Proste pytanie – dlaczego?

Na przykład na modelu wspólnego pastwiska łatwo można wytłumaczyć ekonomiczny sens ustalanych przez wspólnotę zasad i wykazać absurd podejścia neoliberalnego. Gdyby socjologia była w programie politechniki, dostałabym na tacy wnioski i uogólnienia, do których mozolnie dochodziłam obserwując otoczenie.

Z drugiej strony może lepiej, że w WZZ-ach i „Solidarności” nie próbowaliśmy wpasować ludzi do różnych statystycznie słusznych klatek. Założyliśmy, że wszyscy Polacy są nadzwyczajni i tacy byli. Okazało się, że robotnicy są romantyczni i kreatywni, inteligenci pragmatyczni, a drobnomieszczanie kolaborują z marksistowską władzą. Nie sądzę, aby takie były oczekiwania socjologów. Uczeni przeprowadzali testy na dwóch grupach szczurów wstępnie wyselekcjonowanych. Szczury inteligentne szybko się uczyły i wszystkie zadania wykonały w krótkim czasie. Szczury tępe osiągnęły dużo gorsze wyniki. Powstał problem, kiedy okazało się, że obie grupy pochodziły z przypadkowej łapanki.

Pierwsza „Solidarność” z naukowego punktu widzenia nie miała prawa powstać. Socjologowie radzą sobie w ten sposób, że przedstawiają powstanie „Solidarności” jako proces rozwijania się buntu przeciw warunkom płacy, pracy i zaopatrzenia poprzez dołączanie postulatów politycznych i moralnych ogólniejszej natury. Jest to opis ahistoryczny. Na przykład Elizabeth Dunn w książce „Prywatyzując Polskę” pisze, że zaczęło się od wyjścia robotników na ulice. Robotnicy siedzieli w strajkujących zakładach i zastanawiali się, co Partia przełknie, a czego nie i jak skutecznie zmusić ją do ustępstw. Już pierwszej nocy przy układaniu 21 postulatów robotnicy zrezygnowali z wolnych wyborów i do stanu wojennego „Solidarność” nie wysunęła żadnych nowych żądań. Broniła pola wywalczonego strajkami przed naporem systemu. „Solidarność” raczej zwijała się niż rozwijała. Władza nigdy nie pogodziła się z faktem, że musiała ustąpić. W socjologicznych okularach nie widać ani problemu niepodległości, ani agentury, która w ogóle nie zalicza się do naukowych kategorii i żaden poważny uczony jej nie uwzględnia.

W artykule, który tłumaczyłam do „Poza Układem”, reakcję świadków na zamordowanie Kitty Genovese przedstawiano jako klasyczny przykład znieczulicy społecznej. Z książki o mafii dowiedziałam się, że była to żona bossa, którą mąż kazał zamordować za zdradę, a potem opłakiwał na pogrzebie w czarnej limuzynie okrytej białymi liliami. Cały Nowy Jork wiedział, kim jest Kitty i świadkowie bali się dzwonić na policję.

Nie mogę się zdecydować, czy socjologowie nadmiernie komplikują opis rzeczywistości, czy upraszczają. Może jedno i drugie. Kiedy unieważni się proste pytanie – dlaczego? – trzeba szukać kunsztownych interpretacji.

W debacie telewizyjnej socjologowie zastanawiali się nad fenomenem bieżącej polityki. Przy okazji afery hazardowej partia rządząca przekroczyła granice bezczelności, a reperkusji żadnych nie widać. Prof. Paweł Śpiewak wyjaśnił brak reakcji społeczeństwa wynikami ankiety. Polacy najbardziej chcieliby wybrać dobry rząd i nie angażować się w bieżącą politykę. A co w tym dziwnego? Każdy by chciał. Na śledzenie losów ustaw, zaglądanie za kulisy lub wczołgiwanie się pod dywan, gdzie zamiatane są różne przekręty – doba jest zbyt krótka. Partia rządząca robi co chce i nieustannie atakuje i niszczy opozycję. Nie wiemy, czy to obywateli zniechęca do aktywności, ponieważ o ich protestach dowiadujemy się dopiero, gdy palą opony i koczują w namiotach. Dr Fedyszak-Radziejowska wspomniała, że owszem, są reperkusje afery hazardowej. Prokuratorzy, sędziowie, urzędnicy dostali czytelną wskazówkę, jakie decyzje powinni podejmować.

Sądzę, że przyczyną bierności społeczeństwa jest strach i narastające poczucie bezsilności. Może się mylę, ale odpowiedź prof. socjologii na pytanie, dlaczego Polacy są bierni? – bo tak chcą – nie zasługuje na poważne potraktowanie. Więcej można się dowiedzieć z historii mafii.

Małe miasto w stanie New Jersey opanowała mafia i doprowadziła je do ruiny. Wybuchły zamieszki. Metody polityczne zawiodły, ponieważ nie było wiadomo, o co buntownikom chodzi. Policja była bezradna. Sprowadzono wojsko, wjechały czołgi. Miasto przez jakiś czas było okupowane. Kiedy było po wszystkim, prokurator przeprowadził wnikliwe śledztwo, ale nie wykrył żadnej szczególnej przyczyny. Ostatecznie stwierdził, że przyczyną buntu było powszechne przekonanie o powszechnej korupcji.

Socjolog E. Dunn prowadziła tzw. badania terenowe, czyli przez półtora roku pracowała w fabryce. Odkryła, dlaczego robotnicy nie angażują się w działalność związków zawodowych – „Podobnie jak ja byli po prostu wyczerpani”. Genialne! Równie genialnego odkrycia dokonałam po przejściu na emeryturę. Okazało się, że mogę uczestniczyć w ciekawych konferencjach i odczytach organizowanych przez IPN w godzinach pracy. Powszechnie obowiązuje opinia, że tylko ludzi starszych interesuje historia. Bezrobotni i bezdomni mają poważniejsze problemy bieżące. Znaczna część młodzieży wraca z pracy późnym wieczorem. Można to zauważyć podróżując środkami komunikacji publicznej. Natomiast studenci przygotowujący się do takich inteligenckich zawodów, jak socjolog, prokurator, sędzia, przedstawiciel handlowy, menedżer i dziennikarz, muszą spełniać oczekiwania przyszłych pracodawców.

Na koniec pytanie dla uczonych. Dlaczego informacja, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) została skorumpowana przez koncerny farmaceutyczne, nie znalazła się następnego dnia na pierwszych stronach gazet?

Epitafium dla Leppera

Kara więzienia, orzeczona dla Andrzeja Leppera w procesie poświęconym tzw. seksaferze, wydaje się być gwoździem do trumny Samoobrony – partii, związku zawodowego, a przede wszystkim ruchu społecznego. Nawet jeśli sam wyrok jest „naciągany”, a skazanemu uda się podważyć go w kolejnych instancjach, nie zmieni to prawdopodobnie sytuacji na tyle, by Lepper ponownie wszedł do pierwszej czy choćby drugiej ligi politycznej. A już bardzo wątpliwe, by wszedł do niej w dawnym charakterze – jako trybun ludowy, mający oparcie w społecznych „dołach”. To se nevrátí.

Polska scena polityczna nie jest ani stabilna, ani logiczna. Jasne, od lat „obsługują” ją te same twarze i gęby, a system finansowania partii politycznych i struktura własnościowa mediów stanowią potężną blokadę na drodze sił całkiem nowych i spoza układu. Jednak w obrębie zastanego stanu możliwe są przeróżne, daleko posunięte przetasowania. 10 lat temu Jerzy Buzek wydawał się człowiekiem powszechnie znienawidzonym i na zawsze skompromitowanym, dziś zdobywa ogromne poparcie w wyborach, a mnóstwo Polaków trzymało kciuki za jego powodzenie w zmaganiach o najwyższe stanowiska w Parlamencie Europejskim. Elektorat mamy kapryśny i zapewne jeszcze nieraz zatrzęsie on sceną wielkiej polityki. Jest to jednak elektorat już zupełnie inny niż choćby dekadę temu.

Politykę robi się dziś w telewizji, nie na ulicach. Odspołecznienie Polaków stale postępuje, nie sposób spodziewać się w rozsądnej perspektywie czasowej – chyba że zdarzy się jakaś sytuacja naprawdę kryzysowa – masowej, silnej i wpływowej inicjatywy politycznej spoza obecnego układu sił. Takiej sytuacji sprzyja kilka trendów. Badania socjologiczne pokazują, że jedną z najbardziej konformistycznych grup jest młodzież, czyli naturalny „dostarczyciel” fermentu ideowego i politycznego. Swoje robi też emigracja, która jak zwykle w takich przypadkach wysysa z kraju ludzi zarazem niezadowolonych, jak i stosunkowo aktywnych i zaradnych. Przede wszystkim jednak wydaje się, że okrzepła struktura społeczna. Bogaci i „ustawieni” będą reprodukowali się pokoleniowo w swoim gronie rodzinno-towarzyskim, zaś biedni, wykluczeni i zmarginalizowani, czy to socjalnie, czy ze względów ideowych, albo pogodzili się ze swoim losem, albo też jego poprawy upatrują w indywidualnych strategiach, w najlepszym razie w doraźnych inicjatywach branżowych czy środowiskowych. Minie zapewne wiele lat i wiele nieudanych prób, zanim inicjatywy tego ostatniego rodzaju nauczą się współpracować i tworzyć sojusze, których cele wykroczą poza wąsko pojęty interes grupowy. „Porządek panuje w Warszawie”…

Mnie jest Samoobrony żal. Wiem, że taka deklaracja wywołuje zdziwienie lub uśmiech politowania – i to bynajmniej nie tylko u ludzi, których mózgi wyprała „Gazeta Wyborcza” pospołu z „Gazetą Polską” i TVN do spółki z braćmi Kaczyńskimi. Samoobrona jest porażką i „obciachem” na wielu płaszczyznach, to pewne. Lepper nie potrafił wykroczyć poza model partii ściśle wodzowskiej, co zaowocowało tym, że w momencie problemów wodza – w kłopoty wpadła całość ugrupowania, a efekty wielu lat pracy rozpadły się jak domek z kart. Co gorsza, lider „partii protestu” nie zbudował nawet elementarnego zaplecza personalnego, swoistej drugiej linii w ugrupowaniu. Dosłownie ręce opadają, gdy patrzymy, jakimi osobami się otaczał – i nic dziwnego, że większość z nich zwiała, gdy tylko zaczęły się porażki. Wokół Samoobrony nie powstało też żadne zaplecze instytucjonalne, nie zdołano nawet zwasalizować mniejszych, lecz poszerzających „bazę” ugrupowania, inicjatyw i środowisk.

Nie mam też żadnych złudzeń co do samego „wodza”. Lepper, gdy tylko znalazł się w przedpokoju „salonów”, stał się politykiem pozbawionym kręgosłupa, drobnym cwaniaczkiem, który każdemu opowiada to, co tamten chce usłyszeć – bezrobotnym jedno, przedsiębiorcom co innego, nostalgikom PRL-u to, a czytelnikom „Najwyższego Czasu!” tamto, w remizie w Pcimiu coś takiego, a Tomaszowi Lisowi coś zgoła przeciwnego. Ci, którzy z Samoobroną mieli styczność większą niż telewidzowie, wiedzą też, że ugrupowanie to ma na koncie różne niejasne, lecz dość śmierdzące sprawy – pół biedy, gdy była to jedynie bierność we wcielaniu w życie różnych postulatów, gorzej natomiast, gdy głoszono jedno, a robiono co innego.

Lepper, który pretendował do miana obrońcy polskiej wsi i rodzimych rolników, w dziwnych okolicznościach zaprzestał działań przeciwko wielkoprzemysłowym fermom hodowlanym, głównie amerykańskiego koncernu Smithfield, które rujnują tysiące drobnych producentów i przetwórców mięsa, a przy tym na wiele dekad dewastują środowisko naturalne, jeden z kluczowych atutów polskiej żywności w konkurencji na światowym rynku. To również Samoobrona przeforsowała monopol na polskim rynku koncernu Cargill, który wytwarzając izoglukozę, stosowaną w przemyśle żywnościowym jako zamiennik cukru, wyeliminował z rynku wielu producentów buraków cukrowych i de facto zlikwidował kilka cukrowni. Nawet te sfery, w których ekipa Leppera „coś robiła”, jak próby powstrzymania ekspansji hipermarketów, okazywały się w praktyce podyktowane nie dbałością o drobny rodzimy handel, lecz interesami powiązanych z Samoobroną właścicieli polskich sieci supermarketów. Nie jestem już tak młody i tak naiwny, żeby oczekiwać od polityków nieskazitelnego radykalizmu i „wierności ideałom” oraz wymagać, by mieli krystalicznie czyste ręce – ale zakrywanie oczu dłońmi nie sprawi, że dookoła zapanuje ciemność.

A mimo to jest mi Samoobrony żal. W pierwszej – i mniejszej – mierze za „Balcerowicz musi odejść”. To właśnie Lepper był tym, który konsekwentnie, przez wiele lat, wbrew „całemu światu” i „wszystkim rozsądnym ludziom” piętnował neoliberalny kurs polskiej polityki społeczno-gospodarczej. Mówił głośno to, co myślało lub choćby intuicyjnie czuło mnóstwo osób, czy to takich, które znalazły się wskutek tejże polityki na dnie, czy tych, które w owych realiach osobiście się jako tako odnalazły, lecz uważały ten model za szkodliwy dla kraju i bliźnich. Co więcej, mimo „prostactwa” owego przekazu, Lepper był w głoszeniu takich haseł stosunkowo skuteczny – dokonał „zmiany liberalnego dyskursu” o wiele, wiele bardziej niż elitarni gęgacze z „Krytyki Politycznej” i personalnie szlachetni, lecz uwikłani w środowiskowe układy krytycy neoliberalizmu w rodzaju Karola Modzelewskiego czy Tadeusza Kowalika.

Można ze wzgardzą potępiać czy krzywić się z niesmakiem na „populizm” Samoobrony, lecz jeśli kiedyś uczciwy i rzetelny historyk opisze społeczny wymiar krytyki dzikiego kapitalizmu w Polsce, to Andrzejowi Lepperowi poświęci w swej dysertacji obszerny rozdział, zaś wspomnianym środowiskom i personom – jedynie kilka przypisów. Nie zmienia tego wspomniane kunktatorstwo lidera Samoobrony, bo czymże są przywołane fakty wobec takich idiotyzmów, jak kreowanie na krytyka neoliberalizmu typków pokroju Żakowskiego czy piętnowanie „nadmiernych nierówności społecznych” na łamach „Gazety Wyborczej”.

Ale Samoobrona warta jest zapamiętania, a nawet opłakiwania ze względu znacznie ważniejszego. Był to bowiem jedyny tak udany wyłom w sztampowości i bezpłodności polskiej krytyki neoliberalizmu. Lepper, choć uważany za przygłupa i prostaka, znakomicie wyczuł, na czym polegają największe słabości takich inicjatyw i środowisk. Lider Samoobrony intuicyjnie zrozumiał, że jeśli w Polsce chce się stworzyć masowy ruch protestu przeciwko liberalnym „reformom”, należy na bok odłożyć to, co dzieli Polaków o poglądach prospołecznych, a co na swoje sztandary uporczywie od lat wyciągają przygłupie i prostackie – radykalna lewica i radykalna prawica. Lepper uczynił fundamentem swojego przekazu politycznego właśnie kwestie socjalno-gospodarcze, akcentując je bardzo mocno, zmarginalizował i „ucentrowił” natomiast wątki obyczajowo-kulturowe. W ten sposób zapewnił sobie umiarkowany sukces, którego nie osiągną tacy krytycy liberalizmu, którzy ową krytykę „muszą” podawać w zestawie bądź to z wezwaniami do aborcji na życzenie, zoologicznym antyklerykalizmem i zachwytami nad homoseksualizmem, bądź też z fanatyczną „obroną życia poczętego”, czapkowaniem biskupom i tropieniem urojonych spisków żydowskich.

Lepper uniknął tej pułapki. Mimo sporadycznych sojuszów ze skrajną prawicą i skrajną lewicą, rdzeń jego przekazu politycznego nie zawierał kulturowo-obyczajowych skrajności. Powoływaniu się na patriotyzm i nauczanie Jana Pawła II oraz dystansowi wobec obyczajowych „nowinek” towarzyszył tu brak nacjonalistycznego tropienia „obcych” i czołobitności wobec klerykalnych zamiarów. Samoobrona była właśnie taka, jacy są w swej masie Polacy, czyli dalecy od nowolewicowych mrzonek i krytyczni wobec „postępowej” inżynierii społecznej, a jednocześnie niechętni – czy po prostu niepraktykujący – ideologicznemu „tradycjonalizmowi” i narodowo-katolickim pomysłom na urządzenie życia zbiorowego. Był w tym swoisty „chłopski rozsądek”, odzwierciedlający realne życie, pełne szarości i półtonów, nie zaś czarno-białe slogany, których nie wcielają zazwyczaj nawet ci, którzy deklamują je najgłośniej.

Gdy przyglądam się praktyce i ideom różnych środowisk krytycznych wobec liberalnego status quo, to zachodzę w głowę, jaki diabeł każe im niemal każdorazowo podlewać sensowne postulaty społeczno-ekonomiczne sosem piramidalnych bzdur, odstręczających na dzień dobry ogromną większość potencjalnych zwolenników. Dlaczego niemal każda taka inicjatywa musi serwować polskiemu społeczeństwu pochwały „miękkich” narkotyków, Che Guevarę, gender studies i potępianie patriotyzmu – albo, dla odmiany, pomstować na prezerwatywy, namawiać do intronizacji Chrystusa-Króla i sprawdzać pochodzenie etniczne dziadków. Ba, wręcz czynić z tych spraw papierek lakmusowy „czystości” poglądów i zamiarów, a heretyków wykluczać lub przynajmniej lekceważyć. Nie lubię teorii spiskowych, ale zawsze w takich sytuacjach przypominam sobie opowieści starszych znajomych. Wspominają oni, że gdy tylko w „solidarnościowym” podziemiu kształtowały się zalążki sensownych inicjatyw (najpierw przeciwko komunie, później również przeciwko wszechwładzy Wałęsy i „doradców”), to zaraz wyskakiwał jakiś facet, który wniebogłosy wydzierał się, że trzeba walczyć z aborcją lub z jej przeciwnikami – i sensowna inicjatywa błyskawicznie zamieniała się w bezsensowne pyskówki i niezasypywalne podziały.

Nie chodzi oczywiście o to, że problemy, nazwijmy to, obyczajowe, są nieistotne i że można je całkowicie odłożyć na bok. Problem tkwi w tym, że zazwyczaj są one znacznie trudniejsze do kompromisowego rozwiązania i o wiele bardziej nacechowane emocjami. O ile w kwestiach społeczno-gospodarczych można wypracować konsens korzystny i akceptowalny dla stosunkowo szerokich środowisk – na przykład wyższe zasiłki dla naprawdę bezrobotnych przy jednoczesnej lepszej kontroli pobierania ich przez pracujących na czarno; utrzymanie KRUS-u dla faktycznych drobnych rolników i pozbawienie tej formy ubezpieczenia latyfundystów; wzmocnienie ochrony pracowników najemnych i ulgi podatkowe dla mikro-biznesu – o tyle w sferze moralności czy w aspektach kulturowych tego rodzaju kompromisy nie są zazwyczaj możliwe, a przynajmniej znacznie trudniejsze. Z tego też względu nie tylko rozbijają one jedność niezbędną do skutecznej działalności politycznej, ale także już na starcie zrażają do danej inicjatywy szerokie rzesze.

Widać to zresztą znakomicie, gdy przyjrzymy się sposobom zohydzania wszelkich alternatywnych inicjatyw przez liberalną oligarchię polityczno-medialną. Jej główna broń to oskarżenia o „faszyzm” lub „komunizm” nawet wtedy, gdy przesłanki ku temu są bardzo wątpliwe. Leppera też próbowano wrobić a to w zapędy wręcz bolszewickie, a to w pochwały hitleryzmu. Pułapki tej w dużej mierze udało mu się uniknąć, co było jedną z przyczyn sukcesu Samoobrony. Podobnie jak było nią uniknięcie wtłoczenia w schemat lewicy i prawicy, które to etykietki również skutecznie paraliżują w Polsce sensowną debatę i sojusze.

