przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Jest Pan autorem książki „Reprywatyzacja. Źródła problemu”. O co właściwie w niej chodzi?
– Dr Tomasz Luterek: W książce przytaczam kilka definicji reprywatyzacji – co wskazuje na istotną dla naszej rozmowy wieloaspektowość i interdyscyplinarność tego zagadnienia. Najprościej można powiedzieć, że reprywatyzacja to proces przywrócenia dóbr majątkowych byłym właścicielom, którzy zostali ich pozbawieni w wyniku komunistycznej nacjonalizacji. Termin ten jest jednak nieścisły, a to dlatego, że proces przewłaszczenia dóbr z domeny państwowej czy publicznej do prywatnej nazywamy przecież prywatyzacją. Reprywatyzacja jest zatem wąskim wycinkiem znacznie szerszego zjawiska, ściśle związanym z prawami majątkowymi do nieruchomości – gruntów czy budynków. Na marginesie: rzadko się dziś pamięta, że komunistyczna nacjonalizacja dotyczyła także ruchomości – rzeźb, obrazów, mebli, maszyn fabrycznych. Reprywatyzacja ma miejsce w krajach, w których po II wojnie światowej budowano porządek ustrojowy zakładający nacjonalizację różnorakiego majątku, oparty o doktrynę komunistyczną i dominację sowiecką. Dodam ważną rzecz: po 1945 roku nacjonalizacja dokonywała się również w krajach Europy Zachodniej. Zwłaszcza w górnictwie, hutnictwie i przemyśle zbrojeniowym był to olbrzymi proces. Nie wzięło się to znikąd: musimy pamiętać, że po II wojnie Europa była zdewastowanym kontynentem, wiele gałęzi przemysłu zbankrutowało i ciężar ich podniesienia wzięło na siebie państwo. Również na Zachodzie panowała doktryna, że odbudowa gospodarcza musi być oparta na państwie, że to jedyne remedium na zniszczenia i plan na nowy ład społeczny. Oczywiście w tamtych krajach nie był to proces stricte doktrynalny – własność prywatna pozostała w rękach znakomitej większości podmiotów gospodarczych i obywateli.
W Polsce lata 40. XX wieku to czas największych nacjonalizacji, a z kolei lata 90. XX wieku to właściwie restauracja, czyli przywracanie dawnego porządku społeczno-gospodarczego, państwa burżuazyjnego, którego fundamentem jest własność prywatna. Jeżeli spojrzymy na składowe tego procesu, to z jednej strony powinno to być rozliczenie ludzi, którzy montowali i zabezpieczali poprzedni system, ludzi nierzadko z krwią na rękach, którzy dziś otrzymują wysokie emerytury. Z drugiej – powinniśmy przywracać niesłusznie odebrane prawa własności. To drugie dokonało się w Czechach, w NRD, w Estonii, na Łotwie, na Litwie.
– A co z Polską?
– Po 1989 roku dokonała się częściowa reprywatyzacja. Kościół rzymskokatolicki i związki wyznaniowe otrzymały ją na fantastycznych warunkach. Byliśmy pierwszym krajem, który przyjął regulacje reprywatyzacyjne. Jednak dotyczyły one dość wąskich grup. Szkoda, że podobne przepisy nie zostały opracowane dla innych dawnych właścicieli: dla osób prywatnych i ich spadkobierców.
– Jakie akty prawne regulują procesy reprywatyzacyjne?
– Regulacje dotyczące Kościoła katolickiego i innych związków wyznaniowych to przede wszystkim Ustawa z 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej i podobne regulacje z innymi związkami wyznaniowymi, również umowy indemnizacyjne. Mamy też ustawę zabużańską z 2005 roku, czyli kompleksowe uregulowanie kwestii rozliczenia za majątki przejęte na Kresach Wschodnich. Natomiast nie mamy żadnej kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej, która dotyczyłaby terytorium Polski Centralnej.
Kościół jest największą grupą interesu, która ma prawo być zadowolona z reprywatyzacji. Powołano specjalną komisję, składająca się po połowie z reprezentantów strony rządowej i kościelnej. Kwalifikowano nieruchomości, które podpadały pod zakres działania tej komisji. To ciało wydawało decyzje, od których nie można było się odwołać. Wartość określano na podstawie operatów szacunkowych opracowanych przez rzeczoznawców. Obowiązywał model restytucyjny, czyli starano się jak najwięcej dóbr zwrócić w naturze. W tym kontekście należy przypomnieć, że Fundusz Kościelny powstał w wyniku Ustawy z 1950 roku o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego. Dobra martwej ręki to majątki ziemskie kościołów i instytucji kościelnych, pozyskiwane głównie w wyniku darowizn wiernych, które często miały miejsce na łożu śmierci. A skoro nastąpiła reprywatyzacja, to Fundusz Kościelny powinien zostać zlikwidowany.
– Ale Fundusz Kościelny istnieje i ma się dobrze.
– Uważam, że rola Kościoła katolickiego w utrzymaniu polskiej podmiotowości w czasach PRL była arcypozytywna. Zresztą, gdy podejmowano polityczną decyzję w tej sprawie, tym między innymi ją tłumaczono. Ale, owszem, są to superbeneficjenci reprywatyzacji. Gdyby wszyscy inni dawni właściciele zostali podobnie serio potraktowani, nie rozmawialibyśmy dziś o reprywatyzacji.
– Działa też od niedawna tzw. mała ustawa reprywatyzacyjna…
– Nazywanie tego ustawą to nadużycie. To ustawka… To są w gruncie rzeczy nowelizacje Ustawy o gospodarce nieruchomościami i Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. I tyle.
Tak naprawdę większość spraw opiera się na orzecznictwie. Na przykład w przypadku Warszawy linia orzecznictwa sądów bazowała na modelu restytucyjnym. W Polsce wciąż obowiązują dekret Bieruta i dekret o reformie rolnej, to one są w pewnym sensie podstawą działań reprywatyzacyjnych. Przykładowo, jeżeli w dekrecie Bieruta było zapisane, że przysługuje takie a nie inne roszczenie w związku z komunalizacją, to do tego się odwołujemy. Oczywiście w niejednokrotnie nowelizowanej ustawie o gospodarowaniu nieruchomościami znajdują się przepisy, na które można się powoływać. Dodajmy do tego Kodeks Postępowania Administracyjnego.
W przypadku reprywatyzacji wielokrotnie mamy do czynienia z szukaniem luk w starym systemie. Na przykład już po 1990 roku byli właściciele kwestionowali podstawę tego, czy dany majątek podpadał pod reformę rolną. W Wielkopolsce podlegały jej majątki powyżej stu hektarów, w Polsce centralnej – powyżej pięćdziesięciu hektarów. Czasami okazywało się, że brakuje hektara czy dwóch, w związku z czym stwierdzano nieważność decyzji i domagano się zwrotu. Reprywatyzacja opierała się na szukaniu błędów w sztuce nacjonalizacji dokonywanej przez komunistów. Część gmin wyprzedawała ten majątek i wtedy właściciele mieli prawo pierwokupu.
Można wręcz stwierdzić, że cała dzisiejsza tzw. reprywatyzacja sądowa opiera się na szukaniu błędów proceduralnych w procesach przewłaszczania dokonywanych przez komunistów.
– A może to był przemyślany koncept? Puścić reprywatyzację na żywioł?
– Nie sądzę, żeby ktoś akurat o tym myślał. Trzeba brać pod uwagę, że nastało nowe państwo, III Rzeczpospolita, dawni właściciele byli sfrustrowani – klasa polityczna co rusz mówiła o tym, że stawia na własność prywatną, a oni nie mogli się doczekać systemowych rozwiązań prawnych. To rodziło złość. I zaczęto szukać na własną rękę rozwiązań na gruncie istniejącego prawa. Według mnie to było naturalne. I nie dziwię się prawnikom, że się w to angażowali. Z czasem kancelarie prawne coraz lepiej poznały meandry tej gry. Wypracowane mechanizmy zaczęły służyć pewnej grupie do patologizacji procesu reprywatyzacji. Okazało się również, że znajomości w instytucjach samorządowych mogą dodatkowo ułatwić przejmowanie nieruchomości od Skarbu Państwa czy samorządu. Praprzyczyną tego stanu rzeczy jest zaniechanie ze strony państwa przyjęcia kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej.
Dodajmy jeszcze jedną rzecz: w latach 90. XX wieku podejmowano próby tworzenia ustaw reprywatyzacyjnych. Ale dobrze pamiętamy, ile trwały wówczas rządy, jak labilna była większość parlamentarna. Wiemy jedno: najbardziej zaawansowana ustawa reprywatyzacyjna wyszła z gabinetu Jerzego Buzka i została zawetowana przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Marek Belka i Ryszard Kalisz wprost przyznawali, że go do tego namówili. Pytanie zatem, kiedy pojawiały się pomysły na patologizację procesu reprywatyzacji.
Dla kogoś, kto interesuje się polityką, reprywatyzacja jest bardzo ciekawym polem doświadczalnym dla dostrzeżenia realnych grup interesów, które działają w państwie. A wtedy można zobaczyć, ile ma to wspólnego z podziałami, które dostrzegamy choćby w momencie wyborów i jak to się rozkłada w rzeczywistości.
– Chciałbym, żebyśmy jeszcze – dla kontrastu – spojrzeli w kierunku innych państw, które mierzyły się z problemami reprywatyzacji. Jakie modele rozwiązań przyjęto?
– Nie jest tak, że w innych państwach zwracano wszystkim i wszystko. W Niemczech jeszcze przed reprywatyzacją tym problemem zajmowało się koncepcyjnie grono naukowców. Również tam nie było pełnej restytucji – po pięćdziesięciu latach nie da się wszystkiego zwrócić, pół wieku to czas kolosalnych zmian. Przecież na miejscu dawnych ziem mogą stać kopalnie, huty, sklepy wielkopowierzchniowe – to wszystko nie stanowiło mienia w jego formie z daty nacjonalizacji.
Panuje opinia, że w Czechach przeprowadzono modelową reprywatyzację: była najszersza, najbardziej zaawansowana. Ale trzeba pamiętać, że do Czech wrócili po wojnie Edvard Beneš i Jan Masaryk, tam początkowo funkcjonował legalny rząd, dekrety Beneša powstały przed zamachem stanu z 1948 roku, a to na ich mocy wywłaszczono i wysiedlono Niemców sudeckich oraz znacjonalizowano przemysł. Dlatego czeska reprywatyzacja po 1990 roku przebiegała trochę inaczej i dotyczyła przede wszystkim tych nieprawidłowości, które miały miejsce po 25 lutego 1948 roku. Częstokroć były to mniejsze dobra: działki, grunty, czasem kamienice, choć był też pałac należący do księcia Karela Schwarzenberga, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Czech. Rodzinne studio filmowe Barrandov odzyskali również Václav Havel i jego brat.
W Czechach przyjęto model restytucyjny: jeżeli możemy zwrócić dobro w naturze, to zwracamy, a jeżeli nie – płacimy odszkodowanie. Natomiast niemiecki model nie był nastawiony na restytucję. Dawni właściciele częściej otrzymywali zredukowane odszkodowania – a nie grunta czy domy, które np. były po wojnie odbudowywane z publicznych środków. Z kolei Węgrzy poszli w stronę długoletniego wypłacania świadczeń byłym właścicielom i zredukowanych kwotowo świadczeń rekompensacyjnych. Zatem, moim zdaniem, tak chwalony u nas model czeski niekoniecznie jest najlepszy. Dodam, że przez wiele lat byłem absolutnym zwolennikiem zdecydowanej restytucji majątku – ale z upływem lat sytuacja się zmieniła, od symbolicznego upadku komunizmu w Polsce upłynęło już 27 lat i udało nam się zbudować sprawnie funkcjonującą gospodarkę rynkową, ukształtowała się nowa struktura własnościowa. Musimy wyważyć wszystkie racje.
– Dlaczego tak się stało?
– Restytucja w wielu przypadkach jest naruszeniem praw, które nabyło przez lata wielu ludzi. Jest naruszeniem pewnego ładu, który się ukształtował.
Żyjemy w świecie, w którym konsekwencje „rzeczywistości upaństwowionej”, kształtowanej w systemie nakazowo-rozdzielczym, zderzyły się z żywiołowymi mechanizmami prywatyzacji i urynkowienia. W tym momencie prawa byłych, w znakomitej większości już nieżyjących właścicieli, muszą w moim odczuciu zostać skonfrontowane z prawami żyjących obecnych właścicieli i ich interesy powinny być dobrem chronionym.
– Okołoradziecki ustrój miał być trwały. Okazało się jednak, że kilkadziesiąt lat to nie tak znów wiele…
– Klasa rządząca PRL-em wprowadzała rozwiązania w rodzaju Dekretu o reformie rolnej, w którym wprost stwierdzano, że zabierają wszystko bez odszkodowania. Zrobiono to na podstawie dekretu PKWN, który powoływał się z kolei na Konstytucję Marcową. Zrobił to organ nielegalny w świetle tej właśnie konstytucji… To była zupełna „partyzantka”. Natomiast gdyby komuniści byli sprytni, to mogliby postąpić inaczej, „załatwić” właścicieli w białych rękawiczkach: odpowiednio wysoki podatek od nieruchomości plus ograniczenia w wysokości czynszów. I dzięki administracyjno-prawnym sztuczkom pozbyto by się prywatnych właścicieli w kilka lat. A z kolei odpowiednie zakazy rynkowe wobec ziemian czy fabrykantów w rzeczywistości nakazowo-rozdzielczej gospodarki mogłyby doprowadzić do powolnego odbierania im własności. W ten sposób zniszczono przecież drobny handel i przedsiębiorców w czasie tzw. bitwy o handel: regulacyjne metody spowodowały, że nastąpiło wygaszenie handlu prywatnego. Ale nikt wówczas nie przypuszczał, że ten proces się odwróci, dlatego postępowano tak, a nie inaczej.
Przy okazji: nieco inaczej postępowano z własnością spółdzielczą. Formalnie nie odebrano jej spółdzielniom, ale przez dekady tak manipulowano ludźmi, strukturami, władzami, żeby mieć nad nimi pełną kontrolę.
– W Polsce sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że na mapę reprywatyzacyjną składają się bardzo różne obszary geograficzno-historyczno-polityczne: Kresy, Polska Centralna, Ziemie Odzyskane.
– Reprywatyzacja to świetny przyczynek do dyskusji o fundamentach współczesnej Polski. Gdy patrzymy na mapę III Rzeczpospolitej, która dziedziczy granice po PRL-u, to musimy mieć świadomość, że to zupełnie nowy kształt. Tymczasem ziemie polskie, Korona, to terytoria z czasów Kazimierza Wielkiego: Wielkopolska, Małopolska, Podole. Później doszło Pomorze Gdańskie z województwem malborskim i Warmią, w wyniku pokoju toruńskiego z 1466 roku, następnie Mazowsze. Dodajmy do tego unię z Litwą.
Pokolenia Polaków były przyzwyczajone, że nasze państwo jest bardziej zwrócone na wschód; w 1945 roku mapa obecnej Polski była szokiem dla znacznej części społeczeństwa. Polski Szczecin? Umówmy się, relatywnie równie polska była Lubeka, która ma słowiańskie korzenie, ale mówimy o historii sprzed wielu, wielu wieków, sprzed bardzo ważnych procesów cywilizacyjnych i geopolitycznych. Okazało się także, że nie będziemy mieli Lwowa, głównego ośrodka polskiej kultury i nauki, zwłaszcza w drugiej połowie XIX wieku i początkach XX wieku. To tak jakby ktoś dziś zadekretował, że nie będziemy mieli Krakowa. To było odbierane jako dewastacja kraju odzyskanego na dwie dekady. Dodajmy do tego hekatombę elit… Straciliśmy Wilno, Warszawa leżała w gruzach. Potrzebna była zupełnie nowa narracja, choćby opowieść o Polsce od morza do Tatr.
– I ona się z czasem przyjęła.
– Tak, ponieważ wiele roczników Polaków chodziło do szkół, w których „od zawsze” wisiała mapa kraju, jaką dobrze już znamy.
Musieliśmy się w tym wszystkim odnaleźć, stworzyć swoją opowieść. Reprywatyzacja jest ciekawa również dlatego, że na wielu płaszczyznach burzy tę powojenną konstrukcję – ponieważ przypomina o świecie, który istniał przed 1945 rokiem. W tamtym świecie był Lwów, było ziemiaństwo, znaczna własność prywatna.
– To jasne. Ale dlaczego dziś karać starych ludzi i ich dzieci za to, że odbudowywali stolicę, albo za to, że po przymusowym przesiedleniu musieli zamieszkać w poniemieckich stronach i domach? A często przez lata żyli i tęskniąc, i obawiając się, że zaraz wrócą dawni właściciele.
– Wychowałem się na pruskim Powiślu. Doskonale znam te historie, a także dramat mieszkańców pogranicza, którzy ciągle od nowa musieli opowiadać się po stronie tych czy innych wygranych. Niejednokrotnie te wybory były związane z interesem ekonomicznym, np. wybór polskości lub niemczyzny w określonym momencie historycznym. Dochodziło do dramatycznych sytuacji. Po 1945 roku na rejony pograniczne zaczęli napływać Polacy z Mazowsza i zabierali własność autochtonicznym społecznościom związanym ze słowiańszczyzną i polskością.
– Po wojnie nowe państwo przejęło także kontrolę nad własnością dawnych prywatnych banków, czyli również nad należącymi do nich hipotekami, które obciążały nie tak małą część nieruchomości przejmowanych dziś przez osoby prywatne.
– Po wojnie wobec znacznej części banków przeprowadzono postępowanie likwidacyjne. Wykazano, że nie spełniają warunków, aby prowadzić działalność finansową. A wówczas dawne aktywa banków, które zostały zabezpieczone również w formie hipotek, przeszły na rzecz Skarbu Państwa. Zatem to nie jest tak, że jakiś obywatel, który wziął kredyt na kamienicę, miał szczęście, że bank został zlikwidowany – nic z tych rzeczy, niezależnie od wszystkiego hipoteka wciąż istniała. A to jest bardzo ważne.
– Dlaczego?
– Dlatego, że dziś w Warszawie oddajemy kamienice, które były zadłużone po same dachy, po cichu uznając, że były one pozbawione obciążeń hipotecznych. To bardzo wyrywkowe traktowanie reprywatyzacji.
– Jak dotąd nikt o tych hipotekach głośno nie mówił, a przecież zdaje się to oczywiste. Przy okazji – jakie właściwie było zainteresowanie tym zagadnieniem nie tylko wśród prawników, ale choćby w świecie naukowym? Pytanie także, czy ktoś takie kwestie sygnalizował reprezentantom klasy politycznej.
– Nie wiem, czy w niektórych środowiskach nikt tego nie widział, czy nie chciał widzieć. Nie spotkałem artykułów naukowych na ten temat; jeśli zaś chodzi o monografie reprywatyzacyjne, to oprócz mojej pracy mogę mówić jeszcze o zaledwie dwóch. Ten temat nie był jakoś specjalnie eksploatowany.
Rozmawiamy o historii, gdyż rzetelne zbadanie kwestii reprywatyzacji to pewien cywilizacyjny wymóg, który potrzebuje interdyscyplinarnego, wielopłaszczyznowego podejścia.
Warto się zastanowić, ile obecnych nieruchomości jest obciążonych hipotekami. Podejrzewam, że jakieś 80–90 proc. I podobnie – przed wojną wcale nie wyglądało to tak, że wszyscy mieli pieniądze. Ziemie, które weszły w granice II Rzeczpospolitej, były potwornie zrujnowane, wielu ludzi budowało się na kredyt, zaciągało pożyczki bankowe. Nie może być tak, że ktoś wybudował kamienicę w 1938 roku, wziął na to mnóstwo kredytów, a obecnie jego spadkobiercy odzyskują w całości majątek dziadziusia.
– Zwraca Pan w swojej książce uwagę, że kwestie reprywatyzacji zapętlają w sobie rozliczne czynniki, nader niejednoznaczne, jeśli chodzi o ich ocenę. Niektóre z nich to bardzo wstydliwe kwestie. Na przykład część przedwojennych majątków, którymi dysponowali Polacy, została w ciągu dekad nadana ich rodzinom za wysługiwanie się zaborcom.
– Temat reprywatyzacji wbrew pozorom nie jest nowy. W czasach zaborów byli Polacy, którzy nie tylko dali najwyższą daninę krwi, ale płacili choćby majątkami za udział w powstaniach. Z drugiej strony byli i tacy, którzy mieli korzyści z wiernej służby zaborcom. Było jasne, że gdy Polska odzyskała niepodległość, ci pierwsi winni odzyskać swoje dobra. Proszę zwrócić uwagę: w 1918 roku powstanie styczniowe to była zupełnie inna perspektywa czasowa niż dziś, to było kilkadziesiąt lat – podobnie jak ma się to obecnie w przypadku reprywatyzacji dóbr znacjonalizowanych po 1945 roku.
Wówczas, po odzyskaniu niepodległości, również wydawało się, że najuczciwiej jest oddać odebrane przez zaborców majątki polskim właścicielom. Ale co się okazało? Zaborcy niejednokrotnie odsprzedawali zarekwirowane majątki innym Polakom, nierzadko były one dobrze zarządzane, przynosiły zyski; co istotne: ta substancja pozostawała w polskich rękach. Czy zatem zabierać majątki ludziom, którzy często sami już je odziedziczyli?
W efekcie przyjęta została ówczesna regulacja reprywatyzacyjna, która musiała się zmagać również z takimi zagadnieniami. W 1932 roku przyjęto ustawę uzupełnioną rozporządzeniem z 1937 roku, na mocy których państwo rekompensowało właścicielom i ich spadkobiercom krzywdy doznane od państw zaborczych. To była forma zadośćuczynienia, pewien gest państwa polskiego wobec własnych obywateli i ich pokrzywdzonych przodków. Moim zdaniem wówczas państwo polskie, ludzie kochający własny kraj, stanęli na wysokości zadania. Co ważne, trudno odmówić II Rzeczpospolitej braku szacunku dla polskiej historii, dla ludzi, którzy zabiegali o naszą niepodległość – a jednak nie zdecydowano się wówczas na pełną restytucję.
– W gruncie rzeczy wskazuje Pan, że źródłowo temat dotyczy wizji państwa, wspólnoty polskiej.
– Mówimy o filozofii budowy państwa, tego, czym jest społeczeństwo, jak się zmienia w wyniku licznych przeobrażeń historycznych.
W przypadku źródeł współczesnej reprywatyzacji chodzi oczywiście o dekret o reformie rolnej z 1944 roku i dekret Bieruta z 1945 roku. Kwestie związane z nacjonalizacją przemysłu to styczeń 1946 roku. Zasadniczo poruszamy się w cezurze czasowej obejmującej lata 1944–1962. Ale musimy przecież pamiętać jeszcze o nacjonalizacji dokonanej przez Sowietów w 1939 roku i przez Niemców w czasie okupacji. Komuniści w 1944/1945 roku mieli już wyczyszczoną sytuację, ponieważ przedwojenny polski przemysł w dużej mierze został albo zniszczony, albo znacjonalizowany, albo w jakikolwiek inny sposób poddany kontroli okupantów. W obszarze przewłaszczeń, zaboru mienia, stosunków własnościowych mamy do czynienia z naprawdę skomplikowaną materią. Dodajmy do tego również strategiczne przenoszenie niemieckiego majątku przemysłowego na polskie ziemie, w celu zabezpieczenia produkcji przed nalotami sprzymierzonych.
Zwrócę uwagę na interesującą rzecz: Czesi po wojnie dlatego tak dobrze wyglądali z przemysłem, bo Niemcy przenieśli na ich terytoria znaczną część zbrojeniówki. Największe naloty aliantów na zakłady Škoda przeprowadzono 24 kwietnia 1945 roku. Panowało przypuszczenie, że było to celowe zniszczenie potężnego konkurenta, niebezpiecznego ekonomicznie dla zachodniego kapitału w powojennej rzeczywistości. Zostało to bardzo mocno nagłośnione; niewykluczone, że ze względu na ten skandal komuniści uzyskali tak znakomite wyniki w powojennych wyborach w Czechosłowacji.
– W Pana pracy bardzo mnie zaintrygowały pewne wątki związane z reprywatyzacją, które właściwie wiążą się z operacjami na alternatywnej rzeczywistości. Myślę o metodach wyceny wartości mienia zabużańskiego: otóż kamienice lwowskie wyceniane są na 20 proc. dzisiejszej wartości kamienic krakowskich, a wileńskie – na 20 proc. wartości współczesnych kamienic lubelskich. Oparte jest to na założeniu, że gdyby historia potoczyła się inaczej, to tamte kamienice miałyby podobną wartość. Przecież to jest zupełnie nieweryfikowalne.
– Widzi pan, gdzie my jesteśmy? Tak, to jest w ustawie. Niewątpliwie jest to swoiście romantyczna, miła dla kresowych serc alternatywna wizja historii, tylko jaki ma ona związek z rzeczywistością? Niestety II wojna światowa miała miejsce i jej tragiczne skutki są faktem. Zabór polskich ziem wschodnich i wypędzenie Polaków niestety wydarzyły się i wpłynęły na sytuację majątkową milionów polskich obywateli. Ale jak racjonalnie wytłumaczyć przyjęcie takiej koncepcji określania wartości mienia kresowego i to jeszcze redukowanej następnie o 80 proc.?! Dlaczego przyjęto wypłaty na poziomie 20 proc., a nie 25 proc. czy 17 proc.? Wydaje się, że sposób naliczania odszkodowań w ustawie zabużańskiej to nie najlepsze rozwiązanie nie tylko od strony merytorycznej, lecz także taktycznej, gdyż jakkolwiek państwo wypłaca tylko 20 proc., to jednak przyznaje, że wysokość całkowitych odszkodowań powinna być wyższa. Gdyby zatem w przyszłości okazało się, że jednak zapisy tej ustawy w świetle zmiennych orzeczeń organów sądowych krajowych lub międzynarodowych są bezprawne, powstałoby uzasadnione roszczenie o dopłatę 80 proc. wartości. Tylko jakiej wartości? Hipotetycznej! Ta konstrukcja nie jest, delikatnie mówiąc, najszczęśliwsza. A co, gdyby okazało się, że jednak rząd niemiecki powróci do swojej pierwotnej, trwającej całe dziesięciolecia wykładni dotyczącej zasadności roszczeń obywateli niemieckich do majątku w Polsce (sprawa ta, w odróżnieniu od kwestii granicznych, nie jest uregulowana traktatowo)? Przyjmując koncepcje z ustawy zabużańskiej, wycena majątków w Gdańsku czy Szczecinie powinna być dokonywana na bazie dzisiejszego rynku nieruchomości w Lubece, a wrocławskich – na bazie cen monachijskich…
– A jednak ustawodawcy to zaakceptowali.
– Ponieważ nikt na serio nie dyskutował w Polsce przez lata o reprywatyzacji, nikt tego nie badał naukowo, ekspertów było niewielu. To była naprawdę niszowa dziedzina. Poza tym nie ma w Polsce think tanków, które by to analizowały, przygotowywały merytoryczne rozwiązania. To jest dramat.
– Ale wie Pan znacznie lepiej ode mnie, że tego typu rozwiązania z przyjmowaniem optymalnej wartości i wypłacaniem dość niewielkiego od niej procenta wiążą się z faktem, że państwo polskie nie udźwignęłoby finansowo pełnego zwrotu kosztów. Tym bardziej, że współczesna praktyczna reprywatyzacyjna logika sugeruje odtworzenie stanów własności sięgających do czasów ziemian i kamieniczników. I jeszcze jedno: przecież współczesne państwo polskie nie jest winne temu, co się stało z majątkami dawnych właścicieli. De facto nie ponosi odpowiedzialności za przewłaszczenia z czasów PRL czy okupacji.
