przez redakcja | wtorek 10 października 2023 | aktualności
Do połowy przyszłego roku zlikwidowana zostanie działalność zakładu Signify w Bielsku-Białej. Załoga fabryki została poinformowana kilka dni temu.
Jak pisze portal bielsko.biala.pl, o zwolnieniach i likwidacji dawnego zakładu Philipsa poinformowana została kilka dni temu załoga fabryki. Pracę straci blisko 130 pracowników. Niektórzy pracują w tym miejscu od 30 lat. Na razie o planowanych zwolnieniach grupowych nie został poinformowany Powiatowy Urząd Pracy w Bielsku-Białej, ale likwidację fabryki potwierdziła centralna spółki, która tłumaczy to „względami rynkowymi”. Likwidacja zakładu potrwa ok. 10 miesięcy.
W negocjację na temat wysokości odpraw zaangażowana będzie NSZZ Solidarność. Pierwsze spotkanie planowane jest w przyszłym tygodniu. Problemem jest spora liczba pracowników, którym brakuje do emerytury 2, 3 czy 5 lat i w momencie likwidacji fabryki stracą ochronę – mówi pracownik Signify. Dyrekcja zaproponowała odprawy w trzech progach, odpowiednio 21, 19 lub 17 tys. zł brutto.
przez redakcja | poniedziałek 9 października 2023 | aktualności
Huta Stalowa Wola odkupiła aktywa zakładu maszyn budowlanych od chińskiego właściciela Liugong Dressta Machinery. Przejęła też pracowników.
W komunikacie jeden z największych zakładów zbrojeniowych w Polsce, wytwarzający m.in. słynne haubice Krab i szykujący się do seryjnej produkcji nowej generacji wozów bojowych piechoty „Borsuk”, podał, że ubiegłotygodniowa transakcja została sfinansowana ze środków z dokapitalizowania, otrzymanych z Funduszu Inwestycji Kapitałowych. Kosztów przejęcia firma nie ujawnia, zasłaniając się tajemnicą handlową przedsiębiorstwa. Nieoficjalnie mówi się, że za przejęcie nieruchomości i wyposażenia HSW trzeba było Chińczykom zapłacić mniej więcej dwukrotność kwoty, za którą ponad dekadę temu LiuGong kupował część produkcyjną HSW wraz z technologiami, prawami do rynków itp.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, nabyte zasoby, w tym 551 pracowników z dużym doświadczeniem w produkcji ciężkich maszyn budowlanych, płynnie zasilą teraz specjalnie utworzony nowy oddział pod nazwą: Huta Stalowa Wola S.A. Oddział I w Stalowej Woli, który znacząco zwiększy zdolności produkcyjne HSW S.A.
O tym, że podkarpacki producent haubic krab i sprzętu pancernego zamierza sięgnąć po aktywa LiuGong Dressta Machinery, chińskiego inwestora, który ponad dekadę temu kupił za 300 mln zł cywilną część HSW produkującą maszyny budowlane, mówiono w Stalowej Woli od miesięcy. Huta koordynuje też działanie spółek zależnych, np. dolnośląskiego Jelcza (dostarcza wojsku zestawy ciężarówek i wyspecjalizowanych podwozi do wielu systemów uzbrojenia) a także sanockiego Autosanu (odpowiada w PGZ za produkcję wielozadaniowego opancerzonego wozu Waran – podstawowej platformy transportowej dla rakietowych niszczycieli czołgów Otokar-Brzoza i wykorzystującego uzbrojone drony przeciwpancernego systemu Gladius.
Nowy potencjał produkcyjny wzmocniony aktywami przejętymi od LiuGong Machinery – po odpowiednim dostosowaniu – powinien ułatwić Hucie zrealizowanie jej planów, w tym podwojenia produkcji uzbrojenia.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 8 października 2023 | edytorial, Kwartalnik, nr 42/(93)
To nasza wojna, choć nie na naszym terytorium. Toczy się m.in. dzięki naszemu wsparciu. I w naszym, nie tylko ukraińskim interesie wykrwawiają się i cierpią tysiące napadniętych tuż za wschodnią granicą.
Polacy to rozumieją. Choć po pierwszej napaści Rosji na Ukrainę w 2014 roku próbowano w naszym kraju uruchomić rozmaite agentury wpływu mające skłócać Polaków z Ukraińcami, nie na wiele się to zdało. Pełnoskalowa napaść w lutym 2022 roku pokazała to dobitnie. Ogromna skala zaangażowania w pomoc uchodźcom wojennym, przytłaczająca sondażowa skala niechęci wobec Rosji i Putina oraz sympatii wobec napadniętego narodu, unaoczniły, iż kompas moralny mamy jako zbiorowość ustawiony właściwie.
Oczywiście są wyjątki. Są polityczne hieny żerujące na cudzym nieszczęściu. Są spiskowi maniacy. Są tzw. rusofile, którym imponuje kremlowski syf z malarią. Są ludzie pogubieni i swoje faktyczne czy urojone krzywdy odreagowujący na innych. Ale to margines, nawet jeśli czasami krzykliwy w internecie.
Wszystko to w kraju przyfrontowym. W obliczu mas uchodźców, którzy zamieszkali w Polsce na skalę wcześniej nieznaną. Przy istnieniu rozmaitych dziejowych zaszłości i zadrażnień. W sytuacji, gdy sami dopiero niedawno przestaliśmy być skrajnie biedni i sponiewierani. Mimo to polska reakcja na krzywdy sąsiedniego narodu i kraju jest naprawdę dobra.
Można było mieć różne wątpliwości wobec umownie pojmowanego Zachodu. Amerykanie nierzadko zachowywali się jak słoń w składzie porcelany. Wzniosłymi hasłami maskowali swoje interesy i nierzadko brutalne sposoby ich realizacji. „Humanitarne bombardowania” to frazes wprost obrzydliwy. Ale w żadnej mierze nie usprawiedliwia to imperializmu rosyjskiego i jego zbrodni. A w naszej części świata to one są bardziej dotkliwe i namacalne. Od lat i stuleci.
O prawie Ukrainy do samostanowienia i antyrosyjskiej czy prozachodniej orientacji piszemy od dawna. Jeszcze w czasach, gdy poprzednikiem „Nowego Obywatela” był „Obywatel”. Pisaliśmy o tym m.in. w 2005, 2007, 2008. W roku 2014 na Festiwalu Obywatela mieliśmy o tym całą debatę. W 2015 na naszej stronie internetowej krytykowaliśmy postrzeganie Europy Środkowo-Wschodniej jako rosyjskiej strefy wpływów i przyklaskiwanie temu idiotyzmowi przez niemałą część zachodniej lewicy. To wszystko nie było wtedy wcale takie oczywiste. Panowało wiele złudzeń wobec Rosji, były „resety” w polityce wobec Putina, rytualnie szydzono z „rusofobii”.
Nie ma „stref wpływów”. Są, a przynajmniej być powinny wolne kraje i wolne narody. Samostanowiące o własnym losie, orientacji, przynależności i sojuszach. Ukraińcy walczą dziś nie tylko o swój byt, lecz także o polskie bezpieczeństwo. Dawno już w naszej części świata nie realizowało się tak dobitnie hasło „za wolność naszą i waszą” – pierwotnie użyte na demonstracji ku czci antycarskich spiskowców-dekabrystów w Warszawie w styczniu 1831 roku.
W bieżącym numerze piszemy o wojnie, geopolityce, obronności. O wojskowych i gospodarczych alternatywach wobec moskiewskich knowań w naszej części świata. O regionalnej niezależności wobec tych krajów Zachodu, które lekceważą rosyjskie zagrożenie lub nie przeszkadza im ono w interesach z Kremlem. O polskiej polityce wschodniej. O pomocy humanitarnej dla walczących i dla uciekających przed koszmarem. O rozkwicie nowej kultury ukraińskiej. O intelektualnych tradycjach „rozbrajania” Rosji. O tym, jak wobec napaści określił się papież, a jak zrobiło to mocarstwo chińskie. O tym, jak to jest być ukraińskim lewicowcem w czasie wojny. Oraz, nie uciekając od tematów niewygodnych, o tym, że w Ukrainie pod pretekstem obrony kraju ogranicza się prawa pracownicze.
Jeden numer to za mało, aby przyjrzeć się wszystkim aspektom wojny za wschodnią granicą. Ale sądzę, że ukazaliśmy szeroką panoramę zjawiska. Z tym przekonaniem zapraszam do lektury.
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – zajrzyj proszę tutaj.
Zobacz zajawkę numeru!
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Frauke Roether z Pixabay.
przez redakcja | niedziela 8 października 2023 | aktualności
Według raportu czeskiego KRNAP w Karkonoszach odnotowano zwiększoną aktywność wilków.
Jak informuje portal Karkonosze Go, Karkonosze ponownie stały się domem wilków. Świadczy o tym ponad sto raportów z ostatnich sześciu miesięcy. Przypadkowi świadkowie i pracownicy parku narodowego donosili o bezpośredniej obserwacji wilków lub znalezieniu ich śladów. Według specjalistów, dwa terytoria sięgają czeskich Karkonoszy, gdzie przemieszcza się 6–11 wilków – czytamy w raporcie przygotowanym przez czeskiego rzecznika Karkonoskiego Parku Narodowego.
W tym roku po polskiej stronie Karkonoszy, w stadzie zamieszkującym ich wschodnią część, potwierdzono rozród. Według raportu, właśnie w Karkonoskim Parku Narodowym można spodziewać się bardziej udanego powrotu wilków niż na okolicznych terenach wiejskich. Park narodowy ze względu na swoją misję i charakter ekosystemu jest odpowiednim biotopem dla ich istnienia.
przez redakcja | piątek 6 października 2023 | aktualności
Ponad 100 pracowników Izby Administracji Skarbowej w Katowicach złożyło pozwy w Sądzie Pracy w Katowicach, w których domagają się wypłaty zaległych podwyżek zapisanych w porozumieniu zawartym między stroną związkową i pracodawcą w 2020 roku.
Jak informuje portal solidarnosc.org.pl, Zgodnie z porozumieniem podpisanym w styczniu 2020 roku między kierownictwem Krajowej Administracji Skarbowej i związkami zawodowymi wynagrodzenia pracowników skarbówki w 2020 roku miały wzrosnąć łącznie o 13,9 proc. Tymczasem rzeczywista podwyżka, którą otrzymali, wyniosła 11,9 proc. – Pracownicy domagają się wypłaty zaległych podwyżek wraz z odsetkami. Po prostu upominają się o to, co im się należy – mówi Dominik Lach, przewodniczący Organizacji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Administracji Podatkowej Województwa Śląskiego.
