przez Anna Mieszczanek | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Pomiędzy wyrzucaniem części rządu z posad, przeciekami rychowych rozmów ze stenogramów i zawieruchą szczepionkową; pomiędzy wątkiem czorsztyńskim, sprzedawanym w detalu majątkiem stoczniowym oraz uchwalaną w trybie wskazującym na stan wyjątkowy ustawą hazardową; pomiędzy sugestiami głównego policjanta peerelu, że się dysydenci obłowili na zachodniej pomocy, rzucaniem leków przeciwgrypowych do aptek i przetasowaniami w kolejnych sejmowych komisjach specjalnych – mamy nagle propozycję poważnych zmian ustrojowych.
Żeby na serio wprowadzić te zmiany i ostatecznie rozstrzygnąć, czy potrzebujemy systemu prezydenckiego czy gabinetowego, trzeba by się w jakiś zorganizowany sposób zastanowić. Na przykład przedstawić Polakom do rozważenia przynajmniej dwa warianty rozwiązań. O każdym z nich powiedzieć uczciwie, co jest jego plusem, a co minusem.
Tymczasem rzucił Pan Premier co tam miał – sejm sobie zmniejszymy, senat wybierzemy w jednomandatowych może, cała władza w ręce gabinetu… Całkiem sensowne pomysły, poparte zresztą głosami trzech rzeczników praw obywatelskich. I gdyby nie to, że rzucone w sytuacji po-aferalnej i nieustająco-aferalnej; gdyby nie to, że rzucone w sposób, który sugeruje, że nie istnieją pomysły kompletnie przeciwstawne – wyglądają na kolejny temat zastępczy. Może przez najbliższy tydzień media będą to mielić jak mak na makowiec. Może będzie kolejna medialna bijatyka. A potem zapadnie cisza i nic z tego nie wyniknie.
No, może kolejna afera katarska, która tuż, tuż, jak się wydaje.
Czy Polacy są już bezterminowo skazani na ten medialno-polityczny chocholi taniec?
Może jednak nie? Może jest gdzieś jakaś nadzieja?
Grupa młodych ludzi z Sopotu proponuje swoim radnym modyfikację statutu miasta. Chodzi o to, żeby także obywatele mogli proponować radnym uchwały. Konstytucja daje obywatelom prawo do zgłaszania inicjatywy ustawodawczej po zebraniu stu tysięcy podpisów. Nie daje takiej możliwości społecznościom lokalnym. – Zmieńmy to – mówi Marcin Gerwin, politolog z Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej. – Chcemy jak najbardziej zaangażować ludzi w zarządzanie miastem, by sopocianie i gdańszczanie poczuli się obywatelami, którzy mają realny wpływ na życie swego otoczenia – czytam tutaj: (http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,7273349,Mieszkancy_Gdanska_i_Sopotu_biora_uchwaly_w_swoje.html)
Nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy decydowali o tym, na co zostaną wydane nasze składki w sposób bezpośredni. Dziś robią to za nas radni i prezydent miasta, ale zgodnie z konstytucją możemy o tym decydować sami:
„Art. 1.Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.
Art. 4. 1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”.
Czy potrzebna jest do tego zmiana prawa? Nie. Wystarczy, że uzgodnimy z prezydentem i radnymi, że będą respektować decyzje ustalone przez mieszkańców. Wszystko opiera się na dobrej współpracy mieszkańców z urzędem miasta. A co jeżeli prezydent i radni nie będą chcieli uszanować decyzji mieszkańców? Wówczas możemy ich odwołać w referendum lokalnym i wybrać kogoś innego. Nie trzeba z tym czekać na kolejne wybory. Jest bardzo ważne, aby rozumieć, że prezydent, radni i inni urzędnicy to nasi pracownicy, których zatrudniamy po to, aby dbali o rzeczy wspólne, czyli np. o szkoły, ulice czy parki. To mieszkańcy Sopotu są pracodawcą, który zatrudnia prezydenta i radnych, a nie odwrotnie…
Zgodnie z art. 170 konstytucji, członkowie wspólnoty samorządowej (czyli np. mieszkańcy Sopotu) mogą podejmować decyzje w sprawach miasta bezpośrednio w drodze referendum. Decyzje podjęte w taki sposób mają wiążący charakter dla zatrudnianych przez nas urzędników… Zwykłe referenda mają jednak swoje wady. Samo referendum nie zapewnia możliwości porozmawiania z innymi mieszkańcami miasta, wysłuchania poglądu innych osób na daną sprawę, skonsultowania się ze specjalistami, tak by można było podjąć jak najlepszą decyzję. W demokracji uczestniczącej podstawą są natomiast spotkania mieszkańców, na których sprawy miasta są dyskutowane w otwarty sposób. Od strony formalnej można je potraktować jako konsultacje społeczne, z jedną ważną różnicą – że decyzja podjęta przez mieszkańców jest wiążąca. Spotkania takie nie muszą się odbywać we wszystkich drobnych kwestiach, a jedynie w tych sprawach, które mieszkańcy sami uznają za istotne, jak na przykład wspólny budżet – tak piszą tutaj (http://www.sopockainicjatywa.org/about/).
