przez Roman Adler | środa 12 listopada 2025 | opinie
Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – w związku z uchwałą Rady Ministrów w sprawie zmiany Krajowego Planu Odbudowy – 10 kwietnia b.r. powołała w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Zespół, którego zadaniem było opracowanie zgodnie z jednym z „kamieni milowych” KPO rozwiązań prawnych dla reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Czyli:
– opracowanie inicjatyw legislacyjnych zwiększających efektywności zadań postawionych przed Państwową Inspekcją Pracy,
– przedstawienie rozwiązań, które zwiększają ochronę socjalną osób wykonujących pracę na podstawie umów cywilnoprawnych.
W jego skład weszli: Liwiusz Laska – Dyrektor Generalny w Ministerstwie Pracy, Jakub Szmit – Dyrektor w Departamencie Prawa Pracy oraz Tomasz Wlazło, Dyrektor w Departamencie Prawnym, a także przedstawiciele Departamentu Prawnego, Biura Ministra, Departamentu Rynku Pracy i Departamentu Analiz Ekonomicznych. Co ciekawe – do Zespołu nie wszedł żaden przedstawiciel Państwowej Inspekcji Pracy.
Nic dziwnego zatem, że już na początku maja na stronie internetowej Stowarzyszenia Inspektorów Pracy RP pojawiły się głosy krytyczne o tzw. reformie PIP. Zwrócono tam m.in. uwagę, że w tle reformy PIP „znowu pseudo-rewolucyjna deregulacja, czyli kolejna niekończąca się opowieść o pozbywaniu się niepotrzebnych i zbędnych regulacji. Trochę profesjonalnie – a trochę wolontariacko, a w odniesieniu do ochrony człowieka w środowisku pracy znowu bez pogłębionej refleksji. Wystarczy wspomnieć o odradzającej się dyskusji, czy w Rzeczypospolitej Polskiej inspekcja pracy, organ kontrolujący zapewnianie przestrzegania podstawowych praw konstytucyjnych, podlegać ma niespotykanej w Europie nadregulacji, w imię ideologicznie zdefiniowanej swobody działalności gospodarczej. Wydaje się, że dyskusję, czy pracę traktować należy wyłącznie (a nawet głównie) w kategoriach towaru – mamy już dawno za sobą…”.
Przypomniano, że „Państwowa Inspekcja Pracy nie ma inicjatywy ustawodawczej, nie ma jej również nadzorująca PIP Rada Ochrony Pracy. Może należy więc próbować zmieniać zapisy ustawowe tzw. małymi krokami. Na przykład, korzystając z dostępnych możliwości prawnych SIPRP wytrwale kieruje do Sejmu RP petycje o dokonanie punktowych, ale bardzo ważnych zmian w ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy. W obecnej kadencji Sejmu są to petycje o zniesienie upoważnień do kontroli przedsiębiorców oraz o wprowadzenie zmian w przepisach o czasie pracy pracowników PIP (chodzi o powszechne stosowanie zadaniowego systemu czasu pracy przez inspektorów pracy) oraz o wprowadzenie kadencyjności na stanowiskach Głównego Inspektora Pracy oraz okręgowych inspektorów pracy. Inicjatywy te co prawda spotykają się – czego nigdy wcześniej nie bywało – z pełnym poparciem Głównego Inspektora Pracy, ale nasze obywatelskie inicjatywy zdają się coraz bardziej irytować sejmową Komisję do Spraw Petycji, która oczekuje na inicjatywy ustawodawcze od posłów, Marszałka itp. Trudno odmówić takiemu stanowisku jakiejś racji, ale skutkiem takiego oczekiwania może być zupełny brak reform strukturalnych Inspekcji. Dużą nadzieję środowisko inspektorów pracy pokładało w hucznie zapowiadanych przez Głównego Inspektora Pracy reformach Państwowej Inspekcji Pracy nie wymagających zmian ustawowych, a jedynie nowelizacji zarządzeń GIP i różnych wewnątrz inspekcyjnych procedur. Wydaje się, że
w obszarach tych niewiele się dzieje, a praca powołanych w tym celu zespołów wewnętrznych rozciągać zdaje się w nieskończoność. W zakresie tym również SIPRP postulowała wysłanie w zasłużony stan niebytu prawnego, pochodzących z innej epoki «kontroli śladem inspektora pracy» (czy szerzej uchylenia pozostającego w konflikcie z ustawą o PIP zarządzenia w sprawie ocen bieżących inspektorów pracy), zdefiniowanie na nowo roli koordynatorów sekcji/nadinspektorów (którzy obecnie są wyłącznie tworem administracyjno-biurokratycznym, dublującym zadania zastrzeżone w ustawie o PIP dla innych organów Inspekcji) czy racjonalizację wskaźników na podstawie których oceniana jest działalność PIP jako całości (a inspektorów pracy w szczególności)”.
Wśród uwag SIP RP o reformie PIP znalazła się również i taka: „W dyskusji na temat funkcjonowania systemu ochrony pracy w Polsce (o ile taka w ostatnim czasie w ogóle się toczy) brak zupełnie wątku funkcjonowania sądów pracy, albo ustanowienia organów, które różnego typu działania «rozjemcze», wspierające sądy mogłyby skutecznie prowadzić. Może pora na «powrót do źródeł», i skoro systemu sądowniczego nie można w jakiejś perspektywie zreformować, powierzyć takie zadania innemu organowi lub instytucji. Wiele spraw z obszaru relacji pracodawca pracownik – oczywiście na wniosek lub za zgodą obu stron – dało by się w ten sposób rozstrzygnąć”.
W ocenie SIP RP ów brak dyskusji, a szczególnie – niewłączenie przedstawicieli PIP do prac ministerialnego Zespołu, „skutkowało wrażeniem, że «przeciętnemu pracownikowi inspekcji» – na tym etapie jest wszystko jedno. Niedużo lepiej jest z organizacjami związkowymi, dla których ten rok szansy realnego wpływu na zmianę na lepsze trudno uznać za dobrze wykorzystany. Jałowe dyskusje, brak inicjatywy, a co gorsza – w przypadku niektórych liczących się organizacji – skupienie się wyłącznie na personaliach. To wszystko niestety już było… […] Czy naprawdę w „naszych sprawach” i w sprawach obywateli, których praw zobowiązani jesteśmy bronić – nic od nas nie zależy?” – pytali autorzy strony internetowej SIP RP.
Niejako w odpowiedzi 30 czerwca br. na stronie internetowej Związku Zawodowego Pracowników PIP pojawiła się informacja, że „na rozpatrzenie przez Komisję do Spraw Petycji Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej aktualnie oczekują trzy petycje skierowane przez Komisję Krajową ZZ PPIP, z czego poza wspominaną wcześniej petycją dotyczącą m.in. dodatkowego urlopu wypoczynkowego pracowników PIP zatrudnionych na stanowiskach innych niż czynni inspektorzy pracy także kolejne dwie petycje o charakterze propracowniczym w sprawach dotyczących odpowiednio: zwolnienia z podatku dochodowego należności z tytułu używania własnego pojazdu w jazdach lokalnych do wysokości miesięcznego ryczałtu pieniężnego – na podobieństwo rozwiązań jakie z powodzeniem funkcjonują w Służbie Leśnej oraz zwrotu wydatków poniesionych na parkowanie pojazdu – w związku z realizacją czynności służbowych”. Związkowcy spodziewali się, że „wszystkie te petycje będą rozpatrywane w III kwartale bieżącego roku” i zachęcali do zapoznania się „z treścią petycji i sukcesywnie zamieszczanymi przy poszczególnych petycjach Opiniami Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji”.
Tego dnia doszło również na prośbę Komisji Krajowej ZZP PIP do spotkania z Głównym Inspektorem Pracy z udziałem przedstawiciela Związku Zawodowego Konfederacja Pracy w PIP, podczas którego – oprócz omówienia bieżących spraw – związkowcy poruszyli także kwestie reformy Urzędu oraz proponowanych w tym zakresie przez Urząd zmian ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Po spotkaniu, podjęta została inicjatywa petycji/protestu dotycząca wyrażenia stanowiska przez działające w PIP organizacje związkowe, a także przez zainteresowanych pracowników w kwestii ewentualnej zmiany podporządkowania, jak również zobowiązania do podjęcia działań przez Głównego Inspektora Pracy, w celu zagwarantowania udziału przedstawicieli Urzędu w pracach Zespołu do spraw reformy PIP, powołanego w Ministerstwie.
Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP doprowadziło
4 lipca b.r. do Interpelacji poselskiej dotyczącej wprowadzenia kadencyjności na niektórych stanowiskach kierowniczych w Państwowej Inspekcji Pracy. Interpelacja nr 10745 poseł Bożeny Lisowskiej do Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej była skutkiem petycji BKSP-155-X-457/25 skierowanej do Sejmu przez SIP RP. W interpelacji poseł przypomniała, że w świetle petycji Stowarzyszenia „wskazane jest dokonanie nowelizacji ustawy z dnia 13 kwietnia 2007 r. o Państwowej Inspekcji Pracy, poprzez wprowadzenie czteroletnich kadencji dla głównego inspektora pracy, jego zastępców oraz okręgowych inspektorów pracy, z możliwością pełnienia funkcji nie dłużej niż przez dwie kolejne kadencje”.
Petycja została poparta opinią prawną, w której podkreślono, że proponowane rozwiązania zmierzają do zwiększenia niezależności tych organów oraz poprawy sprawności zarządzania Inspekcją. Wskazano także na potrzebę uproszczenia procedur związanych z powoływaniem i odwoływaniem osób pełniących te funkcje oraz ograniczenie biurokratycznych barier, w tym nieobowiązkowych, ale czasochłonnych opinii Rady Ochrony Pracy. W związku z powyższym poseł poprosiła ministrę „o odpowiedź na następujące pytania: 1. Czy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej prowadzi obecnie prace lub analizy dotyczące wprowadzenia kadencyjności na stanowiskach głównego inspektora pracy, jego zastępców oraz okręgowych inspektorów pracy? 2. Jakie jest stanowisko ministerstwa wobec argumentów przedstawionych w petycji i opinii prawnej, wskazujących na potrzebę zwiększenia niezależności i przejrzystości obsady stanowisk kierowniczych w PIP? 3. Czy planowane są inne zmiany legislacyjne dotyczące organizacji i zasad funkcjonowania Państwowej Inspekcji Pracy, które mogłyby wpłynąć na poprawę jakości nadzoru nad warunkami pracy w Polsce?”.
W odpowiedzi na adres Marszałka Sejmu Szymona Hołowni ministra stwierdziła, że „w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie prowadzi się obecnie prac mających na celu wprowadzenie kadencyjności na stanowiskach Głównego Inspektora Pracy i jego zastępców oraz okręgowych inspektorów pracy. […] Niemniej, przedstawione w petycji Stowarzyszenia Inspektorów Pracy Rzeczypospolitej Polskiej argumenty zasługują na skrupulatną ocenę i badanie. Zwiększenie niezależności i przejrzystości obsady stanowisk kierowniczych w Państwowej Inspekcji Pracy mogłoby przysłużyć się wypełnianiu zadań realizowanych przez ten organ. W przypadku uznania przez Sejm RP za właściwe wprowadzenia kadencyjności na wskazanych stanowiskach PIP, Kierownictwo Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej deklaruje gotowość do podjęcia współpracy i niezbędnych działań w tym zakresie”.
W dniu 15 lipca 2025 r. w formule online odbyła się rozmowa Głównego Inspektora Pracy z udziałem przedstawicieli czterech głównych organizacji związkowych działających w Państwowej Inspekcji Pracy: ZZP PIP, NSZZ „Solidarność”, NSZZ „Solidarność ‘80” i ZZ Konfederacja Pracy. Podczas rozmowy inspektor Marcin Stanecki poinformował, że prace Zespołu ministerialnego nie dotyczą – według jego wiedzy – zmiany podporządkowania PIP. Powiadomił o zaproszeniu go do udziału w pracach tego Zespołu wraz z przedstawicielami innych urzędów, a także o tym, iż został zobowiązany do utajnienia informacji o pracach tego Zespołu.
Wkrótce po rozmowie doszło w Głównym Inspektoracie Pracy do spotkania przedstawicieli tych związków zawodowych z Głównym Inspektorem Pracy. W jego trakcie M. Stanecki zgodził się z wnioskiem przedstawicieli związków o pilnej potrzebie przekazania pracownikom PIP wyczerpujących informacji o pracach nad reformą Inspekcji. Zobowiązał się też do przekazania przedstawicielom związków zawodowych jego autorskich propozycji zmian ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy, które w imieniu Urzędu przekazał ministerialnemu Zespołowi ds. Reformy PIP.
Działania te nie wpłynęły w jakiś zdecydowany sposób na ożywienie w środowisku inspekcyjnym zainteresowania pracami ministerialnego Zespołu, bo 4 sierpnia ZZP PIP zwrócił się do swoich członków z następującym apelem:
„Szanowne Koleżanki i Koledzy, w ostatnim czasie z doniesień różnych mediów wiele słyszymy o rozpoczętych pracach nad reformą Państwowej Inspekcji Pracy. Informacje na ten temat docierają do nas głównie z wywiadów udzielanych przez Pana Marcina Staneckiego Głównego Inspektora Pracy dla prasy, radia i telewizji i budzą obawy, zaniepokojenie, a także pytania kierowane przez pracowników do Komisji Krajowej Związku Zawodowego Pracowników Państwowej Inspekcji Pracy.
Taka sytuacja spowodowała, że podjęliśmy szereg działań mających na celu zwrócenie uwagi kierownictwa urzędu na pilną potrzebę przekazania, przede wszystkim pracownikom, informacji o stanie prac związanych z reformą Państwowej Inspekcji Pracy. Szczególnie, że w docierających do pracowników Inspekcji Pracy informacjach są także te budzące najwięcej emocji i niepokoju, w tym kwestia ewentualnej zmiany podporządkowania Inspekcji Pracy. Dodatkowo, sprawą reformy naszego Urzędu ma się zajmować powołany w Ministerstwie Rodziny Pracy i Polityki Społecznej Zespół, składający się jedynie z pracowników tego Ministerstwa. Stan zaniepokojenia pracowników potęguje zapewne także to, że szef urzędu, udzielając szeregu wywiadów, nie dostrzegł potrzeby poinformowania bezpośrednio pracowników o przyczynach i powodach planowanych zmian, a także o propozycjach zmian, jakie przy okazji prac nad ustawą o Państwowej Inspekcji Pracy, Główny Inspektor Pracy postulował w imieniu Państwowej Inspekcji Pracy. […] Komisja Krajowa Związku Zawodowego Pracowników Państwowej Inspekcji Pracy dostrzega konieczność szeregu zmian Urzędu, także pracownicy widzą taką konieczność, jednakże chcielibyśmy mieć przekonanie, że postulowane przez związek i pracowników zmiany, mają szansę na ich uwzględnienie. Komisji Krajowej szczególnie zależy na tym, aby głos pracowników został uwzględniony w pracach Zespołu ds. Reformy, powołanego przez Głównego Inspektora Pracy. Nowe zadania nałożone na Urząd wymagają przygotowania pracowników do ich realizacji, aby wdrożenie reformy było jak najbardziej skuteczne. Wydaje się więc oczywistym, że warto – już na etapie prac – wysłuchać także tych, którzy te obowiązki będą wykonywać.
Jednak docierające informacje wywołują wiele obaw co do tego, czy jako Urząd i my inspektorzy pracy realizujący jego zadania, będziemy przygotowani do skutecznego realizowania nowych obowiązków. Nie ma bowiem nic gorszego, niż brak informacji w sytuacji, gdy z wielu stron docierają do nas różne informacje, niestety także sprzeczne, a wiadomo, że może dojść do zmian mających realny wpływ na naszą pracę. Nie tracimy także z oczu sprawy reformy wewnętrznej Urzędu, jaka toczy się podczas prac, powołanych w lutym tego roku, Zespołów. Na skutek działań Komisji Krajowej ZZP PIP, przedstawiciele organizacji związkowych, zostali zaproszeni do udziału w pracach Zespołu ds. zmiany Regulaminu Wynagradzania. Ponadto, jest wreszcie zielone światło dla związków do udziału w innych zespołach. Mamy nadzieję, że toczące się prace poszczególnych Zespołów, pozwolą na realizację zgłaszanych przez pracowników uwag i postulatów. Inspekcja Pracy potrzebuje zmian, szczególnie tych, które są w naszym zakresie, toteż chcemy brać w nich aktywny udział”.
Swoją ocenę sytuacji 8 sierpnia przedstawiło też Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP w tekście „O niezbędnych zmianach w ustawie o PIP (cd.)”. Czytamy w nim m.in.: „W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej powołano Zespól do Spraw Reformy Państwowej Inspekcji Pracy i niestety póki co wszystko na to wskazuje, że zakres zmian w ustawie o PIP może być ograniczony tylko i wyłącznie do implementacji tego, co się kryje pod pojęciem «kamienia milowego». Warto przypomnieć, że Stowarzyszenie Inspektorów Pracy Rzeczypospolitej Polskiej, korzystając z uprawnień statutowych, przedstawiło (i co ważne, wprowadziło w tzw. obieg prawny) kilka propozycji zmian w ustawie o PIP, koncentrując się na trzech ważnych kwestiach: ujednolicenie procedur wszczynania i realizacji kontroli poprzez zniesienie obowiązku przedkładania upoważnień do kontroli w przypadku, gdy ta dotyczy podmiotu będącego przedsiębiorcą; wprowadzenie zapisu ustawowego, aby czas pracy inspektorów pracy był określony wymiarem zadań; wprowadzenie kadencyjności na niektórych stanowiskach kierowniczych w Państwowej Inspekcji Pracy.
Petycje SIPRP w ww. tematyce w zakresie punktów nr 1 i 2 zostały skierowane do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej – zarówno w poprzedniej, jak i w obecnej kadencji Sejmu. Niestety inicjatywy te od kilku miesięcy utknęły gdzieś po drodze pomiędzy Komisją a Radą Ochroną Pracy, której opinii zdecydowała się zasięgnąć Komisja do Spraw Petycji. Ostatnia spośród ww. petycji została przez SIPRP z dalszego procedowania przez Komisję wycofana, z uwagi na prace prowadzone na szczeblu ministerialnym (niestety, jak wspomniano wyżej, raczej nie zanosi się na to, żeby propozycje strony społecznej zostały aktualnie uwzględnione).