Inicjatorem akcji składania pozwów w Sądzie Pracy jest Organizacja Zakładowa NSZZ „Solidarność” Pracowników Administracji Podatkowej Województwa Śląskiego, która w 2021 roku wszczęła spór zbiorowy z Dyrektorem Izby Administracji Skarbowej w Katowicach. Jednym ze zgłoszonych wówczas postulatów była pełna realizacja zapisów porozumienia płacowego. – Pracodawca przyjął postawę „nie, bo nie”. Ostatecznie sprawa trafiła do Sądu Arbitrażowego w Katowicach.
przez redakcja | czwartek 5 października 2023 | aktualności
Węglokoks S.A. nabył 80,43% akcji Przedsiębiorstwa Przeładunkowo-Składowego „Port Północny” od SEA-invest Corporation – co daje mu kontrolę nad spółką. Sprzedany w 2010 roku Belgom i Hindusom, teraz wraca w polskie ręce.
Jak informuje portal wnp.pl, jest to jedyny w Polsce port masowy, który pozwala na wpłynięcie statków z zanurzeniem takim, jak w cieśninach duńskich – czyli 15 metrów – i odpowiada za ponad połowę przeładunków węgla w naszym kraju. Jest więc kluczowym aktywem dla zabezpieczenia importu materiałów masowych, w szczególności węgla energetycznego, koksującego i rudy żelaza.
Węglokoks nabył akcje Przedsiębiorstwa Przeładunkowo-Składowego „Port Północny” od SEA-invest Corporation. Rzecznik prasowy Węglokoksu Jarosław Latacz przekazał PAP, że w wyniku transakcji Węglokoks – grupa kapitałowa zrzeszająca spółki z sektora stalowego, energetycznego i logistycznego, nabyła 80,43 proc. akcji PPS Port Północny, co daje Węglokoksowi kontrolę nad spółką. Nabycie kontrolnego pakietu akcji spółki wzmocni pozycję Węglokoksu na rynku logistycznym, co wpisuje się w długofalową strategię Grupy Węglokoks zakładającą rozwój biznesu logistycznego – przekazał PAP rzecznik Węglokoksu.
przez redakcja | środa 4 października 2023 | aktualności
Producent mebli zaczyna zwolnienia. Do tej pory z firmy odeszło 30 osób. Zwolnionych ma być jednak nawet sto.
Jak informuje portal mamnewsa.pl, andrychowski zakład produkcyjny spółki BRW Comfort (producenta mebli Black Red White) ogranicza działalność. Nie będą już w nim powstawały meble tapicerowane. Na miejscu pozostanie tylko produkcja materaców.
W piątek z firmy odeszło 30 osób, a do końca roku firma zwolni ich w sumie prawie 100. – Wręczają nam wypowiedzenia z powodu restrukturyzacji zakładu – mówi jeden z pracowników. Firma BRW milczy na ten temat.
W Powiatowym Urzędzie Pracy w Wadowicach nie ma jeszcze danych o grupowych zwolnieniach pracowników z tej firmy. Tak zwykle bywa w przypadku przedsiębiorstw, które mają siedziby w innych częściach Polski. Pracodawca przekazuje takie informacje urzędowi pracy w swoim powiecie, choć powinien je przesłać również do wiadomości tego, w którym zwalnia ludzi.
– Będziemy to sprawdzać. Jesteśmy zaskoczeni, ze względu na to, że jeszcze w sierpniu realizowaliśmy ofertę tej firmy, ponieważ zatrudniała nowych pracowników – powiedziała portalowi mamnewsa.pl Katarzyna Pławny, wicedyrektorka PUP w Wadowicach.
Decyzja o restrukturyzacji zakładu BRW Comfort w Andrychowie znacząco może wpłynąć na liczbę osób bezrobotnych w powiecie wadowickim. Na koniec sierpnia tego roku było ich 2888, z czego 1037 to mieszkańcy gminy Andrychów.
przez dr Mateusz Piotrowski | środa 4 października 2023 | opinie
1. Dobrze jest czasem czytać rzeczy trochę nieudane.
„The fight for Manod” (1979) to powieść o (prawie) nieudanej próbie zbudowania nowego miasta. Napisał ją wielki krytyk literacki i myśliciel społeczny Raymond Williams. Takim ludziom rzadko udają się powieści.
Fabuła. Wybory (to trochę political fiction) w Zjednoczonym Królestwie wygrywa rząd co nieco radykalny. Odgrzebany zostaje projekt budowy supernowoczesnego miasta-ogrodu w zapadającej się w sobie, już prawie poprzemysłowej Walii.
Dr Lane, dziś w rządzie, ściąga swoich dawnych kolegów: Waliczyków-radykałów-akademików, którzy opuścili prowincjonalną ojczyznę wiele lat temu. Zleca im zbadanie terenu. Czy projekt ma sens? Co powiedzą na niego miejscowi ludzie?
Intryga przeciska się przez dość gęste sploty relacji: od rodzinno-majątkowych napięć w gospodarstwach przez interesy miejscowych deweloperów, aż do rządu w Londynie, Brukseli i wielki kapitał:
„– Lokalne firmy, – powiedział Peter – wszystkie są pod kontrolą Agencji Rozwoju Społeczności Wiejskich. A Agencja Rozwoju Społeczności Wiejskich pod kontrolą ABARS, która zapewnia cały kapitał.
ABARS jest czym?
Angielsko-Belgijską Agencją Rozwoju Społecznego.
Przejęli wszystkie ładnie brzmiące słowa.
Taaa, są bardzo bystrzy. Ich kapitał jest podzielony sześćdziesiąt do czterdziestu pomiędzy spółkę zależną koncernu naftowego i londyński bank handlowy.
Koncern naftowy?
Tak. Początkowo chcieli kontraktów na olej opałowy. Ale teraz [w chwili pisania powieści trwa kryzys naftowy – przyp. M. P.], oczywiście, pojawiły się nowe problemy na rynku. Znają, lepiej niż ktokolwiek inny, ryzyka i ograniczenia gospodarki opartej na paliwach kopalnych. Więc, ponieważ są prawdziwymi planistami – nie w typie Lane’a, tylko ludźmi, którzy faktycznie rządzą światem – chcieli być pierwsi na rynku alternatyw. […] Ale to, czego potrzebują, dość szybko, to przynajmniej jeden działający model: nowe miasto zbudowane wedle innego modelu energetycznego”.
Dwóch głównych – skontrastowanych – bohaterów, którzy prowadzą ten dialog to Matthew Price i Peter Owen. Peter od początku nieufny, szybciej przejrzał interesy stojące za słowami.
Jego rozczarowanie powtarza echem Dr Lane z rządu, z którym Peter walczy:
„Cała polityka publiczna jest próbą odtworzenia kultury, systemu społecznego, porządku gospodarczego, które osiągnęły swoje granice wzrostu. A ja siedzę tutaj i widzę podwójną nieuchronność: imperialny porządek się kończy i wszystkie jego siły społeczne, wszystkie jego formacje polityczne będą walczyć do końca, aby go zachować – prowadząc nas z jednego kryzysu w drugi. Dwie rzeczy są nieuchronne: że poniosą porażkę i że nie spróbują niczego innego”.
Mathew brzmi w kontraście naiwnie:
„Wciąż żyjesz tym złudzeniem – powiedział Tom, wskazując palcem na Matthew – że raz wygrywasz, raz przegrasz, ale że niesie cię ten proces, ta stara, dobra angielska sieć społeczna, w której dobra wola i zmiana mają jakąś szansę się spotkać. Ciężar porządku społecznego dostaje się do krwiobiegu i sukces albo porażka reformy rozstrzyga się w twoim własnym ciele.
– To nie jest złudzenie – powiedział Matthew. – To zawsze tak się odbywało i odbywa”.
Ale uparta naiwność Matthew jest może mądrzejsza.
Peter od początku chce rozczarowania. Dlaczego? Żeby nie musieć brać odpowiedzialności. Polityczny kontrast między bohaterami-przyjaciółmi najwyraźniej odbija się w ich małżeństwach. Peter-radykał ucieka od żony w ciąży, która chce w końcu gdzieś osiąść. Wyciąga też kluczowe informacje o intrydze przy pomocy romansu z dawną towarzyszką, tłumacząc się czy chwaląc przed matką i przyjacielem: „W końcu jestem przecież mężczyzną” – powtarzając zdanie i zachowanie swojego ojca.
„– Jeden z naszych zdematerializowanych materialistów z tak wielką energią zaangażowany w walkę, że aż fizycznie nieobecny. Wyalienowany analityk alienacji.
– Nie chciałbym być Beth” (czyli żoną niezakorzenionego radykała) – mówią o Peterze-radykale Matthew i jego żona.
Matthew i jego żona starzeją się razem.
Po klęsce projektu rządowego, który zmienia się chyba w zwykłą robioną ponad głowami ludzi deweloperkę, podnoszą się i próbują – tak kończy się książka – jeszcze raz, lepiej, z planem, którego mogą chcieć ludzie mieszkający w okolicy.
W ostatnich scenach patrzą na nową dewoloperkę ze szczytów walijskiej Świętej Góry.
„Budynek przy ruchliwej drogi, z neonem »Show House«, stał na miejscu, dawnego przedszkola i placu zabaw.
»Laborare est orare. Benedicte, omnia opera«.
Praca to modlitwa. Chwalcie [Go] wszystkie [Jego] dzieła” – niemal kończy swoją książkę radykał-Williams (na swoim pogrzebie kazał odśpiewać stare chrześcijańskie, anglikańskie hymny, jak Iwaszkiewicz kładący się do grobu w mundurze od brata-górnika.)
Takie dla Was i dla siebie odgrzebałem z pyłów starocie.
2. Jaką nową polską książkę o życiu w miejscu na ludzką miarę można postawić obok „The Fight for Manod”?
„Pokorę” Szczepana Twardocha. Najmocniejsze są w niej nie, nieźle zrobione, opisy dziecięcych traum i wojenno-seksualnych przygód bohatera, Aloisa Pokory. Nie jego szamotanie się w sado-masochistycznych, niższościowo-wyższościowych związkach z Polakami i Niemkami, polskością i niemieckością. Podobnych książek robi się dzisiaj sporo.
Najmocniejsze jest – dla mnie – kilka ostatnich stron, gdy Alois wraca na Śląsk, żeni się z Emmą, ma dzieci. Fraza Twardocha jeden oddech, zapętlona nieustanna myślówa, na której zrobione są wszystkie jego książki, które czytałem, wprawdzie toczy się jak zwykle dalej na ostatnich stronach „Pokory”, ale przynajmniej deklaruje i obiecuje już coś innego.
Bohater wyrywa się za włosy z kompleksu i chce w kraju nie za małym i nie za dużym, z żoną i dziećmi godnie-pokornie pożyć.
