przez Tim Schwab | środa 16 września 2020 | opinie
W sierpniu ubiegłego roku NPR (National Public Radio, amerykańska organizacja medialna non profit, utrzymująca się ze środków publicznych i wsparcia prywatnych darczyńców) opublikowało analizę eksperymentu prowadzonego przez Harvard, którego celem było wsparcie rodzin o niskich dochodach w znalezieniu mieszkań w bogatszych okolicach, co dawałoby ich dzieciom dostęp do lepszych szkół oraz możliwość „przerwania cyklu ubóstwa”. Według badaczy cytowanych w artykule, dzieci te mogłyby liczyć w swoim dalszym życiu na zarobki większe o 183 000 dolarów – bardzo dziwna prognoza, biorąc pod uwagę, że dotyczy programu mieszkaniowego, który jest nadal w stadium eksperymentalnym.
Czytając ten materiał, zauważymy, że każdy zacytowany w nim ekspert ma powiązania z Bill and Melinda Gates Foundation, która to fundacja pomaga finansować wspomniany projekt mieszkaniowy. A jeśli naprawdę uważnie się wczytamy, zauważymy notę edytorską na końcu artykułu, z której wynika ze NPR również otrzymuje pieniądze od Gatesa.
Fundusze otrzymywane od Gatesa „nie były czynnikiem wpływającym na fakt lub sposób opisania tej historii”, mówi reporter Pam Fessler, i dodaje, że jej reporterska praca nie ograniczyła się wyłącznie do cytowania cudzych opinii w artykule. Nie zmienia to faktu, że ten materiał jest jednym z setek, jakie NPR zrobił o Gates Foundation czy też finansowanych przez nią projektach, włączając w to niezliczone przychylne artykuły pisane z perspektywy Gatesa lub odbiorców jego grantów.
To pokazuje nam szersze zjawisko – etyczny problem, który powstaje, kiedy to filantropijni miliarderzy finansują tworzenie i przekazywanie informacji. The Broad Foundation, do której filantropijnych celów zalicza się promocja tzw. charter schools (szkół, które otrzymują fundusze od rządu, lecz działają niezależnie od ustalonego systemu szkół państwowych), swego czasu finansowała dział „Los Angeles Times” odpowiedzialny za reportaże o edukacji.
Charles Koch przekazuje pieniądze takim instytucjom dziennikarskim, jak Poynter Institute, a także organizacji newsowej Daily Caller News Foundation. Obie popierają jego konserwatywne poglądy polityczne. Rockefeller Foundation funduje Vox’s Future Perfect, projekt reporterski, który opisuje świat „przez pryzmat efektywnego altruizmu” – często nagłaśniając postawy filantropii.
Bogaci darczyńcy coraz bardziej wypełniają luki w finansowaniu podmiotów newsowych – i jest prawie pewne, że ich rola będzie rosła, biorąc pod uwagę straty mediów wynikające z pandemii koronawirusa. Niepokojące jest, że nikt nie zbadał jeszcze, jak to wpłynie na sposób, w jaki newsroomy przedstawiają w mediach swoich darczyńców. Nigdzie ta kwestia nie jest wyraźniejsza niż w przypadku fundacji Gatesa, która jest wiodącym darczyńcą dla newsroomów i częstym obiektem przychylnego opisu prasowego.
Przeanalizowałem niemal 20 tysięcy dotacji, które Gates Foundation rozdała do końca czerwca 2020 roku i dowiedziałem się, że ponad 250 milionów dolarów zostało w ich ramach przeznaczonych na dziennikarstwo. Wśród obdarowanych znajdują się BBC, NBC, Al Jazeera, ProPublica, „National Journal”, „The Guardian”, Univision, Medium, „The Financial Times”, „The Atlantic”, „The Texas Tribune”, Gannett, „Washington Monthly”, „Le Monde” i Centrum Reportażu Śledczego, a także organizacje charytatywne powiązane z mediami, jak BBC I Media Action oraz „New York Times” i Neediest Cases Fund. Poza tym firmy medialne jak Participant, której dokument „Czekając na Supermana” wspiera agendę Gatesa w stosunku do charter schools. Dalej – organizacje dziennikarskie takie, jak Pulitzer Center on Crisis Reporting, The National Press Foundation i The International Center for Journalists; różne inne grupy, które tworzą treść newsów lub zajmują się dziennikarstwem, jak na przykład Leo Burnett Company, agencja reklamowa, którą Gates najął do stworzenia strony z wiadomościami, aby promowała sukcesy organizacji charytatywnych. W niektórych przypadkach otrzymujący granty mówią, że rozdzielili część funduszy jako mniejsze granty dla innych dziennikarskich organizacji – co bardzo utrudnia zobaczenie pełnego obrazu tego, w jaki sposób Gates finansuje czwartą władzę.
Fundacja pomogła nawet opłacić raport American Press Institute z 2016 r., który stał się podstawą opracowania wytycznych co do tego, w jaki sposób newsroomy mogą zachować edytorską niezależność od filantropijnych darczyńców. Najważniejszy wniosek raportu: „nie ma wielu dowodów na to, że darczyńcy mają jakikolwiek udział w redagowaniu treści lub nalegają, by go mieć”. Warto zauważyć, że dane z badania, które stało się podstawą tego studium, pokazuje, iż prawie jedna trzecia darczyńców potwierdza, że widziała przed publikacją co najmniej część materiałów, których powstanie opłacili.
Hojność Gatesa wydaje się wspomagać pielęgnowanie coraz bardziej przyjaznego środowiska medialnego dla najbardziej widocznej na świecie organizacji charytatywnej. 20 lat temu dziennikarze krytykowali Gatesa za wkroczenie w świat filantropii, traktując to jako narzędzie do wzbogacenia się jego firmy lub PR- owe ćwiczenie, ratujące jego reputację nadszarpnięta po zawziętej batalii Microsoftu z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości w sprawie nielegalnych praktyk monopolistycznych. Dzisiaj fundacja Gatesa najczęściej jest tematem łagodnych artykułów i czołobitnych kolumn opisujących jej wspaniałą pracę.
W czasie pandemii media powszechnie traktowały Billa Gatesa jako eksperta od zdrowia publicznego w temacie COVID-19 – chociaż Gates nie ma wykształcenia medycznego ani też nie sprawuje publicznego urzędu. PolitiFact i USA Today (prowadzone przez Poynter Institute i Gannet, które otrzymały fundusze z Gates Foundation) użyły swoich „platform do sprawdzania faktów”, aby bronić Gatesa przed „fałszywymi teoriami spiskowymi” i „fałszywymi informacjami”, na przykład, że fundacja ma finansowe inwestycje w firmach, które pracują nad szczepionką i terapiami na COVID. W rzeczywistości strona internetowa fundacji i najnowsze zeznania podatkowe wyraźnie pokazują inwestycje w takie firmy, w tym Gilead i CureVac.
W ten sam sposób, w jaki media dały Gatesowi ogromny głos podczas pandemii, fundacja od dawna używała swoich charytatywnych datków do kształtowania debaty publicznej na przeróżne tematy, od światowego zdrowia do edukacji i rolnictwa – ten poziom wpływów zapewnił Gatesowi miejsce na liście najpotężniejszych ludzi na świecie według „Forbesa”. Gates Foundation może pochwalić się ważnymi charytatywnymi osiągnięciami w ciągu ostatnich dwóch dekad – jak np. pomoc w likwidacji polio i przeznaczanie funduszy na zwalczanie malarii – lecz nawet te wysiłki zostały poddane krytyce przez ekspertów. Twierdzą oni, że sposób działania Gatesa może właściwie powodować szkody lub odwracać uwagę od ważniejszych, ratujących życie projektów zdrowia publicznego.
W praktycznie każdym z dobrych uczynków Gatesa reporterzy mogą znaleźć problemy wynikające z nieproporcjonalnie wielkiej władzy fundacji, jeżeli oczywiście zechcą ich poszukać. Lecz czytelnicy nie słyszą tych krytycznych głosów w wiadomościach tak często lub tak głośno, jak słyszą głosy Billa i Melindy. Wiadomości o Gatesie są często pisane z perspektywy wielu ludzi nauki, organizacji non profit i think tanków, które Gates finansuje. Czasami wiadomości te są podawane przez media finansowo powiązane z fundacją.
Gates Founation odmówiła wielu prośbom o wywiad do tego artykułu i nie przedstawiła własnych rozliczeń co do tego, ile pieniędzy przeznaczyła na dziennikarstwo. W odpowiedzi na pytania wysłane w e-mailu, rzecznik fundacji powiedział, że przewodnią zasadą finansowania dziennikarstwa przez fundację jest „zapewnienie twórczej i wydawniczej niezależności”. Rzecznik dodał również, że z powodu ograniczeń finansowych istniejących w dziennikarstwie, wiele problemów, którymi zajmuje się fundacja „nie otrzymuje dogłębnej, stałej analizy w mediach, jaką dostawały w przeszłości. Kiedy powszechnie szanowane media mają możliwość zaprezentować materiał na temat niedostatecznie poznanych i niedostatecznie opisanych problemów, mają one władzę, aby wyedukować opinię publiczną i zachęcić do przyjęcia i wdrożenia polityki opierającej się na danych empirycznych, w obu sektorach, publicznym i prywatnym”.
W czasie, kiedy Columbia Journalism Review kończył sprawdzanie faktów z niniejszego artykułu, Gates Foundation zaoferowała bardziej dokładną odpowiedź: „Odbiorcami dziennikarskich grantów fundacji były i są nadal niektóre z najbardziej szanowanych na świecie organizacji medialnych. Sposób zadawania pytań dla potrzeb niniejszego artykułu sugeruje, że te organizacje naraziły swoją uczciwość i niezależność poprzez informowanie o zdrowiu, rozwoju i edukacji, a będąc finansowanymi przez fundację. Stanowczo sprzeciwiamy się takim sugestiom”.
Odpowiedź fundacji rzuca również światło na inne związki, które ma ona z mediami newsowymi, włączając w to „branie udziału w tuzinach konferencji, takich jak Perugia Journalism Festival, the Global Editors Network albo the World Conference of Science Journalism, jak również pomoc w tworzeniu takich możliwości poprzez miedzy innymi fundusz Innovation in Development Reporting”.
Pełny obraz darowizn Gatesa dla mediów newsowych pozostaje nieznany, ponieważ fundacja publicznie ujawnia pieniądze przyznane tylko poprzez charytatywne granty, a nie na podstawie umów. W odpowiedzi na pytania fundacja Gatesów ujawniła tylko jeden kontrakt, z „Vox” – ale opisała też, jak niektóre z kontraktowych pieniędzy są wydawane: na produkcję sponsorowanego materiału i okazjonalne fundowanie „pozamedialnych jednostek non profit służących do wspierania zadań takich jak szkolenie dziennikarzy, kongresy mediów i obecność na imprezach”.
W przeszłości reporterzy zauważyli bardzo oczywistą stronniczość w sposobie, w jaki Gates Foundation jest pokazywana w mediach newsowych, jednak taki rodzaj refleksji zanikł w ostatnich latach. W 2015 r. wspomniany „Vox” opublikował artykuł badający liczne bezkrytyczne doniesienia mediów otaczające fundację – pozytywny stosunek, który nie zmienia się nawet, kiedy wielu ekspertów i naukowców zgłasza poważne zastrzeżenia. „Vox” nie przywołał dotacji Gatesa dla organizacji newsowych jako czynnika sprawczego ani też nie odniósł się do trwającego miesiąc okresu, kiedy to Bill Gates był gościnnie wydawcą „The Verge”, który jest przybudówką „Voxa”. Mimo to jednak medium to zadało ważne pytania dotyczące panującej wśród dziennikarzy tendencji do przedstawiania Gates Foundation jako bezstronnej organizacji charytatywnej, a nie narzędzia wpływów.
Pięć lat wcześniej, w 2010 r., Columbia Journalism Review opublikował dwuczęściową serię, która zajmowała się między innymi badaniem sprawy milionów dolarów płynących do programu PBS NewsHour, który, jak dowiedziała się CJR, unika krytycznego przedstawiania Gatesa.
W 2011 r. „The Seattle Times” szczegółowo wyliczył powody do niepokoju i sposoby, w jakie opłacanie przez Gates Foundation może zrujnować niezależne dziennikarstwo: „Aby przyciągnąć uwagę opinii publicznej do spraw, na których jej zależy, fundacja zainwestowała miliony w szkolenia dla dziennikarzy. Funduje też badania dotyczące poszukiwania najbardziej skutecznych metod tworzenia przekazu medialnego. Popierane przez Gatesa think tanki produkują zestawy faktów medialnych i opiniotwórcze artykuły w gazetach. Eksperci wyszkoleni w fundowanych przez Gatesa programach piszą treści, które pojawiają się w mediach od »The New York Times« po »The Huffington Post«, a portale cyfrowe zacierają linię pomiędzy dziennikarstwem a propagandą”.
Dwa lata po publikacji tej historii „The Seattle Times” przyjął znaczące fundusze od Gates Foundation na projekt edukacji reporterskiej…
Wszystkie te historie wykazują kompleksowe dowody na wpływ Gatesa na świat dziennikarstwa, lecz nie pokusiły się o śledztwo nad całością zasięgu finansowego fundacji i jej wpływu na czwartą władzę. Dla porównania, 250 milionów dolarów to taka sama suma, jaką Jeff Bezos zapłacił za „Washington Post”.
Kiedy Gates daje pieniądze mediom, dyktuje też jak te pieniądze są używane – często ze wskazaniem tematów, takich jak globalne zdrowie i edukacja, nad którymi pracuje fundacja – pomaga to agendzie fundacji uzyskać prominentne miejsce w mediach i newsach.
W 2015 r. Gates przekazał 383 tys. dolarów Poynter Institute, która to organizacja jest szeroko cytowanym autorytetem w dziedzinie etyki dziennikarskiej (czasami też współpracuje z CJR) i przeznacza fundusze na „poprawę w światowych mediach ws. rzetelności informacji związanych z globalnym zdrowiem i rozwojem”.
Zastępczyni dyrektora Poyntera, Kelly McBride, powiedziała, że pieniądze Gatesa zostały przekazane do platform, które zajmują się sprawdzaniem faktów podawanych w mediach (fact checking), włączajac w to Africa Check; stwierdziła przy tym, że jest całkowicie pewna tego, iż nie wynikła z tego żadna stronniczość lub zatajanie prawdy, chociaż przyznała, że nie sprawdziła tego osobiście.
Tymczasem znalazłem 16 przykładów, gdy Africa Check sprawdza informacje medialne związane z Gatesem. Praca Africa Check w ogromnej większości wydaje się wspierać lub bronić Billa i Melindy Gates i ich fundacji, która wydała miliardy na rozwój Afryki. Jedyny przykład, jaki znalazłem, gdy Africa Check w minimalnym stopniu nie zgadza się ze swoim darczyńcą, to sytuacja, gdy pracownik fundacji zatweetował niepoprawne statystyki – że dziecko umiera na malarię co 60 sekund, a nie co 108.
Africa Check twierdzi, że otrzymała od Gatesa dodatkowe 1,5 miliona dolarów w latach 2017 i 2019.
„Nasi darczyńcy i ci, którzy nas wspierają, nie mają wpływu na to, jakie informacje sprawdzamy po kątem ich prawdziwości ani na wnioski, do jakich dochodzimy w naszych raportach” – powiedział Noko Makgato, dyrektor wykonawczy Africa Check w oświadczeniu dla CJR. „Do wszystkich fact checków związanych z naszymi darczyńcami dołączamy oświadczenie, aby poinformować czytelnika, o kogo chodzi”.
Wcześniej tego roku McBride dodała do listy swoich obowiązków stanowisko publicznej wydawczyni NPR, jako część kontraktu pomiędzy NPR i fundacją Poynter. Od 2000 r. Gates Foundation przekazała NPR 17,5 miliona dolarów w formie grantów – wszystkie one przeznaczone były na informowanie o globalnym zdrowiu i edukacji, czyli dokładnie o tych sprawach, nad którymi pracuje Gates.
NPR dużo miejsca poświęca Gates Foundation. Pod koniec 2019 r. rzecznik NPR powiedział, że NPR wspomniał fundację w swoich reportażach ponad 560 razy, włączając w to 95 razy na Goats and Soda, blogu poświęconemu zdrowiu i rozwojowi na świecie, prowadzonemu przez NPR, który Gates pomaga opłacać. „Finansowanie przez korporacyjnych sponsorów i filantropijnych darczyńców nie ma nic wspólnego z podejmowaniem decyzji przez wydawcę w newsroomie NRP”, przekonuje rzecznik.
Rzadkie są przypadki, gdy NPR przygląda się krytycznie Gates Foundation. We wrześniu zeszłego roku NPR donosiło o decyzji fundacji, by przyznać humanitarną nagrodę premierowi Indii Narendrze Modiemu, pomimo tego, że Modi ma fatalną kartę w zakresie łamania praw człowieka i wolności przekonań (ta sprawa była nagłośniona w mediach – to bardzo rzadki przypadek negatywnego opiniowania poczynań Gatesa).
Tego samego dnia fundacja pojawiła się w innym nagłówku prasowym NPR: „Gates Foundation twierdzi, że świat nie zbliża się do celu wyeliminowania biedy przed 2030 r.”. Ten reportaż przytacza tylko dwa źródła: Gates Foundation i przedstawiciela z Center for Global Development, finansowanej przez Gatesa organizacji pozarządowej. Braku niezależnej perspektywy nie sposób tu nie zauważyć. Bill Gates jest drugim najbogatszym człowiekiem świata i całkiem słusznie mógłby być postrzegany jako symbol nierówności ekonomicznej, jednak NPR przedstawia go jako moralny autorytet w kwestii biedy…
Biorąc pod uwagę znaczące finansowanie NPR przez Gatesa, można by sobie wyobrazić, że wydawcy nalegają, aby reporterzy szukali niezależnych finansowo głosów lub posługiwali się źródłami, które oferują krytyczną perspektywę. Wiele artykułów w NPR tego nie robi. Ponadto NPR mogłoby postarać się o niezależność od Gatesa poprzez odrzucenie darowizn przeznaczonych na robienie reportaży na ulubione przez Gatesa tematy.
Nawet kiedy publikuje krytyczne materiały na temat Gatesa, mogą się one wydawać wyreżyserowane. W lutym 2018 r. NPR opublikował historię zatytułowaną „Bill Gates odpowiada na trudne pytania o biedę i władzę”. „Trudne pytania”, jakie NPR zadało mu podczas sesji pytań i odpowiedzi, były w większości oparte na liście stworzonej przez samego Gatesa, odpowiedział on też na nie uprzednio w liście zamieszczonym na stronie własnej fundacji. W jednym z pytań reporter Ari Shapiro bez śladu ironii zwraca się do Gatesa: „Jak zachęca pan ludzi do szczerości z panem, nawet jeśli mieliby ryzykować zrażenie sobie darczyńcy?”. W tym samym wywiadzie Gates powiedział, że krytycy wyrażają swoje poglądy, a fundacja ich słucha.
W 2007 roku „Los Angeles Times” opublikował jedyną krytyczną serię śledczych artykułów na temat Gates Foundation, jaka kiedykolwiek powstała. Część serii analizowała udział kapitału fundacji w firmach krzywdzących tych samych ludzi, którym fundacja ma pomagać, jak na przykład firmy produkujące czekoladę, mające powiązania z wykorzystywaniem pracy dzieci. Charles Piller, główny reporter tej serii, mówi, że poczynił ogromne starania, aby otrzymać odpowiedź z Gates Foundation podczas śledztwa dziennikarskiego. „Przez większość czasu nie chcieli mieć ze mną nic do czynienia. Nie chcieli odpowiadać na pytania związane z moimi reportażami i w ogóle odmówili odpowiedzi, z wyjątkiem najbardziej lakonicznych”, mówi Piller. „To bardzo typowe dla wielkich firm, agencji rządowych – mają one nadzieję, że jakiekolwiek kontrowersyjne sprawy, które zostaną poruszone przez reporterów, wzbudzą tylko krótkotrwałe zainteresowanie, a potem będą mogli oni wrócić do swoich zwykłych zajęć”.
Zapytany o brak zaawansowanych reportaży na temat Gatesa, Piller mówi, że bycie finansowanym przez fundacje może spowodować, iż media będą wolały poszukać innych obiektów zainteresowania. „Myślę, że oszukiwaliby sami siebie, gdyby sugerowali, że te pieniądze dla ich organizacji nie mają wpływu na decyzje wydawnicze” – mówi. „Tak jest ten świat urządzony”.
Dwóch dziennikarzy, którzy niedawno prowadzili śledztwo na temat Gatesa, podaje przykład na to, co wydaje się metodą w egzekwowania takich wpływów. Piszący dla „De Correspondent”, Robert Fortner i Alex Park zbadali ograniczenia i niezamierzone konsekwencje nieprzerwanych wysiłków Gates Foundation, aby zwalczyć polio. W „HuffPost” ci dwaj dziennikarze pokazali, jak ogromne fundusze przeznaczane przez Gatesa na globalne inicjatywy zdrowotne przekierowały światowe programy pomocowe w kierunku partykularnych celów fundacji (jak zwalczanie polio) i tym samym powodowały ich odwrót od spraw takich, jak przygotowanie do nagłych wybuchów epidemii takich jak ebola. Tego typu zastrzeżenia nie są nawet wspominane w bieżących doniesieniach medialnych na temat COVID-19, ponieważ media przedstawiają Gatesa w kwestii pandemii jako wizjonerskiego lidera.
Podczas gdy Fortner i Park zajmowali się tymi kwestiami, fundacja Gatesa poprosiła ich przełożonych o rozmowę. Autorzy publikacji mówią, że rodzi to poważne pytania na temat prób wpływania przez Gatesa na decyzje dotyczące tekstów na jego temat. „Zbyli nasze pytania i starali się podważyć nasze reportaże” – mówi Park.
Podczas śledztwa Parka i Fortnera dla „De Correspondent” Rachel Lonsdale, szefowa zespołu do spraw komunikacji o polio w fundacji Gatesa, złożyła wydawcy dwóch dziennikarzy niezwykłą propozycję, pisząc: „Zwykle rozmawiamy przez telefon z wydawcą gazety zatrudniającej freelanceerów, z którymi mamy do czynienia, a czynimy tak z dwóch powodów – aby w pełni zrozumieć, jak możemy pomóc w tym specyficznym projekcie i aby zapoczątkować długoterminową relację, który mogłaby wykraczać poza wyznaczone zadanie freelancera”. Redakcja odrzuciła tę propozycję z powodu możliwości narażenia na szwank własnej niezależności i uczciwości ich pracy dziennikarskiej.
W wydanym oświadczeniu fundacja mówi, że Lonsdale „wykonywała swoje normalne obowiązki jako wyższy urzędnik programu współpracy z mediami. Jak napisaliśmy do Tima w grudniu 2019 r. – tak, jak w przypadku wielu organizacji, fundacja ma własny zespół do spraw kontaktu z mediami, który pielęgnuje związki z dziennikarzami i wydawcami, aby służyć im jako źródło informacji i ułatwiać dogłębne i rzetelne przedstawianie naszych spraw”.
Park twierdzi, że wydawcy byli po jego stronie, lecz nie lekceważy wysiłków fundacji, aby „wbić klin pomiędzy nas i redakcję, jeśli nawet nie po to, aby wpływać na nas od razu, to w celu otwarcia sobie takiej możliwości na później”.
Fortner tymczasem powiada, że stara się unikać sprzedawania artykułów do mediów fundowanych przez Gatesa z powodu powstającego w ten sposób konfliktu interesów: „Finansowanie mediów przez Gatesa sprawia, że oferowanie im przeze mnie w dobrej wierze materiału na sprzedaż jest niemożliwe’.
Fortner, który jest autorem materiału dla CRJ z 2010 r. na temat finansowania dziennikarstwa przez Gatesa, samodzielnie opublikował dalszy ciąg w 2016 r. Badał w nim, jak finansowanie przez Gatesa nie zawsze jest ujawniane w artykułach newsowych, włączając w to 59 historii, za które Pulitzer Center on Crisis Reporting zapłaciło częściowo pieniędzmi Gatesa. Organizacja ta odmówiła wyjaśnienia Fortnerowi, które z 59 artykułów powstały za pieniądze Gatesa.
Jeśli nawet krytyczne materiały na temat Gates Foundation są rzadkością, to i tak nie ma to znaczenia w „dziennikarstwie rozwiązań”, nowym rodzaju dziennikarstwa, który skupia się na rozwiązaniach problemów, a nie po prostu problemach samych w sobie. Ta optymistyczna orientacja przyciągnęła patronat Gates Founation, która skierowała 6,3 milionów dolarów do Solutions Journalism Network (SJN), aby szkolić dziennikarzy i finansować projekty reporterskie. Gates jest największym darczyńcą SJN – dostarczył około jednej piątej funduszy tej organizacji w ciągu całego czasu jej istnienia. SJN zdradza, że więcej niż połowa tych pieniędzy została rozprowadzona w formie subgrantów, włączając w to te dla Education Lab, jej partnerskiej inicjatywy z „Seattle Times”.
SJN przyznaje na swej stronie internetowej, że „potencjalny konflikt interesów jest nieodłączny”, jeśli chodzi o pobieranie filantropijnych funduszy, aby produkować „dziennikarstwo rozwiązań”, o czym współzałożyciel SJN David Bronstein wypowiadał się w wywiadzie. „Jeśli zajmujesz się globalnym zdrowiem lub edukacją i piszesz o interesujących modelach – mówi Bornstein – to istnieje bardzo duża szansa, że organizacja, którą się interesujesz, otrzymuje pieniądze od Gates Foundation. Dzieje się tak dlatego, że oni ze swoimi funduszami sięgają na cały świat i są poważnym inwestorem w tych dwóch dziedzinach”. Zapytany, czy może dać przykłady krytycznych reportaży o Gatesie pochodzących z SJN, Borstein miał problem: „Większość historii, które opłacamy, jest historiami obrazującymi wysiłki w kierunku rozwiązywania problemów, dlatego też nie są one aż tak krytyczne jak tradycyjne dziennikarstwo”, powiedział.
Tak też dzieje się w przypadku tekstów, które Bornstein i współzałożycielka SJN Tina Rosenberg tworzą dla „New York Timesa”. Jako kontraktowi autorzy „Fixes”, kolumny z opiniami, oboje przychylnie opisali fundowane przez Gatesa programy – edukacji, rolnictwa i globalnego zdrowia – na przestrzeni wielu lat, bez ujawnienia, że pracują dla organizacji, która otrzymuje miliony dolarów od Gatesa. Na przykład w 2019 r. dwa razy kolumna Rosenberga chwaliła World Mosquito Project, którego strona sponsorska po otwarciu prezentuje zdjęcie Billa Gatesa.
„Nie ujawniamy naszego związku z SJN w każdej kolumnie, zresztą darczyńcy SJN są wymienieni na naszej stronie internetowej. Masz rację, że kiedy piszemy o projektach, które funduje Gates, powinniśmy napisać też wyraźnie, że SJN także otrzymuje fundusze od Gatesa” – napisał Rosenberg w e-mailu. „Nasze zasady w »The New York Times« w przyszłości będą bardziej jasne i zapewniam, że to ujawnimy”.
Pobieżnie przejrzałem kolumnę „Fixes” i znalazłem 15 odcinków, gdzie autorzy wyraźnie wymieniają Billa i Melindę Gates, ich fundację lub organizacje fundowane przez Gatesa. Bornstein i Rosenberg mówią, że prosili swoich wydawców w „NYT”, aby ujawnili informację o źródłach finansowania i dodali ją, uaktualniając w ten sposób kilka ich kolumn. Wymieniają oni także sześć, co do których uważają, że nie potrzebują one takiej deklaracji. Tekst Rosenberga z 2016 r. na temat Bridge International Academies na przykład odnotowuje, że Bill Gates osobiście pomaga fundować ten projekt. Autorzy argumentują, że SJN ma związki z Gates Foundation, a nie z samym Billem Gatesem, zatem taka deklaracja nie jest potrzebna. „To bardzo znacząca różnica”, napisali w e-mailu Rosenberg i Bornstein.
Sporo czasu po tym, jak Bornstein i Rosenberg powiedzieli, że prosili swoich wydawców, aby dodali deklaracje o źródłach finansowania do ich kolumn, teksty te nadal nie zostały uzupełnione o takową deklarację. Marc Charney, wyższy rangą wydawca w „NYT”, powiedział, że nie jest pewien, czy i kiedy gazeta dodałaby takie deklaracje, wymieniał przy tym trudności techniczne i inne priorytety w newsroomie.
NPR również zapewniało, że doda deklarację finansową do artykułu o Gates Foundation z 2012 r., ale nie wywiązało się z obietnicy.
Nawet całkowite ujawnienie bycia finansowanym przez Gatesa nie oznacza, że pieniądze nadal nie spowodują stronniczości. Równocześnie sam fakt bycia opłacanymi przez Gatesa nie wyjaśnia w pełni, dlaczego aż tyle wiadomości o fundacji jest pozytywnych. Nawet newsy bez oczywistych finansowych powiązań z Gatesem – a trzeba dodać, że fundacja nie ma obowiązku publicznie ogłaszać wszystkich kwot, które przeznacza na dziennikarstwo, co sprawia, że całościowy obraz tego finansowania jest nieznany – mają tendencje do przychylnego traktowania fundacji. Przyczyną może być fakt, że rozdawanie pieniędzy przez Gatesa przez dziesięciolecia pomogło wpłynąć na ogólny ton mediów wypowiadających się na temat fundacji. Może być też tak dlatego, że newsowe media zawsze, a zwłaszcza teraz, szukają bohaterów.
Większym zmartwieniem jest to, że sposób przedstawiania Gatesa w mediach w jednym dominującym tonie stanowi precedens co do tego, jak wypowiadamy się na temat następnego pokolenia tech billionaires (technologicznych miliarderów), którzy zajmują się filantropią, włączając w to Jeffa Bezosa i Marka Zuckerberga. Bill Gates udowodnił, że możliwe jest, aby najbardziej kontrowersyjny z „kapitanów” tego przemysłu nowoczesnej technologii niepostrzeżenie zmienił swój publiczny wizerunek z czarnego charakteru epoki technologii w dobrodusznego filantropa.
Jeżeli my, dziennikarze, mamy za zadanie krytykować bogactwo i władzę, Gates prawdopodobnie powinien być jednym z najdokładniej obserwowanych ludzi na ziemi – nie zaś jednym z najbardziej podziwianych.
Tim Schwab
tłum. Magdalena Bieńczak
Tekst pierwotnie opublikowano na stronie internetowej Columbia Journalism Review 21 sierpnia 2020.
przez Monika Kostera | niedziela 13 września 2020 | opinie
Heather była wielką uczoną i dobrym człowiekiem. Była jedną z osób, które głęboko kształtują zarówno idee, jak środowisko. Wiele osób uczyło się od niej, wiele osób ją kochało. Gdy zachorowała na nowotwór, była, jako profesor jednej z czołowych brytyjskich uczelni, promotorką kilku doktoratów. Jej choroba osłabiła ciało, ale w niczym nie umniejszyła jej umysłu i wiedzy. Heather chciała dalej prowadzić swoje doktorantki, a one chciały, żeby ona opiekowała się nadal ich pracą naukową. Jej choroba nie była wyrokiem. Uczona została poddana leczeniu, którego efekty początkowo były niezłe. Decyzją administracyjną pozbawiono Heather możliwości prowadzenia prac swoich doktorantek. Zostały one przydzielone innym promotorom. Gdy po przysługującym okresie zwolnienia lekarskiego wiadomo już było, że Heather nie wróci do pracy, przesunięto ją na rentę. Jednocześnie przestała być profesorem. W systemie post-profesji profesor to stanowisko takie jak menedżer i pozostaje w gestii zarządu. Ostatni tytuł, jaki należy do pracownika takiej akademii, to doktor. Heather umarła jako doktor.
Przez kilka dziesięcioleci trąbiono na prawo i na lewo o „zarządzaniu wiedzą” i o „gospodarce wiedzy”. Miała być lekarstwem na biurokrację i toporne korporacje starej daty, które borykały się z oporem wobec zmian. Korporacja przyszłości miała być inteligentna i miała cenić pracowników wnoszących w nią cenną wiedzę. W praktyce okazała się wielkim wampirem wysysającym wiedzę z człowieka i do końca odhumanizującym jego pracę. Człowiek ostatecznie tracił kontrolę nad swoją pracą, a jego wiedza przechodziła do dyspozycji struktur zarządzania.
Początkowo komentatorzy wyobrażali sobie, że ten trend dotyczy tylko wykonawczych stanowisk pracy. Jednak wkrótce okazało się, że dotyczy wszystkich: robotników i szefów, lekarzy i nauczycieli, wreszcie pracowników naukowych. Nastąpiła wielka deprofesjonalizacja. Osąd profesjonalny i osobistą relację z obszarem, za którą profesjonaliści są odpowiedzialni, zastąpiło coś w rodzaju egzoszkieletu złożonego z algorytmów, procedur, przepisów, apek, platform internetowych i reguł ingerujących w najdrobniejsze szczegóły pracy byłych profesjonalistów.
Szwedzko-amerykański doktor nauk medycznych Hans Duvefelt pisze o epidemii wypalenia zawodowego w dzisiejszych czasach, także wśród lekarzy. Pojęcie pojawiło się w naukowym dyskursie stosunkowo niedawno, lecz ostatnimi czasy stał się wszechobecne. Lekarze, którzy jeszcze niedawno byli autentycznie oddani swojej pracy, coraz częściej cierpią z powodu wypalenia, braku energii, braku poczucia kontaktu z zasadniczą treścią swojej pracy. Zamiast działać zgodnie ze swoją zawodową misją i umiejętnościami, czyli zajmować się pacjentami, poświęcać im czas i empatię, lekarze spędzają coraz większą ilość czasu wprowadzając dane do formularzy online w celach mających znikomy związek z relacją z pacjentem. Co więcej, obecnie te formularze są zasadniczym motorem działań, one definiują to, co pracownik ma robić i w jaki sposób. Pracuje się „pod tabelki”, bo na nic innego nie ma czasu ani sił. Możliwość spotkania pacjenta ogranicza się coraz bardziej, a możliwość dostosowania działań do jego czy jej potrzeb i oczekiwań maleje niemal do zera. Lekarze czują się bezsilni, pozbawieni władzy nad swoją pracą, coraz większa ich ilość deklaruje chęć odejścia z zawodu. Duvefelt diagnozuje tę przypadłość systemowo – to nie jest choroba dotykająca poszczególnych osób, lecz skutek deprofesjonalizacji medycyny.
Deprofesjonalizacja to odpływ odpowiedzialności i wiedzy z wewnątrz systemu, a co za tym idzie – dumy zawodowej, kiedyś ważnej kategorii w odniesieniu do wszelkiej wykwalifikowanej pracy, a definiującej w profesjach. Przy tym nikt nie wie, jak samodzielnie zorganizować swoją pracę, jak ją planować, jak dostosowywać do zmieniających się warunków. Mimo że ilość administratorów w neoliberalnych instytucjach postprofesjonalnych, takich jak uczelnie i służba zdrowia, ciągle rośnie i nieraz, np. w krajach anglosaskich, przekracza połowę zatrudnionych, to bynajmniej nie znaczy, że pozostali pracownicy są zwolnieni z administrowania. Prawda jest taka, że robią to przez większość czasu, ponieważ podsystemy administracyjne nie administrują – ich rolą jest nakłanianie merytorycznych pracowników do administrowania i do tłumaczenia wszelkiej swojej poza-administracyjnej pracy na język audytowalny.
Proces ten jest częścią większej, bardziej fundamentalnej dynamiki, zwanej audytyzacją społeczeństwa. W drugiej połowie lat 90. pisał o tym zjawisku brytyjski profesor finansów Michael Power, który zaobserwował eksplozję aktywności audytorskiej od lat 80., szczególnie w krajach anglosaskich. Oprócz audytów finansowych istnieją obecnie audyty medyczne, audyty technologiczne, audyty opłacalności, audyty środowiskowe, audyty jakości, audyty nauczania i wiele innych. Procedury audytu nie wspierają, nie wspomagają ani nie zastępują struktur profesji. Przekształcają je w twory audytowalne, zabierając pracownikom możliwość osobistego osądu i podejmowania odpowiedzialności w nietypowych sytuacjach, niezbędną do wykonania złożonej profesjonalnej pracy. Arcyważną częścią profesji jest samoorganizacja pracy. Każdy, kto ma za sobą doświadczenie pracy profesjonalnej wie, jak bardzo trudna jest samoorganizacja. Jak dostosować przygotowany wcześniej kurs do poziomu i oczekiwań studentów? Jak najlepiej ocenić ich prace, biorąc pod uwagę wymogi uczelni, kursu i sposób, w jaki pracowali przez cały semestr? Kiedy co przygotować, w jaki sposób, co można zmienić, a czego nie należy ruszać? Nic tego osądu nie zastąpi. Egzoszkielety administracji, obecnie pełniące te rolę, nie zastępują jej ani nawet nie chronią tego, co jest w środku – pracy profesjonalistów. Usunięcie uciążliwych i patologicznych egzoszkieletów nie sprawi, że stare profesjonalne struktury odżyją. Podobnie jak w przypadku niegdysiejszej tradycji wiązania stóp młodych dziewcząt w Chinach – stopa jest trwale zmiażdżona.
Jednym z narzędzi audytyzacji jest parametryzacja. Ma ona swoich zwolenników i przeciwników, chociaż wielu jej zwolenników zdaje się nie rozumieć szerszego kontekstu towarzyszącego parametryzacji. Na przykład niektórzy polscy uczeni, szczególnie młodzi, oczekują, że parametryzacja w jakiś sposób zobiektywizuje pracę na uczelni, że ich wysiłek wreszcie zostanie dostrzeżony i doceniony dzięki zaistnieniu obiektywnych miar. Jednak są to płonne nadzieje. Parametry nie powstają z niczego, tworzone są w określonych warunkach przez konkretnych ludzi. W tym przypadku ustalane są na zlecenie zarządów i administracji po to, by przetłumaczyć pracę niepoliczalną na język cyfr, co znacząco ułatwia rejestrację wykonanych zadań i podejmowanie decyzji zarządczych. Dzięki temu, administrowanie organizacją przekształca się w znacznie prostszy proces maksymalizacji rejestrowanych liczb, co podejmujący decyzje skwapliwie wykorzystują dla własnych celów, na swój sposób, bez refleksji nad zjawiskami, które liczby mają opisywać. Menedżerowie starają się gromadzić jak największą ilość punktów, które umożliwią im po kilku latach przeniesienie się dalej, przekazując następcom chaos i tysiąc nierozwiązanych problemów (których następca stara się nie rozwiązać, lecz przekazać dalej kolejnemu następcy wraz z nowymi). Czynią to zatrudniając, a potem pozbywając się pracowników, którzy przynoszą im upragnione punkty – po wpisaniu w odpowiednie zestawienia, pracownika się marginalizuje, zniechęca czy wręcz mobbinguje (by nie zyskał zbyt wiele władzy środowiskowej i nie zagroził ich pozycji).
Z kolei pracownicy rozgrywają parametry tak jak najlepiej umieją na swoją korzyść. Naukowcy, zamiast prowadzić żmudne badania mogące przyczynić się do rozwiązania istotnych problemów, szukają jak najkrótszych ścieżek prowadzących do publikacji (za to, wszak, przyznawane są punkty). Publikują w dużych ilościach raporty ze skleconych naprędce projekcików badawczych bądź miałkie, mało kontrowersyjne teksty. Łatwiej to zrobić, niż walczyć o czas na przeprowadzenie porządnych badań i o oryginalne i odkrywcze publikacje. Zmieniając treść tylko na tyle, by obejść lokalne reguły dotyczące autoplagiatu, publikują te same treści tyle razy, ile mogą. Zamiast prowadzeniem badań, zajmują się szlifowaniem pozycji w CV. Nie zajmują się natomiast niczym, czego parametryzacja nie obejmuje: krytycznym odczytem własnych badań, formułowaniem złożonych, niedających się szybko zbadać problemów badawczych, refleksją, bezinteresowną wzajemną pomocą, czytaniem. Skaczą między uniwersytetami, by awansować lub dostać podwyżkę. Umawiają się z kolegami o wzajemne cytowania, nawet jeśli teksty nie są tego warte. Cierpi na tym wszystkim nauka, nikt nie ma na nią czasu. Jak głosi tzw. prawo Goodharta: kiedy miara staje się celem, przestaje być dobrą miarą.
Audytyzacja nie wzięła się znikąd. Jest jednym z ważnych procesów definiujących późny, neoliberalny kapitalizm, umożliwiających przekształcenie gospodarek przemysłowych i przemysłowo-usługowych w system oparty w przeważającej mierze na finansach. Brytyjski profesor rachunkowości Prem Sikka argumentuje, że obecny system audytu nadaje się do głębokiej i pilnej reformy. Jego geneza wzięła się z przerzucania odpowiedzialności na zewnątrz na pracowników raportujących własną prace i na zewnętrzne firmy audytorskie. Odpowiedzialność tych ostatnich jest fikcyjna – w praktyce jest niemal niemożliwe wyegzekwowanie jakiejkolwiek odpowiedzialności przez interesariuszy, nawet jeśli same przyznają się do błędów. Co więcej, badania uczonego wskazują na istnienie głębokiej zależności firm audytorskich od korporacji poddawanych audytowi. Poza tym przedsiębiorstwa zdywersyfikowały się i stosują obecnie nowe formy inwestycji i złożone instrumenty finansowe, co sprawia, że niektóre transakcje mogą nie być poddane audytowi w tradycyjny sposób. Profesor Sikka komentuje: „Każdy, kto sprzedaje chipsy lub słodycze, musi upewnić się, że produkt jest odpowiedni do celu i nie wyrządzi krzywdy odbiorcom. Żadne z tych rozważań nie dotyczy audytorów, a branża audytorska nie wykazała skłonności do przyjęcia odpowiedzialności rutynowo akceptowanej w większości innych dziedzin”.
Brytyjska dziennikarka ekonomiczna Grace Blakely w swojej książce z 2019 roku „Stolen” argumentuje, że finansjalizacja, która po kryzysie 2008 właściwie całkowicie opanowała świat zarządczy, nic nie produkuje, nie tworzy trwałych wartości gospodarczych ani cywilizacyjnych. Co więcej, nie rozwiązuje żadnych problemów, a nawet pogłębia te, które zapoczątkowały kryzys: stagnacja płac, wzrost nierówności, kryzys ekologiczny. Jednak stworzyła coś w rodzaju wyizolowanego imaginarium, zamkniętego systemu komunikacji, w którym język parametrów i wyników finansowych zastępuje wszystkie inne formy wyrazu. Nasz świat został skradziony przez finansowy kapitalizm. Między innymi skradziono nam profesje. Dlaczego mamy ich żałować, gdy – dosłownie – płoną lasy?
