Nie chcemy umierać za kraj?

Nie chcemy umierać za kraj?

57 proc. respondentów w sondażu IBRIS odpowiedziało, że jest zdecydowane walczyć za Polskę. Przeciwnego zdania jest jednak aż 33 proc.

Jak informuje portal wnp.pl, sondaż przeprowadzono na zlecenie Akademickiego Centrum Komunikacji Strategicznej Akademii Sztuki Wojennej. W raporcie przesłanym PAP poinformowano, że celem badania „Stosunek Polaków do obrony Ojczyzny” było sprawdzenie, jak Polacy postrzegają swoje bezpieczeństwo i co leży u podstaw ich opinii na temat nowych rodzajów służby wojskowej i nowych form ćwiczeń wojskowych, a także zbadanie stosunku do obrony Ojczyzny.

Respondenci pytani byli, czy w razie ataku militarnego na Polskę zamierzają wziąć udział w obronie kraju jako żołnierz lub cywil. 57 proc. respondentów deklaruje zamiar walki w obronie Ojczyzny w razie ataku militarnego na Polskę, 33 proc. jest przeciwnego zdania, a 10 proc. zaznaczyło odpowiedź „trudno powiedzieć”. 60 proc. respondentów deklaruje, że „jest to pogląd trwały, a 28 proc. osób gotowych do obrony Polski przyznaje, że swoje poglądy zmieniła po inwazji Rosji na Ukrainę”.

Z badania wynika, że „dla 80 proc. respondentów, którzy zadeklarowali że zamierzają bronić kraju w razie wojny, czynnikiem motywującym do udziału w obronie Polski jest chęć ochrony osób bliskich. Często występującymi powodami są: poczucie obowiązku (60 proc.), solidarność ze społeczeństwem/narodem (56 proc.) oraz miłość do swojego kraju (55 proc.)”.

Respondenci zostali też poproszeni o ocenę poszczególnych zmian wprowadzonych ustawą o obronie Ojczyzny
„Zwiększenie liczebności wojska do 300 tysięcy popiera 66 proc. respondentów, a 12 proc. uznaje to za działanie niewłaściwe. Zwiększenie wydatków na potrzeby wojska z 2 proc. do 3 proc. PKB od 2023 roku popiera 63 proc. Polaków, a 14 proc. jest temu przeciwnych. 64 proc. Polaków popiera zwiększenie liczby przeszkolonych żołnierzy rezerwy i stworzenie Polakom możliwości zdobycia i podtrzymania zdolności do obrony Ojczyzny, 14 proc. jest przeciwnych takiemu rozwiązaniu. 56 proc. respondentów pozytywnie ocenia tworzenie dodatkowych źródeł finansowania takich jak Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, a negatywnie odnosi się do tego pomysłu 17 proc. Intensyfikacja ćwiczeń żołnierzy rezerwy ma poparcie 55 proc. badanych, przy negatywnej opinii 17 proc.

Badanym zadano też pytanie dotyczące „przywrócenia obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej w wymiarze 9 miesięcy (jak przed 2008 rokiem, w którym nastąpił pierwszy etap profesjonalizacji armii, zakończony 1 stycznia 2010 roku) w odniesieniu do 3 poniższych grup: młodych mężczyzn, którzy nie poszli na studia, jak przed 2009 rokiem, młodych kobiet i mężczyzn po szkole ponadpodstawowej, którzy nie poszli na studia oraz wszystkich mężczyzn i kobiet, którzy posiadają kwalifikacje przydatne w wojsku”. Z badania wynika, że jedynie 36 proc. respondentów popiera wprowadzenie 9-miesięcznej obowiązkowej służby wojskowej dla młodych mężczyzn, którzy nie poszli na studia, a 30 proc. uważa, że służba wojskowa powinna być obowiązkowa dla młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie studiują. 60 proc. badanych jest przeciwna wprowadzeniu zasadniczej służby wojskowej dla wszystkich obywateli, którzy posiadają kwalifikacje przydatne w wojsku, a 25 proc. popiera to rozwiązanie”.

Intermarché kpi z polskiego prawa

Intermarché kpi z polskiego prawa

Pomimo zaostrzenia przepisów ograniczających handel w niedzielę, kolejne sklepy działające pod szyldem Intermarché tworzą kluby czytelnika i zapraszają na zakupy w niedzielę.

Jak informuje portal dlahandlu.pl, sieć stworzyła fałszywe kluby czytelnika – wniosek o przyjęcie dostępny jest w kasie. Sklep proponuje bardzo niskie kwoty za rzekome wypożyczanie książek – 1 zł za dzień, 2 zł za tydzień, 3 zł za dwa tygodnie. Tak naprawdę chodzi jednak o zwyczajne robienie zakupów.

Niedawno zaostrzono przepisy dotyczące handlu w niedzielę. Sieci nie mogą już wykorzystywać furtek do obchodzenia przepisów, wprowadzonych w czasie pandemii COVID.

W czasie obowiązywania stanu epidemii albo zagrożenia epidemicznego zakaz handlu nie obejmował prac przy przyjmowaniu, rozładowywaniu i ekspozycji towarów pierwszej potrzeby, czyli np. spożywczych. W niedzielę kasę mógł więc obsługiwać tylko właściciel sklepu albo członkowie jego rodziny, ale w placówce mogli przebywać też pracownicy, którzy np. ustawiali towary na półkach. To w praktyce ułatwiało ich otwieranie w niedziele. Stan zagrożenia epidemicznego został jednak odwołany.

Gietrzwałd nie chce Lidla

Gietrzwałd nie chce Lidla

Wojewoda warmińsko-mazurski poinformował o rozpoczęciu postępowania, które może zakończyć się stwierdzeniem nieważności decyzji o pozwoleniu na budowę centrum dystrybucyjengo Lidl w Gietrzwałdzie.

Jak informuje portal dlahandlu.pl, w świetle wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który uniemożliwił wojewodzie warmińsko-mazurskiemu rozpatrzenie odwołania strony społecznej od pozwolenia na budowę Centrum Lidla w Gietrzwałdzie, wojewoda warmińsko-mazurski zdecydował o rozpoczęciu postępowania co do stwierdzenia nieważności decyzji starosty olsztyńskiego o pozwoleniu na budowę.

Gietrzwałd to niewielka wieś w powiecie olsztyńskim, w której znajduje się sanktuarium maryjne. Niemiecka sieć sklepów Lidl planuje wybudować w okolicy centrum dystrybucyjne o powierzchni 40 hektarów. Obok niego mają pojawić się magazyny, które zajmą blisko 7 hektarów. Przeciwko inwestycji protestują mieszkańcy Gietrzwałdu i członkowie grup maryjnych z całej Polski, gdyż w miejscowości znajduje się popularne sanktuarium.

Koń a sprawa polska – jak jedna stajnia stanęła na przeszkodzie Kolei Dużych Prędkości

Koń a sprawa polska – jak jedna stajnia stanęła na przeszkodzie Kolei Dużych Prędkości

Dzisiaj Donald Tusk przyjechał do Brzezin i w towarzystwie łódzkich posłów mówił o Kolei Dużych Prędkości, goszcząc u osoby, która aktywnie protestuje przeciwko budowie KDP. Dość łatwo domyślić się, co to będzie oznaczało po ewentualnym zwycięstwie partii Tuska w wyborach. Czeka nas albo zawieszenie prac nad KDP, albo próba powrotu do przebiegu z 2012 roku, gdy rząd PO-PSL rękami niesławnego ministra Sławomira Nowaka wyrzucił cały projekt KDP do kosza na śmieci.

Postaram się, jako osoba zaangażowana osobiście w ten projekt i ktoś, kto pracował w CPK (spółce) przez ostatnie dwa lata przybliżyć w przystępnym skrócie, jakie będą konsekwencje tej decyzji dla Łodzi i okolicy.

