Niespodziewany powrót

Niespodziewany powrót

Fenomen reaktywowanego połączenia Ostrołęka – Białystok. Mało pociągów, dużo pasażerów.

Choć reaktywacja połączeń kolejowych na linii Łapy – Śniadowo – Ostrołęka była w planach, to jeszcze niedawno wydawało się, że ziszczą się one na koniec obecnej dekady.

Czas powrotu

O powrocie połączeń dopiero w 2028 r. mówiono, gdy samorząd województwa podlaskiego w lipcu 2023 r. zawierał ze spółką PKP Polskie Linie Kolejowe umowę o objęciu programem Kolej Plus odcinka Łapy – Śniadowo i odnogi Śniadowo – Łomża w celu uruchomienia pociągów z Białegostoku do Łomży, która straciła połączenia w 1993 r.

Koncepcję doprowadzenia połączeń do Łomży zawiera również „Regionalny plan transportowy województwa mazowieckiego w perspektywie do 2030 roku”. Ten przyjęty w 2022 r. dokument wymienił trasę Ostrołęka – Śniadowo – Łomża wśród linii, na których planuje się uruchomić pociągi pasażerskie, pod warunkiem zapewnienia przez PKP PLK odpowiedniego stanu infrastruktury.

Na 17-kilometrowej odnodze z Łomży do Śniadowa maksymalna prędkość to 40 km/h. O ile mająca 60 tys. mieszkańców Łomża – trzecie największe miasto w województwie podlaskim – wciąż więc czeka na poprawę stanu linii i reaktywację połączeń, o tyle z dniem 18 marca 2024 r. podlaski zakład Polregio uruchomił połączenie Białegostoku z Ostrołęką. Tak oto niespodziewanie po prawie ćwierćwieczu wróciły na linię Łapy – Ostrołęka pociągi pasażerskie.

Ruch pasażerski na linii Ostrołęka – Łapy zlikwidowano 3 kwietnia 2000 r. Stało się to podczas największego cięcia połączeń, kiedy jednego dnia wycofano pociągi pasażerskie z 1028 km linii na terenie 12 województw.

Kilka dni przed likwidacją połączeń Dyrekcja Przewozów Pasażerskich PKP w piśmie do samorządów ze styku województw mazowieckiego i podlaskiego oznajmiła, że z linii Ostrołęka – Łapy korzysta „tylko” 580 pasażerów na dobę. Linią jeździły wtedy już zaledwie trzy pary pociągów, a więc średnia frekwencja w jednym pociągu wynosiła 97 osób.

Drugie życie

Dla linii Łapy – Ostrołęka drugie życie zaczęło się w latach 2017-2018. Wówczas zostały wykonane prace przywracające jej przejezdność na całej długości. Celem było zapewnienie alternatywnej trasy dla ruchu towarowego na czas modernizacji magistrali Warszawa – Białystok. Dzięki temu na 88-kilometrowej linii Łapy – Ostrołęka pociągi mogą rozpędzać się do 80 km/h na terenie województwa podlaskiego i do 120 km/h w granicach województwa mazowieckiego. Rewitalizacja objęła nie tylko remont toru, ale też odbudowę stacji Czarnowo-Undy, którą już na początku lat 90. zdegradowano do roli przystanku. Bez jej odbudowy pociągi nie byłyby w stanie minąć się na liczącym aż 63 km odcinku między stacjami Łapy i Śniadowo. Do 2000 r. mijanie się pociągów było możliwe na stacjach Sokoły, Czerwony Bór, Śniadowo i Kurpie.

Linia Łapy – Ostrołęka przydała się jako objazd nie tylko składom towarowym. W 2019 r. kilka razy skierowano nią pociągi PKP Intercity, które omijały zakłócenia na linii Białystok – Warszawa, wywołane takimi zdarzeniami jak kolizja pociągu z koparką czy śmiertelne potrącenia ludzi na torze. Wypadki te skutkowały kilkugodzinnym zablokowaniem jedynego czynnego toru na modernizowanej linii. Skierowanie części pociągów okrężną drogą przez Ostrołękę pozwalało szybciej rozładować zatory.

Choć na terenie województwa podlaskiego modernizacja linii Warszawa – Białystok wciąż trwa, to ruch objazdowy pociągów towarowych na linii Ostrołęka – Łapy już zamarł. Obecnie korzystają z niej głównie składy cargo jadące docelowo do Łomży, Śniadowa oraz ładowni Sokoły.

Sokoły walczą

Ładownię Sokoły reaktywowano w 2020 r. Na decyzję PKP PLK o przywróceniu możliwości przyjmowania tu składów towarowych wpłynęła potrzeba zapewnienia punktu odbioru i nadawania ładunków, zastępującego na czas modernizacji linii Warszawa – Białystok zlokalizowane na niej stacje Szepietowo i Łapy, których dostępność dla przewoźników cargo została z powodu przebudowy ograniczona.

Spółka PKP PLK odtworzyła tor pozwalający na przyjmowanie składów o długości do 650 metrów, a gmina Sokoły i miejscowa firma Trans-Rol przygotowały przylegający do toru plac ładunkowy. Szef firmy Trans-Rol Andrzej Remisiewicz już po pierwszym miesiącu funkcjonowania ładowni informował, że pociągi dowiozły na nią 6 tys. ton nawozów i 4,5 tys. ton węgla, zdejmując transport tych towarów z dróg.

Starania o przywrócenie ładowni były tylko częścią wieloletniej walki władz gminy Sokoły o renesans kolei. Wójt gminy Sokoły Józef Zajkowski wyliczył, że w tej sprawie odbył 160 spotkań oraz sporządził 360 pism i dokumentów.

Zajkowski został wójtem Sokół w 1991 r. Widział zmniejszanie liczby połączeń, żegnał ostatni pociąg, potem starał się nie dopuścić do degradacji infrastruktury kolejowej i dbał o usuwanie krzewów z nieużywanych torów. Starał się o to, by porzuconą przez PKP PLK linię mogły przejąć samorządy. – „Skoro PKP sobie nie radzi i nie ma pieniędzy, chętnie wybawię tę spółkę z kłopotów” – mówił Zajkowski „Gazecie Współczesnej” w 2009 r., gdy kolej, w celu sprzedaży szyn na złom, demontowała tor ładunkowy, który następnie po dekadzie został odbudowany kosztem 900 tys. zł.

Wójt Sokół niestrudzenie przypominał kolejnym ministrom, posłom i marszałkom województwa o potrzebie reaktywacji linii. Wreszcie w marcu 2024 r. witał przywrócone połączenia.

Złośliwość demokracji jest jednak taka, że odbywające się w kwietniu 2024 r. wybory, które zmotywowały samorząd województwa podlaskiego do decyzji o reaktywacji połączeń na linii Łapy – Ostrołęka, oznaczały dla walczącego o to Józefa Zajkowskiego koniec misji na stanowisku wójta. Zdobył 41% głosów i przegrał z jedynym kontrkandydatem, Radosławem Choińskim.

Kolejowe wybory

Samorząd województwa podlaskiego pod koniec 2023 r. – w obliczu zbliżających się wyborów – postanowił wykorzystać to, że linia z Łap do Ostrołęki jest przejezdna i można uruchomić na niej połączenia. Nie bez znaczenia było, że odpowiedzialny za kolej wicemarszałek Marek Olbryś startował z okręgu obejmującego oddalone od czynnych linii powiaty łomżyński i zambrowski. Powrót pociągów na idącą przez te powiaty linię Olbryś przedstawił jako preludium ujętej w programie Kolej Plus reaktywacji połączeń z Białegostoku przez Łapy i Śniadowo do Łomży.

– „Do transportu kolejowego trzeba się przyzwyczajać. Ponieważ od ćwierć wieku nie można było z niego korzystać, musimy to przyzwyczajenie budować na nowo” – mówił Marek Olbryś, odnosząc się do głosów, że zaplanowana oferta przewozowa jest bardzo skromna. Pojawiły się bowiem zaledwie dwie pary pociągów: z Białegostoku odjeżdżają o 8:06 i 16:40, a z Ostrołęki o 10:10 i 19:38.

Brakujące postoje

Od decyzji o reaktywacji do uruchomienia pociągów minęły tylko trzy miesiące. Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe w ekspresowym tempie dokonała renowacji nieużywanych od 2000 r. peronów (prace w latach 2017-2018 prowadzono pod kątem ruchu towarowego i nie objęły one peronów).

– „Decyzję o częściowym odtworzeniu infrastruktury pasażerskiej PKP Polskie Linie Kolejowe podjęły 6 lutego 2024 r. po wniosku marszałka województwa podlaskiego” – informuje Tomasz Łotowski z PKP PLK, wskazując, że prace objęły wymianę nawierzchni peronów i dojść do nich, a także ustawienie nowych ławek, wiat, tablic, latarni i stojaków na rowery. Zapewniono krawędzie peronowe o długości 85 metrów. Zostały wykorzystane materiały staroużyteczne, które odzyskano z modernizacji innych stacji: na przystankach Sokoły i Kulesze Kościelne ułożono płyty peronowe z Białegostoku, a w Śniadowie z Chotyłowa. – „W Śniadowie prace trwały 29 dni, w Sokołach i Kuleszach Kościelnych 17 dni” – zaznacza Łotowski.

Problem w tym, że przygotowano perony tylko w tych trzech miejscach, podczas gdy na liczącym 88 km odcinku między Łapami a Ostrołęką jest w sumie 13 pośrednich stacji i przystanków. Większość pociągi pomijają. Między przystankiem Kulesze Kościelne a stacją Śniadowo pociągi pokonują bez postoju aż 37 km, przejeżdżając przez cały powiat zambrowski, który w tej sytuacji nadal jest powiatem pozbawionym połączeń kolejowych.

Po ruszeniu ze Śniadowa, ostatniej stacji w granicach województwa podlaskiego, pociągi nie stają już nigdzie na terenie województwa mazowieckiego aż do stacji końcowej w Ostrołęce. Na tym odcinku, biegnącym przez powiat ostrołęcki, pomijane są przystanki Żyźniewo i Kurpie. Przystanek Kurpie ma przejść renowację, by w czerwcu 2024 r. pociągi zaczęły się na nim zatrzymywać.

Wybudowaną w 1893 r. linię kolejową Łapy – Ostrołęka poprowadzono tak, że omija większe miejscowości. Nie tylko miasta, jak Łomża czy Zambrów, ale też wsie gminne. Przystanek Sokoły znajduje się w sąsiedniej miejscowości Kruszewo-Brodowo, przystanek Kulesze Kościelne w sąsiednich Kuleszach-Litewce, a obecnie pomijany przez pociągi przystanek Kołaki oddalony jest o 3 km od wsi gminnej Kołaki Kościelne. Nawet stacja w Ostrołęce leży 4,5 km od centrum miasta. Z drugiej strony są spore wsie Modzele-Wypychy, Kleczkowo czy Susk Nowy, przez które linia przechodzi, ale w których nigdy nie powstały przystanki

Na całej linii między Łapami a Ostrołęką bezpośrednio w miejscowości gminnej jest zlokalizowana tylko stacja Śniadowo – znajduje się ona 600 metrów od rynku tego liczącego 1,1 tys. mieszkańców miasteczka.

Dopasowanie lokalizacji przystanków do miejscowości i dróg umożliwiających dojazd z okolicy powinno być podstawową kwestią braną pod uwagę na etapie planowania przewidzianej w ramach programu Kolej Plus modernizacji linii.

(Za) małe szynobusy

Choć przez aż pięć gmin – Kołaki Kościelne, Zambrów, Łomża, Troszyn i Rzekuń – pociągi przejeżdżają bez postojów, a połączeń jest bardzo niewiele, to podlaski samorząd jest zadowolony z pierwszych wyników przewozowych.

– „Z tego połączenia w ciągu dwóch tygodni na tych dwóch parach pociągów, które są teraz uruchomione, skorzystało już ponad 2,1 tys. osób” – poinformował na początku kwietnia 2024 r. Zbigniew Piotrowski, dyrektor departamentu infrastruktury i transportu samorządu województwa podlaskiego. – „Te ponad 2,1 tys. osób to jest tylko na odcinku drogi kolejowej od Łap do Ostrołęki, czyli nie liczymy odcinka od Białegostoku do Łap”.