Cudni młodzi sopocianie! Może jednak uda się zrobić dla Polski coś, co ma ręce, nogi, początek, środek i koniec? Co jest normalne.
Mówią tak o propozycji zmian ustrojowych Premiera Tuska: chcecie zmieniać konstytucję? OK, ale tym razem chcemy mieć w tym udział.
Ja sopockiej inicjatywie kibicuje. A i Pan Premier mógłby się od nich pouczyć. W sumie ma niedaleko.
przez Anna Mieszczanek | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Kto by się tym przejmował, skoro dopiero co poleciało na odpowiedzialną wojnę w parlamencie ćwierć rządu, kolejne ćwierć przestało rządzić, a jutro może się okazać, że papierów z CBA jest dość, żeby wymieść resztę.
No tak. Ale moje życie toczy się tu, a nie tam. Więc może poranne pytanie o los byłego prezesa jednak ma sens?
Równo miesiąc krąży w przestrzeni międzyplanetarnej moja prośba do Rzecznika ZUS o podanie linka do pewnego dokumentu:
http://www.pojedyncze.salon24.pl/126631,to-samo-pytanie-do-rzecznika-zus-po-raz-trzeci
Rzecznik jest w sumie rzeczowy – już po ośmiu dniach odpowiedział, że linka nie poda, bo raportu nie ma w sieci. Dalsza korespondencja dotyczy więc przekazania samego raportu. W e-mailu obiecał, że poszuka. Ale nie poszukał. Może już tam nie pracuje? Kto by nad tym wszystkim zapanował w końcu? Kto by zapamiętał.
„Przedwieczorny”, komentując w salonie24 pomysł Igora Janke, żeby coś obywatelskiego zrobić z rządowymi aferami, pisze:
http://jankepost.salon24.pl/130232,nie-dajmy-sie-robic-w-bambuko
„Podobnie jak media zajmujemy się jakimiś bieżącymi sprawami i po jakimś czasie przechodzimy do następnych, stare, często ważne, pozostawiając bez kontynuacji. Czy nie warto założyć czegoś w rodzaju zakładki do spraw, które warto śledzić i kontynuować.
Przydałoby się.
Pierwszy do zakładki mógłby być tekst o aresztowaniu prezesa ZUS-u. Mogę to monitorować i uzupełniać. „Tylko po co?” – wisi mi nad głową tytuł blogu Krzysztofa Leskiego z salonu 24. A może by to i po coś było?
Bo przecież należy realizować swoje pomysły. Należy także wierzyć swoim marzeniom oraz powtarzać: We can. Wtedy dostajemy Nobla.
– „Nie możemy tolerować świata, w którym terror jądrowego holocaustu stanowi zagrożenie” – mówi, słusznie zresztą, noblista Obama, prowadzący wciąż przynajmniej dwie wojny. I pozwalający, by szef NASA wywalał w Księżyc półtorej tony trotylu w postaci eksperymentalnego walnięcia małą bombką. W końcu szukamy tam wody:
http://wiadomosci.onet.pl/2057772,16,strzelili_w_ksiezyc_10-kilometrowa_chmura_pylu_widzielismy_krater,item.html
Co tam jacyś poeci, raz, dwa, trzy durnie śpiewający:
„Oto w ciszy spada gwiazda przez miliony świetlnych lat pędzi gdzieś niemiłosiernie żeby zatrzeć własny ślad pewnie już się rodzi wariat który zmieni gwiazdy bieg lub wykopią na niej dziurę a to wróży raczej źle”
My, Ludzkość, możemy wszystko. We can.
