przez Natalia Bała | niedziela 23 marca 2025 | opinie
Czy drugi sezon emitowanego na Apple TV serialu „Rozdzielenie” uniósł ciężar oczekiwań, które po brawurowej pierwszej serii, były ogromne? Moim zdaniem tak. Mimo tego nie potrafię odpowiedzieć, czy jest on lepszy czy gorszy od jedynki. Właściwszą kategorią byłoby stwierdzenie, że jest po prostu całkiem inny. O ile w pierwszym sezonie poznajemy mechanikę tego dziwacznego świata, gdzie pracownicy są nagradzani swymi podobiznami wyrzeźbionymi w arbuzach, gdzie absurd goni absurd, a ludzie wykonują bezsensowne czynności nie mając pojęcia, jak poza pracą wygląda ich życie, to w drugiej sytuacja komplikuje się i to na wielu poziomach, a czynnikiem komplikującym okazuje się, całkiem jak w prawdziwym życiu, po prostu miłość.
Dylematy moralne i pytania o tak zwaną ludzką kondycję, to coś, przed czym nie ucieknie nikt, kto chce choć trochę oddać sprawiedliwość temu serialowi. Sorry not sorry, będzie trochę jak na wypracowaniu maturalnym, bo inaczej się w tym przypadku po prostu nie da.
Tanatos
Korporacja Lumon jest bezdusznym molochem, który wysysa z ludzi duszę. Serialowa firma okrutnie eksperymentuje, dzieląc tożsamość swoich pracowników na pół. Igrając z ich najgłębszymi uczuciami. Przestawiając ich jak pionki w swojej grze. Trudno nie dostrzec rysu psychopatii u wyżej postawionych pracowników firmy, menedżerów czy właścicieli – rodziny Eganów. Ta bezduszność i pustka są obrazowane na wielu poziomach i przejawiają się w całej estetyce serialu: zimnym, niebieskim światłem jarzeniówek, sterylnymi białymi korytarzami, które tworzą nieprzebyty labirynt czy wieczną, niemijającą zimą, która spowija miejsce akcji, podbijając jeszcze atmosferę wyalienowania, samotności i smutku. W Lumon nie ma życia, co kojarzyć się może z twierdzeniem mędrca z Trewiru: „Kapitał to martwa praca, która ożywa tylko na sposób wampira przez wysysanie żywej pracy, i tym bardziej żyje, im więcej jej wyssie”. Lumon jednak eksploatuje swoich podwładnych nie tylko z ich pracy produkcyjnej. Idzie dalej, chce żywić się na ich emocjach, pasji, wspomnieniach, uczuciach, co czyni jej działalność wyjątkowo niemoralną.
Lumon, niczym mitologiczny Tanatos, jest zobrazowaną śmiercią. Przeciwnikiem potężnym, wręcz wszechwładnym, który nie tyle nie docenia, ile nie rozumie, nie jest w stanie pojąć swego odwiecznego adwersarza – Erosa. Właśnie ta niezdolność ciemności do zrozumienia światła jest nadzieją dla uwięzionych w koszmarnym biurze pracowników departamentu rafinacji danych MDR.
Eros
Rozdzielenie tożsamości i wspomnień powołuje do życia nową osobę, która ze swym pierwowzorem dzieli ciało, ale umysły są już dwa. To stawia pytanie, czy alterzy mają prawo być pełnowymiarowymi ludźmi. Lumon na każdym kroku odmawia im tego prawa, traktując ich przedmiotowo, użytkowo jako niepełnowartościowe kopie, które mają bezwolnie wykonywać swoje obowiązki. W drugim sezonie alterzy emancypują się dzięki temu, że każdy z nich dostrzega, iż jest zdolny do miłości. Że potrafi kochać i może być kochany. Że jest całością. To spora zmiana w stosunku do pierwszej części, gdzie alterzy wydawali się być apatyczni, bierni, chwilami zdawało się, że nie mają podmiotowości.
W drugiej odsłonie mamy już zupełnie inną sytuację. Do bohaterów dociera, że jeśli Lumon przestanie istnieć, będzie to dla nich oznaczać zagładę. Z drugiej jednak strony jest to więzienie. Nie wiadomo też, czy i kiedy zostaną przez firmę uznani za zbędnych i wyłączeni – jak maszyna, gdy nie jest już potrzebna. Każda z postaci poświęca się dla miłości. Historia Marka i Helly jest najbardziej spektakularna, jako wątek główny, ale są też postaci drugoplanowe, które w imię miłości postanawiają zbuntować się, wymówić służbę Kierowi i ratować od śmierci tych, których kochają.
Z serialu, który obśmiewa absurdy korporacji wyrósł nam więc prawdziwy, piękny i doniosły tekst kultury, stawiający odwiecznie nurtujące ludzkość pytanie: czy miłość silniejsza jest niż śmierć?
Natalia Bała
Przeczytaj tekst tej samej autorki o pierwszym sezonie „Rozdzielenia”: Zarobieni bez pamięci
przez Natalia Bała | środa 13 listopada 2024 | opinie
Jej emanująca spokojem twarz zdobiła okładki magazynów dla pań oraz czasopism pop-psychologicznych. Gościła często na kanapach telewizji śniadaniowych, gdzie aksamitnym głosem opowiadała o podróży w głąb siebie, duchowym świecie, za którym tęsknimy przecież wszyscy. Choć nie wszyscy chcemy to przyznać, nawet przed sobą. Jej książki sprzedawały się jak hot dogi w Żabce. Na pniu. Wrażliwa, delikatna, uduchowiona. Lektura pierwszego z jej poradników wycisnęła ze mnie rzekę łez. Czułam się rozumiana i czułam, że rozumiem. Każde zdanie trafiało do mnie i doznawałam olśnień, które grały mi w duszy jak kościelne dzwony.
Była trochę, może nawet trochę bardziej niż trochę, „nie z mojej bajki”. Pani z salonów, co mogłam mieć z nią wspólnego? Otóż nic. Ale z drugiej strony: czy ja zawsze muszę być prymuską z czerwoną książeczką, która zbiera punkty do lewicowości i od której na lewo jest już tylko ściana? Cokolwiek działa, jak to mówią. A jej pisanie działało, więc zawiesiłam legitymację na kołku i dałam się porwać opowieści, snutej przez osobę, która była ode mnie aż hen, na antypodach, w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że co jak co, ale ta kobieta ma życie pochytane i to w stopniu, który naprawdę mi imponował. W imię ekumenizmu międzyklasowego i wychodzenia ze swej… strefy komfortu postanowiłam więc kupić bilet na spotkanie ze swoją idolką.
Organizator zapewniał, że spotkanie z bohaterką potrwa cztery godziny i że będzie to rodzaj warsztatu. Cena nie była wygórowana jak na czterogodzinne spotkanie z tak rozchwytywaną osobą. Spakowałam więc książki do podpisu i wyruszyłam. Wydarzenie odbywało się w jednym z hoteli, dość daleko ode mnie, ale czymże jest godzinna przejażdżka zbiorkomem w obliczu tak doniosłego spotkania z kimś, kto dotknął twojej duszy?
