Sieci walczą z producentami

Sieci walczą z producentami

We Francji ma miejsce interesująca walka: sieci sklepów informują klientów o niedociągnięciach ze strony producentów żywności i o ich nieuczciwości.

Według informacji portalu dlahandlu.pl, Unilever pozwał francuską sieć supermarketów Intermarché za publiczne oskarżenia o kurczenie się wagi czy innych parametrów produktów koncernu. Detalista na plakatach pokazywał downsizing (zmniejszanie rozmiaru i gramatury produktu przy zachowaniu tej samej ceny) na przykładzie lodów Magnum. Napis „Avant, Magnum ça voulait dire grand” („Magnum kiedyś znaczyło «duże»”) wskazywał, że opakowanie Magnum zostało zmniejszone. Według sieci supermarketów waga Magnum spadła o 70 gram, a mimo to koncern Unilever podniósł cenę produktu.

Intermarché nie jest pierwszą siecią supermarketów, która oskarża producentów o tego typu nieuczciwe praktyki. Już jesienią ubiegłego roku Carrefour umieścił w swoich alejkach plakaty z komunikatem: „Waga tego produktu spadła, a cena u naszego dostawcy wzrosła”. Akcja wywołała jednak oskarżenia o hipokryzję, ponieważ sam sprzedawca zmniejszył porcje niektórych marek własnych.

Unilever wysłał przedstawicieli do niektórych supermarketów sieci Intermarché, żądając zaprzestania „oczerniającej” kampanii. Producent zdecydował się również na pozwanie detalisty do sądu. Intermarché mówi, że poprzez takie działania ma nadzieję popchnąć producentów „w stronę większej przejrzystości”.

Zawiedli nas sromotnie (1919)

Zawiedli nas sromotnie (1919)

Napadli Czesi podstępnie i zdradziecko na ogołocony z wojsk polskich Śląsk Cieszyński. Napadli znienacka, lecz ledwie tylko dzielny wódz Latinik potrafił skoncentrować swe szczupluteńkie – bo zaledwie trzy tysiące liczące przeciwko dwudziestu czterem tysiącom czeskim – siły, już powstał zwarty mur nad Wisłą, o który rozbiły się zapędy czeskie. Prawie w najkorzystniejszej chwili, kiedy ledwie słabe kompanie polskie rozbiły całe siły czeskie przy Dębowcu, kiedy już nadchodziły posiłki, na prośbę Czechów, na polecenie z Paryża zawarto niepowetowanie szkodliwe dla nas zawieszenie broni. Gdyby nie ono, dziś już nie stałaby noga żołdaka czeskiego na ziemi śląskiej.

Utworzono w Paryżu haniebną linię demarkacyjną jako nagrodę dla Czechów za ich zdradę i barbarzyństwa. Uznano, że koalicja sprawę załatwi sprawiedliwie bez rozlewu krwi. Ufano misji koalicyjnej w Cieszynie, jako bezstronnemu i sprawiedliwemu sędziemu. Niestety, członkowie misji nie dorośli do zadania, jakie wzięli na siebie i zawiedli sromotnie.

Im dłużej obserwowaliśmy działalność tej misji, tym więcej rosła nasza niewiara wobec niej. Ugodą z 5 listopada [1918] zostawiliśmy Czechom cały powiat frydecki, w pozostałych zaś powiatach Polacy liczą 85%, Niemcy 8%, a Czesi tylko 7%. Sprawa do rozstrzygnięcia była jasną i prostą.

Tymczasem członkowie misji zamiast pracować na ziemi z ludźmi, pracowali umyślnie pod ziemią z węglem, żeby odwrócić uwagę od swego podstępnego knowania na korzyść najeźdźców czeskich. Oni poinformowali komisję dla spraw polskich i czeskich w Paryżu stronniczo i niesprawiedliwie na korzyść Czechów o stosunkach na Śląsku. Oni okazali się niegodnymi naszego zaufania, jakimśmy ich darzyli. Oni zaprzedali Czechom pod maską węgla dusze polskie, które ci chcieliby tutaj wynarodowić. Koncentracja wojsk czeskich wzdłuż linii demarkacyjnej miała na celu przesądzić natychmiast po ogłoszeniu decyzji koalicyjnej w sprawie Cieszyńskiego zabór całego kraju i uprzedzić wszelki zbrojny opór ze strony polskiej. To wszystko za wiedzą misji cieszyńskiej, która się już zawczasu – cichaczem w nocy – wynosiła z Cieszyna.

Z ziemi – z krwi i kości polskiej zrobiono w Paryżu tylko ziemię węgla koksującego. To jest praca komisji koalicyjnej w Cieszynie.

Podczas politycznego strajku górników karwińskich przybyli do Frysztatu członkowie misji podpułkownicy Coulsen i Tissi, żeby się na miejscu przekonać, czego żądają strajkujący. Tam na konferencji rad robotniczych górników zagłębia karwińskiego słyszeli jak wszyscy delegaci rad podnosili z naciskiem, że za najgłówniejszy warunek powrotu do pracy stawiają górnicy ustąpienie Czechów z zagłębia karwińskiego. Słyszeli jak podnosili górnicy jednogłośnie: dajcie nam broń i dozwólcie, a sami sobie zagłębie oczyścimy z czeskiego żołdactwa i pójdziemy do pracy. Inaczej o powrocie do pracy mowy być nie może.

Na to Coulsen w imieniu całej misji zabrał głos i uspokajał górników, żeby tylko byli cierpliwymi i poszli do pracy, gdyż misja poznała ich bóle i ich wielki patriotyzm, ta misja ich nie zawiedzie, ona bada stosunki tutejsze i mogą być pewni podania sprawiedliwej oceny i sprawiedliwego rozstrzygnięcia. Mogą być pewni, że nie zostaną pokrzywdzeni, niech tylko teraz idą do pracy, a sprawa zostanie za miesiące, a może i tygodnie już załatwiona, bo to wielka sprawa budowy Polski.

A słyszcie teraz, jak przedstawili sprawę w Paryżu! Wtedy nawoływali górników do zaprzestania strajku, sami ani myśląc o dotrzymaniu słowa. Działali oni wtedy jak agenci czescy.

Byli oni świadkami przyjęcia, jakie zgotowała wojskom polskim ludność śląska w Cieszynie. Przypadkiem jeden członek misji przejeżdżał dnia 26 stycznia przez Frysztat podczas przyjęcia wojsk polskich. Widział bramy triumfalne i pytał, co to za olbrzymie tłumy, po co one tutaj.

A samo urzędowanie misji. Wobec czeskich nadużyć i gwałtów miękcy i ustępliwi. Natomiast twardzi wobec Polaków. Szczególną protekcją otoczyli podłość ślązakowską. Przez to nie poczuwali się do zachowania taktu i urazili nas. Zamiast sędziego bezstronnego urzędowała misja stronniczo, stronniczy też i niegodny z powagą takiej misji wydała wyrok. Nie żywimy wielkiej nadziei do pomyślnego powodzenia Paderewskiego. Cóż nawet pomogłoby odwrócenie rozstrzygnięcia wobec przez koalicję rozzuchwalonych Czechów. Po grze Paderewskiego przemówi Piłsudski. Ten sam, który nie lękał się w roku 1914 pierwszy zdeptać kordonu krojącego Polskę i z małą garstką legionistów rzucić zbrojną rękawicę kolosowi caratowi – uwolni nas od podłego jarzma czeskiego plemienia gadzin. Przemówi wypróbowanym środkiem starej dyplomacji – orężem, a to najskuteczniejszy środek na rozzuchwalone gadziny czeskie. W ręce naszej armii złożona sprawa to najlepsza gwarancja.

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w piśmie „Robotnik Śląski. Organ Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej” nr 29/1919, Frysztat, 18 kwietnia 1919 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 105. rocznicę zbrojnej napaści Czechosłowacji na Polskę i próby zbrojnego zagarnięcia Śląska Cieszyńskiego. Zdjęcie w nagłówku tekstu przedstawia zbiorową mogiłę polskich żołnierzy i członków robotniczych ochotniczych milicji walczących z najeźdźcami. Mogiła znajduje się w Stonawie, niegdyś w ogromnej większości zamieszkiwanej przez Polaków, obecnie w Czechach. Są tam pochowani zarówno polegli w walkach, jak i osoby bestialsko zamordowane jako jeńcy w ramach zbrodni wojennej. Fot. Remigiusz Okraska.

Wizz Air nabrał klientów

Wizz Air nabrał klientów

UOKiK chce ukarać linie lotnicze Wizz Air. Firma namawiała klientów na zakup promocyjnych biletów, po czym anulowała prawie wszystkie zakupione wyloty.

Jak pisze portal wnp.pl, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów postawił Wizz Air zarzuty naruszania zbiorowych interesów konsumentów. Chodzi o promocję urodzinową spółki z 18 maja 2023 r. Wizz Air oferował loty do dowolnego miejsca za 35 zł. Bilet można było zarezerwować w aplikacji Wizz Air oraz na stronie internetowej spółki. Cena dotyczyła wylotu z polskiego lotniska, przy wyborze najtańszej opcji bagażu podręcznego i losowym przydziale fotela.

Spółka anulowała umowy następnego dnia od zakupu, powołując się na błąd techniczny i deklarując natychmiastowy zwrot poniesionych kosztów. Uznała jedynie zamówienia, które dotyczyły podróży odbywających się w ciągu 72 godzin od dokonania transakcji.

Urząd twierdzi, że otrzymał liczne skargi od klientów, którzy zwracali uwagę, że „linie lotnicze tłumaczą się awarią systemu, mimo że namawiały cały dzień, by skorzystać z ich promocji”. Informacja o zniżkach w ramach promocji urodzinowej była dystrybuowana wieloma kanałami, od banera na stronie internetowej i aplikacji, przez newsletter oraz Instagram.

Spółce Wizz Air Hungary grozi kara do wysokości 10 proc. rocznych obrotów.

Wielkie piece zgasną

Wielkie piece zgasną

Indyjski koncern Tata Steel ogłosił plan wygaszenia dwóch wielkoskalowych pieców hutniczych w Wielkiej Brytanii. Pracę straci wiele osób.

Jak informuje portal biznes.interia.pl, koncern hutniczy do końca 2024 roku zamknie dwa wielkie piece w Wielkiej Brytanii. W efekcie pracę straci aż 2800 osób, do tej pory zatrudnionych w hucie stali w Port Talbot w Walii. To 35 proc. wszystkich osób zatrudnianych przez koncern na Wyspach.

Tata Steel w Wielkiej Brytanii przechodzi na inny typ pieców. Firma w ramach planów restrukturyzacji brytyjskiej gałęzi przemysłu, połączonej z dekarbonizacją produkcji, ma zacząć wykorzystywać elektryczne piece. Takie piece charakteryzują się niższym poziomem emisji CO2, ale jednocześnie wymagają mniejszej liczby osób do obsługi.

W swojej decyzji jest wspierana przez brytyjski rząd. Po tym jak Tata Steel postawiło ultimatum dotyczące zamknięcia produkcji w Wielkiej Brytanii i przeprowadzenia jeszcze większych zwolnień, gabinet Rishiego Sunaka przyznał koncernowi dotację, o którą ten zabiegał. Tata Steel na przejście na nowe piece otrzyma pół miliarda funtów (ponad 2,5 mld złotych).

Oburzony planami Tata Steel jest Anthony Slaughter, lider walijskiej Partii Zielonych. – „To druzgocąca wiadomość dla społeczności lokalnej i nie tylko dla niej. Walia aż za dobrze wie, co się dzieje, gdy społeczności są porzucane przez rząd i przemysł. Widzieliśmy to już w przypadku górnictwa” – komentuje polityk cytowany przez „Guardiana”. – „Dekarbonizacja przemysłu jest niezbędna, ale należy chronić społeczności i miejsca pracy ludzi”.

Ćwierćinteligent na brzegu

Ćwierćinteligent na brzegu

Pod koniec października, tuż po wyborach, ukazał się w „Gazecie Wyborczej” artykuł Jarosława Bratkiewicza pt. „Załoga statku PiS to sieroty po PRL-u i ćwierćinteligenci” (30.10.2023). Nie trzeba szczególnej przenikliwości, żeby wykazać, iż wpisuje się on w dyskurs „Gazety Wyborczej”, który jest kulturowo rasistowski, klasistowski i chamofobiczny. Nawet student czy studentka, wykorzystując podstawową dla medioznawstwa metodę, jaką jest analiza zawartości mediów czy analiza tekstu w dyskursie medialnym, potrafi z łatwością wykazać, iż jest on wykluczający i stygmatyzujący słabsze ekonomicznie i symbolicznie grupy społeczne (Natalia Piwek – „Katole, mohery, ciemnota. Stereotyp typowego Polaka w dyskursie medialnym Gazety Wyborczej”; praca licencjacka napisana w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego pod moim kierunkiem).

Pomimo posiadanej wiedzy, że tak się sprawy mają, i po samym już tytule, moim zdaniem artykuł ten, zresztą z serii „Adam Michnik poleca” przekroczył pewną granicę. Ukazał bowiem wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie tylko jako roszczeniowe oraz życiowo nastawione i kupione za programy socjalne sieroty po PRL-u, które niczego nie rozumieją i niczego nie potrafią na wolnym rynku ceniącym przedsiębiorczość. Wszak do tej neoliberalnej nowomowy czytelnik tej gazety jest przyzwyczajony. Mamy tu jednak także „ludzi prymitywnych” w antropologicznym tego słowa znaczeniu.