Ale może jednak należy wierzyć noblistom? Niezależnie od dziedziny, w której ich uhonorowali? Taki Saramago na przykład. W ostatniej powieści pt. „Miasto białych kart”, którą znam na razie tylko z recenzji Ryszarda Kozika w papierowej „Wyborczej”, podsuwa nam świetny pomysł.
„Nagle, bez żadnej zapowiedzi, agitacji ani skoordynowanej akcji 70 procent wyborców wrzuca do urn białe kartki. Dostają szanse poprawy, czyli powtórkę wyborczą, gdy jednak jej nie docenią – tym razem ponad 80 procent kart w urnach jest biała – przychodzi pora na bardziej zdecydowane środki. Do akcji wkraczają służby specjalne, wprowadzony zostaje stan oblężenia, a w końcu politycy postanawiają ukarać niewdzięczników najsurowiej jak potrafią: władze (a wraz z nimi wojsko czy policja) opuszczają stolicę. Radźcie sobie sami!”.
Och, jakbym chciała, żeby nasi też się obrazili i wyprowadzili. Przedtem musielibyśmy im wrzucić do urn te białe kartki. Pomysł jak pomysł – jeszcze dwa lata temu wszyscy krzyczeli, że to nieobywatelskie nie iść na wybory albo iść z pustą kartką. Teraz coraz więcej w Internecie miejsc, gdzie ten pomysł wydaje się sensowny:
http://civicspace.wordpress.com/2009/06/09/wybralem-nie-glosowalem/
http://stokwiatow.salon24.pl/129211,obywatele-dla-bojkotu
***
Gdyby moi politycy się wyprowadzili. Gdyby przestali do mnie wysyłać te swoje sprzeczne komunikaty. Że wszyscy niewinni, więc wszyscy muszą odejść.
Gdyby zostawili miejsce jakimś normalnym ludziom, którzy by się zajęli ordynacją wyborczą, wydawaniem publicznych pieniędzy na służbę zdrowia czy bezpieczeństwo.
Żeby jutro największy szpital na Pomorzu nie zamykał drzwi przed pacjentami i nie pozywał NFZ do sądu za to, że nie chce mu płacić za nadplanowe (w październiku!) leczenie pacjentów: „Szpitale w całym kraju wielokrotnie pozywały NFZ, domagając się pieniędzy za tzw. nadwykonania, czyli leczenie chorych ponad ustalony limit. Teraz chodzi o coś innego – będą prosić sąd, żeby ustalił wysokość podstawowego kontraktu, bo same nie mogą dojść do porozumienia z Funduszem”
(http://wyborcza.pl/1,75248,7108686,Sad_ma_zmusic_NFZ_do_kontraktu.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=2015058)
Żeby ktoś ogarnął wreszcie, że nie ma nic tajemniczego w tym, że codziennie w Warszawie płoną miejskie autobusy. Że zwolnienie dyrektora nic nie pomoże, skoro „kilka lat wcześniej firma popełniła błąd, zwalniając w ramach cięcia kosztów ponad 500 z 1,5 tys. pracowników zaplecza technicznego. /…/ Lepsze efekty mają zaś przynieść zakupy urządzeń diagnostycznych wyższej jakości”
(http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34905,7113363,Dlaczego_warszawskie_autobusy_wciaz_plona_.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1077927).
Żeby sąd pracy, który już od dwóch lat ocenia, czy jestem zdrowa, czy chora, nie wzywał mnie po raz piąty do biegłego lekarza, tym razem każąc mi jechać na 8.30 rano z Pragi na Kabaty, bo właśnie zmieniła się koncepcja i lekarze nie będą przyjmować w sądzie, lecz w dowolnych przychodniach na terenie całego miasta. To, że poprzednim razem biegły na badanie w ogóle nie przyszedł, a jeszcze innym razem czekałam na niego godzinę, aż w końcu sobie poszłam – sądowi nie stanowi. Sąd może mnie ukarać karą grzywny, jeśli się nie podporządkuję. Jakby co, zrobię zbiórkę publiczną na te grzywnę chyba. Jak ktoś chętny, już się może zgłaszać. Tymczasem kontynuuję sobie listę pobożnych życzeń:
Żeby urzędnicy, pracujący za pieniądze podatników, mieli zwyczajne poczucie przyzwoitości i żeby – skoro już płacą sobie ponad miarę – potrafili się do tego przyznać, a nie ukrywać dochody przed radnymi i dziennikarzami. Ukrywają to, mimo że: „Wynagrodzenie i premie polityków jednak podlegają ujawnieniu na zasadach przewidzianych w Ustawie o dostępie do informacji publicznej”. Część danych udało się zdobyć jednemu radnemu. Zajęło mu to pół roku. Dowiedział się, że premie wynosiły od 8 do 11 tys. zł. Ale nie wiadomo było, który burmistrz ile dostał. Prezydent Miasta nie chce tego ujawnić”
(http://radio.wolnemedia.net/).