Wypada również wspomnieć, że w podobnym trybie propozycje zmian w ustawie o PIP zgłosił także Związek Zawodowy Pracowników PIP. Petycje związkowe dotyczyły: zwiększenia wymiaru urlopu wypoczynkowego do 26 dni głównie w przypadku osób rozpoczynających pracę w PIP, i przyznania urlopu dodatkowego innym pracownikom PIP (spoza grupy inspektorów pracy) w wymiarze
3 i 6 dni odpowiednio po 10 i 20 latach pracy w Państwowej Inspekcji Pracy; zwolnienia z podatku dochodowego ryczałtu wypłacanego w jazdach lokalnych; zwrotu kosztów parkowania pojazdu na potrzeby realizacji czynności służbowych.
Petycja wskazana pod poz. 1 nie została uwzględniona przez Komisję, pozostałe petycje mają być rozpatrywane dopiero w X 2025 r. i nie można wykluczyć, że przy wyraźnie negatywnym ostatnio nastawieniu Komisji do Spraw Petycji do inicjatyw dotyczących dokonywania zmian w ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy podzielą one los «petycji urlopowej»”.
Komisja ta „rozpatrując […] petycje wniesione przez SIPRP oraz ZZ PPIP – mając na względzie podległość Państwowej Inspekcji Pracy Sejmowi RP, jak i nadzór nad działalnością PIP ze strony Rady Ochrony Pracy rekomendowała wprowadzanie zmian w tej ustawie inną drogą. Wydaje się, że […] miała na myśli m.in. ów Zespół do Spraw Reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Z innych uwag zgłaszanych w różnym czasie i w różnych trybach, na uwzględnienie w ramach obecnej reformy zasługują również m.in. postulaty: rozszerzenia możliwości dokumentowania kontroli w formie notatki urzędowej, nie tylko wówczas kiedy nie stwierdza się uchybień, ale również kiedy nie są wydawane decyzje; rozszerzenie grupy podmiotów podlegających kontroli inspektora pracy o podmioty, które utraciły status pracodawcy nie wcześniej niż rok przed dniem kontroli, co pozwoliłoby na możliwość wydawania środków prawnych względem byłego pracodawcy, który np. nie rozliczył się z pracownikiem lub nie wydał mu świadectwa pracy; określenie wprost w art. 11 ustawy o PIP, że wnioski wystąpienia inspektora pracy mogą mieć także charakter profilaktyczny; określenie, iż oskarżycielem publicznym jest Państwowa Inspekcja Pracy (a nie jak dotychczas – wyłącznie inspektor pracy). […] Niezależnie jaką drogą, pilne znowelizowanie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy nie tylko w zakresie ograniczonym do wdrożenia tzw. kamienia milowego, ale także m.in. we wskazanych powyżej innych, ważnych dla funkcjonowania PIP, obszarach – jest niezbędne by skutecznie wypełniać zasadę ochrony pracy zapisaną w art 24 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Miejmy nadzieję, że sprawa faktycznego zakresu reformy PIP nie została jeszcze definitywnie przesądzona i jeżeli decydenci zamierzają: faktycznie zreformować Państwową Inspekcje Pracy, odbiurokratyzować kontrole, wzmocnić oddziaływanie inspektorów pracy, stworzyć odpowiednie zachęty finansowe do podejmowania pracy w PIP i pozostawania w niej na lata – to uwzględnią także oddolne postulaty organizacji społecznych reprezentujących pracowników PIP. Reasumując: Jeżeli zależy nam na zmianach, to środowisko inspektorów pracy (a także pozostałych pracowników PIP) powinno je zarówno inicjować (jeżeli brak jest takich działań), jak i aktywnie wspierać (jeśli rozsądne pozycje formułowane są przez innych)”.
Można odnieść wrażenie, że skutkiem tego nacisku strony społecznej, Stowarzyszenia Inspektorów Pracy RP i związków zawodowych działających w PIP, był udział Głównego Inspektora Pracy w zwołanym po raz trzeci spotkaniu ministerialnego Zespołu do spraw reformy PIP 24 lipca b.r. w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. W jego trakcie przedstawiciele Ministerstwa, Państwowej Inspekcji Pracy, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Krajowej Administracji Skarbowej i Rady Ochrony Pracy rozmawiali o możliwościach zacieśnienia współpracy. Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zaznaczyła wówczas, że celem reformy PIP jest wyeliminowanie obchodzenia prawa przez zastępowanie umów o pracę umowami cywilnoprawnymi. – „Budżet państwa na tym traci, ale to pracownik jest głównym pokrzywdzonym w takiej sytuacji” – zaznaczyła ministra. – „Musimy zadbać o to, żeby pracownik nie był stratny finansowo”.
Prace nad reformą przebiegały w szybkim tempie dzięki dużemu zaangażowaniu ZUS, KAS i PIP. – „To ambitne założenie, ale chcemy jak najszybciej mieć przygotowane propozycje legislacyjne” – powiedział przewodniczący Zespołu Liwiusz Laska, dyrektor generalny Ministerstwa. – „Współpraca pomiędzy tymi trzema instytucjami pozwoli na bardziej skuteczne realizowanie kontroli inspekcji pracy, jak i na wdrażanie w życie decyzji wydawanych przez PIP stwierdzających istnienie stosunku pracy” – mówiła ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Wymiana danych ma się odbywać w formie cyfrowej i w możliwie dużym stopniu w sposób automatyczny, aby zapewnić sprawne funkcjonowanie wszystkich instytucji. Oprócz głównego Inspektora Pracy Marcina Staneckiego, w spotkaniu Zespołu wzięli udział m.in. Prezes ZUS Zbigniew Derdziuk, przedstawiciele Rady Ochrony Pracy, Krajowej Administracji Skarbowej oraz eksperci i ekspertki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Ostatecznie projekt Ustawy o zmianie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy oraz niektórych innych ustaw został złożony przez Ministerstwo do dalszego procedowania z datą 1 września 2025 r. Nie powinno nikogo dziwić, że ministerialna, czyli rządowa reforma PIP i przygotowanie procedury przekształcania niezgodnych z prawem umów cywilnoprawnych w stosunek pracy przebiegła tak szybko: jest to bowiem realizacja jednego z tzw. kamieni milowych Krajowego Planu Odbudowy, a jej wprowadzenie w życie jest niezbędne nie tylko dla właściwej ochrony pracowników na rynku pracy, ale i dla umożliwienia rządowi dostępu do kolejnych środków z KPO. „Oddolne postulaty organizacji społecznych reprezentujących pracowników PIP” nie zostały – na co liczyło m.in. Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP – uwzględnione.
Jeszcze 10 września b.r. Komisja do Spraw Petycji rozpatrzyła dwie petycje Komisji Krajowej ZZP PIP: nr BKSP-155-X-517/25 – w której postuluje się, by „Pracownikowi Państwowej Inspekcji Pracy, używającemu własnego pojazdu, do celów służbowych, w jazdach lokalnych”, przysługiwało „prawo do zwrotu kosztów związanych z używaniem tych pojazdów do wysokości miesięcznego ryczałtu pieniężnego”; nr BKSP-155-X-518/25 – by „na wniosek pracownika nadzorującego lub wykonującego czynności kontrolne następował zwrot wydatków związanych z parkowaniem pojazdu w zakresie związanym z realizacją czynności służbowych”.
Pierwsza z petycji nie budziła żadnych wątpliwości. Druga wywołała obawy Wicedyrektor Departamentu Prawnego GIP, czy zaplanowany na 2026 r. budżet PIP to udźwignie. Komisja jednak nie podzieliła tych obaw.
Po raz kolejny w sprawach dotyczących pracowników PIP na posiedzeniu zabrakło głosu przedstawiciela petytora. Poseł sprawozdawca obu petycji Robert Warwas z uwagi na zgodne pozytywne opinie Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji rekomendował nadanie im dalszego biegu, a Komisja pozytywnie odniosła się do obu inicjatyw i zdecydowała o wystosowaniu „na cito” dezyderatu do Ministra Rodziny Pracy i Polityki Społecznej z rekomendacją, by tematykę tę ująć w ramach realizowanej nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Czy jednak zostaną uwzględnione po złożeniu przez ministerialny Zespół do dalszego procedowania projektu ustawy o zmianie ustawy o PIP?
Ministerstwo pozwoliło na konsultacje jedynie w okresie od 2 do 16 września b.r. W dniach 17 i 19 września Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP przekazało ministrze Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej swoją opinię i jej uzupełnienie. Pełna ich treść jest dostępna w linkach na stronie internetowej SIP RP pod wpisem z 28 września: https://www.siprp.pl/
Nic więc dziwnego, że gdy 29 września w siedzibie Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”, odbyło się posiedzenie Zespołu problemowego ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego w celu omówienia projektu ustawy o zmianie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy oraz niektórych innych ustaw (UD283) z udziałem przedstawicieli MRPiPS i Głównego Inspektora Pracy, przewodniczący mu Jacek Męcina z Konfederacji Lewiatan zapowiedział, że przekaże Ministerstwu apel strony społecznej dotyczący wydłużenia terminu konsultacji tego projektu oraz potrzeby przeprowadzenia posiedzenia Zespołu problemowego ds. prawa pracy RDS z udziałem strony rządowej, na którym omówione zostaną wątpliwości i wnioski zgłaszane przez partnerów społecznych, a także przedyskutowane zostaną wyniki konsultacji międzyresortowych nad projektem. Takie były wnioski przedstawicieli reprezentatywnych organizacji pracodawców i związków zawodowych o propozycjach MRPiPS zapisanych w projekcie ustawy nowelizującym ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy.
Jednym z wątków tych rozmów była propozycja uprawniająca inspektora pracy do wydawania decyzji administracyjnych o przekształceniu umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. – „To nowe uprawnienie inspektorów pracy wiąże się z ogromną odpowiedzialnością za wydawane decyzje. Zdajemy sobie z tego sprawę i będziemy korzystać z proponowanych przez ministerstwo zmian wtedy, gdy będziemy mieli pełne przekonanie, że kontrakt cywilnoprawny narusza powszechnie obowiązujące przepisy. W takim przypadku znaczenie będzie mogło mieć też to, czy został on narzucony niezgodnie z wolą słabszej strony takiej umowy albo gdy podpisała ona taki kontrakt nieświadoma swojej sytuacji prawnej” – podkreśla Marcin Stanecki. – „Nie planujemy kontrolować wszystkich kontraktów i podważać na siłę zasadności ich zawarcia. Będziemy działać rozważnie. Zakładam jednak, że większość naszych kontroli będzie wynikała ze skarg kierowanych do nas przez osoby, którym kontrakt został narzucony i nie miały wyboru podczas podpisywania takiej umowy” – uspokajał M. Stanecki.
W celu opracowania metodologii kontroli prowadzonych na podstawie nowych przepisów Główny Inspektor Pracy powołał zespół złożony z najlepszych inspektorów. Skuteczność działań Państwowej Inspekcji Pracy ma zwiększyć przewidziana w projekcie możliwość dostępu inspektorów do danych zbieranych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych i Krajową Administrację Skarbową. Powinno to ułatwić przeprowadzanie tzw. analizy ryzyka, wskazującej te podmioty gospodarcze, w stosunku do których występuje uzasadnione podejrzenie, że prawo nie jest w nich przestrzegane.
– „Jeszcze nie znamy ostatecznego kształtu nowej regulacji, jednak na tyle, na ile to obecnie możliwe, chcemy się przygotować do jej wdrożenia. Zależy mi na tym, aby działania inspektorów pracy korzystających z nowych uprawnień były przejrzyste, w pełni zrozumiałe i akceptowane zarówno przez zleceniobiorców, jak i zleceniodawców. Gdy zmiany nabiorą ostatecznego kształtu, podamy nasze wytyczne dotyczące postępowania w takich sprawach do publicznej wiadomości” – deklarował Marcin Stanecki. – „Przypominam, że już teraz inspektorzy pracy skutecznie zachęcają pracodawców do takich dobrowolnych działań i mamy tu spore sukcesy. Dzięki interwencji Inspekcji Pracy kilka tysięcy osób rocznie dostaje etat i może cieszyć się przywilejami, jakie są z tym związane” – przypomniał Główny Inspektor Pracy.
– „Dyskusja na forum Rady Dialogu Społecznego to bardzo ważny element szerokich konsultacji, jakim podlega obecnie projekt ustawy autorstwa Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, dający inspektorom pracy nowe uprawnienia. Mam nadzieję, że taka analiza zaproponowanych rozwiązań pozwoli na wypracowanie przepisów niebudzących niczyich wątpliwości po ich wejściu w życie” – podkreślił M. Stanecki podczas obrad Zespołu problemowego ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego.
Roman Adler
przez Roman Adler | niedziela 21 kwietnia 2024 | opinie
Maria Przedborska (wł. Felicja Maria Przedborska) to szerzej niezbyt znana, a ciekawa postać związana z historią Łodzi lat 30. XX w.
Według „Słownika biograficznego Żydów łódzkich oraz z Łodzią związanych” urodziła się 30 października 1888 roku. Córka Ludwika Przedborskiego, lekarza, i Puliny (Perły) z Konów. Jej ojciec był polskim laryngologiem, znanym w Łodzi działaczem oświatowym i filantropem pochodzenia żydowskiego. Urodził się w Warszawie, ale od 1885 r. – dwa lat po uzyskaniu dyplomu lekarskiego na Uniwersytecie Warszawskim i praktykach we Wiedniu – zamieszkał w Łodzi, gdzie był ordynatorem tymczasowego szpitala dla Żydów założonego przez Izraela Poznańskiego, a potem Żydowskiego Szpitala im. małżonków Izraela i Leony Poznańskich. Został też sekretarzem Towarzystwa Doraźnej Pomocy Lekarskiej, jak wówczas nazywano pogotowie ratunkowe, założone w Łodzi w 1899 r. jako trzecie na ziemiach polskich i czwarte w Europie. Jako członek zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty, był zasłużonym organizatorem oświaty ludowej, utalentowanym popularyzatorem wiedzy, przewodniczącym Sekcji Pedagogicznej Oddziału Łódzkiego Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego.
Nic więc dziwnego, że wyrastająca w takiej atmosferze rodzinnej Felicja Maria od wczesnej młodości angażowała się w działalność społeczną. Podczas rewolucji 1905 r. wzięła w Łodzi udział w strajku szkolnym, walczyła o polską szkołę. Kiedy ukończyła Uniwersytet Jagielloński w Krakowie i obroniła doktorat z filozofii, podczas I wojny światowej służyła w Czerwonym Krzyżu. Swoje doświadczenia opisała w „Pamiętniku siostry Czerwonego Krzyża”, który był drukowany w 1919 r. na łamach PPS-owskiego „Robotnika” w nakładzie 8-10 tys., oraz w tomiku poezji z lat wojny zatytułowanym „Czerwony Krzyż”, wydanym w 1922 r. nakładem „Księgarni Polskiej”. Na początku lat 20. pracowała w warszawskim gimnazjum żeńskim Fanny Poznerowej, gdzie uczyła propedeutyki filozofii. W tym czasie pod pseudonimami „Maria” i „M-a P-a” publikowała wiersze i recenzje z warszawskich teatrów w „Sfinksie”, „Widnokręgu”, „Głosie Porannym”.
W 1926 r. – prawdopodobnie po przewrocie majowym Piłsudskiego – została inspektorką pracy i wkrótce przeniosła się do rodzinnej Łodzi. W latach 30. pracowała też w komisji rewizyjnej Stowarzyszenia „Urlopy Pracownicze”. Kontynuując tradycje rodzinne wchodziła w skład zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty. Przedborskiej udało się przekonać łódzkie robotnice do opowiedzenia swoich historii: o warunkach pracy i życia, o wykorzystywaniu seksualnym kobiet w fabrykach. Zebranymi materiałami dzieliła się z Haliną Krahelską – w latach 1927-1931 zastępczynią Głównego Inspektora Pracy, znienawidzoną przez łódzkich fabrykantów autorką opracowania z 1927 r. „Łódzki przemysł włókienniczy wobec ustawodawstwa pracy” – a ta część z nich włączyła do napisanego wspólnie z M. Kirstową i S. Wolskim zbioru „Ze wspomnień inspektora pracy” z 1936 r.
W „Głosie Porannym”, wydawanym w Łodzi od 1929 r. piśmie o orientacji socjaldemokratycznej, już pod imieniem i nazwiskiem ukazywały się w latach 30. artykuły-sprawozdania M. Przyborskiej o sytuacji w łódzkich fabrykach, m.in. „Samowola majstrów wobec robotnic” („Głos Poranny” 1932 nr 106), „Robotnica łódzka w świetle faktów i wspomnień” (Głos Poranny” 1938 nr 146) czy – opublikowany w 1939 r. przez Księdze pamiątkowej Syndykatu Dziennikarzy Łódzkich – raport „Kobieta w łódzkim przemyśle”. Na łamach „Głosu Porannego” w latach 1932-1936 publikowano cykl jej wierszy „Wśród kominów Łodzi”.
Dotychczas snuto różne domysły na temat jej losów podczas niemieckiej okupacji. Marta Madejska, autorka bloga „Aleja Włókniarek”, tak pisała o swoich poszukiwaniach tropów archiwalnych o Marii Przedborskiej: „Część materiałów na jej temat jest w zbiorach po Eugeniuszu Ajnenkielu w Archiwum Państwowym w Łodzi […] przy al. Kościuszki. […] Chyba każdy badacz i badaczka łódzkiej kultury robotniczej co najmniej raz w życiu kieruje ciepłe uczucia w stronę nieboszczyka Ajnenkiela, syna szewskiego, polityka, historyka ruchu robotniczego. Z namaszczeniem odwiązałam teczkę, otworzyłam i zobaczyłam całkowicie pustą kartę ewidencji użytkowników. Spytałam pracownika archiwum, czy ktoś wcześniej z tego korzystał (może się nie wpisał, może poprzednia karta ewidencji zaginęła?). Nie. Teczka trafiła do archiwum w latach 90., do obiegu dla użytkowników weszła w roku 2001. Nikt przede mną jej nie szukał (oburzenie, wzruszenie, rozedrganie, nagle obudzony instynkt odkrywcy). Okazuje się, że Ajnenkiel poznał Przedborską osobiście w latach 30. w Łodzi, kiedy prowadziła inspekcyjno-dziennikarską kampanię przeciwko wyzyskowi i wykorzystywaniu seksualnemu robotnic. Opisuje ją dość szczegółowo – widać, że zrobiła na nim wrażenie. […] Ajnenkiel spotkał ją po raz kolejny podczas II wojny światowej w Krakowie, gdzie wysiedlono wiele osób z łódzkiej inteligencji. Później Maria za rodziną swojej siostry powędrowała do getta warszawskiego”. Ten trop potwierdza wzmianka o niej w „Pamiętnikach z getta warszawskiego. Październik 1940 – styczeń 1943” Henryka Makowera, że w czasie II wojny światowej prowadziła w getcie warszawskim kursy maturalne dla uczniów szkół średnich.