Właśnie ominięcie tych pułapek było wielką zasługą Samoobrony, tym bardziej godną uznania, że dokonaną przez ludzi pozbawionych szerszych horyzontów i politycznego wyrobienia. I dlatego żal mi końca politycznej kariery Andrzeja Leppera. Żal tym większy, że – jak wspomniałem – prawdopodobnie na długie lata znikły warunki obiektywne, czyli sytuacja społeczna, które umożliwiały powodzenie takiego przedsięwzięcia. „Porządek panuje w Warszawie”…

Lepiej ograniczać niż pozbawiać

Lepiej ograniczać niż pozbawiać

Każdego roku 11 tys. ludzi nie stanowiących zagrożenia dla społeczeństwa jest skazywanych na karę więzienia, choć z dużo większym pożytkiem mogliby swoje winy odpracować, służąc współobywatelom. O przyczyny tego stanu rzeczy oraz recepty na jego zmianę zapytaliśmy dr Dagmarę Woźniakowską-Fajst z Zakładu Kryminologii Instytutu Nauk Prawnych PAN, zaangażowaną także w inicjatywy Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.

* * *

Dlaczego polskie sądy tak rzadko orzekają karę ograniczenia wolności, np. w postaci prac społecznie użytecznych, a tak chętnie – karę więzienia?
Dagmara Woźniakowska-Fajst: Wykonanie kary ograniczenia wolności pociąga za sobą wydatki, jest też wyzwaniem organizacyjnym. Musi być instytucja, np. jednostka samorządowa, która weźmie na siebie koszt badań medycznych skazanego i ewentualnie wyda mu ubiór roboczy. Ponadto, taka instytucja musi wydelegować osobę, która będzie nadzorowała jego pracę. Oczywiście to dobrze brzmi: „spowodował wypadek samochodowy, to niech idzie do szpitala podawać chorym kaczki, to się nauczy”. Jednak gdy już skazany zostanie salowym, któryś z pracowników szpitala będzie musiał wziąć go pod swoje skrzydła – przeszkolić, sprawdzać, czy dobrze wykonuje swoje obowiązki. Brak instytucji chętnych do korzystania z pracy skazanych jest główną przyczyną nie orzekania kary ograniczenia wolności.
Z drugiej strony, sądy nie podejmują wysiłków, by nawiązać współpracę z organizacjami pozarządowymi, pracodawcami czy samorządami. Z pewnością aby ten system lepiej funkcjonował, trzeba by w każdym sądzie posadzić kogoś, kto będzie rozpoznawał, jakie są „w terenie” możliwości pracy skazanych.

Pracowałem w firmie, która przyjmowała skazańców. Bardzo często jakość świadczonej przez nich pracy była niska, do tego trudno było takie osoby umieścić w grafiku – przychodziły, kiedy im pasowało, po 2-5 razy w miesiącu.
D.W.-F.: Niestety, to prawda. Problem nie jest jednak nierozwiązywalny, co pokazuje przykład siedleckiego Instytutu Służby Społecznej im. H. C. Kofoeda. Dzięki wsparciu z programu EQUAL oraz urzędowi miasta, stworzono tam system opiekunów, którzy zajmują się koordynacją czasu pracy, szkoleniem i nadzorem osób odpracowujących kary, co daje znakomite efekty. Ale taki układ już na starcie wymaga dużego wysiłku organizacyjnego.

Od czego należałoby zacząć wysiłki na rzecz tego, by więcej osób odpracowywało kary, zamiast trafiać do więzień?
D.W.-F.: Zaczęłabym od samorządów. To w ich strukturach najłatwiej znaleźć pracę i to w ich interesie jest pomoc ludziom, którzy weszli w konflikt z prawem, z uwagi na obciążenia dla ich budżetów z tytułu pomocy dla osób, które z więzień wychodzą. Potrzebny jest program, który przekona burmistrzów i rady gmin, że warto oddelegować kogoś, kto będzie skazanym organizował pracę, że to się samorządom opłaci. Zbytnie oglądanie się na firmy prywatne, które same w sobie również mogą być dobrym miejscem odpracowywania kar, na dzień dzisiejszy raczej nie ma sensu, z uwagi na to, że przyjmowanie skazanych zwykle dezorganizuje im pracę.

Kto miałby przekonywać potencjalnych pracodawców, i w jaki sposób?
D.W.-F.: Na dzień dzisiejszy tego typu programy realizują właściwie tylko zapaleńcy z organizacji pozarządowych, czasem wspierani przez środowisko naukowe; oni wiedzą, że to działa. Powinien się pojawić zintegrowany program, na poziomie Ministerstwa Sprawiedliwości, działający jako zachęta. Zresztą upowszechnienie kar ograniczenia wolności byłoby ekonomicznie korzystne dla ministerstwa i dla budżetu. Wykonywanie takich kar jest dla państwa tańsze niż utrzymywanie więźniów.
Na obecną sytuację wpływa oderwanie źródła finansowania od orzecznictwa. Sąd nie płaci ani za posłanie człowieka do więzienia, ani za ograniczenie wolności. To odbija się na budżecie całego państwa. Wracając do programów centralnych, to resort sprawiedliwości powinien je realizować, gdyż jest jedyną instytucją, która jest władna je przeforsować.

Wspomniała Pani o kosztach. Jakie są inne argumenty przemawiające za tym, aby skazani za lżejsze przestępstwa odpracowywali swoje kary?
D.W.-F.: Kończąc najpierw temat nakładów finansowych: należy pamiętać, że pierwsze dwa tygodnie pobytu człowieka w więzieniu to najdroższe dwa tygodnie w ciągu całego odsiadywania kary. Skazany przebywa wówczas w sali izolacyjnej, jest poddawany badaniom lekarskim i psychologicznym, które są obligatoryjne bez względu na to, czy przychodzi na 25 lat, czy 5 dni.
Przede wszystkim jednak, kara pozbawienia wolności pociąga za sobą wysokie koszty społeczne. Każdy pobyt w więzieniu, nawet krótkotrwały, dezorganizuje życie rodzinne i zawodowe. „Pół biedy”, gdy człowiek jest bezrobotny, ale jeśli pracuje i na miesiąc trafia do więzienia – to wystarczy, by został zwolniony. A przecież potem ma w papierach, że był karany, i o nowej pracy może tylko pomarzyć. Ma to ogromne konsekwencje – ubóstwo, stygmatyzacja – a poza tym niczego nie uczy, nie spełnia funkcji resocjalizacyjnej, wręcz może zepchnąć na drogę kolejnych przestępstw. Praca zamiast odsiadki szczególnie efektywna mogłaby być w przypadku nieletnich, zwłaszcza, jeśli dziecko odeśle się do organizacji społecznej, by uczestniczyło w jakimś programie celowym.

Jakiego typu prace może wykonywać skazany?
D.W.-F.: Nie ma żadnych ograniczeń. Najczęściej są to proste prace fizyczne, co wiąże się z niskimi na ogół kompetencjami skazanych. Ale kiedy była mowa, że Otylię Jędrzejczak najrozsądniej byłoby skazać na karę ograniczenia wolności, to np. mogłaby prowadzić w szkołach pogadanki, że głupio jest niebezpiecznie prowadzić samochód. Skazywanie na karę ograniczenia wolności może i powinno być czerpaniem z tego, co ludzie potrafią. Znam ciekawy przykład z Anglii, gdzie sąd spytał pewną nastolatkę: „co ty w ogóle w życiu umiesz robić?”. Odpowiedziała, że tylko tipsy. Sąd skierował ją z tymi umiejętnościami do domu opieki. Dziewczyna i jej praca tak się staruszkom spodobała, że ostatecznie znalazła tam zatrudnienie. Podstawą powinno być właśnie pytanie „co ty w ogóle w życiu umiesz robić?” – a następnie właściwe zagospodarowanie owych umiejętności.

Rozmawiał Konrad Malec, 15 lutego 2010 r.

Witajcie w dżungli

Czy propagowanie haseł wolnorynkowych powinno być karalne? Nie wiem, ale zobaczcie, do czego prowadzi.

Istnieją pożytki nawet z „Gazety Wyborczej” – we wrocławskim wydaniu można znaleźć ciekawy tekst. Czytamy w nim, że podczas jednej z cyklicznych debat o różnych problemach społecznych, aż około 20% uczniów spośród 400-osobowej delegacji wrocławskich liceów zajęło wobec żebractwa wymowne stanowisko.

Jak wspomniana 1/5 licealistów chciałaby rozwiązać problem żebractwa w swoim mieście? Po pierwsze, wprowadzić „zakaz wjazdu do miasta dla wszelkich osób podejrzanych o brak środków do życia”. Po drugie, „deportować” tych, którzy zdążyli już do nas wjechać, „zatrudnić ekipę, która ich sprzątnie” i „eksmitować ich do miejsc urodzenia”. /…/ Proponowano rozwiązania długofalowe: „ograniczenie przyrostu naturalnego”, „darmową antykoncepcję”, „odbieranie żebrakom praw rodzicielskich” i „obowiązkowe szczepienia”. Były też rozwiązania ekspresowe: „powsadzać za kraty”, „wywieźć na Madagaskar”, „wystrzelać”, stworzyć w mieście specjalne „dzielnice dla ubogich” albo „kolonie karne”. Pojawiły się także głosy, że należy karać tych, co dają żebrakom pieniądze, a w szkołach wprowadzić specjalny przedmiot „nauka znieczulicy”.

Jeśli chodzi o ten ostatni pomysł, to szkoda budżetowych środków na dodatkowe zajęcia szkolne z umiejętności, którą młodzież tak znakomicie opanowała; równie dobrze można owym licealistom zafundować naukę chodzenia. Ale nie znieczulica jest tu ciekawa. O wiele bardziej warte uwagi są jej przyczyny. Po przeanalizowaniu blisko 400 pomysłów, jakie zgłosiła młodzież, widać wyraźnie, co im najbardziej w żebrakach przeszkadza: niczego nie wytwarzają, nie płacą podatków, nie przyczyniają się do wzrostu PKB, a jedynie biorą, biorą, biorą. Młodzi ludzie, wychowani w kulturze sukcesu, kulcie pracy i pieniądza uznali, że to wystarczający powód, by uznać ich za gorszą kategorię człowieka.

Bez wątpienia dziennikarka „Gazety” ma rację, z jednym wszakże wyjątkiem. Licealiści na pewno nie są wychowywani w „kulcie pracy”. Szczególnie jakiejkolwiek pracy intelektualnej nie sposób się u nich doszukać, gdy weźmiemy pod uwagę brednie, które wygadują – i nawet młody wiek nie stanowi usprawiedliwienia. Nie mówiąc o tym, że akurat praca żebraka – jak byśmy nie ocenili jej społecznych skutków – do lekkich i przyjemnych nie należy. Chętnie bym wysłał tych nastoletnich mądralińskich na kilkanaście godzin na ulice Wrocławia, by w sprzyjającym zimowym klimacie dreptali po prośbie zamiast wyciągać rączki po kieszonkowe do mamusi i tatusia.

Nie w tym jednak rzecz. Nawet jeśli ktoś uważa, iż żebractwo stanowi problem indywidualny, a nie społeczny, oraz że żebrakiem zostaje się na mocy widzimisię i fanaberii (co brzmi groteskowo w kraju, w którym zaledwie kilka lat temu bezrobocie osiągało poziom 20%, a dziś nadal obejmuje więcej niż co dziesiątą osobę zdolną do pracy), to zarówno proponowane, wręcz barbarzyńskie rozwiązania, jak i przesłanki stojące za potępieniem tego zjawiska (zerowy wkład żebraków w PKB…), muszą budzić grozę. Tym większą, że chodzi o uczniów liceów, czyli w większości o przyszłych absolwentów wyższych uczelni. Czyli o przyszłą… elitę kraju. Strach pomyśleć, jak będzie wyglądała Polska, gdy tacy ludzie wejdą w dorosłe życie i będą tworzyć instytucje, opinię publiczną, elektorat itd.

Kto wie, czy jedynym wyjściem dla podobnych do mnie – sam nie wiem: naiwnych frajerów czy ludzi o elementarnym rozsądku – nie stanie się emigracja. Nie za chlebem, lecz w poszukiwaniu podstawowych norm społecznych. Choć nie mam skłonności do histerii, to na serio obawiam się coraz bardziej, czy tutaj będzie się dało za jakiś czas żyć. Zwłaszcza gdy ktoś nie może lub nie chce przebywać wyłącznie w strzeżonych osiedlach, dobrych dzielnicach, „jaśniepańskich” knajpach itp. Bo Polska wcale nie dogania Europy, coraz bardziej staje się natomiast drugą Ameryką. Łacińską.

Nie dzieje się to bez przyczyny. W przywołanych wnioskach wrocławskich licealistów znajdziemy odzwierciedlenie liberalnej propagandy ostatnich dwóch dekad – warto, a wręcz należy przypomnieć, że przodowała w niej właśnie „Gazeta Wyborcza”. Jesteś tyle wart, ile posiadasz. Jesteś kowalem własnego losu, więc jeśli żebrzesz, to wyłącznie z własnej winy i z własnego wyboru. A my, „ludzie sukcesu”, nie tolerujemy takich jak ty – deportujemy, wysterylizujemy, zamkniemy w gettach te bezproduktywne śmieci, nie wnoszące nic do Świętego PKB. No, ewentualnie, gdy nas ruszy sumienie – resztki sumienia… – wrzucimy coś do puszki WOŚP. Albo całym sercem – resztkami serca… – poprzemy kampanię społeczną „Rodzić po ludzku”. Wysterylizowani żebracy nie urodzą wszak nikogo, a w ich gettach nie ma szpitali ze sprzętem z WOŚP, więc nic nie ryzykujemy.  

Jestem zwolennikiem całkowitej wolności słowa, nie chciałbym nikomu niczego w tej kwestii zakazywać, poza jakimiś skrajnymi wywodami, jak np. wezwania do przemocy. Ale gdy słyszę, jak różni zatroskani liberałowie bezbożni zastanawiają się, czy przypadkiem nie powinno się ograniczyć ilości drastycznych scen przemocy w filmach kryminalnych i horrorach (bo to ponoć skłania do destrukcyjnych zachowań), albo gdy liberałowie pobożni chcą penalizować pornografię (bo ponoć skłania do rozwiązłości i zdradzania małżonków), to myślę sobie, że należałoby raczej zacząć od zakazu propagandy wychwalającej tzw. sukces, produktywność, indywidualizm i temu podobne postawy i wartości.

A przynajmniej wprowadzić do szkół nie „naukę znieczulicy”, lecz naukę empatii i solidarności. Bo w przeciwnym razie, gdy licealiści podrosną, obudzimy się w piekle na ziemi.

Remigiusz Okraska

P.S. Jeśli kogoś razi „populistyczny” ton powyższego tekstu, to odsyłam do innych moich rozważań na podobny temat – tutaj piszę, że nawet ze względów czysto gospodarczych nie opłaca się nam taki egoizm, chamstwo i krótkowzroczność, jakie promują liberałowie.

Dwa światy

Dwa światy

Właśnie ogłoszono Europejski Rok Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym. Z tej okazji poprosiliśmy o komentarz prof. dr hab. Wielisławę Warzywodę-Kruszyńską z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, która te problemy bada naukowo.

 * * *

Komisja Europejska ogłosiła rok 2010 rokiem walki z ubóstwem i wykluczeniem społecznym. Czy tego rodzaju szumne inicjatywy mają jakiś sens, czy to tylko pusty symbol?
Wielisława Warzywoda-Kruszyńska: Oczywiście nie należy oczekiwać, że ogłoszenie jakiegoś roku Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym automatycznie zlikwiduje w krajach europejskich biedę i ekskluzję społeczną. Nie taki zresztą, w moim rozumieniu, jest sens takich nominacji. Chodzi przede wszystkim o zwrócenie uwagi na zjawisko uznawane przez Parlament Europejski i Radę Europy za niepożądane, o budzenie społecznej świadomości, sprowokowanie debaty i na tej podstawie – o wywołanie działań. W pierwszym rzędzie chodzi o działania władz centralnych i lokalnych, które są odpowiedzialne za tworzenie i realizację polityki społecznej. Oczekuje się zatem, że w roku 2010 w krajach członkowskich Unii odbędą się publiczne debaty dotyczące zasięgu biedy i wykluczenia społecznego, grup zagrożonych, przyczyn tych zjawisk i stosowanych oraz proponowanych środków zmierzających do ograniczenia ich występowania.

Na poziomie europejskim rok ten został poprzedzony wieloma publikacjami firmowanymi przez Komisję Europejską, stanowiącymi podstawę do międzynarodowych porównań. Szczególna uwaga została poświęcona zagrożeniu biedą wśród dzieci. W ślad za tymi raportami w niektórych krajach, jak np. w Wielkiej Brytanii i Irlandii, opracowane zostały kompleksowe narodowe raporty, które stały się podstawą dyskusji w kręgach politycznych i naukowych.

A w naszym kraju?
W. W.-K.: W Polsce brak jest w gremiach politycznych widocznego zainteresowania tym problemem, choć z inicjatywy naukowców prowadzone są systematycznie badania nad biedą i ich wyniki są powszechnie dostępne. W pierwszym rzędzie należy wymienić badania „Polska bieda III”, przeprowadzone pod kierownictwem prof. Stanisławy Golinowskiej w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych, badania w Łodzi, koncentrujące się na procesie dziedziczenia biedy prowadzone pod moim kierownictwem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, oraz corocznie publikowane przez GUS raporty o sytuacji gospodarstw domowych. Jednakże wśród polityków oraz opiniotwórczych elit zdaje się panować przekonanie, że problem biedy w naszym kraju nie istnieje, że bieda stanowi trudność, z jaką borykają się poszczególni ludzie, którzy – jak się utrzymuje – sami sobie zgotowali taki los, natomiast problem ten nie dotyczy społeczeństwa jako całości. Dzieje się tak po części dlatego, że problem biedy jest u nas lokowany w innym kontekście, niż ma to miejsce w gremiach politycznych Europy, w których bieda traktowana jest jako pogwałcenie prawa człowieka i praw dziecka. Dlatego jest postrzegana jako kwestia polityczna, podczas gdy u nas ten aspekt sprawy jest całkowicie pomijany.

Media każdego dnia epatują kryzysem i reformami rzekomo niezbędnymi, by nas z niego wydobyć. Paradoksalnie, jedno i drugie najbardziej uderza w ubogich. Jak zapobiegać temu „wiatrowi w oczy, który zawsze wieje biednym”?
W. W.-K.: Nie znam założeń i programu reform, który ma zostać wkrótce ogłoszony przez premiera Tuska. Jednakże takie programy zarówno w Polsce jak i w innych państwach tworzą ludzie, którzy należą do innego świata społecznego niż biedni. Postrzegają ich przez pryzmat wydatków dla budżetu państwa. Dlatego często pojawiają się głosy o konieczności ograniczania tych wydatków, poprzez lepsze ich adresowanie i eliminowanie oszustów, czyli zwiększenie kontroli nad zasiłkobiorcami.

Mało kto wie, że wśród ludności wspieranej przez pomoc społeczną, co druga osoba to dziecko. W Polsce nie ma instytucji, które opiniowałyby akty prawne z punktu widzenia ich wpływu na sytuację ludzi biednych, a przede wszystkim na sytuację dzieci żyjących w biedzie. Jest to oczywiście konsekwencją podejścia do biedy, o którym mówiłam wcześniej. Instytucje takie istnieją np. w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii.

Jak powinna wyglądać pomoc kierowana właśnie do dzieci, skoro problem biedy dotyka ich szczególnie mocno?
W. W.-K.: Jak się zdaje, podstawowe potrzeby (z wyjątkiem mieszkaniowych) dzieci żyjących w rodzinach biednych są zaspokajane przy współudziale administracji centralnej i lokalnej. Choć są to działania niezbędne i warunkujące wszelkie inne działania, nie wzmacniają one bezpośrednio potrzeb rozwojowych dzieci. Badania neurobiologów wskazują, że bieda w dzieciństwie ogranicza rozwój funkcji mózgu odpowiedzialnych za zdolności poznawcze, lingwistyczne i emocjonalne. Dowodzą jednak także, że interwencja może zapobiegać skutkom biedy w dzieciństwie, pod warunkiem, że jest podjęta wcześnie i w sposób profesjonalny. Szczególne znaczenie mają przedszkola zatrudniające wyspecjalizowany personel. Jednakże i one nie przyniosą rezultatów, jeśli nie będzie współdziałania. Dlatego podkreśla się konieczność prowadzenia edukacji rodzicielskiej od wczesnego etapu ciąży. Początkiem działań musi być zapewnienie przyszłym matkom możliwości urodzenia zdrowego dziecka, a nawet nakłonienie ich do poddawania się systematycznej kontroli lekarskiej.