***
„Trzynaście milionów Włochów – 22 procent ludności – mieszka w regionach, które są całkowicie kontrolowane przez mafię /…/. Produkt krajowy brutto w czterech opanowanych przez nią regionach niższy jest o ponad czterdzieści procent od średniej krajowej. Tam popełniana jest połowa przestępstw o charakterze mafijnym, a jedną czwartą samorządów lokalnych steruje świat przestępczy. – »Mafia zmieniła się« – zauważył Beppe Pisanu, przewodniczący włoskiej parlamentarnej komisji do walki z mafią, analizując raport instytutu Censis. – »Prosperuje bez rozgłosu, unika wielkich zbrodni, woli skoncentrować się na interesach i polityce, umiejętnie dozując zastraszanie i przemoc« – mówił. – »W rezultacie współzawodniczy z państwem« – podkreślił. Przykład tego można było obserwować kilka dni temu w Neapolu, gdzie grupa pracowników zwolnionych z zakładu oczyszczania miasta protestowała z transparentem na cześć klanu tamtejszej kamorry, który do niedawna kontrolował wysypiska śmieci pod Wezuwiuszem”
(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7101844,13_milionow_Wlochow_w_rekach_mafii___Ubostwo_nie_rowna.html).
***
Na stronie www.petycje.pl było do tej pory 16 milionów wejść, choć pozostawiono tylko 500 tysięcy podpisów pod petycjami.
***
Prezydent podpisał Traktat Lizboński, ale posłowie PiS-u idą już do Trybunału Konstytucyjnego z podejrzeniem, że to będzie bezprawne.
Księżyc jeszcze wisi na niebie.
Naprawdę – trudno nie wierzyć w nic.
przez Anna Mieszczanek | piątek 18 września 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Mają problem: dali obywatelom ulgi podatkowe i teraz Toyota, Honda oraz Mitsubishi sprzedają coraz więcej samochodów hybrydowych i z napędem elektrycznym. Środowisko – naturalne – zadowolone, przestraszeni za to niewidomi. Ponieważ te samochody jeżdżą cicho.
Gdyby u nas dali takie ulgi – zresztą może już nawet dali, kto to wie, przecież w naszych przepisach podatkowych nie orientuje się chyba nawet ministerstwo finansów – też byśmy pewnie kupowali takie samochody. I polscy niewidomi mieliby taki sam problem, co japońscy.
Co w tej sytuacji robią Japończycy? PAP podaje, że
Rząd japoński poinformował we wtorek o powołaniu grupy ekspertów – przedstawicieli przemysłu motoryzacyjnego, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich – mającej znaleźć rozwiązanie. Sugeruje się wyposażanie samochodów elektrycznych w urządzenie emitujące dźwięk podobny do tego, jaki wydają samochody z tradycyjnymi silnikami spalinowymi. Inny pomysł to jakiś charakterystyczny dźwięk podobny np. do telefonów komórkowych. Jest też mowa o wyposażaniu takich samochodów w czujniki radarowe, które wykrywałyby pieszych i automatycznie uruchamiały dźwiękowe sygnały ostrzegawcze… Na razie eksperci zbierają opinie różnych środowisk, a konkretne propozycje mają przedłożyć pod koniec roku.
Co w podobnej sytuacji zrobiliby polscy politycy?
Najpierw przyleciałby do jakiegoś studia telewizyjnego poseł na „P” z modelem samochodu hybrydowego w skali 1:2, nasadzonym na głowę. Machając rękoma wystawionymi przez atrapę przedniej szyby, krzyczałby, że prezydent nie rozumie słowa „hybrydowy” i że to skandal, który powinna zbadać specjalna sejmowa komisja.