Dlatego, że mogłyby pomóc zatrzymać pożary, nie tylko gasząc je punktowo tam, gdzie powstają, ale zajmując się oceną, osądem i proponowaniem rozwiązań w nietypowych, skomplikowanych sytuacjach. To jest ich rolą w społeczeństwach. Teraz, na przykład, mamy pandemię, która spowodowała ogrom nietypowych i skomplikowanych sytuacji w różnych obszarach życia, między innymi w edukacji. Hieronim był prodziekanem odpowiedzialnym za dydaktykę w jednej z polskich uczelni. Gdy nastała pandemia i ogłoszono wstrzymanie zajęć dydaktycznych, napisał e-mail skierowany do wszystkich profesorów, prosząc ich, by wykorzystali swoją profesjonalną wiedzę i osąd, aby uczyć studentów jak najlepiej się da w zaistniałych okolicznościach. W końcu to oni są fachowcami zatrudnionymi po to, by rozwiązywać złożone problemy, także te nieprzewidziane. Sporządził listę zasobów i technologii dostępnych na uczelni, a także podał ważne kontakty, takie jak personel IT i bibliotekarze. Poprosił ich o pomoc mniej doświadczonym nauczycielom, gdyby takiej pomocy potrzebowali i o przesyłanie regularnych ultrakrótkich raportów z zajęć. Tak więc pracownicy tej uczelni prowadzili zajęcia zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i umiejętnością nawigowania w wydatkowej i trudnej sytuacji. Niektóre zajęcia były świetne. Sporo było niezłych, choć nie poruszających z posad bryły świata. Niektóre były słabe. Jednak studenci na ogół byli zadowoleni i doceniali te dziwne zajęcia, chwalili swoich nauczycieli, byli wdzięczni za to, że często okazywali empatię, reagowali na indywidualne problemy, takie jak brak dostępu do internetu i biblioteki, starali się im pomóc. Nawiązany został kontakt i budowane były relacje. W bardzo wielu innych uczelniach, gdzie natychmiast zastosowano ogólne twarde procedury, nic takiego nie miało miejsca. Za to poziom był bardziej wyrównany. Bez profesjonalnego osądu poziom jest wyrównany, to zasada którą pamiętamy z innej epoki: przyjdzie walec i wyrówna. Kiedyś kojarzyło się to ze słynnym „czy się stoi, czy się leży”. W obecnym systemie znaczy to, że przeciętnie jest nieźle albo dobrze. Nie ma odchyleń – działań wyraźnie słabszych ani działań wyraźnie lepszych. Innymi słowy, nie ma miejsca na wybitnie dobrą pracę.
Natomiast badania wykazują, że nie chroni to systemu przed oszustwem, zinstytucjonalizowaną psychopatią, nadużyciami i przemocą. Wyklucza tylko to, co nie da się sparametryzować. Czyni więc pracę, która była złożona, skomplikowana, miała potencjał do generowania nowości – mechaniczną i łatwą do kontroli. Na tym polega sedno deprofesjonalizacji. System jest niezdolny do rozwiązywania złożonych problemów. Lasy płoną, róże też, nie ma komu płakać, bo wszyscy są zajęci swoimi bullshit jobs – pracą bez sensu, ale za to niesłychanie absorbującą i zasobochłonną, której powszechność opisywał nieodżałowany David Graeber. Lub też kombinowaniem, jak wygrać w wielkiej grze w parametry. Problem pozostaje nierozwiązany, a jego przyczyny nietknięte.
Ale wielkie profesje to coś więcej aniżeli systemy do rozwiązywania problemów i świadczenia usług, choć stanowi to ich trzon. To bufor umożliwiający odnowę i regenerację społeczeństw, a także system ostrzegawczy, który m.in. pełni rolę społecznego sumienia. W naszych czasach przeprowadza się audyt sumienia, z którego wynika, że szkodzi ono marce firmy lub zagraża dobremu imieniu zatrudniającej instytucji.
prof. Monika Kostera
przez Krzysztof Mroczkowski | środa 9 września 2020 | opinie
Na początku czerwca w swoim tekście na tych łamach opisywałem, jak za zgodą ostentacyjnie „radykalnych” działaczy amerykańskiego ruchu progresywnego wprowadzane są rozwiązania umacniające i tak już bardzo plutokratyczny charakter społeczeństwa i gospodarki USA. Pisałem wtedy również gorzko: „Z pewnością za jakiś czas progresywni parlamentarzyści i aktywiści będą proponować nałożenie podatku majątkowego od majątku, który pomogli przetransferować do najbogatszych”.
Na początku sierpnia senator Bernie Sanders wystąpił z inicjatywą jednorazowego podatku nałożonego na miliarderów, opodatkowującego 60% tej części ich majątku, która powstała w czasie pandemii. Sam pomysł oczywiście nie ma już dziś żadnych szans powodzenia, zaś amerykański ruch progresywny staje się radykalną na pokaz przystawką Partii Demokratycznej – jednej z dwóch grup zarządzających pseudopolitycznym teatrem i umacniających neoliberalną hegemonię kapitału. W nadchodzącym, 84. numerze „Nowego Obywatela”, opisuję, jak na pole walki z plutokracją, opuszczone przez ruch progresywny w USA (w tym jego „czerwoną”, socjalistyczną część) wchodzi nowa grupa, z bardzo ciekawym i ugruntowanym w rzeczywistości planem bitwy.
Jeszcze pół roku temu było to nie do pomyślenia. Wielu amerykańskich lewicowców deklarowało wstrzymanie się z poparciem Joe Bidena, kandydata Partii Demokratycznej na prezydenta, do momentu uzyskania od niego ustępstw. Bardzo szybko jednak okazało się, iż szlachetnie motywowani postępowcy w chwili próby wybrali toczenie symbolicznych sporów kulturowych, zamiast realnego sporu politycznego o władzę. Warto uważnie obserwować sygnały wskazujące, iż progresywiści z pozycji przeciwników oligarchii przechodzą do roli sojuszników centrowych neoliberałów.
Dla sił amerykańskiego i globalnego status quo, odpowiadających za nieograniczoną ekspansję kapitału kosztem zniszczenia wspólnot i środowiska, ma to olbrzymią zaletę. Neutralizuje bowiem zagrożenie socjaldemokratycznej korekty nakładającej twarde regulacyjne ograniczenia na antyspołeczne sposoby akumulacji kapitału. Takie zagrożenie, szczególnie w latach 2016-2017, było realne, czego wyraz stanowiły niedalekie od sukcesu kampanie Sandersa w USA i Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Dla oligarchii oczywiście nie ma znaczenia, czy u władzy jest osłaniający ich interesy projekt centrowo-neoliberalny, czy równie osłaniający ich interesy projekt prawicowo-neoliberalny. Problemem dotychczas była jedynie szybka „zużywalność” politycznych osłon. Politycy biorący na siebie niepopularną politykę musieli liczyć się z żywiołowymi protestami, a co gorsza z groźbą zorganizowanego ruchu politycznego walczącego przy urnach wyborczych.
Jakim cudem progresywni aktywiści z roli reformatorów mieliby przejść do roli pomocnika sił niszczących amerykańską wspólnotę? Właśnie powstają odpowiednie rynkowe zachęty dla zmęczonych ekonomiczną niepewnością głównie młodych wykształconych lewicowców. „Jeżeli tolerujesz rasizm, wykasuj sobie aplikację Uber” – brzmi treść billboardów firmy Uber, niedawno jeszcze będącej w defensywie, krytykowanej za praktyki zatrudnienia, dziś zaś, wraz z resztą korporacyjnej Ameryki raźno patrzącej na szanse oferowane przez wypranie reputacji na antyrasistowskim sentymencie. Skoncentrowany kapitał, nigdy przesadnie niezaaferowany czyimś kolorem skóry, może się ustawić „po jasnej stronie mocy” pomagając walczyć z innymi „złymi”. Chociaż miejsc pracy w działach HR i PR korporacji nie starczy dla zbyt wielu lewicowych aktywistów – to wspólny front już widać w zarysie.
Progresywni reformatorzy, jeżeli tylko uklękną i pocałują pierścień władców kapitału, w ramach centrowo-neoliberalnego obozu mogą objąć rolę tworzących i popularyzujących postępowe wykładnie w zakresie języka i obyczajów. Przykładowo, taką wykładnią jest zastąpienie słowa Latino (określającego populację latynoską) słowem Latinx. Spora część tych wysiłków ma swoje dobre uzasadnienie, ale istotne w tym zjawisku jest co innego. Przyglądając się dyskursowi korporacyjnych mediów USA zachodzi podejrzenie, iż celem obozu neoliberalnego jest stygmatyzacja członków klasy ludowej (nienależących do mniejszości) jako „niegodnych” i ksenofobicznych obywateli drugiej kategorii. Byłoby to przygotowanie gruntu pod odebranie klasie ludowej pełni praw człowieka i obywatela, w tym zmian w zakresie prawa wyborczego. W istocie byłaby to kara za asynchronię: niedopasowanie w czasie rzeczywistym do zmian zachodzących w kulturze.
Jeszcze pół dekady temu ruchy progresywnego sprzeciwu wobec status quo w USA i Europie miały ambicję politycznego działania nie tylko „dla” i „w imieniu” klasy ludowej, ale też razem „z” nią. Zbędny werbalny „czerwony” radykalizm nie pomagał im jednak w budowaniu szerokiego poparcia dla potrzebnych reformistycznych rooseveltowskich rozwiązań: marksizm jest obecnie dużo bardziej popularny na uczelniach niż w fabrykach. Antykapitalizm jest niezrozumiały dla klasy ludowej, często marzącej o karierze przedsiębiorcy, która to ścieżka (niewymagająca wykształcenia) jest dla nich jedyną dostępną możliwością znaczącego polepszenia swojej pozycji społecznej. W USA m.in. dlatego Donald Trump, niezależnie od ostatecznej wygranej lub porażki, w listopadowych wyborach może spodziewać się uzyskania najwyższego spośród republikańskich kandydatów ostatnich dziesięcioleci odsetka głosów populacji latynoskiej i czarnoskórej. O ile przedstawiciele klasy ludowej mogą jakkolwiek wyobrazić sobie siebie jako odnoszących sukces w obecnym systemie (ciężką pracą przy znaczącym udziale łutu szczęścia), to zawierzenie w projekty utopii podsuwane przez lewicowych inteligentów wymaga od nich bujnej wyobraźni. Można zresztą podejrzewać, że w teoretycznie niehierarchicznym społeczeństwie urządzanym przez demokratycznych socjalistów, faktyczny status i dostęp do pozycji władzy w dużej mierze opierałby się na wykształceniu.
A więc z progresywnego ludowego frontu nici, ale niezadowolenie społeczne jak było, tak narasta. W związku z tym tworzony jest nowy model zarządzania debatą publiczną i sferą wymiany myśli, zawierający antidotum na „zużywalność” polityków osłaniających korporacyjną eksploatację. Kluczem jest polaryzacja społeczeństw wokół dwóch obozów (dotyczy to również takiego systemu wielopartyjnego, jak polski), w której rola zderzaków biorących na siebie uderzenia walki politycznej przypadłaby samemu społeczeństwu en masse. Zarysowuje się nowym mechanizm walk obozów tożsamości, w którym do tradycyjnych bodźców represji i zagłuszania protestu (jak np. używanie propagandy medialnej podawanej w formie „informacji”) dochodzą nowe bodźce związane z „cyfrową smyczą”, na której poprzez tworzenie i uzależnianie od baniek społecznościowych trzymają nas możni. Robią to nie tylko amerykańskie korporacje technologiczne. Również polskie partie czy grupy interesu, mogą hurtowo kupować „boty” w mediach społecznościowych, oddziaływując psychologicznie: tworząc syntetyczne wrażenia „poparcia” bądź „osaczenia” własnych poglądów.
Wbrew pozorom, ludzie nie są dobrym materiałem na bezmyślnych sekciarzy, dla zachęt krzywdzących innych, chociaż w ekonomii przez długi czas czyniono założenie o instynktownie egoistycznych kalkulacjach człowieka. Homo economicus miał mieć na uwadze tylko swój interes, zaś szeroka sfera wspólna miała być tylko zachętą do oszukiwania i wykorzystywania wspólnoty przez egoistyczne jednostki. Ostatnie trzydzieści lat prac na marginesach głównego nurtu ekonomii zaowocowało nową dawką wiedzy z zakresu ekonomii behawioralnej czy też zwykłych eksperymentów. To, czego się dowiedzieliśmy, nie sposób pogodzić z neoliberalnym obrazem człowieka-egoisty. Samuel Bowles czy Rutger Bregman pokazali, że w praktyce ludzie są motywowani o wiele bardziej bezinteresownie i wspólnotowo.
Jednak długotrwałe inwestowanie w tworzenie własnych sekt, jakkolwiek na tym trudnym „materiale ludzkim” jest kosztowne, to warte każdej ceny, gdyż daje elitom status quo wspaniałe narzędzie uniknięcia odpowiedzialności. Nie lubisz Donalda Trumpa? To akceptuj korporacyjny program Partii Demokratycznej, cokolwiek by w nim było. Nie lubisz Demokratów? To głosuj na Trumpa, nie daj satysfakcji przeciwnej drużynie. Podobnie jest oczywiście na polskim podwórku. Nie podoba ci się planowana kradzież kolejnego skrawka ziemi pod deweloperski wieżowiec? Nie krytykuj decyzji samorządu, bo krytykując podważasz obóz demokracji. Kolejny partyjny nominat konsumuje finansowe konfitury z pomocą państwa? Nie krytykuj obozu przechowującego pamięć o śp. Lechu Kaczyńskim.
Kluczowe jest oczywiście, aby zadania policji dyscyplinującej „własny obóz” wypełniali sami w nim osadzeni. Ważne, aby kompletnie zamazać cokolwiek poza plemiennym tożsamościowym sporem: związki przyczynowo-skutkowe, fakty, teorie, a szczególnie wartości, stanowią zagrożenie i muszą być eliminowane. Liczy się pozostająca emocja. Fan PiS już nie pamięta, jak przekonywano go, że Tusk jest zdrajcą, który ma krew na rękach po spisku z Putinem. Smoleński przekaz zwinięto, gdyż wytłumaczenia są niepotrzebne. Bezrozumny fan PiS oddał swoją głowę niewiele mądrzejszym (lecz o wiele bardziej cynicznym) od siebie, i dla niego Tusk może być zdrajcą bez uzasadnienia. Podobnie fan PO i samozwańczego obozu demokracji już nie pamięta, że do czasu „afery taśmowej” w 2014 roku hołdował hipotezie „sprawiedliwego świata” i racjonalizował wszystkie mafijne aspekty rzeczywistości jako „teorie spiskowe”. Dziś już fałszowanie kart wyborczych przez złych ludzi nie jest w tych samych kręgach teorią spiskową, lecz szacowną hipotezą.
Ktoś powie: „Tacy fani obu środowisk nie mają w społeczeństwie większości! Nawet dziś przy tej polaryzacji ludzie mają o wiele większy dystans do tych spraw!”. To prawda, ale rzecz nie toczy się o przekonanie sceptyków, lecz o wymuszenie posłuszeństwa, o zdławienie krytyki w zarodku i uczynienie jej kosztowną. Dlatego „najniższy wspólny mianownik” przejmuje megafon w bańkach społecznościowych. Coraz częściej, tak w świecie cyfrowym, jak i na żywo, widzimy szokujące efekty odwrócenia procesu socjalizacji. A gdy nie wystarcza podłości i łajdactwa wśród żywych, dokupywane są na farmach botów. Ekonomia polityczna wzmaga ten proces: dwa obozy zarządzające podziałem hegemonizują niemal całość zasobów niebędących w dyspozycji prywatnego biznesu.
Dla środowisk rozumiejących konieczność antyoligarchicznej, solidarystycznej korekty, wnioski są jasne. Nie można przestawać mówić prawdy i nie można przystawać na reguły establishmentu dotyczące „dozwolonej krytyki”. Nie można dać sobie zabrać głowy, nawet gdy jest to wygodne. Inaczej… możemy kiedyś zatęsknić za choćby formalną demokracją.
A czy powinniśmy opłakiwać koniec ruchu progresywnego? Ten moment w historii jest już za nami i projekty z poprzedniej dekady załamały się w dużej mierze nie ze swojej winy. Oby kolejna antyoligarchiczna insurekcja, w której wielu progresywnych działaczy może mieć swój udział, miała więcej powodzenia.
Krzysztof Mroczkowski
przez Jarosław Niemiec | niedziela 6 września 2020 | opinie
Dzięki zachwalanemu jako światły, rozsądny i ratujący gospodarkę planowi Balcerowicza i kolejnym jego mutacjom, Polska wyeksportowała już większość miejsc pracy w przemyśle. Oczywiście powiedziano nam, że powinniśmy się z tego cieszyć, bo mamy pełny wybór tanich towarów i nie musimy wykonywać żmudnej pracy w szwalniach, stoczniach, warsztatach i fabrykach. Koronawirus bezdyskusyjnie obnażył głupotę takiego rozumowania i zagrożenia, jakie dla kraju niesie wyzbycie się mocy produkcyjnych. Dobrze, że nie ma wojny, bo nawet onuc dla żołnierzy byśmy nie mieli. Okazuje się, iż nawet to „chińskie ostrzeżenie” nie podziałało na wyobraźnię, bo jesteśmy w przededniu utraty suwerenności energetycznej i eksportu miejsc pracy z sektora energetycznego.
Racjonalny i zawsze nieomylny wolny rynek podniósł ceny półmasek filtrujących ze złotówki z groszami do 40 zł w sprzedaży internetowej. Nagle zabrakło płynów do dezynfekcji, odzieży ochronnej, rękawiczek i co gorsza, nie było ich gdzie kupić, bo Chiny i inne kraje, gdzie to wszystko się produkuje, zablokowały import. W kraju nie rozpoczęto ich produkcji na masową skalę, bo po prostu nie było gdzie i komu tego robić. W pospolitym ruszeniu maseczki zaczęły szyć zakłady karne, zakony czy stowarzyszenia. Wielkim wydarzeniem ogłoszono lądowanie największego samolotu transportowego z Chin, jakby przytransportował bezcenne towary, a nie wątpliwej jakości maseczki i kombinezony z niepewnym certyfikatem. Wybitni ekonomiści ubolewali nad przerwaniem łańcucha dostaw, co w normalnym języku oznacza, że mogą pojawić się braki jak za PRL. I pojawiły się. W początkowej fazie pandemii przestraszeni ekonomiści półgębkiem wspominali coś o konieczności odtworzenia sektorów produkcyjnych, ale kiedy wszystko trochę się uspokoiło i znowu na rynku pojawiły się towary, szybko o tym ucichło.
Pod hasłem ochrony klimatu otrzymujemy teraz ofertę taniej, zielonej energii. I wszyscy takiej chcemy. Chcemy oddychać czystym powietrzem i płacić niskie rachunki za prąd, bez względu na to, ile nas to będzie kosztować – to taka trawestacja jednego z prześmiewczych haseł PRL: oszczędzajmy bez względu na koszty. A koszty będą, gdyż póki co obowiązuje druga zasada termodynamiki, mówiąca, że układ nie wykona pracy bez pobrania energii z zewnątrz. To tak jak z przerzuceniem miejsc pracy do krajów, gdzie koszt siły roboczej jest o wiele niższy, co nie wynika z ekonomicznego cudu wolnego rynku i niskich podatków, ale z bezwzględnej eksploatacji ludzi i zasobów najbiedniejszych krajów. Podobnie za takie obniżenie kosztów podnoszących zysk i nieco obniżoną cenę, żeby nabywca się cieszył i przestał czuć się pracownikiem, a zaczął konsumentem, pracownicy zapłacą dwa razy. Jedni utratą dobrej pracy i dochodu, drudzy niewolniczą pracą.
Ale co to ma wspólnego z ekologiczną energią? Niestety ma, bo jak się okazuje, zielona energia jeszcze długo nie wyprze węglowej z globalnej gospodarki, a prognozy przewidują w okresie przejściowym zastąpienie węgla wydobywanego w Europie węglem wydobywanym poza Europą. W chwili obecnej Europa i Polska bez problemu spaliłaby całe swoje zapasy węgla w okresie przejściowym do pełnej dekarbonizacji, ale zdecydowano się na węgiel z importu. Decyduje więc wyłącznie ekonomiczny interes.
Z rozwiązań proponowanych obecnie nie mogą się czuć zadowoleni ani szczerzy rzecznicy ochrony klimatu, ani pracownicy, ani odbiorcy/konsumenci energii. Cel ochrony klimatu nie zostaje osiągnięty, bo węgiel się nadal spala, tyle że przy okazji niszczone są dalsze tereny i zasoby, pod kolejne kopalnie, również odkrywkowe (bo i taką technologią wydobywa się węgiel kamienny na Syberii). Górnicy tracący pracę, tym bardziej. Początkowo zadowoleni odbiorcy będą srodze rozczarowani, jeśli okaże się, że rachunki za energię nie będą niższe. Czemu by miały nie być niższe? Bo kiedy Polska odejdzie od węgla, nie zapewniwszy sobie innych krajowych źródeł energii, wówczas utraci energetyczną niezależność i zapłaci tyle, ile dostawca zażąda.
Czy to się komuś podoba czy nie, Polska ma przyszłość tylko jako kraj przemysłowy i rolniczy, bo chyba ostatecznie upadł już mit o możliwości zmiany gospodarki na usługową. Turystyczną potęgę też sobie trudno wyobrazić. Wprawdzie np. Poleski Park Narodowy zachwyca bogactwem ekosystemu, ale laika bardziej zachwycą Chorwacja czy wyspy greckie. Wobec tego można podsumować, ile nas będzie kosztować „tania energia”: utratę stabilnych miejsc pracy nie tylko dla górników, ale i w całej gospodarce narodowej; utratę suwerenności energetycznej, na czym straci konsument i cała gospodarka krajowa; degradację kolejnych, znacznie ważniejszych dla ochrony klimatu ekosystemów niż europejski, na czym stracą wszyscy.
Obecnie uzasadnienie importu „taniej zielonej energii” może brzmieć jak kolejne prześmiewcze hasło z PRL: Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie. Czy odpowiemy mądrością ludową: „chytry traci dwa razy”?
Jarosław Niemiec
przez redakcja | środa 2 września 2020 | klasyka, opinie
Wykład wygłoszony przez Thomasa Spence’a w Newcastle nad Tyne w roku 1775 na zebraniu Towarzystwa Filozoficznego, za który to rzeczone Towarzystwo postanowiło pozbawić go członkostwa.
***
Panie Przewodniczący! Skoro przyszła moja kolej, chciałbym w niniejszym wykładzie pochylić się nad następującą kwestią, mianowicie: czy ludzkość w stanie społecznym czerpie wszystkie możliwe korzyści ze swych równych i naturalnych praw do ziemi i wolności, których w tym stanie można by się spodziewać? Mając zaś mocną nadzieję, że Pan, Panie Przewodniczący, jak i wy, wszyscy tu zgromadzeni, jesteście prawdziwymi przyjaciółmi prawdy, pewien jestem, że nie urażę nikogo, jeśli będę bronić sprawy rodzaju ludzkiego z pełną śmiałością.
Że w stanie naturalnym własność ziemi i wolność powinny być równe, niewielu tylko, jak ktoś naiwnie mógłby się spodziewać, byłoby dość głupich, by zanegować. Przyjmując to więc za pewnik, stwierdzamy, że w stanie pierwotnym każdy kraj stanowi własność wspólną całego ludu, w której każdy ma równy udział – i pełną swobodę podtrzymywania życia swego i swojej rodziny przy pomocy mięsa zwierzęcego, owoców i wszystkiego, co ziemia tego kraju z siebie wydaje. Tak też w tym stanie wszyscy ludzie korzystają wspólnie z dóbr swojej ojczyzny i nikt, nawet najbardziej samolubni i zepsuci, nie podaje w wątpliwość ich prawa do tego. Czymże bowiem mieliby się żywić, jeśli nie naturalnymi owocami ziemi, na której mieszkają? W oczywisty sposób pozbawić ich tego prawa, to pozbawić ich prawa do życia. Czy pomylę się, jeśli powiem, że na pewno niektórzy już gotowi są wystąpić z następującą odpowiedzią, że wobec tego przecież sam rozum, prawo i sprawiedliwość podpowiadają nam, że skoro tak, to mają oni także prawo sprzedać czy nawet podarować i cały swój kraj komukolwiek, komu tylko zechcą, tak aby on i jego dziedzice rządzili nim choćby i do końca świata?
Na to odpowiem, że jeśli następne pokolenia nie potrzebowałyby do życia pokarmów bardziej konkretnych, niż powietrze, istotnie, błędem byłoby podważać prawo przodków do zrzeczenia się czegokolwiek, co mają, nawet jeśli ich potomstwo miałoby już tego nigdy nie zobaczyć; niemniej, skoro ludzkie dzieci to istoty tak samo „grube”, jak ich rodzice, aby utrzymać się przy życiu potrzebują tak samo grubych środków. I te środki należy im zagwarantować. Pozbawić je ich bowiem, to pozbawić je życia; a podobny czyn nie wchodzi w skład prerogatyw władzy rodzicielskiej.
Wynika stąd jasno, że ziemia, w jakimkolwiek kraju czy okolicy, ze wszystkim, co znajduje się na jej powierzchni i pod nią, czy w jakikolwiek sposób do niej przynależy, stanowi na wieczność wspólną i równą własność wszystkich żyjących tego kraju lub okolicy mieszkańców. Bo, jak powiedziałem, skoro nic nie może podtrzymać życia poza owocami ziemi, mamy do nich takie samo prawo, jak do własnego życia.
Idąc dalej, skoro społeczeństwo nie powinno być w sensie właściwym niczym innym, niż wolną umową zawieraną przez wszystkich członków celem wzajemnej obrony swych naturalnych praw i przywilejów przed zagrożeniami tak zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi, mógłby się kto spodziewać, że owe prawa i przywileje nie będą nigdy wśród ludzi nazywających się „cywilizowanymi” ograniczane bardziej, niż tego wymaga wyłącznie najwyższa konieczność. Powtarzam: mógłby się spodziewać. Obawiam się jednak, że spodziewając się tego, pozostawałby w błędzie. Ponieważ jednak znajomość tej prawdy, którą tutaj głosimy, to sprawa najwyższej wagi, walczmy o nią z otwartą przyłbicą; w której to walce opis początków obecnego systemu własności ziemi może okazać się wcale użytecznym narzędziem.
Jeśli spojrzymy na genezę współczesnych narodów, natychmiast dostrzeżemy, że w wypadku każdego z nich ziemię, jaką zamieszkiwał, wraz z wszystkimi przynależnościami, przywłaszczyła sobie w pewnym momencie i podzieliła między siebie garstka nielicznych, i to z taką zuchwałością, jak gdyby stanowiła ona ich wytwór, owoc pracy ich rąk; nie napotykając zaś na żaden opór, i nigdy nie zostawszy pociągniętymi za swój czyn do odpowiedzialności, zaczęli mniemać, że – względnie, podobnie zresztą jak cała reszta ludzkości, zachowywać się tak, jak gdyby – ziemia została stworzona przez nich i dla nich, bez skrupułów nazywając ją swoją „własnością”, z którą mogą obchodzić się jak chcą, bez względu na byt lub niebyt wszystkich innych żywych istot wszechświata. Zaczęli więc postępować zgodnie z tym przeświadczeniem; i odtąd żaden człowiek, ani żadnej inne stworzenie, nie mógł rościć sobie prawa do jednego źdźbła trawy, jednego orzecha czy żołędzia, jednej ryby czy ptaka, czy jakiegokolwiek innego dobra natury, nawet celem podtrzymania swego życia, bez zgody niby-właściciela; aż do ostatnich skrawków grunta, skały, ugory i wody zawłaszczone zostały przez tych samozwańczych „lordów”; w konsekwencji czego wszyscy ludzie, podobnie jak i zwierzęta, zaczęli „zawdzięczać” swoje istnienie innym, właścicielom, w związku z czym sami stopniowo stali się „własnością” – dokładnie tak, jak drzewa, zioła i tak dalej, wszystko, co rośnie w ziemi, i na pewno w sensie nie mniej ścisłym. Tak też przekonujemy się, że od tego momentu żyjąc, pracując, rodząc się i walcząc, wszystko to czynili wyłącznie dla korzyści swoich panów; którzy to (niech im Pan Bóg błogosławi), przyjmowali tę ofiarę z wielkim gestem, jako rzecz naturalnie im należną. Zapewniając bowiem swym poddanym środki do życia, zapewniali im życie; wyciągając stąd, oczywiście, wniosek, że w takim razie mają prawo korzystać swobodnie ze wszystkiego, co życie i śmierć tych ludzi mogą im przynieść.
Tak też tytuł „bogów” raczej niż ludzi bardziej odpowiadałby tak potężnym istotom; nie dziwi również bynajmniej, że nie ma poświęcenia, którego nie wymagaliby od zniewolonych, upodlonych nędzarzy podobnie wielcy i samowystarczalni panowie, w których poddani ich zdają się niemal żyć, poruszać się i mieć istnienie. Pierwsi ziemianie byli zatem uzurpatorami i tyranami; i wszyscy inni, którzy weszli od tamtego czasu w posiadanie ziemi, mogli to zrobić wyłącznie dziedzicząc po uzurpatorach i tyranach albo od nich kupując (i tak dalej); nie dziw zatem, że posiadacze obecni równie pysznią się swoim bogactwem; i tak samo odmawiają wszystkim innym prawa do najmniejszej choćby jego cząstki. I każdy z nich może, mocą prawa, które wymyślili sami na własny użytek, wyrzucić ze swojej ziemi każdego, kto akurat będzie im przeszkadzał (z której to możliwości, na nieszczęście całego naszego rodzaju, skwapliwie korzystają); w konsekwencji, gdyby wszyscy ziemianie postanowili pewnego dnia naprawdę wziąć sobie, co ich, cała reszta ludzkości mogłaby spokojnie pójść sobie do nieba – na ziemi bowiem, nie byłoby dla niej miejsca. Tak też nie możemy żyć w jakimkolwiek zakątku tej ziemi, nawet tam, gdzie się urodziliśmy, inaczej niż jako obcy, za pozwoleniem tych, którzy mienią się „właścicielami”; za które to pozwolenie w większości wypadków płacimy nieprawdopodobnie dużo, choć dla wielu ciężary z tym związane są tak ogromne, że – jak niektórzy przewidują – jeśli nic się nie zmieni, problem sam z siebie się skończy, a przynajmniej znacząco zmaleje. Ci zaś „stworzyciele ziemi”, jak można ich nazwać, usprawiedliwiają się przez analogię z rzemieślnikami, którzy zachowują przecież wszystkie zyski, jakie ich ręce zdołają wypracować; ponieważ zaś każdy powinien żyć z własnej pracy tak dobrze, jak umie, tak i posiadacze ziemscy. Otóż, biorąc pod uwagę, że – jak staraliśmy się wykazać – ludzkość ma tak samo równe i sprawiedliwe prawo do własności ziemi, jak do wolności, powietrza lub ciepła i światła słońca, a także jak trudno przychodzi jej cieszyć się tym powszechnym darem natury, jasne okazuje się, że bynajmniej nie czerpie ze swoich praw wszystkich korzyści, jakich można by oczekiwać.
Gdyby jednak upierał się ktoś, że systemu bardziej zgodnego z naturą społeczeństwa nie da się zaproponować, spróbuję oddać tutaj ogólny zarys sprawiedliwszych rozwiązań.
Załóżmy zatem, że cała populacja jakiegoś kraju, po długim namyśle i poważnej dyskusji, dojdzie do wniosku, że każdy człowiek tam, gdzie żyje, posiada równe prawo do własności ziemi. Naturalną konsekwencją takiego poglądu będzie wniosek drugi: że jeśli ludzie ci mają wieść życie prawdziwie wspólne, to po to tylko, aby każdy z osobna mógł czerpać jak najwięcej ze swoich naturalnych praw i przywilejów.
Ustala się zatem dzień, w którym mieszkańcy wszystkich parafii tej krainy [jednostki ówczesnego podziału administracyjnego Anglii – przyp. tłumacza] spotkają się celem odzyskania swych dawno utraconych praw i zrzeszą się w korporacje. Tak też każda parafia stanie się korporacją, a wszyscy jej mieszkańcy – tejże korporacji członkami lub obywatelami. Ziemia, ze wszystkimi przynależnościami, w każdej parafii staje się własnością korporacji lub parafii, która otrzymuje całkowitą władzę wynajmować, uzupełniać bądź zmieniać jakąkolwiek część tego majątku, sprawując nad nim jurysdykcję taką, jaką ziemianin sprawuje nad swoimi gruntami, budynkami, które się na nich znajdują i tak dalej; niemniej, prawo do zbycia na rzecz kogokolwiek i w jakikolwiek sposób choćby jednej piędzi parafialnych gruntów, zostaje teraz i po wsze czasy uchylone. Bo decyzją całego narodu parafia, która sprzeda bądź odda komukolwiek jakąś część swojej ziemi, będzie traktowana ze wstrętem i obrzydzeniem, ukarana i ubezwłasnowolniona, jak gdyby sprzedała wszystkie swoje dzieci handlarzom niewolników bądź rękami własnych mieszkańców je zamordowała. Tak też, nie ma już w państwie żadnego innego typu własności ziemskiej, niż parafie – każda z nich jako suwerenny władca swego terytorium.
Następnie, spójrzcie, jak dobrze wykorzystuje parafia czynsz, który ludzie dobrowolnie decydują się wpłacać do jej skarbców; jak sumiennie płaci ustalane co rok przez parlament lub zgromadzenie narodowe podatki na rzecz rządu centralnego; jak wspiera ubogich i bezrobotnych; jak opłaca urzędników, wykonujących konieczną pracę; wznosi, naprawia i ozdabia domy, mosty i inne elementy infrastruktury; patrzcie, jak buduje wspaniałe drogi, trakty i przejścia tak dla ruchu pieszego, jak kołowego; kopie i utrzymuje kanały, i dostarcza wszelkich innych udogodnień dla handlu i transportu; zakłada i prowadzi arsenały, oraz kupuje wszelkiego rodzaju broń, pozwalającą jej mieszkańcom stawiać czoła wrogowi; jak hojnie subwencjonuje rolników czy przedstawicieli jakiejkolwiek innej akurat niezbędnej profesji; słowem – wykonuje to wszystko, co ludzie uznają za pożyteczne; zamiast, jak dotąd, promować luksus, pychę i wszelki występek. Jeśli chodzi o korupcję podczas wyborów, nie ma na nią już więcej miejsca; wszystkie sprawy, które rozstrzyga się przez głosowania, czy to wszystkich mieszkańców parafii, czy to członków odpowiednich komitetów, czy posłów na parlament, rozstrzyga się tajnie, tak więc proces ten nie generuje już żadnych konfliktów, bo nikt nie wie, jak kto inny głosował; wszystko zatem, co można zrobić, aby uzyskać większość, to przedstawić swoje poglądy jak najlepiej w mowie lub piśmie. Rząd centralny nie miesza się do każdej błahostki, przeciwnie: pozwala on każdej parafii zająć się samodzielnie egzekucją prawa, interweniując wyłącznie, jeśli parafie działają wyraźnie przeciwko woli społecznej oraz przyrodzonym prawom i swobodom ludzkości, gwarantowanym przez doskonałą konstytucję i kodeksy tego państwa. Bo osąd parafii jest równie godny zaufania, jak osąd Izby Lordów – bo i równie wolny od strachu przed mówieniem prawdy.
Pewna liczba sąsiadujących ze sobą parafii, tych, na przykład, wchodzących w skład jednego miasta czy hrabstwa, wybiera także wspólnie swoich reprezentantów do parlamentu, kongresu czy senatu; po równo płacą one także na tych reprezentantów utrzymanie. Wybór ten przebiega w następujący sposób: kandydatów przedstawia się wszystkim parafiom tego samego dnia. Następnie, we wszystkich (celem uniknięcia niebezpiecznie dużych zgromadzeń w jakiejkolwiek z nich) przeprowadza się tajne głosowanie. Po gruntownym i pieczołowitym przeliczeniu głosów, ci, którzy otrzymali większość, stają się oficjalnymi reprezentantami regionu.
Jeśli ktoś spędzi w danej parafii przynajmniej rok, automatycznie staje się jej obywatelem bądź członkiem korporacji, którą ona stanowi; zachowując ten przywilej tak długo, jak długo nie spędzi przynajmniej roku w innej, z czym też natychmiast staje się obywatelem nowej, tracąc wszystkie prawa w tej, której obywatelem był poprzednio, o ile nie zdecyduje się ich odzyskać, znów żyjąc w niej przynajmniej pełen rok. Tak więc nie da się być obywatelem dwóch parafii naraz, a z drugiej strony nawet ci, którzy dużo się przemieszczają, zachowują przynależność do jednej konkretnej.
Jeśli znajdą się w jakiejkolwiek parafii przybysze pochodzący z obcych nacji, bądź ludzie z innych regionów, którzy ze względu na chorobę bądź inne podobne wypadki będą potrzebować wsparcia, nim zdołają spędzić w niej pełen rok – w takim wypadku parafia winna traktować ich jak pełnoprawnych obywateli, zająć się nimi z poczucia ludzkości, wszelkie zaś koszty generowane przez pomoc świadczoną przez parafię ubogim spoza niej odlicza Minister Skarbu z pierwszej wpłaty podatkowej, uiszczanej w danym roku przez parafie na rzecz rządu centralnego. Tak więc ubodzy obcy, znajdując się pod opieką państwa, nie budzą zazdrości, chyba że staną się dla wspólnoty ciężarem – ponieważ zaś nie grozi im nędza i śmierć, nie popełniają czynów desperackich, dzięki czemu nie stają się również, jak dzisiaj często są, zabawką w rękach pieniaczy i faryzejskich sądów.
Wszyscy mężczyźni z danej parafii, w dniach przez siebie ustalonych, udają się wspólnie na pobliskie łąki przeprowadzać manewry. Niosą sztandary, grają marsze bojowe, doświadczeni oficerowie przewodzą im – tak obywatele poznają stopniowo tajniki sztuki wojennej. Stają się żołnierzami. Nie po to jednakże, aby bez przyczyny gnębić swych sąsiadów, ale przeciwnie: aby móc bronić tego, czego nikt nie ma prawa im odebrać; biada tym, którzy ich do tego zmuszają – obejdą się z nimi gorzej, niż z bandami piratów i złodziei.
W czasie pokoju nie utrzymuje się żadnych sił wojskowych; ponieważ parafia stanowi wspólną własność wszystkich, wszyscy gotowi są chwycić za broń, gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie; w wypadkach, w których trzeba wysłać siły wojskowe zagranicę, szybko się je zbiera – albo z ochotników, albo ciągnąc losy.
Poza tym, ponieważ każdy ma prawo głosu we wszystkim, co dotyczy jego parafii, i dla swojego własnego interesu musi troszczyć się o dobro wszystkich, grunta dzierżawi się pod bardzo małe gospodarstwa, co zapewnia pracę większej liczbie ludzi i znacząco zwiększa produkcję żywności.
Ani mieszkańcy, ani obcy nie muszą płacić żadnych podatków, poza wspomnianym już czynszem, którego wysokość zależy od ilości, jakości (i tym podobnych) ziemi, budynków i wszelkiej infrastruktury, którą użytkuje. Czynsz służy sfinansowaniu pracy administracji, utrzymaniu dróg, pomocy ubogim i tak dalej, i tak dalej, którymi to rzeczami, jak się powiedziało, zajmują się parafie. Z tego też względu, warsztaty, manufaktury oraz legalne sektory handlu wolne są od wszelkich opłat na rzecz państwa. Wolność wykonania wszystkiego, czego nie można kupić. Albo coś jest zupełnie zakazane, jak morderstwo czy kradzież, albo zupełnie dla wszystkich dozwolone, bez podatków i ceł, czynsz zaś nigdy nie osiągnie wysokości obecnych danin, służących tylko utrzymaniu garstki wyniosłych, niewdzięcznych lordów. Jeśli zaś chodzi o rząd centralny, tę studnię bez dna, to skoro nie będzie już musiał wydawać ogromnych sum na poborców podatkowych, celników, inspektorów, synekury, łapówki i całą tego typu zarazę, jego potrzeby uda się zaspokoić bardzo łatwo, szczególnie że urzędników, tak na szczeblu centralnym jak lokalnym, będzie tylko tylu, ilu niezbędnie potrzeba, pensje ich zaś stanowić będą po prostu sprawiedliwe wynagrodzenie, zapewniające im dobry poziom życia. Jeśli zaś chodzi o inne wydatki, to błahostki, i można je zwiększać lub zmniejszać wedle uznania.
Jeśli jednak czynsz, z którego pokrywa się wszystkie wydatki publiczne, trzeba będzie podnieść – co wtedy? Trzeba pamiętać, że obecnie wszystkie narody wydają ogromne pieniądze nie tyle na zaspokojenie potrzeb publicznych, co raczej utrzymanie niezaspokojonej w swej chciwości klasy obszarników; gdy tej klasy zabraknie, obciążenia publiczne będzie można zwiększać jeszcze długo, nim osiągną one poziom znany z krajów sąsiednich. I niewątpliwie bardziej praktyczne byłoby dla każdego zapłacić trochę więcej raz, jeśli to konieczne, niż po trochu od wszystkiego, co zarobi. Oszczędziłoby to wszystkim niepokoju i kłopotu, rządowi zaś sporo wydatków.
Tym wszakże, co czyni nasz projekt jeszcze wspanialszym, jest fakt, że gdy raz to imperium prawa i rozumu zostanie ustanowione, przetrwa na wieczność. Przemoc i zepsucie, które będą dążyć do jego obalenia, przegrają, wszystkie narody zaś, zachwycone stabilnością jego rządów i dobrobytem mieszkańców, pójdą ścieżką przez nie wyznaczoną. I tak nareszcie wszyscy ludzie osiągną szczęście, i zaczną żyć jak bracia.
Thomas Spence
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie Chesterton Polska. Przedrukowujemy go w porozumieniu z tłumaczem.
Thomas Spence (1750-1814) – angielski radykał, komunista, reformator, filozof i działacz społeczny i pedagogiczny. Pochodził z ubogiej i licznej rodziny rzemieślniczej (był jednym z dziewiętnaściorga rodzeństwa). Zwolennik głębokiej przemiany społecznej, uniwersalnego prawa wyborczego (również dla kobiet), a także… reformy ortograficznej, która uczyniłaby literaturę bardziej przystępną klasom nieposiadającym (sam Spence był wybitnym samoukiem). Inwigilowany przez służby brytyjskie i wielokrotnie więziony w dobie antyjakobińskiego terroru rządów premiera Pitta Młodszego. Zmarł w nędzy. Obecnie promocją dzieł twórcy zajmuje się stowarzyszenie jego imienia działające w Anglii.
przez Marcin Rezik | niedziela 30 sierpnia 2020 | opinie
O tym, że publiczny system opieki zdrowotnej nie działa w Polsce najlepiej, przekonała się zapewne większość z czytających niniejszy tekst. Kolejki, utrudniony dostęp do specjalistów, słaba opieka w szpitalach – to najczęściej wymieniane trudności, na jakie napotykają pacjenci. W sytuacjach, gdy chorujemy czasowo i niezbyt poważnie, problemy te jedynie nas irytują. Polska jest jednak krajem jak z koszmaru dla osób trwale niepełnosprawnych.