Rozmawiał Konrad Malec, 29 stycznia 2010 r. 

Neoliberała portret własny

Pod koniec ubiegłego roku na antenie płatnej stacji HBO miała miejsce premiera filmu dokumentalnego Andrzeja Fidyka i Anny Więckowskiej, zatytułowanego „Balcerowicz. Gra o wszystko”. Jako szczęśliwemu nie-posiadaczowi telewizora nie było mi dane się z nim zapoznać. Jak sądzę, dużo nie straciłem. Wszystko wskazuje bowiem na to, że ten filmowy portret architekta polskiej transformacji kręcony był na kolanach. Fidyk, który podczas studiów na SGPiS miał zajęcia z Balcerowiczem, mówi o nim wprost jako o kluczowym dobroczyńcy polskiej gospodarki, a nawet i całego bloku wschodniego, jak relacjonuje Ewa Winnicka z „Polityki”. Jednak to nie treść domniemanej laurki dla ikony polskiego neoliberalizmu wydała mi się godna uwagi. Znacznie bardziej interesujące jest to, że środki na produkcję wyłożył koncern energetyczny Enea, pozostający własnością państwa.

Dla tych, dla których absurd tej sytuacji nie jest oczywisty, warto przytoczyć niedawne słowa byłego wicepremiera. Na łamach dziennika, któremu nie jest wszystko jedno, kolejny raz pozwolił on sobie na uwagę, że przedsiębiorstwa, których państwowa własność zostaje utrzymana, niechybnie upadają. Co więcej, tę formę własności zaatakował również w kontekście specyficznym dla mecenasa swojej biografii. Dlaczego miedź czy węgiel mają być „strategiczne”? Dlaczego skarb państwa ma mieć większość w Orlenie, Lotosie czy KGHM? To nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia! To są etatystyczne przesądy rodem z Ameryki Łacińskiej – grzmiał na tradycyjnie przyjaznych sobie łamach.

Finansowane ze środków publicznych wybrzydzanie na państwową własność ma u nas ugruntowaną tradycję (patrz – casus „Rzeczpospolitej”). Leszek Balcerowicz ma jednak w swoim stałym repertuarze więcej poglądów, od propagowania których państwo powinno trzymać się jak najdalej, o ile poważnie traktuje tzw. wartości europejskie. Temu, że bliższy jego sercu jest Dziki Zachód niż Europa Socjalna, autor polskiej „terapii szokowej” daje nieustanny wyraz co najmniej od dwudziestu lat. Także w cytowanym już tekście. Choć jest on krótki, zdążył w nim jeszcze m.in. kategorycznie odrzucić instytucję dialogu społecznego (W Polsce panuje mit, że wszystko wymaga zbiorowych porozumień. Jeśli pakt da się zawrzeć szybko i na warunkach dobrych dla rozwoju kraju, to nie mam nic przeciwko. Ale z niektórymi ludźmi czy grupami interesów nie da się porozumieć), oraz zakwestionować sens programów mających niwelować różnice w rozwoju społecznym między „Polską A”, a „Polską B” (Nie ma sensu dążyć do tego, by na siłę w każdym miejscu w kraju tworzyć miejsca pracy, bo nie wszędzie dadzą się one produktywnie stworzyć i utrzymać. Lepiej umożliwiać ludziom przeprowadzkę tam, gdzie jest praca).

Sponsorowanie filmu o Balcerowiczu z de facto publicznych pieniędzy można potraktować jako anegdotę. Jeśli nawet, to jest ona wymowna. W dobie kryzysu, kiedy koniec neoliberalizmu został odtrąbiony nawet przez media głównego nurtu, uwielbienie menadżerów czołowej państwowej spółki dla symbolu tej doktryny brzmi jak ponury żart. Historia ta jest także świetnym przykładem neoliberalnej obłudy. Celnie podsumował ją Janusz Śniadecki ze Zrzeszenia Związków Zawodowych Energetyków, który postawił retoryczne pytanie, jak sposób finansowania filmu ocenia jego bohater, który wielokrotnie przekonywał, że najgorsze, co może się Polsce przydarzyć, to własność publiczna i monopole. Wygląda, że nie zawsze, jeśli pieniądze są słusznie wydawane – skomentował Śniadecki.

Przedszkole dla (nie) każdego!

Przedszkole dla (nie) każdego!

Komisja Europejska chce, by do 2020 r. 95% dzieci między 3. a 5. rokiem życia chodziło do przedszkoli. Ministerstwo Edukacji szacuje, że aby tego dokonać, trzeba będzie w nich stworzyć dodatkowe 250 tys. miejsc oraz wygospodarować kwoty rzędu 3 mld zł rocznie. Sytuację dla „Obywatela” komentuje dr hab. Marta Zahorska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, badająca m.in. zjawisko nierówności edukacyjnych.

Według danych resortu edukacji, w Polsce nauką przedszkolną objętych jest zaledwie 60% potencjalnych przedszkolaków.

Marta Zahorska: Rzeczywistość jest jeszcze mniej optymistyczna: do przedszkola chodzą głównie dzieci starsze, powyżej 4. roku życia, natomiast spośród czterolatków – zaledwie 40% i to w większości w miastach. Średnia dla Unii Europejskiej wynosi powyżej 60%, w niektórych krajach do przedszkoli chodzi nawet 100% dzieci. Także jesteśmy daleko z tyłu.

Jakie mamy szanse, by osiągnąć owe 95%?

M.Z.: Kluczowa jest odpowiedź na inne pytanie: jakie dzieci nie chodzą obecnie do przedszkola?

Są w Polsce dzieci w wieku przedszkolnym określane mianem „niewidocznych”. Część dzieci, zwłaszcza mieszkających na wsiach czy w biedniejszych dzielnicach, rzadko poddawana jest opiece lekarskiej. Ponieważ wiele z nich jednocześnie nie chodzi do przedszkola, ich diagnozowanie zaczyna się dopiero, kiedy trafią do zerówki lub szkoły, a wtedy jest dużo za późno z punktu widzenia wyrównywania różnych dysfunkcji. Bo jak mamy je wyrównywać, kiedy żąda się od dziecka, żeby już pisało czy też rysowało? Pojawia się szok szkolny, czy zerówkowy. Brak instytucjonalnej opieki skutkuje tego rodzaju zaniedbaniem małych dzieci, a rozwój młodego człowieka silnie zależy od tego, co się z nim dzieje od momentu urodzenia do chwili ukończenia 5 lat. Mamy więc w Polsce bardzo przykrą i złą sytuację.
Wniosek z tego taki, że wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest wcale najważniejsze, by objąć wszystkie dzieci wychowaniem przedszkolnym. Dużo ważniejsze jest uruchamianie programów wyrównujących szanse dzieci żyjących w złych warunkach. Gdybym rządziła, to przede wszystkim włożyłabym moc środków w dzieci wychowujące się w najgorszych warunkach kulturowych i materialnych. Dzieci rodziców z klas średnich, nawet te nie uczęszczające do przedszkola, chodzą na różnego rodzaju zajęcia, mają kontakt z rodzicami, którzy jako tako sobie radzą z ich wychowaniem. Tyle, że rodzice z klas średnich to silna grupa nacisku, która zabiega o dostępność przedszkoli. Rodzice wiejskich dzieci takiej grupy nie stanowią.

Stworzenie możliwości rozwoju rodzinom żyjącym w gorszych warunkach, o niskim kapitale kulturowym, to wyzwanie numer jeden. Należy inaczej rozłożyć akcenty, bo objęcie wszystkich dzieci opieką przedszkolną może skutkować „równą nierównością”. Dlatego mnie nie interesuje, czy wypełnimy zalecenia Unii i osiągniemy te 95%, co swoją drogą byłoby dobre. Przy ograniczonych środkach raczej bym stosowała inną taktykę, o której już powiedziałam. Niestety boję się, że program obejmie głównie te dzieci, których rodzice potrafią wywrzeć presję na to, żeby tę opiekę im zafundować.

Przedszkola są częściowo odpłatne. Dla uboższych, o których Pani mówi, stanowią luksus.

M.Z.: Dlatego stawiałabym na bezpłatną opiekę. Zgodnie z ideologią powtarzaną przez władze i Kościół, mamy dbać o dziecko od poczęcia, natomiast nie mamy programów opieki nad kobietami w ciąży (lub są one odpłatne), a opieka nad świeżo urodzonym dzieckiem jest często iluzoryczna. Paradoks polega na tym, że właśnie wśród ubogich rodzi się najwięcej dzieci. Jeśli się nimi nie zaopiekujemy, niedługo będziemy mieli połowę społeczeństwa bardzo źle przygotowaną rozwojowo, edukacyjnie i zdrowotnie. Nasz „kapitał ludzki” będzie kiepskiej jakości.

Są regiony Polski o bardzo niskim zagęszczeniu mieszkańców oraz niekorzystnych warunkach komunikacyjnych, jak Bieszczady czy Suwalszczyzna. W ich przypadku dochodzi problem z dostarczaniem dzieci do placówek edukacyjnych.

M.Z.: Tam zwykłe przedszkola się nie sprawdzą. Muszą tam powstawać tzw. ruchome przedszkola – takie, które same docierają do dzieci. Na podobnych zasadach powinna tam funkcjonować instytucja opiekunki, która powinna się zajmować i wspomagać rodziny z dużą ilością dzieci: to ona musi się co jakiś czas pojawiać w domach i edukować matki. Taki rodzaj wędrujących przedszkoli i żłobków próbuje się tworzyć zwłaszcza w krajach o nierównomiernym zaludnieniu, szansą są także małe przedszkola, swego czasu nazywane alternatywnymi. Są one organizowane w dalej położonych wsiach, chodzi do nich tych kilkoro dzieciaków z danej miejscowości. Obecnie koszty funkcjonowania takich placówek w większości pokrywają granty zdobywane przez różne fundacje, a tylko część wydatków pokrywa samorząd. Niestety, często z chwilą zakończenia realizacji grantów, likwiduje się te placówki. Dlatego powinny istnieć specjalne subwencje dla gmin na edukację przedszkolną. Warto pamiętać, że wydatki na edukację maluchów to nie koszty, a inwestycja. Amerykanie szacują, że zwrot z jednego dolara wydanego w tym wczesnym okresie życia na przedszkola jest siedmiokrotny.

Rozmawiał Konrad Malec, 20 stycznia 2010 r.

O rewolucji i głupcach

Mikołaj Bierdiajew, rosyjski myśliciel, którego trudno podejrzewać o sympatie do bolszewików, w swojej „Autobiografii filozoficznej” pisał: „Obcy jest mi punkt widzenia wielu emigrantów, zgodnie z którym rewolucja bolszewicka została dokonana przez jakieś złe moce, garstkę przestępców, natomiast sami emigranci trwają w prawdzie i światłości. Za rewolucję odpowiedzialni są wszyscy, najbardziej reakcyjne siły starego reżymu /…/. Typ »białego emigranta« budził moją niechęć. Był w nim kamienny brak pokuty, brak świadomości swojej winy, pełna pychy świadomość posiadania prawdy. Zrozumiałem, że prawicowa emigracja nie znosi wolności i nienawidzi bolszewików wcale nie za to, że zniszczyli wolność. W środowisku emigracyjnym wolności myśli przyznawano nie więcej niż w Rosji bolszewickiej”.

W „Na nieludzkiej ziemi” Józef Czapski opowiada o polskich wojskowych, odgrażających się, że jak tylko „to wszystko się skończy”, to już oni pokażą chamom, chłopom, „Iwanom”, gdzie ich miejsce. Pokazuje ludzi śniących, że wrócą do swych majątków i że „wszystko będzie tak samo”. I Czapski, który widział wszystkie zło, jakie dotknęło wtedy Polaków, jego towarzyszy broni, widzi, słyszy i zapisuje tę bezdenną głupotę. Zapisuje, co mówi do niego szeregowy Eugeniusz Lubomirski o niektórych oficerach: „Na gwałt chcą wywołać uczucia bolszewickie w wojsku, na każdym kroku wyróżniają się od żołnierzy (chociażby w przydziale wódki), stwarzają sobie na gwałt na nowo przywileje, wyżsi oficerowie mają kochanki, które się szarogęszą w sztabie, dowództwo nasze jest zbyt miękkie wobec oficerów”. I dalej sam Czapski pisze: „Porucznik N., iluż takich! Był w Workucie, wieziony tymi barkami śmierci po Peczorze, a teraz blagierowaty i dobroduszny zresztą kresowiec, urżnięty na Wilię »trzyma mowę«, jak to będziemy zarzynali dzieci i kobiety niemieckie (wszystko w pysku, bo w praktyce ani jednej kobiety i dziecka nie skrzywdzi) i robi ordynarne antysemickie aluzje w odpowiedzi na szlachetne przemówienie pułkownika, z pochodzenia Żyda”.

Nietrudno jest znaleźć trop, łączący te dwie opowieści, Bierdiajewa i Czapskiego. W obu pada słowo: „bolszewicy”, obie naznaczone są piętnem tych samych wydarzeń historycznych. Obie wydarzyły się w horyzoncie, ku któremu wciąż możemy zwrócić pamięć, jeszcze obecną w nieodległych wspomnieniach naszych krewnych, pisarzy, świadków epoki. I wciąż możemy wyciągnąć lekcję: głupcy, którzy użyźnili krwią historię, nie przestają być głupcami. Współodpowiedzialni za zło i bezprawie, za okrucieństwo reżimu i beznadziejność sytuacji społecznej mas nie stają się niewinni tylko dlatego, że dali głowę. Najstraszliwsze lekcje nie przydają mądrości, o czym powyżej zaświadcza Bierdiajew. Cierpienie nie uszlachetnia, pokazuje Czapski.

Zresztą, niewiele się zmieniło. Majątki nadal zdobywa się przede wszystkim oszustwem i wyzyskiem. Aferzyści mieszkają w willach, ludzie uczciwi w M-3. Historia III RP daje w tym względzie wymowną lekcję. Gdyby się za lat sto, za lat dwieście w Polsce zdarzyła rewolucja socjalna, co by z niej zrozumiano? Prawnukom dzisiejszych specjalistów od „pierwotnej akumulacji kapitału”, prawnukom współczesnych nam nowobogackich i dorobkiewiczów, nowozaciężnej elity „Zbychów i Mirów” trudno będzie zrozumieć, że płacą jakąś niepojętą dla nich cenę: przecież żyją uczciwie, przecież to ich własność i dziedzictwo, przecież to im się należy… bo też w patynie pięknych mebli, pieszczotliwym blasku srebrnej łyżeczki, przytulnym cieple domowego ogniska nie czuć dawno przebrzmiałej krzywdy, płaczu oszukanych, gniewu wyzyskiwanych. Dla tych, co piszą historię, a dyktują ją zwycięzcy, zawsze na ogół liczy się ta zbrodnia, która dokonuje się na nich, na ich klasie, na im podobnym. Dlatego w opisach rewolucji przeważa groza nad jej brutalnością i terrorem, nad niesprawiedliwością, która dotyka posiadaczy. Rzadziej dziś myśli się o tym, co działo się wcześniej, o bezprawiu możnych. O wojsku, policjach, agencjach ochroniarskich na ich usługach. O krzywdzie kobiet spędzających Wigilię w fabrycznych halach, by wymusić na pracodawcy należną wypłatę.

Bo po stronie krzywdy i krzywdzonych jest milczenie, albo „dobre słowo” i „pocieszenie”, ale gdy ta obłudna cisza się kończy, wtedy hałas jest już nie do zniesienia. Moralni esteci tego nie lubią, moralni esteci są zdegustowani. Przecież urządzano bale charytatywne… Piewcy wyższych wartości mają okazję, by się oburzać. Bo nawet jeśli lubią wolność, jak konserwatywni liberałowie, to jedynie taką, której oni wyznaczą treść i zasięg. Zwykle określa ją pieniądz i religia, którą chcą sobie przywłaszczyć. Ale wolność płata im podobnym figla i wtedy czasem kończą na latarniach…

Żałować głupców?

Oszustwa

Mój mąż żywi do takich znaczków awersję i już raz w geście solidarności pracowicie wypruwałam ze spodenek rakietki tenisowe. Jedynie ze sprzętu przeznaczonego na górskie wędrówki nie usuwamy logo i wybieramy firmy renomowane. Panuje moda na styl sportowy i można się pomylić kupując coś, co tylko wygląda jak sprzęt na warunki ekstremalne. Widzieliśmy młodych ludzi, którzy o mało nie pozabijali się na łatwej płetwie skalnej na turystycznym szlaku w Tatrach. Ich buty prezentowały się bardziej „profesjonalnie” niż nasze.

Sprzęt markowy jest dużo droższy niż podróbki na straganach i w marketach, ale nie buntuję się. Dobre buty, namiot, kurtkę, śpiwór projektują i testują fachowcy, którzy mają na ogół własne doświadczenia. Proces produkcyjny jest kontrolowany, a wynik sprawdzony. To kosztuje, więc nie chcę płacić oszustom, którzy coś podpatrzą, skopiują. Nie chcę też ryzykować, że ukryte wady ujawnią się w najmniej odpowiednim momencie.

Jednak czuję się w jakimś stopniu oszukana, kiedy na metce namiotu Fjord Nansen lub spodni Jacka Wolfskina czytam, że wyprodukowane są w Chinach. Z pozoru wszystko jest w porządku. Firma szuka jak najtańszego wykonawcy i nadal odpowiada za jakość. Ale wysokiej ceny nie obniża. Nie wierzę, aby masowa produkcja w chińskiej fabryce, zatrudniającej źle opłacanych pracowników, nie spowodowała obniżenia jakości. Globalna ekonomia wymusza wprowadzanie akordu, głównej przyczyny niskiej jakości towarów w PRL.

Wyprowadzanie produkcji w odległe rejony świata sprzyja podróbkom, a właściwie rozmywa ich definicję. Plaga podróbek markowych towarów powoduje straty właścicieli znaków firmowych, szacowane na dziesiątki milionów dolarów. Ale czy jest podróbką jakaś partia towaru wyprodukowana ponad wyznaczony limit w tej samej fabryce, z której wysyłany jest produkt markowy? Ktoś inny więcej zarabia, ale z punktu widzenia klienta nie ma żadnej różnicy. Wiadomo tylko: Made in China.

Powinnam się przyzwyczaić do wranglerów z Turcji albo wilczej łapy, która przywędrowała nie z Alaski, lecz z Szanghaju. Jednak byłam rozczarowana, kiedy na koszulce z chińskiego klasztoru, gdzie kultywowane są sztuki walki, siostrzeniec odkrył – Made in Poland. W przedmiotach materialnych, nie tylko w kulturze, szukamy czegoś autentycznego. Dlatego moją ulubioną marką jest „Kucharowa jeans”. Brzmi światowo i swojsko, świetnie wygląda i dobrze się pierze.

Nie jestem wyjątkiem. Wszyscy szukają żywności naturalnej, wytworzonej bez chemii według starych receptur, pachnącej, ale nie estrami, czyli „aromatami identycznymi z naturalnymi”. Producenci to wiedzą i im bardziej nas oszukują, tym lepsze mają pomysły na nazwy – majonez babuni, chleb pasterski, wędzonka z komina, szynka wiejska. Dobrze mieć w domu kota i na nim testować produkty mleczne i mięsne. Bez obaw, kot się nie otruje, po prostu nie zje żadnego świństwa.

Preparowaną żywność łatwiej porównać z oryginalną niż film zmasakrowany przez telewizję. Trzeba wyjątkowego zbiegu okoliczności, aby odkryć oszustwo. Na ogół powtórkę w telewizji ogląda się po wielu latach od premiery w kinie, a wówczas pojawiają się wątpliwości. Film jest jakiś inny, ale może na dużym ekranie, w sali kinowej i bez reklam odbieraliśmy go inaczej? A może pamięć wmontowała fragmenty innych filmów tego samego reżysera, że coś nam nie pasuje? Pierwszym filmem, w którym odkryliśmy nożyczki cenzora był „Dzień Niepodległości”. W tej superprodukcji wycięto kilka niepoprawnych fragmentów, np. o krótkofalowcach. Trzeba było usunąć oszołomów, dinozaurów posługujących się przestarzałą techniką z udziału w ratowaniu świata. W Święta z nudów jeszcze raz obejrzeliśmy „Rancho”, a raczej jego zwulgaryzowaną wersję, niepodobną ani do serialu, ani do filmu pod takim tytułem. Prawdziwym skandalem było wykastrowanie znakomitego filmu Woody Allena „Przejrzeć Harry’ego” przez szacowną stację TVP Kultura. Te podróbki puszczane są z zimną krwią bez żadnego ostrzeżenia, że to wersja dla prymitywnych półgłówków.