Przede wszystkim „powrót” do przebiegu z 2012 roku oznacza tyle, że do kosza na śmieci trafią ponad trzy lata pracy moich kolegów w zakresie pozyskiwania różnych decyzji wymaganych proceduralnie, w tym przede wszystkim kwestie dotyczące decyzji środowiskowych. Procedur tych nie załatwia się od ręki i zazwyczaj ciągną się one latami. Nie bez powodu w branży budowlanej mówi się, że im dłużej trwają prace przygotowawcze, tym krócej trwa potem sama budowa. Decydując się na kolejną zmianę paradygmatu i kolejny raz zmieniając, wyznaczony już i obudowany proceduralnie, przebieg KDP na terenie samej Łodzi i jej okolic opóźnia się całą inwestycję o kolejnych kilka lat.

Tym samym odsuwa w czasie moment, w którym oprócz bardzo sprawnego transportu indywidualnego, zapewnionego przez rozległą sieć dróg ekspresowych i autostrad, będziemy mieć również bardzo sprawny system połączeń kolejowych, w końcu oderwany od dawnych, pamiętających jeszcze zabory ograniczeń. Musimy się za to szykować na to, że możliwość rozpoczęcia budowy w 2024 zamieni się w możliwość rozpoczęcia budowy w 2029, w sam raz na ponowną zmianę paradygmatu przy okazji kolejnych wyborów.

Oczywiście można się kłócić, że powinniśmy byli pozostać przy „starym” przebiegu, wzdłuż autostrad, a nie marnować czas na rysowanie nowego przebiegu i wstrzymanie prac na kilka lat, zamiast budować od ręki w 2019 roku. Czemu tego nie zrobiliśmy? „Nowy” przebieg przez Brzeziny i włączenie KDP w stację Łódź Widzew miały na celu trzy rzeczy:

• poprawienie elastyczności sieci kolejowej poprzez utworzenie stacji na LK85 (nowa linia kolejowa Łódź – Warszawa) oraz połączenie LK85 z LK17 (Łódź – Koluszki). W pierwotnych zamierzeniach od Łodzi Fabrycznej aż do Warszawy, a później do CPK nie było możliwości wjechania/zjechania z LK85 i każda awaria na linii miałaby łatwe do przewidzenia konsekwencje.

• poprawę dostępności łódzkiego węzła kolejowego – nie jest żadną tajemnicą, że LK85 będą obsługiwać poza KDP sprintery 160 km/h Łódź – Warszawa (zgłosiła się już do tego np. Łódzka Kolej Aglomeracyjna) i dobrze byłoby, gdyby dało się nimi obsłużyć Łódź Kaliską, Łódź Fabryczną i Łódź Widzew, a następnie wbijać na LK85 i ciągnąć do Warszawy.

• poprawę dostępności transportowej powiatu brzezińskiego za pomocą LK85 i zjazdu z niej na Łódź Widzew – to w sumie jedyny fragment, gdzie tracą przede wszystkim Brzeziny, jeśli to wyciąć, ale traci też Łódź, bo to my borykamy się z zalewem samochodów z Brzezin i powiatu, a nie oni.

Podsumowując – powrót do przebiegu z 2012 cofa nas z myśleniem o transporcie kolejowym do poprzedniej epoki, w której Kolej Dużych Prędkości rozpatrywano jako oddzielny system, niekoniecznie współpracujący z całością sieci kolejowej, a przez to mniej opłacalny ekonomicznie. Jest mi cholernie przykro, że łódzcy posłowie tak szybko i na wyścigi biegną popierać każdy protest przeciwko KDP w Brzezinach, Mileszkach i gdzie tylko się da (np. we Włocławku, gdzie krwiożercza kolej według interpelacji podpisanej przez kilku posłów zniszczy drogocenne ogródki działkowe), bo dla bieżącej politycznej korzyści wyrzucają do kosza łódzką rację stanu, jaką jest Kolej Dużych Prędkości i sprawnie działający łódzki węzeł kolejowy. Najwyraźniej dla nich Łódź posiadająca dworce w Koluszkach i Kutnie nie jest niczym złym, w końcu i tak pewnie korzystają głównie z samochodów (które im opłacamy), a niektórzy nawet niekoniecznie mieszkają już w Łodzi.

Wisienką na tym torcie jest to, że Koalicja Obywatelska na swoje listy zaprosiła osobę, która prowadzi stajnię w Brzezinach i aktywnie protestuje przeciwko KDP. Jak w soczewce skupia się w tym fakcie tryumf partykularnego indywidualizmu nad interesem całego regionu.

Nie jest to zresztą pierwszy raz w historii, kiedy tak się stało. W połowie XIX wieku rajcy miejscy w Bytomiu, żyjący z przewozu konnymi powozami towarów przez granicę z carską Rosją zbojkotowali przebieg linii kolejowej z Berlina i Wrocławia na wschód, dzięki czemu w efekcie pod ich bokiem wyrosły Katowice. Same Brzeziny również już przeżyły taką historię, dzięki czemu powstały Koluszki, do dziś będące głównym dworcem Łodzi. Czy tym razem historia się powtórzy?

Jarosław Ogrodowski

Fotografia w nagłówku tekstu: Erich Westendarp z Pixabay.

Podręczniki niby bezpłatne, ale nie wszystkie

Podręczniki niby bezpłatne, ale nie wszystkie

Od 2014 roku z bezpłatnych podręczników korzystają uczniowie pierwszych klas szkół podstawowych, a od 2017 roku już wszyscy uczniowie podstawówek. Ale dotacje rządowe są zbyt niskie.

Jak informuje Portal Samorządowy, w praktyce rządowe dotacje dla szkół na zakup podręczników są zbyt małe, by wystarczyło na podręczniki i zeszyty ćwiczeń z każdego przedmiotu, a o ich zakup często proszeni są właśnie rodzice.

Budżety na zakup pomocy naukowych są bardzo niskie. Znam sytuację budżetową placówek i w tym momencie można powiedzieć, że zakup podręczników to jest wielki wysiłek i gimnastyka finansowa – przyznaje Jerzy Szmajda, prezes katowickiego Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Szkoły nie mają prawa zmuszać rodziców do zakupu podręczników czy ćwiczeń. Mimo to takie sytuacje się zdarzają.

Sytuacji, zdaniem przedstawicieli ZNP, nie poprawiło nawet rozporządzenie z maja tego roku, które zwiększa kwoty dotacji przyznawanych na zakup podręczników i materiałów edukacyjnych na ucznia w szkole. – Rozporządzenie można podpisywać, za tym muszą iść pieniądze i to nie są pieniądze przyznawane placówkom, tylko organom zarządzającym, czyli jednostkom samorządu terytorialnego, a te mają problem ze zbyt małą subwencją oświatową – mówi Szmajda.

W wielu szkołach, w których nie starczyło pieniędzy na zeszyty ćwiczeń, nauczyciele decydują się na to, by uczniowie przepisywali zadania i rozwiązywali je w zeszytach. Inni kserują karty pracy, ale w ograniczonej ilości, bo pieniędzy brakuje także na papier, a zbieranie na niego pieniędzy od rodziców byłoby niezgodne z prawem.

Najbardziej dyskryminowani są uczniowie szkół ponadpodstawowych, bo nie przysługują im darmowe podręczniki ani ćwiczenia. Obowiązek nauki dotyczy osób do 18. roku życia. Skoro system prawa wymaga od ucznia, aby przez określoną liczbę lat podejmował tę naukę, to państwo powinno zapewnić mu wszystko to, co jest niezbędne do jej realizacji.

Szwajcarzy zamykają fabrykę w Kłodzku

Szwajcarzy zamykają fabrykę w Kłodzku

Firma ABB ogłosiła, że z końcem 2024 r. zamierza wygasić produkcję w fabryce aparatów elektrycznych niskich napięć w Kłodzku. W zakładzie pracuje 600 osób.