Potem wystąpiłby do narodu minister na „B” i mając za plecami prezentację komputerową wielkości boiska do siatkówki, przekonywałby naród, że w strategii na najbliższe 30 lat problem ten został przewidziany, ale ponieważ od kupowania samochodów hybrydowych nie rozwiąże się problem emerytur dla przyszłych pokoleń, przeszedłby do promocji kolejnej kontroli zwolnień lekarskich w ZUS-ie.
Poseł brat prezydenta zarzuciłby mu następnego dnia działanie wbrew interesowi narodowemu i zażądał poddania się okresowym badaniom lekarskim przez lekarzy orzeczników z ZUS.
W czasie tych kontr-merytorycznych zabaw słownych związki zrzeszające osoby z upośledzeniem wzroku wysłałyby kilka memoriałów do ministerstw, komisji sejmowych oraz premiera, ale żaden z adresatów nie znalazłby czasu na odpowiedź, bo czasy, gdy odpowiadano w terminie wynikającym choćby z KPA na supliki obywateli, dawno się skończyły, tylko obywatele się zagapili i wciąż coś tam posyłają bez sensu.
Na zakończenie kampanii mającej na celu rozwiązanie palącego problemu społecznego wystąpiłby w imieniu organizacji pracodawców jeden pan Jeremi na „M”, który ostatnio chce zabrać renty wdowom (co jest moim ulubionym ostatnio motywem felietonowym) i zażądałby podejścia do kwestii merytorycznie, co wyrażałoby się prawnym zakazem poruszania się osób niewidomych po ulicach w godzinach 00:00 – 24:00.
Dlaczego Japończycy mogą powołać grupę złożoną z ekspertów, przedstawicieli przemysłu, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich, żeby te cztery grupy razem szukały rozwiązań? Co takiego jest w tych Japończykach, że szukają rozwiązania problemu racjonalnie?
I co takiego jest w nas, że zwykle nie potrafimy nawet problemu porządnie zdefiniować, tylko od razu dzielimy się na kilka obozów, z których każdy ma swoje zdanie, najczęściej nijak nie związane z kwestią stanowiącą problem.
Że ja przesadzam? Że u nas nic takiego by się jednak nie mogło zdarzyć?
Otwieram gazetę, w której 16 września 2009 czytam:
Stewardesa LOT-u wyprosiła dwoje niewidomych z samolotu. Przepisy zabraniają zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych – o sprawie pisze „Rzeczypospolita”. – „Załoga naprawdę nie miała innego wyjścia” – tłumaczy Andrzej Kozłowski, rzecznik PLL LOT. – „W samolotach obsługujących linie krajowe obowiązuje tzw. instrukcja operacyjna wydana przez EuroLOT (regionalnego przewoźnika należącego do LOT – red.). Zakazuje ona zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych. Decydują o tym względy bezpieczeństwa. /…/ Między polskimi miastami latają niewielkie maszyny. Na ich pokładzie jest tylko jedna stewardesa. W razie zagrożenia mogłaby mieć problem z obsługą dużej grupy niepełnosprawnych.
Jaka powinna być pointa tego tekstu?
Mózg mi się zlasował. I dlatego pointy nie będzie.
przez Anna Mieszczanek | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Nie rozumiałam, o co mu chodzi, ale w końcu mi się przypomniało. Przecież raz do roku przylatują do nas ci łysi z wielkimi oczami z Kosmosu, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol. Nasz premier też ostatnio robił kontrol. Sprawdzał w ZUS-ie, czy Polacy nagle tacy chorzy, czy tylko im lekarze wystawiają lipne zwolnienia z dobrego serca. Bo każdy ma swój plan kontroli. I oni tam w Kosmosie też mają, no i co – raz muszą przylecieć, żeby nas sprawdzić. Kontrolowanie wszystkiego, co się rusza oraz całkowity brak zaufania nie jest w końcu polskim wynalazkiem – taki świat, można powiedzieć. A nawet – taki Wszechświat.