Aby nie być gołosłownym, przedstawię historię mojej mamy, która od kilku lat zmaga się ze stwardnieniem zanikowym bocznym (SLA). Przez ten czas nasza rodzina wielokrotnie przekonywała się, że nie jest prawdą, iż system opieki medycznej ma luki. On przypomina raczej jedną wielką czarną dziurę. Co ciekawe, z systemowych braków doskonale zdają sobie sprawę medycy, choć raczej na większą otwartość pozwalają sobie w czasie wizyt prywatnych.
Moja mama była osobą aktywną. Zbliżając się do sześćdziesiątki jeździła na rowerze niemal codziennie, także zimą, nierzadko pokonując kilkadziesiąt kilometrów. Przed pięcioma laty musiała jednak zrezygnować z tych przejażdżek. Zaczęło się od tego, że czuła sztywnienie w lewej stopie. Nie zbagatelizowała objawów. Poszła do lekarza rodzinnego, który odesłał ją do neurologa. W międzyczasie nadal jeździła na rowerze, do momentu, kiedy bezwładnie z niego spadła, bo noga zwyczajnie się pod nią ugięła. Szczęśliwie skończyło się zaledwie na kilku siniakach, ale mama na rower już nie wsiadła. Neurolog, do którego trafiła na początku, zlecał badania, które nijak się miały do rzeczywistego schorzenia. Widząc, że lekarz czasem wręcz ostentacyjnie manifestuje swoją bezradność, mama poprosiła o konsultację neurochirurga, który kiedyś uratował ją przed operacją kręgosłupa. Tym razem jednak stwierdził, że interwencja chirurgiczna jest nieunikniona. Mama z wiarą zgodziła się na zabieg.
Po operacji, jak to po operacji, rehabilitacja i powolne dochodzenie do pełnej sprawności. Tak miało być, ale rzeczywistość okazała się okrutna. Tygodnie mijały, a mama wcale nie czuła się lepiej, dodatkowo odczuwała coraz większe zmęczenie. Wejście po schodach na pierwsze piętro stanowiło dla niej nie lada wyczyn. Postanowiliśmy poradzić się innego neurologa. Ten typował na początku polineuropatię. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że była to diagnoza arcyoptymistyczna. Skierował mamę do Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach-Ochojcu na szczegółowe badania. SLA brzmiało jak wyrok. Choremu systematycznie zanikają mięśnie, łącznie z mięśniem oddechowym. Po pewnym czasie nie może samodzielnie jeść (konieczność zainstalowania żywienia dojelitowego) ani oddychać (najpierw oddychanie wspomagane jest przez respirator, aż w końcu trzeba dokonać zabiegu tracheotomii, po którym chory oddycha przez specjalną rurkę, ale nie jest w stanie mówić). Długość życia od ujawnienia się pierwszych objawów choroby wynosi przeciętnie trzy lata, a chory umiera zazwyczaj przez uduszenie (spowodowane osłabieniem mięśni oddechowym). Oczywiście, jak przy każdej chorobie, a zwłaszcza neurologicznej, postęp objawów jest sprawą indywidualną. Stephen Hawking potrafił przeżyć z SLA ponad 50 lat.
Po kilku dniach badań mamę wypisano jedynie z receptą na lek, który działa bardziej jak placebo, niż rzeczywiście hamuje rozwój choroby. W aptece okazało się, że kosztuje ponad 1000 zł. Na szczęście uprzejma pani farmaceutka poinformowała nas o refundowanym zamienniku. Dlaczego takiej informacji nie uzyskaliśmy w klinice, nie mam pojęcia. Początkowo niewiele się zmieniło. Mama była w stanie samodzielnie chodzić, choć później już jedynie o lasce. Przez cały czas konsultowaliśmy się z różnymi specjalistami. Jeden z nich, patrząc na wypis z Katowic, stwierdził, że mamie nie zrobiono kilku kluczowych badań. Trafiła zatem do kliniki w Krakowie, gdzie niestety potwierdzono diagnozę z Katowic. Po pewnym czasie pojawiły się coraz większe problemy z oddychaniem, więc zaproponowano tzw. opiekę domową, w ramach której chory otrzymuje respirator. Oczywiście nie z dnia na dzień, bo trzeba poczekać w kolejce.
I teraz najciekawsze. Niepełnosprawny, przed zakwalifikowaniem do programu, musi spędzić kilka dni w szpitalu. Ot tak, nie wiadomo za bardzo po co. Wiadomo natomiast, że wizyta w szpitalu oznacza zwiększenie ryzyka zapalenia płuc, szczególnie przy obniżonej odporności, co u osób mających problemy z oddychaniem może okazać się zabójcze. Zgodnie z prawem Murphy’ego mama już pierwszego dnia pobytu w klinice nabawiła się zapalenia płuc i musiała zostać przewieziona na oddział intensywnej terapii. W szpitalu spędziła około dwóch tygodni. Lekarz prowadzący poinformował ją, że po przyjeździe do domu będzie musiała się przyzwyczaić, bo opiekować się nią ma cały sztab ludzi: anestezjolog, pielęgniarka, rehabilitant, a kiedy trzeba także psycholog. Mama żartowała, że czuje się jak VIP z tak kompleksową opieką. Rzeczywistość jednak zwykle rozmija się z oczekiwaniami. Tak było i tym razem.
Gdy przyjechała do domu karetką, oprócz nas (którzy wcześniej zostaliśmy przeszkoleni z obsługi respiratora) nie było nikogo, a transportujący ją ratownicy marudzili, że muszą wnieść mamę na pierwsze piętro. A dalej radź sobie człowieku sam. Po dwóch tygodniach, gdy nikt do nas nie przyjeżdżał – a teoretycznie lekarz powinien być raz w tygodniu, a pielęgniarka i rehabilitant dwukrotnie – zadzwoniliśmy do firmy organizującej opiekę dla mamy. Okazało się, że osoby za nią odpowiedzialne… nie dostały informacji, że pacjent już wyszedł ze szpitala (!). A mama potrzebowała opieki natychmiastowej, bo zapalenie płuc stało się przyczyną nagłego przyspieszenia choroby. Nie jest już w stanie samodzielnie chodzić, a pod respiratorem spędza całą noc i sporą część dnia.
To, co przedstawiłem powyżej, stanowi tylko wycinek tego, z czym musimy mierzyć się na co dzień. Myślę, że podobnymi doświadczeniami mogłaby podzielić się większość osób sprawujących opiekę nad niepełnosprawnymi. Jest to zajęcie wyczerpujące fizycznie i psychicznie, bo przy chorym trzeba czuwać 24 godziny na dobę. Pół biedy, jeżeli opiekunowi pomagają inni członkowie rodziny, jak jest w naszym przypadku. Jeżeli jednak zostaje on z chorym sam, to praktycznie nie ma nawet chwili, by zająć się swoimi sprawami. Wykonywanie obowiązków zawodowych staje się niemożliwe bez zatrudnienia osoby z zewnątrz do pomocy. A jeżeli decydujemy się zrezygnować z pracy, to opiekun osoby dorosłej może liczyć na zasiłek opiekuńczy w oszałamiającej kwocie 620 złotych miesięcznie.
Skandalem, na który w tym miejscu trzeba zwrócić uwagę, jest konsekwentne różnicowanie przez ustawodawcę niepracujących opiekunów niepełnosprawnych dzieci (którym przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości wartości płacy minimalnej, bez kryterium dochodowego) oraz osoby sprawujące opiekę nad członkami rodziny, które stały się niepełnosprawne w dorosłym życiu (mają prawo do zasiłku w wysokości 620 złotych, ale jedynie pod warunkiem, że dochód na osobę w gospodarstwie domowym nie przekracza 764 złotych). Sprawa jest jeszcze bardziej kuriozalna, gdy wczytujemy się dokładniej w zapisy Ustawy o świadczeniach rodzinnych. W obowiązującym stanie prawnym wyższe świadczenie przysługuje też opiekunom znacznie niepełnosprawnych osób dorosłych, ale jedynie pod warunkiem, że owa niepełnosprawność powstała jeszcze w okresie dzieciństwa lub przed 24. rokiem życia w przypadku osoby uczącej się. I tak, gdyby studiujący 23-latek uległ wypadkowi skutkującemu niepełnosprawnością, jego opiekun otrzymywałby zasiłek pielęgnacyjny w wysokości płacy minimalnej. Opiekunowi osoby, która stałaby się niepełnosprawną w wieku 22 lat, ale zakończyła wcześniej edukację, przysługiwałoby natomiast zaledwie 620 złotych zasiłku. Trybunał Konstytucyjny już w 2014 r. jednoznacznie wskazał na niekonstytucyjność tych przepisów, które pomimo tego do dzisiaj pozostają w mocy.
Powyżej starałem się przedstawić dwie najbardziej widoczne patologie polskiego systemu opieki zdrowotnej w odniesieniu do chorób rzadkich i ciężkich. Po pierwsze fatalnie funkcjonująca kwalifikacja medyczna, skutkująca tym, że chory dowiaduje się o chorobie, którą rzeczywiście posiada zbyt późno, by wdrożyć jakieś sensowne leczenie. Jak w przypadku mojej mamy, nierzadko same procedury są bezpośrednią przyczyną pogorszenia się stanu zdrowia (dodatkowe wizyty w szpitalu). Można nabawić się depresji, patrząc na średni czas oczekiwania na realizację świadczeń specjalistycznych. Na wizytę do endokrynologa trzeba czekać średnio… ponad 11 miesięcy.
Coraz bardziej niepokojące dane płyną z corocznego raportu Barometr WHC. Kolejki do specjalistów z roku na rok się wydłużają. W 2019 r. przeciętny czas oczekiwania na gwarantowane świadczenie zdrowotne w Polsce wynosił 3,8 miesiąca. Dla porównania w 2015 r. było to 2,9 miesiąca.
Bezpośrednią przyczyną ograniczenia dostępności do świadczeń gwarantowanych są kurczące się kadry lekarzy specjalistów i, co może szczególnie alarmujące, rosnąca średnia wieku medyków. Obecnie wynosi ona 50 lat, a w przypadku specjalistów nawet 54 lata (!). Oficjalnie na tysiąc mieszkańców przypada w Polsce 2,4 lekarza, przy średniej europejskiej na poziomie 3,6. Dla porównania, w Austrii i Szwajcarii wskaźnik ten jest ponad dwukrotnie wyższy. Teoretycznie nie powinno być tak źle, biorąc pod uwagę, że z roku na rok rośnie liczba absolwentów studiów medycznych. Jednak aż 25 % z nich to obcokrajowcy, którzy po zakończeniu studiów najczęściej wracają do rodzimego kraju lub wyjeżdżają do miejsc, gdzie komfort pracy jest wyższy.
Po drugie finanse, czyli temat rzeka. O sposób finansowania służby zdrowia politycy różnych opcji spierają się od zawsze. Niewiele jednak dobrego z tego wynika dla samego pacjenta. Według Okręgowej Izby Lekarskiej co roku w Polsce z powodu braku funduszy na ochronę zdrowia umiera około 30 tys. osób. Przerażająca statystyka… To jednak nie powinno dziwić w sytuacji, kiedy znajdujemy się w ogonie państw Unii Europejskiej w zakresie wydatków na ten cel. Według danych Eurostatu w 2016 r. na ochronę zdrowia w przeliczeniu na jednego mieszkańca mniej od nas wydały tylko Grecja i Bułgaria. Z kolei zestawienie WHO wskazuje, że w 2017 r. Polska przeznaczyła na ochronę zdrowia 4,51% PKB, zajmując pod tym względem szóste miejsce od końca wśród państw UE. W tym roku po raz pierwszy wydatki na służbę zdrowia mają przekroczyć 100 mld złotych, co ma odpowiadać ponad 5% PKB i mają systematycznie rosnąć do poziomu 6 % PKB w 2024 r. To i tak jednak niewiele w porównaniu ze Szwecją, Niemcami czy Francją. Kraje te na ochronę zdrowia wydają około 9% PKB.
Jestem świadomy, że z dnia na dzień nie wykształcimy odpowiedniej liczby lekarzy ani nie zreformujemy całego systemu opieki zdrowotnej tak, żeby choroby były rozpoznawalne na początkowym etapie i nawet, jeżeli nie da się pacjenta z nich wyleczyć, to przynajmniej „komfort” chorowania stanie się wyższy. Są to procesy, które wymagają lat prowadzenia konsekwentnej i rozumnej polityki zdrowotnej. No właśnie, tyle że aby było to możliwe, ochrona zdrowia musiałaby się stać jednym z priorytetów polityki państwa. Przez lata takim się nie stała, pomimo zapewnień kolejnych ekip rządzących.
Z rozważań bardziej ogólnych wróćmy do sytuacji indywidualnej. Powyższe trudności nie są jedynymi, z którymi muszą mierzyć się osoby niepełnosprawne i ich opiekunowie. Z naszych doświadczeń to, co jest najbardziej irytujące, to poczucie osamotnienia w chorobie. Wszystkiego trzeba dowiadywać się na własną rękę, wszystko samemu załatwiać, tracić czas na pisanie wniosków itd. Rozwiązaniem, które znacznie ułatwiłoby życie osobie niepełnosprawnej i jej opiekunowi, a nie wydaje się jakoś specjalnie kosztowne, mogłoby być ustanowienie kogoś w rodzaju „menedżera” osoby niepełnosprawnej. Byłby to ktoś posiadający stosowne pełnomocnictwa do występowania w interesie chorego. To on, oczywiście po konsultacji z osobą niepełnosprawną, organizowałby dodatkową opiekę, składał wnioski o dofinansowanie do sprzętu medycznego, załatwiał te wszystkie formalności, którymi na co dzień musi sobie zaprzątać głowę opiekun. Niby takie proste, a jednak nikt do tej pory na to nie wpadł, a osoba sprawująca opiekę musi przyzwyczaić się, że zasada „umiesz liczyć, licz na siebie” – stanie się jej codziennością. A wystarczyłoby, gdyby Ministerstwo Zdrowia zorganizowało wielką konferencję z opiekunami osób niepełnosprawnych, na której ci mogliby przedstawić najbardziej palące problemy, z którymi nieustannie muszą się mierzyć. Następnie to wszystko spisać, opracować z ekspertami właściwe rozwiązania i przekuć je w konkretne akty prawne. No tak, chyba jednak zbytnio się rozmarzyłem… Tak byłoby w idealnej rzeczywistości, a polska nigdy taką nie była dla osób z niepełnosprawnościami.
W moim rozumieniu solidarne państwo to takie, które potrafi właściwie zatroszczyć się o swoich obywateli najbardziej potrzebujących opieki, a takimi są niewątpliwie osoby niepełnosprawne. Dla kogo, jak nie dla nich, nie powinno nigdy zabraknąć pieniędzy. Rozumiem, że środki są ograniczone, a potrzeby osób z niepełnosprawnościami ogromne. Nie zawsze jednak problemem są same pieniądze, ale raczej brak pomysłu i chęci, by zwiększyć komfort życia osób tak dotkliwie potraktowanych przez los.
Marcin Rezik
przez redakcja | czwartek 27 sierpnia 2020 | opinie
Poniższy tekst pochodzi z pierwszego numeru „Obywatela”, a przypominamy go dokładnie w dwudziestą rocznicę spotkania założycielskiego naszego pisma.
***
Kiedy w 1944 roku świat podnosił się po katastrofie II wojny światowej, przedstawiciele rządów narodowych spotkali się w Bretton Woods w Stanach Zjednoczonych i uzgodnili powstanie organizacji, które miały działać w interesie narodów i pomagać – zwłaszcza najbardziej potrzebującym. Były to MFW (Międzynarodowy Fundusz Walutowy), BŚ (Bank Światowy) oraz podwaliny tego, co później zaistniało jako WTO (World Trade Organisation – Światowa Organizacja Handlu). W następnych dekadach pozycja państw jako struktur organizacyjnych zaczęła tracić na znaczeniu, natomiast duże korporacje ponadnarodowe stopniowo zwiększały swoje wpływy. W grudniu 1999 r. wydarzenia w Seattle, tuż pod bokiem siedziby Microsoftu Billa Gatesa, zaszokowały sporą grupę ludzi, dla których globalizacja kojarzyła się dotąd tylko z komunikacją czy przepływem kapitału. Ale to nie we mgle gazu pieprzowego użytego na ulicach Seattle powstał globalny ruch sprzeciwu wobec modelu świata, którego symbolem są IMF, WB i WTO. Stało się to w dzień Nowego Roku 1994, w wilgotnej mgle górskiej dżungli Lacandon, w samym sercu meksykańskiego stanu Chiapas.
Realny świat
Globalizacja jest pojęciem tak szerokim, że trudno o niej mówić bez popadania w banał wynikający z przyjmowania skrajnego stanowiska, niepopartego trudnym zadaniem sprawdzenia, jak wygląda jej rzeczywiste oblicze. Wielu z nas, czekając na otwarcie drzwi wiodących do Zjednoczonej Europy, jest przekonywanych o jej sporych zaletach – dowiadujemy się na przykład, że ułatwia podróżowanie, że umożliwia studiowanie za granicą, że możemy dziś globalnie inwestować nasze własne pieniądze (no, do tego wprawdzie trzeba ich mieć trochę więcej). Z całą pewnością druga połowa XX wieku przyniosła krajom tzw. Zachodu ciągły wzrost dobrobytu, przynajmniej w kategoriach dóbr i usług, których ilość stale się powiększa. Nowe techniki łączności umożliwiły właściwie natychmiastową komunikację, choć niektórzy malkontenci stwierdzają, że jej jakość jakby trochę spadła. Od lat 80. zaczęły znikać instytucjonalne bariery dla przepływu kapitału, dzięki czemu jego właściciele nie odczuwają już związku ze skutkami inwestowania swoich pieniędzy, ponieważ najczęściej znajdują się na innym kontynencie. Na liście 100 największych organizmów gospodarczych 52 pozycje zajmują korporacje ponadnarodowe (przed Polską uplasował się bodajże koncern Mitsubishi), które tworzą własne systemy i sposoby działania, pozostawiając rządom iluzję rządzenia. Ludzie tacy jak Günter Grass mówią, że ekonomia zastępuje politykę i – ponieważ jako humaniści uważają prawa ekonomii za podobne prawom fizyki – boleją nad tym faktem. Wygląda na to, że globalizacja stała się słowem, które utraciło łączność ze światem faktów, a coraz więcej mediów mówi o niej jak o swego rodzaju kulturowej strukturze. Ma ona jednak swój realny wymiar, w którym są prawdziwa śmierć i prawdziwe pieniądze, wielkie bogactwo i ogromna bieda oraz wysiłek wielu ludzi, którzy stwierdzili, że nowe problemy potrzebują nowych rozwiązań.
Ya basta
1 stycznia 1994 r. w Meksyku wchodził w życie Północnoamerykański Układ o Wolnym Handlu, znany bliżej jako NAFTA. I tego dnia z górskich lasów wyszło 2000 zamaskowanych rebeliantów pochodzących z różnych tubylczych plemion, których zawołaniem było słynne „Ya basta” (Już dość). Rozpoczęło się powstanie, które wprawdzie topiono w krwi – najbardziej znaną tragedią było ludobójstwo w Acteal – ale nigdy nie zdołano stłumić. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze Zapatystom (taką przyjęli nazwę – od imienia Emiliano Zapaty, przywódcy powstania w Meksyku w 1910 r., które doprowadziło do powstania meksykańskiej Konstytucji) udało się dzięki pośrednikom przesłać za pomocą Internetu swój komunikat, usłyszany już następnego dnia. Po drugie, jego istotą był pewien fakt, który umknął uwadze mediów, bo zazwyczaj nie przytaczały komunikatu w całości. Zapatyści nie są rebeliantami w tradycyjnym ujęciu tego słowa, nie chcą przejąć władzy w stolicy. Twierdzą, że powstali przeciwko pewnej strukturze, która doprowadziła do dominacji korporacji ponadnarodowych realizujących swoją politykę poprzez jednoznaczne stawianie zysku ponad interesem ludzi i środowiska, dzięki któremu egzystują. W najważniejszej części swojego oświadczenia mówią, że nie tyle zależy im na wsparciu i pomocy, co na tym, aby każdy starał się zrobić to samo. Ich hasło brzmiało: „Nie przyłączaj się do nas, działaj u siebie”.
Zapatyści nie byli pierwsi, ale byli tymi, którzy zmieniając reguły gry sprawili, że coraz więcej historyków uważa dziś, iż XXI wiek zaczął się właśnie w Chiapas. Z zebranych przeze mnie informacji wynika, że w ciągu ostatnich 15 lat różne rodzaje dużych protestów i walk wynikających z tego samego powodu i podobnie tłumionych odbywały się przynajmniej w następujących krajach: Algieria 1988; Benin 1989; Boliwia 1985; Ekwador 1987 (marzec i październik), 1999, 2000; Jamajka 1985; Jordania 1989, 1996; Meksyk 1994, 1998; Niger, 1990; Nigeria 1986, 1988, 1989, 1990, 1992; Sudan 1987; Trynidad 1990; Uganda 1990; Wenezuela 1989; Zair-Kongo 1985; Zambia 1987 (nie zdążyłem dotrzeć do wiarygodnych materiałów dotyczących Azji).
Czy problemy krajów biednych lub przechodzących transformację wynikają tylko z ich niewiedzy, wrodzonego lenistwa czy nieprzystosowania do „globalnej gospodarki”? Niezupełnie. Kiedy jakieś państwo ma trudności gospodarcze, przechodzi transformację (jak Polska) czy poważny kryzys, pojawia się np. Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który proponuje pożyczkę, jednak pod warunkiem, że dany kraj zgodzi się na zmianę polityki społeczno-gospodarczej na taką, którą zazwyczaj określa tzw. program dostosowawczy zaprojektowany z kolei przez Bank Światowy. W dziesiątkach tzw. mniej rozwiniętych krajów, w których MFW oraz BŚ wprowadziły na przestrzeni ostatnich lat swe programy ekonomiczne, mieszkańcy tych krajów obserwowali pogorszenie swojego standardu życia, dewastację środowiska, spadające możliwości zatrudnienia. Wiele gazet, magazynów i pism naukowych (z tych, które potrafiły przetrwać w warunkach głębokiej recesji) zawierało analizy wpływu „nowej ekonomii” na kraje i społeczeństwa nią dotknięte.
Czemu dopiero po „wojnie w Seattle” zaczęto o tym pisać? Seattle dlatego wywołało tak wielki odzew, bo prawie nikt nie podejrzewał, że coś podobnego może się wydarzyć w jednym z najbardziej prężnych miast najpotężniejszego państwa na świecie. Do masowej widowni dotarły strzępy tamtych wydarzeń, ponieważ tym razem było wyjątkowo trudno zignorować ów protest jako bunt nieprzystosowanych. Seattle było po prostu momentem, kiedy mieszkańcy bogatego świata zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że coś nie gra w spektaklu globalnej wioski.
Czy to naprawdę jest ekonomia?
Tym, co przestaje grać, jest globalny model ekonomiczny – u podstaw problemów związanych z globalizacją leżą skutki bezmyślnego powielania tych samych wzorców niezależnie od kultury, tradycji, lokalnej gospodarki czy środowiska naturalnego. Paradygmat ekonomiczny stojący za Bankiem Światowym czy Międzynarodowym Funduszem Walutowym kruszył się wyraźnie od wielu lat, ale w ostatnim czasie nawet ci, którzy stanowili doktrynalną podporę liberalnego modelu ekonomii, zaczynają opuszczać tonący statek.
Joseph Stiglitz jest jednym z najbardziej znanych ekonomistów głównego nurtu, niektórzy twierdzą, że ma szansę na Nagrodę Nobla. Stiglitz był naczelnym ekonomistą Banku Światowego do grudnia 1999 r., kiedy to został zmuszony do rezygnacji z powodu krytyki działań Międzynarodowego Funduszu Walutowego, głównie jeśli chodzi o jego politykę w Rosji. Wkrótce po opuszczeniu Waszyngtonu, w jednym z wywiadów, tak wypowiedział się o ekonomistach MFW: „Kiedy MFW decyduje się pomagać jakiemuś krajowi, wysyła »misję« ekonomistów. Ekonomistom tym często brak wystarczającej wiedzy o tym kraju; będą raczej posiadali wiedzę o jego pięciogwiazdkowych hotelach, niż o wsiach, które leżą na jego terenie. Ciężko pracują, sprawdzając rzędy liczb do późnej nocy. Ale ich zadanie jest niemożliwe do wykonania. Mają wypracować spójny program – odzwierciedlający potrzeby kraju – w okresie kilku dni lub najwyżej tygodni”. Stiglitz przyznał nawet, że zdarzały się przypadki kopiowania części raportu dotyczącego jednego kraju do raportu tworzonego dla innego państwa, które zostały przypadkiem wykryte, ponieważ edytor tekstu nie zadziałał dokładnie i nie wszędzie zmienił nazwę oryginalną na nową.
Jednak sam Bank Światowy ma nie lepszą kartotekę. Ravi Kanbur był autorem specjalnego raportu na temat ubóstwa, przygotowanego w 1998 r. Kanbur podkreślił w raporcie, że twórcy polityki ekonomicznej powinni raczej badać wpływ swoich działań na prawdziwych ludzi, niż polegać na generalnych zasadach ekonomicznych. Zrezygnował ze swojej funkcji, kiedy Larry Summers bezpośrednio zaangażował się w zmianę części raportu krytycznie oceniającej efekty globalizacji, aby zapewnić świat o pozytywnej roli wzrostu ekonomicznego w procesie redukcji ubóstwa oraz o wadze reform rynkowych w tworzeniu tego wzrostu.
Coraz więcej ludzi nie wierzy w to, że można zreformować ludzi i sposób pracy ekonomicznej Świętej Trójcy – MFW, BŚ i WTO – która w iście maoistowski sposób chce założyć ten sam uniform, w postaci tych samych zasad rozwoju, całemu światu. Retoryka i propaganda tych instytucji są niesamowite – widziałem okładkę jednej z broszur Banku Światowego, której nie powstydziłaby się któraś z głównych organizacji ekologicznych lub zajmujących się dziećmi. O tym, jak wielki jest to humbug, przekonał się pewien człowiek, który nazywa się Leon Galindo.
Opowieść Galindo
Leon Galindo jest obywatelem Boliwii, który został nielegalnie aresztowany wraz z setkami protestujących podczas demonstracji w kwietniu tego roku w Waszyngtonie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Galindo jest… konsultantem Banku Światowego.
Galindo został aresztowany na ulicy wraz z innym haitańskim konsultantem oraz grupą turystów w momencie, gdy chciał osobiście przekonać się, na ile rozsądnie brzmią argumenty przeciwko instytucji, dla której pracował. Po dniu spędzonym w areszcie, rozmawiając z wieloma protestującymi, z których większość była wykształcona, zrozumiał, że ich punkt widzenia jest dość rozsądny i uzasadniony. Uważali, że instytucje światowe oraz korporacje stojące w ich cieniu posiadają zbyt duży wpływ na ich losy, oraz że ignorują fundamentalne zasady i wolności, które stanowią warunki sine qua non wolnego społeczeństwa i swobodnej ekonomii. Galindo pisze: „MFW i BŚ trafnie lub błędnie są identyfikowane jako symbole globalnego kapitalizmu. Jako konsultant Banku i ktoś, kto wierzy w jego misję uważam, że wielką pomyłka jest podtrzymywanie radykalnych twierdzeń tych, którzy wrzucają MFW i BŚ do tego samego worka co »chciwe korporacje«. Jednakże to właśnie stało się w Waszyngtonie. Przez ignorowanie demonstrujących, brak woli komunikacji i oddanie pośrednictwa w ręce policji, instytucje te nie chcą wziąć pod uwagę różnicy zdań i to stanowi największy ich błąd. Jeśli w taki sposób radzą sobie z różnicą zdań w Waszyngtonie, któż miałby zapewnić, że BŚ i MFW nie będą przymykać oczu na podobne praktyki używane przez rządy i policje w krajach rozwijających się. Jeśli instytucje te oraz rządy państw odmawiają wysłuchania i jeśli protesty uliczne, więzienia i użycie sił policji są narzędziami preferowanymi w celu uniknięcia dialogu, to znaczy, że jesteśmy na niebezpiecznym szlaku”. Z całą pewnością nie wszyscy protestujący są niewinni, pomiędzy nimi są też zwyczajni ignoranci i tacy, którzy hołdują przemocy. Ale pomimo tego, jak niespójne mogą na pierwszy rzut oka wydawać się argumenty protestujących, ich postawa polega na przeciwstawieniu się temu, co Galindo usłyszał w areszcie z ust komisarza policji: „Tutaj nie ma żadnej demokracji. To miejsce jest dyktaturą, a ja jestem Bogiem. Jeśli jeszcze raz otworzysz usta, skopię ci dupę, aż będziesz błagał o litość”.
Leon Galindo dopiero po aresztowaniu i spędzeniu siedemnastu godzin w kajdankach za przestępstwo, którego nie popełnił, zdał sobie sprawę, że globalna sprawiedliwość, o której mówią protestujący, nie jest „mglistą rzeczą”, jak to przedstawiał czołowy tygodnik ekonomiczny „The Economist”. Najprościej rzecz ujmując, jest to wezwanie wszelkich globalnych instytucji do uszanowania i podtrzymywania zasad, bez których nie mogą istnieć wolne i zdrowe społeczeństwa.
Konkrety
Media nie mogą już przedstawiać protestujących jako bandy chuliganów i bezrobotnych (przynajmniej na Zachodzie – w Polsce z zadziwiającym uporem przedstawia się ich wg schematu „anarchistów nieprzystosowanych do rzeczywistości”). W związku z tym próbują szkicować obraz grupy ludzi, którzy nie mają złych zamiarów, martwią się o innych, ale – ponieważ nie rozumieją realiów ekonomii globalnej – ich starania są jałowe i szkodliwe. Po zamieszkach w Waszyngtonie „Rzeczpospolita” zamieściła wypowiedź prof. Rudiego Dornbuscha, doradcy BŚ i MFW. W związku z tym, że Dornbusch jest również współautorem jednego z podstawowych podręczników ekonomii używanych w Polsce, jego wypowiedzi stanowią obowiązującą wykładnię.
Dornbusch zapewnia czytelników, że „powinniśmy ignorować te wrzaski” przede wszystkim dlatego, że ich siłą napędową jest amerykański ruch związkowy (nie jest to prawdą – choć ruch ten stanowi jeden z elementów protestu, nie był jego inicjatorem ani nie stanowi o jego sile). Celem związkowców ma być poprawa warunków pracy w krajach Trzeciego Świata tylko po to, aby tamtejsi pracownicy stali się zbyt kosztowni i stracili zatrudnienie. Co więcej, Dornbusch stwierdził, że „politycy biednych krajów od dawna rozumieją, że ich głównymi wrogami są zwolennicy »uczciwego handlu« w USA, związkowcy i zwolennicy ochrony środowiska”.
To stwierdzenie jest piramidalnie niezgodne z prawdą. Przedstawiciele rządów krajów rozwijających się, dotychczas w stu procentach podporządkowani partyturze MFW-BŚ ze względu na korzyści osobiste lub zadłużenie swoich krajów, w Seattle po raz pierwszy wspólnie wycofali się z obrad na znak protestu przeciwko sekretnym i niedemokratycznym praktykom Światowej Organizacji Handlu.
Zawartość merytoryczną protestu Dornbusch podzielił na cztery „NIE”:
1. NIE wobec programów MFW i BŚ, które szkodzą pracownikom i zwiększają nędzę w krajach Trzeciego Świata.
Chodzi tu głównie o większą kontrolę przepływu kapitału (zaakceptowaną już przez część ekonomistów głównego nurtu) oraz o oparcie programów finansowanych przez te instytucje na nowych kryteriach (ekologicznych i społecznych). Dornbusch uważa te idee za „księżycowe”, już sprawdzone i odrzucone. Idee te jednak nigdy nie zostały sprawdzone.
2. NIE wobec zanieczyszczenia środowiska.
„Demonstranci wyobrażają sobie idylliczny świat, kraje słabo rozwinięte pełne wiatraków, wokół których szczęśliwi rolnicy i ich osły żyją w samoodnawiającej się naturze. Byłaby to wspaniała wizja – gdyby nie prowadziła do nędzy na wielką skalę”. Cóż, Dornbusch prawdopodobnie czerpie swoją wiedzę o ekologii z „ekologicznych” reklam Banku Światowego.
3. NIE – wobec długu.
Chodzi o uwolnienie najuboższych krajów od niemożliwych do spłacenia i wciąż narastających długów. Dowiadujemy się od Dornbuscha, że bezwarunkowe oddłużenie pogorszyłoby ocenę kredytową tych krajów, odcinając je od inwestycji i możliwości poprawy gospodarczej, natomiast obwarowanie pomocy warunkami przynosi minimum stabilizacji i postępu. Owo obwarowanie postępu oznacza przeznaczanie coraz to nowych kredytów przyznawanych przez wspomniane instytucje na „rozwojowe” inwestycje, jak np. budowa rurociągów w lasach Amazonii. Taka polityka gospodarcza doprowadziła w ciągu ostatnich 20 lat do potężnej spirali zadłużenia w krajach Trzeciego Świata.
4. NIE – wobec tajemniczych instytucji globalnych.
W innym artykule natknąłem się na następujące stwierdzenie: „Reprezentanci MFW i BŚ są mianowani przez mniej lub bardziej demokratyczne rządy, podczas gdy członkowie organizacji społecznych nie pochodzą z demokratycznego wyboru”. Jest to definicja demokracji, która naśladuje definicję seksu Billa Clintona: demokrację mamy tylko wtedy, gdy karta do głosowania wpada do urny wyborczej. Każdy politolog zajmujący się oceną stanu demokracji w danym kraju zaczyna swoje badania od najważniejszej składowej miary demokracji – ilości i aktywności organizacji obywatelskich. MFW, BŚ oraz Światowa Organizacja Handlu są traktowane jako tajemnicze i odporne na demokrację z powodu swych własnych działań i niechęci czy wręcz niemożności rozpoczęcia prawdziwej debaty z przedstawicielami tych organizacji.
Koniec historii?
Same organizacje pozarządowe, każde na swoim polu oraz łącząc swe wysiłki, mają teraz bardzo wiele do zrobienia. Po pierwsze, powinny dostrzec, że sami politycy, którzy szafują hasłem „globalizacji z ludzką twarzą”, nie mają pojęcia o tym, o czym mówią, i na razie nie powinny liczyć na to, że mają oni jakiś sensowny plan i wolę zmiany. Po drugie, muszą zaakceptować fakt, że stosowanie konwencjonalnych metod wywierania presji na polityków, po to, aby zmienili coś, nad czym już stracili kontrolę, jest daremne. Część z nich już zaczyna dostrzegać, że nie mogą siedzieć i czekać, aż politycy nagle doznają olśnienia albo na jakiś rewolucyjny ruch, który wszystko przewróci do góry nogami. Zamiast tego powinni zacząć współdziałać, tworząc kampanie, które w różnych kwestiach uświadamiają ludziom podstawowe przyczyny społecznego, ekonomicznego i ekologicznego kryzysu, jednocześnie starając się wymuszać kreowanie nowej architektury ekonomicznej. Im bardziej będzie rosnąć świadomość współzależności różnych problemów, tym mocniejsze będzie poczucie, że obecny stan rzeczy trzeba zmienić.
Wielu inteligentnych ludzi w Polsce nie jest zadowolonych z tego, co widzą, ale przekonano ich, że powstał pewien trwały układ, którego mogą być beneficjentami albo przegranymi i myślą, że wszędzie na świecie jest tak samo – albo będziesz „globalny” i się dostosujesz, albo skończysz w nędzy. Tymczasem „wszędzie na świecie”, zarówno wśród amerykańskich programistów komputerowych, jak i hinduskich rolników, jest coraz większa liczba ludzi, którzy są świadomi swej lokalnej przynależności w ramach systemu planety. Jedni i drudzy byli na ulicach Pragi, ponieważ dla jednych i dla drugich pomysł ujednolicania płynnego i różnorodnego świata przyrody i ludzkich relacji w imię czyichś krótkookresowych korzyści jest aberracją chorego umysłu. Jedni wyczuwają to intuicyjnie patrząc na ziemię, którą uprawiają; inni intelektualnie – czując różnicę podczas dyskusji, w której nie ma „jedynie słusznych teorii” i korzystając z sieci, która przypomina im o tym samym.
Jedni i drudzy zdają sobie sprawę z tego, że prawdziwa różnorodność oznacza ład i harmonię, a „to samo marzenie dla wszystkich” oznacza wieżę Babel. I kiedy Fukuyama zapewnia nas o końcu Historii z determinizmem godnym Marksa, oni właśnie przekraczają jej kolejny Rubikon.
Maciej Muskat
przez Jan Przybylski | środa 26 sierpnia 2020 | opinie
Ogłoszenie na początku czerwca bieżącego roku zamiaru zakupu przez Siły Zbrojne Republiki Czeskiej 52 francuskich armatohaubic samobieżnych kalibru 155 mm na podwoziu kołowym CAESAR tylko z pozoru było wydarzeniem ściśle „branżowym”, dotyczącym obronności, o kontekście zamykającym się w relacjach bilateralnych między państwami-stronami. Jednak spojrzenie z szerszej perspektywy uświadamia jego symboliczny charakter dla stosunków w obrębie Grupy Wyszehradzkiej.
Francuskie działa zastąpią jeszcze czechosłowackie Dany, a w pokonanym polu zostawiły stanowiące ich daleką ewolucję o nazwie Zuzana 2. W efekcie każde z czterech państw Grupy będzie dysponowało zupełnie odmiennym podstawowym systemem artyleryjskim. Polska rodzimymi, choć stanowiącymi w istocie składankę wieży o brytyjskiej genezie z południowokoreańskim podwoziem Krabami. Czechy wspomnianymi CAESARami. Węgrzy niemieckimi PzH 2000. Słowacja rodzimymi Zuzanami 2. Systemy te łączyć będzie tylko kaliber i zdolność strzelania taką samą amunicją spełniającą normy NATO. Gorzej być nie może. I nie jest to w kontekście Grupy wyjątek, lecz stan standardowy.
Państwa powołanej do życia 15 lutego 1991 Grupy Wyszehradzkiej teoretycznie były predestynowane do szeroko zakrojonej współpracy w dziedzinie obronnej. Wszystkie wyszły z Układu Warszawskiego z bardzo podobnym wyposażeniem wojsk, głównie produkcji lub konstrukcji sowieckiej, jednak z pewnymi interesującymi wyjątkami, do których należały wspomniana czechosłowacka armatohaubica Dana zakupiona w latach 80. przez PRL, wspólnej polsko-czechosłowackiej konstrukcji transporter opancerzony SKOT czy samoloty szkolno-treningowe (Czechosłowacja produkowała maszyny L-29 Delfin i L-39 Albatros stanowiące standard w Układzie Warszawskim z wyjątkiem Polski, która postawiła na konstrukcje własne, najpierw TS-11 Iskra, a później I-22 Iryda oraz mającej również własne ambicje Rumunii). Polska, Czechy i Słowacja miały też pewien potencjał produkcyjny. Polska i dawna Czechosłowacja produkowały używane we wszystkich krajach późniejszej Grupy czołgi T-72M1, przy czym sowieccy licencjodawcy dbali o to, żeby nie przydzielić jednemu krajowi całej zdolności wytwórczej, stąd Polska nie produkowała armat (zdolność tę po CSRS odziedziczyła Słowacja), ale za to południowi sąsiedzi musieli korzystać z importowanych z Polski silników. Czechosłowacja wytwarzała ponadto bojowe wozy piechoty BMP-2, była też liczącym się ośrodkiem produkcji artyleryjskiej (ten potencjał również pozostał na Słowacji). Polacy produkowali ponadto śmigłowce, radary i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe. Do tego dochodziły używane w całej czwórce systemy sowieckie, np. obrony przeciwlotniczej wyższych szczebli, które ze względów ekonomicznych musiały pozostać w eksploatacji. Kraje łączył też, mimo pewnych meandrów polityki słowackiej, wspólny cel, jakim było zbliżanie się do NATO z perspektywą członkostwa w Pakcie, co w dziedzinie zbrojeń oznaczało stopniowe przyjmowanie tamtejszych standardów i zakupy nowego sprzętu zastępującego czy uzupełniającego dotychczas eksploatowany.
Większość lat 90. nie sprzyjała współpracy zbrojeniowej ze względów ogólnych. Kraje Grupy redukowały odziedziczone armie i przechodziły szok transformacyjny, który siłą rzeczy nie sprzyjał większym inwestycjom w sprzęt. Rok 1995 przyniósł jednak ciekawą transakcję: Polska pozyskała od Czech 10 samolotów myśliwskich MiG-29 w zamian za 11 śmigłowców W-3 Sokół. Można ją było uznać za dobry prognostyk właściwej współpracy, jednak okazała się jedną jaskółką, która wiosny nie uczyniła. Bowiem przełom mileniów przyniósł z jednej strony poprawę sytuacji makroekonomicznej i rozpoczęcie przez kraje Grupy modernizacji sił zbrojnych, z drugiej jednak nie przełożyło się to na współpracę regionalną.
Gdy w 1997 Polska ogłosiła przetarg na nowoczesny system wieżowy do działa samobieżnego, mimo udziału postępowaniu słowackiej Zuzany wybór padł na oferowany przez Brytyjczyków AS-90, z którego po licznych perturbacjach po niemal dwu dekadach powstał Krab w ostatecznej seryjnej postaci. Czesi, pracując w latach 90. nad modernizacją czołgów T-72M, opracowali rozwiązanie równoległe do istniejącego polskiego PT-91. Efekt w postaci T-72M4CZ, w którym zastosowano brytyjski silnik, amerykański system przeniesienia napędu, włoski system kierowania ogniem i czeski pancerz reaktywny (chociaż Polska miała w ofercie zmodernizowany silnik S-12, system kierowania ogniem Drawa i należący do światowej czołówki pancerz reaktywny ERAWA), był fatalny pod względem stosunku koszt-efekt i doprowadził do ograniczenia zakresu programu ze 140 do 30 egzemplarzy, które powstały równolegle z najdoskonalszą wersją PT-91 opracowaną dla Malezji. Brak koordynacji prac w połączeniu z korzystnym ze względów operacyjnych, ale bardzo złym z punktu widzenia interesów przemysłu pozyskaniem przez Polskę na początku nowego milenium używanych niemieckich Leopardów 2A4 uniemożliwił powstanie na bazie T-72 wyszehradzkiego odpowiednika rosyjskiej ewolucji tego typu, T-90A, który byłby wystarczający w aspekcie wartości bojowej, a przy okazji dawał znaczące korzyści lokalnym zakładom. Nowe wielozadaniowe samoloty bojowe Polska, Czechy i Węgry pozyskały w pierwszej dekadzie osobno (nasz kraj F-16 C/D Block 52+, sąsiedzi znacznie gorsze Gripeny), również bez realnych korzyści gospodarczych. Analogicznie wyglądała polityka względem kołowych transporterów opancerzonych/bojowych wozów piechoty: Polska wybrała fińskie pojazdy Patria AMV, znane pod nazwą Rosomak, Czesi w równoległym programie Pandury II zakupili oferowane przez austriackiego Steyra przejętego przez amerykański koncern General Dynamics Land Systems.