Wynika z tego, że jeden pociąg wiózł średnio 38 pasażerów. Na trasę Białystok – Ostrołęka spółka Polregio zazwyczaj wysyła jednoczłonowe szynobusy SA105 (44 miejsca siedzące) lub SA106 (60 miejsc siedzących). I były już dni, że okazywały się one za małe. W piątek 22 marca 2024 r. – piątego dnia po uruchomieniu połączeń – w popołudniowym pociągu z Białegostoku do Ostrołęki po minięciu Łap było ponad sto osób. Z kolei w przedświąteczny piątek 29 marca 2024 r. na pokładzie mającego 60 miejsc siedzących szynobusu było za stacją Łapy 80 osób: pięć wysiadło w Sokołach, trzy w Kuleszach Kościelnych, pięć w Śniadowie, a 67 osób dojechało aż do Ostrołęki.

Kolej wygrywa

Największą popularnością cieszą się przejazdy w pełnej relacji Białystok – Ostrołęka. Nowe połączenie okazało się odpowiedzią na problemy w poruszaniu się między tymi miastami.

Białystok to istotny kierunek dojazdów mieszkańców Ostrołęki i okolic, głównie studentów – mimo to w ostatnich latach mocno pogorszyła się oferta przewoźników autobusowych. Jeszcze w 2017 r. zapewniali sześć kursów z Ostrołęki do Białegostoku. Dziś są zaledwie dwa: o 7:30 tylko w dni robocze jedzie autobus PKS Nova, a o 11:40 przelotowy kurs firmy Olsztyński Bus z Olsztyna. Bilet z Ostrołęki do Białegostoku w PKS Nova kosztuje 39 zł, a w Olsztyńskim Busie aż 58 zł. Ulg studenckich brak.

Trudności ze zdobyciem w autobusach wolnych miejsc, mimo drogich biletów, brak odpowiadających na potrzeby studentów kursów w niedzielne wieczory – wskutek tych problemów powstała na portalu Facebook grupa „Białystok Ostrołęka”, na której osoby przemieszczające się między tymi miastami samochodem oferują wolne miejsca za 25-30 zł. Grupa działa od 2012 r. i skupia 3,6 tys. użytkowników.

Przejazd pociągiem jest znacznie tańszy zarówno od podróży autobusem, jak i jazdy autem. Połączenie Białystok – Ostrołęka jest objęte Taryfą Podlaską, czyli wprowadzoną z inicjatywy podlaskiego samorządu ofertą biletową, która zapewnia ceny niższe od tych wynikających z ogólnokrajowej taryfy spółki Polregio. Bilet normalny na 111-kilometrową trasę Ostrołęka – Białystok kosztuje 17,50 zł (15,75 zł przy zakupie przez internet), a bilet studencki 8,57 zł (7,72 zł przez internet). Nawiasem mówiąc, bilet normalny Kolei Mazowieckich na 108-kilometrową trasę z Ostrołęki do Warszawy Wileńskiej kosztuje 31,80 zł.

Z Ostrołęki do Białegostoku pociągiem jedzie się 1 godz. 49 min. – jest to czas porównywalny z jazdą samochodem. Podróż autobusem zajmuje od 2 godz. 10 min. do 2 godz. 20 min. Nawet po dodaniu postojów czas jazdy pociągiem pozostanie atrakcyjny.

Należący do samorządu województwa podlaskiego PKS Nova na początku maja 2024 r. uruchomił autobusy łączące Łomżę ze stacją kolejową Śniadowo. Czas przejazdu to 24 min. Autobusy skomunikowane są z pociągami, zapewniając możliwość kontynuowania podróży zarówno do Ostrołęki, jak i w kierunku Białegostoku. Niestety brak jest kursów z i do Łomży skomunikowanych z wieczornym pociągiem Ostrołęka – Białystok.

Dalekobieżne plany

Reaktywacja połączeń kolejowych z Białegostoku oznacza, że do Ostrołęki – która jeszcze rok temu była w ruchu pasażerskim tylko końcowym punktem linii z Tłuszcza – zjeżdżają się pociągi już z trzech kierunków. W czerwcu 2023 r. Koleje Mazowieckie dokonały bowiem reaktywacji połączeń na trasie z Ostrołęki do Chorzel.

Reaktywowanymi już liniami Łapy – Ostrołęka i Ostrołęka – Szczytno mają zostać skierowane pociągi dalekobieżne. Plan transportowy Ministerstwa Infrastruktury zakłada kursowanie połączeń PKP Intercity na trasie Białystok – Ostrołęka – Olsztyn począwszy od 2028 r. Może to jednak nastąpić wcześniej. W związku z planowaną modernizacją linii Białystok – Ełk może zostać wytyczony przez Ostrołękę objazd dla pociągów łączących Białystok z Olsztynem i Trójmiastem.

„Podczas planowanych przerw w ruchu na linii kolejowej pomiędzy Białymstokiem a Ełkiem rozważa się obecnie tymczasowe prowadzenie przewozów pasażerskich PKP Intercity przez Ostrołękę, Chorzele i Szczytno” – informował w maju 2023 r. Jakub Kapturzak, wicedyrektor departamentu kolejnictwa Ministerstwa Infrastruktury, odpowiadając na zapytanie stowarzyszenia Kolejowe Podlasie. – „Warunkiem uruchomienia przewozów jest poprawa parametrów linii kolejowych tworzących ciąg Białystok – Ostrołęka – Szczytno – Olsztyn, tak by zapewnić stabilną prędkość około 100 km/h oraz czas przejazdu w tej relacji na poziomie około trzech i pół godziny”.

Taki czas jazdy jest możliwy do osiągnięcia, a przy tym byłby krótszy niż na obecnej trasie przez Ełk, którą pociągi PKP Intercity jadą z Białegostoku do Olsztyna cztery godziny. Pytamy więc w Ministerstwie Infrastruktury, czy plany wytyczenia objazdu przez Ostrołękę są aktualne.

– „W sytuacji planowanego zamknięcia wspomnianej linii starania będą ukierunkowane na zachowanie jak najlepszej komunikacji Białegostoku z Olsztynem i Trójmiastem” – mówi rzecznik prasowy resortu Anna Szumańska. – „Początek robót budowlanych wymagających wprowadzenia niezbędnych zamknięć torowych jest zaplanowany na 2026 r.”.

Być może linia Łapy – Ostrołęka kolejny raz skorzysta na utrudnieniach wywołanych modernizacją prowadzoną na innej linii kolejowej.

Na razie jednak będzie miała miejsce odwrotna sytuacja. Z powodu modernizacji magistrali Białystok – Warszawa nie będzie dało się w Łapach wjechać na linię do Ostrołęki. Przez trzy tygodnie pasażerowie nowego połączenia Białystok – Ostrołęka będą na całej trasie przewożeni autobusami zastępczymi. – „Od 18 maja do 8 czerwca 2024 r. planowane jest zamknięcie torowe w Łapach na potrzeby prac realizowanych w ramach modernizacji linii Warszawa – Białystok” – mówi Tomasz Łotowski z PKP PLK.

Oczekiwana współpraca

Według zarysu rozkładu jazdy na 2025 r. liczba połączeń na trasie Białystok – Ostrołęka ma pozostać tak samo skromna jak obecnie. – „Na razie nie planujemy rozbudowy oferty na wskazanej relacji” – przyznaje rzecznik prasowy marszałka województwa podlaskiego Izabela Smaczna-Jórczykowska, dodając: – „Planujemy zawarcie porozumienia z samorządem województwa mazowieckiego”.

Zaangażowanie samorządu województwa mazowieckiego mogłoby wpłynąć na poprawę oferty na łączącej dwa regiony linii. Jak na razie wyłącznym organizatorem przewozów na trasie Białystok – Ostrołęka jest podlaski samorząd i tylko na jego barkach spoczywa dofinansowanie połączeń funkcjonujących od marca 2024 r.

Pierwsze spotkanie w sprawie współpracy odbyło się pod koniec lutego 2024 r. w Ostrołęce. Oprócz przedstawicieli obydwu samorządów wojewódzkich uczestniczyli w nim także reprezentanci powiatów i gmin leżących wzdłuż linii Ostrołęka – Łapy.

– „Strony spotkania ustaliły potrzebę przygotowania ankiety dla mieszkańców regionu, która miałaby określić potrzeby i preferencje dotyczące potencjalnego korzystania z transportu kolejowego” – relacjonuje Marta Milewska, rzeczniczka samorządu województwa mazowieckiego. – „Wyrażamy wolę podjęcia rozmów z samorządem województwa podlaskiego w zakresie współpracy przy organizacji publicznego transportu zbiorowego na linii kolejowej Ostrołęka – Łapy” – mówi Milewska, wskazując, że mogłaby ona opierać się na partycypowaniu w kosztach uruchamiania połączeń lub kompensacji pracy eksploatacyjnej, czyli rozliczaniu się w kilometrach pokonywanych przez pociągi na terenie sąsiedniego regionu.

Mazowiecki samorząd chce nie tylko wpływu na rozkład jazdy pociągów, ale także zapewnienia do nich dostępu mieszkańcom mazowieckiej gminy Troszyn, przez którą pociągi przejeżdżają bez postojów: – „Chodzi o udostępnienie podróżnym przystanku Kurpie, co planowane jest od czerwca 2024 r., a także ewentualną relokację przystanku osobowego Żyźniewo”.

Żyźniewo to przystanek leżący na uboczu i bez dojazdu drogą publiczną. Wskazane byłoby przesunięcie peronu do skrzyżowania toru z drogą gminną Żyźniewo – Zawady lub nawet 2,5 km dalej, aż do wsi Kleczkowo.

– „Oczekujemy na stanowisko samorządu województwa podlaskiego” – mówi Milewska. Jednym z rozwiązań, które powinno być brane pod uwagę, to uruchomienie pociągów regionalnych w relacji Białystok – Ostrołęka – Chorzele – Olsztyn. Dzięki temu cała północno-wschodnia część województwa mazowieckiego uzyskałaby bezpośrednie połączenia zarówno z województwem podlaskim, jak i warmińsko-mazurskim. Olsztyn i Białystok to dla mieszkańców Kurpi istotne kierunki dojazdów.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/130 maj-czerwiec 2024)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.

 

Znowu likwidacja

Znowu likwidacja

W Chełmży zakończy działalność firma Bioetanol AEG, która istnieje od 1947 roku.

Jak informuje portal salon24.pl, firma długo dobrze dawała sobie radę na rynku, ale nie wytrzymała znacznego wzrostu cen surowców, który w krótki czasie wyniósł 400 procent. Bioetanol AEG przez dziesięciolecia zajmowała się produkcją alkoholu etylowego: surowego, rektyfikowanego oraz odwodnionego. W ofercie dostępne były również produkty na bazie alkoholu etylowego, m.in. środki chemiczne.

Pracę stracą tam wszyscy: zarząd i pracownicy. Wypowiedzenia otrzymają pod koniec maja, a ostatni zatrudnieni zakończą pracę w sierpniu. Powiatowy Urząd Pracy podaje w Toruniu podaje, że część osób otrzyma świadczenia przedemerytalne lub emerytalne, a niektórzy być może znajdą pracę w Toruńskim Parku Technologicznym, nie jest to jednak przesądzone. Pracę straci 55 osób, co w niewielkiej miejscowości oznacza spory problem.

Woda też podrożeje

Woda też podrożeje

Wiele wskazuje na to, że już wkrótce Polacy więcej zapłacą za wodę i ścieki.

Jak informuje portal salon24.pl, wszystko przez najnowszy pomysł Ministerstwa Infrastruktury, które proponuje, żeby to rady gmin zatwierdzały nowe taryfy opłat za wodę i ścieki. Oznacza to „urealnienie” cen. Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie będzie interweniować wtedy, gdy podwyżka wyniesie co najmniej 15 proc. Nie oznacza to jednak, że wyższych podwyżek nie będzie. Wspomniany urząd będzie miał prawo zawetowania takiego wzrostu cen, ale nie oznacza to automatycznego weta.

Dyrektor Biura Związku Gmin Wiejskich Rzeczypospolitej Polskiej przekonuje, że ceny wody powinny być tak samo urealnione jak ceny wody i prądu: „Czy ktoś dyskutuje o konieczności wzrostu cen energii? Gazu? Nie. Ceny wody i ścieków też muszą zostać urealnione” – podkreślił Świętalski.

Samorządowcy nie są zachwyceni propozycją resortu bo uważają, że… podwyżki powinny być zdecydowanie wyższe i że od kilku lat za pomocą „formalnych wybiegów” blokowały je Wody Polskie.

Niepełnosprawność bez wsparcia

Niepełnosprawność bez wsparcia

Zamiast podniesienia świadczenia dla osób z niepełnosprawnościami do wysokości pensji minimalnej, ma być nowy dodatek. Ale nie dla wszystkich.