W tym kontekście Bratkiewicz hasłowo przywołuje koncepcję myślenia prelogicznego, autorstwa francuskiego etnologa Luciena Lévy-Bruhla, a także sposób pojmowania świata przez społeczności mityczne opisany przez rumuńsko-francuskiego religioznawcę Mirceę Eliadego. Chciałbym przyjrzeć się artykułowi Bratkiewicza z punktu widzenia koncepcji „umysłowości prymitywnej” oraz cech społeczeństwa tradycyjnego, których używa, aby wykazać błędy poznawcze w tej wizji „ludu pisowskiego” posiadającego – jego zdaniem – taką właśnie umysłowość.

Z antropologicznego punktu widzenia, mówiąc najkrócej, chodzi o to, że w myśleniu określanym mianem prelogicznego nie widzi się potrzeby, ani w pewnym sensie nie jest się zdolnym, ze względu na brak pisma, do myślenia dyskursywnego, rozumowego, logicznego. Racjonalność jest zastępowana myśleniem obrazowym, pamięciowym oraz tzw. partycypacją mistyczną. Tym, co „wyciąga” z tej oryginalnej koncepcji Bratkiewicz, rzecz jasna w celu zdezawuowania i ośmieszenia „ludu pisowskiego”, jest fakt, że owe myślenie nie jest racjonalne, oświeceniowe, nowoczesne. „Lud pisowski” jest prelogiczny i z tego względu nic nie rozumie z rzeczywistości. Z kolei w opozycji do myślenia prelogicznego, myślenie racjonalne reprezentuje – a jakże – Bratkiewicz.

Ale czy na pewno tak jest? Otóż moja teza jest następująca: to Bratkiewicz reprezentuje ową umysłowość, co skutkuje tym, że nie rozpoznaje podstawowych koordynatów opisywanej oraz, co szczególnie ważne, pożądanej przez siebie rzeczywistości. Mamy zatem do czynienia z „umysłowością prelogiczną” à rebours.

Oczywiście z antropologicznego punktu widzenia nie wartościuje się „umysłowości pierwotnej”. Zgodnie z zasadą relatywizmu kulturowego nie mówi się, iż jest ona gorsza od myślenia racjonalnego. Jest po prostu inna. Bratkiewicz może sobie pozwolić na wartościowanie w swoim celu, czyli wskazania na gorszość „ludu pisowskiego” – wszak nie jest on antropologiem (choć popełnia antropologiczny błąd). Jeśli zatem Bratkiewicz zrównuje „umysłowość pierwotną” z „ludem pisowskim” i wartościuje ową umysłowość negatywnie, to jeśli sam ową umysłowością pierwotną dysponuje, co chce wykazać, należy go uznać, zgodnie z jego logiką, za ćwierćinteligenta. Słowem Bratkiewicz jest zatem „dziki” dużo bardziej niż mu się wydaje.

W artykule Bratkiewicza pojawia się cytat z Mircei Eliadego, który oddaje jedną z cech pojmowania rzeczywistości przez członków społeczności mitycznych, nazywanych przez autora tradycyjnymi. Ma to być argument, iż „lud pisowski” jako tradycyjny, jest ciemny i zacofany, gdyż taka właśnie jest tradycyjność, o czym świadczy cytat z Eliadego: „[…] rzeczą znamienną dla społeczeństw tradycyjnych jest […] przeciwstawienie swego zasiedlonego terytorium obszarowi nieznanemu i nieokreślonemu, który je otacza: ich okolica to »świat«, kosmos; reszta to już nie kosmos, to coś w rodzaju »zaświatu«, obszar obcy, bezładny, zamieszkany przez poczwary, demony, obcych”. To taka percepcja rzeczywistości ma odpowiadać, za, jak pisze Bratkiewicz, dopatrywanie się przez „lud pisowski” zła, które czai się w naszym bliskim otoczeniu: „[…] w Niemczech, Unii Europejskiej, Rosji, wśród transnarodowych »lewaków« i »pedałów«”.

Przecierałem oczy ze zdumienia: on to naprawdę napisał. Przejawem błędnej, bo tradycyjnej percepcji rzeczywistości, jest ponoć doszukiwanie się zła w Rosji. Skandal! To pisze człowiek, który nie tylko wspierał reset z Rosją (Sławomir Cenckiewicz, „Jarosław Bratkiewicz, ojciec resetu z Rosją. Cichy urzędnik, podwładny Sikorskiego”, portal i.pl, 28.10.2022), lecz pisze to w chwili wojny na Ukrainie. I kto tutaj widzi wyraźniej?

Od razu trzeba zaznaczyć kilka kwestii, które choć związane z etnologią, są równie istotne, gdyż pokazują, iż Bratkiewicz jest nieukiem, by użyć jego określenia względem „ludu pisowskiego”.

Po pierwsze, Bratkiewicz błędnie utożsamia „umysłowość pierwotną” w ujęciu Lévy-Bruhla ze społeczeństwem mitycznym w rozumieniu Eliadego. W tym pierwszym, czyli w świecie myślenia magicznego, nie ma podziału na sacrum i profanum, nie ma transcendencji, nie ma także świata pozazmysłowego, gdyż ten dopiero rodzi się wraz z symbolem. A to właśnie symbole odgrywają kluczową rolę w fenomenologicznym ujęciu Eliadego. Zestawiając tych dwóch autorów, którzy jakoby mieliby mówić to samo o specyfice „umysłowości pierwotnej”, Bratkiewicz popełnia błąd, który wytknąłby mu dobrze wyedukowany student etnologii. Bratkiewicz niewiele z tych autorów rozumie poza przywołaniem nazwiska Lévy-Bruhla i pojęcia mentalité primitive (błędnie zresztą interpretowanego jako „magiczna nieobliczalność transcendencji”, jak i błędnie nazywanego „syndromem”) oraz zacytowaniem Eliadego.

Ponadto Bratkiewicz pisze: „Antropolog Lucien Lévy-Bruhl w »La mentalité primitive« dowodzi, że przewód poznawczy »ludzi prymitywnych«, inaczej niż logiczne myślenie człowieka Zachodu, przedziera się przez labirynty magii i okultyzmu”. Lévy-Bruhl w ogóle nie pisze o okultyzmie, gdyż jest to późniejszy historycznie fenomen kulturowy, nieistniejący w społeczeństwach pierwotnych. Widać, że Bratkiewicz nie czytał „La Mentalité primitive”.

Po drugie, Eliade z pewnością nie uznawał cech społeczności mitycznych za negatywne. Jeśli już, to raczej jako nieuchronne – jego zdaniem były one częścią uniwersalnego ludzkiego sposobu doświadczania i percypowania świata. Z tego przecież uniwersalistycznego względu wykorzystywane są one i dzisiaj w fenomenologicznych analizach kultury współczesnej (vide Zbigniew Benedyktowicz), w tym także dzieł kultury wysokiej. Czy wielcy twórcy współczesnej sztuki filmowej, percypujący świat poprzez opozycję świat – zaświat, też płyną w „statku PiS-u”?

I tak oto „inteligent-szpaner-zobaczcie-jakim-oczytany” rozbija się o rudymentarną wiedzę o autorach kogoś, kto po prostu dobrze zna ich koncepcje. Nie te kwestie są jednak najistotniejsze.

Otóż nic bardziej nie potwierdza uniwersalistycznej racji Eliadego, jak sam artykuł Bratkiewicza, która właśnie w ów schemat, zarysowany w cytacie, się wpisuje: my-inteligencja, PO, „Gazeta Wyborcza”, wykształceni, obyci w świecie, eleganccy, przedsiębiorczy, piękni – to świat-kosmos. Natomiast tam, poza naszym czujnym okiem i kontrolą, roztacza się świat demonów: ciemnego, głupiego, złego, gnuśnego, zapitego, zabobonnego, katolickiego, brzydkiego, bo z „nalanymi sadłem facjatami”, „ludu pisowskiego”. Sposób oglądu świata Bratkiewicza jest kalką z postaw opisanych przez Eliadego. Robi dokładnie to samo, co krytykuje – jest zatem reprezentantem przywołanej przez siebie „umysłowości pierwotnej”, mitycznego sposobu oglądu świata.

W logikę „odwróconego świata”, w którym to innym przypisujemy cechy, których sami nie możemy posiadać (a udowodniłem, że posiadamy: nieuctwo), wpisuje się także neokolonialna retoryka o podłożu kulturowo-rasistowskim, dotycząca pisowskiego „ludu małpiego”, „małpioludziej czeredy” czy „rozjuszonych koczkodanów”. Zaświat zamieszkują nie tylko demony czy zmarli, ale także zwierzęta. Słowem, percepcja mityczna wedle Eliadego animalizuje obcego, co czyni Bratkiewicz dając świadectwo swojemu „pierwotnemu” umysłowi, patrzącemu na, jak sam pisze, „połowę Polski”.

Podsumowując, gdyby Bratkiewicz był naprawdę inteligentem, tak, jak o sobie myśli, czyli człowiekiem, którego znamionuje „umysłowość krytyczna i racjonalny dystans”, dostrzegłby z łatwością, jak jego myślenie uwikłane jest w myślenie prelogiczne. Dwukrotnie przywołuje także gnostycki pierwiastek w pisowskiej teorii i praktyce, która sprowadza różnorodność świata do konwulsyjnych starć dobra i zła. Ów pierwiastek ma być, a jakże, związany z „umysłowością tradycjonalną”. Jakoś nie dostrzegłem w tekście Bratkiewicza „różnorodności świata”, tak pożądanego, lecz właśnie starcie dobra i zła, tyle że à rebours. Na początku swojego tekstu pisze, iż „Polska PiS-u 15 października cofnęła się o krok, o dwa. Ale trwa. Szczerzy kły, parska, i furczy ze złości”. Owa złość towarzyszy jednak przede wszystkim Bratkiewiczowi, który w swoim „strumieniu świadomości”, jak w dobrej magii, wszystko łączy z wszystkim: kto mnie „obraził” w internecie, Lévy-Bruhl, Kipling, wiarygodność sojusznicza Polski, układ etc.

Przykładem podstawowego braku logiki u Bratkiewicza jest krótki opis pożądanego przez niego modelu patriotyzmu, którego przedstawicielem ma być Lech Wałęsa. Pomijam nawet dobrze znane fakty z życia Wałęsy, które są biegunowo odległe od wartości patriotycznych (suwerenność, niepodległość), ale to on przecież jest znakomitym przykładem tego, co Bratkiewicz krytykuje. Wałęsa jest nieukiem, niewykształconym anty-inteligentem, tradycjonalistą, ultrakatolikiem wszędzie dostrzegającym interwencję sił nadprzyrodzonych (Matka Boska), ma „nalaną sadłem twarz”, bredzi o kosmitach, jest narcystyczny (to cecha przaśnego narcyzmu szlachty, której odpowiednikiem ma być „lud pisowski”), a gejów w Sejmie chciałby umieścić w ostatnich ławach. Bratkiewicz za bohatera bierze kogoś, kto jak ulał pasuje do krytykowanego przez niego modelu. Gdzie tutaj logika? Brak, chyba że uznamy, że skoro Wałęsa jest „nasz”, to już może być jaki chce i kim chce, gdyż opresja i nasze wymagania go nie dotyczą: akceptujemy cię takim, jakim jesteś, byle z nami, nigdy przeciw. To nie tylko kryterium „swojacko-plemienne”, ale zwykła hipokryzja, szczególna cecha polskiego „inteligenta”, będąca wynikiem jego „umysłowości pierwotnej”, którą widzi wszędzie, tylko nie u siebie.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz Singha Bohrer (-Bender) z Pixabay

Masowy stres w pracy

Masowy stres w pracy

87 procent pracowników czuje się przytłoczonych stresem w pracy.

Jak informuje portal salon24.pl, z ankiety przeprowadzonej przez Grafton Recruitment wynika, że 87 proc. polskich pracowników czuje się przytłoczonych stresem w pracy. Odpowiedzi ujawniają, że co trzecia osoba boryka się z presją każdego dnia. Skalę problemu potwierdzają badania ICAN Institute na zlecenie Wellbee, według których co piąty pracownik korzystał w ubiegłym roku ze zwolnień lekarskich lub urlopu ze względu na złe samopoczucie psychiczne.

Z „Raportu wynagrodzeń w przedsiębiorstwach” Grafton Recruitment wynika, że poziom stresu uzależniony jest m.in. od specyfiki pracy w danym dziale. Najbardziej narażeni na wypalenie okazali się pracownicy marketingu i PR – na stres zawodowy w tej grupie wskazało 70 proc. badanych, przy czym aż 35 proc. pracowników uznało swoją pracę za „zdecydowanie stresującą”. Drugi najwyższy wynik odnotowano w działach obsługi klienta.