Jak podaje portal kłodzko24.pl, decyzja o zamknięciu zakładu w Kłodzku została podjęta już pod koniec 2022 r. Pracownicy będą otrzymywać wypowiedzenia zgodnie z harmonogramem wygaszania poszczególnych linii produkcyjnych do grudnia 2024 r.

W fabryce zatrudnionych jest około 600 osób. Pracownicy mają otrzymać wsparcie w ze strony firmy zajmującej się reorientacją zawodową dla zwalnianych pracowników. Zakład produkcyjny zostanie wystawiony na sprzedaż.

Kłodzko24.pl informuje, że ABB zaprzestaje produkcji linii produktowych wytwarzanych obecnie w Kłodzku i skupi się na nowej gamie produktów opartych na najnowszych technologiach. To znaczy, że zostanie wycofana większość produktów wytwarzanych w Kłodzku, część produkcji ma zostać przeniesiona do innych zakładów ABB lub zlecona na zewnątrz.

ABB to szwajcarski koncern technologiczny, zatrudniający ok. 105 tys. pracowników w blisko 100 krajach świata.

Co z czterodniowym tygodniem pracy?

Co z czterodniowym tygodniem pracy?

Badania wykazują, że chciałby go doświadczyć co trzeci pracownik, jednak lista branż, które są na to otwarte, jest krótka.

Jak informuje portal pulshr.pl, z „Barometru Polskiego Rynku Pracy” przygotowanego przez Personnel Service wynika, że co trzeci pracownik chciałby czterodniowego tygodnia pracy. Ponad jedna czwarta pracowników oczekuje, że w najbliższych latach dostaną dodatkowy wolny dzień w tygodniu. Kilka dni temu Nowa Lewica zgłosiła propozycję 35-godzinnego tygodnia pracy. Czy to możliwe?

Istnieje system skróconego tygodnia pracy, w którym praca świadczona jest cztery dni w tygodniu z wydłużonym dobowym systemem czasu pracy. Takie rozwiązanie jest też możliwe do natychmiastowego stosowania w ramach indywidualnego systemu czasu pracy, a po części także zadaniowego systemu czasu pracy. Nie równa się to jednak 35-godzinnemu tygodniowi pracy, ponieważ godzin jest nadal 40 (lub nawet więcej).

Krótszy czas pracy proponuje się raczej w wybranych branżach. Wprowadzenie go w perspektywie dekady jest najbardziej prawdopodobne w branżach nowoczesnych usług, doradztwa, w IT, finansach czy ubezpieczeniach.

Oczekiwania krótszego tygodnia pracy lub zmniejszenia tygodniowego wymiaru godzin pracy przy utrzymaniu 100 proc. wynagrodzenia zaczęły rosnąć wraz z wejściem na rynek pokolenia Z. Młodzi większą wagę niż ich rodzice przywiązują do równowagi między pracą i życiem prywatnym. Chcą rozwijać się zawodowo, godnie zarabiać i mieć czas na rozwijanie pasji oraz wypoczynek. Temat czterodniowego tygodnia pracy coraz częściej pojawia się również w kontekście dbałości o zdrowie psychiczne i dobrostan pracowników – mówi portalowi pulshr.pl Dominik Pieczewski z Gdańskiej Fundacji Kształcenia Menedżerów.

W obronie radykalnego symetryzmu

W obronie radykalnego symetryzmu

W ostatnim czasie miała miejsce dyskusja o symetryzmie i opozycyjnej cenzurze dziennikarzy wywołana decyzją organizatorów Campusu Polska Przyszłości w sprawie Panelu Symetrystów. „W największym skrócie: zadzwonili do mnie organizatorzy Campusu z pytaniem, czy mogę poprowadzić panel bez Grzegorza Sroczyńskiego – wyjaśniał w mediach społecznościowych Marcin Meller, który miał prowadzić rzeczony panel. – Odpowiedziałem, że nie ma takiej możliwości”.

W efekcie w imprezie, na której z ust Agnieszki Holland padły słowa o zawieszeniu czynnego prawa wyborczego mężczyzn, nie wzięli udział krytyczni dziennikarze otwarcie mówiący o wadach i błędach opozycji i jej zwolenników, zwłaszcza tych radykalnych.

Dzisiaj, przede wszystkim wśród Silnych Razem (aktywnego w internecie betonowego elektoratu Platformy), nie ma chyba zarzutu bardziej zabójczego niż ten o bycie symetrystą. Do zaakceptowania jest Roman Giertych, wicepremier w rządzie Jarosława Kaczyńskiemu, któremu zawdzięczam wspomnienia związane z mundurkiem szkolnym – spróbuj jednak choćby zasugerować, że Prawo i Sprawiedliwość nie jest czystym diabelstwem…

Taka postawa jest bardziej szkodliwa niż pomocna. Powoduje ona okopanie się w utartych poglądach, nakazuje uciszanie krytycznych głosów, uniemożliwia jakąkolwiek refleksję. Ogranicza się do maniakalnego spojrzenia na obecny konflikt partyjny, polityczny i społeczny. Symetryzm nie jest już tym, czym był – a więc narracją „PiS-PO to jedno zło”, ignorującą istotne różnice. Stał się w ustach Silnych Razem określeniem na każdego, kto nie uważa Donalda Tuska za rycerza na białym koniu. Jest synonimem kryptopisowca.

Że ten rycerz może ostatecznie okazać się giermkiem na starej szkapie? To nieważne – będzie wszak na kogo zrzucić odpowiedzialność. Na symetrystów właśnie, którzy, zamiast siedzieć cicho, zdecydowali się na krytykę posunięć nieomylnego wodza. Zaślepienie najradykalniejszych zwolenników liberalno-konserwatywnej strony sceny politycznej prowadzi do odrzucenia każdej innej perspektywy. Cóż, jest to przypadłość właściwa wszelkiej maści ultrasom – nie wiem, czemu liberałowie mieliby być wyjątkiem.

Jak na ironię krytycy lewackiej poprawności politycznej i prawackiej cenzury, sami przywdziali szaty Katona i usiłują wytępić zdania odrębne. Oczywiście Marcin Matczak zdążył już napisać na platformie X (dawny Twitter), że oto lewica nadziała się na własny miecz i mazgai się z tego powodu: „Trzeba być ostrożnym w kwestii tego, o czym się marzy, bo to się może spełnić”. Do grona oburzonych dołączył też Zbigniew Hołdys, pisząc na tej samej platformie: „Strategia symetrystów: przyjąć zaproszenie od Nitrasa, sponiewierać w audycji Tuska, PO i jej sympatyków, wyzywając ich od trolli i kundelków, a kiedy Nitras wycofa zaproszenie, rozjechać go i próbować skompromitować Campus. Symetryści to współczesna wersja szmalcowników”.

To chyba dobry moment, by zaznaczyć, że tytuł jest ironiczny. Nie zamierzam bowiem bronić symetryzmu jako takiego, w takim rozumieniu, jakie wcześniej przedstawiłem. Nie potrafię przejść jednak obojętnie obok przekonania betonowych elektoratów wszystkich stronnictw politycznych, że ich krytyka wiąże się z antypolonizmem, nienawiścią do demokracji i tego typu bzdurami. W momencie, gdy grupa dziennikarzy jest określana mianem szmalcowników przez osobę deklarującą się jako „obrońca wolnych mediów”, pozostaje jedynie głuchy, drwiący śmiech.

Nie chcę już nawet powtarzać przemielonych po wielokroć argumentów, że przecież krytyka własnego obozu politycznego i zauważanie zalet konkurencji, jest w ostateczności dobre dla „naszych” – pokazuje bowiem, co powinniśmy usprawnić. Sam nie utożsamiam się z żadną formacją, nigdy nie należałem do partii ani młodzieżówki, a strategia głosowania na osobę, nie na listę towarzyszy mi od początku wyborczej przygody. Oczywiście postulaty jednych przekonują mnie bardziej niż innych, ale to chyba dotyczy każdego.

