przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 10 maja 2010 | opinie
Wiele się ostatnio mówi o patriotyzmie. A skąd się biorą patrioci?
Powie ktoś, słusznie, że patriotyzm to dziedzictwo wyniesione z rodzinnego domu. Ale co z życiem społecznym, co z rolą państwa? Bądź co bądź rodzina to nie byt samoistny, a młode pokolenia czerpią wiedzę o świecie także ze środowisk rówieśniczych oraz z szeroko pojętych mass mediów. Ich światopogląd kształtuje infotainment, kolorowa prasa młodzieżowa, Internet i zasłyszane od dorosłych opinie (które i ci często gdzieś zasłyszeli, bo na czytanie rzeczy poważniejszych niż brukowce często nie mają chęci, siły, pieniędzy lub zdolności).
Można zapytać o rolę szkoły. Cóż, tu zdaje się mamy do czynienia z coraz bardziej sztampową edukacją, opartą na testach. Przeludnione w większości szkoły (dzięki decyzjom władz, które nieodmiennie od lat na nich oszczędzają, podobnie jak na kulturze, nauce czy zdrowiu, walcząc dzielnie z przerostami „socjalizmu”), nauczyciele poddani biurokratycznym procedurom, program okrajany z „kulturalnych nadwyżek”: ogół przygotowywany do roli Orwellowskich proli. Nie mówię oczywiście o szkołach elitarnych, dla dzieci wysoko postawionych i dobrze sytuowanych. Mówię o polskiej średniej, ze świadomością, że to właśnie owi „średniacy” stanowią społeczną większość i że to oni są owym – tak ukochanym przez wielu – narodem. Przynajmniej werbalnie ukochanym…
Stanisław Stabro, poeta Nowej Fali, zapisał przed laty w jednym z wierszy, że „państwo, które potrzebuje fabryk, nie potrzebuje poetów”. Odnoszę wrażenie, że państwo, które potrzebuje sieci hipermarketów i chętnie uczestniczy w kolejnych „wojnach o pokój” (i nie skąpi na nie pieniędzy), nie potrzebuje wykształconego społeczeństwa. W gruncie rzeczy jest ono problemem: tak dla polityków, jak dla menadżerów. Łatwiej rządzi się durniami, łatwiej oferuje gorsze warunki pracy półdarmowej, bo niewykształconej, mało świadomej siebie „sile roboczej”. Ludzie bez szerszej wizji świata chętniej też oglądają najgłupsze z możliwych programów rozrywkowych, lekkich, łatwych i przyjemnych. Skutki tego są różne, nie tylko polityczne. Przede wszystkim – obywatelskie, czy ściślej anty-obywatelskie. „Dobro wspólne” nie istnieje w przestrzeni zawłaszczonej przez głupotę, bo głupota nawet jeśli „myśli” , to raczej stadnie, niż wspólnotowo. A różnica między stadem a wspólnotą jest taka, jak między owczym pędem ku przepaści, a budowaniem mostów (między ludźmi).
Teoretycznie co pięć lat można by urządzać jakąś żałobę narodową, jest to jednak – proszę wybaczyć cynizm – impreza dość kosztowna i w końcu mogłoby zabraknąć żertwy. Co w zamian? Inwestycje w edukację? W kulturę? Na poziomie prowincji oczywiście, nie jedynie stolicy i kilku większych miast, gdzie dostęp do „wyższej kultury” jest odpowiednio łatwiejszy. Ale cóż, nie tylko Andrzej Bursa, sądząc z otaczających realiów, ma „w dupie małe miasteczka”.
Oczywiście, trzeba chcieć. I trzeba umieć. Instytucje państwowe mają tu raczej pomóc, a przynajmniej nie przeszkadzać, jeśli faktycznie na pomoc ich nie stać. I są tacy, którzy chcą, a których przykłady wielokrotnie opisywaliśmy w „Obywatelu”. Ot, choćby „Ludzie Juranda”. Wspomnę też ludzi z mojej rodzinnej, niewielkiej, raczej ubogiej popegeerowskiej miejscowości, którzy własnym sumptem stawiają ludowy dom kultury. Dlaczego? Kiedyś mieli szkołę, później zostali z niczym. Ale widać w ich myśleniu o miejscu, w którym żyją, była jakaś troska, poczucie więzi, odpowiedzialności i w końcu dumy. Najpierw postawili kaplicę, teraz budują ów dom kultury. Pokolenie ludzi, które chodziło z moją Matką na piesze rajdy do Turwi, dawnej siedziby rodu Chłapowskich. Ale budują też starsi. I młodsi, choć tych coraz mniej.
Patriotyzm nie istnieje poza świadomym życiem obywatelskim i kulturalnym. Udział w życiu publicznym, czy tzw. wielkiej polityce powinny być jego konsekwencją. Biada, jeśli do polityki trafiają ludzie wykorzenieni, albo bez poczucia dobra wspólnego. Skąd się biorą patrioci? Świadomi obywatele? Czy po prostu ludzie, którzy widzą dalej niż kawałek swojego, choćby partyjnego, nosa? Co powiedzieć więcej, niż Staszic: „Takie będą Rzeczpospolite, jakie młodzieży chowanie”. Ale cóż, czy dzisiejsze szkolnictwo czy polityka państwa są zdolne sprostać powyższemu aksjomatowi?
przez admin | środa 5 maja 2010 | nasze rozmowy
Ogólnopolska sieć organizacji rowerowych Miasta dla Rowerów oraz Parlamentarna Grupa Rowerowa przy współpracy z Ministerstwem Infrastruktury przygotowała „pro-rowerowy” projekt zmian w przepisach o ruchu drogowym. O komentarz poprosiliśmy Patrycję Wojtaszczyk, aktywistkę rowerową.
* * *
Jakie efekty dla polskich miast może przynieść nowelizacja przepisów drogowych?
Patrycja Wojtaszczyk: Możliwość wdrażania rozwiązań technicznych, które istnieją już od kilku, kilkunastu lub wręcz kilkudziesięciu lat, które są sprawdzone na zachodzie Europy, a których wprowadzanie było do tej pory możliwe wyłącznie na drodze uzgodnień lokalnych. W związku z tym stosowano je rzadko, po bardzo długich bojach rowerzystów z urzędnikami.
Generalnie, korzyścią z nowych przepisów będzie usprawnienie poruszania się rowerem po mieście, co zapewni m.in. kilka rozwiązań dotyczących organizacji ruchu. Dzięki nowelizacji będzie można w całej Polsce rozwijać rozwiązania takie jak wydzielone pasy ruchu dla rowerów, może też kontrapasy, służące rowerzystom do jazdy „pod prąd” ulicami jednokierunkowymi, czy śluzy rowerowe, czyli miejsca dla rowerzystów przed skrzyżowaniami – tworzone poprzez odsunięcie linii zatrzymania dla samochodów o 2-3 metry. Wszystko to są metody na wydzielenie z jezdni bezpiecznej przestrzeni dla rowerzystów. Rozwiązania te stosuje się już w niektórych polskich miastach (np. Kraków, Gdańsk, Wrocław) i doskonale się sprawdzają, ale nadal ich wprowadzanie odbywa się na zasadzie lawirowania wśród obowiązujących przepisów, które są niejasne i bardzo niespójne.
Niektóre z zaproponowanych zmian wymuszają na kierowcach większą ostrożność, a przede wszystkim większy szacunek dla słabszych użytkowników dróg.
P. W.: W obrębie miast samochód powinien być na samym końcu, jeśli chodzi o priorytet. Spośród zmian, które zaproponowano, moim zdaniem najważniejsze, w kontekście zmotoryzowanych użytkowników dróg, jest jasne wskazanie pierwszeństwa rowerzystów przy przekraczaniu ścieżki rowerowej przez samochody. Obecnie w przepisach ruchu drogowego funkcjonuje zapis, który powoduje, że właściwie pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy znajdzie się na przejeździe. Oczywiście same przepisy nie wyegzekwują ostrożniejszej jazdy, powinien im towarzyszyć jakiś duży program edukacyjny.
Czemu rowerzyści tak bardzo nalegają na zmiany?
P. W.: Większość przepisów z zaproponowanego pakietu ma przede wszystkim na celu podnosić bezpieczeństwo rowerzystów oraz wygodę korzystania z rowerów. Ma to uprościć jazdę po mieście – bo rowerzysta jest nie tylko kierowcą, ale też „silnikiem” swojego pojazdu i w związku z tym musi być traktowany inaczej niż kierowcy samochodów. Choćby dzięki przepisowi dopuszczającemu wyprzedzanie korków ulicznych po prawej stronie czy możliwość poruszania się po chodniku w trudnych warunkach pogodowych (co obecnie dozwolone jest tylko przy drogach, gdzie możliwa jest jazda z prędkością powyżej 50 km/h, a chodnik ma co najmniej 2 m szerokości). Wiele osób nie korzysta z rowerów, bo nie czuje się na nich bezpiecznie w normalnym ruchu ulicznym. Istnienie wydzielonych pasów do jazdy rowerem, śluz rowerowych czy jednoznacznych zasad pierwszeństwa na skrzyżowaniach ma ich ośmielić do korzystania z tego środka transportu.
Po nowelizacji dzieci będą mogły być wożone w specjalnych przyczepkach? Jak taka przyczepka wpływa na bezpieczeństwo najmłodszych?
P. W.: To jedna z postulowanych zmian. Przyczepki stosowane są w wielu krajach i doskonale się sprawdzają. Rodzic wiozący dzieci w foteliku na bagażniku jest mniej stabilny. Nawet prozaiczne zatrzymanie się na światłach bywa w takiej sytuacji trudnym manewrem. Przewracając się dorosły może ucierpieć, ale dziecko w przyczepce już nie – zaczepy takich konstrukcji są ruchome. Warto pamiętać, że większość wypadków rowerzystów to zderzenia boczne – dzieci w przyczepce są w takich razach lepiej chronione (przyczepka to rodzaj klatki, chroniącej małego pasażera nawet jeśli jakimś cudem cała przyczepka się przewróci). Poza tym, przyczepki są wygodniejsze także dla dzieci. Mogą się w nich bawić, spać, są chronione przed warunkami atmosferycznymi i często mają zapewnioną bardzo dobrą amortyzację (lepszą niż w wózkach spacerowych).
Polskie prawo odbiega od Konwencji Wiedeńskiej – międzynarodowej konwencji regulujące przepisy ruchu drogowego, której Polska jest sygnatariuszem.
P. W.: W Polsce de facto obowiązuje Konwencja Wiedeńska, z którą jednak niezgodne są niektóre krajowe przepisy o ruchu drogowym. Mało kto zdaje sobie sprawę, że Kodeks drogowy jest wobec Konwencji aktem niższego rzędu. Tymczasem ta międzynarodowa umowa jednoznacznie określa m.in. to, że w przypadku zmiany kierunku ruchu bezwzględnie pierwszeństwo przed skręcającym mają pojazdy kontynuujące jazdę w tym samym kierunku, w tym rowery na ścieżce równoległej do jezdni. Oznacza to wprost, że samochód skręcający powinien ustąpić pierwszeństwa rowerzyście na przejeździe rowerowym (ścieżce) przecinającym jezdnię, w którą zamierza skręcić. Warto pamiętać, że dotyczy to też często ścieżek znajdujących się wokół rond, z których samochód zjeżdża (co sygnalizuje kierunkowskazem)! Taki zapis obowiązywał w Prawie o ruchu drogowym do 2001 r. Został zmieniony, właściwie nie bardzo wiadomo, dlaczego. Teraz zgodnie z Kodeksem drogowym samochód ustępuje pierwszeństwa rowerom już znajdującym się na przejeździe, natomiast rowerzyście zabrania się wjeżdżania bezpośrednio przed jadący pojazd. Zapis ten jest kuriozalny i jak wspomniałam – niezgodny z aktem wyższego rzędu.
Sytuacja odwrotna zachodzi z sygnalizowaniem skrętu przez rowerzystów. Nigdzie w polskim kodeksie nie określono, jak ma to wyglądać, ale policja może nam wystawić mandat, jeśli my nie wystawimy ręki wskazując, gdzie skręcamy, co wynika bezpośrednio z zapisów Konwencji. Kodeks drogowy nie jest jedynym ani nawet najważniejszym źródłem przepisów obowiązujących na polskich drogach. Warto o tym pamiętać.
Rozmawiała Beata Antosik, 30 kwietnia 2010 r.
przez Konrad Malec | sobota 1 maja 2010 | opinie
Często spotykam się ze zdziwieniem, że biedni nie kupują przyzwoitych produktów – droższych, ale trwalszych; wszak to czysta oszczędność. Czysta oszczędność i czysta prawda, tyle że dla osób, które na to stać.
Przez długi czas pracowałem w zawodach, bez których współczesne miasto by sobie nie poradziło, a które są dość powszechnie pogardzane i bardzo skromnie wynagradzane. Wbrew równie powszechnej opinii, jak ta zawarta w zdaniu wstępnym, nie trafiają do takich prac wyłącznie skończeni degeneraci. Spotkałem tam ludzi o bardzo różnym poziomie wykształcenia, kultury osobistej i przejściach życiowych. Większość została przeżuta, a następnie wypluta przez transformację, toteż obok siebie, ramię w ramię, ulice pucowali majstrzy z łódzkich fabryk i chłopcy, którzy mieli bliższe kontakty z systemem penitencjarnym; abstynenci i alkoholicy, drobne złodziejaszki i gorliwi chrześcijanie. W większości – bardzo porządni ludzie, a z pewnością bardzo porządni koledzy. Pracą tą usiłowałem zarobić na życie i studia (swoją drogą ze strony przyszłej tzw. inteligencji często spotykały mnie drwiny z powodu wykonywanego zawodu, podczas gdy ze strony kolegów z pracy mogłem liczyć na wsparcie w nauce, za co do dziś jestem im niezmiernie wdzięczny). Pięcioletnia praca w zakładzie komunalnym nauczyła mnie nie tylko oceniania ludzi po charakterze, nie zaś dyplomie, lecz także pozwoliła przyjrzeć się pewnym mechanizmom biedy i degradacji społecznej.
Wszyscy musieliśmy sobie radzić z niskimi dochodami. Wracamy w tym miejscu do pytania, czemu ludzie o tak niskich zarobkach nie kupowali np. porządnych spodni, które wytrzymają cztery lata? W owym czasie porządne spodnie „zaczynały się” od 200 zł, nasze pensje zaś wynosiły niewiele ponad 700, z czego należało dokonać wszelkich niezbędnych opłat i zakupić jedzenie (nie pytajcie nawet, jak to się udawało). W tej sytuacji pozostawały zakupy albo na najtańszych bazarach, albo w sklepach z odzieżą używaną. Sumarycznie przez cztery lata zapewne każdy wydał więcej niż 200 zł, by mieć co, za przeproszeniem, na tyłek włożyć. Dlaczego więc nikt się nie wstrzymał z zakupem i swoich pieniędzy nie wrzucił do skarbonki? Zdaję sobie sprawę, że niektórym mędrkom z zamkniętych osiedli nie mieści się to w głowie, ale zwyczajnie dlatego, że musielibyśmy chodzić nago. Paradoksalnie, ludzie wydają więcej właśnie z biedy.
Tak, wiem, sami są sobie winni: mogli się uczyć, pójść na kurs, wcześniej się jakoś zabezpieczyć. Powiedziała mi to w tamtym czasie pani doktor od ekonomii, z którą miałem zajęcia. Dla porządku dodam, że w moim mieście szalało wówczas niemal 20-procentowe bezrobocie, a że działo się to jeszcze przed wejściem do Unii, darmowych kursów czy innych sposobów dokształcania się nie było, a w każdym razie nie było o nie tak łatwo, jak dziś. Kiedy rozmawiałem o tym z inną panią doktor, powiedziała wprost: W obecnym systemie gospodarczym ci ludzie właściwie nie mają szans, by się wyrwać ze swego położenia.