Prawdopodobnie zginęła w warszawskim getcie lub po ucieczce z niego. Edward Kołodziejczyk w swojej monografii „Inspekcja Pracy w Polsce 1919-1999” (Warszawa 2003, s. 140) wśród inspektorów pracy, którzy polegli lub zmarli podczas II wojny światowej jednoznacznie stwierdza: „dr Maria Przedborska – podinspektorka ds. kobiet i młodocianych w III okręgu (Łódź), zamordowana w Getcie Warszawskim”. Nieznane jest miejsce jej pochówku.
Jak pisała M. Madejska, „wygląda na to, że Ajnenkiel od 1949 r. przygotowywał się do wydania opracowania o Przedborskiej, być może tomiku wierszy ze wstępem. Cała teczka zawiera jej skrótową biografię, nekrolog doktora Ludwika Przedborskiego – ojca Marii, wnioski z rozmów z jej znajomymi i przyjaciółmi przeprowadzonymi już po wojnie, trochę notatek ze statystykami z międzywojnia, artykuły prasowe, cały cykl »Wśród kominów Łodzi« i kilka wierszy biograficznych, które samozwańczy kronikarz wypisał z zeszytów pożyczonych od przyjaciela Przedborskiej”.
Wuj czy stryj mego dziadka został powieszony
na gałęzi, w swym długim żydowskim chałacie,
przez Moskali – nie wydał, z jakiej przyszli strony
powstańcy. Kochał Polskę w jej krwi majestacie.
Lata szkolne. Dostałam od kogoś wzbroniony
tom wierszy Krasińskiego. „Tamten”… W poemacie
zakochałam się… Sybir… i męczeńskie zgony…
Kochałam Polskę w łez Jej cichym majestacie.
Pokój. Wstrząs! Na warszawskim ratuszu czerwony
sztandar. – „Proletariacką dłoń daj siostro, bracie!
Po prawa swe sięgają nędzarzy miliony!”
Kochałam Polskę w prac Jej twórczych majestacie
Zbir w „gazrurkę”, kastety i nóż uzbrojony,
pismak jadem ziejący w swej brukowej szmacie
kraczą – „Precz z Polski!” – czarne nad padliną wrony.
Nienawidzę tej Polski – – – W żydowskim chałacie
został stryj mego dziada
w nocy powieszony
przez Moskali. I Polska w swej żałobnej szacie
stanęła przy nim łkając – „Oplwany, wzgardzony
synu mój!”… Łza jej płonie dziś w żółtej mej łacie…
Zbir z „gazrurką” i pismak odnoszą się do fali antysemityzmu w II RP, o której nigdzie wcześniej otwarcie nie pisała. „Żółta łata”, czyli żółta gwiazda Dawida, to oznakowanie, do którego noszenia zmuszeni zostali Żydzi na terenach okupowanych i wcielonych do Rzeszy.”
W swojej monografii E. Kołodziejczyk przytacza takie wspomnienie: „W inspekcji zetknęłam się z ludźmi bez reszty oddanymi sprawie robotniczej – podkreśla Danuta Głodek, która pracowała w łódzkim okręgowym inspektoracie pracy także w latach powojennych. – Od ludzi takich jak Maria Przedborska […], Wacław Wyrzykowski [….] i inni – nauczyłam się tego, co w późniejszych latach, po wojnie, pozwoliło mi na wdrażanie z całym przekonaniem, jako inspektorowi pracy, przepisów z zakresu ochrony pracy, szczególnie dotyczących kobiet i młodocianych. To była dobra szkoła, na najwyższym poziomie życiowym” („Inspekcja Pracy w Polsce 1919-1999”, jw., s. 95-96).
Wspomniany Wacław Wyrzykowski był owym adresatem i właścicielem zeszytów M. Przedborskiej, do których po wojnie dotarł E. Ajnenkiel, a które M. Madejska uznała za zaginione, ponieważ W. Wyrzykowski – od 1927 do 1939 r. okręgowy inspektor IV Okręgu Inspekcji Pracy w Kielcach – zmarł w latach 50. XX w.
Niektóre z wierszy Przedborskiej zostały opublikowane w tomach zbiorowych, ale nikt nigdy nie pokusił się o wydanie jej dzieł zebranych czy chociaż zbioru „Wśród kominów Łodzi”. Krytycy literaccy zarzucali jej monotematyczność, ale dobrze widać, że nie z myślą o nich pisała. Bez żadnej cenzury w poezji oddawała wszystkie swoje obserwacje, które dotyczyły łódzkiego środowiska robotniczego w czasach wielkiego kryzysu lat 30., w szczególności kobiet. Wiersze opublikowane w roku 1934 w nr 354 „Głosu Porannego” zadedykowała:
ROBOTNICY ŁÓDZKIEJ
– jej pracy, zmaganiom i męce,
jej modlitwom, zawodom i przekleństwom
jej życiu, konaniu i śmierci
jej bohaterstwu kobiecemu.
W Z. Skibińskiego, B. Stelmaszczyk-Świontek: „Kwiaty łódzkie. Antologia poezji o Łodzi” (Łódź: Wydawnictwo Łódzkie, 1982) zamieszczone zostały 4 wiersze jej autorstwa: „Doły”, „Dzień powszedni i święto”, „[Nie ma jej na Piotrkowskiej]”, „Pokolenia”.
Poniżej przykłady jej „inspektorskich” wierszy, odnalezionych przez M. Madejską:
Maria Przedborska
Wśród kominów Łodzi, 1932-1936
[przy przepisywaniu zachowałam zgodną z oryginałem pisownię, ortografię etc.]
„Głos Poranny” nr 272/1932:
Nieszczęśliwe wypadki
Skaleczone, przebite, ucięte, zmiażdżone
palce, dłonie, ramiona w chwycie maszyn ślepym…
Ciemno oczy, ogłuchłe uszy, poparzone
nogi, biodra, strzaskane piersi i czerepy…
Gryzącemi płynami potwornie wyżarte,
sprasowane przez dźwigi, naciągnięte na wał,
rażono prądem, podczas eksplozji rozdarte,
silne, nagle zamarłe, biedne ludzkie ciała…
Nieszczęśliwe wypadki… Jak z badań wynika,
nieuniknione – mimo ochron i ostrzeżeń:
w sześćdziesięciu procentach wina robotnika,
Może… pewnie… tak… (Skąd się tylu winnych bierze)
A w czterdziestu?! – Zginajcie, prostujcie się, prężcie
ślizgajcie przez cień groźną, w pyle, dymie, parze:
dzień każden gwiazdy wasze – szczęście czy nie¬
szczęście — na stropie sali nieci, o losu nędzarze!
Pręty, siatki, poręcze, koryta, kaptury,
manometry, sygnały, maski, rękawice
– i jeden krótki moment: błysk gromowej chmury,
Krzyk straszny… Po nim cisza… W nich dwie tajemnice.
Płoną gwiazdy czy gasną? – Wy ich nie widzicie,
chleb wszak trzeba zdobywać dla siebie i dziecka!
Nie zatrwoży nic tego, kto już wie, iż życie
jest stokroć podstępniejsze, niźli śmierć zdradziecka…
W tkalni
Przeogromna hala – dwa tysiące krosien,
przeogromna hala – tysiąc robotników!
Krzyknij z całej siły – zamrzesz w niemym głosie:
tak zamiera w każdej chwili tysiąc krzyków!
W ciągły szum transmisji wpadają miarowe
ostre uderzenia, które mógłbyś zliczyć.
Trzeszczy dach – zda ci się, że runie na głowę…
drży ziemia – czy grozi wybuch tajemniczy?…
Straszliwy huk czaszkę rozsadzi ci zaraz?
w tętnicach twych gonią się tkackie czółenka?
– Osiem godzin biegnie wskazówka zegara:
nerw tępieje, ale w tym czasie nie pęka!
Na trzeci dzień, czwarty, piąty czy dziesiąty
tak się przyzwyczaisz do stuku i wstrząśnień,
że w domu ci huczeć pocznie cisza w kątach
i spoczynek będzie drażnił cię nieznośnie.
Łap! wiąż! rwij! łącz! – ciągle czujnemi oczyma
rękoma, nerwami, wolą! Zlej się w całość
z tą żelazną masą, która ciebie trzyma,
której jesteś cząstką nieskończenie małą!…
„Głos Poranny” nr 293/1932:
Dwa dni w tygodniu
Dwa dni w tygodniu pracuj – i żyj przez dni siedem!
W dwa dni na akord wyrób stawki dwie, trzy, więcej:
napnij mięśnie, tętnicę, nerwy, jak swą biedę
– i milcz! Jest was zbyt wielu: przeszło sto tysięcy
Gdy rząd podczas inflacji rozdzielał kredyty –
na trzy zmiany zatrudniać można było wszystkich:
starców, dzieci, kaleki, ciężarne kobiety –
i umieszczać w dolarach zagranicą zyski.
Dziś – kryzys, brak gotówki, czeki bez pokrycia,
nadzory, upadłości, zachwianie kolosów:
fala śmierci, ukryta pod powierzchnią życia,
tryskająca i przepastnych tajników chaosu…
Ty, jeden w stu tysiącach, czy – wraz z rodzinami –
w półmiljonie, ty pierwszy czujesz wiew złowieszczy!
Chwilowe ożywienie – „sezon” – cię nie mami:
nędza, wszczepiona w gardziel chwyt wzmacnia swych kleszczy
Ty, głodny, nagi, chory, ty, na zapomogach
w ciągu długich tygodni nie mogący skonać,
niewolniku strasznego Konjunktury boga,
ty tylko masz Łódź, tylko ty wiesz, czem jest ona!
„Głos Poranny” nr 312 (wł. 321, błąd w numeracji)/1932:
Tkaczka
Na jedną robotnicę osiem,
potem szesnaście, jeszcze więcej
automatycznych ma być krosien:
postęp wypiera ludzkie ręce!
Kilka śrub, wałków, trybów, kółek –
maszyna sił nabrała nowych:
żelazne palce, wprawne, czułe,
ślą wątek szybciej w gąszcz osnowy.
Zapadła pierś, podbite oczy,
ziemista cera, wargi blade
– co tam! ze skóry niech wyskoczy:
musi dać sobie tkaczka radę!
Między krosnami, jak w obłędzie,
biega, wstrzymuje, puszcza dalej,
była tu, już jest w tamtym rzędzie
zwiększyć zarobki obiecali!
Zwiększą je? czy też oszukańczo
zmniejszą? – Uważać! nici rwą się,
tu, tam, znów… Gdzie? – Skry w oczach tańczą…
warsztaty uciekają w pląsie…
Łamią się nogi… Serce pęka.
i ogniem bije – „Chryste Panie!!”…
Bucha szkarłatna, żywa męka…
Zastrzyk morfiny – wnet ustanie!
Zdarza się. Krwotok płucny…
dziedzictwo: ojciec alkoholik…
– – – Świat zasnuł się mgłą ciemną, gęstą…
Tak lekko, dobrze…: Nic nie boli…
Po czterech tygodniach
Zdradziecka ją chwyciła grypa – i trzymała:
głuchy kaszel darł płuca, ból rozsadzał głowę,
w nocy pierś gniotła ciężka – niby życie – skała
i nad łóżkiem się cienie tłoczyły widmowe.
Blade wargi drżą: – „Panie Doktorze kochany,
spraw, bym mogła najprędzej chodź trochę się podnieść
i przejść o własnych siłach od ściany do ściany!…”
– Wolno wszak tylko cztery chorować tygodnie!
Po trzydziestu dziewięciu dniach jak z trumny mara
stawiła się do pracy. Zapóźno! Ktoś inny
zajął miejsce przy krosnach. Gnie się postać szara…
Ustawa przewiduje… Kierownik niewinny…
Kartę na zapomogę chcą jej wepchnąć w dłonie …
– „A urlop? Psiekrwie! Urlop też przepadł w tym roku?!”
Buchalter, księgi – wszystko pogrąża się, tonie,
razem z nimi i ona, w lodowatym mroku…
„Głos Poranny” nr 357/1932”
Młodociani
Spis młodocianych z fabryk: łącznie wszystkie działy
dobrych kilka tysięcy wchłonęły ich w siebie,
Dzieci? – Nie, to dorośli: dorośli – w potrzebie.
jedyni żywiciele często rodzin całych.
Bladzi chłopcy, w ślusarskich zimnych lochach czarni
od żelaznego pyłu w bielniku zmoknięci
przy rajgerze we dwoje pod żarówką zgięci,
nad igłami przyrośli do miejsc w pończoszarni…
Dziewczęta, pośród kobiet w przędzalniach rozsiane,
w ciągłym biegu wilgotny żar i pył bawełny
wchłaniające bolesnym oddechem niepełnym,
aż płuca w suchotniczą zamienią się ranę…
Po ukończeniu pracy – wieczorowa szkoła,
stosownie do ustawy – że nauka winna
być wliczona w czas pracy – to rzecz całkiem inna
kalkulacja jej żadna wytrzymać nie zdoła!
Nad dokształceniem czuwać – z tem, jak z każdą formą
upora się kierownik, gdy uporać trzeba.
Więcej żądać od niego? – Nikt za darmo chleba
nie chce dawać: nie przepis, lecz życie jest normą
Życie! życie! Tak – życie! życie bezlitosne… – –
Czerwone ciężkie mury pod strażą kominów… —
Kto i kiedy rwał pęki róż, kiście jaśminów?
kto i kiedy wymyślił cudną, złotą, wiosnę?…
„Głos Poranny” nr 242/1934:
Protokół
Przyszli prosto od maszyn, w roboczej odzieży,
brudni, przesiąkli potem, z czarnemi rękoma,
wdarli się pełną falą i rozleli szerzej,
cisi tą ciszą, która drzemie w blizkich gromach.
Inspektor Pracy czeka. Z za pazuch, z kieszeni
wyciągają książeczki swe obrachunkowe
i, wymachując niemi, krzyczą rozwścieczeni:
– „Wyrobić nie możemy stawki akordowej!!”
– „Proszę o spokój! proszę…. Gdzie są delegaci?”
Zbita masa wypuszcza robotników czterech.
– „Rodzaj krosien? bieg? Ile od metra się płaci?”
Pióro skrzypi, taryfa śmiga nad papierem.
– Przy krosnach szerokości… zarabiać powinien
siedem złotych i groszy… – zarabia półpiąta…
Przy krosnach…” – W liczb szeregach czas wijąc
się płynie…
Głód skręca puste kiszki… myśl rwie się i pląta…
Badanie ukończone. Kierownik coś prawi
o trudnościach płatniczych, fabryki zamknięciem
grozi. – „Niechta!!” – Protokół podpisany krwawi,
jak wnętrzności, otwartem nagiem, mocnem cięciem.
Wiek robotnika
Inspektor świadków w fabryce bada:
– „Agnieszka Struś” – „Lat?” – „Trzydzieści jeden”,
Inspektor patrzy: twarz sucha, blada,
poryta – wszak to zwiędła kobieta!
– „Nowicki Jan” – „Lat?” – „Czterdzieści cztery”.
Inspektor pisze – i na arkuszu
skaczą zdziwione drobne litery:
ten szkielet który zdziera piszczele?
– „Chodź tu! Nazwisko?” – Marja Zalewska”.
– „Lat?” – „Siedemnaście” – „Nie! Być nie może!”
To wątłe dziecko z piersią jak deska?
– „Gdzie wykaz?” – „Proszę! Jest i metryka.”
Jaka moc rzuca tu swoje czary,
jawnie fałszuje wszystkie dowody?
ludzi złośliwie zamienia w mary
i życie niszczy w jego rozkwicie?!
– Praca nadmierna w pyle i żarze,
w smrodzie i brudzie w stuku i huku,
wciąż z bezrobociem idąca w parze:
dwie siły, które w rytm swój chwyciły
czas.
„Głos Poranny” nr 354/1934:
8 godzin
Motor huczy. Zegary mierzą czas wytrwale.
Od wysokich parterów do niskich poddaszy
kobiety wypełniają wszystkich fabryk sale:
dziewczęta, żony, matki, przykute do maszyn.
Każda przy swym warsztacie stoi osiem godzin
bez przerwy (dla zmian życie przerwę skasowało!):
na stojączkę coś przełknie (majster okiem wodzi),
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy podczas menstruacji kurcze szarpią ciało,
ręce wznosi i czuje, jak krew z niej uchodzi
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy płód, w niej dojrzewając, rozdyma ją całą:
lekarz nie da zwolnienia („żadnej to nie szkodzi!”),
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy nogi z żylakami są masą nabrzmiałą,
której bólu podwyżka nawet nie łagodzi,
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin…
Napróżno inspektorki pracy walczą śmiało
o stołek dla niej – „Stołek?!” – kpią dyrektorzy młodzi:
– „baba uśnie, gdy spocznie choć na chwilę małą!”
Baba uśnie! – Więc musi długich osiem godzin
przy warsztacie bez przerwy stać. Znużone ciało
rwą kurcze coraz mocniej: krew żywa uchodzi,
W łonie ciska się dziecię… Nogi puchną… – Mało!
ach zbyt mało dowodów!… Liczba ich nie wzrośnie,
by mogła fabrykanta łódzkiego przekonać
– dopóki przy ciągarce, wrzeciennicy, krośnie
nie stanie jego siostra, matka, córka, żona!
Oprac. Roman Adler
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Narodowe Archiwum Cyfrowe
przez Roman Adler | środa 26 kwietnia 2023 | opinie
Co roku w ostatnim tygodniu kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia w Pracy oraz Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych. Warto przypomnieć, jak doszło do ustanowienia tych Dni.
Historia upamiętniania
W 1996 r. Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) podczas obchodów w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku doprowadziła 28 kwietnia do zapalenia świec i zniczy ku czci pracowników poszkodowanych w wypadkach przy pracy. W ten sposób doszło do umiędzynarodowienia Dnia Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych, który po raz pierwszy obchodzono w Kanadzie w 1989 r.
Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) została utworzona 7 grudnia 1949 r. w wyniku rozłamu w ramach Światowej Federacji Związków Zawodowych (WFTU), gdy na początku zimnej wojny znaczna liczba niekomunistycznych narodowych federacji związków zawodowych (w tym amerykańska AFL-CIO, brytyjska TUC, francuska FO, włoska CISL i hiszpański UGT) odłączyła się, zarzucając prorosyjskim stalinowskim komunistom dominację w centralnych instytucjach WFTU. W rezultacie, podczas konferencji w Londynie, w której uczestniczyli przedstawiciele prawie 48 milionów członków z 53 krajów federacje te utworzyły konkurencyjną ICFTU. Od lat pięćdziesiątych ICFTU aktywnie rekrutowała nowych członków w krajach rozwijających się najpierw w Azji, a później w Afryce.
Centralnym punktem działalności ICFTU była walka w obronie praw pracowniczych m.in. poprzez lobbowanie za ratyfikacją tak zwanych podstawowych standardów pracy – ośmiu kluczowych konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy. Dotyczyły one wolności zrzeszania się, zniesienia pracy dzieci i pracy przymusowej oraz eliminacji dyskryminacji w miejscu pracy. W swojej konstytucji Konfederacja zobowiązała się do „obrony wolności człowieka, promowania równości szans dla wszystkich ludzi, dążenia do wyeliminowania na całym świecie wszelkich form dyskryminacji lub podporządkowania ze względu na rasę, religię, płeć lub pochodzenie, przeciwstawiania się i zwalczania totalitaryzmów i agresji w każdej formie”. Konstytucja ta wymieniała aż siedemnaście celów, dlatego jej przeciwnicy argumentowali, że od samego początku były niemożliwe do osiągnięcia – zwłaszcza przy niewielkiej kadrze i budżecie. Przykładowo statut ICFTU nakazywał „prowadzenie programu edukacji związkowej i robotniczej” oraz udzielanie „pomocy dotkniętym skutkami klęsk żywiołowych i przemysłowych”.
Po upadku rządów postalinowskich partii tzw. komunistycznych w Związku Radzieckim i państwach Europy Wschodniej liczba członków Federacji gwałtownie wzrosła z 87 milionów w 1988 r. do 100 milionów w 1992 r. Stało się to po tym, gdy federacje związków zawodowych z krajów byłego bloku sowieckiego przystąpiły do ICFTU, co poważnie wzmocniło możliwość realizacji celów Konfederacji.
ICFTU publikowała coroczne raporty, w których dokumentowała naruszenia popełniane przez rządy, przemysłowców oraz siły wojskowe i policyjne wobec pracowników i związków zawodowych. Na przykład opublikowany 7 czerwca 2006 r. raport za rok 2005 donosił, że „115 związkowców zostało zamordowanych za obronę praw pracowniczych w 2005 r., podczas gdy ponad 1600 zostało poddanych brutalnym atakom, a około 9000 aresztowano… Prawie 10 000 pracowników zostało zwolnionych za przynależność do związków zawodowych, a prawie 1700 zatrzymano”. Był to ostatni raport przed zjednoczeniem światowego ruchu związkowego.
Do umiędzynarodowienia wydarzenia jakie miało miejsce w siedzibie ONZ w 1996 r., przyczyniła się amerykańska centrala związkowa AFL-CIO, która ogłosiła 28 kwietnia „Dniem Pamięci Pracowników”. Celem było uczczenie tysięcy ludzi, którzy każdego roku ginęli i ranili się w pracy. Amerykańska federacja związków zawodowych przyjęła dzień 28 kwietnia jako rocznicę wejścia w życie w USA Ustawy o bezpieczeństwie i higienie pracy z 1970 r., którą prezydent Richard Nixon podpisał 29 grudnia 1970 r., oraz ustanowienia na jej mocy przez Kongres USA 28 kwietnia 1971 r. rządowej Agencji Bezpieczeństwa i Higieny Pracy. W latach sześćdziesiątych ekspansja gospodarcza doprowadziła do wzrostu wskaźników obrażeń w miejscach pracy. Spowodowana tym walka związków zawodowych o poprawę warunków pracy, o równouprawnienie w pracy Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, a także napięcia społeczne wywołane skutkami dla pracowników wojny w Wietnamie, wywołała presję polityczną, która skłoniła Kongres do ustanowienia wspomnianych aktów.
Nowa agencja obejmowała wiele z tego, czym pierwotnie zajmowało się Biuro Standardów Pracy. Amerykańska OSHA to duża agencja regulacyjna Departamentu Pracy Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie posiadała federalne uprawnienia wizytacyjne do kontrolowania i badania miejsc pracy. Jej misją jest „zapewnienie bezpiecznych i zdrowych warunków pracy dla pracujących mężczyzn i kobiet poprzez ustalanie i egzekwowanie standardów oraz zapewnianie szkoleń, pomocy, edukacji i pomocy”. W 1972 r. rozpoczął działalność Instytut Szkoleniowy OSHA, który szkoli personel BHP z sektora rządowego i prywatnego. W swojej historii OSHA prowadziła szereg szkoleń, programów uznawania systemów BHP w firmach, udzielała pomocy w zapewnianiu zgodności miejsc pracy z obowiązującymi standardami. W 1978 r. Agencja rozpoczęła program grantowy, obecnie nazywany Susan Harwood Training Grant Program, mający na celu szkolenie pracowników i pracodawców w kwestii zmniejszania zagrożeń w miejscu pracy.
Praktyka wykazała, że inspekcje bezpieczeństwa OSHA w miejscu pracy zmniejszają wskaźniki obrażeń, a przede wszystkim koszty obrażeń bez negatywnego wpływu na zatrudnienie, sprzedaż, ratingi kredytowe lub przetrwanie firm. OSHA zapoczątkowała w 1982 r. Programy Ochrony Dobrowolnej, które umożliwiają pracodawcom ubieganie się, jako „wzorcowe miejsca pracy”, o uzyskanie specjalnego oznaczenia, jeśli spełniają określone wymagania. Agencja jest odpowiedzialna za egzekwowanie różnych ustaw i przepisów dotyczących sygnalistów.
Zanim jednak AFL-CIO rozpropagowała „Dzień Pamięci Pracowników”, największy związek zawodowy w Kanadzie, reprezentujący około 700 000 pracowników służby zdrowia, edukacji, samorządów, bibliotek, uniwersytetów, usług socjalnych, użyteczności publicznej, transportu, służb ratunkowych i linii lotniczych, Kanadyjski Związek Pracowników Publicznych ustanowił w 1984 r. dzień żałoby. Rok później (1985) Kanadyjski Kongres Pracy, czyli krajowa centrala związków zawodowych, w której zrzeszona jest większość kanadyjskich związków zawodowych, oficjalnie ustanowił 28 kwietnia Narodowym Dniem Żałoby po pracownikach zabitych i rannych w pracy. 28 kwietnia 1987 r. w stolicy Kanady, Ottawie, w Vincent Massey Park Kongres poświęcił Pomnik Narodowego Dnia Żałoby. Parlament Kanady uchwalił w 1991 r. Ustawę o narodowym dniu żałoby po osobach zabitych lub rannych w miejscu pracy i ustanowił 28 kwietnia oficjalnym dniem żałoby pracowniczej.
Od 1996 r. na całym świecie corocznie organizowane były uroczystości zarówno ogólnopaństwowe, jak też regionalne i lokalne na poziomie poszczególnych przedsiębiorstw, stowarzyszeń i związków zawodowych. Na mocy uchwały Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej od 2003 r. Dzień ten jest obchodzony w Polsce.
Dzień Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych był „obserwowany” przez Międzynarodową Organizację Pracy od 2001 r. W 2003 r. MOP, jako agencja afiliowana Organizacji Narodów Zjednoczonych, we współpracy ze Światową Organizacją Zdrowia (WHO) oraz Światową Konfederacją Pracy (WCL) proklamowały 28 kwietnia Światowym Dniem Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia w Pracy. Jego obchody mają zwracać uwagę na stałe i kompleksowe działania w celu poprawy warunków bezpieczeństwa osób pracujących.
W 1920 r. w Hadze powstała natomiast Międzynarodowa Federacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych (IFCTU) jako ponadnarodowa centrala związków zawodowych stowarzyszonych partiami chrześcijańsko-demokratycznymi Europy. Pierwotnie obsługując środowiska rzymskokatolickie IFCTU została utworzona jako alternatywa dla świeckich związków zawodowych w ówczesnej Europie i opierała swoją działalność o przekaz encyklik Rerum novarum papieża Leona XIII z 1891 r., a później Quadragesimo anno papieża Piusa XI z 1931 r. Pierwsze statuty Federacji głosiły zamiar walki nie tylko o prawa pracownicze, ale także o wartości takie jak godność ludzka, demokracja i międzynarodowa solidarność.
Gdy we wrześniu 1945 r. powstała Światowa Federacja Związków Zawodowych (WFTU), wykorzystując tą sytuację zaprosiła IFCTU do przyłączenia się. Jednak delegaci na kongres głosowali za odrzuceniem zaproszenia, argumentując, że globalna jedność WFTU jest „zbyt sztuczna”. ICFTU „wolała pozostać niezależna”, szczególnie w celu krytykowania zarówno kapitalistycznych, jak i komunistycznych nadużyć. Związki członkowskie ICFTU były przeciwne przynależności do organizacji niechrześcijańskiej.
Pod koniec lat pięćdziesiątych związki wchodzące w skład IFCTU coraz częściej działały w Azji i Afryce wśród pracowników muzułmańskich i buddyjskich. W 1959 r. Federacja zwołała seminarium w Sajgonie, żeby określić możliwości punktów wspólnych między religiami świata w kwestiach zachowań społecznych. W 1968 r. podczas kongresu delegaci przegłosowali jej przekształcenie organizacji w Światową Konfederację Pracy (WCL). Przyjęta Deklaracja, zrywając ze ściśle chrześcijańską ideologią, stwierdzała, że odtąd Konfederacja będzie się kierować „albo koncepcją duchową opartą na przekonaniu, że człowiek i wszechświat są stworzone przez Boga, albo innymi koncepcjami, które prowadzą razem z nią do wspólnego wysiłku budowania wspólnoty ludzkiej zjednoczonej
w wolności, godności, sprawiedliwości i braterstwie”. W miarę jak globalizacja w latach 80. i 90. XX w. pod wpływem praktyki i ideologii neoliberalizmu stawała się coraz większym zagrożeniem dla członkostwa w związkach zawodowych, WCL zwiększyła wysiłki w celu przeprowadzenia podobnego globalnego zjednoczenia ruchu związkowego. Podczas kongresu w 1993 r. delegaci próbowali wytyczyć konkretną strategię reagowania na ataki ponadnarodowego biznesu wymierzone w zorganizowaną siłę roboczą na całym świecie. W tym okresie WCL uzyskała status doradczy w ramach Międzynarodowej Organizacji Pracy i dołączyła do Międzynarodowej Rady Światowego Forum Społecznego.
Na kongresie założycielskim w dniach 1-3 listopada 2006 r. w Wiedniu doszło do zjednoczenia socjalizującej MKWZZ (ICFTU) z wywodzącą się z nurtu chrześcijańskiego Światową Konfederacją Pracy (WCL). W ten sposób powstała Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych (International Trade Union Confederation, ITUC). Podmiot ten stanowi największe światowe zrzeszenie związków zawodowych. Organizuje i koordynuje obchody Międzynarodowego Dnia Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych – jako święta ruchu związkowego.
Polskie realia
Jednym z najbardziej widocznych społecznie skutków nieprzestrzegania przepisów i zasad bezpiecznej pracy są wypadki przy pracy. Z prezentacji Pawła Grabowskiego, zastępcy Okręgowego Inspektora Pracy w Gdańsku, wynika, że w 2021 r. w wypadkach przy pracy poszkodowanych zostało 68 777 osób, w tym było 347 wypadków ciężkich, a 218 osób straciło życie. Na skutek pracy zdalnej podczas pandemii, dane te były znacznie niższe niż w poprzednich latach. Przykładowo w 2019 r. zgłoszono 83 205 osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy, o 1,3% mniej niż w 2018 r. Według Grabowskiego średni „koszt wypadku przy pracy w Polsce to 40 tys. zł, jeżeli przemnożymy to przez 68 tys. to uzyskujemy 2 mld 720 mln złotych – tyle w przybliżeniu kosztowały Polaków wypadki przy pracy w zeszłym roku”.
Są to jednak tylko koszty ponoszone przez właścicieli przedsiębiorstw zatrudniających pracowników: koszty zakłóceń produkcji oraz napraw w związku ze stosowaniem technologii i wyposażenia technicznego. Natomiast na koszty społeczne wypadków przy pracy składają się, oprócz kosztów ponoszonych przez przedsiębiorstwo, także koszty ponoszone przez poszkodowanego i jego rodzinę oraz koszty ponoszone przez społeczeństwo. Jak wynika z definicji kosztów wypadków przy pracy w „Encyklopedii Zarządzania” koszty „bezpośrednie, które ponosi pracodawca w związku z wypadkiem (leczenie i odszkodowania) stanowią tylko 20% łącznych kosztów. Pozostałe 80% stanowią koszty pośrednie (nie objęte ubezpieczeniem i nie rejestrowane przez instytucje ubezpieczeniowe)”.
Dlatego społeczne koszty wypadków przy pracy w latach 2018-2021 należałoby obliczyć dodając do wskazanych przez Grabowskiego ok. 3 mld zł, które stanowią ok. 20% kosztów – pozostałe 80%. W sumie daje to rocznie ok. 15 mld zł. Można powiedzieć, że takie są wymierne społeczne koszty.
Pozostają jeszcze niewymierne koszty, do których zaliczyłbym naruszanie przepisów o czasie pracy i właściwym odpoczynku, a w efekcie – naliczaniu wynagrodzenia oraz innych świadczeń ze stosunku pracy, w tym wynagrodzenia urlopowego, chorobowego, dodatków za pracę w porze nocnej czy w godzinach nadliczbowych. Czy kwestie wypoczynku pracowniczego, w tym urlopów, pracy nocnej albo w godzinach nadliczbowych nie wpływają na bezpieczeństwo w miejscu pracy? Czy presja na podniesienie wieku emerytalnego, czyli wydłużenie całkowitego czasu aktywności zawodowej pracowników – nie są obciążone kolejnymi zagrożeniami bezpieczeństwa dla pracowników? A w konsekwencji – wymiernymi kosztami oraz społecznymi kosztami wypadków przy pracy lub chorób zawodowych?
Warto z okazji kwietniowych Dni Bezpieczeństwa i Pamięci inicjować dyskusje na temat naszego systemu ochrony ludzi w środowisku pracy.
Roman Adler
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Peggy und Marco Lachmann-Anke from Pixabay.
przez Roman Adler | środa 5 października 2016 | Lato 2016
Już pod panowaniem Habsburgów refeudalizacja na Śląsku spowodowała nędzę wsi i zahamowała rozwój gospodarczy miast. W połowie XVII wieku ustawodawstwo śląskie upoważniło panów feudalnych do zwiększania pańszczyzny i przymuszania do niej nawet chłopów czynszowych. Doprowadziło to do pierwszych buntów chłopskich. W 1645 roku, pod koniec wojny trzydziestoletniej, miejscowi chłopi odmówili wszelkich świadczeń dla dóbr zamku opolskiego, powołując się na rzekomą obietnicę siedmiu lat wolnizny. Obietnicę taką złożył ponoć polski król Jan Kazimierz, któremu miało być w zastaw przekazane księstwo opolsko-raciborskie.
Po zniszczeniach wojennych i wzroście obciążeń ze strony szlachty, dążącej do odbudowy, utrzymania lub pomnożenia majątków kosztem wzmożonego wyzysku, w latach 1668-1669 doszło do wystąpień chłopów przeciw pańszczyźnie w tymże księstwie – wkrótce po oddaniu go przez Wazów pod bezpośrednie panowanie Habsburgów. Dalsze podnoszenie wymiaru pańszczyzny na przełomie XVII i XVIII wieku doprowadziło do rozruchów w latach 1706-1713 na ziemi raciborskiej. W latach 1722-1727 czynny opór stawiali polscy i niemieccy chłopi w dobrach niemodlińskich. Od 1727 do 1730 roku trwała powszechna rebelia w królewszczyznach opolskich i kozielskich, którą stłumiło dopiero wkroczenie wojsk austriackich.
W tajnej umowie prusko-austriackiej, zawartej w Schnellendorf 9 października 1741 roku, Fryderyk II zadowolił się Dolnym Śląskiem do rzeki Nysy, a na prawym brzegu Odry do rzeki Brynicy. Według źródeł austriackich na dworze w Wiedniu nie mieli pojęcia, gdzie płynie owa Brynica. Jednak wiedzieli to Prusacy – najpewniej dzięki sugestii jednego z kupców z wrocławskiej rodziny Giesche, która od 1704 roku miała wyłączny przywilej na eksport galmanu, czyli rudy cynku i ołowiu z Górnego Śląska, okolic Bytomia i Tarnowskich Gór. A tych surowców armia pruska bardzo potrzebowała do produkcji amunicji.
Na Ślązaków nałożono olbrzymie podatki: dwa i pół miliona talarów rocznie. W jednej z ulotek krytykujących rządy pruskie czytamy: jego cesarska mość gnębiony licznymi potrzebami, a zwłaszcza przez wojnę z Turkami, domagał się od nas jednorazowej kontrybucji w wysokości dwóch milionów guldenów. Były to wszak rządy, które nas podobno gnębiły, a zostawiały nam swobodę uchwalania tejże kontrybucji, podczas gdy obecnie pod „słodkimi” rządami pruskiego króla musimy dawać na utrzymanie wojska pruskiego trzysta tysięcy florenów, co stanowi rocznie trzy miliony i sześćset tysięcy guldenów, z czego my, Ślązacy, i nasz Śląsk nic nie mamy prócz nowych utrapień, utrudnień i poniżeń. I jeszcze głosi się, że każdy, kto nie zapłaci, traktowany będzie jak wróg. Mówi się, że owym wrogom Prusacy spalą dach nad głową i wypędzą z kraju. Z kraju, który jest ojczyzną każdego Ślązaka, z kraju Piastów chcą nas wypędzić, jeśli nie zapłacimy w terminie, jak od nas żądają.