Jak informuje Portal Samorządowy, podkomisja do spraw osób z niepełnosprawnościami i włączenia społecznego rozpatrzyła obywatelski projekt nowelizacji ustawy o rencie socjalnej. Projekt podpisany przez ponad 200 tys. osób przewiduje zwiększenie renty z 1217,98 zł netto (1780,96 zł brutto) do kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę (4242 zł brutto).

Przedstawiciele rządu nie przyjęli takiego rozwiązania. Ich poprawki zakładają, że osobie uprawnionej do renty socjalnej, będącej całkowicie niezdolną do pracy oraz do samodzielnej egzystencji, przysługuje dodatek do renty socjalnej w wysokości stanowiącej różnicę między kwotą minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonej na 31 grudnia 2024 r. a kwotą najniższej renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy. Zatem dodatek otrzymają tylko niepełnosprawni całkowicie niezdolni do pracy i do samodzielnej egzystencji, a nie „tylko” częściowo niezdolni. Nie jest to zatem powszechna podwyżka rent socjalnych. Szacuje się, że zmiana obejmie tylko około 30% osób domagających się wsparcia.

Suma tego dodatku ma być równa różnicy między najniższą rentą socjalną a kwotą minimalnego wynagrodzenia. Chodzi też to, by dodatek był wyłączony z mechanizmu obliczania świadczenia wspierającego, który jest zależny od renty socjalnej. Podwyżka renty socjalnej oznacza bowiem automatyczny wzrost nowego świadczenia wspierającego z budżetu państwa, którego wypłaty ruszyły w 2024 roku. Wysokość świadczenia wynosi od 40% do 220% renty socjalnej – w zależności od potrzeby. Obecnie renta socjalna to 1780,96 zł, co oznacza, że świadczenie wspierające dziś może wynieść maksymalnie 3 920 zł, a minimalnie 712 zł. Jeśli podwyżka renty socjalnej do wysokości minimalnego wynagrodzenia doszłaby do skutku, minimalna kwota świadczenia wspierającego wzrosłaby. Takich podwyżek rząd chce uniknąć.

Środowiska osób z niepełnosprawnościami są oburzone, gdyż poprawki całkowicie zmieniają pierwotny kształt projektu. – „Dostajemy poprawki, które całkowicie burzą ideę pierwotną, z projektu obywatelskiego, wprowadzają jakieś kadłubkowe rozwiązanie w postaci nowego świadczenia, nie jest to w ogóle konsultowane, strona społeczna nie jest dopuszczana do głosu, dopóki nie zostało przegłosowane wszystko” – powiedziała Agnieszka Dudzińska z fundacji Ordo Amoris.

House of kicz

House of kicz

Zapewne sporej części z nas zajmuje sporo czasu wybór filmu czy serialu, który chcemy obejrzeć. Trzeba przecież sprawdzić notowania filmu: rankingi i polecenia, gwiazdki, oceny, komentarze. Podjęcie ryzyka obejrzenia czegoś nie wynikającego z tego rachującego, w pełni racjonalnego oglądu, wydaje się dzisiaj nie do pomyślenia. Zły wybór równa się stracie czasu, czyli najgorszemu, co może wydarzyć się w życiu regulowanym ideologią kapitalistyczną. Czasu nie można marnować: jest zbyt cenny, a my jesteśmy zbyt ważni.

Nasze społeczne praktyki dotyczące wybierania i konsumowania danych tekstów kultury, np. filmów, seriali czy książek, uwzględniające rolę kwantyfikacji, mówiąc prościej, liczenia, zostały trafnie rozpoznane i dobrze opisane przez socjologów.

Michał Wróblewski w artykule „Netflix, Rotten Tomatoes i wszystkożercy kulturowi” („Kultura Współczesna”, nr 1/2019) poddaje ciekawej analizie wpływ postępującej kwantyfikacji na uczestniczenie w kulturze, polegający na sprowadzaniu jakości różnych tworów kultury do łatwo mierzalnych wartości. W takiej perspektywie toruński socjolog mówi o kulturze algorytmicznej, albowiem to właśnie one umożliwiają mierzenie i liczenie ogromnych baz danych, które jako użytkownicy serwisów dajemy im zupełnie za darmo, klikając w dane produkty/towary.

Kultura algorytmiczna, w węższym ujęciu, to taka kultura, w której różnego rodzaju treści kulturowe tworzone są na bazie algorytmów, przyczyniając się do ich produkcji, bądź służą one wyznaczaniu jakości danej treści. Przykładowo algorytmy serwisów streamingowych wykorzystują dane, których im dostarczamy i na tej podstawie podpowiadają, co jest godne obejrzenia, jednocześnie zamykając nas w bańkach. Przy czym chodzi o to, co jest godne obejrzenia dla nas, albowiem trafi w nasz gust, który serwis zna być może nawet lepiej niż my sami.

Toruński socjolog zwraca uwagę, i to jest dla moich refleksji najistotniejsze, iż algorytmy są wykorzystywane także do produkowania treści kulturowych.

Przykładem opisywanym przez Wróblewskiego jest serial „House of Cards”. Netflix, bazując na brytyjskim formacie, postanowił wyprodukować serial na podstawie zgromadzonych danych o swoich użytkownikach i ich preferencjach. Dały one wiedzę, jakie są gusta odbiorców, a zatem podpowiedziały, jak zrobić serial, żeby podobał się publiczności, a Netflixowi przyniósł ekonomiczny zysk. A zatem, jak pokazały algorytmy, spora liczba użytkowników lubi filmy Davida Finchera, aktorstwo Kevina Spaceya i thrillery polityczne, stąd wynikało duże prawdopodobieństwo, że widzowie polubią thriller polityczny reżyserowany przez Finchera ze Spaceyem w roli głównej. I udało się: produkcja Netflixa odniosła sukces.

Przykład ten skłonił mnie do kilku refleksji, przy czym kluczowa jest następująca: czy w pewnym sensie nie zostałem oszukany? Czy ktoś się mną, sprytnie, ale i perfidnie, nie zabawił, schlebiając mojemu gustowi (choć nie miałem wiedzy, że go zna)?

Przyjmijmy na potrzebę moich rozważań, że obejrzałem ten serial bez wiedzy na temat sposobu jego wyprodukowania, co prawdopodobnie dotyczy większości widzów. Jest tak dlatego, że po pierwsze, Netflix nie jest skory do dzielenia się informacjami na temat swoich produkcji, w tym kulisów produkcji i decyzji o ich tworzeniu. Po drugie był to czas początku popularności Netlixa i brakowało wiedzy, którą mamy dzisiaj.

Czy „House of Cards” mi się podobał? Oczywiście, że tak! Kłopot w tym, że nie mogło być inaczej, bo przecież jak mogłoby mi się nie podobać coś, co zostało zrobione dla takich jak ja.

Kluczowe pytania brzmią następująco: co zmienia wiedza o kulisach algorytmicznej produkcji? I czy w ogóle coś zmienia? Mam na myśli nawet nie tyle stosunek do samego serialu, ile zmiany w moim sposobie podejścia do rzeczywistości kulturalnej, w tym konsumowaniu filmów i seriali, ale i sztuki, która także coraz bardziej poddaje się temu algorytmicznemu dyktatowi. Czy nie mamy tutaj przypadkiem do czynienia z praktyką odbierania wolności pod płaszczykiem jakże szlachetnego niemarnowania czasu oraz odczuwania przyjemności, która urasta do naczelnej wartości w hierarchii dyktowanej przez kapitalizm? Nawiasem mówiąc, zapewne Zygmunt Freud, mówiący o zasadzie przyjemności, miałby tutaj wiele do powiedzenia. Czy kapitalizm nie zhakował nam podświadomości?

Można nawet zapytać o tę kwestię w szerszej antropologicznej perspektywie: czy nie zmienia to w jakiś sposób sposobu partycypacji w kulturze? Czy kultura algorytmów nie tworzy wzorów kultury w ogóle?

Żeby dobrze zobrazować, co mam na myśli, wyobraźmy sobie sytuację, w której jesteśmy mężczyznami i spotykamy dziewczynę spełniającą wszystkie nasze oczekiwania i podzielającą nasze sympatie: od kulinarnych, przez filmowe, po polityczne. „Co najbardziej lubisz na obiad? – Leczo. – Ja też! Jaki jest Twój ulubiony film? – „Ćma”. – Mój też! Jak bardzo nie cierpisz Tuska? – Nie ma takiej skali”. I tak cały czas! Trudno uwierzyć w swoje szczęście. Oto znaleźliśmy kogoś podobnego do nas. Potem jednak dowiadujemy się, iż dziewczyna wypytała wszystkich naszych bliskich przyjaciół o nasze preferencje i gusta. Ewentualnie mogła przeszukać wyszukiwarkę naszego komputera, żeby dobrze określić nasz profil osobowościowy i się w niego „wstrzelić”. Czy nie poczulibyśmy się oszukani? Nabrani? Nasze spotkanie nagle stałoby się zupełnie nieautentyczne, albowiem nie mogło mieć innego przebiegu.

Co ciekawe, kiedy rozmawiałem z kilkoma grupami studentów na temat swojego dylematu, nikt z nich nie widział w tym problemu. Nie przeszkadzało im to, że film czy serial jest zrobiony „pod nich” (im „dedykowany”, jak się dzisiaj mówi). Wręcz przeciwnie, uznawali to za pożądane, świadczące o trosce o widza. „Co w tym złego”? – pytali, tym samym zdradzając, iż fundamentalne jest ich zadowolenie. Jeśli czuję, że serial jest dobry, podobał mi się, to jest dobry, a sposób jego produkcji nie ma tutaj nic do rzeczy. To raczej postęp niż regres.

Czy aby na pewno?

Rozumiem, i w pewnym zakresie nawet akceptuję takie podeście, szczególnie gdy dotyczy rozrywki mniej ambitnej, czyli nie z górnej półki, np. klasyki kina. Netflix proponuje kino klasy N: coś pomiędzy lekko-refleksyjno rozrywką, lecz nie tak intelektualnie płytką, jak seriale telewizyjne (przynajmniej w opinii moich studentów). Faktycznie staliśmy się wszystkożerni: niekiedy konsumujemy dzieła sztuki wysokiej, by innym razem „odmóżdżyć” się przy paradokumencie, a niekiedy rzucić w objęcia kina klasy N, kiedy nie chce się jednego ani drugiego. Algorytmy, zgodnie z opisem Michała Wróblewskiego, są funkcjonalne wobec wszystkożerności. I tutaj pełna zgoda.

Jednak moim zdaniem jest w tym podejściu coś niepokojącego, albowiem autentyczność, ten fetysz kultury ponowoczesnej, wydaje się przygrywać z przyjemnością. Kultura ponowoczesna to kultura na wielu polach paradoksalna: z jednej strony oryginalność, wyjątkowość, wolność wyboru, prawdziwe emocje, autentyczność właśnie. Z drugiej zaś wytwarzanie treści/towarów takimi nie będącymi. Sformułowanie „Oryginalna produkcja Netflixa” tyle samo odsłania, co zasłania – skrywa swoją nieoryginalność jednocześnie ją ujawniając. Kapitalistyczna ideologia staje się przezroczysta.

I tutaj widzę różnicę pomiędzy studentami a mną, albowiem ja chcę czuć przyjemność, jeśli wiem, że to ja decyduję, a nie ktoś inny za mnie. Chcę emocji opartych na prawdzie i autentyczności, a nie na schlebianiu mojemu gustowi, gdyż nie prowadzi to do niczego więcej poza przyjemnością. Być może nie ma w tym nic złego, o ile nie patrzymy w ten sposób na dzieła sztuki oraz treści mające kształtować nasze postrzeganie świata w jego bardziej intelektualnym wymiarze.

Funkcją sztuki jest testowanie rzeczywistości, produkcja nowych metafor, tworzenie nowych sposobów widzenia pozwalających dostrzec coś, czego nie widziało się wcześniej. Nie jest to zatem praktyka bezpieczna, bo możemy stać się kimś innym. Przy okazji kina klasy N nic się nie wydarzy: będzie to samo kosztem innego. Ponadto artysta to ktoś, kto mówi od siebie swoim własnym głosem, bez rachowania, ilu osobom się to spodoba. Nierzadko pisarz czy poeta, może być nim reżyser, a nawet filozof, wyprzedza o dekady swoje czasy i zostaje doceniony po upływie czasu. Tutaj nic takiego nie będzie miało miejsca.