Podobne mechanizmy działają na poziomie samorządów. Bogate gminy nie mają problemów z pozyskiwaniem unijnych środków na „wyrównanie szans”, w przeciwieństwie do swoich biedniejszych pobratymców. Pomijając braki kadrowe, które uniemożliwiają napisanie dobrego wniosku, a następnie realizację i rozliczenie projektu, ubodzy krewni zwyczajnie nie mają środków na wymagany tzw. wkład własny. Oto przykład z mojego podwórka. W aglomeracji łódzkiej powstał pomysł Łódzkiego Tramwaju Regionalnego. W projekcie miały wziąć udział cztery gminy, przy czym żadna z nich nie należy do najbiedniejszych w Polsce. Gratka nie lada, o ile dobrze pamiętam Unia Europejska sponsorowała niemal 80% wartości inwestycji. Dla pełnego obrazu dodam, że w gminie Ksawerów jest zaledwie pięć przystanków, a długość torowiska nie przekracza 2 km. Wymiana torów na tym odcinku to koszt wysokości rocznego budżetu tej gminy, dlatego zredukowanie go do 1/5 wydaje się niepowtarzalną okazją, Ksawerów nie był jednak specjalnie zainteresowany zainwestowaniem 20% swego budżetu w linię tramwajową, biegnącą zresztą po obrzeżu gminy. Regionalny przewoźnik zadeklarował, że na własny koszt wyremontowałby ten odcinek, bo i tak by mu się to opłacało, ale przepisy na to nie zezwalają. Po północnej stronie gmina Zgierz, która początkowo dość ciepło odnosiła się do koncepcji, również się wycofała, z powodu… braku środków na wkład własny. W efekcie końcowym tramwaj regionalny nie wyjeżdża poza granice Łodzi.
Warto zauważyć, że w Polsce jest wiele gmin w znacznie gorszym położeniu, podobnie jak wielu ludzi ma przychody niższe niż moi koledzy z zakładu komunalnego. Jeśli nie chcemy Polski trwale podzielonej na obszary bogate i nowoczesne oraz biedne i zacofane, a jej obywateli na mieszkańców zamkniętych osiedli i „wiecznych nieudaczników”, to musimy niezwłocznie wypracować system bardziej sprawiedliwego podziału dóbr.
Konrad Malec
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 27 kwietnia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
O żałobie narodowej po tragedii smoleńskiej powiedziano już wiele. Mądrze i głupio, wzniośle i przyziemnie. Patriotycznie, politycznie i cynicznie. O rządach trumien i polskim nierządzie, o medialnych woltach, wierności i pogardzie. Generalnie, całe doświadczenie opisywano w kategoriach przywracania świadomości narodowej, dobra wspólnego, państwowości lub wspomnianej „traumy trumiennej”. Był też dyskurs o modernizacji i tożsamości, o jedności Polaków i jej braku, o tym, komu wolno nazywać się patriotą, a kto się czuje pozbawiony tego prawa. Była dyskusja o pochówku na Wawelu i wspominki szanownego redaktora Stasińskiego o „mrocznych pasjach” prof. Krasnodębskiego i Andrzeja Gwiazdy. Było o Prawie i Sprawiedliwości, Platformie Obywatelskiej, Tusku, Komorowskim i Putinie. Było o teoriach spiskowych i było wezwanie ponadnarodowe: „miłujmy się!”. Było nawet o islandzkim wulkanie i o tym, że Obama gra w golfa. Wszystko było? Prawie wszystko.
Ale coś chyba umknęło. Coś, co zdaje się nieźle opisuje współczesnych Polaków i ich dzisiejsze bolączki. Coś, co można nazwać prawem do smutku i łez, do boleści, do przeżywania tego w sposób mądry, pogłębiony, we wspólnocie. Nie oszukujmy się, kultura masowa jest kulturą niezakorzenienia, kulturą płytką, opisującą świat w sposób trywialny, często niemal fizjologiczny. A z pewnością jest kulturą, która zagadnienia związane ze śmiercią, cierpieniem i krzywdą stara się odgonić jak najdalej od siebie. Przegonić precz, by nawiązać do tytułu znakomitej książki Filipa Aries. Bo zgodnie ze swoim przeznaczeniem służy zabawie, rozrywce, tym błaznom – przeganiaczom nudy. Ból i płacz mają do niej dostęp przede wszystkim w formach perwersyjnych, cynicznych, czyli takich, które stworzą w odbiorcy raczej dystans niż współczucie, raczej zaciekawienie niż żal.
I jeszcze jedno: świat nie nastraja nas do publicznego ukazywania cierpienia i żałoby. To nawet logiczne i konieczne. Ekshibicjonizm, obnoszenie się z bólem, nieustanne ukazywanie bliźnim bolesnej twarzy jest zjawiskiem chorobliwym. Z drugiej jednak strony, obecny stan rzeczy pokazuje, że współczesny Polak jest w swoich problemach osamotniony (rosnąca liczba samobójstw w Polsce, szczególnie wśród mężczyzn!), że nie znajduje oparcia w innych i że poddał się presji milczenia o własnych kłopotach. Bo te są oznaką słabości, bo brak intymnych więzi, bo płytka kultura sprzyja płyciźnie relacji itd., itp. Jednym zdaniem: jeśli cierpisz, cierp samotnie, w czterech ścianach. Bo każdy ma swoje smutki i problemy, więc co kogo obchodzi twój ból. Poza tym, jeśli cierpisz, to może masz poważne problemy i nie nadajesz się do pracy? Może zatruwasz atmosferę? Może powinieneś się leczyć? Może powinieneś usunąć się na margines społeczeństwa? Może nie radzisz sobie w życiu, więc jesteś nieproduktywny i zbędny? A jeśli nikt cię nie potrzebuje i jesteś nieprzydatny ludziom, to po cholerę zawracasz światu głowę swoim istnieniem?
I trudno wyrokować w tym miejscu, ale ta samotność wśród ludzi, gdy każdy gnębiony własnymi strapieniami siedzi milcząco w metrze, tramwaju, autobusie, gdy wybucha nagłym gniewem, stojąc w korku, wydaje się być niezłym, choć prozaicznym podsumowaniem wyobcowania społecznego, atomizacji, braku więzi i możliwości wsparcia ze strony innych. Logika kulturowego indywidualizmu, opakowana w ładną bajeczkę o szczęśliwej samorealizacji i drodze od sukcesu do sukcesu (jakby życie nie kończyło się starością i śmiercią, a starość zawsze wygląda tak ładnie, jak na reklamach Werthers Original czy piguł przeciwbólowych), logika wsparta przez ekonomiczny darwinizm i filozofię „radź sobie sam”, „śmierć frajerom!”, stojąca w sprzeczności z ideą wspólnoty, dobra wspólnego, oto groźby większe niż polityczne szturchańce. Straszniejsze niż świński ryj posła Palikota.
I oto w czasie żałoby narodowej okazało się, podobnie jak przed pięcioma laty, że o cierpieniu nie trzeba wcale mówić po cichu, do ucha, półsłówkami, nadrabiając miną. Że można płakać, smucić się, można głośno i szczerze o tym mówić. Można przeżywać cierpienie w sposób godny, bez histerii, ale i bez cynizmu, że można czuć, doświadczać strachu, boleści, poczucia krzywdy i straty. Że można płakać nad innymi, ale też i nad sobą. Bo żywi, płacząc po zmarłych, boleją także nad własną stratą, nad własnymi biedami. I w tych łzach, goryczy, czasem także gniewie chyba najwięcej było oczyszczenia duszy. Wszak, podobnie jak w greckiej tragedii, i ta smoleńska, chcąc nie chcąc, przynosiła katharsis. Dała możliwość powiedzenia prawdy o sobie i otaczającym świecie. O własnej bezsilności i bezradności. To było widać w tych rozmowach na Krakowskim Przedmieściu, nawet gdy pozornie dotyczyły wyłącznie spraw wielkich i wzniosłych. Ta wspólnota odbudowywała się na łzach i przyznaniu się do ludzkich uczuć, innych niż (błazeński) śmiech, innych niż licytowanie się o prestiż i majątek, innych niż rozrywka. Bo wspólnotę mogą budować jedynie ludzie, nie istoty sprowadzone do swoich społecznych i rynkowych ról. I nagle okazuje się, że ten człowiek stojący obok mnie, w smutku i zatroskaniu, wcale nie jest obcy. Nie jest moim wrogiem, nie czyha na moje mienie, ani ciało, ani życie.
Tak, to była żałoba narodowa. Wielki płacz Polaków nad sobą. Czy wysmarkawszy nosy, każdy wróci do siebie?
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 27 kwietnia 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
W 1980 r. Anna oparła się naciskom władz i Andrzeja Wajdy. Jej kolega ze Stoczni, Henryk Lenarciak, też twierdził, że zasada chrześcijańskiego przebaczenia nakazuje upamiętnienie poległych milicjantów razem ze stoczniowcami. Po stanie wojennym władza pojednała się z narodem przy „okrągłym stole” i pomnik nazwano pomnikiem „Solidarności”, chociaż „Solidarność” pomników sobie nie stawiała. Przypominanie minionych zbrodni PZPR, czyli – jak się okazało – sojusznikowi w obalaniu systemu komunistycznego, uważane jest za nietakt.
W 1981 r. bojówka robotnicza ze Stoczni Gdańskiej wyrzuciła działaczy Wolnych Związków Zawodowych z drukarni „Solidarności”. Stracili pracę i zostali poturbowani. Lech Wałęsa do pracy ich nie przywrócił i apelował o zaniechanie kłótni. Prasa związkowa o tym nie pisała, aby nie szkodzić wizerunkowi „Solidarności”.
W 1984 r. ktoś okrutnie zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. Cały naród z zapartym tchem czekał na wyniki śledztwa energicznie prowadzonego przez szefa bezpieki, generała Czesława Kiszczaka. Po pogrzebie żałobnicy udali się przed gmach bezpieki i krzyczeli: „Przebaczamy!”.
W 1985 r. na mszy żałobnej po zamordowaniu przez milicję studenta Antonowicza, ksiądz Jankowski apelował do licznie zgromadzonej młodzieży o niezabijanie nienarodzonych.
W 1989 r. po zamordowaniu kolejnego księdza, Siła-Nowicki, uczestniczący w obradach „okrągłego stołu” po stronie „solidarnościowej”, apelował, aby nie dać się sprowokować i nie zerwać rozmów.
W 2010 r., po porażającej katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, władza ma nadzieję na pełne pojednanie Rosji i Polski, ponieważ pamięć o zbrodni katyńskiej podobno już łączy, a nie dzieli. Apele o pojednanie po każdej tragedii są jakąś obsesją narodową. W podniosłym nastroju uroczystości żałobnych nikt nie zaprzeczy ewangelii, która każe miłować nieprzyjaciół.
Cenzura czuwa, aby pojednania nie zakłóciło publicznie postawione pytanie – Czy był to zamach terrorystyczny? Zakazane jest najważniejsze pytanie, które od czasu ataku na USA zadaje sobie opinia publiczna i prowadzący śledztwo po każdym poważniejszym wypadku komunikacyjnym. Zginął Prezydent Polski i dowódcy NATO. Zamachu mogła dokonać Al-Kaida, nasze wojska są w Afganistanie i Iraku. Mogli Czeczeńcy, aby rzucić podejrzenie na swego śmiertelnego wroga Putina. Może Rosjanie, pogrobowcy Stalina chcą przeszkodzić władzom Rosji w pojednaniu z Polską i otwarciu na Zachód. Czego boją się cenzorzy? Jakiej odpowiedzi?
Kiedy próbowałam sobie przypomnieć, jak doszło do tego, że Premier Polski oddał hołd polskim oficerom w Katyniu z Premierem Rosji, nie z Prezydentem Polski, rozsądna i zrównoważona kobieta zaczęła krzyczeć: pani chce wywołać wojnę. Jaką wojnę? Polska nie napadnie na Rosję, bo nie ma czym. Rosja nie zaatakuje Polski, bo nie ma powodu. Przyczyną mogłaby być obrona Gruzji, ale to już historia. IV wojny światowej też Polacy nie wywołają. Prezydent Obama wysoko ceni profesjonalizm rosyjskiego śledztwa i wojny o czarne skrzynki nie rozpocznie.
Odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie tracą rozum na skutek nie rozpaczy, lecz strachu. Przestaną się bać, kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy okaże się, że Lech Kaczyński sam sobie winien, Jarosław Kaczyński przegra wybory prezydenckie, Donald Tusk przypieczętuje wieczną przyjaźń z Rosją, a cały świat pochwali Polskę za rozwagę.
Kiedy dostaliśmy wiadomość o tragedii pod Smoleńskiem, Andrzej kończył czytać wspomnienia Stefana Korbońskiego „W imieniu Rzeczypospolitej…”, wydane przez IPN. Historia Polski Walczącej dobiegała końca. Przytoczę kilka fragmentów. Autor cytuje słowa delegata Rządu. „Już wstępne rozmowy zostały przeprowadzone, między innymi także przez delegacje stronnictw, każdą oddzielnie, i wszyscy wrócili bez żadnych przeszkód. Nikt ich nie śledził ani przedtem, ani potem. Najważniejsza rzecz, że przyjęli nasz wstępny warunek, a mianowicie, że przede wszystkim zawiozą naszą delegację do Londynu, a później dopiero stamtąd pojedziemy na rozmowy”.
Korboński przyznaje, że to go uspokoiło. „Nie była jednak tego zdania moja lepsza połowa, Zosia, która z całą stanowczością twierdziła, że to pułapka. Doszło na tym tle do »wojny domowej«, w czasie której cały ród męski został wielokrotnie i ciężko spostponowany i odsądzony nie tyle od czci i wiary, ile od rozumu. Moje typowo mężowskie zalecenia »niewtrącania się w męskie sprawy« nie skutkowały i nawet takie żałosne i budzące litość powiedzonka, że »tutaj człowiek tyra latami, a do Londynu jadą inni…« były przyjmowane wybuchami sarkastycznego śmiechu. W podobny sposób reagowała żona naszego przyjaciela, członka formującej się delegacji. Ta tylko monotonnie powtarzała: »Ale zegarka to ty, tatuńciu, ze sobą nie bierz, bo ci go w tym Londynie Ruskie zabiorą«”.
W odezwie „Do Narodu Polskiego”, opublikowanej przez Radę Jedności Narodowej 17 maja 1945 r., czytamy: „Oczekujemy, że w utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej weźmie udział piętnastu aresztowanych przedstawicieli Polski Podziemnej, że z tą chwilą przywrócona będzie wolność słowa, prasy, zgromadzeń i stowarzyszeń… Oczekujemy, że wielcy sprzymierzeńcy doprowadzą dzieło do takiego właśnie końca”.
Polską specjalnością jest chowanie głowy w piasek, który rozwiała historia.
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 20 kwietnia 2010 | opinie
Pamięci Izabeli Jarugi-Nowackiej
Z pozoru może się wydawać, że w dniach żałoby nie warto rozmawiać o konkretnych ustawach czy ich projektach. Jednak nieraz ich treść i losy wiele mówią o wybranych życiorysach (a przynajmniej ich politycznym aspekcie), postawach konkretnych ludzi. Gdy te osoby odchodzą, ustawy stanowią żywą – bo przekładającą się na życie innych – pamiątkę po nich. Tak jest w przypadku ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i osoby Izabeli Jarugi-Nowackiej.
To między innymi dzięki jej determinacji w 2005 r. powstały pierwsze uregulowania w tym zakresie, wprowadzające wiele ważnych zapisów chroniących najsłabszych i włączające w system prawny przekonanie, że przemoc w rodzinie nie jest czymś prywatnym, co można chować w zaciszu domu, lecz kwestią społeczno-polityczną, na którą jako wspólnota nie możemy być obojętni. Uruchomiło to także debatę– niestety, przez długi czas i tak zbyt cichą jak na wagę problemu – w ramach której wyłoniły się propozycje kolejnych ulepszeń. Je również Jaruga-Nowacka popierała, nie zadowalając się częściowym sukcesem sprzed pięciu lat, tylko przyjmując prawdziwie lewicową postawę, że system społeczny wymaga ciągłego naprawiania i nie ma takiego status quo, z którym moglibyśmy się w pełni pogodzić.
Zajmowanie się problemem przemocy w rodzinie było praktycznym wyrazem politycznego credo Pani Poseł, że polityka lewicowa musi stawać w obronie „mrówek”, najsłabszych. Miała na myśli obronę zarówno słabszych ekonomicznie (o co zabiegała jako działaczka Unii Pracy, niekiedy skutecznie), jak i grup wymagających wsparcia z innych powodów (np. dyskryminowane kobiety czy ofiary przemocy, w tym rodzinnej). Oczywiście i wcześniej ruchy socjalistyczny i socjaldemokratyczny były przychylne zarówno kwestii kobiet, jak i prawom dziecka – poglądy socjalisty Korczaka tego dowodem – niemniej sprawy te znajdowały się przez długi czas poza głównym nurtem lewicowych dążeń. Także dziś nie zawsze pamięta się o wielości wymiarów, w których jednostki czy grupy są narażone na krzywdę.