– Ta ostatnia sprawa jest najważniejsza. I ona stanowi clou problemów z reprywatyzacją. Otóż my dziś, jako społeczeństwo polskie, nie jesteśmy winni temu, że nasz kraj został napadnięty przez Niemców i Sowietów. Polska zapłaciła za to straszliwą dewastacją – w każdym możliwym obszarze rzeczywistości. Dodajmy jeszcze, że polskie społeczeństwo na różne sposoby buntowało się wobec form ograniczania wolności, rugowania własności, lekceważenia praw obywatelskich itp., jakie miały miejsce w okresie powojennym. I dobrze o tym wiemy. Wreszcie, dzięki korzystnej koniunkturze geopolitycznej, udało nam się wyjść z poprzedniego ustroju. Powtórzę: jako społeczeństwo nie jesteśmy winni geopolitycznym ustaleniom, które zdecydowały o kształcie PRL.
– Ale nie możemy powiedzieć swoim obywatelom: idźcie się skarżyć choćby do Moskwy…
– …albo do stolic zachodnich aliantów. To musi być jasno powiedziane: nie jesteśmy winni jako polskie społeczeństwo temu, jak urządzono nasz kraj – od granic po ustrój.
– Ale zahaczamy nieledwie o historiozofię. To nie musi obchodzić ani dawnych właścicieli, ani ludzi sprzedawanych z reprywatyzowanymi mieszkaniami.
– To się wiąże z bardzo konkretnymi sprawami. Skoro jako obywatele nie jesteśmy odpowiedzialni za kształt PRL, to dlaczego mamy płacić za reprywatyzację z naszych podatków? Oczywiście, przywracamy ustrój oparty na prywatnej własności. Ale z drugiej strony taki, a nie inny bieg wydarzeń historycznych kształtuje nowe realia, w których wszyscy mamy prawo żyć bezpiecznie i godnie. Sądzę, że w takiej sytuacji optymalnym rozwiązaniem jest nie pełna restytucja, ale pewnego rodzaju świadczenie czy zadośćuczynienie wobec dawnych właścicieli.
– Pytanie, ile można lub powinno się zapłacić dawnym właścicielom.
– Możliwie dużo, ale w taki sposób, żeby nie doprowadziło to do katastrofy finansów publicznych. Mamy rozwiązania dotyczące Kresów Wschodnich: przyjęliśmy dzisiejszą wartość nieruchomości, zredukowaną do 20 proc. W wyniku realizacji ustawy z 2005 roku wypłaciliśmy kwoty na poziomie 10 miliardów złotych. Dodajmy, że te tereny stanowiły około 40 proc. ówczesnej Rzeczpospolitej, nie były może zbyt bogate, ale Zagłębie Borysławskie czy Lwów miały znaczną wartość. Być może w przypadku Polski Centralnej byłoby to – wedle tej metodologii – około 40 miliardów złotych.
Jeśli zaś chodzi o założenia metodologiczne, co do których uważam, że byłyby uczciwe, to pozwolę sobie zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, podobnie jak w przypadku ustawy zabużańskiej, potrzebne byłoby przyjęcie stanu prawnego, technicznego, planistycznego z daty nacjonalizacji. Do tego należałoby przyjąć ówczesne kryteria rynkowe, które pomogłyby nam określić ówczesne wartości. I tak moglibyśmy wycenić wartość dobra, które zostało znacjonalizowane. Są też metody waloryzacji tego majątku do stanu obecnego. Można użyć wskaźnika GUS-owskiego, można posłużyć się parytetem złota albo dolarem. Co ważne, stosując taką metodę, można odliczyć obciążenia hipoteczne.
Co bardzo ważne, a o czym nie chcą mówić amatorzy polskiej wersji reprywatyzacji, wartość nieruchomości po wojnie na ziemiach polskich była bardzo niska. Przecież to wszystko w znacznej mierze leżało w gruzach. Przypomnijmy również, jaka była wartość nieruchomości w Polsce w latach 90. XX wieku. Gdy przeliczymy ją na dolary, wychodziło kilka, kilkanaście tysięcy dolarów za mieszkania w centrach dużych miast.
– Z taką wartością rynkową starowaliśmy do (od)budowy kapitalizmu.
– Owszem, często się zapomina, że wartość rynkowa odzwierciedla wiele czynników: politycznych, geopolitycznych, gospodarczych, społecznych, infrastrukturalnych; zależy także od działalności inwestora. To, że dziś ta wartość jest znacznie wyższa, to wysiłek wszystkich, którzy budowali w Polsce kapitalizm przez ostatnie dekady. Mówię o absolutnie wszystkich, którzy na to pracowali – niezależnie od ich miejsca w strukturze społecznej. Uważam, że odnieśliśmy sukces, skoro wartość rynkowa nieruchomości wzrosła. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty.
– Znając problemy państwa polskiego z instytucjonalną logistyką, może to, co Pan wyżej proponuje, jest zbyt trudne do przeprowadzenia.
– Nie, nie jest trudne. To są normalne czynności rzeczoznawców. Badamy akta notarialne, które wskazują na wartość poszczególnych nieruchomości. W rozporządzeniu dodatkowo dałoby się ustalić tabele uśrednionych cen, które obowiązywały wówczas w danym regionie. Mówimy i tak o miliardach złotych, zatem wydatek na zespół naukowców to byłby promil promila.
– Czyli brakuje woli politycznej, żeby stworzyć ustawę i obsługujące ją instytucje publiczne?
– Z tego, co pokazują różnorakie tropy wskazane choćby przez Jana Śpiewaka i Miasto Jest Nasze, wynika, że tak miało być. Można odnieść wrażenie, że powstał pewien pomysł biznesowo-mafijny na to, żeby tak to wyglądało. Przyznam, że to dla mnie przerażające. Zajmowałem się reprywatyzacją od wielu lat, widziałem pewne rzeczy, ale nie sądziłem, że może to być wręcz „przewał konceptualny”, sięgający fundamentów III Rzeczpospolitej. To tylko pokazuje skalę rozpadu państwa…
– Absurdem w tej sytuacji jest, że klasa polityczna bardzo dużo mówiła o tym, że w Polsce stawiamy na własność prywatną, budowanie kapitalizmu, uwłaszczenie obywateli. A ustawy reprywatyzacyjnej jak nie było, tak nie ma.
– Modele prywatyzacji i reprywatyzacji, które mamy, służą elitom powstałym w wyniku transformacji czasów PRL. Żeby było jasne – w aferę reprywatyzacyjną są też zamieszani ludzie, którzy wywodzą się z przedwojennych elit.
– W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” mówił Pan: skala nieprawidłowości, jaka miała miejsce przy zwracaniu nieruchomości nie tylko w Warszawie, ale we wszystkich dużych miastach, gdzie grunty sięgają najwyższej ceny, powinno nas prowokować do stawiania pytań o znaczeniu fundamentalnym. Może w końcu spróbujemy określić, w jakim państwie chcemy żyć, zastanowimy się, kiedy święte prawo własności powinno ustąpić miejsca interesowi społecznemu, określimy, które wartości są dla nas jako społeczeństwa priorytetem, a które należy wyplenić, wyrwać z korzeniami. Wiem, że nie jest Pan przeciwnikiem własności, ale dość ironicznie Pan podchodzi do tego, jak to prawo bywa rozumiane w polskich realiach.
– Oczywiście, że była to ironia. Ktokolwiek prześledził ewolucję skodyfikowania prawa własności w różnych systemach i formacjach społeczno-gospodarczych, wie, że jest to prawo, które fundamentalnie porządkuje ludzkie światy na przestrzeni dziejów. I zawsze ma swój kontekst społeczny i polityczny. Gdy ktoś mówi o bezwzględnym „świętym prawie własności”, oderwanym od istnienia państwa, to nie wie, o czym mówi. A to dlatego, że właśnie państwo jest gwarantem istnienia własności.
– Posłużę się pewną, źle niekiedy widzianą etykietą: ideologia neoliberalna stawia na to, że państwo jest jak najsłabsze, przeważa myślenie, że gdy ktoś się staje właścicielem, to może dowolnie dysponować własnością, ale także losem ludzi, którzy w jakiś sposób są z jego własnością związani.
– Uważam się za liberała i zapewniam, że niewiele z tą doktryną mają wspólnego lumpenliberałowie, którzy nierzadko są przestępcami i podszywają się pod hasła liberalne, żeby bronić swoich interesów. Liberalizm pierwotnie wskazywał na rolę silnego państwa – tylko takie państwo może bronić własności. Dodajmy, że prawo własności nie jest bezwzględne – nawet zgodnie z naszym kodeksem jest ograniczone przez prawa innych właścicieli. Z własnością niejednokrotnie związane są różnorakie obowiązki.
Oczywiście, dzisiejsza definicja prawa własności jest refleksją naszych czasów i tego, co uważamy za słuszne i co powinno być chronione.
– W swojej pracy porusza Pan też wątek „prawdziwej wartości” danej nieruchomości, na którą często powołują się – bardzo arbitralnie – właściciele lub potencjalni właściciele.
– To ważna kwestia związana również z odzyskiwaniem kamienic i praktykami reprywatyzacyjnymi. Jeżeli ktoś kupił w 2008 mieszkanie za 500 tysięcy (to okres, gdy były najwyższe ceny), to np. w 2010 roku to samo mieszkanie mogło być warte już tylko 400 tys. złotych. Czy mamy komuś płacić wyrównanie w sytuacji, gdy zechce sprzedać mieszkanie, którego wartość spadła? I teraz pojawia się pytanie, jaka była wartość dziś odzyskiwanych nieruchomości w momencie ich nacjonalizacji, np. w 1945 roku? Czy była to wartość z hossy w 2008 roku? A może wartość z czasów bessy w 2010 roku? A może adekwatna wartość to ta z 1990 roku?
– Czy Pana zdaniem powstanie ustawa reprywatyzacyjna?
– Chciałbym… [milczenie]
– Chciałby Pan. Ale pewności Pan nie ma?
– Nie, nie mam.
– Wydaje się, że rośnie nacisk społeczny, rośnie wiedza społeczna o niuansach polskiej reprywatyzacji…
– To jest pytanie, czy afera reprywatyzacyjna zostanie wykorzystana do bieżących rozgrywek politycznych, takich jak zmiana na stanowisku prezydenta Warszawy, czy rzeczywiście ten czas pewnej refleksji społecznej, z jaką mamy dziś do czynienia, zaowocuje pozytywnymi zmianami. Sądzę, że temu też służy nasza rozmowa: wreszcie w przestrzeni publicznej można postawić szereg pytań i udzielić na nie odpowiedzi. Jako ekspert rozmawiam i z ludźmi obecnie rządzącymi, i z ludźmi opozycji – taka jest moja rola, żeby docierać z tą wiedzą również do klasy politycznej. Ludzie Prawa i Sprawiedliwości są zainteresowani tą tematyką, tylko że ktoś w tym środowisku rozpuszcza informacje, że ustawa reprywatyzacyjna będzie kosztować budżet państwa 800 miliardów. Nie wiem, skąd się to bierze…
– Mówi Pan o kwocie czy o źródłach, które ją podają?
– Po pierwsze nie wiem, skąd ta kwota – to są niewiarygodne szacunki, powstałe nie wiadomo, na podstawie jakich danych. Moim zdaniem byłoby to raczej 30–40 miliardów złotych. Po drugie, jeżeli ktoś rozpuszcza informacje o tak zawyżonych sumach, to niewykluczone, że chce, by dalej trwało bagno reprywatyzacyjne. Być może jest to informacja wysyłana – ewidentnie w złej wierze – ze środowisk mafii reprywatyzacyjnej. Mam wrażenie, że politycy PiS są wręcz straszeni tą kwotą, ponieważ wraca ona do mnie w dyskusjach dość często. Oczywiście, każdy minister finansów, który usłyszy taką sumę, zrobi wszystko, żeby zablokować ewentualną ustawę. To trzeba wyraźnie powiedzieć: kto to wymyśla? Żadne 800 miliardów! A jeżeli mówimy o kwocie 30–40 miliardów rozbitej na 20–30 lat, to zmienia postać rzeczy i nastawienie polityczne.
– Przy okazji, mamy nie tylko polskich, ale również mniej lub bardziej rzekomych zagranicznych spadkobierców, którzy zgłaszają się po nieruchomości. Pojawia się znacznie szerszy problem: mówimy o tym, że PRL zrywał ciągłość państwa polskiego, w związku z czym nie jesteśmy odpowiedzialni jako społeczeństwo III RP choćby za decyzje majątkowe władz tego państwa. Ale z drugiej strony dobrze wiemy, że to problem legislacji międzynarodowej, od której dziś zależy choćby formalna nienaruszalność i legalność naszych zachodnich granic.
– Oczywiście, zostały podpisane traktaty graniczne, zapadło wiele rozstrzygnięć międzynarodowych, ponosimy konsekwencje tych regulacji. I faktycznie wypłacamy dawnym właścicielom pewne świadczenia, a równocześnie przyznajemy, że umowy indemnizacyjne (odszkodowawcze) pozwalają zachować pewien ład prawny i elementarny szacunek dla własności.
Trzeba też przyznać, że pewne elementy rozciągniętego na dekady status quo wiążą się również z silnymi zależnościami wewnętrznymi. Przecież jedną z warstw, które najbardziej skorzystały na parcelacji majątków ziemiaństwa, byli chłopi. Nie da się wywrócić obecnego świata do góry nogami – uznajmy obecny stan rzeczy, inaczej groziłaby nam rewolucja społeczna. Podobnie stały się faktem umowy indemnizacyjne z państwami zachodnimi i nie jest w naszym interesie jako państwa, aby to negować.
– Ale w przypadku reprywatyzacji w Warszawie mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy władze miasta były bardziej przychylne cudzoziemcowi „odzyskującemu” majątek, za który w czasach PRL wypłacono już odszkodowania.
– To jest nienormalne. Przynajmniej dla urzędników interes państwa polskiego powinien być najistotniejszy. Jeżeli ktoś się sprzeniewierza temu interesowi, to – jeżeli doniesienia medialne się potwierdzą – mieliśmy do czynienia z korupcją. Osoby za to odpowiedzialne powinny być pociągnięte do odpowiedzialności i skazane.
– W książce wyraźnie Pan wskazuje, że o ile ludzie rządzący PRL-em z sowieckiego nadania mieli wolę polityczną, by metodą faktów dokonanych wprowadzać daleko idące zmiany, o tyle obecnie właściwie tej woli politycznej brak, by ucywilizować reprywatyzację. Państwo jest – także w tej kwestii – mocno dysfunkcyjne instytucjonalnie. Czy tak było od początku III RP, czy przyszło jakieś załamanie?
– To bardzo interesująca kwestia, która wiąże się z tym, czym właściwie jest III Rzeczpospolita. Przypomnę, że reprywatyzacja jest częścią szerszego zjawiska, czyli prywatyzacji. Na temat tej ostatniej napisano mnóstwo. I wielu badaczy zgodnie twierdzi, że model prywatyzacji, jaki u nas zrealizowano, był niesprawiedliwy. Przypomnijmy choćby prywatyzację kuponową, która była wielkim majstersztykiem, polegającym na tym, że gigantyczny majątek został skupiony za grosze. Oczywiście, kraje takie jak Rosja czy Ukraina pokazują, że można to było zrobić jeszcze gorzej – tamtejsza skala grabieży jest porażająca.
Problem w tym, że nie osiągnęliśmy konsensusu, jak miałby wyglądać optymalny model prywatyzacji. Czy najważniejsza powinna być efektywność? Czy może akcje powinny być podzielone równo między wszystkich obywateli, co raczej jest nieefektywne. Ale przecież jeżeli sprzedamy majątek wcześniej znacjonalizowany, to może się okazać, że nowy zagraniczny właściciel celowo zadusi produkcję. Tych dylematów transformacyjnych było całe mnóstwo. I możemy pytać, czy źle zrobiona prywatyzacja jest dowodem na nieudolność państwa, czy może restauracja kapitalizmu jest tak skomplikowanym procesem, że przerasta wszystkich. Moim zdaniem czymś pionierskim – i to w wymiarze historii powszechnej – jest transformacja od ustroju, w którym znaczna część własności była znacjonalizowana, do ustroju kapitalistycznego.
My byliśmy skazani na samych siebie. Wschodni Niemcy mieli zaplecze w postaci RFN, a przecież do dziś część wschodnich landów to nie są obszary najlepiej rozwijające się. Dlatego nie zgadzam się z jednoznacznie krytyczną oceną, że cała polska prywatyzacja była nieudana i złodziejska.
– Może nieco naiwnie: a gdyby kamienicę albo fabrykę odzyskała staruszka, która była pełnoprawną właścicielką w 1945 roku, to czy załatwiałoby nam to wszystkie problemy? Jakoś łatwo mogę sobie wyobrazić, że od takich staruszek różnymi metodami skupują nieruchomości panowie o nazwiskach na literę M.
– Jedna pani odzyskałaby kamieniczkę… A ta, na której gruncie stoi teraz Pałac Kultury i Nauki co miałaby odzyskać?
– Mogłaby dostać udziały w sprzedaży biletów w „Kinotece”.
– Można powiedzieć: jedna miała szczęście, druga – pecha. Dlatego, po pierwsze, są inne niż restytucja metody przywracania pewnej elementarnej sprawiedliwości. Po drugie, elity III RP uchylają się jednak od roli dziejowego demiurga – nie oceniają, co jest słuszne, a co nie.
Znów wracamy do pytania: co jest sprawiedliwe? Często podaję przykład kopalni, która w 1945 roku przynosiła świetny dochód, a dziś są tam hałdy. Oddajemy hałdy? To jest sprawiedliwe? Były właściciel musiałby jeszcze płacić za rekultywację. Naprawdę, restytucja to nie jest najlepszy pomysł.
– A może nie dzieje się w gruncie rzeczy nic złego – ot, akumulacja kapitału w nowej odsłonie dziejowej. Wiemy zresztą (znakomity jest przykład Dantona), że prawnicy solidnie uczestniczą w awangardzie przekształceń własnościowych.
– [śmiech] Dochodzimy do pewnej prawdy: gwałtowne zmiany polityczne, rewolucyjne czy kontrrewolucyjne, zawsze wiążą się ze stworzeniem warstwy nowych bogatych, z wieloma niejasnościami. One dotyczą także przywracania własności. Ale zapewniam Pana, że nikt z nas nie chciałby wrócić do realiów z 1945 roku, do zdewastowanej ziemi, milionów kalek.
– Odnoszę wrażenie, że beneficjenci reprywatyzacji zachowują się tak, jakbyśmy przywracali stan sprzed bombardowania Wielunia przez Niemców.
– Dokładnie tak. Tymczasem na ogół znacjonalizowane zostały gruzy, a nie kamienice z lata 1939 roku.
– Opinia publiczna nie widzi ruin – widzi domy.
– Ponieważ ludzie, którzy na tym zarabiają, chcą widzieć majątek. A przecież czymś innym są odszkodowania za straty wojenne, a czym innym – reprywatyzacja. Rzadko kto ujmuje to wszystko – proszę zwrócić uwagę, na jak różne aspekty sprawy zwracamy uwagę i jak rzadko dochodzimy do jednoznacznych konkluzji, co jest właściwe, a co – nie.
Często mówię o tym, że chodzi o to, jak w ogóle rozumiemy filozofię reprywatyzacji. Wiem, że gdy widzimy przed oczyma ludzi wyganianych z mieszkań, przepędzanych lokatorów, a ktoś zaczyna opowiadać o filozofii reprywatyzacji, to brzmi to abstrakcyjnie. Ale w rzeczywistości to nie są odległe sprawy. Musimy rozumieć, jakiego państwa chcemy, jakie wartości mają być dla nas cenne. Potrzebujemy think tanków, pracy umysłowej, żeby zrozumieć to wszystko.
– A może jest tak, że powstaje nowa, w tym momencie dość agresywna warstwa posiadająca, która z czasem się nasyci, a jej dzieci nikogo nie będą musiały mordować i palić, i nauczą się jeść nożem i widelcem.
– Akurat przodkowie tych od palenia najprawdopodobniej umieli jeść nożem i widelcem. I to jest najbardziej przerażające. Ludzie nikczemni i chciwi przynależą do różnych grup i środowisk, nawet tych wywodzących się z dawnych elit. Problemem jest, że państwo nie umie nas bronić przed takimi ludźmi. Dobre i to, że możemy dziś rozmawiać o tym, w jakim państwie chcemy żyć, co ma być jego fundamentem.
Dodam kolejną kwestię: roszczenia reprywatyzacyjne to roszczenia w znakomitej większości spadkobierców, a nie samych byłych właścicieli. W jakim stopniu dzisiejsi spadkobiercy przyczynili się do wypracowania tego majątku? Spuścizna przodków jest oczywiście ważna, szanuję ją, ale my tworzymy współczesną Polskę swoją pracą.
– Wiemy jednak, że kapitał, którym się dysponuje – niezależnie od tego, jak się go uzyska – jest potężną trampoliną do lepszego życia. A w takich realiach jak nasze jest to często istotniejsze niż etyczne rozważania nad powinnościami związanymi z własną pracą i dziedziczoną własnością.
– Rzecz jasna. Ale powtórzę: polska własność rozciągała się na tereny dzisiejszej Ukrainy, Litwy, całej dzisiejszej Białorusi, na południe Łotwy. Co w takim razie z polskimi majątkami pod Kijowem i w Kijowie? Co z majątkami na Białorusi? Mówię o tych ziemiach, które straciliśmy po traktacie ryskim. Tam Polacy mieszkali od setek lat, tracili całą spuściznę. Przecież nie dostali w II Rzeczpospolitej ani grosza.
– I o to były wówczas pretensje ze strony ziemiaństwa. Ale z dzisiejszej perspektywy to prehistoria.
– Przecież to początek II Rzeczpospolitej, nie tak znów wiele czasu od dekretu Bieruta. Widzimy, jak wybiórczo traktowana jest ta historia, w zależności od tego, jakie interesy ma się do zrobienia.
– Z jednej strony mamy do czynienia z poszkodowanymi właścicielami. Z drugiej – z ludźmi wyrzucanymi z mieszkań, nierzadko ludźmi starszymi, zupełnie bezradnymi, o zerowej wiedzy prawnej, których pozostawiono samym sobie, a w dodatku szachowano ich tym, że o co chodzi, odzyskiwana jest święta własność, wy możecie zdychać pod płotem.
– Posługuję się często takim porównaniem: majątek ziemski został rozparcelowany pomiędzy chłopów; kamienice – w jakimś sensie – między lokatorów, dzieci chłopów, które zamieszkały w miastach. Dlaczego nie zabieramy ziemi chłopom, przecież to by było o wiele łatwiejsze, nikogo nie wyrzucalibyśmy z domu…
– Mielibyśmy wtedy nie jednego, a dziesięciu Lepperów.
– Ano właśnie. Okazuje się, że lokatorzy byli słabsi, słabsi fizycznie. Jak jest różnica między ziemią a kamienicą w centrum Warszawy? Dlaczego jednego nie oddajemy w naturze, a drugie – owszem? To chyba jedyna różnica, dla której to wszystko się dzieje – to drugie jest o wiele więcej dziś warte.
– Cała nasza rozmowa wskazuje, że jedynym argumentem w historii reprywatyzacji jest argument siły, siły pieniądza…
– …układów, realizacji interesów pewnych grup. Tak to dzisiaj wygląda.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 17 września 2016 roku
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Zanim przejdziemy do kwestii systemowych, zapytam, kiedy i dlaczego zainteresowałeś się sprawą warszawskiej reprywatyzacji?
– Jan Śpiewak: Gdy założyliśmy stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, początkowo zajmowaliśmy się kwestiami związanymi z miejscami użyteczności publicznej, z parkami i z konserwacją budynków. Jedna ze współzałożycielek naszego stowarzyszenia mieszkała w pobliżu Ogrodu Jordanowskiego, który w dziwny sposób przestał być Ogrodem Jordanowskim i został przekazany w prywatne ręce. Nowym właścicielem okazał się handlarz roszczeń Marcin Marcinkowski. Jego nazwisko wypłynęło później przy okazji budowy biurowca vis à vis Placu Zamkowego. Okazało się, że miasto razem z działką przy Zamku Królewskim oddało mu fragment tunelu trasy W-Z. To był moment, gdy ręce nam opadły, bo jak to możliwe, że można odzyskać fragment tunelu drogi publicznej. Weszliśmy w temat reprywatyzacji warszawskiej nie od strony związanej z lokatorami i „czyścicielami” kamienic, ale dlatego, że spostrzegliśmy dziwne rzeczy dziejące się w przestrzeni publicznej z newralgicznymi miejscami stolicy: jakiś biznesmen znikąd może meblować najważniejsze miejsca w kraju.
– Z tego, co pamiętam, urzędnicy miejscy twierdzili, że W-Z to w ogóle samowola budowlana.
– Tak: że nie ma żadnych papierów na ten tunel [śmiech]. To pokazuje poziom chaosu i pogardy wobec prawa. A później się okazało, że matka architekta wydawała pozwolenie na ten biurowiec.
Zaczęliśmy coraz bardziej interesować się Marcinem Marcinkowskim, powstała mapa warszawskiej reprywatyzacji, z pomocą której pokazaliśmy m.in. wielkość jego interesów, pokazaliśmy, jak człowiek znikąd robi, co chce. Była jeszcze jedna skandaliczna sprawa – oddanie gimnazjum na ulicy Twardej, chociaż nie było żadnych dokumentów, które by to uzasadniały; bardzo dziwne było zachowanie Ratusza. Uznaliśmy, że ta sprawa zasługuje na pokazanie i nagłośnienie. Zrobiliśmy mapę reprywatyzacji i zaczęła się batalia sądowa, bo Marcinkowski nas pozwał.
W 2014 roku zdecydowaliśmy się startować w wyborach samorządowych i zaczęliśmy badać zagadnienie od strony mieszkańców Warszawy. Jednym z tematów kampanii była liczba roszczeń, w tym wobec szkół i innych instytucji publicznych, liczba osób poszkodowanych. Od momentu, kiedy zostałem radnym Śródmieścia, w pełni zrozumiałem, czym dzika reprywatyzacja jest dla lokatorów. Wcześniej miałem tego pewną świadomość, ale dopiero wówczas zobaczyłem cały rozmiar i konsekwencje zjawiska. Dwa lata zajęło nam zrozumienie istoty i mechanizmów reprywatyzacji. To była ziemia niezbadana – trzeba było gromadzić stopniowo wiedzę prawną, administracyjną. Jako radny zderzyłem się z przeróżnymi ludźmi, zacząłem poznawać kulisy decyzji, które zapadały w przypadku zwrotów majątku.
– Jak wiele osób padło ofiarą warszawskiej reprywatyzacji?
– To sprawa trudna do oszacowania. Miasto oczywiście nie dysponuje żadnymi oficjalnymi statystykami. My szacujemy, że mogło to być nawet 40 tys. osób wygnanych z domów. Fundacja ePaństwo wystąpiła z wnioskiem o udostępnienie wszystkich decyzji dotyczących zwrotów nieruchomości. Gdy otrzymamy kompletną listę, będziemy mogli powiedzieć więcej. To jest też kwestia transparentności – to wszystko odbywało się przy pogwałceniu podstawowych zasad jawności. Wiemy też, że kolejne tysiące kamienic są zagrożone roszczeniami.
– Czy potrafisz wskazać i uargumentować najważniejsze problemy związane z reprywatyzacją? Myślę przede wszystkim o zjawiskach, które wiążą się z dobrostanem mieszkańców Warszawy oraz z funkcjonowaniem aparatu władzy.
– To jest naprawdę wiele spraw i trudno jednoznacznie stworzyć hierarchię wielu bolączek powiązanych ze sobą. Z pewnością jedna z najważniejszych kwestii dotyczy tego, że obecna sądowa reprywatyzacja jest niewiarygodnym gwałtem na Konstytucji i na podstawowych prawach człowieka. Nie można cofać decyzji administracyjnych nadających prawa konkretnym osobom – mówimy o budynkach mieszkalnych w Warszawie, co do których ludzie podpisywali umowy najmu regulowane przez państwo i kupowali mieszkania na podstawie tych decyzji.