Jeśli przyjmiemy definicję kiczu jako rozrywki dla mas, schlebiającej jej prostemu, by nie powiedzieć, prostackiemu gustowi, to czy Netflix, nie jest, lub nie stał się, właśnie, o paradoksie, estetycznym, dobrze zrobionym i wcale nie tandetnym, ale jednak, kiczem dla mas? Nie chodzi mi o to, żeby batożyć pod pręgierzem przyjemność widza, ale o zwrócenie uwagi na konsekwencje, jakie może nam przynieść netflixowy sposób produkowania oraz uczestniczenia w kulturze. Oznaczałby on koniec sztuki, wolności i skazanie na wieczne „to samo”, a ostatecznie znudzenie nawet własną przyjemnością. Aż chciałoby się zanucić: Welcome to the Netflix, such lovely place, such a lovely place…

Pisząc o Netflixie nie chodzi mi jedynie o tę platformę. To zaledwie jeden w wielu przykładów, który można by poddać analizie. Nie idzie nawet o kwestię strukturalnego kiczu jako schlebiania gustowi odbiorcy czy „sztuki szczęścia” (Abraham Moles). Chodzi o coś, czego on jest przykładem, a mianowicie opisywanego przez różnych badaczy kapitalizm platform (Nick Srnicek) oraz kapitalizm inwigilacji (Shoshana Zuboff). Nick Srnicek w swojej książce „Kapitalizm platform” twierdzi, że wciąż rozwijający się i mutujący kapitalizm korzysta ze szczególnego rodzaju surowca – danych. Są one takim samym surowcem jak ropa. Różnica polega na tym, że tego surowca dostarczamy sami, wchodząc na poszczególne platformy i z nich korzystając. Kapitalizm pozyskuje je od nas dobrowolnie i wykorzystuje, aby lepiej dostosować się do naszych potrzeb. Przynajmniej tak nas zapewnia. Trzeba jednak być naiwnym, aby sądzić, że kapitalizm nie będzie robił tego, co świetnie potrafi, czyli zamieniać wszystkiego w towar, i to coraz lepszy, bardziej do nas dostosowany. Przed którego zniewalającą mocą przyjemności będzie coraz trudniej się obronić.

dr Michał Rydlewski

PS. Dziękuję Pawłowi Bohuszewiczowi za cenne uwagi, które wykorzystałem w tekście.

Ponad 400 osób straci pracę

Ponad 400 osób straci pracę

ABB w Aleksandrowie Łódzkim zamyka fabrykę silników.

Jak informuje portal tulodz.pl, koncern ABB 9 maja ogłosił, że do końca tego roku zakończy się produkcja silników niskich napięć, które obecnie wytwarzane są w fabryce w Aleksandrowie Łódzkim. To oznacza, że pracę straci ponad 400 osób – wszyscy pracujący.

Do podobnej sytuacji doszło niedawno w Kłodzku, gdzie zamknięto fabrykę ABB zajmującą się produkcją aparatów elektrycznych niskich napięć. Tam, jak w przypadku Aleksandrowa Łódzkiego, fabryka ma zakończyć działalność do końca 2024 roku.

Będą zwalniać nauczycieli?

Będą zwalniać nauczycieli?

Likwidacja niektórych przedmiotów szkolnych poskutkuje zwolnieniami nauczycieli szkół ponadpodstawowych.

Jak informuje Portal Samorządowy, rozporządzenie minister edukacji w sprawie ramowych planów nauczania dla szkół publicznych może wejść w życie jeszcze w maju. Według założeń minister Barbary Nowackiej do 2 maja trwały konsultacje dotyczące projektu rozporządzenia w sprawie ramowych planów nauczania. Wygląda jednak na to, że będą one miały ciąg dalszy ze względu na brak zgody związków zawodowych na zaproponowany w nim sposób likwidacji przedmiotu historia i teraźniejszość.

Projekt, obok wprowadzenia obowiązkowej nauki udzielania pierwszej pomocy, zakłada bowiem odstąpienie od realizacji w liceum ogólnokształcącym, technikum i branżowej szkole I stopnia (oraz LO dla dorosłych prowadzącym zajęcia w formie stacjonarnej i w formie zaocznej) przedmiotu historia i teraźniejszość od roku szkolnego 2024/2025 i wprowadzenie w jego miejsce nowego przedmiotu poświęconego edukacji obywatelskiej, który będzie realizowany od roku szkolnego 2025/2026, nie wcześniej niż od klasy II.

Zdaniem związkowców powyższe oraz zmniejszona liczebność rocznika młodzieży, który rozpocznie naukę w szkołach ponadpodstawowych w roku szkolnym 2024/2025, będzie skutkowało nie tylko zmniejszeniem wymiaru godzin nadliczbowych realizowanych przez nauczycieli przedmiotu HiT, ale i koniecznością zwolnienia części z tych osób z pracy.

W dokumencie Ocena Skutków Regulacji, Ministerstwo Edukacji wskazuje, że ta zmiana dotyczyć będzie około 4615 nauczycieli LO, 3155 nauczycieli techników i 1786 nauczycieli uczący w szkołach branżowych 1 stopnia. W sumie ponad 9556 nauczycieli, a licząc z nauczycielami, którzy uczą w szkołach dla dorosłych, prawie 10000 osób.

Wskazuje przy tym, że zmiana w zakresie przedmiotu HiT będzie skutkowała:

– wygaszaniem umów nauczycieli zatrudnionych na czas określony bez możliwości kontynuacji zatrudnienia;

– rozwiązaniem stosunku pracy z nauczycielami zatrudnionymi na podstawie umów na czas nieokreślony i konieczności wypłaty odprawy (3-miesięcznej albo 6-miesięcznej – dla nauczyciela mianowanego) lub przebywania nauczycieli przez 6 miesięcy w stanie nieczynnym;

– ograniczenia zatrudnienia nauczycieli do wymiaru nie niższego niż pół obowiązkowego wymiaru zatrudnienia;

– uzupełnianie zatrudnienia w innej szkole do wymiaru nie wyższego niż pół obowiązkowego wymiaru zatrudnienia.

Związek Nauczycielstwa Polskiego podniósł alarm – wystosował do MEN pismo, w którym wskazał, że likwidacja HiT, który obecnie w klasach pierwszych jest realizowany w wymiarze 2 godzin, spowoduje, że w roku szkolnym 2024/2025 uczniowie tych klas nie będą mieli ani przedmiotu historia i teraźniejszość, ani przedmiotu edukacja obywatelska, co będzie miało znaczący wpływ na wymiar zatrudnienia nauczycieli. Wskazał też m.in., że rozporządzenie ma być podpisane w czerwcu i wejść w życie z dniem 1 września 2024 r. Tymczasem ruch służbowy w oświacie kończy się w dniu 31 maja i do tego terminu nauczyciel winien być poinformowany o zmniejszeniu wymiaru czasu pracy, czy też tym bardziej o wypowiedzeniu umowy.

Prąd i gaz zdrożeją pomimo obietnic rządu

Prąd i gaz zdrożeją pomimo obietnic rządu

Od lipca rachunki za prąd wzrosną o 30 proc., a za gaz jeszcze więcej. Takie są nowe taryfy oraz zakończenie mrożenia cen surowców energetycznych, które wdrożył poprzedni rząd.

Jak informuje portal money.pl, Ministerstwo Klimatu i Środowiska zaprezentowało ocenę skutków ustawy o bonie energetycznym. Wynika z niej, że w drugiej połowie tego roku ceny prądu wzrosną, w porównaniu z pierwszą połową, o prawie 30 proc. Tymczasem jeszcze miesiąc temu minister klimatu zapewniała, że nie będzie dużych podwyżek.

Z analizy banku BNP Paribas, zaprezentowanej w marcu tego roku, wynikało, że w drugiej połowie 2024 r. rachunki za prąd wzrosną o około 15-25 proc. „Z kolei pełne uwolnienie cen od lipca do poziomu zgodnego z zatwierdzoną przez URE w grudniu ubiegłego roku taryfą (739 zł), oznaczałoby wzrost rachunków o około 65 proc. (z uwzględnieniem kosztów dystrybucji i podatków)” – wskazywali w analizie ekonomiści. Na naszym rachunku znajduje się osiem różnych opłat dystrybucyjnych i to one wzrosną: opłata sieciowa, stawka opłaty przejściowej, opłata abonamentowa, składnik zmienny stawki sieciowej, stawka jakościowa, stawka OZE, stawka kogeneracyjna, stawka mocowa.

Z kolei o wzroście cen gazu pisze portal Business Insider. Od 1 lipca zaczną obowiązywać nowe ceny za gaz. Jak informuje PGNiG, są to zaktualizowane taryfy za sprzedaż i dostarczanie gazu. Co stoi za podwyżką cen? Przyczyną są kończące się tarcze ochronne, które miały zastosowanie tylko do połowy roku. Odbiorcy domowi i inni klienci, którzy korzystają z ochrony taryfowej, będą płacić stare ceny tylko do 30 czerwca 2024 r.

Od 1 lipca 2024 r. wejdą w życie nowe, wyższe stawki za gaz oraz opłaty, które będą dotyczyć klientów korzystających również z ochrony taryfowej. Wzrost cen dla tej grupy klientów jest znaczący. Dla odbiorców objętych ochroną taryfową średni wzrost cen paliwa gazowego od 1 lipca 2024 r. wyniesie ok. 45-47 proc. Stawki z 24,62 gr/kWh wzrosną do 35,79-36,27 gr/kWh brutto. Do tego dodane zostaną wyższe opłaty dystrybucyjne. Gaz może zdrożeć nawet o 60 proc. Szczególnie dotkliwe będzie to dla użytkowników zużywających sporo surowca, np. do ogrzewania domów, ale odczuwalne wydatki obejmą także tych, którzy „tylko” gotują na gazie czy podgrzewają nim wodę.

Egzekucja biednych

Egzekucja biednych

Rząd planuje szokujące zmiany. Ponownie będzie możliwość egzekucji i ściągania długów z minimalnego wynagrodzenia za pracę.

Jak informuje portal prawo.pl, rząd planuje zmiany dotyczące ograniczeń egzekucji długu z minimalnego wynagrodzenia za pracę. Zakres egzekucji z wynagrodzenia za pracę należności innych niż alimentacyjne został uregulowany w ustawie Kodeks pracy. Zgodnie z art. 87 (1) par. 1 pkt 1 kodeksu pracy wolna od potrąceń przy egzekwowaniu należności innych niż alimentacyjne pozostaje kwota wynagrodzenia za pracę w wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę, przysługującego pracownikom zatrudnionym w pełnym wymiarze czasu pracy, po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne, zaliczki na podatek dochodowy od osób fizycznych oraz wpłat dokonywanych do pracowniczego planu kapitałowego, jeżeli pracownik nie zrezygnował z ich dokonywania.

Według szacunków Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej w 2024 r. liczba osób otrzymujących wynagrodzenie minimalne urośnie do 3,6 mln osób, czyli pensję minimalną będzie zarabiać co czwarta pracująca osoba. Ministerstwo Sprawiedliwości uważa, że „obecny stan to patologia”, gdyż ustawa chroni osoby zarabiające „aż” 4242 zł brutto miesięcznie, które wobec tego „uważają się za bezkarne”.

Samorządowcy proponują, aby umożliwić prowadzenie egzekucji sądowej oraz administracyjnej należności innych niż alimentacyjne z minimalnego wynagrodzenia za pracę na analogicznych zasadach, jak obowiązujące w odniesieniu do świadczeń emerytalno- rentowych, tj. w wysokości 25 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę.

Rolnicy nadal protestują

Rolnicy nadal protestują

Tym razem rolnicy protestowali podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Jak informuje portal farmer.pl, 7 maja w Katowicach rozpoczął się trzydniowy Europejski Kongres Gospodarczy. Rolnicy wykorzystują obecność czołowych europejskich i polskich polityków, w tym premiera Tuska i przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen do zamanifestowania swojego niezadowolenia. Jak sami mówią – nie mają wyjścia.

Uczestnicy Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników chcą wykorzystać sytuację i zamanifestować niezadowolenie wobec dotychczasowej krajowej i unijnej polityki rolnej. Mówią, że ich postulaty wciąż nie zostały spełnione, a szef rządu uchyla się od obiecanego spotkania. Protestujący domagają się m.in. odrzucenia w całości Zielonego Ładu i uszczelnienia granic przed napływem produktów rolno-spożywczych spoza Unii Europejskiej.