Według pracowników czynnikiem, który najsilniej oddziałuje na efektywność w pracy, jest wynagrodzenie, związane bezpośrednio z poczuciem bezpieczeństwa. Wskazało na nie 83 proc. respondentów. Wyniki badania potwierdzają, że sytuacje w miejscu pracy mogą być odzwierciedleniem tego, co dzieje się poza biurem. Wśród stresorów znalazły się: obniżony nastrój, atmosfera w pracy, trudności finansowe, rodzinne i niska samoocena. Odpowiedzi różnią się w zależności od grupy wiekowej. Pracownicy w wieku 18-25 lat jako jedyni częściej wskazywali na obniżony nastrój i atmosferę w pracy niż zarobki.

Strajk w WKD

Strajk w WKD

Warszawska Kolej Dojazdowa strajkuje od czwartku rano. Pracownicy żądali podwyżki 800 zł. Nie otrzymali jej, więc rozpoczęli strajk generalny. Właścicielem niemal 100 proc. udziałów w spółce jest mazowiecki samorząd.

Jak informuje portal Interia, pracownicy Warszawskiej Kolei Dojazdowej zaczęli zatrzymywać pociągi w szczytach komunikacyjnych – rano i wieczorem. Powoduje to chaos komunikacyjny w Warszawie i miejscowościach, gdzie jeździ WKD. Tak będzie do chwili, aż władze przewoźnika się nie ugną.

Ani wcześniejszy dwugodzinny protest ostrzegawczy, ani negocjacje zarządu ze związkowcami, nie przyniosły sukcesu. Nie pomogły też środowe rozmowy ostatniej szansy. W czwartek rano ruszył strajk generalny w Warszawskiej Kolei Dojazdowej. To niewielki przewoźnik, ale kluczowy dla południowo-zachodniej części stołecznej aglomeracji, jak i również wielu mieszkańców samej Warszawy.

Pociągi WKD zatrzymały się o 6:00 na najbliższej stacji i nie ruszyły do 8:00. Historia powtórzyła się po południu – szynowe pojazdy nawet nie drgną między 15:00 a 17:00. To nie będzie jednorazowa akcja, bo strajkujący chcą regularnie wstrzymywać ruch w tych godzinach w każdy następny dzień roboczy. Aż do skutku, czyli przyznania 800 zł brutto podwyżki miesięcznie.

Protest paraliżuje transport do stolicy m.in. ze strony Grodziska Mazowieckiego, Milanówka, Podkowy Leśnej i Opaczy. Składy „wukadki” nie docierają też do przystanków w warszawskich dzielnicach Włochy oraz Ochota. Normalnie przewożą tysiące pasażerów dziennie.

Za protest odpowiada Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych (ZZMK). Odrzucił on propozycję władz WKD, czyli podwyżkę o 500 zł brutto od 1 marca. Wiceprezydent ZZMK Sławomir Centkowski zapewnia w rozmowie z Interią, że szukano porozumienia, lecz próby spaliły na panewce: „My swoje stanowisko złagodziliśmy. Zaproponowaliśmy, by podwyżka od 1 stycznia wynosiła 500 zł, a kolejne 300 zł weszło od 1 kwietnia. Natomiast zarząd pozostaje przy swoim”.

Google też zwalnia

Google też zwalnia

Google zwalnia setki inżynierów i innych pracowników w swoich zespołach asystentów cyfrowych i zajmujących się sprzętem.

Jak pisze serwis pulshr.pl, zwolnieni zostali m.in. pracownicy pracujący nad asystentem głosowym Google oraz specjaliści opracowujący sprzęt do rozszerzonej rzeczywistości. Redukcje dotknęły także osoby pracujące w centralnym dziale inżynieryjnym firmy. Zwolnienia mają służyć ograniczeniu kosztów funkcjonowania, a firma chce skoncentrować się na rozwijaniu sztucznej inteligencji. Ma to być odpowiedź na działania konkurentów Google – Microsoftu oraz OpenAI.

Z informacji, do których dotarł serwis Bloomberg wynika, że zatrudnienie straciło 630 pracowników. Wśród nich znalazło się 25 dyrektorów działów. Przedstawiciele związków zawodowych działających w Google informują, że w sumie zwolnionych zostało ponad 1000 osób. W styczniu 2023 r. spółka Alphabet zdradziła, że w przyszłości zwolni przeszło 12 tys. pracowników, co stanowi 6 proc. całego personelu.

Anna Cieplak: Z naszej huty błyskawica, która cały kraj rozpali

Anna Cieplak: Z naszej huty błyskawica, która cały kraj rozpali

Z Anną Cieplak rozmawia Magdalena Okraska

Co cię tak fascynuje w Górnym Śląsku i Zagłębiu, że tam umieszczasz akcję swoich książek?

Anna Cieplak: „Ma być czysto” dzieje się w robotniczej dzielnic Dąbrowy Górniczej, czyli Ząbkowicach, ale trochę pozmieniałam. Pojawiają się przestrzenie, których nie ma, bo nie byłam pewna, czy to nie zostanie odebrane jako reportaż. Miałam wtedy poczucie, że taka „nieprzestrzeń” może pokazać bardziej powszechne problemy – ale potem stwierdziłam, że stąd jestem, więc lepiej, żebym pisała o tym wprost. Sama te miejsca lubię, są mi bliskie, jakoś nie umiem pisać o przestrzeniach, w których nie byłam. Nie chodzi o to, że mam niewystarczającą wyobraźnię, tylko po prostu te miejsca czuję, znam stamtąd ludzi, zależy mi na ukazaniu ich spojrzenia. Nie potrafię pojechać gdzieś na miesiąc i napisać książkę z akcją w tamtych realiach. Wydaje mi się to nieprawdziwe, bo zawsze, gdy gdzieś jesteś, kilka lat zajmuje wejście pod warstwę numer jeden. A jeśli od razu wchodzisz pod warstwę numer trzy, warstwę jakichś problemów, to też nie mówi to wszystkiego. Żeby rozpoznać jakieś struktury, trzeba w nich najpierw pożyć, rozumieć je, w pewnym sensie być ich częścią. Chociaż niektórzy mówią, że w ten sposób traci się dystans.

Mamy w twoich książkach Będzin, Ząbkowice, później Cieszyn, ale to taka powieść rozliczeniowa, a teraz wydałaś „Ciało huty”, czyli znowu jest Zagłębie, a konkretnie Dąbrowa Górnicza, w której spędziłaś kawał życia. Co nas, jako czytelników i jako społeczeństwo, tak fascynuje w industrialnych krajobrazach, dlaczego to jest dla nas ważne?

Czytelników, z tego, co widzę, fascynuje Górny Śląsk, a Zagłębie pod niego podpinają. Mówią „Śląsk” i nie wiadomo, co to tak naprawdę jest, wielka plama całego województwa. Ludzi może interesować industrialna przeszłość tego terenu także dlatego, że mnóstwo ludzi stąd jest, bo to ogromna przestrzeń. Dużo osób z pewnym opóźnieniem, ale jednak zaczyna rozumieć, że lokalność ma formacyjne znaczenie dla nich samych. Nie jest to już chyba tak rozumiana tożsamość, jak kiedyś, czyli „mała ojczyzna”, a bardziej coś, z czego wyrastamy i próbujemy nazywać na nowo. W literaturze chyba nadal trwa „zwrot ku lokalności”, i piszą o tym często osoby, które już nie mieszkają w jakimś miejscu, wracając do swojego dzieciństwa czy dorastania. Sama wykorzystywałam ten motyw w „Latach powyżej zera”. Jest też chyba coś takiego, co można określić książkami rozliczeniowymi albo opowieściami o awansie. Mam na myśli Didiera Eribona czy Édouarda Louisa. Annie Ernaux jest mi o wiele bliższa od nich, bo w jej historii czuć obecność innych ludzi. Są ważni tak samo jak ona.

Mówiłaś o tym na jednym ze spotkań autorskich – że proza wyznaniowa to najgorsze, co może być.

W prozie wyznaniowej zawsze jest ryzyko, że rozlicza się nie tylko siebie i własne doświadczenia, ale także ludzi, którzy byli w otoczeniu autora. To mnie mocno drażni, bo jest tam element podstawowej niesprawiedliwości, ciężko mieć dystans do samego siebie. Łatwo o autokreacje, język i metafora czasami przykrywają sprawy. Proza wyznaniowa mnie rusza tylko wtedy, gdy czuję, że ktoś jest tak głęboko pod skórą, że nie oszczędza sobie, ale widzi też szerszy obraz. Ale, nie wiem, może to moje skrzywienie, że widzę świat w kategoriach, ekhm, wspólnych, czuję się częścią czegoś, a wyjątkowość mnie nie pociąga. Wolę pisać o relacjach, więziach, rozpadach.

A to rozpoznanie jakoś przenosi się na twoją prozę?

Może to zabrzmieć jak stereotyp, ale będąc tutaj odczuwam, że Śląsk jest miejscem, gdzie jest bardziej familiarnie i że relacje są ważne. Gdy spędziłam dwa miesiące na Słowacji na stypendium literackim, to cieszyłam się, że wracam tutaj, a nie do innego miejsca w Polsce. Zwyczajna codzienność nasuwa inne tematy, języki i problemy niż mainstreamowe, sloganowe i algorytmowe kwestie, które żyją trzy dni w feedzie. Oczywiście, docierają do mnie i one, ale nie zajmują wielkiej przestrzeni mojego życia, jeśli nie niosą ze sobą jakichś pogłębionych tematów, lecz odciągają uwagę. Skupiam się bardziej na tym, co dzieje się rzeczywiście tu, w okolicy. Ale znam kilku innych autorów, którzy piszą o Śląsku i wydaje mi się, że mają zupełnie inne powody. Na przykład bardziej kręci ich historia, praca z archiwum – Śląsk pod tym względem daje pole do popisu.

Zagłębie jest często traktowane w powszechnym rozpoznaniu jako mniej istotne, bo nie mieliśmy tylu kopalń, choć one też oczywiście istniały, ale dla budowania struktury regionu były ważne na innym etapie. Samo Zagłębie próbuje mieć swoją identyfikację, ale jej nie ma, musi ją, jak mi się wydaje, budować na innych zasadach niż Śląsk, który jest spojony wieloletnią historią, tradycją. Dla mnie natomiast ten obszar jest niezwykle ciekawy. To będzie może śmieszne, co teraz powiem, ale już w podstawówce brałam udział w konkursach historycznych o Dąbrowie Górniczej, uczyłam się dat na pamięć. Tym, co odróżniało ten teren, był fakt, że ta historia zawsze była ludowa, wszystkie opowieści wiązały się z przemysłem i historią zwyczajnych ludzi. No, może poza legendą o Królowej Jadwidze, która szła boso po Górce Gołonoskiej (nie Gołonowskiej, pozdrawiam Grzegorza z Sosnowca), jej stopy krwawiły i wyrastały pod nimi fiołki. Niedawno ponownie odwiedziłam Muzeum Miejskie „Sztygarka”, by zrobić sobie powtórkę, i miałam wrażenie, że tam jest jeszcze sporo do odgrzebania właśnie takiej ludowej historii. Od jakiegoś czasu już się to dzieje – jak rozszerzanie opowieści o Rewolucji 1905 w Zagłębiu, ale tematów jest o wiele więcej. Sama nie siedzę w historii, nie lubię się też historią podpierać – żeby nie robić fałszywych analogii, na których się nie znam. Wolę pisać o tu i teraz, o rzeczywistości, w której problemy klasowe nadal istnieją. Dlatego dla mnie ludowa historia regionów, także Śląska i Zagłębia, to opowiadanie o tym, jakie to ma reperkusje w teraźniejszości. Przecież nie jest tak, że gdy rozliczymy się z przeszłością naszych dziadów i pradziadów, to rozwiążą się nasze obecne problemy, które cały czas przyjmują nowe warianty.

Łączysz przeszłość – mit Huty Katowice – z jej teraźniejszością. Właśnie: mity huty i nostalgia za nią. „Nostalgia” to straszne słowo, które sugeruje tęsknotę za PRL-em. Niby kochasz, niby tęsknisz, ale wiesz, że to słusznie odeszło. Nie wydaje mi się, że to jest to, co ty i twoi bohaterowie chcieliście powiedzieć. To raczej wspomnienie o tym, co było ogromnie ważne i zmieniło się, może gniew, bo tego już nie ma.

Żyłam zawsze obok huty, rodzice moich znajomych tam pracowali (a część znajomych pracuje tam teraz), moi rodzice w Mikrohucie, która też była związana z HK – ale musiałam się do tego zbliżyć jeszcze bardziej niż wcześniej. Dla mnie nostalgia jest naturalna, jest procesem psychologicznym, w którym wspominasz swoje dzieciństwo czy czasy nastoletnie, i siłą rzeczy nie jesteś w stanie się odkleić od chemii mózgu, więc na pewne rzeczy spoglądasz z większym zainteresowaniem, sentymentem, dopamina ci skacze gdy słuchasz piosenek z czasów młodości. Tak że od nostalgii się nie odcinam, bo może ona czasem odkrywać jakąś prawdę, przypominać zachwyt, wzruszenie. Ludzie opowiadają mi o babskich combrach czy spotkaniach pracowniczych, które były wpisane w ich czas wolny, a on nam teraz współcześnie zanikł i próbujemy go odzyskać. Dużo osób snuje jakieś futurystyczne, niedorzeczne plany o świecie w ogóle bez pracy – bo pracują w zawodach, które mogłyby zniknąć i nic by się nie stało. Namacalne doświadczenie, które wspominamy, to nie tylko nostalgia, ale naturalna składowa czyjegoś życia, która ukształtowała tych ludzi, ich postawy, ich wartości, sposoby widzenia. Wiem, że nostalgia nie ma dobrej prasy, ale może warto spojrzeć na nią inaczej?