Dlaczego artyści-twórcy nie protestują? Może boją się, że widzowie o nich zapomną? W Święta próbowaliśmy też oglądać programy rozrywkowe. Nie da się. Nawet autentyczni artyści próbują małpować celebrytów, pretensjonalne wydmuszki show-biznesu.

Natomiast politycy ścigają się w rankingu naturalności. Tym zajmują się media i komentatorzy polityczni. Orędzie Prezydenta było sztuczne, ponieważ trzymał ręce na stole. A gdzie miał trzymać? Pod stołem? Najwyżej oceniany jest taki polityk, który potrafi ze szczerym uśmiechem i szczerym oburzeniem kłamać i oszukiwać. Gdyby miał jakieś skrupuły, był spięty i zażenowany, media to wychwycą, wyborcy wyczują i słupki poparcia spadną. To już nie są politycy-wydmuszki, to coś znacznie groźniejszego.

Może w czasie kryzysu nie powinnam zajmować się takimi błahostkami, jak podróbki filmowe. Ale kryzys też jest wynikiem podróbek finansowych, a oszustwa w sferze materialnej powinny być uwzględniane w rachunkach ekonomistów. Na początek proponuję przy obliczaniu inflacji przeczytać na kartonikach soków owocowych – „Teraz aż 25% owocu”. Reszta to woda i regulatory kwasowości, słodkości i zapachu. Obliczanie, ile jest soku w soku i mięsa w szynce nie jest zbyt skomplikowane i proszę to robić.

A biednym, którzy w zimie cierpią szczególnie, przekazuję życzenia od naszego znajomego. Byle do Wiosny… Ludów.

Przeciwko Armii Z(a)bawienia

Jest taki wyświechtany argument, którym różni mądrale walą niczym cepem w środowiska krytykujące realia liberalizmu gospodarczego. Przekonują oni, iż jeśli negatywnie oceniasz nierówności społeczne i to, że część ludzi trafia na margines, to powinieneś zakasać rękawy i rozdawać im zupę lub ziemniaki, najlepiej w upadłym PGR-ze, „złej dzielnicy” albo pipidówce, gdzie diabeł mówi dobranoc. A jeśli owej zupy nie rozdajesz, to jesteś niewiarygodny – jesteś salonowym paniczem, który werbalną troską o biednych podbudowuje swoje ego, kreuje się tanim kosztem na osobę szlachetną lub po prostu wykorzystuje czyjeś złe położenie do polepszenia położenia własnego.

Warto się zająć tego rodzaju opowiastkami. Dobrą okazją ku temu jest tekst, który Rafał Ziemkiewicz poświęcił niedawno „Krytyce Politycznej”. Okazja jest dobra dlatego, że ów tekst stanowi modelowy wręcz przykład takiego moralizatorstwa, a jednocześnie obiektem krytyki stało się w nim środowisko, dla którego nie mam za grosz sympatii. Ziemkiewicz ma oczywiście rację – choć doprawdy długo dochodził do tak oczywistych wniosków – że KP to grupka karierowiczów, wylansowana przez establishment i z nim tożsama (ja bym dodał: klasowo), nieszkodliwa w żadnej mierze dla oligarchii biznesowo-polityczno-medialnej i dlatego tak chętnie przez nią promowana.

Gdzie jak gdzie, ale w Polsce, czyli kraju, w którym „lewica laicka” w kluczowym momencie wypięła się na „lud” i gładko przeszła od Komitetu Obrony Robotników do Komitetu Poparcia Balcerowicza, tego rodzaju towarzystwo należy traktować skrajnie podejrzliwie. Zwłaszcza gdy za swojego mistrza uznaje ono Kuronia – czyli swoisty metr z Sèvres w kwestii tego, jak zdradzić prospołeczne ideały – i bierze honoraria m.in. z Agora S.A.

Nie trzeba też szczególnej przenikliwości, żeby lewicowość czy choćby prospołeczność KP traktować co najmniej z dystansem. Ogólnikowe i rzadkie działania, analizy i stanowiska w sprawach socjalno-ekonomicznych giną w przypadku tego środowiska w morzu wywodów o feminizmie, sztuce nowoczesnej, legalizacji narkotyków, seksualności itp. Zresztą nawet i te kwestie kulturowe traktowane są z pozycji bliższych liberalnemu standardowi niż refleksji stricte lewicowej, o czym wie każdy, kto zetknął się z fachowymi feministycznymi analizami sytuacji zawodowej kobiet czy z opisami problemu nieopłacanej pracy w gospodarstwach domowych.

Również metody tego środowiska, oparte na próbach „zmiany dyskursu” (za pomocą udziału w tzw. debacie publicznej, czyli podlizywania się wielkim mediom) i „marszu przez instytucje”, nie mają wiele wspólnego – nawet gdyby były na krótką metę skuteczne – z ideałami lewicowymi. Bardzo przypominają natomiast, jak kiedyś trafnie zauważył Andrzej Smosarski, poczynania Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego i konserwatywną wizję, w ramach której oświecone elity odgórnie „zmieniają świat na plus”, a lud może sobie co najwyżej posłuchać gadających głów.

Nie zmienia to faktu, że krytyka autorstwa Ziemkiewicza jest niewiele warta. Mniejsza już o kwestie oczywiste, czyli groteskowość sytuacji, w której osoba o poglądach skrajnie liberalnych gospodarczo zarzuca Sierakowskiemu i spółce, że za słabo krytykują Balcerowicza. Kluczowe w tekście Ziemkiewicza są zarzuty zupełnie innego rodzaju – i są to zarzuty, które pod adresem KP formułują nierzadko, choć w nie tak skrajnej formie, również niektóre środowiska lewicowe czy prospołeczne. Ziemkiewicz pisze: Nowa lewica, choć bierze sobie za patrona Jacka Kuronia, jakoś nie próbuje robić tego, na czym Kuroń strawił życie − zbierać sygnały o krzywdach wyrządzanych prostym ludziom przez lokalnych kacyków, amoralny w swej chciwości biznes czy innych wielmożów, zwykle zawdzięczających siłę i bezkarność zblatowaniu z władzą, i interweniować, a choćby wspierać pokrzywdzonych moralnie. /…/ Ludzie, z których żaden nie umiałby odróżnić młotka od hebla, wyżywają się w wielogodzinnych dyskusjach o problemach klasy robotniczej /…/.

Oczywiście jest w tym opisie sporo racji w odniesieniu do konkretnego środowiska. Aczkolwiek jest też fałsz, bo KP można zarzucić wiele, ale nie to, że kiedykolwiek pozowała na lewicę „proletariacką” – stąd też wywody o „młotku i heblu” są chybione. Ale w całej sprawie jest coś ważniejszego. Otóż „ulubioną lewicą prawicy” byłaby taka, która „strawiłaby życie” na „zbieraniu sygnałów o krzywdach”, „interweniowaniu” czy udzielaniu „wsparcia moralnego”. Myślę, że szczególnie to ostatnie ucieszyłoby liberalną prawicę – wszak od moralnego wspierania nie zmienia się absolutnie nic w wymiarze ponadjednostkowym. Lewica miałaby w tym scenariuszu pełnić rolę stanowiącą syntezę postaw księdza-spowiednika, filantropa i psychologa. Wysłuchać, pocieszyć, czasem nakarmić lub kupić dziecku wyprawkę do szkoły, w najlepszym razie napisać skargę do urzędnika gminnego. W ten sposób byłaby ponoć nie tylko skuteczna, ale także moralnie „czysta”, no i po wizytach w kilku PGR-ach czy robotniczych dzielnicach potrafiłaby już odróżnić młotek od hebla. A młotkiem, jak wiemy, skutecznie rozwiązuje się problemy socjalne.

Jest w tych „dobrych radach” Ziemkiewicza oczywisty fałsz dotyczący nie tylko tego, jak działać. Gdyby ich autor i podobni krytykanci „kawiorowej lewicowości” rzeczywiście cenili lewicę zajmującą się konkretnymi inicjatywami, to zamiast promować Sierakowskiego i spółkę oraz zaliczać kolejne „debaty” z nimi, doceniliby środowiska zajmujące się właśnie czymś takim. A byłoby o czym pisać nawet w kraju tak mizernej aktywności społecznej, jak Polska. W 5 minut można w erze Internetu znaleźć informacje i namiary na Lewicową Alternatywę i jej sprawne działania w obronie lokatorów reprywatyzowanych kamienic. Albo związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, którego członkowie notorycznie tracą zatrudnienie za nieustępliwą walkę o prawa pracowników najemnych. Albo Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej, która skutecznie blokuje eksmisje biedaków na bruk.

Starczyłoby tego na sporo reportaży, felietonów, wywiadów i tekstów interwencyjnych. A jednak ci sami prawicowo-liberalni publicyści, którzy KP zarzucają „oderwanie od rzeczywistości”, nie tylko przemilczają, ale nierzadko wściekle atakują lewicę „prawdziwą”, traktując ją jako „demagogów”, „populistów”, „zadymiarzy” itd. Ile razy „Rzeczpospolita” użyczyła swoich łamów Sierakowskiemu czy Gduli, żeby mogli „zmieniać dyskurs”, czyli ględzić o niczym, a ile razy na jej łamach pojawili się Agata Nosal, Jarosław Urbański czy Piotr Ciszewski, żeby fachowo i konkretnie zaprezentować problemy pracowników, lokatorów, bezdomnych, bezrobotnych itd.?

Nie to jest jednak sednem sprawy. Otóż lewica powinna „być z ludem”, powinna organizować społeczeństwo do obrony swoich praw, powinna wspierać tych, którzy walczą z niesprawiedliwością i wyzyskiem. Ale powinna też pamiętać, że choć pomoc Iksińskiemu jest szlachetna i ważna, to Iksińskich jest zbyt dużo, aby można było im wszystkim pomóc samymi działaniami oddolnymi i interwencyjnymi. Zresztą lewica – ale nie tylko ona, również zachodnia chadecja czy „prawica socjalna” – to zazwyczaj doskonale wie, natomiast niekoniecznie wiedzą czytelnicy wywodów Ziemkiewicza. Im właśnie trzeba tłumaczyć, że skuteczna polityka prospołeczna nie polega na naśladowaniu Caritasu i Owsiaka. Wręcz przeciwnie – polega na tym, że w skali państwa podjęte zostaną decyzje i wdrożone mechanizmy, które sprawią, iż Caritas będzie potrzebny nie do zbiórki środków na dożywianie ubogich, lecz co najwyżej do zafundowania im jakiejś atrakcji, zaś od działań Owsiaka nie będą zależały szanse na przeżycie w szpitalu, lecz dostawy słodyczy czy maskotek dla chorych maluchów.

Oczywiście liberalna prawica chętnie widziałaby lewicę w roli frajerów, którzy swoim wysiłkiem łatają dziury powstałe wskutek demontażu funkcji państwa – i nie robią nic więcej, bo nie starcza im czasu i sił. W ten kanał dały się już wpuścić organizacje pozarządowe. Państwo nie prowadzi polityki mieszkaniowej, za to fundacje prowadzą schroniska dla bezdomnych. Państwo nie egzekwuje zapisów Kodeksu pracy – kary za jego łamanie są żenująco niskie – za to rzuca ochłapy na różnego rodzaju „doradztwa” i „telefony zaufania”. Państwo tnie wydatki na oświatę na prowincji, ale łaskawie przyznaje dotacje stowarzyszeniom prowadzącym tamże szkoły uratowane przed likwidacją. Państwo oferuje skrajnie niskie i uznaniowe zasiłki rodzinne, za to w swej dobroci użyczy czasu antenowego w publicznej telewizji, żeby przeprowadzić esemesową zbiórkę na zakup podręczników dla ubogich dzieci.

Część lewicy daje się różnym „Wujkom Dobra Rada” wkręcić w schemat „albo – albo”. Wedle tej wizji, „prawdziwym lewicowcem” jest tylko ktoś, kto nie dosypia, nie dojada, nie myśli i nie posiada życia prywatnego, natomiast nieustannie „działa” i „walczy”. Bez wątpienia personalne zaangażowanie jest ważne w wymiarze społecznym, stanowi też swego rodzaju sprawdzian moralny. Jednak nadużywanie takich argumentów jest – jak każda przesada – niemądre. Po pierwsze, należy nie tylko działać, ale i myśleć. Wyśmiewane „kawiarniane rozmowy”, gdy zachowa się w nich umiar, nie tylko nie szkodzą, lecz pomagają. Bez nich działa się na oślep, co skutkuje brakiem efektów, a to z kolei – frustracją i wypaleniem. Po drugie, nie każdy nadaje się do roli działacza i nie samo działanie tworzy rzeczywistość. Śmieszne byłyby zarzuty pod adresem np. Edwarda Abramowskiego, że raczej „gadał” i pisał niż poniewierał się po fabrykach i dzielnicach robotniczych, skoro jego teksty propagujące socjalizm czy spółdzielczość dały efekty znacznie większe niż niejedno „praktyczne zaangażowanie”. Po trzecie, jakkolwiek dla lewicy praxis zawsze było sednem sprawy, należy się mocno zastanowić, o jakiego rodzaju aktywność chodzi. Czy bardziej ulepszymy rzeczywistość – zwłaszcza dysponując niewielkimi siłami i środkami – działając jak straż pożarna, czy może próbując stworzyć zręby powszechnych ubezpieczeń od zaprószenia ognia?

Po czwarte i najważniejsze, trwałe przemiany społeczne zachodzą wtedy, gdy dokonują się jednocześnie na wielu frontach. Potrzeba nam oddolnych działaczy, ale również popularyzatorów, artystów i myślicieli. Potrzeba nam lokalnych stowarzyszeń, instytucji samopomocowych, związków zawodowych, lecz także porządnych czasopism i seminariów naukowych. Musimy umieć zorganizować pracowników w związek zawodowy i obronić lokatorów przed eksmisją, ale także napisać dobrą książkę o przemianach tzw. rynku pracy i jeszcze lepszą ustawę o ochronie lokatorów.

Krytykować powinniśmy nie „brak działania” czy „gadaninę”, lecz taki rodzaj teorii i krytyki, które ślizgają się po powierzchni problemu, nie łączą z dystansem wobec krytykowanych zjawisk i środowisk lub kierują nasze zainteresowanie na kwestie marginalne. „Krytyka Polityczna” nie dlatego jest lewicą wątpliwą, że debatuje, wydaje książki i prowadzi knajpę zamiast „interweniować” i „wspierać moralnie”. Jest takową, bo kultowi Kuronia, honorariom z Agora S.A., indywidualnym karierom i fiksacji na punkcie „mniejszości” towarzyszy w jej działaniach rzadka, ogólnikowa i strachliwa krytyka współczesnego kapitalizmu i generowanych przezeń problemów. O projektach zmian nie wspominając, bo środowisko, które podobno jest „nadzieją lewicy” i „trustem mózgów”, nie zaproponowało nawet takich analiz systemowych, jakie można znaleźć w dorobku wielu znacznie mniejszych, uboższych i słabszych intelektualnie grup szeroko pojętej polskiej lewicy.

Potrzebujemy zmian całościowych – sprawnego systemu polityki społecznej, porządnej ustawowej ochrony pracowników, prospołecznego systemu podatkowego, interwencjonizmu gospodarczego, egalitarnych instytucji i szeroko zakrojonego programu wyrównywania szans. Nie potrzeba nam ani naśladowania Armii Zbawienia, ani modnej i niezobowiązującej zabawy w salonową „wrażliwość społeczną”. No i oczywiście doradców w rodzaju Ziemkiewicza też nie. Nawet z młotkiem w dłoni.

Stare glany

Glany miały metkę i można się było w nich przeglądać. Cieszyłem się jak dziecko. Pastowałem je, chuchałem i dmuchałem, żeby pomimo upływu czasu wyglądały jak najlepiej. Niestety, skóra dość szybko popękała, podeszwy też niezbyt dobrze znosiły kontakt z ziemią naszą ojczystą. Trzeba było się z nimi z żalem pożegnać.

Później nie było mnie stać na Martensy, a że glany jako takie są jak mercedes wśród butów, to poszedłem na nowohucki TOMEX, gdzie za znacznie niższą cenę kupiłem parę. Sprzedawczyni zapewniała, że z pewnością długo w nich pochodzę. „Gadaj zdrowa, już ja swoje wiem – pomyślałem. – Skoro Martensy rozłaziłem w półtora roku, to tym bardziej te nieboraki”. To było siedem, może osiem lat temu.

18 grudnia 2009 roku, gdy temperatura w Krakowie spadła poniżej minus 10 stopni Celsjusza, wciągnąłem stare glany i ruszyłem na miasto, po wyboistych chodnikach, piachu, śnieżku i lodzie (jaka pyszna sanna, pada, pada śnieg, a zima zaskoczyła drogowców i chodnikowców). Szedłem pewnie w moich starych, wysłużonych, rzadko pastowanych glanach, z jednym czubkiem lekko zdartym na kamieniach, ale twardą, wytrzymałą podeszwą. Tu wyznanie intymne: lubię swoje stare glany i cieszy mnie fakt, że choć z TOMEX-u, nieometkowane, czyli bez rodowodu jak kundel-znajda, to służą mi dobrze. Wygodne i przyjazne stopom utrzymującym 90 kilogramów żywej wagi.

Bo co tu dużo mówić: te glany niejedno wraz ze mną przeszły, a bywało, że same prowadziły, gdy nadużyłem… I jeśli są takie rzeczy, które można traktować jak starych domowników, to te glany z pewnością do nich należą.

Skąd te glany za temat felietonu, gdy tyle ważnych, ogólnoświatowych, a przynajmniej ogólnopolskich zagadnień? Skąd buciory jako temat, gdy Święta, Sylwester, Nowy, jeszcze wspanialszy Rok w III Rzeczpospolitej? Co to za muza dziwaczna, dwa stare buty?

Chyba właśnie z przekory. Że Nowy Rok, że wszystko musi być nowe, że chorujemy na kult nowości, nowych, jeszcze lepszych formuł proszków do prania i papieru do… owijania*. No i rzecz jasna newsów. Nowi i młodzi, czyli kobiety bez zmarszczek, metroseksualni mężczyźni, pospołu drżący przed siwym włosem na skroni. Nowe, lepsze rzeczy nie tylko jako oznaka statusu czy prestiżu, ale miernik ludzkiej wartości. Starość i staroć, czyli wstyd i obciach. Młodzi, młodziutcy, głupiutcy, z buźkami, jakby wszystkie rozumy pojedli. I dorośli ludzie, podlizujący się tym młokosom. Medialny kult nowinek. Nowinkarstwo jako szacowna szkoła myślenia. Szybciej, więcej, głupiej. To się z pewnością sprzeda. A jak coś zostanie, to niepotrzebne gadżety przerobi się na złom i szybko przetworzy w coś nowego. Najnowszego. Jeszcze szybciej, jak się da jeszcze więcej, niewykluczone, że znacznie głupiej.

Cóż, jak powiada poeta, nieżyjący, więc gorzej niż stary, a do tego – co jeszcze gorsza – niemodny: „Temu światu ja się nie poddam, temu światu ja krzyknę: nie!”. Stąd ten felieton o starych glanach pisany w starych kapciach, choć na stosunkowo nowym sprzęcie…

* Papier do owijania (w bawełnę) to oczywiście poczciwa, wielkonakładowa gazeta.

Postępowe dogmaty

Po wyroku Trybunału w Strasburgu wojujący ateiści będą zdejmować i rozwalać krzyże, katolicy bronić. Doskonałe zajęcie na czas kryzysu. Normalizacja też mi się ostatnio źle kojarzy. Normalizacja w Iraku i Afganistanie nastąpi wówczas, gdy mieszkańcy przestaną uważać współpracę z władzą za kolaborację. Kiedy w PRL sytuacja się znormalizowała, na uroczystościach ubecy i akowcy zasiadali ramię w ramię za stołem prezydialnym. Wszyscy byli bohaterami, członkami ZBOWiD-u. Dlatego z reguły nie uczestniczę w kombatanckich zjazdach z okazji sierpniowych, teraz grudniowych rocznic. Do żadnego ZBOWiD-u się nie zapiszę.