Na miejscu ustawiłam się w kolejce do rejestracji gości, a właściwie gościń, bo było to spotkanie tylko dla kobiet. Eleganckie panie, które z uśmiechem witały przybyłych, gdy już przyszła moja kolej wręczyły mi paczkę. Różową torebkę, do której nie wiedziałam, czy wypada zaglądać od razu, toteż nie zajrzałam. Podziękowałam i poszłam się rozejrzeć.
Od razu poczułam, że było tam jakby luksusowo. W powietrzu unosił się zapach zmieszanych drogich perfum. Nie trzeba być Karolem Marksem, by stwierdzić, że oto znalazłam się w mateczniku krakowskiej burżuazji. Zgromadzone panie jedna w drugą mogłyby stanowić konkurencję dla bohaterek programu „Żony Warszawy”. Czy my pod Wawelem jesteśmy gorsi? Na pewno nie! „Żony Krakowa” prezentowały się tak samo prestiżowo, a powietrze elektryzował dyskretny urok oblekającego je splendoru.
No w porządku, może wyglądałam, może czułam się i może byłam tam jak Kopciuszek w pokoju pełnym przybranych sióstr i macoch, ale za to już za chwilę przybędzie ONA i wyczaruje mi karocę z dyni czy coś takiego – pomyślałam. Moją uwagę zwróciło stoisko, na którym znajdowała się jakaś tajemnicza maszyneria. Trochę przypominała stół, na którym powołano do życia Frankensteina. Wszystko zaczynało nabierać coraz bardziej surrealistycznych treści i formy.
Zajęłam miejsce przy jednym z okrągłych stolików, takich, jak na amerykańskim weselu. Przynajmniej na filmach zawsze tak to się przedstawia. Zaproszone osoby, jak się szybko przekonałam, znały się. Pozdrawiały się i wymieniały kurtuazyjne zdania. Ja byłam tam sama i było mi coraz bardziej nieswojo.
W końcu doskonale prezentująca się kobieta około pięćdziesiątki wyszła na środek i zaczęła spotkanie. Najpierw zwyczajowe podziękowania dla sponsorów, których było wielu. Później przedstawienie agendy wydarzenia. Właśnie wtedy okazało się, że osoba, dla której tu przybyłam w swoim zgrzebnym odzieniu rozklekotanym autobusem, wystąpi na sam koniec. Wcześniej dane mi będzie doznać atrakcji takich jak: spotkanie z kołczem talentów Gallupa – to taki test, który święci tryumfy na równinach open space’ów, dzięki któremu managerowie dowiadują się, jakie mają talenty i jak je mogą rozwijać. Sama z czystej ciekawości wykonałam kiedyś ten test i byłam nawet ciekawa, co może mi na ten temat powiedzieć osoba, które zawodowo się tym zajmuje. Następnie pojawiła się pierwsza z, nieoczekiwanych w tak liberalnym towarzystwie, czerwonych flag: spotkanie z chirurgiem plastycznym na temat akceptacji siebie i budowania poczucia własnej wartości. Opadło mi wszystko, co tylko mogło to uczynić. Dowiedziałam się także, iż łóżko Frankensteina to właśnie z tej kliniki chirurgii plastycznej. Służyło do jakiegoś magicznego, nie wiem jakiego w zasadzie, ale to nieważne, poprawiania własnej urody. Podczas całego spotkania można było darmowo spróbować tego wynalazku szatana. Rozejrzałam się oczami rozmiaru pięciozłotówek. Na żadnej z twarzy nie dostrzegłam zdziwienia, zażenowania, czy też innego stanu ducha, który mi w tamtej chwili wydawał się tak naturalny, jak oddychanie.
Na koniec wstępu prowadząca podziękowała ostatniemu ze sponsorów, który dostarczył tajemnicze różowe pudełka. Skomentowała mrugając porozumiewawczo i uśmiechając się znacząco, że: „będzie to coś, co umili wam na pewno jesienne wieczory”. Nie wytrzymałam, zajrzałam do torebki, tak zrobiła zresztą większość kobiet na sali. Wibrator. Każda osoba otrzymała taki właśnie gadżet. Po pomieszczeniu potoczył się śmiech, jak lawina w górach, z początku cichy niczym strumyk, stopniowo coraz głośniejszy, aż do ryku. Kobiety zaśmiewały się, pokazywały sobie, jaki kolor im się trafił i biły brawo. Mój mózg eksplodował i poczułam się jak bohaterka starego filmu, który pamiętałam z dzieciństwa. Był tam chłopiec, którego czarownice zamieniły w mysz. Była też taka scena, gdy na zgromadzeniu czarownic, które – o zgrozo – miało miejsce w hotelu, wiedźmy ujawniały się zdejmując maski i peruki. No shit.
Gdy już powoli żegnałam się ze swą ludzką postacią, na scenę wkroczyła bojowym krokiem, pewnie i dumnie pani kołcz. Gadu gadu, nic specjalnego. Szczerze mówiąc, jej pogadanka spłynęła po mnie jak po kaczce. Nie zapamiętałam nic. Prócz przeczucia, graniczącego z pewnością, że ona tu przyszła tylko po to, by wyhaczyć klientki na swoje usługi. Sposób, w jaki ostentacyjnie taksowała każdego, jakby oceniając stan jego konta, zdradzał wszystko. Dość stwierdzić, że choć niespecjalnie miała cokolwiek do powiedzenia, po zakończeniu przemowy ustawiła się do niej całkiem pokaźna kolejka. Pomyślałam, że jeżeli się samemu ciągle udaje, to tym samym jest się podatnym na dawanie wiary ułudzie. Trudno, żony nie zbiednieją, a kimże ja byłam, by im mówić, na co mają przeznaczać swe majątki?
Porzuciłam wszelką nadzieję, ale zostałam na miejscu, bo było to wszystko ciekawe w swej dziwaczności. Najdziwniejsze zaś było to, że tylko ja tak to odbierałam. Inne osoby były z tym nie tylko w jakiś sposób pogodzone, ale wręcz wydawały się zadowolone i wcale nie zmieszane tym, co się działo. Dzień jak co dzień.
Po przemowie kołczki scenę przejęła asystentka chirurga plastycznego. Teraz nagle wszystko złożyło się w jedną całość. To naprawdę było łóżko Frankensteina, a osoba, która stała na scenie, spędziła na nim najwyraźniej długie godziny. Zrobiona od A do Z. Napompowana botoksem tak, że zdawało się, że zaraz odfrunie jak balon na gorące powietrze. Wyglądała jak antyreklama jakichkolwiek ingerencji chirurgicznych. One jednak przyjęły ją jak swoją.
Dysonans poznawczy, którego doświadczyłam, gdy się odezwała i zaczęła mówić o tym, że najważniejsze, to siebie akceptować i kochać takim, jakim się jest, sprawił, że parsknęłam śmiechem. Spotkało się to z oburzeniem ze strony kobiet siedzących przy moim stole. Od razu posłały mi karcące spojrzenia i krzywiły się z dezaprobatą.