Na co takie podatki? Pod panowaniem Habsburgów na Śląsku stacjonowało maksymalnie do dwóch tysięcy żołnierzy monarchii austriackiej. Natomiast Prusy wprowadziły 35-tysięczną armię i narzuciły ludności obowiązek jej utrzymania. Jeszcze w wiele lat po wojnach śląskich, w 1791 roku, państwowa komisja pruska wyliczyła, że dwie trzecie dochodów górnośląskich miast i miasteczek pochłaniały koszty utrzymania kwaterującego wojska pruskiego.
Skutki rabunku Śląska pod panowaniem Fryderyka II spisał pruski inspektor Lautensack, sporządzający dokładny rejestr śląskich posiadłości: Na prawym brzegu Odry, na polskiej stronie, położenie chłopa godne jest współczucia. Ci ludzie nie będą mogli w przyszłości zapłacić podatków. Znowu powiększyła się i tak już przerażająca liczba opuszczonych domów i porzuconych zagród na wsi […]. Miasteczko Toszek […] jest chyba najnędzniejszą mieściną na Górnym Śląsku. Stoi tu już dwadzieścia opuszczonych domów, a pozostałe są w takim stanie, że ci biedni ludzie podczas deszczu leżą w wodzie. Ale jest tu na stałe szwadron huzarów z pułku Hostiz, którym mieszczanie musieli udostępnić swoje stajnie, a ich własne bydło stoi pod gołym niebem […]. Tarnowskie Góry: ze względu na upadek górnictwa ludzie cierpią głód i uciekają do Polski. Stoi tu 61 opuszczonych domów. Bytom: […] tylko 123 domy są zamieszkałe. Ludzie są bez wyjątku bardzo biedni i skarżą się na hrabiego. […] Jeśli tak dalej pójdzie, miasto zginie. Gliwice: są mniejsze jak Bytom, kilkakrotnie spalone. Wybudowano tu byle jak 131 domów, a ponad sto nie zostało odbudowanych. Z 1757 roku zachowała się taka relacja z Górnego Śląska: mieszkańcy miasteczek muszą pomagać panu przy żniwach, muszą strzyc jego owce, uprawiać wydzielone im pola, utrzymywać w porządku staw zamkowy, oczyszczać fosę i młynówkę, przywozić z odległości czternastu mil kamienie młyńskie, wozić drewno budowlane i owies i są w tym samym położeniu, jak chłopi pańszczyźniani. Ale do tego zdążyli się już przyzwyczaić. Natomiast podatki, kwaterunkowe, serwisowe, akcyza – to przekracza ich możliwości, powoduje smutek i niechęć do życia. Ludzie nie widzą przed sobą żadnej przyszłości.
Największą jednak udręką mieszkańców był przymusowy zaciąg do wojska. Gdy minął początkowy okres ochronny, w latach 1742-1743 na pruskim Śląsku utworzono tzw. kantony rekrutacyjne dla 13 regimentów. Przykładowo już wiosną 1742 roku pruski feldmarszałek Schwerin żądał z samego tylko terenu księstwa opolsko-raciborskiego dwóch tysięcy rekrutów. Do 1743 roku armię pruską powiększono w ten sposób o 18 tysięcy rekrutów. Dlatego przed pruskimi werbownikami zaczęto uciekać na Łużyce, w głąb Austrii czy do Polski. W latach 1740-1780 z Górnego Śląska tylko do Polski zbiegło ok. 15 tysięcy chłopów. Zbiegostwo było – po opieszałości i niedbalstwie w odrabianiu pańszczyzny – jedną z form oporu chłopskiego przeciw wyzyskowi feudalnemu.
Szlachta, która posiadała na pruskim Śląsku 70% ziemi, powiększała folwarki kosztem ograniczania pastwisk i łąk, z których dotychczas korzystali również chłopi. Feudałowie śląscy podnosili też chłopom świadczenia, czyli pańszczyznę i tzw. robocizny. Dochodziło w rezultacie do licznych, niekończących się procesów między panami a gospodarzami wiejskimi, wygrywanych zwykle przez feudałów, którzy powoływali się na dawne przywileje i ustalenia. Jeszcze w 1753 roku minister Śląska von Münchow żądał od Wrocławskiej Komory danych na temat handlu poddanymi. W odpowiedzi m.in. starosta bytomski potwierdził, że śląscy panowie mają prawo sprzedać, przehandlować lub podarować swoich chłopów tak samo jak inne rzeczy.
Pod panowaniem pruskim władze w sporach między wsią a panami zaczęły popierać chłopów, bo chciały względnie zamożnego stanu włościańskiego. To chłopi mieli płacić podatki do kasy państwowej i to oni byli poborowymi w nowym typie armii, opartej na piechocie. Dlatego zaraz po zajęciu Śląska, w latach 1741-1749, w Prusach wydano kilka zarządzeń mających jakoby chronić chłopów przed zachłannością szlachty. W 1746 roku doszło nawet do tego, że starosta (landrat) strzelecki, hrabia Henckel, opracował regulamin obowiązków chłopskich. W piśmie przesłanym do ministra Śląska prosił, aby nie ujawniać jego autorstwa, bo mógłby wiele ucierpieć od tutejszej noblessy [stanu szlacheckiego – przyp. R.A.] lub zgoła mogłoby go spotkać jakie nieszczęście… Szlachta stawiała bowiem opór wszelkim zmianom na korzyść chłopów.
W wyniku tych zarządzeń doszło m.in. do buntu śląskich chłopów w podgłubczyckich Lewicach w 1748 roku i stłumionego rok później buntu w Białej Prudnickiej. Z powiatu głubczyckiego dotarła do Fryderyka II skarga, w której chłopi pisali: Przedtem pracowaliśmy dla pana dwa dni w tygodniu, obecnie trzy, ale w ten sposób, że wypędzają nas z domów przed piątą rano niemiłosiernie batożąc, by zwolnić nocą, kiedy już gwiazdy świecą na niebie.
Bunt chłopów wybuchł również w dobrach rybnickich w 1749 r. Jak przypomniał Oswald Stefan Popiołek w opracowaniu „Bunty chłopskie na Górnym Śląsku do 1811 r.”, władze pruskie, aby go stłumić, zakwaterowały wojsko w każdej zagrodzie. Zrujnowało to chłopów zupełnie. Poza tym chciano ich ukarać. I tu zaczęły się kłopoty. Co dla udręczonych ludzi może być jeszcze karą? Ciężkie roboty? Taczki? Więzienie? Przecież od najmłodszych lat wykonują najcięższe roboty, nie było dnia, który by się nie równał taczkom i robotom przymusowym! Więzienie zaś o suchym chlebie i wodzie byłoby dla nich ulgą i polepszeniem bytu. Przecież i tak nic lepszego nie jedzą i ciężko przy tym pracują, a w więzieniu nie musieliby robić! Po-przestano więc na pobiciu ich.
Przypuszczalnie pod wrażeniem tych buntów władze pruskie nakazały w 1749 roku właścicielom ziemskim stosować wprowadzoną ustawowo ochronę chłopów, m.in. zakaz wykupu przez właścicieli ziemskich ziemi chłopskiej, czyli rugowania chłopów. Co więcej, nakazały zwrot gruntów zagarniętych w ten sposób w ciągu poprzednich kilkunastu lat. Ustawa jednak nie weszła w życie i już w 1750 roku bunty ogarnęły ponad 20 wsi w powiecie raciborskim.
Od 1755 roku minister do spraw Śląska, Ernst Wilhelm von Schlabrendorf, próbował wprowadzić dziedziczenie ziemi przez chłopów, zakazywał stosowania kar cielesnych, handlu poddanymi i podnoszenia świadczeń pańszczyźnianych. Jednak działania te miały jedynie wymiar propagandowy, ponieważ większość tutejszych chłopów nie była właścicielami ziemi. Decyzje ministra miały kreować wśród chłopów przekonanie, że „dobry król” i ministrowie o nich dbają, a ich gnębicielami są jedynie „źli panowie”.
W 1756 roku wybuchła chłopska rebelia na Śląsku austriackim, w dobrach lutyńskich irlandzkiego hrabiego Mikołaja von Taaffe. Dwustu czterech chłopów z Niemieckiej Lutyni, Dziećmorowic, Skrzeczonia i Wierzniowic zbuntowało się przeciw pańszczyźnie i koczowało na polach za dworem w Niemieckiej Lutyni. Gdy do wioski wkroczyły wojska austriackie, uciekli na pruski Śląsk i obozowali pomiędzy Łaziskami a Godowem. W tej sytuacji hrabia von Taaffe zwrócił się do cesarzowej Marii Teresy, a ta poprosiła o pomoc… króla Prus. Fryderyk II nie omieszkał skorzystać z okazji i wojska pruskie zmusiły buntowników do powrotu na stronę austriacką, gdzie dziesięciu przywódców wtrącono do lochów zamku w Lutyni, a następnie skazano na kilka lat ciężkich robót w twierdzy Ołomuniec. Tak wyglądała klasowa solidarność feudałów ponad państwowymi konfliktami.
Podczas działań wojennych Śląsk był łupiony tak przez Prusaków, jak przez armie Habsburgów. Jeden z mieszkańców Jeleniej Góry zanotował: Wydaje się, że wszystkie wojujące partie sprzymierzyły się w zamiarze doprowadzenia Śląska do ruiny. Armia austriacka zaczęła na Śląsku plądrować i zdzierać okup z ludzi, którzy po złych zbiorach w 1760 roku już i tak cierpieli głód. Wkraczające do wiosek oddziały pieczętowały chłopom stodoły, aby ci nie mogli zabrać niczego na własne potrzeby. W tym samym czasie Fryderyk po odzyskaniu Wrocławia zażądał od niewiernych mieszkańców miasta 300 tysięcy talarów w srebrze, 500 tysięcy od śląskich kościołów i klasztorów, narzucił też klerowi katolickiemu, wbrew ugodzie z Altranstädt, 50-procentowy podatek. Następnie wprowadził do obiegu fałszowane pieniądze, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen. Przykładowo – ryż zdrożał o 100%, dwie marchewki kosztowały 1 srebrny grosz.
Była to zapewne kolejna przyczyna, dla której nawet wojna nie całkiem stłumiła opór chłopski. Zimą 1760 roku kontrybucje doprowadziły do zamieszek w powiecie kozielskim, a komendant twierdzy w Koźlu wysłał list gończy za byłym deputowanym powiatowym von Lipa z Radoszowa i byłym starostą von Blumencronem. Obaj poszukiwani utworzyli z unikających zaciągu do wojska chłopów oddział partyzancki, założyli bazę pod Opawą i robili rajdy przeciw Prusakom aż pod Opole. W 1761 roku poddani z królewszczyzny opolskiej odmówili dostarczenia Prusakom tzw. podwodów, czyli wozów z zaprzęgiem, którymi do huty królewskiej w Ozimku produkującej uzbrojenie miała być dowożona ruda żelaza. Dopiero interwencja wojska pruskiego zmusiła ich do wykonania świadczenia. W tymże roku hutnicy z huty w Krogulnie, przeważnie wolni robotnicy najemni, zażądali podwyżki płac.
W wyniku samej tylko wojny siedmioletniej zginęło 853 tysięcy ludzi. W śląskich wsiach zniszczono 3323 domy, 2225 stodół, 3495 obór. W miastach – 2917 domów, 399 stodół i 1380 obór i stajen. Na odbudowę zrujnowanego wojnami Śląska Fryderyk II przeznaczył 3 miliony talarów, czyli mniej więcej jednoroczne podatki, jakie z tej prowincji ściągał od ponad 20 lat. Od 1736 do 1763 roku liczba ludności Śląska spadła z ok. 1 miliona 800 tysięcy mieszkańców do 1 miliona 95 tysięcy. Zniknęło prawie 700 tysięcy Ślązaków! Oto demograficzna katastrofa wywołana podbojem Śląska przez Prusy.
Wojna doprowadziła liczne majątki szlacheckie do ruiny i w rezultacie śląscy panowie feudalni nie byli w stanie płacić podatków. Wprawdzie już w 1758 roku król wstrzymał licytację zadłużonych posiadłości do czasu zakończenia wojny, jednak po jej ustaniu gwałtownie spadły ceny zboża, co znów doprowadziło na skraj bankructwa kolejne majątki ziemskie. W tych latach niżsi i wyżsi urzędnicy państwa pruskiego kupowali połacie ziemi, karczowali lasy wbrew przepisom i ustawom państwowym, zaganiali ludzi do wszelkich możliwych robót, by czym prędzej wycisnąć jak najwięcej gotówki z nabytego majątku, a następnie sprzedać go szybko z zyskiem następnemu kupcowi. Przy tych transakcjach bardzo ważną rolę odgrywała liczba poddanych, a im liczniejsze i większe były ich służebności, tym więcej płacili nowi nabywcy. Ludzie byli w tym procederze żywym inwentarzem przynależącym do majątku.
Sprzeciw wobec takiej kolonialnej gospodarce pruskich urzędników i nowych panów pruskich na Śląsku doprowadził w 1764 roku do żywiołowych wystąpień chłopskich w kilku wsiach powiatu świdnickiego na Dolnym Śląsku. Rok później chłopi z Ołdrzyszowa k. Nowogrodźca między Jelenią Górą a Żaganiem odrzucili nowe żądania tamtejszego dworu, a następnie zbrojnie odpierali ataki zaprawionego w wojnie siedmioletniej wojska pruskiego, które z trudem zdołało ich pokonać. Wiosną 1766 roku wybuchł kolejny śląski bunt chłopski, tym razem w powiatach rybnickim, raciborskim, bytomskim, pszczyńskim, nyskim i gliwicko-toszeckim. Chłopi wypowiedzieli posłuszeństwo hrabiemu Emanuelowi Wengierskiemu, właścicielowi majątków w ziemi rybnickiej. Później odmawiali zapłacenia panom wszelkich danin. Uzbrojeni gromadzili się po lasach. Zaniepokojony rząd wysłał przeciw nim znajdujące się w pobliżu pułki. Od kul żołnierzy ginęli nie tylko zbuntowani mężczyźni, lecz także kobiety i dzieci. Po likwidacji powstania nastąpił odwet panów. Jak wyglądał, ujawnia pismo poborcy podatkowego z Toszka do ministra Schlabrendorfa, z którego wynika, że na własne oczy widział, jak pan przydeptał dwóm poddanym gardła, gdy wymierzał im 150 batów „na gołą koszulę”.
Tymczasem rozruchy chłopskie z powiatu raciborskiego przeniosły się na Śląsk austriacki, do stanowego państwa frysztackiego, które od 1748 roku należało do wspomnianego Mikołaja von Taaffego. Na czele ruchu stanął Ondra Fołtyn, gospodarz posiadający konia pod wierzch, czyli siodłak (po śląsku siedlok), ze Starego Miasta pod Karwiną. Trzykrotnie był on wcześniej ze swoimi skargami w Wiedniu – bezskutecznie. W 1766 roku spisanie wspólnych skarg do władz i wysłanie delegacji na dwór cesarski zaproponował Maciej Kolář z Dětmarowic. Na delegatów wybrano jego i Fołtyna. Jednak informacje o przygotowaniach szybko dotarły do burgrabiego Schwartza, który miał donosicieli wśród chłopów. Kolář i sześciu innych przywódców chłopskich zostało zatrzymanych i uwięzionych w Cieszynie. Fołtyna uratował huzar Széhenyego, który u niego mieszkał. Dzięki tej pomocy gospodarzowi udało się spiesznie wyruszyć w drogę. Dotarł do Wiednia 22 lutego i przekazał „memoriał” frysztackich chłopów Johannowi Karlowi hrabiemu Chotka von Chotkow und Wognin, cesarskiemu kanclerzowi Czech. Ten jednak kazał Fołtyna zatrzymać i pod eskortą odesłać do Cieszyna na przesłuchanie. Gdy więzień został zwolniony, pod jego wodzą wybuchły w majątku frysztackim największe zaburzenia chłopskie w tej części Śląska. Wydarzenia zaczęły się toczyć szybko: Fołtyn założył w Olszynach „wolną osadę” dla frysztackich siedloków, a ze Śląska cieszyńskiego trafiły do Wiednia 73 skargi. Wywołało to rozruchy w sąsiednich państwach stanowych. Wprawdzie Fołtyn został aresztowany wraz z innymi przywódcami rebelii na pół roku, jednak żony aresztowanych dotarły do cesarzowej, dzięki czemu Fołtyn został uwolniony, co znacząco podniosło jego autorytet na Śląsku Cieszyńskim. Wkrótce stanął na czele nowej delegacji wysłanej przez chłopów do Wiednia. W listopadzie 1766 roku wraz z Maciejem Michalcem z Petrovic znów był w stolicy.
Ożywiło to legalną aktywność chłopów ze Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego: w latach 1767-1768 ze 137 gmin wysłano do cesarzowej Marii Teresy ponad 1600 skarg i próśb. Chłopi przedstawiali w nich krzywdy, jakich doświadczali od panów, oraz prosili cesarzową o pomoc. W rezultacie w 1767 i 1771 roku w austriackiej części Śląska powołano specjalne komisje, tzw. komisje urbarialne, które miały ustalić i spisać dokładne wysokości chłopskich świadczeń na rzecz panów feudalnych, oraz wydano patent robotniczy (1771 rok). Również właściciele państwa frysztackiego musieli pójść na ustępstwa. W następnych latach cesarzowa Maria Teresa i jej następca, cesarz Józef II, ogłosili kilka zarządzeń ograniczających wyzysk chłopów, a w 1781 roku – ograniczenie osobistego poddaństwa chłopów.
W 1780 roku realia pruskiego Śląska opisał pewien Anglik, który zwiedził te okolice:zadziwią się moi rodacy, że w europejskich krajach chrześcijańskich istnieją szlachcice, co nie mogą pojąć, dlaczego panu nie miałoby być wolno okładać kijem i biczem swoich poddanych, ile razy im się podoba. Nic dziwnego, że pod koniec lat 70. XVIII wieku kolejne wsie wszczynały procesy przeciw swoim panom. Gdy wyroki okazały się niekorzystne dla nich – chłopi znów przestali „wychodzić na pańskie”. Uzbrojeni w kosy, siekiery itp., chronili się w lasach i organizowali zasadzki na patrole wojskowe. Kolejne powstanie chłopskie wybuchło w powiecie pszczyńskim w 1780 roku, po wysłaniu na wiosnę memoriałów i próśb do króla w Berlinie, które pozostały bez odzewu. Wówczas kilka wsi przerwało pracę podczas żniw na polach księcia pszczyńskiego Fryderyka Ferdynanda Anhalt-Köthen. Znów wezwano wojsko, znów była twierdza dla przywódców i baty dla pozostałych. Wydano nowe zarządzenie z ostrzejszymi karami, wzywające chłopów do spokoju i posłuszeństwa. Wójtowie mieli czuwać, by chłopi nie zbierali się po karczmach lub chatach, nie naradzali się w sprawie odmowy służby panom i nie urządzali zbiórki pieniędzy na pokrycie kosztów procesowych, podróży delegatów do króla lub opłacanie doradców. Wyszło też rozporządzenie ministra uprawniające panów do odebrania chłopom posiadłości i oddania ich innym – bardziej posłusznym. Rząd wysyłał wojsko do każdej opornej wsi, a chłopi na swój koszt musieli je kwaterować i żywić.