Sądy, uchylając te decyzje, stwierdzając, że nie było nieodwracalnych konsekwencji prawnych, uderzyły w absolutne podstawy ustrojowe i elementarne prawa człowieka. Była to fikcja prawnicza stworzona przez lobby reprywatyzacyjne, która wdarła się do orzecznictwa sądów administracyjnych. Tak naprawdę mamy do czynienia z procederem, który łamie Konstytucję, prawo do mieszkania, samą zasadę państwa prawa i zaufania obywatela do państwa. To głównie sądy administracyjne doprowadziły do tego procederu. Mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym atakiem sądów na prawo i obywateli. To rzecz, którą zrozumieliśmy dość niedawno. Próbujemy się z tą interpretacją przebić, ale jest ciężko, ponieważ wśród prawników panuje zmowa milczenia. Oni świetnie wiedzą, że większość zwrotów nieruchomości to lipa. Ale żyła z tego duża część warszawskiego establishmentu prawniczego. Sądy przestały być narzędziem sprawiedliwości – stały się narzędziem opresji.
Są też inne sprawy, związane z kwestiami szerszymi, dotyczącymi etyki, relacji społecznych, wizji relacji między przeszłością a teraźniejszością i przyszłością. Dlaczego mamy cofać historię, przywracać stosunki własnościowe nieledwie dziewiętnastowieczne? Odnoszę wrażenie, że i w praktyce, i w niewypowiedzianej wprost teorii powstały dwa rodzaje obywatelstwa. Jest obywatelstwo oparte na własności, nierzadko niesamowicie naciągane, jak to widzimy w przypadku restytucji majątków. To obywatelstwo jest najważniejsze, jest hołubione.
Po drugiej stronie są „drugorzędni obywatele”, choćby lokatorzy wyrzucani z mieszkań. Wskazuje to na bardzo brutalny rys naszego państwa, które jest niewiarygodnie okrutne wobec słabszych – tych, którzy nie mogli sobie wykupić mieszkania, którzy nie mieli przodków arystokratów albo nie są handlarzami roszczeń. W ten sposób sądy, czy szerzej – aparat państwa, stały się zinstytucjonalizowanym narzędziem pogardy klasowej, instrumentem refeudalizacji, zarówno w sensie moralnym, jak i materialnym. Dodajmy, że reprywatyzacja dotyczy nie tylko przedwojennych majątków, ale także bogatego Kościoła…
– O tym jeszcze porozmawiamy.
– W każdym razie trzeba pamiętać, że znaczna część tej wydumanej własności była przed wojną obciążona hipotekami o wysokości większej niż wartość nieruchomości. Cofamy stan prawny sprzed kilkudziesięciu lat, ale długi wyzerowujemy. W dodatku oddajemy także lekką rączką budynki, które powstały już po wojnie.
– Komuś się to opłaca.
– Opłaca się to wąskiej elicie – zblatowanym środowiskom prawniczym, politycznym, urzędniczym, biznesowym, które to wszystko robią. Można to porównać z uwłaszczeniem nomenklatury i dawnej opozycji z lat 90. XX wieku. Dziś nie ma już państwowych fabryk, ale w domenie publicznej pozostały jeszcze kamienice, place, działki, na których stoją szkoły. To wszystko jest objęte uwłaszczeniem nowej elity, która po pierwsze ma korzenie peerelowskie, po drugie – opozycyjne, a po trzecie – przedwojenne, arystokratyczne.
– Całość tworzy zupełnie nową jakość.
– [śmiech] Tylko powtórzę, że ta stara arystokracja, która uwielbia wspominać swoje kamienice i majątki, często żyła na kredyt. To jest ta część prawdy historycznej, o której nie chce się pamiętać.
– Zostawmy póki co przedwojennych kamieniczników. Interesuje mnie, jaki obraz instytucji centralnych i samorządowych oraz polskiego ładu prawnego wyklarował się w twoich oczach po kilku latach zajmowania się warszawskimi sprawami.
– Moim zdaniem są to często grupy mafijne – mówię o ludziach z administracji publicznej, samorządowej, którzy korzystali na reprywatyzacji. Jeżeli mamy do czynienia z powtarzającymi się sytuacjami, w których urzędnicy wydają decyzje na własną korzyść – nie są to odosobnione przypadki, ale cecha systemowa – to według mnie przypomina to model włoski, w którym mafia przejęła ogromną część funkcjonowania państwa. Oczywiście nie jest to ośmiornica z capo di tutti capi, ale spolonizowana, horyzontalna struktura. To wręcz konfederacje, które działają w zorganizowany, przebiegły, przemyślny sposób, i – w odróżnieniu od państwa – potrafią sobie wyznaczać cele długoterminowe i je realizować.
Reprywatyzacja to ściśle związany z prywatyzacją ciąg przyczynowo-skutkowy, którego początek można wskazać na połowę lat 80. XX wieku. Wtedy zaczęło się skupywanie papierów wartościowych przez Służbę Bezpieczeństwa w składach makulatury. Już wówczas SB wiedziała, że będzie miała miejsce reaktywacja przedsiębiorstw. Oglądałem materiał „Superwizjera” TVN, w którym mężczyzna prowadzący w PRL skup makulatury opowiadał, jak przychodzili do niego ludzie wtajemniczeni i kupowali akcje, które wtedy nie miały żadnej wartości poza numizmatyczną. Ale oni wiedzieli, co się szykuje…
No i znacznie później mamy różne dziwne ustawy, które zaczęły przechodzić przez polski parlament. W 2001 roku mieliśmy weto prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w sprawie ustawy reprywatyzacyjnej. Mówił, że reprywatyzacja ma iść przez sądy i że jest to najbardziej uczciwe. W 2003 roku zostało zlikwidowane planowanie przestrzenne w państwie. W 2004 roku mieliśmy ustawę Blidy umożliwiającą eksmisję na bruk oraz zmianę ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami, która wygenerowała falę gigantycznych odszkodowań w absolutnie sztuczny sposób. Wreszcie zmieniło się orzecznictwo sądów, co było niekonstytucyjne. Mieliśmy do czynienia z coraz bardziej retroaktywnymi interpretacjami dekretu Bieruta, zmieniającymi to, co ustawodawca miał na myśli i równocześnie ograniczającymi sferę nieodwracalnych skutków prawnych. A to sprawiło, że można zwracać wszystko…
Dziś dekret Bieruta – to majstersztyk! – zupełnie wbrew temu, po co został ustanowiony, służy do zwracania wszystkiego, co się da. Zapewne to prawo nie było najlepiej napisane, ale dziś stanowi pole do popisu dla wszelkiej neofeudalnej ekwilibrystyki. Mamy do czynienia z sytuacjami, gdy budynki leżały w gruzach, później na ich miejscu postawiono inne, czasem w nieco innej lokalizacji, zasiedlono je, ludzie wykupili tam mieszkania, a sądy administracyjne twierdzą, że nie było nieodwracalnych konsekwencji prawnych i te budynki można oddawać. To jest potężny cios w państwo prawa. To sądy administracyjne są jedną z najbardziej anarchizujących życie społeczne instytucji publicznych w Polsce.
A później mamy sławetne orzeczenie NSA, które sprowadza rolę państwa właściwie do budowy dróg i autostrad oraz mówi, że właściwie wszystko – łącznie ze szkołami, bo nie są one celem publicznym – można zwracać.
– To wszystko, o czym mówisz, pokazuje, że procesy transformacyjne wcale nie złagodniały w pierwszej i drugiej dekadzie XXI wieku – a jedynie przeniosły się w inne obszary. I zdaje się, że to jeszcze nie koniec.
– Zorganizowana przestępczość doskonale wie, że rynek nieruchomości jest najbardziej intratnym rynkiem do spenetrowania. Paliwa, narkotyki, spirytus – to są rzeczy niosące wysokie ryzyko. Obrót nieruchomościami oprócz tego, że przynosi zyski, jest też świetnym narzędziem do prania brudnych pieniędzy.
Uwaga państwa polskiego skupiła się na zderegulowaniu kwestii związanych z obrotem i zwrotami nieruchomości. Teraz mamy chyba do czynienia z ostatnim etapem tego procesu, czyli podważeniem reformy rolnej. Jeżeli to przejdzie, to moim zdaniem będziemy mogli mówić o swego rodzaju zamachu stanu: niezależnie od tego, jak oceniamy peerelowski dekret o reformie rolnej, jego zanegowanie będzie się równało otwarciu na oścież drzwi do masowego odbierania chłopom ziemi i zniszczenia porządku społecznego, jaki znamy.
Mam też pełną świadomość, że w sądach panuje korupcja. Z jednej strony mamy ideologię neoliberalną, która jest usprawiedliwieniem dla tego typu zachowań, z drugiej – ogromną korupcję wśród sędziów. Istnieje coś takiego jak Samorządowe Kolegium Odwoławcze, które jest sądem administracyjnym pierwszej instancji, ale tak naprawdę nie jest sądem, lecz częścią samorządu i jest wyjęte całkowicie spod kontroli społecznej, a decyduje o życiu dziesiątków tysięcy ludzi oraz o mieniu wartym miliardy złotych.
Ale spójrzmy szerzej: jeśli można podważyć reformę rolną, to można wszystko. Niemcy tak naprawdę nie pozbyli się roszczeń – mamy tylko deklarację rządu RFN, że nie będzie ich popierał. Ale jeżeli nasze państwo otworzy możliwość do szerokiej restytucji majątków, to wszystko przed nami. To przerażające, ale dość prawdopodobne…
– Czy jakiekolwiek instytucje publiczne były zainteresowane dbałością o konstytucyjny wymiar procesów, które właśnie zachodzą?
– Żona prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Dorota Safjan, była osobą, która odpowiadała za reprywatyzację w Warszawie za czasów rządów Lecha Kaczyńskiego. Sama mieszka w budynku przy ulicy Kredytowej 6, który – moim zdaniem nielegalnie – chce przejąć mecenas Stachura. To jest niemożliwie, żeby wysocy przedstawiciele państwa polskiego nie widzieli, co się dzieje.
Gdy pochodzimy po prawnikach, posprawdzamy na stronach internetowych kancelarii prawnych w Warszawie, to zobaczymy, że co druga zajmuje się reprywatyzacją. Udział prawników w tym procesie jest odrażający, ponieważ obsługując osoby, które miały roszczenia do nieruchomości, stawali się właścicielami tych majątków, a później stawali się oprawcami ludzi wyrzucanymi z tych mieszkań.
Dziś słyszymy, że związany z Ordo Iuris Krzysztof Wąsowski, rzecznik dyscyplinarny warszawskiej Okręgowej Rady Adwokackiej, ma postawione zarzuty prokuratorskie w sprawie Komisji Majątkowej, czyli mienia należącego do Kościoła – i mowa o naprawdę wielkich pieniądzach. Mamy szefa Okręgowej Rady Adwokackiej Grzegorza Majewskiego, który sam się zajmuje reprywatyzacją, jak to obserwujemy w przypadku Chmielnej 70. Widzimy, że rodzina Hanny Gronkiewicz-Waltz przejęła dawną pożydowską kamienicę, do której w zupełnie nieprawny sposób zgłaszali prawa samozwańczy właściciele. I tak dalej. Wyłania się nam obraz elit, które chcą skolonizować kraj, chcą na nowo zagnać ludzi do czworaków. Ten poziom okrucieństwa, bezwzględności, korupcji, oszustwa, niewiarygodnej buty i chamstwa kojarzy mi się z najgorszymi tradycjami sarmacko-magnackiej Polski.
– Kilka miesięcy temu gościliśmy obaj w programie „Bez Retuszu” w TVP INFO, poświęconym aferze reprywatyzacyjnej i zabójstwu Jolanty Brzeskiej. Dawny prezydent Warszawy Marcin Święcicki uspokajał nas, że właściwie wszystko dzieje się zgodnie z prawem: owszem, były jakieś nadużycia, ale zasadniczo rzecz idzie w dobrym kierunku, a reprywatyzacja po polsku jest procesem słusznym i sprawiedliwym.
– Pan Święcicki pokazuje nędzę intelektualną tych elit. Nawet na poziomie prostego logicznego rozumowania można wysnuć wniosek, że restytucja mienia, czyli reprywatyzacja nieruchomości w naturze, jest niegodziwością po upływie kilku dekad.
Stanowisko Miasto Jest Nasze jest proste: odszkodowanie od 20 proc. wartości nieruchomości na dzień nacjonalizacji. Jeśli miałeś zadłużoną stertę gruzów, to dostajesz 20 proc. wartości zadłużonej sterty gruzów. W morzu krzywd, jakie wydarzyły się w dziejach Polski w XX wieku i wcześniej, ta jedna krzywda związana z nacjonalizacją nie może być traktowana na specjalnych zasadach. A w jakim stanie Warszawa była po wojnie, najlepiej pokazują na serio rozważane wówczas pomysły, żeby stolicę kraju przenieść do Łodzi.
Dodajmy jeszcze, że można poprawnie i skutecznie argumentować, że do żadnej reprywatyzacji nie powinno dojść, ponieważ mamy choćby kwestię zasiedzenia.
– Warszawa była odbudowywana wysiłkiem nie tylko jej mieszkańców. Energię do odbudowy czerpano choćby z chłopskich kontyngentów.
– Ponadto chłopi kontyngenty musieli płacić aż do lat 70. Czy będziemy za to zwracać ich rodzinom?
Jako Miasto Jest Nasze mamy poczucie tak daleko idącego absurdu dzisiejszych praktyk reprywatyzacyjnych uprawianych na drodze sądowej, że rozważamy – w formie intelektualnej prowokacji – złożenie pozwu zbiorowego przeciwko Związkowi Szlachty Polskiej w sprawie pańszczyzny. Wyszły mi 4 biliony złotych – bez odsetek. I wtedy możemy się zastanawiać nad wyrównywaniem historycznych krzywd.
Oczywiście, są różne historie. Moja matka odzyskała przedwojenną rodzinną kamienicę w Krakowie. Ten budynek nie był zburzony, mój dziadek był w księdze hipotecznej itd. Nie uważam jednak, żeby to było sprawiedliwe, że odzyskaliśmy kamienicę w naturze. Powinno być wypłacone odszkodowanie.
– Przy okazji, władze Warszawy mówią o Tobie jako o cynglu Prawa i Sprawiedliwości. Masz twarde dowody na to, że nim nie jesteś?
– [śmiech] Polecam naszą nową mapę reprywatyzacyjną, dostępną w internecie, na której ujawniamy związki ludzi związanych z Prawem i Sprawiedliwością z warszawską reprywatyzacją. Nagłaśniamy sprawy, które uderzają i w jednych, i w drugich. Ale jest oczywiste, że bardziej będziemy krytykować Platformę, bo to Platforma rządziła w stolicy przez ostatnie dziesięć lat. To oni mieli prezydenta, premiera, prezydent Warszawy, to oni nadal rządzą w Warszawie, to ich urzędnicy fizycznie podpisują decyzje i za to wszystko odpowiadają.
Co nie zmienia faktu, że reprywatyzacja nie mogłaby trwać tyle, nie mogłaby krzywdzić tylu ludzi, nie mogłaby być takim źródłem zysku, gdyby nie była ekumenicznym biznesem. Przy tym korytku posilili się i ludzie z PO, i ludzie z PiS, i Kościół, i komuchy…
– Na mapie reprywatyzacyjnej znalazł się również Jacek Kotas, w 2007 roku podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a obecnie prezes zarządu Fundacji Narodowe Centrum Studiów Strategicznych, zajmującej się bezpieczeństwem militarnym Polski.
– Kotas od 2002 do lata 2016 roku był w zarządzie firmy deweloperskiej Radius Projekt oraz wielu spółek powiązanych z Radiusem – wycofał się z nich wszystkich między czerwcem a sierpniem. Z Radiusem jest związana firma ICON, która rewitalizuje odzyskane kamienice i, naszym zdaniem, dostaje bardzo liberalne warunki konserwatorskie.
Kotas jest również związany z Marią Buczyńską, prezeską w spółkach Radiusa i wspólniczką Katarzyny Janowskiej, prawej ręki Piotra Wociala, który m.in. był pełnomocnikiem Feniksa w sprawie zreprywatyzowanej kamienicy na Noakowskiego 16, przejętej przez męża Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zwrócę uwagę na ciekawą rzecz, pokazującą logikę procesów transformacyjnych: otóż firma Radius dawniej zajmowała się prywatyzacją majątku publicznego, prywatyzacją przedsiębiorstw miejskich i państwowych. Widać, jak to się wiąże z granicą pomiędzy państwem a biznesem.
Mapa reprywatyzacyjna dobrze pokazuje szerszy obraz warszawskiego rynku nieruchomości. Dobrze widać, jak ci wszyscy ludzie są ze sobą związani, jak robią ze sobą interesy, jak osoby ze wszystkich opcji biorą w tym udział. Mam nadzieję, że w PiS jednak zwycięży chęć rozliczenia z tym i pociągnięcia do odpowiedzialności osób, które w tym współuczestniczyły.
– Jak opiszesz relacje z instytucjami publicznymi, samorządowymi i centralnymi, poziom ich zainteresowania i kompetencji w tej tematyce?
– Nie ma tego dialogu, nie ma rozmów. Jesteśmy dla nich intruzami. Poza tym ukrócić dziką reprywatyzację można by za pomocą zrealizowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego z maja 2015 roku, który mówi o stwierdzaniu nieważności decyzji administracyjnych. Na podstawie tego ucięto by wszystkie zwroty budynków w naturze tam, gdzie doszło do nieodwracalnych zmian w prawie. To tylko kwestia realizacji jednego wyroku TK! Komitet Obrony Demokracji jest niezainteresowany, podobnie PiS i PO.
Panuje zmowa milczenia – nikogo to nie obchodzi. Na mapie reprywatyzacyjnej pokazujemy, że ludzie, którzy reprezentowali lub reprezentują państwo, są powiązani z grupami, które mają kontakty ze zwykłymi gangsterami: ludźmi związanymi ze SKOK-ami Wołomin, z mafią pruszkowską i wołomińską. To też tłumaczy, dlaczego zamordowano Jolantę Brzeską – dlatego, że w reprywatyzacji biorą udział gangi, ludzie, którzy nie boją się zabić. Mamy do czynienia z państwem, które realizuje nie interes zwykłych obywateli, ale tych wszystkich uprzywilejowanych grup.
– Wróćmy do prób waszej współpracy z instytucjami publicznymi.
– Pamiętam, jak rozmawiałem z wiceprezydentem Warszawy Jarosławem Jóźwiakiem, mówiłem mu o tym wyroku TK – nic, zero zainteresowania.
Naprawdę uważam, że cechą charakterystyczną współczesnych polskich elit jest pogarda dla szerokich rzesz społeczeństwa. I w związku z tym ci, którzy robią reprywatyzację, uważają, że mogą wszystko. A inni się obojętnie przyglądają. Może ta pogarda została przyjęta w sposób nieświadomy, ale jest faktem: pogarda czy wręcz nienawiść wobec słabych, przyzwolenie na przemoc wobec nich. Nie odczuwałem tego długo, ponieważ nie byłem i nie jestem ofiarą reprywatyzacji, ale zobaczyłem, że możliwe są wszelkie szwindle i strukturalna przemoc wobec ofiar „czyścicieli” kamienic – i się przeraziłem.
A przecież potrzebne są tylko dwie niewielkie zmiany: zmiana przepisu 156 w Kodeksie Postępowania Administracyjnego i jednego przepisu w ustawie o gospodarowaniu nieruchomościami. Spowodowałoby to zarówno zablokowanie przekazywania nieruchomości w naturze, jak i zmniejszenie wysokości odszkodowań – wartość byłaby wyznaczana nie na dzień wydania decyzji o zwrocie, ale na dzień nacjonalizacji.
– Myślałem także o reagowaniu instytucji na los eksmitowanych ludzi, o merytorycznej zdolności i możliwościach reagowania urzędników choćby na roszczenia rzekomych właścicieli – czyli o tym, czy urzędnicy, także niższych szczebli, potrafią/chcą troszczyć się o dobro wspólne, dobro publiczne.
– Myślę, że wielu urzędników niskiego i średniego szczebla nie ma po prostu nic do powiedzenia. Spotkałem paru naprawdę świetnych urzędników, którzy doskonale wiedzieli, na czym ten szwindel polega i próbowali mu przeciwdziałać. Ale takie osoby są osamotnione. System jest ustawiony od góry. W tym świecie działają ludzie absolutnie zdemoralizowani. Wiesz, ilu urzędników Biura Gospodarki Nieruchomościami ma roszczenia do stołecznych nieruchomości?
– Uświadom mnie.
– Roszczenia ma lub może mieć 1/3 urzędników BGN. To jest, k…, niemożliwe. Jeżeli weźmiemy rozkład statystyczny i powiemy sobie, że 3 proc. dzisiejszych warszawiaków ma jakieś roszczenia, to nie jest możliwe, żeby aż tak liczna część stosunkowo niewielkiej grupy pracowniczej była spadkobiercami dawnych właścicieli.
Są urzędnicy, którzy chcieli dobrze, ale zazwyczaj nie mieli wpływu na to, co się dzieje, choć czasem się udawało. Podam przykład pełnomocnik miasta, mecenas Izabelli Korneluk, która w Śródmieściu wywalczyła anulowanie odszkodowania dla Marka Mossakowskiego – za Hożą 25a. Mossakowski za 550 zł – jedna umowa na 500 zł, druga na 50 zł – odkupił prawa do kamienicy od dwóch starszych kobiet i od państwa domagał się 5 milionów złotych za utracone korzyści. Sąd pierwszej i drugiej instancji przyznał mu to odszkodowanie, ale Korneluk w Sądzie Najwyższym doprowadziła do bezprecedensowego orzeczenia, że umowa przeniesienia praw do własności za 500 złotych, dotycząca nieruchomości wartej wiele milionów, jest po prostu nieważna, bo łamie podstawowe zasady współżycia społecznego. Czy po tak wielkim sukcesie panią Korneluk awansowano na wiceprezydenta odpowiedzialnego za reprywatyzację? Wyrzucono ją z pracy. A to był typ urzędniczki, która w urzędzie pracowała ponad dwadzieścia lat, przykład osoby o absolutnie propaństwowym i prospołecznym nastawieniu. Ale tacy ludzie, którzy robią coś dobrze i uczciwie, są sekowani – dostają w twarz od tych, którzy stoją wyżej i przyszli się nakraść.
Co gorsza, sądzę, że sytuacja w Warszawie w sprawach samorządowych jest relatywnie lepsza niż w innych miastach w Polsce, szczególnie mniejszych i małych. W stolicy ma się większe możliwości znalezienia pracy, nie jest się skazanym np. na posady w administracji. A im mniejsze miasto, tym wpływ samorządowców większy.
– Potrafisz wskazać najbardziej Twoim zdaniem bulwersujące historie reprywatyzacyjne?
– Wspomniana wyżej Hoża 25a jest naprawdę bulwersująca. Kazimierzowska 34 – Jakub Rudnicki w stołecznym Ratuszu wydawał decyzje dotyczące nieruchomości odebranych na mocy dekretu Bieruta i zwracanych przez miasto dawnym właścicielom, a później wystąpił z wnioskiem o zwrot nieruchomości na warszawskim Mokotowie. Przejął ją razem z mieszkańcami, ponad dwukrotnie podniósł czynsz. Zatrudnił tam Jacka Powsińskiego, znanego „czyściciela” kamienic. „Zwrócono” również publiczne gimnazjum na Twardej – lipne testamenty, kuratorzy z Karaibów, ale tę decyzję niedawno cofnięto, ponieważ kilku zainteresowanych występowało jako kuratorzy nieżyjących osób, co jest niezgodne z prawem.
– Gdy patrzysz w przeszłość, jesteś w stanie pokazać, w jaki sposób zmieniała się dynamika sporu o warszawską reprywatyzację, wskazać kamienie milowe, najważniejsze wydarzenia, który wpływały choćby na decyzje Ratusza, doprowadziły do większego zainteresowania mediów?
– To zabrzmi strasznie, ale sprawą, która spowodowała, że warszawska reprywatyzacja znalazła się na radarze opinii publicznej, była śmierć Jolanty Brzeskiej w marcu 2011 roku. Sam wtedy zorientowałem się, że istnieje taki problem. W tamtym czasie działały ruchy lokatorskie, które walczyły z handlarzami roszczeń i „czyścicielami” kamienic. To oni budowali wśród ludzi podstawową świadomość, że w ogóle coś złego się dzieje.
Dodajmy do tego sprawę reaktywowanej jeszcze wcześniej, bo w 2005 roku, spółki Giesche, która chciała „odzyskać” 1/3 Katowic. To był pomysł ludzi z Wybrzeża, którzy nie mieli żadnych związków z przedwojenną firmą. Otóż odkupili od kolekcjonera pakiet przedwojennych akcji spółki Giesche na okaziciela, udali się do sądu i zażądali upoważnienia do zwołania walnego zgromadzenia akcjonariuszy przedwojennej spółki Giesche SA. Sąd dał im takie prawo i spółka została wpisana do rejestru. Sprawa ciągnęła się latami i świetnie pokazywała mechanizm „odzyskiwania własności”.
No i są jeszcze historie Komisji Majątkowej, z której ludzie związani z Kościołem razem z byłymi esbekami wyprowadzili setki milionów złotych.
Później pojawiamy się w Warszawie my, czyli MJN, zaczynamy tłumaczyć reprywatyzację klasie średniej: robimy mapę reprywatyzacji, zaczynamy mówić o przejmowanych szkołach, miejscach publicznych, niszczonych zabytkach, takich jak kamienica Mirona Białoszewskiego.
Wreszcie w 2015 roku mamy zmianę władzy w Polsce, odblokowanie – jednak – prokuratury warszawskiej i pojawienie się woli ścigania ludzi związanych z aferą reprywatyzacyjną, abstrahując od motywacji ścigających. W kwietniu 2016 roku ukazał się w stołecznej „Gazecie Wyborczej” artykuł ujawniający niewiarygodny szwindel na placu Defilad: okazało się, że w 2012 roku miasto bezpodstawnie oddało cenną działkę w samym sercu Warszawy, choć jej dawny właściciel, obywatel Danii, został spłacony jeszcze w latach 50. XX wieku przez ówczesne polskie władze. Nieco później w „Gazecie Wyborczej” zapadła decyzja, żeby materiał ze „Stołecznej” poszedł w wydaniu ogólnopolskim. Działo się to w sezonie ogórkowym, więc temat „zażarł”. To wszystko podbudowane było działalnością MJN, działalnością ruchów miejskich i lokatorskich, zmienioną atmosferą polityczną, większym zainteresowaniem mediów prawicy. I tak wybuchła afera reprywatyzacyjna, która właściwie już wygasa.
– A domyślasz się może lub wiesz, jak to się stało, że „Gazeta Wyborcza”, która już parę lat temu mogła się solidnie wziąć za ten temat, dopiero teraz się na to zdecydowała?
– Równie dobrze można zapytać, co robili przez ostatnie dziesięć lat radni PiS, a jest ich w tym mieście około dwustu…
– Skąd wziął się pomysł na warszawską mapę reprywatyzacyjną? I czym ona jest w waszym zamyśle? Dziś można ją znaleźć w internecie, ale musieliście o nią toczyć boje w sądzie.
– Skierowano przeciw nam dwa pozwy, jest już w tej sprawie kilka wyroków. Gdybyśmy nie mieli wsparcia mediów i kilku przyjaznych adwokatów, to mogłoby się to skończyć różnie. W pierwszej instancji sąd cywilny skazał nas absolutnie skandalicznym wyrokiem, który godził w elementarne zasady wolności słowa.