Rzecz w tym, że możliwość krytycznego spojrzenia na wszystkich aktorów obecnych na politycznej scenie Polski jest dość stymulująca. W „Uwagach o kafkowskim labiryncie” pisałem o „masce otwartego liberała”, którą przybierają politycy tzw. opozycji demokratycznej, a która opada przy pierwszej lepszej konfrontacji z rzeczywistością. Prawda bowiem nie leży pośrodku, a „słońce nie wschodzi jednego dnia na wschodzie, a drugiego na zachodzie”, by zacytować Christophera Hitchensa. W mojej opinii na tym właśnie polega prawdziwe dziennikarstwo – na wyłapywaniu błędów, wad, potknięć i przestępstw polityków bez oglądania się na ich afiliację partyjną.

W mojej bańce informacyjno-politycznej nie ma nic prostszego niż krytyka posunięć PiS-u. Każdy, kto przeczytał choćby jeden mój esej czy wywiad albo wysłuchał moich publicznych wystąpień z ostatnich trzech lat, wie dobrze, że nie należę do entuzjastów obecnej władzy. Jednak nie oznacza to automatycznie, że z bezkrytycznym optymizmem patrzę na perspektywę zwycięstwa opozycji. Ba, właśnie z powodu nadziei, jakie moja bańka pokłada w demokratycznej opozycji, powinniśmy się im przyglądać niezwykle uważnie. A zbliżające się wybory nie są żadną wymówką, by nie punktować jej słabych punktów.

Zastanawiające jest również to, że najbardziej skrajni liberałowie, potępiając krytycznie myślących, zakładają, iż wyborca w ostatecznym rozrachunku jest głupi. W innym wypadku bowiem byłby on w stanie zauważyć, że nie można zrównać wad opozycji demokratycznej i obecnej władzy. Sprzeciwiają się więc czemuś, co jest podstawą liberalnej demokracji, i stosują narrację Korwina.

Nie wiem, co musieliby powiedzieć przedstawiciele Platformy, aby betonowy elektorat przestał ich bronić (z wyjątkiem racjonalnej jego krytyki, o czym przekonał się Nitras). Taki sam mechanizm, jak zaznaczyłem, jest obecny wśród betonowych elektoratów wszystkich partii. I każdy beton alergicznie będzie reagować na najmniejszą choćby krytykę, odmawiając dyskusji z racjonalnymi kontrargumentami.

A jeśli po tym tekście przyczepią mi łatkę symetrysty, przyjmę ją z dumą.

Christian Kobluk

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay

Marsz gniewu ruszył

Marsz gniewu ruszył

Pracownicy budżetówki zorganizowali w piątek w Warszawie „Marsz gniewu”. W wydarzeniu udział wzięły tysiące osób.

W piątkowym strajku w stolicy uczestniczyli pracownicy sądów, prokuratury, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Państwowej Inspekcji Pracy oraz Państwowej Straży Pożarnej. „Marsz gniewu” wyruszył spod Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie i dotarł przed Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.

Główny postulat organizatorów i uczestników marszu to natychmiastowy wzrost wynagrodzeń – 24 proc. podwyżki w przyszłym roku oraz 20 proc. w tym roku. Rządowy projekt budżetu na 2024 r. zakłada podwyżki o 6,6 proc. dla pracowników budżetówki oraz dodatkowy wzrost o 5,7 proc. z funduszu wynagrodzeń dla niektórych sfer.

Według doniesień medialnych, przed wyborami parlamentarnymi szykuje się fala strajków. Protesty zapowiedzieli m.in. pracownicy Poczty Polskiej i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz lekarze czy diagności samochodowi.

Kasa dla byłych PGR-ów

Kasa dla byłych PGR-ów

Samorządy w ramach szóstej edycji Rządowego Programu Inwestycji Strategicznych otrzymają niemal 4,5 mld zł na inwestycje na obszarze gmin z dawnymi PGR-ami.

Jak pisze Portal Samorządowy, nabór wniosków w tej edycji trwał od 23 czerwca br. do 31 lipca br. W szóstej edycji Rządowego Programu Inwestycji Strategicznych nacisk położono na wsparcie gmin, na których dawniej działały Państwowe Gospodarstwa Rolne, a likwidacja takich podmiotów mocno uderzyła w lokalne społeczności.

W ramach dofinansowania gminy popegeerowskie otrzymają środki na inwestycje, m.in. w drogi dojazdowe, uzbrojenie terenu, a także kulturę, sport, turystykę i rozwój transportu. Łącznie dofinansowanie otrzyma 2035 inwestycji lokalnych: ponad 1000 dróg, 260 boisk i obiektów sportowych, 220 żłobków i przedszkoli z oddziałami integracyjnymi, 350 szkół, 45 siłowni plenerowych, 150 budynków i infrastruktury towarzyszącej Ochotniczej Straży Pożarnej, 60 ośrodków Senior+ oraz 300 świetlic i domów kultury.

To już drugi raz, gdy wsparcie otrzymują tereny popegeerowskie – skierowana do nich była III edycja programu, w roku 2022.

Podwyżki w Tauronie Ciepło

Podwyżki w Tauronie Ciepło

Pracownicy Taurona Ciepło wynegocjowali podwyżki i premie.

Jak informuje wnp.pl, porozumienie płacowe wynegocjowane przez związki zawodowe działające w Tauronie Ciepło zostało podpisano 28 sierpnia. Kilka tygodni wcześniej pula środków na wzrost wynagrodzeń w poszczególnych spółkach Grupy Tauron Polska Energia została uzgodniona przez związki zawodowe z zarządem TPE. W porozumieniu z zarządem Tauron Ciepło ustalono, że podwyżka będzie miała charakter procentowo-kwotowy. Każdy dostanie 300 zł brutto oraz podwyżkę procentową w wysokości 7 proc. swojego wynagrodzenia. Chodzi przede wszystkim o zniwelowanie różnic w wynagrodzeniach między pracownikami wykonującymi te same obowiązki.

To już drugi wzrost płac zasadniczych w 2023 roku. Na początku roku pracownicy dostali podwyżkę w równej dla wszystkich wysokości 585 zł brutto. Solidarność w Tauronie Ciepło prowadzi również z zarządem spółki rozmowy dotyczące protokołu dodatkowego do Zakładowego Układu Zbiorowego Pracy. Chodzi o wpisanie do ZUZP ekwiwalentu za energię elektryczną dla pracowników. Takie świadczenie od dawna funkcjonuje w innych spółkach Grupy TPE.

Przesiadki po mazowiecku

Przesiadki po mazowiecku

Samorząd województwa mazowieckiego zapowiedział w oficjalnym dokumencie, że będzie działał na rzecz eliminowania przesiadek i rozwijał połączenia bezpośrednie. W rzeczywistości nic z tego nie będzie.

Pasażerowie nie lubią przesiadek. W polskich warunkach często bowiem wiążą się one z koniecznością zakupu biletów na różne spółki, skomunikowaniami znikającymi przy kolejnych korektach rozkładu jazdy, nie zawsze czekającymi na siebie pociągami oraz koniecznością biegania po kładkach czy przez przejścia podziemne.

„Regionalny plan transportowy województwa mazowieckiego w perspektywie do 2030 roku” wśród planowanych działań mających na celu poprawę oferty przewozowej Kolei Mazowieckich wymienia zwiększenie częstotliwości, poprawę punktualności oraz właśnie minimalizowanie konieczności przesiadek. Dokument – uchwalony przez zarząd województwa wiosną 2022 r. – został opracowany w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Mazowieckiego przez Departament Nieruchomości i Infrastruktury. Ta jednostka – odpowiadając równocześnie za organizację połączeń kolejowych – ma bezpośredni wpływ na to, w jakich relacjach kursują pociągi Kolei Mazowieckich i na jakich trasach zapewniane są bezpośrednie podróże. Ale na razie departament, który stworzył regionalny plan transportowy, robi wszystko, by nie zrealizować zapisów, które sam zawarł w tym dokumencie.