Najniebezpieczniej w latach 178–1786 było w powiatach kluczborskim, opolskim, prudnickim i średzkim oraz w ziemi kłodzkiej, wałbrzyskim i na Pogórzu Sudeckim, gdzie ruchy powstańcze chłopów miały już częściowo charakter masowy i były w pewnym stopniu zorganizowane. Nietypowy przebieg miały zamieszki w 1787 roku, gdy dobra w Ruptawie kupił Traugott von Ziemietzki, dotychczasowy właściciel Świerklan Dolnych, znany z surowości i gwałtowności. Gmina ruptawska nie chciała go przyjąć, a gdy nadjeżdżał, pojawili się chłopi z widłami i cepami. Do rzezi nie doszło tylko dlatego, że nowy właściciel obrał inną drogę do dworu i przenocował w spichlerzu. Przez noc chłopi ochłonęli i w końcu przyjęli nowego pana.
W tym czasie na śląskich chłopów spadły nowe udręki ze strony pruskiej szlachty: jeszcze w 1788 r., dwa lata po śmierci Fryderyka, sprzedawanie chłopów odbywało się na Śląsku bez ingerencji władz pruskich. Szlachta bowiem, wypełniając wolę króla, przystąpiła do budowy manufaktur i fabryk, w których zatrudniani byli chłopi – zmuszani do pracy w nieznanych sobie warunkach w ramach pańszczyzny lub tzw. odrobku.
Od 1792 roku na śląską wieś zaczęły docierać informacje o rewolucji we Francji i o uchwaleniu konstytucji w Polsce. W napiętej – z powodu handlu ziemią i ludźmi – atmosferze doszło w 1793 roku do krwawych rozruchów niemal we wszystkich powiatach górnośląskich. Dworom odmawiano pracy i płacenia podatku gruntowego, odbijano i uwalniano aresztantów, znęcano się nad urzędnikami dworskimi nieludzko postępującymi z chłopami, żądano wydalenia ich. Podobnie zachowano się w stosunku do wójtów uległych panom, odgrażano się szlachcie, obijano chętnych do pracy. Zaczęto nieprawnie korzystać z pastwisk dworskich i niszczyć dworskie zagajniki. Wybuchały protesty przeciw zbyt częstemu zamykaniu ludzi w areszcie, nędznemu odżywianiu i opłacaniu czeladzi dworskiej, przeciw likwidacji pastwisk, zakazowi hodowli owiec przez chłopów i wypasaniu pańskich owiec na chłopskich gruntach. Chłopom marzyła się równość stanów, podział gruntów pańskich i to, żeby wojsko nie występowało przeciwko nim.
W takiej atmosferze w Jemielnicy pod Strzelcami Opolskimi Marek, zwany Prawym (niem.der Gerechte), stanął na czele protestu chłopów śląskich przeciw niesprawiedliwemu gospodarowaniu drewnem w lasach opactwa cystersów. Według donosu miał on grozić, że jeśli ludzie nie dostaną lepszego drewna na opał, to powtórzy się to, co we Francji, i naród weźmie sobie drewno siłą. Podobno głosił też, że los chłopów nie poprawi się, jeśli na Śląsku nie powtórzy się to, co lud zrobił we Francji. Na podstawie takich donosów władze kazały pojmać go. A 17 marca 1794 r. – pięć dni po wybuchu insurekcji w Polsce – na rynku w Opolu w dzień targowy przepędzono Marka Prawego sześciokrotnie przez szpaler żołnierzy, którzy bili go pałkami. Po dwóch dniach skatowanego odwieziono do Jemielnicy, gdzie zmarł w wyniku odniesionych ran. Miejscowi chłopi zostali skutecznie zastraszeni. Mimo to w latach 1799-1800 znów wybuchały w tzw. polskich powiatach zamieszki, które miały już wyraźnie antyfeudalny charakter. W tym czasie wśród robotników w hutach i kopalniach Bytomia i Tarnowskich Gór oraz pośród chłopów z okolicznych wsi nasiliły się antypruskie nastroje. W 1798 roku doszło tam do buntu, po którym świerklaniecki Donnersmarck wypędził z Rudnych Piekar 24 rodziny górnicze mówiące po polsku. Powoli antykolonizatorskie nastroje wykraczały poza stan włościański.
W 1799 roku wskutek wyzysku i ucisku panów feudalnych wybuchł w Krzyżowicach, Szerokiej i Boryni dobrze przygotowany bunt chłopski. Nowością było to, że chłopi uciekli do lasu i zaczęli zbójować. Tymczasem do Krzyżkowic przybył wysłannik rządowy, dzierżawca majątków księcia pszczyńskiego w tych wioskach, Schlütterbach. Gdy w tłumie chłopów zebranych w karczmie trzech ze starszyzny wiejskiej – szanowanych chłopów krzyżkowickich – zdobyło się na odwagę, by powiedzieć mu prawdę o warunkach panujących w ich wiosce, Schlütterbach postanowił ich ukarać. Kazał im się rozebrać do koszul i gaci, a następnie wejść do klatki dla zwierząt. W końcu weszli wszyscy trzej. Parobcy dworscy musieli ich włożyć na sanie i konwój wyruszył przed karczmę pod osobistym dozorem samego Schlitterbacha. […] Zanim ich dowieziono do karczmy, Poloczkowi już puściła się krew z nosa. Osunął się na kolana, jedną dłonią opierając się o dno, drugą o boczną ścianę klatki. Po siwych włosach zaczęła mu kroplami sączyć się krew. Nieszczęśliwi, nie mogąc poruszać się swobodnie, zmieniali pozycję tylko o tyle, że raz opierali się plecami, raz lewym, kiedy indziej prawym ramieniem o ostre kanty klatki. Na jej dnie zaś raz klękali kolanami, to opierali cały swój ciężar na stopach, to podpierali się rękami. Ostre kanty coraz głębiej wbijały im się w ciało… W tym momencie na miejsce kaźni przybyli zbuntowani chłopi-zbójnicy z pobliskiego lasu i… zabili dzierżawcę. Na znak solidarności z chłopami krzyżowickimi spłonęły wtedy także pańskie stodoły w Boryni i Szerokiej.
Bunty przeciw pańszczyźnie trwały również w latach 1800-1806, tak na Dolnym, jak i na Górnym Śląsku. Ale jeszcze bardziej zaczęło wrzeć wśród chłopów, gdy po klęsce Prus w wojnie z Napoleonem na chłopów spadły główne ciężary francuskiej kontrybucji oraz grabieże i rekwizycje francuskich strzelców i huzarów (np. w Wodzisławiu i okolicy). Tym bardziej, że sprusaczona szlachta śląska coraz gwałtowniej zaczęła egzekwować powinności feudalne wcześniej często niewykonywane, a nawet nakładać nowe. Po włączeniu, na mocy pokoju w Tylży, pruskiego tzw. Nowego Śląska do Księstwa Warszawskiego oliwy do ognia dolała połowiczna reforma Fryderyka Wilhelma III, który 9 października 1807 roku zniósł wprawdzie poddaństwo osobiste chłopów, ale ziemię przez nich uprawianą pozostawił w ręku szlachty. Sprawiło to, że chłopi, osobiście wolni, nadal mieli obowiązek świadczyć dawne powinności feudalne, w tym pańszczyznę, a także podlegali sądownictwu feudałów. W 1808 roku nastroje jeszcze bardziej podgrzało uwłaszczenie chłopów w pruskich dobrach państwowych.
W 1811 roku wybuchł kolejny bunt, znany pod nazwą zmowy tworkowskiej. Tym razem przyczyną była wieść gminna, jakoby panowie ukrywali przed ludem ustawę, na mocy której w Prusach zniesiono poddaństwo. Ponieważ jej tekst był po niemiecku – Ślązacy mówiący w większości po polsku nie mogli jej zrozumieć, a tam, gdzie się o niej dowiadywali i żądali jej wprowadzenia w życie, byli przez panów oszukiwani. W rezultacie doszło do powstania chłopskiego w 170 polskich i czeskich gminach powiatów pszczyńskiego i raciborskiego, m.in. na lewym brzegu Odry w Tworkowie, Bieńkowicach, Boguminie i okolicy, a na prawym brzegu – w Lubomi, Nieboczowach, Kamieniu, Rogowie, Bełsznicy, Czyżowicach i Syryni. Wiodącą rolę odegrali w nim sołtysi i wolni kmiecie.
W tym czasie panem na zamku w Tworkowie był Johann von Eichendorff, stryj znanego niemieckiego poety romantycznego ze Śląska, Josepha von Eichendorffa. Mimo przypomnienia edyktem z 24 października 1810 roku, że chłopi mają obowiązek odrabiania pańszczyzny dopóty, dopóki nie doprowadzą do ugody z właścicielami ziemi w sprawie jej zniesienia i np. zastąpienia oczynszowaniem, chłopi nie wierzyli urzędnikom pruskim i panom feudalnym. W przypadku Tworkowa – nie bez podstaw – dotyczyło to Johanna von Eichendorffa. Ów brak zaufania doprowadził w połowie stycznia 1811 roku do zwołania w Tworkowie zjazdu przedstawicieli 19 okolicznych gmin, którzy pod przywództwem rzeźnika (po śląsku: masorza) Macieja Gracy oraz gospodarza (czyli kmiecia) Drobnego, ogłosili, że będą się przeciwstawiać dalszemu odrabianiu pańszczyzny, bo według nich jest to niezgodne z wolą króla. W rozmowach z przedstawicielami władz oświadczyli, że są wolni i nie dadzą się zmusić żadną przemocą do jakichkolwiek pańszczyzn, że sprzymierzyli się z sobą i chętniej pozwolą się posiekać na kawałki niż dalej odrabiać robocizny.
Tak rozpoczęła się „zburzka”, jak wówczas te rozruchy nazywano. Do czynnej walki wzywał chłopów Szymon Boczek, chałupnik z Kamienia w powiecie raciborskim. Twierdził,że trzeba zbroić się, poruszyć do powstania chłopów sąsiednich gmin i pójść do Tworkowa. Stanisław Michalkiewicz, autor książki o tym buncie, przywołał opinię anonimowego pruskiego szlachcica, że po polskiej stronie Odry było jeszcze spokojnie, aż około 10 lutego 1811 r. wystąpiła wieś Pszów, która wysłała 50 chłopów do Krzyżkowic, którzy udali się do ludzi odrabiających pańszczyznę, aby odstąpili od pracy, bo zgodnie z edyktem królewskim [z 9 października 1807 roku – przyp. R.A.] wszelka pańszczyzna ustaje. O ile relacja ta jest niezupełnie zgodna z chronologią wydarzeń, bo już 7 lutego protest przeciw pańszczyźnie podjęli chłopi z Godowa, a 8 lutego z Gołkowic – o tyle godne uwagi jest to, że w opinii cytowanego Prusaka oraz w świetle innych urzędowych dokumentów istniała wówczas „polska strona Odry”, co znaczyło, że w powszechnej ocenie klas panujących na prawym jej brzegu ludność mówiła śląską polszczyzną.
Już 8 lutego sąd dominialny w Wodzisławiu Śląskim wysłał do śląskiego Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu pismo, w którym stwierdzał, że Obecnie wskutek działalności deputacji wysyłanych z gmin już objętych powstaniem, szerzy się ono także na obszarze tutejszego dominium. […] Gminy nie tylko odmawiają wykonywania obowiązujących powinności, ale sięgają znacznie dalej niż ich sąsiedzi, albowiem gwałtownie wzbraniają dominium korzystania z lasów, które chcą sobie przywłaszczyć.
W takich okolicznościach Ernst Wilhelm von Birkhahn, starosta (landrat) powiatu pszczyńskiego, rozesłał do sołtysów okolicznych wsi wezwanie, aby stawili się 11 lutego wraz z dwoma przedstawicieli wiosek do jego siedziby w Marklowicach Górnych. Zamierzał powagą swego urzędu wymóc posłuszeństwo wobec właścicieli majątków feudalnych i zachowanie spokoju publicznego. Jakież było jego zaskoczenie, gdy rankiem tego dnia pod wodzą sołtysa Józefa Bieni z Jedłownika zaczęły do dworu w Marklowicach ściągać tłumne delegacje, głównie z dominium w Boguminie. Wystraszony landrat zbiegł do Pszczyny, nie spróbowawszy nawet zorganizować planowanego zgromadzenia. W tej sytuacji chłopi pod wodzą Bieni wdarli się na podwórze dworu w Marklowicach i zażądali od przerażonej żony landrata okazania edyktu królewskiego wyzwalającego od pańszczyzny. Gdy okazało się, że w siedzibie starosty takowego nie ma, zażądali wydania dokumentu zwalniającego ich z robót na rzecz dworu starościńskiego w Marklowicach. Wówczas nadjechał dziedzic majątku w Połomi Ludwik von Minnigerode. Chłopi wzburzeni ucieczką landrata i brakiem żądanych dokumentów chcieli go zmusić do podpisania ugody zwalniającej chłopów z robót w jego majątku. Gdy odmówił, obili go 50 razy pałką, jego żonę publicznie znieważyli, a następnie przegnali chłopów nadal w pobliżu odrabiających pańszczyznę. Wkrótce kilkuset chłopów pod wodzą Bieni, Jakuba Antończyka z Wilchw oraz ośmiu chłopów pańszczyźnianych z wsi Odry ruszyło do Marklowic Dolnych i wtargnęło do majątku baronowej von Tann. Tam również rozpędzili odrabiających pańszczyznę dla jej dworu oraz zażądali dokumentu zwalniającego okolicznych chłopów z robocizn. Następnego dnia podczas najścia zbuntowanych chłopów z Dolnych i Górnych Marklowic, Jastrzębia i Dolnej Boryni na dwór deputowanego powiatu pszczyńskiego von Schlotterbacha w Boryni Górnej doszło do starcia z jego czeladzią dworską. Chłopi zwyciężyli, jednak i tym razem nie zdobyli królewskiego „edyktu wolności” ani dokumentu potwierdzającego rezygnację z pańszczyzny na rzecz dworu.
W powiecie pszczyńskim w powstaniu brały udział 74 gminy, w tym 32 gminy ograniczyły się tylko do odmowy wykonywania świadczeń, 36 gmin wykazało bardzo dużą aktywność, a udział chłopów w powstaniu był powszechny. W Baranowicach groźna 500-osobowa gromada chłopów z okolicznych wsi znieważyła tamtejszą właścicielkę dworu i jej córkę von Durant i zmusiła do czterokrotnego wystawienia rewersu o rezygnacji z powinności Baranowic, Osin i Rzuchowa. […] W gminach tych oraz w Szerokiej zrodził się pomysł całej opisanej wyprawy do Baranowic. Po Baranowicach ta sama gromada chłopów udała się do Rogoźnej. Splądrowano dwór i spowodowano liczne szkody, które szacowano na blisko 730 talarów – sumę bardzo znaczną. Równocześnie wymuszono wystawienie rewersu o rezygnacji z dotychczasowych powinności. Bunt chłopski nadal się rozszerzał. Między ludźmi z innych wsi ludzie z Osin i Baranowic udali się do majątku w Gardawicach. Uciekającą właścicielkę zatrzymano i zmuszono do rezygnacji ze świadczeń feudalnych oraz wypłacenia 36 talarów, kwotę tę przypuszczalnie chłopi podzielili między siebie. Straty powodowane napadami oszacowano na 190 talarów. Potem udano się do Woszczyc, gdzie między innymi wymieniono sołtysa z Osin Harazima. Stamtąd skierowano się do Rudziczki, gdzie wyróżnił się też Harazim, a wyrządzone szkody wyniosły 56 talarów – pisał Stanisław Michalkiewicz w książce „O rzeźniku Gracy, zmowie tworkowskiej i powstaniu chłopskim w 1811”.
Do buntu przyłą¬czyły się wkrótce wszystkie gminy dominium rybnickiego: Książnice, Golejów, Ochojec, Grabownia, Wielopole, Przegędza, Rybnicka Kuźnia, Orzepowice, Jejkowice, Szczejkowice, Ligota, Smolna, Zamysłów, Radoszowy, Niedobczyce, Chwałowice, Bogu¬szowice, Rowień, Kłokocin, Popielów, Bierułtowy, Radziejów, Rój, Jankowice Rybnickie oraz Świerklany Górne. W sumie uczestniczyli w nim chłopi z 25 podrybnickich gmin. Anonimowy szlachcic sporządził następujący opis wydarzeń: przybyło do Rybnika 4000-5000 chłopa, otoczyli dzierżawcę tamtejszego urzędu inwalidzkiego i żądali od niego edyktu. Kiedy ten zapewniał, że go nie ma, krzyczeli: powiesić go! Przypadkowo jeden z nich krzyknął: na pewno ksiądz go ma. Halo, do niego! – wrzeszczeli wszyscy. Wywlekli go z izby, kiedy edyktu, rzecz jasna, nie miał, chcieli go powiesić. Wyszedł kapelan
CC0 JanDix, pixabay.com/pl/topór-stary-drwal-ostrze-tło-1008982/
w ornacie i z krucyfiksem w ręku, oni jednak na to nie zważali, wciągnęli go do izby i kazali mu szukać edyktu. W tym momencie prześliznął się ksiądz i uciekł. W sam raz przybył w tej chwili porucznik Tilow z 30 ułanami, którzy swymi dzidami zaraz zaatakowali tych 400 chłopów. Kilku z nich zadźgano, bardzo wielu raniono i jeszcze więcej schwytano. Ci ostatni zostali na miejscu wychłostani i tak uratowano szczęśliwie księdza, kapelana i dzierżawcę. Następnego dnia przyszli od powstańców kurierzy do wszystkich wsi z odezwą: Halo, halo, do walki do Rybnika, my chcemy pomścić naszych braci. Moi ludzie i ci w sąsiedztwie obiecali pójść, zostali jednak w domu. […] W Baranowicach dostała baty starsza pani von Jänisch, zarządcę nieomal zabito. Pani von Dyren, niegdyś żona pułkownika von Dyrickea, została również zmaltretowana, musiała chłopom nałożyć fajki, zapalić, później ją obrabowano.