Mam wrażenie, opisując właśnie PRL i rozmawiając z ludźmi o czasach, w których jeszcze nie było mnie na świecie, że to nie jest tylko nostalgia, lecz także świadomość tego, że coś sprawnie funkcjonowało na terenie zakładu, na osiedlach, w instytucjach. Można mieć oczywiście wiele uwag krytycznych wobec tamtego modelu, ale dla zwyczajnych ludzi wiele rozwiązań było naprawdę lepszych niż w tej chwili. Myślę, że rozpoznają to też porównawczo. To nie jest tylko tęsknota za czasami młodości, ale i za czasami, gdy mieli jakieś poczucie sprawczości. Ono mogło być złudne, ale w wielu przypadkach właśnie nie było takie. Mogli się realizować w pracy, gdzie mieli przestrzeń do wykazania się, na przykład korzystając z kompetencji technicznych do naprawy maszyn, czuć się godnie. Wiele osób o tym mówiło w kontekście późniejszych doświadczeń transformacyjnych, które były straszne. Zwolnienia w Hucie Katowice przyszły trochę później niż na początku lat 90., ale odcisnęły piętno. Rozmawiałam w ostatnim czasie z bliską osobą, która doświadczyła takiej utraty – straciła to ogromne zaufanie, które było wielkim kapitałem społecznym i pomagało identyfikować się np. z zakładem pracy. Mnie rozpoznania naukowe aż tak bardzo nie interesują, ważniejsze jest to, co to dla ludzi oznaczało i oznacza.

Jak wygląda mit ogromnego zakładu, fabryki, huty-karmicielki? PRL jest demonizowany, pomimo swoich ogromnych sukcesów modernizacyjnych – i przez osoby starsze od nas, które żyły i pracowały w tamtym systemie, i przez osoby młodsze od nas, znające go tylko z memów o kolejkach do mięsnego. Budowa Huty Katowice czy wielu innych zakładów to były rzeczy niesłychane. Ten mit się dobrze trzyma czy właśnie nie, ludzie mówią: „Eee, upadło, bo musiało upaść, nie sprawdziło się, kapitalizm jest systemem doskonałym”?

Jest zupełnie odwrotnie. Na początku trochę się krygowałam, żeby to zweryfikować na spotkaniach autorskich czy w wywiadach do książki – absolutnie nie chciałam narzucić jakiejś myśli, lecz próbowałam zadawać neutralne pytania. W sytuacji twarzą w twarz to bardziej widać, bo szybciej rozpoznaje się emocje i można kogoś wspierać, żeby nie czuł się zawstydzony, że coś mu się podobało, podczas gdy w telewizji jest inna linia i mówi, że PRL był zły. Moi indywidualni rozmówcy w ogóle nie zwracali na to uwagi, nie odnotowywali nawet często tego, że jest taka narracja, a pochwał PRL-u trzeba się wstydzić. Widziałam, że na sali podczas spotkań jest wiele osób z tamtego okresu – na jednym spotkaniu śpiewali nawet piosenkę z huty – i mówili: „Niech się pani nie wstydzi zadawać takich pytań”. Byli o wiele bardziej świadomi ode mnie, urodzonej już później i trochę niepewnej, czy mogę w taki sposób nazywać ich doświadczenia.

W Zagłębiu może to jest bardziej oczywiste ze względu na historię i przemiany regionu pod wpływem budowy Huty Katowice. Sama wzrastałam w poczuciu, że nie wstydzę się swojego pochodzenia, wychowania, otoczenia. W ogóle nie wpadłabym na to, by się go wstydzić. Samo dziedzictwo etosu pracy jest dla mnie czymś ważnym. Bardzo szanowałam to, że nikt nie mówił, iż „każdy jest kowalem własnego losu”, lecz że trzeba się wspierać, że istnieje solidarność między ludźmi. To krążyło naturalnie.

Myślę, że mit huty-karmicielki jest żywy, choć nie wśród wszystkich. Nowi pracownicy Mittala (huty po zmianie nazwy i struktury własności) mówili, że był taki moment, iż wszystkie usługi, jakie się tylko dało, outsource’owano. Część pracowników mogła wyjeżdżać na staże do innych krajów, gdzie istnieje Mittal. Uwierzyli, że to jest dobre. Z biegiem czasu widzą, że nie do końca tak było – w ich życie jest cały czas wpisane ryzyko, że tę pracę mogą utracić, istnieją formy poczucia niepewności, nawet gdy praca jest rzekomo stała. W mediach co kilka miesięcy pojawia się informacja, że będzie wygaszany wielki piec. Raz się pisze, że tu, a raz że w Nowej Hucie. To funkcjonuje nad ich głowami, nie mogą na to wpływać, choć na terenie huty działa wiele związków zawodowych. Wiele osób młodych zresztą nie zapisało się do nich i ma negatywny stosunek do związków. To bardzo złożone. Są środowiska, np. Kaufland, w którym ostatni strajk był dla mnie szalenie ważny i uważam, że został zbyt mało opisany przez media, a było to jedno z najważniejszych wydarzeń w ostatnich dwudziestu latach. Pani Jola Żołnierzyk (kasjerka, społeczna inspektorka pracy) zawalczyła o kwestie, o które chętnie walczą ludzie kultury i później żyją miesiącami z jednej afery, a ona to robiła na co dzień. W tym znaczeniu walka o rolę związków zawodowych, pokazanie, że one mogą mieć wpływ, choć latami były hejtowane – to ważna sprawa. Siłą rzeczy ich rola z biegiem lat okazywała się coraz mniejsza, teraz to się zmienia. To też ludzi rozłączyło. W hucie czuć rozpad więzi… Pamiętam opowieść o tym, że się okazało, iż nie można już organizować pożegnań pracowniczych na terenie zakładu i to było dla ludzi bardzo bolesne.

Niektórzy pracują w hucie od lat 80. i ich praca jest niezastępowalna. Jest na przykład pan, który takim specjalnym narzędziem sprawdza, czy nie ma dziur w szynach. Jego maszyna nie zastąpi. Bo jak będzie jedna taka dziura w szynie, i ta szyna pójdzie na sprzedaż, to mamy kolizję np. w którymś kraju skandynawskim i huta dostaje ogromną karę finansową. Ludzie, którzy wcześniej tam pracowali, mają jednak inne spojrzenie na zakład. Doświadczenie masz w ciele. Ci, którzy siedzą w biurze i nigdy nawet nie byli na terenie huty, chociaż dla niej pracują, siłą rzeczy mają mniejsze przywiązanie do zakładu i poczucie przynależności. Do prowadzenia badań antropologicznych na terenie huty przy okazji projektu uczelnianego, gdzie mogłam jeszcze wrócić do tematu Huty Katowice po napisaniu powieści, włączyły się Agnieszka Karpiel i Jessica Kufa. Wyszło im, że doświadczenia z huty w PRL-u mogą być o wiele ciekawsze do rozpatrywania niż innowacyjne pomysły na to „jak zmieniać pracę w dobie automatyzacji”. To, czego ludzie doświadczyli tam jako technicy czy robotnicy, nosi potencjał większej zmiany – to znaczy, że pamiętają tamten okres jako czas, gdy mieli sprawczość, bo np. sami musieli rozwiązywać pewne kwestie, które teraz są rozwiązywane według procedur wcale nieułatwiających pracy ani budowania relacji. Ci ludzie zostali do pewnego stopnia odrzuceni – oni i ich zdolności. Bo to są zdolności, że potrafi się coś zbudować, zareagować na taśmie, gdy coś się dzieje czy kogoś wesprzeć, gdy jest blisko wypadku przy pracy. Te rzeczy zanikają przy automatyzacji.

Wiem z wizyty i rozmów na terenie zakładu, że są obszary, w których nigdy nie zastąpimy pracy ludzkiej. Pracownicy to bardzo dobrze wiedzą i artykułują wprost. Wiedzą, że pewne prace można zastąpić automatami, bo nie są przyjemne – choć nie mówię, że praca ma być przyjemna, bo to w ogóle nie o to chodzi. Najważniejsze, żeby praca była godna, żeby mieć poczucie, iż po pracy jest się zmęczonym, ale nie wycieńczonym. Po pracy czuję, że ją zakończyłem, że mam teraz czas wolny – tak zatrudnieni mówili też w wywiadach prowadzonych przez dziewczyny. W trybie, który teraz jest wprowadzany, jest im trudno to rozdzielać. Sama lubię czuć, że coś wykonałam, czuć jakiś rodzaj zmęczenia i świadomość, że teraz mogę odpocząć. Jest czas pracy i czas odpoczynku. Pracownicy huty kiedyś to rozpoznawali, a teraz mają z tym problem.

To jest ciekawe także w kontekście ciała. Tytuł twojej książki jest nietypowy. Czy dostawałaś pytania, co to jest to „ciało huty”, o co z nim chodzi?

Trochę żałowałam, że nadałam książce taki tytuł. Teraz wiele się mówi o ciele głównie w kontekstach erotycznych czy ezoterycznych. A to ciało, o którym ja opowiadam, odnosi się do pracy – to narzędzie pracy, przestrzeń nadużyć, ale także przestrzeń miłości i budowania relacji. Wydaje mi się, że ciało, o którym piszę, nie jest tym ciałem, jakie funkcjonuje teraz w różnych popularnych nurtach – „zaprzyjaźnij się ze swoim ciałem”, „bądź ciałopozytywna”. To znaczy – w porządku, niech sobie niektórzy z tego czerpią, bo to też jest ważne dla wielu osób, ale mnie osobiście to nie interesuje, bo wydaje mi się, że za mało dyskutujemy o ciele społecznym. W tym znaczeniu to ciało było zawsze obecne – i w rozmowach, i w moich wyobrażeniach, i w codzienności. Ciało determinuje często nawet to, jakich słów używamy, język zmienia się pod wpływem bólu czy rozkoszy. Dlatego staram się w książkach nie podkręcać formy, język jest ważny o tyle, o ile oddaje to, co chcieliby powiedzieć ludzie. Nie chcę tego psuć własnym językiem. W opowieściach o ciele jest dla mnie wiele celności, której nie odnajduję w metaforach przegadujących rzeczywistość. Wiele doświadczeń pracy, które obserwuję i o których rozmawiam ze znajomymi, wymaga uwagi.

Jeśli nie przepracujemy sobie tego, co to w ogóle ma być „praca” i nie dowartościujemy tych prac, które są wykonywane przez osoby pracujące fizycznie, to nie zrozumiemy przemian ciała. Dyskutujemy o tym, że „nic nie jest materialne”, że rozmawiamy online, bo niby cała praca przeniosła się do przestrzeni sieci. To nieprawda. Nie przeniosła się tam w całości ani nawet w znaczącym stopniu. Przeniósł się tam niewielki odsetek, ludzie uprzywilejowani, którzy mogą pracować w taki sposób. Dobrze pokazała to pandemia – ludzie pracujący na stanowiskach umysłowych mogli się co najwyżej solidaryzować z pracownikami sklepów, kurierami czy pielęgniarkami. Jest cały wachlarz takich prac. Nie można na przykład zatrzymać pracy zakładu. W 1981 r., gdy w Hucie Katowice wygaszono wielki piec z powodu strajku, musiało być to wstrząsające doświadczenie dla ciała osób – nagle ich zakład przestał funkcjonować. Ten strajk nie miał zresztą wyłącznie kontekstu politycznego (wolność, cenzura etc.), ale także socjalny. Inaczej – sprawy socjalne i prawa pracownicze są polityczne. Dla ludzi praca była taką wartością, że pomimo iż walczyli o siebie, to zatrzymanie ruchu i wygaszenie wielkiego pieca były dla nich trudne i symboliczne na wielu poziomach, także emocjonalnym.

Mamy w „Ciele huty” historię Huty Katowice, która mieści się w Dąbrowie Górniczej, od momentu jej budowy do 2022 roku. Nie znoszę sformułowania „saga”, ale książka ma w sobie coś z sagi, choć nie jest wielotomowa. Na kilku planach czasowych mamy wielu bohaterów, którzy są wzajemnie powiązani, czasem w zaskakujący sposób. Głównymi bohaterkami są Ula i Ewa, pracujące na kuchni w hucie. Bohaterkami są zresztą głównie kobiety.