Gorsza oferta

Problem kłopotliwych przesiadek na sieci Kolei Mazowieckich regularnie zgłaszają radni sejmiku województwa.

Wojciech Zabłocki z sejmikowego klubu Prawa i Sprawiedliwości w interpelacji z czerwca 2022 r. zwracał uwagę, że „w dzień roboczy są tylko trzy pociągi bezpośrednie z Wyszkowa do Warszawy i tylko dwa bezpośrednie z Warszawy do Wyszkowa. Pozostałe połączenia są pośrednie z przesiadką w Tłuszczu”, dodając, że „jest to przykład tego, że Koleje Mazowieckie dostosowują ofertę do obiegów taboru, a nie do potrzeb przewozowych”.

Już w 2019 r. postulat scalenia połączeń Ostrołęka – Wyszków – Tłuszcz i Tłuszcz – Warszawa Wileńska w jedną relację przedstawiło stołeczne stowarzyszenie Miasto Jest Nasze. „Na całej trasie Warszawa – Wyszków kierowcy mogą korzystać z drogi ekspresowej S8. Natomiast oferta kolei jest gorsza niż 30 lat temu” – alarmował ruch miejski, przypominając, że pod koniec lat 80. z Warszawy do Wyszkowa kursowało na dobę 11 bezpośrednich pociągów (część z nich jechała dalej do Ostrołęki). W szczycie popołudniowym odjeżdżały one ze stacji Warszawa Wileńska o 14:00, 14:40, 15:40, 16:20, 17:20, 18:20, a ostatni wieczorny pociąg wyruszał o 23:20.

Dziś przeszkodą dla zwiększenia liczby bezpośrednich połączeń okazuje się być nowoczesny tabor. Z 61 nowo zakupionych składów ER160 Flirt Kolei Mazowieckich 16 sztuk zostało przypisanych do obsługi relacji Warszawa – Wołomin Słoneczna – Tłuszcz i nie mogą one kursować na innych trasach, jeśli przewoźnik nie uzyska zgody Centrum Unijnych Projektów Transportowych. Jak przy tym informuje samorząd województwa, infrastruktura peronowa na stacji Wyszków oraz przystankach Rybienko i Lucynów i tak nie jest dostosowana do zespołów ER160.

Jednak nie wszystkie pociągi kursujące w relacji Warszawa Wileńska – Tłuszcz obsługiwane są nowymi składami. Wciąż na tej trasie obsługę dużej części połączeń zapewniają zmodernizowane zespoły EN57AL, które bez przeszkód formalnych czy technicznych mogłyby kursować w wydłużonej relacji w kierunku Wyszkowa i Ostrołęki – zresztą to właśnie składy EN57AL w podwójnym zestawieniu obsługują nieliczne połączenia bezpośrednie z Ostrołęki i Wyszkowa do Warszawy.

Byle nie z przesiadką

Wszystko zaczyna coraz bardziej wyglądać na wynajdywanie kolejnych powodów, aby nie oprzeć obsługi linii Ostrołęka – Wyszków – Tłuszcz na pociągach kursujących bezpośrednio do i z Warszawy.

Wcześniej Koleje Mazowieckie niechęć do scalenia relacji pociągów Ostrołęka – Tłuszcz i Tłuszcz – Warszawa tłumaczyły tym, że między Ostrołęką a Tłuszczem jest mniej pasażerów, natomiast między Tłuszczem a Warszawą znacznie więcej, przez co pociągi na tych odcinkach wymagają innej pojemności. Przewoźnik nie chciał przy tym dostrzec, że na linii Ostrołęka – Wyszków – Tłuszcz nieliczne pociągi jadące wprost do Warszawy przyciągają więcej pasażerów niż te, które kończą bieg w Tłuszczu.

W 2017 r. serwis internetowy Stacja Wyszków przeprowadził z 335 mieszkańcami Wyszkowa i okolic ankietę dotyczącą oczekiwań odnośnie do połączeń kolejowych. 86% osób wskazało, że najbardziej od podróży koleją do stolicy odpycha ich konieczność przesiadania się w Tłuszczu. Natomiast ruch Miasto Jest Nasze w 2019 r. zaznaczał, że „pasażerowie skazani są na uciążliwe przesiadki w Tłuszczu, gdzie w codziennych podróżach muszą biegać między składami zatrzymującymi się przy różnych peronach”.

W międzyczasie zajęto się poprawą wygody przesiadek w Tłuszczu – dziś już odbywają się one przeważnie w ramach jednego peronu. – „Koleje Mazowieckie przy tworzeniu rozkładów jazdy dbają o odpowiednie skomunikowania dla podróżnych. Zależy nam, żeby były one jak najdogodniejsze. Natomiast kwestia ustalania konkretnych krawędzi peronowych przy przesiadkach jest w gestii spółki PKP Polskie Linie Kolejowe. Niestety z uwagi na uwarunkowania ruchowe nie zawsze możliwe są skomunikowania przy tym samym peronie” – mówi rzeczniczka prasowa Kolei Mazowieckich Donata Nowakowska i dodaje, że przedmiotem szczegółowych ustaleń z PKP PLK były skomunikowania właśnie w Tłuszczu, a także na stacji Małkinia, gdzie pasażerowie Kolei Mazowieckich muszą przesiadać się między pociągami relacji Warszawa – Małkinia i Małkinia – Czyżew.

Jedna granica, dwie przesiadki

Obsługę odcinka z Małkini w stronę województwa podlaskiego Koleje Mazowieckie rozpoczęły w grudniu 2020 r. Najpierw pociągi kursowały do Szulborza Wielkiego, czyli ostatniego przystanku przed granicą województw. Pasażerowie jadący w tym kierunku musieli przesiadać się w Małkini. Radny Koalicji Obywatelskiej Bartosz Wiśniakowski pisał w interpelacji: „Zmuszanie podróżnych do przesiadki na stacji Małkinia w celu kontynuacji przejazdu o trzy przystanki dalej, jest w mojej ocenie skrajnie nieefektywnym modelem planowania oferty przewozowej”.

Argument trafił do mazowieckich kolejarzy, bo w grudniu 2021 r. wszystkie pociągi zaczęły kursować jako bezpośrednie, dodatkowo we wrześniu 2022 r. wydłużono ich relacje do Czyżewa, czyli pierwszej stacji na terenie województwa podlaskiego. Jednak już w grudniu 2022 r. wrócono do dzielenia połączeń na osobne relacje Warszawa – Małkinia i Małkinia – Czyżew.

Od przełomu 2023 i 2024 r. oferta na styku województw mazowieckiego i podlaskiego ma zacząć funkcjonować w docelowym kształcie. Pociągi podlaskiego Polregio będą kursować tylko w relacji Białystok – Czyżew (obecnie część z nich dociera do Małkini), a pociągi Kolei Mazowieckich będą jeździć od Czyżewa do Małkini, tak jak obecnie. Z przedstawionego projektu rozkładu jazdy, który wejdzie w życie w grudniu 2023 r., wynika, że Koleje Mazowieckie nadal będą opierać obsługę odcinka Małkinia – Czyżew nie na bezpośrednich połączeniach z i do Warszawy, lecz na oddzielnych pociągach kursujących tylko tym krótkim odcinkiem. W tej sytuacji podróżujący między Mazowszem a Podlasiem będą musieli przesiadać się dwa razy: i w Małkini, i w Czyżewie.