No więc wykorzystali ten maszt Bono i przyjechali. Ja już tych z Kosmosu mam serdecznie dosyć i już nie mam siły im tłumaczyć, że u nas wszystko jest OK i tylko wygląda, że jest dziwne i jakby na odwrót. Jak byli rok temu – jakoś zawsze w sierpniu przylatują (zobacz tutaj) – to jeszcze jakoś wytrzymywałam. Ale teraz?
No bo oni się zachwycili, że jak tylko Bono machnął flagą „Solidarności”, to zaraz siedemdziesiąt tysięcy gardeł na stadionie jęknęło z zachwytem: Tak, tak! To my! Wspaniali Polacy!
No, a potem ci z Kosmosu czytają gazety i tam jest o jednej pani z Poznania, co pięć lat mieszka sama, samiuteńka bez prądu i wody, w kamienicy, co ją już dawno sprzedali i właściciel podniósł czynsz, więc wszyscy się wynieśli, a pani nie ma dokąd, to została. Chodzi pani o kulach na swoje piętro, zawał miała, ale samorząd jakoś jej nie chce pomóc, bo mówi, że ma dobrze.
Potem ci z Kosmosu wzięli inną gazetę i przeczytali, że po wakacjach dzieci nie dostaną w szkołach obiadów, bo rząd ma kryzys i tnie koszty gdzie najłatwiej.
No, albo o Helu przeczytali, który się zaraz zapadnie w morze od nadmiaru samochodów na centymetr kwadratowy półwyspu. Czytają, czytają i nie mogą załapać, że to już tak od dwudziestu lat i nikt nic nie może zrobić, chociaż to park krajobrazowy, bo przecież dbamy o środowisko i mamy przepisy. Ja im tłumaczę, że przepisy u nas nie są po to, żeby ktoś egzekwował ich przestrzeganie, tylko po to, żeby były, jak się Unia zapyta, czy są. Policja czy miejskie straże mają przecież ważniejsze rzeczy na głowie. Muszą się liczyć z obywatelem i to im zajmuje bardzo dużo czasu. No i kupili im nowe mundury, w których się odparzają, więc naprawdę mają co robić. Smarują się maściami po tych odparzeniach. To dużo czasu zajmuje w końcu.
Więc mówię tym z Kosmosu, że u nas tak już po prostu jest, że na pokaz to jesteśmy cacy, a na co dzień jest do kitu, tak że tylko uciekać stąd.
To oni mówią, że my tu mamy jako naród schizofrenię i że trzeba nas leczyć.
To ja na to, że żadna schizofrenia, tylko elity zwariowały i wmówiły narodowi, że teraz ma być ostry kapitalizm z państwowym sterowaniem, sprzedaje się ile można, miedź czy srebra, co tam kto zauważy, byle wyżywić coraz więcej dziewczynek z pieczątkami i chłopców z placu skarbowego oraz pracowników dawnych służb, bo przecież ktoś ich musi wykarmić, a jak nie my – to kto?
To oni mówią, że przecież jak jest źle, to można do sądu.
A ja ostatnio byłam w jednym sądzie i sama widziałam te sterty pism dowodowych i procesowych, co ich normalnym językiem nie opiszesz, i parę kobitek, co w tych stertach buszowały jak w zbożu, próbując znaleźć cokolwiek. Na płacz mi się zebrało. Jedna jedyna toga walała się samotna pod biurkiem z nieczynną drukarką.
Nasza ciotka Temida jest szalona – mówię tym z Kosmosu. No i strasznie niedoinwestowana. Dlatego tylko dzieci zabiera mamom, jak uzna, że mamy się nie nadają, a tata za stary. Jedna Róża, co się właśnie urodziła – tak miała. A teraz jeszcze jeden pan pracodawca, co mówi o sobie „Lewiatan”, chce żeby nie tylko sąd zabrał mamom dzieci, ale i rząd wdowom renty, gdyby mąż jakiś umarł. I jak posłowie klepną, to sąd zabierze. I też będzie git. Potem pan Tymochowicz w „Dzienniku” znowu nada do wierzenia narodowi, że nie powinniśmy zazdrościć celebrytom wielkich pieniędzy, co je dostają za nic, a my się tylko możemy oblizać, bo oni się umieli sprzedać, a my nie. I że my mamy popracować nad tym, jak się sprzedać.
