przez Roman Rostek | niedziela 16 listopada 2025 | opinie, Polecamy
Wokół sztucznej inteligencji budowano otoczkę czegoś potężnego, co za chwilę zmieni sposób funkcjonowania całego świata: ludzi, firm, państw, globalnej gospodarki. Z jednej strony prezentowano cudowne możliwości rozwoju, z drugiej – straszono negatywnymi konsekwencjami, z katastrofą i końcem ludzkości włącznie. Większość tych narracji to marketingowe bajki, które mają pomóc korporacjom w zdobywaniu rynków z nowym produktem.
Marketingowe narracje opierają się na sprzedawaniu obietnic. W przypadku sztucznej inteligencji od początku marketing koncentrował się na obietnicach wielkiego kalibru: AI radykalnie zmieni świat. W odniesieniu do pracy wiodący mit to opis nowego wspaniałego świata, w którym sztuczna inteligencja służy człowiekowi pomocą i wykonuje trudne, zabierające czas zadania, dostarcza wiedzy i umiejętności dostępnych niedawno tylko ekspertom. Dzięki temu przyspieszyć ma wzrost gospodarczy, dokonamy przełomowych odkryć w medycynie i nauce, a społeczeństwo będzie coraz bardziej zamożne. Ludzie w pracy będą wykorzystywać nowe narzędzia, pozwalające na podniesienie możliwości kognitywnych na wyższy poziom. Prostota stosowania AI umożliwi pracownikom dostęp do kompetencji zarezerwowanych wcześniej dla ekspertów.
Rozwój technologiczny jako mit marketingowy
Każda przełomowa technologia posługuje się wielkim mitem marketingowym. Robotyzacja miała przynieść świat bez ciężkiej pracy, bo tę będą wykonywać roboty. Ba, większość jakiejkolwiek pracy miała być wykonywana przez roboty, jak w kreskówce o Jetsonach, wzorcowej ilustracji tego mitu z lat 1960-tych, gdzie dzień pracy to tylko dwie godziny. Robotyzacja przyniosła wiele, jeśli chodzi o ograniczenie ciężkiej pracy, ale na pewno kryterium opłacalności zastępowania ludzi jako pracowników jest tu ważniejsze niż bezpieczeństwo pracujących. A przy okazji robotyzacja wpłynęła na wzrost nierówności płacowych, więc ten nowy wspaniały świat jeszcze nie nadszedł (być może nadejdzie, skoro Jetsonowie żyli w latach 2060-tych).
Mieliśmy mit gospodarki opartej na wiedzy, który wiązał rozwój państw z wykształceniem i skończył się sytuacją, w której młodzi absolwenci muszą podejmować pracę poniżej swoich formalnych kwalifikacji, bo praca jest niekoniecznie tam, gdzie ukierunkowało ich kształcenie.
Jednym ze sprytniejszych pomysłów marketingowych było wykreowanie mitu ekonomii współdzielenia, bazującego na pozytywnych potrzebach wspólnotowego dzielenia się dobrami. Finalnie przybrało to kształt drapieżnego biznesowego modelu korporacji platformowych, wykorzystujących pracę osób, których nie chcą uznać za swoich pracowników. Powiązany z tym był mit gospodarki cyfrowej, mającej dać m.in hiperindywidualizację w realizacji potrzeb konsumentów dzięki dopasowaniu oferty na podstawie danych. Tu owocami są cyfrowy nadzór, kradzież danych użytkowników i zindywidualizowana manipulacja.
Wokół sztucznej inteligencji tworzonych jest wiele mitów. Te najważniejsze nie są niczym nowym. Ich ślady można znaleźć w futurystycznych przepowiedniach sprzed kilkudziesięciu lat, jak i w literaturze popularnej czy filmach science-fiction. To mocne ugruntowanie w wytworach popkultury pozwala zresztą na łatwiejsze sprzedawanie obietnic, jak również na straszenie. Wyraźnie widać to w narracjach dotyczących wpływu sztucznej inteligencji na gospodarkę i pracę.