Protest o 10:00 rozpoczął Stanisław Barna z Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników. Zaznaczył, że część rolników jest także w środku i tam rolnicy również podczas konferencji będą chcieli zabrać głos. Po krótkich wystąpieniach ruszył pochód wokół Spodka. Na czele pochodu wieziono trumnę. Jak mówią protestujący, to symbol polskiego rolnictwa. Następnie wysypali obornik przed budynkiem, w którym odbywa się Europejski Kongres Gospodarczy, odpalili racę i odśpiewali „Rotę”.

O równe płace

O równe płace

Oświatowa „Solidarność” domaga się podniesienia stawek minimalnego wynagrodzenia zasadniczego pracowników samorządowych zatrudnionych w szkołach prowadzonych przez organy administracji rządowej.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, chodzi o pracowników, którzy nie są nauczycielami. Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” stoi na stanowisku, że minimalne wynagrodzenie zasadnicze w każdej kategorii zaszeregowania powinno stanowić kwotę nie mniejszą niż minimalne wynagrodzenie za pracę ustalone dla pracowników zatrudnianych poza sektorem oświatowym, czyli obecnie 4242 zł brutto.

Mimo uwag i propozycji Solidarności Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej opublikowało rozporządzenie ze stawkami, które w ocenie związkowców mogą „prowadzić do patologii”, bowiem wynagrodzenie pracowników w niektórych grupach zaszeregowania określono na poziomie nieprzekraczającym 3000 zł brutto.

Jak piszą związkowcy, pracownicy niebędący nauczycielami, zatrudniani w szkołach i placówkach, a objęci opiniowanym rozporządzeniem, otrzymują wynagrodzenie niższe niż w szkołach samorządowych. Różnice między minimalnym a maksymalnym wynagrodzeniem zasadniczym są zbyt duże i prowadzą do nierównego traktowania pracowników w zakresie wynagrodzenia. Dotyczy to w równym stopniu różnych placówek, jak i pracowników w tej samej szkole. Pracownik zatrudniony na tym samym stanowisku, wykonujący tę samą pracę, może otrzymać różne wynagrodzenie zasadnicze.

„Za niedopuszczalne uważamy potraktowanie tej grupy pracowników jako gorszych niż np. w szkołach samorządowych, zwłaszcza że rząd obiecał 20-procentową podwyżkę dla pracowników państwowej sfery budżetowej i godne ich traktowanie. Należy skończyć z patologiami w wynagrodzeniach budżetówki i ustalić płace tych pracowników na godziwym poziomie” – podsumowało Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarności”.

Lichwa wraca

Lichwa wraca

Rośnie wartość pożyczek udzielanych Polakom nie przez banki, ale przez firmy pożyczkowe.

Jak informuje Business Insider, w marcu Polacy zadłużyli się na 1 mld 722 mln zł. To o ok. 200 mln zł więcej niż w lutym. Liczba pożyczek pozabankowych wystrzeliła w pierwszym kwartale tego roku. W lutym najwięcej było pożyczek celowych, udzielanych na niewielkie kwoty, znacznie mniej gotówkowych, o większej wartości.

Z najnowszego raportu BIK wynika, że te proporcje w marcu się zmieniły. Największy wzrost sprzedaży pożyczek gotówkowych wystąpił wśród zobowiązań wysokokwotowych, powyżej 5 tys. zł. Jak informuje BIK, średnia wartość pożyczki gotówkowej udzielonej w marcu 2024 r. wyniosła 2 524 zł i była o 12 proc. wyższa do średniej kwoty udzielonej w marcu 2023 r.

W I kwartale 2024 r. pożyczki pozabankowe wyniosły łącznie 4,85 mld zł, co oznacza wzrost o 111 proc. w porównaniu z I kwartałem 2023 r.

Tysiąc bez pracy

Tysiąc bez pracy

Grupa Eurocash ogłosiła plany redukcji zatrudnienia.

Jak informuje Business Insider, największa polska grupa hurtowa Eurocash, właściciel m.in. sieci ABC, Delikatesów Centrum, Groszek, Lewiatan i kilku pomniejszych, podjęła decyzję o redukcji zatrudnienia.

Chce zmniejszenia liczby etatów o ok. 6-7 proc. w ramach wszystkich spółek grupy. Proces obejmuje redukcję ok. 1000 etatów. Odbędzie się on, mimo iż Eurocash zanotował w roku 2023 zyski w wysokości 145 milionów złotych, co oznacza rok do roku wzrost o 62%.

Walka o wolne niedziele

Walka o wolne niedziele

Posłowie Trzeciej Drogi wracają do tematu przywrócenia handlu w niedziele. Związkowcy są przeciw.

Do pomysłu Trzeciej Drogi i aktywności Ryszarda Petru w temacie przywrócenia handlu w niedziele odnosi się Konfederacja Pracy i Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. Jak piszą związki we wspólnym stanowisku: „Negatywne stanowisko wobec zmian wyrażają pracownicy zatrudnieni w branży handlu wzmocnieni głosami reprezentantów pozostałych branż funkcjonujących w OPZZ; podobne stanowisko zajmują mali i średni przedsiębiorcy prowadzący swoje biznesy w tym sektorze; istotnego zainteresowania tematyką nie wykazują duże sieci handlowe; wreszcie klienci/konsumenci, którzy przez pewien początkowy okres faktycznie z pewnym rozgoryczeniem patrzyli na zamknięte w niedzielę sklepy, ale zauważyli, że nie jest to coś problematycznego. Zagadką pozostaje więc po co i w czyim interesie ta tematyka jest podejmowana? Posłom wnioskującym warto w tym miejscu zasygnalizować zajęcie się tematyką zdecydowanie ambitniejszą, powrót do społecznej rzeczywistości 2024 r. i jej faktycznych problemów – a tymi nie są zamknięte w niedzielę co poniektóre sklepy”.

Jak piszą związkowcy, wolne niedziele w handlu to zjawisko, które pracownicy tego sektora doceniali szczególnie. Nic nie zastąpi wspólnego czasu spędzonego z rodziną. Miażdżąca większość pracowników nie chce żadnych zmian w tej ustawie, a nawet obawia się ich nastąpienia. Proponowane zmiany stoją w sprzeczności z programem dwóch z trzech partii tworzących rządzącą koalicję – a mimo to ich wprowadzenie jest co i rusz podnoszone.

Podniesienie stawki za pracę w niedziele nie wynagrodzi pracownikom sektora straty wolnych niedziel. Istnieje wiele „trików” pracodawców na unikanie płacenie zwiększonej stawki lub nieprzestrzeganie wolnego. Okres rozliczeniowy często jest wydłużony do całego roku, zatem czasem pracy można dysponować w sposób niesłychanie elastyczny. Istnieje także tzw. równoważny czas pracy, czyli możliwość niewypłacania dodatku za pracę w weekend, a za to „odbieranie” wolnego dnia, na co rzecz jasna nigdy nie ma odpowiedniego momentu.

Ograniczenie handlu w niedziele to w praktyce jedyny przywilej pracowników sektora. Negatywną opinię w kwestii jakichkolwiek zmian przedstawiła także Polska Izba Handlu. Jej zdaniem obecne przepisy są korzystne dla większości małych i średnich przedsiębiorców.

Blanka kontra Rusinek – pojedynek na solo

Blanka kontra Rusinek – pojedynek na solo

Przyglądając się budowie anatomicznej sporej części polskich inteligentów można dojść do wniosku, mówiąc pół żartem, pół serio, że składa się on z Rozumu oraz kija utrzymującego go w pozycji pionowej (nie mylić z kręgosłupem). Pozbawiony jest zmysłowo-mięsnego ciała, którym tak ochoczo zajmuje się naukowo. Jako przedmiot badania ciało jest obiektem intelektualnego pożądania, lecz nie jest już nim, gdy może sprawiać jego posiadaczowi, czy wywoływać – o zgrozo – u kogoś innego, pożądanie i przyjemność. Jeśli jest ono pozbawione aspektu kontemplacyjnego, wymiaru nie refleksyjnego, lecz opierającego się po prostu na czystej cielesności „konsumowanej” zmysłami, choćby wzroku, dając tym samym radość z udziału w zmysłowym świecie, to musi przez inteligenta zostać zdeprecjonowane, poniżone, wyśmiane i określone, a jakże, kiczem.

W świecie wielu polskich inteligentów nieomal każde, niepoprzedzone wyznaniem w trybie intelektualno-poznawczym oraz moralnym zabezpieczeniem mówiącego, wypowiedzenie się o ciele i zmysłowości, jest, czy może być, uznane (różnica pomiędzy jednym a drugim dzisiaj zanika) za seksizm, uprzedmiotowienie, dyktaturę patriarchatu w społeczeństwie zdominowanym przez samców alfa oraz w ostateczności „kulturę gwałtu” – słowem, wszystkie zbrodnie, nierzadko wyimaginowane.

Z tego między innymi względu polski inteligent nienawidzi wszystkiego, co nierefleksyjnie cielesne i zmysłowe, gdyż sprowadzające kobietę do (jakoby) seksualnego obiektu dla męskiego drapieżnika. Jednym z obszarów, w którym się to szczególnie przejawia, jest stosunek do disco polo. Ten gatunek muzyczny jest nie tylko przez inteligentów znienawidzony i pogardzany (wiadomo: to kicz i tandeta przeznaczona dla wiejskiego ciemnogrodu), ale i krytykowany za seksizm.

Moim zdaniem to dosyć jednostronne ujęcie. Oczywiście, można zarzucić disco polo, że epatuje roznegliżowaną, kobiecą cielesnością, że w wielu teledyskach kobiety tańczą wyzywająco, ukazując swoje erotyczne atuty, że są widokiem dla męskiego spojrzenia (pojęcie J. Bergera). Zgoda.

Jednak, po pierwsze, nie jest to seksualizacja tak wulgarna jak w innych gatunkach muzycznych, np. hip-hopie. Po drugie, disco polo nierefleksyjnie cieszy się ową cielesnością, pokazując coś, o czym inteligent zdaje się zapominać, jakby zupełnie zapomniał o ciele i zmysłowym wymiarze zauroczenia czy miłości – że może mieć to właśnie nieuprzedmiotawiający wymiar.

Wiele tekstów piosenek tego gatunku, szczególnie tych z lat 90. ubiegłego wieku, jest nastawione na cielesność i zmysłowość. Pojawia się w nich ciało, ale przede wszystkim takie jego elementy jak usta, oczy, włosy, a nie piersi czy pośladki. Bohater niejednego utworu jest oczarowany urodą dziewczyny, której nierzadko jeszcze bliżej nie poznał, a nawet jeśli poznał i tworzą parę, docenia jej urodę. Czy to zbrodnia? Seksizm? Te piosenki opowiadają najczęściej o miłości, która, uwaga, jest cielesna i zmysłowa (to motyw wzięty z literatury ludowej). Co więcej, nie znam bardziej optymistycznych piosenek niż disco polo (spora część z nich taka właśnie jest), choć są i bardziej refleksyjne (prostym językiem wyrażające to, o czym piszą uznani za wielkich), a czasami dotyczące miłości niespełnionej i nieszczęśliwej, w których mężczyzna wcale nie jest samcem alfa, lecz jawi się raczej jako delikatny i kruchy. Są optymistyczne, radosne, dają nadzieję w trudnych chwilach, pozwalają się zwyczajnie wyluzować i cieszyć życiem. Wystarczy na chwilę pozbyć się wspominanego kija, wziąć w nawias swoje inteligencie dąsy i posłuchać takich piosenek jak np. „Ciało do ciała”, „Promienie”, „Przekorny los”, „Przez twe oczy zielone”, „O Ela, Ela”, „Ona tańczy dla mnie”.

Życie nie składa się tylko z czytania mądrych książek, oglądania ambitnego kina, kontemplacji wielkich dzieł sztuki, co dobrze oddają liczne komentarze pod tymi piosenkami w serwisie YouTube. Byłby to koszmar, nie mówiąc już o tym, że byłoby to wręcz psychicznie niebezpieczne, albowiem chwile skupienia muszą współistnieć z chwilami nie myślenia, lecz przeżywania wolnego od intelektualnego wysiłku.

Moim zdaniem to właśnie ta prosta, cielesna i zmysłowa miłość tak irytuje inteligenta. Gdyż aby być uznaną za pełnoprawną miłość, musiałaby być ona poprzedzona wielogodzinnym seminarium o tekstach wielkich filozofów, pisarzy, reżyserów i malarzy. Intelektualne porozumienie jest ważne, to oczywiste, ale nie dobieramy się w pary czy zakochujemy w sobie wyłącznie dlatego, że połączyła nas taka sama interpretacja dzieł Derridy czy Heideggera.