Próby współpracy w grupie czterech państw były jednak podejmowane. W pierwszej połowie pierwszej dekady stulecia chodziło o modernizację używanych we wszystkich krajach Grupy śmigłowców Mi-24. W dekadzie drugiej powstały dwa projekty: budowy wspólnego mobilnego trójwspółrzędnego radaru obrony powietrznej oraz równie wspólnego nowego gąsienicowego bojowego wozu piechoty. Cóż jednak z tego, skoro żaden z nich nie zakończył się powodzeniem. Wymagania i interesy okazywały się nie do pogodzenia. Mniej czy bardziej zakulisowe doniesienia mówiły, że potencjalni partnerzy próbowali forsować maksymalizację własnych udziałów w produkcji wobec deklarowanej wartości zamówień na poziomie, który czynił przedsięwzięcie nieopłacalnym dla strony polskiej, która tak czy inaczej zawsze wnosiłaby najwięcej w sensie wydatków. Takie samo podejście storpedowało zakup przez Słowację polskich Rosomaków – mimo ogłoszenia w roku 2015 podpisania umowy, południowi sąsiedzi ostatecznie zdecydowali się na fińską wersję AMV.
Można ciągnąć dalej nużącą (choć i tak niewyczerpującą) wyliczankę kolejnych zakupów nieskoordynowanych w żaden sposób w ramach Grupy z ostatnich lat mimo pojawienia się wspólnego frontu w ramach UE w rozmaitych drażliwych kwestiach: F-16V dla Słowacji, czołgi Leopard 2A7+, armatohaubice PzH 2000 oraz prawdopodobnie niedługo rakietowe systemy OPL NASAMS dla Węgier, wreszcie CAESARy dla Czech. Polska, mająca największe potrzeby zakupowe, przestała oglądać się na sąsiadów i składa samodzielne zamówienia za granicą (systemy OPL średniego zasięgu w ramach programu Wisła, kiedyś być może również zasięgu krótkiego w programie Narew, samoloty F-35, systemy artylerii rakietowej HIMARS), samodzielnie też opracowuje gąsienicowy bojowy wóz piechoty Borsuk. Realizowane w ramach grupy zakupy, takie jak przyjęcie przez Węgry i Słowację do uzbrojenia czeskiej broni strzeleckiej czy ostatnio zamówienie przez Polskę węgierskich radarów pola walki, są swoistymi kwiatkami do kożucha, albowiem ich wartość jest znikoma w porównaniu z programami strategicznymi, w odniesieniu do których współpraca nie istnieje.
Konsekwencje braku przemyślanej strategicznej współpracy regionalnej w połączeniu z błędami wewnętrznymi są dość smutne. Żaden z krajów Grupy nie ma już zdolności produkcji czołgów – Polska utraciła ją pod koniec pierwszej dekady wieku. Prawdopodobnie perspektywy słowackiego przemysłu artyleryjskiego nie są świetlane – mały kraj ma znikomą polityczną siłę przebicia, bez której niezwykle ciężko zdobyć rynki zbytu; skoro nie wystarcza ona na powiązanego historycznymi więziami sąsiada, to gdzie indziej będzie jeszcze gorzej. Pozycja pojedynczych krajów w negocjacjach z potężnymi koncernami zachodnimi i stojącymi za nimi rządami jest słaba, co przekłada się na zagadnienie lokalnej obsługi serwisowej, bardzo ważne, ponieważ koszt zakupu szacuje się w uśrednieniu na ledwie 35% całkowitych kosztów eksploatacji nowoczesnych systemów.
Zasadniczą przyczyną braku wspólnej polityki zbrojeniowej jest brak poważnego długookresowego myślenia strategicznego. Poszczególne państwa realizują swoje interesy wobec krajów Centrum – Polska wobec Stanów Zjednoczonych, Węgrzy za zakup czołgów i armatohaubic zapewne otrzymają pewien zasób przychylności Niemiec, podobnie jak Czesi od Francji, obok nadziei na stosowanie własnych podwozi w innych kontraktach eksportowych. Jednak we wszystkich tych relacjach kraje naszego regionu występują jako słabi, peryferyjni klienci, nie zaś realni partnerzy. Nie można zapomnieć i o interesach najprzyziemniejszych – z czeskim zakupem Pandurów wiązała się afera korupcyjna. Biorąc pod uwagę realia branży i akcent na ostatnie słowo sentencji „per fas et nefas”, wypada zakładać, że stanowiła wierzchołek góry lodowej.
Powyższy obraz przedstawia stan zamknięty na dekady. Poszczególne kraje Grupy Wyszehradzkiej przeprowadziły w kluczowych aspektach modernizację sił zbrojnych lub prowadzą stosowne procesy bez koordynacji regionalnej. Co prawda wspomniana modernizacja jest procesem ciągłym, jednak zakupy „strategiczne” takie jak dotyczące samolotów bojowych, systemów OPL czy czołgów są dokonywane na co najmniej 30 lat. Podsumowując taki właśnie czas funkcjonowania Grupy, trzeba stwierdzić, że okazała się ona tworem fasadowym, niezdolnym do wykorzystania szans stosunkowo łatwych do skonsumowania – dość dobrze widocznych, leżących w obszarze, w którym spore znaczenie miała wola polityczna.
W najbardziej optymistycznym scenariuszu efektem synergii mógłby być nawet wspólny ponadnarodowy koncern obronny zdolny do skutecznego zaspokajania wielu potrzeb udziałowców i konkurowania z producentami z Zachodu czy Wschodu. Tymczasem nawet stosunkowo najlepiej stojąca zbrojeniówka polska jest graczem dość słabym i ułomnym. A Grupa Wyszehradzka okazała się tworem przede wszystkim frazesowym, tkwiącym w letargu, budzącym się z rzadka w celu realizacji ad hoc pewnych interesów, niemal zawsze o charakterze negatywnym, w sensie zapobiegania czemuś, nie pozytywnym, polegającym na budowie i osiąganiu zysków. Trudno wiązać z nią jakieś istotne nadzieje na przyszłość. Tym mniej oczywiście z fantazjowaniem o Międzymorzu…
dr Jan Przybylski
przez dr Łukasz Moll | niedziela 23 sierpnia 2020 | opinie
Próby wyjaśnienia fenomenu populizmu, który daje o sobie znać od Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii po Brazylię i Filipiny, zazwyczaj traktują go w kategoriach choroby, która trapi współczesne demokracje. Jak głosi dobrze znana opowieść, populiści manipulują ludem, uruchamiają w nim najgorsze instynkty, żerują na jego niezadowoleniu, brakach w wykształceniu czy destrukcyjnym wpływie mediów społecznościowych. Sięgają po język dyskryminujący, który dzieli społeczeństwa po liniach rasy, pochodzenia, płci czy orientacji seksualnej. Dla liberalnych komentatorów wyrazicielami populistycznej choroby nie są wyłącznie politycy prawicowi, tacy jak Donald Trump, Boris Johnson, Marine Le Pen czy Jair Bolsonaro. Populizm ma mieć także lewicowe oblicze, które reprezentują Bernie Sanders, Jeremy Corbyn, Jean-Luc Mélenchon czy Andrés Manuel López Obrador. Dla krytyków populizmu istotniejsze niż różnice między jego prawicową a lewicową odmianą są punkty wspólne: odwoływanie się do emocji, wodzowskie przemówienia czy przekładanie konfliktu ponad konsensusem.
W swojej najnowszej książce amerykański publicysta Thomas Frank dokonuje przesunięcia perspektywy. Zamiast pytać o źródła populizmu, zastanawia się „skąd się wzięli i w jakich okolicznościach pojawili się antypopuliści?”. Z czym konkretnie walczyli i jakimi argumentami? Jakie były i są ich cele? Krótka historia antypopulizmu, którą wykłada Frank w książce „The People, NO”, pozwala przy okazji odgrzebać zapomniane dzieje populizmu jako ruchu konsekwentnie demokratycznego, reformistycznego i progresywnego. Ruchu, którego potrzebujemy dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek.

Na wstępie trzeba zaznaczyć, że rozczaruje się ten, kto oczekiwałby od Franka wielowiekowej i globalnej w swych ramach historii antypopulizmu. Autor nie sięga tak daleko, jak zazwyczaj czynią to filozofowie polityki chcący badać genezę populizmu i reakcje, jakie ten historycznie wyzwalał. Nie uświadczymy tu więc powrotów do świata antycznego z jego walkami patrycjuszy z plebejuszami. Nie cofniemy się do wczesnej nowożytności, gdy feudalizm trząsł się w posadach od insurekcji, żakerii, rebelii i odmowy pracy. Ani nawet do bardziej nowoczesnych i znanych antyplebejskich reakcji, które towarzyszyły wielkim rewolucjom w Anglii, Francji, Stanach Zjednoczonych czy Rosji. Jak na dobrego Amerykanina przystało, Frank nie wyściubia nosa poza opłatki swojego kraju. Niekiedy tylko czyni aluzje do innych części obszaru anglosaskiego – do Wielkiej Brytanii czy Australii. Pomimo tego, śledząc wraz Frankiem kolejne manifestacje populizmu i antypopulizmu w USA od końca XIX wieku po czasy obecne, zyskujemy ramę poznawczą, która z powodzeniem daje się zaaplikować także do innych państw. Szczególnie adekwatna i aktualna wyda się ona czytelniczce z Polski.
Farmerzy z Omaha nominują „człowieka ludu”…
Trzeba przyznać, że Frank ma mocny argument, żeby historię antypopulizmu zamknąć właśnie w granicach Stanów Zjednoczonych. Jest tak dlatego, że to właśnie tam istniał poważny ruch, który otwarcie identyfikował się z pojęciem populizmu. The People’s Party (Partia Ludu), znana także jako Populist Party (Partia Populistyczna) czy – w skrócie – Populists (Populiści), była głośnym zjawiskiem w polityce amerykańskiej w ostatniej dekadzie XIX wieku. Wyrosła ona przede wszystkim z ruchu, który grupował niezadowolonych farmerów, którzy domagali się ekonomicznych reform wzmacniających pozycję drobnych wytwórców względem korporacji, monopoli czy magnatów kolejowych i prowadzących do niezbędnego interwencjonizmu państwa w interesie ludu, a nie wielkiego kapitału. Populiści próbowali jednak wyjść poza swoją bazową grupę wsparcia i szukali poparcia wśród ruchu związkowego pracowników fabrycznych z miast, a także wśród czarnoskórych rolników i biedoty, z którymi chcieli budować wspólny front po liniach klasowych.
Frank postanowił na początek sprawdzić, na ile ówcześni Populiści przystają do wizerunku, jakim cieszą się współcześni populiści pokroju Trumpa. Okazuje się, że związki między nimi są bardzo niewielkie. Chociaż wśród aktywistów The People’s Party pojawiały się ekscesy rasistowskie i antysemickie, nastroje antyinteligenckie i słabość do teorii spiskowych, a także brak zaufania do władz publicznych i pragnienie deregulacji gospodarki, to miały one – jak udowadnia Frank – marginalny charakter. Zwłaszcza na tle swojej epoki Populiści okazywali się ugrupowaniem jednoznacznie progresywnym: domagającym się nie tylko równości ekonomicznej, ale rozumiejącym, że uda się to osiągnąć jedynie poprzez oddolną demokratyczną mobilizację i daleko posunięte samokształcenie. Nie odrzucali wiedzy i kultury – odrzucali głupie rady „mądrych głów” i snobizm. Nie dawali się rasistowskim demagogom, lecz przerzucali mosty między ludźmi pracy w poprzek podziałów rasowych, pomiędzy miastem a wsią czy Południem i Północą. Choć nie kupowali wycyzelowanych ideologicznych opowieści o postępie technologicznym, to w żadnym razie nie byli tradycjonalistami – nowe wynalazki chcieli wprowadzać w interesie ludowym, a nie korporacyjnym.
…szacowni obywatele wpadają w panikę
Dlaczego w takim razie termin „populista” kojarzymy dziś z diametralnie przeciwnymi własnościami niż te, których wyrazicielami byli jego protoplaści? Czy to tylko świadectwo naszej historycznej ignorancji? A może po prostu należy uznać, że w kolejnych dziesięcioleciach populizm przeszedł metamorfozę? Frank pokazuje, że negatywne skojarzenia wiązane z populizmem pojawiły się już w odpowiedzi na rosnące znaczenie The People’s Party. Osiągnęły one apogeum podczas kampanii prezydenckiej w 1896 roku, kiedy Populiści wsparli kandydata Partii Demokratycznej, reformatorsko nastawionego Williama Jenningsa Bryana. Polityk, któremu nadano przydomek „The Great Commoner” („Wielki człowiek ludu”) został nominowany dzięki frakcjom przychylnym farmerom, a w szczególności opowiadającym się za odejściem od polityki monetarnej wspierającej się na parytecie złota, na której cierpieli szczególnie mocno ludzie pracy. W swojej kampanii Bryan uderzał w jawnie populistyczne tony, przeciwstawiając ciężko pracujący lud próżniaczym elitom. Jego wystąpienia były jednak wolne od szczucia jednej grupy obywateli na innych. Tej ostatniej zasady nie potrafili natomiast wcielić w życie przeciwnicy Demokraty.
Kontrkandydatem Bryana był Republikanin William McKinley. Na plakacie wyborczym stoi na amerykańskiej złotej monecie, podtrzymywanej przez ręce białych, elegancko ubranych mężczyzn. Rzeczywiście, podporą McKinleya były klasy posiadające, które obficie finansowały jego kampanię i użyły wszelkich dostępnych środków medialnych, żeby zdyskredytować Bryana. W gazetach skierowanych do białych szacownych obywateli Bryan był portretowany jako awanturnik stojący na czele motłochu, niebezpieczny anarchista, którego poczynania zrujnują amerykańską gospodarkę i wyniosą do władzy ludzi najgorszego sortu. Co istotne, przeciwko Bryanowi występowały nie tylko – co zrozumiałe – elity pieniądza, ale także elity wykształcenia. Czołowi ekonomiści podnosili larum, że gospodarcze idee Demokraty i Populistów są na bakier ze świętymi i nienaruszalnymi prawidłami ekonomii. Tymczasem Populiści świetnie rozumieli, że idee warstw wykształconych są ideami klasy panującej.
Anty-populistyczna krucjata przyniosła efekty. McKinley pokonał Bryana, a rozbici Populiści, który nadszarpnęli swoją niezależność i włączyli się w rywalizację dwóch głównych partii, znaleźli się w odwrocie. Ich głównymi kontynuatorami była robotnicza lewica i ruch związkowy, ale na kolejną panikę przeciwko populiście trzeba było czekać aż do lat 30.
Populizm Nowego Ładu…
Tym razem w roli demonizowanego demagoga wystąpił nie kto inny niż sam Franklin Delano Roosevelt, który w wyborach prezydenckich 1936 roku walczył o reelekcję w cieniu Wielkiej Depresji. Demokrata FDR nie tylko postanowił walczyć z recesją poprzez prospołeczny interwencjonizm państwowy, czym naraził się tym samym potężnym siłom, które 40 lat wcześniej zatopiły kandydaturę Bryana. Roosevelt wyciągnął lekcję z tamtych wydarzeń. Rozumiał, że musi otwarcie wystąpić przeciwko finansjerze, wydawcom gazet czy dyżurnym ekonomistom, by zdemaskować ich „prawdy” jako przesiąknięte partykularnym interesem. Stąd w jego przemówieniach pełno było zawołań do tego, by lud zgromadził się wokół niego w obronie przed tymi, którzy chcą zawiadywać państwem, gospodarką i kulturą we własnym interesie.
Tak jak Bryan miał za sobą zbuntowanych farmerów, tak Roosevelt mógł oprzeć się na związkowych i pracowniczych walkach lat 30. Dekada Wielkiego Kryzysu sprzyjała populizmowi nie tylko w polityce. Od twórców Hollywood po autorów ballad, trud, krzywda i solidarność zwykłych ludzi były opiewane z całą ich szlachetnością. W tej atmosferze trudniej było zdyskredytować populistyczną politykę jako wyraz dążeń zapijaczonych, ignoranckich mas.
Choć stare schematy argumentacyjne nadal żyły z całą mocą, to dołączono do nich nową melodię. Teraz Roosevelt i jego otoczenie krytykowani byli jako wrogowie wolności, będący po jednych pieniądzach z radzieckimi i nazistowskimi planistami. Chociaż klasy posiadające bały się wzmocnienia pozycji klas zdominowanych, to zarazem próbowały dyskurs walki klas równoważyć narracją o wspólnym wrogu każdego porządnego Amerykanina – złym rządzie, który odbiera konstytucyjne wolności. Grunt pod wydarzenia powojenne został przygotowany: stopniowo to prawica uczyła się przejmować populizm do własnych celów (mobilizacja szaraczków przeciwko establishmentowi rządowemu), podczas gdy lewica stawała się coraz bardziej antypopulistyczna, aż w końcu wylądowała na pozycjach elitarystycznych. Podstawą tej nowej lewicowej elitarności w znacznie mniejszym stopniu niż majątek miało być wykształcenie i kapitał kulturowy.
…i antypopulizm Nowej Lewicy
Do istotnego przewartościowania doszło, gdy antypopulistyczne głosy zaczęły coraz częściej pojawiać się nie tylko po stronie bogaczy, bankierów z Wall Street czy usłużnych im dziennikarzy. Drugą nóżką antypopulizmu zostać mieli specjaliści i elity kulturalne, mocniej związani z lewicą. Już powojenne lata makkartyzmu, gdy intelektualistów i artystów oskarżano o komunistyczne powiązania, prowadziły do pogłębionej refleksji nad „autorytaryzmem ludowym”. Wizerunek agresywnego rednecka ze strzelbą, chcącego strzelać do Czarnych, Żydów, lewaków, hipisów, feministek i gejów, umocniły niepokoje lat 60. i 70. wokół wojny w Wietnamie, ruchu praw obywatelskich czy kontrkultury.
Stało się tak, pomimo że Martin Luther King, którego poczynania na gruncie walki o równość ekonomiczną i o budowę wspólnego frontu niezamożnej większości często są dziś zapominane, zdawał sobie jasno sprawę, że podejmuje dziedzictwo Populistów z końca XIX wieku. King podkreślał, że był to ruch, którego aktywiści rozumieli konieczność mobilizacji ludzi pracy bez względu na kolor skóry.
Jednocześnie jednak dyżurni akademicy snuli zupełnie inną opowieść o populizmie. Zdaniem takich badaczy zjawiska jak Richard Hofstader czy Seymour Martin Lipsed populizm był bolączką Ameryki, która gnieździła się wśród prostych ludzi. To tam kryły się pokłady rasizmu, antysemityzmu, militaryzmu, seksizmu, skłonności do myślenia w kategoriach spisku, niechęć do edukacji i inteligentów, gloryfikacja prostych wartości tradycyjnej, wiejskiej Ameryki… Również modne nowolewicowe teorie, choć często nie wprost, skłaniały do dyskusji o osobowości autorytarnej, ucieczce od wolności i tym podobnych fenomenach, które w kręgach uniwersyteckich i kulturalnych rodziły poczucie osaczenia środowisk progresywnych przez konserwatywny lud. Dodatkowo, wraz z powojennym boomem edukacyjnym rosły szeregi osób z wyższym wykształceniem, dla których model społeczeństwa, w którym specjaliści zarządzają nieznającymi się na polityce masami, leżał po prostu we własnym interesie klasowym. Wynaturzenia zbiurokratyzowanego rządu, kompleksu militarno-przemysłowego czy służb specjalnych powołanych do infiltracji nowych ruchów społecznych, wiodły z kolei bardziej radykalnych lewicowców na pozycje, wedle których imperialistyczne, rasistowskie władze są emanacją woli farmerów, robotników i biedoty o autorytarnych ciągotach. Wszystko to do kupy, jak pokazuje Frank, pchało lewicę i Partię Demokratyczną na pozycje antypopulistyczne. Jednocześnie do ważnych przesunięć dochodziło na prawicy.
Populizm reaganizmu i trumpizmu…
Pomimo osiągnięć ery Nowego Ładu Roosevelta i Harry’ego Trumana, a następnie programów Walki z Biedą i Wielkiego Społeczeństwa prezydentów Kennedy’ego i Johnsona, populistyczne marzenia The People’s Party, idealistów lat 30. czy Martina Luthera Kinga, dalekie były od ziszczenia. Nierówności, militaryzm, rasizm, alienacja, degradacja środowiska pozostawały nierozwiązanymi i nabrzmiałymi problemami Ameryki. Istotna zmiana polegała na tym, że polityka progresywna, która miałaby je rozwiązać, coraz rzadziej opierała się na mobilizacji niezamożnej większości i na zdrowym plebejskim rozsądku. Kiedy w latach 60. i 70. lud ogłoszono raczej częścią problemu, a nie jego rozwiązania, odpowiedzią na ten antypopulizm elit – w tym elit lewicowych – mógł stać się nowy populizm, o proweniencji prawicowej.
Z pierwotnym populizmem łączyły go odwołania do ludowej mądrości, deklaracje uznania dla ciężko pracujących Amerykanów czy potępienie dla wyalienowanych ludzi przywileju. Jednak pomimo podobieństw retorycznych, ostrze prawicowego populizmu było zupełnie inne. Nie chodziło już o redystrybucję bogactwa przez rząd, lecz o maksymalne osłabienie władzy federalnych biurokratów, którzy marnują pieniądze podatników i tuczą nimi samych siebie. Celem nie było wzmocnienie związków zawodowych w kontrze do kapitału, ale pokazanie robotnikom, że ich fabryki są przenoszone do Azji przez niepatriotycznych polityków. Z kolei dążenie do masowego samooświecenia zastąpiła pogarda dla wykształciuchów, którzy promują dziwne, nieamerykańskie z ducha koncepcje, na których tracą prości ludzie.
Populizm, który przyniósł dwukrotne zwycięstwo Ronaldowi Reaganowi w latach 80. – i którego spadkobiercą pozostaje dziś Donald Trump – był więc prawicową odpowiedzią na antypopulizm liberałów i lewicy. Frank opowiedział już kiedyś tę historię w pomniejszonej skali, na przykładzie stanu Kansas, który z dawnego bastionu zorganizowanego świata pracy stał się twierdzą konserwatywnych, probiznesowych Republikanów. W obliczu polityki skoncentrowanej w rękach technokratów i liberalnego obyczajowo establishmentu, amerykańskiej prawicy łatwo jest odbijać robotniczy elektorat hasłami wymierzonymi w rozpasany rząd i styl życia wielkomiejskiej bohemy.
…i antypopulizm clintonizmu
Dzieje się tak tym bardziej, że Demokraci począwszy od drugiej połowy lat 70. obrali kierunek partii, która obiecuje realizację polityki opartej na sprawdzonych receptach, raportach i ekspertyzach. Masowy interes i emocje mają być świadectwem niekompetencji, albo – co gorsza – uprzedzeń i faszyzmu. Należy wobec tego odwoływać się do rozumu wykształconej jednostki i wnosić wobec niej pewne oczekiwania: „Jeśli chcesz, żebyśmy Cię reprezentowali, najpierw musisz reprezentować nasze wartości”. Demokraci nie próbują reprezentować interesów i sentymentów ludowych. Odwrotnie – to lud ma przyjąć w swe progi idee i mody płynące z wiodących kampusów uniwersyteckich, uczonych think tanków czy innowacyjnych klastrów z Doliny Krzemowej.
Skoro lud jest siedliskiem obskurantyzmu, populistyczna polityka na lewicy zostaje zastąpiona przez politykę moralnie słusznych tożsamości. Interesy Afroamerykanów mają być wspierane nie przeciwko rasistowskiemu kapitaliście, ale rasistowskiemu białemu sąsiadowi. Podstawowym pogwałceniem dla praw kobiet są maczystowskie zachowania w rodzaju rozsiadania się przez mężczyzn w autobusach, a nie patriarchalny podział pracy. Mniejszości należy gettoizować wokół partykularnych spraw, zamiast integrować w uniwersalistycznym horyzoncie emancypacji niezamożnej większości. Kto zaś nie zdaje egzaminu z postępowego katechizmu, ten jest przez Demokratów porzucany jako niegodny bycia reprezentowanym.
Typowa dla prezydentury Billa Clintona w latach 90. czy dla kampanii jego żony, Hillary w 2016 roku wizja polityczna oparta jest na ideale merytokracji z równością szans. To znaczy, należy usunąć dyskryminację, która uniemożliwia jednostkom realizację ich aspiracji ze względu na rasę, płeć czy orientację seksualną. Marzenia o wyniesieniu ludu, który wywalczy równość występując przeciwko kapitałowi i jego funkcjonariuszom, zostały zaś wyklęte jako populistyczne – ale już nie w dobrym sensie, bliskim dawnej The People’s Party, tylko w rozumieniu, w jakim populistą jest Donald Trump. Każdy, kto chce sprzyjać ludowym instynktom, osuwa się w autorytarną demagogię. Stąd takie przerażenie wśród partyjnego establishmentu budziły prezydenckie próby Berniego Sandersa – populisty w starym, dobrym znaczeniu tego słowa, którego próbowano dyskredytować wysilonymi porównaniami do Trumpa.
Przeciwko antypopulistycznemu praniu mózgów
Historia antypopulizmu pióra Franka, choć rozgrywa się za wielką wodą, brzmi znajomo. Utyskiwania na ciemny lud, który daje się kupić dyktatorowi i w głębi duszy marzy tylko o biciu kobiet, gejów i muzułmanów, są nad Wisłą wszechobecne. Pod tym względem ostatnie wybory prezydenckie były imponującą manifestacją „nienawiści do demokracji”. Chociaż wszyscy zatrwożeni werdyktem większości mają na ustach „obronę zagrożonej demokracji”, w gruncie rzeczy marzą o tym, żeby wyboru dokonali ci, którzy nie dają się bakcylowi populizmu (pisałem o tym szerzej w „Kieszonkowym atlasie klasizmu polskiego”). Myśl, że można by wyborcom PiS zaproponować coś innego niż antypopulistyczny kordon sanitarny – jakąś pozytywną, porywającą wizję – okazuje się zbyt rewolucyjna. Nic dziwnego, ponieważ zbudowanie takiej wizji nie jest kwestią słusznej idei. Zwłaszcza na lewicy widoczne jest poczucie, że zasiewanie jej idei wśród klasy ludowej czy na polskiej prowincji byłoby jak rzucanie ziarna między chwasty. Alienacja reprezentantów od tych, których mieliby reprezentować, jest na to zbyt wielka. Wobec tego polska lewica abdykuje ze swojej historycznej roli i próbuje grać rolę przedstawicielki dobrze wykształconych mieszkańców dużych miast o liberalnych poglądach – nie tylko na kwestie kulturowe, ale i gospodarcze. W ten sposób, podobnie jak jej amerykańska odpowiedniczka, przechodzi na pozycje antypopulistyczne. Tym silniejsze, że polska lewica ochoczo kalkuje zza oceanu tematy, którymi chciałaby się zajmować oraz postulaty, jakie chciałaby realizować. W jeszcze większym stopniu niż beznadziejnie skażonej centryzmem lewicy parlamentarnej dotyczy to wielu (pseudo)radykalnych środowisk, kanap i nisz: toczących niekończące się dyskusje o „słowach, które ranią”, spisujących dekalogi konsensualnego seksu, demaskujących w swoich szeregach „skrajną transfobię”. Taką postawę można uznać już programowym antypopulizmem, ponieważ jej konsekwencją zawsze będzie oskarżenie zwykłego Polaka czy Polki, że nie spełnia antyprzemocowych norm frazesowo-zradykalizowanej bańki lewicowej.
W konkluzji swojej książki Frank przekonuje, że to właśnie populizm może być jedyną skuteczną odpowiedzią na polityków pokroju Trumpa czy Reagana z jednej strony, ale i na kawiarniany antypopulizm dzisiejszej lewicy z drugiej. Co ważne, autor daje historyczne argumenty przeciwko tezie, że postawienie na równość ekonomiczną i zaangażowanie w ruch na jego rzecz szerokich mas, oznacza konieczność rezygnacji ze sprawy antyrasizmu, równości kobiet czy praw mniejszości. Ruchy populistyczne wielokrotnie były wyrazicielami szerokiej agendy równościowej. To, że utraciły w tym zakresie zaufanie elit lewicowych, wynika z oderwania się od swojej bazy społecznej. Z wyżyn awansu klasowego, kulturowego i edukacyjnego patrzą one na klasy niższe z podejrzliwością, jeśli nie z inkwizytorskim zapałem. Jak pisała włoska feministka marksistowska Mariarosa Dalla Costa: „Dziecko z europejskiej klasy robotniczej, podobnie jak dziecko z czarnej klasy robotniczej, widzi w nauczycielu kogoś, kto uczy je czegoś, co ma być przeciwko jego matce czy ojcu, nie po to, by bronić tego dziecka, lecz po to, by zaatakować klasę, do której ono przynależy. Kapitalizm to pierwszy system produkcji, w którym dzieci wyzyskiwanych są dyscyplinowane i edukowane w instytucjach organizowanych i kontrolowanych przez klasę posiadającą. Ostatecznym dowodem na to, że ta obca indoktrynacja, która rozpoczyna się w przedszkolu, jest oparta na rozdzieleniu rodziny, jest to, że ta (garstka) robotniczych dzieci, która dostaną się na uniwersytet, ma tak wyprane mózgi, że nie są już w stanie rozmawiać ze swoją społecznością”.
Przepracowanie tego antypopulistycznego zaczadzenia i odzyskanie tego, co w populizmie najbardziej wartościowe, jest warunkiem odrodzenia lewicy.
dr Łukasz Moll
Thomas Frank, The People, NO. A Brief History of Anti-Populism, New York 2020.
przez redakcja | czwartek 20 sierpnia 2020 | klasyka, opinie
Nas, przedstawicieli najstarszego pokolenia kręgu, który zwykło się określać jako szkołę frankfurcką, oskarżono o rezygnację. Podobno jedynie rozwijaliśmy założenia krytycznej teorii społeczeństwa, lecz nie byliśmy gotowi do wyciągnięcia z nich praktycznych konsekwencji. Zarzuca się nam, iż nie przedstawiliśmy programu działania ani nawet nie poparliśmy działań podejmowanych przez innych, którym nasza teoria dostarczyła zachęty.
Na uboczu pozostawiam kwestię, czy takie wymagania należy stawiać myślicielom-teoretykom: tyleż wrażliwym, co niekoniecznie najodporniejszym i szczególnie sprawnym w akcji bezpośredniej instrumentom reagowania na rzeczywistość historyczną. Determinacja, którą mnie i moim przyjaciołom narzuciło społeczeństwo podziału pracy, o tyle jest problematyczna, że wzbudza podejrzenia, czy nie jest zarazem deformacją. Ale stosunki społeczne, jeżeli nawet zniekształcają swoich uczestników, to w tym samym ruchu ich pozytywnie kształtują. Możemy dokonać tylko tego, co odpowiada wyrobionym w nas umiejętnościom; nigdy natomiast nie wywołujemy realnych skutków nieograniczenie swobodnym aktem woli.
Nie chcę negować subiektywnych uwarunkowań, które skłaniają do jednostronnego skupienia się na teorii. Za ważniejszą pod tym względem uważam jednak stronę obiektywną. Zarzut, który pod naszym adresem wygłaszano z wielką łatwością, można oddać poniższymi słowy. Kto wątpi w możliwość istotnego przekształcenia społeczeństwa w obecnej fazie jego rozwoju – i, wobec tego, nie angażuje się w równie gwałtowne, co spektakularne akcje, ani do udziału w nich nie wzywa – w istocie wyrzeka się wszelkich zmian na lepsze. Cel, o którym marzył, uznaje za nierealny. Może nawet nie życzy sobie, żeby go osiągnięto? O ile pozostawia rzeczywistość w takim stanie, w jakim ją zastał, chcąc nie chcąc się jej poddaje.
Dystans wobec praktyki prowokuje powszechną niechęć. Izolowane jednostki, które niechętnie zabierają się do wspólnej roboty, troszcząc się, żeby czasami nie pobrudzić sobie przy niej rąk – mimo że ich pięknoduchostwo prawdopodobnie nie ma za sobą żadnych uprawnień, a za to wywodzi się z niesprawiedliwego przywileju – trafiają natychmiast pod lupę podejrzenia. Jednolity front nieufności, ścigającej tych wszystkich, co nie ufają praktyce, rozciąga się między odległymi z pozoru skrajnymi flankami. Rzecznicy starego sloganu „dość tej gadaniny” [1], który nieodmiennie służył do gnębienia adwersarzy w debacie jak najbardziej werbalnej, łączą się tam z wysłannikami obiektywnego ducha reklamy, którego obrazowe motywy przewodnie wysławiają ludzi czynu, od menedżerów do sportsmenów. Głos nadrzędnego obowiązku każe uczestniczyć i współdziałać. Skoro ośmielasz się wyłączać siebie ze zbiorowego nurtu, jesteś słabeuszem, tchórzem, a może nawet zdrajcą. Dyskredytującymi kliszami, wymierzonymi przeciw intelektualistom, posługują się – nie zauważając ironii takiego obrotu spraw – ci sami kontestatorzy, którzy w swoim czasie na intelektualistów pozowali.
Tym entuzjastom działania za wszelką cenę, którzy jeszcze potrafią myśleć, należy odpowiedzieć, co następuje: rewizji domaga się, nie na ostatnim miejscu, aktualnie obowiązujące pojmowanie relacji między teorią a praktyką. Wynosząc na piedestał kategorię praxis, uległemu wobec niej umysłowi narzuca się zgodę na prymat pragmatyków i ideałów skrojonych na ich miarę. Śladem tego zabiegu idzie zakaz myślenia. Jego stosunkowo jeszcze najłagodniejsza formuła tak przetwarza impulsy oporu przeciw represji, żeby je wykorzystać do represyjnych celów. Jeżeli, mimo wszelkich chęci, nie jesteś w stanie kontrolować swojego życia i jego obiektywnych warunków, wobec tego – zgodnie z jej wezwaniem – przestań wybrzydzać na kształt, który nadała ci presja społeczna. Sławetna jedność teorii i praktyki zawsze miała skłonność do utożsamiania się z wszechwładzą tej ostatniej. Niejeden atak na rzekomo, według niego, skompromitowaną teorię dopatruje się w niej formy panowania – tak, jak gdyby w przypadku wychwalanej praxis jej związki z panowaniem nie były o wiele bardziej bezpośrednie.
U Marksa, jego próba zjednoczenia wymiarów teoretycznego i praktycznego wskazywała na – dostępne wówczas, a dalekie jeszcze od realizacji – możliwości działania. Teraz dzieje się na odwrót. Nawołuje się wrzaskliwie do działania zmieniającego świat, żeby w praktycznych skutkach i często również słabo ukrywanej intencji je sparaliżować. I u Marksa, jednakże, odsłania się – na próżno poddawana zabiegom chirurgicznym – rana rozdarcia między praktyką a teorią. Autorytarny ton, z jakim głosił on swoją jedenastą tezę o Feuerbachu [2], świadczy, iż nie do końca był pewny jej mocy. W swojej wczesnej młodości wzywał do radykalnej krytyki wszystkiego, co zastane. Wkrótce jednak zaczął krytykę wyszydzać. Jego niezasłużenie spopularyzowane kpiny z młodoheglistów, gdzie do znudzenia przezywa się ich „krytycznymi krytykami” [3], były intelektualnym niewypałem. W prymitywnie, kawa na ławę wyłożonej tautologii, na której się opierają, nie ma dowcipu za grosz. Wymuszony na sobie zwrot ku praktyce sprawiał niejednokrotnie, że krytyka uprawiana przez samego Marksa zatrzymywała się w martwych punktach irracjonalnego milczenia. W Rosji oraz w reszcie krajów poddanych marksistowskiej ortodoksji, wulgarne tłumienie „krytycznej krytyki” przeobraziło się w użyteczny instrument do reprodukcji istniejących stosunków. Praktykę zredukowano tam do forsownej produkcji środków produkcji przemysłowej. Natomiast za jedynie dopuszczalną formę krytyki uchodzi narzekanie biurokratycznych propagandzistów, że ludzie pracy zbyt mało wydajnie pracują. Podporządkowanie rewolucyjnej teorii wobec praktyki z wyjątkową łatwością oddało się w służbę odtwarzających się – mimo rewolucji – struktur panowania.
Represyjna nietolerancja [4] w stosunku do wątpiących, czy przejście do praktycznego działania biegnie w obecnych warunkach szeroko rozwartą bramą, wynika z syndromu lękowego. Ludzie obawiają się nieskrępowanej myśli – podobnie jak postępowania, które nie daje się utrzymać w dopuszczalnych ramach – ponieważ gdzieś w swoim wnętrzu czują coś, do czego by się nigdy otwarcie nie przyznali: że ta myśl ma słuszność. Istnieje pewien pradawny mechanizm kultury mieszczańskiej, znany już XVIII-wiecznym filozofom oświeceniowym, który od czasu do czasu bywa odnawiany, lecz nie zmienia się co do swej natury. Zgodnie z nim, przykre doznania, wywołane nieprzychylną sytuacją w świecie zewnętrznym, szczególnie zaś blokadą nakładaną przez zasadę rzeczywistości, ulegają przeniesieniu, wyrażając się w agresji wobec tych, którzy ujawniają problem. Gdy idzie o zajmujący nas konkretny wypadek, myśl krytyczna, wierna duchowi świadomego siebie oświecenia, usiłuje odczarować pseudorzeczywistość, w której porusza się akcjonistyczny kult działania. Tego ostatniego w ogóle nie da się pojąć, o ile z góry, w samym punkcie wyjścia nie zwiąże się go z kategorią pseudorzeczywistości. Jej natomiast – idąc dalej – w charakterze subiektywnego odpowiednika należy przyporządkować pseudoaktywność.
Jest ona takim gatunkiem czynu, który sam siebie celebruje przesadnie brzmiącym hymnem na własną cześć. Jego sprawcy, dopominając się o publicity, nie stawiają sobie pytania, w jakim stopniu ich akcja służy zaspokojeniu zastępczemu, ze środka do celu przemieniając się w samowystarczalny cel. Wydobywając się daremnie z zamkniętego pomieszczenia, czerpie się w końcu przyjemność z rozpaczy tym wywołanej. W sytuacjach tego typu albo w ogóle się nie myśli, albo też nieudolnie próbuje się to czynić, przyjmując z gruntu fałszywe założenia pierwotne. Z powyższego względu, w ramach praxis wyniesionej na szczebel absolutu, zawsze reaguje się nieodpowiednio do bodźca sytuacyjnego. Wyjścia z tej pułapki nie znajdzie się nigdzie poza myśleniem – i to jedynie takim, które nie pozwala z góry wyznaczać sobie rezultatów. Trudno tymczasem spodziewać się go na debatach, gdzie przed ich rozpoczęciem ustala się sztywno, czyja racja musi się znaleźć na wierzchu. Takie spory, rzecz jasna, nie przyczyniają się do poznawczego wgłębienia w swój przedmiot ani do ustalenia postulatów praktycznych w związku z zawartą w nich refleksją. Bezwarunkowo kapituluje się w nich przed rozgrywkami taktycznymi. Myślenie musi przeciskać się nawet przez zatrzaśnięte drzwi. Należy do jego obowiązków, żeby nieustająco problematyzować własne przesłanki i dopiero na podstawie takiej krytyki wyciągać określone konsekwencje. Nie wolno mu uznawać istniejącej sytuacji za daną i nienaruszalną. Jeżeli ta się kiedykolwiek odmieni, to nie dojdzie do tego bez udziału myślenia, które nie pozwala siebie krępować ani przykrajać na miarę. Skok w praktykę nie ratuje myślenia przed zagrażającą mu rezygnacją. Brak mu na to szansy dopóty, dopóki odbywa się on za cenę wyparcia się wiedzy, jaką zafascynowany nim teoretyk kryje usilnie sam przed sobą: że sprawy przebiegają inaczej niż twierdzą dyktujące go kalkulacje.
Pseudoaktywność – określając rzecz ogólnie – jest próbą fikcyjnego ocalenia enklaw bezpośredniości wewnątrz społeczeństwa, które jest tyleż powiązane siecią wielostronnie zapośredniczonych relacji, co zesztywniałe w swej strukturze. Dla tej sprzeczności między dążeniem a kontekstem, w którym się stara je spełnić, oczywiście wynaleziono racjonalizację. Jakoby stale czyni się małe kroki w długim marszu ku globalnemu przeobrażeniu świata. Fatalna zasada, do której pseudoaktywność konsekwentnie się stosuje, wzywa z naciskiem: „do it yourself”. Sens owego „zrób to sam” w istocie polega na tym, że ludzie mają się zaprzątać typami aktywności wytwórczej, które od dawna dałyby się wykonać o wiele lepiej środkami przemysłowymi, wciąż poświęcając się ciasnej, wyzutej z wolności i pętającej spontaniczność krzątaninie – tak, jak gdyby wszystko, co im służy, musiało pochodzić z jej trudu i znoju. Absurd tego nowoczesnego przykazania w sferze produkcji – a nawet przy wielu reperacjach – zaspokajających potrzeby zbiorowe dóbr materialnych, jest widoczny jak na dłoni. Ale na tym jeszcze nie koniec. O ile serwisy techniczne z różnych – na przykład finansowych – przyczyn nie są dostępne dla wszystkich klientów, wówczas partyzanckie czynności naprawcze, podejmowane przez prywatnych użytkowników, zyskują pewien quasi-racjonalny sens.
W polityce zasada „robienia czegoś samemu” znaczy coś trochę innego. Społeczeństwo, które sztywno i nieprzejrzyście przeciwstawia się ludziom, tworzą pomimo wszystko oni sami. W nadziejach wiązanych z ograniczonymi zakresowo akcjami małych grup o tyle zawiera się jądro słuszności, że nieraz w tych akcjach do życia budzi się spontaniczność, drzemiąca pod zlodowaciałą społeczną całością, bez której przejście do ustroju innego i jakościowo lepszego nigdy nie nastąpi. Współczesny świat administrowany, ze swej zasady paraliżuje wszelką spontaniczność, wykorzystując w tym celu, nie na ostatnim miejscu, jej kanalizowanie w rozmaitych formach pseudoaktywności. Zabiegi te, na szczęście, w żadnym razie nie przebiegają aż tak gładko, jak życzyliby sobie odpowiedzialni za nie funkcjonariusze.
Spontaniczności wszakże nie wolno absolutyzować. Jeżeli się o tym zapomina, odrywa się ona nieuchronnie od sytuacji obiektywnej, w której powinna się wyrażać. I wtedy zamienia się w bożka dumnego ze swej wmawianej sobie autonomii, przypominając do złudzenia ten sam świat administrowany, z jakim walczy. Cieśla – z klasycznie mieszczańską roztropnością doradzał Schiller [5] – używając siekiery do wykonywania zawodu, może na niej oszczędzić w gospodarstwie domowym. Nie respektując tego światłego zalecenia, ma się okazję sięgnąć poza wąski obszar wykalkulowanego interesu prywatnego. O ile jednak odruch w tym kierunku obywa się bez refleksji, wówczas nasz cieśla, chwytając siekierę, którą jakimś cudem znalazł w domu, wali ślepo w drzwi sąsiada. A gremium ekspertów od zagospodarowania nadwyżki jego energii psychicznej spieszy, by mu usłużyć.