O wpływie AI na pracę bez lukrowania
Tezy o przełomowym znaczeniu sztucznej inteligencji dla świata pracy pojawiają się już od wielu lat. Przeważnie razem z przepowiedniami, jak duży odsetek stanowisk zniknie dzięki automatyzacji opartej na AI. Wspominałem o tych danych w tekście Przyszłość pracy w świecie sztucznej inteligencji, opisującym ten obszar po kilku miesiącach od przedstawienia szerokiej publiczności dużych modeli językowych (LLM) typu ChatGPT.
O ile wówczas alarmistyczne dane o tym, jak duża część stanowisk zniknie, były publikowane raczej w specjalistycznych raportach (zazwyczaj równoważono je informacjami o tym, ile nowych stanowisk AI wykreuje), to od kilku miesięcy takie tezy regularnie trafiają do publikacji głównego nurtu, zastępując narracje o wspaniałych możliwościach nowych aplikacji AI. „AI wykosi wkrótce połowę stanowisk pracy dla białych kołnierzyków” – obwieścił w maju 2025 roku Dario Amodei, szef firmy Antropic, działającej w branży AI. Amodei wprost stwierdził, że firmy powinny przestać lukrować przyszłość, która nadchodzi, bo przyszłość to masowe zwolnienia specjalistów w takich dziedzinach, jak technologia, finanse, prawo czy doradztwo. Pierwsze dwa lata wprowadzania LLM bazowały więc na micie wyrażonym wprost w marketingowej prezentacji Copilota Microsoftu: „To jest najpotężniejsze na Ziemi narzędzie dla produktywności; uwolni ono wszystkich od mordęgi nudnej pracy i wyzwoli kreatywność”. Po dwóch latach tonacja głównych narracji najwyraźniej zaczęła się zmieniać.
Przemiany wywołane technologiami opartymi na sztucznej inteligencji nie dzieją się jednak w sposób tak gwałtowny, jak bywa to przedstawiane i jak chcieliby producenci tych rozwiązań. Alarmistyczne hasła są tonowane nieco przez dane zebrane w badaniu The Budget Lab z Uniwersytetu Yale: o ile zmiany w rodzajach stanowisk na rynku pracy faktycznie następują szybko w ostatnim czasie, to trudno je przypisać wprowadzeniu generatywnej sztucznej inteligencji. Zmiany te są natomiast w swej skali bardzo bliskie temu, co można było obserwować podczas poprzednich przełomów technologicznych, jak wprowadzenie komputerów w 1984 roku czy internetu w 1996. Prowadzi to do konkluzji, że „rynek pracy nie doświadczył zauważalnych zakłóceń od czasu wydania ChatGPT 33 miesiące temu, co osłabia obawy, że automatyzacja AI obecnie ogranicza popyt na pracę kognitywną w gospodarce”.
Uzupełnieniem tej tezy są wnioski z raportu World Economic Forum „Future of the Jobs 2025”. Z jednej strony widać wyraźnie zapotrzebowanie na nowe stanowiska. Najszybciej rośnie popyt na specjalistów big data, inżynierów fin-tech, specjalistów AI i uczenia maszynowego oraz inne osoby o technologicznych specjalnościach, zgodnych z narracjami o zmianie świata pracy. Jeśli jednak spojrzeć na liczby bezwzględne, najbliższa przyszłość świata pracy wygląda zupełnie inaczej.
Top 10 stanowisk według największego wzrostu zatrudnienia netto (czyli kogo poszukuje się w największej liczbie), na podstawie statystyk zatrudnienia i potrzeb pracodawców w roku 2025 przedstawia się następująco:
1. Farmerzy i pracownicy rolnictwa
2. Kierowcy aut dostawczych
3. Programiści aplikacji
4. Pracownicy budownictwa
5. Pracownicy sklepów
6. Przetwórstwo żywności
7. Kierowcy
8. Pielęgniarki i opiekunowie
9. Pracownicy gastronomii
10. Kierownicy
To nie jest obraz nowego wspaniałego cyfrowego świata. Gdyby wyjąć programistów, taka lista równie dobrze mogłaby znaleźć się w raporcie sprzed kilkudziesięciu lat. Z dzisiejszej perspektywy jest to zestawienie zawodów niezbędnych do funkcjonowania scyfryzowanego świata, ale u samych fundamentów. Na dodatek są to te stanowiska, które światowa gospodarka ma do zaoferowania pracownikom, którzy tracą pracę w związku z cyfrową automatyzacją.