Gdy dostałem ten pierwszy wyrok, pomyślałem: to znaczy, że trzeba z Polski uciekać. Na szczęście system sądowniczy ostatecznie pokazał, że nie jest aż tak bardzo skorumpowany – sąd apelacyjny i sądy karne uwolniły nas od zarzutów. Okazało się, że poziom tego draństwa, które dzieje się w Warszawie, jest już nie do ukrycia, że ten poziom patologii i niesprawiedliwości po prostu razi. Ale nadal otrzymujemy mnóstwo pism przedprocesowych, jesteśmy straszeni prawnikami. Jeśli ktoś nie ma dość twardego tyłka, pewności siebie, także pewnych kompetencji, to czuje strach przed takimi ludźmi.
– A dlaczego właśnie mapa?
– Reprywatyzacja jest cholernie skomplikowana dla ludzi niewtajemniczonych, którzy z daleka obserwują tylko pewne jednostkowe zjawiska. Potrzebowaliśmy narzędzia, które w graficzny sposób będzie w stanie pokazać, jaka jest skala zjawiska i powiązania między jego bohaterami. Trzeba też było przekuć na język klasy średniej, mediów i multimedialnej opinii publicznej to, o czym stowarzyszenia lokatorskie mówiły od lat. Im brakowało języka, z pomocą którego można się było przebić dalej. Nam też jego stworzenie zabrało trochę czasu.
– Pamiętam dobrze, że gdy kilka lat temu mówiłem swoim dobrze rokującym znajomym o lokatorach wyrzucanych z mieszkań, odpowiedź była powątpiewająca: to pewnie menele, ludzie życiowo roszczeniowi i niezaradni, którzy pasożytują na czyjejś świętej własności.
– Pomysł elit III RP na rządzenie polega m.in. na skłóceniu klasy średniej z klasą ludową. Doprowadzono choćby do tego, że zlikwidowano budownictwo społeczne i komunalne. Młody człowiek, który przyjeżdża do Warszawy robić karierę, kupuje mieszkanie na kredyt. Nagle się okazuje, że jakaś biedota mieszka w świetnych wielkich kamienicach w centrum Warszawy, a ja jestem zmuszony kupić na Białołęce małą kawalerkę i będę ją spłacał trzydzieści lat. I tracę dwie godziny dziennie w korkach.
Nic dziwnego, że przerzucenie winy na lokatorów wyrzucanych z mieszkań działało. Sfrustrowani zapracowani trzydziestolatkowie mówili: dlaczego oni mają mieć lepiej od nas? Elity, które tak to urządziły, miały na kogo szczuć młodych na dorobku. Ale gdy zaczęto odbierać ludziom parki i szkoły, gdy w najmniej oczekiwanych miejscach zaczęły powstawać biurowce zupełnie niepasujące do okolicy, gdy pojawiła się taka grupa jak frankowicze – zobaczyli, w co byli wkręcani. Dużo osób jakoś dojrzało. Ja sam dojrzałem, gdy to wszystko zobaczyłem i zrozumiałem, jakie to podłe.
– Gdy rozmawiałem z panią Ewą Andruszkiewicz, uprzytomniłem sobie, że należy ona do dość nielicznego grona osób, które potrafią zwerbalizować, opisać to, czego doświadczyły jako prześladowani lokatorzy. Wielu ludzi nie potrafiło wypowiedzieć niesprawiedliwości, która ich dotykała.
– Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale w grę wchodzą kompetencje kulturowe. Gdy ktoś jest z klasy średniej albo z inteligencji, to będzie w stanie napisać pismo zamiast prawnika, przedstawić swoje racje przed sądem. Jeżeli większość życia tyrał, miał ograniczony kontakt ze słowem pisanym, boi się instytucji itp., to go to wyklucza, czyni bezbronnym wobec znacznie lepiej zorganizowanego przeciwnika.
Nie wiem, na ile to kontrowersyjna teza, a na ile rzecz oczywista, ale mamy klasę ludową o niższych kompetencjach kulturowych, która otrzymała awans społeczny w czasach Polski Ludowej, a teraz znów doświadcza degradacji. I jest sprowadzana do miejsca, w którym była w czasach II Rzeczpospolitej albo jeszcze wcześniej.
– Przy okazji: mówiliśmy o mapie stołecznej reprywatyzacji. A jak wygląda mapa organizacji społecznych stanowiących drugą stronę konfliktu?
– Oprócz nas działają Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej, Komitet Obrony Lokatorów i Komitet Obrony Praw Lokatorów. Działają również – choć nie wiem, na ile to jest „nasza strona” – stowarzyszenia autentycznych spadkobierców w Warszawie, którzy są bardzo źle traktowani przez miasto. Tak naprawdę to mało.
Zależy nam na szerokich koalicjach ze wszystkimi, którzy są zainteresowani zmianami na lepsze w prawie reprywatyzacyjnym, ponieważ tylko zmiany prawa są realnym remedium na sytuację. Budujemy nacisk. Mam zresztą nadzieję, że Kongres Ruchów Miejskich, który wreszcie zostanie zarejestrowany jako podmiot prawny, będzie platformą lobbingu na rzecz zmian w prawie na poziomie parlamentarnym.
Powiem wprost: ruchy miejskie, stowarzyszenia lokatorskie nie są w stanie być stroną w każdym procesie, nie dadzą rady pomóc wszystkim – tego jest za dużo. Jeżeli państwo nie jest zainteresowane systemowym uzdrowieniem sytuacji, to jesteśmy w ciężkim położeniu.
– Z naszej rozmowy wyłania się obraz państwa, instytucji publicznych, które – z całą pewnością w tej właśnie sprawie – są zupełnie niezainteresowane tym, co nazywamy dobrem wspólnym. Czy w Polsce działają jakieś instytucje nakierowane na organizacje takich jak wasza czy na ludzi skrzywdzonych przez dziką reprywatyzację? Myślę choćby o Rzeczniku Praw Obywatelskich?
– Bardzo lubię Adama Bodnara, ale w sprawach reprywatyzacji ograniczył się do zajęcia jednego stanowiska. To jest ewidentnie niewystarczający stopień zaangażowania. To może wynikać z tego, że sam w tym momencie trochę zastępuje całe państwo – a ma na to osiem milionów budżetu. Oczywiście, zdecydowanie bym sobie życzył, żeby RPO bardziej zaangażował się w tę sprawę, ponieważ jest on naszym sojusznikiem.
Niedawno spotkaliśmy się z Naczelną Radą Adwokacką. Nie wiem, na ile to PR, a na ile szczere chęci, aby uporządkować jednak ten bałagan, który dzieje się w warszawskiej palestrze. Chcemy zrobić spotkanie ze stowarzyszeniami sędziowskimi, z Izbą Notarialną. Prof. Ewa Łętowska daje dziś dobry przykład środowiskom prawniczym, choć sama przed laty była przeciwniczką ustawy reprywatyzacyjnej. Ale – powtórzę – nie jesteśmy bardzo liczni i nie mamy zbyt wielu sojuszników.
Wiesz, często jest tak, że nawet wysoko postawieni ludzie, gdy z nimi rozmawiam, kiwają głowami: tak, tak, dzieje się źle, to wszystko jest takie niesprawiedliwe, no ale… Jak śpiewały Elektryczne Gitary: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”. Mam na przykład dobry kontakt z posłem PiS Pawłem Lisieckim z warszawskiej Pragi, jest bardzo sympatyczny, zgadza się ze mną, faktycznie zajmuje się tą tematyką, ale pojedynczy politycy też nie wszystko mogą w obrębie logiki struktur, w jakich się poruszają.
– Ponad dwa lata temu w wywiadzie dla portalu „Nowego Obywatela” mówiłeś: Dzika reprywatyzacja zaczyna zagrażać wspólnej przestrzeni – parkom, szkołom czy szpitalom – na niespotykaną dotąd skalę. Częściowo jest to też niestety kwestia wizerunku lokatorów – z jednej strony klasa średnia patrzy na nich trochę z góry, z drugiej, ludziom, którzy wynajmują mieszkania na rynku albo kupują ciasne mieszkanie na kredyt gdzieś na obrzeżach miasta, jawią się oni jako grupa uprzywilejowana. Ale to nie jest tylko kwestia uprzedzeń klasowych – po prostu sama logika konfliktów o mieszkania jest bardziej partykularna, bo odbywa się np. na skalę kamienicy. Ludzi łatwiej jest podzielić, pozbywać się ich stopniowo, a protest na większą skalę opiera się raczej na odruchach solidarności niż na poczuciu, że broni się wspólnej własności wszystkich mieszkańców. Tymczasem konflikt np. o szkołę czy skwer dotyka bezpośrednio całej społeczności. Czy ten podział został już zażegnany? Czy obecnie jest to już wspólna walka różnych środowisk?
– Ludzie coraz mocniej uświadamiają sobie, że to wszystko jest oparte na jednym wielkim szwindlu. Nikt nie lubi być okradany. To jest ten moment, gdy obywatele zrozumieli, że to naprawdę nie ma nic wspólnego z naprawianiem krzywd. W takim sensie jesteśmy już wspólnotą – bo ta wiedza się uwspólniła.
Ale wciąż chodzę po warszawskich wspólnotach mieszkaniowych i widzę, jak funkcjonują. Są takie, które świetnie działają, są solidarne, i takie, do których przychodzę i słyszę: „to bardzo fajnie, że będzie reprywatyzacja, bo z tymi komunalnymi mamy same kłopoty, poza tym chcemy wreszcie zrobić remont klatki schodowej”. Oni wierzą, że gdy przyjdzie handlarz roszczeń wraz z „czyścicielami” kamienic, to wyrzuci niewygodnych sąsiadów i zrobi remont. Niestety, takich wspólnot mieszkaniowych jest w Warszawie sporo.
Bardzo istotna sprawa: sądy administracyjne odebrały ludziom wyrzuconym z reprywatyzowanych kamienic prawo do bycia stroną w postępowaniu – nie mają się jak bronić. To jest moim zdaniem łamanie podstawowych praw człowieka: bo jakim cudem nie ma interesu prawnego człowiek, który mieszkał w kamienicy trzydzieści lat i posiada ważną umowę najmu?! Jak sąd może coś takiego stwierdzać?! Tacy ludzie są zostawieni sami sobie. Ich jedynym ratunkiem jest pomoc wspólnoty mieszkaniowej (choć niektóre sądy też to kwestionują): ona ma prawo być stroną w postępowaniu. Ale jeżeli wspólnota odwraca się do nich plecami i mówi im: spieprzajcie! – to są już zupełnie sami. To fenomenalny eksperyment społeczny: wojna między ludźmi napuszczonymi na siebie. Z jednej strony mamy tych, którzy wykupili mieszkania, mieli na to pieniądze i możliwości, a z drugiej tych, którzy nie wykupili mieszkań, bo albo nie mieli pieniędzy, albo nie czuli konieczności. Ci ludzie latami żyli drzwi w drzwi i nagle jeden zaczyna pogardzać tym drugim, ponieważ dostaje silny sygnał z zewnątrz, że ten obok niego, bez wykupionego mieszkania, jest obywatelem drugiej kategorii, z którym można zrobić, co się chce. Takich przypadków jest mnóstwo. Znam konkretne przypadki: fotograf-celebryta, który robi zdjęcia wszystkim polskim sławom, koszmarnie bogaty, traktuje jak śmiecia swoją sąsiadkę, ponieważ ona jest „komunalna” – i w naszym świecie wolno mu tak robić.
Dobrze to pokazuje neofeudalny, okrutny rys polskiego społeczeństwa i państwa, który uświadamia, jak tutaj musiała wyglądać sytuacja kilka wieków temu. Dziś jest to lekko upudrowane, ale w kluczowych sytuacjach ujawnia się z całą siłą. Sądy uderzyły w elementarną solidarność międzyludzką, doprowadziły do poróżnienia ludzi, stworzenia tych dwóch wspomnianych już obywatelstw: obywatelstwa opartego na własności i obywatelstwa minus własność, które jest czymś gorszym.
– Już prawie trzydzieści lat budujemy społeczeństwo obywatelskie, standardy demokratyczne, ale gdy poskrobać pozłotkę, dochodzimy do momentu, w którym naga siła finansowa może decydować o wszystkim.
– Wyobrażam sobie, że gdyby w jednym z wielkich zachodnich miast zaczęło się wyprawiać coś takiego jak w Warszawie, to kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyszłoby na ulicę, stanęło przed ratuszem i temat byłby posprzątany. Niestety, w Polsce mamy niski poziom solidarności społecznej, za to wysoki – wzajemnej nieufności. To pokazuje, że nie udało się zbudować społeczeństwa obywatelskiego w szerszej skali. Widzę przyszłość Polski w naprawdę ciemnych barwach – wydaje mi się, że reprywatyzacja odsłania potężny kryzys państwa i elementarnych wartości w społeczeństwie. W dodatku refeudalizacja społeczna jest procesem, który naprawdę zachodzi. A to najbardziej zagraża naszej suwerenności, bo prowadzi do atrofii państwa, atomizacji społecznej.
Jeżeli „coś dmuchnie”, to nasze państwo rozsypie się jak domek z kart, ponieważ nikt nie będzie go bronił, bo ludzi, którzy są zainteresowani chronieniem jego interesu, obroną interesów nie tylko najbogatszych, jest garstka.
– W Warszawie dochodzi do żywiołowych procesów społecznych, związanych choćby ze znacznym napływem siły roboczej, fizycznej i umysłowej. A z drugiej strony są ci starsi ludzie, dorastający i dojrzali jeszcze w PRL, później niekiedy na nowo układający sobie życie w III RP, którzy dziś nikomu nie są potrzebni. Wspominaliśmy już o tym – oni się latami wzajemnie nie słuchali i nie znali.
– Dodałbym do tej mozaiki problemów jeszcze coś, co nazywam absolutnym brakiem wiary w sprawczość: że obywatel niczego sam nie jest w stanie zmienić. Jako ruchy miejskie powstaliśmy po to, żeby pokazać, że jeśli się dogadamy, jeśli się zrzeszymy, jeśli będziemy odważni, jeśli nie będziemy bać się konfliktów, jeśli będziemy pryncypialni, jeśli będziemy radykalni – to będziemy w stanie zmienić różne rzeczy. Miasto Jest Nasze, oczywiście z pomocą innych organizacji, doprowadziło do odwołania w Warszawie trzech wiceprezydentów, nagłośniło wiele afer, doprowadziło razem z innymi organizacjami do dymisji szefa Okręgowej Rady Adwokackiej. Ludzie muszą zacząć wierzyć, że są w stanie coś zmienić – musimy wspólnie działać na rzecz oddolnej zmiany systemowej, ponieważ elity bez silnych nacisków nie są zainteresowane naruszaniem status quo.
Bez stałej presji niewiele osiągniemy. Widać przecież jak bardzo władze Warszawy lawirują. Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecała, że wstrzyma decyzje reprywatyzacyjne aż do momentu uchwalenia ustawy, co było odważnym ruchem, a teraz Witold Pahl, nowy wiceprezydent, mówi, że nie, że skądże, nic takiego nie mówiliśmy, reprywatyzacja idzie dalej… Oni nas okłamują bez wstydu! Uznali, że interes musi iść dalej: poświęci się kilka figur, ludzie opisani przez „Gazetę Wyborczą” może pójdą na rzeź, znajdą się kozły ofiarne – ale przecież mowa o miliardach złotych.
– Jesteś zadowolony z tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej? Niektórzy nazywają ją „ustawką”.
– Ona w ogóle nie zablokuje handlu roszczeniami. Owszem, umożliwi kontrolowanie kuratorów, ale to było możliwe już wcześniej – tyle że sądy były tak skorumpowane lub gnuśne, że ustalały 120-letnich kuratorów dla prawowitych właścicieli nieruchomości. Ta ustawa daje też – fakultatywnie! – możliwość odmowy wydawania decyzji w przypadku różnych celów społecznych. Ale fakultatywność daje znów możliwość korupcji. Poza tym, jak mnie informowano, jej bolączką jest wygaszenie roszczeń, które były zgłoszone zgodnie z prawem. Prawnicy mówią, że będzie skarżona do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Jest dla mnie dziwne, jak już mówiłem, że nie zmieniono ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami i nie zmieniono zapisów w KPA, a zmieniono przepisy wtórne wobec nich. W najlepszym razie było to działanie PR, które miało ucywilizować reprywatyzację, żeby tak nie kłuła w oczy klasy średniej. W gorszym przypadku jest to kolejny mechanizm do zarabiania pieniędzy na reprywatyzacji. Martwi mnie również to, że tę ustawę pisali Marcin Bajko i senator Aleksander Pociej, osoby zaangażowane w reprywatyzację.
– Próbowałeś sprawami warszawskiej reprywatyzacji zainteresować np. lokalny Kościół…
– [śmiech]
– Poczekaj, pozwól, że dokończę pytanie. Próbowałeś pokazać nieetyczny wymiar sprawy, którą chyba warto byłoby także, ze względu na skalę zjawiska, „objąć duszpasterską troską”? A może znasz takie próby zainteresowania ze strony dostojników Kościoła tą krzyczącą niesprawiedliwością? Czy może pytam naiwnie?
– Nawet do głowy mi to nie przyszło. A może trzeba by wprost ich o to zapytać. Kościół jest bardzo zaangażowany w reprywatyzację, kilka afer jest związanych z tą instytucją. Choćby słynne grunty na Białołęce, które były wycenione przez Komisję Majątkową na 30 milionów złotych, a okazało się, że były warte ćwierć miliarda złotych.
W Warszawie Kardynał Kazimierz Nycz jest bardzo zaangażowany w działalność deweloperską, chce budować Nycz Tower na miejscu dawnej parafii i cmentarza z XIX wieku.
– Wyjaśnijmy czytelniczkom i czytelnikom, co to Nycz Tower.
– Kościół chce wybudować monstrualnej wielkości wieżowiec tuż przy kościele świętej Barbary, to zabytkowe miejsce w Śródmieściu, zachowane przed pożogą wojenną. Kardynał Nycz forsuje plan zagospodarowania przestrzennego, który umożliwia wyburzenie XIX-wiecznej parafii i postawienie na miejscu starego cmentarza i fragmentu XIX-wiecznej Drogi Krzyżowej czegoś, co ma się nazywać Roma Tower. My na to mówimy Nycz Tower, bo to inicjatywa hierarchy, który jest ewidentnie łasy na kasę. Co więcej, po drugiej stronie tej działki był kompleks szkół. Te szkoły już zamknięto i idą do zaorania. I tam też mają stanąć wieżowce. A jest to naprawdę piękny fragment kameralnej zabudowy z przełomu XIX i XX wieku. Podsumowując: władze warszawskiego Kościoła też są ślepe, ponieważ same były zainteresowane robieniem pieniędzy na reprywatyzacji.
– A może właśnie trzeba do nich uderzyć? Zapytać, czy widzą zło, które się dzieje? Zapytać, czy są zdolni do reakcji?
– Nie pomyślałem o tym. Może to dobry pomysł. Nie wpadłem na to też z moją gminą żydowską. Ale wiesz, zarówno Kościół, jak i gmina żydowska były gigantycznymi beneficjentami reprywatyzacji.
– Jesteś jednym z liderów warszawskiego antyreprywatyzacyjnego ruchu oporu. Często słyszysz pogróżki?
– Miałem jeden dziwny telefon, ale to od osoby mi życzliwej, która przekazała pewne informacje krążące po mieście. Sądzę, że to będą raczej próby dezawuowania nas niż jakieś fizyczne zagrożenie.
Walimy w ten mur od trzech lat. Wydaje mi się, że udało się go poważnie nadkruszyć. Jak nie dziś, to za parę lat uda się jeszcze więcej, uda się posprzątać to wszystko. Dlatego wciąż startujemy w wyborach – rozumiemy, że dopóki nas nie ma w tej grze, dopóki nie możemy bezpośrednio naciskać na władzę w ciałach reprezentujących mieszkańców, dopóty nic się nie zmieni.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa – Kraków, 13 listopada 2016 roku
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Przypomnijmy Pani sprawę: w 2004 roku kamienica, w której Pani mieszkała, trafiła w ręce dawnego właściciela Jerzego Sułowskiego. Została Pani eksmitowana. Teraz mieszka Pani w domku w lesie kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Ale na tym nie koniec – wytoczono Pani proces o odszkodowanie za zajmowanie lokalu w kamienicy bez stosownej umowy. Rzekomo jest Pani winna właścicielom tej kamienicy 100 tys. złotych. Wśród tych osób jest gwiazdeczka z TVN Małgorzata Ohme.
– Ewa Andruszkiewicz: Własność odzyskiwał Jerzy Sułowski w imieniu własnym oraz brata, który mieszka w Kanadzie. W tej chwili prowadzone jest dochodzenie w sprawie zwrotu. Na moją prośbę sprawdzała to już policja, ale nie chciano mi nic powiedzieć, poza tym, że były tam nieprawidłowości, ale uległy przedawnieniu. Nie wiem, jak to obecne władze potraktują – czy były przedawnienia w rozdawnictwie nieruchomości, czy też nie.
Nie wiem, czy bratu pana Sułowskiego przysługiwało odszkodowanie w ramach umowy indemnizacyjnej (odszkodowawczej). Polska podpisała tę umowę z Kanadą w 1972 roku, to ostatnia umowa tego typu z wówczas podpisanych. Nie wiem, czy ten pan wyjechał z Polski do Kanady przed czy po 1972 roku – jeżeli po, to nic mu się już nie należało. W każdym razie ten człowiek udzielił pełnomocnictwa w sprawach nieruchomości swojemu bratu Jerzemu, mieszkającemu w Warszawie. Ten z kolei dał pełnomocnictwo „mecenasowi” Krzysztofowi Ćwiekowi. To człowiek dobrze znany w Warszawie z przejmowania nieruchomości, nie jest żadnym mecenasem, prowadzi agencję nieruchomości i handluje mieszkaniami. Ale w tej sprawie występował jako „mecenas”. Zresztą Ćwiek pojawił się również w sprawie odzyskiwania kamienicy na Nowym Świecie 24, ale wówczas w charakterze adwokata na sali sądowej.
– A kto występował przeciw Pani w sądzie?
– Był to człowiek dobrze znany w świecie warszawskiej reprywatyzacji. Przedstawiający się jako książę, mecenas Hubert Massalski – to on reprezentował powoda w sprawie.
W październiku 2015 roku doprowadziłam do tego, że policja przesłuchała wreszcie mojego przeciwnika procesowego, Jerzego Sułowskiego. Okazało się, że on w ogóle nie wie, że mi wytaczał procesy, nie ma wobec mnie żadnych roszczeń, nic nie wie o mojej sytuacji. A w Garwolinie toczy się postępowanie egzekucyjne i jest wyznaczony termin licytacji mojego domku w lesie, do którego się przeprowadziłam, gdy wyrzucono mnie z mieszkania w Warszawie z wyrokiem o treści: eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Z przesłuchania wynikało, że Sułowski właściwie nie zna swoich pełnomocników, być może znał Massalskiego. Policjanci źle go przesłuchiwali.
Sułowski unikał spotkania ze mną. Znalazłam go wreszcie w szpitalu: miał przyjść na przesłuchanie, ale nie przyszedł. Policjant zadzwonił do jego żony, a ta mówi, że mąż leży po zawale na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu na Banacha. Nie wytrzymałam, pojechałam tam. I teraz najciekawsze: w 2005 roku byłam na kawie z człowiekiem, który przedstawił mi się jako Jerzy Sułowski. To człowiek, który sprzedał wszystkie odzyskane lokale w kamienicy, gdzie mieszkałam. Ale w szpitalu nie leżał ten sam człowiek.
– To nie był on?
– Nie, to była podstawiona osoba. Przedstawiłam policji rysopis. A pan Sułowski, ten prawdziwy, nie leżał wcale na OIOM-ie, lecz w Klinice Chorób Wewnętrznych Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii. Wyglądał kwitnąco. Policja go później przesłuchała beze mnie, bo odpuściłam, przekazałam jedynie swoje pytania, które źle zadawali. Ale i tak wyszło, że on nie zna swoich pełnomocników, że nigdy nie był w notariacie, a powstało ponad dwadzieścia aktów notarialnych, w których pani notariusz pisze, że stawił się osobiście. Kto się stawił? Nie mam pojęcia – to wszystko jest nadal zagadką. Ale egzekucja komornicza mojego majątku trwa…
– Lokum, w którym mieszkała Pani w Warszawie, było w dyspozycji miasta.
– Tak. A przed wojną zostało sprzedane przez pierwotnego właściciela, zadłużonego w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pod tym adresem odzyskano trzy mieszkania.
– Od razu podniesiono Pani czynsz?
– Tak, zresztą niezgodnie z prawem. Byłam jedyną osobą, która płaciła ten podniesiony czynsz. To nie było duże mieszkanie, niecałe 50 metrów kwadratowych. Nie należałam nigdy do ubogich. Całe życie byłam dziennikarką, pochodzę z dziennikarskiej rodziny. Mój mąż również był dziennikarzem, miał dobre zarobki jako kierownik działu w najpopularniejszym wówczas tytule prasowym. Kupienie tego mieszkania nie byłoby dla nas problemem. Ale nie dopięliśmy tej sprawy, brakowało a to czasu, a to jakichś dokumentów.
Walka z handlarzami roszczeń i czyścicielami kamienic często dotyczyła ludzi ubogich, ledwo wiążących koniec z końcem, ale też z reguły uczciwych, którzy całe życie ciężko przepracowali. To były równocześnie osoby stare – byłam jedną z ostatnich, które podpisały umowę najmu w lokalach sprzed 1945 roku. Zdążyłam się zestarzeć do nowych wspaniałych czasów, a ci, którzy mieszkali w takich lokalach po 50–60 lat, byli jeszcze starsi ode mnie i zastało ich to w momencie, gdy nie mieli już żadnego wyjścia, żadnych perspektyw. Jeżeli sądy orzekały „eksmisję bez prawa do lokalu socjalnego” – tak jak było w przypadku Joli Brzeskiej, która miała niewielką emeryturę i bodajże o 40 złotych przekroczyła limit ustalony dla wrażliwego lokatora – to gdzie się taki człowiek mógł podziać? To po prostu był dramat dla wielu ludzi i sporo osób tego nie przeżyło.
Miałam wewnętrzną pewność, że dzieje mi się straszna krzywda, na którą nie zasłużyłam, ale było mnie stać, żeby płacić podwyższony czynsz. Oni mi go jeszcze dwukrotnie podnosili – płaciłam. W związku z tym mieli problem – żeby wyrzucić, trzeba udowodnić, że dana osoba jest zadłużona.
– A chcieli Panią wyrzucić?
Im nie zależało na moim czynszu. Chcieli mnie wygnać, zależało im na mieszkaniu. To kolejny skandal, za który odpowiadają nasi ustawodawcy. Otóż osoby odzyskujące budynki są zwolnione z wszystkich opłat. Gdy zwykły człowiek uzyskuje w wyniku spadkobrania jakąkolwiek nieruchomość, to jeśli ją sprzeda w ciągu pięciu lat kalendarzowych, płaci 19 proc. podatku. Oni byli z tego zwolnieni, ponieważ – zgodnie z logiką ustawodawcy – zachowana została ciągłość własności. Widzi pan, co się dzieje? Nie płacą podatku od spadku, nie płacili podatku od sprzedaży – wystarczy „odzyskać” wiele lokali, sprzedać je dalej – co za zysk!
Zależało im, żeby jak najszybciej sprzedać te mieszkania. U mnie to były bardzo okazyjne transakcje: moje lokum zostało sprzedane za 250 tys. zł, choć było warte 400–450 tys. złotych. Inne mieszkanie, 110 metrów kwadratowych, sprzedali za 450 tys. zł. Tak niskich cen na rynku nie było – chodziło o to, żeby te lokale upłynnić. W ten sposób „uwiarygodniano” takie mieszkania – bo nawet jeżeli z daleka widać, że zostało ono kupione w złej wierze, to ten problem jakoś się rozmywa.