Tolerancja, normalizacja, komputeryzacja, informatyzacja, elektryfikacja, industrializacja… niepotrzebne skreślić. W epoce postindustrialnej przemysł jest niepotrzebny, prawie go nie ma, przynajmniej w Polsce. Ale ja w to nie wierzę, gdzieś musi być, bo półki w sklepach uginają się od towaru, a nawet musi być go więcej, ponieważ opanował rolnictwo. Przemysłu nie widać, bo nie pracują w nim ludzie, lecz maszyny; automaty i roboty. Z globalnej statystyki wynika, że nadzorowane są przez Azjatów, głównie Chińczyków. Biali ludzie utrzymują się z handlu i wzajemnych usług. Roboty nie potrzebują ani fryzjera, ani sklepu, ani biura podróży, a Chińczycy daleko. Teoretycznie nie widać tu źródeł finansowania, ale praktycznie rozwiązano to w ten sposób, że pieniądz robi pieniądz. Można też nieźle żyć ze świadczenia usług finansowych. I tak to się kręci, chociaż coraz wolniej, bo marketing i reklamy nie są skuteczne, gdy klienci tracą pracę i pieniądze.

Elektryfikacja to już komunistyczny relikt. Rozwój technologii bezprzewodowej pozwala nawet w Afryce założyć konto w banku. Proszę zajrzeć na s. 388 książki Grzegorza Kołodki „Wędrujący świat”. Tak pokonuje się bariery rozwoju. Ale jak „bezprzewodowe” pieniądze zmaterializować w gotówkę albo towar bez dróg i kolei? Może zrzutami z samolotu? Przypomniał mi się kawał. Prelegent obiecuje: „Po pierwszej pięciolatce każdy będzie miał rower, potem motocykl, samochód, samolot, odrzutowiec”. Pada pytanie: „A po co odrzutowiec?”. Prelegent nie wie, ale ktoś z sali spieszy z pomocą: Wot durak! Dowiesz się, że we Władywostoku cukier dają i jeszcze po ostatnie kilo zdążysz”.

Kiedy w Polsce marzeniem inżyniera było fajne liczydełko Packarda, już zza oceanu dotarło ostrzeżenie. „Przed skomputeryzowaniem trzeba zaprowadzić idealny porządek. W przeciwnym razie komputer przyspieszy krążenie bałaganu”. W Polsce nikt w to nie wierzy do dzisiaj, chociaż komputeryzacja systemu ubezpieczeń pogrążyła ZUS w chaosie na kilka lat. Komputer to niezwykle sprawne i użyteczne narzędzie, ale tylko narzędzie. Wiara, że komputer, Internet, globalna sieć rozwiążą wszystkie problemy współczesnego świata, należy do najważniejszych postępowych dogmatów.

Internet pozwala szybko komunikować się i dotrzeć do różnych źródeł informacji, łamie cenzurę i autocenzurę głównych mediów. Szybciej i sprawniej pełni rolę wydawnictw bezdebitowych i Radia Wolna Europa. Jednak łatwość przesłania komunikatu spowodowała, że zanikają inne sposoby kontaktowania się – przez telefon, pocztą papierową, kolportażem ulicznym, na bezpośrednich spotkaniach towarzyskich i publicznych. Ważne informacje, nieprawomyślne idee nie wydostają się poza sieć, chyba że podchwyci je prasa lub telewizja. Większość internautów odwiedza tylko swoje ulubione strony i słynne surfowanie dla zapoznania się z różnymi poglądami można między bajki włożyć. Internet otworzył nieznane dotychczas możliwości. Uczeń nie musi już pisać wypracowania, nawet nie musi go czytać. Poskleja różne, mniej więcej pasujące do tematu kawałki, a nauczyciel nie może protestować. Uczeń się napracował, ściągnął z Internetu to, co mu było potrzebne, a zatem jest dobrze przygotowany do życia i pracy zawodowej, chociaż nie rozumie nawet znaczenia słów ze „swojej” pracy.

G. Kołodko pokłada w Internecie wielkie nadzieje. „Globalna sieć – niekontrolowana przez rządy, partie i kapitał – wymuszać będzie na skalę planetarną reakcje polityki i biznesu na podobieństwo ubiegłowiecznych reakcji w skali narodowej na nacisk zrewoltowanych mas”. Wydaje się to możliwe, ponieważ w wirtualnym świecie nie czuje się ograniczeń. Można mieć bez liku przyjaciół i wrogów, można wysłać komunikat w stylu „a ja to wszystko pier…” – po którym człowiek czuje się lepiej, hodować zwierzątko, pozabijać staruszków, zdobyć sławę, władzę, nawet pieniądze. Niektórzy już przenieśli się do wirtualnych państw. Można pozabijać prezesów korporacji, ale jest to teoretyczna możliwość, ponieważ przy pierwszych oznakach zagrożenia instytucjonalni hackerzy wywołają w sieci chaos i awarie. Dezintegracja, podstawowa technika służb specjalnych, w sieci jest dziecinnie łatwa.

Gdyby wirtualna rewolucja się udała, to przeniesienie jej do świata rzeczywistego nie jest łatwe. Żeby wybić choć jedną szybę w banku, trzeba oderwać się od Internetu, wyjść na ulicę, a tam żadnych informacji (maszerować z netbookiem niewygodnie) i niebezpiecznie, pełno obcych ludzi. Swoich trudno rozpoznać, ściągnąć ich się nie da, ponieważ po naszych e-mailach policja aresztuje ich zanim wyjdą z domu.

Cenzura polityczna już ostrzy zęby na Internet. Internauci protestują i mogą liczyć na społeczne poparcie. Ale rewolucji cenzura Internetu nie wywoła. Cud może się zdarzyć tylko w realu. Czesi liczą, że rewolucję spowoduje brak piwa. Rewolucja bolszewicka zaczęła się na Potiomkinie, ponieważ w mięsie były robaki. Ale marynarze mieli do dyspozycji pancernik, a internauta może jedynie rzucić myszą bezprzewodową.

Globalna sieć zastąpi „nacisk zrewoltowanych mas”, jak przewiduje Kołodko. Natomiast wątpię, czy „wymuszać będzie na skalę planetarną reakcje polityki i biznesu”.

Zakaz zakazywania

Kiedyś było palenie książek, później urząd z ulicy Mysiej. Obecnie natomiast, jak doszły mnie niezbyt konkretne słuchy – podróżowałem akurat po kraju – jakiś facet na targach książki straszył prokuratorem wydawnictwo, które wznowiło „Manifest komunistyczny”. Wiadomo, propagowanie ustroju totalitarnego podpada w Polsce pod paragraf. Wszak po to walczono z PRL-owską cenzurą i wyśmiewano tępotę jej funkcjonariuszy, żeby teraz ścigać za edycję Marksa.

W moim odczuciu zakaz edycji „Manifestu komunistycznego” jest całkowitą bzdurą. Przede wszystkim dlatego, że oskarżanie Marksa o odpowiedzialność za zbrodnie komunizmu, w dodatku w wydaniu PRL-owskim, ma taki sam sens, jak oskarżanie Darwina, Nietzschego i Heleny Bławatskiej o odpowiedzialność za krematoria III Rzeszy. Tego rodzaju wnioskowanie – że za gułagi i czystki odpowiedzialny jest ktoś, kto 50 czy 100 lat wcześniej napisał jakąś książkę czy próbował stworzyć ruch polityczny – to absurd socjologiczny. Natomiast cała sprawa ma kilka ciekawych aspektów, którym warto się przyjrzeć.

Przede wszystkim pamiętam, że lewicowi obrońcy wolności słowa – tj. swobody publikowania „Manifestu komunistycznego” – niejednokrotnie domagali się jej odebrania swoim przeciwnikom, czyli wszelkiej maści „faszystom”. Przy czym ów „zakaz propagowania” miał obejmować nie tylko publikację „Mein Kampf” i temu podobnych, stricte hitlerowskich wywodów, co od biedy mógłbym zrozumieć. Antyfaszystowskie płaczki załamywały w „Gazecie Wyborczej” ręce nad polskimi edycjami książek Carla Schmitta czy Ernsta Jüngera. Do prokuratury z tym co prawda nie biegały – zapewne nie wierząc, że zatrudnia ona kogoś tak bezmyślnego, aby choć spróbował wydać zakaz podobnych publikacji – co nie zmienia faktu, że w ciągu 20 lat wolnej Polski wyprodukowały kilkaset, a może i kilka tysięcy „apeli”, czyli donosów na treści „niesłuszne” i potencjalnie zbrodnicze. Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada.

Niestety, sposoby obrony prawa do wznowienia „Manifestu komunistycznego” są zazwyczaj kiepskie. Tak jak nie lubię USA, tak cenię formalno-prawny zdrowy rozsądek amerykański, który blokuje ograniczanie wolności słowa pod urojonymi i naciąganymi pretekstami. W efekcie, w Stanach Zjednoczonych można publikować wszystko, czego dusza zapragnie. Ale jakoś – cóż za dziwny traf! – edycja dzieł Stalina nie zaowocowała gułagami nad Potomakiem, a rozpowszechnianie broszurek z „kłamstwem oświęcimskim” nie sprawiło, że po Chicago i Detroit przechadzają się faceci w czapkach z trupimi główkami, wyłapujący Żydów. I to w zupełności wystarczy na odparcie „argumentów”, że dziś ktoś przeczyta to czy tamto, a jutro nowe Gestapo lub NKWD przyjdzie, zamknie, rozstrzela i zakopie w lesie. Amerykanie, mimo przypisywanego im – delikatnie mówiąc – niewielkiego rozgarnięcia, są w tej kwestii zdecydowanie mądrzejsi od europejskich histeryków i wiedzą, że faszyzm czy komunizm nie wzięły się z czytania książek, lecz ze splotu wielu czynników politycznych, społecznych, gospodarczych i kulturowych, których pogrobowcy obu idei nie są w stanie odtworzyć w realiach zgoła odmiennych.

Lewicowi obrońcy wolnego słowa argumentują jednak nie „po amerykańsku”. Przekonują na przykład, że myśl Marksa a realny socjalizm/komunizm to dwie zupełnie różne sprawy, gdyż autor „Kapitału” daleki był od wszelkich ciągot totalitarnych. Akurat to nie jest prawdą. Na niebezpieczne aspekty myśli marksowskiej wskazywali – na długo przed tym, nim jakakolwiek forma socjalizmu stała się realną – tacy zadeklarowani, a przy tym dalekowzroczni lewicowcy, jak Michał Bakunin i Edward Abramowski. Przewidzieli, że wprowadzanie w życie koncepcji dyktatury proletariatu, scentralizowanej władzy porewolucyjnej, nacjonalizacji środków produkcji – w nieunikniony sposób doprowadzi do zamordyzmu. Abramowski w „Socjalizmie a państwie” wyprorokował już w roku 1904, że socjalizm „odgórny”, oparty na przymusie, okaże się tyranią – czytając tę książkę, trudno uwierzyć, że powstała przed narodzinami ZSRR. Nie zmienia to oczywiście faktu, że stawianie znaku równości między rozprawą polityczno-filozoficzną, czy nawet działalnością partyjną z drugiej połowy XIX wieku, a zbrodniami popełnionymi o kilka tysięcy kilometrów dalej 30 czy 60 lat później, jest pozbawione sensu.

Zwolennicy wznawiania dzieł Marksa powołują się też na przykład innych krajów – tam „Manifest komunistyczny” jest co i rusz publikowany, czytają go studenci i intelektualiści itp., nikomu zaś nie przyjdzie do głowy zakazywać czegokolwiek z dorobku tego myśliciela. To oczywiście zarówno prawda, jak i postępowanie ze wszech miar rozsądne. Skoro nikt w krajach Zachodu nie domaga się „delegalizacji” dzieł Heideggera, bądź co bądź członka NSDAP, a więc wedle tej „logiki” współodpowiedzialnego za zbrodnie nazizmu znacznie bardziej niż Marks za „dokonania” komunizmu, to nie będzie się też domagał blokady publikacji rozważań autora „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”. Zresztą, czy to się komuś podoba, czy nie, wkład Marksa w nowoczesną myśl polityczną, ekonomiczną i socjologiczną jest tak znaczny, że zakaz edycji jego książek byłby nonsensem z czysto naukowego punktu widzenia. Tyle tylko, że argument „na Zachodzie tak robią” to kij o dwóch końcach – w wielu krajach Zachodu legalne jest wydawanie „Mein Kampf”, a prace autorów, którzy tak oburzają polskich tropicieli faszyzmu – jak Jünger czy Schmitt – ukazują się nierzadko w renomowanych wydawnictwach.

Oczywiście argument „o Zachodzie” pomija kwestię niebłahą – nasz kontekst lokalny. To problem, z którym muszą się zmierzyć obie strony sporu, lewa i prawa. Polska bowiem miała nieszczęście stać się ofiarą totalitaryzmów brunatnego i czerwonego. W wymiarze moralnym czym innym jest edycja „Mein Kampf” lub wspomnień prohitlerowca Leona Degrelle’a w USA, a czymś zupełnie innym w Polsce, gdzie z rąk sił symbolizowanych przez te postacie zginęło kilka milionów ludzi, a pozostali byli traktowani jak zwierzęta na usługach „rasy panów”. Na tej samej zasadzie ktoś, kto paraduje w koszulce z sierpem i młotem np. w Anglii, może budzić uśmiech politowania, ale w kraju, gdzie UB i NKWD wykonywały „mokrą robotę”, a sowieckie czołgi wjechały akurat wtedy, gdy polski żołnierz zmagał się z napaścią hitlerowców, nie jest to ani trochę śmieszne. Godne zaś nie politowania, lecz spoliczkowania.

Paradoksalnie jednak, właśnie z tego powodu uważam, że w Polsce nie powinno być jakichkolwiek zakazów publikacji o charakterze nazistowskim i komunistycznym. Państwo i instytucje pozarządowe powinni dbać o to, żeby obywatele mieli wiele możliwości zapoznania się z wiedzą na temat skutków obu totalitaryzmów. Wówczas ktoś paradujący z „Mein Kampf” pod pachą lub w koszulce z sierpem i młotem, będzie podobny do kogoś, kto wytatuowałby sobie na czole napis: „Jestem niebezpiecznym szaleńcem – moi idole zamordowali i torturowali twojego dziadka lub matkę”.

Wszelkie tego rodzaju zakazy są pozbawione sensu także z uwagi na fakt, iż dotyczą kwestii nieostrych, nie dających się precyzyjnie zdefiniować. Faszyzm i komunizm – kiedy ich zakazać? Wbrew prawicowym doktrynerom, sto razy chętniej wybrałbym życie w PRL-u, nawet w czasach stalinizmu, niż w Generalnej Guberni. Wbrew lewicowym doktrynerom, wolałbym żyć we frankistowskiej Hiszpanii niż w ZSRR. Co i kogo konkretnie „zdekomunizować”? Marksa, który zmarł wiele lat przed tym nim powstał jakikolwiek realny komunizm? A może Bolesława Piaseckiego, który w ramach faktycznego systemu komunistycznego wydawał w PAX-ie, za zgodą państwowych cenzorów, m.in. wiele pozycji z klasyki światowej myśli chrześcijańskiej? Co jest bardziej godne antyfaszystowskiego potępienia – reżim Salazara czy w niczym mu nie ustępujący pod względem brutalności gomułkizm-moczaryzm, który w dodatku w ramach „kampanii antysyjonistycznej” wygnał kilkanaście tysięcy Żydów?

Obie strony sporu są nieuczciwe, nie potrafiąc się rzetelnie zmierzyć z czarnymi kartami swojego dziedzictwa. Szczególnie jaskrawo widać to na przykładzie polskich sporów, w których prawica wychwala juntę Pinocheta a potępia juntę Jaruzelskiego, zaś główny nurt lewicy robi odwrotnie. Obie te strony konfliktu są jednak także krótkowzroczne. Jeśli dziś zakazujemy publikowania takiego czy innego autora, jutro ktoś zakaże nam publikowania innego. Wczorajsi specjaliści od „zwalczania faszyzmu”, dziś lamentują nad „szalejącym antykomunizmem”, który chce zakazywać wznowień prac Marksa. Dzisiejsi zwolennicy zakazu noszenia koszulek z Guevarą i edycji „Manifestu komunistycznego”, jutro będą lamentować, że „rozwydrzone lewactwo” i „terror politycznej poprawności” chcą im odebrać możność czytania Degrelle’a oraz wywieszania na stadionach flag z symbolem miecza-szczerbca.

Podobnych zakazów nie potrzebujemy jednak przede wszystkim z tego względu, że obie skrajności są politycznie bezpłodne w dzisiejszych realiach. Doprawdy, trzeba być bardzo oderwanym od rzeczywistości, aby wyobrażać sobie, że w obecnej konsumpcyjnej kulturze może zaistnieć totalitaryzm w starym stylu, totalitaryzm siermiężnej kontroli i reglamentacji, przaśnej cenzury i dyscyplinowania społeczeństwa za pomocą policyjnej pałki. Dziś „pogrobowcy komunizmu” i „neonaziści” służą co najwyżej do odwracania uwagi od poważnych problemów. Najczęściej zaś są albo kołem ratunkowym dla tabloidów w sezonie ogórkowym, albo hobbystyczną subkulturą, swoistą odmianą filatelistyki i wędkarstwa dla ludzi o silniejszych nerwach i większym zapotrzebowaniu na mocne przeżycia, takim hard porno dla onanistów nie erotycznych, lecz politycznych. Wraz z rozwojem Internetu, nawet pod względem technicznym tego rodzaju „aktywność polityczna” przestaje się różnić od konsumpcji pornografii – przybiera głównie postać pyskówek na forach dyskusyjnych i tworzenia coraz bardziej radykalnych stron WWW, maleje zaś, czy wręcz zanika działalność w „realu”. Faszysta-gawędziarz, komunista-gawędziarz, erotoman-gawędziarz – co za różnica, ani to straszne, ani śmieszne, jedynie żałosne.

90% uczestników obu tych nisz politycznych porzuca zresztą swoje zabawy co najwyżej po skończeniu studiów, a ci nieliczni, którzy nie zostają bojaźliwymi drobnomieszczanami, zazwyczaj tłumaczą się później z „błędów młodości” i odcinają od nich tym bardziej zapalczywie, im bardziej może to zaszkodzić w dorosłym życiu i tzw. karierze. Obie te nisze w coraz większym stopniu ulegają też wpływowi kultury konsumpcyjnej – to już nie jest polityka, choćby marginalna, to zwykła podróż przez centrum handlowe. Skrajna lewica ma skrajnie lewicowe gadżety i kult swoich idoli, skrajna prawica zaś gadżety skrajnie prawicowe i takich też idoli, a z niszowego biznesu obsługującego ten popyt żyją ci nieliczni starzy wyjadacze, którzy „nie wyrośli z ideałów młodości”.

Nie ma żadnego zagrożenia recydywą komunizmu lub faszyzmu. Zapewne nawet większość „bojowników” z tymi ponurymi cieniami przeszłości robi to z wyrachowania. Młodzi posłowie PiS czy działacze LPR próbują przelicytować starszych kolegów w swym werbalnym antykomunizmie, bo tylko w ten sposób mogą wskoczyć na wyższy stopień w partyjnej hierarchii lub medialnej popularności. Zawodowi antyfaszyści z „Nigdy Więcej” muszą natomiast straszyć czającym się jakoby dokoła faszyzmem, bo na „zwalczanie” tychże zjawisk, czy raczej urojeń, otrzymują dotacje, a niczego innego robić wszak nie potrafią.

Dziś nie istnieje potrzeba zakazu propagowania faszyzmu i komunizmu, gdyż obie te ideologie wylądowały na śmietniku historii. Zresztą w pełni zasłużenie, gdyż w praktyce niczego dobrego nie oferowały społeczeństwu nawet w porównaniu z niedoskonałymi, standardowymi odmianami liberalnej demokracji i kapitalizmu. Są na szczęście martwe i nic ich nie wskrzesi, żaden Marks i żaden Schmitt.