A jeśli potrzeba: za ten kawałek godnego życia walczyć i godnie zginąć.
Mateusz Piotrowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Willi Heidelbach z Pixabay.
przez redakcja | wtorek 3 października 2023 | aktualności
1 października zaczął obowiązywać nowy Kodeks karny. Przewiduje dużo wyższe kary za ponowne kierowanie samochodem po pijanemu, wypadki spowodowane w stanie nietrzeźwości i ucieczkę z miejsca zdarzenia.
Jak informuje portal brd24.pl, 1 października weszła w życie nowelizacja Kodeksu karnego przygotowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Wśród wielu zmian są te wymierzone w pijanych kierowców. Od teraz grożą im znacznie wyższe kary.
Zmiany w Kodeksie karnym wykluczają, by ktoś przyłapany po raz kolejny pijany za kierownicą mógł dostać grzywnę lub karę ograniczenia wolności. Bezwzględnie musi zostać skazany na karę więzienia – do 3 lat. Znacznie wrosły granice kar dla osób, które prowadząc auto po pijanemu (lub będąc odurzonym narkotykami) spowodują wypadek. Do tej pory, gdy powodowali u kogoś ciężki uszczerbek na zdrowiu, groziło im od 2 do 12 lat więzienia. Od 1 października 2023 r. będzie to kara od 3 do 16 lat więzienia.
Dużo wyższa kara będzie też za spowodowanie w takim stanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Sąd w takim przypadku będzie musiał wymierzyć karę minimum 5 lat więzienia, a maksymalnie 20 lat. Ministerstwo Sprawiedliwości uderzyło też w stosowaną często metodę na zmniejszenie odpowiedzialności. Chodzi o ucieczki z miejsca wypadków i odnajdowanie się sprawców potem – twierdzących, że napili się alkoholu dopiero po wypadku, bo byli zdenerwowani. Nowe regulacje przewidują identyczne sankcje dla prowadzącego pojazd, który pił alkohol (lub zażywał środek odurzający) po wypadku, a przed zbadaniem przez policję.
14 marca 2024 r. wejdą w życie kolejne przepisy uderzające w pianych kierowców. Zakładają one konfiskatę pojazdów. Pojazd będzie odbierany (przepadek na rzecz skarbu państwa) tym, którzy prowadzą auto mając co najmniej 1,5 promila alkoholu we krwi (a w przypadku recydywy – 0,5 promila).
przez redakcja | poniedziałek 2 października 2023 | aktualności
Weszła w życie nowelizacja ustawy o kosztach sądowych. Pracownicy są zwolnieni z opłat od pozwu i mogą pozwać pracodawcę całkowicie za darmo.
Jak informuje OPZZ, przepisy o kosztach sądowych zwalniają zatrudnionych z opłat od pozwu. Może to zachęcić do dochodzenia kolosalnych kwot. – Nie będzie ograniczeń w szacowaniu kwoty roszczenia, szczególnie w sprawach o mobbing czy molestowanie, gdzie pracownik sam wycenia krzywdę. W myśl nowej treści art. 35 ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych pracownicy nie zapłacą ani grosza od pozwów składanych do sądów pracy. Opłatę stosunkową w wysokości 5 proc. będą musieli zapłacić wyłącznie od apelacji od kwoty przekraczającej 50 tyś. zł.
OPZZ podjęło dyskusję o konieczności zmiany przepisów dotyczących opłat stosunkowych w lipcu . Przewodniczący OPZZ Piotr Ostrowski złożył Pismo do Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry w sprawie projektu zmiany ustawy, aby ułatwić pracownikom dochodzenie swoich praw w sądach pracy.
Osoby wnoszące pozew będą mogły za darmo pozywać pracodawców, a jedynym ograniczeniem będzie konieczność zwrotu kosztów zastępstwa procesowego adwokata lub radcy prawnego występującego w sądzie w imieniu pracodawcy.
przez redakcja | niedziela 1 października 2023 | klasyka, opinie, Polecamy
Rozstrzygnięcie sprawy Śląska Cieszyńskiego przez Radę Ambasadorów w Paryżu w lipcu 1920 jest otwartą raną na ciele Rzeczypospolitej Polskiej.
Rozstrzygnięcie nastąpiło w okresie, kiedy nawała bolszewicka szła na Warszawę i cała Polska żyła myślą o wyparciu Rosjan.
Ci, co wierzyli w żywotną siłę narodu i z niczego nie rezygnowali, wyszli zwycięsko z opresji bolszewickiej. Nad Wisłą dokonało się głębokie przeobrażenie duszy narodu i ugruntowanie własnej myśli politycznej. Upojenie zwycięstwem na chwilę zagłuszyło okrzyk grozy, dochodzący do stolicy z zachodniej granicy państwa: Śląsk Cieszyński, prastara dzielnica polska, został pod zaborem czeskim!
Zaczęto szukać winowajców. Kto zawinił, że Ślązacy dostali się do niewoli czeskiej? Czy rzeczywiście dopiero w Spaa i Paryżu p.p. Grabski Władysław i Paderewski Ignacy zrezygnowali ze Śląska Cieszyńskiego?
Powołana wolą ludu śląskiego do Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, brałam – jako członek prezydium tejże Rady – czynny i bezpośredni udział w całej akcji przyłączenia Śląska do Polski. Czesi z tytułu „praw historycznych” (z XIV wieku) rościli sobie prawa do Śląska Cieszyńskiego. Z naporem czeskim walczono na Śląsku przez cały okres konstytucyjny, za czasów austriackich, kiedy nasi wszechpolacy bratali się z Czechami w Pradze i Petersburgu. Czesi wyciągnęli zaborczą rękę po Śląsk Cieszyński w chwili rozpadania się Austrii, w październiku 1918. Zbiorowym wysiłkiem wszystkich stronnictw, których wyrazem była Rada Narodowa, odparto pierwszy atak czeski. Śląsk Cieszyński, za wyjątkiem 6 gmin powiatu frysztackiego, (mocą umowy zawartej między Radą Narodową w Cieszynie i Narodnim Vyberem w Polskiej Ostrawie w dniu 5 listopada 1918 r.) za pośrednictwem Rady Narodowej, był faktycznie już przyłączony do Polski, ponieważ Rada Narodowa w imieniu rządu polskiego wykonywała władzę.
Jednym z pierwszych poczynań rządu Moraczewskiego w listopadzie 1918 r. było wysłanie do Pragi p. Gutowskiego z misją dyplomatyczną. Zdawano sobie sprawę z powagi sytuacji. Czesi byli beniaminkiem aliantów, a szczególnie Francuzów. Już w 1916 r. obiecał rząd francuski Śląsk Cieszyński Czechom w nagrodę za usługi oddane w wojnie światowej.
Komitet Narodowy w Paryżu, z p. Dmowskim na czele, który był przez szereg miesięcy jedynym przedstawicielem Polski zagranicą, nie uznawał Piłsudskiego jako Naczelnika Państwa, ani rządu Moraczewskiego. Robiono wszystko, żeby autorytet tych czynników poniżyć. Przedstawiciele Komitetu Paryskiego po przyjeździe do kraju zawiadomili w grudniu 1918 Masaryka, prezydenta Republiki Czeskiej, żeby nie pertraktował z p. Gutowskim w sprawie Śląska Cieszyńskiego, ponieważ dni Piłsudskiego i jego „bolszewickiego” rządu są policzone. Masaryk zawiadomił o tym oficjalnie p. Gutowskiego, któremu nie pozostawało nic innego, jak zapakować walizkę i wyjechać z Pragi.
To „endeckie pociągnięcie dyplomatyczne” było śmiertelnym ciosem dla Śląska Cieszyńskiego. Czesi liczyli na anarchię w Polsce, oczerniali nas przed aliantami, a ponieważ kwestia węglowa [mowa o węglowym zagłębiu karwińsko-ostrawskim znajdującym się na spornym terenie – przyp. redakcji NO] miała pierwszorzędne znaczenie, przekonali aliantów, że bolszewickiemu rządowi polskiemu nie można oddać zagłębia karwińskiego.
Rada Narodowa dzwoniła ciągle na alarm, że Czesi Śląsk napadną. Żądała przygotowania obrony. Wtenczas przyjechał do Polski p. Stanisław Grabski, członek Komitetu Narodowego w Paryżu i zapewniał, że Czesi Śląska nie napadną. Na masowym wiecu 6 grudnia 1918 r. oświadczył, że może uspokoić Polaków, bo od Czechów nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo.
W tym okresie Lwów oblegali Ukraińcy. Zdecydowano, że śląskie bataliony pośpieszą pod Lwów, skoro jest zapewnienie, że Czesi Śląska nie napadną. Bohatersko Ślązacy bronili Lwowa, okryli się sławą. W Polsce rozpisał rząd Moraczewskiego wybory do sejmu na 24 stycznia 1919 r. Śląsk Cieszyński miał wybrać siedmiu posłów. Czesi wydali hasło wstrzymania się od głosowania. Obawiali się, że świat cały przekona się, ile faktycznie Czechów zamieszkuje Śląsk. Ponieważ Czesi są na Śląsku znikomą mniejszością, bo 11 proc. ludności przyznaje się do narodowości czeskiej, byłby to już plebiscyt.
Pod płaszczykiem aliantów, w mundurach aliantów, bez wypowiedzenia wojny Polsce (której autorytet był przez paryski Komitet Narodowy stale grzebany) napadli Czesi na Śląsk Cieszyński dzień przed wyborami do sejmu 23 stycznia 1919. Zaledwie 1000 żołnierzy było na Śląsku. Bronili śląskiej ziemi chłop, górnik, hutnik, aż przyszły nieliczne posiłki z Krakowa i 29 stycznia Czesi ponieśli klęskę nad Wisłą pod Skoczowem.
Część Rady Narodowej wyjechała do Warszawy. Na konferencji z Naczelnikiem Państwa, w której brali udział Ks. Józef Londzin, dr Kunicki, Jerzy Kantor i ja uzyskaliśmy zapewnienie, że w ciągu kilku dni dalsze posiłki nadejdą na Śląsk i Czechom nad Ostrawicą można było dyktować warunki.
Myli się zatem p. Sapieha, skoro w odpowiedzi na interpelacje posłów Kunickiego i towarzyszy z dnia 8 października 1920 r. odpowiada, że „w styczniu 1919 r. odparcie najazdu czeskiego okazało się niemożliwe”. Jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że p. Dmowski zawarł umowę z Czechami w Paryżu 1 lutego 1919 r., która była drugim śmiertelnym ciosem wymierzonym w Śląsk Cieszyński.
Rada Narodowa ogłosiła protest przeciwko ugodzie p. Dmowskiego, odmawiając mu prawa do przemawiania w imieniu Śląska Cieszyńskiego.