To jest przede wszystkim historia o próbie upodmiotowienia siebie i zawalczenia o siebie i o innych w obliczu przemocy. Na każdym z planów ta przemoc jest, tylko ma inny wyraz. W przypadku kobiet przemoc przekuwa się na ich życie – przez wiele lat muszą sobie z nią radzić na różne sposoby. W tej historii jest zabieg bardziej, powiedzmy, powieściowy, bo to ostatecznie powieść – a co by było, gdyby za transformację odpowiadała Ewa z Sosnowca? Ewa nadała sobie prawo decydowania o pewnych sprawach, choć z czasem była degradowana i niszczona. Nieobecność robotników i robotnic w momencie przemian wpłynęła na to, jak jest i jak zapewne, niestety, będzie. To jest książka pokazująca… nie chcę używać wyświechtanego zwrotu „siła kobiet”, więc powiem, że strategie oporu Ewy z Huty Katowice. Często, mówiąc o walce kobiet, mówimy o tych na uprzywilejowanych pozycjach albo o bardzo prostych rozwiązaniach, przeniknęło to też do popkultury, do seriali (np. Bombshell o Fox News czy The Morning show). A taki opór codzienny, który był w Amice albo pojawił się np. w MOPS-ie w Bieruniu, to rzecz, która mnie najbardziej porusza, i w tych historiach jest też moim zdaniem najwięcej odwagi. W takich miejscach w przypadku oporu tracisz wszystko, i to naprawdę. Szczególnie jeśli żyjesz w małej społeczności i wiesz, że twój oprawca zmieni miejsce pracy i nie poniesie żadnych konsekwencji. W tym znaczeniu książka opowiada o przemocy w małej skali, ale z drugiej strony – o przemocy w ujęciu systemowym i politycznym. Rozkładam to na przestrzeni lat, aby pokazać, jak różne rozwiązania polityczne sprawiają, że ten opór jest tłumiony.

Mamy opisaną przemoc wobec kobiet w hucie, już niemal systemową, a potem, po pięćdziesięciu latach, przemoc promotora wobec doktorantki. To pokazuje, że te problemy nie znikają, tylko nie wiadomo jak je ugryźć. Część książki jest zresztą poświęcona dywagacjom współczesnej bohaterki, Mai, i innych osób, na temat tego, co zrobić z tym, że mężczyźni czują się bezkarni w sytuacji takiej dynamiki relacji, w której zachodzi stosunek podwładna-przełożony.

Celowo rozłożyłam tę historię przemocy na różne plany czasowe i odmienne perspektywy. To, co dostrzegam, rozmawiając z kobietami mającymi doświadczenia podobne do starszych bohaterek, to fakt, że one mają inne podejście do kwestii przemocy i wykorzystywania. Wiadomo, że wiąże się to z przemianą obyczajową. Staram się nie oceniać ludzi w momencie, kiedy coś się dzieje, bo i tak za dużo w debacie publicznej oceniamy ich, mam wrażenie, przez pryzmat tego, że czegoś nie zrobili; nie umiem nawet znaleźć słowa na to, jak mnie to drażni. Często słyszałam od kobiet opowieści nie wprost. Nikt nie używał słowa „molestowanie”, ale było jasne, że to jest to. Te doświadczenia, na które patrzymy z perspektywy lat, widzimy zupełnie inaczej. W przypadku współczesnej bohaterki chciałam to rozłożyć na bardzo bliskie plany czasowe. Widzimy ją w najtrudniejszym momencie rozwoju człowieka, od dziewiętnastego do dwudziestego któregoś roku życia, kiedy jeszcze się konstytuuje to, kim w ogóle jest, czego by chciał, jaka jest jego wrażliwość społeczna itd. Takie sytuacje mocniej czujesz w momencie, gdy się wydarzają. Molestowanie czy mobbing są inne z dnia na dzień czy z tygodnia na tydzień, a inne na przestrzeni lat, gdy zaczynasz przyglądać im się z perspektywy. Chciałam pokazać, że chyba coś się zmieniło w tym wymiarze – zaczynamy o tym mówić, ale dla mnie to nadal nie jest do końca systemowe. Często tożsamość kobiet, które walczą o sprawy pracownicze w zakładach, znika. Jest podmiot zbiorowy albo „Basia ze Świętochłowic” – chociaż przykład Basi, która została rozjechana autobusem miejskim w Katowicach, to akurat klasizm, pokazujący jak wciąż stygmatyzujemy osoby ze względu na ich miejsce urodzenia. Chciałam pokazać miejsce osób, które nie są widoczne. Maja, bohaterka współczesna, jest mobbowana przez swojego promotora. Nie ma żadnych narzędzi do obrony, a dodatkowo ogranicza ją pochodzenie i to, że zaczyna myśleć, iż stosowana przez niego miękka przemoc nie wynika tylko z jego przewagi symbolicznej (ją identyfikuje, głupia nie jest). Maja zaczyna szukać winy także w sobie, bo całe otoczenie zdaje się sugerować, że praca naukowa to dla niej „za wysokie progi”. Łatwo wtedy kogoś złamać.

Różne plany czasowe rozbrajają to też pod względem psychologicznym. W książkach lubię nie tylko podejście społeczne, systemowe, ale i psychologię postaci, dlatego skupiam się mocno na wymiarach emocjonalnych u moich bohaterów. To pokazuje też, dlaczego ktoś działa tak, a nie inaczej. Ludzie przeżywają ciężkie doświadczenia i o nich nie mówią.

A jak ci się pisze postaci męskie?

Trudniej. Mam problem z budowaniem wyraźnych antagonistów. Jedyną (chyba) wyraźną postacią męską, jaką udało mi się zbudować, był Robert w „Rozpływaj się”, bo był jak facet z emocjami na zewnątrz. Mówił też w pierwszej osobie, więc siłą rzeczy musiałam być bliżej niego. W przypadku innych mężczyzn, którzy są w moich powieściach, częściej znajdują się oni na drugim planie, są nosicielami pewnych treści, niezdecydowanymi życiowo. Często nie są wyraźnie silni, choć stosują różnego rodzaju przemoc. Kobiety muszą być silne w obliczu tego, że oni nie do końca wiedzą, kim są. Często widzę, choć nie chcę generalizować, że w miejscach, gdzie kobiety przyjmują sprawczość, mężczyźni są po prostu w wygodnej sytuacji. Dotyczy to zarówno przestrzeni pracy, jak i przestrzeni relacji uczuciowych, podziałów pracy w domu. W „Ciele huty” jest przykład romansu, który opiera się na przedziwnym rodzaju pragnienia które szybko wygasa, później niezrozumienia i zagubienia w rozpoznawaniu potrzeb i rozumieniu relacji Same aplikacje randkowe wrzucają nas często w pewien mechanizm. Chciałam Mają też opowiedzieć jak to jest. Nawet jeśli nas to drażni, to warto się temu przyjrzeć.

Gdy tworzyłam postać dyrektora, który jest straszną osobą, zorientowałam się, że te straszne osoby mają niestety też inne tła. Te problemy nam wychodzą, gdy chcemy kogoś z czegoś rozliczyć, przeprowadzić zemstę, wymierzyć sprawiedliwość. Zwykle mówię o sprawiedliwości, ale po ciężkich doświadczeniach pragnienie zemsty też jest naturalne i ludzkie. Ktoś zrobił ci taką krzywdę, że chcesz się w pierwszym odruchu zemścić.

Inaczej wyglądała historia przemocy dla kobiet, które chciały się na tym dyrektorze zemścić, a inaczej jest, gdy żyjesz z kimś na co dzień i często nawet nie rozpoznajesz, że sprawca jest sprawcą. Przemoc jest skomplikowana także na poziomie psychologicznym. Im bardziej jesteśmy związane z jakimś środowiskiem – mogą być to instytucje, grupy środowiskowe czy zawodowe, to nie musi być koniecznie dom – tym częściej zadajemy sobie pytanie: „Czy on na pewno mnie skrzywdził? Czy ja na pewno tego nie koloryzuję?”. Być może trzecioosobowy narrator mógłby to bardziej podciągnąć. Ale poszłam bardziej w stronę pokazywania, że to rozmycie winy czasem sprawia, iż czujemy jakiś rodzaj niepewności co do tego, czy mamy prawo do reakcji. To jest także bardzo ludzkie i o tym się rzadziej mówi. Mówi się o odwadze, że ktoś jest bardzo odważny, bo zabrał głos. Świetnie, szanuję, doceniam – ale nie jest dla mnie też jednoznaczne, że ktoś jest nieodważny, bo tego głosu nie zabrał. Wiedząc, że po rzuceniu pracy, gdzie występują nadużycia, nie będzie miał jak utrzymać rodziny, decyduje się w tej pracy pozostać. Może mówić na zapleczu z dziewczynami: „Co za chuj”, ale nie znajduje sposobu rozwiązania problemu, bo ktoś działa w tak subtelny sposób, że ciężko to udokumentować. Nie ma też szkoleń, który pozwoliłyby wiedzieć, że pewne formy przemocy są przemocą.

Jakie są reakcje byłych pracowników i pracownic huty na książkę? Promowałaś ją, jeździłaś, miałaś głośne czytania, dostawałaś od czytelniczek szczepki roślin – bo rośliny też są ważnymi bohaterkami „Ciała huty”. Mówiłaś, że każdy ma swoją opowieść o hucie i odbiorcy zgodzili się, że twoja jest równoległa czy pełnoprawna.

Do tej pory miałam pozytywne reakcje, choć może być też tak, że ci, którzy mieliby negatywne, nie wyrażają ich lub robią to tak, żeby do mnie nie dotarły [śmiech]. Pytanie, czy komuś podobała się moja książka, jest dla mnie chyba nieco drugorzędne. Ważniejsze jest raczej to, że się obawiałam, jak ludzie ją przyjmą, biorąc pod uwagę ich doświadczenia pracy w zakładzie. W Sosnowcu przyszły panie z jednego działu i pojedyncze osoby z innych. W Dąbrowie było ponad 130 osób, pojawiła się jedna z pierwszych pracowniczek i opowiadała jeszcze ciekawsze historie niż te, które sama wyłapałam wcześniej. Poznałam właściwie trzy pokolenia związane z hutą. Razem śpiewaliśmy piosenkę „Nasza Huta Katowice”. Wzruszające było to, że dawni pracownicy huty od jakiegoś czasu się nie widzieli, a na moim spotkaniu znowu się spotkali. Albo że ludzie przekazują sobie książkę.

Jako autorka i jako członkini społeczności zauważam coś takiego, że ktoś przychodzi na spotkanie nie po to, aby rozmawiać o mojej książce, ale żeby mi opowiedzieć swoją historię o hucie, i rozwija tę opowieść dalej. Ma to też miejsce przy okazji wystawy na temat huty, gdzie można obejrzeć obrazy z czasów jej budowy, ale także różne współczesne elementy. Ta historia fajnie żyje, przynajmniej na poziomie województwa śląskiego. Ludzie cały czas mówią „Huta Katowice”, a nie „Mittal”. Cieszę się, że trzymamy się tej nazwy, a nie oddajemy ją. Ludzie zawalczyli też kilka lat temu o napis nad wejściem, nie chcieli, żeby go zdjąć ani zmienić. Sami mieszkańcy utworzyli też Rondo Budowniczych Huty Katowice.

Reakcje są organiczne, naturalne. Ludzie rozpoznają intencję – opowiadasz o nich, a nie o sobie, jak to byłaś na terenie zakładu. To kwestia wsłuchania się. Gdy nie umiesz i nie chcesz się wsłuchać, to siłą rzeczy możesz ludzi skrzywdzić albo zrobić z tego powieść egzotyzująca bohaterki. Jeśli czytelnicy odnajdują siebie we fragmentach, to znaczy, że udało się porozmawiać, nawzajem zrozumieć. Dla mnie to jest najważniejsze: nawet nie opinie, tylko odczucia ludzi, którzy cieleśnie tę książkę czują. A nie recenzje, w których krytyk literacki doszuka się jakiegoś trendu, o jakim ona nawet nie jest.

Dziękuję za rozmowę.

Styczeń 2023 r.

25.08.2022 Warszawa. Anna Cieplak, pisarka.
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl

Anna Cieplak – pisarka, animatorka kultury, scenarzystka, działaczka społeczna. Laureatka Nagrody im. Gombrowicza, Conrada i Nagrody-Stypendium Albrechta Lemppa. Nominowana m.in. do Nike (dwukrotnie), Paszportów Polityki, Nagrody Literacka Gdynia. Prowadzi projekty z zakresu literatury dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Członkini grupy Każda Jest Ważna, prezeska Fundacji Pracownia Współtwórcza.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Peter.shaman – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81718216

Kasy samoobsługowe wcale nie są super

Kasy samoobsługowe wcale nie są super

Pomimo poniesionych kosztów instalacji kas samoobsługowych, wielu sprzedawców detalicznych rezygnuje z tej technologii – na razie zagranicą.

Jak informuje serwis dlahandlu.pl, kasy samoobsługowe miały zrewolucjonizować zakupy. Wiele firm zajmujących się sprzedażą detaliczną zainwestowało miliony, a nawet miliardy dolarów w technologię kas bez personelu. Mimo to w Wielkiej Brytanii sieć supermarketów Booths ograniczyła liczbę kas samoobsługowych w swoich sklepach, ponieważ klienci twierdzą, że działają one wolno i zawodnie.

Dollar General, jeden z najszybciej rozwijających się sprzedawców detalicznych w USA, ponownie zastanawia się nad swoją strategią. W 2022 r. sieć dyskontów mocno oparła swoje funkcjonowanie na technologii kas samoobsługowych. Niektóre sklepy obsługuje tylko jeden lub dwóch pracowników. Pomimo dokonanych inwestycji w kasy, obecnie planują zwiększyć liczbę pracowników w sklepach, a szczególnie w strefie kas. – „Zaczęliśmy w zbyt dużym stopniu polegać na kasach samoobsługowych w naszych sklepach. Powinniśmy wykorzystywać kasę samoobsługową jako dodatkowy środek płatniczy, a nie podstawowy” – mówi cytowany przez bbc.com Todd Vasos, dyrektor generalny Dollar General.