Wszystko trwało bardzo długo. Została niespełna godzina na spotkanie, na które właściwie tam przyszłam. Byłam już w takim stanie, że gdyby bohaterka wieczoru pojawiła się w stroju klauna albo z głową jednorożca, nie drgnęłaby mi powieka. Ale nic takiego się nie wydarzyło. To była ona. Taka sama jak w prasie, internecie, jak w telewizji. Spokojna, skromna. Bez make upu. Brawa wzmogły się jak fale przypływu, który bije o skały. Nie było im końca. Ja jednak już nie klaskałam. Kto był na takim przedstawieniu, jakie oglądałam przez poprzednie trzy godziny, ten się w cyrku nie śmieje ani tam nie klaszcze.
Gdy po jakimś czasie owacje ucichły, bohaterka wieczoru zaczęła opowiadać. W zderzeniu z tym, co było wcześniej, jej słowa, tak przecież znajome, wywoływały już jednak inny efekt. Nie odniosłam wrażenia, że czuła się tam nieswojo. Przeciwnie, to był, jak to się mówi – jej target. To były panie, które stać na to, by wydać duże pieniądze na warsztaty rozwojowe, sesje czy inne usługi, które oferowała. Chciało mi się płakać. Jak się okazuje, są na tym świecie przepaści głębsze niż Rów Mariański i szczyty wyższe niż Mount Everest. A my jesteśmy po obu ich stronach i ani myślenie poza pudełkiem, ani wychodzenie ze stref komfortu, ani afirmacje, ani medytacje, ani nic w ogóle tego nie zmieni. Rytm mej rozpaczy wyznaczało miarowe pikanie dobiegające z łóżka Frankensteina, na którym ciągle trwała walka o urodę pań z wyższych sfer.
Pytania z sali były bardzo poważne i dotyczyły takich kwestii, jak na przykład co zrobić, jeśli kupiło się skafander do nurkowania, ale nie jest się wewnętrznie przekonanym, że nurkowanie jest tym, co chcemy robić. Sprzedać? Nurkować mimo wszystko? Jak być w tej sytuacji z zgodzie z sobą? Ciężka sprawa. Na szczęście na każde z tych ważkich zagadnień była odpowiedź. Na moje pytanie, które zadałam trzęsącym się głosem, też była. Pytanie brzmiało, co mają zrobić osoby, których nie stać na warsztaty z uważności czy sesje terapeutyczne po 200 zł za godzinę, bo de facto takie osoby mają problemy – i to poważniejsze niż bogaci. Na to ostatnie stwierdzenie moja interlokutorka skrzywiła się tylko. No bo przecież to, czy mam gdzie mieszkać i co jeść i za co iść do lekarza, jest równie poważne, jak kwestia skafandra, to chyba jasne….
Na moje pytanie odparła, że jest internet i są biblioteki. Odpowiedź zresztą jest tu nieistotna. Kobiety nagle wzmogły się i zaczęły mi oferować udział w kręgach, które są darmowe. Było to w pewien sposób urocze i nieoczekiwane. Nikomu nie przyszło do głowy, że nie pytałam dla siebie, że można zadać takie pytanie dla innych. Że można widzieć cokolwiek poza czubkiem własnego, pokrojonego skalpelem, nosa.
Poszłam na koniec po autograf, choć dobrze wiedziałam, że czar prysł. Że ja już do tych książek nie sięgnę nigdy. Poczułam się oszukana i mimo tego, że cały wieczór toczyłam nieustanną bekę, to mój żal, moja złość i poczucie, że oto zrobiono mnie w balona, były faktem.
Tak to właśnie upłynął wieczór, podczas którego prawie zmieniono mnie w mysz.
Natalia Bała
Grafika w nagłówku tekstu: 珍 温 z Pixabay
przez Natalia Bała | wtorek 12 grudnia 2023 | Bez kategorii
Reading Gabor Maté and his son Daniel’s book 'The Myth of Normal. Trauma, Illness and Recovery in a Toxic Culture’ is an expedition both towards the inner self and the world we live in. I am not exaggerating, although it may be perceived as such, when I say that I found the book, both an intellectual and a transcendental experience. Is it an easy read? No. The book touches on the deepest individual and social traumas and the resulting illnesses, inequalities, racism, oppression of every kind imaginable. However, Maté, like a good doctor, gives the reader an anaesthetic. In one drip we get the best and most precious thing one human being can give to another. Great empathy, sensitivity and warmth and the support that flows from them.
The inelegant 'C’ word
I recently attended a large economic congress. It opened with a speech by an activist working in numerous organizations on climate change, refugee issues and economic inequality. Her speech was very emotional. The poor woman was almost tearing her hair out. The premise of the speech was: „I don’t know”. She expressed her fear and despair very expressively, while talking about the liberating sense of admitting her own not knowing. This last one was about solutions to the problems currently plaguing entire communities and individuals around the world. While rhetorically it was a very skilful performance, and an overall successful speech, there was something missing for me. I understand that one may not know what to do next. But, let’s face it, dealing on so many fronts, it is impossible not to know and say what is causing these phenomena.
With eyes wide open, and with a sense of amazement, I watched the speaker exercise to speak, rather than to say She said things like: „We need to revise economic influences on society” and other similar stunts that no champion skater would be ashamed of. These triple toe-loops were probably required in order not to call the economic system by its name – capitalism.
By failing to be concrete and point out what, in the light of research by academics in virtually every field, is an indisputable fact, I got the impression that this activist had been invited in as a 'token social worker’. A person who will talk, talk, talk and then let’s get down to the serious stuff. Such as how to generate more growth. Business as usual. We’ll distribute grants, sit down in our chairs, pat each other on the back and be done with it.
The event brought me to reflect on a kind of taboo when it comes to talking about capitalism.
I’ve noticed more than once that the mere mention of the name immediately invites censure and the atmosphere becomes somewhat awkwardeven if said in a neutral context. In such situations, the reactions of those around me include „What’s wrong with you again?”, „What are you always picking on?” Even if I’m not picking on anything.
I think that such a linguistic taboo serves to reinforce the conviction that there is no alternative to the system. It presents the system not as a human construct that it is, but as some arbitrary – even a natural reality – that is impossible to change.
Capitalism, then, is a bit like He Who Must Not Be Named from the Harry Potter novels. What does the book in question have to do with this? It is the fact that Gabor Maté is not afraid to speak the name of the Dark Lord. And let’s not scare our hearts out! Let us note that in the novels, the pronounce of Voldemort’s name was avoided so as not to evoke him. Therefore, I believe that we are, in our unfortunate position, safe. For he has been here for a long time. He is the water in which we swim, to use a natural metaphor. So there is not the slightest reason to fear his arrival. The battle for Hogwarts, however, is still ongoing. And Gabor and Daniel Maté’s book can provide a valuable weapon.
I will conclude this lengthy introduction with a quote from the eminent writer Ursula K. Le Guin, which is worth recalling in moments of general doubt: „We live in capitalism. Its power seems inevitable to us. But so did the divine right of kings. Every human power, however, can be repelled and changed by human beings”.
Into the essence of things
I must admit that I have never faced such a huge challenge when it comes to writing. Firstly, because the book has impressed me so much that I would most like to quote it word for word, which would be an obvious violation of copyright, and then you wouldn’t reach for it, and you wouldn’t buy it. Secondly, because it is over 500 pages long. The number of issues goes into tens, the studies and interviews cited into hundreds. Therefore, willingly or unwillingly (with emphasis on the latter), I will limit myself to a broader discussion of only two – subjectively selected by me – issues appearing on the pages of the book. These will be mental illness and a different understanding of so-called human nature from the mainstream.