Troska o wszystkich pokrzywdzonych była wyróżniającym rysem politycznej postawy p. Jarugi-Nowackiej. Nieraz bowiem mamy do czynienia z ludźmi, którzy zachowując wierność tradycyjnym postulatom socjalnym bagatelizują problemy, które ujrzały światło dzienne w ostatnich kilku dekadach i które nie wiążą się bezpośrednio ze sferą produkcji. Albo odwrotnie, i to chyba nawet częstsze – z takimi, którzy zachłystując się hasłami emancypacji obyczajowej, mniej lub bardziej świadomie zapominają o wykluczeniu ekonomicznym i społecznym. Izabela Jaruga-Nowacka nie popadła w żadną z tych pułapek.
Jednocześnie nie popadła też w przesadny, a więc nieskuteczny radykalizm. Pamiętam jej udział w jednym z programów telewizyjnych parę miesięcy temu, który poświęcony był sprawie krzyży w szkołach, która to kwestia podniesiona została przez uczniów pewnego ogólniaka. Posłanka zgodnie ze swoimi przekonaniami poparła uczniów i była gotowa ich bronić, ale jednocześnie stanowczo odcięła się publicznie od konfrontacyjnego języka swej sejmowej koleżanki, twierdzącej, że krzyże powinny z hukiem zniknąć z sejmowych i szkolnych ścian, gdyż wprowadzono je tam po cichu i bezprawnie. Pani Jaruga zamiast ideologicznej wojny zaproponowała debatę światopoglądową. Sama nieraz brała udział w tego rodzaju debatach i mimo zawsze emocjonalnego tonu i niekiedy ostrej krytyki strony przeciwnej, zawsze widać było, że walczy o sprawę, a nie z nienawiści czy dla pustego sporu. Jednak chyba bardziej niż w ideowych debatach jej postawa wyrażała się, trzymając się przyjętej metaforyki, w „mrówczej pracy” w poselskich komisjach, w pracach nad projektami legislacyjnymi, które potem miały się przekuć na coś względnie trwałego, w zapisy prawne.
Obecnie nie wiemy jeszcze, czy i w jakim ostatecznym kształcie nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie zostanie uchwalona. Niezależnie od tego, jak odnosimy się do ducha tego projektu oraz jego konkretnych zapisów, z szacunku dla zmarłej inicjatorki, jak i z uwagi na dobro społeczeństwa i jego bezbronnych członków, debatujmy o tym dużo, rozważnie i merytorycznie.
Rafał Bakalarczyk
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 13 kwietnia 2010 | opinie
„Nie jestem z kraju smutnego helotów, jestem księga otwarta w przyszłość…”. Nie wiem, czy Prezydent Lech Kaczyński czytywał Broniewskiego. Gdy jednak myślę o nim w tych dniach, gdy mój zwyczajowy szacunek i uznanie dla niego, jako głowy państwa i człowieka „Solidarności”, intelektualisty i polityka został tak tragicznie zwielokrotniony żałobą, przekonuję się, jak trafna w odniesieniu do jego osoby jest ta strofa.
Słucham w tych dniach tego, co jest o nim mówione. Nie tyle tego, co powiadają dziś jego niegdysiejsi przeciwnicy i prześmiewcy. To ich myśli i sumienia, nie są dla mnie probierzem. Słucham z uwagą tego, co mówią ludzie biograficznie, intelektualnie, politycznie mu bliscy. Tego, co mówi prof. Zybertowicz, prof. Fedyszak-Radziejowska, Ryszard Bugaj. Z ich słów wyłania się obraz człowieka, polityka „starej daty”. Nie mowa tu o roczniku urodzenia, ale rozumieniu istoty polityki.
Polityka jest sztuką. Sztuką służby i odpowiedzialności, sztuką wyborów i wierności własnym zasadom. Jest sztuką prowadzenia sporu, szczególnie w pluralistycznym społeczeństwie. Jest sztuką odnoszenia zwycięstw i ponoszenia porażek. Jest wreszcie, i to nie na ostatnim miejscu, ale w znaczeniu fundamentalnym, sztuką scalania porządku idei i doraźności, godzenia koncepcji, światopoglądu z wymogami rzeczywistości, jej opornością.
Dziś, gdy łzy, w których obmywamy żal po tragicznie odeszłych wydają się treścią tego czasu, staram się pamiętać, że trzeba będzie iść dalej, znacznie dalej, by uczcić osobę Lecha Kaczyńskiego. I źle będzie, najgorzej się stanie, jeśli pamięć utopimy w łzach, a gdy wyschną nam oczy, wrócimy do swojej doraźności, do medialnych kłamstw, do zdawkowych, rocznicowych zaklęć, wypowiadanych z narastającym znużeniem, a w końcu z rutyną i przymrużeniem oka. Jak zatem pamiętać? Mądrze.
„Nie jestem z kraju smutnego helotów”. Lech Kaczyński, to truizm, był w czasach PRL działaczem opozycji. Poniekąd jak Lech Wałęsa, przeciwnie niż Aleksander Kwaśniewski. I jeśli wierzyć Ryszardowi Bugajowi, jej ideały nie obumarły w nim. Oczywiście, nie był już tym samym człowiekiem, co w czasach KOR, internowania; był człowiekiem prawicy. Ale równocześnie zachował w sobie tę pierwotną troskę o Polskę ludzi ubogich, nie godził się z przyjętym modelem transformacji i wszystkimi jej skutkami. O tym świadczą także jego wybory personalne, dobór współpracowników.
„Nie jestem z kraju smutnego helotów”, powtórzę. Lech Kaczyński traktował bardzo poważnie kwestię suwerenności Polski. Jej znaczenia. Narodowej godności i pamięci. Bardziej niż wymowne są miejsce i okoliczności, w jakich zginął. Ale rzecz idzie także o jego rozumienie znaczenia i roli instytucji i praw Rzeczpospolitej. Był państwowcem. Widział też olbrzymią wagę przenikania się tego, co państwowe i tego, co obywatelskiego, co społeczne. I zakorzenione w tożsamości, pamięci historycznej. Czy nie stąd wziął się – zrealizowany przecież – projekt Muzeum Powstania Warszawskiego, który już dziś przynosi wymierne owoce w polskim życiu kulturalnym?
„Jestem księga otwarta w przyszłość”. Wbrew tej gębie, którą tak skrupulatnie i pieczołowicie dorabiano mu jako prezydentowi, nie był zamkniętym w jałowej polaczkowatości ksenofobem, człowiekiem przestraszonym światem. Był dumnym Polakiem, dumnym tradycjami Rzeczpospolitej, której pamięć na dobre i złe sięga w głąb wieków, obejmuje Wschód i Zachód. Dialog z Żydami, aktywność na Wschodzie, przyjacielskie stosunki z prezydentem Czech. I Gruzja; Gruzja, która była dlań wyzwaniem, jakiemu moim zdaniem sprostał, choć tak głupio, dla doraźnych potrzeb starano się to spostponować. Ile jeszcze można wymieniać? Jak mało wiemy, jak mało rozumiemy dotychczas z jego prezydentury…
***
Panie Prezydencie Rzeczpospolitej Polskiej, Panie Prezydencie Lechu Kaczyński!
Nie byłeś z „kraju smutnego helotów”. Za czasów PRL nie byłeś ich jeńcem ani niewolnikiem. Jesteś jedną z ikon „Solidarności”, której echo wciąż brzmi w sercach Polaków, sercach także mojego pokolenia. Wiem, co ci zawdzięczamy.
Panie Prezydencie Lechu Kaczyński. To nieprawda, że cały umarłeś. Jesteś księga otwarta w przyszłość. Ale inni już będą kreślić w niej znaki. Obyśmy, jako Twoi rodacy, współobywatele, czynili to godnie.
Panie Prezydencie Lechu Kaczyński. Dziękujemy. Przepraszamy. Obyśmy mogli więcej zrozumieć.
Krzysztof Wołodźko
przez administrator | wtorek 13 kwietnia 2010 | nasze rozmowy
Polskie Towarzystwo Pediatryczne alarmuje, że znacząca większość dzieci w wieku szkolnym ma niewykryte i nieleczone choroby i wady rozwojowe. Problemom tym można by zaradzić w prosty sposób, wystarczy poddać dzieci powszechnym badaniom profilaktycznym, podobnie jak dzieje się to w przypadku dorosłych (pracowników). O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy prof. dr hab. Alicję Chybicką, prezesa PTP, kierownika Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej we Wrocławiu.
* * *
Jak obecnie wygląda opieka medyczna w szkołach?
Alicja Chybicka: W tej chwili – praktycznie nie istnieje. Cały ciężar opieki nad zdrowiem uczniów został zrzucony na barki rodziców. Chyba, że za opiekę medyczną uznamy obecność higienistki czy pielęgniarki szkolnej, która potrafi dziecko zważyć, zmierzyć, ewentualnie stwierdzić, czy jest ono czyste i zadbane. Nie zastąpi to lekarza potrafiącego rozpoznać choroby, które mogą trapić dziecko. Kiedyś w szkole, przedszkolu, żłobku siedział pediatra i każde dziecko było badane raz w roku, w razie potrzeby mogło liczyć na jego pomoc, skierowanie do odpowiedniego specjalisty. Dziś tylko chore dzieci są poddawane badaniom, dziecka uznawanego za zdrowe praktycznie nikt nie diagnozuje, poza bilansami zdrowia dwu-, cztero- czy sześciolatka. Bywa, że przez wiele lat dziecko w ogóle nie jest oglądane przez lekarza, jeśli poważniej nie zachoruje.
Badania wykonane przez PTP we Wrocławiu i Bydgoszczy przez zespół bydgoski oraz w Katowicach pod kierownictwem prof. Haliny Woś wykazały, że polskie dzieci nie są w pełni zdrowe. Przykładowo, 80% zbadanych ma próchnicę, wady zgryzu, wady postawy. Około 30% dzieci ma nierozpoznane alergie, wady serca lub nerek. Część uczniów jest otyłych, część jest zbyt szczupłych, część ma problemy psychiczne, nie wspominając o takich rzeczach, jak uzależnienie od alkoholu czy od narkotyków. Te wszystkie przypadłości powinny być pod kontrolą lekarza. Postulujemy powstanie konsultacyjnych punktów pediatrycznych, które miałyby za zadanie między innymi badanie dzieci w konkretnych szkołach. Oczywiście to musiałoby być wyliczone, ile szkół może przypadać na jeden punkt konsultacyjny. Liczba podopiecznych poszczególnych punktów nie musi być zawsze taka sama, należy ją dostosować do sytuacji lokalnej, np. we Wrocławiu mogłoby to wyglądać inaczej niż w Gdańsku. Taki punkt można zorganizować przy szpitalu czy przychodni, ale też bezpośrednio w szkole. Lekarz z takiego punktu szedłby do szkoły, w której już wcześniej uzyskano zgody rodziców na profilaktyczne przebadanie dzieci. Lekarze z mojej klinki na zlecenie urzędu miasta przebadali we wrocławskich szkołach 30 tysięcy dzieci. Spośród nich zdecydowana większość wcześniej nie była profilaktycznie badana.
Dlaczego po prostu nie przywrócić instytucji lekarzy szkolnych?
A. C.: Ponieważ nie ma tylu pediatrów. Wśród lekarzy tej specjalizacji jest niestety wysoka średnia wieku, wielu odeszło już na emeryturę. Nowi pediatrzy nie kształcili się, ponieważ zostali ustawą o świadczeniach zdrowotnych w połowie lat 90. wycofani z pierwszej linii. Oznacza to, że w tej chwili pediatra może być zatrudniony w POZ, albo jako lekarz rodzinny, ale sam nie może podpisać kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia. Po prostu nie jest tzw. pierwszoliniowcem, a młodzi ludzie nie chcą być ubezwłasnowolnieni. Efekt jest opłakany, ostatnio z braku specjalistów w województwie podlaskim zamknięto dwa oddziały pediatryczne.
Dlaczego tak ważne jest badanie dzieci w szkołach?
A. C.: Od zdrowia dzieci będzie zależało zdrowie dorosłego pokolenia. Taką będziemy mieć Polskę, jak sobie w tej chwili wychowamy dzieci, jak o nie zadbamy. Z tego powodu to państwo powinno wziąć na swoje barki ciężar zapewnienia zdrowia najmłodszym. Mamy obowiązkową szkołę, dlaczego dbałość o zdrowie dziecka nie jest obowiązkowa? Oczywiście, że dobry rodzic o to zadba, ale rodzice są zapracowani, muszą zdobywać pieniądze i w związku z tym niewielu z nich dba o profilaktyczne badania swoich dzieci w wieku szkolnym. Nie wspominam o rodzicach z marginesu, którzy wolą alkohol i na pewno nigdy nie pójdą z dzieckiem nie tylko na badania profilaktyczne, ale nawet do lekarza, kiedy dziecko zachoruje.
Musimy też zdać sobie sprawę, że nasze społeczeństwo się starzeje. Tym bardziej młode pokolenie powinno być zdrowe i silne.
Rozmawiał Konrad Malec, 8 kwietnia 2010 r.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 3 kwietnia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Ponieważ trudno omówić w felietonie całość kwestii, skupię się na jednym właściwie wątku: losie Żydów w ZSRS w epoce Stalina. W całej sprawie mamy zwykle do czynienia z dwoma skrajnościami. Wedle jednej z nich, „żydokomuna” to niemal historiozoficzny aksjomat, który często kryje w sobie mniej lub bardziej jawną antysemicką nutę. Druga skrajność każe skrupulatnie przemilczeć jakiekolwiek związki między Żydami a komunizmem, udając, że kwestii nie ma albo jest właśnie antysemicką fobią i wymysłem. Jedni w każdym komuniście widzą Żyda, drudzy twierdzą, że komunizm nie miał narodowości. Owszem, komunizm jej nie miał, ale komuniści jak najbardziej, choć wielu z nich, np. swoją polskość (jak Dzierżyński) czy żydostwo (jak Trocki) porzucili całkowicie na rzecz przekonania o internacjonalizmie sprawy, której służyli. W obu przypadkach nie idzie z zasady o prawdę historyczną, ale o własne antyżydowskie fobie lub dla różnych przyczyn pochowane kroniki rodzinne.
Niedawno starałem się w miarę regularnie czytać dwie książki poświęcone losom Żydów w ZSRS. Pierwsza to „Widziałem Anioła Śmierci. Losy deportowanych Żydów polskich w latach II wojny światowej”. Zawiera „świadectwa zebrane przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji Rządu Polskiego na Uchodźstwie w latach 1942-1943”, a opisuje historie polskich Żydów po przymusowych przesiedleniach więźniów łagrów sowieckich. Jako aneks opublikowano w książce memoriał prof. Wiktora Sukiennickiego, zatytułowany „Sprawa Żydów obywateli polskich w świetle oficjalnych dokumentów oraz praktyki władz radzieckich”. Tu trzeba dodać, że prof. Sukiennicki to wybitny przedwojenny prawnik i sowietolog, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, w czasie wojny aresztowany przez NKWD i więziony w łagrach na terytorium Krasnojarskiej Obłasti, skąd zwolniono go w grudniu 1941 roku. Jego memoriał powstał w Kujbyszewie (gdzie pracował dla Ambasady RP), datowany jest na 11 sierpnia 1942 r.
Autorem drugiej książki jest Arno Lustiger, były więzień obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu i Buchenwaldzie. Jego „Czerwona księga. Stalin i Żydzi. Tragiczna historia Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego i radzieckich Żydów” stanowi swoiste dopełnienie „Czarnej Księgi” Wasilija Grossmana i Ilji Erenburga, publikacji, której niemieckie wydanie przygotował zresztą Lustiger.