Pan St. Grabski i p. Paderewski tłumaczyli przed nami p. Dmowskiego brakiem wiadomości z kraju. „Radio” wtenczas miało źle pracować, nie można było uzgodnić poczynań Naczelnego Dowództwa w Warszawie z Komitetem Narodowym w Paryżu. Prawdą natomiast było, że p. Dmowski nie chciał poddać się, względnie porozumieć się z Piłsudskim i zupełnie samowolnie podpisał rozejm, a później ugodę, która oddawała Czechom całe zagłębie węglowe, Karwinę, Bogumin itd.
Zjechała do Cieszyna komisja aliancka (bez przedstawiciela Ameryki). Pierwsze skrzypce grali Francuzi – p. Grenad i Marchalle. Zajęli od razu wrogie wobec Polski stanowisko.
Jak śmiesznie małe były wpływy Komitetu Narodowego w Paryżu, jak pod tym względem fałszywie informowano Polskę – potwierdza fakt, że mimo naporu Rady Narodowej i rządu warszawskiego nie zdołano wymóc na Entencie odwołania p. Marchalle’a, przedstawiciela Francji w Cieszynie, który był faktycznie w służbie czeskiej, jako członek czeskiego sztabu generalnego, którego kierownikiem był francuski generał Pellee.
P. Dmowski, Paderewski, Grabscy, Piltz i spółka przedstawiali się w kraju jako mocarze, a nie umieli zmusić Czechów, którym patronowali alianci, do dotrzymania umowy z 1 lutego 1919 r., zawartej przez p. Dmowskiego, mocą której Czesi mieli oddać administrację Radzie Narodowej.
Pod protektoratem aliantów Śląsk stał się terenem gwałtów. Ludność polska nie była pewną ani życia, ani mienia.
Po ustaleniu, że plebiscyt zadecyduje o przynależności Śląska do Czech albo do Polski, zjechała na Śląsk druga tzw. Wysoka komisja plebiscytowa (!). Przewodniczył jej osławiony hr. Maneville, sekretarzem był p. Pichon, również opłacany przez Czechów. Przed przyjazdem Komisji do Cieszyna zwróciła się Rada Narodowa kilkakrotnie do Delegacji Polskiej w Paryżu do p. Dmowskiego i p. Szury z przedstawieniem, żeby użyto wszystkich wpływów, żeby w skład komisji nie wchodzili zdecydowani wrogowie Polski.
„Wielki jałmużnik polski”, p. Paderewski przyznał po cichu, że nie miał na tyle wpływu w Paryżu, żeby odwołać z Cieszyna p. Marchalle’a, nie miano go też przy mianowaniu drugiej komisji.
Znane są ogólnie rządy p. hr. Manevilla na Śląsku Cieszyńskim. Doprowadził kraj do takiej anarchii, że trudno było mówić o plebiscycie. Czeska pałka i rewolwer panowały bez przeszkody. „Hrabia” handlował kopalniami, hutami, lasami i „robił przygotowania do plebiscytu”.
Przy komisji alianckiej w Cieszynie tak rząd czeski, jak i polski mieli swoich przedstawicieli. Pełnomocnikiem rządu warszawskiego był początkowo poseł Zamorski. Po jego ustąpieniu osławiony generał Latinik, który swoją nieudolnością bardzo sprawie śląskiej zaszkodził. Przez szereg tygodni prezydium Rady Narodowej Ks. Londzin, Ks. Brzóska, poseł Bobek, więc nie socjaliści, błagali rząd, żeby tego szkodnika odwołano z Cieszyna, a kiedy nareszcie pod naporem całej opinii gen. Latinik musiał opuścić Cieszyn, było już za późno.
Przedstawiciele ministerstwa spraw zagranicznych, którzy przebywali w Cieszynie, jak dr Guenther (spokrewniony z arystokracją), Bratkowski, Morawski, należeli do narodowej demokracji i spełniali w Cieszynie jej rozkazy, w ostrej sprzeczności z Radą Narodową.
Więcej pracy i wysiłku poświęcili narodowi demokraci zwalczaniu Piłsudskiego w kraju i zagranicą, aniżeli uratowaniu Śląska dla Polski.
W tym okresie czasu zdawano sobie sprawę, że dzień plebiscytu będzie dniem rzezi Polaków na Śląsku pod osłoną aliantów. Trudno było Radzie Narodowej wziąć odpowiedzialność, j tym bardziej, że plebiscyt nie miał ostatecznie decydować i o przynależności Śląska do Polski, lecz miał być tylko materiałem dla decyzji Rady Najwyższej, do której, oprócz p. Wł. Grabskiego, nikt w Polsce nie miał zaufania.
Ministerstwo spraw zagranicznych na propozycje Rady Narodowej, po odwołaniu Latinika, mianowało prezydenta sądu w Cieszynie dr. Bocheńskiego swoim przedstawicielem przy komisji plebiscytowej w Cieszynie.
Skoro sprawa arbitrażu proponowana przez p. Pilza ostatecznie upadła, bo Czesi zakpili sobie z naszej dyplomacji, p. Bocheński pojechał do Warszawy po porozumieniu z Radą Narodową, żeby uzyskać zgodę rządu na przeprowadzenie plebiscytu. Po porozumieniu z subkomisją sejmową dla spraw plebiscytowych i ministrem Sapiehą, zgodzono s:ę przystąpić do plebiscytu.
Tymczasem pojechał p. Władysław Grabski do Spaa i oddał ze strachu przed bolszewikami sprawę Śląska w ręce Rady Najwyższej. W Paryżu ostatecznie sprawiono Śląskowi dwa pogrzeby. Jeden 25 lipca, i to rozstrzygnięcie podpisał hr. Zamoyski. Oddawało ono Polsce jednak Karwinę z kopalniami, miasta Frysztat, Bogumin i cały Cieszyn. Czechom powiat jabłonkowski.
Rada Narodowa zaniepokojona i rozgoryczona postępowaniem p. Grabskiego w Spaa, wysłała natychmiast delegację z Ks. Józefem Londzinem na czele do Paryża.
25 lipca 1920 oświadczył p. Paderewski delegacji, że nie podpisze żadnego rozstrzygnięcia, które by oddawało Śląsk Cieszyński Czechom. Delegacja wróciła do Cieszyna, Ks. poseł Londzin zdał sprawozdanie i uspokoił Radę Narodową, że „nawet pani Helena Paderewska zapewniła, że p. Paderewski takiego rozstrzygnięcia nie podpisze”. 28 lipca p. Ignacy Paderewski, podobno namówiony do tego przez p. Pilza i Szurę, podpisał czwarty rozbiór Polski, oddając Śląsk Czechom.
Ślązacy przeżywają ciężkie czasy niewoli, nie tracą jednak wiary, że ich akces zgłoszony jeszcze 30 października 1918 przez Radę Narodową do Polski – będzie urzeczywistniony.
Śląsk wróci do Polski, ale musi to być zbiorowy wysiłek całego narodu. Polskie sztandary będą powiewać na Śląsku Cieszyńskim, bo Śląsk to od wieków polska ziemia.
Dorota Kłuszyńska
Powyższy tekst Doroty Kłuszyńskiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Dziennik Polski” w dniu 9 stycznia 1921. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 85. rocznicę odzyskania Zaolzia przez Polskę.
przez redakcja | niedziela 1 października 2023 | aktualności
Firma Carrefour Polska zdecydowała o kolejnych zwolnieniach grupowych, które obejmą do 200 osób, pracujących zarówno w centrali, jak i w sklepach.
Jak informuje strona wirtualnemedia.pl, zwolnienia wynikają z realizacji strategii “Carrefour 2026”, która w listopadzie ub.r. została ogłoszona przez Grupę Carrefour. Jednym z jej głównych celów jest „wdrożenie nowej, prostszej i bardziej wydajnej organizacji, co przyczyni się do zwiększenia konkurencyjności i innowacyjności całej Grupy”. Takie sformułowania oznaczają cięcie zatrudnienia.
Rok 2022 sieć zakończyła z liczbą 928 placówek w Polsce. Rok wcześniej było ich 955. Powodem spadku było zmniejszenie liczby franczyzowych placówek pod szyldem Carrefour Express. Jednocześnie w ostatnich latach firma otwierała nowe hiper- i supermarkety. W całym I półroczu br. sprzedaż Carrefoura w Polsce wyniosła 1,098 mld euro. To o 1,7 proc. więcej niż rok wcześniej przy aktualnych kursach walut i po uwzględnieniu paliw.
przez redakcja | piątek 29 września 2023 | aktualności
Tylko 35 proc. młodych wierzy, że ponadprzeciętne zaangażowanie w obowiązki się opłaca. 47 proc. z nich twierdzi, że praca nie stanowi dla nich ważnego elementu życia, a jest wyłącznie źródłem utrzymania.
Według tekstu portalu pulshr.pl, pokolenie Z w najmniejszym stopniu ze wszystkich badanych wierzy, że ponadprzeciętne zaangażowanie w obowiązki zawodowe opłaca się pracownikowi (35 proc.). Ich podejście opiera się na realizacji zadań w takim zakresie, jaki wynika bezpośrednio z umowy.
Młodzi przodują pod kątem innej istotnej deklaracji – aż 47 proc. z nich twierdzi, że wykonywana praca nie stanowi dla nich ważnego elementu życia, a jest wyłącznie źródłem utrzymania.
Wyniki badania Pracuj.pl wskazują, że wśród pokoleń jest bardzo widoczna różnica w podejściu do pracy i przywiązaniu do jednego pracodawcy. Najmniej przywiązują się najmłodsi, a w ich CV często zobaczyć można wiele pozycji z różnych branż, w których spędzili krótsze okresy.
Również badanie „Pokolenie Z na rynku pracy” przeprowadzone przez zespół Instytutu Nauk o Zarządzaniu i Jakości Wyższej Szkoły Humanitas (2023 r.) potwierdza, że przedstawiciele pokolenia Z ponad karierę i osiąganie sukcesów zawodowych stawiają życie prywatne, w tym realizację własnych pasji i zamiłowań.
Praca jest dla nich środkiem do urzeczywistniania celów pozazawodowych. Wśród wartości cenionych przez młodych przeważają te niezwiązane bezpośrednio z aktywnością na rynku pracy: szczęście (62 proc.), rodzina (60 proc.), możliwość realizowania pasji (56 proc.), ekologia (51 proc,) niezależność i wolność (51 proc.), zdrowie (44 proc.) i miłość (37 proc.). Na rozwój kariery i bezpieczeństwo finansowe, jako wartości najwyżej cenione w życiu, wskazało odpowiednio tylko 11 proc. i 16 proc. respondentów.
przez Leszek Zaleski | piątek 29 września 2023 | opinie
Do Ukrainek i Ukraińców, pracujących i mieszkających z nami!