Optymalnego rozwiązania nie będzie

Zmuszanie pasażerów do przesiadek na granicy województwa mazowieckiego kłóci się z regionalnym planem transportowym. Stwierdza on bowiem: „Ważna jest wspólna oferta na stykach województw. Duże znaczenie w odbiorze i korzystaniu z pasażerskiego transportu kolejowego mają przesiadki na pierwszej stacji za granicą województwa. W takich przypadkach optymalnym rozwiązaniem jest podpisanie porozumień z organizatorem przewozów na terenie sąsiedniego województwa i wykonywanie przewozów na dłuższych trasach na zasadzie wymienności”.

Samorząd województwa mazowieckiego nie jest w stanie wypracować takiego optymalnego rozwiązania chociażby z samorządem województwa łódzkiego, aby zapewnić codzienne bezpośrednie połączenia na trasie Radom – Łódź. Podróżujący Kolejami Mazowieckimi z Radomia muszą przesiadać się w Drzewicy, by stąd w stronę Łodzi kontynuować podróż Łódzką Koleją Aglomeracyjną. Problem w tym, że nie wszystkie pociągi są skomunikowane, w niektórych przypadkach czas na przesiadkę sięga aż 50-55 minut, a przy dokonywanych co dwa-trzy miesiące korektach rozkładu jazdy skomunikowania pojawiają się i znikają. To wszystko powoduje, że pasażerom trudno na tej trasie zaufać kolei. A przewoźnik rozkłada ręce nad niezadowalającą frekwencją, dodatkowo uznając, że jest to argument przeciwko poprawie oferty: „Nie zakładamy uruchomienia połączenia Radomia z Łodzią, bo są tam niewielkie potoki pasażerskie” – oznajmił wiosną 2023 r. członek zarządu Kolei Mazowieckich Dariusz Grajda.

Samorząd województwa mazowieckiego od dłuższego czasu informuje o rozmowach prowadzonych z sąsiadami. – „Ewentualna poprawa oferty przewozowej na stykach województw uzależniona jest od woli i wspólnych uzgodnień. Obecnie trwają rozmowy z województwami łódzkim i warmińsko-mazurskim w sprawie stworzenia wspólnej oferty na stykach” – informuje Marta Milewska z kancelarii marszałka województwa mazowieckiego. – „Nie jest znany termin zakończenia rozmów oraz ewentualnych dalszych decyzji”.

Znana jest już decyzja o sposobie obsługi trasy Ostrołęka – Chorzele – Szczytno – Olsztyn na styku z województwem warmińsko-mazurskim. Reaktywowane w czerwcu 2023 r. pociągi Kolei Mazowieckich z Ostrołęki do Chorzel nadal będą kursować tylko w tej relacji, a warmińsko-mazurskie Polregio uruchomi od grudnia 2023 r. pociągi w relacji Olsztyn – Chorzele. Część połączeń Kolei Mazowieckich i Polregio ma być ze sobą skomunikowana w Chorzelach.

Będzie to więc kolejny ciąg, na którym nie uda się wprowadzić wskazywanego przez „Regionalny plan transportowy województwa mazowieckiego w perspektywie do 2030 roku” rozwiązania w postaci wspólnej obsługi przez dwóch przewoźników. Zamiast pociągów Kolei Mazowieckich i Polregio wymiennie kursujących na całej trasie Ostrołęka – Olsztyn, pasażerowie otrzymają niepewne przesiadki na granicy województw.

Portal straszenia pasażera

Prowadzona przez PKP Polskie Linie Kolejowe wyszukiwarka rozkładu jazdy dostępna w aplikacji i na stronie internetowej Portal Pasażera próbuje straszyć podróżnych połączeniami, które zawierają w sobie kilkuminutowe przesiadki, i wyświetla taki komunikat: „Przesiadka ma bardzo krótki czas, który może być niewystarczający! Należy pamiętać, że w niektórych przypadkach czas na dojście do peronu przesiadkowego może być dłuższy niż wybrany minimalny czas na przesiadkę”.

Komunikat ten podawany jest nawet wtedy, gdy jednocześnie widnieje informacja o tym, że pociąg będzie czekał na pasażerów z opóźnionego pociągu, a skomunikowanie – tak jak na stacjach w Tłuszczu i Małkini – odbywa się przy jednym peronie, a więc przejście z jednego do drugiego pociągu zajmuje kilkanaście sekund.

Ponadto Portal Pasażera nie zawsze podaje podróżnym najdogodniejsze stacje na przesiadkę, wskazując na przykład, że z pociągów relacji Warszawa Lotnisko Chopina – Warszawa Centralna – Modlin do szynobusów w kierunku Płońska i Sierpca należy przesiąść się na stacji Modlin, choć wymaga to przejścia z peronu drugiego na peron pierwszy wysoką kładką. Tymczasem przesiadka między tymi pociągami w Nowym Dworze Mazowieckim, a więc stację wcześniej, odbywa się w ramach jednego peronu.

Nie jest możliwe

W samorządzie województwa pytamy, kiedy regionalny plan transportowy zacznie być wdrażany i standardem staną się połączenia bezpośrednie w takich relacjach jak Warszawa – Wyszków – Ostrołęka, Warszawa – Czyżew czy w głąb sąsiednich województw. Okazuje się, że przeszkodą jest przebudowa węzła warszawskiego: „Prace modernizacyjne na stacji Warszawa Zachodnia i na linii średnicowej powodują, że rozkład jazdy Kolei Mazowieckich wymuszony jest wprowadzanymi przez PKP PLK ograniczeniami. Pociągi kursują w skróconych relacjach, są kierowane na zmienione trasy, a rozkład jazdy pociągów ulega licznym zmianom” – odpowiada Marta Milewska. – „Obecnie i w perspektywie kilku najbliższych lat nie jest możliwe planowanie modyfikacji oferty przewozowej Kolei Mazowieckich w celu zapewnienia połączeń bezpośrednich”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”
(nr 5/126 wrzesień-październik 2023); https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer

Nieletni pracownicy zarobią więcej – ale i tak niewiele

Nieletni pracownicy zarobią więcej – ale i tak niewiele

Obowiązują już nowe, wyższe stawki wynagrodzenia dla pracowników młodocianych.

Według informacji portalu pulshr.pl, podczas nauki zawodu pracownikom młodocianym przysługuje wynagrodzenie obliczane w stosunku procentowym do przeciętnego wynagrodzenia w poprzednim kwartale.

Od 1 września 2023 roku stawki poszły w górę. Ma to na celu zachęcenie młodych ludzi do wyboru zawodów szkolnictwa branżowego.

Pracownik młodociany to osoba, która ukończyła 15 lat, a nie przekroczyła 18, ukończyła co najmniej ośmioletnią szkołę podstawową oraz posiada świadectwo lekarskie stwierdzające, że praca danego rodzaju nie zagraża jego zdrowiu.

Może być zatrudniony na podstawie umowy w celu przygotowania zawodowego, a po skończeniu 16 lat na podstawie umowy o pracę, ale tylko przy wykonywaniu prac lekkich.

Pracownik młodociany od września 2023 roku zarobi miesięcznie:

w pierwszym roku nauki – 560,46 zł;
w drugim roku nauki – 630,52 zł;
w trzecim roku nauki – 700,58 zł

Zasady zatrudniania pracowników młodocianych określa Kodeks pracy. Zgodnie z nim pracownik, który nie ukończył 16 lat, nie może pracować dłużej niż 6 godzin na dobę, a osoba powyżej 16 roku życia nie może pracować dłużej niż 8 godzin na dobę.

Będzie strajk w Poczcie Polskiej

Będzie strajk w Poczcie Polskiej

Pracownicy poczty zastrajkują kilka dni przed wyborami.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, siedem związków zawodowych Poczty Polskiej (PP) nie dogadało się z zarządem państwowej spółki. Organizacje domagały się podwyżek, ale pracodawca – mimo wejścia do firmy mediatora – nie ustąpił. Związkowcy zdecydowali się na strajk ostrzegawczy.

Do strajku dojdzie 11 października, a więc tuż przed wyznaczonymi na 15 października wyborami parlamentarnymi. W ramach sporu zbiorowego nie udało się osiągnąć i wypracować kompromisu.