AI jako (pozorna) przyczyna zwolnień
Korporacje chętnie wykorzystują wdrażanie AI jako uzasadnienie zwolnień. Nowa technologia ma podnieść produktywność, przyspieszyć procesy, działać szybciej i efektywniej niż ludzie, dzięki czemu można zmniejszyć liczbę zatrudnionych – takie wytłumaczenia sprawiają wrażenie obiektywności i odniesienia do faktów. Jednak gdyby spojrzeć na fakty, może się okazać, że mamy do czynienia z kolejnym mitem, tym razem na potrzeby komunikacji do wewnątrz organizacji.
Vanessa Wingårdh, niezależna badaczka, oglądająca rozwój bańki AI od środka, zestawiła zwolnienia w amerykańskich korporacjach w ostatnim czasie z liczbą pracowników sprowadzonych przez te korporacje na podstawie wiz H-1B, sponsorowanych przez pracodawców. Jej wniosek jest prosty: firmy kłamią, jeśli chodzi o zwalnianie spowodowane wdrażaniem AI. Pozbywają się amerykańskich pracowników (droższych), żeby na ich miejsce przyjąć pracowników z innych krajów (tańszych). Nowa technologia jest tylko komunikacyjnym zaciemnieniem dla rzeczywistych przyczyn zwolnień: chodzi o prymitywne cięcia kosztów.
Paradoksalnie, cięcia kosztów poprzez likwidację stanowisk dotarły już do działów zajmujących się rozwojem AI. Meta zwolniła niedawno kilkuset pracowników z działu Superintelligence Labs, co ma podobno przynieść firmie usprawnienie procesów decyzyjnych oraz większy zakres odpowiedzialności na pozostałych stanowiskach. Z jednej strony firmy z Krzemowej Doliny inwestują więc ogromne środki w rozwój aplikacji AI, ścigając się na rynku, który jest cały czas w procesie tworzenia. Z drugiej strony doszły już do etapu, gdy proste cięcia kosztów są sposobem na pokazanie dobrych wyników inwestorom. Zapewne wynika to też z niesatysfakcjonujących wyników, jeśli chodzi o przychody z nowych produktów.
W twardych danych nie widać bowiem oczekiwanych efektów wdrożeń AI w firmach. Raport State of AI in Business 2025, opracowany w MIT, wskazuje, że pomimo ogromnych nakładów na nowe rozwiązania, firmy korzystające z rozwiązań AI nie mogą mówić o przełomie w swoich działaniach. 95% wdrożeń nie przynosi jeszcze korzyści finansowych. Problemem jest to, że w dużej skali AI jest wykorzystywana głównie na poziomie pracowników, nie przekładając się na przełomowe rozwiązania w procesach, co przyniosłoby obiecywane korzyści.
Mit efektywniejszego pracownika
Wykorzystywanie sztucznej inteligencji przez pracowników wiąże się z różnymi problemami. Na poziomie jednostkowym wdrażanie AI jest sprowadzane do hasła ułatwiania pracy dzięki osobistemu asystentowi, który zredaguje tekst, zrobi wykresy, przygotuje prezentację, odpowie na e-maila i zrobi całe mnóstwo czynności, które wcześniej zajmowały wiele czasu. Dzięki temu pracownicy mają skupiać się na wykorzystaniu wiedzy eksperckiej, czyli tej bardziej wartościowej. W rezultacie indywidualna efektywność wzrośnie – a za nią wyniki ogólnofirmowe. To głosił marketingowy mit.