Do Was, będących już częścią Polski!
Pamiętacie luty i marzec zeszłego roku? Z pewnością pamiętacie, cały świat przecież pamięta, bo wstrzymał wtedy oddech na wieść o rosyjskiej agresji na Wasz kraj. Był w szoku i nie potrafił odpowiednio zareagować, wysyłając tylko tweety oburzenia i planując wprowadzenie jakichś śmiesznych sankcji, które do tej pory właściwie żadnych wymiernych korzyści nie przyniosły, skoro Rosja nie upadła, a wojna nadal trwa.
Krajem, który wtedy, od pierwszego dnia, stanął na wysokości zadania, była Polska. Od pierwszych godzin na granicy pojawiły się tłumy wolontariuszy, zwykłych, zszokowanych Polaków, gotowych bez żadnych oczekiwań pomagać Waszym kobietom, starcom i dzieciom. Zaraz za nimi czekały masy innych ludzi, gotowych odbierać i przewozić w głąb kraju grupy uchodźców i lokować ich w swoich domach, których dostępność zgłaszano na spontanicznie tworzonych facebookowych grupach wsparcia. Od pierwszych dni, a ponoć nawet i wcześniej, Polacy jako jedyni słali do Was tysiące ton sprzętu wojskowego i medycznego, bez którego nie poradzilibyście sobie w tych pierwszych, kluczowych tygodniach, podczas gdy najbogatsze kraje Europy postawiły na Was kreskę, czekając tylko aż się wykrwawicie, obiecując wysłanie 5 tys. hełmów i licząc na jak najszybszy koniec wojny oraz powrót do normalnych stosunków (i tzw. business as usual) z bandycką Rosją. To Polacy wtedy darli się na świat, że potrzebna jest Wam natychmiastowa pomoc i motywowali, czasem w ostrych słowach, swoich zachodnich partnerów do jej wysyłania.
Cały świat się wtedy dziwił, przyzwyczajony do innego sposobu przyjmowania potrzebujących: „gdzie są obozy dla uchodźców? Gdzie te miliony uciekających Ukraińców się podziały?”, a Wy byliście już w naszych domach, czego nikt na Zachodzie nie potrafił ogarnąć rozumem, bo nikt tam masowo swoich domów i mieszkań nigdy dla takiej liczby potrzebujących nie otworzył.
Pojawiło się wtedy mnóstwo wzruszających filmów pełnych wdzięczności z Waszej strony, w których zapewnialiście, że teraz idziecie do walki wiedząc, że Wasze rodziny są bezpieczne. Że gdyby nie my, Wasze siostry i bracia Polacy, to Was by już nie było. Że od tej pory dwie siostry – Ukraina i Polska – mimo bardzo trudnej historii, zawsze będą już razem.
Amerykański „Foreign Policy” pisał w marcu tego roku: „Z pewnością, ze względu na cztery wieki wspólnej historii w ramach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, znaczna część dzisiejszej Ukrainy (i Białorusi) ma o wiele więcej wspólnego ze swoją przeszłością z Polską niż z Rosją, niezależnie od twierdzeń rosyjskich propagandzistów, że jest inaczej, i niezależnie od faktu, że relacje te były często bardzo skomplikowane”.
Tak, to rodzeństwo nigdy nie było łatwe. Najpierw to my przez wieki traktowaliśmy Was z góry, później Wy na Wołyniu daliście nam odczuć, jak bardzo Wam się to nie podobało. Jednak wtedy, rok temu, dla większości polskich serc przestało mieć to jakiekolwiek znaczenie. Ważne było, aby w tamtym czasie okazać Wam jak największe wsparcie, bo wiedzieliśmy, że walczycie z najeźdźcą też w naszym imieniu.
Wasz Prezydent dostał nasze najwyższe odznaczenie. Nasz dostał pierwszą gwiazdę w alei zasłużonych dla Waszego kraju. Tak, jak Zełenski brany był u nas za bohatera, tak dla Was bohaterem był Duda. Było pełno łez, uścisków, wzajemnych deklaracji i planów na przyszłość, już te powojenną.
I co się dalej stało?
Zapowiedzi wielkiego i stałego sojuszu na wschodzie Europy nie wszystkim się spodobały. Nie jest tajemnicą, że silna Polska nie leży w interesie Niemiec, a wsparta przez ogromną siostrę ze wschodu i zjednoczone wtenczas kraje ościenne, może stać się wręcz zagrożeniem dla hegemonii Niemiec i Francji w Unii Europejskiej. Zwłaszcza że dzięki gospodarczemu boomowi ostatnich 30 lat już powoli staje się, jeśli nie konkurencją, to przynajmniej solą w oku niemieckiej gospodarki (Port w Świnoujściu, terminal LNG, CPK, Baltic Pipe).
Dlatego, gdy zobaczyli, że Wy dalej z powodzeniem się bronicie, a powrót do interesów z Rosją nie będzie taki łatwy (a przynajmniej nie tak łatwy do wytłumaczenia przed całym światem), zmienili zdanie i postawili na Was, bo pieniądze trzeba gdzieś robić. Kanclerz Scholz, który doskonale pamięta karcącego go na niemieckiej ziemi, w sprawie czołgów dla Ukrainy, premiera Morawieckiego, nie zapomniał tej zniewagi i, widząc w tym również interes narodowy i mając do dyspozycji największe w Europie środki, z osobistą motywacją postanowił zemścić się na obecnie sprawującym władzę w Polsce rządzie, tak zaprzyjaźnionym z Wami.
Nie będę się tu rozpisywał o wszystkich niemieckich podłościach, bo nie wszystkie Was dotyczą, ale widzimy ich dzisiaj mnóstwo (zresztą nie tylko my). Kluczowe jest jednak, że Scholz postanowił wbić klina między nas, bo wie, że się to Niemcom opłaci. Niemcom, a nie Wam.
Mogę się tylko domyślać, co obiecał Zełenskiemu (szybkie dołączenie do Unii, sprawną odbudowę po wojnie czy cholera wie, co jeszcze). Dlatego prezydent Zełenski nie miał czasu w Waszyngtonie spotkać się ze swoim, do niedawna, „najlepszym przyjacielem”, prezydentem Dudą. Dlatego zapewne Wasz rząd oskarża Polskę o grę w drużynie Putina (sic!) i składa na nią skargę do WTO tylko dlatego, że nie możemy pozwolić sobie na psucie naszego rynku przez zalew Waszego zboża i innych produktów spożywczych, mimo deklarowanych chęci pomocy w przetransportowaniu ich tam, gdzie do tej pory były sprzedawane. Dlatego zapewne Zełenski przed ONZ żądał wręcz, w imieniu Scholza, by Niemcy zostały stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa (o ironio!), na co nikt w Europie nie będzie chciał się zgodzić przez wzgląd na doświadczenia XX wieku.
Nie dajcie się zwieść. Niemcy zrobią u Was to samo, co u nas – pod pozorem pomocy w odbudowie zrobią na Was interes życia i uzależnią Was od siebie tak, jak wcześniej byliście zależni od Rosji.
W dodatku takie zachowania Waszych władz, pełne niezrozumiałej przez nas niewdzięczności, zmieniają powoli, ale skutecznie, nastawienie Polaków do mieszkających u nas Waszych obywateli. Ten piękny zryw i cudowna jedność, której byliśmy świadkami od zeszłego roku, wisi właśnie na włosku i nie pozwólmy na to, by zostały zerwane całkowicie.
Żyje Was w Polsce grubo ponad milion, cztery razy tyle Waszych obywateli przeszło przez nasz kraj bez problemów na Zachód, a każdy z nich otrzymał tu pomoc.
Teraz to Wy pomóżcie nam, pokażcie, że doceniacie to, co dla Was zrobiliśmy i cały czas robimy, że bez nas nie byłoby już Wolnej Ukrainy. Jeśli faktycznie jesteście nam wdzięczni, nagłaśniajcie to, a poprzez przypominanie Europie i Światu, kto w godzinie próby zachował się przyzwoicie wpływajcie na swoje władze, by nie ulegały pięknym obietnicom, które będą realizowane dopóty, dopóki będzie to w interesie Niemiec. Nimi kieruje pieniądz i pragmatyzm rozumiany własnymi korzyściami, a nami romantyzm i wspólne zagrożenie ze strony Rosji.
Nie pozwólmy zaprzepaścić tej szansy na zbudowanie czegoś wielkiego dla naszych narodów. Szansy, która przeszło rok temu pojawiła się w czarnej godzinie Waszej historii, którą my też już kiedyś przeżywaliśmy, dlatego właśnie tak romantycznie, a nie pragmatycznie, podeszliśmy do pomocy Waszemu pięknemu krajowi i naszym braciom i siostrom.
Leszek Zaleski
przez Łukasz Misiuna | czwartek 28 września 2023 | opinie
„Gdyby uszeregować parki narodowe pod względem uzyskanych średnich wartości walorów przyrodniczych, to Świętokrzyski Park Narodowy razem ze Słowińskim plasują się na 7. pozycji w kraju”, a według klasyfikacji IUCN (Światowa Unia Ochrony Przyrody), która wyróżnia 6 kategorii obszarów chronionych, ŚPN znajduje się w II, najwyższej kategorii obok takich obiektów jak np. Wielki Kanion (fragment z: „Monografia Świętokrzyskiego Parku Narodowego”).
W waloryzacji przyrodniczo-krajoznawczej Świętokrzyski Park Narodowy ŚPN znajduje się w grupie obszarów najatrakcyjniejszych w skali kraju […]. Pod względem przyrodniczym jest również najcenniejszym terenem przyciągającym turystów w województwie świętokrzyskim […]. Przedmiotem zainteresowania odwiedzających są nie tylko unikatowe walory środowiska naturalnego, ale też wyjątkowe elementy dziedzictwa kulturowego, których symbolem jest dawne opactwo benedyktyńskie na Łysej Górze, zwanej też Łyścem lub Świętym Krzyżem” (Jastrzębski C. 2009. „Ruch turystyczny w Świętokrzyskim Parku Narodowym”. Studia i Materiały Centrum Edukacji Przyrodniczo-Leśnej R. 11. Zeszyt 4 (23)/2009: 199−205).
„Świętokrzyski Park Narodowy obejmuje najwyższy fragment Gór Świętokrzyskich – pasmo Łysogóry. Utworzony w 1950 r. w celu zachowania unikalnych ekosystemów leśnych Puszczy Jodłowej o naturalnym charakterze oraz malowniczych śródleśnych pól rumowisk skalnych wraz z kształtowaną w wyniku procesów naturalnych różnorodnością biologiczną, a także w celu zachowania walorów historycznych i kulturowych, m. in. pobenedyktyńskiego opactwa na Świętym Krzyżu” (Główny Urząd Statystyczny https://stat.gov.pl/portal-edukacyjny/polskie-parki-narodowe-wystawa/).