Maté paints a complete and coherent picture. He first looks at the concept, which he places at the centre of his reflections, as the source of human suffering in its various forms and guises. For him, this is trauma. He explains it briefly as an intra-psychic break-up, a tearing of the soul into pieces. He then goes on to look at what contributes to trauma, at each stage of human development and how it relates to a system that creates enormous pressure, not only economically, but also related to insecurity, the oppression caused by patriarchy, classism and racism, the breakdown of social bonds, the alienation of the human beings and the commercialisation of every sphere of life. He analyses this first at the level of individuals, moving later to the general level, to political life, media, advertising, and corporations. In the last part of the book, he proposes his solutions and the paths towards both individual and social healing.
When I think of the guiding principle by which this book is 'made’, Stoic thought and Marcus Aurelius’ 'Meditations’ come to mind. A common feature of the description of all the phenomena, from traumas and illnesses to addictions to social problems, so many of which are mentioned in the book, is the desire to see their essence. The deepest source of their origins and their nature and how they relate to the human being, the family, society, the system. The perspicacity and precision with which Maté sheds light on each phenomenon he describes is intimidating. Everything is backed up by a great deal of professional literature, but also by examples drawn from his clinical practice—the statements of people struggling with a particular problem.
The greatest strength of this book is to show that most of the difficulties we experience are not at all a 'private’ matter, let alone a matter of private responsibility for each of us. It is the result of living in a toxic culture that is hard on us. And it is also the fact that the human being – his body and mind – are not disconnected from each other, but are a whole, and illness and recovery should be thought of as such. The whole world, meanwhile, is a system of interconnected vessels that also constantly interact.
It is working for them!
What did the author mean when he titled his book 'The Myth of Normal’? In my opinion, 'The Myth of Normal’ means that an attempt is made to explain most of the conditions (diseases and disorders) that afflict people, as well as most of the social problems (addictions, poverty, racism) as usual under capitalism. Since these are costs, not profits, they have to be passed on to the people who experience them: their genetics, the imbalance of substances in their brains, the weakness of their characters, whatever. And then wash one’s hands off it and say: 'Apart from this – independent of us X, Y, Z – everything is normal’. It works for us! This is what the luminaries of the free market, the billionaires and politicians say here, and even the doctors, who are also severely criticized in the book.
Meanwhile, these problems are socially conditioned. What’s more, they are a cry, a dramatic cry of despair that should set off all the red warning lights. The system is not working. Or perhaps, correcting this statement, it is working according in accordance with its designs. That is, it is generating growth on economic indicators. The cost, however, is appalling, leading to great suffering for people and the planet as a whole.
A statement by the philosopher and environmentalist, Edward Abbey, comes to mind, who said: „Growth for growth’s sake is the ideology of the cancer cell”. And indeed, this self-propelled machine of greed is the antithesis of humanity and is precisely why it leads to complications such as disease, addiction, environmental devastation, etc., wreaking general havoc.
Are we evil by nature? Naturally not!
Human nature. Apologists of capitalism and the free market very readily and often argue that human beings are by nature greedy, selfish, oriented primarily towards their own individual benefit. This puts the system in a very comfortable position, because it promotes, not to say forces, just such behaviour. To hog the limelight, to „laugh all the way to the bank”, as my mother used to say when answering the question of why people go into politics.
Are we really by nature loners, hostile to other members of our species? I have never thought so. I know it is a downfall of humanity to tell or describe memes, but I hope I will be forgiven. There is a meme from the Star Wars universe. It depicts the ghost of Anakin Skywalker appearing to Kylo Ren. Ren says: greed is human nature. Anakin replies, correcting the padawan: When you see an elephant juggling in a circus, do you assume that juggling is the nature of an elephant?
Maté is cautious about formulating revealed truths or definitions of the nature of man because, as he rightly points out, it is too complex a matter to be so narrowly defined. As in many other cases, he believes it is a spectrum with boundaries that are difficult to draw. However, he says one thing very emphatically: we are not by nature evil. We are only conditioned.
I remembered this: if all the time in which our species has existed were to be represented by one hour, then the time we live in one civilization or another would be six minutes. What follows from this? The answer to the question of what our nature is will not be found by looking at our behaviour today, 100 or 1,000 years ago. Maté goes back to the hunter-gatherer community in which we lived for 54 minutes out of an hour. And he discovers that all the research on these communities and their habits tells us that these were groups in which concern, care and support were overriding values over individual benefit. Humans would not survive on their own. A similar hierarchy of values prevailed in the indigenous communities, the tribes, which we have so persistently and not at all secretly 'civilized’ at known cost and by known means.
“Silly girl, listen!” But she doesn’t listen.
Methinks, I see… Where?
— In my mind’s eyes.
This quote from 'Hamlet’ is the motto of 'Romanticism’ by Adam Mickiewicz. The poem describes a heroine who experiences hallucinations and delusions, which modern medicine would probably diagnose as one of the many varieties of psychosis. Gabor Maté devotes relatively little space to this group of diagnoses, if one looks at the number of pages devoted in the book to describing, for example, depression. However, he presents a very clear and comprehensive approach. Psychoses are the most severe and least understood disorders in terms of their aetiology out of a whole, very long, list of psychiatric diagnoses. By contrast, as Maté coruscatingly calls it, 'so-called schizophrenia’ is sometimes referred to as 'the queen of all mental illnesses’— what an honourable title!
The description of just such health problems is worth noting. Problems that we do not understand, whose manifestations we fear and whose causes we do not know, or at any rate do not fully know. Maté’s position, by the way, is that we do not know the biological cause of ANY mental disorder, and that diagnoses only serve doctors to describe the set of symptoms contained under a given label. He explains this quite amusingly using the example of bipolar affective disorder. How do we know, he writes, that someone has ChAD? Because he has mood swings. And why does she have mood swings? Because he has ChAD.
As Maté persuades us, no gene responsible for mental illness has ever been discovered. At most, there are large sets of genes that are responsible for a certain susceptibility, but do not determine anything. How, on the other hand, does Gabor Maté see the sources of the problem? He sees them mainly in environmental factors. In the trauma experienced. Experiences such as neglect, abuse, addictions in the family home, parentification, i.e. a situation in which the child takes on a protective role in relation to the parents, sexual –abuse. These are serious determinants not only of psychosis, but of all illnesses, and not only those affecting the mind, but also cancers and autoimmune diseases, for example. According to the author the more we are bruised, the more strongly it resonates in us. Therefore, the more severe the wounds, the more serious are the disorders later on. He cites relevant scientific studies that prove this, but even if he didn’t, I would still recognize a profound sense in this.
Maté also notes that, as a society, we are unwilling to acknowledge this explanation, despite the intuition and research findings supporting its veracity. A simple mechanism is at work here. We would then have to admit that our toxic culture and our society produce conditions in which – in a very literal sense – one can go mad. It is a burden of shame that we do not want and from which we defend ourselves.