Firmy tworzące aplikacje AI chcą napędzać ten rynek, dając przykład. Google, Microsoft i Meta wprowadzają polityki wewnętrzne wręcz przymuszające pracowników do wykorzystywania AI w pracy. Presja na pracowników oznacza wewnątrzorganizacyjną ocenę skali stosowania takich aplikacji. Wprowadzana jest np. rywalizacja pomiędzy zespołami o jak najwyższy wskaźnik zastosowania AI. Firmy mają ambitne plany, jeśli chodzi o osiąganie wskaźników w tym obszarze, co dla pracowników oznacza jedno: jeśli chcesz robić karierę w tej branży, musisz korzystać z AI w pracy. Wydaje się to nie mieć słabych stron, ale rzeczywistość organizacyjna zdaje się wyglądać inaczej.
Wielu profesjonalistów odrzuca korzystanie z aplikacji AI po to, aby chronić swą reputację eksperta. Ciekawy eksperyment pokazujący to zjawisko przeprowadzono w jednej z firm programistycznych. Pracownicy mieli oceniać kompetencje autora kodu IT, przy czym część badanych otrzymała informację, że kod był napisany przy pomocy sztucznej inteligencji. W tej grupie ocena kompetencji autora była znacząco niższa niż w przypadku grupy, która ten sam kod oceniała jako napisany tylko przez człowieka. Wielu pracowników uważających się za ekspertów zdaje sobie sprawę z tego zjawiska – i albo w ogóle nie korzystają z oferowanych przez pracodawcę aplikacji AI, albo wykorzystują na boku aplikacje nieautoryzowane, aby nie było to widzialne dla współpracowników.
Niska jakość wytworów AI, ale za to jest taniej
Drugie zjawisko blokujące potencjalne pozytywne efekty z korzystania z AI przez pracowników jest odbiciem tego, co widać w internecie. Pracownicy wykorzystują zakupione przez pracodawców aplikacje do generowania wytworów (raportów, prezentacji, ilustracji) tak kiepskiej jakości, że są one nieużyteczne dla odbiorców albo wymagają poprawiania przez innych. Gdy na niedawnym szkoleniu zapytałem uczestników z różnych firm, czy dostają takie produkty AI od koleżanek i kolegów w pracy, w zasadzie wszyscy podnieśli rękę. Te wytwory tylko udające dobrą pracę, a nie wnoszące nic do realizacji danego zadania, są przeniesieniem wysiłku od twórcy do odbiorcy-współpracownika. Tak jak internet jest zalewany przez AI slop (czyli teksty, obrazki, filmy etc. niskiej jakości, wygenerowane przez sztuczną inteligencję), tak organizacje mają już swój odpowiednik pod nazwą workslop.
Konieczność poprawiania kiepskiej jakości wytworów AI jest czymś standardowym, tłumaczonym często przez producentów tym, że „AI wciąż się uczy”. Zatrudnianie wykwalifikowanych grafików do poprawiania rysunków wygenerowanych automatycznie wydawałoby się w tym kontekście czymś śmiesznym. Ale jeśli poprawiającymi są ci, którzy wcześniej stracili kontrakty, gdy firma korzystająca z ich usług zakupiła licencję na aplikację AI, to jesteśmy już w sferze absurdu. Absurd przestaje być śmieszny, jeśli grafik musi to robić za wielokrotnie mniejsze pieniądze niż wtedy, gdy był zatrudniony jako specjalista odpowiedzialny za tworzenie ilustracji.
Na tym przykładzie widać wyraźnie, kto może zyskać, a kto stracić dzięki AI na takim rynku. W dużej skali to nie przełom, tylko nowe narzędzia, których efektywność nie daje skokowego przyrostu produktywności. Natomiast z całą pewnością umożliwia zejście z kosztów wynagrodzeń: czy to przez proste cięcia zatrudnienia, czy przez płacenie mniej.