W Polsce istnieją 23 parki narodowe. Ich łączna powierzchnia to ponad 329,5 tys. ha (1% powierzchni kraju). Pierwszym polskim parkiem narodowym był Białowieski Park Narodowy utworzony w 1932 roku (za początki jego istnienia przyjmuje się rok 1921). Jako trzeci park narodowy w Polsce w 1950 roku został utworzony Świętokrzyski Park Narodowy (ŚPN). Pierwsze postulaty objęcia ochroną najwyższej części Łysogór pochodzą z 1908 roku. Świętokrzyski Park Narodowy pod względem powierzchni znajduje się na 14. miejscu wśród wszystkich parków narodowych. 18 stycznia 2022 roku polski rząd zmienił granice ŚPN, usuwając z Parku część zabytkowej wierzchowiny na Łyścu (o powierzchni 1,35 ha z zabudowaniami) i włączając do Parku oddaloną o około 8 km od jego zwartego obszaru leśną, śródpolną enklawę pod Grzegorzowicami (62,5 ha).
Manipulacja w służbie zakonników
Wspomniana korekta granic ŚPN nie jest pierwszą i jedyną w ostatnich latach. Jest natomiast pierwszą i jedyną prawdopodobnie w odniesieniu do wszystkich parków narodowych przeprowadzoną na skutek lobbingu podmiotu innego niż związanego z instytucjami i organizacjami zajmującymi się ochroną przyrody. To także jak dotąd jedyny przypadek zaangażowania aparatu państwa do przeprowadzenia zmiany granic parku narodowego z uwagi na interes i życzenie instytucji religijnej.
Całą tę historię instytucjonalnej przemocy opisuję w swoich licznych tekstach od 2019 roku. Przypomnę tylko, że Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej (OMI) począwszy od lat 30. XX wieku czyni starania o przejęcie na własność XII-wiecznego, pobenedyktyńskiego klasztoru na Łyścu. Po dziesiątkach lat prób presja Oblatów przyniosła skutek.
Do tej pory państwo polskie również w porozumieniu z Kościołem katolickim uznawało, że działki na szczycie Łyśca należą do Skarbu Państwa. Teren ten od 1924 roku jest objęty ochroną rezerwatową, a od 1950 do 2022 roku leżał w granicach ŚPN. Jest to także część obszaru Natura 2000 Łysogóry oraz Pomnik Historii ustanowiony przez Prezydenta Polski. Również Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków objął teren swoją ochroną.
Pierwszym ministrem środowiska, który podważył zasadność ochrony parkowej trzech działek na Łyścu, był Henryk Kowalczyk z PiS. Wraz z obecnym dyrektorem ŚPN Janem Reklewskim ogłosił w 2019 roku, że obszar niemal 6 ha na Łyścu bezpowrotnie utracił swoje wartości przyrodnicze.
Zgodnie z polskim prawem ochrony przyrody z granic parku narodowego można wyłączyć jego część wyłącznie w przypadku bezpowrotnej utraty wartości przyrodniczej i kulturowej. Ani minister, ani dyrektor nie twierdzili, że obszar utracił wartości kulturowe, co oznacza, że przesłanka ustawowa nie została spełniona. Bowiem ustawodawca określił, że musi dojść do łącznej utraty obu rodzajów wartości. Ponadto ani ministerstwo, ani dyrekcja ŚPN nigdy nie przedstawili dowodów na utratę choćby tylko wartości przyrodniczych wspomnianych działek.
Takich danych zwyczajnie nie ma. Nie da się stwierdzić, czy teren ten utracił wartości przyrodnicze, bo też nikt nigdy tych wartości w tym miejscu nie badał. Dlaczego? Dlatego, że teren ten ma tak wielką wartość archeologiczną, historyczną, społeczną, kulturową, że wartości przyrodnicze bez względu na to jakie, są tu drugorzędne. Wierzchowinę Łyśca z klasztorem włączono w granice ŚPN nie z uwagi na stanowiska rzadkich gatunków zwierząt i roślin, ale ze względu na wyjątkową rangę historyczną i kulturową klasztoru i przedchrześcijańskiego wału kultowego. Terenu tego nie badano szczegółowo pod kątem wartości przyrodniczych również z tego powodu, że jako poddawany wielowiekowym oddziaływaniom ludzi i noszący ślady ponad 1000 lat obecności ludzi w tym miejscu został on niejako włączony w naturalny ekosystem Puszczy Świętokrzyskiej. Jednocześnie ta ludzka enklawa pośród boru jodłowego i grądu stała się siedliskiem gatunków nigdzie indziej w ŚPN niewystępujących. Jako przestrzeń bezleśna pełni ona też ważne funkcje ekologiczne wobec gatunków leśnych, będąc tak zwanym ekotonem, pograniczem siedlisk, domem i żerowiskiem dla gatunków, które wymagają otwartej przestrzeni.
Dzięki społecznemu oporowi i reakcji na zapowiadane bezprawne usunięcie z granic ŚPN działek, ministerstwo klimatu i środowiska, kierowane w 2020 roku przez Michała Wosia z Suwerennej Polski (wówczas Solidarnej Polski), uznało, że wyłączenie 1,35 ha z granic Parku będzie zgodne z prawem, jeśli jednocześnie w granice ŚPN włączy się na przykład 62,5 ha lasu pod Grzegorzowicami. W zamyśle Wosia nie dochodziło dzięki temu do zmniejszenia powierzchni Parku, lecz do powiększenia. Tyle że ustawa nie mówi o powiększaniu czy pomniejszaniu, a o wyłączaniu i włączaniu działek w granice parku narodowego. Na pozór to mała różnica, w rzeczywistości kluczowa. Ponieważ ustawa mówi o zmianach granic, nie o zmianach powierzchni parku. To nie jest lub nie musi być to samo.
Włączenie akurat 62,5 ha leśnej enklawy pod Grzegorzowicami, leżącej wśród pól i wsi 8 km od zwartych granic ŚPN, zaskoczyło wszystkich. Tym bardziej, że dokumentacja sporządzona dla tego terenu na potrzeby wyznaczenia sieci Natura 2000 wskazuje, że w lesie tym występuje grąd subkontynentalny i w zasadzie nic więcej. Uznano, że las ten może być częścią Natury 2000, ale nie parku narodowego. Teraz jednak Michał Woś przekonał leśników z Nadleśnictwa Łagów, że jest pilna potrzeba włączenia enklawy pod Grzegorzowicami w granice ŚPN. Dotąd był to zwykły las gospodarczy. W 2020 roku nie istniały żadne naukowe dane wskazujące, że te 62,5 ha lasu wyróżnia się „szczególnymi wartościami przyrodniczymi, naukowymi, społecznymi, kulturowymi i edukacyjnymi”, bo tym właśnie są na mocy ustawy o ochronie przyrody tereny, na których ustanawia się najwyższą formę ochrony przyrody w Polsce.
Kreatywna interpretacja prawa zastosowana przez Michała Wosia doprowadziła do tego, że jedno z najcenniejszych kulturowo miejsc w Polsce i Europie zostało usunięte z granic ŚPN, a w granice Parku włączono las grądowy, być może cenny, ale nijak mający się do tego, co znajduje się na Łyścu. Woś zaszkodził polskiemu systemowi ochrony przyrody szczególnie, nie tylko manipulując prawem i interpretując je niezgodnie z logiką i faktami. Użył też leśników, którzy „oddali” ŚPN-owi ponad 60 ha lasu, wyłączając go z obiegu w ramach „trwale zrównoważonej, racjonalnej gospodarki leśnej”. Woś tym samym podważył autorytet leśników, ale też autorytet nauki, całkowicie rezygnując z wykorzystania danych zbieranych przez Stowarzyszenie Społeczno-Przyrodnicze w ramach uzyskania wiedzy o realnej wartości przyrodniczej działek na Łyścu. Wosia nie interesowała też wartość przyrodnicza lasu pod Grzegorzowicami. Michał Woś uznał, że może swobodnie żonglować wartościami i własnościami Skarbu Państwa. Oba te obszary należą do państwa polskiego i jego obywatelek i obywateli.
Okazało się, że na potrzeby Oblatów rząd polski może swobodnie zmniejszać i powiększać obszar jednego z najważniejszych parków narodowych w kraju. Z tej perspektywy wszelkie problemy związane z tworzeniem nowych parków narodowych lub powiększaniem istniejących udało się Wosiowi sprowadzić do poziomu gry politycznej.
Najwyższa forma ochrony przyrody w rękach członka rządu stała się pozbawioną wartości naukowej, społecznej, historycznej i kulturowej oraz ekonomicznej walutą o znaczeniu wyłącznie politycznym i wyborczym. Czemu tak uważam? 24 maja 2020 roku na Łyścu doszło do spotkania Prezydenta Polski Andrzeja Dudy z dyrektorem ŚPN Janem Reklewskim, ministrem klimatu i środowiska Michałem Wosiem i superiorem zakonu oblatów Marianem Puchałą. 12 lipca 2020 roku odbyły się wybory prezydenckie. Klasztor na Łyścu za czasów Mariana Puchały stał się miejscem spotkań lokalnej klasy politycznej i biznesmenów. Obecnie jest to centrum życia polityczno-biznesowego w województwie świętokrzyskim. Często można tu widzieć lokalnych polityków. Pokazywanie się z Marianem Puchałą stało się ważne i przydatne. Tu na przykład ściskali sobie dłonie Michał Woś z Mariuszem Goskiem, lokalnym politykiem, który, jak sam napisał, zajął się w godzinach pracy w urzędzie marszałkowskim lobbowaniem na rzecz usunięcia działek na Łyścu z granic ŚPN jako „Polak-Katolik”.
Dziś klasztor na Łyścu nie jest miejscem benedyktyńskiego skupienia i medytacji, nie czuć tu już ducha przedchrześcijańskich misteriów. To miejsce politycznych schadzek i biznesowych koktajli.
Tak politycy PiS i Suwerennej Polski obeszli się z najwyższymi wartościami narodowymi.
ŚPN trzeba powiększyć
Pozbawione uzasadnienia naukowego powiększenie ŚPN o enklawę w Grzegorzowicach jest dowodem na to, że parki narodowe w Polsce można powiększać i zapewne też tworzyć. Wystarczy wola polityczna. Nie potrzeba argumentów naukowych.
W przypadku 1,35 ha na Łyścu argumenty naukowe przemawiające za utrzymaniem tych działek w granicach ŚPN istnieją. Stowarzyszenie MOST w 2021 roku zleciło wykonanie badań przyrodniczych na prawie 6 ha przeznaczonych do usunięcia z granic ŚPN (ostatecznie, między innymi dzięki wynikom tych badań, usunięto „tylko” 1,35 ha).