Furthermore, the author explains that, although the behaviour of people in psychotic crisis makes no sense, already on an emotional and symbolic level the delusions these people experience are always rooted in their biography. Read from this perspective, such behaviour can be explained and even become logical and are then the key to recovery and even healing. This is a profoundly humanistic approach, which I associate with the poem with which this part of the text begins. I have the impression that for Gabor Maté, scientist and physician, the term 'healer’ would be more appropriate. Because he sometimes gives expression to the fact that it is „feeling and faith that speak more strongly to him than the sage glass and eye”. Or, in any case, that he favours a combination of both perspectives on equal terms.
Hope as old as time
The remedy that Dr Maté proposes may come as a disappointment to many. For it is not a worldwide anti-capitalist revolution. At least not the kind we usually imagine it (if we do, of course), but something much less spectacular.
Maté offers us introspection and insight into ourselves. To treat trauma or its effect – illness – as something that is not an external bolt from the blue, but something that happens to us as a result of our experiences. And also, importantly, something that harbours the potential to heal us and to develop us to reach the fullness of humanity.
And to the overwhelming forces oppressing us from the outside, he proposes to foster relationships, close bonds of love, friendship, solidarity and cooperation. Compassion for oneself and for others, the development of empathy. In essence, Maté is advocating a return, not literally of course, but at the level of values, to the communities we created before we became so brilliant and civilized. That is, to put a premium on bonds, caring for each other and giving each other support, rather than trashing each other in a rush to nowhere.
So much for that? So much, in fact. But I wouldn’t say just that.
Natalia Bała
przez Natalia Bała | niedziela 3 grudnia 2023 | opinie
Lektura książki Gabora Maté i jego syna Daniela „Mit normalności. Trauma, choroba i zdrowienie w toksycznej kulturze” to wyprawa jednocześnie ku swemu wnętrzu oraz ku światu, w którym żyjemy. Nie przesadzę, choć możliwe, że tak zostanie to odebrane, gdy powiem, iż lektura ta była dla mnie przeżyciem zarówno intelektualnym, jak i transcendentalnym. Czy jest to lektura łatwa? Nie. Książka dotyka najgłębszych traum indywidualnych i społecznych oraz wynikających z nich chorób, nierówności, rasizmu, opresji każdego rodzaju, jaki tylko można sobie wyobrazić. Jednak Maté, jak to dobry lekarz, podaje czytelnikowi znieczulenie. W kroplówce dostaniemy to, co najlepszego i najcenniejszego jeden człowiek może podarować drugiemu. Wielką empatię, wrażliwość i ciepło oraz płynące z nich wsparcie.
Nieeleganckie słowo na „K”
Uczestniczyłam ostatnio w dużym kongresie ekonomicznym. Otwierała go wystąpieniem pewna aktywistka działająca w licznych organizacjach na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu, kwestiom uchodźczym czy nierówności problemom ekonomicznych. Jej przemówienie było bardzo emocjonalne. Biedaczka nieledwie rwała włosy z głowy. Założenie przemowy było następujące: „Nie wiem”. Wyrażała bardzo ekspresyjnie swój lęk i rozpacz, mówiąc jednocześnie o uwalniającym poczuciu przyznania się do własnej niewiedzy. Ta ostatnia dotyczyła rozwiązań problemów, jakie trapią obecnie całe społeczności i poszczególne jednostki na całym świecie. O ile retorycznie było to bardzo sprawne zagranie, i ogólnie udane wystąpienie, to czegoś mi zabrakło. Rozumiem, że można nie wiedzieć, co robić dalej. Ale, umówmy się, działając na tak wielu frontach nie można nie wiedzieć i nie powiedzieć, co jest przyczyną tych zjawisk.
Z szeroko otwartymi oczami i w poczuciu zadziwienia obserwowałam, jak prelegentka gimnastykuje się, by powiedzieć, nie mówiąc. Padały omówienia pięć razy na około, coś w stylu: „Musimy zrewidować wpływy ekonomiczne na społeczeństwo” i inne podobne figury, których nie powstydziłby się żaden mistrz w łyżwiarstwie. Te potrójne toe-loopy były chyba wymagane, by nie nazwać tutejszego systemu ekonomicznego – kapitalizmu.
Przez brak skonkretyzowania i wskazania tego, co w świetle badań naukowców z praktycznie każdej dziedziny jest niepodważalnym faktem, miałam wrażenie, że aktywistka ta została zaproszona jako „dyżurna społeczniczka”. Osoba, która pogada, pogada, a potem zabierzmy się za poważne sprawy. Jak choćby to, jak generować większy wzrost. Biznes jak zwykle. Rozpiszemy granty, obsadzimy się w kapitułach, poklepiemy po plecach i cacy.
Przywiodło mnie to wydarzenie do refleksji nad swego rodzaju tabu, gdy chodzi o mówienie o kapitalizmie.
Niejednokrotnie zauważyłam, że samo wymienienie tej nazwy sprawia, że od razu jestem na cenzurowanym a atmosfera robi się cokolwiek niezręczna. Nawet jeżeli jest to wypowiedź w neutralnym kontekście. W takich sytuacjach czytam reakcje otoczenia, jak pytania w rodzaju „Co ci znowu nie pasuje?”, „A czego ty się wiecznie czepiasz?”. Nawet jeśli akurat nie czepiam się niczego.
Myślę, że takie tabu językowe służy temu, by umacniać przekonanie o bezalternatywności dla systemu. Przedstawieniu go nie jako konstruktu ludzkiego, którym jest, ale jakiejś arbitralnej, zapewne też naturalnej rzeczywistości, która jest niemożliwa do zmiany.
Jest więc kapitalizm trochę jak Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać z cyklu powieści o Harrym Potterze. Co wspólnego z tym ma omawiana książka? To, że Gabor Maté nie boi się wymówić imienia Czarnego Pana. I my nie trwóżmy serc! Zauważmy, że w powieściach wymówienia imienia Voldemorta unikano, aby go nie przywołać. Dlatego też uważam, że jesteśmy, w swoim nieszczęsnym położeniu, bezpieczni. Bo on już tu od dawna jest. Jest wodą, w której pływamy, by posłużyć się przyrodniczą metaforą. Nie ma więc najmniejszego powodu, aby obawiać się jego przybycia. Bitwa o Hogwart jednak wciąż trwa. I książka Gabora i Daniela Maté stanowić może cenny oręż.
Ten przydługi wstęp zakończę cytatem z wybitnej pisarki – Ursuli K. Le Guin, który warto sobie przypominać w chwilach ogólnego zwątpienia: „Żyjemy w kapitalizmie. Jego moc wydaje się nam nieunikniona. Ale tak samo było z boskim prawem królów. Każda ludzka władza może jednak być odparta i zmieniona przez człowieka”.