Eksperci twierdzą, że kolejną porażką technologii kas samoobsługowych jest to, że w wielu przypadkach po prostu nie prowadzi ona do oszczędności kosztów, na jakie liczyły firmy.

Promocje kłamią?

Promocje kłamią?

Popularne sieci handlowe wyróżniały na półkach i w reklamach ceny promocyjne, które obowiązywały tylko przy zakupie wielu sztuk towaru. Wyższa cena jednostkowa była ukrywana.

Jak informuje biznes.interia.pl, sieci handlowe często wybijają dużą czcionką na etykiecie cenę promocyjną, natomiast znacznie mniejszym drukiem informują, że niższa stawka obowiązuje tylko wtedy, gdy klient kupi dwie czy trzy sztuki towaru. Również cena za jedną sztukę jest znacznie mniej widoczna dla konsumenta.

Obecnie, jak wskazało biuro prasowe Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzone są postępowania wyjaśniające. Zostały one wszczęte na podstawie własnej obserwacji rynku, a także sygnałów od konsumentów. Działania wyjaśniające są prowadzone w Biedronce, Lidlu, Kauflandzie, Żabce, Dino, Netto, sieciach Carrefour i Auchan.

Według UOKiK cena produktu za jedną sztukę ma kluczowe znaczenie dla konsumenta, ponieważ ma on prawo kupić pojedynczy produkt, a nie tylko w promocji tzw. wielosztukowej. „To na jej podstawie powinniśmy podejmować decyzję o zakupie danego produktu. Cena nie może wprowadzać w błąd, musi być czytelna dla konsumenta. Jeżeli uważamy, że tak nie jest, można zgłosić zawiadomienie bezpośrednio do UOKiK, rzecznika konsumentów lub Inspekcji Handlowej” – stwierdza UOKiK w piśmie przekazanym PAP.

Niedopełnienie obowiązku informacyjnego może być potraktowane jako wykroczenie, które zgodnie z art. 139b Kodeksu wykroczeń zagrożone jest karą grzywny w wysokości do 5 tys. zł.

Sztuczna inteligencja zwalnia ludzi

Sztuczna inteligencja zwalnia ludzi

Duolingo zwolniło około 10 proc. swoich pracowników kontraktowych, bo edukacyjny portal do nauki języków, matematyki i muzyki w coraz większym stopniu stawia na sztuczną inteligencję.

Jak informuje portal next.pl, firma zajmująca się głównie nauką języków zwolniła niektórych wykonawców pod koniec 2023 r., aby zrobić miejsce na zmiany związane ze sztuczną inteligencją. W głównej mierze chodzi o tworzenie przez AI treści i udostępnianie ich. Duolingo ma 24,2 miliona aktywnych użytkowników dziennie, 5,8 miliona płatnych subskrybentów i oferuje ponad 100 kursów. Użytkownicy mogą prowadzić rozmowy z chatbotem, by ćwiczyć swoje umiejętności i uzyskać wyjaśnienia gramatyczne generowane przez sztuczną inteligencję.

Firma informuje, że sztuczna inteligencja będzie coraz częściej wykorzystywana do tworzenia zdań do kursów, tworzenia list akceptowalnych tłumaczeń i przeglądania raportów o błędach użytkowników w celu szybszego ich poprawiania. Duolingo twierdzi, że jednak nadal wykorzystuje ludzi do sprawdzania pracy wykonanej przez sztuczną inteligencję.

„1670”: pogromca mitu sarmatyzmu?

„1670”: pogromca mitu sarmatyzmu?

Wyprodukowany przez Netflix serial „1670” to utrzymana w konwencji mockumentu opowieść o szlachcicu Janie Pawle Adamczewskim, którego życiowym celem jest zostanie „najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski”. Serial stał się bodaj jednym z najważniejszych wydarzeń w polskiej popkulturze ostatnich lat. Mówią o nim „wszyscy”, swoje opinie wygłaszają przedstawiciele rozmaitych formacji intelektualnych. Jedni widzą w nim dzieło przełomowe i nieomal epokowe, drudzy wyrażają zdegustowanie. Warto oczywiście pamiętać, że o pionierstwie w dziedzinie satyrycznego przedstawienia Rzeczypospolitej Szlacheckiej trudno mówić. Wszak już Henryk Sienkiewicz, którego najmodniej dziś nie czytać, w postaciach Zagłoby i Podbipięty wykpiwał – co prawda dość dobrotliwie, ale i celnie – ówczesną formację umysłową, imć Onufry reprezentował też explicite ciasny szowinizm stanowy. Dwa pokolenia później schyłkową postać formacji sarmackiej wyszydził już bez żadnej litości w swoim „Niemcewiczu od przodu i tyłu” Karol Zbyszewski.

Skoro „się” mówi o „1670”, to aby dołączyć, obejrzałem ośmioodcinkową produkcję Macieja Buchwalda i Kordiana Kądzieli. Weszła całkiem gładko, momentami ubawiłem się naprawdę nieźle, aczkolwiek muszę przyznać, że nie odczuwałem zbyt natarczywej potrzeby połykania kolejnych odcinków. Zdecydowanie najlepsza wydaje mi się strona wizualna z pieczołowitą rekonstrukcją realiów (także i takich detali jak to, że podczas chodzenia po błocie płaszcz uwala się nim), świetnymi zdjęciami i warstwą muzyczną, która zapewne mocno przyczyni się do rozpropagowania na nowo odkrywanego rodzimego folkloru w postaci niekojarzącej się już, jak za słusznie minionych czasów, z żenadą. Nawet jeżeli niektóre odcinki nieco się rozłaziły w szwach czy odlatywały w sobie tylko wiadomym kierunku, wrażenia wizualne i słuchowe pozostawały nieodmiennie pozytywne, nieraz nieomal hipnotyczne.

Toczy się dyskusja, o czym właściwie traktuje serial. Jedni twierdzą, że o polskim dniu dzisiejszym, tylko podanym w jakimś w sumie obojętnym kostiumie. Inni, jak wyraźnie zachwycony „1670” i obszernie argumentujący na rzecz swojego stanowiska historyk Piotr Napierała, utrzymują, że jednak o historii. Wydaje mi się, że zamierzeniem autorów było swoiste ustawienie naprzeciw siebie krzywych zwierciadeł, w których mają przeglądać się wzajemnie polska współczesność i sarmatyzm. Skoro dziś mówimy o rezyduach folwarczności w życiu społecznym i ekonomicznym, warto poszukać ich źródeł, choćby w komediowy sposób. Ta niejednoznaczność wskazuje chyba, że cel udało się zrealizować całkiem udatnie. Być może można było darować sobie jednak niektóre nadmiernie dosłowne odniesienia do współczesności, jak XVII-wieczne „smartfony”, którymi bawią się bohaterowie.

Komediowa konwencja sprawia, że nośny dziś temat „ludowej historii Polski” zostaje potraktowany cokolwiek ramowo i hasłowo, lub może inaczej – eufemistycznie. Biopolityczna władza pana, jak by to ujął Jan Sowa, na którego powołują się autorzy, występuje w postaci żartów i aluzji, więc co do zasady, widząc w warstwie wizualnej nędzę bytowania, nie jesteśmy atakowani martyrologią chłopów. Ale skoro kwestia jest tak chwytliwa, może powstanie produkcja traktująca o tym zupełnie na poważnie.

Bodaj największą siłą komiczną było włożenie w usta bohaterów współczesnego języka, przede wszystkim żargonu (pseudo)intelektualnego. Zrobiono to całkiem kunsztownie. Główną jego nosicielką jest oczywiście córka Jana Pawła, Aniela, Social Justice Warriorka pierwszej wody – co swoją drogą mocno niuansuje tę postać. Pozornie jest ona najbardziej pozytywna, kontrapunktuje absurdy i szaleństwa świata przedstawionego, ale jej zideologizowany do imentu język pozostaje nieodparcie śmieszny, a przy tym impotentny. Jednak i inni potrafią zaatakować tą samą bronią. Bodaj najbardziej zabawnym momentem całości był dla mnie Jan Paweł atakujący szablę u boku mieszczanina jako „kulturowe zawłaszczenie”. Godne najwyższego uznania, także za zwięzłe wskazanie, że sarmatyzm miał swoją rozbudowaną ideologię.

Postacie skonstruowano z różnym powodzeniem. Grany znakomicie przez Bartłomieja Topę Jan (a może Janusz?) Paweł jest całkiem niezły. Do najlepszych zaliczam te, które w pewnych momentach ocierają się o dramatyzm, jak jego żona, Zofia, i zakochany w Anieli pochodzący z Litwy pomocnik kowala, Maciej. Słaby i płaski jest natomiast brat Zofii, niewydarzony husarz Bogdan, który nie wnosi wiele poza wykpieniem używanego przez siebie języka narodowców. Również ksiądz Jakub (prywatnie syn Jana Pawła) jest mimo bardzo dobrej kreacji Michała Sikorskiego jako postać mocno taki sobie. Co do zasady pozostaje tylko szyderstwem z dzisiejszego kleru, pozbawioną pierwiastka żarliwości czy choćby bardziej komediowego szczerego fanatyzmu.

Ciekawym aspektem może być powstrzymanie się autorów od bezpośredniego przełożenia na bieżący spór polityczny, co w sumie sugerowałby wprost podział Adamczychy na dwie (nierówne) połowy. Trudno powiedzieć, czy wynika to z przenikliwości autorów, czy przeciwnie – z ich ignorancji i nierozumienia współczesności. Bo przecież wsteczny Jan Paweł to nie „PiS” – wszak obóz ten mówi o „pułapce średniego dochodu”, prezentuje konkurencyjną wobec opartej o UE, „narodową” wizję modernizacyjną, znamionowaną przez wielkie inwestycje (jak to wychodzi to już inna sprawa). Oczywiście można podejrzewać, że jest to efekt takiej, a nie innej formacji intelektualnej jego lidera. Natomiast niewykluczone, że kadry mogłyby dokonać rewitalizacji Doktryny Goryszewskiego, nawet z ujednoznacznieniem, że skoro biedna Polska modliła się i chodziła do kościoła, to lepiej z tym rozwojem i bogactwem nie przesadzać (a w czymś takim mógłby wybić nurt mistycyzująco nawiązujący do sarmatyzmu, próbowany wszak na prawicy kulturowej). Natomiast modernizacyjno-socjalny Andrzej to nie „PO” – jeżeli ktoś ma pojemniejszy hipokamp, pamięta, którego obozu zaplecze intelektualne twierdziło, że tania siła robocza stanowi zasadniczy warunek toczenia się polskiej gospodarki do przodu i trzeba ludziom wybić ze łbów myśli o tym, że w zasuwaniu za przysłowiowe 1200 jest coś złego, a tym bardziej że można to zmienić. In dubio pro reo – przyjmuję, że chodziło o sportretowanie pewnych typów myślenia bez jednoznacznego przyporządkowywania ich do konkretnych formacji.

Czy ta produkcja zmieni jakoś głęboko stosunek Polaków do przeszłości? Nie sądzę, do tego nawet i 10 ani nawet 100 produkcji nie wystarczy. W końcu dokooptowanie na przełomie XIX i XX wieku chłopstwa do Narodu Historycznego, tak że i ono może się powoływać na te husarskie skrzydła, stanowiło sukces ogromny i trwały. Nawet PRL po krótkim okresie między circa 1948 a 1955 po prostu sam się do Heroicznej Historii dokooptował, uznając się za kontynuatora tendencji mocarstwowej i pozytywnych, a może wręcz postępowych nurtów/postaci: Piastowie, „narodowcy” czasów Trylogii, Sobieski, Oświecenie…

Krytyczne analizowanie historii jest jak najbardziej potrzebne, ale nie zdoła ono dokonać wyodrębnienia jakiejś osobnej pamięci. I całe szczęście, bo przy panującym dziś klimacie intelektualnym męczyłaby ona tylko wszystkich swoimi bardziej czy mniej realnymi krzywdami. A w ramach rekompensaty domagałaby się przywilejów trudnych do sensownego określenia.

W nawiązaniu do przywołanego na początku Sienkiewicza, warto przypomnieć niesamowitą scenę opowieści księdza Kamińskiego z „Pana Wołodyjowskiego”, która sama w sobie całkowicie usprawiedliwia zaistnienie tej skądinąd całościowo dość nudnej i słabej powieści. Po dokonaniu za swoich czasów wojskowych, przypadających na okres wojen z Kozakami, czynu, którego podany ze szczegółami opis każe zakwalifikować go jako psychopatyczną zbrodnię wojenną z rysami morderstwa rytualnego, doznaje ni to snu, ni to wizji, w której Chrystus uznaje za stosowne powiedzieć do szlachcica: „Tanie teraz wasze szlachectwo, bo je za czasów wojny każdy łyk mógł kupić; ale mniejsza z tem!”. To się nazywa odwaga odbrązowiania i dekonstrukcji dyskursu… Kiedy doczekamy się takich w wykonaniu współczesnych, krytycznych twórców?

dr Jan Przybylski

Kolejna firma zwalnia

Kolejna firma zwalnia

Neonet przeprowadzi zwolnienia grupowe oraz zamknie niektóre sklepy sieci.