Również działalności politycznej przytrafia się degeneracja do rzędu pseudoaktywności. Staje się ona wtedy czymś w rodzaju teatru. Nieprzypadkowo ideały akcji bezpośredniej, podobnie jak propagandowe wezwania do czynu, zmartwychwstały po długim okresie, w którego trakcie organizacje postępowe ze szczególnym upodobaniem szły na integrację z istniejącym systemem, przyswajając sobie, jak cała ziemia długa i szeroka, te właśnie standardowe cechy, które w swoich dniach burzy i naporu surowo osądzały. W obecnym momencie, pewne znaczenie odzyskuje krytyka anarchizmu. Powrócił on do dzisiejszych czasów jak widmo przeszłości. Zniecierpliwienie teorią, które anarchizm krzykliwe demonstruje, pozwala mu nie zastosować jej kategorii krytycznych do samego siebie. Ale dokładnie w tym stopniu, w jakim wierzy, iż umknął krytyce, bezwolnie ją ilustruje.
Zatopienie się w pseudoaktywności ułatwia jednostce jej kapitulacja przed kolektywem, z którym pragnie ona za wszelką cenę się zidentyfikować. Dzięki temu bowiem unika stanięcia oko w oko z własną bezsiłą. Jeden ze słabych i nielicznych, po czarodziejsku przemienia się w członka zwycięskiej masy. To właśnie na poddaniu się tej magicznej transformacji – a w żadnym wypadku nie na wysiłku swobodnego myślenia – polega rezygnacja. Przy panujących realiach, nie ma przejrzystych związków między poszczególnymi „ja” oraz kolektywem, który je wzywa do odpowiedzialności. Dlatego jednostka musi siebie przekreślić, aby kolektyw powołał ją do życia w swej łasce uświęcającej. Niepostrzeżenie zawisł nad nami nowy imperatyw kategoryczny, który niewiele ma wspólnego z Kantowskim: musisz się gdzieś zapisać. Za uszczęśliwienie osiągniętymi w ten sposób nowymi narodzinami składa się chętnie ofiarę z autonomicznego myślenia. Fałszywa pociecha sugeruje, że myśli uczestników akcji zbiorowej, zespoliwszy się w jedno ognisko, będą o wiele trafniejsze. Jednakże umysł zdegradowany do służby działaniu w charakterze całkowicie mu podporządkowanego narzędzia, zaraża się otępieniem od rozumu instrumentalnego, który włada rzeczywistością zastaną. W bieżącej chwili niepodobna sobie konkretnie przedstawić doskonalszej niż aktualna postaci społeczeństwa. Wizje, które ją odmalowują tak, jak gdyby znajdowała się na wyciągnięcie ręki, obnażają nieuchronnie swe regresywne znamiona. Kto jednak ulega regresji, ten – według nieprzedawnionego spostrzeżenia Freuda – nie osiągnął swych celów popędowych. Dzieje się tak i wówczas, gdy wyrzeczenie, starając się uchodzić za własne przeciwieństwo, z niewinnym uśmieszkiem propaguje zasadę przyjemności.
Na przekór temu wszystkiemu, myślenie bezkompromisowo krytyczne, które ani nie narzuca sobie wzorcowej samowiedzy, ani nie ulega terrorowi manifestów wzywających do bezzwłocznego działania, ocala prawdę lepszego świata, którego nie chce się zaprzeć. Myśl jest czymś więcej niż reprodukcją faktyczności, która się bez niej obywa. O ile tylko dobrowolnie się od nich nie odetnie, twardo trzyma się nieurzeczywistnionych możliwości. Właściwe jej nienasycenie, znajdując się na przeciwnym biegunie wobec pędu do zaspokojenia głodu, odrzuca rzekomą mądrość rezygnacji. Zawarty w niej moment utopijny jest tym silniejszy, w im mniejszym stopniu – obroniwszy się i przed taką pokusą regresu – urzeczowia się w gotowy ideał, czym krzyżowałby swoją realizację. Wypowiedziana myśl wskazuje ponad siebie. Swego czasu nie była ona niczym więcej, jak tylko zachowaniem, a więc pewną formą praktyki. W swej aktualnej, do niepoznaki odmienionej postaci wciąż pozostaje bliższa praktyce niż to wszystko, co na wymienioną się powołuje i ślepo jej słucha. Poza jej wszelkimi szczegółowymi treściami, jest nadal pierwotną siłą stawiania oporu, od której z najwyższym trudem przychodzi ją oddzielić.
Myślenie ujęte w takim szczególnym znaczeniu właściwie nie daje się pokonać ani stłumić: czy to zastanym stosunkom, czy to już osiągniętym celom, czy wreszcie któremukolwiek obozowi politycznemu. Co kiedyś zostało pomyślane, może zostać przejściowo zniszczone, zapomniane i rozproszone. Nigdy jednak nie da się wmówić myśleniu, że zaginie bez śladu. Nierozerwalnie z nim złączony jest moment ogólności. To wszystko, co myślę tutaj, w tej oto chwili, kiedyś, już w cudzych głowach, na pewno powróci. Tej nadziei nie odbierze się najbardziej chociażby osamotnionemu i bezsilnemu umysłowi. Kto istotnie myśli, w całej uprawianej przez siebie krytyce wolny jest od agresji. Myślenie bowiem sublimuje agresywne popędy. Człowiek myślący nie wyrządzi innym niczego, przed czym pragnąłby sam siebie uchronić.
Szczęście, którego błysk czasami powodzi się myśli uchwycić, byłoby stałym udziałem ludzkości wyzwolonej. Panująca tendencja do uniwersalizacji stosunków władzy i podporządkowania, zagraża myśleniu jako takiemu. Szczęście trwa jeszcze tylko tam, gdzie określa się konkretną miarę nieszczęścia – i tym samym wraz z nią także je wypowiada. Tylko w tym sensie, szczęście dojrzewa wśród swego powszechnie rozciągającego się przeciwieństwa. Kto nie pozwala siebie pomniejszyć do formatu funkcjonalnego, ten nie ulega rezygnacji.
Theodor W. Adorno
tłum. Jacek Zychowicz
Powyższy esej bazuje na tekście, który został pierwotnie wygłoszony przez autora 9 lutego 1969 r. na posiedzeniu Sender Freies Berlin. Następnie ukazał się w książce zbiorowej, dedykowanej Ernstowi Schuettemu: „Politik, Wissenschaft, Erziegung”, Frankfurt a. M., 1969, ss. 62-65. Zamieszczony tu przekład opiera się na wersji z drugiej części X tomu dzieł zebranych Adorna. Por. Theodor W. Adorno, „Resignation” (w:) Kulturkritik und Gesselschaft II. Eingriffe. Stichworte. Anhang, Gessammelte Schriften Bd 10.2, herausgegeben von Rolf Thiedemann, Frankfurt a. M. 1977, ss. 794-799. Po raz pierwszy powyższe tłumaczenie ukazało się w piśmie „Obywatel” nr 41 w roku 2008. Opatrzono je poniższym komentarzem tłumacza:
***
Adorno przeciw Nowej Lewicy
(w 40. rocznicę Maja ’68)
W incydentach z biografii myślicieli i artystów czasem odbija się cała epoka. Wiosną 1802 r. Fryderyka Hölderlina, powracającego do Niemiec z niegościnnej ziemi obiecanej we Francji, dopada pierwszy atak obłędu. Od tego momentu, w schizofrenicznie zaburzonej mowie jego hymnów znajduje schronienie wolnościowy idealizm z początków Wielkiej Rewolucji, któremu francuska ojczyzna przestała udzielać gościny. 130 lat później, Włodzimierz Majakowski, poeta kolejnego rewolucyjnego przełomu, przykłada broń do czoła i pociąga za spust. Jego ostatnie słowa poetyckie – zanotowane bezpośrednio pod wpływem zawodu miłosnego, lecz symbolika historyczna choćby gwałtem poszerza zakres wyrażonego w nich rozczarowania – mówiły o łódce marzeń, która rozbiła się o byt.
Biografia Theodora W. Adorna nie zamyka się porównywalną katastrofą. Jego konflikt z rewolucyjnymi zastępami roku 1968 wyraził się zdarzeniem o wymiarze – na pierwszy rzut oka – komicznym. W swej autobiografii rzutowanej na tło historii minionego wieku, Günter Grass przypomina słynny wtedy striptiz – ograniczony zresztą do górnej połowy ciała – którym rozochocone studentki „zmusiły… Adorna do przerwania wykładu”. Przygoda ta znalazła dalszy ciąg. 23 września 1968 r., na frankfurckich targach książki odbyła się tym razem już tylko politycznie rozochocona debata, w której trakcie Adorno znów znalazł się w opałach. Ów „kulistogłowy mistrz dialektyki”, znalazłszy się pod presją bojowych oddziałów rewolucji, „milczał speszony”, nie wiedząc „jakich użyć słów”. W ciągu kilkudziesięciu lat jego aktywności intelektualnej, była to zapewne pierwsza sytuacja dyskusyjna tego typu. Nic dziwnego: Adorno trafił pod szantaż liderów zaogniającej się walki przeciw tzw. systemowi. „Niechże się na coś przyda, żądano” – referuje Grass. Chociażby po to, „żeby wkrótce wziąć udział w marszu gwiaździstym na Bonn” [6] .
Dlaczego współautor „Dialektyki oświecenia” nie był w stanie zaprzyjaźnić się z ówczesną rewolucją? Rozstrzygając tę kwestię, trudno nie spotkać się ze stereotypowymi wizjami owego – jak dotychczas – ostatniego wstrząsu w historii Zachodu. Uparci entuzjaści wiosny 1968 i jej dokonań wypominają jednemu z głównych twórców krytycznej teorii nowoczesnego kapitalizmu, że wycofał się i umył ręce, gdy jego idee zyskały pewną szansę urzeczywistnienia. Mało tego: kiedy studenci z Frankfurtu próbowali zorganizować strajk okupacyjny na swoim uniwersytecie, Adorno podobno – znów zacytujmy Grassa – „poczuł się zmuszony wezwać policję” [7].
Opamiętał się – wtrąci tu pogromca nostalgicznych wspomnień z roku 1968 – szkoda, że tak późno. Intelektualiści konserwatywni – Allan Bloom w USA, Czesław Miłosz i Leszek Kołakowski u nas – nie mogli darować Adornowi, że, jak sądzili, pracowicie inspirował on „barbarzyńców”, którzy o mały włos nie zniszczyli społeczeństwa dobrobytu. Ich destrukcyjną pasję ożywiał jakoby zdemonizowany obraz współczesności, jaki znajdowali oni, między innymi, w studiach Adorna o mieszczańskim podłożu faszyzmu, przemyśle kulturalnym i świecie administrowanym. A że niefortunny wychowawca sam w końcu doznał uszczerbku od swoich podopiecznych? I przestraszył się podjętej przez nich próby powtórzenia w swoim kręgu cywilizacyjnym – szalejącej wówczas w Chinach – rewolucji kulturalnej? To może do pewnego stopnia usprawiedliwia go osobiście, lecz nie ocala jego poszukiwań teoretycznych, które zaowocowały tak ponurymi skutkami.
Adorno, na szczęście, sam zdążył się zmierzyć z rokiem 1968. Swe przemyślenia o nim wymieniał na gorąco z Herbertem Marcusem, intelektualistą zapewne mu najbliższym obok Maxa Horkheimera (z którym od czasów wspólnie wydanej „Dialektyki oświecenia” mieli „jedną filozofię”) i dawno zmarłego Waltera Benjamina. Ich korespondencja, której fragmenty z początkiem obecnej dekady ukazały się w „Odrze”, dowodzi – co może być potrzebne zbyt gorliwym czytelnikom Blooma, Kołakowskiego czy Miłosza – że eksplozja sprzed 40 lat nie wzięła się z konsumpcyjnego przesytu, ideologicznego urojenia czy narkotycznego transu. Studenci, oceniając sytuację społeczną jako rewolucyjną – powtarzał wtedy Marcuse – są w oczywisty sposób dziecinni i naiwni. Ale czy wolno im mieć za złe, że nie pohamowali „fizjologicznego obrzydzenia” wobec zbrodni U.S. Army w Wietnamie, obecności kombatantów NSDAP i czasem nawet SS na szczytach politycznej i finansowej władzy w Republice Federalnej Niemiec, czy wreszcie narzucanego im trybu życia, w którym tyranię niedostatku zastępuje tylko z pozoru dobrowolna gra o awans w hierarchii spożycia i prestiżu?
Adorno znacznie lepiej od Marcusego zdaje się – podczas ich korespondencyjnej debaty – pamiętać rok 1933, który ich obydwu wygnał za ocean, a w kręgu ich przyjaciół już wkrótce wywołał spustoszenie. Zaznacza więc z uporem, iż barbarzyńska może być nie tylko stabilizacja, lecz także rozsadzająca ją rewolta. Razem z przedstawicielem młodszego pokolenia szkoły frankfurckiej, Jürgenem Habermasem, który pomagał mu mierzyć się z tajfunem przelatującym salami wykładowymi i ulicami, posługuje się – wyglądającą na paradoksalną – kategorią „lewicowego faszyzmu”. W rzeczy samej, niestety, na obrzeżach, a tu i ówdzie także w centrum studenckiej wiosny 1968, powróciło widmo, które ona w swoich hasłach egzorcyzmowała. Przybrawszy niegdyś postać bojówkarza ze Sturm-Abteilungen, czuje się ono równie dobrze – czego lewicowi antyfaszyści nie umieli pojąć – w ciele komsomolca, hunwejbina, Czerwonego Khmera albo żołnierza tych czy innych brygad, które próbują wprowadzić ludzkość na świetlisty szlak. Redukując rzeczywistość do politykierskiej opozycji swoich i obcych, sprowadza ją zaraz do walki o unicestwienie lub przynajmniej zaszczucie tych ostatnich. Kogo nie zdoła zniszczyć, tego zagoni do swego orszaku. Według kalkulacji młodzieżowych wodzów – co Grass trafnie zaobserwował – Adorno miał „oddać na użytek rewolucji… swój autorytet”, który – jak im się wydawało – dopiero co został „rozerwany na strzępy” komenderowaną przez nich striptizową demonstracją. „Zachodzi potrzeba wykorzystania, wobec klasy panującej, jego autorytetu”. Oczywiście, tak się go wykorzysta na obecnym etapie. „Ale w zasadzie to należy go usunąć” [8].
Kontestacja potrafi oddać się na służbę przyszłej dyktaturze, której już z góry się duchowo podporządkowała. Rok 1968 nie zakończył się wszakże dokładnie takim obrotem wydarzeń. Ledwie przeminął, dziennikarze odnotowali nie bez złośliwej satysfakcji, że zbuntowani studenci zeszli z barykad, umyli się, ostrzygli i zgłosili do pracy w urzędach i firmach „systemu”, który bez większego trudu oparł się ich atakom. Gorzej: potępienie łatwo dających się im wypomnieć ekscesów stało się – czego nie w pełni uniknął późniejszy Habermas – przydatnym instrumentem do bronienia „racjonalnego dyskursu demokracji liberalnej” przed głównym podobno złem naszych czasów, jakim obwołano „ekstremizm”.
Dlaczego tak się stało, zdążył wyjaśnić Adorno. Tuż przed śmiercią w sierpniu 1969, poświęcił on kilka studiów swoim antagonistom, którzy tępili go i szantażowali niewiele miesięcy wcześniej (oprócz drukowanej obok, najzwięźlejszej i chyba najbardziej sugestywnej „Rezygnacji”, należą tu zwłaszcza „Kritik” oraz „Marginalien zu Teorie und Praxis” [9]). Wprowadzone tam zostały trzy kluczowe kategorie: „pseudorzeczywistość”, „pseudoaktywność” i „akcjonizm”. Pierwsza odnosi się do wyjściowego niejako fałszerstwa, którego ofiarą pada niespełniony rewolucjonista. Dwie pozostałe natomiast opisują typowe wzory jego subiektywnych reakcji na swój sfałszowany świat.
Zajmujący nas działacz, ledwie rozejrzy się wokół siebie, zobaczy prawdopodobnie lud, który – wzdychając pod uciskiem – marzy o wyzwoleniu się pod jego wodzą. Patrząc dalej, zewsząd nadchodzi fala rewolucyjna. Film ten – zbyteczne dodawać – wyświetlany jest w kinie „Pseudorzeczywistość”. Aktywista, zafascynowany jego przewijającymi się klatkami, zaczyna tworzyć armie, brygady, samorządy i trybunały. Tym sposobem chce spełnić życzenia zbiorowości, wzdychającej do wielkich czynów, których dla niej dokona. A skoro jego trud jest równie mozolny jak wzniosły, to czy odrobiny należącego mu się kultu nie da się przenieść na osobę, która się go podjęła? Tak wokół „pseudoaktywności” wyrastają świątynie jej religii, zwanej „akcjonizmem”. W pełni ufając iluzjom, jednakże, nie da się trwać zbyt długo. Chyba, oczywiście, że ktoś na tyle stanowczo (jak – dla przykładu – towarzysze Renato Curzio z Brigate Rosse albo Ulrike Meinhof z Rote Armee Fraktion, czy też wyznawcy narkotycznego proroka Timothy’ego O’Leary) i gwałtownie przeskoczy na drugą stronę lustra, że nie znajdzie stamtąd powrotu. Inni, mniej radykalni, a dla odmiany zapobiegliwi – stosując swój wypróbowany model pseudoaktywnej praktyki w ramach pseudorealnej percepcji – reklamują to samo, co wcześniej palili. Reszta, która daje się umieścić między tymi biegunami, wegetuje w rezerwatach (typu kopenhaskiej Christianii lub berlińskiego Kreuzbergu), służących mechanizmom zarządzania istniejącymi stosunkami za wentyle bezpieczeństwa, komercyjne parki tematyczne, rezerwowe źródła zasilania dla stacji transmisyjnych masowej rozrywki i tak dalej…
Razem wzięte, kategorie Adorna bezbłędnie wskazują na powody, dla których uzasadniony pod wieloma względami i w pierwszym odruchu pewnie zazwyczaj szczery sprzeciw z roku 1968, nadspodziewanie łatwo doznał swojego znanego losu: stłumienia bądź unieszkodliwienia. A jego szczątki stały się cząstką – lub nawet emblematem – bytu społecznego, który dziś prowokuje krytyczny opór. I zarazem nadal go więzi w schematach pseudorzeczywistości, pseudoaktywności i akcjonizmu.
dr Jacek Zychowicz
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
Przypisy tłumacza:
1. Przytoczony slogan pochodzi prawdopodobnie z okresu Wiosny Ludów, kiedy to w Niemczech – za sprawą konserwatywnych obrońców starego reżimu, ale i niecierpliwych entuzjastów rewolucyjnego czynu – upowszechniło się powiedzenie: „Vier und achtzig Professoren, Vaterland du bist verloren”. Wyrażając znużenie niekończącymi się debatami parlamentarnymi, klubowym i wiecowymi, winą za nie obciążało – jak widać – akademickich teoretyków.
2. Por. – oczywiście – Karol Marks, Tezy o Feuerbachu:… XI. Filozofowie rozmaicie tylko objaśniali świat, idzie jednakże o to, aby go zmienić.
3. Terminami „krytyczna krytyka” oraz „krytyczni krytycy” Marks posługuje się – w rzeczy samej monotonnie, jeśli nie obsesyjnie – w swych polemikach z koryfeuszami tzw. lewicy heglowskiej, zebranych w tomach Święta rodzina oraz Ideologia niemiecka.
4. Warto odnotować przykład – typowej dla stylu Adorna – gry z klasyczną lub aktualnie krążącą w obiegu terminologią teoretyczną. W latach 60. XX wieku, Herbert Marcuse upowszechnił pojęcie „represyjnej tolerancji”. Demaskowało ono paradoks współczesnego liberalnego kapitalizmu, polegający na tym, że poglądy „alternatywne” są w tym ustroju skutecznie unieszkodliwiane i tłumione, mimo iż ich rzecznicy nie są w prawnie czy fizycznie wymiernym sensie za nie represjonowani. Adorno wskazuje ironicznie, że w efekcie rewolty przeciw wskazanym przez Marcusego ograniczeniom wolności możliwy jest powrót tradycyjnej nietolerancji, która okaże się co najmniej w tym samym stopniu – a zapewne bardziej – represyjna.
5. Por. Die Axt im Haus erspart den Zimmermann, F. Schiller, Wilhelm Tell (Dritter Akt, Erste Szene). W swoich krytycznych analizach społecznych, Adorno, szczerze nienawidzący osoby, twórczości i poetyki Schillera, wielokrotnie nawiązuje do tego cytatu, który w kulturze niemieckiej stał się popularną „złotą myślą”. Według niego, Schiller tyleż proroczo, co – niestety – apologetycznie zarysował tam sprzeczności właściwe ideologii i praktyce podziału pracy w społeczeństwie mieszczańskim. Swoje narzędzia i umiejętności zawodowe – podpowiada Schillerowski bohater – należy wykorzystywać również w domu, aby uniknąć konieczności ich kupowania na rynku dóbr czy usług. Gdyby jednak wszyscy postępowali tak, jak pojętni wychowankowie Wilhelma Tella, zatrzymałoby to rozwój społeczeństwa, który – o czym wiadomo co najmniej od czasów Kanta – opiera się na wzajemnej wymianie usług, a tym samym na rosnącej współzależności między jednostkami. Patrząc szerzej – tę maksymę wygłasza już, naturalnie, Adorno, a nie Schiller – nie należy się bezkrytycznie podporządkowywać zasadzie użyteczności. I to jednak nie gwarantuje dobrych skutków (por. rozwinięcie Schillerowskiej metafory w tekście).
6. G. Grass, Moje stulecie, Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2000, przeł. Sławomir Blaut, s. 188.
7. Tamże, s. 187.
8. Por. G. Grass, op. cit., s. 188
9. Por. T. W. Adorno, Gesammelte Schriften, Bd 10.2, Suhrkamp Verlag Frankfurt am Mein 1977, herausgegeben von Rolf Tiedemann.
przez Monika Kostera | wtorek 18 sierpnia 2020 | opinie
Częstowoj jest młodym człowiekiem marzącym o lepszej przyszłości. Jest również człowiekiem aktywnym i nieznoszącym apatii. Bynajmniej nie można go oskarżyć o bycie jedynie facebookowym wojownikiem – spotkacie go, drodzy Czytelnicy, na wielu demonstracjach i wielu akcjach w różnych słusznych sprawach. Jednak udziela się także na facebooku, gdzie prowadzi lewicową stronę i komentuje wpisy innych aktywistów. Ostatnio spostował sążnisty wpis na temat ludzi przywileju, którzy nie rozumieją tego, że istnieją obywatele, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mieli tych samych szans, co oni na starcie. Ich bieda jest przez nich niezawiniona, a jednak są obiektami pogardy tych uprzywilejowanych, mających siebie za lepszych, a swoje przywileje – za zasłużone. Wpis jak wpis, miał Częstowoj naprawdę dużo racji i całkiem zgrabnie to wyraził. Jednak zakończył swój post popularnym obecnie hasłem: „OK boomer”.
Abstrahuję od tego, że to memowe powiedzonko jest czystą kalką z tak zwanego Zachodu. W Polsce nie ma większego sensu, bo w czasach, gdy dorastali i pławili się w swoich życiowych szansach okresu superwzrostu gospodarczego północnoamerykańscy i zachodnioeuropejscy baby boomers, w Polsce był wczesny PRL, a więc czasy stalinowskie ze swoją brutalną przemocą, ale jednak także masowym awansem społecznym; a potem „mała stabilizacja” Gomułki zakończona Moczarowską antysemicką nagonką. Nie trzeba być filozofem ani nawet historykiem, aby zauważyć, że były to znacząco inne warunki niż te, w jakich żyli ich zachodni koleżanki i koledzy.
Abstrahuję też od wątku wojny pokoleń i jej wersji na dzisiejsze czasy. Proponuję, byśmy przyjrzeli się dynamice, w którą włącza się młody idealistyczny aktywista Częstowoj i temu, dokąd ona prowadzi. Otóż prowadzi prosto w kierunku tego, czego Częstowoj najbardziej nie lubi – do akumulacji władzy przez najmożniejszych tego świata. O tym, że wojna generacji to artykuł zastępczy walki klas, który ma odciągnąć od niej naszą uwagę, pisałam w jednym z wcześniejszych felietonów. W tamtym tekście zajmowałam się akurat przejawami tej wojny, gdzie ostrze było skierowane w przeciwnym kierunku, jednak myślę, że wersja z boomerem jest bardzo podobna. Nadal chodzi o klasy i nadal mamy tego nie widzieć i o tym nie rozmawiać.
Ale jest jeszcze jeden aspekt tych wojenek, o którym chciałabym dzisiaj napisać – polaryzacja i dualizm, których częścią jest wzajemne wyzywanie się od boomerów i millenialsów, to część starej dobrej strategii gromadzenia władzy, znanej jako zasada „dziel i rządź” (której autorstwo przypisywane jest, niesłusznie, Niccolo Machiavellemu – raczej należałoby zaszczycić nim Filipa Macedońskiego). Takie podziały nie są twórcze, nie są antytezą do tezy i nie skutkują syntezą. Wystarczy prześledzić losy polityki tożsamości z ostatnich lat – pojawiają się wciąż nowe i słusznie brzmiące postulaty czy hasła, mnożą się podziały, ale czy wynikają z nich jakieś przełomy, wielkie syntezy, coś, co choćby po części przypomina sojusz robotniczo-chłopski albo otwarcie się związków zawodowych na aktywne członkostwo kobiet sto lat temu i połączenie dążeń i haseł? Czy raczej wygląda to tak, że podczas gdy poprzednie rozdwojone tożsamości ze sobą wojują, w obu obozach tworzą się nowe pęknięcia i podziały? A tymczasem Jeff Bezos i kompania biją nowe rekordy bogactwa a system neoliberalny umacnia się coraz bardziej, mimo że nikt, prócz, być może, Tomasza Lisa i Witolda Gadomskiego, nie jest już jego szczerym i płomiennym entuzjastą? Ba, mogłoby się wydawać, że Częstowoj i jego towarzysze – a nawet jego adwersarze – są naprawdę szczerymi i płomiennymi wrogami tego sytemu. Jest to możliwe dlatego, że w neoliberalizmie zamiast sprzężenia zwrotnego negatywnego dominuje sprzężenie zwrotne dodatnie jako główny mechanizm sterowania dynamiką systemu.
Amerykański filozof Norbert Wiener, uznawany za twórcę cybernetyki, opisał mechanizmy sprzężenia zwrotnego, które sterują dynamiką systemu. Gdy system odejmuje od oryginalnej wartości sygnał z otoczenia, mamy do czynienia ze sprzężeniem negatywnym, a gdy dodaje – z pozytywnym. W naukach zarządzania o tym zjawisku pisali między innymi polscy uczeni – Andrzej Zawiślak i Andrzej Koźmiński. W systemach społecznych negatywne sprzężenie zwrotne oznacza działania promujące stabilizację systemu. W skrócie, odpowiada on na sygnały o nieprawidłowościach, korygując swój tryb działania. Czyli gdy pracownicy protestują przed samowolnymi zwolnieniami, rząd opracowuje pakiet legislacyjny, który chroni pracownika i jego prawa. Gdy kobiety domagają się praw wyborczych, państwa, mniej lub bardziej opornie, ale jednak te prawa im nadają. I tak dalej – to mechanizm, który sprawiał, że kapitalizm, mimo swoich sprzeczności i nierówności, działał całkiem sprawnie i wyciągał z każdego kryzysu wnioski umacniające swoje podstawy. Negatywne sprzężenie zwrotne pomaga utrzymać ekwilibrium i stabilizuje istniejące instytucje.
Pozytywne sprzężenie zwrotne to natomiast sytuacja, w której zewnętrzne bodźce prowadzą do wzmożenia wywołujących je działań. Protesty pracownicze prowadzą zatem do jeszcze bardziej energicznych zwolnień i zwiększenia przemoc ze strony policji wobec demonstrantów. Rośnie bezrobocie, zwiększają się nierówności, a więc państwa obniżają podatki najbogatszym. Zmniejsza się siła nabywcza pracowników, więc likwiduje się kolejne zabezpieczenia pozycji pracownika przed realnymi obniżkami płac. Prywatyzacja instytucji publicznych powoduje patologie i dysfunkcje, więc prywatyzuje się kolejne publiczne i wspólne zasoby. Te mechanizmy są podstawą patologii zarządzania znanych jako błędne koła. Destabilizują system i minimalizują dostępne sposoby przeciwdziałania dalszej destabilizacji. Neoliberalizm to kapitalizm z gigantycznym przechyłem i praktycznie bez wewnętrznych dynamik obrony. Titanic tonie, Bezosowie i Zuckerbergowie uciekają na złotych jachtach, łodzie ratunkowe dawno sprzedane inwestorom, dochody odprowadzone do rajów podatkowych, a pasażerowie wyzywają się od boomerów i millenialsów. Mniej więcej tak to wygląda.
Proponuję przyjrzeć się jeszcze tym pasażerom. Popatrzmy na Czciborę, która udziela się na forum dla graczy. Niedawno napisała mniej więcej coś takiego: „do telewizji zamiast prawdziwych ekspertów zapraszają wciąż starych, białych, grubych mężczyzn”. Dostała bana. Nie za obraźliwą wypowiedź, nie za stereotypizację, nie za trollowanie, ale za „naśmiewanie się z otyłości”. Nie, tu nie chodzi o szacunek dla drugiego człowieka ani dla inności. Po prostu akurat taka tożsamość podniosła w tym momencie, na tym forum, sztandar buntu. Nie wobec ustroju, nie wobec wyjałowionego z wartości odżywczych, ale za to tuczącego przemysłowego jedzenia ani nawet wobec reklam z anorektycznymi modelami na prochach. Bynajmniej! Bunt skierowany jest wobec losowego forumowicza, który wszelako może obrażać i naśmiewać się z starych, z białych, z mężczyzn, a skądinąd wiem, że także z chudzielców płci obojga, w wieku dowolnym. Czcibora nie trafiła w jednym z czterech strzałów, które wszystkie były bardzo podobne. Skądinąd wszak wiadomo, że jest osobą lewicową i, mimo różnych wad i przywar, wytrwale marzy o lepszym świecie, gdzie zwykłym ludziom żyłoby się dostatniej, a Elon Musk przestałby być bogiem i zabulił za przestawienie gospodarki na zieloną. Czcibora ma przeszło 50 lat, a Częstowoj jest grubiutki jak Puchatek. Znają się, ale nie podają sobie ręki – nie dlatego, że covid, tylko dlatego, że szczerze się wzajemnie nienawidzą.
Gdyby te podziały były wywrotowe, gdyby naprawdę pomagały ludziom uciśnionym sięgnąć po władzę, to wynikałaby z nich synteza. Czcibora rzuciłaby się w objęcia Częstowoja, który zakrzyknąłby: „solidarność naszą siłą!”. Solidarność to bowiem więź łącząca mimo różnic, nie dlatego, że jesteśmy podobni, ale dlatego, że wierzymy we wspólną sprawę. Taka więź jest wywrotowa. Ona naprawdę jest naszą siłą. Tymczasem w neoliberalnym świecie kolejne polaryzacje jakoś nie prowadzą do androgyniczności, staromłodości, czarnobiałości, biseksualności. Wręcz przeciwnie. Hybrydowe i zmieszane tożsamości, powyższe oraz inne im podobne, pozostają tabu, choćby miały nie wiem jak bogate tradycje i intrygujące kulturowe korzenie (jak androgyniczność). Nie tworzą źródeł nowych społecznych energii, nie inspirują do braterstwa i walki.
Nie chodzi tu bynajmniej o tanie zaklajstrowanie różnic, o zbanalizowanie, o cukierkowe podanie ręki przeciwnikom bez sensu i bez powodu. Chodzi o jedność, o całość, o kondycję ludzką, z której polaryzacje i podziały nas odzierają. Nie można w ramach dominujących narracji być dziś androgynem, trzeba być kobietą lub mężczyzną, ewentualnie mężczyzną lub kobietą. Osoba trans jest osobą o płci jednoznacznie ustalonej, najlepiej chirurgicznie i trwale (spierać się można jedynie o to, komu przysługuje władza przypisywania płci). Nie można po prostu być bardzo skomplikowaną istotą ludzką, bez łatwych tożsamościowych happy endów. Trywializujemy w ten sposób samych siebie i łatwiej nami rządzić, bo stajemy się prostsi i jednocześnie sfrustrowani. Marginalizujemy część siebie samych i bardziej przychodzi nam nienawidzić tych, którzy tego nie zrobili lub zrobili w inny sposób. Synteza to nie jest zbiór albo-albo, to jest i jedno, i drugie. Na raz. Im trudniej kogoś zaszufladkować, tym trudniej nią manipulować.
Tego rodzaju podziały są jedną z dynamik fragmentaryzacji definiującej płynną nowoczesność tak, jak opisał ją Zygmunt Bauman. Życie społeczne rozsypało się na okruchy, niepowiązane ze sobą. Teraźniejszość i przyszłość straciły powiązanie ze sobą, bo ludzie przestali brać na siebie długookresowe zobowiązania. Relacje międzyludzkie utraciły swoje stabilne więzi, bo przestały być doświadczane jako trwałe. Coraz częściej i coraz twardziej definiujemy siebie według esencjalizowanej i absolutyzowanej tożsamości. Powoduje to, że okopujemy się w tym jedynym punkcie, który jest dla nas względnie trwały i akceptowalny moralnie, czyli w coraz bardziej wycinkowej tożsamości, a wobec innych narasta wrogość i wyobcowanie. Wobec samych siebie też stajemy się nietolerancyjni, bo ceną za względnie stałą wycinkową tożsamość jest odrzucenie dużych części siebie. Powoduje to zubożenie, odarcie z ludzkiej złożoności, ale w niczym nie redukuje ciągłego poczucia niepewności w świecie bez stabilnych relacji, na których można by polegać. W efekcie te inne tożsamości nie są dla nas Innymi, z którymi można budować więzi, lecz konkurentami o władzę. Walka na tożsamości przeradza się w bitwę o władzę, bo „się należy”. Strona posiadająca mniej przywilejów nie pragnie syntezy i równości, lecz uzyskania przewagi, dąży do tego, by stać się takimi jak oni, zastąpić ich na szczebelku wyżej od siebie. Podczas gdy trwa walka o te coraz bardziej sfatygowane szczebelki na tonącym statku, prawdziwi bossowie dawno już spokojnie wciągają kokę na złotych jachtach. To nie jest walka o wywrotowym potencjale. Dziwimy się, że lewica nie łączy, nie grozi establishmentowi, nie rusza z posad bryły świata? Nie za bardzo jest się czemu dziwić. Ale to nie znaczy, że potencjał nie istnieje.
Potencjał wywrotowy wobec władzy, także tej neoliberalnej, wszechmocnej, tkwi w tym, kim jesteśmy. Złożeni, niejednoznaczni, nieszufladkowalni. Na początek strategia buntu polegać może na przypomnieniu sobie, czym są klasy społeczne i gdzie my wszyscy siedzimy – na złotych jachtach czy raczej na połamanych szczebelkach drabiny na tonącym statku? A potem na zwróceniu uwagi na bogactwo z inności, różnorodności – pomiędzy nami i w nas samych. Współczesne niepokoje nie są „problemami pierwszego świata” czy „millenialsową śnieżynkową histerią”, ale czymś o wiele poważniejszym – to krzyk desperacji naszej ludzkiej kondycji, wywodzący się po części z alienacji i nieszczęścia wynikających z życia w złym i szkodliwym systemie, ale także, po części, z tego, że jesteśmy czymś więcej, niż nasze fragmentaryczne tożsamości. To prawda, że w dzisiejszym świecie trudno o prawdziwą solidarność. Ale nie musi tak być. Dowód każda i każdy ma w swoim wewnętrznym niepokoju.
prof. Monika Kostera
przez redakcja | piątek 14 sierpnia 2020 | klasyka, opinie
Stara wiara. Bojowcy, którzy w latach 1904-1905 nieraz wystrzałami rozmawiali z carską policją, żandarmerią czy wojskiem, a za niemieckiej okupacji wzięli na swe sumienie oberszpiclów – jak Schulze i jego pomocnicy. Broń krótka – to dla nich nie nowina, a granaty ręczne to przecież te same pomarańcze, którymi częstowali Konstantinowa czy Skałłona. Dawniej, za carskich czasów, w pojedynkę, samotnie staczali potyczki z całymi oddziałami rosyjskimi, więc i dziś żadna przewaga ich nie peszy.
W Alejach Jerozolimskich, w lokalu Okręgowego Komitetu Robotniczego Polskiej Partii Socjalistycznej, gdzie mieści się dziś Komisja Wojskowa [Wydział Wojskowy PPS], organizatorzy brygady robotniczej – po wszystkich pokojach, po ławach i stołach, pod ścianami, grupki robociarzy, którzy przybyli z podmiejskich okolic, śpią lub gadają. Bije z twarzy zaciętość i duma robotnicza. Będzie to najbardziej może ideowo i narodowo uświadomiony żołnierz. Niejedną już słyszeli albo sami prowadzili w czasach przedwojennych dyskusję z esdekami, dzisiejszymi komunistami polskimi, o niepodległości i taktyce socjalistycznej. Znają doskonale ich zasadę „organicznego wcielenia Polski do Rosji”, którą postawiła ongi Róża Luxemburg. Pamiętają, że za carskich i pruskich czasów [komuniści] byli przeciwnikami terroru – akcji z bronią w ręku, bo to była rzecz ryzykowna. Pamiętają, jak wówczas esdecy mówili o pracy w związkach zawodowych i dopiero gdy zwycięstwo bolszewików w Rosji dało im udział we władzy, stali się zwolennikami tego terroru, stosowanego do zwyciężonych i słabszych, nie do carskich czy beselerowskich żołdaków, ale do nieprawomyślnych pod względem komunistycznym robotników.
W obronie niepodległości i w obronie czystości zasad socjalizmu i demokracji zaciągają się do szeregów, by walczyć przeciwko najezdniczej armii sowietów.
Licznie, bardzo licznie napływają ochotnicy. W ciągu 4 dni był już gotowy batalion. Robotnicy fabryki Ursus, robotnicy elewatorów zgłosili się gremialnie, związek [zawodowy] kelnerów zmobilizował wszystkich zdolnych do służby czynnej, a pracodawcom dał żony, siostry i narzeczone ochotników na zastępczynie.
Organizują brygadę „towarzysze”. Jest między nimi poseł Barlicki o płomiennej wymowie, i milczący, a nieugięty Arciszewski, tzw. Stanisław, jeden z dawnych kierowników organizacji bojowej [OB PPS], jest stary legun kapitan Jaworowski, czyli inaczej Świętopełk albo Antoni.
Koło nich gromadzą się tłumy nowych żołnierzy – robotników, towarzyszów z PPS, dla których świętymi są tradycje Montwiłłów, Mirskich, Okrzejów i Baronów, umierających na szafocie z okrzykiem „Niech żyje niepodległa Polska!”.
Bolszewicy chcą wejść do Warszawy, by rozwinąć nad nią sztandar czerwony z inicjałami Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Ale na okopach, które Warszawy bronią, spotkają czerwone sztandary batalionów robotniczych PPS, które dadzą im mocną odprawę. Wystarczy tylko widzieć tych robotników-żołnierzy.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Wiarus – pismo dla żołnierzy polskich” nr 34/1920. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Marcin Rezik | niedziela 26 lipca 2020 | opinie
Już ponad 80 lat temu Bertrand Russell proponował wprowadzenie czterogodzinnego dnia pracy, afirmując korzyści płynące z wolnego czasu. Jego pogląd, tak jak dla wielu mu współczesnych, także dziś może wydawać się szokującym. Pewnie, praca w o połowę krótszym wymiarze czasu wygląda na utopię. Szczególnie w Polsce, gdzie postulaty propracownicze nie cieszą się zbytnią popularnością. Warto się jednak zastanowić, czy w naszym kraju nie nadszedł w końcu czas na renegocjowanie dziennego wymiaru czasu pracy, a przynajmniej przeprowadzenie poważnej debaty na ten temat. Statystyki wskazują bowiem, że znajdujemy się w gronie najbardziej zapracowanych narodów.
Ośmiogodzinny dzień pracy traktujemy jako coś naturalnego, dla wielu jest to norma wręcz niepodważalna. Nic dziwnego, skoro taki wymiar czasu pracy obowiązuje od ponad 100 lat, a konkretnie od dekretu rządu Moraczewskiego z 1918 r. Później zostały wprowadzone również pracujące soboty, ale w PRL od nich odstąpiono. Obecnie zgodnie z art. 129 kodeksu pracy „czas pracy nie może przekraczać 8 godzin na dobę i 40 godzin w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym”. Oczywiście regulacje kodeksowe przewidują również odstępstwa od tej ogólnej zasady. Dekret z 1918 r. wyprzedził o rok tzw. konwencję waszyngtońską, która w skali globalnej regulowała tę kwestię. Została przyjęta przez Międzynarodową Konfederację Pracy, ustanawiając 8-godzinny dzień pracy przy tygodniowym wymiarze czasu pracy na poziomie 48 godzin (później zredukowanym do 5 dni).
Można zatem skonkludować, że czterdziestogodzinny tydzień pracy stanowi pewną uniwersalną normę. Nie jest oczywiście mile widziane, by wymiar pracy był wydłużany przez krajową legislację, bo oznaczałoby to niewątpliwą szkodę dla pracownika. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by przyjęty wymiar czasu pracy był niższy niż standardowy (tj. 8 godzin dziennie i 40 tygodniowo). Najbardziej sztandarowym przykładem jest rozwiązanie francuskie, gdzie już od dwudziestu lat funkcjonuje 35-godzinny wymiar czasu pracy. W Portugalii obowiązuje podobny, ale jedynie w administracji publicznej. Również Duńczycy pracują krócej. Ten kraj ma jednak inną specyfikę prawa pracy niż Polska. Gdy u nas zdecydowana większość praw pracowniczych zapisana musi być w kodeksie, tam niemal wszystko regulowane jest w drodze układów zbiorowych. Dla większości branż w Danii tygodniowy wymiar czasu pracy został uzgodniony na 37 godzin i każda przepracowana godzina ponad to traktowana jest jako nadliczbowa. Standardowy krótszy czas pracy niż w Polsce obowiązuje także chociażby w Irlandii (39 godzin) czy we Włoszech (38 godzin).
Dwa lata temu szerokim echem, także w naszym kraju, odbiło się porozumienie zawarte przez związek IG Metall, reprezentujący ponad 2 mln niemieckich pracowników przemysłu ciężkiego, z niemiecką organizacją pracodawców Südwestmetal, zgodnie z którym pracownicy z ponad 700 firm, zlokalizowanych w południowo-zachodnich Niemczech, mogli przejść na 28-godzinny dzień pracy przez okres dwóch latach, po którym mieli wrócić do standardowego czasu pracy. Ciekawostką jest, że normalny czas pracy dla zatrudnionych w przemyśle ciężkim w Niemczech wynosi 35 godzin.