Ale nie tylko disco polo jest obiektem inteligenckiej krytyki. Jest nią w ogóle to, co staje się popularne, np. w muzyce, a nie niesie ze sobą jakiegoś szczególnie istotnego, z punktu widzenia wyżyn akademickiego dyskursu, egzystencjalnego przesłania.

Przykładem może być ironiczne wyśmianie przez Michała Rusinka słów piosenki Blanki pt. „Solo”, która stała się hitem. Została obejrzana 23 miliony razy, miała 10 milionów odtworzeń na Spotify, reprezentowała nas na Eurowizji. Na nagraniu, dostępnym w serwisie YouTube, krakowski literaturoznawca i tłumacz, doktor habilitowany Uniwersytetu Jagiellońskiego, przekłada z angielskiego na polski słowa tejże piosenki. „Zobaczcie, jakie to głupie” – zdaje się mówić, „W tych słowach nie ma żadnego sensu”. Spuszczę zasłonę milczenia na tłumaczenie przez Rusinka słowa „Bejbe” (a właściwie: „Bejba”) jako „dziecko”, które należałoby przetłumaczyć raczej jako „Kochanie”, bo nie o samo tłumaczenie tutaj idzie. Piosenka jest po prostu o tym, że czasami lepiej jest być samemu, czyli solo, niż z kimś, z kim jest nam źle. Blanka w teledysku pokazuje, jak cieszy się z tego, że w końcu jest wolna po tym, jak zakończyła nieudany związek. Znam to uczucie i dlatego lubię tę piosenkę i teledysk – nie muszę go rozkładać na czynniki pierwsze i nie bardzo wiem, po co miałbym to robić. Muzyka wpada w ucho, jak dobre disco polo, dziewczyna jest ładna, zgrabna, a w miejscu, gdzie kręcony był teledysk, chętnie spędziłbym kilka dni wakacji, jeżdżąc takim samochodem jak ona. To jakaś zbrodnia nagrać taki teledysk? Zdaniem Rusinka piosenka powinna być chyba pogłębionym portretem psychologicznym, a tutaj mamy do czynienia z emocjami, a nie z analizą. I dobrze, bo ta piosenka wyraża radość, szczęście i optymizm. Czy to źle? Krakowski uczony chciałby chyba, analogicznie jak Zbigniew Mikołejko względem disco polo, aby te rozpraszało jego lęki egzystencjalne, było ambitne, należało do sztuki wysokiej. Ani disco polo, ani piosenka Blanki, nie mają takich ambicji, bo to tak, jakby oczekiwać od samochodu, żeby latał albo pływał, jeśli został skonstruowany do zupełnie innych celów. Polski inteligent, czego przykładem jest Michał Rusinek, chciałby żeby świat był Misiem Uszatkiem z jego wyobrażeń i owo wyobrażenie chce uczynić powszechnym, psując przy tym całą zabawę. „To, co przeżywasz, jest takie płytkie, a zatem i ty jesteś płytki” – zdaje się mówić pohukujący czy ironizujący inteligent. Czasami potrzebujemy różnych głębokości „przeżyć”.

Rozumiem i podzielam krytykę mitu piękna, wręcz dyktatury ludzi pięknych. Nie podoba mi się chore dążenie do nieosiągalnego ideału piękna, który nie jest możliwy do realizowania, jeśli nie ma się wystarczających zasobów w postaci pieniędzy (na skalpel i dietę) oraz czasu (na ćwiczenia). To wszystko wiemy, napisano na ten temat setki książek trafnie krytykujących „przemysł piękna” w służbie kapitalizmu. Nie mylmy jednak tej krytyki z niesprawiającym nikomu przykrości i niewyrządzającym zła poczuciem szczęścia (oprócz tych, czujących się urażonymi nieomal wszystkim), beztroskiej radości i przyjemności płynącej z cielesności i zmysłów. W przeciwnym razie grozi nam popadnięcie w absurd, którego przykładem może być Kantowska ocena seksu jako ruchów niegodnych filozofa.

Problem inteligenta z disco polo oraz muzyką popularną, jak wspomniana piosenka Blanki, polega na tym, że oba nie tabuizują seksualności, lecz ją afirmują. Blanka jest po prostu sexy, co niekiedy wręcz uruchamia u inteligenta (płci obojga) jakiś resentyment, a w ostateczności chęć pokazania swojej wyższości intelektualnej. Tomasz Szlendak, opisując przed laty klasowe tło sporu o białe kozaczki, które były synonimem złego gustu charakterystycznego dla „ludu”, stwierdził, że „Elita ucieka od seksualnej dosłowności, nieelita wręcz przeciwnie. U elity seksualność skrywana jest pod subtelniejszą powierzchnią, u nieelity jest ostentacyjna. […] Mężczyźni z elity także lubują się w białych kozaczkach, tak jak lubują się w jadowicie różowych stringach i ostentacyjnie erotycznych pończochach. Tyle tylko, że lubują się w tym wszystkim w zaciszu własnej, domowej sypialni” (Tomasz Szlendak, „Demokratyczna moda kontra białe kozaczki”, Dziennik, 2 czerwca 2006). Nie chodzi nawet o obłudę inteligenta, jeśli uznać, że toruński socjolog ma rację, ale o fakt, że nie da się, i nawet nie wiem, czy byłoby to możliwe oraz pożądane, sprowadzić ciało, zmysły, seksualność i erotyzm do sfery prywatnej. Kto był na włoskiej plaży, wie, o czym mówię: nie dajmy sobie odebrać miłosnej gry pomiędzy kobietą a mężczyzną także w wymiarze cielesnym.

Trawestując słynne stwierdzenie z filmu „Chłopaki nie płaczą”, można powiedzieć, że „Polski inteligent nie ma luzu”.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: kadr z teledysku do piosenki „Solo” Blanki.

Coraz bliżej strajku

Coraz bliżej strajku

Czy w Canpack FIP w Brzesku będzie strajk?

Jak informuje serwis tarnow.naszemiasto.pl, pracownicy Canpack FIP nie mogą porozumieć się z pracodawcą w kwestii podwyżek. Rozpoczynają przygotowania do strajku. W najbliższych dniach wśród załogi przeprowadzone będzie referendum strajkowe.

Zakończyły się trwające kilka tygodni rozmowy w sprawie podwyżek w firmie Canpack Food and Industrial Packaging w Brzesku. Załogę liczącą ponad 450 osób w mediacjach z władzami firmy reprezentowali związkowcy zrzeszeni w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Inicjatywa Pracownicza.

Początkowo domagali się wzrostu pensji na poziomie 20 proc. Z każdą kolejną rozmową z zarządem obniżali swoje oczekiwania. Podczas ostatniej tury rozmów, która odbyła się w 18 kwietnia, zaproponowali, aby podwyżki dla pracowników wyniosły średnio 11,75 proc.
„Pracodawca zaproponował 9,5 procent, co naszym zdaniem jest zdecydowanie za mało. Według nas zyski firmy są duże i jest z czego podnieść pensje pracownikom” – podkreśla Jakub Chamioło z prezydium komisji OZZ Inicjatywa Pracownicza w Canpack FIP w Brzesku.

Brak porozumienia oznacza, że w brzeskiej firmie rozpoczną się przygotowania do strajku. W najbliższych dniach ma zostać przeprowadzone referendum strajkowe. Jeśli większość załogi opowie się „za”, w Canpack FIP dojdzie do strajku i pracownicy odejdą od stanowisk pracy. Chcą walczyć o podwyżki, ponieważ podkreślają, że ich zarobki oscylują w okolicach najniższej krajowej.
Po nieudanych negocjacjach z zarządem związkowcy domagają się teraz podwyżek na poziomie 14,4 proc.

Cudzoziemcy legalnie nielegalni

Cudzoziemcy legalnie nielegalni

Zatrudniający nielegalnie cudzoziemców nie będą za to karani. Takie zmiany w ustawie o promocji zatrudnienia znalazły się w pakiecie deregulacyjnym resortu rozwoju, który trafił do konsultacji społecznych.

Jak pisze portal money.pl, resort wywołał burzę nowym pomysłem. Ministerstwo Rozwoju i Technologii kierowane przez Krzysztofa Hetmana przygotowało pakiet zmian w kilkunastu ustawach, które mają pomóc przedsiębiorcom w prowadzeniu działalności gospodarczej.

Jedna z tych zmian, zamieszczona w tzw. pakiecie deregulacyjnym, dotyczy odpowiedzialności pracodawcy za powierzenie cudzoziemcowi nielegalnego wykonywania pracy. Za wskazany czyn grozi kara grzywny do 30 tys. zł. Po zmianach za wykroczenie polegające na nielegalnym zatrudnieniu cudzoziemca byliby karani jedynie ci pracodawcy, którzy dopuścili się tego z winy umyślnej, a nie – jak teraz – wszyscy, którzy złamali prawo. Pracodawcy twierdzą, że obowiązki wynikające z weryfikacji legalności powierzenia pracy postrzegane są jako nadmierne obciążenia administracyjne.

Pakiet deregulacyjny trafił na początku kwietnia do konsultacji społecznych i już wzbudza wiele emocji. Zdaniem wiceprzewodniczącego Związku Zawodowego „Budowlani” Jakuba Kusa, jego zapisy „nawiązują do najgorszych tradycji polskiej legislacji, a duża część proponowanych zmian wydaje się katalogiem pomysłów różnych lobbystów”. Jego zdaniem proponowane w pakiecie rozwiązania wpłyną nie tyle na deregulację, ile na demontaż cywilizowanych reguł rynku pracy.

Związki zawodowe są zdecydowanie przeciwne wprowadzeniu tej zmiany w ustawie. Prowadzi ona do powrotu do usankcjonowanego dumpingu na rynku pracy (nie tylko w budownictwie), a także do naruszenia zasad uczciwej konkurencji.

Pocztowcy walczą ze zwolnieniami

Pocztowcy walczą ze zwolnieniami

Ponad podziałami związki zawodowe będą walczyć z planami zwolnień w Poczcie Polskiej.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, poza ogłoszoną już redukcją zatrudnienia w Poczcie Polskiej o ponad 5 tys. osób w skali roku (ta – według związków – finalnie może sięgnąć nawet 10 tys. etatów), dojść ma do dodatkowych zwolnień grupowych. Dotychczas była mowa tylko o tym, że Poczta nie będzie przyjmowała do pracy następców osób odchodzących na emerytury i takich, którym kończą się umowy o pracę. Obecnie zapowiadane są dodatkowe zwolnienia. Ich skala na razie nie jest znana. Mają dotyczyć głównie administracji.

W najbliższych miesiącach ma być wypowiedziany także układ zbiorowy pracy. Reguluje on zasady zatrudnienia w Poczcie Polskiej. Obecnie Poczta zatrudnia 63 tysiące osób. – „Utrzymanie takiego zatrudnienia w nowych warunkach, przy gwałtownym spadku liczby listów, nie będzie możliwe” – przekonywał podczas posiedzenia senackiej Komisji Infrastruktury nowy prezes Sebastian Mikosz. Choć na razie nie ma sygnałów o planach likwidowania placówek, nowy zarząd zdecydował już jednak o ograniczeniu ich funkcjonowania. Z wytycznych wynika, że urzędy poza dużymi miastami i centrami handlowymi mają być zamykane w soboty, zmniejszona ma być liczba okienek i czas pracy urzędów. Nie będzie pracy na dwie zmiany.

Pocztowa „Solidarność” już zapowiedziała na wtorek protest przed Ministerstwem Aktywów Państwowych. Nieoficjalnie mówi się, że pocztowców mają wesprzeć górnicy. Oprócz tego wszystkie związki zawodowe z Poczty odrzuciły z oburzeniem propozycję przedstawioną im przez zarząd firmy. W zamian za zgodę na liczne zwolnienia, część oszczędzonych środków miałaby zostać przeznaczona na podwyżki płac pozostałych pracowników. Związkowcy oczekują podwyżek płac bez zgody na zwalnianie ludzi z pracy. 16 maja planują zorganizować strajk ostrzegawczy.

(Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa burts – photo taken by burts, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=844968)

O poetce z inspekcji pracy

O poetce z inspekcji pracy

Maria Przedborska (wł. Felicja Maria Przedborska) to szerzej niezbyt znana, a ciekawa postać związana z historią Łodzi lat 30. XX w.