16 lutego chłopi z Pielgrzymowic udali się do Pawłowic, gdzie napadli na dwór Ferdynanda Gusnara. Gusnar każdemu chłopu musiał ucałować ręce. W Pawłowicach wyrządzono szkodę na 1200 talarów. […] Dołączyli do nich przybysze z Jastrzębia Górnego oraz Bzia. Wsadzili właściciela do drewnianej klatki, wywieźli do pobliskiego Strumienia i zmusili do zniesienia pańszczyzny w swoich dobrach. Przywódcą był Maciek Kiełkowski z Pielgrzymowic. Na pomoc przybyło wojsko pruskie, które osadziło buntowników w pałacowych lochach i każdemu z nich wymierzyło karę chłosty od 20 do 60 uderzeń. Ruch chłopski między 11 a 16 lutym polegał na żądaniu wydania edyktu wolności, odrzuceniu jakichkolwiek świadczeń na rzecz dworów, lekceważeniu i poniżaniu panów, stosowaniu wobec nich przemocy, masowych wystąpień wykraczających poza ramy legalności – stwierdza wspomniany Michalkiewicz. Oznaczało to, że dalsza eskalacja oporu wsi zaczynała z punktu widzenia władz przybierać charakter zbyt niebezpieczny, groźny dla istniejącego porządku feudalnego.
Dlatego 11 lutego 1811 roku pruski komisarz Lehmann wracał do Tworkowa z 60-osobowym oddziałem huzarów pruskich, zachowując szczególne względy ostrożności, aby zaskoczyć oporną gminę i jej sąsiadów. W nocy z 10 na 11 lutego oddział został postawiony na nogi, a około piątej nad ranem wymaszerował z Raciborza pod dowództwem rotmistrza Koehlera. Jak pisze S. Michalkiewicz, do Tworkowa nie było daleko. Już o wpół do siódmej oddział znajdował się w pobliżu wsi. Część żołnierzy kordonem opasała Tworków. Natomiast jeden z podoficerów z grupą huzarów pośpieszył w stronę kościelnej dzwonnicy, by nie dopuścić do bicia w dzwony i zaalarmowania całej okolicy, co utrudniłoby wykonanie egzekucji. Podstawowa część oddziału tymczasem posuwała się w się w głąb wsi i przypuszczalnie została zauważona przez mieszkańców Tworkowa, gdyż prawie natychmiast po pojawieniu się żołnierzy ludność jak na komendę zaczęła gromadzić się w miejscu normalnie odbywanych zebrań gminy. Wśród przybyłych brakowało jedynie Gracy, który próbował wydostać się poza granice Tworkowa, ale został rozpoznany i zatrzymany przez jednego z żołnierzy. Należy przypuszczać, że zamierzał zaalarmować gminy związane zmową, by następnie podjąć walkę.
15 lutego 40 ułanów wkroczyło do Mikołowa. Porucznik Sługocki z tego oddziału otrzymał zlecenie, aby z 20 ułanami pospieszył jak najszybciej do Łazisk Średnich, gdzie chłopi plądrowali dwór Blandowskiego, wszystko mu zniszczyli, a jego samego ciężko poturbowali; Sługocki pierwszy przybył do Mikołowa, a dowiedziawszy się, że tu w pewnym szynku jest około 50 chłopów zgromadzonych, otoczył ów szynk i pragnął chłopów pojmać; to mu się jednak nie udało, bo chłopi się rzucili na ułanów tak zawzięcie, że ci tylko gęstą strzelaniną zdołali chłopów rozproszyć, ale nie pojmać. Porucznik Sługocki podążył dalej i po drodze we Wyrach miał bardzo poważne starcie z chłopami, którzy byli właśnie przy plądrowaniu dworu; tu we walce kilku chłopów zginęło, 32 wzięto do niewoli i odstawiono do Koźla, a kilka dni później jeszcze dalszych 14 chłopów aresztowano. Podczas starcia w Wyrach zginął Franciszek Wodziczko, chałupnik z Mokrego, który mianował się generałem. Wielu innych chłopów odniosło rany. Wyrządzone straty oceniano na 1750 talarów. Poza Wodziczką szczególną aktywnością odznaczyli się jego zastępca Jan Bończyk z Mokrego, kanonier Bartek Nawrot i fizylier Wałek Szopa oraz Piecha i Jantuła z Łazisk. Z samego Mokrego podobno uczestniczyło w zajściach 64 chłopów. Do starć z wojskiem doszło też m.in. w Ornontowicach i Mizerowie pod Pszczyną.
16 lutego do Raciborza wkroczył batalion fizylierów z Nysy i szwadron huzarów z Prudnika, a 18 lutego do Wodzisławia – śląski pułk ułanów. Rozpoczęła się pacyfikacja: ruchliwość oddziałów wojska na lewym i prawym, „polskim” brzegu Odry, wkraczanie prawie do każdej wioski, czasem kilkakrotne w ciągu dnia, sprawiały wrażenie wszechobecności armii pruskiej. 20 lutego oddziały skierowały się przez Borynię do Kopciowic, a stamtąd do granicy państwa. Ludzie pod przymusem wrócili do dawnych zajęć, schwytani za uczestnictwo w rebelii otrzymali po 50 plag, a przywódcy zostali uwięzieni w Pszczynie. Przez kilka dni trzymano ich o chlebie i wodzie. Wreszcie 18 marca, aby ostatecznie spacyfikować zbuntowanych chłopów, aresztowano 256 przywódców i pod silną eskortą wojska, zakutych w kajdany lub dyby, przypędzono do Raciborza. W więzieniu miejskim nie było już miejsc, więc, jak opisuje Michalkiewicz,zamknięto ich w celach klasztoru dominikańskiego. Każdego aresztanta położono na ławce i wymierzono mu po 20 batów. Wy macie rozum w zadkach, więc trzeba wam go wbić do głowy – tłumaczono tę czynność nieszczęsnym delikwentom. […] I tak do końca 1811 roku wojsko bez przerwy miało zajęcie przy pacyfikowaniu jednej wsi za drugą, a w końcu niemal każdy gospodarz miał swego umundurowanego stróża. W marcu 1811 zburzka chłopów była już wszędzie stłumiona; około 70 chłopów straciło w niej życie. Ale pomimo uspokojenia oddziały wojskowe pozostały nadal na straży w powiecie pszczyńskim, w okolicach Rybnika, Gliwic itd. Aż do czerwca tego roku. Sądy rozpatrzyły sprawy 788 chłopów, dwóch skazano na karę osadzenia w twierdzy, 91 ukarano więzieniem, 582 poddano chłoście, a 113 uniewinniono.
Początkowo przywódcy powstania przebywali w twierdzy w Koźlu, później przekazano ich do więzienia w Raciborzu. Byli wśród nich M. Graca i jego współtowarzysz, były gwardzista pruski, Kokolla z Olzy. Obaj uciekli. Jak stwierdzono w śledztwie, Kokolla i Graca wyzyskali nieduży otwór okienny, znajdujący się na wysokości 61 stóp nad powierzchnią rzeki, i przy pomocy sznura uplecionego ze słomy opuścili się na dół. Kto dostarczył im słomy, nie udało się wykryć. Zbiegów nie złapano. Kokolla prawdopodobnie uciekł do Księstwa Warszawskiego i wstąpił do polskiego wojska. Obok Gracy i Kokolli w czasie chłopskiego powstania wyłoniło się wielu większych i pomniejszych przywódców. Spośród znanych przywódców buntu raport Lehmanna wymienia 10 osób, m.in. sołtysa Józefa Bienię z Jedłownika, który również zbiegł po stłumieniu zaburzeń do Księstwa Warszawskiego.
Ludność miasteczek położonych na obszarze objętym powstaniem sympatyzowała z chłopami, ale – sterroryzowana kwaterunkami wojska pruskiego – nie udzieliła im czynnego poparcia. W „zburzce” wzięła udział pewna liczba żołnierzy urlopowanych lub wysłużonych, wśród których prawie wszyscy mieli nazwiska polskie. Chłopski opór na Śląsku przyczynił się w znacznym stopniu do dalszych reform pruskich: 14 listopada 1811 roku ogłoszono tzw. edykt regulacyjny, na mocy którego chłopi uzyskali możliwość nabywania na własność uprawianej ziemi, ale płacili za to oddawaniem panom jednej trzeciej, a w wielu przypadkach połowy gruntu, ewentualnie – płacili gotówką jednorazowo lub w ratach znaczne sumy. Ze względu jednak na opór miejscowych feudałów w 1827 roku rząd pruski ogłosił specjalną ustawę dla Górnego Śląska, na mocy której w regionie wstrzymano znoszenie pańszczyzny dla zagrodników.
Dla budowanych kopalń, hut i fabryk magnaci powstającego przemysłu potrzebowali taniego robotnika. Pozbawieni środków do życia śląscy chłopi zostali w ten sposób urzędowo skazani na wydziedziczenie i dołączenie do rodzącego się proletariatu. Wyrugowani z ziemi, zasilili szeregi robotników najemnych i znaleźli się w trybach równie wyniszczającego kapitalistycznego wyzysku. Dokonywanego go na eksploatowanym kolonialnie Śląsku, w interesie pruskich magnatów węgla i stali, pod dyktatem najpierw militaryzmu Prus, a później Niemiec, zjednoczonych „krwią i żelazem” przez kanclerza Bismarcka.
przez Roman Adler | poniedziałek 27 stycznia 2014 | Zima 2013
Podstawową zasadą skutecznego działania jest zrozumienie mechanizmów, na które chce się poprzez to działanie wpływać. Bez trafnej teorii na temat zjawisk, z którymi pragniemy się zmierzyć, nie możemy podjąć skutecznych czynności w tym kierunku. To samo dotyczy problemu kreowania na Górnym Śląsku tzw. narodu śląskiego oraz próby promowania idei przekształcenia terytorialno-administracyjnego Polski przez jednego z ideologów tego mikronacjonalizmu, Jerzego Gorzelika i Ruch Autonomii Śląska.
Koncepcja ta zakłada regionalizację naszego kraju poprzez zmianę konstytucji i utworzenie autonomicznych województw/regionów, w tym – szczególnie – autonomicznego regionu śląskiego. Podejmowanej przez te kręgi walce politycznej przeciw unitarnemu państwu polskiemu w ramach Unii Europejskiej trzeba się zatem przeciwstawiać, czerpiąc z metodologii i teorii naukowej, która zjawiska społeczne i wykorzystujące je w działaniu środowiska polityczne przebadała wiele lat wcześniej, zanim urosły na Śląsku do rangi poważnego problemu.
W narracji narzuconej obecnie na Śląsku próbuje się udowodnić, że region ten jest kolonią wewnętrzną Polski, a Ślązacy – ludnością kolonialnie wykorzystywaną. Zwolennicy takiej koncepcji bezrefleksyjnie pomijają fakt, że kolonizacja Śląska nastąpiła dużo wcześniej, za Fryderyka II – króla Prus, i bez żenady powtarzają tezy propagandy sukcesu uprawianej przez biurokrację i burżuazję tych, którzy pierwsi uczynili z pięknej, bogatej ziemi kolonię i eksploatowali śląski lud przez prawie dwieście lat.
O tym kolonialnym imperializmie trzeba przypominać w Unii Europejskiej, ogarniętej kryzysem nie tylko ekonomicznym, ale i tożsamościowym. Unii zdominowanej przez zjednoczone Niemcy, powiązane gospodarczo z Rosją. Unii, która zamiast być socjalną Europą ojczyzn, pod presją brukselskich eurokratów stała się neoliberalną Unią dla bogatych. Ci sami biurokraci wspierają dążenia mikronacjonalistów do przekształcenia europejskiej struktury w unię regionów, przeciwstawiając ją Europie socjalnych ojczyzn. Widać to na przykładzie Katalonii w Hiszpanii czy separatyzmu Ligi Północnej we Włoszech.
W ten kontekst wpisuje się narracja mediów głównego nurtu dążąca do zohydzenia patriotyzmu, czyli miłości ojczyzny, a jednocześnie do umacniania nacjonalizmów regionalnych. Dzieje się to w interesie ponadnarodowych korporacji i giełdowych wielkich właścicieli kapitałów, dla których państwa obywatelskie, oparte na patriotyzmie, stały się ostatnią przeszkodą na drodze do narzucenia neokolonialnego wyzysku większości społeczeństw na świecie. W ich interesie leży istnienie unii mikronacjonalistycznych regionów, bo im mniejsze i słabsze gospodarczo państwo, tym łatwiej narzucić mu dyktat wielkich ponadnarodowych firm. Przykłady Grecji czy Cypru wydają się tutaj oczywiste. W interesie koncernów leży zwalczanie konceptu unii socjalnych ojczyzn, bo taka unia ograniczyłaby im możliwości wyzysku klas najsłabszych ekonomicznie i zmusiła biznes do dzielenia się z pracownikami znaczącą częścią zysków, obecnie bezproduktywnie marnotrawionych w spekulacyjnej i konsumpcyjnej degrengoladzie klas wyzyskujących i kolaborującego z nimi menedżmentu tak prywatnego, jak i państwowego.
Dla społeczeństwa polskiego, zepchniętego do roli taniej siły roboczej w Unii, taka narracja, zwłaszcza na Śląsku, jest szczególnie alarmująca, bo – jak trafnie pisał Zbigniew Zielonka w swoich rozważaniach o historii i kulturze zatytułowanych „Śląsk: ogniwo tradycji” – od podboju Śląska rozpoczyna się zabór ziem polskich. Była to pierwsza etnicznie polska ziemia, którą opanowały Prusy. Należała co prawda dotychczas do Cesarstwa (niemieckiego), ale było to cesarstwo wielonarodowościowe, a ponadto znalazła się ona w rękach cesarstwa jako prowincja Korony Czeskiej. Tylko tę podstawę prawną posiadali Habsburgowie, dzierżąc Śląsk. Jego zabór przez Prusy stał się wstępem do rozbiorów Polski…
Sytuacja na Śląsku jest w dziejach nowożytnej Europy szczególnym przypadkiem niedorozwoju zależnego. W świetle obowiązującej terminologii terytoria tzw. zależne to w gruncie rzeczy dawniejsze kolonie. Kształtowanie się nowoczesnych społeczeństw narodowych oraz społeczności pogranicza na terenie wschodniej Europy z wielką wnikliwością prześledził śp. prof. Józef Chlebowczyk w zapomnianym dzisiaj dziele pt. „O prawie do bytu małych i młodych narodów. Kwestia narodowa i procesy narodotwórcze we wschodniej Europie środkowej w dobie kapitalizmu, od schyłku XVIII do początków XX w.” (Warszawa – Kraków 1983). Istotnym kontekstem, w którym warto spróbować odczytać analizę i syntezę prof. Chlebowczyka, jest artykuł prezesa Pew Research Center, Alana Murraya, opublikowany w „The Wall Street Journal”, zatytułowany „Świat rewolucji klasy średniej”, przedrukowany 22 lipca 2013 r. w dodatku ekonomicznym do „Rzeczypospolitej”. Jego główna teza mówi, że Dzisiejszy świat jest świadkiem trzeciej wielkiej rewolucji klasy średniej. Pierwszą, w XIX wieku, przyniosła rewolucja przemysłowa. Druga miała miejsce po II wojnie światowej; obie dokonywały się przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i Europie. Wygląda na to, że trzecia będzie największa i najszerzej zakrojona. Przez ostatnią dekadę dokonywała się w Chinach, ale szybko rozszerza się na resztę Azji, Amerykę Łacińską, a nawet Afrykę. Taka teza dość czytelnie wyraża oczekiwania ponadnarodowych środowisk wielkiej finansjery wobec tzw. arabskiej wiosny, tzw. buntów oburzonych oraz masowych protestów, które miały miejsce latem tego roku w Egipcie, Turcji i Brazylii.
Znaczące jest jednak to, że do krajów, w których owa „trzecia fala rewolucji klasy średniej” trwa, autor zalicza m.in. Chiny, Brazylię, Wenezuelę itd. Można więc przyjąć założenie, że również procesy tzw. spóźnionych mikronacjonalizmów – jak w Katalonii, Szkocji czy północnych Włoszech – mogą być uznane za pochodną tych procesów. Ich lokalnym odpryskiem na gruncie polskim są próby wykorzystania różnic kulturalnych i gwarowych do kreowania „spóźnionych narodów” i autonomizacji regionów zamieszkiwanych przez takie grupy społeczne (oprócz RAŚ-u są to Unia Wielkopolan czy stowarzyszenia kaszubskie).
Jak pisze Murray, niektórzy eksperci przewidują, że w przeciągu dwóch dekad większość światowej populacji będzie można zdefiniować jako klasę średnią, jeśli chodzi o posiadane środki i ambicje – dotyczy to między innymi edukacji, telefonów komórkowych, samochodów i, co najważniejsze, zdolności koncentrowania się na czymś innym niż podstawowe potrzeby bytowe. W zakończeniu artykułu prezes Pew Research Center wyprowadza wniosek, że nowa globalna klasa średnia przekształci społeczeństwa, gospodarki i instytucje polityczne w sposób trudny do przewidzenia. W przeciwieństwie do powstawania klasy średniej w XIX wieku i po II wojnie światowej ta fala nie musi być zakorzeniona w zachodnich wartościach. W kontekście śląskim i innych regionów Polski warto się zastanowić, czy owe „przekształcenia”, promowane przez miejscową „nową klasę średnią”, nie są reakcyjną próbą cofnięcia zegara przemian do wieku XIX…
Dla zrozumienia współczesnych procesów neokolonialnego podporządkowania społeczeństw tej części Europy ponadnarodowym korporacjom ma to kluczowe znaczenie. Dla rozproszkowanej polskiej lewicy pracowniczej i środowisk patriotycznych – szczególnie, gdyż to właśnie brak sprawnej metodologii przy ocenie obecnie zachodzących procesów walki społeczno- i narodowowyzwoleńczej uniemożliwia wypracowanie spójnego programu, a co za tym idzie – rozwinięcie społecznie sprawnej organizacji zdolnej artykułować interesy większości społeczeństwa polskiego w warunkach neokolonialnej globalizacji.