Oprócz regulacji wprowadzanych na poziomie krajowym warto też wspomnieć o swego rodzaju eksperymencie dokonanym przez Toyotę w Szwecji. Japoński koncern już kilkanaście lat temu ograniczył wymiar dzienny dla swoich pracowników do sześciu godzin. Podobny test przeprowadzono w domu opieki w Göteborgu, również skracając o dwie godziny dniówkę pracującym tam pielęgniarzom.
Można pokusić się o ogólną konstatację, że w Europie Zachodniej i Skandynawii dostrzegalna jest pewna tendencja do obniżania wymiaru czasu pracy. Dzieje się tak w państwach silnie akcentujących socjalny aspekt polityki oraz o wysokim poziomie uzwiązkowienia. W Polsce postulaty skracania czasu pracy rzadko przebijają się do przestrzeni publicznej. Być może wpływ na to ma niezbyt wysoki status związków zawodowych, także wśród dużej części pracowników. Po pierwsze, wielu pracujących nie widzi w związkach zawodowych rzeczywistych reprezentantów swoich interesów. Po drugie, pracodawcy często traktują związki jako zło konieczne, z którymi ani myślą zawierać jakichkolwiek porozumień. W takiej sytuacji w rolę obrońcy praw pracowniczych musi wcielić się państwo, wprowadzając regulacje na poziomie ustawowym. Czyni to jednak dość ostrożnie, ważąc interesy jednej i drugiej grupy.
Same związki zawodowe nie wykazują zresztą zbytniej determinacji w omawianym temacie. Co jakiś czas z któreś centrali związkowej słychać o potrzebie renegocjowania wymiaru czasu pracy (np. OPZZ postulowało skrócenie tygodniowego czasu do 35 godzin dla rodziców wychowujących dzieci do 12. roku życia), ale brakuje wspólnego działania, które mogłoby zaowocować inicjatywą ustawodawczą.
Przed dwoma laty partia Razem rozpoczęła zbieranie podpisów pod projektem ustawy wprowadzającym 7-godzinny dzień i 35-godzinny tydzień pracy, na wzór francuski. Niestety nie udało się wtedy uzyskać wystarczającej ilości podpisów. Projekt ustawy idący nieco w kierunku propozycji Razem wniosło natomiast do Sejmu Polskie Stronnictwo Ludowe. Ludowcy chcieli, aby tydzień pracy mógł zostać skrócony dla rodziców wychowujących dzieci do ukończenia przez nie 15 lat. W czasie kampanii przed wyborami parlamentarnymi PSL mówił nawet o zmniejszeniu tygodniowego wymiaru czasu pracy dla wszystkich, ale póki co ten postulat nie został przekuty w inicjatywę ustawodawczą. Przed I turą tegorocznych wyborów prezydenckich jeden z dwóch kandydatów lewicowych, Waldemar Witkowski, w swoim programie wyborczym umieścił siedmiogodzinny dzień pracy. Przewodniczący Unii Pracy został jednak niemal całkowicie zignorowany przez główne media (nie licząc zaproszenia do debaty wszystkich kandydatów organizowanej przez TVP).
Zastanówmy się przez moment, jakie skutki dla gospodarki mogłoby przynieść skrócenie wymiaru czasu pracy. Kiedy ten temat pojawi się już w przestrzeni medialnej, zawsze słychać głosy ze strony pracodawców i biznesu, że nas na to nie stać, nie możemy porównywać się z bogatymi krajami zachodnimi, bo cały czas jesteśmy na dorobku, że ucierpi na tym efektywność, gospodarka będzie mniej konkurencyjna itd. Czy jednak tak musi być? Można się zgodzić, że ustanowienie całego dodatkowego dnia wolnego nie obyłoby się bez jakieś szkody dla gospodarki. W postulacie skrócenia czasu pracy chodzi jednak o coś zgoła innego. Dobry pracownik to pracownik wypoczęty, który ma odpowiednio dużo czasu, by zrelaksować się w domu przed kolejnym dniem w pracy. Takie jest założenie. Z punktu widzenia pracownika niewątpliwie byłaby to zmiana korzystna. A jak by to mogło wyglądać w odniesieniu do interesu pracodawcy? Eksperyment w szwedzkim domu opieki wpłynął na jakość usług świadczonych przez kadrę pielęgniarską. Pracownicy mieli więcej energii i cierpliwości względem pacjentów. Rzadziej także chorowali. Z racji jednak na specyfikę miejsca (konieczność sprawowania opieki nad pacjentami przez 24 godziny na dobę) trzeba było zatrudnić większą liczbę pielęgniarzy. Dom opieki jest jednak szczególnym miejscem pracy. Znacznie bardziej reprezentatywny będzie przykład szwedzkiej Toyoty. Trudno podejrzewać, by jeden z największych światowych koncernów samochodowych pozwalał sobie na poprawę jakości życia swoich pracowników kosztem efektywności. Dowodów na to, że zmniejszenie czasu pracy nie musi się automatycznie wiązać ze spadkiem wydajności jest więcej. Latem zeszłego roku japoński oddział Microsoftu dał swoim pracowników pięć wolnych piątków z rzędu. Efekt? Obniżenie wydatków (m.in. na energię elektryczną) i aż 40-procentowy wzrost produktywności.
No właśnie, tym, którzy całą dyskusję na temat zmniejszania godzinowego wymiaru pracy chcieliby sprowadzić jedynie do pytania, jak operacja ta wpłynie na efektywność, przedstawmy kilka faktów. Jak wynika z raportu OECD, Polacy należą do czołówki najbardziej zapracowanych narodów na świecie. Zajęliśmy w nim wysokie siódme miejsce, z przepracowanymi średnio 1928 godzinami dla jednego pracownika w 2017 r. przy średniej międzynarodowej na poziomie 1763 godzin. Dla porównania Niemcy przepracowali w tym czasie średnio aż 600 godzin mniej od nas, co oznacza, że przeciętny Niemiec spędzał w pracy zaledwie 5,5 godziny. W 2018 r. pracowaliśmy nieco mniej, bo 1792 godziny, ale i tak o 58 godzin więcej niż średnia europejska. Gdyby przepracowane roboczogodziny automatycznie przekładały się na efektywność, taki stan rzeczy byłby wytłumaczalny koniecznością nadrabiania zaległości względem bardziej rozwiniętych gospodarek krajów zachodnich. Jak wynika jednak z publikacji „Produktywność pracy w Polsce – jak dogonić Europę?” przygotowanej przez serwis aleo.com, bazującym właśnie na statystykach podawanych przez OECD, znajdujemy się wśród najmniej produktywnych państw Unii Europejskiej (obok Grecji, Łotwy czy Rumuni) i to pomimo tego, że z roku na rok nasza wydajność systematycznie rośnie. Okazuje się bowiem, że w ciągu godziny pracownik w Polsce jest w stanie wytworzyć aż o 1,5 razy mniej niż jego kolega w Niemczech i aż o ponad dwa razy (!) mniej niż przeciętny Norweg czy Irlandczyk. Na pewno polskie przedsiębiorstwa mają sporo do zrobienia w kwestii innowacji i nowych technologii, zwiększających wydajność wykonywanej pracy. Tutaj otwiera się pole do popisu dla rządzących. Pod względem wydatków na badania i rozwój znajdujemy się pod koniec UE, przeznaczając na ten cel jedynie ok. 1% PKB (1,03% w 2017 r., 1,21% w 2018 r., w tym roku ma być ponoć 1,7%). Kamieniem do ogródka pracodawców mogą być także rezerwy w zakresie właściwej organizacji pracy przedsiębiorstwa. Nie dość, że pracujemy długo, to wciąż za marne pieniądze. Według danych na 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce to zaledwie ok. 10 euro, czyli blisko trzy razy mniej niż średnia unijna.
Jak pokazuje ranking „The Workforce View in Europe 2018” zbyt długi czas przebywania w pracy (nie tylko fizycznie, ale też myślami już po wyjściu z biura) przynosi bardzo złe skutki dla naszej kondycji psychicznej. Jesteśmy bowiem najbardziej zestresowanym narodem w Europie. To uczucie nieodłącznie towarzyszy każdego dnia w pracy aż 27% Polakom. Napięcie, jakie odczuwamy przy wykonywaniu obowiązków zawodowych, ma niestety bezpośrednie przełożenie na naszą efektywność. Ciekawe, choć bardzo przygnębiające wnioski płyną z raportu psycholog Małgorzaty Czerneckiej z Human Power. W badaniu przeprowadzono wywiady z 1149 menedżerami i pracownikami szeregowymi dużych firm. Aż 75% menedżerów pracuje w ciągu dnia regularnie dłużej niż 8 godzin, a prawie połowa zabiera pracę do domu. Co szczególnie alarmujące, aż 1/3 wszystkich przebadanych pracowników miała świadomość, że nie pracuje w pełni efektywnie. Z natłoku stresu i obowiązków większość ankietowanych odczuwała zmęczenie i senność w ciągu dnia.
W sytuacji, kiedy pracownicy nie wykonują swoich obowiązków najbardziej efektywnie, pracodawcy powinni być otwarci na nowe, czasem eksperymentalne, formy zwiększania wydajności. Tymczasem słuchając przedstawicieli polskiego biznesu, można odnieść wrażenie skrajnej zachowawczości tego środowiska. To powinno dziwić, bo przecież od kogo, jak nie od nich winniśmy oczekiwać bardziej nowatorskiego podejścia do problemów. Postawę pracodawców, oczywiście dokonując przy tym pewnych uogólnień, można scharakteryzować w następujący sposób: wiemy, że Polacy nie pracują tak efektywnie jak powinni, ale jeżeli skrócimy im czas pracy, to wtedy wydajność będzie jeszcze niższa. Mam wrażenie, że taki pogląd opiera się na szalenie krzywdzącym założeniu, że brak dostatecznej efektywności nie wynika z niedostatków organizacyjnych firmy oraz z przepracowania pracowników, ale z lenistwa i cwaniactwa świadczących pracę, którzy robią wszystko, aby „zarobić, a się nie narobić” (niczym w popularnym serialu komediowym o pewnej rodzinie z Wrocławia). Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak napisać, że także w naszym kraju zdarzają się pracodawcy nie bojący się eksperymentów z obniżaniem czasu pracy swoich pracowników. Agencja PR POiNTB skróciła zatrudnionym czas pracy do 6 godzin dziennie. Początkowo test miał trwać 3 miesiące, ale właściciele firmy byli na tyle zadowoleni z efektów zmiany, że taki tryb wprowadzili na stałe.
Doceniając pewne chwalebne wyjątki wśród przedstawicieli polskiego biznesu, faktem jest jednak, że do czasu wprowadzenia regulacji ustawowej z krótszego czasu pracy będą mogli cieszyć się tylko niektórzy pracownicy. Problem rozwiązałaby nowelizacja kodeksu pracy, ale do tego potrzebna jest znacznie większa determinacja strony społecznej, która mogłaby zmusić rządzących do zajęcia się na poważnie zmianami w tym zakresie.
Marcin Rezik
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | wtorek 21 lipca 2020 | klasyka, opinie
Redaktor niniejszej gazety [„Justice”] poprosił mnie o sporządzenie krótkiej historii tego politycznego nawrócenia, mnie zaś wydaje się, że może z tego wyniknąć nieco pożytku, zwłaszcza jeśli czytelnicy zechcą spojrzeć na mnie jako na reprezentanta pewnej grupy czy pewnej mentalności, niełatwo jednak opisać taką rzecz naraz zwięźle i zgodnie z prawdą. Niech będzie mi wszakże wolno choć spróbować. Najpierw jednak powiem może, co to znaczy dla mnie „być socjalistą”, mówią mi bowiem, że termin ten stracił owo precyzyjne i klarowne znaczenie, jakie miał jeszcze dziesięć lat temu. Cóż, krótko mówiąc, przez socjalizm rozumiem stan społeczny, w którym nie ma ani biednych, ani bogatych, ani panów, ani sług, ani ludzi bezczynnych, ani przepracowanych, ani pracowników umysłowych o chorym umyśle, ani pracowników fizycznych o chorym sercu, słowem, taki, w którym wszyscy żyliby na takim samym poziomie i kierowali swoim losem rozumnie, z pełną świadomością faktu, że szkoda jednego jest szkodą wszystkich, urzeczywistniając w ten sposób fundamentalne znaczenie pojęcia rzecz-pospolita.
Ta definicja socjalizmu, w którą do dziś wierzę i mam nadzieję w wierze tej umrzeć, była tym, od czego zacząłem; nie doświadczyłem tzw. okresu przejściowego, chyba że nazwać tak moment politycznego radykalizmu, w którym zacząłem widzieć mój polityczny ideał jaśniej niż przedtem, bez wszakże jakichkolwiek nadziei na jego realizację. Moment ten dobiegł końca na kilka miesięcy nim dołączyłem do (jak się wtedy nazywała) Federacji Demokratycznej [1], który to akt stanowił przypieczętowanie faktu, że coś się zmieniło: że zacząłem patrzeć na realizację moich ideałów bardziej optymistycznie. Jeśli zapytacie mnie, jak optymistycznie czy co dokładnie liczyłem, że my, socjaliści żyjący i działający w tamtym okresie zdołamy osiągnąć, lub czy kiedy dokładnie spodziewałem się jakiejś konkretniejszej zmiany społecznej, zmuszony będę odpowiedzieć: nie wiem. Powiem może w ten sposób, że nie mierzyłem ani moich nadziej, ani radości, jakie mi one wtedy przyniosły według jakiejś konkretnej skali. Co do reszty, gdy zdecydowałem się na ten krok, nie miałem pojęcia o ekonomii; ani nie otwarłem nigdy jednej książki Adama Smitha, nie słyszałem o kimś takim jak Ricardo czy Karol Marks. Jak dziwne by się to mogło wydawać, czytałem natomiast nieco Milla, mianowicie: te opublikowane (w „Westminster Review” czy „Fortnightly”?) pośmiertnie artykuły, w których atakował on socjalizm w jego odmianie fourierowskiej. W artykułach tych argumentował, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, w sposób tak przejrzysty i logiczny, że zdołał przekonać mnie bez wątpliwości, iż nadejście socjalizmu to zmiana konieczna, którą można przeprowadzić jeszcze za mojego życia. Teksty te ostatecznie pomogły mi podjąć decyzję o przyjęciu idei socjalistycznej. Przyłączywszy się zatem do oficjalnej socjalistycznej organizacji (bo federacja szybko stała się organizacją socjalistyczną), włożyłem nieco wysiłku w zrozumienie ekonomicznej strony tego poglądu, a nawet spróbowałem sił z samym Marksem, choć muszę przyznać, że jak podobała mi się niezmiernie historyczna część „Kapitału”, tak część stricte ekonomiczna tego wielkiego dzieła przysporzyła mi niemałych bólów głowy. Tak czy inaczej, czytałem co mogłem, i mam nadzieję, że udało mi się przyswoić przynajmniej część z tych wszystkich informacji; wydaje mi się wszakże, że więcej dały mi tutaj niekończące się rozmowy z dobrymi przyjaciółmi takimi jak Bax [2], Hyndman [3] czy Scheu [4], a także intensywne spotkania propagandowe, odbywające się wtedy jedno za drugim, w których również nierzadko brałem udział. Ostatnie zajęcia z tego kursu praktycznego socjalizmu przeprowadzili dla mnie, jak mogę powiedzieć, moi serdeczni znajomi anarchiści, dzięki którym zrozumiałem, wbrew ich intencjom, że anarchizm jest utopią, podobnie jak wcześniej Mill wbrew swoim intencjom zdołał utwierdzić mnie w przekonaniu, że ustrój socjalistyczny musi nadejść.
Opowiadając tu wszakże, jak zaangażowałem się w praktykę ruchu socjalistycznego, obawiam się, zacząłem od środka – bo biorąc pod uwagę spokój życiowy, jakim cieszyłem się jako człowiek dobrze sytuowany, wolny od trudności, z jakimi na każdym kroku musi mierzyć się klasa robotnicza, wydaje mi się, że nigdy nie zdecydowałbym się na taki krok, gdyby nie właśnie ideał. Bo polityka jako polityka, tj. polityka niedefiniowana jako konieczny, choć być może nieefektywny, a wręcz często obrzydliwy, środek realizacji pewnych celów, nigdy by mnie nie pociągnęła, zdawszy zaś sobie sprawę z niesprawiedliwości naszych współczesnych urządzeń społecznych oraz niemiłosiernego ucisku ubogich, nigdy nie uwierzyłbym w możliwość „częściowego” rozwiązania tych problemów. Innymi słowy: nigdy nie byłbym dość głupi, aby uwierzyć, że ubodzy mogą stać się „szczęśliwymi i porządnymi ludźmi”, pozostając ubogimi[5].
Jeśli to zatem mój ideał skłonił mnie do praktycznego zaangażowania w ruch socjalistyczny, co skłoniło mnie do przyjęcia tego ideału? Tutaj wchodzi w grę to, co miałem na myśli, gdy nazwałem się reprezentantem pewnej mentalności.
Przed narodzinami nowoczesnego socjalizmu niemal wszyscy ludzie inteligentni byli, lub przynajmniej twierdzili, że są, zadowoleni z cywilizacji naszego wieku. I cóż, niemal wszyscy z nich naprawdę byli z niej zadowoleni, święcie wierząc, że jedyne, co pozostaje do zrobienia, to wydoskonalić tę cywilizację oczyszczając ją z ostatnich reliktów epok barbarzyństwa. Dominował, krótko mówiąc, wigowski sposób myślenia, tak naturalny dla przedstawicieli bogatej klasy średniej, która, istotnie, przynajmniej z perspektywy czysto mechanicznych aspektów postępu, nie potrzebuje niczego, może poza tym, aby socjaliści zostawili ją w spokoju i pozwolili jej spijać śmietankę mieszczańskiego dobrobytu.
Oprócz większości zadowolonych istniała także na szczęście grupa niezadowolonych, tych, który odczuwali wobec tego cywilizacyjnego triumfalizmu jakiś niejasny wstręt, ale musieli milczeć, bezradni wobec nieposkromionej potęgi wigostwa. W końcu, byli i tacy, którzy wszczęli przeciw wigowskiemu establishmentowi otwartą rebelię – niewielu, może nawet i tylko dwóch: Carlyle i Ruskin. Drugi z nich, zanim zaangażowałem się w działalność socjalistyczną, był moim mistrzem, to on właśnie wyznaczał drogę do ideału, jaki pragnąłem zrealizować – i, patrząc wstecz, nie mogę powstrzymać się przed stwierdzeniem, jak bardzo nudny byłby świat dwadzieścia lat temu, gdyby nie pisarstwo Ruskina! To dzięki niemu nauczyłem się nadawać konkretny kształt memu niezadowoleniu, które już i tak, rzec muszę, było bardzo konkretne. Prócz pasji tworzenia rzeczy pięknych, największą namiętnością mego życia była i jest bowiem nienawiść do współczesnej cywilizacji. Co powiem o niej teraz, gdy przypisuje mi się tak wiele rzeczy, których nie powiedziałem – o nadziei na jej zniszczenie, o perspektywie zastąpienia jej socjalizmem?
Co powiem o jej technicznym zaawansowaniu i marnotrawstwie mocy mechanicznych, o jej poczuciu wspólnoty – tak słabym, i o wrogach tej wspólnoty – tak silnych i bogatych, o jej kolosalnej organizacji – nieprzynoszącej życiu nic poza cierpieniem! Jej pogardzie dla prostych przyjemności, którymi wszyscy mogliby się cieszyć, gdyby nie jej głupota? Jej ślepej wulgarności, która zniszczyła sztukę, jedyne prawdziwe ukojenie w pracy? Wszystko to czułem tak samo mocno wtedy, jak czuję dzisiaj, wtedy wszakże nie wiedziałem jeszcze, dlaczego. Nadzieje przeszłości minęły, wielowiekowe zmagania ludzkości zakończyły się właśnie tak: przynosząc nam tylko ten plugawy, bezsensowny, odrażający chaos; najbliższa przyszłość zwiastowała zaś, przynajmniej w moich oczach, wyłącznie zniesienie ostatnich reliktów lepszych czasów, nieznających jeszcze uniwersalnej szpetoty cywilizacji, jaka do dziś zdążyła ogarnąć cały świat, i, przez to, pogłębienie niesprawiedliwości obecnego systemu. Perspektywy wydawały się tragiczne, przynajmniej komuś takiemu, jak ja – człowiekowi, jeśli mogę napisać tutaj coś o mnie jako o osobie, a nie tylko typie pewnej grupy, niedbającemu o metafizykę ani religię, ani, szczerze powiedziawszy, analizę naukową, niemniej pałającemu szczerą miłością do ziemi i wszystkiego, co na niej żyje – i szczerą pasją do historii i przeszłości własnego gatunku. Pomyślcie tylko! Czy to wszystko naprawdę miałoby zakończyć się w wielkim biurze rachunkowym pośród zgliszcz, w pokoju gościnnym pana Podsnapa [6], na obradach jakiegoś wigowskiego komitetu rozdającego ubogim margarynę, a bogatym szampana w takich proporcjach, że wszyscy byliby zadowoleni, choć widzialne piękno zniknęło z oblicza świata, a Homera zastąpił Huxley [autor ma na myśli Thomasa Henry’ego Huxleya, zoologa i filozofa, zwolennika wulgarnej wykładni darwinizmu, dziadka Aldousa Huxleya – przyp. redakcji]? A jednak, wierzcie mi, gdy zmusiłem w końcu oczy mego serca do odważniejszego spojrzenia w przyszłość, oto, co w niej zobaczyłem, i, na ile mogłem się zorientować, niemal nikt nie uważał za celowe zgłaszać jakichkolwiek uwag wobec takiego cywilizacyjnego apogeum. I tak oto zmierzałem prostą drogą ku wzniośle tragicznemu końcowi życia, jaki przystawałby prawdziwemu pesymiście – i bez cienia wątpliwości nie zszedłbym z niej, gdyby na szczęście nie zaświtało mi w pewnym momencie, że pośród całego tego brudu naszej kultury posiane na tej ziemi ziarna tego, co niektórzy nazywają „Rewolucją Społeczną”, zaczynają kiełkować. Odkrycie to, zmieniło wszystko – i jedynym, co musiałem zrobić, aby naprawdę stać się socjalistą, było zaangażować się bardziej praktycznie, co i też zrobiłem, jak napisałem wcześniej, i staram się robić najlepiej, jak potrafię.
Podsumowując, studia historyczne oraz miłość sztuki i tworzenie sztuki sprawiły, że nie mogłem nie nienawidzić cywilizacji, która – jeśliby nikt jej nie zatrzymał – zamieniłaby dzieje ludzkości w nonsens, a sztukę w zbiór starych ciekawostek, pozbawionych jakichkolwiek związków z życiem.
Ale świadomość fermentu rewolucyjnego, mającego miejsce we wnętrzu tej cywilizacji, powstrzymała mnie przed ewolucją w kierunku pospolitego malkontenta jałowo krytykującego postęp z jednej strony, a z drugiej przed marnowaniem czasu i energii na jeden z owych niezliczonych projektów, przy pomocy których quasi-artyści z klasy średniej mają nadzieję utrzymać przy życiu drzewo sztuki, gdy już podcięto mu korzenie, w związku z czym stałem się socjalistą praktycznym.
Ostatnie słowo czy dwa. Być może niektórzy z naszych przyjaciół powiedzą: „A cóż my mamy wspólnego z historią i sztuką? My chcemy po prostu, wprowadzając socjaldemokrację, zapewnić sobie godne życie – chcemy żyć, i to jak najprędzej”. Otóż istotnie ktoś, kto uważa, że sprawa sztuki i kultury winna być rozwiązana pierwej, niż sprawa pełnego żołądka (a są tacy), nie rozumie, czym sztuka tak naprawdę jest, ani jak głęboko musi ona zapuścić korzenie w glebie szczęśliwego i spokojnego życia. Trzeba jednak pamiętać, że cywilizacja współczesna zmieniła robotnika w istotę tak wynędzniałą, tak godną pożałowania, że bardzo często nie ma on pojęcia, co zrobić z nurtującym w nim pragnieniem życia lepszego, niż to, którego jarzmo musi teraz nosić. I tylko sztuka potrafi pokazać mu ideał życia prawdziwie pełnego i rozumnego, życia, w którym tworzenie i doświadczenie piękna, czyli prawdziwą przyjemność istnienia, będzie odczuwać się jako rzecz równie konieczną dla człowieka jak chleb powszedni, tak naturalną, że nikt ani nic nie jest w stanie mu jej odebrać, chyba że przemocą, której należy przeciwstawiać się wszelkimi dostępnymi środkami.
William Morris
Tłum. Maciej Wąs
Artykuł pierwszy raz ukazał się w magazynie „Justice” w 1894 roku.
Przypisy tłumacza:
1. Ang. Democratic Federation, później Federacja Socjaldemokratyczna (Social Democratic Federation), założona w 1881 organizacja zrzeszającej socjalistów angielskich. Z przyczyn zrozumiałych tylko dla znających się na marksizmie nie otrzymała ona jednak poparcia Engelsa.
2. Ernest Belfort Bax (1853-1926) – angielski socjalista, dziennikarz, filozof, działacz. Z zawodu prawnik.
3. Henry Mayers Hyndman (1842-1921) – angielski socjalista, założyciel Federacji Demokratycznej.
4. Andreas Scheu (1844-1927) – socjalista austriacki. Z zawodu cieśla. Wyjechał do Londynu w 1874. W 1881 wstąpił do Federacji Demokratycznej, którą wszakże w 1883, w opozycji do Handymana, którego oskarżał o zapędy autorytarne, przekształcił w Federację Socjaldemokratyczną.
5. Fragment wydaje się nieco niejasny, co staram się zachować i oddać możliwie wiernie te Morrisowskie esy-floresy.
6. Postać z ostatniej dokończonej powieści Charlesa Dickensa „Our Mutual Friend” (1864-65), symbol snobizmu wyższej klasy średniej.
William Morris (1834-1896) – angielski malarz, rysownik, pisarz, poeta, architekt, projektant, tłumacz. Działacz socjalistyczny i korporacjonistyczny. Spiritus movens odrodzenia zainteresowania w Anglii wiekami średnimi. Jego myśl stała się główną inspiracją dla wpływowego Ruchu Sztuk i Rzemiosł (Arts and Crafts Movement), dążącego do odrodzenia rękodzieła. Przeciwnik industrializmu i urbanizacji. Pod koniec życia, wraz z przyjęciem przez większość socjalistyczną poglądów etatystycznych (tzw. socjalizm państwowy), jego relacje – jako anty-etatysty – z ruchem socjalistycznym stały się bardziej napięte. W Polsce znany głównie z napisanej w roku 1890 powieści „Wieści znikąd”.
przez Monika Kostera | niedziela 19 lipca 2020 | opinie
Dwóch było w kantynie. Jeden został wzięty, a drugi zostawiony. Ten drugi tylko wyszedł do łazienki, jego ciastko i połowa kawy nadal stały na stole. Stał też talerzyk kolegi, dziwnie przekrzywiony. Tylko kolegi już nie było. Drugi pomyślał, że pierwszy też pewnie na chwilkę dokądś odszedł, ale przerwa kawowa się skończyła, a kolegi cały czas nie było. Gdy wrócił na swoje miejsce przy kompie, dowiedział się, że kolegi nie ma i nie będzie, a wszystkie sprawy z jego konta teraz przechodzą do załatwienia przez niego. Powiedziano mu, że szef przechodził przez korytarze, zobaczył siedzącego w kantynie pierwszego, wszedł i rzucił „Pan już nie pracuje”, po czym poszedł dalej. Dowiedział się, że to wszystko stało się spokojnie, po cichu, bez wrzasku, bez fajerwerków. Po prostu – był pracownik, nie ma pracownika. W firmie już od jakiegoś czasu trwały zwolnienia, kogoś trzeba zwolnić, akurat pierwszy był pod ręką, akurat drugiego nie było.
W tych dniach nie wiecie, koleżanki i koledzy, w którym dniu szef przyjdzie po was. Być może przyjdzie z hukiem i reprymendą, a być może ze spokojnym uśmiechem. Bowiem nie tylko obecne obyczaje w firmach są inne, ale nowa generacja bezdusznych szefów jest inna niż poprzednie. To nie jest tradycyjna megalomania, z porywami emocji, z ciągłym socjalnym ryzykanctwem. Już nawet nie narcyzowie, strojący się w piórka innych ptaszków, ale starający się być widoczni, ba, jak najbardziej widoczni, nieunikający kontrowersji. Ci nowi są inni, tacy jacyś nijacy. Rugają za nic, chwalą za nic, potrafią pochwalić i następnie zwolnić, albo zrugać i też zwolnić. Unikają mediów. Najczęściej mówią to, co wszyscy pragną usłyszeć, używają słów, jakich użyć trzeba, mówią gładko, mówią płynnie. Robią co innego, niż mówią, ich słowa są tańsze niż proch. Ci nowi szefowie nie muszą wydawać nic z serca, nic z duszy. Sprawdzają się wyłącznie w tym kontekście, który teraz jest. Wyjęci z niego są nikim – przeniesieni w czasie nawet 10 lat wstecz, w ogóle nie istnieją, są nikim. Ich jedyny walor to nieskończona cierpliwość, z jaką patrzą na świat, na wszystko, co im się nie podoba. Patrzą na ciebie i spokojnie, z pogodą ducha zdają się myśleć: poczekaj, już niedługo wylecisz stąd. Jest to prawie wyrozumiałość.
Dostaję ostatnimi czasy taki wysyp podobnych opowieści od Czytelników, że aż zmieniłam temat tego felietonu. O tym, o czym miałam pisać, napiszę w przyszłym miesiącu. Obraz dwóch kolegów w kantynie nie daje mi spokoju, ci niemal skradający się nowi szefowie za ich plecami. Co to znaczy? Czyżby zmierzch liderów? Koniec błyskotliwych narcyzów, głośnych psychopatów? Być może, jednak literatura naukowa (i doświadczenia Czytelników) pokazują, że psychopaci korporacyjni mają się dobrze, wręcz – świetnie. Rok 2020 dopiero się rozkręca, a publikacji na ich temat mamy jak grzybów po deszczu, kto wie, czy nie większy urodzaj, niż dotąd. Większość z nich oparta jest na badaniach, które trwały od jakiegoś czasu, jednak wnioski zdają się być alarmująco aktualne. Wyniki tych badań dołączają do bogatej wiedzy o psychopatii w miejscu pracy, jaką dysponujemy, tak z psychologii, jak i z socjologii i nauk zarządzania. Przypomnę, że psychopatia to, według profesora psychologii Roberta Hare, niezdolność do empatyzowania, brak poczucia i brania odpowiedzialności za swoje czyny, notoryczne rozmijanie się z prawdą i powierzchowność w relacjach międzyludzkich. Socjopatia przejawia się podobnie, ale jest bardziej wyuczona – osoby mogą mieć funkcjonujące sumienie, lecz pod wpływem środowiska nauczyły się ignorować płynące z niego sygnały i skutecznie przełamywać opory wynikające z empatii. Ogólnie zjawisko to można by określić jako socjopsychopatologię, czyli nieludzkość organizacyjną.
Badania australijskiego uczonego Nathana Brooksa z 2016 roku wykazały, że proporcja psychopatów wśród prezesów w biznesie jest podobna do tej wśród więźniów, czyli ok. 21%, podczas gdy w zwykłej populacji jest to 1-4%. Nieco starsze badania Paula Babiaka, Craiga Neumanna i Roberta Hare, opublikowane w 2010 roku, wskazały, że klinicznych psychopatów wśród szefów najwyższego szczebla jest ok. 4%. Jednak w nowej książce Paul Babiak i Robert Hare argumentują, że zależna od kontekstu socjopatia jest znacznie bardziej powszechnym typem osobowości wśród współczesnych menedżerów wysokiego szczebla niż kliniczna psychopatia. Przezwyciężanie impulsów empatii, pokonywanie głosu sumienia pozwala dostosować się do środowiska. W przypadku socjopatów-kryminalistów to patologiczne środowiska – najczęściej rodzina albo znajomi – uczą ich takich postaw. W przypadku socjopatów korporacyjnych są to przede wszystkim niewłaściwa edukacja i warunki organizacyjne, nagradzające wyłącznie sukcesy finansowe, chwaląc jednocześnie przedsiębiorczość.
Babiak i Hare argumentują bowiem, że tradycyjna organizacja, zwłaszcza typu biurokratycznego, była dla psychopatów środowiskiem niesprzyjającym. Psychopaci (i socjopaci) unikają kontroli, wymogów przejrzystości swoich działań, ograniczeń i powszechnych reguł – cała ich działalność polega na funkcjonowaniu poza prawem lub łamaniu prawa. Natomiast znakomite dla nich środowisko stworzyła coraz bardziej popularna i wszechobecna od kilku dziesięcioleci przedsiębiorczość: przedsiębiorczość korporacyjna, przedsiębiorczy szpital, przedsiębiorczy uniwersytet, przedsiębiorcze państwo… Rozluźnienie ograniczeń, jakie ta tendencja spowodowała, kult „wolnej amerykanki” w zarządzaniu, brak jasnych zasad – to idealne warunki dla psychopatów i doskonałe środowisko do wytwarzania się kultury sprzyjającej socjopatii. Jest to kultura nieprzejrzystości, konkurencji, pozorów, indywidualizmu, powierzchowności i ambicji bez dyscypliny. Taki system norm i wartości wyklucza wszystkich tych, którzy chcą się naprawdę czegoś uczyć (to zajmuje czas), pracować rzetelnie dla dobra firmy (to wymaga współdziałania), albo budować relacje z klientami (to wymaga zaufania). To, co jest stale i w widoczny sposób premiowane, czyli pozory, powierzchowne efekty, wysyła silny sygnał normotwórczy w system. Wyraźne i widoczne pomijanie i marginalizacja systematyczności i rzetelności demotywuje do angażowania się w takie działania, tym bardziej, że są trudne, żmudne i czasochłonne. Przedsiębiorcze korporacje to szkoły socjopsychopatologii. Czy to bardzo źle? Czy może, jak twierdzą niektórzy entuzjaści wszech-przedsiębiorczości, powinniśmy po prostu uczyć się od psychopatów jak osiągać sukces?
Nie radzę. Socjopatyczne zarządzanie jest nie tylko dewastujące dla morale i atmosfery w pracy, ale także szkodliwe dla przedsiębiorstwa, również z czysto efektywnościowego punktu widzenia. Mimo że wiemy od tym od jakiegoś czasu, tendencja do zatrudniania socjopatów na wysokich stanowiskach wcale się nie zmniejsza. Co więcej, Clive Boddy, australijski profesor zarządzania, stwierdza, że mimo wyraźnie negatywnego wpływu na zarządzane organizacje i ich otoczenie, korporacyjni psychopaci nie ponoszą konsekwencji za swoje decyzje i czyny, innymi słowy – ich kariera nie cierpi, cierpią inni ludzie. To, co zdaje się zmieniać ostatnimi czasy, to raczej styl, jaki prezentują te postaci. Błyskotliwi liderzy, supergwiazdy medialne to obecnie głównie prezesi najwyższego szczebla, wielokrotni milionerzy i miliarderzy, którzy, jak pokazują w swej wydanej niedawno po polsku książce profesorowie zarządzania Peter Bloom i Carl Rhodes, koncentrują na sobie uwagę społeczną, stają się wzorcami do naśladowania – w świecie, gdzie awans społeczny, nawet tylko w ułamku zbliżający do pozycji, jaką zajmują, stał się nieprawdopodobny. Być może więc jest tak, że kapitalizm zrobił z liderami to samo, co z innymi rolami społecznymi – zdeprecjonował ich, ponieważ tam, gdzie rośnie popyt, rośnie też podaż, liderzy są produkowani masowo w szkołach, uczelniach i na rozmaitych kursach, a więc ich cena i ich status społeczny poszły w dół. Ot, zwykła nadprodukcja.
Jednakowoż pozwolę sobie też troszkę nienaukowo pospekulować co do innych, nakładających się na tę tendencję, dynamik. Możliwe, że obserwujemy kolejny etap interregnum, o którym pisał wielki polski socjolog Zygmunt Bauman (więcej na ten temat pisałam w felietonie poświęconym strukturom społecznym) – etap wywożenia gruzów. Rozpad struktur posunął się już tak daleko, że liderzy markujący efektywność nie są już w cenie. Teraz do działania przystępują o wiele bardziej niepozorni i spokojni czyściciele ruin. Już nie liderzy, ale nadal socjopaci – tak samo jak ich poprzednicy nie mrugną nawet okiem zwalniając, mniej lub bardziej losowo, pracowników, skazując ich na rozszalałą niepewność i pogłębiającą się beznadzieję kondycji bezrobocia i prekariatu. Oni „tylko wykonują polecenia”, zadają swoim sumieniom gwałt tak samo, jak ich jazgotliwi poprzednicy. Nie muszą koniecznie być złymi ludźmi, zachowują się socjopatycznie niekiedy z powodu pozytywnych intencji, takich jak identyfikacja z organizacjami, którymi zarządzają. Taka totalna identyfikacja z patologicznym systemem wartości sprawia, że czują się uprawnieni do działań, które są po prostu szkodliwe.
Ich cichość nie ma nic wspólnego z pokorą. Nie słuchajmy ich słów – czarują słowami, mówią wszystko, to, co powinni w tym miejscu i w tym czasie. Patrzmy im uważnie na ręce. Wbrew pozorom to, gdzie patrzymy i na co uważamy, ma ogromne znaczenie. Możemy wreszcie położyć kres tym prestidigitatorom zarządzania. Przepraszam, pseudo-zarządzania. Zarządzanie wszak definiuje się jako branie odpowiedzialności: za organizację, za ludzi, za przyszłość. Północnoamerykański profesor zarządzania Michael Pirson dowodzi, że obecna degradacja roli zarządzania spowodowana jest ekonomizacją edukacji w tym zakresie. Aby przywrócić odpowiedzialność, należy we wszelkie kursy i studia zarządzania włączyć silne narracje humanistyczne. Pirson przypomina, że ludzkość przetrwała tylko dzięki odpowiedzialności. Takie wartości jak godność, twórczość, wyobraźnia, dobro wspólne powinny jak najszybciej zastąpić obecnie gloryfikowaną finansową efektywność jako motyw przewodni studiów zarządzania. Nie słuchajmy tych, którzy twierdzą, że się nie da. Posłuchajmy naszych studentów. Rozmawiałam na te tematy z wieloma spośród moich. Chciałabym w ramach zakończenia tego eseju oddać głos studentce, która bardzo krótko i treściwie ujęła to, co słyszałam od wielu osób: „na studiach zarządzania chciałabym się uczyć wyobraźni, empatii i uważności”. To nasza odpowiedzialność – aby jej i jej koleżankom oraz kolegom to umożliwić.
prof. Monika Kostera
przez Daniel Bessner | czwartek 16 lipca 2020 | opinie
W świecie filantropii George Soros wydaje się najlepszym, co możemy dostać – lepiej i tak nie będzie. Ale umożliwienie plutokratom, nawet postępowym, decydowania o tym, co jest najlepsze dla nas wszystkich, to zasadniczo niesprawiedliwy i niedemokratyczny pomysł.
George Soros, miliarder-finansista-a-także-filantrop, stał się czarną owcą dla światowej skrajnej prawicy. Wszyscy jej przedstawiciele, od gospodarza programów radiowych Alexa Jonesa, który nazwał zarządzającego funduszem hedgingowym „fundamentalnie złym nazistowskim kolaborantem”, przez węgierskiego autokratę Viktora Orbána, który uchwalił ustawę „Stop Soros” zakazującą „wspierania nielegalnej migracji”, po powiernika Donalda Trumpa, Rudy’ego Giuliani, który oczerniał filantropa jako „okropną istotę ludzką”, uczynili Sorosa centralnym punktem swojej polityki. Dla reakcyjnej prawicy Soros jest idealnym ucieleśnieniem „globalistycznego” (czytaj: żydowskiego) kapitalizmu, który oczerniają za rzekomo antynarodowy, antychrześcijański i anty-biały kosmopolityzm.
Ale kim właściwie jest prawdziwy Soros? Urodzony na Węgrzech w 1930 r. jako György Schwartz, Soros wraz z rodziną przetrwał Holokaust, przyjmując chrześcijańską tożsamość. Po II wojnie światowej przeniósł się do Wielkiej Brytanii, gdzie studiował w London School of Economics u austriacko-żydowskiego filozofa Karla Poppera. W połowie lat 50. Soros wyemigrował do Nowego Jorku, a w 1970 r. uruchomił jeden z pierwszych – i odnoszących największe sukcesy – funduszy hedgingowych. Wkrótce zarobił fortunę i w 1979 r. założył organizację charytatywną, którą ochrzcił Funduszem Otwartego Społeczeństwa, na cześć wpływowego traktu Poppera z 1945 roku „Otwarte społeczeństwo i jego wrogowie”.
Książka Poppera była tekstem formacyjnym dla liberałów z czasów Zimnej Wojny, stanowiąc filozoficzne uzasadnienie wyższości liberalnej demokracji. Popper zdefiniował „otwarte społeczeństwo” jako takie, które „uwalnia kluczowe moce człowieka”, podczas gdy „zamknięte społeczeństwo” to takie, gdzie rządy zmuszają ludzi do przestrzegania oficjalnej doktryny, takiej jak nazizm czy komunizm. Społeczeństwa otwarte były lepsze od społeczeństw zamkniętych, ponieważ umożliwiały swobodną wymianę idei, a tym samym postęp społeczny; zamknięte społeczeństwa z konieczności popadły w stagnację i rozpad.
Na Sorosa głęboki wpływ miały pomysły Poppera. Po założeniu fundacji poświęcił się otwieraniu „zamkniętych społeczeństw”. W kontekście późnego etapu Zimnej Wojny oznaczało to skupienie się na liberalizacji Związku Radzieckiego i narodów Europy Wschodniej. W 1984 r. Soros założył pierwszą zagraniczną fundację w kraju swoich narodzin – na Węgrzech, a pod koniec dekady stworzył fundacje w Polsce, na Ukrainie i w Rosji.
Ta flotylla nowych organizacji próbowała, jak to ujęła strona internetowa Open Society Foundations (OSF), „zachęcać do sprzeciwu za żelazną kurtyną”. Być może, co najważniejsze, sieć fundacji Sorosa pomogła rozpowszechniać samizdat w całym bloku wschodnim i Związku Radzieckim, przekazując różnym organizacjom dysydenckim kserokopiarki. Chociaż wpływ fundacji Sorosa jest trudny do ustalenia, można śmiało powiedzieć, że pod koniec lat 80. odegrały one przynajmniej niewielką rolę w otwieraniu sfer publicznych w kilku krajach Europy Wschodniej.
Sam Soros pozostał jednak stosunkowo nieznany do września 1992 r., kiedy to zarobił około 1 miliarda dolarów na spadku kursu funta brytyjskiego. Było to działanie, które zmusiło Zjednoczone Królestwo do wycofania swojej waluty z europejskiego mechanizmu kursowego. Ten wiatr w żagle, jak zauważa Soros, „przyniósł ważną zmianę w moim statusie osoby publicznej. Nagle mój głos zaczął być słyszany”.