Związkowcy zaznaczają, że decyzja była trudna, ale nie mieli wyjścia, bo negocjacje były wręcz kuriozalne. Rokowania miały być utrudniane i celowo przewlekane, odpowiedzi na pytania pracowników udzielane jedynie częściowo. Pracodawca nie udostępniał danych i informacji, o które wielokrotnie wnioskowano.

Pracownicy Poczty domagają się podwyżki miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego na poziomie od 800 do 1000 zł.

Huta Ostrowiec poszła w ręce wierzycieli

Huta Ostrowiec poszła w ręce wierzycieli

Sąd w Barcelonie oddał grupę Celsa w ręce wierzycieli, m.in. Deutsche Banku, Attesor Capital, SVP i Anchorage. Co z polskim zakładem?

Jak pisze portal wnp.pl, huta w Ostrowcu należy do hiszpańskiej grupy Celsa. Celsa od lat ma problemy finansowe, a jej zadłużenie sięgnęło obecnie 3,0 mld euro. Część zadłużenia Celsy w wysokości 1,352 mld euro zostaje zamieniona na udziały dla wierzycieli i przejmą oni całkowitą kontrolę nad firmą.

Wierzyciele mieli zapewnić, że nie planują przenoszenia produkcji czy likwidowania jakiegokolwiek zakładu grupy. W Ostrowcu trwają już jednak spekulacje, co dalej. Wśród najczęściej podnoszonych scenariuszy jest możliwość przejęcia zakładu przez państwo polskie. Pojawiła się także opcja przejęcia huty przez ostrowiecką firmę Metalowiec, która kilka lat temu przejęła część pracującej dawniej dla huty odlewni, ale jej właściciel zdecydowanie uciął takie pogłoski.

Bon edukacyjny zaszkodzi nam wszystkim

Bon edukacyjny zaszkodzi nam wszystkim

Konfederacja proponuje bon edukacyjny. Złą opinię na temat tego pomysłu mają związkowcy-nauczyciele.

Według informacji Portalu Samorządowego, głoszony przez posłów Konfederacji pomysł wprowadzenia bonu edukacyjnego budzi spore zainteresowanie wśród rodziców uczniów i środowisk oświatowych. Zdaniem związkowców uwolnienie pieniędzy w systemie doprowadzi do dysproporcji w poziomie nauczania.

Pomysł nie jest nowy – jest dyskutowany od początków III RP i dotychczas nie został wprowadzony. Po raz kolejny jednak wabi zainteresowanych prostotą rozwiązania: rodzice, otrzymawszy bon edukacyjny, będą mogli wybierać dla swoich pociech szkoły najlepsze, a nie te, które są im wskazywane ze względu na miejsce zamieszkania. Konfederacja twierdzi, że zapisując do nich swoje dziecko, będą wspierać te dobre i bardzo dobre, jednocześnie zmuszając do poprawy jakości kształcenia te słabsze.

W opinii Sławomira Broniarza, prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego, proponowane przez Konfederację urynkowienie edukacji nie rozwiąże bolączek systemu edukacji. Wprowadzenie bonu edukacyjnego dla ucznia, dającego gwarancję, że pieniądze będą za nim szły do szkoły, spowodowałby wiele problemów: w warunkach wielkomiejskich dokonałby alokacji dzieci i młodzieży w szkołach, stawiając pod dużym znakiem zapytania przyszłość tych placówek, które byłyby w świadomości opinii publicznej gorsze, czasami także z powodów pozamerytorycznych, a także mógłby doprowadzić do daleko idącej destrukcji w ośrodkach z jedną szkołą, bo rodzice mając wybór i tak musieliby posłać dziecko do tej szkoły.

Jego zdaniem nie ma mowy o tym, żeby bon zafunkcjonował. Pod koniec lat 90. władze Kwidzynia podjęły próbę jego wdrożenia i się z tego wycofały.

– Od tego czasu minęło ponad lat 20 i czy ktokolwiek w kraju wdrożył bon edukacyjny? – pyta prezes Broniarz.

Szans na powodzenie idei bonu edukacyjnego nie widzi również Waldemar Jakubowski, przewodniczący KSOiW NSZZ „Solidarność”. Jego zdaniem wprowadzenie bonu, jak również uwolnienie zawodu nauczyciela, a co za tym idzie systemu oświaty, spowoduje, że będziemy mieli szkoły bardzo zróżnicowane pod względem tak programowym, jak i poziomu kształcenia.

Będziemy mieli szkoły bardzo dobre i bardzo słabe, z tym że tych słabszych będzie dużo więcej – podkreśla. – Szkoły, które będą w stanie zapłacić za jakieś dodatkowe zajęcia, dodatkową pracę, będą lepiej funkcjonowały, a szkoły w biednych samorządach będą siłą rzeczy słabsze i przepaść między nimi będzie się pogłębiała.

Posterunki są, a nie ma

Posterunki są, a nie ma

Niby rząd przywraca posterunki policji w małych miejscowościach, ale większość z nich jest czynna tylko raz w tygodniu po kilka godzin.

Jak informuje Portal Samorządowy, przywracanie zamkniętych wcześniej posterunków policji w małych miejscowościach to jedno ze sztandarowych działań obecnego rządu. W latach 2015-2021 odtworzono 144 zamknięte wcześniej policyjne posterunki, na ogół w małych miejscowościach. W latach 2022-2025 ma powstać kolejnych 250 nowych posterunków.

Jednak prawie 70 proc. odtworzonych lub nowo utworzonych posterunków jest otwartych tylko raz w tygodniu, przez kilka godzin. Najczęściej są to poniedziałki w godz. 10-14. Obsady po 4-5 funkcjonariuszy nie gwarantują nieprzerwanej pracy.

Chcą strajkować w Detroit

Chcą strajkować w Detroit

Negocjacje pomiędzy „Wielką Trójką” amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego a związkiem zawodowym UAW utknęły w miejscu. Perspektywa strajku pracowników Forda, GM i Stellantisa jest coraz bardziej realna.

Jak informuje portal autokult.pl, pierwsze tarcia, które postawiły w stan alarmowy całą branżę motoryzacyjną w Stanach Zjednoczonych, pojawiły się pod koniec sierpnia 2023 r. Zrzeszający sporą część pracowników związek zawodowy UAW (United Auto Workers) wystąpił przeciwko tzw. Wielkiej Trójce, czyli trzem największym koncernom motoryzacyjnym w USA. Są to Ford, General Motors oraz Stellantis.

Oficjalne żądania UAW, jak podaje amerykański odłam portalu „Automotive News”,są bardzo konkretne – podwyżka wynagrodzeń o 46 proc., równość płac niezależnie od zakładu, 90-dniowy okres pracy tymczasowej (po której pracownik musi zostać zatrudniony na stałe) czy płatny urlop. Termin zawarcia nowych umów upływa już 14 września, a na żądania związku odpowiedział tylko Ford. Ford proponuje podwyżkę na poziomie zaledwie 9 proc. z 6-procentowym ryczałtem ze wzrostem płac rozłożonym na 6 lat. Dopiero po tym czasie deklaruje wyrównanie płac we wszystkich placówkach.

UAW nie traktuje tej propozycji poważnie, zaś GM i Stellantis w ogóle nie przedstawiły odpowiedzi na żądania. Jeżeli nic się nie zmieni, strajk pracowników będzie nieunikniony. Na domiar złego dla koncernów, termin podpisania nowych umów zbiega się z rozpoczęciem Detroit Auto Show (13-25 września). Strajk podczas tak ogromnej imprezy byłby nie tylko blamażem wizerunkowym, ale naraziłby „Wielką Trójkę” na straty idące w miliardy dolarów.

Dlaczego Agnieszka Holland została zaopatrzeniowcem Konfederacji?