Według informacji portalu dlahandlu.pl, zarząd spółki rozpoczął proces redukcji etatów. Osoby otrzymujące informację o zakończeniu współpracy dostaną odprawy, których wysokość będzie uzależniona od stażu pracy. Na razie zwolnienia obejmą centralę firmy. Neonet zatrudnia w centrali 377 pracowników w pięciu grupach zawodowych. Wszystkie te grupy zostały uwzględnione w planach redukcji etatów, a łączna liczba pracowników objętych programem grupowych zwolnień sięgnie 80-100 osób.

Dodatkowo firma zlikwiduje wybrane sklepy stacjonarne. Ten proces już się rozpoczął. Jednym z pierwszych zamkniętych sklepów był punkt w Retail Park Karpacka w Bielsku-Białej, gdzie od pół roku najemca miał problem z opłacaniem czynszu. Kolejny na liście jest sklep przy ul. Rzemieślniczej w Oleśnicy.

Handel w niedziele dzieli Polaków

Handel w niedziele dzieli Polaków

Niemal połowa badanych Polaków opowiedziała się za utrzymaniem obecnych zasad, czyli zakazu handlu poza ustawowo wskazanymi siedmioma niedzielami.

Jak informuje portal pulshr.pl, firma Research Partner przeprowadziła na panelu Ariadna badanie stosunku Polaków do handlu w niedziele. W odpowiedzi na pytanie o utrzymanie zakazu handlu w niedziele przez obecny rząd 48% badanych opowiedziało się za utrzymaniem obecnych zasad, czyli zakazem handlu poza ustawowo wskazanymi siedmioma niedzielami. 25 proc. respondentów odpowiedziało „zdecydowanie tak”, a 23 proc. „raczej tak”. Za zmianą obecnych zasad jest 37 proc. ankietowanych.

W sondażu widać wyraźnie wpływ wieku respondentów na stosunek do handlu w niedzielę. Najmłodsi z nich, w wieku 18-24 lat, w najmniejszym stopniu chcieliby utrzymać status quo w zakresie braku handlu w niedziele. Także miejsce zamieszkania ankietowanych wpływa na ich stosunek do utrzymania zakazu handlu w niedzielę. Tylko 28 proc. mieszkańców wsi chciałoby zniesienia zakazu niedzielnego handlu, ale aż 46 proc. badanych z miast powyżej 100 tys. mieszkańców.

Ciekawie kształtują się wyniki w poszczególnych elektoratach partii politycznych. Wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy tylko 13 proc. badanych chciałoby zmienić obowiązujące zasady. Na przeciwległym biegunie znajduje się elektorat Lewicy (66 proc. za zmianami) oraz Koalicji Obywatelskiej (55 proc. za zmianami). Wyniki elektoratów Trzeciej Drogi oraz Konfederacji zbliżone są do średniej.

Spore zwolnienia w Agorze

Spore zwolnienia w Agorze

Agora SA zaczyna nowy rok zwolnieniami prawie 200 pracowników.

Jak informuje portal salon24.pl, zarząd Agory zwróci się do związków zawodowych działających w spółce i do rady pracowników spółki o przystąpienie do konsultacji dotyczących zwolnień grupowych. Zawiadomi też o tym właściwy urząd pracy.

Redukcja zatrudnienia zacznie się 5 lutego i potrwa do 31 marca.
„Przyczyną zwolnień grupowych w działach prasy cyfrowej i drukowanej są czynniki rynkowe wynikające ze stałego trendu spadkowego sprzedaży prasy drukowanej związanego z odpływem czytelników do innych kanałów komunikacji. Przyczyną zwolnień w dziale Internet jest wyraźne pogorszenie przychodów ze sprzedaży reklam w modelu open market oraz wzrost pozycji platform globalnych” – twierdzi Agora w komunikacie.

Agora w ramach zwolnień grupowych zamierza pożegnać się z maksymalnie 190 pracownikami.

Żądają zaległych wynagrodzeń

Żądają zaległych wynagrodzeń

Od pięciu lat portierki i portierzy strzegący budynków miejskich w Poznaniu nie otrzymali należnego wynagrodzenia, pomimo że w ich sprawach zapadły prawomocne wyroki sądu pracy.

Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, odpowiedzialność za to ponosi solidarnie Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych i firma Vision Group, która wygrała przetarg na ochronę mienia. Pracowników i pracownice zatrudniały „firmy słupy”.

31 grudnia 2018 roku związek zawodowy powiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w zakresie uporczywego naruszenia praw pracowniczych przez Vision Group i powiązane z firmą inne podmioty. Przez pięć lat prokuratura wielokrotnie umarzała tę sprawę. Za każdy razem pełnomocnik poszkodowanych występował do sądów, a te nakazywały kontynuować dochodzenie. Niestety nie zakończyło się to do tej pory żadnym wniesieniem aktu oskarżenia. Oszuści pozostają bezkarni.

Poszkodowane osoby chcą uzyskać odszkodowanie od podmiotów odpowiedzialnych za wynajęcie nieuczciwych firm, które nie wypłaciły pracownikom wynagrodzeń i znikły. Stąd pozwy przeciwko ZKZL i Vision Group. Inicjatywa Pracownicza utrzymuje, że działalność naruszająca prawa pracownicze przez firmę, którą do ochrony obiektów wynajął ZKZL, miała miejsce już wcześniej. Wina Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych polega na tym, że ani dokładnie nie zbadał, kto składał ofertę, ani nie prowadził odpowiednich kontroli, aby zapobiec naruszeniu prawa.

Jednocześnie ZKZL bezceremonialnie odrzucił dwa lata temu propozycje ugody z poszkodowanymi osobami, które żądają dziś wypłacenia przez ZKZL (i/lub Vision Group) odszkodowania w wysokości utraconych zarobków. Łączna wysokość roszczeń to ponad 200 tys. zł (bez odsetek).

Inicjatywa Pracownicza wielokrotnie demonstrowała przeciwko działaniom miasta, ZKZL i Prokuratury. Te pozostawały niewzruszone. Ostatecznie okazało się, że portierzy i portierki strzegli budynków miasta w dużej mierze za darmo. Jednocześnie niektóre osoby już nie doczekały się swoich wynagrodzeń i w międzyczasie zmarły.

Znowu strajk w kolejach niemieckich

Znowu strajk w kolejach niemieckich

Związek zawodowy niemieckich maszynistów GDL planuje od środy do piątku strajk na tle płacowym.

O sprawie informuje portal wnp.pl. Według jego informacji, Deutsche Bahn wprowadziło na czas strajku awaryjny rozkład jazdy z poważnymi ograniczeniami w liczebności połączeń. DB wykorzysta dłuższe pociągi z większą liczbą miejsc, aby jak najwięcej osób dotarło do celu. Nie może jednak zagwarantować przejazdu każdemu chętnemu. Wystąpią również ogromne ograniczenia w kolejowym transporcie towarowym.

Związek GDL planuje strajk w transporcie pasażerskim od środy 10 stycznia od godz. 2:00 do piątku 12 stycznia do godz. 18:00. Transport cargo stanie już we wtorek 9 stycznia popołudniu. Pod koniec listopada GDL ogłosił, że rozmowy z Deutsche Bahn zakończyły się niepowodzeniem. Największym punktem spornym jest skrócenie czasu pracy z 38 do 35 godzin tygodniowo dla pracowników zmianowych, przy zachowaniu pełnego wynagrodzenia, czego domagał się związek zawodowy. Kolej uważa to za niewykonalne ze względu na niedobór wykwalifikowanych pracowników. GDL domaga się również podwyżki w wysokości 555 euro miesięcznie i premii inflacyjnej w wysokości 3000 euro.

Nowa koalicja musi przywrócić referendom dobre imię

Nowa koalicja musi przywrócić referendom dobre imię

Tegoroczne wybory przyniosły imponujący dowód patriotyzmu w postaci niemal 75-procentowej frekwencji. Ktoś – na przykład sprzeciwiający się chwaleniu Polaków za wysoką frekwencję Jan Rokita („Cynobrowe liny”, Teologia Polityczna, 17.10.2023 r.) – mógłby tu zaprotestować, mówiąc, że wysoka frekwencja nie jest dowodem patriotyzmu, lecz zwykłej polaryzacji. Nie zaprzeczam, że polaryzacja miała swój znaczący wpływ, lecz partykularyzm głosowania na konkretne stronnictwa (PiS bądź jedno z czterech stronnictw antyPiS) w tym przypadku nie unieważnia tego, że jest coś wzruszającego i obiektywnie patriotycznego w tym, że aż tylu obywateli poszło do lokali wyborczych. Każdy z nich oddał bowiem głos na taką wizję Polski, którą uważa za lepszą.

Jednocześnie drastyczna różnica między frekwencją w wyborach (74,38 proc., prawie 22 mln ważnych kart) a tą w referendum (40,91 proc., 12 mln ważnych kart) każe mówić, że 10 mln obywateli postąpiło antypatriotycznie, rezygnując z szansy na przedstawienie jakiegokolwiek swojego stanowiska w referendum – czy byłaby to odpowiedź „tak” lub „nie” na poszczególne cztery pytania, czy byłoby to oddanie głosu nieważnego. Oczywiście zarzut antypatriotyzmu nie dotyczy tych jednostek, których odmowa udziału w referendum wiąże się z pewnymi szczególnymi cechami charakteru lub poważnym przemyśleniem sprawy. W większości przypadków był to jednak wynik ulegnięcia przekazowi „nie daj sobie wcisnąć referendum”, bezwolnego pójścia za narracją, która nie pozwalała już na myśl, że można coś wyrazić, biorąc udział w głosowaniu, choć stosunkowo łatwo było właśnie o taką wolnościową i szlachetną intuicję. Ośmielam się więc wyrazić dość mocne stwierdzenie, że mamy w Polsce około 10 milionów obywateli, którzy są pół-patriotami, a pół-zdrajcami.

Można też ująć to w inny sposób i mówić o 10 milionach obywateli, którzy z jednej strony pokazali się jako samodzielnie myślący i czujący indywidualiści, a z drugiej strony – jako uczestnicy owczego pędu. Ochoczo głosując w wyborach do Sejmu i Senatu na konkretnych przedstawicieli, postąpili bowiem zgodnie ze sobą (choćby z odruchem pragnienia pożegnania partii rządzącej i normalizacji polskiej polityki); w drugim przypadku zaś – ulegając popularnym przekazom – antyindywidualistycznie uznali, że zdradą stanu (czy też po prostu kompromitacją) jest już samo wzięcie karty referendalnej, zamiast w duchu „ja też mam coś do powiedzenia!” uważać, że „propaństwowa” lub „antypaństwowa” (czy też „kompromitująca” bądź „zasługująca na szacunek”) będzie dopiero konkretna odpowiedź, jakiej udzielą jednostki. Być może cytowany w pejoratywny sposób przez Rokitę pomysł opisany w sztuce Arystofanesa, żeby obywateli migających się od głosowania (w tym przypadku – właśnie od bezpośredniego sprawowania suwerenności przez demos) oznaczać cynobrowym śladem na ubraniu, byłby zasłużoną symboliczną karą w przypadku tak niefrasobliwej rezygnacji z szansy dawanej przez kartę referendalną. Z szansy – powtórzmy to jeszcze raz – nie tylko na wsparcie PiS-u, ale też na coś przeciwnego: na stworzenie własnej konfiguracji odpowiedzi czy wyrażenie buntu w postaci głosu nieważnego.

Przed wyborami argumentowałam, że strona liberalna powinna była wzywać nie do bojkotu referendum, ale do głosowania na odpowiedzi antypisowskie (np. prouchodźcze) czy też właśnie do zamanifestowania sprzeciwu wobec sposobu sformułowania pytań przez wrzucenie pustej kartki. Taki sprzeciw – inaczej niż bojkot referendum – nie byłby bowiem wypisywaniem się ze wspólnoty. Byłby to bunt jednostek w ramach wspólnoty. Co więcej, obranie przez opozycję takiej strategii miałoby nie tylko wymiar wspólnotowo-idealistyczny, ale także pragmatyczny, ponieważ wtedy wynik referendum nie byłby – jak niestety się stało – zafałszowany na korzyść światopoglądu PiS.

Powyższe charakterystyki nie służą wyłącznie rozpamiętywaniu tego, co minęło. Przeciwnie, sądzę, że owa usilna – i, jak widać po różnicy między frekwencją wyborczą a referendalną – skuteczna promocja dezercji z referendum była krokiem nieprzemyślanym, który może rezonować w społeczeństwie jeszcze na długo po wyborach 2023 roku i destrukcyjnie wpływać na przyszłość polskiej polityki i rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Otóż atakowanie ludzi silnym przekazem „referendum to ściema” oraz prasowymi i tiktokowymi „poradnikami wyborczymi”, które okazywały się tak naprawdę instrukcjami, jak odmówić wzięcia karty referendalnej – a także okraszone w mediach społecznościowych serduszkami powyborcze komentarze typu „nie tylko odsunęliśmy PiS od władzy i osiągnęliśmy rekordową frekwencję, ale także uwaliliśmy referendum” – stworzyły dość silny przekaz, w którym, w przeciwieństwie do wyborów przedstawicieli, identyfikuje się referenda z czymś złym, podejrzanym, czego należy odmówić lub przynajmniej podchodzić do tego z wielką ostrożnością.