– A co z lokatorami z dwóch pozostałych mieszkań?
– Lokatorzy z mieszkania na górze to byli dziwni ludzie, którzy za punkt honoru stawiali sobie za nic nie płacić. Dobrze na tym wyszli, bo dostali od nowych właścicieli 60 tys. złotych, żeby tylko się wynieśli. Co do mieszkania na dole, to z nim się wiąże wręcz odwrotna, dramatyczna historia. Ojciec kobiety, która tam mieszkała, kupił je przed wojną od ówczesnego właściciela, Stefana Sułowskiego, ojczyma Jerzego Sułowskiego i jego kanadyjskiego brata. Ze względu na to, że na kamienicy ciążył dług, operacja została przeprowadzona „na lewo”, nie mogła zostać wpisana do hipoteki, gdyż rękę na pieniądzach od razu położyłby bank. Prawdopodobnie powstał jakiś akt notarialny, ponieważ nikt na gębę nie kupuje stu metrów mieszkania. Ta pani całe życie tam mieszkała przeświadczona, że jest u siebie. Nie wykupiła tego mieszkania po raz drugi. Mecenas Ćwiek od razu zabrał się za nią i jej męża: małżeństwo otrzymało ofertę, że jeśli się szybko wyprowadzi, to nowy właściciel nie podniesie czynszu i wypłaci im 75 tys. zł. Przystali na to. Ale ta kobieta tego nie przeżyła, umarła na serce, nie mogła uwierzyć, że to wszystko jest możliwe. Pamiętała, jak szła z matką, odprowadzały ojca, który jechał na dworzec z walizką pieniędzy.
– Czy szukała Pani wówczas wsparcia w instytucjach publicznych? Albo wśród ludzi, którzy mieli podobne problemy?
– Nie znałam wówczas takich osób. Z ruchem lokatorskim zetknęłam się dopiero w styczniu 2008 roku. Najpierw pisałam do prokuratur. Pierwsze zawiadomienie było o kradzieży księgi wieczystej z sądu w alei Solidarności – ale sprawa została umorzona. Gdy zapytałam, dlaczego, odpowiedziano mi, że nie jestem stroną w sprawie i nie przysługuje mi żadna odpowiedź. Nie znałam wtedy jeszcze swoich praw.
Na dobre zaczęłam się tym wszystkim interesować właśnie w styczniu 2008 roku, gdy zjawił się w moim życiu książę mecenas Hubert Massalski, który zatelefonował pewnego ranka i przedstawił się jako pełnomocnik mojego ówczesnego sąsiada Piotra Porębskiego, fotografa celebrytów. Stwierdził, że podjął się mediacji między nami.
– A skąd ta gorąca potrzeba mediacji ze strony księcia mecenasa?
– Sprawdziłam już wcześniej w hipotece, jakie ruchy są wykonywane w obrębie tej nieruchomości. Odkryłam, że jest wpis w dziale trzecim – ktoś podpisał przedwstępny akt kupna-sprzedaży mojego mieszkania. Znajomy adwokat ustalił, że to mój sąsiad podpisał ten akt notarialny. Gdy zadzwonił Massalski, powiedziałam, że nie wyświetlił mi się jego numer, poprosiłam o podyktowanie go, powtórzenie imienia i nazwiska. Dużą część pracy zawodowej poświęciłam na pisanie reportaży interwencyjnych – od razu siadłam do komputera i zaczęłam wyszukiwać informacje na temat mecenasa.
Wtedy znalazłam opis próby włamania do mieszkania Joli Brzeskiej. Gdy zobaczyłam adres, Nabielaka 9, to wpadłam w panikę i bez śniadania tam pobiegłam, żeby powiedzieć, że mam do czynienia z tymi samymi ludźmi. Joli, której wtedy jeszcze nie znałam, nie było. Ale drzwi faktycznie zostały opalone. W końcu znalazłam numer telefonu stacjonarnego do niej, przechodziła wtedy ciężki czas, to było zaraz po śmierci jej męża, Kazimierza. I to Jola zaprosiła mnie na spotkanie ruchu lokatorskiego.
Wówczas ja także byłam już sama, mój mąż zmarł wcześniej na raka mózgu. Sądzę, że cała ta sytuacja też się do tego przyczyniła, to był szok dla mężczyzny w wieku przedemerytalnym, całe życie ciężko pracującego, że nie zagwarantował swojej rodzinie dachu nad głową.
– Zakładam, że nowi właściciele nie ustawali w wysiłkach, aby również Pani pozbyć się z mieszkania.
– Dowiedziałam się, że nie odprowadzili ani złotówki z opłat, które wnosiłam na poczet ogrzewania, wody itd. To mieszkanie było w ten sposób zadłużone na 6,5 tys. zł. Poszłam do administracji wyjaśnić tę sprawę i dowiedziałam się, że mecenas Massalski twierdzi, że nie płacę. Powiedziałam, że owszem, co miesiąc płacę tysiąc złotych. Byli w szoku, bo to była dwukrotność tego, co płaciła moja sąsiadka z dołu, która miała takie samo metrażowo mieszkanie i zdążyła je już wykupić.
Dowiedziałam się przy okazji, że co roku mam ponad dwa tysiące złotych nadpłat za media. Także dlatego, że od czasu, gdy przyszedł do mnie mecenas Ćwiek i zamiast „dzień dobry” stwierdził: „Pani mieszka w cudzym mieszkaniu”, wolałam żyć w domku poza Warszawą. Poza tym coraz bardziej się bałam.
W każdym razie napisałam do właściciela dwa listy z prośbą o rozliczenie mediów, począwszy od 2004 roku. Napisałam trzeci list z informacją, że jeżeli znów mnie zlekceważy, to uznam to za zgodę na samodzielne rozliczenie tych spraw. Przestałam płacić, w sumie trwało to cztery miesiące. Wtedy dostałam rozwiązanie umowy najmu od… mojego sąsiada, Piotra Porębskiego, który poczuł się w prawie, rozwiązał cudzą umowę najmu i wytoczył mi proces o eksmisję. Gdy się wyprowadzałam w 2010 roku, on nadal nie był właścicielem, a mimo to przyszedł z komornikiem odebrać mieszkanie, chociaż jasno zadeklarowałam, że klucze oddam dobrowolnie – właścicielowi, do rąk własnych, nikomu innemu. Ale komornik przyszedł z Porębskim, a ten – ze ślusarzem. Stałam z kluczami, a ślusarz zmieniał zamek.
– Wówczas miała już Pani kontakt z ruchem lokatorskim.
– Tak, w 2008 roku byłam na pierwszym spotkaniu wypędzonych lokatorów. Dowiedziałam się, że jest więcej osób, w których życiu zjawił się Hubert Massalski. To było Krakowskie Przedmieście 35, Dahlberga 5, Jola z Nabielaka 9. Później pojawili się jeszcze państwo Święciccy, którzy mieszkali na Francuskiej 30. Wcześniej Jola od Marka Mossakowskiego, który był bardzo blisko zaprzyjaźniony z Massalskim, dostała ofertę, że ten da jej mieszkanie na Otwockiej.
Zaczęliśmy zbierać dane, zgromadziliśmy kilkanaście adresów. Próbowaliśmy zainteresować różne organy władzy. W kwietniu 2008 roku napisaliśmy do Prokuratury Okręgowej w Warszawie doniesienie o zorganizowanej grupie przestępczej, która w dziwny sposób wchodzi w posiadanie nieruchomości w stolicy i prześladuje mieszkańców. Prokuratura Okręgowa skierowała sprawę na Mokotów, policja przesłuchiwała mnie i Jolę. Gdy mieli wezwać kolejne osoby, dowiedzieli się, że Dahlberga to nie jest jednak Mokotów, ale Wola – i z przyjemnością to tam wysłali. Na Woli najpierw wysłano wezwania do wszystkich osób, które wskazaliśmy, ale nikt nie przyszedł, więc prokurator sprawę umorzył – wezwani nie potwierdzili, że są zorganizowaną grupą przestępczą…
– To zaskakujące.
– Wówczas złożyliśmy zażalenie na postanowienie prokuratury. Odbyła się sprawa, młodziutka pani sędzia po przesłuchaniu Joli Brzeskiej stwierdziła, że przestępstwo może dotyczyć mienia o tak dużej wartości, że sąd rejonowy nie jest władny, aby rozstrzygać o takiej skali przestępstwa i skierowała to do sądu okręgowego w Warszawie, też do wydziału karnego.
Czekaliśmy rok, zanim sprawa się odbyła. W międzyczasie, w 2009 roku, udało się przesłuchać Jerzego Sułowskiego, Marka Mossakowskiego i Przemysława Jaszke. Sąd orzekł, że prokuratura miała rację, umarzając sprawę. Uzasadnienie było bardzo długie, sędzina dostała je przed wejściem na salę, popijała wodę i aż się krztusiła, gdy to czytała. Na koniec powiedziała nam: „proszę państwa, ci ludzie są fachowcami i mają na swoje usługi fachowców, wy też musicie zatrudnić fachowców, którzy wam pomogą”.
Uważam, że gdyby prokuratura okręgowa w 2008 roku na serio zajęła się naszym doniesieniem, to Jola Brzeska by żyła. To jest moje oskarżenie – uważam, że są współwinni temu, co się stało.
– Cóż, z jednej strony inercja instytucji (to w wersji optymistycznej), z drugiej – przedsiębiorczy ludzie, którzy „mają odwagę się bogacić”.
– W pewnym momencie zaczęłam liczyć: jest pan Sułowski i ktoś, kto prawdopodobnie się pod niego podszywał, jest pan Ćwiek, jest pan Massalski, jest wynajęta do zarządzania moim mieszkaniem pani Grażyna Wójcik, która koło Joli Brzeskiej wynajmuje biuro, jakby pilnowała zdobyczy Mossakowskiego, jest pani notariusz, która firmuje dziwne umowy notarialne. Pan wybaczy: pierniczą się ze mną przez pięć lat, z upierdliwą staruszką-emerytką, i zarabiają 250 tysięcy na sprzedaży mieszkania? Po 50 tys. złotych na głowę? 10 tysięcy złotych rocznie na łebka? To co to jest za biznes? I wtedy przyszła mi myśl: oni mają jakiś inny interes w pozbywaniu się ludzi z przejętych domów. Niby odzyskali 1/3 nieruchomości, ale co z resztą? Co z mieszkaniami, które gmina sprzedała lokatorom? Przecież w myśl świętego prawa własności też powinny im się należeć. Zaczęłam pytać, czy przypadkiem nie dostają odszkodowań za te utracone na zawsze lokale, a jeśli tak, to w jakiej wysokości. Ludzie pukali się w głowy, że bzdury opowiadam.
– Dziś to już tajemnica poliszynela.
– Długo po tym, jak zamordowano Jolę Brzeską, zadzwoniła do mnie Małgorzata Zubik z lokalnej „Gazety Wyborczej”. Chciała opisać moją sprawę. Akurat trwał proces, który mi wytoczono o odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu (gdy sąsiad rozwiązał ze mną umowę, to przez jakiś czas zajmowałam to lokum bezumownie). Powiedziałam do niej: „Nie chcę, żeby pani o tym pisała, niech pani napisze o czymś innym. Przecież my jesteśmy świetną zasłoną dymną dla prawdziwego draństwa”. Ona zapytała: „O czym pani mówi?”. No i tłumaczyłam jej, że wypędzonym lokatorom zabierany jest dobytek – przecież w substancję mieszkaniową inwestowaliśmy latami. W tym mieszkaniu, w którym żyłam, wszystko było moje: instalacje, kable, kaloryfery, rury w ścianach, które montowałam, armatura łazienkowa. I nikt z nami tego nie rozlicza, bo mamy oddać mieszkanie w takim stanie, w jakim ono było, gdy zapadła decyzja zwrotowa. Mówiłam Zubik, że prawdziwy interes polega na odszkodowaniach. Nie uwierzyła niestety.
Minęły dwa tygodnie. W „Stołecznej” ukazał się jej wywiad z mecenasem Janem Stachurą, który opowiadał, że był dekret Bieruta, że się należą odszkodowania, że są zwroty w naturze. Zubik go spytała, czy kiedyś odzyskał jakieś pieniądze za takie sprzedane mieszkania. A on mówi, że wyjął z takiej kamienicy kilkanaście milionów złotych.
Podobnie skrywana była wiedza o umowach indemnizacyjnych (odszkodowawczych). Myśmy z Jolą Brzeską wiedziały o tym w 2009 roku dzięki młodym ludziom. Ich rodzice mieszkali w zwróconej kamienicy, więc wiedzieli, że przed wojną należała ona do osób, które wyjechały do Stanów Zjednoczonych. W pewnym momencie pojawili się osobnicy przedstawiający się jako następcy prawni – odkupili roszczenia. Nasi rozmówcy, zresztą pracownicy korporacji, zaczęli drążyć temat i na amerykańskich stronach rządowych znaleźli informacje o tym, że Polska podpisała ze Stanami Zjednoczonymi umowę indemnizacyjną.
Pamiętam, że mieliśmy na ulicy Przemysłowej spotkania, które nazywały się Strona Społeczna. Przyszli ci młodzi ludzie i opowiedzieli nam o tym, mówili o ogromnych pieniądzach, które Polska wypłaciła w ramach odszkodowań indemnizacyjnych. Nie wiedziałyśmy, że z innymi krajami również podpisano takie umowy. Drążyłyśmy z Jolką temat, pisałyśmy pisma do władz. Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało, że nie ma żadnej wiedzy na ten temat. I tyle.
– To była cała wiedza, którą państwo polskie podzieliło się z wami na ten newralgiczny temat?
– W 2005 roku ustawą powołano do życia Prokuratorię Generalną, wzorowaną na tej przedwojennej, utworzonej przez Piłsudskiego. Jej zadaniem jest troska o interesy Skarbu Państwa. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałam w „Rzeczpospolitej” wywiad z człowiekiem, który tworzył tę instytucję na nowo. Zaczęliśmy na ten temat rozmawiać w stowarzyszeniu, że może to właściwy adres, że może tam powinniśmy się udać. Mieliśmy przecież adresy kilkunastu nieruchomości odzyskanych przez tych samych ludzi. A skoro te nieruchomości są własnością Skarbu Państwa, to może Prokuratoria się tym zainteresuje. Któraś z nas była tam – nikt nie chciał rozmawiać.
– Dlaczego?
– Tłumaczono, że to podlega bezpośrednio Ministrowi Skarbu, którym był wtedy Aleksander Grad. Napisałyśmy z Jolką pismo do niego, z prośbą o skierowanie sprawy do Prokuratorii Generalnej jako instytucji, której urzędnicy mają status prokuratorów i badają wszelkie sprawy związane z interesami Skarbu Państwa. Minister Grad nie odpowiedział nam przez dwa miesiące, więc Piotr Ciszewski wysłał ponaglenie. I znów – cisza przez dwa miesiące. Piotr usiadł i napisał pismo do Grzegorza Schetyny, wówczas Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Dostaliśmy w dwa tygodnie odpowiedź, że minister Grad ustawowo ma 30 dni na udzielenie nam odpowiedzi. Dołączyliśmy to pismo od Schetyny i znów wysłaliśmy list do Grada. Do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi.
Mam podejrzenie, że nad tym wszystkim był rozłożony rządowy parasol ochronny, parasol politycznego establishmentu. A pod nim, co dziś już widać choćby z warszawskiej mapy reprywatyzacyjnej, było całe mnóstwo powiązanych ze sobą ludzi.
– Porozmawiajmy jeszcze o pierwszych latach stołecznego ruchu lokatorskiego. Jak je Pani wspomina?
– Rozmawiałam o tym niedawno z Janem Śpiewakiem. Mówiłam mu: wy wszyscy, którzy dziś zajmujecie się aferą reprywatyzacyjną, jesteście dziećmi Joli Brzeskiej.
Na pewno ważnym momentem była próba włamania do mieszkania Brzeskich, podjęta przez Mossakowskiego i Massalskiego i ich bandę w lipcu 2007 roku. Kazimierz Brzeski, mąż Joli, bardzo to przeżył i postanowił coś z tym zrobić. Zaczął studiować przepisy dotyczące organizacji pozarządowych, żeby stworzyć stowarzyszenie, do którego mogliby przychodzić wypędzani lokatorzy. Poznał grupę anarchosyndykalistów i socjalistów, był w tym gronie Piotr Ciszewski, do dziś prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, był tam Andrzej Smosarski.
Kazimierz spostrzegł, że lokatorzy, którzy sami borykają się z bandytami wchodzącymi z buciorami do naszych domów i mówiącymi, że mieszkamy w cudzych mieszkaniach, nie mogą reprezentować swoich interesów. Także dlatego, że są niewiarygodni, gdy mówią o własnych problemach. Potrzebny był ktoś, kto sam nie ma podobnych kłopotów, ale widzi, że ludziom dzieje się straszna krzywda i jest gotów ich reprezentować. Tak powstało WSL, które zarejestrowało się w 2007 roku.
Później zaczęły się tworzyć inne ruchy. Piotr Ikonowicz, który jest świetnym mówcą i ma za sobą przeszłość parlamentarną, otworzył Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej. Później powstał Komitet Obrony Lokatorów, a po zabójstwie Joli włączył się Kolektyw Syrena, oni to strasznie przeżyli. Syrena w większym stopniu kładzie nacisk na problemy systemu polskiego mieszkalnictwa. Powiedzmy też sobie szczerze, choć bez żalu do nikogo: dużo ludzi przez te wszystkie lata przychodziło do ruchu lokatorskiego po doraźną pomoc – ale znikali, gdy ją otrzymali. Tym bardziej znikali, gdy jej nie otrzymywali.
– Pisaliście w tamtych latach do Rzecznika Praw Obywatela w sprawie wypędzonych lokatorów?
– O! Wymieniłam obszerną korespondencję jeszcze z Januszem Kochanowskim, tym RPO, który zginął w Smoleńsku. W końcu „wypowiedziałam mu pracę”, żeby broń boże nigdy nie występował w moim imieniu. A zaczęło się niewinnie. Napisałam do niego, podpierając się tym, że dzierżawcy mają prawo pierwokupu – chodzi o ochronę ich interesów. Uznałam, że sprawiedliwiej byłoby, gdybyśmy jako długoletni najemcy, wywiązujący się ze swoich zobowiązań, mieli to prawo. Rzecznik Kochanowski odpowiedział, powołując się na Konstytucję, że jest święte prawo własności i że to ograniczałoby prawa właścicieli do swobodnego dysponowania nieruchomością.
Później była prof. Ewa Lipowicz, która rozpoczęła urzędowanie od złożenia deklaracji podczas zaprzysiężenia w Sejmie, że będzie chciała pomagać przede wszystkim ludziom starszym, którzy są źle traktowani przez polskie prawo i nie ma żadnego programu ich aktywizacji. Ja w to wszystko, jak idiotka, uwierzyłam. Śmialiśmy się później, że gdy przychodzi taki Mossakowski do naszych domów i mówi „wynocha z mojego mieszkania!”, to nie ma lepszego programu aktywizacji. Staruszki dostają takiego napędu… [śmiech]. Pisałam do prof. Lipowicz, gdy już mój wyrok o eksmisji był prawomocny. Dostawałam odpowiedzi, że absolutnie nic mi się nie należy, wszystko jest zgodnie z prawem.
Pisałam o pomoc w kasacji mojego wyroku zarówno do RPO, jak i do ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, który odpowiedział mi, że nie są władni. Nieprawda, dwie osoby w Polsce mają takie uprawnienia: RPO i prokurator generalny. Odnoszę wrażenie, że Adam Bodnar jest pierwszym RPO, który w ogóle zainteresował się tą sprawą, ale ja już nie mam siły się do niego zwracać.
– To brak nadziei?
– Wie pan, jakie to są potężne emocje? A przecież nie dotyczą tylko mnie. Byłam eksmitowana jako samotna osoba. Mój syn mieszka w Anglii, przyjechał trochę wcześniej, pomógł mi likwidować to mieszkanie. Rozmontowywał coś w swoim pokoju, poszłam pakować rzeczy z kuchni, nagle poczułam, że u niego panuje wielka cisza. Poszłam tam – płakał przy biurku, drżały mu plecy. Powiedziałam mu: nie rozklejaj się, bierz młotek i łom, do roboty! A on, że całe jego życie jest w tym pokoju. To było strasznie smutne [milczenie]. Zadzwoniłam wtedy do Piotra Ikonowicza z pytaniem, czy pomoże: nigdy nie byłam eksmitowana, nie wiedziałam, jak to wygląda, nie wiedziałam, jak się zachowa komornik – sprawiał miłe wrażenie, ale nigdy nie wiadomo. Chciałam, żeby ktoś obok mnie był. Piotr zapytał, czy chcę blokady eksmisji. Powiedziałam, że absolutnie nie! Skoro mam eksmisję wyznaczoną na 15 września i zrobimy blokadę, to komornik przyjdzie za dwa tygodnie z ekipą antyterrorystyczną. Tylko koszty będę miała większe, bo jeszcze za tę brygadę będę musiała zapłacić. Piotr jednak nie znalazł czasu, ale był ze mną Janusz Baranek z WSL, któremu zawsze będę za to wdzięczna. Wiedziałam, że musi być ze mną jakiś facet i faktycznie, bronił mnie jak lew. Byłam przekonana o swojej niewinności, o tym, że jestem ofiarą oszustwa. Nie mogłam się załamać – musiałam dalej walczyć. Ale byliśmy całkowicie bezradni i nikt z reprezentantów państwa polskiego nam nie pomógł.
– Mam silne wrażenie, prowadząc tę rozmowę, że tym, co Panią odróżnia od wielu wyrzuconych lokatorów, jest zdolność opisania tej sprawy. I że to jest bardzo ważne, bo umożliwia Pani zabranie głosu, wyartykułowania swoich racji, nagłośnienie ich – dobitne, ale też bardzo racjonalne.
– …umiejętność pisania, to też bardzo ważne. Wczoraj ponownie rozmawiałam z kobietą, która dwa miesiące temu została zmuszona do opuszczenia kamienicy należącej przed wojną do państwa Pahlów. Witold Pahl to nowy wiceprezydent Warszawy. Hanna Gronkiewicz-Waltz, ogłaszając tę nominację, stwierdziła, że to człowiek, który nie ma nic wspólnego z reprywatyzacją, bo pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. Dziesięć minut po tym, jak pani prezydent wystąpiła w telewizji, miałam telefon od kobiety, która mi mówi: „właśnie wyleciałam z kamienicy, która należała do rodziny Pahlów, oni pochodzili z Włocławka, to jest ta rodzina. Sama oddałam klucze do mieszkania, bo bałam się komornika”. Pytam ją, kto to odzyskał: Pahl? Spadkobiercy? Następcy prawni? Ona mówi, że nie wie. Poradziłam jej, żeby napisała do prokuratury, zgłosiła sprawę. Zmartwiła się, że nie umie tego napisać, zrezygnowała, choć obiecałam jej, że to zredaguję. Minęły dwa miesiące – nie napisała. Takich osób było i jest wiele.
Wielu ludzi nie tylko nie umiało napisać listu do urzędników. Wstydzili się też komorników. Przecież dla zwykłego człowieka, który uczciwie się prowadzi całe życie, nie robi machlojek, nie żyje z przekrętów, wizyta komornika to wielki lęk.
Ja się nie pierniczyłam. Pisałam do wszystkich: trzech prezydentów Polski – Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego, Komorowskiego, trzech albo czterech ministrów sprawiedliwości. Napisałam do premiera Donalda Tuska, który mnie odesłał do Ministerstwa Pracy, żebym tam szukała pomocy społecznej. A ja już byłam na emeryturze i nie interesowało mnie ministerstwo pracy, a pomocy społecznej nigdy nie potrzebowałam i mam nadzieję, że nigdy nie będę potrzebowała.
– Ale i Panią ekipa od odzyskiwania kamienic wydrenowała z majątku…
– Mówiłam o komornikach i wstydzie. Wie pan, w jaki sposób odbierano nam godność? Między innymi przez generowanie strasznych długów – w różny sposób. Najczęściej prowadziło do nich rozwiązanie umowy najmu komunalnego: z kilkuset złotych czynsze rosły do trzech tysięcy. Mossakowski już w 2008 roku na Krakowskim Przedmieściu liczył sto złotych za metr kwadratowy w ramach czynszu.
Poza tym to było tak obliczone, żeby nasze długi przechodziły na nasze dzieci i chyba nawet wnuki. Mój syn, który nigdy nie mieszkał u żadnych panów Sułowskich, był na wszystkich ogłoszeniach wyroków, bo odpowiada ze mną solidarnie za długi. Straszną o to prowadziłam wojnę: udowodniłam w sądzie, że to roszczenie, które mają wobec mnie – tj. odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu przez półtora roku, bo sąsiad, który nie był stroną mojej umowy, według sądu rozwiązał ją skutecznie – nie może obejmować mojego syna, który w 2006 roku na stałe wyjechał do Anglii: miałam na to dokumenty z jego uczelni, wyciągi bankowe, ponieważ dostał kredyt na studia, przyznawany osobom, które jakiś czas już tam przebywają. Lecz sąd stwierdził, że on, owszem, mieszkał w Anglii, ale na Dąbrowskiego 18 w Warszawie było centrum jego aktywności życiowej… To samo było przecież z córką Joli Brzeskiej. Mossakowski ciągał ją po sądach ze trzy lata po tym, jak zamordowano jej matkę; udowadniał, że ona jest mu winna bodajże 80 tys. złotych.
– Chodziła Pani na te jej procesy?
– Zasada była taka, że uczestniczymy nie tylko w swoich procesach, ale też w rozprawach innych osób. Po pierwsze po to, żeby dodawać sobie nawzajem otuchy, po drugie, żeby uczyć się obyczajów panujących na sali sądowej. Przecież myśmy nigdy w życiu nie chodzili po sądach. Nagle okazało się, że chodzimy tam jak do pracy. I trzecia rzecz: chodziliśmy tam, żeby patrzeć sądowi na ręce.
Kiedyś sędzina spytała Jolę Brzeską: „Państwo się przyjaźnicie ze sobą, chyba się długo znacie?”. A Jolka jej na to, że nie, że poznaliśmy się, bo mamy wspólnych przeciwników. Coś jest na rzeczy – wiele przyjaźni powstało dzięki tym łajdakom.
– A jak się skończyła sprawa z długami i synem?
– Wspomniałam już, że pisałam sporo listów. No to napisałam do Anny Komorowskiej – rozpaczliwy list zdesperowanej matki. Trochę w stylu naiwnej idiotki: że od lat walczę z mafią, a to jest tak silna mafia, że nawet jej mąż nie dałby rady. Napisałam, że szukam zrozumienia u kobiety, która jest dla mnie ideałem Matki Polki. Że dopóki walczyłam sama, to walczyłam na własny rachunek. Ale teraz zabierają się za moje dziecko. A ja jestem matka-kocica i oczy wydrapię. I oświadczam, że jeżeli zbliżą się na odległość strzału – to było bardzo wyważone przeze mnie ze względu na upodobania myśliwskie męża adresatki [śmiech] – to zabiję. Dostałam odpowiedź z Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, że skierowali sprawę bodajże do prokuratora generalnego i do prezesa sądu okręgowego w Warszawie. Nie wiedziałam, czy chodzi o to, żeby ukarać mnie za groźby karalne, czy o coś innego.
Podczas apelacji, gdy byłam sama, bo wszyscy moi adwokaci byli przez tamtych zastraszani, pani sędzia stwierdziła, że skoro mój syn tam nie mieszkał, to nie może płacić moich długów. Trzy lata trwał ten proces.
– Pani się czasem śmieje, gdy to opowiada. Ale wyobrażam sobie, że wtedy nie było Pani do śmiechu.