Według „Słownika biograficznego Żydów łódzkich oraz z Łodzią związanych” urodziła się 30 października 1888 roku. Córka Ludwika Przedborskiego, lekarza, i Puliny (Perły) z Konów. Jej ojciec był polskim laryngologiem, znanym w Łodzi działaczem oświatowym i filantropem pochodzenia żydowskiego. Urodził się w Warszawie, ale od 1885 r. – dwa lat po uzyskaniu dyplomu lekarskiego na Uniwersytecie Warszawskim i praktykach we Wiedniu – zamieszkał w Łodzi, gdzie był ordynatorem tymczasowego szpitala dla Żydów założonego przez Izraela Poznańskiego, a potem Żydowskiego Szpitala im. małżonków Izraela i Leony Poznańskich. Został też sekretarzem Towarzystwa Doraźnej Pomocy Lekarskiej, jak wówczas nazywano pogotowie ratunkowe, założone w Łodzi w 1899 r. jako trzecie na ziemiach polskich i czwarte w Europie. Jako członek zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty, był zasłużonym organizatorem oświaty ludowej, utalentowanym popularyzatorem wiedzy, przewodniczącym Sekcji Pedagogicznej Oddziału Łódzkiego Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego.

Nic więc dziwnego, że wyrastająca w takiej atmosferze rodzinnej Felicja Maria od wczesnej młodości angażowała się w działalność społeczną. Podczas rewolucji 1905 r. wzięła w Łodzi udział w strajku szkolnym, walczyła o polską szkołę. Kiedy ukończyła Uniwersytet Jagielloński w Krakowie i obroniła doktorat z filozofii, podczas I wojny światowej służyła w Czerwonym Krzyżu. Swoje doświadczenia opisała w „Pamiętniku siostry Czerwonego Krzyża”, który był drukowany w 1919 r. na łamach PPS-owskiego „Robotnika” w nakładzie 8-10 tys., oraz w tomiku poezji z lat wojny zatytułowanym „Czerwony Krzyż”, wydanym w 1922 r. nakładem „Księgarni Polskiej”. Na początku lat 20. pracowała w warszawskim gimnazjum żeńskim Fanny Poznerowej, gdzie uczyła propedeutyki filozofii. W tym czasie pod pseudonimami „Maria” i „M-a P-a” publikowała wiersze i recenzje z warszawskich teatrów w „Sfinksie”, „Widnokręgu”, „Głosie Porannym”.

W 1926 r. – prawdopodobnie po przewrocie majowym Piłsudskiego – została inspektorką pracy i wkrótce przeniosła się do rodzinnej Łodzi. W latach 30. pracowała też w komisji rewizyjnej Stowarzyszenia „Urlopy Pracownicze”. Kontynuując tradycje rodzinne wchodziła w skład zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty. Przedborskiej udało się przekonać łódzkie robotnice do opowiedzenia swoich historii: o warunkach pracy i życia, o wykorzystywaniu seksualnym kobiet w fabrykach. Zebranymi materiałami dzieliła się z Haliną Krahelską – w latach 1927-1931 zastępczynią Głównego Inspektora Pracy, znienawidzoną przez łódzkich fabrykantów autorką opracowania z 1927 r. „Łódzki przemysł włókienniczy wobec ustawodawstwa pracy” – a ta część z nich włączyła do napisanego wspólnie z M. Kirstową i S. Wolskim zbioru „Ze wspomnień inspektora pracy” z 1936 r.

W „Głosie Porannym”, wydawanym w Łodzi od 1929 r. piśmie o orientacji socjaldemokratycznej, już pod imieniem i nazwiskiem ukazywały się w latach 30. artykuły-sprawozdania M. Przyborskiej o sytuacji w łódzkich fabrykach, m.in. „Samowola majstrów wobec robotnic” („Głos Poranny” 1932 nr 106), „Robotnica łódzka w świetle faktów i wspomnień” (Głos Poranny” 1938 nr 146) czy – opublikowany w 1939 r. przez Księdze pamiątkowej Syndykatu Dziennikarzy Łódzkich – raport „Kobieta w łódzkim przemyśle”. Na łamach „Głosu Porannego” w latach 1932-1936 publikowano cykl jej wierszy „Wśród kominów Łodzi”.

Dotychczas snuto różne domysły na temat jej losów podczas niemieckiej okupacji. Marta Madejska, autorka bloga „Aleja Włókniarek”, tak pisała o swoich poszukiwaniach tropów archiwalnych o Marii Przedborskiej: „Część materiałów na jej temat jest w zbiorach po Eugeniuszu Ajnenkielu w Archiwum Państwowym w Łodzi […] przy al. Kościuszki. […] Chyba każdy badacz i badaczka łódzkiej kultury robotniczej co najmniej raz w życiu kieruje ciepłe uczucia w stronę nieboszczyka Ajnenkiela, syna szewskiego, polityka, historyka ruchu robotniczego. Z namaszczeniem odwiązałam teczkę, otworzyłam i zobaczyłam całkowicie pustą kartę ewidencji użytkowników. Spytałam pracownika archiwum, czy ktoś wcześniej z tego korzystał (może się nie wpisał, może poprzednia karta ewidencji zaginęła?). Nie. Teczka trafiła do archiwum w latach 90., do obiegu dla użytkowników weszła w roku 2001. Nikt przede mną jej nie szukał (oburzenie, wzruszenie, rozedrganie, nagle obudzony instynkt odkrywcy). Okazuje się, że Ajnenkiel poznał Przedborską osobiście w latach 30. w Łodzi, kiedy prowadziła inspekcyjno-dziennikarską kampanię przeciwko wyzyskowi i wykorzystywaniu seksualnemu robotnic. Opisuje ją dość szczegółowo – widać, że zrobiła na nim wrażenie. […] Ajnenkiel spotkał ją po raz kolejny podczas II wojny światowej w Krakowie, gdzie wysiedlono wiele osób z łódzkiej inteligencji. Później Maria za rodziną swojej siostry powędrowała do getta warszawskiego”. Ten trop potwierdza wzmianka o niej w „Pamiętnikach z getta warszawskiego. Październik 1940 – styczeń 1943” Henryka Makowera, że w czasie II wojny światowej prowadziła w getcie warszawskim kursy maturalne dla uczniów szkół średnich.

Prawdopodobnie zginęła w warszawskim getcie lub po ucieczce z niego. Edward Kołodziejczyk w swojej monografii „Inspekcja Pracy w Polsce 1919-1999” (Warszawa 2003, s. 140) wśród inspektorów pracy, którzy polegli lub zmarli podczas II wojny światowej jednoznacznie stwierdza: „dr Maria Przedborska – podinspektorka ds. kobiet i młodocianych w III okręgu (Łódź), zamordowana w Getcie Warszawskim”. Nieznane jest miejsce jej pochówku.

Jak pisała M. Madejska, „wygląda na to, że Ajnenkiel od 1949 r. przygotowywał się do wydania opracowania o Przedborskiej, być może tomiku wierszy ze wstępem. Cała teczka zawiera jej skrótową biografię, nekrolog doktora Ludwika Przedborskiego – ojca Marii, wnioski z rozmów z jej znajomymi i przyjaciółmi przeprowadzonymi już po wojnie, trochę notatek ze statystykami z międzywojnia, artykuły prasowe, cały cykl »Wśród kominów Łodzi« i kilka wierszy biograficznych, które samozwańczy kronikarz wypisał z zeszytów pożyczonych od przyjaciela Przedborskiej”.

Wuj czy stryj mego dziadka został powieszony

na gałęzi, w swym długim żydowskim chałacie,

przez Moskali – nie wydał, z jakiej przyszli strony

powstańcy. Kochał Polskę w jej krwi majestacie.

Lata szkolne. Dostałam od kogoś wzbroniony

tom wierszy Krasińskiego. „Tamten”… W poemacie

zakochałam się… Sybir… i męczeńskie zgony…

Kochałam Polskę w łez Jej cichym majestacie.

Pokój. Wstrząs! Na warszawskim ratuszu czerwony

sztandar. – „Proletariacką dłoń daj siostro, bracie!

Po prawa swe sięgają nędzarzy miliony!”

Kochałam Polskę w prac Jej twórczych majestacie

Zbir w „gazrurkę”, kastety i nóż uzbrojony,

pismak jadem ziejący w swej brukowej szmacie

kraczą – „Precz z Polski!” – czarne nad padliną wrony.

Nienawidzę tej Polski – – – W żydowskim chałacie
został stryj mego dziada

w nocy powieszony

przez Moskali. I Polska w swej żałobnej szacie

stanęła przy nim łkając – „Oplwany, wzgardzony

synu mój!”… Łza jej płonie dziś w żółtej mej łacie…

Zbir z „gazrurką” i pismak odnoszą się do fali antysemityzmu w II RP, o której nigdzie wcześniej otwarcie nie pisała. „Żółta łata”, czyli żółta gwiazda Dawida, to oznakowanie, do którego noszenia zmuszeni zostali Żydzi na terenach okupowanych i wcielonych do Rzeszy.”

W swojej monografii E. Kołodziejczyk przytacza takie wspomnienie: „W inspekcji zetknęłam się z ludźmi bez reszty oddanymi sprawie robotniczej – podkreśla Danuta Głodek, która pracowała w łódzkim okręgowym inspektoracie pracy także w latach powojennych. – Od ludzi takich jak Maria Przedborska […], Wacław Wyrzykowski [….] i inni – nauczyłam się tego, co w późniejszych latach, po wojnie, pozwoliło mi na wdrażanie z całym przekonaniem, jako inspektorowi pracy, przepisów z zakresu ochrony pracy, szczególnie dotyczących kobiet i młodocianych. To była dobra szkoła, na najwyższym poziomie życiowym” („Inspekcja Pracy w Polsce 1919-1999”, jw., s. 95-96).

Wspomniany Wacław Wyrzykowski był owym adresatem i właścicielem zeszytów M. Przedborskiej, do których po wojnie dotarł E. Ajnenkiel, a które M. Madejska uznała za zaginione, ponieważ W. Wyrzykowski – od 1927 do 1939 r. okręgowy inspektor IV Okręgu Inspekcji Pracy w Kielcach – zmarł w latach 50. XX w.

Niektóre z wierszy Przedborskiej zostały opublikowane w tomach zbiorowych, ale nikt nigdy nie pokusił się o wydanie jej dzieł zebranych czy chociaż zbioru „Wśród kominów Łodzi”. Krytycy literaccy zarzucali jej monotematyczność, ale dobrze widać, że nie z myślą o nich pisała. Bez żadnej cenzury w poezji oddawała wszystkie swoje obserwacje, które dotyczyły łódzkiego środowiska robotniczego w czasach wielkiego kryzysu lat 30., w szczególności kobiet. Wiersze opublikowane w roku 1934 w nr 354 „Głosu Porannego” zadedykowała:

ROBOTNICY ŁÓDZKIEJ
– jej pracy, zmaganiom i męce,
jej modlitwom, zawodom i przekleństwom
jej życiu, konaniu i śmierci
jej bohaterstwu kobiecemu.

W Z. Skibińskiego, B. Stelmaszczyk-Świontek: „Kwiaty łódzkie. Antologia poezji o Łodzi” (Łódź: Wydawnictwo Łódzkie, 1982) zamieszczone zostały 4 wiersze jej autorstwa: „Doły”, „Dzień powszedni i święto”, „[Nie ma jej na Piotrkowskiej]”, „Pokolenia”.

Poniżej przykłady jej „inspektorskich” wierszy, odnalezionych przez M. Madejską:

Maria Przedborska

Wśród kominów Łodzi, 1932-1936

[przy przepisywaniu zachowałam zgodną z oryginałem pisownię, ortografię etc.]

„Głos Poranny” nr 272/1932:

Nieszczęśliwe wypadki

Skaleczone, przebite, ucięte, zmiażdżone

palce, dłonie, ramiona w chwycie maszyn ślepym…

Ciemno oczy, ogłuchłe uszy, poparzone

nogi, biodra, strzaskane piersi i czerepy…

Gryzącemi płynami potwornie wyżarte,

sprasowane przez dźwigi, naciągnięte na wał,

rażono prądem, podczas eksplozji rozdarte,

silne, nagle zamarłe, biedne ludzkie ciała…

Nieszczęśliwe wypadki… Jak z badań wynika,

nieuniknione – mimo ochron i ostrzeżeń:

w sześćdziesięciu procentach wina robotnika,

Może… pewnie… tak… (Skąd się tylu winnych bierze)

A w czterdziestu?! – Zginajcie, prostujcie się, prężcie

ślizgajcie przez cień groźną, w pyle, dymie, parze:

dzień każden gwiazdy wasze – szczęście czy nie¬

szczęście — na stropie sali nieci, o losu nędzarze!

Pręty, siatki, poręcze, koryta, kaptury,

manometry, sygnały, maski, rękawice

– i jeden krótki moment: błysk gromowej chmury,

Krzyk straszny… Po nim cisza… W nich dwie tajemnice.