Obie publikacje otwierają oczy na rzekomo „przyjazną” czy „naturalną” więź między Żydami a komunizmem/stalinizmem. Lustiger roztacza szeroką panoramę historyczną i biograficzną, wychodząc od losów Żydów w Rosji carskiej, aż po kres sowieckiej Rosji. Zyskujemy obraz przygnębiający, ale charakterystyczny. Od prześladowań ze strony reżimu carskiego, przez pogromy epoki wojennych i rewolucyjnych zawieruch, przez względny rozkwit wolności po rewolucji październikowej, po stalinowski terror i późniejszy oficjalny antysemityzm/antysyjonizm radzieckich władz. Akces do komunizmu – wcale nie tak liczny wśród Żydów, którzy przede wszystkim zasilali sterroryzowany przez Sowietów Bund czy różnorakie partie syjonistyczne, albo nie-komunistyczne partie lewicowe – wielu z nich przypłacało, podobnie jak przedstawiciele innych narodowości, śmiercią i niesławą.
Do tego trzeba dodać ideologiczne aspekty państwa „chłopów i robotników”: przymusowy ateizm, wynaradawianie, instrumentalne rozgrywanie całych narodów i grup społecznych przeciw sobie. Brutalna radziecka „inżynieria społeczna” kierował się także przeciw Żydom. Owszem, próbowano np. tworzyć dla nich autonomiczne obwody, ale w takich warunkach i okolicznościach, że nie mogło się to udać. Dla części komunistów pochodzenia żydowskiego, jak wspomniany już Trocki, ta kwestia była zupełnie obca, a sprawy ich narodu kompletnie nieistotne. Byli to ludzie w najmocniejszym tego słowa znaczeniu wykorzenieni. Tu zresztą warto zaznaczyć, że cały, skrajnie opresyjny wobec narodu żydowskiego system społeczny przedrewolucyjnej Rosji, z którego wywodzili się żydowscy działacze polityczni i inteligencja, sprzyjał, a może wręcz wymuszał taką postawę.
Żydowski Komitet Antyfaszystowski powstał w czasie, gdy Stalin ze wszystkich sił, zagrożony totalną klęską, poszukiwał sojuszników tam, gdzie wcześniej widział jedynie śmiertelnych wrogów, odwołując się do uczuć religijnych, narodowych, patriotycznych. ŻKA powstał pod koniec 1941 lub na początku 1942 roku, z inicjatywy Henryka Erlicha i Wiktora Altera. Los tych dwóch, jak i cały późniejszy proces stalinowski działaczy ŻKA, jest jedną z tych odsłon stalinizmu, którą dobrze znamy jako Polacy. Erlich i Adler byli de facto obywatelami polskimi, w wojennej zawierusze dostali się w ręce NKWD, formalnie zwolnieni we wrześniu 1941 r. po „odwilży” sowiecko-polskiej, „zniknęli” w nocy 3 grudnia wezwani do gmachu NKWD. Odnajdują się nieco później: 14 maja 1942 r. Erlich popełnił samobójstwo w celi, zaś 17 lutego 1943 r. Alter został rozstrzelany w Kujbyszewie.
Sam Komitet był dziełem „synów Machabeuszy”, Żydów gotowych do walki na śmierć i życie, a tak często oskarżanych (także po wojnie, przez różnej maści antysemickich nienawistników) o bierność, podległość i niemoc. „Ja, dziecko narodu żydowskiego, przysięgam, że nie zostawię bez pomocy mych walczących braci, póki Hitler ze swymi oprawcami, owi śmiertelni wrogowie wszystkich narodów, owi śmiertelni wrogowie mojego narodu, nie zostaną starci z powierzchni ziemi. Przysięgam zemścić się za moich braci i siostry – męczonych, palonych i grzebanych żywcem we wszystkich niszczonych miastach i wioskach, których sięgnęła ręka wroga. Za śmierć kobiet i dzieci, za mękę i hańbę mojego narodu i narodów bratnich przysięgam zemstę aż do ostatniego tchnienia! Krew za krew! Śmierć za śmierć!” (22 czerwca 1942, z apelu do Żydów świata). Niemniej największym dziełem ŻKA była „Czarna księga”, powstała z inicjatywy Alberta Einsteina, który rzucił pomysł „gromadzenia i publikacji dokumentów dotyczących zagłady Żydów w okupowanych krajach Europy”.
Po wojnie Żydowski Komitet Antyfaszystowski znalazł się jednak na celowniku władz sowieckich. Lustiger przytacza znamienny dokument z marca 1948 r.: „Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego w wyniku przeprowadzonych czekistowskich kroków [sic!] stwierdza, że przywódcy Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, którzy są aktywnymi nacjonalistami i wzorują się na Amerykanach, w istocie prowadzą nacjonalistyczną działalność antyradziecką”. Wszyscy wymienieni z nazwiska i imienia w tym tekście działacze ŻKA zostali oskarżeni i rozstrzelani w procesie tej organizacji, zakończonym latem 1952 roku. „Salwa!… I nie ma grobu nawet” (Józef Keler)… Tak Stalin okazał Żydom swoją wdzięczność.
Tu pewien przeskok. Andrzej Gwiazda w wywiadzie-rzece „Gwiazdozbiór w »Solidarności«” (www.gwiazda.oai.pl) wspomina: „Wiosną 1939 roku rodzice przenieśli się do Pińska. 13 kwietnia 1940 r. zajechała pod dom furmanka z dwoma żołnierzami i polskim Żydem. Powiedzieli – sobirajties. Babcia straciła głowę. Ja zapakowałem zdjęcie ojca, jakieś dokumenty, pluszowego psa, misia, komplet kart do brydża i nie dałem sobie tego odebrać ani skontrolować. Żyd kazał nam załadować maszynę do szycia, maszynkę do mięsa, kołdry, ubrania. Dzięki niemu przeżyliśmy. Sam zapakował sobie dwa worki butów”. Jaki był późniejszy los tego człowieka, który dzięki znajomości sowieckich realiów wskazał, co trzeba zabrać ze sobą w tę złą drogę?
W przedmowie do wspomnianej, wydanej przez Żydowski Instytut Historyczny książki „Widziałem Anioła Śmierci”, Feliks Tych pisze: „Z zawartych świadectw jednoznacznie wynika, że co najmniej jedna trzecia, jeśli nie połowa ludzi, którzy zetknęli się z sowieckim systemem więziennym i obozowym – nie wyszła z tego spotkania żywa. Bywało, że z kilkuosobowej deportowanej rodziny uratowała się tylko jedna osoba. Reszta została zamęczona głodem, chłodem, pracą ponad siły oraz epidemiami wynikłymi z dramatycznych warunków sanitarnych i żywieniowych w czasie długotrwałego transportu oraz w łagrach i specposiołkach. W wielu zeznaniach mówi się też o dotkliwie odczuwanych przez Żydów prześladowaniach religijnych ze stron sowieckich władz obozowych, a także otwarcie antysemickich postawach sowieckiego »naczalstwa« wobec zesłańców żydowskich”. Anioł Śmierci nie miał względu na nikogo…
Ponadto Tych stwierdza: „Przypuszczalnie mało kto z represjonowanych przez władze sowieckie Żydów polskich wyszedłby z tych łagrów i specposiołków żywy, gdyby nie zawarty w Londynie 30 lipca 1941 roku pakt między Rządem Polskim na Uchodźstwie a Rządem ZSRR”. Ci uwolnieni polscy Żydzi walczyli później w Armii Andersa. I tak jak zawsze, w historię relacji polsko-żydowskich w tamtym czasie wpisane są dowody najszczerszej solidarności oraz nikczemnych uprzedzeń narodowych. Ale najbardziej uwagi godna jest ta krótka wzmianka: w przypadku antysemickich zachowań na terenie polskich placówek (sierocińce, domy dziecka, szkoły) „dzieci żydowskie były brane w takich wypadkach pod ochronę przez polski personel wychowawczy i z wdzięcznością jest to kwitowane w relacjach”. Daleko, na rubieżach sowieckiego Imperium, polscy wychowawcy odrabiali lekcję „starego doktora”…
To tylko drobny, ułomny w felietonowym opisie fragment szerokiego zagadnienia, wpisanego we wschodnio-europejską panoramę (nie tylko) XX wieku. Wielkiej opowieści i wielkiej tragedii. Prawdziwszej niż bajania o „żydokomunie” i boleśniejszej niż milczenie o tym, jak faktycznie było.
przez Joanna Duda-Gwiazda | sobota 3 kwietnia 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Już miałam gotowy felieton „Hipokryzja” o kłamstwach polityków, kiedy obejrzałam film Sekielskiego „Władcy marionetek”. Słowo tak zbladło w porównaniu z siłą wyrazu, jaką daje obraz, dźwięk, montaż, że „Hipokryzja” powędrowała do kosza.
I taki jest pierwszy wniosek z tego filmu. Wyborcy nabierają się na sugestywny wizerunek przywódcy, wykreowany przez specjalistów od marketingu politycznego i równie profesjonalnych realizatorów telewizyjnego obrazu. Sytuacja jest nieco schizofreniczna. Marionetkom trzeba pokazać w telewizji, że telewizja wodzi ich za nos, bo inaczej nie uwierzą. Kiedy okazało się, że uzależnienie od komputera może być szkodliwe, pojawiły się poradniki, jak uwolnić się od nałogu. W wersji internetowej, bo uzależniony papierem się brzydzi.
Mimo potęgi Internetu, wybory wygrywa się w telewizji. Zdumiewające, że film Sekielskiego, demaskujący manipulacje opinią publiczną, pokazała TVN, która ma decydujący wpływ na wynik wyborów. Uwierzyłabym w cudowne nawrócenie się TVN, gdyby Sekielski przeszedł się także po korytarzach gmachów telewizji i tak jak politykom, zadawał kolegom kłopotliwe pytania: czy telewizja kłamie, czy ty też kłamiesz? Zasłanialiby się tajemnicą handlową, ale byłoby ciekawie.
Sekielski nie jest polskim Michaelem Moorem. Ten amerykański działacz i publicysta krytykował rząd USA za podporządkowanie polityki interesom korporacji, ale nie był dziennikarzem CNN. Jego tragikomiczne filmy, np. o kurczakach udręczonych na przemysłowych farmach lub o koncernach farmaceutycznych, które trują pracowników, pokazywała jakaś mała stacja telewizyjna. W filmie Sekielskiego też jest śmiesznie i strasznie, ale o co chodzi politykom, nie wiadomo.
W porównaniu z Moorem, Sekielski z pozoru wydaje się bezstronny, ponieważ krytykuje całą klasę polityczną. Jeśli przyjrzymy się jego rewelacjom uważniej, widać wyraźnie, że jak zazwyczaj na celowniku są Kaczyńscy – barbarzyńcy zagrażający naszej cywilizacji. Nie zyskała uznania w oczach Sekielskiego nawet autentyczność działaczy PiS-u, którzy jako jedyni nie stosują się do ośmieszonych w filmie zasad PR.
Wytykanie lewicy alkoholowych wpadek Kwaśniewskiego to odgrzewane kotlety, chociaż przy tej okazji Sekielski pokazał lwi pazur. Ujawnił, że Kwaśniewskiego w Katyniu upił Sławoj Leszek Głódź. Lewica zaprawiona w bojach przez towarzyszy radzieckich poległa w konfrontacji z hierarchą Kościoła! Wyrazy współczucia.
Donald Tusk kreuje się na swojaka, faceta, który zawsze jest blisko ludzi. Jest to zarzut efektowny, ale niezbyt poważny. Natomiast zniszczenie przez PO dokumentacji wniosku obywatelskiego o referendum – jest przestępstwem. Charakterystyczne, że Sekielski nie przypomina, czego miało dotyczyć to referendum. Współczuje mieszkańcowi Warszawy, któremu Lech Kaczyński nie zwrócił nieruchomości zabranej na mocy „stalinowskiego dekretu”. Jest to skutek zachowania ciągłości prawnej III RP z PRL, ale tego dziennikarz nie wyjaśnia. Winien jest niedobry Kaczyński.
W przeciwieństwie do Moore’a, Sekielski nie krytykuje polityków z pozycji własnych poglądów. Ostro sprzeciwia się wojnie w Iraku, ale teraz to bardzo tania odwaga. TVN nie pokazała nawet migawki z protestów przed inwazją, kiedy zdzieraliśmy gardła krzycząc przed redakcją „Gazety Wyborczej” – Gazeta Wojenna! Opcja polityczna TVN wyłazi jak szydło z worka przy zarzutach wobec PiS-u. Jak wszyscy od dawna wiemy z telewizji i prasy, PiS zyskuje głosy wyborców strasząc ludzi. Czym mianowicie? Eriką Steinbach, oligarchami, rugowaniem Polaków z poniemieckich nieruchomości. Takie tam strachy na Lachy.
Może telewidzowie zauważą, że politycy wprawdzie kłamią, ale telewizja sekunduje tylko tym, którzy kłamią profesjonalnie i w interesie światowego postępu. Mam nadzieję, że kij ma dwa końce.
Mimo woli Sekielski trafnie definiuje główną linię politycznego podziału. Wszystkie partie jednoczą się przeciw PiS-owi, ponieważ tylko PiS wypowiedział wojnę oligarchii, czyli dominacji globalnego biznesu i finansów nad polską gospodarką.
Prawica i lewica toczą wojnę kulturową, nie dotykając bazy, czyli własności środków produkcji, podziałów klasowych, wartości dodatkowej. Prawica w interesie klas uprzywilejowanych kieruje uwagę społeczeństwa na zmiany zachodzące w nadbudowie. Lewica unika marksistowskiej interpretacji, ponieważ musiałaby się przyznać, że nie ma żadnego programu dostosowanego do kapitalizmu korporacyjnego.
Prawica i lewica kruszą kopie o gejów, aborcję, in vitro, parytety w polityce. Ale nawet gdy pojawia się problem zabierania dzieci rodzicom, dyskryminacji niepełnosprawnych albo osób w starszym wieku, dyskutanci szerokim łukiem omijają związane z tą dyskryminacją problemy materialne.
Spory są ideologiczne, nie merytoryczne. Ale co zastanawiające, nie są to spory ideowe. Nawet katolicy, wysoko niosąc sztandar wartości chrześcijańskich, mówią o zabijaniu życia, nie o nieśmiertelnej duszy. Może tak wygodniej, ponieważ ojcowie Kościoła długo nie mogli rozstrzygnąć, kiedy Bóg zsyła nieśmiertelną duszę. Obawiam się jednak, że przyczyna jest głębsza. W stanie wojennym ksiądz Prymas powtarzał: „Życie jest najwyższą wartością”. Życie – nie wiara, prawda, wierność Bogu, ludziom i ojczyźnie, czyli te wartości, za które męczennicy i bohaterzy oddawali życie.
Dlatego informacja, że czwartego czerwca odbędzie się beatyfikacja księdza Jerzego Popiełuszki, to dobra wiadomość.
przez admin | czwartek 1 kwietnia 2010 | nasze rozmowy
Prezes Bumaru potwierdził fakt przyspieszenia procesu konsolidacji polskiej zbrojeniówki: powstają zalążki narodowego koncernu produkującego wyposażenie dla wojska. O komentarz w tej sprawie pytamy dr. hab. Pawła Sorokę, koordynatora Polskiego Lobby Przemysłowego im. E. Kwiatkowskiego, członka Rady Honorowej „Obywatela”.
* * *
Na jakim etapie znajduje się obecnie proces konsolidacji polskiej branży zbrojeniowej?
Paweł Soroka: Właśnie zaczął się jego ostatni etap: w ramach Bumaru tworzą się tak zwane dywizje, czyli grupy branżowe, np. skupiające przedsiębiorstwa przemysłu amunicyjnego, pancerno-samochodowego, radiolokacyjno-elektronicznego itd. Do spółki wiodącej, którą jest Bumar, włączane są spółki zależne. Tendencja do konsolidacji jest trendem europejskim i światowym. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było to potrzebne, dziś liczą się tylko silne podmioty, mogące zaoferować konkurencyjne warunki. Pamiętajmy, że trzy lata temu nastąpiło otwarcie europejskiego rynku uzbrojenia, a to oznacza, że w przetargach na wyposażenie dla polskiej armii mogą startować firmy z pozostałych krajów Unii. I odwrotnie – nasze firmy mogą startować w przetargach na dostarczanie sprzętu do innych krajów.
Proces konsolidacji danej branży może przebiegać według różnych scenariuszy.