– To był bardzo ciężki klimat. Czuliśmy się osaczeni. A później zostałam sama. Odkryłam, że kradną mi korespondencję ze skrzynki pocztowej. Miałam podejrzenia, że włamują mi się do komputera. Próbowali wedrzeć się do mieszkania [głos się załamuje]. Wiedziałam od Joli, że trzeba się twardo postawić w takiej sytuacji. Wzywałam policję, bez przerwy trzeba było coś zgłaszać. Wszelka pomoc była doraźna – policja przyjeżdżała, pukała, czy może wejść… Gdy teraz to opowiadam (piszę też książkę na ten temat), to mimowolnie się śmieję, żeby to wszystko jakoś odreagować.
Nawet mój adwokat przeszedł na ich stronę – dziś występuje jako pełnomocnik tych, którzy odzyskują kamienice. Zresztą przyszedł do mnie i uczciwie powiedział: „Pani Ewo, ja już nie mogę pani bronić”.
– Z tego, co Pani wspominała, na emeryturze chciała Pani pisać pogodne teksty o zwierzętach.
– Ale dziś mieszkam w domku w lesie, który też chcą mi odebrać spadkobiercy pana Sułowskiego i nie jestem w stanie pisać o niczym innym niż reprywatyzacja. Napisałam na ten temat parę tekstów pokazujących rzecz z różnej strony, ale przez lata nikt tego nie chciał.
Pamiętam, jak opisałam moją eksmisję w sposób bardzo zabawny, chociaż nie było z czego się śmiać. Zaczęłam to leadem: „Wygonili na ulicę razem ze starym, kalekim psem. A przecież ustawa o ochronie praw zwierząt zabrania takiego traktowania psów” [śmiech]. Wysłałam to do „Polityki”, wysłałam do „Rzeczpospolitej”, w której kiedyś pracowałam, w parę innych miejsc. Wydrukowała w końcu „Angora”, nawet bardzo dobrze zapłacili.
Później, po morderstwie Joli, „Angora” sama się do mnie zwróciła z pytaniem o tekst na ten temat. „Przegląd” też brał artykuły – ale tylko o Joli, innych reprywatyzacyjnych nie chcieli. Próbowałam do polskiego „Le Monde Diplomatique” napisać tekst o ofiarach śmiertelnych dzikiej reprywatyzacji. Było przecież wiele takich przypadków: ludzie się wieszali, mieli wylewy, ataki serca. Nie wydrukowali. Chyba mi nie uwierzyli.
– Zwykle to są opowieści bez imion i nazwisk.
– Chce pan nazwisko? Andrzej Karwowski, trener jeździectwa, sam był jeźdźcem wiele lat, bardzo schorowany, miał rentę inwalidzką, z trudnością się poruszał. Miał mieszkanie komunalne w kamienicy podarowanej „Solidarności”, niedaleko Uniwersytetu Warszawskiego. Oni tę kamienicę sprzedali, nowy właściciel wygonił go do kotłowni.
– K…
– W kotłowni na ogół urzędują dzikie koty, więc on jak ten dziki kot. Stamtąd też go mieli wyrzucić, ale nie zdążyli, bo umarł. No, ale nie chcieli mi tego wydrukować w „Le Monde Diplomatique”. Mój tekst o złotych sztabkach, czyli o tym, że nad wieloma kamienicami przed wojną ciążyły hipoteki bankowe, wreszcie został wydrukowany kilka miesięcy temu. Ale wcześniej przeleżał u mnie dwa lata, wędrował po wielu redakcjach. W „Rzeczpospolitej” stał na kolumnie, ale radca prawny powiedział, że redakcji nie stać na procesy. Tam nie było żadnego powodu do procesu! Opisywałam mechanizm tego, jak zostały umorzone przedwojenne długi na przykładzie własnej kamienicy, bo jej historię najlepiej znałam. Było tam o tym, jak Stefan Sułowski kupił za własne pieniądze działkę, żeby wybudować kamienicę czynszową, na którą zaciągnął dług w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pisałam, że ta hipoteka przeszła po wojnie do Skarbu Państwa, że później dewaluacja sprawiła, iż z 36 tys. złotych przedwojennego długu zrobiło się 10 groszy.
– Chyba można zaryzykować tezę, że środowisko dziennikarskie zawiodło w tej sprawie?
– Media nie chciały o tym wiedzieć. Większości nic to nie obchodziło.
– Przepraszam, nie chcę zabrzmieć bezczelnie, ale czy Pani zainteresowałaby się tymi sprawami, gdyby nie własne doświadczenia?
– Chyba nie… Często posługujemy się stereotypami. Trudno uwierzyć w to, co nas spotkało. Tak wyrzucić ludzi na ulicę? Bezpodstawnie? Niemożliwe! Na pewno byli winni! Gdybym nie poznała problemu od podszewki, też bym pewnie nie wierzyła w opowieści o arystokratycznych mecenasach i mafiach na Mazowszu. W 2008 roku mieliśmy happening na Nowym Świecie – zrobiliśmy Centrum Wypędzanych. Janusz Baranek zbudował stoisko z naszymi ulotkami, staliśmy z transparentami: „Lokatorzy to nie towar” itp. Mój pies miał własny plakat: „Mam prawo do budy, żądam budy dla mojej pani”. Zrobiliśmy wesołą imprezę. Ale co pewien czas napadali na nas młodzi ludzie, którzy mówili, że mają kredyty na mieszkania i ubliżali nam, mówiąc, że za friko chcemy żyć w cudzych lokalach.
Nawet gdy opowiadałam moim dobrym znajomym o wszystkich tych mechanizmach, które dziś już dobrze znamy, to przez całe lata nikt mi nie chciał wierzyć. Znajomi dziennikarze mówili, że nic nie mogą, że to nie do uwierzenia.
– Ja nie wierzę, że oni nie wierzyli. Chcieli mieć święty spokój.
– Możliwe… Gdy tylko wyprowadziłam się do lasu, nabrałam dystansu do Warszawy. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że stolica znajduje się pod okupacją oszustów, którzy uwłaszczają się na cudzym. Dzwoniła do mnie koleżanka mojego syna, mówiła, że mieszka na Tamce, ma własnościowe mieszkanie, z którego chyba zaraz wyleci, ponieważ firma Feniks przejęła tę kamienicę, wywaliła wszystkich „komunalnych”, podkupiła jakąś rodzinę, żeby mieć ponad 50 proc. udziałów. A jeśli mają większościowe udziały w nieruchomości, to rządzą: zmieniają zarządcę nieruchomości, a ten nie podpisuje umów z wodociągami, energetyką, ciepłownikami. Najpierw odłączają prąd, później wodę, wreszcie ogrzewanie – odbywa się takie samo czyszczenie jak w kamienicach, które były w całości komunalne. A do tego podnoszą fundusz remontowy, który robi się naprawdę słony.
Pamiętam, jak Jolka w sierpniu 2010 roku, pół roku przed morderstwem, taka radosna przybiegła na zebranie stowarzyszenia i wymachiwała kartką, że ma orzeczenie o niepełnosprawności. Wierzyła, że będzie ją to chroniło, wtedy faktycznie jeszcze niepełnosprawnych nie wyrzucali na bruk. Później nawet ludzie na wózkach inwalidzkich trafiali na ulicę…
– Koszty budowy kapitalizmu wciąż rosną.
– Na Wilczej albo Nowogrodzkiej była taka historia, że dzieci poszły do szkoły, żona pojechała do pracy, mąż został w domu. Właśnie wymieniono im okna na plastikowe, już po przejęciu kamienicy. Gdy żona wróciła do domu, to mąż wisiał na tych nowych oknach, na pasku się powiesił. Zostawił list, że się nie sprawdził jako mężczyzna. Po dramacie, który się tam rozegrał, lokatorzy kamienicy dostali mieszkania komunalne. Ale tylko tam, w innych kamienicach było jak wcześniej.
W naszym stowarzyszeniu była kobieta, Wanda, której mąż chorował na raka kości, miał przerwany rdzeń kręgowy, bo to była jedyna metoda, żeby tak strasznie nie cierpiał. Leżał sparaliżowany w łóżku. Sąd wydał wyrok: eksmisja – choremu na raka mężowi przysługuje lokal socjalny, a Wandzie nie przysługuje. Sąd ich rozwiódł!
– Rozumiem, że sąd go skazał na wszelkie upodlenie.
– To trwało, a w końcu łaskawie przyznano im jako małżeństwu lokal socjalny. Lokal socjalny różni się od komunalnego. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz niedawno opowiadała, jak to pomagała lokatorom wrażliwym, to nie potrafiła nawet odróżnić mieszkania socjalnego od komunalnego. Telepało mnie, jak jej słuchałam. Lokator wrażliwy, jeśli miał do czegoś prawo, to do lokalu socjalnego, który ma zupełnie inny status – podpisuje się umowę na czas określony. Mało tego – to jest mieszkanie kontrolowane przez różne służby socjalne, nie można nim dowolnie dysponować.
Kolejny przykład: Wanda Pradzioch. Mieszkała w lokum komunalnym, które wróciło do faktycznych właścicieli. Długo czekała na inny lokal komunalny. W momencie, gdy zapadł wyrok „eksmisja do lokalu socjalnego”, wykreślili ją z kolejki komunalnej… Ona do dziś walczy o to lokum, sąd administracyjny przyznał jej rację. Ale co z tego?
– To będzie naiwne pytanie: wie Pani, jak to wyglądało z drugiej strony? Jak postrzegała was tamta strona?
– Tamci ludzie mieli nas za nic, za śmieci. Myślę, że sądy też. I inne instytucje. Przez te wszystkie lata, w czasie tych wszystkich procesów, ani razu nikt nigdy mnie nie zapytał, czy mam się gdzie podziać. Nie interesowało to ani sędziów, ani pani radcy prawnej urzędu dzielnicy Warszawa-Mokotów, która ani razu nie przyszła jako interwenient uboczny na proces. Za to przysłała pismo, że po zapoznaniu się z aktami sprawy stwierdza, iż eksmisja jest zasadna i urząd prosi o nieprzyznawanie prawa do lokalu socjalnego. Nikt nie przyszedł spojrzeć mi w oczy, zapytać, czy się boję, gdzie się podzieję. To wszystko w sytuacji, gdy mój były sąsiad, który już czuł się właścicielem mojego mieszkania, krzyczał do mnie: „wypierdalaj, ty kurwo, bo ci przypierdolę”.
– Od zawsze słyszę od ludzi, którzy uważają, że się mylę w sprawach lokatorów i reprywatyzacji, że wygnani z „odzyskanych” mieszkań to żule. Dziś siedzę przed Panią, dziennikarką…
– …z czterdziestoletnim stażem. Myślę czasem, choć może to dziwne, że było potrzebne, żebym znalazła się w tym wszystkim, ponieważ potrafię o tym opowiadać. Mam nadzieję, że skończę wkrótce moją książkę. To bardzo osobista rzecz o tym, co mi się zdarzyło. Dużo tam jest o Joli Brzeskiej, o tym, jak dochodziłyśmy do całej tej wiedzy, jak szukałyśmy w prasie wielu informacji, jak chciałyśmy zrozumieć, co się dzieje.
Do dziś nie rozumiem, czemu pan Sułowski, jego córki i wdowa po nim dalej mnie prześladują, wciąż żądają licytacji mojego domku w lesie. Moim zdaniem ta rodzina nic z tego nie miała. Może poprosili o pomoc specjalistów od odzyskiwania mieszkań, w tym mecenasa Ćwieka, i nie wiedzieli, z czym to się wiąże. Bodaj wczoraj Jan Śpiewak dołączył do swojej mapy reprywatyzacyjnej notariusza Piotra Sicińskiego. Pomyślałam: skąd ja znam tego człowieka? Sięgnęłam do aktu notarialnego – żaden notariusz nie chciał tego podpisać, a on podpisał.
– To może sprawdźmy od razu na mapie, kto to pan Siciński: „Notariusz, były sędzia, szef wydziału ksiąg wieczystych Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa X Wydział Ksiąg Wieczystych. Począwszy od czerwca 2005 roku, prowadzi Kancelarię Notarialną w Warszawie, specjalizując się w obrocie nieruchomościami. Przez jego kancelarię przewinęły się jedne z największych transakcji nieruchomościowych w stolicy. Oskarżany przez Zarząd Wspólnoty przy Wspólnej 54 o działania niezgodne z prawem i na szkodę wspólnoty”.
– Człowiek powiązany z Marzeną K., urzędniczką Ministerstwa Sprawiedliwości.
– Spójrzmy: „Urzędniczka Ministerstwa Sprawiedliwości w Departamencie Współpracy Zagranicznej i Praw Człowieka. Siostra mec. Nowaczyka, z którym prowadziła wspólne interesy na rynku nieruchomości. W ciągu ostatnich 5 lat w ramach odszkodowań reprywatyzacyjnych otrzymała od M. St. Warszawy kwotę 38 mln zł. Jest też współwłaścicielką zreprywatyzowanej kamienicy przy ul. Odolańskiej 7. Była właścicielką Mokotowskiej 63”.
– Ta sama pani K. odpowiadała za… program pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem. Ilu ludzi ona pokrzywdziła! Miasto Jest Nasze wykonało pracę, za którą nikt nie chciał się wziąć. Gdy obecnie piszę teksty o reprywatyzacji, to urzędnikom Ministerstwa Sprawiedliwości trzeba tłumaczyć sprawy na poziomie wiedzy studentów pierwszego roku prawa.
Jak pan wie, pani prezydent zapowiedziała, że dalszych zwrotów nie będzie, a sprawy się toczą (wiceprezydent Pahl wczoraj stwierdził, że ależ skąd, zwroty będą następować). Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że wstrzymuje te zwroty, to w sądzie okręgowym w Warszawie toczyła się sprawa czteroosobowej rodziny z ulicy Schroegera 72. Co ważne, decyzją ministra Ziobry, kwestia zwrotu tej kamienicy trafiła do wrocławskiej prokuratury. Tam kierowano sprawy, w których istnieje podejrzenie przestępstwa w wyniku porozumienia handlarzy roszczeń z urzędnikami.
– I co z tą czteroosobową rodziną?
– Jak wy to mówicie w „Nowym Obywatelu”? Klasyk, panie Krzysztofie – czteroosobowa rodzina, w tym jedenastoletnie dziecko, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Mijają trzy dni – w sądzie rejonowym Warszawa-Śródmieście zapada kolejny wyrok: na starszego, schorowanego pana, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Na czyją korzyść? Spółki-córki Feniksa. Nic się nie zmienia. To wszystko trwa…
12 maja 2015 roku zapadł w Trybunale Konstytucyjnym wyrok, który mówi, że artykuł 156 paragraf 2 jest niezgodny z Konstytucją. Wszystkie zwroty, jakie się odbyły w Warszawie w ciągu ostatnich lat, przeprowadzono na podstawie tego właśnie artykułu i paragrafu… Czarno to widzę, tego będzie tak dużo, że nie sposób ogarnąć całości.
– Władze Warszawy same już zgłosiły około 5 tysięcy przypadków nieprawidłowości. Jedna z interpretacji mówi, że chodzi o zapchanie „kanałów drożnych” odpowiednich instytucji.
– Patrzę dziś z perspektywy tych sześćdziesięciu kilometrów od Warszawy i mówię: nikt nie może się czuć w tym mieście bezpieczny, ani lokator komunalny, ani socjalny, ani właściciel hipoteczny – są instrumenty prawne i nie tylko takie, żeby każdego wysiudać. Ludzie, którzy się na tym dorabiają, nawet gdy ktoś pogrozi im paluszkiem, to z głodu nie umrą.
Myśmy przez lata nie znali podstawowych aktów prawnych, które odpowiadały za mechanizm narastającej grabieży. Dziś pojawiają się już głosy, że to, co się stało w ostatnich latach, wygenerowało większe krzywdy niż dekret Bieruta. W przypadku tego dokumentu właściciele mieli wpisane w księgach wieczystych prawo dożywocia. Było takie zabezpieczenie, którego nie mają dzisiejsi lokatorzy, a przecież wnieśli wiele pieniędzy i pracy w utrzymanie tych lokali. Lokatorzy zostali wystawieni na ulicę.
Książę mecenas Massalski starał się o Krakowskie Przedmieście 65. Bardzo ładna okolica: z okien widać Kolumnę Zygmunta, kościół świętej Anny. W trakcie tych procedur zwrotowych okazało się, że w 1945 roku, gdy bardzo pospiesznie odbudowywano Trakt Królewski, tę kamienicę posadzono na dwóch posesjach. Jedna połowa należała do jakichś Massalskich (to nie jego rodzina), a druga – do kogo innego. Przy tej okazji kogoś olśniło, że ta kamienica została odbudowana po wojnie! Co za odkrycie, przecież cały Nowy Świat został odbudowany!
Miasto zażądało od Massalskiego dwóch milionów złotych odszkodowania za ten dom. To śmieszne pieniądze. To, co widzimy z ulicy, to fasada wąskiej kamieniczki. Ale w środku jest coś przepięknego – oficyny, które idą aż do ulicy Koziej, mają przepiękne łuki. Ale Massalski nawet tych dwóch milionów nie zapłacił, bo uważał, że jemu się należy.
A czemu nikt nie bada, ile kosztowały roboczogodziny mojej matki, która społecznie odgruzowywała rynek Starego Miasta? Ilu ludzi pracowało, żeby to miasto powstało z ruin? A dziś przychodzą jakieś typy i biorą jak swoje! I to nie spadkobiercy, tylko następcy prawni.
– Zabójstwo Jolanty Brzeskiej wywołało strach czy wściekłość w środowisku lokatorskim?
– Pamiętam wściekłość. Ale też pół roku bez snu. To była moja pierwsza zima w lesie. Jolkę wywieźli do lasu i tam spalili. Mnie nawet nie musieliby nigdzie wywozić, wystarczyłoby podpalić drewniany domek. Wyobraźnia pracowała non stop, całą dobę. A w nocy, co przymknęłam oczy, to blask bijący od kominka stawiał mnie na równe nogi. Widziałam przerażoną twarz Joli wyłaniającą się z płomieni. I nie pomagało to, że policja na moją prośbę każdej nocy przejeżdżała koło mnie. Ani monitoring, który zamówiłam, nim się przeniosłam po eksmisji na to odludzie. Nieco uspokoiłam się dopiero we wrześniu, kiedy udało nam się zainteresować sprawą Joli prokuratora Andrzeja Seremeta i zabrano dochodzenie z Mokotowa. A to przecież i tak nic nie dało.
Byliśmy i nadal jesteśmy wściekli. I zdumieni. Jolka z nas wszystkich była najinteligentniejsza. Jak ona się dała osaczyć, że wyszła z nimi? Komu ona zaufała na tyle, żeby wpuścić do mieszkania? Nikt z nas nie zazna spokoju, póki nie zostanie wyjaśnione, co i dlaczego wydarzyło się 1 marca 2011 roku.
– Próbowaliście zainteresować swoimi sprawami konkretnych polityków?
– Chodziliśmy do Andrzeja Czumy, najczęściej rozmawiał z nami jego syn. Z kolei dzięki Julii Piterze otrzymałam kilka ważnych dokumentów, łącznie z tymi o przedwojennym długu.
Nie chcę oskarżać nikogo – nikt nam nie mógł pomóc. Napisałam kiedyś do Komendanta Głównego Policji, aby zbadano, czy w sprawach reprywatyzacji istnieje zorganizowana grupa przestępcza. On wyznaczył dwóch ludzi do kontaktów ze mną. I nic się nie wydarzyło. Uważam, że nad Massalskim, Mossakowskim i Ćwiekiem był potężny parasol ochronny. Z tego, co wiem, Mossakowskiego zaczęli prześwietlać na rok przed morderstwem Jolanty Brzeskiej. Od 2010 roku nie znaleźli niczego nagannego w działalności tego pana?
– Czy zwróciła się do was przez te lata jakakolwiek instytucja publiczna, na zasadzie: widzimy, że dzieje się coś złego, więc ciekawi nas, co o tym sądzicie?
– Bodaj w 2009 roku, wedle mojej wiedzy jedyny raz, przyszło do nas trzech posłów i rozmawiali z nami. Nie pamiętam, jaką opcję reprezentowali.
Próbowaliśmy – bezskutecznie – zainteresować sprawą Helsińską Fundację Praw Człowieka. Nawet byłyśmy tam z Jolą razem, składałyśmy pisma, nigdy nie otrzymałyśmy odpowiedzi. Kiedyś wyszłam od nich, płacząc, miesiąc po morderstwie Joli. Wtedy prokuratura upierała się, że to było samobójstwo. Poszłam do Fundacji zapytać, czy jest jakaś możliwość, żeby wystąpić do Interpolu, do kogokolwiek, żeby to dochodzenie było prowadzone prawidłowo. Rozmawiałam z kimś – nie był to Adam Bodnar – kto mi powiedział, że skoro policja twierdzi, że to było samobójstwo, to nie ma możliwości prawnych, aby podważać wiarygodność naszych stróżów prawa. W tym pomieszczeniu siedziała też jakaś dziewczyna, która znała sprawę i wzięła moją stronę… Wyszłam stamtąd, strasznie rycząc, bo przecież wierzyłam, że musi być na świecie jakaś sprawiedliwość.
– Mało rozmawialiśmy o Pani sprawie.
– W skrócie? Oni chcą mi zabrać wszystko, co się da, a ja złośliwie i uporczywie nie chcę im oddać. A dlaczego na mnie trafiło? Nie wiem. Mogło trafić na Pana mamę albo babcię.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 17 września 2016 roku
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016, Wywiad - kwartalnik
– Wiem, że opowiadacie o tym już od dłuższego czasu, sam kiedyś was o to pytałem, ale raz jeszcze: skąd pomysł na film „Solidarność według kobiet”?
– Piotr Śliwowski: Marto, ze zdziwienia?
– Marta Dzido: Tak, ze zdziwienia. Była w nas niezgoda na to, że oficjalna historia „Solidarności” zamieniła się w breloczek z Wałęsą.
– P.Ś.: Było kilka wyzwalaczy, sytuacji, które sprawiały, że chwytaliśmy się za głowy. Marta pracowała przy filmie „Podziemne państwo kobiet”, robiła do niego zdjęcia. Pewnego dnia wróciła do domu i opowiedziała mi historię, którą usłyszała podczas nagrywania Małgorzaty Tarasiewicz, gdańskiej działaczki ruchu Wolność i Pokój. To była opowieść o losach Sekcji Kobiet, która powstała w ramach struktur NSZZ „Solidarność” w początkach III RP. Przedstawicielki tej sekcji zabrały głos w sprawie przepychanej wówczas przez prawicę i Kościół ustawy antyaborcyjnej. Ich zdanie szło pod prąd oficjalnego stanowiska związku. Marian Krzaklewski, ówczesny szef „Solidarności”, doprowadził do tego, że Sekcja Kobiet została rozwiązana.
Impulsem była także chęć wyjaśnienia historii napisu Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę, który podobno był namalowany gdzieś na stoczniowym murze.
– Dziś już wiemy, że takiego napisu najprawdopodobniej nie było.
– M.D.: Obejrzeliśmy tysiące zdjęć, rozmawialiśmy z różnymi osobami, które o tym pisały. Okazało się, że Agnieszka Graff cytowała Sławkę Walczewską powołującą się na kolejne źródła. Aż dotarliśmy do pisma polskiej opozycji ukazującego się w latach 80. XX w. w Republice Federalnej Niemiec w Berlinie Zachodnim. Autorka o pseudonimie Maria Bezdomna opublikowała w nim artykuł, w którym wspominała o tym napisie. Mieliśmy okazję ją poznać, dowiedzieć się, jak nazywa się naprawdę, porozmawiać z nią w Berlinie. Ta historia, opowieść o powstawaniu mitu i jego przetwarzaniu w zbiorowej pamięci, będzie zrelacjonowana szczegółowo w książce, którą piszę. Jest ona pokłosiem naszego filmu dokumentalnego o kobietach „Solidarności”.
– P.Ś.: Kilka lat temu robiliśmy dla Instytutu Pamięci Narodowej cykl filmów dokumentalnych o kulturze niezależnej w PRL. IPN był bardzo zadowolony ze współpracy, film został wyemitowany przez TVP Kultura. Dzięki temu udało nam się porozmawiać z prezesem Januszem Kurtyką o nowym pomyśle, czyli o filmie poświęconym kobietom „Solidarności”. Przyszedł 10 kwietnia 2010 r. i sprawa współpracy przy realizacji filmu została zawieszona. Wówczas wstrząsnęła nami krótka informacja na pasku jednej z telewizji, że w katastrofie zginęła również Anna Walentynowicz. Obok jej nazwiska zapisano: „osoba towarzysząca”. Uderzyło nas to. Mieliśmy wrażenie, że dla wielu ludzi to zupełnie anonimowa osoba. I że z czasem zostanie kompletnie zapomniana, wyrugowana z powszechnej historii.
– Przecież i „Solidarność” jest zapomniana. Szczególnie młodzi Polacy mają zupełnie innych zbiorowych bohaterów.
– M.D.: Gdy wspominaliśmy ludziom, że chcemy zrobić film dokumentalny o kobietach „Solidarności”, nierzadko słyszeliśmy coś takiego: Niczego nowego już nie powiecie. Nie zainteresuje to osób z waszego pokolenia. Nie zainteresuje to też tych, którzy brali w tym udział, tym bardziej, że wielu z nich, gdy myśli o „Solidarności”, odczuwa gorycz i żal. Z pewnością nie zechcą do tego wracać.
Nas to motywowało do powiedzenia: „sprawdzam”. Później okazało się, że po pokazach filmów podchodziły do nas kobiety i mówiły: Przyszłam na ten film, choć bałam się, że znów zobaczę to samo. A jednak zobaczyłam coś, o czym nie wiedziałam, coś innego. Z jednej strony wiele osób odkryło na nowo swoje przeróżne emocje związane z „Solidarnością”, z drugiej dowiedzieli się czegoś, czego wcześniej im nie pokazano.
– Czego nie wiedziały te kobiety?
– M.D.: Zobaczyły mechanizmy odrzucenia kobiet jako tych, które nagle stały się „niepotrzebnymi koleżankami” opozycjonistów, gdy oni w nowej rzeczywistości podzielili się władzą, wpływami, orderami i miejscem w podręcznikach.
– Wasz film jest wyrzutem sumienia dla osób odpowiadających za oficjalną narrację o „Solidarności”?
– M.D.: Mocne słowa. Ale tak jest. Zimą w Podkowie Leśnej była projekcja naszego filmu z udziałem Zbigniewa Bujaka i grupki dawnych opozycjonistek. Po pół godzinie przyszła wichura, zerwała linię energetyczną i nie było prądu. Gdy zapadły ciemności, pomyślałam: ludzie zaraz się rozejdą. Ale widzowie jeszcze przez trzy godziny, przy świetle z jakiegoś akumulatora, dyskutowali. W pewnym momencie Bujak powiedział: tak, mogliśmy zagospodarować potencjał Walentynowicz, ale tego nie zrobiliśmy.
– P.Ś.: Chwilę później dodał: no, ale Walentynowicz nie miała przecież żadnego wykształcenia.
– M.D.: A Ty mu powiedziałeś: a elektryk jakie miał wykształcenie? Wszyscy się zaśmiali – wróciliśmy do punktu wyjścia.
Z kolei we Wrocławiu na projekcji „Solidarności według kobiet” był Władysław Frasyniuk. Mówił: no tak, rzeczywiście, zapomnieliśmy o wielu kobietach… Oczywiście, nie wiem, na ile te i podobne słowa były wypowiadane pod publiczkę, a na ile były szczere.
– Jakie główne narracje pojawiły się w recenzjach waszego filmu, jakie interpretacje zaproponowali dziennikarze i widownia?