„W dobrym scenariuszu AI pozwala na to, żeby więcej ludzi mogło wykonywać eksperckie zadania”, jak stwierdził David Autor z MIT, badający przemiany rynku pracy. Ten dobry scenariusz pomija jeden ważny czynnik: nie będą za to dostawać wynagrodzenia, które eksperci dostawali w czasach przed AI. Dzisiejsi eksperci mogą jutro wykonywać niespecjalistyczną pracę – ale za mniejsze pieniądze. Na większe zarobki dzięki AI mogą liczyć tylko ci specjaliści, których umiejętności nie da się zautomatyzować, a sami będą potrafili wykorzystać nowe narzędzia do wzmocnienia swojej eksperckości. Ci, którzy ekspertami nie są, mogą jutro stracić pracę, jeśli jest rutynowa. A jeśli utrzymają pracę, to niskopłatną. AI może nawet zwiększyć ich efektywność, ale bez wzrostu wynagrodzenia, bo zysk z tego trafi do kieszeni kogo innego. W największym skrócie tak przedstawia się rzeczywistość mitu o wznoszeniu gospodarki na wyższy poziom.
„Jeśli społeczeństwo jako całość stanie się znacznie bogatsze, to myślę, że to po prostu przeważy nad wadami utraty pracy przez ludzi” – stwierdził jeden z tech bros, przedstawiając swoją wizję rozwoju świata. Jego firma produkuje narzędzia AI do automatyzacji pracy, więc nic dziwnego, że jest gotów na takie ryzyko. Problemem dla świata jest to, że tech bros wierzą w ten mit.
Roman Rostek
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
przez redakcja | niedziela 1 października 2023 | klasyka, opinie, Polecamy
Rozstrzygnięcie sprawy Śląska Cieszyńskiego przez Radę Ambasadorów w Paryżu w lipcu 1920 jest otwartą raną na ciele Rzeczypospolitej Polskiej.
Rozstrzygnięcie nastąpiło w okresie, kiedy nawała bolszewicka szła na Warszawę i cała Polska żyła myślą o wyparciu Rosjan.
Ci, co wierzyli w żywotną siłę narodu i z niczego nie rezygnowali, wyszli zwycięsko z opresji bolszewickiej. Nad Wisłą dokonało się głębokie przeobrażenie duszy narodu i ugruntowanie własnej myśli politycznej. Upojenie zwycięstwem na chwilę zagłuszyło okrzyk grozy, dochodzący do stolicy z zachodniej granicy państwa: Śląsk Cieszyński, prastara dzielnica polska, został pod zaborem czeskim!
Zaczęto szukać winowajców. Kto zawinił, że Ślązacy dostali się do niewoli czeskiej? Czy rzeczywiście dopiero w Spaa i Paryżu p.p. Grabski Władysław i Paderewski Ignacy zrezygnowali ze Śląska Cieszyńskiego?
Powołana wolą ludu śląskiego do Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, brałam – jako członek prezydium tejże Rady – czynny i bezpośredni udział w całej akcji przyłączenia Śląska do Polski. Czesi z tytułu „praw historycznych” (z XIV wieku) rościli sobie prawa do Śląska Cieszyńskiego. Z naporem czeskim walczono na Śląsku przez cały okres konstytucyjny, za czasów austriackich, kiedy nasi wszechpolacy bratali się z Czechami w Pradze i Petersburgu. Czesi wyciągnęli zaborczą rękę po Śląsk Cieszyński w chwili rozpadania się Austrii, w październiku 1918. Zbiorowym wysiłkiem wszystkich stronnictw, których wyrazem była Rada Narodowa, odparto pierwszy atak czeski. Śląsk Cieszyński, za wyjątkiem 6 gmin powiatu frysztackiego, (mocą umowy zawartej między Radą Narodową w Cieszynie i Narodnim Vyberem w Polskiej Ostrawie w dniu 5 listopada 1918 r.) za pośrednictwem Rady Narodowej, był faktycznie już przyłączony do Polski, ponieważ Rada Narodowa w imieniu rządu polskiego wykonywała władzę.