P. S.: Może mieć ona charakter oddolny lub być kierowana odgórnie, bez uwzględnienia opinii konsolidowanych przedsiębiorstw. Ten pierwszy wariant ma miejsce wtedy, gdy spółki o podobnym profilu zrzeszają się dobrowolnie, tworząc wspólną reprezentację w postaci spółki wiodącej – taką jest właśnie Bumar – i rezygnując z części swej niezależności. Podczas realizacji drugiego modelu może dojść do patologii w postaci rozrostu biurokracji. Zamiast redukcji zatrudnienia w centrali, następuje wtedy rozbudowa struktur, co skutkuje bałaganem i paraliżem decyzyjnym; ponadto, ma miejsce dublowanie pewnych działań spółek zależnych Tymczasem struktura zarządzania skonsolidowaną grupą powinna wprost wynikać z jej celów, wśród których znajduje się nie powielanie działań. Wspólne działanie – oparte na efekcie synergii – w zakresie np. marketingu na rynkach międzynarodowych czy prac badawczo-rozwojowych jest znacznie tańsze, w czym ujawnia się ważna rola konsolidacji.
Niestety, w przypadku polskiego przemysłu zbrojeniowego obserwujemy proces odgórnej konsolidacji. Mamy już tego negatywne efekty: tworzą się nadmiernie rozbudowane struktury na szczeblu całego Bumaru, nie zawsze odpowiadające potrzebom spółek zależnych, a częstokroć dublujące ich działania. Jednak największą słabością przekształceń polskiej zbrojeniówki jest brak integracji systemu zarządzania sferą gospodarczego zaplecza bezpieczeństwa narodowego. Jest to ewidentna wpadka rządu.
PLP wyraziło w swoim stanowisku także inne wątpliwości dotyczące obranej drogi konsolidacji.
P. S.: Rzeczywiście, tych obaw jest więcej. Spółki PHZ Cenzin i Cenrex, wchodzące w skład Bumaru, prowadzą działalność w zakresie importu uzbrojenia, konkurencyjną dla rodzimego przemysłu. Posiadane przez nie informacje o cenach i wadach rodzimych produktów mogą w tej sytuacji zostać pozyskane przez konkurentów, zabiegających o sprzedaż do Polski ich wyrobów.
Niepokój budzi także zastawianie przez Bumar akcji spółek zależnych, a także przejmowanie ich przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Przykładem może być kredyt Bumaru zaciągnięty w jednym z zagranicznych banków. 18 mln dolarów pożyczono pod zastaw aż 80% akcji CNPEP Radwar S.A., wartych rynkowo co najmniej miliard złotych. To grozi przejęciem kontroli nad tymi akcjami przez zagraniczne podmioty. Obserwujemy brak należytej osłony kontrwywiadowczej dla przekształceń polskiego przemysłu obronnego, ułatwiający działania lobbingowe przeciw wybranym menedżerom i spółkom, a także promowanie rozwiązań zagranicznych, niekorzystnych dla interesu Polski. Dążenie Ministerstwa Skarbu Państwa do wprowadzenia kluczowych spółek (Bumar) na giełdę nie gwarantuje trwałości kontroli w obliczu istoty akcyjności, czyli dopuszczenia do publicznego obrotu akcjami.
Krytycznie oceniamy także propozycje, by ARP nadzorowała narodowy koncern zbrojeniowy. Niesie to za sobą niebezpieczeństwo powtórki sytuacji, które miały miejsce podczas likwidacji stoczni w Gdyni i Szczecinie, czy sprzedaży koncernom zagranicznym zakładów lotniczych w Mielcu i Świdniku.
Od kilku lat polska zbrojeniówka ma coraz mniej zamówień z kraju i zagranicy. Jak odwrócić tę tendencję?
P. S.: Po pierwsze, trzeba unowocześnić ofertę, czyli więcej wydawać na prace badawczo-rozwojowe, wchodzić w międzynarodowe programy modernizacyjne. Obecnie polska oferta opiera się o postradziecką, unowocześnioną bądź spolonizowaną produkcję, opartą o licencje z lat 70. i 80. To było atrakcyjne do końca lat 90., dziś wchodzą do użycia nowe generacje uzbrojenia. Druga sprawa: większą aktywność muszą wykazać wszystkie ośrodki władzy. W innych państwach to prezydenci i premierzy, składając wizyty zagraniczne, upominają się o międzynarodowe kontrakty dla narodowego przemysłu obronnego. Polskie podejście do sprawy doskonale obrazuje przypadek byłego ministra obrony, Janusza Onyszkiewicza, który powiedział, że nie jest ministrem polskiego przemysłu zbrojeniowego – i podczas podróży zagranicznych w żaden sposób nie promował naszej produkcji specjalnej.
Rozmawiał Konrad Malec, 31 marca 2010 r.
przez Michał Sobczyk | wtorek 30 marca 2010 | opinie
Nowy raport NIK obnaża fakt, że Specjalne Strefy Ekonomiczne to sztandarowy przykład ideologicznego, a nie pragmatycznego podejścia do gospodarki.
Istniejące od połowy lat 90. SSE to wyodrębnione administracyjnie części kraju, gdzie przedsiębiorcy mogą prowadzić działalność na preferencyjnych warunkach. Pomoc publiczna udzielana firmom inwestującym w strefach obejmuje m.in. zwolnienia i ulgi podatkowe, sprzedaż gruntów poniżej ich wartości oraz dotacje celowe. Ideą zakładania stref jest przyciąganie kapitału, zwłaszcza zagranicznego, do regionów słabo rozwiniętych, ze strukturalnym bezrobociem. Dzięki temu mają tam powstawać nowe miejsca pracy. Samorządowi politycy lubią przywoływać nazwy dużych firm, które zdecydowały się rozpocząć działalność w „ich” strefach, obowiązkowo dodając do tego informację o liczbie osób, które znalazły tam zatrudnienie.
Warto skonfrontować tę propagandę sukcesu z twardymi danymi. O ile jednak urzędowego optymizmu mamy aż nadto, ze szczegółowymi wyliczeniami jest znacznie gorzej. Najwyższa Izba Kontroli właśnie ujawniła, że rząd nie zna wszystkich kosztów ponoszonych przez państwo w związku z funkcjonowania stref. Również wielkość dotychczas udzielonej pomocy publicznej nie jest dokładnie znana. W rezultacie, niemożliwa jest rzetelna ocena opłacalności tego instrumentu.
NIK wyjaśnia, że Ministerstwo Gospodarki nie prowadziło dotąd analiz efektywności SSE. Nie porównywano poniesionych kosztów z takimi korzyściami, jak nowe miejsca pracy czy wzrost dochodów z podatków lokalnych. Brakuje refleksji nad tym, czy nie należy zmodyfikować pomocy udzielanej przedsiębiorcom inwestującym w SSE. Resort nie posiada długofalowej koncepcji dalszego istnienia stref, a wydłużenie stosowania tej formy pomocy publicznej do końca 2020 r. nie zostało poprzedzone żadnymi ekspertyzami. Nawet w okresie znaczącego spadku bezrobocia w latach 2005-2008, na co zwrócił ostatnio uwagę Chevalier, nie pomyślano o stopniowym ograniczaniu przywilejów firm z SSE czy zasięgu terytorialnego tych specjalnych obszarów.
Przeciwnie – strefy cały czas się powiększają. Brak przejrzystych zasad dotyczących poszerzania stref spowodował, że tworzono podstrefy w regionach rozwiniętych, zaprzeczając tym samym idei istnienia SSE /…/ W ten sposób utworzono np. dwie podstrefy Łódzkiej SSE w Warszawie – czytamy na stronie Izby. Jej kontrolerzy ustalili, że poszerzanie granic stref najczęściej odbywało się z inicjatywy inwestorów, niejednokrotnie uciekających się do dwuznacznych nacisków. Ogłaszali oni, że w przypadku odmowy uruchomią działalność poza Polską – warto przy tym wspomnieć, że żaden inny kraj Europy Środkowej nie zdecydował się na tworzenie podobnych stref, istnieją one natomiast na Ukrainie i Białorusi Tego rodzaju szantaż odniósł skutek m.in. w przypadku Pomorskiej SSE, którą powiększono o 7,8 ha terenów prywatnych we Frydrychowie (gm. Kowalewo Pomorskie).
Wnioski nasuwają się dwa. Po pierwsze, choć w kontekście stref specjalnych przywilejów dla biznesu mówi się głównie o nowoczesnych fabrykach, które wybudowano w ich granicach, prorozwojowy charakter tego instrumentu nie jest niczym bezspornym. Dopóki nie są prowadzone rzetelne wyliczenia dotyczące tej formy pomocy publicznej, jej stosowanie jest bardziej wyznaniem wiary w neoliberalne dogmaty niż elementem racjonalnej polityki ekonomicznej. Nasuwa się skojarzenie z hurra-prywatyzacją prowadzoną w pierwszych latach transformacji. Prozaicznemu „przekręciarstwu” towarzyszyła wówczas autentyczna wiara w zbawczą moc Inwestorów – jakichkolwiek, byleby raczyli wziąć choć kawałek społecznego majątku. W niewiele zmienionej postaci ta prywatyzacyjna religia przetrwała zresztą do dzisiaj, a jej wyznawców możemy codziennie oglądać na ekranach telewizorów, jak wysiadają ze służbowych limuzyn.
Po drugie, przyznanie części przedsiębiorców nadzwyczajnych zwolnień z ich obowiązków wobec społeczeństwa dodatkowo zwiększyło nierównowagę sił między kapitałem a państwem. „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – w realizacji tej klasycznej doktryny biznes wykazuje więcej zręczności, niż jakikolwiek reżim.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 20 marca 2010 | opinie
Przeciętny Polak zna absurdy PRL-owskiego życia, jeśli nie z autopsji,
to chociażby z serialu „Alternatywy 4”. Choć tamtego ustroju dawno już
nie ma, absurdy trzymają się mocno.
Pod koniec lutego krakowski „Dziennik Polski” pisał: Górka Narodowa to osiedle-kuriozum. Zero żłobków, przedszkoli, szkół, ulice zatkane korkami, autobusy, które przemieszczają się wolniej niż piesi, dojazdy do domów, na których mieści się tylko jedno auto. Dalej czytamy m.in. wypowiedź Teodozji Maliszewskiej, radnej Dzielnicy IV: Urzędnicy dali tysiąc pozwoleń na budowę i jeden autobus MPK. Zezwalają na ulice, na których mogą się minąć dwa rowery, a nie samochody (całość tutaj).
Poczynania deweloperów to jeden ze znaków firmowych hecy ustrojowej pod nazwą III RP, z jej absurdami ekonomiczno-społecznymi. I praktyczne wcielenie w życie modelu neoliberalnego, aspołecznego, kosztem zbiorowości. Bo wspólnotowość to przecież przeżytek z czasów socjalizmu, komuna i bolszewia. Przedszkola, komunikacja miejska? Samo zło i totalitaryzm. Wolność to strzeżone osiedla, a jeśli nawet nie strzeżone, to takie, z których pozbyto się nieszczęsnych reliktów przeszłości. Ot, wystarczą w miarę zgrabne pudełka bloków mieszkalnych, wąska nitka jezdni i już mamy raj na ziemi. Brońcie nas wszyscy święci neoliberalizmu przed planami zagospodarowania przestrzennego, nazbyt dociekliwym nadzorem ze strony miasta (w praktyce, dziwnym trafem, zazwyczaj nie trzeba się tym specjalnie przejmować) i społecznikami-frajerami, którym ta najlepsza z możliwych (dla dewelopera) sytuacja się nie podoba! Znamienna jest tu wypowiedź udzielona „DP” przez Mikołaja Korneckiego (znanego czytelnikom „Obywatela” z artykułu „Ostatni taki klin…” i felietonu „Niezbyt Wesoła Polana”): W planie miejscowym Górka Narodowa miała być ujęta jako odrębny, samowystarczalny zespół mieszkaniowy z przedszkolem, szkołą, sklepami, terenami sportowymi, układem dróg, otoczona zielenią. Teraz z tej koncepcji realizuje się tylko mieszkania. Buduje się jednostkowo i nikt nie widzi całości.
Oczywiście problem nie bierze się znikąd. Ale u jego podstaw nie stoi jedynie polski „głód mieszkaniowy”, lecz także praktyczna niemożność wyegzekwowania przez obywateli jakichkolwiek obowiązków, nie tylko od deweloperów, ale i instytucji miejskich. Bezradność, atomizacja społeczna, brak poczucia solidaryzmu to mechanizm samonapędzający, jego efektem są właśnie takie „pudełkowe osiedla”, jak Górka Narodowa… Człowiek cieszy się po prostu, że ma te swoje cztery kąty, do tego może jeszcze garaż dla dwuśladowego członka rodziny, jakąś plazmę i Internet, żeby pooglądać sobie szeroki świat, dla którego zabrakło miejsca za oknami. Strach pomyśleć, jakie szajby rodzą się w takim otoczeniu, w klaustrofobicznym zaduchu nowego osiedla. Materialna, fizyczna ciasnota jest niejako przypomnieniem o niedogodnościach życia na (mieszkaniowy) kredyt. Zgrzebne PRL-owskie osiedla-sypialnie wcale nie wydają się gorsze od tych złotych klatek, w których ludzie będą żyć, a jak trzeba – umierać, bo np. karetka nie przeciśnie się na czas… Zresztą, jaka karetka? Karetka to też socjalizm… Taksówką, wszędzie taksówką! A w stanie przedzawałowym, jak się da, własnym samochodem.
Czarny humor? Nie, to życie pod Górkę, albo niezgorszy materiał na nową gorzką komedię: Alternatywy 5.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 10 marca 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Zarzutów, których główną przyczyną jest – zdaniem autora tekstu – pierwotne napięcie między lewicowością a tradycją, jako symbolem i domeną myśli konserwatywnej, nade wszystko o proweniencji katolickiej.
Nie sposób odmówić racji opinii, że samo pojęcie tradycji nie należy do kanonu myślenia lewicy. Wynika to z samej genezy tego światopoglądu, myślenia i ruchu, dla którego przeszłość jawiła się zwykle jako czas hańby lub dziecięctwa ludzkości (tu akurat rodzącą się lewicę niewiele różniło od nieco od niej starszych myślicieli liberalnych). O przyczynach tego stanu rzeczy można by mówić wiele, bynajmniej nie sprowadzając rzeczy do Karola Marksa, który wywarł niezaprzeczalny wpływ na lewicowe projekty. Projekty, które nie wiązały się wyłącznie z kwestiami socjalnymi, ekonomicznymi czy emancypacyjnymi, ale wprost z walką ludów o niepodległość, o sprawę narodów trzymanych pod jarzmem „z Bożego nadania” ustanowionych monarchii. Tradycja, zwiędła staruszka, jako symbol tego, co skostniałe, zaprzeszłe i wrogie klasom wyzyskiwanym, jako sojuszniczka „starego świata” jawiła się wprost jako śmiertelny wróg mężnej, hożej niewiasty, która wiodła ludy na barykady i była dla nich jutrzenką.
Tu warto zwrócić uwagę, jak pokazuje Łuczewski, że odniesienie do tradycji (czy też „Tradycji”) nie było sprawą aż tak jednoznaczną, przynajmniej dla polskiej lewicy. Żyjąc w chwili swych narodzin problemem utraty niepodległości – musiała także opowieść o losach Rzeczpospolitej, o niewoli polskiego narodu wpisać w swą tożsamość, w krąg pytań, na które trzeba będzie dać odpowiedź. I już w tym momencie progresywizm lewicowej myśli zakotwiczał się w historii, owszem, historii przeklętej, historii cudzej (pisanej przez warstwy uprzywilejowane, przez kościelnych kronikarzy), ale przecież także własnej historii, choć – z perspektywy choćby Gromad Ludu Polskiego – przemilczanej. Należało zatem odzyskać historię: „dla ludu i przez lud”. A lud utożsamiano z narodem: tak wyzwolenie miało dokonać się i w wymiarze socjalnym, i w narodowym.
Oczywiście, lewica nigdy nie miała, mieć nie może jako doktryna „świecka” raz na zawsze ustanowionych dogmatów i kanonów. Czy jednak nie istnieje czytelny lewicowy paradygmat? Tu publicysta „Christanitas”, spoglądając na lewicę z wysokiego konia, ze szczytów katolickiej ortodoksji, ogłasza: „Kłopot lewicy polega na tym, że przekreślając Transcendencję (albo traktując ją instrumentalnie), z konieczności musi zgubić się w konflikcie sprzecznych narracji. Nie posiada żadnego odpowiednika objawienia, żadnego kanonicznego pisma, żadnej oficjalnej instytucji, która pozwoliłaby w sposób autorytatywny definiować jej ortodoksję. W konsekwencji nie ma żadnej oficjalnej instytucji, która mogłaby rozstrzygnąć spory dotyczące swej własnej natury /…/ Każdy może być lewicowym prorokiem, stąd charakterystyczne dla tej formacji frakcyjne podziały, które przypominają los protestanckich zborów”.
Tu, rzecz jasna, z całą złośliwą premedytacją warto zaznaczyć, że ostatnie zdanie można też zapisać w następujący sposób: „Każdy może być prawicowym prorokiem, stąd charakterystyczne dla tej formacji…”, itd. – i wcale nie straci ono racji bytu. Ba, nabierze jeszcze rumieńców, gdy pomyśleć o partyjnych peregrynacjach prawicowych polityków w ciągu ostatniego dwudziestolecia… A i wcześniej, gdy nie tylko „grunwaldczycy” wchodzili w alianse z Jaruzelskim i jego poprzednikami. Bo kłopot z tekstem Łuczewskiego bierze się stąd, że sprytnie wyrzuca on poza nawias swojego zainteresowania równie labilny polityczny i ideowy wymiar prawicowości, lewicy przeciwstawiając jedynie Tradycję Kościoła rzymskokatolickiego. Cóż, z porównania z tą Instytucją bodaj żadna myśl, żaden ruch, żadna osadzona w zmienności dziejów forma społecznej aktywności nie wyjdzie obronną ręką. Zarówno prawica, która przecież nie zawsze, a wręcz coraz rzadziej nawiązuje w sposób bardziej wiążący do doktryny katolickiej, jak i z reguły agnostyczna lewica. Spór Marka Jurka (zresztą publicysty „Christanitas”) z liderami Prawa i Sprawiedliwości, zakończony w wiadomy sposób, ukazał polityczne zwycięstwo dość „umiarkowanego idealizmu” nad „ideowym radykalizmem”. Bo przy wszystkich swoich wpływach Kościół i doktryna katolicka nie cieszą się bezwarunkowym poparciem (prawicowych) partii politycznych; dochodzi jedynie do mniej lub bardziej wiążących sojuszów między ołtarzem i tronem.
Wracając do powyższego cytatu z tekstu Michała Łuczewskiego. Poprzedza go, zaznaczę, fragment poświęcony katolickiej ortodoksji. Przeciwstawiając jej mankamenty „lewicowej narracji” (niedwuznacznie, przez porównanie z protestantyzmem, wskazując na jej „sekciarskość”) pisze on: „»Każdy może być lewicowym prorokiem«, gdyż lewica nie ma oficjalnych struktur, nie ma kanonów, nie ma objawionej »świętej księgi«”. Cóż, westchnienie ulgi. Tym bardziej, że – o czym zapewne autor artykułu dobrze wie – zbyt długo lewica miała swój „czerwony Watykan” i nie sposób już nawet wyliczyć strat, jakie to przyniosło. Bo to, co Łuczewskiemu przedstawia się jako słabość, jest w gruncie rzeczy – nie tylko pragmatyczną, ale nade wszystko ideową – siłą lewicy. Nie ma żadnych racjonalnych powodów, by istniał „lewicowy Kościół” z własną Inkwizycją czy Indeksem Ksiąg Zakazanych. Z dogmatami i Tradycją. Im mniej takiego „kościoła” będzie, także na polskim podwórku, tym lepiej. A ta ideowa labilność, różnorodność, wielość koncepcji, to (oprócz naturalnego kłopotu z konfliktami nie tylko ideowymi) istne dobrodziejstwo dla lewicy. Oznacza bowiem zdolność do szybszego postrzegania nowych wyzwań i zagrożeń, możliwość wyboru idei zgodnie z własnym sumieniem (co pozwala socjaldemokratom być zarówno agnostykami, jak i katolikami), odrzucenie jakiejkolwiek wizji lewicowości, która chciałaby przedstawić samą siebie jako „jedynie słuszną”. Wszelkie „lewicowe dogmaty” byłby szkodliwe w sytuacji, gdy swój lewicowy światopogląd można budować zarówno w oparciu o teksty Daszyńskiego, Ciołkosza, Jana Józefa Lipskiego, czy też Naomi Klein albo Murraya Bookchina, unikając przy tym modnego bełkotu Žižka i Badiou. A można przecież również dziś być lewicowcem jak Baczyński, nie znając Marksa i żywiąc się płomienną poezją. Ale myślę, że niezależnie od tego, odpowiedzi wielu lewicowców będą w jakiejś mierze zbieżne, odwołujące się do tych samych spraw, co parę lat temu pokazała ankieta w ostatnim numerze „starej” „Frondy” (nr 43, „Chleba naszego powszedniego”).
Lewica nie potrzebuje „Tradycji”, wystarczy jej zmysł historii, tradycja pisana z małej litery. I owszem, ten zmysł historii i taką tradycję lewica w Polsce powoli odzyskuje. Odzyskuje po latach dominacji komunistów, nie znoszących ideowej i politycznej konkurencji. Michał Łuczewskiego ma prawo nie wiedzieć o projektach w rodzaju www.lewicowo.pl, choć w przypadku młodego badacza wydającego osąd na temat polskiej lewicy jest to pewne niedociągnięcie. Inną sprawą, ważniejszą, jest to, że kwestię dzisiejszych zainteresowań lewicy zamyka w kluczu – tak, najlepiej widocznym z perspektywy Warszawy i najwygodniejszym dla przedstawiciela prawicy – mainstreamowej „Krytyki Politycznej”, mniejszości seksualnych i bohemy artystycznej. Łuczewski, zgodnie z prawicowym stereotypem, myśli „KP”, mówi lewica, albo odwrotnie i z satysfakcją przyznaje sobie prawo do jeremiad. A przecież jest to w gruncie rzeczy, wobec wielu ruchów w rodzaju Inicjatywy Pracowniczej, Lewicowej Alternatywy czy Młodych Socjalistów itp., tylko cząstka lewicowej rzeczywistości. „Stara” socjaldemokracja nie umarła. Zaś „nowa lewica” przeminie. Ale proszę nie traktować tego jako dogmatu lewicowej wiary. To zaledwie opinia, którą lewicowcowi podpowiadają ludzkie dzieje…
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 10 marca 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Justyna Kowalczyk ujawniła, że biegaczki leczą astmę sterydami rozszerzającymi pęcherzyki płucne. „Rzeczpospolita” zarzuciła jej brak empatii dla rywalki, która zdobyła trzy złote medale mimo astmy. Złoty medal w biegu na 30 km wywalczyła Justyna, z czego wynika, że zdrowy też może, jeśli się postara. W PRL oszukiwałam lekarzy sportowych, aby mieć prawo do wspinania się w Tatrach. Teraz zdrowi i chorzy mają równe prawa.
Z dwóch kandydatów PO na kandydata na prezydenta RP Komorowski bliższy jest lewicy. Zauważyłam ocieplenie na linii Marszałek Sejmu – feministki. Sikorski, minister w rządzie PiS i w rządzie PO, żadnych poglądów nie posiada. Byłby idealnym kandydatem na prezydenta wszystkich Polaków z rekomendacji PO. Rekomendacje komplikują rozpoznanie poglądów polityka. Borusewicz jest marszałkiem Senatu najpierw z rekomendacji PiS, potem PO. Solidaruch czy liberał? Wicemarszałek Romaszewski, rekomendowany przez PiS, w kwestii immunitetów wykazał niezależność. Natomiast Rosół, rekomendując pannę Sobiesiak na kierownicze stanowisko w Totalizatorze Sportowym, był osobą prywatną, nie doradcą politycznym ministra Drzewieckiego.
Pragnienie zgody narodowej ponad podziałami wyraża projekt PO, aby prezydenci Wałęsa, Kwaśniewski i ich następcy dożywotnio zasiadali w Senacie. Dla pełniejszej zgody należałoby posadzić w Senacie również prezydenta Jaruzelskiego, a twórców filmu „Towarzysz generał” osadzić w więzieniu.
Według najnowszego modelu, prezydent ma siedzieć w pałacu na tronie pod żyrandolem. Może otworzyć wystawę historyczną poświęconą neandertalczykowi, ponieważ mieszkał on w środkowej Polsce i na sąsiadów nie napadał. Historia pogańskich Słowian skomplikuje politykę Watykanu, a Piastów i Jagiellonów może zagrozić stosunkom dobrosąsiedzkim. Im bliżej czasów współczesnych, tym gorzej.
Żaden Polak przytomny na umyśle nie wymieni słowa Żyd w innym kontekście niż Holocaust. Ostro karcone jest oskarżanie III Rzeszy, Niemców albo Hitlera o wywołanie II wojny światowej i zbrodnie na okupowanych terenach. Winni są naziści. Studenci amerykańscy wiedzą, że naziści to Polacy.
Socjolog amerykański David Ost ubolewa, że nacjonalistycznej prawicy udało się zagospodarować politycznie gniew klasy robotniczej na kapitalistów i skierować go przeciw obcym: Żydom, masonom i komunistom. Jako przykład wymienia gorączkę lustracyjną. Zdaniem Osta, liberalna część kierownictwa „Solidarności” była mniej sprawna politycznie, nie wykazała zainteresowania losem robotników. Chlubnym wyjątkiem był Kuroń, który troszczył się o bezrobotnych. Sądzę, że David Ost nie docenia politycznych osiągnięć tej formacji. Czytał polską prasę („Polityka” i „Gazeta Wyborcza”), rozmawiał „z dawnymi działaczami z kierownictwa Solidarności. Są to Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Aleksander Hall, Zbigniew Janas, Lech Kaczyński, Barbara Labuda, Jan Lityński, Adam Michnik i Grażyna Staniszewska”. Ci ludzie i te gazety wykazują przesadną skromność. Wciąż troszcząc się o demokrację zagrożoną przez ciemnogród, homofobów i nacjonalistów. A przecież mają wybitne osiągnięcia w zagospodarowaniu gniewu robotników tak, aby nie skierował się przeciw obcym i kapitalistom.
W rezultacie udanych z obu stron manewrów politycznych możemy już tylko bić się w piersi za własne zbrodnie, przepraszać, przebaczać i prosić o przebaczenie. Zbrodni ZSRR i PRL nie można nazywać komunistycznymi, ponieważ dotknięci czują się komuniści polscy, rosyjscy, francuscy, kubańscy i wenezuelscy. Początkowo można było jeszcze mówić o zbrodniach stalinowskich. Teraz jest to źle widziane, ponieważ Stalin jest bohaterem II wojny światowej. Stronniczość polskich nacjonalistów psuje nasze stosunki z Rosją i aliantami Stalina z II wojny światowej. Wkrótce Stalin zostanie uznany za największego bohatera naszych czasów, ponieważ Armia Czerwona uwolniła świat od największego zagrożenia – nazistów polskich i niemieckich.
Z tą gorączką lustracyjną to gruba przesada. TW Alek jest mocnym filarem lewicy, TW Bolek cenionym komentatorem politycznym. Polacy szanują TW, którzy się sami przyznali, choćby na mękach, czyli pod groźbą ujawnienia. Olechowski kandyduje na prezydenta RP, minister Boni decyduje, czy roszczenia pracowników są zasadne.
Zamiast archaicznego słowa „spisek”, proponuję używać określenia zgodnego z duchem czasu – spółka handlowa. Oto przykłady. Lewica broni agentury PRL jak niepodległości. Taka lewica to marzenie każdego kapitalisty. Co połączyło kapitalistów, lewicę i bezpiekę? Wyportkowanie klasy robotniczej (to określenie eleganckie, pochodzi z francuskiego). Spółkę handlową jawną Alek, Bolek, Kiszczak, Michnik, Balcerowicz, Kulczyk, Krauze i Coca-Cola zawarli przy okrągłym stole. Spółkę Chlebowskiego, Drzewieckiego i Rosoła z Sobiesiakiem i Koskiem nazwalibyśmy spółką handlową niejawną.
Skutecznym młotem na dociekliwych historyków i wścibskich dziennikarzy są niezawisłe sądy. Daniel Wicenty, historyk IPN, ujawnił w „Biuletynie IPN”, że Jan Fijor, niegdyś dziennikarz PAX-u, był TW Beretą. Fijor oskarżył historyka z artykułu kodeksu karnego o prześladowanie za poglądy, ponieważ Bereta jest wzorowym liberałem, podziwia finansistów i napisał książkę „Jak zostałem milionerem”. Jeśli Wicenty przegra, IPN wyrzuci go z pracy, bo w państwie prawa państwowy Instytut nie może zatrudniać przestępców.
Pisałam silva rerum, a wyszło panoptikum, czyli muzeum osobliwości.
przez Konrad Malec | środa 10 marca 2010 | opinie
Prywatne koncerny medialne nie mogą ścierpieć istnienia swoich
publicznych konkurentów – zwłaszcza wtedy, gdy oferują oni cokolwiek za
darmo, w ramach społecznej misji, do której zostali powołani.
Belgijski państwowy nadawca radiowo-telewizyjny zamierza umieścić w Internecie szeroką ofertę wartościowych programów; jak przystało na medium publiczne, dostęp do nich będzie bezpłatny. Ekspansję w Sieci planuje także Polskie Radio, które na przypadające we wrześniu 85. urodziny postanowiło uruchomić 80 internetowych stacji, które dołączą do 5 już funkcjonujących programów. – Internet to przyszłość radia. Chcemy (…) zaproponować zupełnie nową ofertę, na miarę XXI wieku – wyjaśnia prezes rozgłośni, Jarosław Hasiński.
Część bogatej oferty szykowanej przez Polskie Radio będzie miała charakter komercyjny, jednak powstaną także kanały ze słuchowiskami, książkami czytanymi przez lektora, programy skierowane do najmłodszych, pasma reportażowe oraz dziesięć stacji poświęconych muzyce poważnej, w tym jedna wyłącznie Fryderykowi Chopinowi, którego rok właśnie obchodzimy. W planach są też kanały informacyjne i publicystyczne. Z kolei belgijskie media publiczne zamierzają na swoich stronach udostępnić m.in. wiadomości, programy edukacyjne i filmy dokumentalne. Zarówno belgijski, jak i polski nadawca chce w ten sposób dotrzeć do młodszych słuchaczy, bowiem w obu krajach większość odbiorców pasm publicznych ma 30 i więcej lat. Ponadto, Polskie Radio boryka się z poważnymi problemami finansowymi. Szacunki mówią, że w tym roku wpływy z abonamentu mogą spaść nawet o 2/3. Szefowie spółki liczą, że uruchomienie kanałów tematycznych zwiększy atrakcyjność publicznej rozgłośni dla reklamodawców. Co ważne, „nowości” nie wpłyną znacząco na koszty funkcjonowania radia, bowiem cała operacja niemal w całości będzie oparta o istniejącą infrastrukturę, pracowników, archiwa.
Komercyjne media nie zasypiają gruszek w popiele i organizują kontrofensywę, mającą powstrzymać publicznych nadawców przed poszerzaniem ich darmowej oferty w Sieci. Prywaciarze z Beneluksu podnoszą larum, że publiczne programy mogą sobie pozwolić na taką „hojność”, gdyż otrzymują środki zarówno z reklam, jak i pochodzące z podatków. Zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu, gdy środki prywatnych stacji na promocję uległy uszczupleniu, tak nad Mozą, jak i nad Wisłą wytaczane są kolejne działa przeciwko „nierównej konkurencji”. Mają miejsce rozmaite próby wywierania wpływu na program i źródła finansowania publicznych konkurentów.
Ataki na publiczne środki masowego przekazu są w Polsce prowadzone przez wielkie koncerny medialne już od wielu lat (co ciekawe, pomimo negatywnego stosunku do tego, co wspólne, domagają się one jednocześnie… darmowego dostępu do archiwów Polskiego Radia oraz TVP, będących własnością społeczną). Wtóruje im wielu politykierów, zwłaszcza tych występujący w ultraliberalnych barwach. Sprzymierzeńcy w dziele niszczenia dobra wspólnego najchętniej doprowadziliby do całkowitej likwidacji publicznych nadawców. Wiele wskazuje na to, że mogą osiągnąć swój cel – poprzez zniesienie abonamentu. O ile główne programy telewizji czy radiowa Trójka mogą to jakoś przetrwać, za cenę dalszego dostosowywania ramówki do potrzeb reklamodawców, o tyle programy określane jako misyjne z pewnością będą miały trudności. Jaki będzie los np. radiowej Dwójki, Radia Parlament, TVP Kultura czy TVP Historia, gdy zabraknie środków z abonamentu? Już teraz płaci go mniej niż 40% odbiorców usług oferowanych przez publicznych nadawców, w czym swój udział ma niewątpliwie nachalna propaganda nakłaniająca do unikania tej opłaty.
Tymczasem w UE abonament zlikwidowano tylko w Luksemburgu, a średnia jego ściągalność dla Unii wynosi 90%. Polska znajduje się na samym dnie tego rankingu, co sprawia, że aż 75% budżetu naszych mediów publicznych stanowią środki ze sprzedaży reklam. Zbliżamy się zatem do stanu postulowanego przez komercyjne firmy medialne. Przestrogą przed tym, co znajduje się na końcu tej drogi, niech będą efekty wprowadzania w życie skrajnie neoliberalnego modelu nowozelandzkiego. Środki publiczne na realizację misji może w owym kraju otrzymać każdy nadawca, który spełni określone warunki, np. zobowiąże się nie przerywać takich programów reklamami. Od wprowadzenia systemu, środki te nigdy nie zostały w pełni wykorzystane – od brania dotacji bardziej opłacalne jest wypełnianie ramówki po brzegi komercyjnym chłamem, przyciągającym reklamodawców.
Prywatne koncerny zarzucają mediom publicznym czerpanie zysków z emisji „sieczki”, takiej samej, jaka gości na ich antenach, jednak finansowanej z pieniędzy podatników. Oczywiście warto dyskutować nad ograniczeniem jej ilości, ale najpierw zapewnijmy Polskiemu Radiu i TVP stabilne i obfite źródło finansowania. Kolejnym krokiem powinna być demokratyzacja społecznych nadawców: skoro mają opierać swoje funkcjonowanie o portfel „Kowalskiego”, powinien on mieć wpływ na to, co i kiedy emitują. Kto wie, jakie niespodzianki przyniosłyby konsultacje społeczne, w których widzowie i słuchacze określiliby, ile życzą sobie reklam, w jakich godzinach poszczególne programy i filmy powinny być nadawane itp. Jedno jest pewne: na ich ramówkę nie powinny mieć wpływu media komercyjne, w przypadku których jedyną misją pozostaje: zarobić.
przez Remigiusz Okraska | środa 3 marca 2010 | opinie
Tak, bronię dziennikarza „Gazety Wyborczej”. I wcale się tego nie wstydzę.
Są takie chwile, kiedy trzeba zrobić coś, o czym człowiek wie, iż choćby nie wiem jak się starał i tłumaczył, to i tak nie wybroni się przed opiniami, że się sprzedał, że zdradził, że stracił twarz i co tam jeszcze. Ale ja zawsze uważałem, iż można wejść w sojusz choćby z diabłem, jeśli diabeł służy dobrej sprawie. Z takim właśnie przekonaniem staję po stronie dziennikarza „Gazety Wyborczej” – i samej tejże gazety – mianowicie Adama Wajraka.
Miesięcznik „Press” w swym bieżącym numerze opisał „aferę”, która polega na tym, że Ministerstwo Środowiska zapłaciło wydawcy „Gazety”, spółce Agora, 61 tys. złotych, za dwa teksty promujące walory przyrodnicze Puszczy Białowieskiej i konieczność jej ochrony, ciepło wypowiadające się też o ówczesnym szefie resortu środowiska, prof. Macieju Nowickim.
Tekst w branżowym periodyku wywołał głosy potępienia – przykład znajdziecie tutaj. Co tak bardzo oburzyło? Ano to, że owe teksty ukazały się bez adnotacji, iż stanowią tzw. artykuły sponsorowane, co zwyczajowo się zaznacza w tego rodzaju publikacjach. Wydawcy „Wyborczej” tłumaczą, że zaszło nieporozumienie, a do samej sytuacji doszło dlatego, iż jakiś pracownik przekroczył swoje uprawnienia. Deklarują też, że zwrócą pieniądze. Sam Wajrak mówi, co jest w całej sprawie kluczowe, iż „Moje wynagrodzenie było wielokrotnie mniejsze, to była zwykła wierszówka”. Tłumaczy też, że w obu tekstach nie zawarł niczego, z czym nie zgadzałby się osobiście – choć sponsor artykułów miał prawo wglądu w ich treść przed drukiem – co jednak nie przekonuje tzw. opinii publicznej, czego przykład mamy choćby tu (do potępień Wajraka włączył się w komentarzach, pod pseudonimem, także jeden ze współpracowników „Obywatela”…). Cała sprawa, przy okazji, posłużyła do kolejnego ataku na ochronę przyrody – wiadomo, „zieloni” to sprzedajne cwaniaki, a tajemnicze lobby płaci im za blokowanie rozwoju Polski, który to rozwój według pyskatych przygłupów polega na wylewaniu asfaltu i betonu gdzie się da, szczególnie w miejscach cennych przyrodniczo i malowniczych.
Nie powiem, że podoba mi się prezentowanie artykułów opłaconych „z zewnątrz” bez adnotacji „artykuł sponsorowany”. Nie powiem również, że podoba mi się takowy „sponsoring” jakichkolwiek treści w mediach. Nie podoba. Ale dziwię się, że takie oburzenie branżowych cnotek wywołała akurat ta sprawa. To doprawdy ciekawe, że dziennikarzy „Press” nie oburzają inne, bliźniacze fakty. Nie oburza ich na przykład to, że w mediach jako niezależni eksperci i „znawcy tematu” brylują notorycznie faceci z Centrum im. Adama Smitha, czyli neoliberalni doktrynerzy na usługach wielkiego biznesu. To ciekawe, że „Press” nie zainteresował się tym, czemu w mediach publicznych i prywatnych dziesięć razy częściej można natrafić na „ekspertów” z CAS niż na ekonomistów o poglądach prospołecznych. To ciekawe, że „Press” nie zainteresował się, kto owo CAS sponsoruje – myślę, że dziennikarskie śledztwo pokazałoby bardzo interesujące zależności między interesami sponsorów owych „ekspertów” a stronniczymi wywodami, które prezentują oni na wizji, fonii i na papierze. Na Zachodzie dziennikarze tamtejszych „Pressów” są nieco bardziej pracowici i dzięki temu wiemy, że neoliberalna propaganda różnych „ekspertów”, „fachowców” i „komentatorów”, oczywiście zawsze „niezależnych”, jest zazwyczaj sponsorowana przez wielki kapitał.
Można też zapytać, dlaczego o potrzebie budowy autostrad – za miliardy złotych z publicznej kasy – przekonują nas często tzw. dziennikarze motoryzacyjni, czyli osoby siedzące na różne sposoby w kieszeni koncernów samochodowych i paliwowych. Ale „Press” jakoś nie wpadł na to, żeby zestawić ogromną ilość propagandy proautostradowej i mizerną ilość materiałów o zaletach – społecznych i ekologicznych, ale także ekonomicznych – transportu kolejowego z kwotami, jakie na public relations wydają, dajmy na to, General Motors i Shell z jednej strony oraz Polskie Koleje Państwowe i PESA S.A. (to taki polski producent pociągów i tramwajów, moi drodzy). Albo weźmy inny przykład – ciekawe, dlaczego dziennikarzy nie interesuje to, że w mediach czołowym komentatorem w sprawie żywności modyfikowanej genetycznie jest prof. Tomasz Twardowski, prezentowany zazwyczaj jako naukowiec z Polskiej Akademii Nauk. Naukowiec Twardowski jak lew broni GMO – zapewne tylko przypadkiem jest on też prezesem Polskiej Federacji Biotechnologii, głównej polskiej organizacji lobbującej na rzecz interesów wielkich koncernów biotechnologicznych. Olaboga, Wajrak „sprzedał się” za 60 tysięcy – ciekaw jestem, czy ta kwota stanowi 1, czy może 3% rocznych budżetów wspomnianych „niezależnych” instytucji, reprezentowanych w mediach przez „niezależnych” ekspertów.
Ale wróćmy do sedna sprawy. Adam Wajrak nie jest z „mojej bajki”. Nie tylko dlatego, że „Gazetę Wyborczą” uważam za medium i środowisko z wielu względów szkodliwe, współodpowiadające za patologiczny kształt polskiego życia politycznego, debaty publicznej, ładu medialnego itd. Również dlatego, że sam Wajrak nie zawsze w relacjonowaniu tematów ekologicznych zachowywał się fair. Tak było w przypadku głośnego konfliktu w sprawie budowy autostrady przez park krajobrazowy i rezerwat przyrody na Górze św. Anny. Tak było również, gdy swoimi publikacjami usiłował swego czasu stworzyć wrażenie, że niemal cały polski ruch ekologiczny popiera Unię Wolności. Są więc pewne rachunki krzywd. Jeśli jednak mam wybierać między „demaskatorami” z „Pressu” i antyekologicznymi maniakami z blogów internetowych, a Wajrakiem, to staję po stronie dziennikarza „Wyborczej”.
Powód jest prosty. Niezależnie od tego, jak naprawdę wyglądały relacje finansowe między Ministerstwem Środowiska a Agora S.A., kto zawinił, kto co przeoczył, kto się skusił na łatwe pieniądze itd., pewne jest jedno. To mianowicie, że Adam Wajrak mówi prawdę, gdy twierdzi, iż w jego artykułach stanowiących przedmiot wspomnianych kontrowersji, nie ma ani słowa, pod którym osobiście by się nie podpisał. Można nie lubić „Gazety”, można się nie zgadzać z Wajrakiem w tym lub owym, ale nie ma w Polsce w dużych mediach innego dziennikarza, który poświęciłby ochronie przyrody tak wiele tak odważnych tekstów, i nie ma innej dużej gazety, która by tyle właśnie takich tekstów wydrukowała.
Wajrak – choć wiele osób kojarzy go głównie ze sprawą obrony Doliny Ropsudy (którą to sprawę antyekologiczni prawicowi paranoicy uważają za zamach na Polskę, na PiS i na prawicowość – tak jakby ów PiS nie forsował nad Rospudą rozwiązania przygotowanego uprzednio przez swoich rzekomych wrogów z SLD) – pisze na takie tematy od wielu lat. Pisze o nich w podobnym duchu niezależnie od tego, kto akurat jest u władzy. Pamiętam jego rzetelne i odważne teksty o ochronie polskiej przyrody i z połowy lat 90. (koalicja SLD – PSL), i z czasów rządów AWS (koszmarnych pod względem niszczenia przyrody) od 1997 do 2001 roku, i z wtedy, gdy resort środowiska ponownie obsadzały SLD i PSL (również wysyp antyekologicznych działań resortu), i gdy w czasach braci Kaczyńskich na stanowisko ministra trafił Jan Szyszko. Pamiętam też dobrze, że Wajrak ochronie Puszczy Białowieskiej – najcenniejszego polskiego skarbu przyrodniczego, unikatowego w skali całej Europy, lecz wciąż niszczonego przez matołków z samorządu lokalnego i pazernych leśników – poświęcił ogromną ilość tekstów, publikowanych od połowy lat 90., zanim jakiekolwiek ministerstwo zdecydowało się Agorze zapłacić za cokolwiek.
Gdy przed kilkoma laty miałem przyjemność należeć do grona liderów najbardziej bojowej polskiej organizacji broniącej przyrody, Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, to właśnie Wajrak był jedynym dziennikarzem ogólnopolskich mediów, który nie obawiał się opisywać „przekrętów”, jakie kosztem cennych miejsc przyrodniczych robili ówcześni decydenci resortu środowiska i podobnych instytucji (a było to, drodzy prawicowcy, podczas rządów „postkomuny”). Nie zawsze pisał tak, jak byśmy chcieli – czasem późno, czasem prezentując tylko część haniebnych faktów – ale był, powtarzam, jedynym polskim dziennikarzem głównego nurtu, który w ogóle się takimi kwestiami zainteresował. A zainteresowanie kilkoma z nich wymagało odwagi cywilnej – znacznie większej niż anonimowe pyskowanie na blogach o czyjejś „sprzedajności”, zresztą zazwyczaj w wykonaniu autorów, których nikt nie chciałby kupić.
To, że Wajrak napisał przy okazji prezentacji walorów Puszczy Białowieskiej i potrzeby jej ochrony swoistą „laurkę” dla ministra Macieja Nowickiego, jest oczywiście dwuznaczne – zwłaszcza dla laików – w kontekście kwoty przekazanej przez resort wydawcy „Gazety”. Ale nie ma potrzeby wątpić, że Wajrak napisałby to samo niezależnie od umowy finansowej. Maciej Nowicki nie był idealny, jednak był naprawdę dobrym ministrem środowiska. Piszę to z pewnym zakłopotaniem, bowiem był owym ministrem w rządzie PO, partii uznawanej przeze mnie za najbardziej szkodliwe ze wszystkich obecnych znaczących ugrupowań. Co więcej, był od wielu lat pierwszym szefem resortu, który zajmował się nie tylko bieżącym „zarządzaniem” ochroną środowiska w Polsce, ale chciał również ocalić cenne obszary, mimo iż wkraczał w ten sposób na śliski, kontrowersyjny, ryzykowny grunt. Nowicki ocalił Dolinę Rospudy, ale przede wszystkim podjął drażliwy temat Puszczy Białowieskiej, w odniesieniu do której zarówno krótko trzymał leśników, przyzwyczajonych do jej niszczenia, jak i podjął realne działania, aby włączyć kolejne puszczańskie tereny do Białowieskiego Parku Narodowego, gdyż tylko to może zapewnić im faktyczną ochronę. To nie Wajrak „na zamówienie” chwalił Nowickiego – chwaliła go znakomita większość organizacji ekologicznych, a sam Wajrak miałby mnóstwo powodów do takich pochwał, w świetle swoich nieraz deklarowanych poglądów, niezależnie od przelewów na konto Agory czy swoje.
Można negatywnie oceniać relacje finansowe Ministerstwa Środowiska z wydawcą „Gazety Wyborczej”. Nie należy jednak bezmyślnie atakować Adama Wajraka – jednego z niewielu polskich dziennikarzy, który wielokrotnie odważnie stawał w obronie przyrody. Każdy, komu leży na sercu dobro polskiego dziedzictwa przyrodniczego, powinien odciąć się od tej nagonki.
przez administrator | wtorek 2 marca 2010 | nasze rozmowy
Trwają prace nad uchwaleniem nowej ustawy o genetycznie modyfikowanych organizmach (GMO). O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy specjalistę w dziedzinie polityki rolnej, Marka Krydę, uczestnika licznych prac legislacyjnych w polskim Sejmie oraz w Parlamencie Europejskim.
* * *
Spotkałem się z opinią, że egzekwowanie zapisów obowiązującej ustawy o GMO wystarczyłoby dla zabezpieczenia interesów polskich obywateli.
Marek Kryda: Nowa ustawa jest konieczna, ponieważ konieczne jest wprowadzenie wyraźnych przepisów, które chronić będą nasz kraj przed mającym obecnie miejsce, niekontrolowanym wprowadzaniem GMO do środowiska i tzw. skażeniem genetycznym tradycyjnych upraw. Obecnie obowiązująca ustawa o GMO z 2001 r. ma podstawowy mankament – nie określa, kto i w jaki sposób ma kontrolować uprawy genetycznie modyfikowanych odmian roślin. Gdy październiku ub.r. Greenpeace złożył do prokuratury doniesienie w sprawie nielegalnych upraw kukurydzy MON 810 w Opolskiem, prawę umorzono, właśnie z powodu braku odpowiednich regulacji prawnych. Równie potrzebne są ściślejsze uregulowania dotyczące badań naukowych dotyczących GMO, z powodu braku środków bezpieczeństwa podczas ich przeprowadzania.
Nowa ustawa powinna realizować ramowe stanowisko Polski, w którym rząd zadeklarował, że nasz kraj będzie wolny od GMO. Mimo, że Komisja Europejska nie chce dopuścić do zmian ustawowych w Polsce, które by zakazywały upraw GMO, kraje takie jak choćby Niemcy wprowadziły w postaci nie ustaw, a rozporządzeń, moratoria na takie uprawy – i Komisja je zaakceptowała. Takie rozwiązanie mógłby przyjąć także nasz kraj. Ciekawym wybieg wobec Komisji Europejskiej zastosowali Austriacy – zezwolili na uprawę roślin transgenicznych, jednak na warunkach w praktyce niemożliwych do spełnienia. Wadą polskiego projektu, nad którym obecnie toczy się dyskusja, jest dopuszczenie koegzystencji, czyli współistnienia upraw modyfikowanych i ekologicznych. Tymczasem w praktyce nie istnieją skuteczne strefy buforowe, zapobiegające skażeniu genetycznemu.
Dlaczego zakazy udało się wprowadzić w kilku krajach UE, natomiast w Polsce ze strony rządowej ciągle słyszymy, że jest to niemożliwe?
M. K.: To pytanie powinno się postawić naszym ministrom, środowiska i rolnictwa, czy premierowi, który zapowiadał, że nowa ustawa uniemożliwi wprowadzanie upraw GMO na obszar Polski. Mogę tylko domniemywać, że to efekt nacisków lobby biotechnologicznego, koncernów agrochemicznych, czy wielkoobszarowych „rolników”. Są one na tyle silne, że nasze władze zapominają o interesie społecznym i o przyszłych pokoleniach. Rok temu Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport, który w kontekście GMO nie zostawił na naszych władzach suchej nitki. Wskazał z jednej strony deklarację o dążeniu do Polski wolnej od GMO, a z drugiej – że de facto dopuszcza się ich uprawy, nie kontrolując tego w żaden sposób. Takie postępowanie jest sprzeczne z prawem unijnym, takich upraw bez rejestracji, zawiadamiania sąsiadów, zachowania stref bezpieczeństwa i znakowania powstałych produktów prowadzić nie wolno.
Wspominał Pan o działaniach grup interesu. Po przeciwnej stronie znajdują się konsumenci, odrzucający GMO, wspierani przez część środowiska naukowego (choćby listem otwartym z 18 lutego br.). Czy mają oni jakiekolwiek szanse w starciu z lobbystami?
M. K.: Lobbyści już przygotowali kontrakcję. W marcu w sejmowej Sali Kolumnowej, pod patronatem marszałka Komorowskiego, odbędzie się duża konferencja promująca GMO. Nie zaproszono na nią żadnych osób sceptycznych wobec tej technologii, ani żadnej osoby zajmującej się ochroną środowiska. Będą na niej wyłącznie zwolennicy stosowania inżynierii genetycznej w rolnictwie.
Cała rozgrywka o kształt przyszłej ustawy rozegra się w podkomisjach – rolnictwa i środowiska. Ten, kto nie będzie uczestniczył w tych pracach, nie będzie miał wpływu na ostateczny kształt przepisów.
Jak Pan ocenia szanse na prawne powstrzymanie rozprzestrzeniania się upraw GMO w Polsce?
M. K.: Skoro należące do tej samej Unii Europejskiej Węgry tego dokonały, to i Polska może. Dwa lata temu, wraz z Centrum Informacji o Środowisku, współorganizowałem konferencję na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Zaproszono przedstawicieli różnych krajów, z Węgier przyjechała doradczyni rządu i dokładnie, punkt po punkcie przedstawiła argumenty użyte przez Madziarów podczas wprowadzania moratorium na uprawy modyfikowanej genetycznie kukurydzy. Można by użyć tej samej argumentacji, ale z jakiegoś powodu nasze władze nie chcą tego uczynić.
Rozmawiał Konrad Malec, 26 lutego 2010 r.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 23 lutego 2010 | opinie
Był sobie projekt nazwany „Polską Solidarną”,
w ramach którego obiecywano zmianę paradygmatów społecznych i
ekonomicznych, koniec z wszechwładzą oligarchii itp. historie ku
pokrzepieniu przedwyborczych serc. Działo się to dawno; za górami, za
lasami, jak sądzę.
Luty 2010 r., Olsztyn. Jak informuje blogerka krystynagra, miasto postawiło budynek z mieszkaniami socjalnymi dla eksmitowanych. Takimi na trzydzieści kilka metrów kwadratowych, kto zna ten metraż z autopsji ten wie, że to nic wielkiego. Mieszkania wykonane porządnie, w łazienkach „glazura i terakota”, jak dla ludzi. A to przecież dla podludzi… – Nie stać nas na takie budownictwo socjalne. Wystarczyłyby baraki, a toaleta może być na zewnątrz – powiedział lokalnemu wydaniu „Gazety Wyborczej” miejscowy działacz Prawa i Sprawiedliwości, Leszek Araszkiewicz. Jego partyjna koleżanka, radna Ewa Piotrkowska, dziwi się niepomiernie: Na podłogach wykładziny, wszystko nowiutkie i pachnące. W kuchniach są umywalki i kuchenki gazowe. Wykładziny?! Goły beton, albo jeszcze lepiej blacha kontenerów, to by było rozwiązanie na miarę Polski Solidarnej. Nowiutkie, pachnące? Powinno śmierdzieć starością i lepić się od brudu, żeby podludzie wiedzieli, za jakie grzechy cierpią: za swoją biedę, lenistwo, pijaństwo, może także dziecioróbstwo, przenoszące patologie w następne pokolenie. Bo przecież wiadomo, że jak eksmitowany, to leń i pijak. I złodziej, bo każdy pijak to złodziej. I te umywalki i kuchenki gazowe! Luksus, zbędny luksus na początku XXI wieku! Przecież wystarczyłyby te baraki z kiblami na zewnątrz. Baraki, prycze i koce, a na obiad ciepła zupa u zakonnic, żeby się komu w pupie z tego dobrobytu nie przewróciło. I to za nasze – podatników – pieniądze ten ich dobrobyt! No jak tak można, jak można tak folgować dziwnym, humanitarnym ciągotom, rodem z PRL-u chyba…
I tak w skrócie przedstawia się neoliberalna demagogia w wykonaniu lokalnych polityków PiS, partii „Polski Solidarnej”. Neoliberalne mrugnięcie okiem w stronę potencjalnego wyborcy: zobacz, jak marnuje się twoje środki. Daje to interesujący wgląd w to, jak może wyglądać świadomość społeczna działaczy PiS niższego szczebla. Że wcale, bynajmniej, nie musi wiele się różnić od poglądów ich kolegów z PO, czy może nawet UPR. Ten sam sposób myślenia o biedzie, wykluczeniu, cudzym nieszczęściu: kalki myślowe jak z agitek akolitów Janusza Korwin-Mikkego. Ta sama okrutna bezmyślność, która każe traktować ludzi biednych jak obywateli drugiej, trzeciej kategorii. Ta sama klisza, która na dźwięk słowa „ubóstwo” każe wyobrażać sobie dworcowego pijaczka, nigdy ludzi, którym należy dać drugą szansę. Ludzi bez pracy, słabo zarabiających, po wypadkach losowych, rodzin wielodzietnych na utrzymaniu jednego żywiciela o niskich dochodach.
Baraki, kibel. I getto dla biednych. Niech żyje IV Rzeczpospolita Neoliberalna Araszkiewiczów i Piotrkowskich!
Krzysztof Wołodźko
P.S. Ciekawe, na ile Lech i Jarosław Kaczyński zdają sobie sprawę, jakie persony mają w terenie. Bo może naprawdę nie o takich im chodziło, ani o im podobnych z organizacji neokonserwatywnych, jak Młodzi Konserwatyści, o wrażliwości społecznej pantofelka. Albo nowobogackiego gumiaka, którego czuć zwykłym gnojem.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 17 lutego 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Czas jakiś temu w mediach pojawiła się informacja o półtorarocznej dziewczynce, zgwałconej przez chorego psychicznie krewnego matki dziecka, która spała pijana na podłodze, gdy doszło do tragedii. Dziecka nie odebrano jednak matce, gdyż jak stwierdziła odpowiednia instytucja, „między matką a córką istnieją normalne więzi”.
Jak wiadomo, jednym z prawicowych tabu w Polsce jest rodzina. Jest ona wykluczona z jakiegokolwiek krytycznego, normalnego dyskursu, ponieważ „jest święta”. W rodzinie, zgodnie z tą logiką, nie ma przemocy fizycznej ani psychicznej, nie ma molestowania seksualnego, aktów kazirodztwa, alkoholizmu czy narkomanii. Państwo powinno trzymać się od rodziny jak najdalej, akcje „stop bicia dzieci” to głupota, a winna ewentualnemu złu jest co najwyżej szkoła albo „zgnilizna moralna współczesnej kultury”. Że kultura nie spada z nieba, o tym już mówi się rzadziej. Generalnie idzie o to, by utrzymać rodzinne tabu i mit rodziny jako „zdrowej komórki społecznej”. I generalnie nie ma w tym nic złego i nie ma większego sensu czynić z patologii normę, tzn. przekonywać z kolei, że rodzina jest siedliskiem wszelkiego zła – gdyby nie kilka zastrzeżeń, dość poważnej natury.
Wspomnijmy akcję „stop bicia dzieci”. Charakterystyczne było, jak obie strony konfliktu, umownie nazwijmy je lewicą i prawicą, okopały się w swoich racjach i w próżni młóciły te same argumenty. Lewica mówiła, że każdy klaps to przemoc i brak miłości. Prawica powoływała się na tzw. zdrowy rozsądek: „mnie w dzieciństwie ojciec spuszczał lanie i wyrosłem/wyrosłam na normalnego człowieka”. Wychowywałem się na wsi, gdzie użycie siły fizycznej wobec dziecka nie było niczym dziwnym. Sam niejednokrotnie dostałem lanie, ale akurat nie to uważam za największy smutek dzieciństwa. Widziałem jednak, nie tylko na WF, kolegów z sinymi pręgami na plecach, bitych mocno i bezwzględnie. I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy.
Pomijając w tej chwili absurd „wychowania bezstresowego”, zwrócę uwagę na to, czego z kolei nie widzą prawicowcy. Że bezmyślne, okrutne, wymierzone nie tyle w ukaranie, co w nasycenie się własną przewagą, a zatem perwersyjne bicie dzieci jest sprawą, nad którą nie da się przejść obojętnie, że to „sprawa rodziny”. Bo nie jest to sprawa rodziny, ale kwestia społeczna. I humanitarna przede wszystkim. Tak samo nie jest „sprawą rodziny” przemoc psychiczna, często nader wyrafinowane znęcanie się nad dziećmi przez ludzi sfrustrowanych i złych lub nieszczęśliwych w swoich związkach. Albo skupiających na słabszych od siebie, jedynych, jakich mają pod swoją władzą, gniew wynikający z ich sytuacji finansowej, społecznej, relacji zawodowych, bądź faktu bezrobocia. Tak, to również jest kwestia społeczna.
Tu dygresja: prawica zresztą ma chyba ogromny problem z przeniesieniem na grunt rodziny kwestii społecznych i ekonomicznych, skoro traktuje ten byt jako coś zupełnie jednostkowego, wyobcowanego z otaczającej rzeczywistości. Jedyne, co ma zwykle do powiedzenia, to: „zostawcie rodzinę w spokoju” i „ręce precz od naszych podatków”.
Tak samo nie jest „sprawą rodziny” to, że lekkomyślni rodzice dają swoim dzieciom samochody w piątkowy wieczór, by mogły jechać na zabawę. A jest to już w zasadzie obyczaj. Jeśli to dziecko-dorosły (ma wszak prawo jazdy) jest odpowiedzialne, jeśli rodzice są odpowiedzialni, to oczywiście, nie ma w tym nic złego. Ale jak często tak jest? Jak często ofiarami pijanych, młodych kierowców padają ich znajomi, osoby postronne? I to także nie jest i nie może być tylko „sprawa rodziny”, tylko dlatego, że wedle logiki pewnej ideologii „jest święta”. Nie, to też jest sprawa społeczeństwa i państwa. Bezpieczeństwa innych obywateli i kosztów, jakie państwo musi ponosić wskutek głupoty jednostek.
I jeszcze raz: półtoraroczna dziewczynka zgwałcona, gdy na podłodze spała jej pijana matka. I później oddana tej matce, ponieważ stwierdzono – zgodnie z owym paradygmatem, że „rodzina jest święta” – iż istnieją między matką córką „normalne więzi”. Wiemy już zatem, co to są „normalne więzi”. Obrzydliwość tej sytuacji kazałaby spuścić zasłonę milczenia. A jednak: NIE! Bo oto z czym mamy do czynienia? Z zakładem: może matka popełniła błąd i się poprawi, i będzie dobrą, odpowiedzialną rodzicielką – owszem, stało się coś złego, ale dajmy jej drugą szansę. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, na ile znamy rzeczywistość, jest to bardziej prawdopodobne: to dziecko pozostając w tym „domu” dojrzeje jako ofiara i całe jej życie będzie tym naznaczone. A państwo, a społeczeństwo pozwala sobie na ten zakład w imię największej wartości, na jakiej stoi: godności ludzkiego życia. I jeśli tak określa normy, to normą może stać się w zależności od sytuacji wszystko.
A prawdopodobnie rzecz tylko w jednym – że nikt nie wiedział, co z robić z tym dzieckiem. Dlatego najłatwiej było umyć ręce i oddać je matce. Bo to jest właśnie jedna z cech, ukrytych w logice „świętej rodziny”: że tak naprawdę nic nas nie obchodzi na gruncie społecznym, że liczy się nasz święty spokój i dobre samopoczucie. Że zło to margines społeczny i niech ten margines już tam sobie dogorywa i zdycha, skoro na nic lepszego nie zasługuje. Niech zlituje się nad nim dobry Bóg.
I podobnie jest z kwestią kazirodztwa i gwałtu w rodzinie w wielu innych przypadkach. Pamiętam, że przed kilkoma laty do mojej Matki zadzwonił dyrektor pobliskiej szkoły. Oto w nocy, zimą, pokonując kilka kilometrów przybiegły do niego dwie dziewczynki: ojciec pije i dobiera się do nich. I co zrobić? – nagle staje kwestia. Kwestia, o której wcześniej wszyscy tam wiedzieli, albo przynajmniej domyślali się. Ale była tabu, bo to są „sprawy rodziny”. Gdy prawicowcom wspomnieć o takich rzeczach, wpadają zwykle w histerię, że to szkalowanie, niszczenie ostatnich świętości, albo właśnie patologia (czyli że nic się nie da właśnie zrobić). Alkoholizm w rodzinach to też „sprawa rodzinna”. Przemoc nad kobietami, dziećmi – też „sprawa rodzinna”. I podnosi się krzyk, że statystyki są zakłamane, zawyżone, że to feministki i lewacy niszczą zdrową tkankę społeczeństwa. Tylko czemu przybywa rozwodów? I skąd tyle rosnącej agresji w dzieciakach? I skąd seksting? Bo za dużo telewizji oglądają? A dlaczego? I czemu rodzice nie mają dla nich dość czasu i liczą na to, że ktoś wychowa im dzieci? Szkoła, kościół, podwórko, sąsiedzi. I czemu coraz częściej małoletni piją i palą? Bo jest (im) tak dobrze? Dziwny sposób okazywania radości.
Wiem, nie jest odpowiedzią zabrać dziecko rodzicom, tym bardziej, że instytucje w rodzaju „rodzinnego domu dziecka” to wciąż coś nowego, a tzw. bidule to na ogół dysfunkcjonalne molochy. Wiem, bo jako wolontariusz przyglądałem się przez kilka lat z bliska życiu dwóch takich jednostek. I wiem, że rządzi tam często kastowa niemal przemoc, a dziewczęta traktowane są jako obiekty seksualne – i same siebie tak zaczynają postrzegać. Z drugiej strony, gdy państwo faktycznie chciało temu zapobiec, znalazłoby dość inwencji, środków i możliwości. Ale nie chce/nie potrafi, jak w wielu innych dziedzinach. Dlatego sytuacja jest niestety tragiczna. Ale tu także objawia się podskórnie logika owej ideologii indywidualizmu, kamuflującego egoizm troską o wartości: że niby czemu jako społeczeństwo/państwo mamy się troszczyć o margines? Margines to margines, tak być musi, jest i będzie, bo np. „ubogich zawsze macie u siebie” i możemy wrzucić grosik, albo więcej, ale poza tym czeka nas krucjata z gejostwem, żydostwem i inne ważkie zadania.
Wiem, to już nie felieton, ale paszkwil. Może ktoś poczuł się spoliczkowany. Ale i tak ma szczęście, że nie jest zgwałconą dziewczynką.