W głąb istoty rzeczy
Przyznam, że nigdy, gdy chodzi o pisanie tekstów, nie stałam przed tak ogromnym wyzwaniem. Po pierwsze dlatego, że książka zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że najchętniej bym ją przepisała słowo w słowo, co byłoby oczywistym pogwałceniem praw autorskich, bo nie sięgnęlibyście wtedy po nią, i jej nie kupili. Po drugie zaś dlatego, że ma ona ponad 500 stron i nie ma tam absolutnie żadnych pustych przebiegów. Liczba zagadnień idzie w dziesiątki, przytoczonych badań i wywiadów – w setki. Dlatego też, chcąc nie chcąc (z naciskiem na to drugie) ograniczę się do szerszego omówienia tylko dwóch, wybranych subiektywnie przeze mnie, zagadnień pojawiających się na kartach książki. Będą to choroby psychiczne oraz inne niż mainstreamowe rozumienie tak zwanej ludzkiej natury.
Maté kreśli obraz kompletny i spójny. Przygląda się najpierw pojęciu, które ustawia w centrum swoich rozważań, jako źródło cierpienia ludzkiego w przeróżnych jego formach i postaciach. Jest to u niego trauma. Wyjaśnia ją w skrócie, jako rozłam wewnątrzpsychiczny, rozdarcie duszy na kawałki. Później przechodzi do przyglądania się temu, co przyczynia się do powstania traumy, na każdym etapie rozwoju człowieka. Oraz temu, jak jest to związane z systemem, który wywiera ogromną presję nie tylko ekonomiczną, lecz także związaną z brakiem poczucia bezpieczeństwa, opresją patriarchatu, klasizmu i rasizmu, rozpadu więzi społecznych, alienacji człowieka i komercjalizacji każdej sfery życia. Analizuje to najpierw na poziomie jednostek, przechodząc później na poziom ogólny, życia politycznego, mediów i reklamy, korporacji. W ostatniej części książki proponuje zaś swoje rozwiązania i drogi ku zdrowieniu tak indywidualnemu, jak i społecznemu.
Gdy myślę o przewodniej zasadzie, według której „zrobiona” jest ta książka, to przychodzą mi do głowy myśl stoicka i „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Wspólną cechą opisu wszystkich zjawisk, od traum i chorób, przez nałogi, po problemy społeczne, tak licznie wymieniane w książce, jest dążenie do zobaczenia ich istoty. Najgłębszego źródła ich powstania oraz ich natury i tego, w jakiej są one relacji z człowiekiem, rodziną, społeczeństwem, systemem. Przenikliwość i precyzja, z jakimi Maté rzuca światło na każde opisywane zjawisko, jest onieśmielająca. Wszystko poparte jest bardzo bogatą literaturą fachową, lecz także przykładami zaczerpniętymi z jego praktyki klinicznej – wypowiedziami osób zmagających się z danym problemem.
Największą siłą tej książki jest pokazanie, że większość trudności, których doświadczamy, nie jest wcale „prywatną” sprawą, a tym bardziej kwestią prywatnej odpowiedzialności każdego z nas. Jest efektem życia w toksycznej kulturze, która ciężko nas doświadcza. A także to, że człowiek – jego ciało i umysł – nie są od siebie rozłączne, lecz stanowią całość i tak należy myśleć o chorobie i zdrowieniu. Natomiast cały świat jest systemem naczyń połączonych, które także nieustannie na siebie oddziałują.
U nich działa!
Co autor miał na myśli, opatrując książkę tytułem „Mit normalności”? Moim zdaniem „Mit normalności” oznacza, że większość stanów (chorób i zaburzeń), które dotykają ludzi, podobnie jak większość problemów społecznych (nałogi, ubóstwo, rasizm) próbuje się wyjaśniać tak, jak to zwykle w kapitalizmie bywa. Jako że są to koszty, a nie zyski, należy je przerzucić na ludzi, którzy ich doświadczają: na ich genetykę, na nierównowagę substancji w ich mózgach, na słabość ich charakterów, na cokolwiek. A potem umyć ręce i powiedzieć: „Poza tym – niezależnym od nas X, Y, Z – wszystko jest w normie”. U nas działa! – tak zdają się mówić, niczym specjaliści IT poproszeni o pomoc, luminarze wolnego rynku, miliarderzy i politycy, a nawet lekarze, którym też obrywa się srogo na kartach książki.
Tymczasem problemy te są uwarunkowane społecznie. Co więcej, są wołaniem, dramatycznym krzykiem rozpaczy, który powinien rozpalić wszystkie czerwone światełka ostrzegawcze. System nie działa. Czy też może, korygując to stwierdzenie, działa według swoich założeń. Czyli generuje wzrost wskaźników ekonomicznych. Koszt jest jednak zatrważający, prowadzący do wielkiego cierpienia ludzi i całej planety.
Przychodzi mi do głowy stwierdzenie filozofa i ekologa, Edwarda Abbey’ego, który powiedział: „Wzrost dla samego wzrostu jest ideologią komórek rakowych”. I rzeczywiście, ta samobieżna machina chciwości jest antytezą człowieczeństwa i właśnie dlatego implikuje powikłania, takie jak choroby, uzależnienia, wyniszczenie środowiska naturalnego itp., siejąc ogólne spustoszenie.
Czy jesteśmy źli z natury? Naturalnie, że nie!
Natura ludzka. Apologeci kapitalizmu i wolnego rynku bardzo chętnie i często argumentują, że człowiek jest z natury pazerny, samolubny, ukierunkowany przede wszystkim na własną indywidualną korzyść. Stawia to system w bardzo wygodnym położeniu, bo promuje on, by nie powiedzieć: wymusza, takie właśnie zachowania. Zagarnąć do siebie, „nachapać się”, jak mawia moja mama, gdy odpowiada na pytanie, po co ludzie idą do polityki.
Czy rzeczywiście jesteśmy z natury samotnikami, wrogo nastawionymi wobec innych przedstawicieli naszego gatunku? Nigdy tak nie uważałam. Wiem, że upadkiem człowieczeństwa jest opowiadanie czy opisywanie memów, ale mam nadzieje, że będzie mi to wybaczone. Jest taki mem z uniwersum Star Wars. Przedstawia ducha Anakina Skywalkera, który ukazuje się Kylo Renowi. Ren mówi: chciwość to ludzka natura. Anakin odpowiada, korygując padawana: Czy gdy widzisz słonia żonglującego w cyrku, to zakładasz, że żonglowanie jest naturą słonia?
Maté ostrożnie podchodzi do formułowania prawd objawionych czy definicji natury człowieka, bo jak słusznie zauważa, jest to kwestia zbyt skomplikowana, by tak ją zawęzić. Jak w wielu innych przypadkach, uważa, że jest to spektrum o trudnych do zarysowania granicach. Jednak jedno mówi bardzo stanowczo: Nie jesteśmy z natury źli. Jesteśmy tylko uwarunkowani.
Zapadła mi w pamięć taka informacja: gdyby cały czas, w którym istnieje nasz gatunek przedstawić jako jedną godzinę, to czas, w którym żyjemy w takiej czy innej cywilizacji – trwałby sześć minut. Co z tego wynika? Odpowiedzi na pytanie o to, jaka jest nasza natura, nie odnajdziemy przyglądając się naszym zachowaniom dzisiaj, 100 czy 1000 lat temu. Maté sięga do społeczności łowców-zbieraczy, w której żyliśmy przez 54 minuty z naszej godziny. I odkrywa, że wszelkie badania nad tymi społecznościami i ich zwyczajami mówią, że były to grupy, w których troska, opieka i wsparcie były wartościami nadrzędnymi nad indywidualną korzyścią. Człowiek nie przeżyłby sam. Podobna hierarchia wartości panowała w społecznościach rdzennych, plemionach, które tak uparcie i wcale nie skrycie „cywilizowaliśmy” wiadomym kosztem i wiadomymi środkami.