– M.D.: Każde środowisko wybiera sobie z tego filmu coś, co jest wygodne dla ich własnej opowieści: wybierają bohaterki, część treści. Środowiska feministyczne traktują ten film jako dobrą okazję do rozmowy o przywództwie kobiet, o tym, czy kobiety mają nad sobą szklany sufit, o ich miejscu w polityce, o marginalizacji przy Okrągłym Stole, zapomnieniu w narracji, wątkach dotyczących herstory itd.
– P.Ś.: I pewnie częściej odwołują się do takich postaci z filmu, jak Helena Łuczywo, Henryka Krzywonos, Barbara Labuda.
– M.D.: Choć czasem pojawiały się też głosy: no tak, Joanna Gwiazda, muszę kupić tę książkę „Poza układem”… Z drugiej strony, gdy pisała o nas „Gazeta Polska”, to komentarze szły w stronę: odnaleziona tajemnicza postać Sierpnia 1980 r. – Ewa Ossowska. Ale wtedy nie ma problemu relacji mężczyźni – kobiety.
Z bliska jednak wiele spraw się komplikuje. Nie było kobiet przy Okrągłym Stole – to prawda. Ale gdy zapytamy, dlaczego ich nie było, to okaże się, że odpowiedź nadkrusza tę oficjalną opowieść o okrągłostołowej „narodowej zgodzie”. Dowiemy się, że to wydarzenie dzieliło opozycję i że część kobiet, bohaterek „Solidarności”, również nie zgadzało się na te rozmowy – szły za to w ówczesnych protestach z transparentami o treści „Nie dajmy rozkraść Polski”.
– Porozmawiajmy o konkretnych bohaterkach waszego filmu. Kim były wówczas, kim są obecnie?
– P.Ś.: Dla mnie najważniejsze były spotkania z Joanną Dudą-Gwiazdą i Jadwigą Chmielowską.
Joanna jeszcze w latach 70. XX w. współtworzyła Wolne Związki Zawodowe, to był fundament, na którym później zbudowano „Solidarność”. To one tłumaczyły robotnikom w PRL ich prawa pracownicze, prawo do protestu. Tak różni z dzisiejszej perspektywy ludzie: Gwiazdowie, Wyszkowski, Walentynowicz, Borusewicz, później dołączył Wałęsa.
Gdy zadzwoniłem do Joanny, w jej głosie usłyszałem: daj spokój, człowieku. Poprosiłem o pomoc – powiedziałem, że wśród bohaterek filmu mamy kobiety, które są zadowolone z przebiegu i rezultatów transformacji, a przecież to nie jest cała prawda o naszej rzeczywistości. I chyba to, że szukamy czegoś więcej niż jednowymiarowe opowieści, ją zaciekawiło.
– M.D.: Joanna w 1989 r. protestowała przeciw kształtowi przemian, przeciw okrągłostołowej ugodzie. Jak sama mówi: myśmy zostali z anarchistami. Już nie stali tam, gdzie solidarnościowe czy już prawicowe tłumy – była ich garstka. Joanna z Andrzejem za ostatnie pieniądze wydawali pismo „Poza Układem”. Wtedy, w 1989 r., pisali o tym, że to międzynarodowe instytucje finansowe i wielkie banki będą dyktowały teraz w Polsce warunki. Mówili coś, o czym ludzie nie chcieli wówczas myśleć, bo coraz powszechniej panowało przekonanie, że wreszcie będzie super, przyjdą kapitalizm i wolny rynek. Oni krytykowali takie myślenie – i ćwierć wieku później ich krytyka staje się dla wielu coraz bardziej oczywista, robi się wręcz popularna, gdy się wsłuchać w te wszystkie głosy o neokolonializmie, patriotyzmie gospodarczym, odbudowywaniu przemysłu.
Dla mnie samej zaskoczeniem było czytanie felietonów z „Poza Układem” w pociągu do Gdańska, gdy jechaliśmy na spotkanie z Joanną. Trudno mi było wierzyć, że to teksty z 1989 r.
– Gwiazdowa miała rację…
– M.D.: Stało się tak, że oni byli te dwadzieścia parę lat do przodu. A inni, w tym Henryka Krzywonos, mówią: oni zostali w 1980 r.! To jest przecież dziwne, ta wieloletnia samotność Joanny i Andrzeja. Nikt nie chciał skorzystać z ich wiedzy – już w III RP byli ekstremistami.
– Choć PiS-owska prawica obecnie chętnie się do nich przyznaje. Historyczne doświadczenie z początku lat 90. XX w., czyli Gwiazdowie plus anarchiści kontra mocno prowałęsowska prawica rozbijająca wiece tych pierwszych – jest dziś przez wielu mocno wypierane.
– M.D.: Wujcowie mówią, że no dobrze, ale jak byłoby: Gwiazdowie, anarchiści, kamienie, butelki z benzyną. Groźba eskalacji nastrojów, walki uliczne, obawa, że znów nic nie wyjdzie z szansy na wolną Polskę – to jest przedstawiane jako realne niebezpieczeństwo w tamtym czasie.
– P.Ś.: Byłem zaskoczony, gdy weszliśmy do małego mieszkania Gwiazdów w Gdańsku i spojrzałem na półki: „Doktryna szoku” Naomi Klein, jakieś numery „Krytyki Politycznej”, „Katolicka Mafia” Matthiasa Mettnera.
– To ostatnie to bardzo krytyczna książka o Opus Dei.
– P.Ś.: …to wszystko w domu ludzi, którzy uchodzą za prawicowych oszołomów. Joanna okazała się osobą o szerokich horyzontach, pytała nas, co myślimy o różnych sprawach, konfrontowała nasze opinie ze swoimi.
– M.D.: Wiele naszych rozmówczyń pamiętało Andrzeja Gwiazdę i niezależnie od dzisiejszych podziałów mówiło o nim ciepło: że pomagał, wstawiał się, radził choćby na okoliczność ewentualnych i realnych zatrzymań. Natomiast Joanna jest pamiętana jako postać bardzo radykalna, nadająca ton. Wydaje mi się – to nie pojawiało się wprost, ale dało się odczuć – że według niektórych moich rozmówczyń gdyby nie Joanna, to Andrzej byłby w III RP po zupełnie innej stronie.
– Ale są też wspomnienia braci Kaczyńskich o Andrzeju Gwieździe, który „ryczał jak lew” na Lecha Wałęsę. Ale to temat na inną rozmowę. Piotrze, wspomniałeś także o Jadwidze Chmielowskiej. Kobieta wyrazista, zaangażowana politycznie i społecznie, outsiderka.
– P.Ś.: Jadwiga Chmielowska tworzyła i koordynowała struktury Solidarności Walczącej na Śląsku.
– M.D.: W pewnym momencie była szefową śląskiej SW. To była struktura, w której kobiety rzeczywiście wchodziły do władz – w przeciwieństwie do „Solidarności”, w której było mało kobiet na jakichkolwiek ważnych stanowiskach. Na przykład Ewa Kubasiewicz, gdy już wyemigrowała do Francji, szefowała emigracyjnym strukturom SW.
Chmielowska jest dla mnie kobietą, która w tamtym czasie poświęciła wszystko w imię opozycyjnego zaangażowania. W czasie, gdy się ukrywała, rozpadło się jej małżeństwo. Nie miała kontaktu z matką i nie mogła pójść na jej pogrzeb – również dlatego, że się ukrywała. Poniosła wielkie osobiste straty. Gdy nie musiała się już ukrywać, bo PRL-owskie władze anulowały list gończy za nią, okazało się, że nie ma dokąd wracać, ponieważ mieszkanie po matce jakimś cudem przejęli inni ludzie. Była bezdomna. Dziewięć lat w ukryciu, gdy angażowała się w działalność podziemną. Początek lat 90. XX w., gdy jeździła po krajach Europy Wschodniej i tam działała na rzecz swobód obywatelskich i demokracji. Później okazało się, że nie ma do czego wracać. To straszne, dla mnie było to bardzo dojmujące, gdy nam o tym mówiła. Choć ona tego nie wyolbrzymiała, nie dramatyzowała, niemal spokojnie referowała swoje życie. Ale gdy zobaczysz je z dystansu…
– W przypadku Jadwigi Chmielowskiej interesujący jest także jej zdecydowany sprzeciw wobec tego, co określa mianem „ideologii feministycznej”, choć równocześnie jest niesamowicie silną i samodzielną kobietą.
– M.D.: O Henryce Krzywonos wszyscy wiedzą, że prowadzi rodzinny dom dziecka, ma dwanaścioro dzieci, piętnaścioro wnucząt i jest zaangażowana w pomoc ubogim dzieciom. Dobrze, że ludzie to wiedzą. Ale rzadko kto wie, że Jadwiga Chmielowska adoptowała dwóch synów. Jest nie do zdarcia, to zapalczywa, a równocześnie bardzo dobra kobieta.
– P.Ś.: To ona do mnie zadzwoniła: panie Piotrze, podobno robicie film genderowy. Nie umawialiśmy się na to [śmiech Marty].
– To dobry moment, by zapytać, jak byliście postrzegani przez kobiety, którym proponowaliście współuczestnictwo w waszym filmie. Zastanawiam się też, czy istniał jakiś system wzajemnych poleceń: jedna pani informowała drugą, że jesteście wiarygodni? Przecież wiemy dobrze, jak mocno skonfliktowani są nierzadko ludzie pierwszej „Solidarności” i jak nieufni wobec różnych „sobie obcych”.
– M.D.: W pewnym momencie tak się zadziało. Byliśmy u Ewy Kubasiewicz, która później zadzwoniła do Gwiazdów i powiedziała, że można z nami pogadać. Ona też poleciła nam Jadwigę Chmielowską.
– Mówimy o bohaterkach „pewnej opcji”. Ale części widzów naprawdę wysoko postawiliście poprzeczkę. Film otwierają sceny z Kongresu Kobiet. O „Solidarności” mówi Barbara Labuda, która po latach opozycyjnej działalności w PRL związała się z post-PZPR-owską formacją polityczną.
– M.D.: Niektórzy mówili nam po filmie, że w czasie tych pierwszych siedmiu minut filmu, gdy wypowiadają się Labuda i Shana Penn, nie wiedzieli, czy oglądać dalej.
Labuda mówi wprost, że związała się z po-PRL-owską lewicą, ponieważ to była jedyna partia, która w tamtym czasie mogła realnie walczyć o te prawa kobiet, o które i ona walczyła. Dla niej kwestia ustawy antyaborcyjnej była wówczas priorytetowa. Labuda, jako osoba bardzo antykościelna, czuła się rozczarowana „Solidarnością”, która mocno skręciła w prawo, weszła w pakt z Kościołem katolickim. Zresztą była na stypendium we Francji już w latach 70. XX w. i przyjechała z powrotem do Polski z silnymi feministycznymi poglądami. Już wówczas nie bała się tego słowa, nie bała się wskazywać na prawa kobiet jako zupełnie autonomiczne od doktryny katolickiej. Ale ostatecznie Sojusz Lewicy Demokratycznej zawiódł jej nadzieje.
– No cóż, SLD kojarzy się wielu przede wszystkim ze związkiem zawodowym wymierającej już byłej PZPR-owskiej nomenklatury. A Kongres Kobiet z reprezentacją bogatych kobiet – części feministek zdecydowanie nie jest z nimi po drodze.
– M.D.: Muszę zaznaczyć, że to właśnie panie z Kongresu Kobiet pomogły nam zorganizować wiele projekcji filmu w całym kraju. Być może wielu osobom to środowisko kojarzy się tylko z reprezentacją bogatszych kobiet, które nie interesują się losem kasjerek z Ełku i robotnic ze specjalnych stref ekonomicznych. Jednak lokalne środowiska związane z Kongresem to związki samopomocowe zwykłych kobiet, które organizują np. warsztaty aktywizacji zawodowej w mniejszych miejscowościach.
– W przypadku waszego filmu interesuje mnie także pewna dwuznaczność, trudna do pełnego naświetlenia w tym zakresie czasowym, jakim dysponowaliście. Z jednej strony opowiadacie o „Solidarności” w kluczu okołofeministycznym. Z drugiej przebija z filmu myślenie – przez lata uchodzące wśród wielkomiejsko-liberalnych elit za typowe dla „oszołomów” – że w trakcie transformacji coś poszło nie do końca dobrze.
– P.Ś.: Joanna Gwiazda powiedziała mi coś, co często przywołuję na spotkaniach z widzami naszego filmu, a co dobrze wyjaśnia gorsze miejsce kobiet w polityce. Otóż w Polsce politykę robi się albo na rybach, albo na polowaniu, albo przy wódce. To dlatego kobiet często nie ma w gremiach decyzyjnych.
– M.D.: Wiele kobiet, niezależnie od tego, czy popierały kształt polskich przemian, czy też nie, mnóstwo straciło. Część z tych, które popierały Okrągły Stół, bo odpowiadał im kształt przeobrażeń, nie miało później swojej reprezentacji w polityce, ponieważ nie należały już do rzeczywiście decyzyjnych gron politycznych wśród byłej opozycji. I mogły się tylko przyglądać, jak prawa kobiet były sprzedawane Kościołowi. Przecież na początku lat 90. XX w., o czym mniej się mówi w czasach, gdy prawica zagospodarowała wyobrażenia społeczne, miały miejsce gigantyczne protesty. Wiele kobiet, którym nie podobał się ten nowy sojusz „Solidarności” z wysokimi hierarchami katolickimi, znalazło się w różnych gazetach i fundacjach, zajęło się pracą na niwie społeczeństwa obywatelskiego, niejednokrotnie z całą wrażliwością reagowało na społeczne bolączki pierwszych lat przemian. Choć owszem, część z nich finansowo niemal od razu bardzo dobrze wyszła na transformacji.
Z drugiej strony była cała rzesza kobiet, które wcześniej pracowały w fabrykach przetwórstwa spożywczego, zakładach odzieżowych, w Państwowych Gospodarstwach Rolnych i nagle zostały na lodzie – bez pracy.
David Ost opisywał swoje spotkania z dyrektorami fabryk w Polsce na początku lat 90. To byli już niejednokrotnie panowie z solidarnościowego nadania, którzy mówili mu, że najpierw oczywiście zwalniają kobiety, no bo co one takiego robią, przekładają z półki na półkę jeden towar, a poza tym mniej przecież zarabiają, więc rodziny się nie zawalą…
– P.Ś.: …a że mężczyźni są głowami rodziny, to naturalne jest, że będą te rodziny utrzymywać…
Przyznam, że gdy zabieraliśmy się za ten film, to myśleliśmy, że ułoży się w bardziej jednoznaczną opowieść. Ale w czasie wstępnych rozmów z Romanem Kurkiewiczem, Sławomirem Cenckiewiczem i Joanną Krakowską zaczęło się okazywać, że wątków jest coraz więcej i więcej. Suma tej wiedzy sprawiła, że musieliśmy na kilka tygodni zawiesić prace nad filmem, bo nie spodziewaliśmy się, że będzie tego wszystkiego tak dużo, że pokaże się tak wiele zła związanego z krzywdą bardzo wielu osób i zawiedzionymi nadziejami z początków przemian.
– Muszę zwrócić uwagę na pewną rzecz. Być może nie wszyscy czytelnicy tego wywiadu znają wasz film. Dlatego trzeba podkreślić, że to nie jest jedynie obraz o kobietach, które przegrały. To również mniej lub bardziej wprost rzecz o tych, które się nie poddały, które zamieniły swoją opozycyjną charyzmę w jakąś inną formę społecznej energii, co jednak wcale nie oznacza, że odniosły w III RP olbrzymi sukces albo że są powszechnie znane.
– M.D.: Moim zdaniem większość tych kobiet jednak na różne sposoby przegrała. Której z nich nie zapytasz, niezależnie, czy to mówią Ludwika Wujec i Helena Łuczywo, czy Jadwiga Chmielowska, każda ma jakieś zastrzeżenia. Ale z drugiej strony to były często też takie osoby, które nie przejdą łatwo w stan spoczynku. Działały w latach 70. i 80. XX w., były aktywne później i są do dziś.
Dla mnie bardzo ważną postacią, którą lepiej poznałam podczas tworzenia filmu, była Anna Dodziuk. Świetna kobieta, która – jak sama mówi – nigdy nie miała ambicji politycznych. Działała w „Tygodniku Mazowsze”, samotnie wychowywała dorosłą dziś córkę z zespołem Downa, pomagali jej tata i niania. Później nie poszła do polityki ani do mediów, choć pewnie łatwo byłoby jej przejść z „TM” do „Gazety Wyborczej”. Od lat jest psychoterapeutką uzależnień, zdaje się, że musiała wyjść z premiery filmu, bo miała warsztaty.
– P.Ś.: Dodziuk jeździ na Syberię i tam szkoli instruktorów terapii alkoholowej. To jest kobieta, która wyciąga całe wsie w Polsce z problemu alkoholowego.
– M.D.: Może dlatego, że jest psychoterapeutką, potrafi z dystansem opowiadać o tamtych czasach. W filmie nie poświęciliśmy jej wiele miejsca, ale w książce, nad którą pracuję, zmieści się niejedna opowiedziana przez nią świetna, nierzadko komiczna historia.
– Uchyl rąbka tajemnicy.
– M.D.: Opowiadała na przykład: nigdy mnie nie zatrzymali. Ale to nie dlatego, że się tak dobrze ukrywałam. Myśleli, że mam nazwisko po byłym mężu, czyli Lityńska, ale ja już byłam Bikont. Ale z kolei Bikont miał już nową żonę, Annę, więc były dwie Anny Bikont, była żona i ta obecna. I zawsze zatrzymywali tamtą Annę.
– Różnymi sposobami zbieraliście środki na „Solidarność według kobiet”. Dostaliście pomoc od instytucji publicznych, przeznaczyliście na film własne pieniądze, zrobiliście akcję crowdfundingową. Jak współpracowało się wam z państwem polskim?
– P.Ś.: Ewidentnie nie chcesz, żebyśmy zrobili kolejny film za publiczne pieniądze [śmiech]. Marta powie to w sposób bardziej dyplomatyczny.
– M.D.: Spodziewaliśmy się większego wsparcia. Nie chodzi tylko o finanse. Wydawało się nam, że ten temat jest na tyle ważny (a dostawaliśmy takie sygnały z instytucji, z którymi rozmawialiśmy), że odpowiednie instytucje publiczne będą zainteresowane współpracą. Ale po wymianie uprzejmości w rodzaju: bardzo ważny temat, chętnie państwa wesprzemy następowało siedem miesięcy ciszy, mimo e-maili wciąż przez nas wysyłanych. A gdy jednak dostawaliśmy fundusze, to ułamki tego, co otrzymywali inni filmowcy, zajmujący się tematami wygodnymi, które nie są ani kontrowersyjne, ani niejednoznaczne.
– P.Ś.: Na przykład filmy o piłkarzach, z milionowymi budżetami. Rozpowszechniane przez kilka tygodni, trafiły do niewielkiej grupy odbiorców. To symboliczne, bo są to filmy robione przez facetów, o facetach i dla facetów.
– Może to problem strukturalny, który dotyczy tego, jak państwo radzi albo nie radzi sobie z faktycznym kreowaniem polityki kulturalnej czy historycznej?
– M.D.: Trzy tygodnie temu znalazłam starą opinię z Narodowego Centrum Kultury na temat naszego projektu: „Film o kobietach Solidarności. Dofinansowanie produkcji”. Złożyliśmy taki wniosek. Rok wcześniej dostałam stypendium w ramach programu „Młoda Polska”, którego operatorem jest NCK. Dzięki temu stypendium zaczęliśmy pracę nad filmem – a kolejny pozytywnie rozpatrzony wniosek miał nam go pomóc dokończyć. Niestety, nie ma pod wnioskiem opinii, są tylko punkty i podpisy trzech osób: szefa NCK, szefowej departamentu finansowego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, szefowej departamentu własności intelektualnej. Punktacja dotyczyła trzech kwestii: zawartość merytoryczna, sukces frekwencyjny, inne wskaźniki. Punktacja była za niska – dofinansowania nie otrzymaliśmy.
Owszem, dostaliśmy od nich pieniądze na rozkręcenie projektu. Później udało nam się zdobyć kilku partnerów, uzyskać środki z crowdfundingu i chcieliśmy, żeby NCK pomógł nam dokończyć film – pomocy już nie było.
– P.Ś.: Poszliśmy na spotkanie z Krzysztofem Dudkiem, ówczesnym szefem NCK, a on się zaśmiał serdecznie…
– M.D.: …i dał nam szmaciany worek z napisem „Solidarność”. I mówi: właśnie wróciliśmy z Nowego Jorku z Ewą Minge, projektantką mody, reklamowaliśmy idee „Solidarności”. Wyszliśmy od niego z torbą z logo „Solidarności”, ale bez pieniędzy na film o „Solidarności”… [milczenie] Nie, nie opowiadajmy już tych zakulisowych rzeczy.
Udało się nam ten film skończyć m.in. dzięki temu, że w opłacenie potrzebnych materiałów archiwalnych zaangażowali się Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, Instytut Adama Mickiewicza i MKiDN – osobiście ówczesny wiceminister kultury Piotr Żuchowski. Po wielu staraniach i spotkaniach udało się odpowiednie pieniądze przetransferować do Filmoteki Narodowej, BBC i pozostałych właścicieli praw.
– P.Ś.: Choć muszę podkreślić, że najdroższe, zupełnie nieznane w Polsce dwuminutowe nagranie z ośrodka internowania kobiet w Gołdapi, pochodzące ze zbiorów telewizji NBC i wycenione na 15 tys. dolarów, pozyskaliśmy dzięki zaangażowaniu Fundacji Kongresu Polonii Amerykańskiej i prywatnym darczyńcom ze Stanów.
Chciałbym o czymś jeszcze wspomnieć, to anegdotyczne, ale wymowne. Byliśmy w Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, tam spotkaliśmy szefową jednego z departamentów, którą znaliśmy z TVP Kultura. Wywiązała się taka rozmowa: A czym się teraz zajmujecie? – Robimy film dokumentalny. – I co, z tego żyjecie? – Próbujemy. – To chyba macie bardzo ciężko…
Później byliśmy u wysokiego urzędnika ministerstwa kultury, który powiada: świetny pomysł na film, ale jak to zrobić, żeby wam pomóc, szkoda mi was.
– Jeżeli wysocy urzędnicy tak mówią do ludzi, którzy próbują zachować pamięć historyczną również w interesie tego państwa, to potwierdzają, że jest coś mocno nie tak z państwem jako mecenasem kultury.
– M.D.: Jesteśmy zdania (i to jest nasza zasada jako dokumentalistów), że jak się robi film, to nie po to, żeby go raz pokazać, zarobić na nim i go schować, tylko po to, żeby ten film żył, jeździł po Polsce i świecie. Tak było z naszym poprzednim filmem o ludziach z zespołem Downa, czyli „Downtown. Miasto Downów”, który zrobił i wciąż robi wiele dobrej roboty.
Mieliśmy nadzieję, że instytucje, które w jakiś sposób były zaangażowane w powstanie „Solidarności według kobiet”, będą nam pomagały organizować pokazy. A przynajmniej będą promowały pokazy. I to na prostej zasadzie: ja im wysyłam e-mail z informacją, gdzie się odbędą seanse, a oni to wrzucą na swoją stronę internetową. Niektóre z tych instytucji w ogóle nie zareagowały.
– P.Ś.: Europejskie Centrum Solidarności po pokazie w Gdańsku odwróciło się od nas plecami i nie zareagowało na dziesiątki e-maili, listów poleconych, zaproszeń.
– Przypomnę, że w gmachu ECS swoje biuro ma legendarny przywódca „Solidarności”. Wasz film niekoniecznie się z tym faktem komponuje.
– P.Ś.: Owszem, po tamtejszej projekcji były komentarze, że skandalem jest pokazywanie takiego filmu w miejscu, w którym swój gabinet ma prezydent Wałęsa.
– M.D.: Od instytucji państwowych, odpowiadających również za poziom debaty publicznej, oczekujesz, że nawet jeśli nie do końca się z czymś zgadzają, np. z czymś, co sponsorowali, to jednak będą to pokazywać albo uczestniczyć w promocji.
– P.Ś.: Facet z gdańskiego IPN powiedział mi przez telefon, że na stronie internetowej instytucji, której lokalnym oddziałem szefuje, nie zamieści informacji o kinowych pokazach naszego filmu w Trójmieście. Bo jego ten temat nie interesuje.
– Mimo wszystko udało wam się zorganizować kilkaset pokazów tego filmu – w Polsce i za granicą.
– M.D.: Stało się tak dzięki naszej determinacji i dzięki temu, że znalazła się cała rzesza (w większości) kobiet z poszczególnych miast, energicznych, aktywnych, które to oddolnie robiły. To były kobiety z bibliotek, domów kultury, różnych organizacji i fundacji. A teraz partia Razem pokazuje nasz film w różnych miejscach. Tymczasem w Polsce często robi się tak, że film dokumentalny pojedzie na kilka festiwali, później trafia do telewizji, i to już właściwie koniec.
– P.Ś.: Pomagali nam też, choć nigdy pod oficjalnym szyldem, ludzie z Klubów Gazety Polskiej. Oni również zorganizowali pokazy w kilku miastach.
Dodam jedną rzecz do kwestii dystrybucji filmów dokumentalnych. Zarabia się właściwie na ich produkcji – dzięki dotacjom, sponsorom robi się je tak, żeby producenci zarobili na tym etapie. Później nikomu nie zależy na tym, żeby zarobić na ich dystrybucji.
– M.D.: To wynika również z przekonania, że filmy dokumentalne na siebie nie zarabiają i z reguły nie wchodzą do dystrybucji kinowej.
– Ale wy pokazujecie swoje filmy z ogromną częstotliwością.
– M.D.: Bo to dobre filmy, które ludzie chcą oglądać [śmiech]. Byliśmy do tego przymuszeni swoją sytuacją finansową. Organizujemy pokazy, jeździmy z filmem, czasem pobieramy za pokazy opłaty licencyjne, otrzymujemy honoraria za udział w spotkaniach z widzami.
– Ludzie lubią nie płacić za cudzą pracę intelektualną. Wielu uważa, że to taka praca na niby…
– P.Ś.: Dla wielu ludzi zaskoczeniem było, że oczekujemy zapłaty, np. honorarium autorskiego.
– M.D.: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było zainteresowane pokazaniem naszego filmu. Dostaliśmy informację, ile mamy im zapłacić za wynajęcie ich sali.
– P.Ś.: 800 złotych. Ale jedno powiem: każda projekcja filmu to potwierdzenie słuszności podjętych przez nas decyzji i wiatr w żagle, potężny zastrzyk pozytywnej energii. Znamy ten film na pamięć, znamy reakcje widowni na poszczególne sceny – czasem podchodzę w odpowiedniej minucie do drzwi, za którymi jest projekcja, albo staję gdzieś z tyłu sali i nasłuchuję, czy jest tak, jak powinno – czy słyszę śmiech, oklaski, czy też absolutną ciszę, ani szelestu, kaszlnięcia. Jesteśmy zadowoleni, gdy ludzie reagują emocjonalnie.
Cieszy nas też, że widownię zaskakuje sposób opowiadania naszego filmu, tak w dużych miastach, jak i na wsiach. Angażująca widza formuła z Martą jako narratorką, jest dla wielu osób zaskoczeniem.
Zdarzają się niesamowite reakcje. Kraków, Kino pod Baranami, po projekcji zeszliśmy do Piwnicy pod Baranami na dyskusję. Trwa rozmowa, nagle wstała dziewczyna i mówi: wróciłam wczoraj z Bielska-Białej, gdzie przygotowuję pielęgniarki do strajku. Ludzie odwracają głowy, patrzą zdziwieni: kto to mówi, dziewczyna w kolorowych dredach? Widać na twarzach niedowierzanie. A na sali pełno starych opozycjonistów…
– …którzy już nikogo nie przygotowują do strajków.
– P.Ś.: I są zdziwieni, kto teraz niesie ten ogień.