Płoną gwiazdy czy gasną? – Wy ich nie widzicie,

chleb wszak trzeba zdobywać dla siebie i dziecka!

Nie zatrwoży nic tego, kto już wie, iż życie

jest stokroć podstępniejsze, niźli śmierć zdradziecka…

 

W tkalni

Przeogromna hala – dwa tysiące krosien,

przeogromna hala – tysiąc robotników!

Krzyknij z całej siły – zamrzesz w niemym głosie:

tak zamiera w każdej chwili tysiąc krzyków!

W ciągły szum transmisji wpadają miarowe

ostre uderzenia, które mógłbyś zliczyć.

Trzeszczy dach – zda ci się, że runie na głowę…

drży ziemia – czy grozi wybuch tajemniczy?…

Straszliwy huk czaszkę rozsadzi ci zaraz?

w tętnicach twych gonią się tkackie czółenka?

– Osiem godzin biegnie wskazówka zegara:

nerw tępieje, ale w tym czasie nie pęka!

Na trzeci dzień, czwarty, piąty czy dziesiąty

tak się przyzwyczaisz do stuku i wstrząśnień,

że w domu ci huczeć pocznie cisza w kątach

i spoczynek będzie drażnił cię nieznośnie.

Łap! wiąż! rwij! łącz! – ciągle czujnemi oczyma

rękoma, nerwami, wolą! Zlej się w całość

z tą żelazną masą, która ciebie trzyma,

której jesteś cząstką nieskończenie małą!…

„Głos Poranny” nr 293/1932:

Dwa dni w tygodniu

Dwa dni w tygodniu pracuj – i żyj przez dni siedem!

W dwa dni na akord wyrób stawki dwie, trzy, więcej:

napnij mięśnie, tętnicę, nerwy, jak swą biedę

– i milcz! Jest was zbyt wielu: przeszło sto tysięcy

Gdy rząd podczas inflacji rozdzielał kredyty –

na trzy zmiany zatrudniać można było wszystkich:

starców, dzieci, kaleki, ciężarne kobiety –

i umieszczać w dolarach zagranicą zyski.

Dziś – kryzys, brak gotówki, czeki bez pokrycia,

nadzory, upadłości, zachwianie kolosów:

fala śmierci, ukryta pod powierzchnią życia,

tryskająca i przepastnych tajników chaosu…

Ty, jeden w stu tysiącach, czy – wraz z rodzinami –

w półmiljonie, ty pierwszy czujesz wiew złowieszczy!

Chwilowe ożywienie – „sezon” – cię nie mami:

nędza, wszczepiona w gardziel chwyt wzmacnia swych kleszczy

Ty, głodny, nagi, chory, ty, na zapomogach

w ciągu długich tygodni nie mogący skonać,

niewolniku strasznego Konjunktury boga,

ty tylko masz Łódź, tylko ty wiesz, czem jest ona!

„Głos Poranny” nr 312 (wł. 321, błąd w numeracji)/1932:

Tkaczka

Na jedną robotnicę osiem,

potem szesnaście, jeszcze więcej

automatycznych ma być krosien:

postęp wypiera ludzkie ręce!

Kilka śrub, wałków, trybów, kółek –

maszyna sił nabrała nowych:

żelazne palce, wprawne, czułe,

ślą wątek szybciej w gąszcz osnowy.

Zapadła pierś, podbite oczy,

ziemista cera, wargi blade

– co tam! ze skóry niech wyskoczy:

musi dać sobie tkaczka radę!

Między krosnami, jak w obłędzie,

biega, wstrzymuje, puszcza dalej,

była tu, już jest w tamtym rzędzie

zwiększyć zarobki obiecali!

Zwiększą je? czy też oszukańczo

zmniejszą? – Uważać! nici rwą się,

tu, tam, znów… Gdzie? – Skry w oczach tańczą…

warsztaty uciekają w pląsie…

Łamią się nogi… Serce pęka.

i ogniem bije – „Chryste Panie!!”…

Bucha szkarłatna, żywa męka…

Zastrzyk morfiny – wnet ustanie!

Zdarza się. Krwotok płucny…

dziedzictwo: ojciec alkoholik…

– – – Świat zasnuł się mgłą ciemną, gęstą…

Tak lekko, dobrze…: Nic nie boli…

Po czterech tygodniach

Zdradziecka ją chwyciła grypa – i trzymała:

głuchy kaszel darł płuca, ból rozsadzał głowę,

w nocy pierś gniotła ciężka – niby życie – skała

i nad łóżkiem się cienie tłoczyły widmowe.

Blade wargi drżą: – „Panie Doktorze kochany,

spraw, bym mogła najprędzej chodź trochę się podnieść

i przejść o własnych siłach od ściany do ściany!…”

– Wolno wszak tylko cztery chorować tygodnie!

Po trzydziestu dziewięciu dniach jak z trumny mara

stawiła się do pracy. Zapóźno! Ktoś inny

zajął miejsce przy krosnach. Gnie się postać szara…

Ustawa przewiduje… Kierownik niewinny…

Kartę na zapomogę chcą jej wepchnąć w dłonie …

– „A urlop? Psiekrwie! Urlop też przepadł w tym roku?!”

Buchalter, księgi – wszystko pogrąża się, tonie,

razem z nimi i ona, w lodowatym mroku…

„Głos Poranny” nr 357/1932”

Młodociani

Spis młodocianych z fabryk: łącznie wszystkie działy

dobrych kilka tysięcy wchłonęły ich w siebie,

Dzieci? – Nie, to dorośli: dorośli – w potrzebie.

jedyni żywiciele często rodzin całych.

Bladzi chłopcy, w ślusarskich zimnych lochach czarni

od żelaznego pyłu w bielniku zmoknięci

przy rajgerze we dwoje pod żarówką zgięci,

nad igłami przyrośli do miejsc w pończoszarni…

Dziewczęta, pośród kobiet w przędzalniach rozsiane,

w ciągłym biegu wilgotny żar i pył bawełny

wchłaniające bolesnym oddechem niepełnym,

aż płuca w suchotniczą zamienią się ranę…

Po ukończeniu pracy – wieczorowa szkoła,

stosownie do ustawy – że nauka winna

być wliczona w czas pracy – to rzecz całkiem inna

kalkulacja jej żadna wytrzymać nie zdoła!

Nad dokształceniem czuwać – z tem, jak z każdą formą

upora się kierownik, gdy uporać trzeba.

Więcej żądać od niego? – Nikt za darmo chleba

nie chce dawać: nie przepis, lecz życie jest normą

Życie! życie! Tak – życie! życie bezlitosne… – –

Czerwone ciężkie mury pod strażą kominów… —

Kto i kiedy rwał pęki róż, kiście jaśminów?

kto i kiedy wymyślił cudną, złotą, wiosnę?…

„Głos Poranny” nr 242/1934:

Protokół

Przyszli prosto od maszyn, w roboczej odzieży,

brudni, przesiąkli potem, z czarnemi rękoma,

wdarli się pełną falą i rozleli szerzej,

cisi tą ciszą, która drzemie w blizkich gromach.

Inspektor Pracy czeka. Z za pazuch, z kieszeni

wyciągają książeczki swe obrachunkowe

i, wymachując niemi, krzyczą rozwścieczeni:

– „Wyrobić nie możemy stawki akordowej!!”

– „Proszę o spokój! proszę…. Gdzie są delegaci?”

Zbita masa wypuszcza robotników czterech.

– „Rodzaj krosien? bieg? Ile od metra się płaci?”

Pióro skrzypi, taryfa śmiga nad papierem.

– Przy krosnach szerokości… zarabiać powinien

siedem złotych i groszy… – zarabia półpiąta…

Przy krosnach…” – W liczb szeregach czas wijąc
się płynie…

Głód skręca puste kiszki… myśl rwie się i pląta…

Badanie ukończone. Kierownik coś prawi

o trudnościach płatniczych, fabryki zamknięciem

grozi. – „Niechta!!” – Protokół podpisany krwawi,

jak wnętrzności, otwartem nagiem, mocnem cięciem.

Wiek robotnika

Inspektor świadków w fabryce bada:

– „Agnieszka Struś” – „Lat?” – „Trzydzieści jeden”,

Inspektor patrzy: twarz sucha, blada,

poryta – wszak to zwiędła kobieta!

– „Nowicki Jan” – „Lat?” – „Czterdzieści cztery”.

Inspektor pisze – i na arkuszu

skaczą zdziwione drobne litery:

ten szkielet który zdziera piszczele?

– „Chodź tu! Nazwisko?” – Marja Zalewska”.

– „Lat?” – „Siedemnaście” – „Nie! Być nie może!”

To wątłe dziecko z piersią jak deska?

– „Gdzie wykaz?” – „Proszę! Jest i metryka.”

Jaka moc rzuca tu swoje czary,

jawnie fałszuje wszystkie dowody?

ludzi złośliwie zamienia w mary

i życie niszczy w jego rozkwicie?!

– Praca nadmierna w pyle i żarze,

w smrodzie i brudzie w stuku i huku,

wciąż z bezrobociem idąca w parze:

dwie siły, które w rytm swój chwyciły

czas.

„Głos Poranny” nr 354/1934:

 

8 godzin

Motor huczy. Zegary mierzą czas wytrwale.

Od wysokich parterów do niskich poddaszy

kobiety wypełniają wszystkich fabryk sale:

dziewczęta, żony, matki, przykute do maszyn.

Każda przy swym warsztacie stoi osiem godzin

bez przerwy (dla zmian życie przerwę skasowało!):

na stojączkę coś przełknie (majster okiem wodzi),

stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,

gdy podczas menstruacji kurcze szarpią ciało,

ręce wznosi i czuje, jak krew z niej uchodzi

stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,

gdy płód, w niej dojrzewając, rozdyma ją całą:

lekarz nie da zwolnienia („żadnej to nie szkodzi!”),

stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,

gdy nogi z żylakami są masą nabrzmiałą,

której bólu podwyżka nawet nie łagodzi,

stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!

Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin…

Napróżno inspektorki pracy walczą śmiało

o stołek dla niej – „Stołek?!” – kpią dyrektorzy młodzi:

– „baba uśnie, gdy spocznie choć na chwilę małą!”

Baba uśnie! – Więc musi długich osiem godzin

przy warsztacie bez przerwy stać. Znużone ciało

rwą kurcze coraz mocniej: krew żywa uchodzi,

W łonie ciska się dziecię… Nogi puchną… – Mało!

ach zbyt mało dowodów!… Liczba ich nie wzrośnie,

by mogła fabrykanta łódzkiego przekonać

– dopóki przy ciągarce, wrzeciennicy, krośnie

nie stanie jego siostra, matka, córka, żona!

Oprac. Roman Adler

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Boimy się o pracę

Boimy się o pracę

Badania GUS wskazują na wzrost niepokojów w Polsce. Zaczynamy bać się zwolnień z pracy.

Jak wynika z informacji portalu Business Insider, wedle nowych, kwietniowych badań wyraźnie gorzej patrzymy na perspektywy gospodarki i coraz więcej z nas zaczyna obawiać się wzrostu bezrobocia. Informacje o grupowych zwolnieniach w wielu wielkich firmach dają Polakom do myślenia.

Coraz więcej obywateli obawia się wzrostu bezrobocia i prognozuje pogorszenie sytuacji finansowej gospodarstwa domowego. GUS przeprowadził w kwietniu comiesięczne badanie koniunktury konsumenckiej. Można w nim zaobserwować to, co jest kluczowe dla wzrostów gospodarki: czy boimy się wydawać pieniądze, jaką mamy skłonność do oszczędzania, czy planujemy wydatki i czy bezpiecznie oceniamy nasze perspektywy zatrudnienia. Wyniki są niepokojące.

Przede wszystkim już trzeci miesiąc z rzędu pogarsza się prognoza respondentów odnośnie do sytuacji finansowej gospodarstwa domowego w najbliższych 12 miesiącach. Wzrósł do 22,2 proc. (z 20,6 proc. w marcu) odsetek ludzi, którzy uważają, że sytuacja będzie „trochę gorsza”, a jednocześnie zmalał do 18,6 z 20,8 proc. odsetek tych, którzy uważają, że będzie „trochę lepsza”.

Nieznacznego wzrostu bezrobocia spodziewa się już 22,1 proc. Polaków, podczas gdy w marcu oczekiwało tego 19,6 proc. Tu wzrost wskazań jest już czwarty miesiąc z rzędu, więc można to uznać za trend.