Wyniki badań są zaskakujące nawet dla samych badaczy. Pomimo silnej antropopresji inwentaryzowany teren charakteryzuje się relatywnie wysokim walorem przyrodniczym i dużym bogactwem gatunkowym, a stanowiąc swoistą nieleśną enklawę, zwiększa różnorodność biologiczną Parku.
Stwierdzono kilka nowych dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego gatunków grzybów, w tym gatunki zagrożone wymarciem. Stwierdzono 4 gatunki mszaków podlegających częściowej ochronie, cztery gatunki chronionych i zagrożonych porostów, w tym jeden uznany za wymarły w województwie świętokrzyskim i jeden bliski wymarcia, cztery gatunki chrząszczy wymienione na Polskiej Czerwonej Liście, 21 gatunków nowych dla krainy zoogeograficznej Góry Świętokrzyskie i/lub dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego, 1 gatunek nowy dla fauny Polski: Aleochara stichai (Staphylinidae); 1 gatunek reliktowy: Leiestes seminiger (Endomychidae); 11 gatunków można sklasyfikować jako rzadkie w skali kraju i Europy Środkowej, 4 gatunki ptaków uznanych za regionalnie rzadkie i nieliczne w tym jeden wymieniony w Dyrektywie Ptasiej oraz jeden gatunek nietoperza wymieniony w Dyrektywie Siedliskowej.
Entomofauna obszaru reprezentowana jest przez gatunki niespotykane w lasach na zboczach Łyśca, gdyż są związane z terenami otwartymi (polana), a także przez gatunki zagrożone wymarciem. Liczne są gatunki synantropijne, co pozytywnie wpływa na bioróżnorodność.
Spośród fauny szczególnie awifauna terenu jest interesująca, bogata i różnorodna. Stwierdzono tu gatunki zarówno typowo leśne, ekotonowe jak i synantropijne. Na uwagę zasługują stwierdzenia dzięcioła czarnego Dryocopus martius – gatunku wymienionego w Załączniku I Dyrektywy Ptasiej oraz dzięcioła zielonosiwego Picus canus, siniaka Columba oenas, krzyżodzioba świerkowego Loxia curvirostra i zniczka Regulus ignicapillus. Interesujące jest zasiedlenie budynku klasztoru przez jerzyki Apus apus – jest to ich jedyne stanowisko w granicach ŚPN. Jest to też gatunek wymagający ochrony czynnej. Populacja jerzyka zmniejszyła się na skutek prac remontowych budynku klasztoru. Wierzchowina Świętego Krzyża z urozmaiconymi siedliskami stanowi miejsce ważne dla ptaków. Jest to jedno z niewielu miejsc w Górach Świętokrzyskich, gdzie pojawiają się wysokogórskie gatunki ptaków, jak np. płochacz halny Prunella collaris.
Święty Krzyż stanowi też ważne żerowisko nietoperzy, a poziom aktywności ssaków jest zaskakująco wysoki, jak na takie siedliska i wysokość nad poziomem morza. Za względnie wysokie należy uznać również bogactwo gatunkowe nietoperzy. W dużym stopniu odpowiadają za to antropogeniczne przekształcenia siedlisk, począwszy od budowy klasztoru
i innych budynków, po wycięcie lasu i stworzenie siedlisk ekotonowych. Najcenniejszy jest jednak gatunek typowo leśny – mopek Barbastella barbastellus umieszczony w Załączniku II Dyrektywy Siedliskowej. Potwierdzono jego rozród w drzewostanach bezpośrednio przylegających do polany szczytowej. Wzmiankowane we wcześniejszej literaturze zimowiska nietoperzy w podziemiach klasztoru prawdopodobnie uległy zniszczeniu na skutek prac adaptacyjnych przeprowadzonych przez zakonników w ostatnich latach.
Interesujące jest stwierdzenie popielic Glis glis na drzewach w bezpośredniej bliskości klasztoru i infrastruktury gastronomicznej.
Podsumowując, pod względem fauny i flory roślin naczyniowych kopuła Świętego Krzyża stanowi bogatą gatunkowo enklawę śródleśną Świętokrzyskiego Parku Narodowego, posiada znaczące walory przyrodnicze (przyrodniczo-kulturowe) i krajobrazowe oraz podnosi różnorodność biologiczną Parku. Przestrzeń ta powinna być zagospodarowana w sposób umożliwiający odwiedzającym korzystanie z dóbr kulturowych i religijnych z poszanowaniem wymogów ochrony przyrody.
Na inwentaryzowanym terenie w poprzednich latach stwierdzano też inne rzadko występujące i zagrożone gatunki, których w tym opracowaniu nie uwzględniono. Dotyczy to np. mięczaków, których nie inwentaryzowano z uwagi na istniejące szczegółowe opracowania.
Wskazane wartości trzech działek o powierzchni 1,35 ha na Łyścu są wystarczające, aby teren ten nadal znajdował się w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
Poza tym unikalnym fragmentem, który znacząco podnosi rangę ŚPN, na przyłączenie do Parku zasługują też inne tereny. Jest to przede wszystkim znajdująca się na skraju Parku, w jego zachodniej części, powierzchnia unikalna, porośnięta przez dotąd nieopisaną formę boru jodłowego, który przypomina górskie, mszyste świerczyny. Tu jednak jest „mszysty bór jodłowy”, prawdopodobnie endemiczne zbiorowisko, jeszcze nigdzie dotąd niewykazane i nieopisane, pełne entomologicznych rzadkości.
Stowarzyszenie MOST opracowuje dokumentację terenów, które należy pilnie włączyć w granice ŚPN.
Obszarem, który pilnie należy włączyć w granice ŚPN jest też fragment Bukowej Góry ze sztolnią, w której zimują zagrożone gatunki nietoperzy, w tym nocek Bechsteina i mopek zachodni. Tu też znajduje się jedno z paru stanowisk puchacza, jedyne w Górach Świętokrzyskich.
Osobną kwestią jest postulat powiększenia ŚPN o znaczny fragment Pasma Jeleniowskiego z Górą Szczytniak, na której znajduje się między innymi gołoborze.
Te postulowane przez naukowców i społeczników zmiany granic ŚPN odpowiadają rzeczywistym wartościom przyrodniczym i kulturowym Gór Świętokrzyskich i dają szansę na realną ochronę najcenniejszych fragmentów najstarszych gór Europy z ich wszelkimi, unikalnymi walorami.
Trudne wybory
Spotkania najważniejszych polityków PiS i Suwerennej Polski na Łyścu w okresach przedwyborczych świadczą o całkowicie wyjątkowej randze tego miejsca.
Jednocześnie zakonnicy przygotowują grunt pod urządzenie tutaj centrum pielgrzymkowo-turystycznego, które ma w zamyśle zdetronizować zarówno Licheń, jak i Jasną Górę. Kilkanaście dni temu Oblaci wystąpili z wnioskiem do kieleckiej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oraz do Ministerstwa Klimatu i Środowiska o odstępstwa od ustawowych zakazów obowiązujących w odniesieniu do gatunków objętych ochroną. Na pierwszy ogień oblatów idą jerzyki gniazdujące w zabytkowej zabudowie, a także pustułki i kawki. Na terenie całego ŚPN jerzyki występują tylko tutaj. To może nie rozpala wyobraźni, ale wiedząc jak wcześniej zakonnicy traktowali tutejszą przyrodę, można przypuszczać, że to preludium do dalszych zniszczeń. Póki co Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Kielcach wezwał zakon do uzupełnienia wniosku, bo nie przewiduje on kilku innych niezgodnych z prawem działań. Trzeba też pamiętać w tym kontekście publiczne zapewnienia Mariana Puchały, że nie zamierza niczego na Łyścu niszczyć. Całkowicie rozczarowująca jest też postawa dyrektora Reklewskiego, który zrejterował w sprawie ochrony tak cennej enklawy ŚPN, za którą przecież był odpowiedzialny.
Dlatego Stowarzyszenie MOST opracowało ankietę przedwyborczą, w której pyta kandydatów na parlamentarzystów między innymi o to, co zamierzają zrobić z 1,35 ha na Łyścu, gdy wygrają wybory. Ankieta została rozesłana do wszystkich najważniejszych sztabów wyborczych oraz do ponad 70 polityków, najbardziej aktywnych, rozpoznawalnych, charyzmatycznych. Ze wszystkich obozów politycznych.
Uzyskane odpowiedzi zostaną opublikowane, zanim zapadnie cisza wyborcza. Po wyborach Stowarzyszenie MOST rozpocznie oficjalnie i formalnie próbę zmiany granic ŚPN tak, żeby obejmowały one również serce ŚPN – całą wierzchowinę Łyśca.
Łukasz Misiuna
Stowarzyszenie Społeczno-Przyrodnicze M.O.S.T.
Autor relacjonował całą sprawę ŚPN na naszych łamach od początku, czyli od czerwca 2019 roku. Teksty te można znaleźć tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/author/lukasz-misiuna/
Tekst powstał w ramach projektu „Korzenie 2”. Przywrócenie integralności Świętokrzyskiego Parku Narodowego” dofinansowanego ze środków EOG Aktywni Obywatele. Fundusz regionalny. Projekty interwencyjne.
przez redakcja | czwartek 28 września 2023 | aktualności
Statystyki pokazują, że z wakacji kredytowych w dużej mierze korzystają najbogatsi Polacy, mimo że nie potrzebują tego wsparcia.
Jak informuje portal wnp.pl, premier Morawiecki zapowiedział przedłużenie wakacji kredytowych na 2024 roku. Związek Banków Polskich (ZBP) wyraża zaskoczenie tą decyzją, gdy spadają stopy procentowe i inflacja, co według wcześniejszych zapowiedzi rządu PiS miało być przesłankami do zakończenia programu.
Według zaprezentowanych przez Związek Banków Polskich danych, objętych wakacjami kredytowymi (stan na wrzesień 2023) jest 1 mln 149 tys. kredytów o wartości 284 mld zł. 56 proc. kredytobiorców uprawnionych do wakacji zdecydowała się, by z nich skorzystać.
Wartość kredytów objętych wakacjami to już z kolei aż 72 proc. wartości wszystkich kredytów kwalifikujących się do wakacji. Ta statystyka świadczy o tym, że w dużej mierze z wakacji kredytowych korzystają najbogatsi Polacy.
przez redakcja | środa 27 września 2023 | aktualności
Pracownicy spółki Polregio w dwóch województwach 10 października rozpoczną strajk. Żadają podwyżki wynagrodzeń.