Dlaczego Agnieszka Holland została zaopatrzeniowcem Konfederacji?

Wypowiedź Agnieszki Holland na Campusie Polska Przyszłości odbiła się szerokim echem. Reżyserka zaproponowała, by odebrać mężczyznom czynne prawo wyborcze na trzy kadencje parlamentu – czyli dwanaście lat (jak to ujmuje sama autorka pomysłu: „zawiesić”). Mogliby oni być wybierani, mówi Holland, ale nie mogliby wybierać. Nie pierwszy raz taka propozycja pada z jej ust – już w 2019 r. postulowała to w wywiadzie udzielonym Paulinie Reiter („Gazeta Wyborcza”). Jakie jest uzasadnienie? „Kobiety przez tysiąclecia nie miały żadnych praw. Byłoby sprawiedliwe, żeby choć przez kilkanaście lat mężczyźni odpoczęli. Dajmy im czas na refleksję”. Cóż, może jestem dziwny, ale brzmi to jak dość prymitywna wendeta.

Na wstępie zaznaczam: rozumiem nagromadzenie negatywnych emocji, które są efektem życia w patriarchacie, a które prowadzić mogą do takich właśnie stanowisk. Nie jestem również przeciwnikiem radykalnych propozycji. Wiem, na jakich założeniach opiera się propozycja Holland – na polityce tożsamościowej, głoszącej – w uproszczeniu – że osoby o danej (mniejszościowej) tożsamości są bardziej wrażliwe. To jednak nie sprawia w żadnej mierze, że będę usprawiedliwiać tę wypowiedź. Zrozumienie nie wiąże się z akceptowaniem ani nawet tolerowaniem danych postaw. Pozwala ono co najwyżej inaczej na nie spojrzeć.

Aż ciśnie się pod palce pytanie, jak konkretnie takie „zawieszenie” miałoby wyglądać? Co miałoby oznaczać pojęcie „mężczyzna”? W końcu Holland zalicza się do grona, które nieco ironicznie nazywam liberalną post-lewicą, a więc – jak wnoszę z innych jej publicznych wypowiedzi – popiera prawa osób transpłciowych. Co więc jeśli transkobieta nie zdążyła jeszcze uzgodnić swojej płci prawnej? Powinna mieć czynne prawo wyborcze czy nie?

Zostawmy jednak złośliwości i przejdźmy do istoty rzeczy. W ostatnim czasie obserwować mogliśmy istny wysyp artykułów, zwłaszcza w prasie prawicowej, które raz po raz smagały Holland za to stanowisko. Trudno się dziwić – gdyby ktoś o jej pozycji (nie będę bowiem zaprzeczać, że jest wybitną reżyserką) zasugerował zawieszenie praw wyborczych kobiet… Możemy sobie tylko wyobrazić, jaka burza medialno-polityczna by się rozpętała. Nie byłoby to symetryczne, ale miałoby zakorzenienie w myśleniu, które w tożsamości upatruje automatycznie pewien zestaw poglądów.

A przecież historia dostarcza nam aż nadto przykładów, że to nieprawda. Pierwszy lepszy z brzegu: amerykańskie feministki były w najlepszym razie neutralne wobec problemu niewolnictwa – nie chciały bowiem mieszać praw kobiet z prawami czarnoskórych. Sojouner Truth wygłosiła na ten temat nawet przemówienie, które zapamiętane zostało jako „Ain’t I a Woman?” („Czy nie jestem kobietą?”). Nie dziwcie się więc, że z niejaką podejrzliwością patrzę na wizję „rządów kobiet”, nawet jeśli patriarchat napawa mnie przerażeniem. Współcześnie zaś – i bliżej domu: to kobieta, Kaja Godek, stała się twarzą walki o zakaz aborcji w Polsce, nie zaś mężczyzna. Przypomnieć by można również, że wśród uprawnionych do głosowania kobiety mają nieznaczną, ale jednak przewagę.

Najważniejsze jednak jest to: radykalna propozycja Holland wygłoszona na 6 tygodni przed wyborami stanowi znakomite paliwo dla wszelkich mizoginistycznych ruchów, które chce ona zwalczać.

Co bowiem musi dziać się w głowie młodego mężczyzny, skonfundowanego przez rozdźwięk między patriarchalnymi ramami, w których go wychowano, a – bądź co bądź – postępującym równouprawnieniem i (zbyt) powolnym obumieraniem patriarchatu, gdy słyszy taką propozycję? Potrzeba naprawdę najgorszego rodzaju optymistycznej naiwności, by sądzić, że to go otrzeźwi. Prędzej poczuje się zagrożony, bowiem proponuje się zawieszenie jego istotnego obywatelskiego prawa,. To skieruje go w stronę, która nie tylko nie przejawia takich postaw, ale na dodatek postuluje powrót do bezpiecznego czarno-białego świata. Podejrzewam, że mając wybór między degradacją a nobilitacją – nawet jeśli jest ona pozorna – większość ludzi wybrałaby tę drugą.

Holland wskutek swojej propozycji stała się, chcąc nie chcąc, zaopatrzeniowcem Konfederacji i pokrewnej ruchów. Wręczyła im naładowany karabin, z którego będą strzelać w stronę tzw. demokratycznej opozycji, by odebrać jej tę mniejszość młodych mężczyzn chcących na nią głosować. Inna sprawa, z jaką skutecznością.

Co więcej, postrzegam to jako zdradę demokratycznych ideałów. Choć nie należę do bezkrytycznych entuzjastów demokracji, w najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy, by w ramach demokratycznego systemu odebrać czy zawiesić prawa wyborcze wybranej grupy – nieważne czy etnicznej, płciowej czy religijnej. Godząc się na demokrację, powinniśmy grać według jej reguł. Nie oznacza to, oczywiście, np. dopuszczania do debaty publicznej mowy nienawiści, ale arbitralne naznaczenie tej oto grupy poprzez odebranie jej prawa do głosowania stanowi postulat antydemokratyczny. Inaczej bym do tego podszedł, gdyby Holland słynęła z krytyki demokracji liberalnej – ale przecież jest ona jedną z jej obrończyń.

Jest to tym bardziej śmieszne i ironiczne, że organizatorzy Campusu domagali się wykluczenia Grzegorza Sroczyńskiego z Panelu Symetrystów za krytykę radykalnych zwolenników Platformy Obywatelskiej, w wyniku czego panel odwołano. Natomiast osobę, która od przynajmniej czterech lat proponuje odebranie jednego z konstytucyjnych praw niemal połowie obywateli, fetuje się tam.

Niezależnie od skutków wypowiedzi Agnieszki Holland, jestem pewien jednego – tego typu stanowiska pchają młodych mężczyzn w łapska prawicowych radykałów. A później, gdy okazuje się, że ponad 60 procent mężczyzn do 35. roku życia chce oddać głos na Konfederację, będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Christian Kobluk

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay.

Kolej idzie na rekord

Kolej idzie na rekord

Na kolei obserwujemy największy wzrost przewozów pasażerów od 23 lat.

Według informacji serwisu wnp.pl, polscy przewoźnicy pasażerscy przewieźli w 2022 r. ponad 340 mln pasażerów. Najlepsza sytuacja pod tym względem jest wokół dużych aglomeracji, jak Warszawa, Gdańsk, Kraków, Wrocław, gdzie średnio statystycznie pasażer korzysta z kolei 20-26 razy w ciągu roku. Jeżeli chodzi o ścianę wschodnią, niestety ten wymiar jest dużo niższy, np. mieszkańcy woj. podlaskiego korzystają z kolei tylko dwa razy w roku. Wzrost notowany jest także w ruchu towarowym. W 2022 r. wobec 2021 r. polscy przewoźnicy przewieźli więcej o 5 mln ton – łącznie 248 mln ton towarów.

Obserwujemy również zmianę jakościową: pasażerowie, klienci chcą korzystać z usług kolei.