Dlatego pozwalam sobie przypomnieć główne wątki tej – dla wielu nieznanej, dla innych zapomnianej – fundamentalnej pracy J. Chlebowczyka. Jedynie w przypadku niektórych zagadnień pokuszę się o własne komentarze, aby podkreślić adekwatność tej publikacji względem analizy skutków niedorozwoju zależnego społeczeństwa polskiego w warunkach owej trzeciej fali rewolucji burżuazyjnych, przez ideologów neoliberalizmu określanych jako rewolucje nowej klasy średniej.
Punktem wyjścia tej analizy jest wyróżnienie przez J. Chlebowczyka wśród społeczności narodowych i grup językowo-etnicznych na obszarze wschodniej Europy środkowej „w przededniu rewolucji burżuazyjno-demokratycznych” następujących społeczeństw i społeczności:
1) narody państwowe,
2) narody w pełni już ukształtowane jako narody polityczne o pełnej strukturze socjalnej, pozbawione jednakże własnych zinstytucjonalizowanych form bytu państwowo-narodowego,
3) grupy językowo-etniczne oraz narodowości, w większości plebejskie (o niepełnej strukturze socjalnej), dostające się dopiero w orbitę działania i oddziaływania zarówno poziomych [klasowych – przyp. R.A.], jak i pionowych (narodowych) procesów emancypacyjnych i integracyjnych. W grę wchodzą tu również zbiorowości w rodzaju polskiej etnicznie ludności Śląska, które na skutek wielowiekowej przynależności do obcych organizmów państwowych utraciły łączność ze swym pniem macierzystym, stanowiącym społeczność grupy drugiej bądź pierwszej (np. powstałe w wyniku osadnictwa enklawy niemieckie w krajach Korony Św. Stefana),
4) różne społeczności żyjące z reguły w diasporze, odznaczające się często wyraźną odrębnością kulturowo-cywilizacyjną, rasową. Szczególne miejsce w tym względzie zajmuje ludność żydowska występująca w zmasowanej postaci w zachodnich guberniach Rosji [dawne ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz wschodnich kresów I Rzeczypospolitej – przyp. R.A.].
Warto w tym miejscu zauważyć, że autor definiował tzw. narody państwowe w europejskich warunkach jako te społeczności narodowe, które na progu rozwoju kapitalistycznych stosunków produkcji miały całkowicie ukształtowaną strukturę socjalną. Dzięki temu narody te nieprzerwanie utrzymywały w ciągu minionych stuleci swą świadomość narodową, kultywowały swą tradycję historyczną, co prawda w granicach zakreślonych przez aktualny układ sił klasowych. W warunkach monarchii habsburskiej XIX w. w grę wchodziły tu takie społeczności narodowe jak Niemcy austriaccy, Madziarzy, Włosi, Polacy, Chorwaci [podobne problemy występowały nie tylko tam, lecz również w monarchiach Hohnzollernów i Romanowów – przyp. R.A.].
Inne społeczności narodowe oraz grupy językowo-etniczne określane jako narody (trafniej będzie „społeczności”) […] posiadały charakter wyraźnie plebejski. Były to zbiorowości, które pod względem socjalnym składały się prawie wyłącznie z warstw niższych, głównie chłopstwa, a w nielicznych środowiskach miejskich – drobnomieszczaństwa. Z uwagi na wspólną pierwotnie więź językowo-etniczną rodzime klasy posiadające, wraz ze związaną z nimi warstwą oświeconą, uległy w ciągu minionych stuleci asymilacji; nastąpiło to czy to w związku z utratą własnej państwowości (np. Czesi), czy też w ogóle z jej brakiem (np. Słowacy, Słoweńcy). Od siebie dodam, że do tej samej grupy „społeczności” można zaliczyć Rusinów ukraińskich czy białoruskich na tzw. Kresach Wschodnich I i II Rzeczypospolitej, którzy znaleźli się w jej granicach w wyniku rozpadu księstw zachodnioruskich po podboju mongolskim oraz po antymongolskiej ekspansji Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Chlebowczyk zwraca uwagę, że w Europie istniały też społeczności, w których podczas formowania się w nowoczesny naród w ogóle nie wyodrębniły się rodzime klasy posiadające. Do takich narodów zaliczył przykładowo Łotyszy czy Estończyków.
W przypadku europejskich tzw. narodów państwowych – można je podzielić na państwa posiadające kolonie: a) zamorskie i pozaeuropejskie (np. Belgia, Francja, Hiszpania, Holandia, Portugalia czy Wielka Brytania), b) wewnątrzeuropejskie (np. Austria, Prusy, Rosja, Turcja, a wcześniej – również Polska, czego wyrazem były wojny kozackie). W takim znaczeniu narody i społeczności narodowe, które w Europie środkowo-wschodniej znalazły się pod panowaniem tzw. narodów państwowych – faktycznie były społeczeństwami pod panowaniem kolonialnym. Spotęgowany tym faktem wyzysk ekonomiczny powodował – zwłaszcza w XIX w., kiedy w ogóle pod wpływem kapitalizmu zaczęły się tworzyć nowoczesne społeczeństwa narodowe – wspomniane zniekształcenia struktury socjalnej, a w rezultacie zahamowania czy niekiedy wręcz regresy rozwoju świadomości narodowej.
Z takim potężnym zniekształceniem rozwoju świadomości narodowej ludności etnicznie polskiej na Śląsku mieliśmy właśnie do czynienia po pruskim podboju większości jego terytorium i oderwaniu go w połowie XVIII w. od krajów Korony Św. Wacława – monarchii habsburskiej. Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę wcześniejszą likwidację miejscowych klas panujących i oświeconych w wyniku wojny 30-letniej (przypadek rodu Kochcickich) lub ich habsbursko-niemiecką asymilację (np. losy rodu Paczyńskich), a następnie – upadek Rzeczypospolitej szlacheckiej, która wcześniej była dla resztek tych klas narodowym punktem odniesienia, czyli motywacją do trwania na Śląsku jako polska społeczność narodowa.
Takie doprecyzowanie pozwala zastosować rozróżnienie między narodami korzystającymi z wyzysku kolonii przez swoje klasy posiadające i panujące oraz część klas pracujących a narodami wyzyskiwanymi w swej większościowej masie. Do drugich niewątpliwie należy w dzisiejszych czasach społeczeństwo polskie, którego rozwój został kolonialnie zniekształcony w warunkach rozbiorów oraz niemieckiej okupacji faszystowskiej i stalinowskiego oderwania tzw. Kresów Wschodnich, a następnie w wyniku 45 lat rozwoju zależnego, podporządkowanego interesom ZSRR. Pogłębiające się obecnie pod wpływem kapitalistycznej globalizacji neokolonialnej oraz neoliberalnej tzw. integracji europejskiej zniekształcenia struktury gospodarczej i społecznej spychają pracowniczą większość społeczeństwa polskiego, w tym i mieszkańców Śląska, do trwałej roli taniej siły roboczej w Europie.
W „Podsumowaniu – wnioskach końcowych” Chlebowczyk syntetycznie wykazał różnice między rozwojem owych „narodów państwowych” Europy zachodniej a sytuacją społeczeństw w Europie środkowej i środkowo-wschodniej. Opóźniony w wyniku tzw. refeudalizacji rozwój społeczeństw na wschód od Łaby i wielonarodowościowy charakter ukształtowanych tu państw powodowały, że w przeciwieństwie do stosunków zachodnioeuropejskich, rewolucyjna burżuazja, jak i zachodzące tu procesy stopniowego rozkładu miejscowych struktur feudalnych stworzyły dopiero możliwości i otworzyły drogę dla narodowych procesów integracyjnych. W warunkach owego środkowo-wschodnio-europejskiego modelu głównym wyjściowym czynnikiem procesu narodowotwórczego stało się nie państwo, lecz język – podkreślał.
W początkach tych procesów wydawało się, że typowe dla procesów rozwojowych na pograniczach językowo-narodowościowych zjawiska asymilacji obiektywnie doprowadzą do zanikania zamieszkujących ten rejon Europy słabiej rozwiniętych lub mniej licznych społeczności językowo-etnicznych. Jednak w praktyce okazało się, że ich faktyczny rozwój podążył w wielu przypadkach w całkiem innym kierunku. Rozwijający się kapitalizm sprzyjał awansowi rodzimych języków tych społeczności, określanych jako grupy mniejszościowe. W rezultacie awans rodzimych języków owych mniejszości określił zasadnicze przejawy pierwszej fazy procesu narodotwórczego, czyli emancypacji, integracji oraz unifikacji poszczególnych żyjących we wschodniej Europie Środkowej grup językowo-etnicznych. Procesy te ukształtowały nowy typ zbiorowości – narodowość.
Podstawą formowania się narodowości w tej części Europy okazał się rozwój mowy od prostego narzecza do współczesnego języka literackiego. Starania, jakie w tym kierunku podejmowano, uzasadnianie celowości jego istnienia oraz obrona jego odrębności stanowiły główne przejawy pierwszej fazy spontanicznego procesu narodotwórczego lub aktywności ruchu narodowego, rozumianego jako świadomie podejmowany i realizowany wysiłek poszczególnych jednostek, a następnie większych grupowych zbiorowości przekształcających się w narodowość. Jak podkreślał Chlebowczyk, podstawowe interesy powstających narodowości, które w sposób kompleksowy można by sformułować jako prawo grupy etnicznej do samookreślenia językowego, znajdują z biegiem czasu najwszechstronniejsze odbicie w postulacie pełnego równouprawnienia języka grupy mniejszościowej w życiu publicznym całego kraju.
Jednak najważniejszą konstatacją autora „O prawie do bytu małych i młodych narodów…” było stwierdzenie, że procesy narodotwórcze mają spontanicznie działający wewnętrzny mechanizm rozwojowy. Jego przejawem ma być – według niego – nasilające się jako czynnik integrujący całą społeczność wraz z sukcesami ruchu narodowego w tzw. fazie językowo-kulturalnej kształtowania się narodowości poczucie wspólnych losów w przeszłości. Oznacza to, że zaczyna się – oprócz wspólnego języka – krystalizować świadomość historyczna zbiorowości narodowej.
W taki sposób – w drugiej fazie procesów wyodrębniania się narodu – nad rozwijającą się świadomością bycia częścią pewnej wspólnoty językowej i etnicznej, którą spajają jednakowe losy i doświadczenia z przeszłości, nadbudowuje się nowa więź, mająca już charakter ideologiczny. Jest nią więź narodowa. Ta właśnie więź powoduje skok jakościowy, w którym pewne zmiany ilościowe tworzą nową jakość. Na tym etapie procesów narodotwórczych dochodzi do tzw. nieciągłości fazowej: narodowość przekształca się w wewnętrznie spójną, wyraźnie na zewnątrz wyodrębniającą się grupę narodową. Jeśli dotyczy to zbiorowości znacząco licznych – jest to nowy naród. Jeśli zbiorowość jest mniej liczna w otoczeniu innych wielkich zbiorowości narodowych – części tego nowego narodu krystalizują się jako mniejszości narodowe. Chlebowczyk podkreśla, że „imperatywem kategorycznym” narodowości przekształcającej się w naród jest postulat prawa do samookreślenia narodowego.
Jednak w odróżnieniu od sytuacji na zachodzie Europy przekształcanie narodowości w naród wymagało w warunkach Europy środkowo-wschodniej szczególnej aktywności: świadomej akceptacji oraz celowego wysiłku wszystkich klas i warstw społeczności publicznie się aktywizujących, w miarę demokratyzacji życia danej zbiorowości.
O ile druga faza ruchu narodowego koncentrowała się na aktywności ideologicznej, kształtowaniu świadomości wspólnej dla zbiorowości, o tyle na kolejnym etapie punkt ciężkości przenosił się na płaszczyznę terytorialną: wyodrębniania się pewnych terenów zamieszkałych przez możliwie najbardziej jednolite zbiorowości narodowe. W tych okolicznościach – pisze J. Chlebowczyk – pojawia się i ze wzrastającą siłą rozwija dążenie formującej się czy już ukształtowanej grupy narodowej do zinstytucjonalizowania jej form bytu w sensie ukonstytuowania się w samorządny, z tendencją do pełnej suwerenności, organizm publicznoprawny o określonym zasięgu przestrzennym. Mamy tu do czynienia […] ze szczytowym i ostatecznym celem całego procesu narodotwórczego. Jego podstawowe racje sprowadzić można do pojęcia prawa narodu do samookreślenia (samostanowienia).
Na tym etapie potęgują się sprzeczności socjalno- i narodowowyzwoleńcze, zwłaszcza tam, gdzie jedna społeczność narodowa walcząc o swoje całkowite równouprawnienie, jednocześnie odmawia prawa i możliwości urzeczywistnienia takiego samego postulatu innym, szczególnie mniejszym, słabszym, mniej pod względem rozwoju zaawansowanym zbiorowościom językowo-narodowościowym. W głównej mierze dotyczy to pokrewnych mniejszości językowo-etnicznych.
Ostateczne konsekwencje drugiej fazy ruchu narodowo-wyzwoleńczego podważały i – trzeba podkreślić – podważają historycznie ukształtowane i politycznie uwarunkowane wewnętrzne, a następnie również międzynarodowe układy nie tylko granic państwowych, ale i wewnątrz nich – stosunków, przywilejów, uprawnień grup narodowych. Jak podkreśla Chlebowczyk: Tu tkwi klucz do zrozumienia genezy zjawiska nacjonalizmu politycznego narodów panujących, podobnie jak pojawiające się dezyderaty obozów grup mniejszościowych polityki reasymilacyjnej, rewindykacyjnej prowadzą logicznie do nacjonalistycznego ekspansjonizmu także i ze strony tych obozów narodowych, które w okresie swego formowania się występowały z pozycji czysto obronnych.
Stawia to narody i państwa dotychczas panujące przed trudną alternatywą rozwojową: albo utrzymać wbrew wszelkim zmianom dotychczasowe stosunki narodowe, czyli hegemoniczną pozycję narodu panującego, albo dostosować ustrój państwa do zmienionego układu sił narodowościowych, czyli dopuścić do rozwiązań autonomicznych, przekształcić państwo z unitarnego w federacyjne lub w konfederację, aby umożliwić życie narodowe większości obywateli państwa z uwzględnieniem ich odrębności językowo-kulturalnych oraz przynależności narodowych w ramach wewnętrznych struktur parapaństwowych. Problemem, który utrudnia wybór drugiej strony tej możliwości, są doświadczenia rozpadu federacji różnych narodów w XX w.: Czechosłowacji, ZSRR czy Jugosławii w tej części Europy.
Obserwując działania śląskich autonomistów, widać, że mamy do czynienia z próbą wykreowania takiego właśnie procesu w komplementarnych działaniach RAŚ-u, stojącej za nim mniejszości niemieckiej na Śląsku oraz Związku Ludności Narodowości Śląskiej. Rozbudzone – nie tylko na Śląsku, ale i w całym społeczeństwie polskim – oczekiwania na poprawę warunków życia po upadku postalinowskiego biurokratyzmu (upraszczająco zwanego przez środowiska prawicowe komuną lub komunizmem) i podjęte przez część społeczeństwa aspiracje do ewolucji w ową mityczną „nową klasę średnią” w zderzeniu z neokolonialnym przekształcaniem przez ponadnarodowych i rodzimych kapitalistów większości społeczeństwa polskiego w tanią siłę roboczą Europy zrodziły frustracje znaczących grup społecznych nie tylko na Śląsku, ale i w całej Polsce. Zagospodarowywanie tych frustracji przez RAŚ poprzez projekt odseparowania się od społeczeństwa polskiego i przyspieszone tworzenie nowej społeczności narodowej na Śląsku jest jednak w tych obiektywnych warunkach nie tyle naturalnym procesem narodotwórczym, ile subiektywnie inspirowaną manipulacją społeczną na wielką skalę, która godzi w interesy większości społeczeństwa polskiego, grożąc jego dalszym osłabieniem w globalnym ponadnarodowym podziale pracy i wyzysku.
Poprzez przejście od fazy świadomościowo-kulturalnej przez etap autonomii terytorialnej do fazy samostanowienia terytorialnego konsekwencją realizacji projektu RAŚ-u może być bowiem nie tyle uwolnienie się tzw. narodu śląskiego od rzekomego wyzysku polskiego, ale jego zwielokrotniony wyzysk poprzez polityczną i gospodarczą zależność od naturalnego sojusznika mniejszości niemieckiej na Śląsku – państwa niemieckiego i korporacji ponadnarodowych wywodzących się z Niemiec.
Ponieważ tworzone przez neokolonialny menedżment aktualne władze państwa polskiego nie wykazują – poza niekonsekwentnymi próbami ośrodka prezydenckiego – zdolności do sprawnego przeciwdziałania tym procesom, koniecznym staje się zorganizowanie ponadpartyjnego, społecznego ruchu, mogącego pomóc się uaktywnić i zorganizować w najbliższych wyborach samorządowych na Śląsku pracowniczej większości, którą stanowią w województwach śląskim i opolskim polscy Ślązacy i śląscy Polacy. We wspólnym interesie klasy pracowniczej na Śląsku i w całej Polsce jest zorganizowany opór przeciw wspomnianej manipulacji, prowadzonej pod hasłami autonomii dla Śląska, a ostatnio również – autonomizacji całej Polski.
Niestety – inicjatywa w kwestii samoorganizacji środowisk polskich na Śląsku pozostaje w kręgu ugrupowań prawicowych. Lewicowe środowiska patriotyczne nie znajdują sił i metodologiczno-programowych podstaw do większego zaangażowania się w obronę polskości Śląska. Liczę, że ten tekst ożywi wśród lewicy pracowniczej refleksję teoretyczną i pobudzi te środowiska do działań praktycznych nie tyko w obronie polskości Śląska, ale i przedstawienia atrakcyjnego dla pracowniczej większości Ślązaków projektu autonomii kulturalnej, a nie terytorialnej.
Czas na przeanalizowanie badań prof. Chlebowczyka i wyciągnięcie z nich praktycznych wniosków politycznych, tak jak to najwyraźniej – przeciw polskości Śląska – zrobił ideolog śląskiej „nowej klasy średniej”, J. Gorzelik. Czas na podjęcie wspólnych działań w imię obrony polskości Śląska i pracowniczej większości mieszkańców Śląska przed wzmożonym wyzyskiem.