Natomiast rzeczywistym problemem jest to, że współczesna technokratyczna oligarchia, mimo operowania antyfaszystowskimi i antykomunistycznymi hasłami, upodabnia się – choć oczywiście przy ogromnej różnicy w sferze metod i światopoglądu – właśnie do tego kluczowego aspektu skompromitowanych totalitaryzmów, jakim jest odebranie społeczeństwu podmiotowości, ograniczanie możliwości decydowania o sobie i zanik faktycznej demokracji. I analogicznie – dziś ideologiami radykalnymi nie są faszyzm i komunizm, chyba że w sensie radykalnej jałowości odpowiedzi, jakich udzielają na pytania dotyczące współczesnych wyzwań. Radykalna jest dziś natomiast walka o samorządność, o odzyskanie kontroli nad własnym życiem, o to, abyśmy na powrót stali się obywatelami. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Taka sobie bajeczka

Wtedy widać, co naprawdę ważne. Anteny. Dużo anten i przekaźników. Przekaz treści, (dez)informacji, newsów, rozrywki, światopoglądów, ideologii, wierzeń, symboli i emocji; matryca, która determinuje ludzkie zachowania, postawy i decyzje, nawet jeśli część z nas deklaruje wobec niej obojętność lub niechęć. Potężna, nieusuwalna poza obszar percepcji baza danych: istotnych i błahych, wartościowych i najbzdurniejszych, nieustannie selekcjonowanych, przetwarzanych i przewartościowywanych, reinterpretowanych, podawanych do oglądu i wierzenia. Żyjemy pośród bomb, w świecie, w którym nieustannie wybuchają newsy, a my w najlepszy wypadku dostajemy odłamkami.

Interesujące, że cały ten zgiełk właściwie nie budzi żadnej grozy. Przyjmowany jest jako stan natury, ba, ma nawet lekkie właściwości usypiające, czy wręcz uspokajające. Przyjęcie pewnej dawki trucizny/lekarstwa sprawia, że łatwiej nam oswoić świat, znaleźć punkty odniesienia, bezcenne sugestie „jak żyć”, albo choćby „na co pójść do kina”, albo „co myśleć o wydarzeniu, panu, pani X, Y, Z” (wbrew pozorom, między tymi kwestiami nie zawsze występuje jakościowa różnica).

I oto pewnego ranka, albo w samym środku nocy niezwykłym zrządzeniem losu cała ta infrastruktura, krwiobieg informacji biorą w łeb. Na ekranach telewizorów czarno-białe migotanie, brak dostępu do Sieci, milkną przekaźniki. Nie w skali miasteczka, gminy czy regionu, ale ogólnoświatowej. Plemiona pierwotne i mniej zaawansowane cywilizacyjnie rejony właściwie tego nie odczuwają. Ale poza tym wybucha panika. Oczywiście, przeciętny Kowalski z pozoru ma mniej do stracenia niż wielki magnat prasowy, któremu biznes życia właśnie diabli wzięli. Kowalski wciąż może iść do sklepu po bułki (o ile ktoś te bułki przywiezie, bo nagle robi się w przestrzeni publicznej straszny bałagan), może jechać do pracy (o ile jest drwalem, albo doi krówki, wtedy ma to nawet spory sens). Gorzej, gdy Kowalski robi zakupy w wielkiej sieci handlowej, rzadko porusza się piechota i pracuje w inteligentnym biurowcu, który nagle doszczętnie zgłupiał. Do tego jest w podróży służbowej i siadł mu GPS, a nie wie, gdzie kupić zwykłą mapę. W tym czasie Kowalska nie może obejrzeć dalszych, pasjonujących przygód Niani Frani czy innej Brzyduli, zatwardziały kibic sportowy nic nie wie o rozgrywkach, domowy politykier nie może walczyć na forach internetowych o lepszą Polskę.

Cisza jest ogłuszająca, cisza jest deprymująca. Trzeba wyjść z domu na ulicę. Tam też już są ludzie. Źli, podenerwowani, niepewni. Do kogo pójść? Z kim porozmawiać? Nawet nie można zadzwonić do dobrze poinformowanego kolegi, albo znajomego dziennikarza, który zresztą w tym czasie chleje na umór w newsroomie, bo serwisy agencyjne, z których czerpał wiedzę o świecie, diabli wzięli. Dziennikarze biegają po Sejmie, ale mija dzień, drugi, trzeci, tydzień i okazuje się, że nikomu nie są już specjalnie potrzebni. Zmieniają się kanały informacji, powstają nowe formy jej obiegu. Zmienia się struktura handlu i biznesu, a wraz z nią formy zarobkowania i priorytety życiowe.

Mija rok, drugi, trzeci. Powoli zmienia się wystrój mieszkań i harmonogram życia rodzin. Komputery, telewizory trafiają w kąt. Tylko stół i łóżko nic nie tracą ze swej atrakcyjności. Stół stawia się nawet większy, bo ludzie, wyczerpawszy zapasy dostępnej rozrywki, by nie ulec nudzie i dysponując większym zakresem czasu znów zmuszeni są wzmacniać bezpośrednie relacje. Powoli zanikają symbole globalne, pozbawione swych baśni korporacje tracą władzę nad wyobraźnią konsumentów. Politycy, ludzie mediów popełniają samobójstwa albo uciekają na prowincję, zapuściwszy brody i wąsy. Aktorzy branży mydlanej objeżdżają miasteczka ze spektaklami, tak zarabiając na życie… Ożywają wspólnoty lokalne, co miejscami prowadzi do silnych tendencji separatystycznych. Wojsko odmawia ataku na wolne miasta Kraków, Poznań, Szczecin i Katowice. Ludzie uciekają ze strzeżonych osiedli, bo te okazują się najbardziej niebezpieczne: rozwydrzone bandy dopuszczają się grabieży i morderstw. Lincz staje się prawem powszechnym. Ale też powszechniejsze staje się współczucie i odżywają procesy tożsamościowe. Ludzie częściej myślą i używają wyobraźni. Człowiek masowy, sformatowany odchodzi do lamusa dziejów. Powstaje nowy, znów gorszy świat…

Ale wszystko to przecież taka sobie bajeczka.

Rzuciłem se com ta miał…

Pomiędzy wyrzucaniem części rządu z posad, przeciekami rychowych rozmów ze stenogramów i zawieruchą szczepionkową; pomiędzy wątkiem czorsztyńskim, sprzedawanym w detalu majątkiem stoczniowym oraz uchwalaną w trybie wskazującym na stan wyjątkowy ustawą hazardową; pomiędzy sugestiami głównego policjanta peerelu, że się dysydenci obłowili na zachodniej pomocy, rzucaniem leków przeciwgrypowych do aptek i przetasowaniami w kolejnych sejmowych komisjach specjalnych – mamy nagle propozycję poważnych zmian ustrojowych.

Żeby na serio wprowadzić te zmiany i ostatecznie rozstrzygnąć, czy potrzebujemy systemu prezydenckiego czy gabinetowego, trzeba by się w jakiś zorganizowany sposób zastanowić. Na przykład przedstawić Polakom do rozważenia przynajmniej dwa warianty rozwiązań. O każdym z nich powiedzieć uczciwie, co jest jego plusem, a co minusem.

Tymczasem rzucił Pan Premier co tam miał – sejm sobie zmniejszymy, senat wybierzemy w jednomandatowych może, cała władza w ręce gabinetu… Całkiem sensowne pomysły, poparte zresztą głosami trzech rzeczników praw obywatelskich. I gdyby nie to, że rzucone w sytuacji po-aferalnej i nieustająco-aferalnej; gdyby nie to, że rzucone w sposób, który sugeruje, że nie istnieją pomysły kompletnie przeciwstawne – wyglądają na kolejny temat zastępczy. Może przez najbliższy tydzień media będą to mielić jak mak na makowiec. Może będzie kolejna medialna bijatyka. A potem zapadnie cisza i nic z tego nie wyniknie.

No, może kolejna afera katarska, która tuż, tuż, jak się wydaje.

Czy Polacy są już bezterminowo skazani na ten medialno-polityczny chocholi taniec?

Może jednak nie? Może jest gdzieś jakaś nadzieja?

Grupa młodych ludzi z Sopotu proponuje swoim radnym modyfikację statutu miasta. Chodzi o to, żeby także obywatele mogli proponować radnym uchwały. Konstytucja daje obywatelom prawo do zgłaszania inicjatywy ustawodawczej po zebraniu stu tysięcy podpisów. Nie daje takiej możliwości społecznościom lokalnym. – Zmieńmy to – mówi Marcin Gerwin, politolog z Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej. – Chcemy jak najbardziej zaangażować ludzi w zarządzanie miastem, by sopocianie i gdańszczanie poczuli się obywatelami, którzy mają realny wpływ na życie swego otoczenia – czytam tutaj: (http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,7273349,Mieszkancy_Gdanska_i_Sopotu_biora_uchwaly_w_swoje.html)

Nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy decydowali o tym, na co zostaną wydane nasze składki w sposób bezpośredni. Dziś robią to za nas radni i prezydent miasta, ale zgodnie z konstytucją możemy o tym decydować sami:

„Art. 1.Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.

Art. 4. 1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”.

Czy potrzebna jest do tego zmiana prawa? Nie. Wystarczy, że uzgodnimy z prezydentem i radnymi, że będą respektować decyzje ustalone przez mieszkańców. Wszystko opiera się na dobrej współpracy mieszkańców z urzędem miasta. A co jeżeli prezydent i radni nie będą chcieli uszanować decyzji mieszkańców? Wówczas możemy ich odwołać w referendum lokalnym i wybrać kogoś innego. Nie trzeba z tym czekać na kolejne wybory. Jest bardzo ważne, aby rozumieć, że prezydent, radni i inni urzędnicy to nasi pracownicy, których zatrudniamy po to, aby dbali o rzeczy wspólne, czyli np. o szkoły, ulice czy parki. To mieszkańcy Sopotu są pracodawcą, który zatrudnia prezydenta i radnych, a nie odwrotnie…

Zgodnie z art. 170 konstytucji, członkowie wspólnoty samorządowej (czyli np. mieszkańcy Sopotu) mogą podejmować decyzje w sprawach miasta bezpośrednio w drodze referendum. Decyzje podjęte w taki sposób mają wiążący charakter dla zatrudnianych przez nas urzędników… Zwykłe referenda mają jednak swoje wady. Samo referendum nie zapewnia możliwości porozmawiania z innymi mieszkańcami miasta, wysłuchania poglądu innych osób na daną sprawę, skonsultowania się ze specjalistami, tak by można było podjąć jak najlepszą decyzję. W demokracji uczestniczącej podstawą są natomiast spotkania mieszkańców, na których sprawy miasta są dyskutowane w otwarty sposób. Od strony formalnej można je potraktować jako konsultacje społeczne, z jedną ważną różnicą – że decyzja podjęta przez mieszkańców jest wiążąca. Spotkania takie nie muszą się odbywać we wszystkich drobnych kwestiach, a jedynie w tych sprawach, które mieszkańcy sami uznają za istotne, jak na przykład wspólny budżet – tak piszą tutaj (http://www.sopockainicjatywa.org/about/).

Cudni młodzi sopocianie! Może jednak uda się zrobić dla Polski coś, co ma ręce, nogi, początek, środek i koniec? Co jest normalne.

Mówią tak o propozycji zmian ustrojowych Premiera Tuska: chcecie zmieniać konstytucję? OK, ale tym razem chcemy mieć w tym udział.

Ja sopockiej inicjatywie kibicuje. A i Pan Premier mógłby się od nich pouczyć. W sumie ma niedaleko.

Ewangelia według Judasza

Przedmiotem sporu była zasada, którą George Orwell w „Folwarku Zwierzęcym” ujął krótko i jasno: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Pięknoduchy chełpiły się, że jest to ich autorski pomysł, chociaż jest to zasada stara jak świat i nie umarła wraz doktryną marksistowską. Demokraci upierali się przy równości wobec prawa, ale solennie zapewniali, że filmy Polańskiego są piękne, wybitne i bardzo im się podobają.

Zdumiał mnie ten zgodny chór uwielbienia dla Dzieł Mistrza, ponieważ trudno uwierzyć, że wszystkie filmy Polańskiego wszystkim się podobają. Przesłanie tych filmów jest głęboko niemoralne, co np. u mnie wywołuje odruch niechęci, nawet wobec filmów doskonałych, jak „Chinatown” czy „Dziewiąte wrota”. Nie wszystkie filmy zaliczam do wybitnych. „Nieustraszeni pogromcy wampirów” to bajka niezbyt straszna i niezbyt śmieszna, której nawet przewrotna puenta nie ratuje. Może opowiadając się po stronie prawa trzeba zabezpieczyć się przed oskarżeniem o stronniczość? Jest to jakiś absurd. Albo talent nie jest kryterium w ocenie przestępstwa, albo jest, a wówczas kiepskich filmowców i grafomanów można zamykać w więzieniu, a utalentowanych nie wolno. Analogicznie, albo wolność słowa i poglądów przysługuje wszystkim, albo ograniczymy ją do słów ważkich i mądrych, a poglądów do słusznych – i wolność skończy się cenzurą i represjami.

Zastanawiałam się, co niepokoi mnie w filmach Polańskiego. Nie to, że dobro przegrywa ze złem, bo tak przeważnie w życiu bywa, a w kinie tylko w Hollywood mamy gwarancję happy endu. U Polańskiego dobro właściwie nie przegrywa, zostaje wystawione do wiatru. Ingerencja szlachetnych frajerów w świat zła chwilowo powoduje jeszcze większy chaos i ostatecznie wzmacnia zło. Nie widziałam filmu „Śmierć i dziewczyna”. Może przesłanie tego filmu jest inne.

Istotą nowego trendu w kulturze nie jest to, że Dekalog jest łamany. Dekalogu nie ma. Kiedy przestępca uchodząc z łupem woła „Łapać złodzieja”, nie zaprzecza siódmemu przykazaniu – „Nie kradnij”. Jeśli złodziej woła „Łapać policjanta”, a tłum klaszcze, to żyjemy w innym świecie. Nastąpiła zamiana ról. Przestępca i nikczemnik jest ofiarą, pokrzywdzony i szukający sprawiedliwości – katem. Ludzi prawych przedstawia się jako nikczemników dążących do zemsty, owładniętych nienawiścią. Tak np. działa obrona komunistycznej agentury. W polityce oznacza to koniec z hipokryzją – mam siłę i władzę, więc mogę robić, co mi się podoba. Zamiana ról nie jest prostym odwracaniem kota ogonem, kiedy partie licytują się, która jest bardziej skorumpowana. Posłankę, która z zamiaru „kręcenia lodów” przy prywatyzacji szpitali nieroztropnie zwierzyła się policjantowi, przedstawia się jako ofiarę wrednego politycznego spisku. Biznesmen okazał się policjantem, trzeba jej współczuć i wybaczyć.

Naiwnych ludzi uczciwych wszyscy pouczają, że byli zbyt ufni, nieostrożni lub sprowokowali przestępcę. Przestępca jako ofiara prowokacji to nic nowego. Zgwałcona dziewczyna miała krótką spódniczkę i zgrabne nogi, a sąsiad ograbiony w czasie urlopu nie miał krat w oknach, trzech zamków i drzwi antywłamaniowych.

Może przesadzam, może źle odczytuję znaki czasu, jednak odnoszę wrażenie, że pogarda dla dobra i lansowanie zła to jednak coś nowego. Zło jest głębokie, inteligentne, kuszące, dostępne tylko jednostkom silnym, wybitnym. Dobro – słabe, głupie, ślamazarne. Kiedy takie postawy stają się powszechnie akceptowane, rodzi się faszyzm i mafia. Zło zawsze intrygowało artystów, ale jeśli w ich twórczości dobro w ogóle nie jest obecne, łatwo przekroczyć linię, za którą nie ma już nic, żadnego sensu, wartości, nadziei. Nie jest dziełem przypadku, że wybitne filmy, które otarły się o tę granicę, opisują faszyzm („Zmierzch bogów”) i mafię („Ojciec chrzestny”). Polański też nie przekracza granicy, za którą kończy się sztuka. Wampiry odjeżdżają w świat, dziewiąty krąg się otwiera i pojawia się napis – The End. Ósmy krąg, o którym śpiewa Wysocki, jest martwy, nie może być już tworzywem dla artysty. Wildstein pisze o Dolinie Nicości, Herbert o potworze, którego twarzą jest nicość. Artyści próbują opisać niezłomnych bohaterów, którzy beznadziejnie przegrywali, ale ich cierpienia przerażają widzów i czytelników. Wolimy opowieści o rycerzu, który pokonał smoka. Film o księdzu Jerzym tak spodobał się widzom, ponieważ był zrealizowany w duchu etosu rycerskiego. Trzeba talentu Sołżenicyna, aby na bohatera opowiadania „Jeden dzień Iwana Denisowicza” wybrać przeciętnego zeka w przeciętnym łagrze. O wiele łatwiej napisać coś ciekawego o tajnym agencie, który musi prowadzić podwójne życie. Ciągła gra z najbliższymi i z oficerem prowadzącym, panowanie nad lękiem przed zdemaskowaniem, wymagały inteligencji, przebiegłości, mocnego charakteru. Odmowa była łatwa i prosta, może nawet prostacka.

Kiedyś trafiłam na jakiś bzdurny artykuł o tzw. ewangelii Judasza. Zdrajca był przedstawiony jako jednostka wybitna, głęboko tragiczna ofiara boskiego spisku. Zdradzony Jezus, wystawiony oprawcom figurant, słaby i bezsilny, dał się ukrzyżować dla przyszłej nagrody. Wyrzuciłam te brednie, nie czytając dokładnie. Teraz żałuję. Zamiana ról kata i ofiary w zdarzeniach, które stanowią fundament naszej kultury, pomogłaby mi lepiej zrozumieć współczesny świat. Wciąż nie wiem jak poprawnie interpretować rolę trzydziestu srebrników.

Grzebiąc w śmietniku

Transformację ustrojową wedle recept z dorobku Chicago Boys, Thatcher i Reagana przeprowadziły u nas dzieci komunistów, zaczytane przez lata w Trockim, Abramowskim i Berlinguerze. Wspierał ich z Belwederu facet, który popularność zawdzięczał masowemu, głównie robotniczemu ruchowi o egalitarnych hasłach i dążeniach. Aby gniew ludu nie przeszkodził w całej operacji, zupki bezrobotnym rozdawał – niczym rasowy XIX-wieczny filantrop – wieloletni partyjny kumpel Balcerowicza, czyli człowiek, który do dziś uchodzi za ikonę konsekwentnej lewicowości.

Po kilku latach zastąpili ich w tym mało zbożnym dziele inni. Niedawni członkowie partii odwołującej się do Lenina i Marksa, teraz przodowali w prywatyzacji – sprzedaży byle komu, za byle jakie pieniądze – państwowych przedsiębiorstw, bo przecież „rynek wie lepiej”, a „klasa średnia to przyszłość Polski”. Oczywiście wiedzieli, że wolny rynek wymaga ofiar – dlatego do dziś opłakują nieodżałowanego pioniera biznesu, Ireneusza Sekułę.

W drugiej połowie dziewiątej dekady minionego już stulecia, pałeczkę przejęło ugrupowanie z „solidarnością” w nazwie, zbudowane na bazie związku zawodowego. I wprowadziło „reformy” o charakterze stricte liberalnym, nie mające nic wspólnego z solidaryzmem czy to społecznym, czy narodowym. Bez pardonu likwidowało należące do państwa przedsiębiorstwa, także te, które stanowiły bastiony kurczących się w błyskawicznym tempie związków zawodowych. Nawiasem mówiąc, wbrew namolnej propagandzie „obiektywnych” mediów oraz liderów związku zawodowego biznesmenów (o wymownej nazwie „Lewiatan”), do „wszechpotężnych” związków zawodowych należy mniej więcej co dziesiąty pracownik w Polsce, zaś one same nie istnieją w znakomitej większości firm. Co zresztą nie zmienia faktu, że polscy biznesmeni nie potrafią zazwyczaj wypracować zysków wyższych niż osiągane przez ich odpowiedników z Niemiec czy Skandynawii, gdzie związki mają do powiedzenia o wiele więcej niż u nas.