Słuchaj dzieweczko! Ona nie słucha
„Zdaje mi się, że widzę… gdzie? Przed oczyma duszy mojej”. Ten cytat z „Hamleta” jest mottem „Romantyczności” Adama Mickiewicza. Utwór opisuje bohaterkę, która doświadcza halucynacji i urojeń, co współczesna medycyna zdiagnozowałaby zapewne jako jedną z licznych odmian psychozy. Gabor Maté poświęca tej grupie rozpoznań stosunkowo niewiele miejsca, jeśli spojrzeć na liczbę stron przeznaczonych w książce opisywaniu na przykład depresji. Jednak przedstawia podejście bardzo klarowne i wyczerpujące. Psychozy są najcięższymi i najmniej poznanymi pod względem ich etiologii zaburzeniami z całej, bardzo długiej, listy diagnoz psychiatrycznych. Natomiast, jak ją nazywa w rozbrajający sposób Maté, „tak zwana schizofrenia” jest niekiedy nazywana „królową wszystkich chorób psychicznych” – cóż za zaszczytne miano!
Warto zwrócić uwagę właśnie na opis takich problemów zdrowotnych. Problemów, których nie rozumiemy, których manifestacji się boimy i których przyczyn nie znamy, a w każdym razie nie znamy do końca. Maté stoi zresztą na stanowisku, że nie znamy przyczyny biologicznej ŻADNEGO zaburzenia psychicznego, a diagnozy służą jedynie lekarzom do opisu zbioru objawów, jakie zawierają się pod daną etykietką. Wyjaśnia to całkiem zabawnie na przykładzie choroby afektywnej dwubiegunowej. Skąd wiemy, pisze, że ktoś ma ChAD? Bo ma wahania nastrojów. A dlaczego ma wahania nastrojów? Bo ma ChAD.
Jak przekonuje Maté, nie odkryto nigdy żadnego genu odpowiedzialnego za choroby psychiczne. Są co najwyżej duże zbiory genów, które odpowiadają za pewną podatność, ale nie determinują niczego. Jak natomiast postrzega źródła problemu Gabor Maté? Upatruje ich głównie w czynnikach środowiskowych. W przeżytej traumie. Takie przeżycia, jak zaniedbanie, znęcanie, uzależnienia w domu rodzinnym, parentyfikacja, czyli sytuacja, gdy to dziecko pełni wobec rodziców role opiekuńcze, molestowanie seksualne – są poważnymi determinantami nie tylko zaburzeń z grupy psychoz, ale wszystkich chorób i to nie tylko tych nękających umysł, ale też na przykład nowotworów czy chorób autoimmunologicznych. Zdaniem autora – mówiąc kolokwialnie – im bardziej obrywamy, tym mocniej to w nas rezonuje. Dlatego im dotkliwsze rany, tym później poważniejsze zaburzenia. Przytacza stosowne badania naukowe, które tego dowodzą, ale nawet gdyby tego nie zrobił, to i tak rozpoznałabym w tym głęboki sens.
Maté zauważa także, iż jako społeczeństwo nie chcemy tego wyjaśnienia przyjąć do wiadomości, mimo intuicji i wyników badań potwierdzających jego prawdziwość. Działa tu prosty mechanizm. Trzeba byłoby wówczas przyznać, że nasza toksyczna kultura i nasze społeczeństwo wytwarzają warunki, w których – w bardzo dosłownym sensie – można oszaleć. Jest to brzemię wstydu, którego nie chcemy i przed którym się bronimy.
Co więcej, autor wyjaśnia, że choć zachowanie osób w kryzysie psychotycznym jest pozbawione sensu, to już na emocjonalnym i symbolicznym poziomie urojenia, jakich te osoby doświadczają, są zawsze zakorzenione w ich biografii i czytane z tej perspektywy dają się wyjaśnić, a wręcz stają się logiczne i wtedy są kluczem do poprawy stanu zdrowia, a nawet do uzdrowienia. Jest to głęboko humanistyczne podejście, które skojarzyło mi się z wierszem, od którego zaczyna się ta część tekstu. Mam wrażenie że do Gabora Maté, naukowca i lekarza, bardziej pasowałby termin „uzdrowiciel”. Bo nieraz daje wyraz temu, że to czucie i wiara silniej mówią do niego, niż mędrca szkiełko i oko. A w każdym razie że popiera połączenie obu tych perspektyw na równych warunkach.
Nadzieja stara jak świat
Remedium, jakie proponuje doktor Maté, może być dla wielu rozczarowaniem. Bo nie jest to ogólnoświatowa rewolucja antykapitalistyczna. Przynajmniej nie taka, jak ją zwykle sobie wyobrażamy (jeśli to robimy, rzecz jasna), lecz coś o wiele mniej spektakularnego.
Maté proponuje nam introspekcję i wgląd w siebie. Potraktowanie traumy czy jej skutku – choroby – jako czegoś, co nie jest zewnętrznym gromem z jasnego nieba, ale czegoś, co spotyka nas jako skutek naszych doświadczeń. A także, co ważne, czegoś, co kryje w sobie potencjał do uleczenia nas i do rozwoju – osiągnięcia pełni człowieczeństwa, jak mówi.
Przemożnym zaś siłom, gnębiącym nas od zewnątrz, proponuje on przeciwstawić relacje, bliskie więzi miłości, przyjaźni, solidarności i współpracy. Współczucie dla siebie i dla innych, rozwijanie empatii. W zasadzie Maté postuluje powrót, oczywiście nie dosłowny, lecz na poziomie wartości, do wspólnot, które tworzyliśmy, zanim staliśmy się tacy genialni i cywilizowani. Czyli do postawienia na więzi, opiekę nad sobą nawzajem i dawanie sobie wsparcia, a nie tratowanie się nawzajem w pędzie donikąd.
To tyle? W zasadzie tyle. Ale nie powiedziałabym, że tylko.
Natalia Bała
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.
przez Natalia Bała | niedziela 24 września 2023 | opinie
Do niedawna, to jest do czasu, gdy obejrzałam serial „Severance” (polski tytuł „Rozdzielenie”), dziwiła mnie popularność produkcji osadzonych w świecie korporacji.
Sama broniłam się rękami i nogami przed oglądaniem tego serialu. Dlaczego? Pracuję w biurze w dużej firmie i sądziłam, że na ten temat wiem wystarczająco dużo, by jeszcze po godzinach serwować sobie powtórki z rozrywki. Byłam w błędzie. Okazało się, że dystopijny świat, do którego zapraszają twórcy serialu, dosłownie wyrwał mnie z kapci. Być może dlatego, że wizja przedstawiona tam jest niepokojąco wręcz osadzona w realiach. W kafkowskim kostiumie absurdu, gdzie wszystko jest przerysowane, można przejrzeć się niczym w psychodelicznym gabinecie luster. Jest to przerażające, zwłaszcza gdy nie pamiętasz – jak postaci z serialu – nic poza tym koszmarnym lunaparkiem.