W kolejnych latach Soros opublikował mnóstwo książek i artykułów na wiele tematów, od spraw finansowych po stosunki międzynarodowe czy epistemologię. W przeciwieństwie do wielu członków klasy miliarderów, Soros stawiał sprawę jasno: poświęci się nie tylko zarabianiu pieniędzy, ale także światowi idei. I jego idee zostały potraktowane poważnie. Na przykład w 2014 r., „Journal of Economic Methodology” poświęcił cały numer zgłębianiu jego filozofii. Oprócz pisania, Soros wykorzystywał swoje bogactwo, aby promować szereg postępowych kwestii, w tym reformę wymiaru sprawiedliwości i prawa imigracyjnego, równość małżeńską i odbudowę Portoryko.
Teoria zmian Sorosa dopuściła nawet odrobinę demokratycznej partycypacji. Popierając na przykład reformę polityki antynarkotykowej, OSF poparła inicjatywę, która dopuszczała głosowanie mieszkańców nad wprowadzeniem legalnej marihuany medycznej.
Soros starał się także zmniejszyć rolę wojska amerykańskiego na świecie, przekazując znaczne fundusze na Quincy Institute for Responsible Statecraft, nowy think tank antywojskowy (którego jestem członkiem). Tutaj Soros wyrwał stronę z podręcznika amerykańskich libertarian i skoncentrował energię na budowie intelektualnej kadry zdolnej do walki z dwupartyjnym establishmentem polityki zagranicznej.
Ale najbardziej heterodoksyjne opinie filantropa znajdują się w jego krytyce „fundamentalizmu rynkowego”, idei, jak to wyraził w swojej książce „The Crisis of Global Capitalism” z 1998 r., głoszącej, że „wszystkie działania społeczne i interakcje międzyludzkie należy postrzegać jako transakcyjne, oparte na kontraktach i postrzegane w kategoriach jednego wspólnego mianownika – pieniędzy”. Soros od dawna krytykuje tę ideę jako wynaturzenie, które uniemożliwia ludziom osiągnięcie pełnego potencjału, promował też znaczącą regulację gospodarki rękami państwa – wbrew wielu przedstawicielom jego klasy społecznej. Podczas kryzysu finansowego w 2008 r. Soros posunął się nawet do postulowania nacjonalizacji banków. Plan został odrzucony przez Larry’ego Summersa, który poinformował miliardera, że jego pomysł „jest socjalizmem i nigdy nie zostanie zaakceptowany w Ameryce”.
Co ciekawe, w swojej nowej książce „W obronie otwartego społeczeństwa” Soros przedstawia pogoń za pieniędzmi jako koniec końców bezwartościową. Przywołując moment, w którym postanowił zostać filantropem, pisze: „Pewnego razu w latach siedemdziesiątych zapisałem się na bardzo dużą liczbę nowo wyemitowanych brytyjskich obligacji rządowych, bez namysłu i bez wcześniejszego niezbędnego przygotowania finansowego. Biegałem po Londynie, próbując znaleźć kogoś, kto udzieli mi kredytu, i idąc ulicą Leadenhall Street myślałem, że mam zawał serca. »Podjąłem to ryzyko, by ubić interes życia« – powiedziałem sobie. – »Ale jeśli teraz umrę, skończę jako przegrany. Nie ma sensu ryzykować życiem, by zarabiać pieniądze«. Wtedy postanowiłem zrobić coś wartościowego z moim majątkiem i założyć fundację”.
Pytanie brzmi zatem, dlaczego bystry, inteligentny człowiek, taki jak Soros, poświęcił tak wiele czasu ze swojego życia, gromadząc tyle niepotrzebnych pieniędzy. Aby wyjaśnić tę decyzję, możemy spojrzeć na historyczne doświadczenie Sorosa, które być może pokazuje, dlaczego on – i wiele innych osób pochodzenia żydowskiego w połowie wieku, od Miltona Friedmana i Alana Greenspana po Murraya Rothbarda – pokładało wiarę w kapitalizmie. Zaczęło się od serii pogromów w Imperium Rosyjskim, a zakończyło Holokaustem, w którym zginęło sześć milionów europejskich Żydów, i tzw. spiskiem lekarzy kremlowskich, gdy Józef Stalin fałszywie oskarżył wielu żydowskich medyków o spiskowanie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Pokoleniu Żydów, do którego należał Soros, kapitalizm wydawał się być sposobem na ucieczkę od irracjonalizmu, który według nich był endemiczny dla nacjonalizmu, czy to nazistowskiego, czy radzieckiego. Soros i inni mieli nadzieję, że w społeczeństwie kapitalistycznym Żydzi zostaną ostatecznie osądzeni na podstawie swoich zasług (w tym przypadku ich zdolności do zarabiania pieniędzy, warunku sine qua non wymiany kapitalistycznej), a nie pochodzenia rasowego. Krótko mówiąc, kapitalizm wydawał się zapewniać racjonalistyczne środki, by móc wprowadzić Żydów do społeczeństwa jako osoby w pełni wolne.
Nie chodzi tu o usprawiedliwienie pro-kapitalistycznej polityki Sorosa, ale o jej zrozumienie. Jeśli socjaliści mają nadzieję przekonać ludzi do odrzucenia kapitalizmu, musimy zbadać nie tylko jego patologie, ale także jego atrakcyjność. W końcu Soros miał rację: w społeczeństwie kapitalistycznym pieniądze naprawdę poprawiają nasze życie, a w większości przypadków zapobiegają prześladowaniom. Naszym zadaniem dzisiaj jest przekonanie większości Amerykanów – a nawet większości narodów świata – że celem socjalizmu jest rozszerzenie wolności na wszystkich, i wyjaśnienie im, że problem z kapitalizmem polega na tym, że prawdziwa wolność jest dostępna tylko bogatym. I to przy tej ostatniej kwestii Soros, który pomimo krytyki fundamentalizmu rynkowego pozostaje kapitalistą, niestety się waha.
„W obronie społeczeństwa otwartego” to, podobnie jak kilka poprzednich książek Sorosa, zbiór już opublikowanych tekstów. W związku z tym nie pojawia się w niej żadna spójna argumentacja, a książka brzmi jak seria niepowiązanych ze sobą zaleceń politycznych: polityka zagraniczna USA powinna kłaść nacisk na dyplomację; firmy zajmujące się mediami społecznościowymi powinny podlegać regulacji; Unię Europejską trzeba wymyślić na nowo; elity zachodnie powinny jednoczyć się przeciwko chińskiemu i rosyjskiemu autorytaryzmowi, i tak dalej.
Sorosowi nie brakuje pewności siebie, a w większości przypadków jest pewien, że wie najlepiej ze wszystkich. Przypomina na przykład, że w 1992 r. zaproponował, aby pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego udzielona rządom poradzieckim „była przeznaczona na wypłatę emerytur i zasiłków dla bezrobotnych pod ścisłą kontrolą ich dystrybucji”, aby zapewnić stabilne przejście do kapitalizmu. Zachodni urzędnicy wybrali inny kierunek: „terapię szokową”, która pomogła w rozpowszechnieniu kleptokracji i podsycała rozczarowanie Rosjan kapitalistyczną demokracją. Soros „głęboko wierzy, że gdyby [jego] propozycja została zastosowana, historia obrałaby inny wektor. Mieszkańcy Związku Radzieckiego dostrzegliby pewne praktyczne i namacalne korzyści z pomocy Zachodu, a ich stosunek do Zachodu byłby zupełnie inny”. Soros może mieć rację – terapia szokowa była katastrofą na nieograniczoną skalę. Ale jego pewność siebie przypomina upór, który uważa za tak wysoce nieakceptowalny w zamkniętych społeczeństwach.
Zdecydowanie najciekawsze części „W obronie społeczeństwa otwartego” dotyczą refleksji Sorosa na temat jego filantropijnej kariery. Podstawowe rozumienie własnej filantropii przez finansistę polega na tym, że chociaż on sam jest „zarówno skoncentrowany na sobie, jak i samolubny”, to jednak założył „bezinteresowną fundację”. Potrafił to zrobić, jak się chwali, ponieważ jego rozwinięta „świadomość” – a mianowicie rozpoznanie wrodzonej omylności wszystkich ludzi (pomysł, który pożyczył od Poppera) – uczyniła go „samoświadomym”, i w pewnym sensie, zdolnym przekroczyć narcyzm i pracować dla większego dobra. Pomaga to, mówi Soros, że w unikalny sposób ucieleśnia on trzy cechy: bogactwo, zdolność przewidywania i zainteresowanie ulepszeniem człowieka. To właśnie ta mieszanka, twierdzi Soros, pozwoliła mu stworzyć bezinteresowną fundację, niepadającą ofiarą „wpływu partykularnych interesów, które są w konflikcie ze dobrem wspólnym”. Implikuje to oczywiście założenie, że Soros jest w stanie określić „dobro wspólne” bez większego wkładu demokratycznego – że plutokraci tacy jak on, dzięki swemu bogactwu, mogą decydować, co jest najlepsze dla reszty z nas.
Chociaż sam Soros docenia to, że jego „sukces na rynkach finansowych dał mu większy stopień niezależności niż większości innych ludzi”, nie sugeruje stworzenia świata, w którym wszyscy, nie tylko Sorosowie (lub Gatesowie, Zuckerbergowie czy De Vosesowie), cieszą się podobną swobodą. Zamiast tego twierdzi, że „nasza demokracja działałaby lepiej, gdyby kilka osób” – przez co rozumie plutokratów – „opowiadało się za wdrażaniem zmian, które są w konflikcie z ich interesami biznesowymi”.
Ale jeśli najnowsza historia kapitalizmu nauczyła nas czegokolwiek, to tego, że przeważająca większość oligarchów chętnie zgromadzi absurdalne ilości bogactwa ze szkodą dla wszystkich innych. Kiedy polegamy na bogatych w kwestii transformacji społecznej, transformacja społeczna nigdy nie zachodzi.
Soros, który po uważniejszym oglądzie pozostaje oddany wsparciu dla kapitalizmu, nie jest w stanie w pełni zrozumieć tego prostego, wielokrotnie udowodnionego faktu: świat miliarderów – czyli świat, w którym nieliczni ludzie mają władzę, a większość jej nie ma – jest uniwersum, w którym nigdy nie zaistnieje prawdziwie otwarte społeczeństwo.
Daniel Bessner
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie magazynu „Jacobin” w styczniu 2020 r.
przez Karol Trammer | wtorek 14 lipca 2020 | opinie
Kolejne inwestycje drogowe są realizowane tak, by przy okazji dokonać zniszczenia linii kolejowych. A wszystko odbywa się za zgodą Grupy PKP.
Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk mówi o odbudowie kolei, a podlegająca mu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wytyczając nowe drogi, przerywa nieczynne linie kolejowe, na zawsze grzebiąc ich szanse na powrót do życia.
Zniszczony priorytet
Jest połowa października 2018 r., minister infrastruktury wraz z premierem Mateuszem Morawieckim uroczyście ogłaszają program Kolej Plus: „Odbudujemy zniszczone i zbudujemy nowe linie kolejowe” – zapewnia Andrzej Adamczyk na peronie w Jasienicy koło Wołomina. Gdy minister wypowiada te słowa, kilkaset kilometrów dalej maszyny budowlane właśnie niszczą nasyp zlikwidowanej linii kolejowej Żnin – Szubin. Śladem torów zdemontowanych w 1993 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wytyczyła bowiem trasę szybkiego ruchu.
Rozpoczęta w 2017 r. budowa kujawsko-pomorskiej części drogi ekspresowej S5 łączącej Poznań z Bydgoszczą pożarła linię kolejową Żnin – Szubin na odcinku o długości 6 km. Niezrażone tym problemem Ministerstwo Infrastruktury umieściło koncepcję odtworzenia tej linii wśród 21. priorytetów programu Kolej Plus. Rewitalizacja linii, która miałaby zapewnić połączenie Żnina z Bydgoszczą, w praktyce będzie jednak wymagać wybudowania jej w nowym przebiegu, który ominie drogę S5.
Gwóźdź do trumny
Jesienią 2017 r. w trakcie budowy drogi ekspresowej S6 między Szczecinem a Koszalinem zniknął kilkusetmetrowy fragment nieczynnej linii kolejowej Worowo Pomorskie – Płoty – Wysoka Kamieńska. Pas tej linii został użyty do przeprowadzenia pod trasą szybkiego ruchu drogi wojewódzkiej 108 i uproszczenia jej przebiegu. Wbiło to gwóźdź do trumny jedynego ciągu kolejowego, który dawał możliwość dojazdu do portu w Świnoujściu z pominięciem aglomeracji szczecińskiej (takie ciągi nie tylko zwiększają spójność sieci kolejowej, ale są też między innymi potrzebne przy przewozie ładunków niebezpiecznych i ponadgabarytowych).
Drogowcy podkreślają, że decyzji o przecinaniu linii kolejowych nie podejmują samowolnie: „W sytuacji, kiedy planowana trasa przebiega przez teren będący w zarządzie PKP, przesyłamy dokumentację do zaopiniowania właśnie do PKP” – informuje rzecznik prasowy GDDKiA Szymon Piechowiak. – „W zależności od stanowiska PKP i planów dla danej trasy kolejowej, decydujemy o budowie wiaduktu lub o przecięciu czy zajęciu pasa linii kolejowej”.
Przecinamy linie kolejowe
W maju 2019 r. zachodniopomorski oddział GDDKiA zlecił budowę obwodnicy w Myśliborzu, dzięki której droga krajowa 26 zostanie wyprowadzona ze ścisłego centrum miasta (gdzie przebiega między innymi przez utrudniającą przejazd ciężarówek zabytkową bramę miejską). Nowy przebieg drogi 26 na terenie Myśliborza powstaje w śladzie nieczynnej linii kolejowej Stargard – Pyrzyce – Myślibórz – Kostrzyn. Pod asfaltem znika odcinek linii o długości ponad 3 km wraz z trzykierunkową stacją węzłową Myślibórz, z której ostatni pociąg pasażerski odjechał w 1999 r.
W Grupie PKP o przyszłości zlikwidowanych i nieużywanych linii decyduje spółka PKP Polskie Linie Kolejowe: „Kwestie związane z planami przywrócenia nieczynnych szlaków do systemu sieci kolejowej i wynikających z tego uzgodnień z zarządcami dróg w kontekście planowanych inwestycji drogowych leżą po stronie spółki PKP PLK, która analizuje możliwości wykorzystywania danej linii w przyszłości” – mówi rzecznik PKP Michał Stilger.
Bywa, że Grupa PKP najpierw daje zielone światło na przerwanie korytarza linii kolejowej, a potem zaczyna myśleć o jej reaktywacji. Na początku 2020 r. – wkrótce po tym, gdy sprzęt drogowców zaczął rozjeżdżać myśliborską stacją kolejową – w spółce PKP PLK powstał dokument „Zamierzenia inwestycyjne w perspektywie 2021-2027”, w którym znalazła się między innymi koncepcja rewitalizacji linii Stargard – Pyrzyce – Myślibórz. Problem w tym, że w Myśliborzu brak jest rezerwy terenu pod wytyczenie nowego przebiegu linii kolejowej. I niestety nie jest to jedyna przeszkoda dla powrotu pociągów do stolicy 67-tysięcznego powiatu.
Kilka kilometrów przed Myśliborzem linia kolejowa biegnąca ze Stargardu została już przerwana podczas zrealizowanej w latach 2007-2010 budowy drogi ekspresowej S3: w pobliżu stacji Głazów zniszczony został kilkusetmetrowy odcinek linii – w jego miejscu powstał węzeł drogi krajowej 26 z drogą szybkiego ruchu S3.
Przerwana ciągłość
Droga ekspresowa S3 na liczącym 85 km odcinku między Szczecinem a Gorzowem Wielkopolskim przerwała wszystkie napotkane ciągi kolejowe: oprócz linii Stargard – Myślibórz, trasa szybkiego ruchu przecięła korytarze nieczynnych linii Pyrzyce – Gryfino, Pyrzyce – Godków oraz Gorzów Wielkopolski – Myślibórz.
Paradoksalnie budowa drogi S3 najpierw na krótko przedłużyła życie linii biegnącej z Gorzowa Wielkopolskiego do Myśliborza. Decyzja o likwidacji tego 48-kilometrowego ciągu została wydana przez Ministerstwo Infrastruktury w 2005 r. Jednak trzy lata później firma Berger Bau, rozpoczynając budowę drogi S3, zwróciła się do PKP z prośbą o udostępnienie linii w celu dowozu materiałów budowlanych. Firma Berger Bau na własny koszt wykonała warte 1,5 mln zł prace przywracające przejezdność linii na odcinku od Gorzowa Wielkopolskiego do położonej przed Myśliborzem miejscowości Świątki. Od marca 2009 r. do października 2010 r. po oficjalnie zlikwidowanej linii kursowały pociągi dowożące kruszywo na budowę drogi ekspresowej.
Ostatecznie ciągłość korytarza linii kolejowej Gorzów Wielkopolski – Myślibórz została przerwana podczas rozbudowywania gorzowskiej obwodnicy: przedsięwzięcie zrealizowane w latach 2014-2017 objęło swoim zakresem poszerzenie drogi S3, rozbudowę węzła Gorzów Wielkopolski Zachód oraz zrównanie z ziemią kilkuset metrów nasypu kolejowego i wiaduktu nad ul. Kostrzyńską, kolidujących z inwestycją GDDKiA. Dzieła zniszczenia dopełniła Grupa PKP, w 2018 r. rozbierając pobliski wiadukt, którym linia Gorzów Wielkopolski – Myślibórz przechodziła nad linią Gorzów Wielkopolski – Kostrzyn.
Bez śladu
– „Celem prawidłowego wytrasowania nowych dróg analizujemy lokalne, wojewódzkie i krajowe dokumenty planistyczne” – zapewnia Szymon Piechowiak z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.
Największe nagromadzenie przypadków przerywania korytarzy kolejowych przez nowe drogi ma miejsce na Pomorzu Zachodnim, mimo że obowiązujący od 2010 r. Plan Zagospodarowania Przestrzennego Województwa Zachodniopomorskiego zawiera zapis rekomendujący „zachowanie śladu komunikacyjnego wraz z infrastrukturą wszystkich linii kolejowych z możliwością odtworzenia połączeń” w celu „ochrony przed zmianą przeznaczenia i wykorzystaniem na inne cele”.
Powyższe zalecenie ignorowane jest jednak nie tylko przez GDDKiA, ale nawet przez Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich. W lipcu 2019 r. zrealizowana została wspólna inwestycja ZZDW i miasta Barlinek – wybudowany został nowy przebieg drogi wojewódzkiej 151, który wyprowadził ze ścisłego centrum samochody jadące tranzytem, ale jednocześnie pogrzebał szanse na powrót kolei do 14-tysięcznego Barlinka. Nowy dwukilometrowy odcinek drogi 151 poprowadzono przez miasto wykopem zlikwidowanej linii kolejowej Choszczno – Barlinek – Myślibórz. Obecnie o przejęcie terenów PKP starają się władze Pyrzyc, które również chciałyby wytyczyć obwodnicę po śladzie nieczynnej linii kolejowej.
Władze wielkopolskiego miasta Pniewy chcąc wykorzystać pas nieczynnej linii kolejowej Poznań – Międzychód do wybudowania nowej ulicy, w 2017 r. wywłaszczyły PKP na mocy specustawy drogowej. Grupa PKP nie zrobiła nic, aby zablokować procedurę wywłaszczeniową. Co zaskakujące, burmistrz Pniew jest jednym z sygnatariuszy porozumienia samorządów na rzecz rewitalizacji linii kolejowej z Poznania do Międzychodu. Decyzję o likwidacji tej linii wydała we wrześniu 2015 r. minister infrastruktury Maria Wasiak z Platformy Obywatelskiej – to otworzyło furtkę dla procedury wywłaszczenia.
Czas ucieka
Podczas budowy drogi ekspresowej S5 między Wrocławiem i Poznaniem przerwano nieczynną linię Rawicz – Ścinawa oraz linię Bojanowo – Góra, która, w momencie gdy zapadła zaakceptowana przez PKP PLK decyzja o jej przecięciu, była linią używaną.
W 2010 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zleciła budowę odcinka trasy S5 na pograniczu Dolnego Śląska i Wielkopolski. Projekt tej inwestycji nie uwzględnił potrzeby wybudowania nad drogą wiaduktu dla linii, z której co prawda pociągi pasażerskie wycofano już w 1991 r., ale nadal kursowały nią składy towarowe.
Na przełomie 2011 i 2012 r. doszło do przerwania toru biegnącego z Bojanowa do Góry – zdemontowano jego 150-metrowy odcinek kolidujący z powstającą drogą S5. Tak oto 12-tysięczne miasto Góra wraz z całym powiatem górowskim odcięto od sieci kolejowej: działające w Górze zakłady zostały zmuszone do przestawienia obsługi transportowej z pociągów na ciężarówki, a rozwój górowskiej strefy przemysłowej Invest-Park stanął pod znakiem zapytania.
Samorządowcy z Góry z burmistrz Ireną Krzyszkiewicz na czele próbowali nie dopuścić do przerwania jedynej linii kolejowej prowadzącej do ich miasta. Udało im się jedynie doprowadzić do zawarcia w lipcu 2010 r. porozumienia między GDDKiA, PKP PLK, miastem Góra i powiatem górowskim. Zgodnie z jego zapisami, drogowcy zostali zobowiązani do zbudowania wiaduktu kolejowego nad drogą S5 w czasie dwóch lat od zgłoszenia takiej potrzeby. Gdy górowscy samorządowcy składali oficjalne wnioski o wybudowanie wiaduktu, spółka PKP PLK się od nich dystansowała, a GDDKiA ignorowała z uwagi na „brak uzasadnionych potrzeb społeczno-gospodarczych”.
Członek zarządu województwa dolnośląskiego Tymoteusz Myrda w maju 2020 r. poinformował, że w planach jest rewitalizacja linii i uruchomienie połączeń pasażerskich w relacji Wrocław – Bojanowo – Góra. Myrda zaznaczył jednak, że aby pociągi wróciły do Góry, Grupa PKP musi przekazać przerwaną linię Bojanowo – Góra samorządowi: „Trwa przejmowanie linii na rzecz województwa dolnośląskiego, dlatego trudno precyzyjnie wskazać termin pojawienia się na tej trasie pociągów. Przejęcie linii jest niestety długim procesem, tylko częściowo zależnym od naszego samorządu”.
Uchwałę o woli przejęcia linii do Góry władze Dolnego Śląska podjęły w styczniu 2019 r. Procedury w Grupie PKP wciąż trwają. – „Rozpoczęliśmy działania mające na celu przekazanie tej linii samorządowi” – mówi Michał Stilger z PKP. – „Następnymi krokami będzie uzyskanie niezbędnych zgód korporacyjnych oraz skierowanie wniosku do Ministerstwa Infrastruktury o wydanie zgody na obrót nieruchomościami wchodzącymi w skład linii”.
Problem w tym, że czas ucieka: porozumienie, które zobowiązuje GDDKiA do wybudowania wiaduktu linii Bojanowo – Góra nad drogą ekspresową S5, ważne jest tylko do końca 2020 r.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/108 lipiec-sierpień 2020)
www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | piątek 10 lipca 2020 | klasyka, opinie
Wszystko, co nas otacza, co widzimy dokoła nas – w mieście i na wsi – zawdzięczamy pracy wielu ludzi. Bo czyż można sobie wyobrazić, aby te wielkie domy, długie drogi, potężne mosty, aeroplany, automobile, piękne książki – aby wszystko to było dziełem jednostki? Nie. Jednostka nie może wiele zdziałać. Nawet wszystkich swoich potrzeb nie jest jednostka w stanie zaspokoić wyłącznie własnymi siłami. Czy może człowiek sam dla siebie utkać tkaninę na ubranie i je uszyć, przygotować skórę z bydlęcia i wykonać obuwie, sporządzić sobie najrozmaitsze artykuły żywnościowe?
Niegdyś, w zamierzchłych jeszcze czasach, zrozumiał człowiek, że dla własnego dobra, dla bardziej sprawnego zaspakajania swych potrzeb oraz dla bardziej skutecznej obrony przed dzikim zwierzem i różnymi wrogami, którzy nań czyhali, winien się zrzeszyć, winien żyć gromadnie, w środowisku wielu ludzi. Kiedy się zaznajamiałeś z życiem starodawnego człowieka, na pewno zwracałeś uwagę na to, że w żadnym kraju nie bytował on w pojedynkę, lecz tylko gromadnie, pośród rodzin lub szczepów. Ludzie zawsze się łączyli, zrzeszali i dlatego mówi się, że żyli w społeczeństwie. Z biegiem czasu społeczeństwo to coraz bardziej rosło i ilość jego członków wciąż się powiększała. Szereg szczepów się łączyło. Tworzyły się rody, które osiadały na roli i ją obrabiały, które budowały warsztaty i fabryki, sprzedając następnie płody rolne i wyroby rękodzielnicze i fabryczne, które budowały szkoły i rozpowszechniały książki i pisma.
Ale ludzie nie zajmują się jednakową pracą: czyż wszyscy budują domy? Czyż wszyscy są nauczycielami? Bynajmniej. Należąc do jednej wielkiej społeczności – podzielili między sobą pracę. Tak więc: rolnik obrabia ziemię, która rodzi zboże, inni robotnicy mielą zboże w młynach, mąkę sprzedają kupcy piekarzom. Na pewno słyszałeś, że żelazo znajduje się w ziemi: tysiące, dziesiątki tysięcy robotników pracuje w kopalniach, aby wydobyć rudę żelazną na powierzchnię ziemi. Żelazo to rozsyła się do specjalnych fabryk, gdzie inni robotnicy oczyszczają je ze wszelkich odpadków, bezużytecznych domieszek i z czystego dopiero żelaza przygotowują sztaby i blachy, które zostają sprzedane każdemu, komu są potrzebne; inne zaś fabryki zakupują czyste żelazo i wyrabiają z niego wszelakie maszyny, naczynia, zamki i inne przedmioty.
Tak więc ludzie połączyli się dla wspólnego dobra, dla dobra ogółu, ludzkości – w jedno społeczeństwo i podzielili między sobą pracę, aby w ten sposób tworzyć dla siebie wszystkie rzeczy, jakie im są potrzebne do życia i utrzymania: rolnik, robotnik, rzemieślnik kupiec, pisarz, inżynier, lekarz, nauczyciel, urzędnik – wszyscy oni wykonują różne pożyteczne funkcje dla społeczeństwa.
Dlaczego jednak jest tak niejednakowy, tak nierówny los tego mnóstwa ludzi, zajmujących się wytwarzaniem wszystkich tych niezbędnych dla społeczeństwa przedmiotów? W ciągu długich wieków najlepsi i najszlachetniejsi ludzie wysilali umysł nad rozwiązaniem pytania, że jeżeli praca dla społeczeństwa zwykłego robotnika jest podobnie doniosła co praca przemysłowca, praca rolnika tak samo potrzebna jak praca kupca, praca nauczyciela na równi pożyteczna z pracą rękodzielnika – dlaczego różnym jest ich los, niejednakowe powodzenie. Dlaczego gnębi jednego bieda, gdy drugi opływa w dostatku?
Nie wszyscy są w stanie w równej mierze zadośćuczynić potrzebom, jeden bowiem jest bogaty, drugi – biedny. Bogaty lub zamożny łatwo może zaspokoić potrzeby swoje i rodziny, może nawet powiększyć swój majątek. Co ma natomiast począć ten, który nie ma pieniędzy? Musi się zadowolić szczupłym zarobkiem, który starcza zaledwie na życie. Każdy, kto nie posiada majątku, musi szukać pracy u innych, albo zadowolić się małym dochodem i prowadzić skromne życie, a nawet biedować.
Każdy z was, odwiedzając znajomych i kolegów, spostrzega różnicę między mieszkaniem i trybem życia człowieka zamożnego a rzemieślnika, robotnika. Na pewno każdy z was zadał sobie kiedyś pytanie: przecież wszyscy ludzie stworzeni zostali na obraz i podobieństwo Boga, wszak wszyscy winni być równi – więc skąd taka wielka między nimi różnica? A serce wam zapewne odpowiedziało, że nie jest sprawiedliwą owa nierówność, polegająca na tym, że kiedy jeden ma wszystkiego pod dostatkiem, drugiemu brak grosza na kawałek chleba.
Nie wystarcza jednak odczuwać i rozumieć niesprawiedliwość panującą na świecie; konieczna jest również wola do polepszenia tego stanu rzeczy oraz umiejętność zapewnienia szerokim masom ludowym pracy i chleba. W każdym pokoleniu, począwszy od wielkich proroków, powstawali mężowie o różnych planach zmierzających do rozwiązania powyższego zagadnienia: aby zaistniała w społeczeństwie równość i sprawiedliwość.
I oto, przed 90 niespełna laty, powstał w Anglii ruch, który objął wkrótce wszystkie kraje świata i który postawił sobie za cel usunięcie nierówności istniejącej dotąd między ludźmi. Był to ruch kooperacji (spółdzielczy). O uszy każdego z was obijało się na pewno wiele razy to słowo; niejeden też raz czytywaliście na szyldach napisy: „Sklep spółdzielczy” lub „Bank kooperatywny”. Ale wtedy, przed dziewięćdziesięciu laty, kooperacja była jeszcze nieznana, nie rozumiano też jeszcze należycie jej celu. W mieście Rochdale, w Anglii, zebrało się wówczas kilku robotników tkackich, którzy, złożywszy się, otworzyli sklepik, gdzie sprzedawano – podobnie jak w innych sklepach – produkty żywnościowe, mydło, manufakturę itp. Ale sklep ten nie należał tylko do nich, jako własność prywatna, założyciele bowiem ogłosili, że każdy może zostać ich wspólnikiem, a to przez wniesienie pewnej opłaty pieniężnej, tak zwanego udziału. I im więcej będzie udziałowców, o tyle powiększy się liczba współwłaścicieli sklepu, którego celem będzie dostarczenie dobrego taniego towaru wszystkim współwłaścicielom – udziałowcom. Wprawdzie każdy sklepikarz stara się sprzedawać towary po tanich cenach, ale ponieważ dba on przede wszystkim o własny zysk, sprzedaje więc wszystkie rzeczy drożej, aniżeli go kosztują. Zysk pozostaje w tym wypadku w rękach jednostki; natomiast w sklepie kooperatywnym, założonym w Rochdale, postanowiono, że zysk podzielony zostanie między wszystkimi udziałowcami i wydany zostanie ku korzyści wszystkich członków sklepu – kooperatywy. I tak więc właścicielami sklepu w Rochdale zostali ci ludzie, którzy sami potrzebowali towaru w sklepie tym się znajdującego, którzy dlatego też starali się, by towar ich był przedniej jakości, a przy tym tani.
Sklep, o którym mowa, wywołał wielkie zainteresowanie pośród licznych tkaczy zamieszkałych w Rochdale. Wkrótce przekonali się oni, że sklep przynosi im korzyść: toż każdy grosz wydany z ich skromnej płacy przedstawia znaczną wartość, a tu byli pewni, że wszystko co zakupią będzie posiadało odpowiednią wartość jakościową i że nikt nie będzie się starał im sprzedać złego towaru po taniej cenie.
Po niejakim czasie powstały takie sklepy spółdzielcze w wielu miastach angielskich, tak iż po pięćdziesięciu latach wyniosła ilość członków wszystkich tych spółdzielni (kooperatyw) – 1 500 000, dziś zaś sięga liczby wielu milionów rodzin. Spółdzielnie te, znajdujące się na całym obszarze kraju, połączyły się w jeden wielki związek kooperatyw, celem zakupu wszystkich towarów o przednim gatunku i niskich cenach. I jeszcze więcej: z sumy zysków i udziałów zbudowały sobie spółdzielnie fabryki, aby nie potrzebować kupować towaru u prywatnych fabrykantów, którzy chcą ze sprzedaży uzyskać wielki zysk dla siebie samych. Te zjednoczone spółdzielnie prowadzą we własnym zakresie plantacje herbaty i kawy i posiadają nawet okręty przywożące z zagranicy towary i surowce. Wszystko to doprowadziło do potanienia cen i do podniesienia gatunku towaru, jak również do poprawy bytu członków spółdzielni.
Ale nie tylko w Anglii powstały sklepy spółdzielcze: na przykładzie angielskim wzorowały się i inne kraje. Sieć sklepów spółdzielczych objęła świat cały i wciąż się rozszerza. Również w Polsce i w Erec-Izrael rozwija się kooperacja.
Należy jednak stwierdzić, że nie tylko zysk był tym czynnikiem, który przyciągnął do kooperatyw masy ludowe. Szerokie warstwy ludu doszły do przekonania, na podstawie przykładu Rochdale, że wszyscy, którzy pracują, wszyscy, którzy ciężko walczą o kęs chleba, pozbędą się biedy i poczną lepiej żyć dopiero wtedy, kiedy się zjednoczą, kiedy się zorganizują. Wszyscy się przekonali, że z tych małych sum, które każdy z nich posiada, można zebrać znaczny kapitał, z którego pomocą przestaną być zależni od innych, usamodzielnią się. Potrzebna jest tylko wzajemna pomoc wszystkich Członków i czym więcej jeden pomoże drugiemu, tym bardziej polepszy się ich byt, bowiem rezultaty ich pracy nie będą więcej wyzyskiwane przez nikogo obcego, a tylko przez nich samych ku własnej korzyści. Tę oto wielką siłę wzajemnej pomocy oceniono należycie w Anglii i innych krajach i dlatego nie ograniczono się tam do zbierania udziałów celem zakładania wspólnych sklepów. Z zysków osiąganych w kooperatywach przeznaczano wielkie sumy na kupno książek dla bibliotek ludowych, letnich mieszkań dla członków, na otwieranie i prowadzenie szkół ludowych, kas pożyczkowych, na budowę wygodnych mieszkań dla tych członków, którzy mieszkali w walących się domach na przedmieściach. Ta pomoc wzajemna spoiła wszystkich członków, wytworzyła pomiędzy nimi węzły przyjaźni i zaufania. Współpraca ta i pomoc polepszyły nie tylko byt człowieka, ale uszlachetniły człowieka samego.
Środki, z których pomocą ludzie usiłowali dokonać polepszenia warunków egzystencji oraz zmniejszenia tej wielkiej niesprawiedliwej różnicy, istniejącej obecnie w społeczeństwie między zamożnymi a pozbawionymi środków – nie ograniczały się tylko do zakładania sklepów spółdzielczych. Oto w różnych krajach powołali robotnicy do życia zakłady fabryczne, w których zysku nie zabierała jednostka, prywatny fabrykant, lecz ogół współwłaścicieli – robotników. Wraz ze wzrostem zarobków zwiększała się ilość robotników, rozwijała się fabryka, rozchodziły się coraz bardziej towary.
Podobnie postępują i rzemieślnicy. Środki pieniężne każdego z nich nie starczały niekiedy na kupno wszystkich narzędzi i maszyn potrzebnych do pracy. Kiedy się jednak zorganizowali i połączyli, mogli już nabyć niezbędne przyrządy, pomnożyć pracę, a w rezultacie – zwiększyć dochody.
W wielu wsiach zrzeszają się również chłopi w jeden związek, który nabywa dla wszystkich w większych ilościach potrzebne produkty i narzędzia. Związek taki zaopatruje także członków-rolników w maszyny do orki, siania i koszenia, ułatwiające znacznie ciężką pracę rolną, jak również sprzedaje płody wytwarzane przez rolników-członków spółdzielni, jak: zboże, owoce, masło, ser, śmietanę – po równych dla każdego cenach. Na tych zasadach zbudowane są „kibuce” oraz żydowskie osiedla robotnicze w Erec-Izrael.
Lub inna rzecz: głód mieszkaniowy u nas w kraju. Znana to nam sprawa. Ilość mieszkańców wzrasta z roku na rok, stare domy niszczeją z biegiem czasu, nowe nie przybywają, bo niewielu jest bogaczy, którzy wznoszą nowe domy mieszkalne. I oto łączy się szereg rodzin, odczuwających potrzebę dobrych widnych mieszkań. Każda z tych rodzin wypłaca do wspólnej kasy pewną sumę pieniędzy i tworzą „spółdzielnię budowlaną” (kooperatywę dla budowy domów). W ten sposób tysiące rodzin otrzymało ładne i wygodne mieszkania. Jeśliś widział ciemne, niskie, wilgotne izby, gdzie w każdym mieście mieszkają zarówno dorośli jak i dzieci – zrozumiesz, ile uciechy i zadowolenia sprawiają ludziom przestronne, widne i suche pokoje domów spółdzielczych.
Nie ma dziś prawie ani jednego miasta i miasteczka o zaludnieniu żydowskim, gdzie by nie istniał „Bank spółdzielczy”. Są to instytucje wypożyczające pieniądze. Wszystkim, przeważnie zaś tym, którzy utrzymują się z ciężkiej pracy i nie posiadają kapitałów, potrzeba od czasu do czasu trochę gotówki do prowadzenia interesu lub domu. Często jednak brak gotówki. Gdzie by tu pożyczyć? Zaciągnąć pożyczkę u prywatnych osób? Ale wtedy trzeba za nią zapłacić znaczne odsetki. A skąd je wziąć? Cóż pozostaje? Zbierają się więc rzemieślnicy lub robotnicy, albo też sklepikarze, i zakładają bank – kasę pożyczkowo-oszczędnościową – dla swych członków. Każdy, który pragnie zostać członkiem tego banku, wpłaca pewną sumę na kapitał zakładowy – udział, który służy jako podstawa do udzielania pożyczek członkom na niski procent. Rozumie się, że nie wszyscy członkowie proszą jednocześnie o pożyczki i dlatego pieniądze, którymi bank rozporządza, wystarczają do wypłaty pożyczek bardziej potrzebującym członkom.
I tak więc spółdzielczość obwieściła światu:
„Wy, upośledzeni, wy – którzy pracujecie w pocie czoła, wyżywiając z trudem rodziny, wy, którzy zaznać pragniecie lepszego życia bez ciągłej troski o jutro – zorganizujcie się i zjednoczcie! Pomagajcie jeden drugiemu, a wtedy będziecie silni i niezależni od czyjejś dobrej lub złej woli! Nie konkurujcie jeden z drugim, bo nie we wzajemnym zwalczaniu się i odosobnieniu tkwi wasza siła; zrzeszajcie się i organizujcie, popierajcie jeden drugiego – bo tylko w jedności siła! Wspólną pracą osiągniecie o wiele więcej, aniżeli w pojedynkę. Pracujcie łącznie, a będziecie się poważać i miłować, a zamiast zazdrości i złości zapanują u was braterstwo i przyjaźń!”.
Spółdzielczość nie rzuca w świat frazesów. We wszystkich krajach i wśród wszystkich narodów, poczynając od zimnych lądów Północy, a kończąc na gorących krainach Ameryki Południowej, od granic Europy Zachodniej do krańców Azji Wschodniej, założone zostały spółdzielnie, zrzeszające ponad 60 milionów rodzin w imię wzniosłego hasła: wybawienia człowieka od cierpień, by żył szczęśliwie dla dobra własnego i ogółu!
Spółdzielczość całego świata przeznaczyła jeden dzień w roku na obchód jej święta – obchodu poświęconego celom kooperacji. W dniu tym opowiada się na całym świecie o wielkim znaczeniu tej pracy, która tworzy kulturę ludzką, o wielkiej wartości pomocy wzajemnej między ludźmi oraz o wielkiej sile tkwiącej w jedności i solidarności między narodami. W dniu tym zwraca się uwagę na to, że najlepsi ludzie wszystkich narodów dążą do stworzenia w przyszłości lepszego, bardziej sprawiedliwego i szczęśliwego życia.
Obchodzimy wprawdzie wiele świąt i w szkołach naszych urządzamy wiele uroczystości poświęconych najważniejszym wydarzeniom w dziejach naszego narodu. Święta te zwracają myśl naszą ku wspólnej przeszłości i krzepią wolę ku dalszej egzystencji naszego narodu, który budzi się do nowego wolnego życia. Ale wszystkie te obchody są poświęcone przeszłości – wielkim wydarzeniom, które miały już miejsce. Innym jest święto spółdzielczości: treścią tego święta jest rzecz, która jeszcze się urzeczywistnia, która się tworzy w teraźniejszości i która ma dopiero nadejść. Święto spółdzielczości jest dlatego świętem teraźniejszości i przyszłości, świętem nadziei całej ludzkości.
Spółdzielczość ustanowiła dla siebie sztandar o siedmiu kolorach tęczy, która – według Tory – dana została, jako „oznaka wiecznego przymierza między Bogiem a ziemią”. Kolory tęczy na sztandarze kooperacji są oznaką, symbolem przymierza między wszystkimi ludźmi i narodami. Naród żydowski, który powstaje do nowego życia, zajmie w tym obchodzie zbratania narodów poczesne miejsce, a pośród narodów, których barwy składają się na różnokolorową tęczę, wzniesie się również nasz sztandar.
Czy kooperacja dotyczy tylko dorosłych? Wcale nie. Również uczniowie – i w ogóle młodzież – uznają wielką korzyść wypływającą ze wspólnej pracy i z wzajemnej pomocy podczas nauki i zabawy. Nie tylko z opowieści i historii przywykliście odnosić się z podziwem wobec mniejszych czy większych dzieł bohaterstwa pojedynczych ludzi czy całych grup pracujących dla dobra ludzkości. Zaznajamiając się z tymi czynami bohaterskimi, myślał sobie niejeden z was, że i on jest zdolny do wielkich usług i czynów dla dobra kolegów i całego narodu, podobnie jak owi bohaterowie, o których czytał i słyszał. Prawda, że łatwo wpaść w entuzjazm wobec tych wzniosłych czynów, ale trudniej samemu być zawsze wspaniałomyślnym, łagodnym i wiernym wobec towarzyszy pracy codziennej i zaprzestać troszczyć się tylko o siebie i o swe własne wygody. A ile będziecie mogli zdziałać wspólnymi siłami, ty i twoi koledzy, dla dobra społeczeństwa i dla dobra szkoły, w której pobieracie naukę.
I oto zebrali się twoi koledzy w wielu szkołach w różnych krajach i założyli „kooperatywy uczniowskie”. W pierwszych tygodniach pomagali im nauczyciele, chociaż codzienna praca wykonywana była przeważnie przez samą młodzież. Starsi spoglądali na to początkowo z uśmieszkiem, mawiając: ,,Ot, dzieci zabawiają się nową grą – kooperatywą”! Uczniowie jednak prędko dowiedli, że nie o zabawę im chodzi. Czyż nie potrzebują zeszytów, piór, bibuły, ołówków? Kiedy urządzą sobie własny sklepik, będą mogli sprzedawać bardzo tanio i nie będą zmuszeni biegać podczas przerw do bliżej lub dalej położonego prywatnego sklepu. Toteż zakładali uczniowskie sklepy spółdzielcze.