Za wspomniane działania rząd AWS był krytykowany przez lidera postkomunistów, którego bardzo oburzał widok emerytów szukających jedzenia w śmietnikach. Lider ten jednak, już jako ex-lider, zaledwie kilka lat później przekonywał na łamach skrajnie liberalnego tygodnika „Wprost”, że najlepszą receptą na rozwój społeczny jest… niski podatek liniowy. Pewnie chciał dobrze – jeśli zamożni zapłacą niższe podatki, to zostanie im więcej w portfelach, a zatem kupią więcej jedzenia, czyli więcej go też wyrzucą na śmietnik („co za dużo, to i świnia nie zeżre”, jak mówi ludowe przysłowie), więc emeryci się podtuczą. Wszak przypływ podnosi wszystkie łodzie, jak uczy nas niemalże taoistyczny aforyzm ze skarbnicy mądrości „Lewiatana”.

Po jeszcze kolejnej zmianie warty do władzy doszli miłośnicy „Polski solidarnej”. Ci z kolei, gdy tylko przestali serwować wyborcze spoty z lodówkami opróżnionymi przez liberałów (choć kto wie, czy nie ogołocili ich emeryci, zniecierpliwieni tym, że w śmietnikach nie przybywa rarytasów), postanowili obniżyć podatki najbogatszym. Bez żadnego sprzeciwu ze strony Prezydenta, ponoć bardzo wrażliwego społecznie, bo z żoliborskim powietrzem już w kołysce chłonął etos tamtejszej zaangażowanej inteligencji. Zapewne tam on i jego brat wchłonęli ideę, by problemy socjalne w XXI wieku rozwiązywać za pomocą becikowego. Wszak żadnych kompleksowych zmian w systemie zabezpieczenia społecznego „solidarny” rząd nie wprowadził.

Nie tylko politycy są w Polsce – tak to trzeba nazwać – schizofrenikami. Niedawno okazało się, że największy związek zawodowy – NSZZ „Solidarność”, postanowił złożyć hołd Jerzemu Buzkowi jako nowo wybranemu szefowi Parlamentu Europejskiego. Niepomna tego, że Buzek doprowadził do znaczącego skoku bezrobocia, a swoimi decyzjami mocno uszczuplił związkową bazę, „Solidarność” wydała oświadczenie o owym Buzku jako „człowieku o wielkiej wrażliwości społecznej, który doskonale rozumie problemy pracownicze”. To mniej więcej tak, jakby dojść do wniosku, że Józef Stalin doskonale rozumiał zasady demokracji i dbał o swobody obywatelskie. Bo przecież konstytucja ZSRR była deklaracją przestrzegania wszelkich zasad i swobód, a nawet obiecywała cuda.

À propos związków zawodowych. Są w Polsce ludzie, którzy wierzą, że wśród związków zawodowych te duże są złe, bo zbiurokratyzowane i skorumpowane, a pracowników naprawdę bronią tylko małe związki, zwane radykalnymi i bojowymi. No cóż, ja do kolekcji politycznych absurdów dołączyłem właśnie przypadek nieco odmienny. Otóż taki właśnie „radykalny” i „bojowy” związek zawodowy, o nazwie WZZ „Sierpień ‘80”, został niedawno ukarany przez sąd za to, że… bezprawnie zwolnił z pracy w swojej Komisji Krajowej kilka osób, w tym dziewczynę ciężko chorą na raka. Myślę, że „Sierpień ‘80”, który od lat bezskutecznie próbuje wprowadzić swoich ludzi do parlamentu, powinien teraz mieć już z górki. Widzę go w koalicji z Millerem i „Lewiatanem” – towarzystwo w sam raz dla związkowców łamiących kodeks pracy. A i nośne hasło wyborcze dla tego sojuszu się znajdzie, np. „Nie szukaj szczęścia w pracy – znajdziesz je na śmietniku”.

Na jakiekolwiek ideologiczne i praktyczne „wyprostowanie” polskiej polityki definitywnie straciłem natomiast nadzieję w ostatnich dniach. Stało się to za sprawą Platformy Obywatelskiej. Tym razem szok był jednak znacznie większy niż w przypadku wspomnianych wcześniej zdarzeń. Otóż PO, czyli partia, której szczerze nie cierpię i za doktrynę, i za praktykę, i za personalia – postanowiła promować rozwiązanie ze wszech miar pozytywne. Jej prominentni politycy oznajmili, że warto się zastanowić nad zmniejszeniem należności przekazywanych do Otwartych Funduszów Emerytalnych w ramach tzw. II filaru.

PO słusznie argumentuje, że po pierwsze państwowy ubezpieczyciel, czyli ZUS, jest lepszym gwarantem wypłacania emerytur niż prywatne firmy – z tego względu, że sama instytucja państwa ma charakter znacznie bardziej „długofalowy” niż choćby najbardziej stabilna firma prywatna. Po drugie, prywatne fundusze emerytalne wcale nie gwarantują wyższych świadczeń, bo nie dość, że ich celem jest maksymalizacja własnego zysku, nie zaś dbałość o emeryturę jakiegoś tam Kowalskiego (zresztą, jak wiemy, w Polsce emeryt i tak się wyżywi, na śmietniku), to w dodatku pieniądze ze składek inwestują w przedsięwzięcia tyleż ryzykowne, co podatne na ogólne trendy gospodarcze, jak choćby kryzys finansowy, który właśnie przeżywamy. Po trzecie wreszcie, w tych krajach, w których istnieją rozwiązania podobne do stosowanych w Polsce, zazwyczaj do OFE trafia mniejsza część składki (zatem świadczeniobiorca jest słabiej uzależniony od wahań zysków i poczynań prywatnych firm), niższy jest też poziom zysków, które ustawodawca pozwolił czerpać prywatnym ubezpieczycielom z pieniędzy obywateli (a zatem większe kwoty „pracują” na rzecz przyszłych emerytów i przypadną w udziale im zamiast OFE).

Różnych rzeczy się spodziewałem, ale nie tego, że partia otwarcie liberalna zaproponuje rozwiązanie zgodne z trendem, nazwijmy to, socjaldemokratycznym, odwołujące się wprost do zasady solidaryzmu społecznego i stanowiące odwrót od optyki indywidualistycznej, czy raczej – egoistycznej. Chyba mniejszy szok przeżyłbym, gdyby w Wigilię jakiś pies przemówił do mnie ludzkim głosem, co podobno może się zdarzyć, ale nie zdarzyło.

Tymczasem, zamiast ludzkiego głosu u psa, zaistniało na kanwie pomysłu PO coś zgoła przeciwnego, mianowicie ujadanie w wykonaniu ludzi. Ujadali nie tylko UPR-owscy ultraliberałowie, aktywni w rozmaitych politycznych pyskówkach odwrotnie proporcjonalnie do poparcia i znaczenia swojej partyjki, zawsze gotowi bronić „świętej własności prywatnej” i pomstować na państwo, nawet jeśli są gołodupcami zatrudnionymi w urzędzie gminnym. Do tego dyżurnego chóru dołączyli tym razem liczni zwolennicy PiS-u – nie tylko z jego liberalnego skrzydła, złożonego głównie właśnie z ex-upeerowców, ale także tacy, którzy werbalnie deklarowali się jako „solidaryści”, przeciwni „liberałom-aferałom” z PO.

Przez prawicowe fora internetowe przetoczył się jazgot spod znaku „Tusk kradnie nasze emerytury!!!”. Mojej na razie nie ukradł, za to pewien OFE obłowił się już nieco na składkach, które w imię wolnego rynku, przeciwstawionego „państwowemu molochowi”, muszę pod groźbą paragrafu przekazywać prywatnej firmie, do której nie mam żadnego zaufania i która, jak mniemam, pokaże mi gest Kozakiewicza, gdy za kilka dekad zostanę emerytem. No ale od czego są śmietniki, dam sobie radę.

W tym jazgocie pojawił się wątek rozsądny, wskazujący, że majstrowanie przy składkach emerytalnych ma służyć tuszowaniu rosnącego problemu z deficytem w zasobach budżetowych. Święty Boże, pomyślałem, świat byłby cudowny, gdyby dobre rzeczy robiono w nim zawsze z mądrymi intencjami, wyłącznie ze szlachetnych pobudek, w sposób przemyślany i rozsądny. Ale tak przecież nie jest. Największe zdobycze socjalne i zarazem cywilizacyjne zawdzięczamy tyleż pomysłom i wysiłkom porządnych ludzi, co i skutkom strasznych wydarzeń. Najpierw cały świat musiał pogrążyć się w nieoczekiwanym krachu o nazwie Wielki Kryzys, z takimi jego „atrakcjami” jak masowe bezrobocie, nędza, a nierzadko wręcz głód, aby nastąpiła po nim epoka etatyzmu, interwencjonizmu w gospodarkę oraz wzięcia przez państwo odpowiedzialności za los obywateli, gdy sami sobie z nim nie radzą, a śmietniki świecą pustkami. Przez znaczną część globu musiała się przetoczyć hekatomba II wojny światowej, żeby po niej nastąpiła odbudowa społeczna i gospodarcza, która w stosunku do realiów sprzed roku 1939 była prawdziwym skokiem do rogu obfitości i bezpieczeństwa. Tak już jest świat urządzony, że ludzie rzadko są mądrzy przed szkodą, a dobre pomysły z kart „utopijnych” rozważań wchodzą do praktyki politycznej dopiero wtedy, gdy już gorzej być nie może.

Nawet gdyby Tusk i spółka chcieli wprowadzić wspomniane zmiany w systemie emerytalnym w imię najgorszych intencji, to każdy faktyczny „solidarysta” powinien je poprzeć. Oznaczają bowiem odejście od mechanizmów indywidualistyczno-rynkowych na rzecz rozwiązań wspólnotowo-solidarnych. Tusk kiedyś rządzić przestanie, zaś zmiany w systemie ubezpieczeń emerytalnych – pozostaną.

Jakkolwiek uważam rządy PO za szkodliwe i chciałbym, żeby zakończyły się jak najszybciej, to wobec deklarowanego przez Tuska liberalizmu nie jestem zaskoczony ich przebiegiem. Zaskakują mnie natomiast – pozytywnie – decyzje idące, choćby mimochodem, pod prąd doktryny egoistyczno-prywatyzacyjnej. Jeśli zaś alternatywą wobec PO ma być PiS, który opowiada „solidarne” bajki, a prowadzi liberalną politykę gospodarczą, zaś jego zwolennicy zapluwają się w obronie OFE, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam.

Wiem już, że polska polityka nie ma nic wspólnego z logiką, z odpowiedzialnością za słowa, z konsekwentnymi postawami, z powszechnie przyjętymi wzorcami ideowymi. Ale to jeszcze nie powód, żeby głosować wbrew swoim przekonaniom, a przede wszystkim – wbrew własnym interesom. Jeśli liberał Tusk zamierza zminimalizować ryzyko, że na emeryturze będę penetrował śmietniki, to niech już lepiej rządzi on niż „solidaryści” solidarni z interesami OFE, nie zaś z moimi.

Andrzej Gwiazda: Zmiany w IPN

Prezentujemy opinię Andrzeja Gwiazdy, członka Kolegium IPN, o planowanych zmianach w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej. Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowanie tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.

Projekt zmian ustawy o IPN, zgłoszony przez posła Chlebowskiego, przewiduje uchylenie lub zmianę około 40 istotnych przepisów, w tym likwidację Kolegium IPN i zastąpienie go Radą IPN. W dotychczasowej dyskusji najwięcej uwagi poświęcono właśnie tej propozycji oraz zmianom silnie osłabiającym niezależność i pozycję Prezesa IPN, a tym samym niezależność całego Instytutu.

Jedyną jednoznacznie korzystną zmianą jest ustawowe wykluczenie anonimizacji w udostępnianych dokumentach.

Najbardziej niebezpieczną propozycją jest uchylenie ust. 2 w art. 5. Art. 5 precyzuje jakie służby i instytucje, „w rozumieniu ustawy”, zalicza się do organów bezpieczeństwa państwa. Ustęp 1 tego artykułu wymienia czternaście takich służb i instytucji komunistycznego państwa polskiego. Natomiast ustęp 2 rozszerza to pojęcie na „organy i instytucje cywilne i wojskowe państw obcych o zadaniach podobnych do zadań organów, o których mowa w ust.1.”.

Uchylenie ust. 2 Art. 5 w zasadniczy sposób zmienia podstawowe zadania IPN określone w Art. 1. – „ewidencjonowanie, gromadzenie, przechowywanie, opracowywanie, udostępnianie i publikowanie dokumentów organów bezpieczeństwa państwa”, (podkreślenie – A. G.).

Wprawdzie w gestii IPN pozostają nadal dokumenty „organów bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy i ZSRR”, jednak dotyczy to tylko zbrodni: nazistowskich, komunistycznych, wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości i pokojowi. W sprawie postępowania nie kwalifikującego się do kategorii zbrodni, art. 1. odwołuje się do art. 5. Tego artykułu, z którego poseł Chlebowski zamierza wykreślić przepis pozwalający IPN zajmować się działaniami służb państw obcych. Powstaje pytanie, co IPN ma zrobić z dokumentami dotyczącymi służb takich, jak np. niemiecka Stasi, rumuńska Securitate i im podobnych, oraz działaniami Gestapo, NKWD, KGB, które nie mieszczą się w wymienionych kategoriach zbrodni. Nowa ustawa nie pozwalałaby nawet takich dokumentów przechowywać.

Uchylenie ust. 2 art. 5. spowoduje, że funkcjonariusze i współpracownicy „organów” państw obcych, na pytanie lustracyjne powinni odpowiedzieć: „Nie współpracowałem”. Rezydent KGB będzie mógł zostać prezesem IPN lub prezydentem RP.

Autorzy projektu zmian ustawy chcą wyłączyć z „organów bezpieczeństwa państwa” urzędy cenzury oraz urzędy do spraw wyznań (Art. 5, ust. 1. pkt. 13 i 14).

Organy cenzury, jakkolwiek nie popełniały bezpośrednich zbrodni, wypełniały zadanie ukrywania i pochwały tych zbrodni. Cenzura, w przeciwieństwie do instytucji wymienionych w pkt. 1-12, skierowana była nie przeciw osobom lub grupom, lecz przeciwko całemu narodowi. Cenzura nie tylko uniemożliwiała swobodę wypowiedzi jednostkom, np. literatom. Cenzura, działając niejawnie, przez blokowanie informacji okłamywała całe społeczeństwo, co kwalifikuje jej działania jako łamanie praw człowieka.

Wyłączenie urzędów do spraw wyznań uważam za błędne, lecz ocenę pozostawiam czytelnikom.

Uchylenie art. 7 definiującego dokument w rozumieniu ustawy jest niedopuszczalne. Nie istnieje uniwersalna, powszechna definicja „dokumentu”. Każdy dział działalności intelektualnej definiuje ten termin stosownie do swej specyfiki. Według słownika, na potrzeby nauki „dokument” definiuje się zgodnie z treścią art. 7. Uchylenie tego artykułu spowoduje dowolność w uznaniu, co jest dokumentem. W księgowości dokumentem jest to, co da się zaksięgować, w zagadnieniach prawnych za dokument uważa się „pisemny ślad czynności prawnej” i takiego rozstrzygnięcia należy się spodziewać, gdy spory o definicję dokumentu zostaną skierowane do sądu. Pozwoli to sparaliżować pracę IPN, co wydaje się celem tej zmiany.

Omówiłem na początek najbardziej bulwersujące propozycje zmian, by zwrócić na nie uwagę. Te propozycje w tak oczywisty sposób pokazują intencje ich autorów, iż każdy może je właściwie ocenić.

Kolejne zmiany nie są już tak oczywiste. Niektóre propozycje na pierwszy rzut oka mogą się wydawać słuszne, inne pozbawione znaczenia. Aby zorientować się w ich prawnych i praktycznych skutkach, konieczne jest poświęcenie dużej ilości czasu, „surfowania” po gąszczu odwołań od jednego do kilku nieraz innych artykułów, ustępów, punktów, które z kolei też odwołują się do jeszcze innych. W wyniku tych rajdów prawnych, nic nie znacząca z pozoru zmiana urasta do poziomu dywersji narodowej lub okazuje się tylko bublem prawnym, bublem logicznym lub kosmetyką bez znaczenia. Do oceny skutków prawnych niektórych przepisów konieczna jest znajomość warunków i środowisk, w których te przepisy będą realizowane.

Każdy projekt ustawy musi być poddany pod publiczną dyskusję. Obowiązek uzasadnienia celowości i słuszności projektu ciąży na autorze. Znaczącym błędem projektu jest uchylenie się jego autorów od tego obowiązku.

Wyklucza to równorzędną dyskusję, gdyż zmusza krytykującego do przypisywania autorom intencji i celów. Jest to dla dyskutanta sytuacja niewygodna, gdyż stwarza wrażenie stronniczości i braku obiektywizmu. Błędy wynikające z ignorancji autora, mogą być potraktowane jako wynik złej woli lub celowe zastosowanie manipulacji. W ocenianym projekcie możemy znaleźć wiele przykładów niedbalstwa i niekonsekwencji, które pozwalają przypisać autorom złą wolę.

Podam na końcu kilka takich przykładów. Teraz jednak zajmę się ważniejszymi propozycjami zmian, jak również tym, czego w projekcie zabrakło.

Proponowane zmiany ustawy ignorują zasadę niezależności IPN. Jej fundamentem jest niezależność pracowników IPN, szczególnie na stanowiskach kierowniczych. W art. 9 czytamy: „Prezes IPN w sprawowaniu swego urzędu jest niezależny od organów władzy państwowej”.

Warunkiem niezależności jest w pierwszym rzędzie brak wszelkich przesłanek mogących budzić podejrzenie o nawet bardzo luźną współpracę z „organami bezpieczeństwa państwa”, wymienionymi w art. 5. Art. 11. precyzuje warunki ochrony IPN przed przedostaniem się do niego współpracowników „organów bezpieczeństwa państwa”.

Uważam, że art. 11. powinien uwzględniać również przypadki, w których ujawnienie informacji o współpracy nastąpiło w czasie pełnienia funkcji.

Projekt zmian ustawy konsekwentnie ignoruje zabezpieczenia. Nawet proponując nowe stanowiska lub funkcje, pomija konieczność „lustracji” kandydatów.

Drugim warunkiem niezależności IPN, jest zabezpieczenie przed wpływami koterii politycznych. Kluczem do takiej niezależności jest niezależność Prezesa IPN. Proponowane zmiany w art. 10 ust. 1, art. 13, art. 15, art. 23, ust. 2, oraz w art. 24a, tak silnie osłabiają pozycję prezesa IPN i otwierają tak wiele dróg korporacyjnej i politycznej presji, że w sumie stają w jawnej sprzeczności z art. 9 o niezależności Prezesa IPN.

Nowa treść art. 10. przewiduje, że Prezes IPN powoływany jest przez sejm większością 3/5 głosów, natomiast odwoływany jest zwykłą większością! Taka asymetria procedury powoływania i odwoływania Prezesa poddaje go tak silnej presji politycznej, iż w praktyce czyni Prezesa IPN klientem aktualnie większościowej, jawnej lub ukrytej koalicji sejmowej.

Nowy art. 24a dodaje dwa tory odwołania Prezesa, przez odrzucenie rocznego sprawozdania: przez Sejm oraz przez Radę IPN. Zmiana ustawy nie precyzuje, czy Prezes składa Sejmowi i Radzie identyczne sprawozdanie, czy różne. Nie określa też skutków prawnych przypadku, gdy Sejm sprawozdanie Prezesa przyjmie, natomiast Rada odrzuci.

Nowa treść art. 15 likwiduje Kolegium IPN i zastępuje je Radą IPN. Kolegium liczy 11 członków, Rada ma mieć tylko 9, co wydaje się bez znaczenia. Za to Rada miałaby nieco szersze kompetencje niż Kolegium, w szczególności ograniczałaby kompetencje Prezesa.

Członkowie Rady IPN mieliby być powoływani: dwóch przez Prezydenta spośród czterech kandydatów desygnowanych przez Krajową Radę Sądownictwa, dwóch przez Senat i pięciu przez Sejm spośród odpowiednio 4 i 10 kandydatów przedstawionych przez zgromadzenie elektorów. Po dwóch elektorów wybierają Rady wydziałów uczelni, mających prawo nadawania tytułu doktora habilitowanego w dziedzinie historii.