To wtedy ci z Kosmosu nastawiają te swoje wielkie niebieskie oczy i jak to oni… Że rekomendują nam zmianę ordynacji wyborczej. Że jak obywatel będzie wybierał konkretną osobę w jednomandatowym okręgu, to będzie lepiej. I że powinna być przez rząd zainicjowana, tfu tfu, debata, żeby nową umowę społeczną zawrzeć, bo stara nie działa i nie wiadomo co by ludzie chcieli finansować za swoje podatki, żeby chociaż nie szkolenia z mówienia miłym głosem dla pracowników ZUS-u i że nie można tak wszystkiego sprzedawać i tylko wciąż narodowi dokładać formularzy i zabierać świadczeń, bo się naród na śmierć zamęczy i wtedy nawet cztery ZUS-y nie nadąża z drukowaniem pieniędzy na renty, a minister Boni chyba się zapłacze, że mu tu nikt nie pasuje do wizji nowoczesnej Polski.
Teraz siedzą mi jeszcze koło biurka i w kółko mówią, że nie powinnam być taka sprzeczna wewnętrznie, że raz mi się podoba, a raz nie i że trzeba u nas wreszcie wprowadzić jakiś porządek.
No to jak ja im mam wytłumaczyć, że tu już nikt nie ma na nic siły, a najbardziej ja. Kompletny brak porozumienia międzygalaktycznego.
Przeczytali jeszcze w gazecie jedną znaną dość panią socjolog, co powiedziała, że: „Jeżeli politycy będą wykonywać ruchy pozorne, to ludzie zdeterminowani – tak jak ja – rzucą się do walki, by pokazać, że rządzący nami są pacanami. I powinni zrobić miejsce dla kogoś innego”.
– Matko jedyna! Jak już światli ludzie nauki chcą się brać do walki z pacanami, to my wracamy do siebie – powiedzieli. I odlecieli.
Wcale nie wiem, czy jak przyjadą za rok, też się zgodzę im Polskę tłumaczyć. Co najwyżej machnę im flagą z napisem na „S”, jak Bono w Chorzowie. A co!
przez Anna Mieszczanek | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Komunikat zamieszczony na stronie www.com.plus.eu podaje, że zrozumiała jest dla Komanda Plus niemożność ustalenia w hipotece praw własnościowych. Willa ta bowiem została już kilkanaście lat temu przejęta przez tę tajną – do dziś – organizację, stworzoną w celu wspierania liderów i grup, których zadaniem jest stałe monitorowanie działań rządów, ze szczególnym uwzględnieniem przedsięwzięć, w które zaangażowane są pieniądze podatników. Grupa powstała w Brukseli dzięki dotacjom z funduszy europejskich, którymi dysponuje program Transparent i Miłość, z siedzibą na Antylach Holenderskich dla zmylenia przeciwnika.
Działania grupy przyczyniły się do ujawnienia tak wielu nieprawidłowości i na tyle poprawiły sytuację w obszarze monitorowanych działań, że dziś, w obliczu poważnego kryzysu spowodowanego niemożnością wyjaśnienia kwestii praw właścicielskich willi pod Krakowem, grupa postanowiła zakończyć działalność, ujawniając jednocześnie swoje istnienie.
Rzecznik prasowy grupy Komando Plus informuje jednocześnie, że planowane przez grupę na najbliższy czas działania, mające przeciwdziałać dalszej petryfikacji systemu politycznego, jako to:
1. wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych, żeby ludzie mieli jakiś wpływ, 2. likwidacja ZUS, no bo tego już się nie da wytrzymać, 3. zdecydowane wzmocnienie i poddanie społecznej kontroli władzy sądowniczej, bo ktoś przecież musi, do cholery, rozstrzygać te wszystkie spory. oraz 4. pozostawienie w spokoju telewizji publicznej bez reklam w środku filmów,
nie wymagają już nadzoru ze strony Komanda Plus, zostaną zrealizowane przez Rząd RP nie-na-uchodźstwie w najbliższym czasie, a w każdym razie tak ocenia to dziś kierownictwo grupy.
Jednocześnie kierownictwo grupy Komando Plus zapewnia, że wszelkie przeszkody na drodze do realizacji podanych wyżej działań zostaną przez grupę starannie przeanalizowane, a następnie podjęte zostaną odpowiednie działania.
Kontakt z grupą dla chętnych liderów i grup: zrobmycoswreszcie@com.plus.eu