18-letnia dziś hipstersko ubrana kobieta z błyskawicą Strajku Kobiet na torbie, która niedawno zdobyła świadomość wyborczą i feministyczną, zapamięta, że głosując po raz pierwszy w roku 2023, wypowiedziała w lokalu władczym tonem polecenie: „bez karty referendalnej”. W jej umyśle stworzy się skojarzenie, że referendum jest czymś przeciwnym byciu po stronie demokratycznej i feministycznej. Podczas gdy to właśnie możliwość opowiedzenia się za czymś w referendum jest reprezentacją sprzeciwu wobec narzucających coś odgórnie patriarchalnych struktur, w tym – może być przypadkiem wykorzystania przeciw patriarchatowi jego własnej broni. Podobne skojarzenia powstaną u wyborców głosujących w jednej z komisji na warszawskim Bemowie, gdzie ludzie – w drodze efektu kuli śnieżnej – naśladowali tych, którzy stali przed nimi w kolejce, i powtarzali do członków komisji: „ja też bez karty referendalnej”. Postępowanie takie utrwalało pewną postawę wyższościową: „my tylko głosujemy na przedstawicieli, jesteśmy za mądrzy, żebyśmy brali udział w jakimś referendum”. Choć oczywiście jest to tak naprawdę postawa niższościowa: obywatel nie korzysta z przysługującego mu prawa do wypowiedzenia się w konkretnej kwestii, bo wmówiono mu, że zasługuje tylko na wybór przedstawicieli – na „wolność nowożytnych”, a nie na „wolność starożytnych”.

Jak można domniemywać po tych przykładach, efekty, jakie kampanie na rzecz bojkotu wywarły na psychice indywidualnej i zachowaniach społecznych, daleko wykraczają poza niechęć do „tego konkretnego referendum” i zaczynają przypominać raj liberalnych przeciwników demokracji bezpośredniej. Jak argumentowałam w tekście dla „Rzeczpospolitej”, to za mało, żeby sama niechęć do konkretnego występku PiS-u wzbudziła tak agresywne kampanie i hasła jak „nie daj sobie wcisnąć referendum”, „referendum to ściema”, „nie bierz karty”. Swój udział musiała tu mieć zakorzeniona w umysłach wielu sympatyków liberalizmu niechęć do demokracji bezpośredniej jako takiej.

Niezależnie od intencji, wzywanie do bojkotu głosowania, które to apele w masowym odbiorze były równoznaczne z obrzydzaniem referendów jako takich, stanowiło przejaw braku długoterminowego, strategicznego myślenia Koalicji Obywatelskiej i Lewicy na temat naprawy polskiej polityki oraz przywrócenia wspólnotowości i różnorodności zamiast polaryzacji. Wykreowanie „podprogowego” negatywnego i podejrzliwego skojarzenia z referendami – w jakimś sensie grającego też na identyfikacji referendów z prawicą i czymś w sam raz dla jej wyborców, czyli, według pewnej narracji, „motłochu” – może jeszcze bardziej zniechęcić ludzi do podpisywania się pod oddolnymi wnioskami o organizację referendów. A także sprawić, że gdy to nowa, lewicowo-liberalna koalicja rządząca (czy to z powodów idealistyczno-wspólnotowych, czy bardziej pragmatycznych i partykularnych, jak większa legitymizacja jej polityki, zyskanie na wizerunku czy zatarcie wewnętrznych napięć) będzie chciała przeprowadzić tego rodzaju głosowanie, spotka się z niezrozumieniem, brakiem zaufania i niską frekwencją. Obywatele poczują się zdezorientowani, bo przecież podczas poprzednich wyborów było to „coś złego” i niepotrzebnego, a skoro tak, to i tutaj nie należy brać udziału, bo na pewno to referendum jest kolejną „ściemą” czy „kompromitacją święta demokracji”.

Konsekwencją byłaby nie tylko wizerunkowa porażka nowej władzy, lecz przede wszystkim utrudnienie przenoszenia decyzyjności z poziomu arbitralnej władzy na poziom obywateli w ów specyficzny – łączący indywidualizm ze wspólnotowością, ale nie z kolektywizmem – sposób, jaki daje demokracja bezpośrednia. Nawet jeśli idea demokracji bezpośredniej nie należy do rdzenia światopoglądu nowej koalicji, jej przedstawiciele często przypominają, że ich misją jest zastąpienie PiS-owskich uzurpacji nie tylko spokojem i merytoryką, ale też prawdziwym wysłuchiwaniem obywateli. Nawiązanie do istotowo liberalnej, ale także związanej z demokracją bezpośrednią sprawczości jednostki-obywatela znajduje się choćby w specyficznym rozłożeniu akcentów w logo KO: „koalicJA OBYWATELska”, jak również na popularnym plakacie autorstwa Łukasza Rayskiego „konsTYtucJA”, gdzie „ty” jest białe, a „ja” czerwone (co było interpretowane przez prawicowych publicystów jako promocja narcyzmu; sądzę, że nie należy wykluczać założenia o ukrytym znaczeniu tego koloru, choć wolałabym tu mówić o słusznej dziś, stosunkowo dziś rzadkiej wśród liberałów, promocji indywidualnej dumy w kontekście innym niż LGBT).

Inteligentnemu politykowi czy publicyście, w tym liberalnemu, może też przyjść do głowy, że tak naprawdę referenda przyczyniają się do depolaryzacji społeczeństwa – po pierwsze dlatego, że likwidują bezsilność i frustrację związaną z tym, że to nie sami obywatele, lecz władza odgórnie ustaliła nowy porządek, a zatem podział na jego zwolenników i przeciwników, gdzie obie grupy – mimo ich aktywności m.in. na protestach – są skazane na relatywnie bierną rolę. Po drugie dlatego, że mimo iż odpowiedzi w referendum mają dychotomiczny charakter (tak/nie), to tego rodzaju pytanie zadawane jest w różnych konkretnych sprawach. Referendalne głosy odrywają się zatem od polaryzujących pakietów, w ramach których zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa (i jego plemion) osoba posiadająca jeden pogląd z danego pakietu powinna posiadać również resztę z tego samego pakietu.

Antyreferendalny przekaz wynikły z kampanii na rzecz bojkotu może się utrwalić, jeżeli po 2023 roku przez długi czas nie będzie w Polsce żadnego referendum ogólnokrajowego. Co innego, gdyby relatywnie niedługo – na fali ożywczego dla polskiej polityki fermentu zasianego przez zmianę rządu – po specyficznym referendum PiS-owskim odbyło się inne tego typu głosowanie. Wówczas również polska polaryzacja zadziałałaby na korzyść demokracji bezpośredniej – sprzyjające nowemu, lewicowo-liberalnemu rządowi w Polsce media uruchomiłyby narrację, że w referendum warto wziąć udział.

Elementem wysłuchiwania ludzi przez nowy rząd i potrzebnego po 15 października przypominania, że warto ufać demokracji bezpośredniej, mogłoby być poddanie pod referendum dwóch spraw, które PiS w sposób uzurpatorski rozstrzygnął w czasie swych rządów: jednej dotyczącej autonomii moralnej obywateli (chodzi o kształt prawa aborcyjnego), a drugiej dotyczącej codzienności i praw związanych z pracą i konsumpcją (zakaz handlu w niedzielę).

Jako pewne ćwiczenie Polski w demokracji bezpośredniej lepsza wydaje się jednak kwestia niedzielnego handlu. Sprawa ta nie jest bowiem tak polaryzująca moralnie jak problem aborcji. Podczas gdy głosowanie w sprawie aborcji mogłoby raczej pełnić rolę wyjątkowego referendum, które wydarza się w liberalnych demokracjach raz na dłuższy czas (jak głosowanie nad przyjęciem konstytucji z 1997 r. czy akcesją do UE w 2003 r.), referendum w sprawie handlu w niedzielę, ze względu na to, że odnosi się do codzienności obywateli, mogłoby oswajać obywateli z „ateńskim” czy też raczej dzisiejszym „szwajcarskim” sposobem decydowania o życiu w państwie. Dodatkowym atutem kwestii handlu w niedzielę jest fakt, że nie stanowi ona zagadnienia czysto proceduralnego. Posiada pewne cenne dla pobudzenia polskiej debaty i dociekań myślowych (w tym całkiem oddolnych, „prywatnych” rozmów i solilokwiów) tło w postaci sporu o spuściznę chrześcijańską, etykę i rozumienie liberalizmu.

Podobnie jak kwestia referendum w sprawie aborcji, głosowanie w sprawie handlu w niedzielę popierane jest przez Trzecią Drogę – relatywnie ochoczą zwolenniczkę demokracji bezpośredniej na tle KO i Lewicy (miała ona także w swoim programie wyborczym nieco utopijny, acz interesujący projekt przekształcenia Senatu w instytucję złożoną ze stu wylosowanych obywateli). „Sprawa dotyczy wszystkich, dlaczego tylko politycy mają o tym decydować?” – stwierdził Michał Kobosko z Trzeciej Drogi, proponując pod koniec sierpnia dopisanie kwestii otwarcia sklepów w niedzielę do listy pytań referendalnych zadanych przez PiS. Podobnie jak Konfederacja, która zaproponowała własne pytania referendalne i uważała, że decyzję w referendum ich wyborcy powinni podjąć zgodnie z własnym sumieniem, Kobosko, w przeciwieństwie do swoich kolegów z KO i Lewicy, nie wykazał się programowym uprzedzeniem do demokracji bezpośredniej, lecz uznał referendum PiS za coś, co można wykorzystać w celach proobywatelskich. Zobaczymy, czy on i jego partyjni koledzy będą w sprawie niedzielnego handlu skutecznie apelować o zastąpienie niegdysiejszego arbitralnego werdyktu rządu PiS werdyktem obywatelskim.

Pozytywne nastawienie do referendów w środowisku lewicowo-liberalnym częściowo przywraca także niedawny postulat Lecha Wałęsy, aby odwołać w ten sposób prezydenta Andrzeja Dudę. Ponieważ kadencja prezydenta jest ustalona w konstytucji, liczni prawnicy uznali, że głosowanie takie byłoby niepraworządne. Jednak aplauz „zwykłych” obywateli, którzy są przeciwnikami Dudy i PiS-u, każe poważnie zastanowić się, czy nie wprowadzić w Polsce instytucji referendum odwoławczego na poziomie nie tylko samorządowym (art. 170 konstytucji), ale też centralnym – na wypadek gdyby obywatele uznali, że np. prezydent szczególnie sprzeniewierzył się swoim obowiązkom. Ewentualne nowe rozwiązania prawne w tej sprawie poparł w rozmowie z Polskim Radiem poseł Bartosz Romowicz z Trzeciej Drogi. Co ciekawe, prawnik prof. Marek Chmaj, inspirując się propozycją Wałęsy, zaproponował referendum nie tyle w sprawie skrócenia kadencji Dudy, ile w „ważnych kwestiach ustrojowych” (jak religia w szkołach, legalizacja marihuany czy eutanazja). Proponuje więc – i słusznie – coś bardzo podobnego do wyśmiewanego przez liberałów zaproponowanego przez Dudę w 2018 r. referendum konsultacyjnego.

Niewątpliwie referendum w ważnej dla wszystkich sprawie – takiej jak np. handel w niedziele – byłoby czymś sprawiedliwym z punktu widzenia urealniania polskiej demokracji, tworzenia poczucia wspólnoty oraz zaspokojenia indywidualnej potrzeby wypowiedzenia się wielu Polek i Polaków. Przywracałoby również demokracji bezpośredniej należny dobry (a przynajmniej neutralny) wizerunek po agresywnych wezwaniach do bojkotu referendum 15 października.

Anna Czepiel

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.

Koniec fabryki Fiata w Bielsku-Białej

Koniec fabryki Fiata w Bielsku-Białej

Kilkaset osób straci pracę w fabryce silników FCA Powertrain w Bielsku-Białej.

Jak informuje Business Insider, informacje o postawieniu spółki FCA Powertrain w stan likwidacji przekazano w środę związkom zawodowym. Zwolnienia grupowe obejmą całą załogę i potrwają do grudnia.

3 stycznia przedstawiciele central związkowych spotkali się z Andrzejem Tokarzem, dotychczasowym dyrektorem FCA Powertrain, a obecnie jej likwidatorem. Poinformował on, że przyczyną decyzji o likwidacji jest wprowadzenia przez Komisję Europejską regulacji dotyczących emisji spalin silników spalinowych, spadek zamówień na silniki spalinowe, czego konsekwencją jest podjęta przez Nadzwyczajne Zgromadzenie Wspólników w dniu 2 stycznia 2024 roku uchwała (…) o rozwiązaniu spółki – pisze w komunikacie Związek Zawodowy Pracowników Metalowcy.

Informację w rozmowie z bielsko.info potwierdziła również Wanda Stróżyk, przewodnicząca MOZ NSZZ Solidarność przy FCA Poland. — Dyrekcja poinformowała nas o likwidacji zakładu FCA Powertrain Poland. Tym samym wręczono nam pismo o zwolnieniach grupowych wszystkich 468 pracowników — przekazała.