Oto potrzebuje ktoś paru złotych na kupno książki lub czapki, a w domu, u rodziców, bieda. Skądże wziąć? Założyli więc uczniowie „kasę pożyczkowo-oszczędnościową”: każdy wpłacał co tydzień w ciągu roku kilka groszy, z czego zebrała się pokaźna sumka. Bo przecież i uczeń potrzebuje trochę pieniędzy, by sobie móc kupić książkę, zabawkę, dopomóc koledze, lub dać na „Keren Kajemet” (wyzwolenie ziemi palestyńskiej). W ten sposób można z oszczędności kasowych, które się nagromadziły w międzyczasie, wypożyczyć parę złotych w potrzebie będącemu koledze, który je zwróci w ciągu kilku tygodni lub miesięcy.
Czy szkoła jest własnością tylko nauczyciela? Nie. Szkoła należy też do uczniów. Każdy z was pragnie zapewne, by w szkole panował zawsze porządek i aby wszyscy się należycie zachowywali również podczas przerw i zabaw. Czy nie dążą do tego uczniowie, nawet bez nakazu nauczyciela? Umówili się zatem, że sami odtąd będą odpowiedzialni za porządek i posłuszeństwo. I oto pewnego pięknego dnia zwróciła się młodzież do swoich nauczycieli i zakomunikowała im, że każda klasa się zorganizowała i chce sama się odtąd troszczyć o czystość i porządek. Uczniowie wierzą, że sami potrafią uważać na kolegów i dopilnować, by ich zachowanie było wzorowe, przyrzekają, że sami się zajmą ozdobieniem ścian – wiedzą przecie, że szkole brak pieniędzy; że pomyślą o dostarczeniu nowych książek dla biblioteki szkolnej, których brak tak dotkliwie odczuwają; że są nawet gotowi dopomagać bibliotekarzowi w katalogowaniu nowych książek i zapisywaniu, kto wziął książkę do czytania i kto odniósł z powrotem. A nauczyciele zapytali: „Czy będziecie mogli, chłopcy, wszystko to wykonać? Czy pomyśleliście dobrze, że będziecie musieli pracować poza godzinami nauki, by zachować porządek, dbać o bibliotekę i o ozdabianie ścian?”. – „Wszystko to zrobimy – odpowiedzieli uczniowie – czego jeden nie dokona, temu podołają wszyscy, kiedy się połączą, zorganizują! Zarząd, który wybierzemy spośród nas, będzie dbał o należyte zachowanie się uczniów. Nauczyciele przekonają się rychło, że zbędne będzie stosowanie kar. Każdy z nas wpłaci parę groszy tygodniowo, za które nikt nie mógłby kupić nawet małej broszury, ale z pojedynczych groszy wszystkich uczniów zbierze się co miesiąc wiele złotych, za które będzie można kupić parę książek, a w ciągu roku – kilkadziesiąt książek, które będą własnością wszystkich uczniów, całego społeczeństwa. Również sklepik spółdzielczy przeznaczy każdego miesiąca część zysków na rzecz biblioteki i ilość książek się znów powiększy. Podobnie upiększymy klasę. Jest to przecież nasz wspólny pokój. Każdy z nas ma w domu ładne obrazki, które otrzymał w prezencie, albo które sam sobie kupił. Każdy przyniesie po jednym obrazku i naradzimy się wspólnie z nauczycielem jak je pozawieszać na ścianach, aby pokój nasz doprawdy ładnie wyglądał. Na lekcjach robót ręcznych i rysunków przygotujemy jeszcze wiele obrazków i wycinanek i zawiesimy je na widocznym miejscu. Tą drogą, wszyscy razem wiele zdziałamy”.
Upłynęło parę miesięcy i nauczyciele wespół z rodzicami podziwiali po prostu zmiany zaszłe w szkole. Porządek zapanował wzorowy, tak iż nauczyciele nie byli zmuszeni ganić tych uczniów, którzy dotychczas przeszkadzali na lekcjach; uczniowie, na czele ze swym zarządem, dbali o karność, łagodzili niesnaski i kłótnie, pomagali słabszym w nauce. Wszyscy niemal uczniowie i uczennice wykupili udziały, uprawniające ich do należenia do spółdzielni uczniowskiej, sprzedającej im pomoce naukowe po tańszych cenach, aniżeli sklepy prywatne. Niedługo, a czysty zysk sklepiku szkolnego przekroczył sumę pięćdziesięciu złotych. Jeden z nauczycieli skontrolował książkę rachunkową kooperatywy i znalazłszy wszystko w porządku pochwalił zarząd. Bibliotece przybyło więcej jak dwadzieścia tomów, uczniowie przy tym dbali sami o porządek w czasie wydawania książek: gwar i rozgardiasz, który dotąd tam panował, kiedy każdy się pchał, by być pierwszym, ustał zupełnie. Raz w tygodniu, wieczorem, zbierają się uczniowie z nauczycielem i każdy opowiada co przeczytał ciekawego.
Założono też „kasę pożyczkowo-oszczędnościową” i uchwalono, że w czasie wakacji wyruszą wszyscy wraz z nauczycielem na wycieczkę w góry. Zarząd uczniowski obliczył, że zapas pieniędzy w kasie oszczędnościowej nie wystarczy na ten cel, postanowiono zatem urządzić przedstawienie, połączone ze śpiewem i deklamacją, a nawet wypożyczyć aparat filmowy dla zademonstrowania jakiejś sceny komicznej. Z biletami nie było kłopotu. Uczniowie je rozsprzedali rodzicom i znajomym. Chodzi wszak o czysty zysk w wysokości jakichś dwustu złotych. Taka mianowicie suma brakuje na przygotowania wycieczkowe: trzeba zakupić 8 plecaków, dwie piłki nożne, aparat fotograficzny, by uwiecznić urocze miejscowości górskie, a również zdjąć na pamiątkę uczestników wycieczki. Wieczór udał się znakomicie. Deklamacje, śpiew, komedyjka, film –bardzo się licznym gościom podobały.
Podczas mroźnej zimy zaproponowało kilka uczennic, by zakupić trzy pary łyżew do ślizgawki na zamarzniętym stawie. Toż to tak przyjemnie się poślizgać, a tu nikt nie może za własne pieniądze kupić łyżew. Propozycję przyjęto. Zakupiono łyżwy i codziennie kto inny na zmianę się ślizgał. Wszyscy się cieszyli z tej dobrej myśli.
Kiedy nadeszło lato, udała się klasa na wycieczkę w góry, zabierając kupiony aparat fotograficzny. Wszyscy zdrowo wrócili z wycieczki, ogorzali ze słońca, weseli, zaopatrzeni w wiele zdjęć. W nowym roku szkolnym kooperatywa została powiększona; wszystko prawie można było w niej nabyć; zysk wynosił ponad 300 złotych. Zgodnie z uchwałą ogólnego zebrania członków zakupiono po trzy egzemplarze podręczników szkolnych dla wypożyczenia ich tym kolegom, których nie stać na kupno własnych książek szkolnych. Z pozostałej części zysku, przeznaczonego na potrzeby szkolne, zakupiono mały kinematograf.
Radość, która zapanowała w szkole, kiedy listonosz przyniósł do szkoły skrzynkę z aparatem kinematograficznym oraz kilkoma filmami, nie da się po prostu opisać. Nazajutrz wieczorem zebrała się w auli szkolnej cała młodzież wraz z nauczycielstwem i rodzicami, by podziwiać nabyty aparat. Na płótnie, rozwieszonym na ścianie, ukazały się przed oczyma zebranych sceny z życia dzikich zwierząt w lasach afrykańskich, obrazy z życia dzieci w Erec-Izrael oraz zwyczajów Indian w Północnej Ameryce. Po przedstawieniu, które się wszystkim nadzwyczaj podobało, przemówił jeden z członków zarządu do zebranych w te słowa:
„Również my, uczniowie, pomimo że jesteśmy bardzo młodzi, możemy wiele zdziałać. Nie myślcie zatem, że tylko dorośli powinni wszystko dla nas robić. Być może, że każdy z nas z osobna jest słaby i czegoś większego dokonać nie jest w stanie – ale społem pomagamy sobie wzajemnie, dbamy o rozwój szkoły. Dawniej zdarzały się u nas kłótnie i niesnaski, ale odkąd istnieje kooperatywa, w której działalności wszyscy są tak zainteresowani, nastały u nas lepsze stosunki, oparte na przyjaźni i gotowości wzajemnych usług. Prawda, niekiedy zdarza się, że jeden z drugim się pokłóci lub ktoś coś zbroi. Ale to są wyjątki i kiedy tylko reszta kolegów zwróci uwagę winnemu na niewłaściwość postępowania, jesteśmy pewni, że w przyszłości to się już nie powtórzy. Oto jest siła organizacji i dlatego powiadam: Niech żyje nasza kooperatywa!”.
Wszyscy przyznali słuszność wypowiedzianym myślom i mówcę gorąco oklaskiwali.
Ale szkoła, o której mowa, nie stanowi wyjątku. W każdej szkole ludowej, a nawet gimnazjum, gdzie tylko znajdowali się dzielni i rozsądni uczniowie (a czyż jest szkoła, w której by uczniów takich nie było?) i dokąd tylko dotarła wiadomość o sile wzajemnej pomocy i jej wpływie na dzieci – zakładano wnet spółdzielnie.
Czy chcecie założyć taką spółdzielnię również w waszej szkole?
Na pewno czytaliście w książce lub gazecie, że młodzież jest przyszłością narodu i że jeżeli ona będzie dobrą i pilną, to i przyszłość narodu będzie lepsza i świetniejsza. Kooperacja dąży do stworzenia bardziej sprawiedliwej przyszłości dla wszystkich warstw narodu i bardzo dobrze, że ucząca się młodzież nie czeka, aż podrośnie, tylko bierze już udział w ruchu spółdzielczym i przyzwyczaja się w zakładanych kooperatywach urzeczywistniać zasady sprawiedliwości, przyjaźni i wzajemnej pomocy.
Kiedy podrośniecie, na pewno będziecie pionierami urzeczywistniania zasad spółdzielczości, gdzie byście się nie znajdowali.
Mojżesz Gordon
Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem Działu Wydawniczego Związku Żydowskich Towarzystw Spółdzielczych w Polsce, Warszawa 1930. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Marcin Rezik | wtorek 7 lipca 2020 | opinie
Jak wynika z najnowszych danych Eurostatu, aż 43,9% Polaków w przedziale wiekowym 25-34 lata nie wyprowadziło się z rodzinnego domu. W rankingu znaleźliśmy się na 9. miejscu od końca w gronie trzydziestu dwóch przebadanych państw. Przyczyny takiego stanu rzeczy są głównie ekonomiczne. Wiele młodych osób bez wsparcia rodziny nie stać nawet nie na nowe mieszkanie, ale na sam wkład własny, niezbędny do zaciągnięcia wieloletniego zobowiązania kredytowego.
Znajdujemy się właśnie w centrum gorącej kampanii prezydenckiej między pierwszą a drugą turą. W obliczu tak alarmujących danych temat dostępności mieszkań dla młodych ludzi powinien być jednym z głównych w toczącej się debacie między kandydatami. Kwestia mieszkaniowa implikuje bowiem konsekwencje dla życia rodzinnego, a w szerszym kontekście dla demografii.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy absolwentem studiów informatycznych na Politechnice Śląskiej, po ukończeniu których w powszechnym przekonaniu powinna na nas czekać dobrze płatna praca. Mamy szczęście i szybko udaje nam się znaleźć zatrudnienie na cały etat, np. w Katowicach. Jako młodszy specjalista otrzymujemy pensję w wysokości 3780 złotych brutto (mediana dla młodszego specjalisty z serwisu wynagrodzenia.pl). Idzie nam nieźle, szef jest z nas zadowolony, więc po trzech latach z nazwy zajmowanego stanowiska znika przymiotnik „młodszy”, a nasza pensja rośnie do kwoty 4760 złotych brutto (dane jak poprzednio). Jesteśmy ambitni i odpowiedzialni, nierzadko zostajemy po godzinach. Przełożony dostrzega nasze zaangażowanie, dlatego po kolejnych trzech latach awansujemy na stanowisko starszego specjalisty z miesięcznymi zarobkami w wysokości 5640 złotych brutto (jak wyżej).
Od momentu skończenia studiów myślimy o tym, by się usamodzielnić i nie siedzieć dłużej na garnuszku rodziców. I tak jesteśmy im wdzięczni za to, że utrzymywali nas przez tak długi czas. Próbujemy znaleźć mieszkanie w Katowicach z rozsądna stawką za wynajem. Nie mamy rodziny, więc na początek wystarczyłaby nam kawalerka. Szybko jednak nasz poszukiwawczy zapał mija, gdy dowiadujemy się, że za malutkie 17-metrowe mieszkanie w Śródmieściu kwota wynajmu przekracza 1000 złotych miesięcznie. Do tego oczywiście należy doliczyć media, które zużyjemy. Lekko licząc wychodzi około 1500 złotych, pod warunkiem, że będziemy oszczędzać. Jesteśmy młodszym specjalistą, więc zarabiamy 3780 złotych brutto, co daje nam na rękę około 2750 złotych. Po odjęciu 1500 złotych, które co miesiąc wydamy na mieszkanie, zostaje 1250 na życie. Przy właściwym gospodarowaniu pieniędzmi jesteśmy w stanie przeżyć za tę kwotę, a nawet czasem pozwolić sobie na wyjście do kina czy pubu. Chcemy przecież założyć rodzinę, więc gdzieś musimy poznać partnera czy partnerkę. Po odliczeniu wydatków na jedzenie, ubrania, samochód (ewentualnie komunikację miejską) i rozrywkę (ale tylko od czasu do czasu) wychodzimy na zero, innymi słowy żyjemy od wypłaty do wypłaty. Nie jesteśmy w stanie odłożyć ani grosza na własne M, o którym zawsze marzyliśmy. Po pół roku jesteśmy już przekonani, że dalsze wynajmowanie mieszkania nie ma sensu. Po co płacić obcym ludziom za prawo do tymczasowego przebywania w miejscu, które nigdy nie będzie nasze, jeżeli możemy wrócić do rodzinnego domu, nieco odciążyć rodziców w opłatach, a przy okazji pomagać im na co dzień w obowiązkach przydomowych (są przecież coraz starsi). Tak przynajmniej sobie tłumaczymy fakt, że póki co nie udało nam się w pełni usamodzielnić.
Oczywiście nie porzuciliśmy myśli o własnym mieszkaniu, dlatego zamierzamy co miesiąc odkładać jak największą sumę. Rodzice nie proszą nas w ogóle o pieniądze. Pewnie głupio im, że nie są w stanie nam pomóc. My jednak postanawiamy dokładać się do miesięcznych rachunków i wydatków na jedzenie w kwocie 1000 złotych. Mieszkamy w Podlesiu, najdalej na południe wysuniętej dzielnicy Katowic, skąd do centrum, gdzie pracujemy, mamy kilkanaście kilometrów. Wydajemy zatem więcej na benzynę. Do tego dochodzą koszty utrzymania samochodu, naprawy, wydatki na ubrania i rozrywkę (ale tylko od czasu do czasu). Powiedzmy, że przez pierwsze dwa i pół roku jesteśmy w stanie co miesiąc odłożyć po 1000 złotych. Uzbieraliśmy zatem 25000 złotych. Wcześniej nie byliśmy zwolennikami kredytów hipotecznych, ale jesteśmy już pewni, że bez zaciągnięcia zobowiązania nigdy nie będzie nas stać na zakup własnego M. Sprawdzamy ceny mieszkań w Katowicach o powierzchni około 50 metrów kwadratowych. Jesteśmy przecież coraz starsi, więc już poważniej myślimy o założeniu rodziny. Wiemy, że w ciasnej kawalerce nikt z nami nie zamieszka. Znajdujemy ładne dwupokojowe mieszkanie za 300 000 złotych. Nie w ścisłym centrum, bo takie są przynajmniej o 50 000 droższe.
Idziemy do banku, gdzie nasz optymizm zderza się z brutalną rzeczywistością. Minimalny wkład własny, jaki musimy posiadać, by przyznano nam kredyt do 20% z 300 000, wynosi 60 000 złotych. Wiemy, że rodzice nie są w stanie nam pomóc. Jesteśmy załamani, ale na osłodę dostajemy awans w pracy i dzięki wzrostowi przychodów możemy odkładać już po 2000 złotych miesięcznie. Po kolejnych trzech latach oszczędzania na naszym koncie jest trochę ponad 100 000 złotych. W międzyczasie poznajemy absolwentkę administracji. Jako urzędniczka bez dużego stażu pracy zarabia oczywiście dużo mniej od nas. Powoli myślimy o tym, by razem zamieszkać. Jej rodzice są w stanie dać nam 50 000 na start. Razem mamy 150 000 złotych i żadnych szans na zakup mieszkania bez zaciągnięcia kredytu. Właśnie wzięliśmy ślub i upatrzyliśmy sobie nowe trzypokojowe mieszkanie (już z myślą o dziecku) na Osiedlu Paderewskiego za 400 000 złotych. Bank przyznał nam 250 000 kredytu z zabezpieczeniem hipotecznym, który będziemy spłacać przez najbliższe dwadzieścia lat. Oczywiście pod warunkiem, że nie stracimy zatrudnienia, bo wtedy czeka nas przymusowa wyprowadzka z naszego gniazdka.
Powyższa historia ilustruje problemy, z jakimi musi mierzyć się wielu młodych ludzi. Bardzo duże koszty wynajmu, horrendalnie wysokie ceny mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym oraz konsekwentnie podwyższany przez banki poziom wymaganego wkładu własnego przy kredytach hipotecznych – nie pomagają w usamodzielnieniu się. To oczywiście ma bezpośrednie przełożenie na decyzję o założeniu rodziny, która często jest odwlekana w czasie. A sytuacja demograficzna Polski wciąż, pomimo programów socjalnych uruchomionych przez rząd (na czele ze sztandarowym 500+), jest fatalna. I choć stan ten trwa od dłuższego czasu, politycy bardzo niechętnie dostrzegają żarzącą się na czerwono lampkę alarmową.
Oczywiście, istniejące bariery w dostępie do mieszkań nie są jedynymi czynnikami zatrważającego poziomu dzietności w Polsce. Do nich trzeba zaliczyć jeszcze m.in. pewność zatrudnienia, wysokość wynagrodzeń, dostępność żłobków i przedszkoli. Posiadanie własnego mieszkania często stanowi jednak element kluczowy dla podjęcia decyzji o założeniu rodziny.
Tymczasem kwestie mieszkalnictwa są poruszane w tegorocznej kampanii prezydenckiej raczej marginalnie i mają problem z przebiciem się do rzeczywistości medialnej, gdzie królują raczej sprawy światopoglądowe. Chyba najbardziej konkretną (i korzystną dla młodych ludzi) propozycję w ramach polityki mieszkaniowej państwa złożył największy przegrany I tury, lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Odwołał się przy tym do zaproponowanego przez ludowców już w zeszłym roku programu „Własny kąt”, w ramach którego można byłoby otrzymać 50 000 złotych dofinansowania do wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu hipotecznego.
Jeden z dwóch kandydatów lewicowych, Robert Biedroń rzucił jedynie hiperoptymistyczne hasło budowy miliona tanich mieszkań na wynajem. Nie sprecyzował jednak, jak wyobraża sobie realizację tego pomysłu.
Andrzej Duda przed pięcioma laty zaproponował program „Twoje mieszkanie”. Po wygranych przez PiS wyborach, rząd zamiast niego uruchomił jednak inny. „Mieszkanie plus”, w ramach którego miały być budowane mieszkania na wynajem, z bardzo niskim czynszem dla osób, których nie stać na zakup własnego M. Dodatkowo dopłata ze środków publicznych miała dawać nadzieję na nabycie mieszkania w przyszłości. Projekt okazał się jednak katastrofą. Na początku roku serwis muratorplus.pl informował, że wybudowano zaledwie… 867 takich mieszkań. Jak wynika z doniesień medialnych, projekt ma zostać przekształcony, a przynajmniej zostanie zmieniona jego nazwa. Teraz dla polityki mieszkaniowej nie znalazł się nawet kawałek miejsca w deklaracji programowej urzędującego prezydenta.
Jego konkurent w II turze, w niedawno udostępnionym programie, kwestiom mieszkalnictwa poświęca trochę więcej uwagi, aczkolwiek bez wskazania zbyt wielu konkretów. Rafał Trzaskowski przede wszystkim chciałby powrotu do programu „Mieszkanie dla młodych”. W formie w jakiej funkcjonował przed kilkoma laty, przewidywał on dofinansowanie w wysokości 10% dla singli i 15% dla rodzin do wkładu własnego, koniecznego przy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza tym Trzaskowski dość enigmatycznie pisze o potrzebie wsparcia samorządów pieniędzmi unijnymi poprzez stworzenie Samorządowego Forum Mieszkaniowego. Kandydat PO na prezydenta liczy, że dzięki temu w ciągu pięciu lat samorządom uda się „zbudować wiele tysięcy mieszkań”.
Szymon Hołownia zapowiadał wsparcie dla samorządów w budowaniu mieszkań komunalnych oraz remontowanie tzw. pustostanów. Krzysztof Bosak w czasie kampanii poruszał raczej kwestie ustrojowe. Na jego stronie próżno szukać szczegółowych rozwiązań jakichkolwiek problemów, a tym bardziej mieszkalnictwa.
Pozostałych kandydatów pozwoliłem sobie pominąć nie tylko dlatego, że stanowili tło kampanii wyżej wymienionej szóstki. Wszyscy oni o polityce mieszkaniowej mówili bardzo mało, bądź wcale.
Prawda, że przedstawienie propozycji zmian sytuacji mieszkalnictwa w Polsce osób ubiegających się o urząd prezydenta zajęło bardzo niewiele miejsca? Ta lapidarność nie wynika z tego, że chciałem jak najszybciej zakończyć pisanie niniejszego artykułu. Jest raczej dowodem na to, że osoby mające ambicje zostać najważniejszą osobą w państwie po prostu nie mają zbyt wiele do powiedzenia na ten temat. A jeżeli już zabierają w nim głos, często nawiązują do starych, zwykle nie do końca trafionych pomysłów. Szkoda…
Marcin Rezik
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Remigiusz Okraska | niedziela 5 lipca 2020 | opinie
O polskim systemie edukacji sporo się mówi w ostatnich miesiącach. Reforma gimnazjalna i jej skutki, strajk nauczycieli i reakcje na niego – wszystko to budziło sporo zainteresowania i emocji. Znacznie rzadziej wspomina się o polskiej prowincji, a jeszcze mniej o kondycji szkolnictwa poza wielkimi miastami. A byłoby o czym mówić. O tym, że nie jest dobrze.
Akcja likwidacja
„Przerzedzenie sieci szkolnej” – takim terminem posługują się niektórzy naukowcy, komentatorzy, politycy i urzędnicy. Brzmi dość niewinnie, prawda? Ale w liczbach bezwzględnych już niekoniecznie. Od początku III RP do roku 2012 zamknięto co trzecią szkołę w Polsce – z około 19,5 tys. placówek ich liczba spadła do niespełna 13 tysięcy. Tylko w okresie pełnego wdrażania reformy gimnazjalnej, czyli w latach 1999-2004, zlikwidowano ponad 4,4 tys. podstawówek. Naukowcy Artur Bajerski i Agnieszka Błaszczyk wyliczyli, że znacznie chętniej likwidowano placówki na obszarach wiejskich niż w miastach. W okresie 1990-2012 liczba szkół podstawowych w miastach zmalała o 14%, ale na wsi ubyło ich o ponad 40%.
Z kolei Karol Trammer wyliczył to samo, ale dla krótszego okresu. W tym przypadku proporcje wyglądają jeszcze gorzej: „Likwidacje w przytłaczającej większości dotknęły szkół wiejskich – 53,5 proc. spośród zamkniętych w latach 2007-2012 to placówki w gminach typowo wiejskich, 17,6 proc. w gminach wiejskich popegeerowskich, natomiast 14,7 proc. to placówki w gminach miejsko-wiejskich z dominującą funkcją rolniczą. Ogółem 86 proc. zlikwidowanych szkół podstawowych w latach 2007-2012 to szkoły z gmin wiejskich oraz miejsko-wiejskich”. To nie wszystko. Jak podaje Instytut Badań Edukacyjnych (IBE), w latach 2007-2012 kolejnych 400 szkół ograniczyło skalę działalności, z czego w ponad połowie z nich pozostały tylko klasy I-III.
Następne lata przyniosły kontynuację tego procesu, choć już na mniejszą skalę. Efekt tego wszystkiego? W Polsce jest ponad 500 gmin, w których funkcjonują nie więcej niż dwie szkoły podstawowe. To niemal jedna piąta ogółu gmin w naszym kraju.
Oprócz wspomnianych zmian ponad 500 szkół przekształcono w niepubliczne, znowu głównie w małych miastach i we wsiach. Samorządy lokalne przekazały prowadzenie tych placówek stowarzyszeniom i fundacjom. Często była to jedyna alternatywa dla likwidacji. Tyle że oznaczała m.in. gorsze warunki zatrudnienia. W szkołach takich nie obowiązywały niektóre zapisy Karty Nauczyciela. W efekcie w wielu placówkach znaczna część kadry pedagogicznej to osoby zatrudnione w oparciu o umowy śmieciowe, tylko dorabiające w takim miejscu, niezwiązane silnymi więziami ze szkołą i uczniami. Albo, przeciwnie, osoby zmuszone sytuacją ekonomiczną do podejmowania się ogromnej ilości obowiązków kosztem jakości kształcenia. Raport NIK przed kilkoma laty stwierdzał: „Likwidacja szkół skutkowała częściową utratą miejsc pracy. […] Nauczyciele przechodzący do nowo powstałych szkół otrzymywali wynagrodzenie średnio o 40% niższe od przeciętnego wynagrodzenia nauczycieli szkół gminnych przy jednocześnie zwiększonym o 28% wymiarze godzin dydaktycznych”.
Trudno oczekiwać, że pedagodzy gorzej opłacani i bardziej zapracowani zapewnią taki sam poziom nauczania jak przed zmianami statusu szkół. Dopiero decyzja rządu wprowadziła obowiązek zatrudniania nauczycieli wyłącznie w oparciu o umowę o pracę od 1 września 2018 r.
Demografia czy alibi?
Najczęściej przywoływaną przyczyną trendu zamykania szkół jest zapaść demograficzna. Argumentuje się, że przyrost naturalny był kiedyś znacznie wyższy, a co za tym idzie – liczne były kolejne roczniki uczniów. Brzmi to zdroworozsądkowo – skoro jest mniej uczniów, to potrzeba mniej szkół. Ale w wielu przypadkach tylko pozornie. Wystarczy wspomnieć, że ogromna fala likwidacji placówek w III RP dotyczyła sytuacji, w której na progu zmian mieliśmy klasy bardzo liczne (nawet ponad 40 uczniów i uczennic) oraz placówki, w których tworzono wiele klas równoległych w każdym z roczników.
W takich realiach funkcje pedagogiczne i wychowawcze często realizowano połowicznie lub fikcyjnie. Zmniejszenie liczebności roczników i spadek ilości klas dałyby, w przypadku braku likwidacji szkół, szanse na znaczne polepszenie procesu kształcenia i wychowania. Mowa nie tylko o większej możliwości indywidualnego podejścia do uczniów i ich predyspozycji czy deficytów edukacyjnych, ale także o znacznie lepszych warunkach do rozpoznania problemów wychowawczych czy socjalnych.
Takie podejście byłoby wskazane szczególnie w szkołach prowincjonalnych. Ich uczniowie pochodzą często ze środowisk uboższych, z mniejszym kapitałem kulturowym, nierzadko dotkniętych rozmaitymi problemami i deficytami. Placówki ulokowane są w miejscowościach czy okolicy, gdzie pozaszkolna oferta edukacyjna czy kulturalna jest znacznie gorsza niż w dużych miastach. To w szkołach prowincjonalnych więcej jest dzieci z rodzin niepełniących nieformalnych zadań edukacyjnych, pozbawionych księgozbiorów, z rodzicami bez wyższego wykształcenia, dysponujących mniejszymi lub żadnymi środkami na korepetycje i zajęcia dodatkowe, nie mających łatwego dostępu do placówek kulturalnych i bogatej oferty kształcenia pozaszkolnego.
Z badań dr. Przemysława Sadury wynika, że korepetycje pobierało 69% dzieci wyższej kadry zarządzającej i specjalistów, 52% dzieci pracowników średniego szczebla, 33% dzieci robotników i 10% potomstwa rolników. W ujęciu regionalnym jeden z raportów Instytutu Badań Edukacyjnych wskazuje, że największy odsetek uczniów nieuczestniczących w żadnych nieodpłatnych zajęciach dodatkowych – 60 i więcej procent ogółu – to osoby z trzech województw, które zarazem są regionami o mniejszym występowaniu dużych i zamożnych miejscowości: podkarpackiego, warmińsko-mazurskiego i lubuskiego. W raporcie czytamy: „Województwo warmińsko-mazurskie, charakteryzujące się wysokim udziałem dzieci nieuczestniczących w zajęciach dodatkowych, najrzadziej wskazało jako przyczynę brak takiej potrzeby, natomiast relatywnie często wskazując na brak takich zajęć w miejscu zamieszkania czy też przyczyny materialne”.
Problem jest tym większy, że w Polsce istnieją duże różnice dotyczące dostępu do opieki przedszkolnej. Przedszkola są, a raczej mogłyby być pierwszym etapem zdiagnozowania problemów edukacyjnych i społecznych oraz wyrównywania szans dzieci wobec zróżnicowania rodzinnego. Co z tego, skoro w zależności od doboru grupy wiekowej odsetki maluchów uczęszczających do przedszkoli różnią się na niekorzyść dzieci z obszarów wiejskich o 30-40 punktów procentowych. Raport IBE przypomina, że „Analiza danych dotyczących miejsc w placówkach wychowania przedszkolnego pokazuje, że na wsi jest ich znacznie mniej niż w miastach – zaledwie jedna czwarta miejsc w takich placówkach. Dysproporcje widać też na poziomie samych przedszkoli, z wyłączeniem innych typów placówek – jedynie 23% miejsc w przedszkolach znajduje się na wsi. Opisywane dysproporcje między miastem a wsią staną się szczególnie wyraźne, jeśli zestawimy je z liczbą dzieci na wsi i w miastach – na wsi mieszka niewiele mniej dzieci w wieku przedszkolnym niż w miastach”.
Co to oznacza? Że w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych porządna szkoła mogłaby, a nawet powinna pełnić rolę ważniejszą niż w dużych ośrodkach. W przeciwnym razie istniejące nierówności regionalne czy indywidualne nie są przezwyciężane czy łagodzone, lecz wręcz przeciwnie – ulegają pogłębieniu. Dzieci z prowincji już na starcie przegrywają z rówieśnikami z dużych miejscowości. Raport IBE z roku 2015 podkreśla: „Należy pamiętać, że gdy mówimy o gorszym dostępie do edukacji na wsi, mówimy o problemie, który dotyczy 1/3 gospodarstw domowych. Równocześnie, gdy mówi się o bardzo dobrym dostępie do edukacji w miastach największych, będzie to dotyczyło 14% gospodarstw”.
Kasa się nie zgadza
Dlaczego samorządy lokalne likwidują szkoły? Bo mogą i muszą. Mogą, bo to one są organami prowadzącymi placówek. Teoretycznie edukacja znajduje się w pieczy państwa, ale decentralizacja sprawiła, że o być albo nie być placówki decyduje samorząd. Państwo co prawda sprawuje teoretyczny nadzór, ale każdy rząd może wskazać, że szkoły zostały zlikwidowane przez gminy i powiaty. A te likwidują z prostej przyczyny. Bo muszą: „Utrzymanie jednego ucznia to ponad 30 tys. zł rocznie. Natomiast z subwencji oświatowej dostajemy 7 tys. zł” – mówiła „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Jolanta Mysłowska, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Krzczonowie. Anna Kołomycew z Uniwersytetu Rzeszowskiego stwierdza: „polityka oświatowa stanowi szczególne obciążenie dla budżetów gmin wiejskich i miejsko-wiejskich, w których wydatki oświatowe stanowią średnio 42% ogółu wydatków bieżących, ale zdarzają się gminy, w których sięgają nawet 60%”. Warto powiedzieć to jeszcze raz: są gminy, których niemal dwie trzecie wszystkich wydatków pochłaniają dopłaty do funkcjonowania szkół…
Tę zasadę – pieniądze idą za uczniem – „przyklepała” reforma edukacji z roku 1999. Miało to wymóc oszczędności i racjonalne gospodarowanie środkami oraz premiować szkoły dobrze zarządzane i atrakcyjne. Tyle że w przypadku tak niskiej subwencji poskutkowało zarówno wspomnianą falą likwidacji szkół, jak i kolejnym wzrostem nierówności szans i możliwości. Ubogie gminy musiały zamknąć wiele placówek, a dzieci „upchnąć” w pozostałych szkołach-molochach, obniżając jakość kształcenia w nich.
Gminy zamożniejsze stać na pokrycie wspomnianej różnicy między subwencją państwową a kosztami edukacji ucznia. I znowu okazuje się, że te uboższe to zazwyczaj gminy prowincjonalne, wiejskie i małomiasteczkowe, z uboższą ludnością i niższymi wpływami z podatków indywidualnych i od przedsiębiorstw. Z kolei większymi środkami dysponują miejscowości duże i zamożne, przyciągające inwestycje, siedziby sporych firm i oferujące mieszkańcom wyższe pensje. Czyli na lepsze szkoły oraz ich bardziej gęstą sieć mogą liczyć ci, którzy już i tak mają więcej możliwości i szans. Słabych natomiast osłabia się jeszcze bardziej.
Tymczasem zależność indywidualnego sukcesu od jakości kształcenia to nie tylko fakt potwierdzony badaniami społecznymi (lepsze wykształcenie oznacza zazwyczaj bardziej prestiżową pracę, wyższe zarobki, niższe bezrobocie itp.). Nie tylko postulat środowisk prospołecznych. To także coś, co akcentuje nawet znaczna część liberałów, uważając, że co prawda każdy sobie rzepkę skrobie, ale żeby konkurencja była uczciwa, trzeba zapewnić równość szans.
Szkoła za horyzontem
Kolejnym likwidacjom placówek oświatowych towarzyszyły zapewnienia, że do tych, które przetrwały i przyjęły uczniów z zamykanych szkół – zostanie zapewniony dowóz uczniów. Podobnie było z tworzeniem gimnazjów, co oznaczało obniżenie wieku oznaczającego konieczność dojazdu do placówek usytuowanych poza miejscem zamieszkania wielu uczniów.
Prof. Marta Zahorska pisze: „polepszyły się warunki nauczania uczniów w miejscowościach gminnych, w których ulokowane były gimnazja. Natomiast zdecydowanie w gorszej sytuacji są uczniowie dowożeni do tych gimnazjów z okolicznych miejscowości. Czas docierania tych dzieci do szkół wydłużył się, muszą też czekać na rozpoczęcie lekcji aż wszyscy uczniowie zostaną dowiezieni. Podobnie opóźniony jest ich powrót do domu”. Z kolei prof. Krystyna Marzec-Holka dodaje: „Według Elżbiety Tołwińskiej-Królikowskiej (wiceprezes Federacji Inicjatyw Oświatowych) negatywne skutki zamknięcia wiejskiej szkoły to: konieczność dowożenia dzieci do szkoły/innej placówki; ograniczenie środków finansowych gminy – w wielu autobusach nie ma opiekuna dla dzieci na czas przejazdu; w okresie zimowym przejazd lokalnymi drogami jest utrudniony; dzieci marzną na przystankach […]; po południu nie mogą korzystać z oferty zajęć pozalekcyjnych i korekcyjnych, bowiem są odwożone do miejsc zamieszkania, a innej możliwości dojazdu nie ma”.
Problem ten znowu ma bardzo konkretny wymiar i przybiera postać dużych różnic między wsią a miastami. Raport GUS pokazuje, że w roku 2013/14 aż 28% uczniów szkół podstawowych na wsi i jedynie 5% uczniów mieszkających w miastach musiało dojeżdżać do szkół. W przypadku gimnazjów było to odpowiednio 46 i 11% uczniów. W odległości 3-5 km od szkoły podstawowej mieszka 14% uczniów klas I-IV na wsi i tylko 2% w mieście, a w odległości 5-10 km od placówki 7% uczniów ze wsi oraz 1% z miasta. W przypadku gimnazjów jest jeszcze gorzej: odległości do 5 i do 10 km do takich placówek pokonywało po 20% uczniów ze wsi oraz odpowiednio tylko 4 i 5% ich rówieśników z miast. Raport IBE pt. „Uwarunkowania decyzji edukacyjnych” stwierdza, że „Dostęp do szkół podstawowych i gimnazjów jest powszechny, ale połączony z silnie różnicującą uczniów mieszkających na wsi i w mieście koniecznością dojazdów – przede wszystkim w przypadku gimnazjów”.
Oznacza to, że dzieci ze wsi i małych miasteczek są w zasadzie „skazane” na szkołę najbliższą, niezależnie od jej poziomu czy preferencji uczniów. Z raportu IBE wynika, że „im większe miasto, tym bardziej można mówić o faktycznym podejmowaniu decyzji dotyczących wyboru placówki – odsetek przypadków, kiedy wybierano spośród kilku alternatyw (zazwyczaj 2-3), jest wyższy dla większych miast, niższy dla mniejszych, a najniższy na wsi. Na przykład w przypadku gimnazjum nad wyborem szkoły zastanawiano się w przypadku 8% gimnazjalistów mieszkających na wsi i aż jednej trzeciej gimnazjalistów pochodzących z wielkich miast”.
Federacja Inicjatyw Oświatowych alarmowała już w roku 2011: „Pomimo że w większości przypadków odległość wsi do większej szkoły nie jest bardzo duża (kilka kilometrów), to droga dojazdu autobusu jest dużo dłuższa z powodu konieczności objechania wielu wsi – czas dojazdu to nawet godzina. W okresie zimowym przejazdy lokalnymi drogami nie odbywają się punktualnie – dzieci marzną na przystankach. Ze względu na organizację dowozu dzieci często docierają do szkoły dużo za wcześnie, na przykład o godz. 6.30, i czekają na rozpoczęcie lekcji w świetlicy”. Karol Trammer dodawał: „Dowozowi do szkół przyjrzała się również Najwyższa Izba Kontroli – w 2009 r. podczas kontroli w gminach wiejskich Warmii i Mazur wykryto przypadki transportu szkolnego zorganizowanego tak, że uczniowie najmłodszych klas szkoły podstawowej przebywali poza domem ponad osiem godzin, choć ich lekcje trwały cztery godziny. Niektórzy uczniowie klas nauczania początkowego oczekiwali na odwiezienie do domów ponad trzy godziny po zakończeniu lekcji”.
Jeszcze większa skala i dotkliwość problemu dotyczą uczniów szkół ponadgimnazjalnych. O ile dwa pierwsze szczeble edukacji szkolnej mają zapewniony dowóz pojazdami organizowanymi przez gminy, o tyle powyżej poziomu gimnazjów uczeń i jego rodzice są pozostawieni samym sobie. Wszystko to w kraju, w którym problem wykluczenia komunikacyjnego na prowincji jest w ostatnich latach głośny i szeroko opisany. Bo z wielu miejscowości „Polski B” całkowicie lub niemal zupełnie zniknął kolejowy i autobusowy transport zbiorowy.
Nie dla dorosłych
Likwidacja szkół w małych, zwykle mniej zamożnych miejscowościach, dotyka nie tylko dzieci i młodzieży. Raport IBE z 2014 podkreślał: „W wielu wsiach, których dotykają zmiany w sieci, szkoła jest jedyną świecką placówką publiczną, jedynym istniejącym jeszcze miejscem reprezentującym państwo. Ma swoje tradycje, stanowi symbol dawnych nadziei na lokalny rozwój. Nawet jeśli nadzieje te pozostały płonne, tj. przez lata rozwój nie nastąpił, utrata tego ostatniego symbolu postrzegana jest jako moment definitywnego upadku wsi”.
Cytowani już Bajerski i Błaszczyk dodają: „O ile w miastach zamknięcie szkoły nie wpływa znacząco na życie ich mieszkańców, o tyle na wsi jest zazwyczaj istotnym wydarzeniem dla lokalnej społeczności, któremu przypisuje się szereg negatywnych konsekwencji”. Z kolei Kołomycew stwierdza, że „w przypadku szkół wiejskich pojawia się szereg problemów niespotykanych w środowisku miejskim. […] Zaliczyć do nich należy przede wszystkim […] pozaedukacyjne funkcje pełnione przez szkoły na wsi, tj. integracyjne i kulturowe […]. Małe szkoły na obszarach wiejskich są postrzegane jako centrum życia wsi […], świadczą o rozwoju danej miejscowości i wpływają na jej rangę i rozwój”.
Zamykanie szkół we wsiach i niewielkich miastach oznacza, że znikają w nich jedyne lub jedne z niewielu budynków publicznych. W dodatku takie, których przestrzeń i wyposażenie umożliwiały pełnienie funkcji niemożliwych do przeniesienia w inne miejsca. Z kolei placówkom, które pozostały przy życiu, lecz „dogęszczono” je uczniami z likwidowanych szkół, trudniej pełnić inne funkcje dla lokalnej społeczności i pogodzić je z większą skalą wysiłków edukacyjnych.
Zbigniew Kwieciński podsumowywał przed kilkoma laty: „zrobiono wiele w ciągu ostatnich 15 lat […] dla niszczenia kształtowanej przez wieki gęstej sieci szkół podstawowych na wsi, która towarzyszyła rozwojowi sieci osadniczej, która mogłaby być obecnie podłożem kształtowania nowego »modelu szkoły, jako centrum kultury na wsi i tak pożądanego powszechnego przedszkola wyrównawczego«”.
Trzeba inaczej
Niedawny spór między zwolennikami i przeciwnikami gimnazjów tylko w niewielkim stopniu dotyczył omawianej sprawy. Niektórzy przeciwnicy gimnazjów przekonywali, że lepiej jest, aby dzieci pozostawały dłużej w szkole, do której mają bliżej. Zwolennicy zlikwidowanego szczebla argumentowali, że szkoły podstawowe nierzadko blokują rozwój uczniów, bo państwa polskiego nie stać na porządne wyposażenie wszystkich podstawówek. Jedni i drudzy omijają sedno problemu, jakim jest to, że w wielu miejscach „Polski B” nie było dobrego dostępu do dobrej jakości ani szkół podstawowych, ani gimnazjów.
Za najlepszy system edukacyjny na świecie uważany jest model szkolnictwa funkcjonujący w Finlandii. Wymienia się wiele jego cech specyficznych i zalet. Ale jedną z kluczowych i zarazem rzadko w Polsce dostrzeganych jest to, co jego badaczka i admiratorka prof. Pirjo Linnakylä opisuje tak: „W Finlandii nieistotne jest, w jakim miejscu uczeń żyje oraz do jakiej szkoły pójdzie. Możliwości kształcenia są w praktyce takie same w całym kraju, niezależnie od tego, czy uczeń ten mieszka na dalekiej Północy – w najdalszych obszarach regionu Lapland, czy w stołecznym obszarze Helsinek”. Póki co Polska robi coś niemal dokładnie odwrotnego.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski