Nowe leki refundowane

Nowe leki refundowane

78 nowych produktów znalazło się na listopadowej liście refundacyjnej Ministerstwa Zdrowia. Zmniejszą się ich ceny detaliczne brutto lub dopłata pacjenta.

Według informacji Portalu Samorządowego, od 1 listopada 2023 r. zaczyna obowiązywać nowa lista leków refundowanych. – W związku z wydaniem pozytywnych decyzji o objęciu refundacją ogółem do wykazu zostało dodanych 78 produktów bądź nowych wskazań – podano w obwieszczeniu resortu zdrowia.

Refundacją objęte zostaną nowe leki wykorzystywane w terapii onkologicznej, w tym przy leczeniu raka piersi. Wśród substancji znajdą się Enhertu i Lynparza. Wśród substancji objętych refundacją, ale bez wskazań onkologicznych, znajdą się m.in: Dysport (toksyna botulinowa typu A) stosowana w leczeniu pacjentów ze spastycznością kończyn iAdtralza (stosowana w leczeniu atopowego zapalenia skóry).

Od 1 listopada tego roku refundowane przestaną być między innymi dwa doustne leki przeciwcukrzycowe oraz donosowa szczepionka przeciw grypie.

O prawie 200 złotych stanieje za to lek do terapii napadów obrzęku naczynioruchowego u dzieci i dorosłych. Wykaz dostępny jest na stronie Ministerstwa Zdrowia.

Ukraina wstrzymała dostawy rudy do Huty Katowice

Ukraina wstrzymała dostawy rudy do Huty Katowice

Ukraińskie koleje 28 października wstrzymały przewozy rudy żelaza do polskiej huty ArcelorMittal w Dąbrowie Górniczej.

Jak informuje portal wnp.pl, produkcja należącej do ArcelorMittal huty w Dąbrowie Górniczej oparta jest na ukraińskiej rudzie. Koleje Ukraińskie wprowadziły 28 października zakaz eksportu tego surowca aż do odwołania.

Decyzja Ukrzaliznycia, czyli Kolei Ukraińskich, które mają praktycznie monopol w tym kraju w zakresie przewozów koleją, dotyczy nie tylko rudy żelaza, ale także żużla i popiołów. Obejmuje wszystkie rodzaje wagonów i transport przez stacje Sławków w Polsce i Izów na Ukrainie, czyli tzw. szerokiego toru. Zakaz obowiązuje od 28 października do odwołania.

Ukraińcy nie podali przyczyn swojej decyzji, prawdopodobnie potrzebują wagonów do innych towarów i na inne trasy.

Czy dla polskiej huty zakaz transportu rudy może być dużym wyzwaniem? ArcelorMittal Poland (AMP), polska spółka hinduskiego koncernu, deklaruje, że na razie nie ma powodów do obaw a zakaz nie wpłynie zbyt mocno na działalność huty, która zrobiła zapasy.

Fabryka mebli zostawia ludzi na lodzie

Fabryka mebli zostawia ludzi na lodzie

Fabryka mebli Klose w Nowem kończy działalność po 30 latach. 200 pracowników jest w trudnej sytuacji.

Jak informuje pulshr.pl, firma twierdzi, że nie stać jej na zwolnienia grupowe. Problemy spółki rozpoczęły się w czasie pandemia koronawirusa. Sytuację pogorszyła wojna w Ukrainie. Pod koniec 2022 r. firma ogłosiła, że szuka inwestorów. Zapowiedziano wówczas restrukturyzację, jednak pod koniec czerwca spółka wstrzymała produkcję. 200 pracowników zostało na lodzie.

Urząd Skarbowy w Świeciu licytuje meble z fabryki Klose w Nowem. Firmy nie stać na zwolnienie grupowe i odprawy dla zatrudnionych osób. Część ludzi znalazła nową pracę, a część pracowników – zwłaszcza starszych – została w firmie, ale nie dostają pensji i nie przychodzą do pracy z powodu wstrzymanej produkcji.

Historia firmy Klose w Polsce rozpoczęła się w 1992 r., gdy niemiecka spółka założona przez Karla Heinza Klose przejęła od Skarbu Państwa trzy zakłady Pomorskiej Fabryki Mebli. Meble Klose były produkowane w Nowem (woj. kujawsko-pomorskie), a także Czersku i Gościcinie.

Strajkuje budżetówka w Portugalii

Strajkuje budżetówka w Portugalii

Tysiące portugalskich pracowników sfery budżetowej przystąpiły w piątek do 24-godzinnego strajku. Domagają się podwyżek płac.

O sprawie pisze portal pulshr.pl. Jak poinformował Sebastiao Santana, jeden z koordynatorów piątkowego strajku, krótko po północy do strajku przystąpiły załogi różnych sektorów, w tym m.in. pracownicy publicznych spółek oczyszczania miast. W ogólnokrajowym proteście biorą też udział liczni pracownicy portugalskich szpitali, głównie pielęgniarki. W piątek, jak zaznaczył, odwołano większość wizyt lekarskich, a operacje wykonywane są przede wszystkim w sytuacji zagrożenia życia pacjenta.

Nie działają także szkoły.

W związku z 24-godzinnym protestem do minimum została ograniczona praca instytucji państwowych, w tym urzędów skarbowych i oddziałów państwowego ubezpieczyciela.

W przekazanym mediom komunikacie organizatorzy strajku podali, że głównym żądaniem strajkujących jest podniesienie pensji o co najmniej 15 proc. „z powodu drastycznego wzrostu kosztów życia”.

Walki z patodeweloperką ciąg dalszy

Walki z patodeweloperką ciąg dalszy

Większe odległości między budynkami, lepiej wyciszone ściany, koniec z tzw. mikrokawalerkami – oto przewidywane skutki rozporządzenia podpisanego dziś przez ministra Budę.

Jak informuje portal biznes.wprost.pl, wiosną tego roku minister rozwoju i technologii Waldemar Buda zapowiedział rozporządzenie, które, jak przekonywał, „uderzy w patodeweloperów”. Zakłada ono zwiększenie minimalnej odległości budynków od granicy działki do 5 metrów. Wyjątek dotyczy sytuacji, gdy sąsiednia działka jest publicznie dostępnym placem (nie trzeba wtedy zachowywać żadnej odległości). Ustawodawca chce ograniczyć trudne sąsiedztwo, jakim mogą być budynki produkcyjne lub magazynowe. W przypadku takich obiektów o powierzchni zabudowy ponad 1000 m2 minimalna odległość pomiędzy ścianami nowego budynku produkcyjnego lub magazynowego a ścianami istniejącego budynku mieszkalnego lub zamieszkania zbiorowego ma wynieść 30 m.

Aby zazielenić osiedla, na działkach przeznaczonych pod publicznie dostępny plac (ponad 1000 m kw.) trzeba będzie przeznaczyć co najmniej 20 proc. na teren biologicznie czynny. Ucieszą się dzieci: przy każdym bloku lub na osiedlu, na którym znajduje się co najmniej 20 mieszkań, będzie musiał znaleźć się plac zabaw.

Przy budynkach z 21-50 mieszkaniami co najmniej 1 m kw. placu będzie przypadał na jedno mieszkanie, przy budynkach z 51-100 mieszkaniami plac zabaw będzie musiał mieć min. 50 m kw., a przy inwestycjach od 101 do 300 mieszkań na każdy lokal ma przypadać min. 0,5 m kw. placu. Powyżej 300 mieszkań w budynku plac zabaw będzie miał powierzchnię min. 200 m kw.

Tzw. mikrokawalerki, czyli mieszkania o powierzchni 25 m2 lub mniejsze, mają zniknąć z rynku. Minimalna powierzchnia lokalu użytkowego w nowo projektowanych budynkach będzie musiała wynosić nie mniej niż 25 m2.. Mniejsze lokale użytkowe będą mogły znajdować się wyłącznie na parterze i na I piętrze budynku, pod warunkiem, że jest do nich bezpośredni dostęp z zewnątrz budynku.

Mieszkania mają być też cichsze. Deweloperzy będą mieli obowiązek stosowania między dwoma mieszkaniami w budynkach mieszkalnych jednorodzinnych przegród spełniających odpowiednie wymogi akustyczne oraz drzwi o podwyższonej izolacji akustycznej – dziś podobne wymagania odnoszą się tylko do budynków wielorodzinnych.

W budynkach wielorodzinnych będą musiały znajdować się miejsca do przechowywania rowerów lub wózków dziecięcych. Minimalna powierzchnia takich pomieszczeń będzie wynosiła 15 m kw. Dopuszczalne jest przygotowanie w tym celu wiaty albo altany, a więc wyniesienie przechowalni poza budynek.

Złe wieści z Korei

Złe wieści z Korei

Popyt na baterie do samochodów elektrycznych spada. LG Energy Solution zapowiada zmniejszenie produkcji w polskich zakładach.

Jak informuje portal wnp.pl, producent akumulatorów ostrzegł, że ​​spodziewa się spowolnienia wzrostu przychodów w kolejnych kwartałach z powodu osłabienia popytu na pojazdy elektryczne. Powód? Rosnące stopy procentowe w wielu krajach i zwiększona globalna niepewność nie sprzyjają sprzedaży samochodów z tego rodzaju napędem. Co ciekawe, przychód spółki rośnie, ale obawia się ona przyszłego kryzysu.

Złe prognozy oznaczają kłopoty dla polskiej fabryki koncernu. LGES uruchomił w podwrocławskich Biskupicach pierwsze i zarazem największe centrum produkcji baterii do samochodów elektrycznych w Europie. Zakład zajmuje powierzchnię ponad 100 hektarów i produkowane w nim są baterie litowo-jonowe do aut elektrycznych różnych marek.

Nie wiadomo też, jak przełoży się to na sytuację pracowników. W polskich zakładach spółki pracuje około 10 tys. osób. LGES to czołowy pracodawca na Dolnym Śląsku.

Rekordowa podwyżka w 2024

Rekordowa podwyżka w 2024

O 650 zł wzrośnie w styczniu 2024 r. najniższa pensja w Polsce. To oznacza, że wyniesie nie mniej niż 4254,40 zł brutto.

Jak informują Wiadomości Handlowe, Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, zgodnie z którym od 1 stycznia 2024 r. minimalne wynagrodzenie ma wynosić 4242 zł, a minimalna stawka godzinowa 27,70 zł, a od 1 lipca 2024 r. minimalne wynagrodzenie za pracę ma wynieść 4300 zł, a minimalna stawka godzinowa 28,10 zł.

Pierwsza podwyżka płacy minimalnej nastąpi z dniem 1 stycznia 2024 roku. Tego dnia wzrośnie ona z kwoty 3600 zł brutto (od 1 lipca 2023) do kwoty 4242 zł brutto. Na kolejną podwyżkę pracownicy poczekają do 1 lipca 2024 roku. Wówczas płaca minimalna wzrośnie ponownie – tym razem z kwoty 4242 zł brutto do 4300 zł brutto.

Netto od 1 stycznia 2024 roku na konta pracowników zarabiających pensję minimalną trafi kwota około 3 221,98 zł. Kwota ta ulegnie podwyższeniu od 1 lipca do 3261,53 zł netto.

Konfederacja Pracy za utrzymaniem zakazu

Konfederacja Pracy za utrzymaniem zakazu

Powraca dyskusja o niehandlowych niedzielach i zasadach, na jakich miałyby być utrzymane. Na ten temat wypowiadają się kolejne związki zawodowe.

Konfederacja Pracy informuje: „W związku z medialnym nasileniem informacji dotyczących ewentualnych zmian w przepisach regulujących handel w niedzielę, przekazuję stanowisko OPZZ Konfederacja Pracy i Branży Handel, Usługi, Kultura i Sztuka Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

Nie zapominając o postulacie OPZZ dotyczącym przynajmniej dwóch wolnych niedziel dla wszystkich pracowników, wyrażamy zdecydowany sprzeciw wobec jakichkolwiek zmian w tzw. ustawie o zakazie handlu w niedzielę.

Każda zmiana w tym zakresie to zamach na normalność, która od niedawna zapanowała wśród pracowników sektora handlu.

Każda zmiana w tym zakresie spotka się również z odpowiednią reakcją ze strony organizacji związkowych zrzeszających pracowników handlu”.

Nowe przystanki kolejowe w Zabrzu

Nowe przystanki kolejowe w Zabrzu

Dwa przystanki kolejowe na wyremontowanej w ostatnich latach linii kolejowej Gliwice-Bytom mają powstać w Zabrzu.

Jak informuje Portal Samorządowy, nowe inwestycje mają być zlokalizowane na wyremontowanej linii kolejowej nr 147 Zabrze Biskupice-Gliwice.
W przypadku Zabrza Maciejowa przystanek znajdzie się w nowym miejscu, a w przypadku Zabrza Północ – w miejscu zlikwidowanego niegdyś przystanku o tej nazwie, przy planowanej miejskie inwestycji przesiadkowej.

Przetargi już trwają. Przedmiotem obecnego zamówienia w Zabrzu-Maciejowie jest zaprojektowanie oraz budowa dwóch nowych peronów, jednokrawędziowych na linii nr 147 Zabrze Biskupice-Gliwice z wykonaniem odwodnienia, dróg dojścia do peronów i innych robót, dotyczących: nawierzchni torowej z odwodnieniem torowiska, sieci trakcyjnej, urządzeń sterowania ruchem kolejowym.

Tzw. Program Funkcjonalno-Użytkowy zakłada tam dwa perony jednokrawędziowe o wymiarach 150 m na 2,80 m na 76 m (z lokalnymi poszerzeniami i rezerwą pod kątem wydłużenia do 200 m), przewiduje drogę dojścia w postaci schodów i pochylni.

Zasadnicze prace na odcinku LK147 Bytom-Zabrze Biskupice-Maciejów zakończyły się w październiku 2021 r. i objęły ok. 11,9 km linii kolejowych. Zostały wykonane jako inwestycja ważna przede wszystkim dla ruchu towarowego (nie uwzględniono infrastruktury pasażerskiej). Obecnie połączenie z Gliwic do Bytomia kończy się na dworcu w Bytomiu przy modernizowanej, a przez to nieczynnej od Chorzowa Batorego do Nakła Śląskiego linii nr 131, tzw. magistrali węglowej.

Uchwałę ws. ustanowienia „Rządowego programu budowy lub modernizacji przystanków kolejowych na lata 2021-2025” przyjęto 19 maja 2021 r. Program zaktualizowano 15 czerwca ub. roku. W zadaniu uwzględniono 314 lokalizacji w całej Polsce. Na liście podstawowej jest 185 z nich, a na rezerwowej – 129.

Łącznie w woj. śląskim w programie ma zostać zrealizowanych 20 zadań przystankowych. Gotowe są już jeden nowy przystanek – Koniecpol Centrum i zmodernizowane cztery: Rybnik Niedobczyce, Rybnik Niewiadom, Rybnik Paruszowiec i Warszowice. W realizacji są umowy na roboty dla sześciu zadań przystankowych: Katowice Kostuchna, Katowice Murcki, Katowice Ochojec, Katowice Podlesie Dąbrowa, Pawłowice Śląskie Centrum i Wodzisław Śląski Centrum.

W programie w ostatnich tygodniach PLK m.in. prowadziły przetarg na dokończenie przebudowy przystanku Radlin Obszary na połączeniu Rybnik-Wodzisław Śląski na linii kolejowej nr 158; wybrano już tam najkorzystniejszą ofertę: złożyła ją spółka Infrakol. Trwają też przetargi na budowę nowych przystanków na linii Częstochowa – Chorzew Siemkowice.

Nie płaczemy i nie otwieramy szampana

Nie płaczemy i nie otwieramy szampana

Chcemy się podzielić krótkim podsumowaniem wyników wyborów z punktu widzenia spraw, którymi się zajmujemy w Pacjencie Europa: sprawiedliwej transformacji, Unii Europejskiej, zdrowia publicznego. Nie w perspektywie najbliższych paru miesięcy, tylko lat i dekad.

***

Będziemy mieli teraz test tego, na ile nowy rząd i organizacje pozarządowe będą dbać o społeczną sprawiedliwość zielonej transformacji – gdy zniknie straszak PiS-u przy władzy. My na pewno będziemy pilnować sprawiedliwości społecznej tego procesu. Z powodu przywiązania do zasad – i ze względów pragmatycznych. Prawo i Sprawiedliwość zdobyło (po dwóch kadencjach, pandemii, inflacji i wojnie) 36 procent głosów. Zarazem zdecydowanie wygrało wśród robotników, mieszkańców mniejszych miejscowości i ludzi mniej zamożnych. I najpewniej będąc w opozycji – a więc nie odpowiadając już realnie za rządzenie i negocjacje w Brukseli – jeszcze mocniej pójdzie w retorykę antyunijną i antyzieloną. Z długofalowym wpływem zarówno na poglądy swojego elektoratu, jak i poziom oraz charakter debaty o transformacji energetycznej.

Najbliższe cztery lata, z wysokimi cenami energii, odłożonymi przez zaniedbania kosztami zielonej transformacji, niestabilną sytuacją międzynarodową – mogą być trudne. A widmo Polexitu wcale nie zostało wyegzorcyzmowane. Jak słusznie powiedział komentując wynik wyborów były prezydent Aleksander Kwaśniewski: „Nowa władza musi pokazać, że widzi problemy wyborców PiS-u, zrozumieć ich problemy”.

***

Słychać komentarze, że Polska wróciła na Zachód. Ale Zachód, na który wróciła, nie jest już tym samym Zachodem, do którego dołączaliśmy w 2005. A niestety główne partie i ich intelektualiści w większości posługują się starą mapą Europy. Weźmy naszego najważniejszego sąsiada: Niemcy. Rośnie tam poparcie dla skrajnie nacjonalistycznej – otwartej na retorykę rewizji granic z Polską – partii AfD. Słabnie wokół tej partii kordon sanitarny: koalicja CDU-CSU-AfD już nie jest czystą polityczną fikcją w perspektywie tej dekady. A jeszcze bardziej prawdopodobny jest wyścig między AfD i CDU-CSU do prawej ściany.

Polska prawica żyła ostatnimi laty (często słusznym) punktowaniem hipokryzji Niemiec mówiących o wartościach i handlujących z Putinem. Co będzie, gdy zderzymy się z Niemcami, które będą mówić przede wszystkim o własnym, wąsko rozumianym, niemieckim narodowym interesie? Hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie. Jako taka hipokryzja stwarza przestrzeń do rozliczania ludzi, którzy głoszą pewne wartości, z ich niepełnej realizacji. Ludzie, którzy wybierają głoszenie czystej siły egoistycznego interesu – są nierozliczalni. Nie można nic wygrać na punktowaniu ich niespójności między głoszonymi wartościami a praktyką. Podobnie bezradna wydaje się wobec takich przyszłych Niemiec spod znaku „Germany first” dotychczasowa opozycja. Żyje przecież (z niewielkimi wyjątkami) z doganiania Europy. A co będzie doganiać, gdy w Paryżu – po wdrożeniu społeczeństwu reformy emerytalnej pałkami przez Macrona-Napoleona – rządzić będzie formacja Marine Le Pen?

A nawet, jeśli te dwa scenariusze się nie spełnią, co z Polską w Europie w ciągu najbliższej dekady, gdy USA będzie musiało w końcu – a jest to długofalowo niemal nieuniknione – zrezygnować z tak silnej militarnej obecności w naszej części świata, bo zmusi je do tego republikańska większość? Lub po prostu zbyt napięty budżet?

Po kampanii czas na poważną rozmowę – po wszystkich stronach – o naszej roli w Europie i architekturze Europy, w której będziemy czuć się pewnie, podmiotowo i bezpiecznie.

***

Cieszy ugrzęźnięcie na poziomie 6–7 procent przez Konfederację. Pokazuje to, że polskie społeczeństwo wcale tak chętnie nie łyka koktajlu z finansowej autodestrukcji państwa polskiego w czasie wojny i antyludzkich poglądów ws. opieki nad słabszymi, odpowiedzialności za siebie nawzajem. Mamy nadzieję, że skłoni to partie, które do tej pory mniej lub bardziej kopiowały za Konfederacją np. stosunek do zdrowia publicznego (w tym np. przeciwdziałania Long COVID przez zapewnienie dobrej jakości powietrza w budynkach) do słuchania naukowców, organizacji pozarządowych czy rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci były narażone na wysokie ryzyko chorób płuc i układu nerwowego.

***

Na koniec jeszcze jeden powyborczy aspekt, wpływający na wszystkie poprzednie, który nie może umknąć naszej uwadze. Niski poziom debaty publicznej w masowych środkach przekazu za sprawą kampanii wyborczej osiągnął kolejne dno. Problem z tą sytuacją nie polega na jej estetyce. Trudne czasy, w które Polska już jakiś czas temu weszła, wymagają zarówno od elity politycznej, jak i od obywateli znaczącego podniesienia świadomości sytuacji i zagrożeń oraz niespłaszczonej, zniuansowanej dyskusji. W dobrych czasach spłaszczony, karykaturalny, trollerski przekaz na poziomie diagnoz, analiz i propozycji rozwiązań jest zaledwie niedojrzałym podejściem, na które możemy przymknąć oko. Natomiast w czasach zbliżających się wyzwań takie zatruwanie wspólnoty dawkami tożsamościowego chuligaństwa należy stanowczo sekować z przestrzeni publicznej.

Polska potrzebuje dzisiaj zachowania przez obywateli trzeźwego i czujnego osądu, dobrego poinformowania, a także żywej i przede wszystkim głębokiej debaty, nie wykluczającej na wstępie innych punktów widzenia. Chłodnych, trzeźwych i czujnych umysłów wielu Polaków – zaangażowanych w debatę, podnoszących nasze zrozumienie świata i naszej własnej wspólnoty – będziemy bowiem bardzo potrzebować.

Krzysztof Mroczkowski, dr Mateusz Piotrowski

Zdjęcie w nagłówku: fot. Yves Bernardi z Pixabay.

Zmęczeni pomocą, przestraszeni wojną

Zmęczeni pomocą, przestraszeni wojną

Odsetek Polaków popierających przyjmowanie uchodźców z Ukrainy ponownie się obniżył i wynosi obecnie 57 proc., co oznacza spadek o 8 punktów procentowych względem września.

Jak informuje pulshr.pl na podstawie sondażu CBOS z października, 67 proc. badanych uważa, że wojna na Ukrainie zagraża bezpieczeństwu Polski (wzrost o 3 punkty proc.); według 24 proc. wojna zdecydowanie zagraża bezpieczeństwu Polski, a 43 proc. oceniło, że raczej zagraża.

28 proc. oceniło, że wojna na Ukrainie nie zagraża bezpieczeństwu Polski; 23 proc. odpowiedziało, że raczej nie zagraża, a 5 proc., że zdecydowanie nie zagraża. 5 proc. wybrało opcję „trudno powiedzieć”.

Według CBOS odsetek Polaków popierających przyjmowanie uchodźców z Ukrainy ponownie się obniżył. W październiku wynosi 57 proc. i jest to spadek o 8 pkt. proc. względem września. 16 proc. Polaków odpowiedziało, że zdecydowanie powinno się przyjmować uchodźców, a 41 proc., że raczej powinno się przyjmować.

„Obecny wynik jest nie tylko najniższy od wybuchu wojny w lutym 2022 roku, ale i niższy od niektórych wyników notowanych przez nas jeszcze wcześniej (wówczas pytaliśmy o przyjmowanie uchodźców z anektowanego Krymu i okupowanych przez Rosjan terytoriów na wschodzie Ukrainy)” – zauważa CBOS.

Z drugiej strony, 37 proc. ankietowanych uznało, że Polska nie powinna przyjmować ukraińskich uchodźców z terenów objętych konfliktem; 24 proc. wskazało, że raczej nie powinna przyjmować, a 13 proc., że zdecydowanie nie powinna. 6 proc. odpowiedziało „trudno powiedzieć”.

Spadek pojawił się także w deklaracjach dotyczących udzielania Ukraińcom pomocy. 32 proc. badanych (spadek o 9 punktów proc. względem września) deklaruje, że on sam lub ktoś z jego gospodarstwa domowego udziela takiej pomocy. 68 proc. odpowiedziało, że nie pomaga uchodźcom (wzrost od września o 9 punktów proc.).

Niemcy, zabierajcie swoje śmieci

Niemcy, zabierajcie swoje śmieci

Polska zaskarżyła Niemcy w sprawie nielegalnego składowania odpadów w kilku lokalizacjach. Niemcy faktycznie uchybiły zobowiązaniom ciążącym na nich na mocy regulacji dotyczących przemieszczania odpadów.

Jak pisze portal wnp.pl, Komisja Europejska przypomniała, że w postępowaniu wszczętym przez Polskę przeciwko Niemcom na podstawie art. 259 Traktatu o funkcjonowaniu UE, dotyczącym nielegalnego przemieszczania odpadów z Niemiec do Polski, nasz kraj wskazywał, że RFN „naruszyła art. 24 ust. 2 i art. 28 ust. 2 rozporządzenia nr 1013/2006 w sprawie przemieszczania odpadów, odmawiając odbioru odpadów nielegalnie przemieszczonych z Niemiec do siedmiu różnych miejsc w Polsce”.

W swojej opinii Komisja uznała, że „Niemcy uchybiły zobowiązaniom ciążącym na nich na mocy art. 24 ust. 2 rozporządzenia, nie odbierając w terminie 30 dni odpadów z jednej lokalizacji (Tuplice) oraz w pewnym zakresie nie odbierając odpadów z innej lokalizacji (Stary Jawor)”.

Niemcy mają zabrać nielegalnie składowane śmieci w Polsce! Komisja Europejska przyznaje Polsce rację w sporze z Niemcami. Żądamy, aby władze w Berlinie w najbliższych dniach odebrały pozostawione odpady. Jeśli tego nie zrobią natychmiastowo, kolejnym krokiem jest wniosek do TSUE – przekazała szefowa MKiŚ na platformie X (dawniej Twitter).

Porzućmy wszelką nadzieję? Komentarz powyborczy

Porzućmy wszelką nadzieję? Komentarz powyborczy

1. Wybory oczywiście wygrał PiS. To pierwszy w III RP przypadek, że jakaś partia wygrywa wybory trzeci raz z rzędu. Po tym, jak w drugiej kadencji miała na głowie, oprócz zwyczajowego ciężaru rządzenia i krytyki opozycyjnej, jeszcze bezprecedensową globalną pandemię, wojnę w sąsiednim kraju, masy uchodźcze w polskich instytucjach opieki i na polskim rynku pracy, światowy szok energetyczno-inflacyjny. W tych warunkach trzecie zwycięstwo i 36% poparcia to jest sukces. Po prostu. Byłby nim w przypadku każdej innej partii na ich miejscu.

2. Wybory oczywiście przegrał PiS. W sensie zdolności stworzenia większości parlamentarnej i kontynuowania rządów samodzielnych lub koalicyjnych. A nawet szerzej: w sensie jakiejkolwiek zdolności koalicyjnej. Z PiSem stało się to, co znamy już w przypadku populistów np. ze Słowacji. Wygrywali wybory, lecz nie mogli rządzić. Bo nie mieli większości sami lub z kimkolwiek. To oczywiście jest z jednej strony kwestia antypopulistycznego kordonu sanitarnego w wykonaniu partii liberalnych. Ale z drugiej nieumiejętności pozyskania jakichkolwiek sojuszników. To się może raz udać, gdy jest premia d’Hondta i mało partii w parlamencie (2015), może się udać innym razem z bardzo dobrym wynikiem (2019), ale trudno liczyć, że uda się jeszcze wiele i wiele razy. To się zdarza, jak na Węgrzech, ale jako wyjątek, nie reguła. PiS tak zdefiniował podział i konflikt polityczny, że został sam.

3. Gdybym miał wskazać na przyczyny porażki PiS, wskazałbym dwie, długofalową i doraźną.

Długofalowa to zaostrzenie zakazu aborcji w 2020 roku, czyli wymaganie od ludzi za pomocą paragrafu postaw doskonałych moralnie (przyjmując, że ta moralność jest właściwa). We wrześniu 2020, po zwycięstwie wyborczym PiS w 2019 i Dudy w 2020, PiS miał sondażowe wyniki na poziomie 43-45% i było to dość stabilne. Mimo realiów pandemii. Po wyroku TK w sprawie aborcji sondaże PiS poszły mocno w dół i nigdy już nie wróciły do dawnych poziomów. Czasami udawało się nieco odbić w górę, ale nigdy do stanu sprzed dużego spadku. Nie tylko dlatego, że maksymalizm moralny sprawdza się w książkach o cnotach jednostkowych i w żywotach świętych, ale nie w społeczeństwie. Nie tylko dlatego, że następuje zmiana pokoleniowa.

Przede wszystkim dlatego, że PiS taką decyzją uderzył w kręgi ludowe. Nie wyciągnął przy tym żadnych wniosków z wcześniejszych protestów, mających miejsce w pierwszej kadencji w tej samej sprawie. Wtedy było już widać, że to nie jest jedna z serii potyczek na linii PiS kontra liberałowie, ludność wielkomiejska, klasy posiadające itp., lecz kontra spora część ludu. Pisałem o tym tutaj przed laty, gdy nagle w naszym ówczesnym miejscu zamieszkania, miasteczku niewielkim i społecznie biernym, na ulice wyszły setki ludzi, podobnie jak w wielu innych takich miejscach. Nie „libertynów”, nie „postkomunistów”, nie „feministek”, nie „julek” itd., lecz zwykłych ludzi z klasy ludowej. Powrót do zaostrzenia prawa odepchnął ludzi z takich kręgów od PiS na zawsze. To między innymi ich głosów zabrakło w 2023. Polski lud może nie być przesadnie postępowy kulturowo, ale nie jest doktrynerami z klimatów ordoiurisowych. I to właśnie ludu dotykają takie sprawy i wymogi o wiele bardziej niż prawicowych inteligentów z forsą i mnóstwem życiowych możliwości.

A co to dało samej sprawie „obrony życia”? Otóż nie tylko nic jej nie dało, ale i zaszkodziło. Zamiast „kompromisu aborcyjnego” odżył temat liberalizacji prawa, rzecz stała się dyskutowana publicznie, a badania opinii pokazały, że postawy społeczne zmieniły się z umiarkowanie konserwatywnych na raczej liberalne w tej kwestii. Tyle przegrać w imię marginaliów, moje gratulacje. To jest zresztą największy problem całościowy z PiS-em (i wieloma populistami z innych krajów) – zbytni bagaż prawicowości. Pewna dawka tejże sprawdza się jako ideologia ludowego buntu, bo dzisiaj to konserwatyzm jest bardziej wywrotowy niż postępowość elit i wielkich korporacji, a pewien ład moralny i społeczny stanowią ostoję (choćby i fikcyjną) dla mas poniewieranych hiperzmianą w ramach ultrakapitalizmu. Ale duża dawka prawicowego doktrynerstwa odrzuca lud od populistów. Socjal + godność + tożsamość + patriotyzm tak, ale bez przesady, bo wtedy ludzie wybierają liberałów, choćby tamci mieli ich dręczyć. Nie wszyscy ludzie, ale tylu, że populistom brakuje głosów do rządzenia.

Doraźna przyczyna porażki PiS to moim zdaniem natomiast sposób prowadzenia kampanii. Ostatnie półtora miesiąca to był dramat. Wcześniej PiS łączył swój tradycyjny przekaz z ofertą socjalno-rozwojową. We wrześniu i październiku było już tylko mantrowanie o Tusku, imigrantach i „bezpieczeństwie”, niestrawne nawet dla części sympatyków PiS, a co dopiero mówić o ludziach wahających się, a to właśnie ich należało pozyskać. Nie, to nie są kluczowe ludzkie bolączki. Można nie lubić Tuska, być sceptycznym wobec otwartych granic itp., ale to nie jest sedno ludzkiego życia. W roku wciąż wysokiej inflacji i wzrostu kosztów życia to nie imigrant jest moją kluczową bolączką, lecz ceny w sklepach. Policzyłem kiedyś z grubsza, że gdyby chcieć dać sferze budżetowej, łącznie z nauczycielami, podwyżki rzędu 1000 brutto miesięcznie, to kosztowałoby to rocznie w najlepszym razie 25 miliardów. Kwota dzisiaj niespecjalnie problematyczna dla budżetu. To nie jest tak, że ci ludzie poszliby głosować na PiS. Ale rozładowałoby to kawał społecznego wkurzenia na PiS i frustracji na realia bytowe, a to by zmieniło proporcje mandatów w wyborach przynajmniej częściowo. Gdyby oprócz tego nie męczyć innych ludzi, tych mających już dość polaryzacji doprowadzonej na skraj obłędu, coraz bardziej szajbowatym przekazem w kampanii, to obstawiam wynik PiS w okolicach 220 mandatów i niewiele brakowałoby do większości.

4. Oczywiście PiS przegrał nie tylko dlatego. Opozycja rzuciła wszystkie siły i to w sposób, który dla mnie jest obrzydliwy i nie mniej marny niż wiele działań PiS. „Wolne media” zamieniły się w totalny napastliwy ściek, niemający żadnych granic, zasad i hamulców. Nawet nie udawały, że coś relacjonują – jedynie skrajnie jednostronnie agitowały na jednych, a próbowały uwalić drugich. Reżyserka Holland akurat wtedy odpaliła swój film, a Sekielscy swój. Dowódcy wojska kilka dni przed wyborami złożyli dymisje, co jest chyba ewenementem w krajach demokratycznych i nie powinno ani w ogóle, ani w obecnej sytuacji geopolityczno-militarnej, być akceptowane przez jakąkolwiek poważną i odpowiedzialną partię. Histeria środowiskowo-liberalna przebiła wszelkie pułapy. Mobilizacja opozycji była gigantyczna, a PiS zupełnie to przespał i przegapił.

5. Największym przegranym wyborów jest lewica. W liczbach, nie w ocenach. Straciła w kadencję 23 z 49 mandatów, czyli największy procentowy udział stanu posiadania. I to po tym, jak w 2019 mówiła, że nie jest popularna, gdyż nie trafia do mediów, jest przemilczana itp. Przez 4 lata była w mediach, parlamencie, miała forsę itp. I co? I nic. Straciła kawał poparcia na rzecz liberałów. Bo się od nich niewiele różni. Bo mówiła z nimi niemal jednym głosem. Bo wiernopoddańczo deklarowała współrządzenie. Bo jej przekaz to był głównie antyPiS. Po co głosować na kopię, skoro jest oryginał?

Lewica może oczywiście próbować mówić o sukcesie, bo zamierza współrządzić. Po pierwsze, z pozycji najsłabszego koalicjanta. Po drugie z pozycji takiego, którego można się pozbyć za pomocą transferów z innych partii – Konfederacji, przegranych pisowców itp. Po trzecie, lewica musi w tym rządzie być, gdy więksi jednak uznają, że jej potrzebują, a ona będzie w nim niezależnie od tego, co ów rząd będzie wyprawiał – wystarczy sobie wyobrazić, co z nią zrobią „wolne media”, gdyby dostała niekorzystną ofertę koalicyjną i zechciała ją odrzucić; byłaby zaszczuta za „rozbijanie jedności opozycji”, „przedkładanie swoich interesów ponad odsunięcie PiS” itd. Po czwarte, lewica będzie firmowała w efekcie dowolnie fatalne rządy – już są zapowiedzi zarówno powrotu neoliberalizmu w gospodarce, ale i olewania priorytetów liberalnej lewicy, jak aborcja na życzenie czy związki partnerskie; to wszystko będzie wyłącznie przedmiotem kalkulacji większych i kunktatorskich koalicjantów, a lewica nic tu nikomu nie narzuci.

Po piąte, środowiskowa banieczka cieszy się z sukcesu Razem (nieznaczne zwiększenie parlamentarnego stanu posiadania), ale „zapomina”, że a) Razem nie jest niezbędne do większości parlamentarnej, b) Razem nie ma żadnych podstaw do fikania, bo startowali z list Nowej Lewicy, a to oznacza, że cały hajs z dotacji partyjnej jest pod kontrolą i do dyspozycji Czarzastego i ex-wiośniarzy. Poza poselskimi/senatorskimi pensjami i takimże hajsem na biura poselskie/senatorskie, Razem nie ma z tego zwycięstwa żadnej swojej i pewnej kasy. Niezależność oznacza dla nich szybkie i pewne zmarginalizowanie finansowo-organizacyjne plus oczywiście zajadły atak „wolnych mediów”, dlatego tejże niezależności nie będzie w realu, skończy się na kilku pustych gestach na użytek zaplecza środowiskowego.

6. Cieszy słaby wynik Konfederacji, bo to opcja całkowicie szkodliwa – w swym libertariańskim antypaństwowym i antywspólnotowym stanowisku, w maskowaniu obrony dużego biznesu za pomocą udawania troski o biznesiki niewielkie, w archaicznym i groteskowym „konserwatyzmie” żywcem wyjętym z czytanek amerykańskich neokonserwatywnych reaganowców, bushowców i trumpowców spod znaku wojen kulturowych, a także w kwestii małpowania najgłupszych tradycji endecji w kwestii orientacji wschodniej. Wiosną wydawało się, że oferta libertariańska dobrze trafia w nastroje młodych wyborców (pokolenie hiperindywidualizmu) i w irracjonalne lęki mówiące, iż „rozdawnictwo” powoduje inflację (dokładnie odwrotnie: chroni społeczeństwo przed jej skutkami), ale na szczęście ówcześni sondażowi zwolennicy partii uciekli z tych klimatów, gdy dostali w pakiecie całą resztę zwyczajowych odlotów tego środowiska.

7. Triumfatorami wyborów są Tusk i Hołownia, i jest to fatalna wiadomość. Stary neoliberał i cynik oraz młodszy neoliberał i synteza spryciarza z mydłkiem źle wróżą na przyszłość. Przede wszystkim w kwestiach socjalnych. Tusk jaki jest i co robił, to każdy przytomny wie. Natomiast Hołownia w ciągu ostatnich miesięcy całkiem zrzucił maskę cywilizowanego soft-liberała i jawnie występuje w roli Konfederacji bez Korwina i endeków, czyli: egoistyczna ideologia liberalna, obsługa interesów i nienawiści klas średniej i wyższej, tyle że bez ultrakonserwatywnych i prorosyjskich odlotów. Oczywiście jest dobry w PRze, więc zawiezie jakieś certyfikowane koce do schroniska dla bezdomnych, a na eventach partyjnych będzie kawa fair trade z plantacji w Gambii czy Zambii. Jednak ledwo policzono głosy, a już z tych środowisk idzie przekaz antysocjalny: koniec z „rozdawnictwem”, likwidacja dodatkowych emerytur itd.

Oczywiście oni nie są idiotami i nie pójdą na rympał z likwidowaniem wszystkiego od razu. Będzie stopniowo, pomału, częściowo. Będzie tak, że nie wszyscy stracą, bo część zyska – podwyżki czekają raczej na pewno nauczycieli, akademików i lekarzy. Będzie ostrożnie, aby nie stracić władzy. Ale będzie, bo liderzy mają w głowach śmietnik, a elektorat tego oczekuje w ogóle i w zgodzie ze swoim interesem klasowym, a także dlatego, że jest zbyt tępy i zbyt zapalczywy, aby umieć odrzucić błędy pisowskie bez odrzucania pisowskich dobrych rozwiązań.

Jeśli coś polskiemu ludowi zapewni stosunkowo miękkie lądowanie, to forsa z KPO – jej wpompowanie w inwestycje, czyli pośrednio w rynek pracy, sprawi, że nie będzie katastrofy. Oczywiście swoje ukradną, będzie tym zarządzać ktoś o uczciwości i intelekcie Sławka Nowaka, więc głównie będą lać beton gdzie popadnie (i wielu świeżo narodzonych ekologów nie piśnie przeciw temu ani słowem) rękoma podwykonawców, ale przynajmniej nie grozi nam kolaps społeczny. Ale częściowe przywrócenie wyzysku, biedy i nierówności mamy jak w banku.

8. W polityce zagranicznej i podobnych sprawach czeka nas powrót w stare koleiny. Zapomnijmy o próbie wewnątrzsterowności czy przynajmniej wyborze mniej dokuczliwego „patrona”. Będzie jawna opcja proniemiecka i probrukselska, łącznie z uwaleniem inwestycji zagrażających interesom niemieckim, jak CPK. Będą mrzonki o „armii europejskiej”, a nasza lewica ma spore doświadczenie w oprotestowywaniu np. amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Wobec Ukrainy nie będzie żadnej asertywności, choćby w Kijowie woda sodowa odbijała z intensywnością Niagary. Wobec UE w jej modelu coraz bardziej centralistycznym będzie pełna czołobitność, łącznie z decyzjami, których nie odkręcimy przez dekady i które uwalą w Polsce jakiekolwiek pole manewru, nie tylko prawicowe, ale i potencjalne przyszłe lewicowo-narodowe.

9. Oczywiście tylko dziecko wierzy w to, że model funkcjonowania instytucji będzie inny niż ten przypisywany PiS-owi, a de facto w Polsce odwieczny. Zmieni się tylko to, kto daje i kto dostaje. Dotacje i posady będą rozdawane po takiej samej znajomości, jak pisowskie, tylko teraz będzie się to nazywało tak, że dostają fachowcy za jakość, a nie sprzedawczyki za wysługiwanie się reżymowi. Ba, okaże się, że to, co PiS tworzył ponoć niepotrzebnie i „dla swoich”, zostanie przejęte, obsadzone innymi „swoimi” i uznane jako niezbędne w systemie nowego klientelizmu i odznak za wierną służbę. Biedactwa, które łkały, że ktoś kogoś zwolnił czy coś powołał, teraz będą zwalniały innych, zatrudniały kolegów i obsadzały „pisowskie instytucje”. I nie myślcie sobie, że chociaż zadrży im ręka, a ktoś ze środowiska to skrytykuje zamiast przytulić etat czy zlecenie.

10. Czeka nas niemal totalny monopol medialny. Wszelkie media publiczne i media „orlenowskie” będą liberalno-antypisowskie, podobnie jak niemal wszystkie prywatne. „Media obywatelskie” będą na ręce patrzyły nie rządzącym, lecz nadal PiS-owi. Zapomnijcie o jakiejkolwiek funkcji kontrolnej, chyba że w ramach frakcyjnych i personalnych przepychanek wewnątrz środowiska zwolenników nowej władzy. Każdy, kto chciałby się wyłamać, zostanie okrzyknięty agentem PiS, rozbijaczem jedności, pożytecznym idiotą Kaczyńskiego itp. A nowi lizusi będą jeszcze bardziej zapamiętali niż poprzedni, bo trzeba odrobić stracone lata oraz dać się nachapać młodym wilkom, które na prawdziwa frukta liberalne jeszcze się z racji wieku nie zdążyły załapać.

11. Wiele zależy od tego, co się stanie po stronie antyliberalnej. Nie mam tu wielkich nadziei. Kaczyński ma swoje lata. Stracił główny instrument dyscypliny organizacyjnej, czyli władzę, forsę i posady dla swoich ludzi. Wątpię w utrzymanie jedności PiS. Nie jestem też wcale przekonany, że utrzyma on kurs jednoznacznie socjalny. Choć powinien, ze względu na poczynania liberalnej władzy oraz oczekiwania elektoratu ludowego, wcale nie zdziwię się, gdy spod dość świeżej orientacji socjalnej zaczną przebijać stare odruchy z czasów gilowszczyzny. To wciąż nie są na populistycznej prawicy sprawy całkiem przepracowane, właśnie dlatego, że jest to prawica.

A innych widoków na reprezentację ludu w Polsce w jego socjalnym interesie – moim zdaniem nie ma, są co najwyżej mrzonki tego typu w środowiskach niszowych inteligentów. Być może PiS u władzy był dalece niedoskonałym, ale maksymalnym możliwym osiągnięciem w tej sferze. Nie pomaga też zmiana pokoleniowa na indywidualistyczną, rozpad wspólnych kodów kulturowych społeczeństwa, wciąż ogromne pokłady liberalnego pogubienia się społeczeństwa (świetnie widoczne w obliczu inflacji czy reakcji na 800+) itp.

***

Reasumując, „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu przychodzicie”. Choć oczywiście nigdy nie ma i nie będzie żadnego końca historii. Wola ludzka potrafiła zrywać nie takie kajdany jak te, które nakładają nam liberalni oligarchowie udający demokratów oraz ich usłużni pomagierzy.

Remigiusz Okraska

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

 

Znowu zwalniają

Znowu zwalniają

Producent silników lotniczych Rolls-Royce zwolni do 2500 zatrudnionych na całym świecie.

Jak informuje pulshr.pl, w planach jest redukcja od 2 000 do 2 500 miejsc pracy. Przy globalnej skali zatrudnienia (42 000 osób) zwolnienia dotkną około 6 proc. pracowników.

Tufan Erginbilgic, który w styczniu 2023 r. został dyrektorem generalnym, w przemówieniu skierowanym do pracowników Rolls-Royce’a opisał firmę jako „płonącą platformę”, która pozostaje w tyle za kluczowymi konkurentami na rynku.

Zgodnie z zaprezentowanym we wtorek planem pracownicy pracujący nad bezpieczeństwem produktów i standardami inżynieryjnymi zostaną połączeni w jeden zespół. Podobnie stanie się z działami zajmującymi się finansami, kwestiami prawnymi i zasobami ludzkimi.

Oprócz silników lotniczych dla samolotów pasażerskich Rolls-Royce produkuje również napędy maszyn wojskowych i turbin dla okrętów.

Pierwszy związek w branży gier

Pierwszy związek w branży gier

Powstał pierwszy związek zawodowy grupujący pracowników z branży gier. Założyli go pracownicy CD Projektu.

Jak informuje portal money.pl, organizacja będzie częścią Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza (OZZ IP). Na stronie internetowej związkowcy zachęcają do przyłączenia się pracowników z innych firm z branży gier wideo.

Pomysł założenia związku zrodził się po fali zwolnień w CD Projekcie ogłoszonej pod koniec lipca. – Kwestia stabilności zatrudnienia w ostatnich latach stawała się coraz istotniejsza, a związek pozwala wzmocnić bezpieczeństwo etatów i coraz więcej osób wyrażało chęć przystąpienia do niego, gdyby powstał – tłumaczył w rozmowie z cdaction.pl Lev Ki, jeden z założycieli związku.

Związkowcy przedstawili też siedmiopunktowy manifest. Porusza on m.in. kwestie bezpieczeństwa, godnych warunków pracy, sprawiedliwego traktowania, przedkładania edukacji i dialogu nad konflikt, demokratycznych reguł działania związku. Nie zabrakło też zaproszenia dla pracowników innych firm z sektora, niezależnie od ich formy zatrudnienia.

Za darmo do Zelowa

Za darmo do Zelowa

Łódzka Kolej Aglomeracyjna wdraża autobus dowozowy. Będzie kursował 14 razy na dobę na trasie Zelów – Łask. Kursy będą ściśle skomunikowane z pociągami, a do końca roku jazda nimi będzie bezpłatna.

Jak informuje portal Transport Publiczny, autobusy wyruszą na trasę 12 listopada. Będą kursowały 14 razy dziennie, zapewniając również możliwość wyjazdu z Zelowa i powrotu w godzinach wieczornych. Ich kursy będą ściśle skomunikowane z odjazdami i przyjazdami pociągów ŁKA (głównie w kierunku Łodzi) na stacji Łask. – Nasza dyspozytura będzie bardzo rygorystycznie pilnowała skomunikowań – podkreśla prezes Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej Janusz Malinowski.

Autobusy będą bezpłatne nie tylko przez pierwszy miesiąc, ale aż do końca bieżącego roku. Potem zacznie w nich obowiązywać taryfa kolejowa z uwzględnieniem wszystkich ulg. Autobusami i pociągami będzie można podróżować na wspólnym bilecie.

Czas podróży z zelowskiej pętli przy Piotrkowskiej 71 do Łasku wyniesie nieco ponad godzinę. Na trasie wyznaczono 25 przystanków (w tym 7 na terenie Zelowa, a 5 w Łasku – to ważne z powodu oddalenia stacji kolejowej od centrum miejscowości). Obecnie dojazd do Łasku zapewniają autobusy linii C, obsługiwanej przez łaski ZKM. Linia ta, mimo uruchomienia autobusów ŁKA, będzie kursowała nadal.

Działaczka związkowa wygrywa z Amazonem

Działaczka związkowa wygrywa z Amazonem

Światowy gigant internetowego handlu złamał prawo. Musi przywrócić społeczną inspektorkę do pracy – zdecydował sąd w Poznaniu.

Jak informuje poznańska „Wyborcza”, Magdalena Malinowska straciła pracę w listopadzie 2021 roku, dwa tygodnie po rozmowie z reporterką tej gazety. Opowiadała jej o trudnej sytuacji pracowników i śmierci jednego z nich. Dariusz Dziamski zmarł w magazynie Amazona w Sadach pod Poznaniem. Malinowska chciała wyjaśnić tę tragedię, ale firma nie pozwoliła.

Malinowska pracowała w Amazonie od sześciu lat. Zapisała się do związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza i weszła do jego władz. Pracownicy wybrali ją także na społeczną inspektorkę pracy – miała reagować na łamanie praw pracowników i wyjaśniać przyczyny wypadków przy pracy. W magazynie pod Poznaniem było kilkunastu takich inspektorów.

Amazon powiadomił Inicjatywę Pracowniczą o zamiarze dyscyplinarnego zwolnienia Malinowskiej z powodu jej chęci włączenia się w prace komisji powypadkowej i fotografowanie karawanu, który przyjechał pod magazyn po ciało pracownika. Związek zawodowy nie zgodził się na zwolnienie, ale Amazon zignorował ten sprzeciw.

Malinowska wytoczyła proces, w którym domagała się przywrócenia do pracy. W czwartek, 12 października, blisko dwa lata po zwolnieniu, sąd pracy stanął po jej stronie. Sędzia podkreśliła, że Amazon złamał prawo, bo przepisy o społecznych inspektorach pracy chronią ich przed zwolnieniem, nawet dyscyplinarnym. Według sądu zebrane dowody, w tym zeznania i pisemne oświadczenia świadków, nie potwierdzają, że Malinowska „rejestrowała proces wyprowadzania ciała zmarłego pracownika do samochodu zakładu pogrzebowego”. Amazon zakazuje pracownikom robienia zdjęć. Dla działaczy związkowych i społecznych inspektorów pracy nie przewiduje wyjątków, mimo że często zdjęcia mogłyby stanowić dowód w spornych sprawach.

Przed czterema laty w naszym piśmie ukazał się wywiad m.in. z Magdaleną Malinowską: https://obywatel3.macmas.pl/2019/05/12/wyciskani-jak-cytryny-rozmowa-z-agnieszka-mroz-i-magda-malinowska/

(Zdjęcie: działaczki związkowe Inicjatywy Pracowniczej; źródło: media społecznościowe Magdy Malinowskiej)

Szczerze o transporcie

Szczerze o transporcie

MPK chce publicznej debaty o przyszłości transportu w Kielcach.

Jak informuje Radio Kielce, Związkowcy z Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji w Kielcach apelują do przewodniczącego Rady Miasta o zwołanie debaty publicznej na temat przyszłości transportu publicznego w stolicy regionu. Ich zdaniem zarówno radni, jak i ekipa prezydenta Bogdana Wenty podejmują działania na szkodę spółki Kieleckie Autobusy Spółka Pracownicza.

Związkowcy w piśmie podtrzymują swoje zdanie na temat tego, że prezydent Kielc łamie zapisy porozumienia zawartego między miastem a KASP w 2007 roku. Wskazują, że nadal m.in. nie otrzymali wyjaśnień w sprawie działań przedstawicieli miasta w spółce, które miały miejsce w styczniu 2022 roku, a które są określane mianem puczu.

Zdaniem przedstawicieli związków zawodowych, o wiele bardziej skandaliczne są jednak wypowiedzi, które padły na temat MPK oraz pracowników spółki w trakcie sesji Rady Miasta, 20 lipca. Przywołują słowa radnej Katarzyny Zapały z klubu Koalicji Obywatelskiej, która w trakcie dyskusji na temat przekazania 100 tys. zł z budżetu miasta na wycenę udziałów gminy w spółce stwierdziła, że „od lat chcemy się pozbyć tego niechcianego bękarta”.

Przedstawiciele Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego MPK Kielce oczekują także odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie zaproszono ich na wspomniane posiedzenie rady. Co więcej, są zdania, że władze miasta rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat nieprzystąpienia MPK do przetargu na obsługę tzw. unijnych linii autobusowych. Wskazują też, że równie nieprawdziwe są słowa mecenasa Piotra Roguli, reprezentującego mniejszościowego udziałowca czyli miasto w radzie nadzorczej MPK. Chodzi o jego wystąpienie na lipcowej sesji rady miasta, w którym stwierdził, że nieprzystąpienie MPK do tego przetargu może negatywnie wpłynąć na przyszłość spółki.

W czerwcu tego roku rada miasta zgodziła się na przekazania dodatkowych 8 mln zł potrzebnych na rozstrzygnięcie przetargu na obsługę 12 linii unijnych realizowaną 40 pojazdami (35 klasy maxi i pięć klasy midi), które zostały zakupione przez miasto w latach 2009-2010 przy udziale środków unijnych. Kontrakt z nowym przewoźnikiem, lubelską firmą BP Tour Sp. z.o.o, ma obowiązywać przez dwa lata. Jego wartość to 45 mln zł.

Polska-Ukraina: kryzys czy urealnienie?

Polska-Ukraina: kryzys czy urealnienie?

Ostatnie tygodnie przyniosły zdecydowane ochłodzenie w relacjach na linii Warszawa-Kijów. Jest ono postrzegane powszechnie jako dramatyczny zwrot.

Polska wespół ze Słowacją i Węgrami przedłużyła embargo na import na własny rynek (nie należy go mylić z tranzytem) ukraińskiego zboża. Ukraina zareagowała skargą do Światowej Organizacji Handlu – WTO. W wypowiedzi na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych prezydent Zełenski oskarżył implicite Polskę o sprzyjanie interesom Rosji i działanie na jej korzyść. Polskie czynniki oficjalne nie pozostały dłużne. Premier Morawiecki co prawda w istocie nie zadeklarował zatrzymania wsparcia Ukrainy materiałem wojennym, które zresztą jest zaplanowane jeszcze na długie miesiące, ale szerokim echem w świecie odbił się fragment jego wypowiedzi, który został w sposób sugerujący to sformatowany na użytek krajowej kampanii wyborczej przez jego własną kancelarię. Ustały kontakty na wyższych szczeblach politycznych, a polscy komentatorzy zaczęli dość jednogłośnie wskazywać na równoległą kwitnącą wiosnę w relacjach ukraińsko-niemieckich.

Historia niedawna

O skali i roli polskiego wsparcia dla Ukrainy w związku z toczącą się wojną (zaczęło się ono jeszcze przed jej rozpoczęciem) nie trzeba przekonywać nikogo przytomnego. Dla porządku wypada jednak podać pewne liczby.

Na Ukrainę trafiło lub trafi niedługo co najmniej 14 myśliwców MiG-29, 12 śmigłowców Mi-24, 330 czołgów, 342 kołowe i gąsienicowe bojowe wozy piechoty, 95 dział i moździerzy samobieżnych, systemy przeciwlotnicze i wiele innego, drobniejszego, ale nie mniej ważnego sprzętu. Ukraińców nie kosztowały one prawdopodobnie nic – wszelkie rozliczenia refundujące odbywają się na liniach Polska-UE i Polska-Stany Zjednoczone. Wojsko Polskie zaryzykowało przy tym znaczący sposób rozbrojenia – zasadnicza większość tego sprzętu trafiła ze stanu jednostek liniowych i dopiero w perspektywie kolejnych lat stany będą odtwarzane dokonywanymi obecnie ogromnymi zakupami. Polskie dostawy miały kluczowe znaczenie dla utrzymania gotowości bojowej jednostek ukraińskich, kompensacji poniesionych strat i formowania nowych oddziałów.

Równie ogromna była waga przyjęcia kilku milionów ukraińskich uchodźców i zapewnienia im wspólnym wysiłkiem społeczeństwa oraz struktur państwowych sensownych warunków bytowania, włącznie z objęciem świadczeniami socjalnymi. Towarzyszyły temu liczne gesty z obu stron. Mogło się wydawać, że dawne krzywdy i niedawna wzajemna umiarkowanie życzliwa obojętność pójdą w zapomnienie, a nastąpi wręcz coś w rodzaju odrodzenia ducha jagiellońskiego, bez historycznych błędów.

Upływ czasu pokazał jednak, że po podniosły nastroju pozostało tylko wspomnienie, a konkretów jest, eufemistycznie mówiąc, niewiele. Koncept traktatu polsko-ukraińskiego pozostał pustym hasłem, które zapewne skończy na śmietniku, w najlepszym wypadku w zamrażarce. Strona ukraińska nie wykazała woli uwzględnienia polskich postulatów w kwestii polityki historycznej, odnoszących się do masakr wołyńskich. Nic takiego nie nastąpiło, chociaż nastrój, w szczególności pierwszego roku wojny, dawał Kijowowi możliwość zamknięcia tematu na poziomie symbolicznym nawet deklaracją dość zdawkową, byle płynącą z najwyższego szczebla. Gesty czy wypowiedzi przedstawicieli władz Ukrainy były formułowane w taki sposób i na takim szczeblu, że nic w tej materii nie wnosiły. O ile, jak się wydaje, w Polsce dość szybko i słusznie uznano, że deklaracja wymuszona będzie automatycznie zdezawuowana, równie słusznie podtrzymywany jest postulat zezwolenia na poszukiwania miejsc pochówku i ekshumacje ofiar. Na to jednak nie ma wciąż, poza jednym stanowiskiem pozostającym kwiatkiem do kożucha, realnej, niekończącej się na zapowiedziach przełomów, które nie następują, zgody strony ukraińskiej.

W tle narastał konflikt dotyczący dostępu do rynków rolnych. W związku z blokadą ukraińskich portów czarnomorskich przez rosyjską marynarkę wojenną i niepewną sytuacją tamtejszego transportu morskiego nawet w sytuacji obowiązywania tzw. umowy zbożowej, z której zresztą Moskwa wycofała się w lipcu, Polska stała się jednym ze szlaków ukraińskiego eksportu produktów rolnych. O ile sam tranzyt nie budzi żadnych wątpliwości, o tyle import do Polski produktów takich jak zboża, rzepak czy słonecznik jest problematyczny z uwagi na interesy krajowych rolników. Ukraińskie rolnictwo, oparte na ogromnych pokołchozowych gospodarstwach będących własnością oligarchów i podmiotów zagranicznych, korzystające z doskonałych ziem, niskiego kosztu siły roboczej i braku konieczności dostosowania do norm UE, jest w stanie osiągać nokautującą przewagę cenową nad polskimi producentami. A ochrona ich, choć stała się tematem toczącej się kampanii wyborczej, ma również wymiar strategiczny.

Po COViDzie i napaści Rosji na Ukrainę tylko najbardziej oporni na fakty mogą utrzymywać, że lokalne zasoby produkcyjne są błahostką, których ograniczenie zawsze będzie można uzupełnić importem. W związku z tym, w atmosferze skandalu związanego z mającymi umocowanie polityczne machinacjami związanymi z napływającym z Ukrainy zbożem, polskie władze wprowadziły pod koniec kwietnia embargo na import wspomnianych wyżej kilku kategorii ukraińskich produktów rolnych, które tym razem szybko uzyskało sankcję Komisji Europejskiej.

Chociaż deklaratywnie relacje pozostawały doskonałe, kolejną porcję kwaśnych wydarzeń przyniosło lato. W okolicach odbywającego się 11–12 lipca szczytu NATO w Wilnie pojawiały się komentarze o daleko posuniętym dystansowaniu się Kijowa od Warszawy i pokładaniu nadziei w aliantach leżących dalej na zachód. Na początku sierpnia, po wypowiedzi szefa prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej zarzucającej Ukrainie niewdzięczność, do kijowskiego MSZ został wezwany polski ambasador, co mimo słodkiego sosu (przyjaźń miała być niezachwiana) stanowiło akt co najmniej obcesowy. Niemal równocześnie doradca prezydenta Zełenskiego, Mychajło Podolak, wygłosił zdumiewającą deklarację, z której wynikało, że Ukraina będzie traktowała Polskę jako przyjaciółkę do końca wojny, po czym przejdzie do twardego konkurowania z nią. Kolejna wołyńska rocznica upłynęła bez żadnych istotnych gestów ze strony ukraińskiej.

W tle toczyła się sprawa wygasającego we wrześniu embarga na import produktów rolnych. Ukraińska oligarchia naciskała na powolne sobie tamtejsze władze w kwestii zapewnienia najkorzystniejszych dla siebie, abstrahujących od interesów sąsiadów, warunków sprzedaży produktów. Obie strony przedstawiały swoje racje przed Komisją Europejską, która przychyliła się do stanowiska Ukrainy. Warto przypomnieć, że w roku 2019 tamtejsi rolnicy indywidualni eksploatowali zaledwie 27% gruntów, reszta należała do agrofirm i agroholdingów operujących nawet na setkach tysięcy hektarów, będących własnością lokalnych oligarchów i w znaczącym stopniu nawet czysto oficjalnie kapitału zagranicznego, w tym zachodnioeuropejskiego. To, obok doskonale znanych konfliktów politycznych na linii Warszawa-Bruksela, może tłumaczyć ostateczną decyzję KE. W tej sytuacji dość egzotyczny w kontekście ogólnego stosunku do Ukrainy alians polsko-słowacko-węgierski zdecydował o jednostronnym przedłużeniu embargo.

Pivot na Niemcy?

Stosunki ukraińsko-niemieckie w pierwszym okresie wojny trudno uznać za dobre. Berlin uznawano powszechnie za wspólnika umożliwiającej agresję polityki rosyjskiej, co niedwuznacznie symbolizowały gazociągi Nord Stream. Tamtejsze czynniki polityczno-wojskowe jawnie deklarowały oczekiwanie szybkiego upadku Ukrainy. Gdy to nie nastąpiło, pomoc wojskowa była przez długi czas pośmiewiskiem, za co brutalnie beształ Niemców ówczesny ambasador Ukrainy Andrij Melnyk, a wtórował mu prezydent Zełenski. Kiedy Niemcy zostały „za uszy” wciągnięte do koalicji wspierającej Ukraińców i zaczęło to dawać efekty w postaci dość istotnych dostaw, retoryka Kijowa jednak uległa, w sposób być może słabo zauważony w Warszawie, złagodzeniu, a Melnyk, źle kojarzący się nad Sprewą, został odwołany jeszcze w lipcu ubiegłego roku. W maju roku bieżącego Zełenski odwiedził Niemcy, a na wspomnianym forum ONZ spotkał się w serdecznej atmosferze w kanclerzem Scholzem i wyraził wsparcie dla kandydatury Bundesrepubliki na stałego członka Rady Bezpieczeństwa.

Warto jednocześnie pamiętać, że przed wojną Berlin był dla Kijowa, przy mizernych relacjach z Warszawą, bardzo istotnym punktem odniesienia na mapie politycznej Europy. Stanowił m.in. współgwaranta bezwartościowych, jak się okazało, porozumień mińskich. Obecnie może oferować Ukrainie korzyści w postaci wspierania jej stanowiska na forum UE, jak w przypadku sporu zbożowego, i co istotne, adwokata potencjalnego członkostwa w tej organizacji. Korzyściami dla Niemiec są poprawa silnie nadszarpniętego na początku wojny tak na zewnątrz, jak i wewnątrz wizerunku. Kraj ten, zgodnie z dość nową, ale ugruntowaną tradycją może przedstawiać się jako wielki grzesznik, który jednak wzorowo przepracował swoją winę, i jako prymus świeżej cnoty ma prawo rozstawiania po kątach tych, którzy nie zgrzeszyli. Przy okazji cenne jest torpedowanie nawet mocno ewentualnych regionalnych aliansów Warszawy, które zrządzeniem okoliczności mogłyby się zmaterializować, tworząc różne problemy. Na przykład dla spodziewanej kiedyś przecież odbudowy kordialnych relacji z Moskwą, zapewne z kolejnym „liberałem i demokratą” u sterów władzy. Polsce z kolei z jej kiepską pozycją w UE, albo kraju skonfliktowanego z centrum jej władzy, albo pokornego wasala spełniającego polecenia tegoż centrum, konkurować z Niemcami w kontekście tej organizacji trudno.

Jako kontrapunkt powyższego warto zacytować wypowiedź byłego doradcy Zełenskiego, Ołeksija Arestowycza, postaci tyleż kontrowersyjnej, co zorientowanej w ukraińskich realiach, który w wywiadzie udzielonym Witoldowi Juraszowi stwierdził: „Myślę, że wy, Polacy, mylicie się, sądząc, że zaostrzenie relacji pomiędzy Warszawą i Kijowem ma jakikolwiek związek z Niemcami. To zaostrzenie jest pochodną zakochania się prezydenta Zełenskiego w samym sobie oraz nadmiernego przejmowania się przez prezydenta Ukrainy interesami grup biznesowych działających w rolnictwie. Niczego proniemieckiego w tym nie ma”.

Konteksty wyborcze

Oczywistym tłem konfliktu jest polska kampania wyborcza, w której głównymi rywalami są obozy „suwerennościowy” i „europejski”. W pewnym sensie można uznać, że obecnej władzy nieprzychylne stanowisko Kijowa pomogło w kontekście nastrojów niechętnych Ukrainie, nasilających się wskutek zmęczenia wojną, rozmaitymi problemami w stosunkach z ukraińskimi imigrantami, a także działania prorosyjskich agentów wpływu. Umożliwiło ono zajęcie twardego stanowiska, wytrącającego oręż otwarcie antyukraińskiej i pełnej elementów prorosyjskich Konfederacji.

Z drugiej strony trzeźwi komentatorzy zwracają uwagę, że Kijów świadomie gra przeciwko obozowi PiS. Zawsze miał on lepsze relacje z obozem liberalnym, prezydent Zełenski i jego formacja nie podzielają zupełnie ideowo-politycznych założeń polskich narodowych konserwatystów, sami reprezentując opcję socjalliberalną i opowiadającą się za ścisłą integracją europejską z własnym udziałem, a w obecnym układzie sił działa też na korzyść wrogiego PiS Berlina.

Warto jednak pamiętać, że kwestie wyborcze dotyczą także Ukrainy. Wybory parlamentarne według przedwojennego kalendarza powinny odbyć się niemal równolegle z polskimi, w roku przyszłym powinny mieć miejsce prezydenckie. Tamtejsza scena polityczna wkracza w erę tymczasowości i przygotowań do formalnej walki o władzę – co oczywiste, mniej formalna toczy się nieprzerwanie. Perspektywa wspieranych przez Niemcy starań o członkostwo w UE będzie zapewne przedstawiana jako istotny argument w rywalizacji o rząd dusz.

Co dalej?

Niezależnie od deklaracji, polsko-ukraińska współpraca strategiczna trwa. Polska pozostaje i pozostanie głównym szlakiem transportu wsparcie wojskowego dla Ukrainy, nasz przemysł zbrojeniowy realizuje produkcję na potrzeby frontu. Na poziomie relacji międzyrządowych w krótkim okresie istotny będzie wynik polskich wyborów. Utrzymanie władzy przez obóz PiS, w szczególności w sytuacji konieczności wspomagania się w tym celu szablami Konfederacji, zapewne utrzyma daleko posuniętą nieufność i niechęć. Warszawa nie zapomni wtedy Kijowowi domniemanej gry na zmianę układu rządzącego. W razie wygranej dzisiejszej opozycji relacje mogą stać się bardziej kordialne, ale wcale nie muszą. Brak sympatii wobec polityki polskiej Kijowa nie dotyczy wyłącznie elektoratu PiS czy Konfederacji. Słaba zapewne koalicja będzie miała w składzie reprezentujący rolników PSL, a KO wzięła na swoje listy rolniczego trybuna Michała Kołodziejczaka. Czy w istocie ewentualny nowy rząd będzie aż tak skory znosić embargo importowe i ryzykować swoje funkcjonowanie od protestów rolników?

W wymiarze strategicznym warunki potencjalnej ewolucji stosunków będzie determinował wynik wojny. A obecnie niewiele wskazuje na definitywnie korzystne dla Ukrainy rozstrzygnięcia militarne. Prowadzona od późnej wiosny ofensywa najprawdopodobniej zakończy się znikomymi zdobyczami terenowymi. Ciągłość znaczących dostaw dla Kijowa w dłuższym okresie, w szczególności przekazywania mu przez Zachód nowych zdolności wojskowych, stoi pod znakiem zapytania. Wielka Brytania, wyrażająca podobne frustracje co Polska, ogłosiła, że przekazała już to, co miała do przekazania. Nie materializują się dostawy amerykańskie czy firmowane przez Waszyngton w odniesieniu do najbardziej zaawansowanych systemów, takich jak taktyczne pociski rakietowe ATACMS czy wielozadaniowe samoloty bojowe. Waszyngton wyraża też jawnie niezadowolenie polityką wewnętrzną Kijowa i dysponowaniem pomocą, wyznaczając jej kontrolerów i żądając reform. Ogólnie rzecz biorąc, coraz realniejsze staje się zamrożenie wojny na dalece niezadowalających dla Ukrainy liniach.

Takie zamrożenie nie będzie oczywiście pokojem, lecz oczekiwaniem na kolejną odsłonę wojny. Trudno oczekiwać, aby jej przetrwanie i prowadzenie zapewnił Ukrainie Berlin, który, jak wiele wskazuje, będzie usilnie starał się maksymalnie rozwodnić 100-miliardowy pakiet odbudowy Bundeswehry. Los Ukrainy będzie zależał przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i… Polski realizującej potężne plany zakupowe dla własnych sił zbrojnych. W tym stanie rzeczy perspektywa przyjęcia do UE może łacno stać się mirażem, jeżeli nie jest nim z samej istoty, z uwagi na potencjalne ogromne trudności przeforsowania jej w referendach w aktualnych krajach członkowskich. Przy skali spustoszenia kraju oraz problemów i pozostałej pod kontrolą Kijowa populacji liczącej prawdopodobnie około ledwie 25 milionów ludzi bardzo słabe podstawy wydaje się mieć postawa scharakteryzowana przez Tadeusza Iwańskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich następująco: „Ukraina od uzyskania niepodległości postrzegała się jako kluczowe państwo europejskie, podkreślając swój potencjał terytorialny, demograficzny i ekonomiczny, co w domyśle zakładało aspirację do dołączenia do grona najważniejszych graczy. Inwazja i heroiczny opór tylko wzmogły przekonanie o specjalnej roli, jaką kraj będzie odgrywać w Europie po zwycięstwie nad Rosją. Sprawia to, że Kijów uznaje się za równorzędnego partnera dla Waszyngtonu, Berlina czy Paryża, a inne stolice traktuje jako drugorzędne”.

Istotne jest pytanie, kto ową przypuszczalną wojnę będzie prowadził – jeszcze Zełenski i jego obóz czy domniemana „partia generałów”. Być może wśród niej, ludzi dla których bezpośredniego przetrwania na linii frontu polskie dostawy były często kluczowe, można będzie upatrywać zasadniczo większej życzliwości dla strategicznych więzi z Polską. Oczywiście, strona polska powinna też nad tym pracować, korzystając z nawiązanych bardziej lub mniej formalnych relacji.

Na płaszczyźnie metapolitycznej, z uwagi na wspomniane zaniechania strony ukraińskiej, został jak się wydaje roztrwoniony ogromny początkowo kapitał, a szansa na być może definitywne odesłanie do lamusa drażliwych kwestii historycznych – zaprzepaszczona. Nieprzewidywalność sytuacji podpowiada jednak, aby, nie żywiąc się złudzeniami, nie rezygnować z marzeń. Być może ściślejsza więź między dwoma kluczowymi narodami Europy Bałtyckiej tylko się oddaliła.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Muhammad Imran z Pixabay

Dzieci bez dojazdu

Dzieci bez dojazdu

Szacuje się, że w Polsce 15 mln osób jest wykluczonych transportowo. Ile w tej grupie jest dzieci? Jak dotąd nikt tego nie sprawdził.

Jak informuje Portal Samorządowy, około 15 mln Polaków jest dotkniętych wykluczeniem transportowym. To aż 40 proc. populacji. W przypadku dzieci, a szczególnie młodzieży, transport publiczny i dostępność do niego to jeden z kluczowych elementów kształtujących ich funkcjonowanie społeczne.

„Miasto Przyjazne Dzieciom” to program UNICEF kierowany do samorządów. Jego celem jest praktyczna realizacja zapisów Konwencji o prawach dziecka oraz wsparcie w zapewnieniu odpowiedniej jakości dóbr i usług dla dzieci, w tym transportu publicznego.

Wykluczenie transportowe przekłada się na życie dzieci i młodych ludzi na różne sposoby. To np. brak możliwości uczęszczania na zajęcia pozalekcyjne lub ograniczone możliwości korzystania z nich. Mowa tu zarówno o zajęciach wyrównujących, jak i dodatkowych, rozwijających ich zainteresowania. Autobusy szkolne najczęściej kursują w godzinach rannych oraz w godzinach zakończenia lekcji. Pozostanie w szkole na dodatkowe zajęcia oznacza konieczność organizacji własnego transportu lub zbyt długie oczekiwanie na najbliższe popołudniowe połączenie. Jeśli jest ono dostępne, często może wymagać przesiadek i wydłużać czas podróży.

Brak odpowiedniego połączenia powoduje, że część uczniów jest zmuszona korzystać z oferty edukacyjnej, dostosowując ją do możliwości dojazdu, a nie swoich możliwości i oczekiwań edukacyjnych.

UNICEF przypomina, że odcięcie od oferty kulturalnej i sportowo-rekreacyjnej młodzieży z obszarów wiejskich lub gmin ościennych dużych miast to także element wykluczenia transportowego. Dzieci zmuszone są rezygnować z zajęć, jeśli nie mogą liczyć na pomoc w transporcie ze strony rodziny lub osób posiadających własny samochód. Ma to ogromny wpływ na dobrostan psychiczny. W konsekwencji takie wykluczenie może prowadzić do poczucia odrzucenia i osłabienia więzi z rówieśnikami.

Nasilenie zjawiska wykluczenia transportowego w Polsce miało swój początek wraz z przemianami społeczno-gospodarczymi III RP. W latach 1993-2016, po redukcji około 50 proc. dotychczasowych połączeń autobusowych, liczba  pasażerów spadła aż o 75 proc. w porównaniu z 1989 r. W latach 2014-2020 prawie dwukrotnie zmalała liczba tras obsługiwanych przez przewoźników – jak podaje UNICEF.