Proponowane zmiany w art. 15 z pozoru mają uniezależnić kierownictwo IPN od bieżących interesów ugrupowań politycznych. Pobieżna nawet analiza propozycji wskazuje, że miałyby skutek przeciwny. Andrzej Urbański zauważył, że zmiany w art. 15 przekształcają IPN z instytucji państwowej w instytucję silnie uzależnioną od korporacji.

Tak dotychczas atakowane „upolitycznienie” IPN, czyli mianowanie prezesa i kolegium przez wybieranych w wyborach powszechnych Prezydenta, Sejm i Senat, odzwierciedlało w możliwie wierny sposób wolę narodu co do działań IPN. Proponowane zmiany ubezwłasnowolniają pochodzące z powszechnych wyborów władze, ograniczając ich rolę do akceptacji kandydatów, przedstawionych przez instytucje o charakterze korporacyjnym, które nie podlegają społecznej kontroli i same dla siebie tworzą hierarchię stanowisk. Rozwiązanie takie powoduje rozmycie odpowiedzialności. Ani uczeni historycy delegujący elektorów, ani sami elektorzy nie czują się odpowiedzialni za swe decyzje, gdyż wyznaczają tylko kandydatów, a wyboru dokonuje Sejm i Senat. Senatorzy i posłowie też nie czują się odpowiedzialni, gdyż w swych decyzjach są ograniczeni do wyboru spośród kandydatów, których im narzucono. Osobnym zagadnieniem jest delegowanie kandydatów przez Radę Sądownictwa, z których Prezydent może wybrać członków Rady IPN. Taka procedura ma uzasadnienie w przypadku prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Zastosowanie jej dla mianowania członka Rady IPN jest pozbawione sensu. Jest to w dodatku propozycja dezawuująca, a nawet obraźliwa dla urzędu Prezydenta RP.

Prezydent, posłowie i senatorowie mogą nie mianować przedstawionych im kandydatów, uruchamiając karuzelę delegowania elektorów i wyznaczania kandydatów tak długo, aż zmuszą elektorów do zapytania partii politycznych, kogo mają przedstawić jako kandydatów, czyli wrócić do procedury obecnej.

Z drugiej strony, korporacje naukowe mogą zbojkotować ustawę, tak jak zbojkotowały ustawę nakazującą złożenie oświadczeń lustracyjnych. Wtedy Radę wybiera się tak, jak teraz Kolegium.

Podniesienie wymagań minimalnego stopnia naukowego z magistra na doktora, nie ma większego znaczenia, choć w odbiorze społecznym podnosi prestiż Rady.

Natomiast praktyczne ograniczenie składu Rady do zawodu historyka, słuszne jest tylko z pozoru. Historia ma wiele działów, których wybitni specjaliści mogą mieć wątłą wiedzę z działów, którymi się nie zajmują. Szczególnym działem historii jest historia najnowsza. Jest to dział, którego znakomita większość historyków starannie unika, nie tylko z obawy narażenia się politykom, ale przede wszystkim z powodu dynamiki rozwoju tego działu, w którym często pojawiają się nowe fakty, dezawuujące ustalone poglądy i wykonane prace. Na wydziałach historycznych uniwersytetów panuje powszechna niechęć, żeby nie powiedzieć pogarda czy wrogość wobec adeptów historii najnowszej. Dlatego specjaliści z historii najnowszej najczęściej pracują na wydziałach innych niż historyczne. Mają więc małą szansę na członkostwo w Radzie IPN.

Propozycja powierzenia głównej roli w kształtowaniu działalności IPN korporacjom, które niedawno w sposób zorganizowany zbojkotowały ustawę lustracyjną, zdumiewa i nasuwa obawy o bezstronność w ten sposób wyłonionej Rady i przedstawionego przez tę Radę kandydata na Prezesa. Tym bardziej, że postanowienia nowego art. 15. nie przewidują „lustracji” ani elektorów, ani wybranych przez nich kandydatów do Rady IPN. Tak więc: Rady wydziałów, które odmówiły poddania się „lustracji” wybiorą niesprawdzonych według art. 11 elektorów, ci przedstawią równie niesprawdzonych kandydatów. Dopiero po wyborze członków Rady przez Prezydenta, Senat i Sejm zadziałają przepisy art. 11 i może się okazać, że nie mogą oni pełnić tej funkcji.

Projekt zmian ustawy o IPN, oprócz omówionych ważnych zmian, zaskakuje ilością błędnych propozycji, a także stwierdzeń, które z pozoru cieszą. Omówienie wszystkich zajęłoby co najmniej drugie tyle tekstu. Podam więc kilka krótkich przykładów.

W art. 36 czytamy: „Dokumenty … których odnalezienie nie wymaga kwerendy … udostępniane są w ciągu 7 dni”. To zbyt piękne. Czytam jeszcze raz i okazuje się, że dotyczy to tylko instytucji państwowych. Dla nas, szaraczków, oznacza to wypchnięcie na koniec kolejki.

W art. 30 znajdujemy jeden przepis, nakazujący udostępniać oryginały dokumentów oraz drugi, nakazujący usunąć z udostępnianych oryginałów dane „wrażliwe”. Spełnienie obu nakazów wymaga zniszczenia oryginałów. Tenże art. 30 jakby na kpinę wymaga zatajenia wyznania, poglądów filozoficznych, pochodzenia etnicznego i rasowego!

Szczytem ignorancji jest wymaganie, by Prezes IPN w ciągu pół roku opublikował „szczegółowy i kompletny inwentarz archiwum IPN”. Zasób IPN stanowi stos o wysokości 86 km. Jego inwentarz będzie liczył zdaniem specjalistów-archiwistów kilkanaście tysięcy stron. Opracowanie go zajmie co najmniej kilka lat.

W opinii zespołu prawników projekt nie daje podstaw do dalszych prac legislacyjnych.

Andrzej Gwiazda

Powyższy tekst ukazuje się w ramach współpracy Autora z pismem „Obywatel” (Andrzej Gwiazda jest członkiem Rady Honorowej pisma). Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowaniu tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.

Wierni trzydziestoletni

Wchodziłem w dojrzałość w czasach, gdy publicystyczną karierę robiły terminy „X Generation” albo „pokolenie nic”. Przeważały opinie, że pokolenie to w zupełności zostanie sformatowane przez media i rynek, że nie będzie czuło potrzeby pamięci i będzie mu z tym nieźle. Miało to być pokolenie bezwzględnych reguł rynku, imprez, gadżetów, otwartości i nijakości. Pokolenie o tyle kosmopolityczne, że bez własnej, narodowej tożsamości, bo ta miała być już zbędna. Pokolenie niczym zbiorowy Zelig, które przystosowuje się do otaczających je realiów, by ukołysane „zbiorową narracją” społeczeństwa konsumpcji mogło odnaleźć jeśli nie sens istnienia, to przynajmniej motywację do obracania się w kieracie III RP.

Lata mijały, pokoleniu przybywało doświadczeń. Z chłopaczków i dziewcząt dzieci z czasów PRL przemieniały się w licealistów, uczniów techników i zawodówek. Nie mieli już tyle szczęścia, co nieco starsi od nich, którzy kończyli studia i zasysał ich rynek spragniony „nowych ludzi”. Byli jeszcze zbyt młodzi. Szli do pracy, na studia, albo jedno i drugie. Dojrzewając, śpiewali „panie Waldku, pan się nie boi…”, wybierali (albo i nie) przyszłość z Aleksandrem Kwaśniewskim, oglądali triumf i upadek AWS, triumf i upadek SLD. Oglądali na własne oczy przaśny kapitalizm początku lat 90., blitzkrieg koncernów na polski rynek. Dojrzewali niejako pod dyktando najbardziej opiniotwórczej gazety w Polsce. Wyjeżdżali z kraju za chlebem, nielegalnie i legalnie. I właściwie mieli święty spokój od Historii, z którą jeszcze za ich dzieciństwa zmagali się starsi. Nic ciekawego, w gruncie rzeczy. Publicystyczna przepowiednia powinna się spełnić w stu procentach. A jednak…

Może to kwestia perspektywy, może środowiska, ale mam całkiem przyjemne wrażenie, że plus-minus trzydziestoletni nie dali dorobić sobie gęby „pokolenia bez tożsamości”. Że jednak w jakiejś mierze zawiedli proroków publicystyki. Trzydziestoletni nie zapomnieli o swoim kraju/państwie, czy też (to już oczywiście kwestia jednostkowa) „wrócili do Polski”. Na różne sposoby. W ideowej, intelektualnej debacie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku ich coraz mocniej słyszany i obecny głos nie stroni od spraw ojczyzny. Niezależnie od tego, czy są bardziej z prawa, czy bardziej z lewa, mniej lub bardziej świadomie musieli (a często też chcieli) opowiedzieć się wobec Polski jako swojego kulturowego, historycznego, społecznego dziedzictwa. Bo z horyzontu ich doświadczeń nie dało się jednak wyretuszować ojczyzny, choć jak powiada poeta „gorzki to chleb jest, polskość”. To pokolenie, które kuszono „lepiej i piękniej”, a z pewnością subtelniej niż poprzednie, zaczęło, czasem wręcz natrętnie, interesować się własnymi dziejami, własną tożsamością, tradycjami ideowymi, ustrojowymi, religijnymi. To pokolenie, które miało zająć się po prostu sobą i świetlaną przyszłością, wcale się nie wykorzeniło, nie wyobcowało z polskości.

W niedawno emitowanym przez TVP2 dokumencie „Fantazmaty Powstania Warszawskiego” Jan Klata wspominał, że gdy spotyka się ze swoimi rówieśnikami z zagranicy, wyrażają zdziwienie, dlaczego on, jako Polak, interesuje się przeszłością swojego narodu. Oni uważają to za brzemię, dyskomfort. Klata konkludował, że z jego perspektywy to im czegoś brak. Banalne, ktoś powie, naiwne. Może nawet, doda inny, fatalne, że jesteśmy jednak wciąż tacy cholernie historyczni, że nie pozwalamy sobie na luksus zapomnienia. I że jesteśmy niepoprawni, bo już następne pokolenie, które dopiero za 10-20 lat w pełni dojdzie do głosu, zabawia się w polskość, gdy tyle ciekawszy rzeczy do zrobienia.

Wierni trzydziestoletni, to brzmi patetycznie, to brzmi pretensjonalnie. Ale rzecz nie w tym, by nadymać się wielkimi słowami. Po prostu widzę wokół siebie ludzi, którzy myślą o Polsce i przez Polskę. Tworzą własne projekty, publikują w prasie wysokonakładowej, piszą powieści, są dziennikarzami, prawnikami, biznesmenami, redaktorami, wykładowcami, kapłanami, reżyserami, widać ich w telewizji, radio, są w Internecie. Mają różne pasje, różne sposoby na życie i zarabianie. Bynajmniej nie są święci, bo nie święci garnki lepią. Ale są wierni, choć kilkanaście lat temu przepowiadano im zgoła inny los. Dlatego nie ufam prorokom. Ani tym, co wybierają przyszłość, ani tym, co z egzaltacją wypłakują swoje jeremiady. Ufam trzydziestoletnim, bo okazali się na tyle krnąbrni, by pozostać Polakami…

Trudno nie wierzyć w nic

Kto by się tym przejmował, skoro dopiero co poleciało na odpowiedzialną wojnę w parlamencie ćwierć rządu, kolejne ćwierć przestało rządzić, a jutro może się okazać, że papierów z CBA jest dość, żeby wymieść resztę.

No tak. Ale moje życie toczy się tu, a nie tam. Więc może poranne pytanie o los byłego prezesa jednak ma sens?

Równo miesiąc krąży w przestrzeni międzyplanetarnej moja prośba do Rzecznika ZUS o podanie linka do pewnego dokumentu:

http://www.pojedyncze.salon24.pl/126631,to-samo-pytanie-do-rzecznika-zus-po-raz-trzeci

Rzecznik jest w sumie rzeczowy – już po ośmiu dniach odpowiedział, że linka nie poda, bo raportu nie ma w sieci. Dalsza korespondencja dotyczy więc przekazania samego raportu. W e-mailu obiecał, że poszuka. Ale nie poszukał. Może już tam nie pracuje? Kto by nad tym wszystkim zapanował w końcu? Kto by zapamiętał.

„Przedwieczorny”, komentując w salonie24 pomysł Igora Janke, żeby coś obywatelskiego zrobić z rządowymi aferami, pisze:

http://jankepost.salon24.pl/130232,nie-dajmy-sie-robic-w-bambuko

„Podobnie jak media zajmujemy się jakimiś bieżącymi sprawami i po jakimś czasie przechodzimy do następnych, stare, często ważne, pozostawiając bez kontynuacji. Czy nie warto założyć czegoś w rodzaju zakładki do spraw, które warto śledzić i kontynuować.

Przydałoby się.

Pierwszy do zakładki mógłby być tekst o aresztowaniu prezesa ZUS-u. Mogę to monitorować i uzupełniać. „Tylko po co?” – wisi mi nad głową tytuł blogu Krzysztofa Leskiego z salonu 24. A może by to i po coś było?

Bo przecież należy realizować swoje pomysły. Należy także wierzyć swoim marzeniom oraz powtarzać: We can. Wtedy dostajemy Nobla.

– „Nie możemy tolerować świata, w którym terror jądrowego holocaustu stanowi zagrożenie” – mówi, słusznie zresztą, noblista Obama, prowadzący wciąż przynajmniej dwie wojny. I pozwalający, by szef NASA wywalał w Księżyc półtorej tony trotylu w postaci eksperymentalnego walnięcia małą bombką. W końcu szukamy tam wody:

http://wiadomosci.onet.pl/2057772,16,strzelili_w_ksiezyc_10-kilometrowa_chmura_pylu_widzielismy_krater,item.html

Co tam jacyś poeci, raz, dwa, trzy durnie śpiewający:

„Oto w ciszy spada gwiazda przez miliony świetlnych lat pędzi gdzieś niemiłosiernie żeby zatrzeć własny ślad pewnie już się rodzi wariat który zmieni gwiazdy bieg lub wykopią na niej dziurę a to wróży raczej źle”

My, Ludzkość, możemy wszystko. We can.

Ale może jednak należy wierzyć noblistom? Niezależnie od dziedziny, w której ich uhonorowali? Taki Saramago na przykład. W ostatniej powieści pt. „Miasto białych kart”, którą znam na razie tylko z recenzji Ryszarda Kozika w papierowej „Wyborczej”, podsuwa nam świetny pomysł.

„Nagle, bez żadnej zapowiedzi, agitacji ani skoordynowanej akcji 70 procent wyborców wrzuca do urn białe kartki. Dostają szanse poprawy, czyli powtórkę wyborczą, gdy jednak jej nie docenią – tym razem ponad 80 procent kart w urnach jest biała – przychodzi pora na bardziej zdecydowane środki. Do akcji wkraczają służby specjalne, wprowadzony zostaje stan oblężenia, a w końcu politycy postanawiają ukarać niewdzięczników najsurowiej jak potrafią: władze (a wraz z nimi wojsko czy policja) opuszczają stolicę. Radźcie sobie sami!”.

Och, jakbym chciała, żeby nasi też się obrazili i wyprowadzili. Przedtem musielibyśmy im wrzucić do urn te białe kartki. Pomysł jak pomysł – jeszcze dwa lata temu wszyscy krzyczeli, że to nieobywatelskie nie iść na wybory albo iść z pustą kartką. Teraz coraz więcej w Internecie miejsc, gdzie ten pomysł wydaje się sensowny:

http://civicspace.wordpress.com/2009/06/09/wybralem-nie-glosowalem/

http://stokwiatow.salon24.pl/129211,obywatele-dla-bojkotu

***

Gdyby moi politycy się wyprowadzili. Gdyby przestali do mnie wysyłać te swoje sprzeczne komunikaty. Że wszyscy niewinni, więc wszyscy muszą odejść.

Gdyby zostawili miejsce jakimś normalnym ludziom, którzy by się zajęli ordynacją wyborczą, wydawaniem publicznych pieniędzy na służbę zdrowia czy bezpieczeństwo.

Żeby jutro największy szpital na Pomorzu nie zamykał drzwi przed pacjentami i nie pozywał NFZ do sądu za to, że nie chce mu płacić za nadplanowe (w październiku!) leczenie pacjentów: „Szpitale w całym kraju wielokrotnie pozywały NFZ, domagając się pieniędzy za tzw. nadwykonania, czyli leczenie chorych ponad ustalony limit. Teraz chodzi o coś innego – będą prosić sąd, żeby ustalił wysokość podstawowego kontraktu, bo same nie mogą dojść do porozumienia z Funduszem”

(http://wyborcza.pl/1,75248,7108686,Sad_ma_zmusic_NFZ_do_kontraktu.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=2015058)

Żeby ktoś ogarnął wreszcie, że nie ma nic tajemniczego w tym, że codziennie w Warszawie płoną miejskie autobusy. Że zwolnienie dyrektora nic nie pomoże, skoro „kilka lat wcześniej firma popełniła błąd, zwalniając w ramach cięcia kosztów ponad 500 z 1,5 tys. pracowników zaplecza technicznego. /…/ Lepsze efekty mają zaś przynieść zakupy urządzeń diagnostycznych wyższej jakości”

(http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34905,7113363,Dlaczego_warszawskie_autobusy_wciaz_plona_.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1077927).

Żeby sąd pracy, który już od dwóch lat ocenia, czy jestem zdrowa, czy chora, nie wzywał mnie po raz piąty do biegłego lekarza, tym razem każąc mi jechać na 8.30 rano z Pragi na Kabaty, bo właśnie zmieniła się koncepcja i lekarze nie będą przyjmować w sądzie, lecz w dowolnych przychodniach na terenie całego miasta. To, że poprzednim razem biegły na badanie w ogóle nie przyszedł, a jeszcze innym razem czekałam na niego godzinę, aż w końcu sobie poszłam – sądowi nie stanowi. Sąd może mnie ukarać karą grzywny, jeśli się nie podporządkuję. Jakby co, zrobię zbiórkę publiczną na te grzywnę chyba. Jak ktoś chętny, już się może zgłaszać. Tymczasem kontynuuję sobie listę pobożnych życzeń:

Żeby urzędnicy, pracujący za pieniądze podatników, mieli zwyczajne poczucie przyzwoitości i żeby – skoro już płacą sobie ponad miarę – potrafili się do tego przyznać, a nie ukrywać dochody przed radnymi i dziennikarzami. Ukrywają to, mimo że: „Wynagrodzenie i premie polityków jednak podlegają ujawnieniu na zasadach przewidzianych w Ustawie o dostępie do informacji publicznej”. Część danych udało się zdobyć jednemu radnemu. Zajęło mu to pół roku. Dowiedział się, że premie wynosiły od 8 do 11 tys. zł. Ale nie wiadomo było, który burmistrz ile dostał. Prezydent Miasta nie chce tego ujawnić”

(http://radio.wolnemedia.net/).

***

„Trzynaście milionów Włochów – 22 procent ludności – mieszka w regionach, które są całkowicie kontrolowane przez mafię /…/. Produkt krajowy brutto w czterech opanowanych przez nią regionach niższy jest o ponad czterdzieści procent od średniej krajowej. Tam popełniana jest połowa przestępstw o charakterze mafijnym, a jedną czwartą samorządów lokalnych steruje świat przestępczy. – »Mafia zmieniła się« – zauważył Beppe Pisanu, przewodniczący włoskiej parlamentarnej komisji do walki z mafią, analizując raport instytutu Censis. – »Prosperuje bez rozgłosu, unika wielkich zbrodni, woli skoncentrować się na interesach i polityce, umiejętnie dozując zastraszanie i przemoc« – mówił. – »W rezultacie współzawodniczy z państwem« – podkreślił. Przykład tego można było obserwować kilka dni temu w Neapolu, gdzie grupa pracowników zwolnionych z zakładu oczyszczania miasta protestowała z transparentem na cześć klanu tamtejszej kamorry, który do niedawna kontrolował wysypiska śmieci pod Wezuwiuszem”

(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7101844,13_milionow_Wlochow_w_rekach_mafii___Ubostwo_nie_rowna.html).

***

Na stronie www.petycje.pl było do tej pory 16 milionów wejść, choć pozostawiono tylko 500 tysięcy podpisów pod petycjami.

***

Prezydent podpisał Traktat Lizboński, ale posłowie PiS-u idą już do Trybunału Konstytucyjnego z podejrzeniem, że to będzie bezprawne.

Księżyc jeszcze wisi na niebie.

Naprawdę – trudno nie wierzyć w nic.