Jednym z pierwszych poczynań rządu Moraczewskiego w listopadzie 1918 r. było wysłanie do Pragi p. Gutowskiego z misją dyplomatyczną. Zdawano sobie sprawę z powagi sytuacji. Czesi byli beniaminkiem aliantów, a szczególnie Francuzów. Już w 1916 r. obiecał rząd francuski Śląsk Cieszyński Czechom w nagrodę za usługi oddane w wojnie światowej.
Komitet Narodowy w Paryżu, z p. Dmowskim na czele, który był przez szereg miesięcy jedynym przedstawicielem Polski zagranicą, nie uznawał Piłsudskiego jako Naczelnika Państwa, ani rządu Moraczewskiego. Robiono wszystko, żeby autorytet tych czynników poniżyć. Przedstawiciele Komitetu Paryskiego po przyjeździe do kraju zawiadomili w grudniu 1918 Masaryka, prezydenta Republiki Czeskiej, żeby nie pertraktował z p. Gutowskim w sprawie Śląska Cieszyńskiego, ponieważ dni Piłsudskiego i jego „bolszewickiego” rządu są policzone. Masaryk zawiadomił o tym oficjalnie p. Gutowskiego, któremu nie pozostawało nic innego, jak zapakować walizkę i wyjechać z Pragi.
To „endeckie pociągnięcie dyplomatyczne” było śmiertelnym ciosem dla Śląska Cieszyńskiego. Czesi liczyli na anarchię w Polsce, oczerniali nas przed aliantami, a ponieważ kwestia węglowa [mowa o węglowym zagłębiu karwińsko-ostrawskim znajdującym się na spornym terenie – przyp. redakcji NO] miała pierwszorzędne znaczenie, przekonali aliantów, że bolszewickiemu rządowi polskiemu nie można oddać zagłębia karwińskiego.
Rada Narodowa dzwoniła ciągle na alarm, że Czesi Śląsk napadną. Żądała przygotowania obrony. Wtenczas przyjechał do Polski p. Stanisław Grabski, członek Komitetu Narodowego w Paryżu i zapewniał, że Czesi Śląska nie napadną. Na masowym wiecu 6 grudnia 1918 r. oświadczył, że może uspokoić Polaków, bo od Czechów nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo.
W tym okresie Lwów oblegali Ukraińcy. Zdecydowano, że śląskie bataliony pośpieszą pod Lwów, skoro jest zapewnienie, że Czesi Śląska nie napadną. Bohatersko Ślązacy bronili Lwowa, okryli się sławą. W Polsce rozpisał rząd Moraczewskiego wybory do sejmu na 24 stycznia 1919 r. Śląsk Cieszyński miał wybrać siedmiu posłów. Czesi wydali hasło wstrzymania się od głosowania. Obawiali się, że świat cały przekona się, ile faktycznie Czechów zamieszkuje Śląsk. Ponieważ Czesi są na Śląsku znikomą mniejszością, bo 11 proc. ludności przyznaje się do narodowości czeskiej, byłby to już plebiscyt.
Pod płaszczykiem aliantów, w mundurach aliantów, bez wypowiedzenia wojny Polsce (której autorytet był przez paryski Komitet Narodowy stale grzebany) napadli Czesi na Śląsk Cieszyński dzień przed wyborami do sejmu 23 stycznia 1919. Zaledwie 1000 żołnierzy było na Śląsku. Bronili śląskiej ziemi chłop, górnik, hutnik, aż przyszły nieliczne posiłki z Krakowa i 29 stycznia Czesi ponieśli klęskę nad Wisłą pod Skoczowem.
Część Rady Narodowej wyjechała do Warszawy. Na konferencji z Naczelnikiem Państwa, w której brali udział Ks. Józef Londzin, dr Kunicki, Jerzy Kantor i ja uzyskaliśmy zapewnienie, że w ciągu kilku dni dalsze posiłki nadejdą na Śląsk i Czechom nad Ostrawicą można było dyktować warunki.