Jak informuje OPZZ na swojej stronie internetowej, pod koniec września związki zawodowe podpisały porozumienia w sprawie podwyżek płac, jakie otrzymają pracownicy Polregio w trzynastu województwach. W dwóch regionach na podniesienie pensji nie zgodzili się marszałkowie. Spółka Polregio chciała, by do wynagrodzeń dołożyły się samorządy. W zachodniopomorskim i warmińsko-mazurskim nie udało się dojść do porozumienia w sprawie podwyżki płac i finansowania ich z budżetu samorządu.
Strajk na obszarze województw zachodniopomorskiego i warmińsko–mazurskiego rozpocznie się 10 października 2023 r. od godziny 0:01.Pociągi będące w drodze po godzinie rozpoczęcia strajku zostaną doprowadzone do stacji docelowych.
przez redakcja | wtorek 26 września 2023 | aktualności
Unia Europejska pracuje nad nowymi regulacjami, które pozwolą osobom zatrudnionym bez etatu jako taksówkarze czy dostarczyciele jedzenia posiadać prawo do wynagrodzenia minimalnego, urlopu czy świadczenia chorobowego.
Jak pisze Business Insider, Parlament Europejski pracuje bowiem nad regulacją dotyczącą gig-workerów. Brukseli nie podoba się, że dziś osoby często zatrudnione bez etatu, nie mają wystarczających praw pracowniczych. Nowe regulacje mogą przyznać im więc prawo do minimalnego wynagrodzenia, płatnego urlopu, świadczenia chorobowego czy norm czasu pracy.
Oznacza to prawdziwą rewolucję dla branży, która żyje z łamania praw swoich podwykonawców i kwitnie z powodu niestabilności i „elastyczności”.
przez redakcja | poniedziałek 25 września 2023 | aktualności
Operator pocztowy stał się właścicielem Wojskowych Zakładów Kartograficznych, których zarząd niedawno sygnalizował możliwość utraty płynności. Co Poczta chce drukować?
Jak informuje Puls Biznesu, narodowy operator przejął od Skarbu Państwa 100 proc. udziałów Wojskowych Zakładów Kartograficznych (WZK).
Przejęta spółka nie posiada nieruchomości, ma przestarzały park maszynowy, a jej zarząd wskazywał na ryzyko utraty płynności. Przejęcie przedsiębiorstwa akurat przez Pocztę Polską jest sporym zaskoczeniem.
Przejęcie przez Pocztę Polską (prowadzącą działalność m. in. w obszarze poligrafii — na potrzeby własne i klientów zewnętrznych) kontroli operacyjnej nad WZK pozwoli na wykorzystanie przez Pocztę Polską potencjału drukarni i przełoży się na poszerzenie możliwości produkcyjnych— napisało biuro prasowe operatora.
przez Natalia Bała | niedziela 24 września 2023 | opinie
Do niedawna, to jest do czasu, gdy obejrzałam serial „Severance” (polski tytuł „Rozdzielenie”), dziwiła mnie popularność produkcji osadzonych w świecie korporacji.
Sama broniłam się rękami i nogami przed oglądaniem tego serialu. Dlaczego? Pracuję w biurze w dużej firmie i sądziłam, że na ten temat wiem wystarczająco dużo, by jeszcze po godzinach serwować sobie powtórki z rozrywki. Byłam w błędzie. Okazało się, że dystopijny świat, do którego zapraszają twórcy serialu, dosłownie wyrwał mnie z kapci. Być może dlatego, że wizja przedstawiona tam jest niepokojąco wręcz osadzona w realiach. W kafkowskim kostiumie absurdu, gdzie wszystko jest przerysowane, można przejrzeć się niczym w psychodelicznym gabinecie luster. Jest to przerażające, zwłaszcza gdy nie pamiętasz – jak postaci z serialu – nic poza tym koszmarnym lunaparkiem.
Work-life balance wersja hard
Wraz z odpaleniem pierwszego odcinka serialu, wkraczamy do świata, gdzie jedna z globalnych korporacji wprowadziła nową metodę usprawniającą procesy zarządcze. Jak to się ładnie mówi. Polega to na tym, że pracownikom, którzy chcą się tam zatrudnić, jest wraz z posadą oferowany zabieg medyczny. Jego efekt to rozdzielenie wspomnień z życia prywatnego i tych z pracy.
Mark, menedżer średniego szczebla, zarządza zespołem pracowników zajmujących się… w zasadzie nie wiadomo czym. Nie wiedzą tego w każdym razie ani widzowie, ani sami zatrudnieni. Segmentacja pracy, jej podział na coraz mniejsze, bardziej enigmatyczne specjalności, to nic nowego. Wszak wtedy nie trzeba martwić się co robić, gdy odejdzie osoba, która ma szeroką wiedzę o całym procesie. Takich „klepaczy”, wykonujących mechaniczne zadania, w mikroskali wydające się pozbawionymi sensu, łatwo zastąpić i można też mniej im płacić. Zapraszam tu do wizyty w dowolnie wybranym centrum usług biznesowych, których w Polsce nie brakuje.
Metody zarządzania wyższej kadry menedżerskiej także nie są w serialu zaczerpnięte z domeny sci-fi, a bardziej z tak zwanej prozy życia. Szefowa działu, pani Cobel, rządzi twardą ręką, a jej zbrojnym ramieniem jest czarujący, budzący szacunek i lęk wśród pracowników, pan Milchick. Czegóż tam nie ma? Zarządzanie przez konflikt, czyli w wolnym tłumaczeniu: skłócanie pracowników. Faworyzowanie jednych, by wpłynąć na pozostałych, rozsiewanie kontrolowanych przecieków, to jest plotek na temat innych działów w firmie i ich rzekomo wrogiego nastawienia do naszego działu. Utrudnianie pracownikom nawiązywania przyjacielskich, szczerych relacji. No wiadomo, jesteśmy jedną wielką rodziną, ale bez przesady! Czy też stosowany w firmie, bardzo zabawny, bo kuriozalny system nagród motywujących. System kar również istnieje i podobnie wzbudza bardzo ambiwalentne uczucia. Jest przerażająco śmieszny, zwłaszcza dla kogoś, kto kiedykolwiek pracował w korporacji.
Wydawać by się mogło, że wspomniane rozdzielenie pamięci to sytuacja idealna. Pracownik ma stuprocentową równowagę między życiem prywatnym a pracą. Jest wydajny w pracy i nie myśli o niej po godzinach (bo nic z niej nie pamięta). Jednak szybko okazuje się, że jest to udręka. Życie „alterów”, czyli tej wersji osób, którymi bohaterowie są w pracy, jest koszmarem. W swoim odczuwaniu i przeżywaniu nigdy z niej bowiem nie wychodzą.
Moja głowa murem podzielona
Mamy do czynienia, jak w każdej korporacji, z mitem założycielskim. Tutaj oczywiście jest to zobrazowane w sposób przerysowany, ale nie można, słuchając tyrad o wspaniałym, mądrym wizjonerze i geniuszu, jakim miał być założyciel serialowej firmy LUMON, nie zobaczyć dziadka z KFC, który dobrodusznie uśmiecha się do nas z każdego neonu przy drodze szybkiego ruchu. Albo innego, dowolnie wybranego, bywalca okładek „Forbesa”.
Serial jest bardzo klaustrofobiczny, trzyma w napięciu coraz bardziej w miarę rozwoju akcji. Mark, a później także reszta zespołu, zaczynają zadawać pytania. Co my tu właściwie robimy? Ile jest działów w firmie? A w końcu: czy mamy rodziny i przyjaciół w prawdziwym życiu? Management oczywiście rusza z kontrofensywą.
Śledzimy losy głównego bohatera Marka w dwóch wymiarach. Jako pracownika LUMON oraz prywatnie. On tymczasem zna tylko jedną stronę medalu. Okoliczność tę bardzo zręcznie, wręcz wirtuozersko, wykorzystują scenarzyści. Pozostali bohaterowie pokazani są do pewnego momentu tylko w rolach „alterów”, czyli w swojej egzystencji w LUMON. Nie wiemy nic o ich życiu prywatnym.
Nie chcę i po prawdzie, aby nie spojlerować, nie bardzo mogę powiewać tu jakimkolwiek sztandarem. Ale nie da się ukryć, że serial ma liczne i bardzo czytelne inklinacje lewicowe. Jak pisał mędrzec z Trewiru: „byt społeczny określa świadomość społeczną” i o tym można się przekonać w ostatnim odcinku pierwszego sezonu „Rozdzielenia”. Chciałabym napisać więcej na ten temat, ale musi wystarczyć, to, że finałowy odcinek jest fenomenalny. Świetnie domyka wątki, a jednocześnie kończy się w najbardziej emocjonującym momencie, więc po prostu trzeba zobaczyć drugi sezon.
Kontrola najwyższą formą zaufania…
Oglądając serial pomyślałam o pewnym tekście publicystycznym, który bardzo lubię i który potrafi pokrzepić moje morale, gdy nadchodzi ciemna noc duszy, która, przynajmniej według moich obserwacji, zapada nad każdym pracownikiem korporacji raz na jakiś czas. Mam na myśli tekst Davida Graebera „Fenomen gówno wartych prac”. Polecam lekturę całości, ale w kontekście tej recenzji interesujące są zwłaszcza refleksje Graebera nad tym, dlaczego w obliczu rosnącej automatyzacji i robotyzacji pracy większość osób pracuje coraz dłużej, jak to określa sam autor: „przekładając papiery”. „Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć” – pisze Graeber i kontynuuje myśl: „Tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał. Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas”. W „Rozdzieleniu” również wydaje się, że praca zatrudnionych nie jest celem per se. Istotniejszą rolą ich przebywania w biurze jest kontrola.
Czy nie jest więc trochę tak, jak mogliśmy obserwować po pandemii, gdy wiele firm na różne sposoby zaganiało pracowników do biur, mimo że pracowali oni równie wydajnie z domu? Chodziło o to, aby ich skutecznie kontrolować, mieć na oku. Podobnie wielkie larum podnoszone jest wtedy, gdy w obliczu wzrostu wydajności postuluje się zmniejszenie wymiaru czasu pracy do czterech dni w tygodniu. Badania dowodzą, że zwiększa to zarówno produktywność, jak i ogólny dobrostan pracowników, jednak jakimś cudem rozwiązanie to nie budzi zachwytu luminarzy wolnego rynku.
Dlaczego? Być może powodem jest obawa, co też ludzie zrobią z odzyskanym wolnym czasem. Lepiej niech klepią slajdy w power poincie i nawet, a niech im już będzie, odsiadują dupogodziny i w tym czasie przeglądają media społecznościowe czy robią zakupy w sieci. Czas to cenny, może najcenniejszy zasób, jaki istnieje. I dbanie o to, aby był on pod kontrolą kapitału – wydaje się tutaj kluczowe.
Natalia Bała