z takimi państwami, bo my nie jesteśmy tak zamożni jak one, więc nie stać nas ani na taki socjał, ani na takie usługi publiczne. Musicie cierpliwie poczekać. Wyższa klasa średnia ma za to pełne prawo żalić się, że na tle europejskich zarobków są ubogimi żuczkami i próba wyższego opodatkowania ich dwóch tysięcy euro ociera się o stalinowski gułag.
A gdyby odwrócić sytuację? Gdyby powiedzieć ludziom zarabiającym w okolicach 10 tysięcy złotych: „Rozumiemy, że kiedy porównujecie się z wyższą klasą średnią w Niemczech, to wasze zarobki nie wyglądają już tak imponująco, ale nie jesteśmy przecież tak zamożni jak Niemcy, więc nie stać nas na to, żebyście za pomocą niskich progów podatkowych albo dzięki uciekaniu na fikcyjne samozatrudnienie próbowali nadgonić naszych zachodnich sąsiadów. Musicie cierpliwie poczekać”.
Od razu podniósłby się krzyk, że skoro państwo tak traktuje osoby zamożne, to one uciekną na Zachód. Ten argument jest zdecydowanie nadużywany. Przede wszystkim to naprawdę nie jest tak, że ci wszyscy menedżerowie czy informatycy mogą bez problemu wyjechać z Polski i szybko znaleźć dobrze płatną pracę za granicą. A nawet jeśli im się to uda, to szybko odkryją, że muszą tam zacząć płacić wyższe podatki niż w Polsce, w dodatku nikt nie ma specjalnej ochoty wysłuchiwać w Niemczech czy Francji ich jęków o stalinowskich progach podatkowych. Warto też sobie przypomnieć o tym, że w ostatnich latach nie mieliśmy problemu z exodusem menedżerów, ale na przykład pielęgniarek. To nie ludzie zarabiający „marne 2 tysiące euro” uciekali masowo z Polski. Tak bardzo chcemy stworzyć cieplarniane warunki dla osób relatywnie zamożnych, że zapominamy o tych, którzy wyciągają po 2 albo 3 tysiące złotych na rękę, a czasem nawet mniej.
Może więc zamiast poddawać się korwinowskim lękom spod znaku wywodów, że „Jeśli podniesiecie podatki, to menedżerowie uciekną z kraju”, pora zacząć krzyczeć: „Jeśli nie podniesiemy podatków, żeby mieć pieniądze na porządne wypłaty dla budżetówki i na godne usługi publiczne, to zostaniemy w kraju bez pielęgniarek i nauczycielek”?
To zadziwiające, jak rzadko myślimy w takich kategoriach. Kiedy mowa o progresji podatkowej, to od razu pojawiają się głosy, dlaczego ciężko pracujący ludzie mają sponsorować „leniuchów na zasiłkach”. Można by pomyśleć, że nasz kraj składa się tylko z osób zarabiających powyżej średniej krajowej i Ferdków Kiepskich. W debacie znika gdzieś większość Polaków, która ciężko pracuje na co dzień i jest niezbędna dla rozwoju kraju, a jednocześnie traci na idiotycznym systemie podatkowym, który premiuje osoby uciekające na samozatrudnienie i ludzi zamożnych.
Dotykamy tutaj jednego z największych szwindli w historii III RP. Nie dokonał się on przy Okrągłym Stole ani w Magdalence, nie stoi za nim żaden mityczny układ, przynajmniej nie taki, jak go sobie zazwyczaj wyobrażamy. Chodzi o fałszywy obraz rzeczywistości, który codziennie wylewał się z mediów i został skutecznie wtłoczony do głów Polaków. W skrócie przedstawia się on następująco: „Kraje bogacą się dzięki uwalnianiu przedsiębiorczej energii własnych obywateli. Nie ma zaś lepszego sposobu, aby to zrobić, niż likwidowanie jak największej liczby regulacji rynkowych i wprowadzanie jak najniższych podatków dla osób zamożnych. Dopiero kiedy będziemy mieli wystarczającą liczbę ludzi bogatych, możemy sobie pozwolić na socjalne eksperymenty”.
To oczywiście bzdura. Jeśli spojrzymy na kraje europejskie, które uchodzą u nas za symbol dobrobytu, to zobaczymy, że nie tak wyglądał ich rozwój. Po II wojnie światowej, gdy nastąpił w nich gwałtowny skok jakości życia większości obywateli, były one budowane za pomocą socjaldemokratycznych rozwiązań. Wysoka progresja podatkowa, regulowany rynek, duże nakłady na pomoc socjalną. My uwierzyliśmy natomiast, że można zbudować u siebie europejski dobrobyt na degresywnym systemie podatkowym, w którym faworyzuje się kilka procent najbogatszych Polaków kosztem całej reszty, a jakakolwiek dyskusja o pomocy socjalnej nie może się obyć bez zwyczajowych nawiązań do bolszewizmu i Stalina.
Tak wygląda największa demagogiczna bzdura III RP – że można budować sprawne państwo, lekceważąc potrzeby osób zarabiających poniżej średniej krajowej, że wystarczy tylko ciąć i ciąć podatki oraz wydatki budżetowe. Otóż przykład krajów, do których tak wzdychamy, świadczy o czymś wręcz przeciwnym. Chcemy Europy? To musimy za nią zapłacić. Musimy mieć progresywny system podatkowy, który zapewni wpływy. Dopiero dzięki nim można będzie zbudować coś więcej niż państwo z kartonu.
Tomasz Markiewka
przez redakcja | środa 20 listopada 2019 | klasyka, opinie
Mężczyźni zjechali do kopalni, na trzysta metrów pod ziemię, i nie wrócili. W grobowym mroku i ciszy węglowego podziemia protestowali bez głosu przeciwko zatopieniu kopalni.
Na teren kopalni nie wolno było kobietom wchodzić. Dla nich, dla wielkiego tłumu kraciastych chustek, z dziećmi uczepionymi u rzadkiej frędzli, zarezerwowano wielki plac przed parkanem, obiegający teren kopalni. Na tym to placu dyżurowały nieustające wiece kobiet, poddawanych prądom coraz innych niepokojów, przypuszczeń, podejrzeń. Ktoś powiedział: „może gazy” – i tłum kobiet kołysał się rozpaczliwie i rwał włosy w męce niepewności. Ktoś podszepnął: „może chorzy” – i tłum kobiet zamierał w napięciu uwagi, skupionej na ruchu kulek windy szybu.
Na dole wzmagała się ostrość walki, wzrastała wola wyrzeczeń, natężania cierpień, które miały być manifestacją protestu. Trzeciego dnia okupacji podziemi węglowych, trzeciego dnia obozowiska kobiet pod parkanem kopalni, wczesnym rankiem przeleciał przez powietrze wielokrotny sygnał dzwonu: cztery, cztery i dwa… Alarm. W domkach robotniczych wszczął się gwałtowny ruch. Kto żył, cwałował pod parkan kopalni.
Tysiące kobiet w kraciastych chustkach utknęło oczami w kółkach windy. Jak wolno obracają się kółka, jak powoli nawija się lina żelazna na obrotach koła.
W powietrzu bije pustka, w uszach uderza dzwon alarmu.
Ktoś w tłumie kobiet zachlipał. Krzyknęło dziecko. Zadrżał nie wiadomo czyj jęk. I zaraz pustka w powietrzu wypełniła się jękiem, narosła szlochem, zwilgotniała deszczem łez. Nie było słychać ani jednego słowa, ani jednego krzyku. Wspólny wirowy gest zakołysał wielkim ciałem tłumu.
Zanim otworzyła się brama parkanu – już tłum kobiet rozstąpił się w wolnym korytarzu, takim samym jak korytarze na dole, wyrąbane w ścianach węgla. Na noszach, dźwiganych zmartwiałymi z przerażenia rękami kolegów, leżała wyciągnięta postać omdlałego buntownika podziemi. W nozdrza uderzył zapach mokrego węgla, stęchlizny i potu. Białawe plamy pleśni jaskrawo odbijały na czarnym, zmiętym, wilgotnym ubraniu. Zarośnięta twarz z zielonkawym odcieniem skóry, mocnymi cieniami podkreślone oczy z sinymi powiekami i nienaturalne wydłużenie bezwładem całej postaci.
Poznano go… Poderwane wargami jednej kobiety nazwisko zemdlonego skakało z ust na usta, aż doskoczyło, dotarło i uwięzło w gardle tej, dla której było wszystkim. Mąż… Wzmożony jęk nie przeciął wysokiego tonu krzyku, który wydzierał się wciąż z tysiąca piersi. Tylko dwie ręce wyrwały się spod chustki, uderzyły w tłum i torować poczęły przejście pochylonemu naprzód ciału.
Nosze z zemdlonym nie zdołały dotrzeć do drzwi lecznicy, kiedy spod ziemi wyrwał się nowy dzwon alarmu. Poderwało nowym napięciem jęku. Tłum kobiet zawrócił z drogi ku lecznicy na drogę ku kopalni. Strach i ból podcięły nogi. Powietrze zatrzęsło się od straszliwego szlochu, który wyrywał wnętrzności i niósł je do gardła, dławiąc aż do zemdlenia. Rozłączały się naraz ręce, zgodnie spięte w klamrze ściskającej chustkę pod brodą, łopotały w powietrzu w poszukiwaniu utraconej równowagi i – nie znalazłszy jej – ciągnęły ciało do ziemi. Na ziemi utworzył się zator z ciał. W niewymownej męce bezradności i nieludzkiego cierpienia, w nagłym, niewyjawionym poczuciu braku wszelkiego punktu oparcia, niektóre z kobiet same rzucały się na ziemię i szlochały w nią łzami, jakby te łzy mogły przeoczyć trzysta metrów węglowej głębi, dotrzeć od zamkniętych we wspaniałej czerni górników i do ich protestu dołączyć protest swój, protest kobiecego cierpienia.
Nim nosze z drugim zemdlonym przekroczyły bramę ogrodzenia kopalni – nowy alarm wstrząsnął tłumem. I potem, raz po razie, bez oddechu – uderzał jeszcze cztery razy. Wielki jęk kobiet nie przycichał. Powietrze stało się mokre od łez i ponad wszelki ciężar cięższe od szlochu. Nie można było złapać oddechu piersiami, stłoczonymi od pękającego bólu, nie można było patrzeć od łez bez przerwy płynących, nie można było stać od wstrząsów rwanego jękami ciała. Tłum był ściśnięty masą wzajemnego podporu, wezbranego gestu kołysania, wezbranego dreszczu rozpaczy.
Ucichł dzwon alarmowy, ale powietrze nie przestawało bić zbiorowym jękiem. W tym jęku, jak w defiladzie, sunęły nosze z zemdlonymi. Z tłumu kobiet grupa młodych chłopców podniosła głosami, w których drżała nuta męczeńskiej ekstazy, pieśń: „Czerwony sztandar…”. Pod lecznicą, do której zdążały nosze, na kamienne schodki wskoczył mówca. Drgnął oddziałek pieszej policji, która na próżno wstydziła się łez spływających po twarzach spod stalowych kasków. Drgnął na komendę: rozproszyć tłum…
Piątek minął spokojniej. Aż dopiero wieczorem klatka stanęła. Górnicy nie chcieli kontaktu z żywymi na górze. Zamilkł telefon. Z dołu nikt nie odpowiadał na sygnały. Na górze zapanowały ciężkie godziny rozpaczy i niepokoju, gorszego od złej pewności. Po nocy bezsennej, w sobotę rano rozerwał ciszę kopalni, skazanej na zatopienie, sygnał alarmu. Z domków robotniczych biegiem zdążano pod kopalnię. Znowu szloch wypełnił doszczętnie powietrze. Jeden zemdlony przewędrował na noszach do lecznicy.
Nowy wstrząs płaczu: górnicy nie przyjmują jedzenia. Bolesne zdziwienie jest nową torturą: jak można to wszystko przeżyć?
Kobiety cierpią bezradnie. Co one mogą zrobić? Żadne układy, konferencje, nie prowadzą do skutku. Trzeba pomyśleć o układach z Bogiem.
Gorączkowa zbiórka po dziesięć groszy od głowy kobiecej na Mszę. Nie wszystkie mogły dać te ciężkie grosze. Zebrano złotych polskich dwadzieścia trzy i ileś lam starannie policzonych groszy. Do księdza – na Mszę za górników na dole. Ksiądz Senko odprawi Mszę bez pieniędzy. Nie, one tak nie chcą. Jeżeli ksiądz chce, niech im te pieniądze potem przywiezie do Komitetu Pomocy Górnikom, funkcjonującego obok kopalni.
W niedzielę rano wszystkie kobiety i wszystkie dzieci pociągnęły do kościoła. Ciężko było iść z sercem przygniecionym od troski, na którą nikt na tym wielkim wspaniałym świecie nie znajdował jeszcze rady. Czyż musi tak być, żeby ci na dole pomarli, nim przyjdzie pomoc? W tłumie kobiet, wędrujących wielką gromadą do kościoła, już po drodze wybucha rozpacz. Znowu jęk ogromny trzęsie powietrzem. A kiedy weszły wreszcie do kościoła, wydawało się, że mury świątyni nie pomieszczą straszliwego szlochu rozpaczy.
Msza była do żadnej innej niepodobna. Grały organy niepotrzebnie. Wielki jęk nie ustawał ani na chwilę. Ruchoma od wstrząsów kolumna kobiet na próżno przyciskała twarze do chłodnego kamienia kościelnej posadzki. Nie było tu żadnej ochłody. Gorące łzy paliły twarz, nie zmniejszając palenia w sercu. Chłodne powietrze kościelnego wnętrza zmieniało się w parę od rozpalonych oddechów rozpaczy. Jęk odbijał się od wysokiego stropu i oddawał go ścianom, przydając mocy. Ksiądz przy ołtarzu modlił się z twarzą mokrą od łez. A kiedy po Mszy odwrócił się do tłumu i wsparty o ołtarz zamierzał powiedzieć kilka słów otuchy, chwycił go za gardło nagły skurcz szlochu. Więc tylko przeżegnał zrozpaczoną gromadę, z której wyrwał się nowy, mocniejszy jęk.
Kiedy wróciły z kościoła, pochlipując jeszcze po drodze resztkami niewylanych łez, trzeba było zabrać się do codziennej roboty. Górnicy przerwali głodówkę. Przyjechał ksiądz, przywiózł pieniądze złożone na Mszę, dołożył trochę własnych, wręczył matkom kilka baniek mleka dla dzieci.
Ale to wszystko nie pomogło sprawie. Nastały dalsze dni czarne od troski. Górnicy nadal pozostawali pod ziemią.
Kiedy przyszedł wreszcie dzień, w którym górnicy wygrali swoją sprawę, zdobyli obietnicę niezatopienia kopalni i uzyskali prawo do zasłużonych odszkodowań, gwarantujących możność dalszego życia, kobietom górnickim zabrakło łez radości.
Stroskane twarze uderzają wciąż bolesnym zdumieniem, kiedy usta wypowiadają tę myśl niedziwną:
Jak to można było przeżyć taką rzecz?
Kazimiera Muszałówna
______________________
Powyższy tekst Kazimiery Muszałówny, poświęcony strajkowi okupacyjnemu górników kopalni „Klimontów” w Sosnowcu w roku 1933, pierwotnie ukazał się w książce Zespół Literacki „Przedmieście”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934. Był to zbiór tekstów autorów sięgających po tematykę robotniczą i społeczną. O historii i założeniach ZL „Przedmieście” pisaliśmy w „Nowym Obywatelu” przed kilkoma laty. Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego: marzec 1933, Strajk górników w kopalni węgla kamiennego „Klimontów” w Sosnowcu, rodziny strajkujących oczekujące przed bramą kopalni.
przez Mateusz Perowicz | niedziela 17 listopada 2019 | opinie
Podobno Polacy są narodem podzielonym. Przyzna to każdy, kto w nawet najmniejszym stopniu uczestniczy w debacie publicznej. Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Podziały istniały od zawsze i nie są wynalazkiem XXI wieku, a poza tym znacznie więcej nas łączy niż dzieli.
Zbyt ogólna narracja historyczna sprawia, że w społeczeństwie funkcjonuje znacznie uproszczony obraz sceny politycznej na przestrzeni wieków. Mogłoby się wydawać, że walkę z zaborcami i okupantami toczył jeden zsynchronizowany organizm polityczny, a podziały nastąpiły już w wolnej Polsce. Otóż nie. Już podczas zaborów podział na frakcje polityczne był wyrazisty. Obozy Białych i Czerwonych miały podobne cele, lecz obrały zupełnie odmienną drogę do ich realizacji. Pomysłów na odzyskanie niepodległości było znacznie więcej. Jedni sposobili się do kolejnych powstań, a inni decydowali się na tytaniczną, pozytywistyczną pracę oświatową wśród mas.
Różnorodność polityczną w okresie II RP najlepiej odzwierciedla list Józefa Piłsudskiego do Romana Dmowskiego. Marszałek pisał w nim, że „w tej ważnej chwili przynajmniej niektórzy ludzie, jeśli już nie cała Polska niestety, wznieść się muszą ponad interesa stronnictw, kilk i grup”. Znamiennym elementem obchodów 100-lecia niepodległości było odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego w pobliżu monumentów Wincentego Witosa, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego i Józefa Piłsudskiego. Kilka dni temu do tego grona dołączył Wojciech Korfanty. „Oni stoją tu dzisiaj i pokazują, że Polska jest jedna. Teraz są tutaj wszyscy […]” – mówił prezydent Andrzej Duda podczas odsłonięcia pomnika.
Polskie Państwo Podziemne również nie było bytem jednorodnym politycznie. Świadczy o tym chociażby Rada Jedności Narodowej, w skład której wchodzili przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Narodowego i Stronnictwa Pracy. Ten pluralizm polityczny był silnie widoczny na barykadach Powstania Warszawskiego.
Dziś podzieleni jesteśmy tak samo jak kiedyś. Pytanie, czy tak samo jak kiedyś jesteśmy zdolni do kompromisu w imię dobra wspólnego? Wygląda na to, że tak. Lektura programów wyborczych sugeruje, że mamy znacznie więcej powodów do współpracy niż do waśni.
Czytaliście programy wyborcze? Z lektury dokumentów przygotowanych przez wszystkie komitety wyłania się rzeczywistość odmienna od tej, którą obserwujemy na co dzień. Jawi się tam ponadpartyjne porozumienie. Przykładowo wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, proponowane przez Lewicę, to swoisty oksymoron polityczny. Budowanie silnych instytucji to przecież czysty konserwatyzm. Znajdziemy tam również kwestię zrównania płac pod względem płci, czyli temat idealny dla Lewicy. Jednak najbardziej radykalną zmianę w tym zakresie, wprowadzenie obowiązku publikowania przez największe firmy raportów o równości wynagrodzeń, proponuje Prawo i Sprawiedliwość. „Mamy obowiązek zadbać o to, by przyszłym pokoleniom pozostawić Polskę w stanie lepszym, niż w czasach, w których nam samym przyszło działać. Nasi rodacy zasługują na zdrowe życie – czystą wodę, lepsze powietrze w miastach, sprawny system ochrony zdrowia i zdrową żywność. Dobrze pojęta ochrona przyrody nie ma barwy politycznej i nie może być wykorzystywana instrumentalnie do rozgrywek biznesowych czy ideologicznych” – to z kolei fragment programu… Konfederacji. Postuluje on również bon kulturalny, czyli jeszcze jeden pomysł zgłaszany przez różne strony sceny politycznej. Pionierką w propagowaniu tego rozwiązania była, jeszcze jako działaczka Zielonych i Krytyki Politycznej, Hanna Gill-Piątek, która niedawno dostała się do sejmu z list Lewicy. Obrońcą tego pomysłu był również Paweł Dobrowolski podczas pełnienia prezesury w balcerowiczowskim Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Punkty spójne między różnymi środowiskami można zauważyć również poza partiami politycznymi. Grzegorz Sroczyński na łamach Gazeta.pl opublikował dwa wywiady. Jego rozmówcy mieli zupełnie odmienne poglądy. Jednak w jednej kwestii mówili jednym głosem. Tomasz Terlikowski tak opisywał największe zagrożenie i wyzwanie naszej polityki: „Czy to naprawdę tak ważne, kto wygra? Z perspektywy konserwatywnego myślenia nie jest bardzo istotne, kto rządzi w danym państwie, tylko kto sprawuje władzę nad rozrywką i kulturą. Dla prawicowca, tak samo jak lewicowca, najważniejsze powinno być rozbicie monopolu GAFA i technokratów z Doliny Krzemowej.” Jan Zygmuntowski potwierdził te obawy, mówiąc: „Konglomerat GAFA będzie dokładnie znał dzieciństwo osób, które teraz się rodzą. Ich choroby od początku życia, skłonności, to, jakie obejrzały filmiki na YouTube, gdzie przebywały godzina po godzinie dzięki GoogleMaps, jakich dokładnie mają znajomych. Te dane nie są anonimowe, wystarczy jedno zalogowanie na Gmaila albo YouTube, żeby przyporządkować do konkretnej osoby wszystkie przeszłe i przyszłe dane”.
Najbardziej zdumiewającą liczbą narodowego głosowania wcale nie jest frekwencja, lecz liczba tzw. zmarnowanych głosów. 100% głosujących ma swoją reprezentację w sejmie! Nikt nie został pod progiem. To sytuacja bez precedensu. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że bloków politycznych mamy co prawda pięć, lecz tworzy je aż 14 partii. Wszystkie ogólnopolskie komitety dostały się do sejmu, a każdy z nich to nic innego jak sojusz partii często wcale nie jednorodnych.
Konfederacja ma wiele punktów wspólnych jednak poglądy frakcji narodowej i wolnościowej w wielu kwestiach są ze sobą sprzeczne, co odzwierciedla się w ich programie. Mamy tam ideę państwa minimalistycznego, które jednocześnie miałoby być całkowicie niezależne od wielkich mocarstw. Pokazuje to, że nawet najbardziej niesforny polski polityk, Janusz Korwin-Mikke, zdecydował się na stworzenie barwnej koalicji, która może „rozpaść się przy trzecim głosowaniu”. Opłaciło się. Konfederacja w bardzo trudnych warunkach znalazła się w sejmie. Największy sukces wyborczy odniosła nie mniej barwna koalicja. Nikt cztery lata temu nie wyobrażał sobie sojuszu Pawła Kukiza i ludowców po tym jak lider Kukiz’15 nazwał PSL grupą przestępczą i sugerował zmianę nazwy na ZSL. Być może ludowcy niedługo zmienią nazwę na Koalicja Polska, co podkreśli ich sojusz z czarnym łabędziem poprzednich wyborów.
Najbardziej jaskrawym przykładem tego, że warto współpracować, jest jednak Lewica. Dlaczego? Ponieważ partie zgromadzone pod tym szyldem uzyskały niemal identyczny wynik, jak cztery lata wcześniej. Różnica polega na tym, że wówczas startowały w dwóch blokach i żaden z nich nie przekroczył progu wyborczego. 11% społeczeństwa nie miało swojej reprezentacji sejmowej wskutek braku współpracy między liderami partii. Dobrze, że wyciągnięto z tego wnioski.
Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, to już kwintesencja politycznej współpracy. Grzegorz Schetyna najpierw utworzył Koalicję Europejską, gdzie na czas wyborów europarlamentarnych zgromadziło się wiele różny partii, a następnie pozostawił otwarte drzwi na czas krajowej batalii o władzę. Obecnie ten blok składa się z czterech różnych partii.
Jednakże najbardziej dobitnym przykładem sensowności i efektywności współpracy ponad podziałami jest Zjednoczona Prawica. „Nie ma mowy o powrocie na łono PiS nawet w przypadku porażki. Wady Jarosława Kaczyńskiego uniemożliwiają współpracę. On dzieli ludzi” – to wypowiedź Zbigniewa Ziobry z 2014 roku. Tego samego Zbigniewa Ziobry, który trzy miesiące później podpisał z Jarosławem Kaczyńskim i Jarosławem Gowinem porozumienie o wspólnym starcie w wyborach. Restart relacji na prawicy pozwolił również na powrót wyrzuconego wcześniej Adama Hofmana. Efektem była solidna, choć nie we wszystkim spójna większość parlamentarna i samodzielne rządy przez dwie kadencje. Pomimo tego, że liderzy Porozumienia i Solidarnej Polski nie żywią do siebie sympatii, byli w stanie zawiązać sojusz dla wyższego dobra. Gowin popierał pomysł Ziobry, by Ziobro poparł pomysły Gowina. Może model „głosowałem, ale się nie cieszyłem” warto przenieść na cały parlament?
Każdy z komitetów mógłby „opiekować się” jednym z tematów wspólnych, czyli takich, które w swoich programach przedstawia każdy z bloków politycznych. Konfederacja mogłaby zająć się tematem przedsiębiorczości na gruncie szerzej popieranym – np. postulaty redukcji i uproszczenia prawa znajdą zwolenników od Bałtyku po Tatry. Według szacunków Grant Thornton polska gospodarka traci 200 miliardów złotych przychodu rocznie przez nadmierną ilość skomplikowanego prawa. Dwa ostatnie lata to sukces w kwestii zahamowania przyrostu prawa, jednak w tej dziedzinie jest jeszcze wiele do zrobienia. Konfederacja mogłaby również pobudzić nasze instytucje do aktywniejszej działalność za granicą. Chodzi np. o upłynnianie międzynarodowej wymiany handlowej. Nadal brak pomysłu na gospodarcze i kulturalne zaangażowanie Polonii, co wydaje się idealnym zagadnieniem zarówno dla wolnorynkowców, jak i narodowców.
Lewica z kolei ma najwięcej do powiedzenia w kwestii prawa pracy i praw kobiet. Dane GUS wskazują, że 2,4 mln osób zatrudnionych jest na umowach niestandardowych. Z kolei PIP podkreśla, że ponad 25 proc. umów cywilnoprawnych zgodnie obowiązującymi przepisami formalnie kwalifikuje się jako etat. Najbardziej narażeni są na to pracownicy takich branż jak handel, organizacja turystyki, naprawy, wynajem i dzierżawa, usług administracyjne. Nowy kodeks pracy musi więc powstać jak najszybciej. Lewica mogłaby również zadbać o to, by temat praw kobiet był obecny w sejmie. Nie chodzi tu tylko o kwestię równości płac, ale przede wszystkim o standardy okołoporodowe. Z badania przeprowadzonego w 2018 roku przez Fundację Rodzić po Ludzku wynika, że nadużyć w szpitalach i na oddziałach położniczych doświadcza połowa kobiet, a 17 proc. z nich spotyka się z przemocą! To zatrważające dane zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że borykamy się z niżem demograficznym. Część kobiet mówi wprost, że po tym, co przeżyły na porodówce, nie chcą nawet słyszeć o kolejnym dziecku… Dodajmy do tego, że według badań „Aktywność zawodowa w opinii pracujących kobiet” 51% Polek wskazało, że trudno im godzić pracę zarobkową z obowiązkami rodzicielskimi.
Koalicja Polska jawi się na scenie politycznej jako królowa małych i średnich miast. To właśnie tego tematu mogłyby strzec połączone siły PSL i Kukiz’15. W programach każdej partii znajdziemy postulaty deglomeracji, czyli troski o zrównoważony rozwój całego kraju. Ten postulat można realizować chociażby poprzez walkę z wykluczeniem transportowym, tematem pojawiającym się we wszystkich programach wyborczych z wyjątkiem Konfederacji. Antysystemowcy chcą promować transport samochodowy. Jednak partia proponująca bony edukacyjne i kulturowe z pewnością przyzna, że obywatele powinni mieć dostęp do różnych rodzajów transportu i wtedy sami zdecydują, który z nich wybiorą. Kolejną kwestią w tym temacie jest powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu. Postulaty z tym związane znajdziemy w programie zarówno PiS, jak i KO. Koalicja Polska proponująca między innymi głosowanie przez internet to idealnym kandydat do pilnowania tego tematu.
Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, ze względu na to, że posiada na pokładzie Zielonych, jest idealnym kandydatem do patrolowania tematu ochrony środowiska, który pojawia się w każdym programie. Wirtualna Polska ujawniła, że 92% stacji monitorowania jakości wód w kraju wykazuje przekroczone normy środowiskowe, a niektóre oczyszczalnie świadomie dokonują nielegalnego zrzutu nieczystości. Według najnowszego raportu Światowej Organizacji Zdrowia 36 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Unii Europejskiej znajduje się w Polsce. Smog zabija u nas nawet 40 tys. osób rocznie. Wynika z tego, że w Polsce zarówno woda, jak i powietrze – dwa niezbędne do życia związki chemiczne – stanowią zagrożenie dla zdrowia! Tu nie ma o co się kłócić, tu trzeba działać.
Ważnym dla wszystkich tematem, który mógłby przypaść partii rządzącej, jest służba zdrowia. Żyjemy w kraju, w którym lekarze umierają na dyżurach, a kolejki do niektórych specjalizacji sięgają już 9 lat! Oznacza to, że istnieją takie obszary państwa polskiego, w których XXI wiek jeszcze nie nastał. Nieważne, z jakiej jesteś partii, bo z powodu niewydolnej służby zdrowia cierpimy tak samo.
Jak widać, znalezienie punktów wspólnych pomiędzy wszystkimi pięcioma komitetami nie stanowi żadnego wyzwania.
Ostatnie wydarzenia z obu izb parlamentu napawają optymizmem. W sejmie Prezydent Andrzej Duda wygłosił przemówienie nawołujące do pojednania, a następnie przemierzył sejm, podając rękę liderom wszystkich ruchów politycznych. Później głos zabrali przedstawiciele poszczególnych partii i ku zdziwieniu wszystkich poczynili krok w stronę zakopania topora wojennego. KO apelowało o wzajemny szacunek, PSL przywoływał pakt demokratyczny, a Lewica i Konfederacja jednym głosem postulowały usunięcie barierek sprzed sejmu i otwarcie go dla obywateli i dziennikarzy. W efekcie Jarosław Kaczyński dziękował (!) swoim politycznym oponentom i ogłosił koniec totalnej opozycji. Grzegorz Schetyna kilka godzin później w senacie, po wybraniu Tomasza Grodzkiego na marszałka, analogicznie ogłosił koniec totalnej władzy. Z kolei sam marszałek oznajmił, że każdy, kto myślał, że senat stanie się izbą obstrukcji i zajmie się celowym wkładaniem kija w szprychy, był w dużym błędzie. Czyżby nastał pokój? „Będziemy dążyli do tego żeby senat stał się rzeczywiście takim miejscem, gdzie ta wojna, która tak bardzo niszczy polską politykę, będzie przynajmniej ograniczona albo w ogóle jej nie będzie. […] Jest pole do kompromisu i współpracy” – to słowa… Jarosława Kaczyńskiego.
Niestety pozytywne symptomy nie zwróciły szczególnej uwagi nawet tych środowisk, które domagały się normalizacji debaty publicznej. Najczęściej komentowanym wydarzeniem była kontrowersyjna przemowa nie pełniącego żadnych znaczących funkcji Antoniego Macierewicza. Jest to niestety potwierdzenie przykrej prawdy. Bez ostrego języka i podżegania wojen nie da się uzyskać rozgłosu. Na krytykę zasługują więc nie tylko politycy, ale także my wszyscy. Ponieważ zwracamy uwagę tylko na te gesty i słowa, które zaogniają konflikty.
Mateusz Perowicz
przez Monika Kostera | środa 13 listopada 2019 | opinie
Pewnego razu była sobie wybitna pisarka, sympatyzująca z lewicowymi środowiskami. Pisarka była wegetarianką, ubierała się na luzie i nosiła dready. Gdy dostała ważną nagrodę za swoją twórczość, można się było spodziewać, że kto jak kto, ale środowiska lewicowe, które darzyła sympatią, nie będą się posiadać z radości. I tak faktycznie było – wielu ludzi z różnych opcji politycznych, w tym lewicowych, skakało w górę ze szczęścia. Jednak dały się też słyszeć, całkiem donośnie, głosy potępiające wyróżnienie jej nagrodą i oskarżające pisarkę o apropriację kulturową. Chodziło o dready. Dla wielu osób reakcja ta jest dziwna i przykra. Dla sporej części – zrozumiała. Ja zaliczam się do jednych i drugich, ale z innych przyczyn, niż te powszechnie deklarowane.
Zacznijmy od tego, czemu jest to reakcja zrozumiała. Otóż żyjemy w kapitalizmie. W kapitalizmie wszystko jest własnością kapitalistów. Przede wszystkim dotyczy to środków produkcji, ale w późnym kapitalizmie wszelkie zasoby są w szybkim tempie prywatyzowane, wszelkie dobro wspólne staje się czyjąś własnością. To, co jeszcze niedawno było w oczywisty sposób za darmo, teraz już nie jest. Jeśli coś jeszcze jest za darmo, to znaczy tylko, że czeka na swoją kolej do sprywatyzowania. Kapitalizm polega na tym procesie, nie jest w stanie bez niego funkcjonować. To jedno z jego nieuchronnych praw, jak przypomina profesor zarządzania Peter Fleming. Nasz prywatny czas i energia, woda, przyroda, (niedługo) świeże powietrze – wszystko to jest systematycznie prywatyzowane.
Starsi czytelnicy pamiętają czasy, gdy siedziało się przy odbiorniku radiowym i czekało, aż prezenter zapowie nową płytę zespołu Led Zeppelin. Siedziało się z palcem nad czerwonym przyciskiem w magnetofonie. Przycisk był od nagrywania. Robiliśmy tak wszyscy, słuchacze Trójki i Rozgłośni Harcerskiej. Powiecie: a fuj, wstrętna komuna, ohydni złodzieje praw autorskich? No, może. Ale pamiętam równie dobrze, jak, mieszkając w Szwecji, biegałam do biblioteki pożyczać nowe płyty moich ulubionych zespołów po to, by je przegrywać na taśmę. One po to tam były. Były do nich pokaźne kolejki zapisów. A fe, powiecie, być może, co za barbarzyńskie czasy, biedni autorzy! Otóż nie, autorom żyło się wtedy o niebo lepiej, niż dziś. Znam autorów z tamtych czasów i w jednym, i w drugim systemie. Za to na pewno nieco gorzej powodziło się pieniążkom i inwestorom, właścicielom wielkich wytwórni i domów wydawniczych. Kiedyś muzyka, sztuka, literatura były wspólnymi dobrami, choć dostęp do nich obwarowany był pewnymi regułami, a autorzy mogli liczyć na stałe wynagrodzenia.
Gdy zaczynałam pracę w akademii, miałam nadzieję, że kiedyś, gdy nauczę się lepiej pisać i będę wydawać książki, będzie mi się żyło dostatnio i miło. Faktycznie, z moich pierwszych tłumaczeń i autorskich książek miałam bardzo sympatyczny dochód, jeszcze w latach 90. Teraz, choć nauczyłam się nieźle pisać i publikuję sporo książek, w najlepszym razie mogę z moich „praw autorskich” zafundować sobie dobre wino. I tak cieszę się, że, w odróżnieniu od większości polskich kolegów i koleżanek, na ogół nie muszę za te publikacje płacić (chyba że publikuję książki w Polsce). Za to studentom nie wolno już moich testów kopiować, a mi nie wolno było zamieścić w jednej z książek cytatu z piosenki Joni Mitchell, która śpiewała o wspólnym, dobrym świecie. Kupuję więc za tantiemy dobre wino i piję zdrowie wspólnego świata, nie praw autorskich.
W tym całym kreobiznesie jednak nielegal ma się dobrze, nawet w dużych kapitalistycznych niszach, takich jak YouTube. Bywa ścigany, bywa piętnowany, ale często ma się wrażenie, jakby był tolerowany. Ta tolerancja nierzadko jest wbudowana w system. Michael Hardt i Antonio Negri piszą o tym, że prawdziwa twórczość jest dobrem wspólnym. Kapitalizm sam nic nie tworzy, jest jałowy jak pofabryczna gleba. Gdy ludzie stworzą coś, co można skapitalizować, przejmuje i prywatyzuje rzeczy, które bez niekapitalistycznej wspólnoty by nie powstały. Chaps! Było wspólne, jest prywatne. Jak w ruskim cyrku, poniekąd.
Wracając do apropriacji. Pisarka przywłaszcza sobie czyjąś tożsamość. Tożsamość, która nie jest jej własnością. Wszystko jest bowiem czyjąś własnością, czy to prawicowych kapitalistów, czy lewicowców tożsamościowych. Wszystko jest towarem lub marką. Autobranding jest regułą naszych czasów, nikogo nie dziwi. Już wkrótce kapitalizm ogłosi prawa autorskie języków i wtedy przestępstwem będzie w ogóle używać języka bez opłaty. Brzmi jak absurd? Tak, ale 40 lat temu „prawa własności” uniemożliwiające zacytowanie tekstu piosenki „Woodstock” też były absurdem. Dziś są oczywistością.
Wróćmy jednak do autobrandingu (a przy okazji do tego, czemu reakcja na dready jest dziwna), bo zasługuje sobie na coś więcej, niż nonszalanckie wspomnienie. To nie tylko przejaw prywatyzacji dobra wolnego – tożsamości, ale, w obecnych czasach, jedna z głównych wartości politycznych. Polityka tożsamościowa opanowała, na różne sposoby, wszystkie strony politycznego spektrum, od nacjonalistów, poprzez liberałów, a na lewicowcach skończywszy.
Tożsamość zawsze dzieli, nigdy nie łączy. Nie buduje solidarności, bo nie tworzy więzi, a wyróżnia. Tożsamość to unikalność, na którą składają się cechy zarówno osobowościowe, jak społeczne i kontekstualne. Tożsamość rozumiana jako marka, brand, jest pilnie strzeżoną, strategiczną właściwością, która ma jednostce dać przewagę konkurencyjną w rywalizacji z innymi jednostkami. W ostateczności każdy jest ze swoją tożsamością sam, często czuje się pokrzywdzony, osłabiony, aspirujący do czegoś więcej, bo skoro właściciel tożsamości Iks ma prawo do czegoś, to właściciel tożsamości Ygrek stoi w kolejce do tego prawa, które zmienia się tym samym w przywilej Iksa. Każdy rywalizuje z każdym. Jednak w działaniach politycznych i w ogóle społecznych konieczna jest jakaś wspólnota, jakieś poczucie więzi. Być może z tego powodu panuje obecnie obsesja na punkcie jednomyślności (znana jako „bańki”), w dodatku obsesja, o której nie wolno mówić. Jeśli się to robi, naraża się na ostracyzm, bardzo często rozpoczynający się od sformułowań takich jak „nie ma przymusu zgadzania się z poglądem x”, „oczywiście, możesz mieć poglądy, jakie chcesz”, „nikt cię nie zmusza do…”. „Tożsamość” oznacza wszak „identyczność”. I tak oto skrajny indywidualizm neoliberalnego kapitalizmu promuje z całą mocą urawniłowkę, której sam towarzysz Honecker głęboko by się pokłonił.
Jak pisze szkocki antropolog Tim Ingold, tożsamość budowana na identyczności rodzi pogłębiające się, niedające się przezwyciężyć dualistyczne i polaryzujące społeczność podziały. Tylko tożsamość niesprywatyzowana, oparta na różności jest zdolna, by w dłuższym okresie łączyć. Innymi słowy – gdy na dzielące nas wydarzenia reagujemy dalszym dzieleniem, przychodzi moment, gdy nic już nie jest w stanie połączyć obu stron. Tożsamość oparta na różności to tożsamość grupowa, zakładająca, że w systemie społecznym, który jest dobrem wyższym i wspólnym, istnieje wiele ról dostępnych dla osób – każdemu według potrzeb. Między tymi rolami trzeba budować mosty – i to jest kolejna ważna rola. Budowanie mostów nie polega na głaskaniu pięści tłukącej nas w twarz za naszą odmienność. Ale polega na szukaniu wspólnych wartości z przeciwną stroną, tak by ona była skłonna z nami rozmawiać, a nie przyłączyć się do tych z pięściami. Ci z pięściami istnieją zawsze, w każdym systemie. Zadanie dla budowniczego mostów, to doprowadzić do tego, by pięściowcy nie zbierali wokół siebie coraz większej grupy potencjalnie pokojowych, niepięściowych osób. Aby te potencjalnie pokojowe osoby wolały rozmawiać, nawet kłócąc się, niż przyłączyć do pięściowców, którzy potrafią wyraźnie wyznaczyć granice, zdefiniować tożsamość opartą na iluzorycznej identyczności. W dodatku ich obecność w tożsamościowym obozie zdaje się zwiększać prawdopodobieństwo, że własna grupa zwycięży w konkurencji z grupami wrogimi. Te cechy pięściowców stają się nie tylko nieistotne, ale i szkodliwe, gdy budujemy tożsamość opartą na różności – wówczas widoczne staje się, że one niszczą więzi, burzą delikatną tkankę społecznych mostów. Trzeba ich re-edukować lub izolować, nie zbierać się wokół nich w nadziei na zwycięstwo za każdą cenę.
Ruchy emancypacyjne dyskryminowanych strukturalnie grup społecznych powstały po to, by domagać się w systemie społecznym przestrzeni dla tych grup. Zbyt często zapominamy dziś o tym, traktując pozapatriarchalną tożsamość jak młotek do walenia po głowie wszystkich, którzy nie mają określonych genitaliów, koloru skóry bądź orientacji. A przecież nie o to chodzi – nie o odwrócenie hierarchii, lecz o zakwestionowanie reguł strukturalnego braku dostępu i braku głosu. Zrobienie miejsca do tworzenia wspólnot demokratycznych, równych, prawdziwych. Dwie uczone, panie profesor (tak! mamy prawo używać różnych rodzajów do określenia naszych profesji – polszczyzna na to pozwala, a społeczność oparta na różności czerpie z tego energię) zarządzania, feministki Maria Daskalaki i Marianna Fotaki, podkreślają, że feminizm polega na przeciwstawianiu się uciskowi kobiet z powodu tego, że są kobietami. Nie chodzi o to, by celebrować kobiety uciskające innych ludzi równie dobrze jak hegemoniczni faceci. Feminizm dotyczy równości wszystkich kobiet i ludzi, nie chodzi o to, by pojedyncze kobiety odtwarzały męskie wzorce przywilejów i sprawowały władzę nad wszystkimi innymi. Taki „feminizm” to czysty kapitalizm tożsamościowy – marka „kobiecości” idzie w górę, „zróbcie nam miejsce śledzie, bo pani jedzie, rynek mówi, że jesteśmy tego warte”. Brawo my. Tylko, jakie, jacy – „my”? Co takie „my” właściwie łączy, oprócz poczucia krzywdy traktowanego jako akcja lub obligacja, dającego uprawnienia? Czy dałoby się takim „my” razem iść na barykady? Konie kraść? Oddać efekty swojej ciężkiej pracy komuś z tej grupy? Dać się zwolnić z pracy? Zginąć za kogoś?
Filozof i poeta Franco „Bifo” Berardi pisze, że różnicująca tożsamość to rezultat zamrożenia procesu identyfikacji, które to zamrożenie polega na redukowaniu złożoności do dających się przewidzieć wzorców, zdefiniowanych potrzebami psychologicznymi lub poglądami politycznymi. Daje iluzoryczne poczucie przynależności do jakiejś wspólnej przeszłości. Utrwalana jest wyznaczaniem granic, które często przyjmuje postać przemocy, agresji. Tymczasem solidarność łączy wspólną wizją przyszłości, aktywnym należeniem do niej, działaniem na jej rzecz. Utrwala ją tworzenie przyjaźni, więzi braterstwa i siostrzeństwa. Tożsamość różnicująca zawsze w końcu będzie poszukiwać ojca lub matki, lidera, bo straciła zdolność do odczuwania siostrzeństwa i braterstwa. Jeśli będzie miała pecha, znajdzie Il Duce, Trumpa lub Thatcherową. A pech chodzi po ludziach.
Mam od jakiegoś czasu kontakt z grupą Reformisterna, lewym skrzydłem szwedzkiej socjaldemokracji. Z przyjemnością obserwuję, jak rosną w siłę, jak rozwijają wizje. Z wielką radością patrzę też na ich spontaniczną różnorodność. Nikt nie jest tam za stary, za młody, za męski, za biały, za imigrancki. Każdy i każda znajduje miejsce dla siebie Ekonomiści pracują nad programem ekonomicznym, poeta w moim wieku jest jednym z szefów ruchu, imigrant z obco brzmiącym nazwiskiem zajmuje kluczową pozycję w kontaktach z mediami. Nie będąc członkinią partii przyłączyłam się do nich głównie z powodu tego poczucia koleżeństwa – razem raźniej. To hasło, które nie przypadło do gustu pewnemu polskiemu ruchowi politycznemu, tam pasuje świetnie. Nie mierzymy sobie niczego, nie przeliczamy, staramy się tworzyć i rozwijać wspólne dobro. Ideał parytetów istnieje, ale jako przestrzeń, gwarancja, by dopuszczeni do głosu byli ci, których w patriarchalnym, hierarchicznym świecie z definicji się odrzuca; lecz istnieje nie jako cel, ale jako środek do celu, który jest wspólny. Jak to działa? Sama nie wiem. Solidarność jest stanem łaski, nie strategią.
Nie, identyczność nie jest naszą bronią. Nie bez powodu pieśń głosi, że jest nią solidarność. To ona broni prawdziwie i pokojowo. Nie musimy być identyczni, aby z sobą rozmawiać. Ba, rozmawiając nie musimy sobie przytakiwać. Niech pięściowcy zostaną sami, my mamy do zbudowania cały, złożony świat bez kapitalizmu.
prof. Monika Kostera
przez Piotr Wildanger | niedziela 10 listopada 2019 | opinie
Zapewne każdy z nas spotkał się z niesprawnym systemem zarządzania. Począwszy od nowej dyrekcji, która rozpoczyna od redukcji etatów, poprzez folwarczno-sarmacki styl zarządzania zasobami ludzkimi, aż po hierarchie, gdzie często posłuszeństwo przełożonemu jest cenione wyżej niż litera prawa.
W tak zarządzanych organizacjach często dochodzi do błędów, mobbingu, uchybień czy jeszcze gorszych patologii, jak nepotyzm lub korupcja. Wiele firm czy organizacji funkcjonuje nie tylko pod tyranią rynków finansowych, zysku za wszelką cenę czy presji czasu. Stąd bierze się wiele kłopotów zdrowotnych, a czasem nawet kończy się falą samobójstw. Czy jest jakieś wyjście?
Obok amerykańsko-brytyjskiego modelu zarządzania nastawionego na zysk oraz japońskiego nastawionego na równość i paternalizm, istnieje jeszcze jeden: oparty na modelu sieciowym i samoorganizacji. Tę idee wypromował Frederic Laloux w książce „Pracować inaczej”. Ukazała się też książka polskiego autora Andrzeja Jacka Bliklego „Doktryna jakości. Rzecz o turkusowej samoorganizacji”. Po części model ten zawiera pomysły znane już wcześniej.
Laloux wymienia pięć modeli organizacji, przypisując im poszczególne cechy i barwy. Nas będzie interesować ta ostatnia. Czerwień charakteryzuje się systemem wodzowskim, opartym na lęku i posłuszeństwie – tak zorganizowane są mafia i gangi uliczne. Bursztynowy cechuje się sformalizowaną hierarchią i kodeksami, a oparty jest na tworzeniu podziałów – w taki sposób działają kościoły i armie. Pomarańczowy charakteryzuje się dynamiczną hierarchią, procedurami i kontraktami, premiowana jest skuteczność – to model korporacji. Zielony ma strukturę piramidalną, z podmiotową podstawą (dołem), oparta jest o demokratyczne reguły i decyzyjność – to zasady rodziny lub spółdzielni. Natomiast turkus cechuje się samoorganizacją i partycypacją, zarządzanie oparte jest na wartościach, zaufaniu i odpowiedzialności.
Podstawy zarządzania przedsiębiorstw turkusowych opierają się na czterech regułach dotyczących wykonywanych zadań przez pracowników: 1) robisz to, co potrafisz; 2 ) robisz to wtedy, kiedy jest potrzebne; 3) bierzesz za to odpowiedzialność; 4) możesz zawsze to zmienić, z zachowaniem zasad 1-3. Te cztery punkty zastępują kryteria zadaniowe i zakres prac. Przy założeniu, że nie wszyscy pracownicy potrafią coś zrobić, a są do tego delegowani przez kierownictwo często poza swój zakres obowiązków, jest to słuszny pogląd. Ewentualne różnice zdań rozwiązywane są za pomocą dialogu i argumentacji przy poszanowaniu godności ludzkiej. Przy takim modelu ryzyko popełnienia błędu jest mniejsze niż w większości wymienionych modeli. Gdy jednak taki wystąpi, należy naprawić obszar, w którym wystąpił problem i usunąć ewentualne skutki. Każdy pracuje też nad tym, co robi najlepiej. Każdy ma jakieś talenty. Jeśli ktoś potrafi dobrze obsługiwać klientów, skierujmy go do obsługi klientów. Ktoś dobrze pisze? Niech będzie redaktorem i korektorem. Jeśli ktoś jest analityczny i kreatywny, niech analizuje dane firmy i wymyśla nowe drogi rozwoju itd. Oczywiście każdy z pracowników może zastosować się do czterech punktów i wykonać inne zadanie po uzgodnieniu tego i dyskusji z innymi.
W turkusowych organizacjach panuje odmienny rodzaj komunikacji, przypominający non-violent communication (NVC – porozumienie bez przemocy) Marshalla Rosenberga. Nie jest to język oparty na agresji i manipulacji. To samo dotyczy stosunku załogi do kontrahentów, petentów i klientów. Druga strona powinna być traktowana podmiotowo, a nie przedmiotowo. Dzięki temu buduje się zaufanie nie tylko w obrębie przedsiębiorstwa, ale także poza nim. Jeśli obsługa, dajmy na to, banku inwestycyjnego manipuluje klientami, którzy mają mgliste pojęcie o ekonomii (np. sądzi, że kredyty we frankach szwajcarskich nie niosą żadnego ryzyka), to jest to firma bardzo toksyczna. Jeśli firma w ofercie pracy nie podaje stawki wynagrodzenia, to też nie jest to podejście fair.
W turkusowych organizacjach nie ma wygranych i przegranych. Nie ma sytuacji o sumie zerowej. Przy założeniu, że ludzie działają racjonalnie, stosując teorie gier liczbowych, należy zawsze doprowadzać do sytuacji zwycięzca-zwycięzca i należycie współpracować. Daje to więcej korzyści niż egocentryczne zachowania i wypinanie piersi o medal, podczas gdy konkurentem jest kolega.
Zarządzanie turkusowe nie należy do łatwych, choćby dlatego, że większości ludzi jest wychowywanych w egoizmie i współzawodnictwie, co zauważyła m.in. psychoanalityczka Karen Horney. Aby przejść z modelu współzawodnictwa do współpracy, nie należy: stosować porównań między pracownikami, zespołami i wydziałami; prowadzić rankingów i konkursów; stosować kar i nagród; premiować za wydajność. Powinno się także zrezygnować z poglądu, że ludzie są z natury nieuczciwi i leniwi, a zastąpić to wiarą w człowieka i zaufaniem. Drastyczny system nieustannego dozoru i kontroli też nie zdaje egzaminu, ponieważ traktuje dorosłych jak nieodpowiedzialne dzieci.
Długoletni pracownicy są potrzebni do dawania doświadczenia, swojej wiedzy i umiejętności. Samo odmłodzenie kadr może zapewni chwilowy sukces, ale w dłuższym okresie nierzadko okaże się klapą. To samo dotyczy zbyt dużej rotacji pracowników. Jak bardzo jedno i drugie nie jest efektywne kibice piłki nożnej mogli zobaczyć na przykładzie klubu Arsenal Londyn, a kibice koszykówki w przypadku Chicago Bulls.
W firmach zarządzanych turkusowo nie ma zaawansowanych hierarchii. Zarządzanie odbywa się przez sieć, w której każdy sam dla siebie jest szefem. Inaczej pisząc, każdy jest fraktalem. Nie ma żadnego z góry narzuconego systemu dowodzenia, co swoją drogą przypomina „Żółte kamizelki” we Francji – jeśli przywoływać polityczne skojarzenia. To dlatego piramidalnej strukturze z Macronem na czele tak bardzo ciężko z nimi rozmawiać. Taki jest obraz przestarzałych firm, organizacji, instytucji państwowych. Jak zauważył Slavoj Žižek podczas okupacji Parku Zuccotti przez protestujących w Nowym Jorku w 2011 r.: „Problemem nie jest korupcja, lecz system, który zmusza was do korupcji”.
Nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy czy w tym, że firma chce osiągać zysk. Problem w tym, że ścieżka obecnego systemu prowadzi jednych i drugich (pracodawców i pracowników) na manowce. Jak wskazuje Andrzej Jacek Blikle, ten anachroniczny model dochodzenia do zysków i samorealizacji wygląda mniej więcej tak: Sukces –> Pieniądze –> Dobre życie. Podczas gdy omawiany tutaj model wygląda tak: Dobre życie –> Pieniądze –> Sukces. Krótko pisząc, jeśli dobrze będzie się zarządzało i traktowało własną załogę i klientów, to sukces sam przyjdzie.
Taki model zarządzania może mieć też wady. Po pierwsze, sama teoria jest uboga w aspekty finansowe. „Godny zarobek” może być różnie rozumiany. Może warto byłoby pomyśleć nad starym partycypacyjnym pomysłem pracowników-akcjonariuszy lub jakąś dodatkową kwotą roczną wypłacaną załodze? Po drugie, w czasach robotyzacji i władzy algorytmów, nie wiemy, jaką one mają pełnić rolę. Czy powinny być stosowane umiarkowanie, czy jednak wykonywać taką pracę, która dla ludzi jest mało produktywna. Po trzecie, istnieje ryzyko rozmycia odpowiedzialności w takich organizacjach. Wreszcie po czwarte i chyba najważniejsze – wyzwanie dotyczy zmiany mentalności polskich menedżerów. Niektórzy polscy przedsiębiorcy czy dyrektorzy w instytucjach publicznych mają skłonność do folwarcznego stylu zarządzania. Innym problemem jest to, że model usprawnia biurokrację, lecz nie umniejsza jej wpływów.
Tego typu organizacje w Polsce oczywiście istnieją, ale dopiero raczkują. Może warto byłoby postawić na jakiś system szkolenia, zarówno w sferze instytucjonalnej (Urzędy Pracy mogłyby organizować takie szkolenia), jak i edukacyjnej. Kolejnym aspektem jest zniesienie hierarchii. Spłaszczone struktury winny działać jak kolegium zarządzające w bardzo szerokim porozumieniu z resztą pracowników. Zastosowanie modelu może być szerokie. Od średnich firm, po związki zawodowe i organizacje, aż po partie polityczne (sieciowe kolegia zarządzające zamiast partii wodzowskich). Faza eksperymentalna holistycznego modelu nadal trwa.
Jak twierdził znany działacz „Solidarności” Zbigniew Bujak, „Potrzeba godności jest celem i narzędziem wszystkich rewolucji, buntów, strajków. Znam to pragnienie. Godne podmiotowe traktowanie było źródłem i celem Solidarności”. Aktywistka i dziennikarka Naomi Klein w swojej „Doktrynie szoku” pisała o czasach transformacji ustrojowej w Polsce i alternatywach wobec liberalnego modelu wyjścia z PRL-u: „gdyby państwowe fabryki udało się przekształcić w robotnicze kooperatywy, istniała szansa, że znów staną się one rentowne – zarządzanie przez pracowników mogło być bardziej skuteczne, szczególnie bez dodatkowych kosztów generowanych przez partyjnych biurokratów”.
Piotr Wildanger
przez Konrad Ciesiołkiewicz | środa 6 listopada 2019 | opinie
Kobiety. Głównie w wieku między 20 a 30 lat. Wzrost około 170 centymetrów. Szczupłe, miłe, dobrze wyglądające… Hostessy, bo o nich mowa, to tysiące kobiet pracujących podczas wielkich wydarzeń, pokazów, targów, kongresów, akcji promocyjnych, koncertów i wielu innych. Znacznie rzadziej widzimy hostów. W tym zawodzie 1 mężczyzna przypada na 50 kobiet. Zatrudniane są przez około 100 agencji działających w kraju. W zdecydowanej większości pracują na podstawie umów cywilno-prawnych. To formalny stan rzeczy. Realny jest bardziej złożony.
Uczestnicząc w setkach wydarzeń biznesowych spotykam na nich wiele hostess i hostów. Od jakiegoś czasu zauważam, że nasze podejście, czyli uczestników i uczestniczek, do hostess pozostawia wiele do życzenia. Nazwałbym to zachowanie poznawczą przezroczystością. Widzimy wykonywanie tej pracy i nadużycia, do jakich w trakcie jej wykonywania dochodzi praktycznie wszędzie, ale jednocześnie zachowujemy się tak, jakbyśmy nie dostrzegali w tym wszystkim aspektu ludzkiego.
Dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się temu problemowi wspólnie z Moniką Kulik (koordynatorka), Anią Perlik-Piątkowską, Zuzanną Rudzińską-Bluszcz, Magdą Bigaj i Witoldem Drożdżem, osobami związanymi z Komitetem Dialogu Społecznego KIG i Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Przygotowaliśmy raport pt. „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje” (do pobrania tutaj). Praca nad nim była dla nas kopalnią wiedzy, ale też lekcją pokory, zawstydzenia i – mamy nadzieję – społecznej wrażliwości.
Przytoczę tu tylko kilka wniosków z raportu. Molestowanie seksualne, niestosowne, niegrzeczne i agresywne zachowania klientów należą do najtrudniejszych i dość powszechnych sytuacji, z jakimi mierzą się młode kobiety w swojej pracy. Co gorsze, nie za bardzo wiedzą, jak mogą reagować, bo jednocześnie skarga ze strony klientów oznacza dla nich poważne kary finansowe. To profesja z ogromną dominacją pracodawcy, gdzie istnieje znacząca uznaniowość w zakresie zmniejszania wynagrodzeń za niewłaściwe wywiązanie się z obowiązków. Powszechny jest także brak wsparcia podczas trudnych rozmów z klientami czy całkowita nieproporcjonalność zobowiązań. Jedna z badanych osób wprost relacjonowała, że za spóźnienie do pracy musi płacić tysiąc złotych kary. Jednak kiedy to agencja odwoła zlecenie w ostatniej chwili, pracownik nie otrzymuje za to żadnej rekompensaty. Dominuje forma umów cywilno-prawnych – umów zleceń, a także umów o dzieło (sic!). Często umowy podpisywane są po wykonaniu pracy. Rozmówczynie opowiadają, że zdarza się, iż nie otrzymują wynagrodzenia w ogóle.
Wspomniałem wcześniej, że w związku z brakiem wiedzy, mamy do czynienia z całym szeregiem krzywdzących stereotypów na temat tej profesji. Jedne kierują uwagę w stronę silnego podtekstu seksualnego i „pracy ciałem”. Co ciekawe, rozmówczynie podają, że spotykają się z formą pogardy także ze strony samych kobiet. Inne stereotypy przedstawiają tę pracę jako łatwą i lekką, a wykonujące ją osoby jako ładne, ale dość głupie. W rzeczywistości większość pracujących w taki sposób to studentki dorabiające dzięki elastycznemu czasowi pracy. Nie każda praca jest aż tak łatwa i bezrefleksyjna. Wykonujący ją muszą umieć nawiązywać kontakty i podtrzymywać relacje z ludźmi, charakteryzować się odpornością na stres, radzić sobie w niełatwych sytuacjach społecznych, czasami posiadać wiedzę specjalistyczną, a nawet kierunkowe wykształcenie. Praca ta wykonywana jest w bardzo trudnych warunkach. Wiele godzin spędzanych na nogach, w niewygodnym obuwiu, w ubraniu nieadekwatnym do temperatury (na przykład kara za ubranie bluzy w pracy wykonywanej obok lodówek).
Nieuczciwe byłoby twierdzić, że wszystko w tym zawodzie jest złe. Niesie on ze sobą także korzyści, jak choćby wskazana już wyżej elastyczność czasowa (praca w weekendy, wieczorami), a także zdarzające się naprawdę dobre wynagrodzenia. Same hostessy mówią, że może to być również szkoła umiejętności przydatnych na późniejszych etapach rozwoju zawodowego, poznawania ciekawych ludzi i miejsc, a nawet wiedzy, szczególnie pracując przy konferencjach i wykładach.
To wszystko jednak wiele mówi o nas jako o społeczeństwie, że wykonywana dorywczo praca nie jest dla tych dziewczyn powodem do szczególnej dumy. Mimo tego, że w wielu przypadkach to pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze, to pojawiają się świadectwa ukrywania informacji o formie zarobkowania przed rodzicami. Jedna z kobiet, studentka politechniki, przyznaje, że kiedy otrzymuje z agencji propozycje pracy przy wydarzeniach na jej uczelni, nawet ich nie czyta. Nie chce pokazywać się jako hostessa swoim koleżankom, kolegom i wykładowcom.
To, co wydaje mi się jednym z najpoważniejszych zagrożeń systemowych, to fakt, że dla większości z nich, to pierwsza praca. Doświadczenie tylko kilku z listy toksycznych zachowań może zbudować przekonanie o swoistej normalności tego rodzaju relacji, byciu gorzej traktowaną, arbitralnie ocenianą i karaną, nierzadko oszukiwaną. Wypowiedź badaczki:
„Rozmowy z hostessami uświadomiły mi jak bardzo młode osoby są zagubione na rynku pracy i jak ich brak doświadczenia i wiedzy jest często wykorzystywany przez innych. Hostessy nie wiedzą jak się bronić, bo brak im odpowiedniego przygotowania i odpowiednich narzędzi. Takie osoby łatwo wykorzystywać będąc na bardziej uprzywilejowanej pozycji”.
Naszą intencją nie jest doprowadzanie do zlikwidowania tego rodzaju profesji czy odmawianie prawa do jej wykonywania. Nie mamy jednak wątpliwości, że należy stworzyć uczciwe i godne warunki dla jej wykonywania, zbudować znacznie większą świadomość społeczną wokół bolesnych doświadczeń tysięcy osób, ukrócić całą masę nadużyć i ludzkiej nieuczciwości. Do podjęcia działań w kierunku zbudowania katalogu dobrych praktyk i kodeksu etyki przekonujemy przedstawicieli organizacji marketingowych i eventowych, pracodawców, biznesu i organizatorów wielkich wydarzeń, na rzecz których takie usługi są najczęściej świadczone. Uważamy też, że z punktu widzenia ideowej misji, powinien to być również temat zainteresowania związków zawodowych, a także osób zajmujących się społeczną odpowiedzialnością przedsiębiorstw czy tzw. zarządzaniem zasobami ludzkimi (HR), a więc najbardziej uspołecznionych funkcji wielu przedsiębiorstw i instytucji. Nie chcemy abstrahować od instytucji publicznych, urzędów, uczelni i szkół. Z punktu widzenia nadużyć i skali nieuczciwości związanych z łamaniem praw człowieka, brakiem zapłaty, wadliwymi umowami, nadużywaniem pozycji, liczymy na przyjrzenie się mu przez Rzecznika Praw Obywatelskich, a także Państwową Inspekcję Pracy i inne organy państwa, mające za zadanie ochronę pracowników i ich godności. Konstruktywna interwencja w tej sprawie to także kwestia zadbania o przejrzystość reguł życia społeczno-ekonomicznego.
Konrad Ciesiołkiewicz
przez redakcja | poniedziałek 4 listopada 2019 | klasyka, opinie
Najznamienniejszym zjawiskiem w ogólnej, tak szybko, nawet gwałtownie dokonywującej się dziś ewolucji ludzkich pojęć jest niezawodnie coraz głębsze uświadamianie się w masach pojęcia równości obywatelskiej.
Jest to najdonioślejsze zwycięstwo obecnej chwili.
Atoli uświadomienia tego ostatnim wyrazem stanie się, a raczej staje się obywatelskie uświadomienie kobiety. Prawda, trzeba było bardzo silnego wstrząśnienia kajdanami wszechniewoli, ażeby i kobietę wyprowadzić z biernego poddaństwa i pchnąć ją do walki. Dziś już do walki pchniętą została. Uczuła nareszcie, że czas i jej stanąć do wspólnej pracy na wielkiej arenie publicznego życia. Że i jej należą się wszystkie obywatelskie prawa, wszystkie bez wyjątku, aby mogła spełniać wszystkie obywatelskie obowiązki.
I oto druga, epokowego znaczenia zdobycz dni naszych. Bo jeżeli przyszliśmy do przeświadczenia, że największym błędem naszej polityki przeszłości, błędem, który nas do upadku przywiódł i w niemocy pogrążył, było usunięcie ludu, uznawanego dzisiaj za fundament narodu, od współudziału w pracach tego narodu, to z równą pewnością twierdzić możemy, że drugim takim błędem dla pomyślności narodu nie mniej złowrogim, jest usuwanie od tej pracy kobiety. Im prędzej tedy błąd ten naprawionym zostanie, im prędzej tak nieopatrznie lekceważone i marnowane siły, których nie mamy za wiele, lekceważyć i marnować przestaniemy, tym prędzej zbliżymy się do urzeczywistnienia naszych narodowych i ogólnoludzkich ideałów. Bo choć zdobędziemy wolność, wolnym narodem się nie staniemy, dopóki połowa ludności praw obywatelskich pozbawioną będzie.
A któryż naród jest w tym stopniu powołany nieść przed innymi kaganiec wolności, jeżeli nie ten, co w tradycjach swych posiada tak wspaniały kult wolnego ducha, i nie ten, co tyle bojów za swoją i cudzą wolność toczył, i tyle bólu, i tyle męki, i tyle tortur przeżył? A przeżywała je z nim razem i kobieta i to jej całkiem szczególnej dostojności dodało. Kobieta polska wcześniej się rozwinęła, wcześniej dojrzała i wcześniej od innych otrzymała chrzest człowieczeństwa. Tedy śmielej niźli każda inna może żądać praw człowieka i dotkliwiej niźli każda inna odczuwać musi wszelką krzywdę i wszelkie bezprawie. Hasło: równe prawa wszystkim mężczyznom, wyższe jest niewątpliwie od kastowych haseł minionej epoki: „prawa szlachcie”, „prawa mieszczaństwu”, „prawa duchowieństwu”, ale zważmy, jaki niedostatek jeszcze i jaką ułomność wykazuje to na płci osobnika gruntujące się uprawomocnienie. O ileż wyższe jest i więcej demokratyczne i więcej ludzkie to hasło nowe, które idzie i rozbrzmiewa dookoła, a tu i owdzie już zwycięstwa święci: równe prawa wszystkim!
W imię hasła tego, z inicjatywy, rzuconej na Zjeździe w Krakowie w r. 1905, stanęły kobiety do nowej pracy. We wszystkich dzielnicach polskich postępowe żywioły jęły organizować swoje szeregi, zakładać związki, stowarzyszenia, pisma, zdobycie praw obywatelskich dla kobiet mające na celu.
Ale oto stało się, że młode te organizacje, zanim zdążyły jeszcze skonsolidować się, wypracować programy, nakreślić plan działania, do działania tego musiały przystąpić natychmiast, a mianowicie w Galicji, aby wziąć udział i stanowisko swoje zaznaczyć w walce o prawa polityczne, przy przygotowującej się w r. 1905 i 1906 reformie wyborczej w Austrii.
Ten pierwszy krok szerszej politycznej akcji kobiecej był nader ważny i nader trudny, dlatego chcę go tu bliżej omówić, aby następnie wyciągnąć wnioski ku pożytkowi dalszej naszej pracy, a także aby wykazać, jaką naglącą koniecznością jest objęcie ruchu naszego w bardzo ścisłe ramy stałej organizacji.
Otóż ważnym był ten pierwszy krok, albowiem przy dokonywującej się reformie wyborczej w Austrii, a dokonywującej się w tak doniosłym momencie historycznym, kobiety nie powinny były być pominięte; powinny były prawa polityczne uzyskać, zwłaszcza, gdy je przed reformą wyborczą w minimalnej mierze już posiadały. Jakimże tedy prawem logiki wówczas, kiedy ogół męskiej ludności prawa zyskiwał, one, najwięcej pokrzywdzone, traciły i te, które już posiadały? Wszystko jedno jakie były te utracone prawa, chodzi o fakt tej eksorbitancji prawnej, o fakt sprzeczności nawet z ustawowymi paragrafami państwa, według których to paragrafów obywatele mogą nowe prawa pozyskiwać, lecz raz pozyskanych nie mogą tracić.
Trudny zaś był ten pierwszy krok dla kobiet, gdyż do życia politycznego niezaprawione przystępowały do niego z całym dyletantyzmem, brakiem doświadczenia, przystępowały prawie po omacku. Popełniły też zaraz na wstępie kardynalny błąd, iż zamiast podjąć akcję samodzielnie, dobyć sił z siebie, pójść jakąś własną drogą, wstąpiły od razu na szlaki partyjne, oddały się pod partyjną komendę, odbierając w ten sposób agitacji swej całą powagę i niezależność.
Rzecz prosta, stronnictwa polityczne, o ile nie mogły ruchu tego stłumić, usiłowały objąć nad nim kuratelę, wyzyskać go dla własnych interesów i podporządkować własnej dyscyplinie; usiłowania uwieńczone zresztą dobrym skutkiem.
Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne początkowo, jak wiemy, odnosiło się bardzo nieprzychylnie do zawiązujących się organizacji równouprawnienia kobiet. Naturalnie nieoficjalnie, bo byłoby to dla nas za wiele honoru, lecz poufnie, za pośrednictwem żeńskich parlamentarzy mówiono, nam – jak mówiono i wam tu także: „teraz nie pora na walkę o prawa kobiety, kiedy się toczy walka o prawa narodu”.
Zaiste przyznać trzeba, że może żadne z panujących u nas pojęć nie jest równie bałamutne, mętne, równie nadużywane i równie bezmyślnie interpretowane, jak pojęcie, co jest narodową, a co nienarodową pracą lub walką. Roztrząsane przy każdej okazji, najważniejszej i najmniej ważnej, często pracy i usiłowaniom podejmowanym w najidealniejszych celach, staje się zatrutą strzałą bez pardonu godzącą i w pracę, i w pracownika. Nic też dziwnego, że godziła i w organizującą się pracę kobiety.
Otóż można by spytać, czyż ta kobieta stoi na zewnątrz swego narodu? A prawa jej czyż nie byłyby prawami jej narodu? Czyż do niego nie należy?
Nie przypuszczam złej woli, ale jest jakaś wielka pomyłka w tym twierdzeniu, jakieś wielkie nieporozumienie, a nieporozumienie to podnoszę tu z tym większym naciskiem, ile że mu ulegają i kobiety same, zwłaszcza mniej samodzielnie myślące, a zapatrzone w Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. Pragnąc gorąco pracować dla swego społeczeństwa, nie zawsze i niedokładnie zdają sobie sprawę, co i jak czynić im należy, w ciągłej obawie pozostając, czy dana praca, do której zresztą pociąga je nawet jakieś wewnętrzne przekonanie, będzie dosyć narodową. Raz w raz na różnych zebraniach, zwłaszcza poufniejszej natury, z takim narodowym zakłopotaniem spotkać się można.
Gorzej jeszcze: i te kobiety nawet, które osobiście wyemancypowały się już z więzów niewolniczej przeszłości, skrzętnie powtarzają: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety, potrzebnego na walkę narodową”.
Otóż w jakiż sposób wyizolować tę pracę narodową od wszelkiej innej? Gdzie oznaczyć granicę, u której kończy się praca dla narodu, a zaczyna jakaś praca odrębna, nie dla narodu? Jeżeli praca nad wyzwoleniem kobiety nie jest pracą narodową, to i praca nad wyzwoleniem ludu, nad wywalczeniem lepszej doli rzeszy robotniczej, nad podniesieniem jakiejkolwiek warstwy, jakiegokolwiek stanu ludności byłaby pracą nienarodową, na którą obecnie szkoda czasu. A jeżeli tak nie jest, jeżeli i walka o prawa chłopa i walka o prawa robotnika, o prawa dziecka, o prawa każdej gromadki ludzi jest pracą dla narodu, a jest nią niewątpliwie, bo do podniesienia tego narodu dąży, to jest nią także i walka o prawa kobiety, o jej wyzwolenie. A w jakiż inny sposób można wyzwolić i podnieść lud i w jaki sposób można wyzwolić kobiety, nie wyprowadzając ich z gnębiącej, długowiekowej niewoli. W jakiż sposób dać im możność pracowania dla narodu, gdy się im odmawia prawa tej pracy?
Jeżeli w znaczeniu ogólnym pracą narodową jest każda praca dodatnia dokonywana w narodzie i dla narodu, jakkolwiek bezpośrednio służy danej warstwie lub danemu odłamowi ludności, bo naród nie jest żadną abstrakcją, lecz zrzeszeniem tychże warstw i grup ludzkich i wszystko, co stanowi o szczęściu, wielkości, kulturze i moralności narodu, stanowi o kulturze, moralności itp. każdej odrębnej grupy ludności i wzajemnie, jest niewątpliwie dziedzina ściśle narodowej pracy, tej pracy, która bezpośrednio służy ogółowi, tj. całemu narodowi, a ma na celu obronę jego praw, jego bytu, ochronę jego całości, jego bezpieczeństwa i jego stanowiska na zewnątrz wobec innych narodów. W państwach konstytucyjnych prace te, jak wiemy, wykonują organy polityczne i ustawodawcze, zatem gdy kobiety dopominają się praw politycznych, tedy dopominają się właśnie udziału w tej najistotniejszej pracy narodowej.
Tu zaś, na tej ziemi, gdzie nikt z nas żadnych ludzkich praw nie posiada, my kobiety, żądając równouprawnienia, żądamy współudziału w walce o te prawa narodu, w pracy dla jego przyszłości, żądamy uczestnictwa w odbudowywaniu gmachu narodowego. A żądamy tego, bo mamy prawo sądzić, że ta budowa będzie lepsza i pewniejsza, i silniejsza, gdy i my rękę swą do niej przyłożymy. Bo czujemy się na siłach pracować na wszelkich posterunkach i na wszelkich polach, nie tylko na nieużytkach. Toteż pełne ironii wydają się nam słowa: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety”.
Żeby skończyć z tą kwestią, dodam jeszcze, że jedyne momenty, w których nie szkoda czasu, lecz nie ma czasu na walkę o żadne inne prawa oprócz praw całego narodu, to są momenty czynnych ruchów rewolucyjnych. W tych momentach atoli kobieta staje się niemal więcej równouprawnioną niźli w innych, no i widzieliśmy i widzimy, że z tego równouprawnienia często w bohaterski sposób korzysta.
Takie było pierwotnie względem nas stanowisko Narodowej Demokracji.
Pod wpływem ożywionego ruchu kobiecego w Galicji w ostatnich paru latach, a zwłaszcza pod groźbą skłaniania się licznych grup kobiecych ku stronnictwom radykalnym, oświadczającym się za prawami politycznymi dla kobiet, Narodowi Demokraci zaczęli ustępować, w końcu nawet oświadczyli, że nie są wcale przeciwnikami praw politycznych dla kobiet, i owszem, gotowi je popierać, ale rzecz prosta nie na zasadzie jakiejś powszechności głosowania, bo to przecież dla nas kobiet nie miałoby żadnego sensu, ale na starej, z dawna wypróbowanej a w skutkach niezawodnej zasadzie kurialnej. Poseł Głąbiński, jako przedstawiciel Stronnictwa, zobowiązał się też przemawiać w naszej sprawie w komisji reformy wyborczej w Wiedniu. Zobowiązał się i na tym poprzestał, bo jak się następnie okazało, ani myślał zobowiązaniu temu zadośćuczynić. Natomiast z wielką gotowością, oddajmy mu sprawiedliwość, wniósł jedną z naszych petycji o prawa polityczne do Rady Państwa.
Pomimo tego na pozór już życzliwego stanowiska Stronnictwa Narodowej Demokracji dla naszego ruchu o prawa polityczne, odłam kobiet sympatyzujący z tymże stronnictwem, wbrew wszelkim usiłowaniom nie dał się przecież skłonić do zorganizowania związku równouprawnienia kobiet, lękając się, aby taka organizacja nie stała się zamachem na dobro narodowe.
Natomiast i w Krakowie i we Lwowie organizacje takie zawiązały żywioły radykalniejsze, ciążące ku stronnictwu socjalnej demokracji.
Niestety, kobiety od wieków hodowane do posłuszeństwa, zawsze jeszcze komuś posłuszne być muszą. Z nielicznymi wyjątkami wyłamującymi się spod tej reguły, jedne słuchają SND, drugie słuchają PPSD [Polska Partia Socjalno-Demokratyczna]. Temu też stronnictwu tym razem podporządkowały zupełnie robotę swoją, a zwłaszcza całą akcję około reformy wyborczej.
Byliśmy też świadkami całego szeregu agitacyjnych wieców kobiecych zwoływanych w sprawie tejże reformy wyborczej, na których to wiecach o własnych prawach kobiety mówiły, ale mówiły raczej pobieżnie i okazjonalnie tylko, natomiast i przede wszystkim silnym głosem dopominały się o równe prawa wyborcze dla proletariatu męskiego, który pomimo tak krzywdzącej go jeszcze naówczas ordynacji wyborczej, w prawa polityczne w każdym razie lepiej był wyposażony niźli one same. A czyniły to w przeświadczeniu, że w ten sposób właśnie najlepiej i najskuteczniej służą sprawie ogółu i sprawie ogólnego postępu. Stanowisko pełne idealizmu (wyznać trzeba!), zaprzeczające też kategorycznie charakterystyce kobiety skreślonej przez czcigodnego autora „Duchów” w przemówieniu na Zjeździe: „kobiety odgradzającej się ostrokołem od całego obszaru życia, walczącej o własne wyzwolenie, a obojętnej na niewolę innych”. Ja śmiem twierdzić, że my takich kobiet nie posiadamy wcale w naszym społeczeństwie. I owszem, nasze kobiety wpierw walczyły o prawa dla wszystkich innych, zanim podniosły głos o prawa dla siebie. Dlatego też tak się opóźniły w walce o własne wyzwolenie. Więcej nawet powiedzieć można, dziś właściwie jedne kobiety tylko, te które walczą, walczą o wolność i wyzwolenie wszystkich. Podczas kiedy stronnictwa męskie na pierwszy plan wysuwają swoje interesy i interesy warstw, które reprezentują, kobieta, jak widzimy i w omawianym tu wypadku, w każdej chwili gotowa poświęcić ten własny swój interes dla dobra ogółu.
Ale czy istotnie służyła ona dobru ogółu zaprzestając – choćby tylko chwilowo – walki o prawa własne? Czy istotnie dopominaniem się o te prawa dla siebie przeszkadzałaby w uzyskaniu tychże praw męskiemu proletariatowi, jak to twierdzili socjaliści? Ja sądzę wprost przeciwnie. Im powszechniejsze i szersze jest żądanie, tym pewniejsze do zrealizowania. „Nie można odmawiać jakiejkolwiek warstwie ludności męskiej praw, o które dziś dopominają się już nawet kobiety”. Oto zdanie dające się dziś słyszeć po parlamentach, sejmach europejskich, a zbijające twierdzenie socjalistów. Mówiły dalej kobiety: czym szersze kręgi ludności obejmie reforma wyborcza, tj. im powszechniejsze i równiejsze będą prawa mężczyzn, tym większe widoki uzyskania tychże praw i dla nas. Niezawodnie. Tak przynajmniej należałoby się spodziewać… Zwycięstwo idei demokratyzacji politycznej musi stać się w następstwie zwycięstwem idei równouprawnienia kobiet, ale musi i stanie się o tyle tylko, o ile kobiety o to równouprawnienie walczyć będą. Bez tego nigdy nic nie uzyskają. Bo nigdy bez ich współudziału nie nastąpi moment takiego „optimum” dla sprawy równouprawnienia, żeby im prawa polityczne ofiarowano bez względu na to, czy ich żądają lub nie. Oto niedawno w Londynie minister Asquith oświadczył deputacji kobiet, że nie jest w zasadzie przeciwny nadaniu im praw wyborczych, lecz tylko w takim wypadku, gdyby to było zgodne z życzeniem większości kobiet, o czym wszakże nie jest przekonany.
Również nie jest rzeczą pewną, żeby proletariat męski, zdobywszy prawa dla siebie, zechciał tak chętnie i bez oporu dzielić się nimi z kobietami, jak to one mniemają. Zwracam uwagę, że w krajach, gdzie prawo powszechnego głosowania dla mężczyzn dawno istnieje, walka kobiet nie stała się przez to łatwiejszą. Widzimy, że ani we Francji, ani w Niemczech, ani nawet w większości Stanów Zjednoczonych kobiety praw politycznych nie posiadły dotąd, bo nie walczyły o nie dostatecznie.
To były pobudki, jakimi się kierowały kobiety wybierając taką a nie inną taktykę podczas agitacji o reformę wyborczą w Galicji. Jakie pobudki powodowały kierownikami tej akcji kobiecej do rekomendowania wstrzemięźliwości wyborczej, wiadomo nam wszystkim. PPSD pilnuje przede wszystkim interesów męskiego proletariatu. O interesy kobiet, o ile te nie są ściśle z ich własnymi związane, troszczy się niewiele i pomimo wszelkich w tym kierunku oświadczeń, na razie przynajmniej praw politycznych dla kobiet nie pragnie, przewidując, co przewidują i socjaliści innych krajów, że kobiety, jako żywioły konserwatywniejsze, przyszedłszy do głosu, oddziaływałyby źle i szkodliwie na ruch postępowy.
Pod pewnym względem mają rację, ale tylko pod pewnym. Bo naprzód jest rzeczą niezawodną, że proletariat żeński, tj. ogromna większość kobiet, uzyskawszy prawa wyborcze będzie się solidaryzować z proletariatem męskim. A jeżeli pomiędzy kobietami znajduje się, a znajduje się niewątpliwie, dużo żywiołów wstecznych, reakcyjnych, to tych reakcyjnych żywiołów nie brak również i pomiędzy mężczyznami wszelkich warstw, zwłaszcza między ludem, a i między robotnikami także. A przecież nikomu z PPSD nie przychodzi do głowy, ażeby na tej zasadzie odmawiać im lub też nie żądać dla nich równych praw wyborczych. Zasada jest zasadą. Albo się ją wyznaje, albo nie. Wyznawać ją tylko o tyle, o ile odpowiada naszym chwilowym życzeniom lub naszym chwilowym widokom, jest to oportunizm z najelementarniejszymi pojęciami etyki, a nawet logiki niezgodny, jest to taktyka małej miary. Nie przeszkadza to, że taką taktykę uprawiają szeroko wszystkie nasze stronnictwa. Surowo piętnując ją u drugich, uprawiają stale u siebie. I na tym polu najkrańcowiej przeciwne partie są sobie bliskie, pokrewne i śmiało sobie ręce podać mogą. Konserwatywni i SND zwalczają proletariat w imię dobra ogółu, lękają się żywiołów nieoświeconych, nie patriotycznie usposobionych, lękają się tak nazwanej zarazy socjalistycznej. Socjaliści powstrzymują kobiety od walki o równouprawnienie polityczne również w imię dobra ogółu; i lękają się znowu zarazy wstecznictwa kobiecego. SND mówią do walczącego ludu: najprzód prawa dla narodu, potem dla was. PPSD mówią do kobiet: najprzód zdobędziemy prawa my, potem walczyć będziemy o prawa dla was.
Może to i prawda. Ale w takim razie prawdą może być i jedno, i drugie. Wszelako jedno postępowanie warte drugiego; przyczyny ich jednej natury. Notabene, i jedni i drudzy bardzo chętnie do posług swych zaprzęgają kobiety. Chcąc niecierpliwszym żywiołom skrócić czas oczekiwania tych błogich chwil, kiedy to na walkę o ich prawa kolej przyjdzie, każą im tymczasem sobie pomagać, każą im na rzecz swoją agitować. I kobiety agitują. Agitacja taka, wciągając kobiety do pracy politycznej, z praktycznych względów mogłaby nie być bez korzyści. Mówię „mogłaby”, gdyby kobiety nie usiłowały naśladować agitacyjnej taktyki mężczyzn, namiętnej, bezwzględnej, częstokroć brutalnej bardzo. Taktyki, która bodaj czy nie stanowi właśnie zasadniczej przeszkody, opóźniającej zwycięstwo najpiękniejszych postulatów w ten sposób bronionych.
Wszyscy, którzy mamy oczy otwarte ku prawdzie, a serca wrażliwe na nędzę i krzywdy pracującego ludu, wiemy i czujemy doskonale, iż to, o co walczy dziś ten lud, wcześniej czy później musi być uwieńczone zwycięstwem, że wszystkie twierdze przywilejów muszą runąć jedna za drugą, a przecież wyznać musimy, że hasła, jakimi tę walkę się prowadzi i oręże, jakimi się w niej posługuje, całą wielkość wielkim ideom odbierają. Idee socjalizmu są godne wielkiego ludu, ale taktyka jego przedstawicieli bywa często godną tylko gawiedzi.
Idea narodowości jest siłą potężną, ale nie w rękach drobnych kramarzy ducha, handlujących nią, jak się handluje świętościami pod murami Częstochowy. Patrząc na to – jak niegdyś Diderot wołał do współczesnych – „rozszerzcie wy tego swego Boga, bo taki jakim go czynicie, może bóstwo zohydzić” – tak my mamy ochotę wołać: rozszerzcie wy tego boga narodowości, bo taki jakim go czynicie może narodowość zohydzić.
Nie mówiąc o tym, co się dzieje tu, do jakiego zamętu i rozkiełznania wszelkich pojęć moralnych doprowadzają walki partyjne, bo tu warunki zupełnie wyjątkowe i zamęt nieunikniony, zwracam uwagę na systemy agitacyjne pokojowe, stronnictw politycznych w Galicji, na ten cały szereg nadużyć, gwałtów, fałszerstw dokonywanych przy wyborach i to przez frakcje, jak teraz przy ostatnich, zjednoczone w Radzie Narodowej, które powinny stać się dobrym przykładem tej młodej, świeżo w polityczne życie wchodzącej rzeszy polskiego ludu. Albo z drugiej strony, te najwyższym niesmakiem przejmujące różne alokucje zwracane do tego ludu przez PPSD, te wszystkie suche wierzby wyciągające ramiona po ciała szlachciców, te wizje płonących wsi i dworów szlacheckich i tym podobne bardzo lichego gatunku parabole, rozbrzmiewające w mowach przywódców tego stronnictwa, i często do najwspanialszych przemówień np. takiego Daszyńskiego wprowadzające w jednej chwili atmosferę budy jarmarcznej. Aż trudno zrozumieć, że mówca tej miary i działacz mający do spełnienia takie ważne i piękne zadania, na równie tandetne, ku schlebianiu dzikim instynktom tłumu obliczone frazesy, pozwalać sobie może!
Niezawodnie łatwiej jest podziałać na niski instynkt ciemnego tłumu, bo tylko na ciemny tłum takie środki działać mogą, niźli ten tłum podnieść, uszlachetnić i innymi motywami do walki pobudzić. Więc panowie agitatorzy chwytają z pośpiechu roboty łatwiejsze, ale czyniąc tak, lud ten krzywdzą, bo zamiast budzić w nim człowieka, budzą zwierzę. A krzywdzą go i tym, iż odbierając mu wiarę w siłę walki uczciwej, prawej, honorowej, która jest potęgą wszechmocną, rzucają mu podniecające frazesy, że kiedy przeciwnika nie można zwalczyć, to nie pozostaje nic innego jak spalić go lub powiesić na suchej wierzbie.
Czy do takiej walki stanąć ma kobieta? Ta, od której oczekujemy, że będzie nam zwiastunką pokoju, pogody, harmonii? Że przyjdzie nie rany zadawać, ale rany koić; że wniesie do życia publicznego jakiś element szlachetności, tak odeń dziś jeszcze daleki; że uprawniona nie tylko podniesie liczbę uprawnionych, lecz podniesie ich wartość, ich dostojność obywatelską?
Nie do takiej walki stawać nam, ale przeciwko niej. Nie od powtarzania starych błędów zaczynać nam, ale naprawę wszelakich brać na siebie. Nie w stare łożyska zwracać nowe fale!
Jeżeli mamy dokonać jakichś doniosłych, samodzielnych czynów, musimy za wszelką cenę wyzwolić się z tego dreptania po cudzych szlakach. Musimy się zdobyć na niezależność i sądów, i czynów. Musimy sobie stworzyć własną komendę i własny kierunek. Musimy sobie znaleźć własną drogę. Inaczej z niepełnoletności i poddaństwa i niedojrzałości nie wyemancypujemy się nigdy.
Jakąż ma być ta przyszła droga nasza?
Można by powiedzieć, że dziś, kiedy nie posiadamy jeszcze żadnych praw politycznych, nie pora zastanawiać się, jakimi drogami pójdziemy, gdy je uzyskamy, do jakich celów zdążać będziemy, jakimi środkami się posługiwać, że nie pora jeszcze na kreślenie programów politycznych, ale raczej wszelkie usiłowania skierować należy ku zdobyciu praw i przygotowaniu terenu do przyszłej pracy. I my tak sądziliśmy. I tak sądząc przy omawianiu organizacji równouprawnienia kobiet postanawialiśmy oprzeć ją na zasadzie zupełnej bezpartyjności politycznej, wychodząc z założenia, iż ponieważ nie mamy praw we wszystkich warstwach społecznych, tak niższych jak i wyższych, walką naszą objąć je musimy wszystkie, objąć wszelkie dziedziny interesów i pracy kobiecej i w ten sposób zgrupować około akcji politycznej jak najszersze koła wszelkich kierunków i przekonań.
W myśl tego postanowienia w pierwszych programach stowarzyszeń równouprawnienia kobiet i tu i u nas w Galicji, przyjęty został paragraf politycznej bezpartyjności.
Bardzo prędko atoli okazało się i tu i tam, że kiedy toczy się walka o prawa polityczne, niemożliwe jest stanowisko takiej zupełnej politycznej abstynencji. Cały szereg doświadczeń ubiegłych paru lat przekonał nas o tym bardzo dowodnie. Kiedyśmy mówiły: żądamy tych samych praw, jakie posiadają lub posiądą mężczyźni, odpowiadano nam z ironią: „więc jest wam wszystko jedno, jakie prawa polityczne otrzymują mężczyźni, więcej czy mniej sprawiedliwe, bylebyście wy tylko otrzymały takie same?”.
I w tej odpowiedzi mieścił się pewien zarzut słuszny.
Niezawodnie nam nie było wszystko jedno, jakie prawa otrzymają mężczyźni, i owszem, stawiając żądanie nasze stawiałyśmy je właśnie na zasadzie przygotowującej się naówczas reformy wyborczej, według której było już niewątpliwym, że uzyskają prawa polityczne wszyscy mężczyźni bez wyjątku, tedy tym samym oświadczałyśmy się za tą nową ordynacją wyborczą, żądając rozszerzenia jej i dla kobiet. I nasi oponenci doskonale o tym wiedzieli, ale ponieważ to oświadczenie nasze z powodu braku wszelkiej barwy politycznej miało charakter trochę luźny i nieokreślony, partii politycznych nie mogło ono rzecz prosta zadowolić. Toteż i stowarzyszenia i grupy kobiet chcące wyjść z tej trudności przyłączyły się do najbliższych, tj. najpokrewniejszych przekonaniami stronnictw męskich, bez względu na to, czy te stronnictwa zupełnie lub niezupełnie odpowiadały ich interesom, potrzebom, a nade wszystko ich społecznym, narodowym i humanitarnym ideałom.
I tak widzieliśmy, że jedne grupy przyłączyły się do SND, drugie do ludowców, trzecie do PPSD. Z rozlicznych atoli dyskusji prowadzonych na ten temat, z rozlicznych badań, rozpatrywań, wynurzeń przyszliśmy jednak do przeświadczenia, że żadne z obecnie istniejących stronnictw politycznych psychicznym aspiracjom większości kobiet nie odpowiada w tym stopniu, aby się całkowicie z nimi zjednoczyć chciały lub mogły. W żadnym z nich nie znajdują one urzeczywistnienia istotnie wyższych a szczerych pojęć braterstwa i sprawiedliwości; nie znajdują tej atmosfery prawdy i prawości, gdzie słowo odpowiada czynowi a czyn słowu. Te kobiety nawet – a jest ich większość – które nie posiadają żadnego politycznego uświadomienia, to jedno uświadamiają sobie doskonale, że zasady ciasnego egoizmu klasowego rządzące naszymi stronnictwami wyłączają tę prostą, a przez kobiety wyżej cenioną i powszechnie wyznawaną zasadę: „nie czyń bliźniemu twemu co tobie niemiłe”. Kobieta jako organizacja bądź co bądź subtelniejsza, więcej uczuciowa i więcej etyczna, nie może przystosować się do karbów, jej właściwości psychicznych nie uwzględniających dostatecznie. Ona wchodząc w to życie polityczne musi sobie stworzyć szranki odpowiednie, w których łatwo i chętnie obracać się będzie. Musi, rozpatrzywszy programy wszystkich frakcji obecnych, wszystkie ich za i przeciw, zastanowić się, co może zachować dla siebie, a co jej usunąć należy, aby na miejsce tego usuniętego stworzyć coś nowego, coś lepszego przede wszystkim. Jeżeli ma się stać pożyteczną pracownicą, musi ona wnieść z pracą swoją jakąś nową cyfrę, nową wartość, jakiegoś nowego ducha.
I oto kierunek jej drogi i oto istota jej programu: do życia politycznego wprowadzić czynnik, dotąd jeszcze na międzynarodowym indeksie jako apolityczny pozostający: czynnik etyczny. Jednocząc wszelkie żywioły stojące na tym stanowisku, stworzyć stronnictwo tak silne, aby nie lękało się wyzwać do walki wszystkie ciemne potęgi świata i stawić czoło wielkim ewangeliom politycznym Talleyrandów, Napoleonów, Fryderyków, Bismarcków i im podobnych wielkich i mądrych drapieżników nauczających, że zasady państwa nie potrzebują wcale godzić się z zasadami moralności, że i owszem wszelka moralność musi być podporządkowana wymaganiom polityki; że największą cnotą polityczną jest egoizm narodowy, a największym politycznym rozumem – silna pięść.
Do jakich potworności doprowadzają owe ewangelie politycznego rozumu, wyzute i wyzuwające z wszelkich humanitarnych uczuć, wiemy wszyscy doskonale. Nie patrząc daleko, na zamorskie kolonie, gdzie państwa europejskie w rzekomo cywilizacyjnych celach poczynają sobie jak dzikie barbarzyńskie hordy, dość spojrzeć na to, co się dzieje w Wielkopolsce pod rządami państwa „dobrych obyczajów”. Czyż nie potworne jest to wydzieranie przemocą polskiej ziemi z polskich rąk, to wydzieranie przemocą ojczystej mowy dziecku, co zaledwie z powijaków wyszło!
Jeżeli wieki kultury doprowadziły do równie niecnych rezultatów, takie trujące chwasty wyhodowały, to pola tej kultury głęboko przeorane, a chwasty gruntownie wyniszczone być muszą, a dokonać tego może tylko współudział innych, nowych czynników, bo te, które dotąd czynne były, okazały dostatecznie i niemoc swoją i swoje znużenie.
Tym kategorycznie nowym, świeżym czynnikiem będzie i musi być kobieta. Ona na swoim sztandarze musi położyć hasło i nad realizowaniem hasła tego pracować każdego dnia i na każdym miejscu. „Sprawiedliwość wszystkim – krzywda nikomu i wszystkim równe prawa – nikomu przywilej”.
Z takiego założenia nietrudno wyprowadzić i określić zasadnicze stanowisko, jakie naszym organizacjom zająć należy odnośnie do głównych postulatów narodowych, społecznych i państwowych. Stanowisko tak wyraźne, aby wykluczało wszelkie konflikty pomiędzy prawem a obowiązkiem, pomiędzy dobrem ogółu a dobrem poszczególnych grup i jednostek, pomiędzy postępem a poszanowaniem dziedzictwa historycznego, tj. pomiędzy przeszłością a przyszłością, a na chwilę obecną i każdą sytuację, aby było jasnym drogowskazem naszym czynom.
Pierwszym celem i pierwszym obowiązkiem narodu jest praca nad pozyskaniem wolności obywatelskiej. Ku temu celowi zwracać winien wszystkie swoje siły i wszystkie swoje zabiegi. I polityka, i ekonomia społeczna, i pedagogika narodu, powinny być specjalnie do potrzeb jego przystosowaną. W imię tego dążenia do wolności i ścisłego zjednoczenia powinna być podejmowana każda jego praca.
A czynić tak jest obowiązkiem wszystkich i każdego z osobna. Zatem i każde stronnictwo, i każde stowarzyszenie, i każda instytucja zawiązująca się na naszej ziemi, pełniąc swe cele poszczególne, ku temu naczelnemu usiłowania swe zwrócone mieć winny. Z tym celem w duszy i na oczach pracować muszą i nasze organizacje równouprawnienia, przez podniesienie kobiety dążyć i przyczyniać się do podniesienia narodu. Wywalczać dla niej równouprawnienie na wszelkich polach pracy i życia, aby na wszelkich polach społeczeństwu i postępowi służyć mogły.
My, Polacy, mamy obowiązek i mamy przyczynę ojczyznę naszą kochać jeszcze więcej niźli Francuz kocha Francję, Szwed Szwecję, lub Anglik Anglię. Ale równocześnie im więcej ją kochamy, im więcej pragniemy mieć ją wielką i szlachetną, i wolną, tym więcej strzec ją musimy od skazy wszelkiej. Niech pod dachem tej naszej ojczyzny nie dzieje się krzywda nikomu a będzie sprawiedliwość wszystkim. Niech panuje równe prawo dla wszystkich – dla nikogo przywilej.
Więc nie wyznawajmy egoizmu narodowego, który jak każdy egoizm jest czynnikiem niskim i bezdusznym. Jeżeli sami naród własny kochamy, pozwólmyż innym kochać swój także.
Nie znaczy to, iżbyśmy bez obrony zostawiali i bez walki na łup wydawali jakiekolwiek dobro nasze, ale znaczy, że pilnie rozważać musimy, co jest dobrem naszym własnym, a co dobrem cudzym. I nie znaczy to, abyśmy lekkomyślnie marnotrawili nasze dorobki cywilizacyjne i nasze zdobycze, ale iżbyśmy się nie kusili o zdobywanie tego, co jest cudzą własnością. Silni, nieugięci i oporni względem tych, co nas gnębić usiłują, bądźmy pobłażliwi i wyrozumiali, a do pomocy skłonni słabym, których losy w naszym ręku. Wyznawcy egoizmu narodowego często wprost przeciwne stanowisko zajmują. Silni, despotyczni wobec słabych bywają ulegli, pokorni, do ustępstw i kompromisów skłonni tam, gdzie czują siłę. Nie tylko nie posługiwaliśmy się dosyć egoizmem, który żąda zawsze więcej niźli mu się należy, lecz nie umieliśmy nawet wyzyskiwać należycie tych praw obrony na wszelkich drogach i wszelkimi sposobami, jakie nam do rozporządzenia służyły.
Ale jeżeli chronić się nam trzeba od egoizmu narodowego tak pojętego, to również chronić się nam należy od drugiej ostateczności: lekceważenia i bagatelizowania spraw narodowych, jak to czynią niektóre grupy PPSD w Galicji. A czynią to w moim rozumieniu nie z pobudek uczuciowej natury, nie z powodu jakiejś rzeczywistej obojętności dla swego narodu, jak to skłonne twierdzić przeciwne obozy. Bo przywiązanie do swej ojczyzny nie jest bynajmniej cnotą i nie jest zasługą, lecz właściwością tak głęboko wrodzoną człowiekowi, jak wrodzoną jest matce miłość do dziecka. Niezawodnie można bardzo kochać wszystkie dzieci, a jednak swoje własne kocha się więcej, głębiej, inaczej. Tak i w znaczeniu narodowym można się uczuciowo czuć bliskim wszystkim narodom, a jednak najbliższym swojemu. Jest to prawo ludzkiej natury, czasem i przestrzenią ograniczonej, a nie ulegają mu zaledwie wyjątkowe jednostki. Tedy ta pozorna, powiedzmy teoretyczna obojętność narodowa, dawniej całego stronnictwa PPSD, dziś tylko pewnego jej odłamu, wynika z fałszywego podłoża i jednostronnie snutych rozumowań, a nade wszystko ze sztucznego bodaj w pierwszej fazie rozwoju ruchu socjalnego i ograniczenia zakresu aspiracji rzesz robotniczych do postulatów natury ekonomicznej. Niezawodnie dla tego, który cierpi niedostatek, często głód, a pozbawiony bywa najniezbędniejszych warunków znośnego bytu, kwestia chleba staje się koniecznie kwestią pierwszorzędną, do walki najsilniej pobudzającą. Atoli nie ulega wątpliwości, że z chwilą, kiedy kwestia ta o tyle o ile złagodzoną zostaje, powstają inne postulaty walki, w miarę budzących się i rozwijających potrzeb intelektualnych i moralnych, które również zaspakajane a nie tłumione być powinny.
Odbierając jednostce uczucia narodowe ubożymy ją niezawodnie. Tłumimy jej indywidualność, odbieramy jej jeden z zasadniczych elementów psychicznego bytu, jakim jest to czucie się cząstką całości, to uczucie przynależności do niej, oparcia na jej sile, a podpieranie jej siłą własną, to braterstwo tyczące towarzyszy spod jednego znaku. Tych węzłów nic nie zastąpi. Daremnie mówić robotnikowi: twoja ojczyzna to proletariat całego świata. Jest to abstrakcja. Zapewne wspólność pracy i wspólność celów walki to także węzły, ale luźniejsze, gdy na odległość zasnute. Powiedzmy człowiekowi, nie mającemu żadnej rodziny: twoja rodzina to społeczeństwo, w którym pracujesz, kiedy on od tej pracy powraca w puste, zimne, samotne ściany. Albo przerzućmy polskiego robotnika, jednego z tych, co mu to ojczyzną międzynarodowy proletariat, między proletariat angielski lub hiszpański, obcy językiem i obyczajem, i zobaczmy jak on się tam w tej międzynarodowej ojczyźnie czuć będzie. A potem dalszy eksperyment: pchnijmy za nim kilku jego druhów-rodaków, a ujrzymy, iż momentalnie, jak rozdzielone cząsteczki rtęci, spłyną się w jedną całość, w jedną odrębną grupę. Jest to prawo powinowactwa chemicznego. Dobrze to marzyć o międzynarodowej ojczyźnie, żyjąc wśród swojej.
„Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” było takim samym hasłem do wspólnej, wzmożonej i przez to skuteczniejszej walki o lepsze warunki bytu, jakim dziś jest hasło: kobiety wszystkich krajów, łączcie się, aby wzmożonymi siłami walczyć o wyzwolenie. Ale wspólna, solidarna walka w danej chwili nie wymaga zrywania węzłów ze swoim narodem, jak to długo sądzono, ani nie wyklucza przywiązania do kraju rodzinnego. Przeciwnie, kto nie umie być dobrym dzieckiem swej matki, dobrym synem swego narodu, nie będzie dobrym towarzyszem żadnej korporacji, żadnej zbiorowości, nie będzie pożyteczną, dzielną jednostką żadnej całości.
Widzimy też, że właściwie nigdzie PPSD nie przeciwstawia się narodom, do których należy, jak to czyni często jeszcze nasza plus catholique que le pape. Na ostatnim kongresie PPSD we Lwowie uważano za potrzebne tłumaczyć się z rzekomego przewinienia, że na Śląsku partia zmuszona była występować pod firmą polskiej partii socjalistów. Nie wiem, czy podobny fakt, w podobnych okolicznościach i warunkach mógłby zdarzyć się również we Francji, w Niemczech lub w którymkolwiek innym kraju. Ale gdyby nawet kwestia narodowości była dla nas obojętną, gdyby nawet fizycznie było możliwe, a praktycznie dla spraw lepszego bytu robotnika pożyteczne, wyzucie się z więzów narodowości i gdyby się z niej wyzuwali robotnicy wszystkich innych krajów, to i tak jeszcze polski robotnik przez samą godność, ambicję i dumę czynić tego nie może i nie powinien.
Nam, kobietom, należy pracować nad przyśpieszeniem takiego momentu psychologicznego, w którym by sprawami ludzkimi rządziły nie egoizmy narodowe czy klasowe, ale szlachetniejsze czynniki honoru i sprawiedliwości. Strzec nie tylko interesów narodu, lecz strzec jeszcze usilniej jego cnoty, jego honoru, jego prawości, pamiętając, że z dwojga złego godniejszym jest narodu krzywdy ponosić, niźli krzywdy wyrządzać.
A jeżeli do stosunków politycznych i narodowych pragniemy wprowadzić tę samą etykę opierającą się na poszanowaniu wszelkich praw bliźniego, jaka obowiązuje w stosunkach osobistych, to tenże sam czynnik musi być dla nas decydującym w każdej dziedzinie, więc i w dziedzinie spraw społecznych.
Nie mogąc tu rozpatrywać poszczególnych zagadnień społecznych zaznaczę najogólniej, że w walce klas słabsi i pokrzywdzeni znajdować w nas mają bezwzględnych obrońców. Bo choć szeregi nasze organizujemy do walki o równouprawnienia kobiety, jako najwięcej pokrzywdzonej w obecnym tak politycznym, jak i społecznym ustroju, to przecież równie blisko na sercu leżeć nam będzie sprawa wyzwolenia ludu i rzesz robotniczych ze wszelkiego materialnego lub moralnego ucisku. Wyznawcy równości i braterstwa, popierajmy wszystko to, co dąży do zatarcia i zniesienia wszelkich różnic stanowych i klasowych pomiędzy ludźmi, a uczyni naród zbiorowiskiem równych obywateli pracujących w różnych zawodach, wedle swoich uzdolnień i upodobań.
Dziś stronnictwa poszczególne zwalczają często przywileje przeciwników w tym celu tylko, aby te przywileje pozyskać dla swoich. I tak: stronnictwo ludowe, mówiąc nawiasem najsympatyczniejsze ideowo i taktycznie – mówi do włościan: „teraz wy musicie ująć ster rządów w swoje ręce; teraz wam należy buława przewodnictwa narodu”, czyli mówi: teraz wy musicie być uprzywilejowanymi. PPSD mówi do robotników: „teraz wy pójdziecie na czele, jako głowa narodu, a inteligencja, jako ciury, za wami” (dosłowne przytoczenia z przemówień partyjnych wodzów.) SND mówi zaś: „Polska to my” – reszta to nie-Polacy, pół-Polacy, jeżeli nie zgoła nieprzyjaciele narodu.
Tak się dziś jeszcze zwalcza przywileje.
Każde z tych stronnictw dla siebie też anektując wszelkie cnoty i zasługi, wszystko złe niepodzielnie przypisuje i oddaje tym, co stoją poza jego szeregami. Dla narodowego demokraty tylko narodowy demokrata może być porządnym człowiekiem; dla ludowca tylko ludowiec, dla socjalisty tylko socjalista. Tymczasem w rzeczywistości wiemy, że we wszystkich stronnictwach znajdujemy ludzi dobra swego narodu nade wszystko pragnących i takich, którym oprócz dobra własnego wszystko obojętne, bo ludzie wszystkich warstw są sobie dosyć podobni, z jednej gliny ulepieni. Widzimy tak samo u chłopa, gdy się dorobił sporego kawałka, ziemi ten sam arystokratyzm, tę samą dumę, tę samą skłonność do ucisku i wyzysku słabszych, mniej zamożnych, jak i w sferach najzamożniejszych. Widzimy, jak najzapamiętalszy przeciwnik kapitalizmu z chwilą, gdy zdobędzie majątek, staje się typowym kapitalistą. Widzimy też na odwrót, jak potomkowie herbowych rodów popadłszy w ubóstwo, stają się, przy sprzyjających okolicznościach, całkiem porządnymi demokratami, przemysłowcami, nawet robotnikami. Anormalne stosunki wyrabiają anormalnych ludzi, tedy nie przeciwko ludziom, lecz przeciwko anormalnym stosunkom walczyć nam trzeba. Dla samej opozycji nie zwalczajmy nikogo, żadnego stronnictwa, żadnego przeciwnika i owszem, oddajmy każdemu, co mu się należy, ale zwalczajmy do upadłego wszystko to, co staje na przeszkodzie ku postępowi i uregulowaniu stosunków ludzkich na zasadzie sprawiedliwości.
Więc z całą energią zwalczajmy kapitalizm, jako pierwszą przyczynę wszelkich anormalności społecznych, a przede wszystkim przyczynę upośledzenia klas pracujących. Obecny ustrój kapitalistyczny poniża i degraduje pracę: obracając ją w swoją pokorną służebnicę i staje się jej samowładnym panem.
Najmniej uspołecznieni z nas i najmniej humanitarni przyznać musimy, że stosunek ten kapitału do pracy z brutalnego panowania siły nad prawem wynikający, jest antyspołeczny i antyetyczny. Że stosunek ten powinien i musi stać się wręcz odwrotnym, panem musi stać się praca ludzka – jej sługą kapitał.
Zwalczajmy militaryzm jako największą klęskę narodów, rujnującą je ekonomicznie i moralnie, a stanowiącą najcięższe okowy dla ogólnej cywilizacji.
Nic i to, że bojownicy wolności ludu wolność z militaryzmem godzić pragną. Że socjaliści niemieccy wznoszą okrzyki na cześć armii, że socjaliści francuscy wyprzysięgają się na wyścigi wszelkich słów, myśli i uczynków antymilitarnych, że nawet nasze stronnictwo ludowe oświadcza się przeciwnikiem antymilitaryzmu – my, kobiety, gdy wejdziemy do parlamentów musimy militaryzm zwalczać.
Ale nad militaryzm i nad kapitalizm, wrogiem większym, bo bliskim i codziennym, jest nam każda krzywda, każdy ucisk, każdy fałsz i każda nieprawość, przeciwko tym wrogom wielką i wytrwałą wieść nam krucjatę.
Więc mając takie zadania organizujmy się szybko, zgodnie, jednolicie. Niech nas nie dzielą małostki i drobne spory, a łączą wielkie cele.
Pamiętając słowa: „pierwszy krok do zrzucenia niewoli jest odważyć się być wolnym, pierwszy krok do zwycięstwa jest poznać własną siłę”.
Odważmy się być wolnymi, poznajmy naszą siłę!
Maria Dulębianka
___________________________
Powyższy tekst Marii Dulębianki to cała broszura z serii „Biblioteka Równouprawnienia Kobiet”, Warszawa 1908. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Broszura była napisana przez autorkę działającą w Galicji na potrzeby wydania w Królestwie Polskim podczas pewnej liberalizacji politycznej w toku rewolucji 1905 roku, stąd formuła niektórych jej fragmentów.
przez Łukasz Misiuna | niedziela 27 października 2019 | opinie
26 kwietnia 2019 roku na stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów ukazał się projekt rozporządzenia Ministra Środowiska w sprawie zmniejszenia powierzchni Świętokrzyskiego Parku Narodowego [Przypis nr 1]. Z treści dokumentu wynika, że z granic parku mają być usunięte trzy działki o łącznej powierzchni około 5 ha. Na tym terenie znajduje się m.in. Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Minister środowiska uzasadniając swój plan stwierdza, że teren ten utracił walory przyrodnicze, oraz że zaszła potrzeba uregulowania spraw własności gruntów. Sprawa wzbudziła poważne kontrowersje i zastrzeżenia, o czym licznie informowano w mediach [2, 3, 4]. Zdaniem przyrodników i działaczy społecznych, twierdzenie o utraconych walorach przyrodniczych nie znajduje potwierdzenia w danych terenowych i w rzeczywistej przyrodniczej randze terenu. Zgodnie z Ustawą o ochronie przyrody, zmniejszenie powierzchni parku narodowego może nastąpić jedynie w przypadku „bezpowrotnej utraty wartości przyrodniczych i kulturowych jego obszaru” [5]. Tymczasem żaden z tych warunków nie został spełniony. W ustawie nie ma też mowy o zmniejszaniu powierzchni parku z uwagi na „konieczność aktualizacji przebiegu granic tego Parku” [6] – jak uzasadnia minister środowiska w swojej odpowiedzi na interpelację posła Artura Gierady w tej sprawie [7].
Tożsamość i wartości
Święty Krzyż, czyli Łysiec lub Łysa Góra, to jeden z głównych szczytów Pasma Łysogórskiego w Górach Świętokrzyskich. To właśnie od tego miejsca bierze się nazwa samych gór i całego regionu. Już w latach 20. XX wieku dostrzeżono ponadprzeciętne walory przyrodnicze i kulturowe tego miejsca. Okazały się one na tyle cenne, że powołano tu w 1924 roku rezerwat przyrody, który stał się nieodłączną i konieczną częścią powołanego w 1950 roku Świętokrzyskiego Parku Narodowego. To właśnie Łysiec z klasztorem, gołoborzem i wierzchowiną jest obok Łysicy najważniejszym elementem przyrodniczym i kulturowym Parku oraz kluczową częścią tożsamości regionalnej o wartości unikatowej w skali całego kraju. Tak jak trudno sobie wyobrazić Tatrzański Park Narodowy bez Giewontu, Słowiński Park Narodowy bez skansenu w Klukach czy Wigierski Park Narodowy bez klasztoru Kamedułów, tak nie sposób sobie wyobrazić Świętokrzyskiego Parku Narodowego bez Łyśca zwanego Świętym Krzyżem. A przecież każde z tym miejsc poddane jest silnej presji ze strony człowieka, podobnie, a nawet bardziej niż Łysiec z klasztorem.
Wierzchowina na Łyścu zasługuje na odrębny program prezentacji turystycznej i odrębny projekt zagospodarowania z wydzieleniem powierzchni dokumentacyjnych. Jest to najważniejsza powierzchnia w Górach Świętokrzyskich z punktu widzenia środowiska naturalnego i kulturowego.
Ta powierzchnia jest skarbnicą historii od pradziejów oraz informacji przyrodniczych dotyczących przeszłości geologicznej Gór Świętokrzyskich.
W opinii specjalistów masyw Łyśca jest częścią krajobrazu kulturowego o wysokiej, ponadlokalnej randze. Jest to miejsce wciąż nie do końca poznane archeologicznie i skrywa wiele tajemnic przeszłości, sięgającej czasów sprzed państwowości polskiej i sprzed chrześcijaństwa. Tym samym klasztoru nie można traktować jako jedynej i najważniejszej dominanty kulturowej. Jest to jeden z elementów większej unikalnej całości. Sam klasztor jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”, chroniący sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i plateau podszczytowym ograniczone około 2,5 km wałem kamiennym z 300-metrową strefą ochronną z systemem wczesnośredniowiecznych dróg i podejść. Te uwarunkowania prawne nakładają wymóg specjalnego traktowania obiektów na Łyścu i bardzo przemyślanych ingerencji architektonicznych i prawnych. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii [8, 9].
O wartościach tego miejsca tak napisał kielecki regionalista dr Cezary Jastrzębski, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie: „W waloryzacji przyrodniczo-krajoznawczej Świętokrzyski Park Narodowy ŚPN znajduje się w grupie obszarów najatrakcyjniejszych w skali kraju (Harabin 2000). Pod względem przyrodniczym jest również najcenniejszym terenem przyciągającym turystów w województwie świętokrzyskim (Jastrzębski 2003). Przedmiotem zainteresowania odwiedzających są nie tylko unikatowe walory środowiska naturalnego, ale też wyjątkowe elementy dziedzictwa kulturowego, których symbolem jest dawne opactwo benedyktyńskie na Łysej Górze, zwanej też Łyścem lub Świętym Krzyżem” [10].
Poza wartościami kulturowymi wierzchowina Łyśca ma wysokie walory geologiczne pozwalające na poznanie procesów formowania się najstarszych gór w Europie. Ale to walory przyrodnicze budzą najwięcej kontrowersji.
Czy zostały utracone?
Kluczem do zmniejszenia powierzchni Świętokrzyskiego Parku Narodowego ma być twierdzenie, że teren, o którym mowa, utracił walory przyrodnicze. Tu duże znaczenie ma legendarna już wypowiedź dyrektor ŚPN Jana Reklewskiego. W rozmowie z Gazetą Wyborczą Kielce powiedział on, że: „Te wyłączone grunty od setek lat i tak podlegają urbanizacji. Nie przedstawiają istotnej wartości przyrodniczej, nie ma tam przedmiotów ochrony cennych dla parku. Cenne gatunki tam nie występują” [11].
Wypowiedź ta budzi poważne wątpliwości. Po pierwsze, nie zachodzą tam procesy urbanizacyjne, lecz antropogeniczne, a to nie to samo. Rzeczywiście presja ludzi na przyrodę tego miejsca jest duża, a epizodycznie bardzo duża. Samo wybudowanie tam klasztoru i jego istnienie przez wieki odcisnęło piętno na otaczającej przyrodzie. Jednak niekoniecznie zubażając ją. Na pewno pojawiły się gatunki i siedliska odmienne od związanych z naturalnymi lasami, ale to nie znaczy, że mniej cenne i mniej unikalne. Istnieje wiele siedlisk i gatunków związanych ściśle z obecnością człowieka i jego sposobem gospodarowania, które jednocześnie są zagrożone wymarciem lub występują bardzo rzadko. Wiele z nich wymaga podejmowania tzw. czynnych zabiegów ochrony przyrody. Tak jest właśnie na Łyścu. Wierzchowina Łyśca otoczona jest lasami i jest wykorzystywana jako miejsce migracji, odpoczynku i żerowania gatunków rozmnażających się w sąsiadujących z nią lasach. To tzw. strefa ekotonowa, ważna dla wielu organizmów. Również twierdzenie, że nie ma tu „przedmiotów ochrony” parku nie jest prawdziwe.
Ponadto park narodowy utworzono na tym terenie w połowie XX wieku, a więc nie „setki lat temu”. Oznacza to, że przyrodnicy i regionaliści dostrzegli tam ponadprzeciętne walory kulturowe i przyrodnicze występujące POMIMO wielowiekowej obecności klasztoru w tym miejscu.
Poważne zastrzeżenia budzi stwierdzenie, że „cenne gatunki tam nie występują”. Jest to oczywista nieprawda, o czym poniżej.
Jako przyrodnik działający w kieleckim Stowarzyszeniu MOST postanowiłem sprawdzić, na ile twierdzenia dyrektora ŚPN są zgodne z prawdą. Wystąpiłem do dyrekcji ŚPN o zgodę na przeprowadzenie niezależnych badań przyrodniczych. Zgodę otrzymałem. Już w pierwszych dniach inwentaryzacji okazało się, że na terenie przeznaczonym do wyłączenia z granic parku znajduje się chronione siedlisko przyrodnicze (łąka świeża) wymienione w tzw. Dyrektywie Siedliskowej. Rośnie tam także rzadka w Polsce, a w województwie świętokrzyskim znana jedynie z kilku stanowisk roślina – zanokcica północna, wymieniona w Czerwonej liście roślin i grzybów Polski oraz w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin jako narażony na wyginięcie (kategoria zagrożenia: V, VU), której stanowiska w zorganizowany sposób zadeptywano [12] oraz gatunek nietoperza – mopek zachodni wymieniony w Dyrektywie Siedliskowej, i popielica szara wymieniona w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Ponadto znane jest stąd stanowisko rzadkiego i zagrożonego gatunku ślimaka – bezoczka podziemna. Z danych literaturowych wynika, że stwierdzono tam także szereg gatunków chrząszczy uznanych za bardzo rzadko występujące i zagrożone, w tym takie, które mają tu np. jedno z trzech swoich stanowisk w kraju. Warto podkreślić, że tylko jeden z tych gatunków został wykazany w operacie wykonanym przez Świętokrzyski Park Narodowy. Operat ten stał się dla ministra podstawą do twierdzenia o utraconych walorach terenu.
Niestety badania nie mogły być kontynuowane. O pierwszych stwierdzeniach cennych gatunków i siedlisk informowałem na portalu społecznościowym z konta Stowarzyszenia MOST. Na tej podstawie dyrektor ŚPN cofnął pozwolenie na prowadzenie badań. W wypowiedziach medialnych dyrektor Reklewski stwierdził, że musiał cofnąć zgodę, ponieważ badania były nierzetelne i prowadzone pod z góry założoną tezę. Pojawiły się też zarzuty, że publikowanie wyników badań, zanim zostały one zakończone, podważa ich wiarygodność.
W piśmie z 24 lipca 2019 r dyrektor ŚPN Jan Reklewski wstrzymał zgodę na wykonanie badań.
Swoją decyzję w piśmie dyrektor Reklewski argumentuje następująco: „Trudno sobie wyobrazić, aby w ciągu jednego tygodnia udało się przeprowadzić kompleksową inwentaryzację przyrodniczą badanego terenu”.
Tymczasem nigdzie nie informowałem, że wykonałem pełną inwentaryzację. Relacjonowanie działalności naukowo-badawczej Stowarzyszenia na portalu społecznościowym nie miało charakteru całościowego raportu z badań. Informowałem jedynie o stwierdzeniach kolejnych cennych siedlisk i gatunków. Stąd argumentacja dyrektora jest nieuzasadniona i nie posiada żadnych podstaw.
Dyrektor Reklewski w rozmowie z 27 lipca 2019 z kielecką „Gazetą Wyborczą” w jeszcze dziwniejszy sposób argumentował swoją decyzję: „Powstały podejrzenia, że (badania) prowadzone są pod z góry założoną tezę”.
Rzeczywiście, znając uwarunkowania przyrodnicze Łyśca, trudno mi było przyjąć, że teren „utracił” wartości przyrodnicze i jest bezwartościowy dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak w każdych badaniach naukowych, tak i w tych przyjąłem hipotezę. Taką, że teren jest prawdopodobnie słabo rozpoznany i prezentuje większe wartości niż te, o których mówi dyrektor Reklewski. Na tym polega praca naukowa, że się zakłada jakąś hipotezę, a potem ją weryfikuje.
Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego może wstrzymać lub cofnąć zgodę na badania w dwóch przypadkach.
Regulamin udostępniania ŚPN do badań naukowych mówi: (Załącznik nr 2 do Zarządzenia nr 11/2018 Dyrektora Świętokrzyskiego Parku Narodowego Z siedzibą w Bodzentynie z dnia 19.02.2018 r.) mówi, że: „Pkt 10. Dyrektor Parku może wstrzymać wydanie zgody na prowadzenie badań naukowych w ŚPN osobie/instytucji, która nie złożyła sprawozdania z realizacji innego projektu realizowanego w ŚPN.
Pkt 12. W określonych przypadkach (konieczność i zasadność prowadzenia badań w Parku, stopień ingerencji w przyrodę Parku, zaproponowana metodyka badań) wydanie decyzji, może być poprzedzone dodatkowym opiniowaniem ,,Wniosku’’ (przez Radę Naukową Parku, specjalistów w danym zakresie z Rady Naukowej Parku lub spoza Rady Naukowej)” [13].
Ani jedna, ani druga okoliczność nie dotyczy wydanej zgody. W pierwszym przypadku nigdy wcześniej Stowarzyszenie MOST nie prowadziło samodzielnych badań w ŚPN, stąd nie składało raportu. W drugim przypadku dyrektor nie wymagał metodyki badań, wydając swoją zgodę. Swoją drogą Rada Naukowa ŚPN nie opiniowała wydanej zgody i o niej nie wiedziała.
Co więcej, żadna umowa ani żaden przepis nie zobowiązują Stowarzyszenia MOST do zachowania tajemnicy w zakresie ustaleń prowadzonych badań na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wręcz przeciwnie – jako badania niezależne i realizowane w ramach kontroli obywatelskiej powinny być ogłaszane publicznie.
Wygląda raczej na to, że wstępne wyniki rozpoczętych badań nie były zgodne z tezą głoszoną przez dyrektora Reklewskiego.
Prawdopodobnie właśnie to spowodowało, że dyrektor Reklewski postanowił uniemożliwić prowadzenie dalszych niezależnych badań, których nawet wstępne rezultaty podważyły opinie jego i ministra środowiska. W swoim piśmie dyrektor wskazał, że do prowadzenia dalszych badań niezbędny jest nowy wniosek zawierający pełne metodyki badań, biogramy ekspertów, ich afiliacje oraz poświadczenie dorobku naukowego. Dyrektor oczekuje też zaopiniowania tych dokumentów przez naukowca z tytułem naukowym nie niższym niż doktor habilitowany. Pomimo złożonego zażalenia na tę decyzję, dyrektor ją podtrzymał.
Nieścisłości
Podstawowa wątpliwość dotyczy prawdziwych motywów powstania pomysłu o zmniejszeniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego o te akurat działki. Na stronie zakonu oblatów można prześledzić historię licznych imprez z udziałem polityków Prawa i Sprawiedliwości organizowanych na Łyścu. Spotykał się tu z zakonnikami między innymi minister środowiska Henryk Kowalczyk [14]. Wiadomo też, że od lat 90. oblaci starali się przejąć na własność całość zabudowań klasztornych wraz z ich otoczeniem. Należy tu dodać, że kasata zakonu Benedyktynów na Świętym Krzyżu i sprzedaż dóbr klasztornych na Świętym Krzyżu na rzecz Królestwa Polskiego w XIX wieku zostały zatwierdzone decyzjami Stolicy Apostolskiej. Obecnie stanowią one zatem, przejętą za obopólną zgodą, własność państwa polskiego. Za wyjątkiem części, którą oblaci przejęli w posiadanie decyzją sądu o zasiedzeniu.
Rzeczywista motywacja podjętych działań legislacyjnych stanie się jaśniejsza, gdy prześledzimy działania oblatów na Świętym Krzyżu. Intensyfikacja działań podejmowanych przez zakonników na rzecz przejęcia szczytu i plateau nastąpiła na początku XXI wieku. W 2003 roku wykonano sztuczne przebicie z kruchty do pozostałych pomieszczeń. Utworzono tam zaplecze gastronomiczne dla turystów. W 2006 roku w związku z obchodami tzw. Świętokrzyskiego Millenium, usypano sztuczną skarpę pod ołtarz na przedpolu klasztoru. Wykonano schody i podjazd od bramy klasztornej ku kościołowi. Działka u podnóża klasztoru została przekształcona w miejsce wydarzeń religijnych. Na terenie tym wprowadzono obiekty o charakterze religijno-propagandowym, np. tzw. dąb Jana Pawła II czy zgrupowanie krzyży upamiętniające nienarodzonych w latach 1956–2006. Wysypywano tu gruz. Nie jest pewne, czy na te działania uzyskano zgody Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Pismo o udostępnienie informacji publicznej w tych sprawach zostało złożone. Znane są też inne zamierzenia budowlane oblatów, związane z ich rosnącymi potrzebami wynikającymi z planów rozwoju turystyki religijnej. Na niektóre z nich zgody nie wydał Konserwator Zabytków i zablokował je.
Od lat na Świętym Krzyżu oblaci organizują duże wydarzenia religijne, na które przybywają politycy PiS, ale też np. motocykliści, o czym także pisałem [15]. Punktem kulminacyjnym miało być wydarzenie planowane na 14 września 2019 roku. Oblaci planowali imprezę na 120 000 pielgrzymów. Dyrektor ŚPN Jan Reklewski zapytany przeze mnie w piśmie o to, czy informowano go lub konsultowano z nim te plany, odpowiedział, że nie. Trudno sobie zatem wyobrazić aby i inne, mniejsze, kilkutysięczne procesje były z nim konsultowane. Na szczęście na skutek presji medialnej do wydarzenia tego nie doszło. Oblaci wycofali się z niego, powołując się na względy bezpieczeństwa publicznego i ochrony przyrody [16].
Wyraźnie widać, że działalność oblatów i ich samodzielność w dysponowaniu terenem Świętokrzyskiego Parku Narodowego rosną od kilkunastu lat. Do pełnej swobody potrzeba im już tylko wyłączenia terenu z granic parku narodowego. Wtedy nie będą musieli niczego z nikim konsultować. Klimat polityczny jest sprzyjający.
Zresztą rozmach zakonników wykracza poza wspomniane działki. Skierowali oni 18.03.2019 roku pismo do prezydenta Kielc z wnioskiem o uruchomienie dodatkowych linii autobusowych relacji Kielce – Święty Krzyż i Święty Krzyż – Kielce. Prezydent Kielc w swoim piśmie z 1.04.2019 odmówił uruchomienia takich linii z uwagi na zbyt wysoki koszt ich utrzymania. Odesłał natomiast Oblatów do gmin Bieliny i Nowa Słupia. Prezydent uznał, że jeśli gminy te i oblaci będą uczestniczyć w utrzymaniu linii, to będzie to możliwe.
Z analizy ruchu turystycznego w Świętokrzyskim Parku Narodowym wynika, że większość turystów wybiera właśnie Łysiec jako cel wycieczki. To właśnie uroczystości organizowane przez zakonników przyciągają tu nawet kilkanaście tysięcy wiernych dziennie. W związku z organizacją imprez religijnych zezwala się na teren ŚPN wjazdu autokarom, motocyklom i autom osobowym. To turystyka religijna, a nie krajoznawczo-przyrodnicza. Teren parku ma chronić wartości przyrodnicze i kulturowe. Miejsca kultu religijnego mogą w jego granicach funkcjonować, ale to dobro przyrody jest tu priorytetem.
Wspomniany wcześniej dr Cezary Jastrzębski, analizując ruch turystyczny w ŚPN, stwierdza jednoznacznie: „Turystyka alternatywna a nie masowa powinna pozostawać głównym trendem funkcji turystycznej parku” [17].
Kolejna nieścisłość dotyczy stanu zbadania przyrodniczego działek przeznaczonych do wyłączenia z granic ŚPN. Po pierwsze wspomniana inwentaryzacja przyrodnicza rozpoczęta przeze mnie, tylko w ciągu kilku dni jej trwania wykazała daleko większe wartości przyrodnicze terenu niż operat zamówiony przez dyrekcję Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Dyrektor ŚPN w swoim piśmie z dnia 23.08.2019 stwierdza, że działki były inwentaryzowane, ale nie stwierdzono ich wysokiej wartości przyrodniczej. Minister środowiska w swojej odpowiedzi na interpelację posła Gierady podtrzymuje to twierdzenie. Teren został albo źle zinwentaryzowany, albo jego walory przyrodnicze wzrosły znacznie w ciągu ostatnich kilku lat. Zaskakuje także postawa dyrektora Parku – nagłe wstrzymanie niezależnych badań w sytuacji, gdy już w pierwszych dniach oględzin stwierdzane są cenne gatunki, stoi w sprzeczności z jego misją i funkcją. Warto dodać, że dane o wartościach przyrodniczych terenu zostały tu zebrane w tym samym czasie przez naukowców z Gdańska w czasie trwania ogólnopolskiego obozu chiropterologicznego oraz przez botanika. Większość cennych stwierdzeń została udokumentowana.
Trzecia nieścisłość dotyczy twierdzenia ministra Kowalczyka zawartego w tej samej odpowiedzi na temat przyczyn utraty walorów przyrodniczych terenu. Minister stwierdza, że walory te zostały utracone „na przestrzeni setek lat” wskutek funkcjonowania klasztoru benedyktynów oraz więzienia. Z jakiego zatem powodu w 1924 roku utworzono tam rezerwat przyrody, a w 1950 roku park narodowy? Trudno tego dociec. Jasne jest jednak, że tak masowy ruch turystyczno-religijny, jaki odbywa się tam teraz bez żadnej kontroli, doprowadzi w końcu do zniszczenia wartości przyrodniczych. Organy za to odpowiedzialne to Ministerstwo Środowiska i dyrekcja Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Zresztą, skoro minister środowiska i dyrektor ŚPN mówią w oficjalnych pismach o „utracie” wartości przyrodniczych tego miejsca, to powinni dysponować materiałami, które można porównać. W latach 2012–2014 wykonano inwentaryzacje przyrodnicze terenu ŚPN na potrzeby projektu planu ochrony dla parku. Nigdzie jednak ani minister Kowalczyk, ani dyrektor Reklewski nie podają, z jakimi wcześniejszymi danymi porównano zgromadzony materiał. Czyli nie wiadomo na podstawie jakich dokumentów snują wniosek o „utracie” wartości przyrodniczej Łyśca.
Czwarta nieścisłość dotyczy sposobu interpretacji prawa. Na etapie opracowywania projektu planu ochrony dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego zidentyfikowano na Łyścu szereg zagrożeń dla przyrody Parku. Są to między innymi: zanieczyszczenie hałasem, światłem i zaśmiecanie. Wszystkie te presje związane są między innymi z organizacją imprez masowych. Poprzednia dyrekcja Parku zaproponowała rozwiązania w postaci wprowadzenia limitu odwiedzających to miejsce. W ramach konsultacji społecznych tego zapisu zgłoszono szereg uwag, także wspierających te rozwiązania. Pojawiły się również głosy, głównie ze strony struktur kościelnych, że takie limity są niekonstytucyjne, bo ograniczają swobodny dostęp do miejsc kultu religijnego. Co jednak z konstytucyjnym prawem ochrony dziedzictwa przyrodniczego i zasadą zrównoważonego rozwoju? Co z ustawą o ochronie przyrody, która mówi, że park narodowy jest najwyższą formą ochrony przyrody, a organy odpowiedzialne za park mają go chronić przed rozmaitymi presjami? No i co z głosem środowisk przyrodniczych i eksperckich wyrażonych na etapie konsultacji społecznych, które wspierały rozwiązania zaproponowane przez poprzednią dyrekcję? Należy tu podkreślić, że limitowanie ruchu turystycznego nie jest ograniczaniem czy uniemożliwianiem dostępu do miejsc kultu religijnego, lecz wprowadzeniem zasad, które pozwolą zarówno wiernym korzystać z miejsca kultu, jak i przyrodzie na funkcjonowanie w niepogorszonym stanie. To jest właśnie realizacja konstytucyjnej zasady zrównoważonego rozwoju, której nie chce przestrzegać minister Kowalczyk.
Piąta nieścisłość dotyczy zapisu z ustawy o ochronie przyrody, zgodnie z którym wartości przyrodnicze nie tylko zostały utracone, ale zostały utracone „bezpowrotnie”. Przypominam, że mówimy o terenie leżącym w lesie, pośród starych drzewostanów, na terenie objętym rozmaitymi formami ochrony przyrody i kultury. Jest to obszar występowania wielu chronionych gatunków, w tym rzadkich i zagrożonych. Nie przebiega tu autostrada, nie ma lotniska ani elektrowni jądrowej czy kopalni. Wystarczy limitować ruch turystyczny i nie dopuszczać do dewastacji przyrody w trakcie imprez masowych, a ta nadal będzie tu świetnie funkcjonować. Argument o „bezpowrotnej” utracie walorów przyrodniczych nie ma najmniejszego uzasadnienia.
I chyba ostatnia nieścisłość. Omawiany teren leży także w granicach obszaru Natur 2000 „Łysogóry”. Skoro teren ten utracił wartości przyrodnicze, to dlaczego nie wyłączyć go także z granic Natury 2000? Przypominam, że występuje tam siedlisko przyrodnicze będące przedmiotem ochrony tego obszaru oraz gatunki wymienione w obu dyrektywach: ptasiej i siedliskowej. Zgodnie z unijnym prawem, jeśli brak wystarczających danych o przyrodzie, należy zaniechać wszelkich działań, które mogą jej zaszkodzić. Unijna zasada przezorności, wyrażona w preambule Dyrektywy Siedliskowej w Ustawie o ochronie środowiska zdefiniowana została w następujący sposób: „Kto podejmuje działalność, której negatywne oddziaływanie na środowisko nie jest jeszcze w pełni rozpoznane, jest obowiązany, kierując się przezornością, podjąć wszelkie możliwe środki zapobiegawcze”.
Wystarczy więc tylko możliwość pojawienia się szkody w środowisku, aby zaszła konieczność przeciwdziałania jej. Warto przypomnieć, że zasada przezorności jest jedną z kluczowych w prawodawstwie Unii Europejskiej. Pojawiła się już w 1993 r. w Traktacie Maastricht, a następnie w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej: „Polityka Unii w dziedzinie środowiska opiera się na zasadach ostrożności, działania zapobiegawczego i usuwania zanieczyszczeń u źródła, a także na zasadzie »zanieczyszczający płaci«” [18].
Co to oznacza? Przede wszystkim to, że brak jest wystarczających merytorycznych przesłanek, aby stwierdzić, iż działki na Łyścu utraciły wartość przyrodniczą. Po drugie, nawet jeśli utraciły, to twierdzi tak obecny dyrektor parku, a nie PIĘCIU jego poprzedników, którzy uważali, że teren jest cenny przyrodniczo. I po trzecie, zgodnie z zasadą przezorności, nie należy podejmować żadnych działań w tym miejscu, póki nie przeprowadzi się tam badań naukowych. Zarówno przyrodniczych, jak i archeologicznych i geologicznych. W obecnej sytuacji tylko niezależne, profesjonalne badania mogą dać pełną odpowiedź na pytanie, czy teren utracił wartości przyrodnicze i kulturowe. No i oczywiście, gdyby polski rząd zechciał wyłączyć ten teren z granic obszaru Natura 2000, musiałby się narazić na nieuchronny konflikt z Komisją Europejską.
Jaki będzie finał?
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w przypadku Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie chodzi o dobro przyrody, ochronę konstytucyjnych praw i prawo w ogóle. Podejmowane od lat działania zakonników jednoznacznie wskazują, że chcą zrobić z Łyśca centrum pielgrzymkowe na wielką skalę. Ich działania, w tym przedsięwzięcia budowlane, budzą poważne wątpliwości z punktu widzenia zachowania dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego w dobrym stanie – wystarczy wspomnieć o planach zgromadzenia w ciągu dwóch dni na 5 hektarach aż 120 000 osób [19]. Za ochronę tego dziedzictwa w tym miejscu odpowiedzialni są zarówno dyrektor parku narodowego, jak i minister środowiska. Działania zakonników na Łyścu, coraz śmielsze i realizowane z coraz większym rozmachem, wiążą się z aneksją unikatowej przestrzeni przyrodniczej i kulturowej, która wykracza poza jakiekolwiek barwy polityczne, światopoglądy i religie. To przestrzeń, której wyjątkowa specyfika i znaczenie dla Polski kształtowały się znacznie dłużej niż obecność Kościoła Katolickiego i oblatów na tych ziemiach. Właśnie z tego powodu Łysiec z całym splotem unikalnych uwarunkowań geologicznych, archeologicznych, historycznych i przyrodniczych znalazł się w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego i aby podkreślić tę rangę, cały region wziął od niego nazwę. Wyłączenie Łyśca z klasztorem, dziedzictwem archeologicznym i znaczeniem przyrodniczym utworzy wyrwę nie tylko przestrzenną, ale także społeczną i kulturową. Nie wspominając o przyrodniczej. Bo przecież wielkie imprezy masowe realizowane w sercu parku narodowego mają i będą miały destrukcyjny wpływ na składniki przyrody i środowiska na terenach przylegających. Bez wątpienia dojdzie do erozji wszelkich walorów na tym terenie, co przecież z czasem może rodzić pokusę wyłączania kolejnych działek z granic ŚPN jako tych, które rzekomo od setek lat podlegają „procesom urbanizacyjnym” – jak tego chcą minister Kowalczyk i dyrektor Reklewski.
Jeśli dojdzie do wyłączenia tych 5 ha z klasztorem z granic ŚPN, to administrować nimi będzie miejscowy starosta. Można sobie wyobrazić sytuację, w której działki zostaną odsprzedane oblatom za przysłowiowy grosz. Biorąc też pod uwagę centralistyczne skłonności tego rządu, można snuć fantazje o ministrze środowiska, który jednoosobowo decyduje o losach parków narodowych. Podobną próbę widzieliśmy ostatnio w przypadku projektu ustawy o lokowaniu kopalni węglowych bez udziału społecznego.
Obecnie sytuacja polityczna w kraju jak nigdy wcześniej sprzyja zabiegom oblatów i daje im ogromne nadzieje na pełen sukces. Rząd i jego urzędnicy posługują się prawem i faktami instrumentalnie. Głos społeczny nie jest wysłuchany. Pomimo dwóch petycji – jedną podpisało około 3 000 [20] osób, a drugą ponad 11 000 osób [21] – i pomimo protestu na Łyścu, w którym udział wzięło około 100 osób [22], minister środowiska brnie w kierunku realizacji bezprawnej i szkodliwej koncepcji. Wpisuje się to w logikę i ciąg podobnych zdarzeń w całym kraju. W rzeczywistości prawo ochrony przyrody nie obowiązuje, a instytucje ochrony przyrody to atrapy. Wartości, które zostały utracone na Łyścu wcale nie dotyczą przyrody.