Myli się zatem p. Sapieha, skoro w odpowiedzi na interpelacje posłów Kunickiego i towarzyszy z dnia 8 października 1920 r. odpowiada, że „w styczniu 1919 r. odparcie najazdu czeskiego okazało się niemożliwe”. Jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że p. Dmowski zawarł umowę z Czechami w Paryżu 1 lutego 1919 r., która była drugim śmiertelnym ciosem wymierzonym w Śląsk Cieszyński.
Rada Narodowa ogłosiła protest przeciwko ugodzie p. Dmowskiego, odmawiając mu prawa do przemawiania w imieniu Śląska Cieszyńskiego.
Pan St. Grabski i p. Paderewski tłumaczyli przed nami p. Dmowskiego brakiem wiadomości z kraju. „Radio” wtenczas miało źle pracować, nie można było uzgodnić poczynań Naczelnego Dowództwa w Warszawie z Komitetem Narodowym w Paryżu. Prawdą natomiast było, że p. Dmowski nie chciał poddać się, względnie porozumieć się z Piłsudskim i zupełnie samowolnie podpisał rozejm, a później ugodę, która oddawała Czechom całe zagłębie węglowe, Karwinę, Bogumin itd.
Zjechała do Cieszyna komisja aliancka (bez przedstawiciela Ameryki). Pierwsze skrzypce grali Francuzi – p. Grenad i Marchalle. Zajęli od razu wrogie wobec Polski stanowisko.
Jak śmiesznie małe były wpływy Komitetu Narodowego w Paryżu, jak pod tym względem fałszywie informowano Polskę – potwierdza fakt, że mimo naporu Rady Narodowej i rządu warszawskiego nie zdołano wymóc na Entencie odwołania p. Marchalle’a, przedstawiciela Francji w Cieszynie, który był faktycznie w służbie czeskiej, jako członek czeskiego sztabu generalnego, którego kierownikiem był francuski generał Pellee.
P. Dmowski, Paderewski, Grabscy, Piltz i spółka przedstawiali się w kraju jako mocarze, a nie umieli zmusić Czechów, którym patronowali alianci, do dotrzymania umowy z 1 lutego 1919 r., zawartej przez p. Dmowskiego, mocą której Czesi mieli oddać administrację Radzie Narodowej.
Pod protektoratem aliantów Śląsk stał się terenem gwałtów. Ludność polska nie była pewną ani życia, ani mienia.
Po ustaleniu, że plebiscyt zadecyduje o przynależności Śląska do Czech albo do Polski, zjechała na Śląsk druga tzw. Wysoka komisja plebiscytowa (!). Przewodniczył jej osławiony hr. Maneville, sekretarzem był p. Pichon, również opłacany przez Czechów. Przed przyjazdem Komisji do Cieszyna zwróciła się Rada Narodowa kilkakrotnie do Delegacji Polskiej w Paryżu do p. Dmowskiego i p. Szury z przedstawieniem, żeby użyto wszystkich wpływów, żeby w skład komisji nie wchodzili zdecydowani wrogowie Polski.
„Wielki jałmużnik polski”, p. Paderewski przyznał po cichu, że nie miał na tyle wpływu w Paryżu, żeby odwołać z Cieszyna p. Marchalle’a, nie miano go też przy mianowaniu drugiej komisji.
Znane są ogólnie rządy p. hr. Manevilla na Śląsku Cieszyńskim. Doprowadził kraj do takiej anarchii, że trudno było mówić o plebiscycie. Czeska pałka i rewolwer panowały bez przeszkody. „Hrabia” handlował kopalniami, hutami, lasami i „robił przygotowania do plebiscytu”.
Przy komisji alianckiej w Cieszynie tak rząd czeski, jak i polski mieli swoich przedstawicieli. Pełnomocnikiem rządu warszawskiego był początkowo poseł Zamorski. Po jego ustąpieniu osławiony generał Latinik, który swoją nieudolnością bardzo sprawie śląskiej zaszkodził. Przez szereg tygodni prezydium Rady Narodowej Ks. Londzin, Ks. Brzóska, poseł Bobek, więc nie socjaliści, błagali rząd, żeby tego szkodnika odwołano z Cieszyna, a kiedy nareszcie pod naporem całej opinii gen. Latinik musiał opuścić Cieszyn, było już za późno.