Work-life balance wersja hard
Wraz z odpaleniem pierwszego odcinka serialu, wkraczamy do świata, gdzie jedna z globalnych korporacji wprowadziła nową metodę usprawniającą procesy zarządcze. Jak to się ładnie mówi. Polega to na tym, że pracownikom, którzy chcą się tam zatrudnić, jest wraz z posadą oferowany zabieg medyczny. Jego efekt to rozdzielenie wspomnień z życia prywatnego i tych z pracy.
Mark, menedżer średniego szczebla, zarządza zespołem pracowników zajmujących się… w zasadzie nie wiadomo czym. Nie wiedzą tego w każdym razie ani widzowie, ani sami zatrudnieni. Segmentacja pracy, jej podział na coraz mniejsze, bardziej enigmatyczne specjalności, to nic nowego. Wszak wtedy nie trzeba martwić się co robić, gdy odejdzie osoba, która ma szeroką wiedzę o całym procesie. Takich „klepaczy”, wykonujących mechaniczne zadania, w mikroskali wydające się pozbawionymi sensu, łatwo zastąpić i można też mniej im płacić. Zapraszam tu do wizyty w dowolnie wybranym centrum usług biznesowych, których w Polsce nie brakuje.
Metody zarządzania wyższej kadry menedżerskiej także nie są w serialu zaczerpnięte z domeny sci-fi, a bardziej z tak zwanej prozy życia. Szefowa działu, pani Cobel, rządzi twardą ręką, a jej zbrojnym ramieniem jest czarujący, budzący szacunek i lęk wśród pracowników, pan Milchick. Czegóż tam nie ma? Zarządzanie przez konflikt, czyli w wolnym tłumaczeniu: skłócanie pracowników. Faworyzowanie jednych, by wpłynąć na pozostałych, rozsiewanie kontrolowanych przecieków, to jest plotek na temat innych działów w firmie i ich rzekomo wrogiego nastawienia do naszego działu. Utrudnianie pracownikom nawiązywania przyjacielskich, szczerych relacji. No wiadomo, jesteśmy jedną wielką rodziną, ale bez przesady! Czy też stosowany w firmie, bardzo zabawny, bo kuriozalny system nagród motywujących. System kar również istnieje i podobnie wzbudza bardzo ambiwalentne uczucia. Jest przerażająco śmieszny, zwłaszcza dla kogoś, kto kiedykolwiek pracował w korporacji.
Wydawać by się mogło, że wspomniane rozdzielenie pamięci to sytuacja idealna. Pracownik ma stuprocentową równowagę między życiem prywatnym a pracą. Jest wydajny w pracy i nie myśli o niej po godzinach (bo nic z niej nie pamięta). Jednak szybko okazuje się, że jest to udręka. Życie „alterów”, czyli tej wersji osób, którymi bohaterowie są w pracy, jest koszmarem. W swoim odczuwaniu i przeżywaniu nigdy z niej bowiem nie wychodzą.
Moja głowa murem podzielona
Mamy do czynienia, jak w każdej korporacji, z mitem założycielskim. Tutaj oczywiście jest to zobrazowane w sposób przerysowany, ale nie można, słuchając tyrad o wspaniałym, mądrym wizjonerze i geniuszu, jakim miał być założyciel serialowej firmy LUMON, nie zobaczyć dziadka z KFC, który dobrodusznie uśmiecha się do nas z każdego neonu przy drodze szybkiego ruchu. Albo innego, dowolnie wybranego, bywalca okładek „Forbesa”.
Serial jest bardzo klaustrofobiczny, trzyma w napięciu coraz bardziej w miarę rozwoju akcji. Mark, a później także reszta zespołu, zaczynają zadawać pytania. Co my tu właściwie robimy? Ile jest działów w firmie? A w końcu: czy mamy rodziny i przyjaciół w prawdziwym życiu? Management oczywiście rusza z kontrofensywą.
Śledzimy losy głównego bohatera Marka w dwóch wymiarach. Jako pracownika LUMON oraz prywatnie. On tymczasem zna tylko jedną stronę medalu. Okoliczność tę bardzo zręcznie, wręcz wirtuozersko, wykorzystują scenarzyści. Pozostali bohaterowie pokazani są do pewnego momentu tylko w rolach „alterów”, czyli w swojej egzystencji w LUMON. Nie wiemy nic o ich życiu prywatnym.
Nie chcę i po prawdzie, aby nie spojlerować, nie bardzo mogę powiewać tu jakimkolwiek sztandarem. Ale nie da się ukryć, że serial ma liczne i bardzo czytelne inklinacje lewicowe. Jak pisał mędrzec z Trewiru: „byt społeczny określa świadomość społeczną” i o tym można się przekonać w ostatnim odcinku pierwszego sezonu „Rozdzielenia”. Chciałabym napisać więcej na ten temat, ale musi wystarczyć, to, że finałowy odcinek jest fenomenalny. Świetnie domyka wątki, a jednocześnie kończy się w najbardziej emocjonującym momencie, więc po prostu trzeba zobaczyć drugi sezon.
Kontrola najwyższą formą zaufania…
Oglądając serial pomyślałam o pewnym tekście publicystycznym, który bardzo lubię i który potrafi pokrzepić moje morale, gdy nadchodzi ciemna noc duszy, która, przynajmniej według moich obserwacji, zapada nad każdym pracownikiem korporacji raz na jakiś czas. Mam na myśli tekst Davida Graebera „Fenomen gówno wartych prac”. Polecam lekturę całości, ale w kontekście tej recenzji interesujące są zwłaszcza refleksje Graebera nad tym, dlaczego w obliczu rosnącej automatyzacji i robotyzacji pracy większość osób pracuje coraz dłużej, jak to określa sam autor: „przekładając papiery”. „Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć” – pisze Graeber i kontynuuje myśl: „Tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał. Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas”. W „Rozdzieleniu” również wydaje się, że praca zatrudnionych nie jest celem per se. Istotniejszą rolą ich przebywania w biurze jest kontrola.
Czy nie jest więc trochę tak, jak mogliśmy obserwować po pandemii, gdy wiele firm na różne sposoby zaganiało pracowników do biur, mimo że pracowali oni równie wydajnie z domu? Chodziło o to, aby ich skutecznie kontrolować, mieć na oku. Podobnie wielkie larum podnoszone jest wtedy, gdy w obliczu wzrostu wydajności postuluje się zmniejszenie wymiaru czasu pracy do czterech dni w tygodniu. Badania dowodzą, że zwiększa to zarówno produktywność, jak i ogólny dobrostan pracowników, jednak jakimś cudem rozwiązanie to nie budzi zachwytu luminarzy wolnego rynku.
Dlaczego? Być może powodem jest obawa, co też ludzie zrobią z odzyskanym wolnym czasem. Lepiej niech klepią slajdy w power poincie i nawet, a niech im już będzie, odsiadują dupogodziny i w tym czasie przeglądają media społecznościowe czy robią zakupy w sieci. Czas to cenny, może najcenniejszy zasób, jaki istnieje. I dbanie o to, aby był on pod kontrolą kapitału – wydaje się tutaj kluczowe.
Natalia Bała