Łukasz Misiuna
Przypisy:
1. https://bip.kprm.gov.pl/kpr/form/rejestr3373137946,dok.html (dostęp: 11.10.2019)
2. https://oko.press/rzad-zmniejszy-swietokrzyski-park-narodowy-na-korzysc-kosciola-skorzystaja-zakonnicy-straci-przyroda/ (dostęp: 11.10.2019)
3. https://obywatel3.macmas.pl/2019/06/03/oblaci-w-lesie-rzad-zmniejszy-swietokrzyski-park-narodowy-na-rzecz-kosciola/ (dostęp: 1.10.2019)
4. http://ecopress.pl/art/oblaci-w-ogrodzie-kto-zniszczyl-przyrode-swietokrzyskiego-parku-narodowego-4340/ (dostęp: 11.10.2019)
5. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20040920880/U/D20040880Lj.pdf (dostęp: 11.10.2019)
6. http://orka2.sejm.gov.pl/INT8.nsf/klucz/ATTBFXHH8/%24FILE/i32082-o1.pdf (dostęp: 11.10.2019)
7. https://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=BDHBLH (dostęp: 11.10.2019)
8. https://www.facebook.com/notes/andreas-%C5%BCelazny/jak-przerwa%C4%87-milczenie-owiec/2206229499484610/ (dostęp: 19.10.2019)
9. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20170000663/O/D20170663.pdf (dostęp: 20.10.2019)
10. http://cepl.sggw.pl/sim/pdf/sim23_pdf/187_SIM23.pdf (dostęp: 20.0.2019)
11. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,24819600,rzad-skurczy-park-narodowy-aby-dac-zakonnikom-zabudowania.html?fbclid=IwAR0SqaoB0TiDXLBfbpSb70z6uJ6tT5v4riLHPgRjzXuva8DDOONBDjGnNHE (dostęp: 11.10.2019)
2. https://www.facebook.com/NaszeKielce/photos/pcb.2407589805993712/2407588742660485/?type=3&theater (dostęp: 20.10.2019)
3. http://www.swietokrzyskipn.org.pl/wp/wp-content/uploads/2013/03/Regulamin-udostepniania-Zalacznik-nr-4-do-zarzadzenia-2015.pdf (dostęp: 20.10.2019)
4. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,23409028,minister-przyjechal-na-swiety-krzyz-zakonnicy-nadzieja-jest.html?disableRedirects=true (dostęp: 20.10.2019)
5. https://oko.press/120-000-pielgrzymow-spacyfikuje-swietokrzyski-park-narodowy-przyrodnicy-lapia-sie-za-glowe/ (dostęp: 11.10.2019)
6. https://oblaci.pl/2019/07/24/swiety-krzyz-oswiadczenie-misjonarzy-oblatow-w-zwiazku-z-planowana-akcje-modlitewna-polska-pod-krzyzem/ (dostęp: 19.10.2019)
7. http://cepl.sggw.pl/sim/pdf/sim23_pdf/187_SIM23.pdf (dostęp: 20.10.2019)
8. http://www.europarl.europa.eu/factsheets/pl/sheet/71/polityka-w-dziedzinie-srodowiska-ogolne-zasady-i-podstawowe-ramy (dostęp: 20,10.2019).
9. https://oko.press/120-000-pielgrzymow-spacyfikuje-swietokrzyski-park-narodowy-przyrodnicy-lapia-sie-za-glowe/ (dostęp: 20.10.2019)
2o. https://oko.press/protest-przeciwko-przekazaniu-czesci-swietokrzyskiego-parku-narodowego-kosciolowi-katolickiemu/ (dostęp: 20.10.2019)
2 . https://secure.avaaz.org/pl/community_petitions/Prezes_Rady_Ministr_Sprzeciw_wobec_zmniejszenia_Swietokrzyskiego_Parku_Narodowego/ (dostęp: 20.10.2019)
22. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,35260,24950545,duzy-protest-w-obronie-swietokrzyskiego-parku-narodowego-zdjecia.html (dostęp: 20.10.2019)
przez Paweł Jaworski | środa 23 października 2019 | opinie
Wynik wyborów 13 października ze zrozumiałych względów ucieszył kibiców tej części sceny politycznej, która sytuuje się na lewo od Grzegorza Schetyny. W warunkach czteroletniej parlamentarnej banicji, powrót jakkolwiek rozumianej lewicy do Sejmu z wynikiem 12 proc. jest dla większości z nich powodem do zadowolenia. Nie kryją go np. Michał Sutowski i Kaja Puto z Krytyki Politycznej. Optymizmu na razie nie studzi fakt, że 49 posłanek i posłów, którzy uzyskali mandaty z listy SLD, stanowią formację zdecydowanie niejednorodną i czują się skazani na siebie wyłącznie z braku lepszego wyjścia. Nie wiadomo jeszcze, czy Razem, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, powoła własne koło poselskie. Trzecia siła w Sejmie okaże się zapewne słabo przewidywalna, bo pomijając wspólny progresywizm „światopoglądowy”, jest podzielona różnicami w zapatrywaniach gospodarczych i społecznych, rozciągających się od Sasa do Lasa. Wystarczy przytoczyć przykład Joanny Scheuring-Wielgus z Wiosny, która rozpoznawalność zyskała jako przyboczna Ryszarda Petru.
Tuż po ogłoszeniu wyników wyborczych świeżo upieczona posłanka Marcelina Zawisza z Razem oświadczyła, że w imię „porozumienia ponad podziałami” Lewica będzie współpracować politycznie ze wszystkimi siłami parlamentarnymi oprócz Konfederacji. Cóż, nie zabrzmiało to jak „twarda” ani „wyrazista” lewica. Oznacza to bowiem deklarację, że nowa siła weszła do Sejmu celem trwania od kompromisu do kompromisu z nadzieją na utrzymanie się na powierzchni, a w nagrodę liczy na możliwość maksymalnego wydłużenia okresu widzialności w mediach. Owszem, zawsze można argumentować, że lepsze to niż nic. Jednak otrzymaliśmy tym samym kolejny sygnał, że „inna polityka”, o potrzebie której partia Zawiszy jeszcze niedawno przekonywała, mimo wszystko nie jest możliwa. Czy da się ją zastąpić wizerunkową wyrazistością? Wszystko zależy od tego, jakim oczekiwaniom Lewica ma sprostać.
Wszelkie powody do satysfakcji mają ci, których zadowala scenariusz minimum – „lewicowy głos” w Sejmie na czteroletnim kontrakcie, do weryfikacji. Rozczarowanie czeka tych, którzy chcą autentycznego przełomu – alternatywy wobec duopolu PO-PiS, a taką właśnie obietnicą kusili w kampanii „trzej tenorzy” z Lewicy. Część lewicy chciałaby tego dokonać proponując silny zwrot socjalny w kierunku rozbudowanego państwa dobrobytu bez naruszania podstaw kapitalizmu, bo pisowskie 500+ i szybki wzrost płacy minimalnej to za mało – do korekty III RP z jej społecznie niewydolnym rynkiem trzeba jeszcze odbudowy usług publicznych. Istnieje nadto pilna potrzeba sprawiedliwego rozkładu obciążeń podatkowych, co niemiłościwie panująca nam władza obłudnie lekceważy – to w skrócie.
Część druga wzdraga się przed wszelkim „socjalizmem”, chce za to rozbijać duopol przy pomocy walki z patologią wszechwładzy Kościoła, domagając się legalnej aborcji, pełni praw dla osób LGBT i rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach, zamiast prób jej kryminalizacji. Walczyć o to warto, na razie jednak nikt nie wyjaśnił, jak walczyć o to skutecznie. W tej kadencji „światopoglądówka” oczywiście nie wypali i nie wypali w ogóle, jeżeli Lewica tylko te hasła weźmie na sztandary. Społeczeństwo nie zgodzi się na pełne przewartościowanie tożsamościowe, jeżeli ci, którzy je proponują, nie uzyskają wiarygodności na obszarze zdolności do systemowego zaspokojenia bardziej fundamentalnych ludzkich potrzeb – kłania się dolna część piramidy Maslowa. Na tym zaś polu przeskoczyć Prawo i Sprawiedliwość będzie wyjątkowo trudno – przynajmniej przy zachowaniu politycznego business as usual. PiS-u nie przelicytuje się w świadczeniach i wysokości płacy minimalnej – to już sprawdzone. Nawet partia Razem, najbardziej socjalna część Lewicy, jest przeciwna pomysłowi podniesienia najniższego wynagrodzenia do poziomu 4 tys. brutto w 2023 r., uznając ten wzrost za niebezpiecznie „skokowy”…
Propozycja przebudowy instytucjonalnej i renesansu usług publicznych jest dobra i potrzebna. Skuteczna odpowiedź na strukturalne wyzwania smuty peryferyjnego kapitalizmu musi wieść przez odtowarowienie stosunków społecznych i przełamanie nieludzkiej zasady indywidualnego kupowania sobie życia na wolnym rynku. Optymistyczne założenie jest oczywiście takie, że myślenie w kategoriach dobra wspólnego, wyrażonego w usługach, z których korzysta się zbiorowo, jeszcze kogokolwiek interesuje. Prof. Małgorzata Jacyno słusznie zauważa, że polityka pseudospołeczna prowadzona przez rządy Szydło i Morawieckiego raczej alienuje i utrwala rynkową atomizację społeczeństwa, niż przywraca poczucie wspólnoty: „Masz, obywatelu, kasę i sobie kup”. Mimo że oznacza to dodatkowe środki dla potrzebującej części Polaków, mamy do czynienia z podejściem w istocie neoliberalnym, zwłaszcza że nie towarzyszy temu odstąpienie od de facto regresywnego systemu podatkowego.
Teoretycznie więc jest duże pole do popisu dla ugrupowania, które chce odnowę upadłych usług publicznych, przede wszystkim służby zdrowia, opieki żłobkowej i transportu publicznego, potraktować poważnie. Problem w tym, że aby mieć się czym pochwalić na tym polu, trzeba już sprawować władzę. Tymczasem również obecna władza się do tego sposobi: przemówienie Jarosława Kaczyńskiego podczas wieczoru wyborczego każe podejrzewać, że partia rządząca szuka właśnie drogi wyjścia z pułapki myślenia w najkrótszej perspektywie czasowej. Znaczy to, że jeżeli ktoś realnie wykona pierwszy krok na drodze do budowy „nowoczesnego państwa dobrobytu”, to prawdopodobnie będzie to właśnie PiS. Sprawdzianem będzie dalszy los programu Mieszkanie+, który dotychczas okazał się niewypałem. Ekipa premiera Morawieckiego dobrze ogarnia samą administrację, dlatego udało jej się załatać dziurę VAT-owską. Jednak już stan systemu opieki zdrowotnej i epicka „deforma” szkolnictwa wystawiają jej kolejne złe świadectwo.
Czy potrafią wskoczyć szczebel wyżej niż fiskalizm, czyli opanować zarządzanie dynamicznymi sieciami zespołów ludzkich i planowanie gospodarcze w agresywnym otoczeniu rynkowym, gdzie wielki kapitał tylko czeka, by utuczyć się na państwowych pieniądzach? Na razie warto przyjąć ostrożne założenie, że chcą się tego nauczyć, bo chcą dalej rządzić. Koniec końców PiS posiada wszelkie środki, by wyprzedzić na tym polu Lewicę: oprócz pieniędzy publicznych i zaplecza, o jakim ich adwersarze mogą tylko pomarzyć, ma nadal niewyczerpane pokłady wiarygodności pochodzącej ze znienawidzonego przez liberałów „rozdawnictwa”. Adrian Zandberg mówi: zamiast Mieszkania+ publiczny deweloper. Pięknie. Tylko nie czarujmy się: PiS może wkrótce powiedzieć to samo – czemu nie? Znacznie łatwiej hegemonowi Kaczyńskiemu niż beniaminkowi Zandbergowi przyjdzie sprzedanie ludziom tego pomysłu jako kolejnej obietnicy wyborczej, a prawie nikt nie będzie chciał wtedy słuchać, że PiS go komuś podprowadził. Lewica, ponieważ nie sprawuje władzy, może więc w nadchodzącej kadencji jedynie zgłaszać nowatorskie projekty ustaw, łudząc się, że PiS je łaskawie „przyklepie”, zamiast odesłać w niebyt, by po roku zaproponować zbliżone jako swoje. Jeżeli do tego dojdzie, Lewica zostanie trwale zepchnięta do narożnika światopoglądowego, gdzie – z szacunkiem dla powagi wyzwań na tym polu – czeka ją los sejmowej ciekawostki.
Istnieje też i inna, całkiem prozaiczna bariera, która Lewicy utrudniać będzie obranie konsekwentnie socjalnego kierunku. Ile wśród 49 posłów i posłanek jest osób rzeczywiście wiarygodnych w deklaracjach, że ludzie liczą się bardziej niż zyski? W Sejmie zasiądzie sześcioro członków i członkiń Razem. Spójrzmy prawdzie w oczy: tylko Zandberg i Maciej Konieczny konsekwentnie poruszali się po kursie socjalnym, regularnie i zdecydowanie w swych wypowiedziach broniąc praw pracowniczych, praw prześladowanych lokatorów i podkreślając, że prawa ludzi są zawsze ważniejsze od interesów kapitału. „Duńczyk” był widoczny na pikietach w obronie poniewieranych pracowników i spotykał się z robotnikami budowlanymi w sprawie ciężkich warunków ich pracy. Konieczny dwa dni po wyborach uczestniczył w blokadzie eksmisji. Czy reszcie można wierzyć, że ich to obchodzi? Poza szeregami razemitów, chyba tylko Wandę Nowicka i Hannę Gill-Piątek można posądzać o inklinacje socjalne. Dla Wiosny to obcy temat, SLD nauczyło się go tylko markować w mediach, trzymając się zawsze w „bezpiecznej” odległości od biednych ludzi. Trzeba chyba uczciwie przyznać rację Rafałowi Wosiowi, gdy pisze, że niezamożni, nadal stosunkowo zaniedbywani przez socjal-prawicę, raczej nie będą mieli w Lewicy swojej autentycznej reprezentacji.
Co z historycznym wyzwaniem w postaci sprawiedliwej transformacji energetycznej i dekarbonizacji? Temat wydaje się wymarzony dla nowej progresywnej formacji parlamentarnej, niestety pozostaje ona podzielona na tle stosunku do atomu. Tymczasem problem polityki klimatycznej jest coraz chętniej podejmowany przez środowiska liberalne, więc posłowie i senatorzy KO będą coraz śmielej proponować zielone inicjatywy. Oto kolejne pytanie: czy Lewica może skutecznie pójść w kierunku przejęcia elektoratu liberalnego poprzez odebranie go skostniałej Platformie? Duża część Wiosny i SLD nie miałaby nic przeciwko temu. Scenariusz ten zyskał na wiarygodności dzięki ujawnieniu dostrzegalnych przepływów elektoratu między KO i KW SLD oraz pełnego podobieństwa przekonań politycznych wyborców obu komitetów.
Biorąc jednak pod uwagę skłonność lewicowych liderów do wizerunkowego odróżnienia się od Grzegorza Schetyny i zachowania własnej marki, strategia „zastąpienia” KO może się okazać przeciwskuteczna. Trzeźwo zauważa publicysta Klubu Jagiellońskiego, że progresywni liberałowie to tylko kropla w morzu – przytłaczająca część tej formacji marzy wyłącznie o powrocie swojskiej, przedpisowskiej III RP na pełnych obrotach. Nie chce niczego więcej, żadnych fundamentalnych zmian w sposobie uprawiania polityki i myśleniu o społeczeństwie, wykraczających poza wizję świata popularyzowaną w TVN. Bardziej więc prawdopodobne jest, że Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty, grając na liberałów, doprowadzą tylko do dezercji z własnych szeregów w kierunku KO. Niewykluczone zatem, że kierunek ten siłą rzeczy doprowadziłby do „oczyszczenia” sejmowego składu Lewicy i umocnienia się opcji bardziej socjalnej. I dobrze.
Niedobrze jednak, że wśród polskich socjaldemokratów pokutuje pewien szkodliwy mit. Opiera się on na założeniu, że popychanie Polski w kierunku inkluzywnego państwa dobrobytu ma być w istocie ukoronowaniem westernizacji, postępującej od 1989 r., a zablokowanej przez neoliberalizm, który nas zdradził, bo zatrzymał na Wschodzie. Że kiedy Razem zasiądzie w ławach sejmowych, będzie zwyczajnie dysponowało gotowymi rozwiązaniami z zakresu welfare state sprawdzonymi w Europie Zachodniej. Zrobi tylko kopiuj-wklej, a ludzie zobaczą, że to lepsze niż 500+ i będzie można odtrąbić zwycięstwo.
Tymczasem to nie tak. Tego „sprawdzonego modelu” już na Zachodzie zwyczajnie nie ma. Od 40 lat jest sukcesywnie demontowany wszędzie, z Niemcami na czele. Kapitalizm po prostu raz za razem przychodzi po swoje, choć wskutek tego i tak ma dziś najgorsze wyniki makroekonomiczne od prawie stulecia. W tym układzie nie da się nie kwestionować kapitalizmu. Masowe protesty – w ciągu minionego roku chociażby „żółte kamizelki” – nic nie dają, bo establishmentowa lewica zachodnioeuropejska, do której niestety aspiruje polska Lewica wywodząca się z zamożnej części społeczeństwa, nie ma żadnego interesu w odwróceniu tej tendencji. Chce tylko trwać przy swoim ciągle kurczącym się kawałku politycznego tortu, a Jeremy Corbyn jest jedną jaskółką, która wiosny nie czyni.
Jeżeli polscy socjaldemokraci chcą mieć przed sobą przyszłość, muszą zerwać z tą mitologią. Zamiast posiłkować się fantazjami o „Europie socjalnej”, lepiej spojrzeć w oczy prawdzie w krajowych realiach. Lewica ma tu obiektywnie trudniej, bo ręce ma związane warunkami strukturalnymi, sprawiającymi, że każdy krok w kierunku wyjścia z bagna neoliberalizmu, może powodować dalsze w nim grzęźnięcie. Do tego jeszcze przy byle okazji prawica każe przepraszać za Katyń. Zandberg nie dokona cudu z mównicy sejmowej, ani z poziomu mainstreamowych mediów. To już sprawdzone: parlamentaryzm podporządkowany widoczności w popularnych kanałach, skutecznie „wyczyści” pole aktywności partii z jakichkolwiek prób zerwania z polityką płaszczenia się przed kapitałem. Tego nawet PiS nie ośmieli się zrobić, co wymownie widać po kapitulacji Morawieckiego w sprawie opodatkowania gigantów internetowych. Choćby socjalne skrzydło Lewicy chciało i stawało na głowie, to za pośrednictwem istniejących mediów nie przekona większości ludzi, że może ich reprezentować i walczyć o ich przyszłość.
Kilkukrotnie pisałem o tym, czego rozpaczliwie potrzebuje lewica, m.in. w krytycznych tekstach o RSS Piotra Ikonowicza i o Razem. Nie zbuduje ona własnej bazy społecznej dla śmiałego projektu politycznego bez stworzenia nowych kanałów komunikacji ze społeczeństwem. Żeby działać skutecznie, powinny one być ściśle połączone z działalnością w ruchu pracowniczym i lokatorskim na terenie całego kraju i w ruchu na rzecz sprawiedliwej dekarbonizacji (bo bez sprawiedliwości społecznej ona zwyczajnie nie nastąpi). Chodzi raczej o trwałą obecność na bazarach i osiedlach niż o okresową zbiórkę podpisów na stołecznym Placu Zbawiciela. Chodzi o obecność, którą ludzie mogą odczuć jako zrozumienie i wsparcie, o powrót do tradycyjnie rozumianej polityki klasowej. Trudne do wyobrażenia, prawda? Rzeczywiście bezpieczniej jest robić to, co podchwycą „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek”, z nadzieją nabicia sobie punktów na kolejne wybory. Tymczasem tworzenie „innej polityki” wymaga, owszem, długoterminowego trybu, przekraczającego cykl wyborczy – czego właśnie RSS zrozumieć do tej pory nie chciał. Innymi słowy, jest to ogromne i ryzykowane wyzwanie, które wyłącznie wąska grupa w szeregach Lewicy będzie skłonna podjąć – jeżeli w ogóle ktokolwiek ośmieli się rozumować w tych kategoriach.
Nie oznacza to rzecz jasna, że obecność w Sejmie można lekceważyć. Można ją wykorzystać właśnie do stymulowania oddolnych ruchów społecznych, tym bardziej, że aby się rozwijać, potrzebują one czegoś, co dookreśli ich działalność pod kątem politycznego sprawstwa – programu i projektów legislacyjnych. Jeżeli Lewica chce się w annałach zapisać jako lewica, jeżeli w ogóle chce zrobić różnicę, musi robić śmiałą i dalekowzroczną politykę sprawiedliwości społecznej. To ryzykowne, ale na innych warunkach nie przechodzi się do historii. Na dzień dzisiejszy istnieje zaplecze w postaci dużych organizacji związkowych jak OPZZ, dzięki którym można dotrzeć do setek tysięcy bardzo potrzebujących pracowników sektora budżetowego. Istnieją mniejsze, bojowe, mniej zbiurokratyzowane związki zawodowe, m.in. Inicjatywa Pracownicza. To nie wystarczy, ale widoczna determinacja we wspieraniu związkowców nie tylko z samych ław sejmowych może stanowić dobry punkt wyjścia. Otwarcie w grze o serca ludzi pracy.
Paweł Jaworski