Przedstawiciele ministerstwa spraw zagranicznych, którzy przebywali w Cieszynie, jak dr Guenther (spokrewniony z arystokracją), Bratkowski, Morawski, należeli do narodowej demokracji i spełniali w Cieszynie jej rozkazy, w ostrej sprzeczności z Radą Narodową.
Więcej pracy i wysiłku poświęcili narodowi demokraci zwalczaniu Piłsudskiego w kraju i zagranicą, aniżeli uratowaniu Śląska dla Polski.
W tym okresie czasu zdawano sobie sprawę, że dzień plebiscytu będzie dniem rzezi Polaków na Śląsku pod osłoną aliantów. Trudno było Radzie Narodowej wziąć odpowiedzialność, j tym bardziej, że plebiscyt nie miał ostatecznie decydować i o przynależności Śląska do Polski, lecz miał być tylko materiałem dla decyzji Rady Najwyższej, do której, oprócz p. Wł. Grabskiego, nikt w Polsce nie miał zaufania.
Ministerstwo spraw zagranicznych na propozycje Rady Narodowej, po odwołaniu Latinika, mianowało prezydenta sądu w Cieszynie dr. Bocheńskiego swoim przedstawicielem przy komisji plebiscytowej w Cieszynie.
Skoro sprawa arbitrażu proponowana przez p. Pilza ostatecznie upadła, bo Czesi zakpili sobie z naszej dyplomacji, p. Bocheński pojechał do Warszawy po porozumieniu z Radą Narodową, żeby uzyskać zgodę rządu na przeprowadzenie plebiscytu. Po porozumieniu z subkomisją sejmową dla spraw plebiscytowych i ministrem Sapiehą, zgodzono s:ę przystąpić do plebiscytu.
Tymczasem pojechał p. Władysław Grabski do Spaa i oddał ze strachu przed bolszewikami sprawę Śląska w ręce Rady Najwyższej. W Paryżu ostatecznie sprawiono Śląskowi dwa pogrzeby. Jeden 25 lipca, i to rozstrzygnięcie podpisał hr. Zamoyski. Oddawało ono Polsce jednak Karwinę z kopalniami, miasta Frysztat, Bogumin i cały Cieszyn. Czechom powiat jabłonkowski.
Rada Narodowa zaniepokojona i rozgoryczona postępowaniem p. Grabskiego w Spaa, wysłała natychmiast delegację z Ks. Józefem Londzinem na czele do Paryża.
25 lipca 1920 oświadczył p. Paderewski delegacji, że nie podpisze żadnego rozstrzygnięcia, które by oddawało Śląsk Cieszyński Czechom. Delegacja wróciła do Cieszyna, Ks. poseł Londzin zdał sprawozdanie i uspokoił Radę Narodową, że „nawet pani Helena Paderewska zapewniła, że p. Paderewski takiego rozstrzygnięcia nie podpisze”. 28 lipca p. Ignacy Paderewski, podobno namówiony do tego przez p. Pilza i Szurę, podpisał czwarty rozbiór Polski, oddając Śląsk Czechom.
Ślązacy przeżywają ciężkie czasy niewoli, nie tracą jednak wiary, że ich akces zgłoszony jeszcze 30 października 1918 przez Radę Narodową do Polski – będzie urzeczywistniony.
Śląsk wróci do Polski, ale musi to być zbiorowy wysiłek całego narodu. Polskie sztandary będą powiewać na Śląsku Cieszyńskim, bo Śląsk to od wieków polska ziemia.
Dorota Kłuszyńska
Powyższy tekst Doroty Kłuszyńskiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Dziennik Polski” w dniu 9 stycznia 1921. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 85. rocznicę odzyskania Zaolzia przez Polskę.