– M.D.: To z jednej strony niesamowite, a z drugiej smutne, choć oczywiste. Wiemy, że „Solidarność” walczyła o prawo do strajku. I wiemy, że je wywalczyła. A jeszcze lepiej wiemy, że dziś to prawo często guzik znaczy, nie tylko dlatego, że nie ma już wielkich państwowych przemysłowych zakładów pracy. Można o tym wszystkim szeroko rozmawiać i nierzadko te dyskusje po projekcjach filmu wkraczały w bolesne współczesne rejony.
– Opowiadacie też w filmie historię Ewy Ossowskiej. To jedna z zapomnianych na dobre i na długo bohaterek pierwszej „Solidarności”. Przypomnę, co mówiliście mi o niej w wywiadzie jesienią 2014 r.: „Kiedy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych szukaliśmy materiałów wideo z tamtych czasów, natrafiliśmy na puszki z taśmą filmową, które były opisane »Wrzesień 1980 r., Warszawa, Solidarność, materiały produkcyjne odrzucone«. Poprosiliśmy, żeby to nam przygotowano do projekcji i tam znalazł się zapis wideo pokazujący Lecha Wałęsę i Ewę Ossowską, którzy przyjechali do Warszawy zarejestrować związek zawodowy Solidarność. Ossowska idzie obok Wałęsy, wita ich rozentuzjazmowany tłum, ona coś mówi jemu, dziennikarzom”. Później Ossowska zniknęła z otoczenia Wałęsy. W 1996 r. wyjechała do Włoch jako imigrantka zarobkowa. A niedawno znów zamieszkała w Polsce.
– M.D.: Na jednym ze spotkań powiedziała do nas: to wasza wina! [śmiech].
– P.Ś.: Ona naprawdę, żyjąc tam, wymiotła kawałek własnego życia z pamięci. Do tego stopnia nie wracała do tego, że nie dzieliła się tymi wspomnieniami z najbliższymi. Jej córka, Elżbieta, gdy zobaczyła nagle swoją mamę na zdjęciu w starej gazecie, którą ta wyciągnęła z zakurzonej teczki, zrobiła wielkie oczy. A Marta pokazała jej zdjęcia Ewy z Wałęsą. Wtedy córka zapytała: Mamo, ty byłaś obok prezydenta? Byłaś kimś ważnym? Ewa wyprostowała się w fotelu, widać było emocje, wybudzenie tej Ewy ze stoczni.
– M.D.: Część życia przeżyła z nazwiskiem włoskiego męża, w otoczeniu, w którym nikt nie wiedział o jej solidarnościowych korzeniach.
– Do czego właściwie wróciła?
– M.D.: Do synów, których zostawiła w Polsce. Jeden miał wówczas osiemnaście, drugi piętnaście lat. Ewa wyjechała tylko z czteroletnią córką. Przyjeżdżała do Polski, odwiedzała ich. Teraz w rodzinnym kraju urodziły się jej wnuki. Poczuła, że tutaj ma korzenie.
– P.Ś.: Prawda jest taka, że ona nieledwie musiała stąd uciekać. Pojawiły się brzydkie, szkalujące ją plotki, czasy nie sprzyjały kultywowaniu solidarnościowych wspomnień o pustym brzuchu. Nagle, po latach, przyjeżdżamy kilkuosobową ekipą filmową, jeździmy z nią wszędzie, poświęcamy jej pięć dób. Spojrzała inaczej na kawałek swojego życia, na siebie samą.
Z wielkim niepokojem przyjechała do Polski na pokazy filmów. Ale chciała się spotkać z ludźmi. Niedawno w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł dziennikarki, która dotarła do wielu świadków, w tym do Wałęsy, przekopała się przez masę materiałów i odtworzyła postać Ewy z tamtych czasów. Pokazała ją w dobrym świetle.
– Udzielała wywiadów polskim mediom?
– P.Ś.: Niechętnie. Dzwoniła i pytała: panie Piotrze, kto to jest, czy można się z kimś takim spotkać, zaufać?
– M.D.: Ale była z nami na długiej rozmowie w radiowej Trójce. Uczestniczyła w dyskusjach po projekcjach w różnych polskich miastach. Ważne jest też to, że – zupełnie o tym nie wiedząc – przyjechaliśmy do niej pod Neapol kilka miesięcy po śmierci jej włoskiego męża. Była zagubiona, nie wiedziała, jak ma sobie ułożyć dalej życie. Chyba daliśmy jej impuls. Choć to ona pozwoliła nam się pojawić w jej życiu, bo mogła od razu urwać kontakt.
– Przypomina mi się, gdy myślę o waszym filmie, o tym, co mówicie teraz, znana fraza z songu Kaczmarskiego: „Młodość szybko się zabliźni, / nie ma w tym niczyjej winy”. Czy po projekcjach waszego filmu spotykały się wspólnie kobiety „Solidarności”, których drogi rozeszły się na dobre przez minione dekady? Czy to są zabliźnione, czy wciąż niezabliźnione sprawy?
– P.Ś.: Na premierę filmu zaprosiliśmy wszystkie jego pierwszoplanowe bohaterki. Widziałem, jak witają się Ludwika Wujec i Joanna Duda-Gwiazda. Jest zdjęcie, które pokazuje tę scenę. Moim zdaniem oddaje emocje tych kobiet. I chyba jednak widać wzajemny dystans.
– M.D.: Takie przywitanie to grzecznościowa sprawa.
– Ale siedzieliście później razem gdzieś w kuluarach, w restauracjach czy knajpach?
– M.D.: Z pojedynczymi osobami tak. Ale z tymi, których drogi się rozeszły – nie.
– „Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie / I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie / W dół, na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo / Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo”…
– M.D.: Mieliśmy wstrząsające spotkanie we Wrocławiu, gdy na scenie było bodaj osiem bohaterek filmu, a na sali drugie tyle. Zaproszony był także Władysław Frasyniuk.
Były tam osoby, które dziś naprawdę są po zupełnie różnych stronach. Była tam choćby Krystyna Sobierajska, która od razu uderzyła do Frasyniuka: jak to możliwe, że nie dopuściliście Komisji Krajowej Solidarności do rozmów przy Okrągłym Stole? Dlaczego źle traktowaliście Annę Walentynowicz?. Widać było, że na żywo chyba nigdy nie miała okazji zadać mu takich pytań. Frasyniuka to zdetonowało. Na sali trzy osoby biły Sobierajskiej brawo, a cztery na nią gwizdały – i to były właśnie kobiety, bohaterki naszego filmu. Później część kobiet zebrała się wokół Frasyniuka i widać było, że z nim sympatyzują, a inne odeszły rozgoryczone w swoją stronę. I nigdzie razem nie poszliśmy.
Było też spotkanie w Szczecinie, w którym brali udział Ludwika i Henryk Wujcowie oraz Łucja Plaugo, która za komuny przez lata miała zakaz pracy. To jej strasznie zniszczyło życie, a w latach 90. była długo bezrobotna, nie miała za co żyć. Mówiła tak: wiecie państwo jak to jest, gdy człowiek jest głodny i nie może zasnąć? Trzeba wziąć łyżkę cukru do buzi i bardzo długo trzymać w ustach. Wszyscy zamarli. Henryk Wujec zrobił coś takiego [Marta na siedząco głęboko się pochyla i chowa twarz w dłoniach]. Panowała głucha cisza. Chciało mi się płakać. Niczego nie trzeba było mówić.
Później byliśmy zaproszeni w nieco większym gronie na jakąś kolację, ale Wujcowie siedzieli osobno, pani Plaugo osobno – to są różne światy, różne opowieści, one się nie spotykają. Choć my możemy się spotkać i z tymi, i z tymi. Ale oni między sobą? Czy tam może być po tych wszystkich latach jakieś wzajemne zrozumienie? Nie wiem, tam jest zbyt duża przepaść.
Choć Ludwika Wujec powiedziała wówczas, że powinniśmy o sobie pamiętać. To było dobre, ale to brzmi zdawkowo, jeżeli uświadomimy sobie, jaką moc sprawczą ci ludzie mieli lub mogliby mieć.
– Zrobiliście film, który był oglądany po różnych stronach barykad. Myślę, ile osób poważnie się zastanawiało: po czyjej właściwie oni są stronie?
– M.D.: Staraliśmy się opowiedzieć te wydarzenia tak, jak one rzeczywiście wyglądały. Myślę, że to widać po naszej opowieści, po tym, w jaki sposób wskazaliśmy na tych, którzy zyskali i stracili.
– Twoja opowieść, Marto, jest z jednej strony mocno antyklerykalna, ktoś powie: „lewacka”. Z drugiej – co nie jest typowe dla wielkomiejskiej inteligencji – rozumiecie historie tych, którym się nie powiodło, szczególnie w pierwszym okresie transformacji. Myślę, że niejednemu wysokiemu urzędnikowi, który stał za przyznawaniem środków, trudno było zrozumieć, o co wam właściwie chodzi. Nie stworzyliście typowej historii.
– M.D.: Piotr często powtarza: gdy oglądamy westerny, zawsze jesteśmy po stronie Indian.
– P.Ś.: Trzeba działać uczciwie, iść na całość, a nie biec świńskim truchtem.
– M.D.: Uważam, że Kościół, który wspierał „Solidarność” w podziemiu, który wspierał również postulaty pracownicze, a nie jedynie niepodległościowe, w latach 90. skupił się przede wszystkim na walce o własną pozycję.
– Spotykaliście się nie tylko z polskimi widzami, mieliście mnóstwo zagranicznych pokazów. Mówiliście mi zresztą, że nie raz i nie dwa bardziej mogliście liczyć na zagraniczne niż na polskie instytucje.
– M.D.: Nasz film miał dystrybucję kinową w Polsce, ale najwięcej razy był pokazywany w berlińskim kinie.
– P.Ś.: Projekcje od listopada 2014 do maja 2015 r.! Tłumaczenie naszego dokumentu na język niemiecki, przygotowanie kopii filmu w tej wersji językowej i wsparcie realizacji cyklu projekcji w 10 miastach Niemiec zawdzięczamy Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundacji Heinricha Boella.
Toczyły się ciekawe dyskusje, bo Niemki i Niemcy mówili na debatach po pokazach, że u nich też istnieje szklany sufit dla kobiet na uczelniach, w korporacjach – nie nazwany, ale jest. A to przecież o wiele bardziej cywilizowany kraj niż nasz. W dawnym NRD wiele razy słyszeliśmy, że i u nich opozycjonistki są dziś kompletnie zapomniane. I że to dzięki przykładowi płynącemu z Polski i „Solidarności” mogli obalić mur berliński.
– M.D.: Tam też jest inna kultura oglądania filmów w kinie, znacznie chętniej chodzi się na filmy dokumentalne. Tamtejsze „kino niszowe” jest dość masowe jak na nasze warunki.
– P.Ś.: Spodziewaliśmy się, że nasz film może być interesujący dla Niemców, ponieważ „Solidarność” jest tam znana. Niemcy szczególnie angażowali się w pomoc Polakom w stanie wojennym. Co ciekawe, obok niemieckich feministycznych aktywistek nasz film oglądało wielu tamtejszych akademików. Pokazy naszego filmu u zachodniego sąsiada współorganizowały ośrodki uniwersyteckie, kształcące choćby przyszłych dyplomatów czy politologów. Dla mnie to rewelacyjna sprawa, bo to przecież przyszłe niemieckie elity opiniotwórcze.
Byliśmy w Niemczech akurat w czasie, gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory. Stawiało to nas w niezręcznym położeniu, bo po kilku konwencjonalnych zagadnieniach okołofilmowych niekiedy zaczynała się seria pytań o sytuację polityczną w naszym kraju. Nie należę do ludzi dbających o poprawność polityczną, którzy opierniczają się w tańcu. Od razu mówiłem krótko: proszę państwa, mamy do czynienia z jakimś nieporozumieniem. Tak zwana liberalna władza zupełnie zapomniała o znacznej części społeczeństwa. PiS wygrał, ponieważ oczekiwano zmian, większego zainteresowania sprawami zwykłych Polaków, by człowiek był ważniejszy niż pieniądz. To Niemców zaskakiwało.
– Zdecydowanie mówicie zbyt wiele rzeczy, które tym czy innym słuchaczom/czytelnikom nie są na rękę. Nie obawiacie się, że to utrudni wam pozyskiwanie środków na kolejne filmy?
– M.D.: Jesteśmy w świetnej sytuacji – możemy mówić to, co myślimy, pokazujemy świat swoimi oczyma. A co do środków od instytucji publicznych, to zapewniam cię, że problem z ich pozyskiwaniem nie zaczął się wraz z naszym ostatnim filmem.
Zostawmy politykę. Pokazywaliśmy „Solidarność według kobiet” także w Turcji, Macedonii, w Brazylii. Czasem okazywało się, że kraje, które odwiedziliśmy, mają własną historię cichych „rewolucji kobiet”. Bohaterki tamtejszych masowych zrywów często są zupełnie anonimowe, co najwyżej znana jest jedna, dwie postaci. Tak było choćby w Irlandii. Niedawno obchodzono tam setną rocznicę Powstania Wielkanocnego. Jedną z jego bohaterek była Konstancja Markiewicz, żona Polaka, którą można porównać do naszej Anny Walentynowicz. Na uniwersytecie w Dublinie usłyszeliśmy wykład tamtejszej profesorki, która opowiedziała, jak musiała się dokopywać do nazwisk mnóstwa innych kobiet. I wymieniła je z nazwiska.
Okazuje się, że w Czechach też nie wszystkie kobiety Karty 77 są dobrze znane. Z kolei na Ukrainie, w Kijowie, rozmowy były bardzo gorące, ponieważ tam historia dzieje się „na żywo”. Mówiliśmy o „sierotach emigracyjnych”, Majdanie, o Nadii Szewczenko i pojawiła się refleksja: nie możemy zapomnieć o naszych bohaterkach.
– P.Ś.: Ciekawe były też spotkania w Moskwie, gdzie wizytę zaczęliśmy od debaty o roli kobiet w polityce w Radio Svoboda, a po projekcji filmu od widza usłyszeliśmy: „Kraj taki mały, a film taki wielki!”. Choć najbardziej kontrowersyjna okazała się moja odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu Polaków nie lubi Rosji – oni nie wiedzą o 17 września 1939…
– Jakie waszym zdaniem są standardy wsparcia dla takich inicjatyw jak wasz film w krajach o wyższych cywilizacyjnych normach w instytucjach publicznych? Jak to wygląda w porównaniu z sytuacją u nas?
– M.D.: Mamy teraz takie doświadczenie, bo dostaliśmy propozycję od państwowej niemieckiej instytucji, która zajmuje się robieniem historycznego archiwum online. Mają niesamowity portal, które obejmuje także polskie wątki.
– P.Ś.: Poprosili nas o współpracę w uzupełnianiu treści dotyczących Polski o wszystko, co udało nam się zawrzeć w filmie: postaci, wydarzenia, archiwalia. To portal dla Niemców.
– M.D.: Niczym podobnym nie była właściwie zainteresowana żadna z polskich instytucji: jedynie w umowie z IPN mieliśmy zapisane, że wszystkie nasze wywiady trafią do ich archiwum. Ale nikt nas nie zapytał: a może chcielibyście współtworzyć jakąś wystawę, portal edukacyjny? Może udostępnicie nam swoje materiały, kontakty? Wnioskuję z tego, że nikt nie chce skorzystać z naszych doświadczeń, tylko ci Niemcy.
– Nie załapujecie się na odpowiednie trendy: ani te wcześniejsze o futbolu i postsolidarnościowcach związanych z poprzednią władzą, ani na żołnierzy wyklętych.
– M.D.: Myślę, że to pokazuje słabość instytucji, które są zarządzane według odgórnego politycznego klucza i mają się wpisywać w trendy. Zwracaliśmy się do Narodowego Archiwum Cyfrowego, że mamy materiały, które chcemy przekazać – żeby ktoś dał nam dysk, a my to skopiujemy i im damy. Dysk kosztuje pięćset złotych, więc nie chcemy wydawać na niego swoich pieniędzy: prosimy o dysk i udostępniamy materiał.
– P.Ś.: NAC przesłało masę papierów: kto ma prawa, na jakich zasadach udostępniamy, na jaki okres, prawa spadkowe – to zrozumiałe, ale dane techniczne, kto ma prawa do nośnika, a kto do materiału, kiedy i gdzie zostało zrealizowane nagranie, kto co mówi itd. Ja to rozumiem, ale muszę zarabiać na życie i szkoda mi czasu na spełnianie dość wybujałych oczekiwań formalnych.
– M.D.: Tam jest dział archiwistów, ale my to musimy zrobić. Druga rzecz to właśnie cała masa biurokracji, gdy pieniądze przyznawane są niemal z łaski, jak jałmużna. Czy wiesz, ile trzeba się nachodzić za każdym groszem, ile e-maili trzeba wysłać, jak długo nieraz czekać na odpowiedź?
– P.Ś.: Jeden wniosek o dofinansowanie to tydzień, dwa intensywnej pracy, której efektem jest wytworzenie kilkudziesięciu, czasem kilkuset stron dokumentów, zebranie rekomendacji, opinii, opracowanie niezwykle precyzyjnych tabelek, kosztorysów, ewaluacji projektu. To czasem ponad kilogram papieru. A wystarczy brak jednego podpisu w określonym miejscu, by wniosek odrzucić z przyczyn formalnych.
– Czyli bardzo po polsku: dużo biurokracji, a mało pieniędzy.
– M.D.: Mieliśmy sytuacje, gdy trzeba było stanąć na głowie. Pieniądze były do wydania w ciągu dwóch tygodni, musieliśmy to rozliczyć, naprodukować koniecznych papierów z datami, które się w tym czasie mieściły, a tak naprawdę realizowaliśmy to pół roku wcześniej i pół roku później. Od tych pieniędzy odprowadzaliśmy podatek dochodowy, bo to było księgowo traktowane jako dochód firmy, choć nim faktycznie nie było, bo później musieliśmy rozliczyć się do pięciozłotówki. Dużo tego księgowania było przeciwko nam – zabierało czas i wyczerpywało finansowo nasze oszczędności.
Nie jesteśmy już debiutantami, wiele instytucji zna nas i rozpoznaje, a ciągle musimy się wykazywać i uwiarygadniać jak nowicjusze. Przez lata współpracowaliśmy z TVP Kultura, później nasze drogi z niedawną panią dyrektor się rozeszły.
– P.Ś.: Myśleliśmy, że teraz będzie okazja, aby wrócić do współpracy – wysyłałem tam e-maile z wieloma konkretami, nie ma odpowiedzi.
– M.D.: Mnie to boli, bo w tym samym czasie piszą do nas ludzie z niemieckiego archiwum i proponują współpracę. Albo z niemieckiego radia i proponują współpracę przy projekcie o „Solidarności”…
– P.Ś.: …albo odzywają się ludzie z Nowego Jorku z Polish American Museum w Port Washington i pytają, czy pomożemy im przy organizacji wystawy.
– M.D.: Zastanawiamy się nad tym. Ale bywa i tak, że wszyscy myślą, że odnieśliśmy tak wielki sukces, że nie chce się nam zrobić zwykłego reportażu.
– P.Ś.: Marta reprezentuje polski film dokumentalny na konferencji uniwersyteckiej w Yale, jesteśmy gośćmi Ambasady Francji w Pradze, otrzymujemy list z gratulacjami od Pierwszej Damy Rzeczpospolitej, a gdy znajomy zaprasza mnie na imprezę urodzinową pod Śnieżkę, odpowiadam, że nie stać mnie, że nie bardzo mam pieniądze… A on zdziwiony: przecież po świecie się z filmem rozbijasz!
– Myślę, że nie wszyscy się orientują w realiach tego zawodu: że dostaniesz na bilet w egzotyczne miejsce, ale nie masz na zwykłe życie.
– M.D.: A to jest doświadczenie wielu ludzi kultury w naszym kraju. Myślisz: niesamowite, wciąż jeździ po kraju, wciąż na imprezach kulturalnych. Spotykasz go, a on ci mówi: zastawiłem mieszkanie.
– P.Ś.: Krzysztofie, wciąż spłacam zobowiązania finansowe zaciągnięte na poczet ponad trzyletniej produkcji filmu i regularnie zdarza się, że brak mi środków na opłacenie rachunków…
– Ale wasz film pokaże TVP.
– P.Ś.: Jeszcze przed zmianą władzy zaproponowali nam 1500 złotych opłaty licencyjnej. Zażądałem 80 tys. złotych, bo jak wspomniałem mam długi, z których nie mogę się wydobyć, a także brakuje mi podstawowego narzędzia pracy – zużyliśmy już naszą kamerę. Wciąż negocjujemy tę licencję.
– M.D.: Filmy dokumentalne są w Polsce niedoceniane. Dystrybutorzy sprzedają je w pakietach i wychodzi im wtedy po 2–3 tys. na film. Telewizja w związku z tym jest przyzwyczajona do oferowania takich kwot. A ponieważ jeździliśmy z filmem po Polsce, to nie zależało nam na projekcji w telewizji, bo wtedy nie byłoby tych spotkań rozmów i emocji. I film umarłby śmiercią naturalną.
– Robicie film, zajmujecie się jego promocją w Polsce i na świecie, szarpiecie się niemal o każdą złotówkę z instytucjami publicznymi, prowadzicie crowdfunding, jesteście kustoszami pamięci i ambasadorami polskiej historii za granicą. I jeszcze prowadzicie swoje biuro rozrachunkowe.
– M.D.: Uwielbiam pisma, które każą nam wyjaśnić, dlaczego data umowy z tego i tego listopada danego roku nie zgadza się z datą w harmonogramie.
– P.Ś.: Albo dostajemy dofinansowanie, które równo pokrywa nasze wydatki na archiwa, ale obciążone podatkiem VAT, albo księgowa wylicza od tej kwoty podatek dochodowy do zapłacenia. Płaciłem to z własnej kieszeni.
– M.D.: Owszem, są dotacje, można je uzyskać, ale na przykład stypendium w ramach „Młodej Polski” jest opodatkowane dwa razy. Dzwonię do NCK i mówię im to, a oni do mnie, że nic na to nie poradzą.
Najbardziej bolesne są jednak sytuacje, gdy instytucje w ogóle nas ignorują, nie odpowiadają na e-maile, zbywają. Mam wrażenie, że oni także nie chcą pisać i rozliczać się z niektórych projektów, podejmować decyzji. Urzędnicy są uwikłani we wnioski, granty, ewaluacje, fundusze europejskie – niczego się już nie robi niezależnie od tego wszystkiego.
– P.Ś.: Boli, gdy plecami odwraca się od ciebie Europejska Sieć Pamięć i Solidarność, do której pukaliśmy wielokrotnie i miała nas wspierać przynajmniej w sprawie promocji projekcji. Niestety od miłej pani przez telefon dowiedziałem się już na koniec, po wielu sygnałach z naszej strony, że może to rozważą…
Moim zdaniem instytucje boją się podejmować decyzje. Nasz film jest niezależnym dokumentem – tak sformułowaliśmy wszystkie umowy, że ostatnie słowo zawsze należało do nas.
– Podasz konkretny przykład?
– P.Ś.: Przedstawicielka Europejskiego Centrum Solidarności naciskała, aby mocno ograniczyć wątek Ewy Ossowskiej.
– M.D.: Szczyt wszystkiego! Zrobiliśmy kolaudację filmu, a ona zdziwiona zadaje pytanie, dlaczego w filmie nie ma Hanny Gronkiewicz-Waltz i Hanny Suchockiej. A tam siedzą przedstawiciele IPN, Instytutu Adama Mickiewicza, Fundacji im. Heinricha Bölla i są cokolwiek zdziwieni obrotem sprawy. Piotr nie stracił rezonu i mówi: na szczęście tego nie było w scenariuszu i na szczęście tak mamy podpisaną umowę, że nie musimy już tego dokręcać. Jestem pewna, że gdy w przyszłości ktoś do nich przyjdzie po pieniądze, to w pakiecie wcisną te dwie panie [śmiech].
– P.Ś.: Ale cieszę się, że zrobiliśmy ten film, że poświęciliśmy na niego tych kilka lat. Przyznam, że wypełnił nasz dom po brzegi. Do tego stopnia, że nasza córka mówi czasem cytatami z „Solidarności według kobiet”.
– Marto, wspomniałaś już, że piszesz książkę na kanwie waszego obrazu. Co znajdzie się na jej kartach z rzeczy, których nie zmieściliście w filmie?
– M.D.: W książce są opowieści, które z różnych przyczyn nie były filmowe, czyli zapisy wielu nagranych materiałów…
– P.Ś.: Spędziliśmy dużo czasu w Bielsku-Białej z Grażyną Staniszewską. Jeździła z nami ze trzy dni, nagraliśmy mnóstwo materiału i tylko jedno zdanie zmieściło się w filmie. Chyba ma nam to za złe.
– M.D.: Chcę jej wysłać książkę. Ona opowiadała choćby o tym, jak wykłócała się z Balcerowiczem o indeksację płac. Chodziło o to, żeby płace nadążały za wzrostami cen. To jest długa historia, którą trzeba opisać tak, żeby każdy zrozumiał. Ale jej głos był wtedy bardzo ważny.
Są postaci, których nie ma w filmie. To ludzie, z którymi spotykaliśmy się i podczas realizacji filmu, i w trakcie późniejszych spotkań.
To bardzo ważne dla historii kobiet „Solidarności”: w książce znajdą się również opisy naszych poszukiwań, czyli jak odnaleźć historie, których nie można odnaleźć. Zamierzam opisać wiele zdjęć, które zgromadziliśmy, bo tak naprawdę ludzie często widzą fotografie, ale ich nie rozumieją, bo mało o nich wiedzą. Na niektórych zdjęciach najważniejsza kobieca postać jest zasłonięta paprotką. Albo skadrowana tak, że połowy głowy nie ma, albo podpis pod zdjęciem wyróżnia tylko mężczyznę. Pokażę też historie telewizyjnych materiałów produkcyjnych, czyli zupełnie zapomnianych archiwaliów. Przecież tak trafiliśmy na Ewę Ossowską: to były materiały, których nie oglądano przez kilka dekad, nigdy nie zostały użyte w żadnej kronice, mimo że zostały sfilmowane w 1980 r. Dzięki swojej determinacji wyciągnęliśmy to z puszek i obejrzeliśmy…
– P.Ś.: A to wiązało się z wydatkiem rzędu 1400 złotych… Moim zdaniem książka Marty będzie wstrząsająca.
– M.D.: Nie wiem, czy wstrząsająca. Czasami gorzka, czasami komiczna – ale zawsze skupiona na nieobecności kobiet, zapominaniu o nich. Piszę choćby o pomniku „Solidarności” w Zielonej Górze – trzech odlanych w betonie postaciach mężczyzn, którzy mają opuszczone ręce, jakby w geście bezradności, a każdy ma głowę w inną stronę. Projekt tego pomnika pochodzi z 1981 r. – nie wiem, czy ktoś się domyślał, że tak właśnie będzie w przyszłości wyglądała „Solidarność”.
– Kpisz. Naprawdę nie uważasz, że trzeba ostrożniej się obchodzić z mitami? I tymi, którzy nimi zarządzają?
– M.D.: W 2005 r. napisałam książkę „Małż” – powieść o tym, jak wygląda rynek pracy dla młodych kobiet. Kiedy się ukazała, przez chwilę była głośna. Pamiętam, że już wtedy przychodzili różni ludzie i mówili: Świetna książka! Ale wiesz co, no nie wiadomo, może będziesz miała przez nią jakieś problemy. Później ukazała się moja kolejna książka, czyli „Ślad po mamie”, która mówi o aborcji. Na jej podstawie zrobiono spektakl teatralny. To nie była rzecz jednoznaczna, nie została w pełni zaakceptowana przez feministki. Pracowałam wtedy w TVP Kultura i też słyszałam: narobisz sobie kłopotów.
Albo się boisz mówić, co myślisz. Albo mówisz, co myślisz – i żyjesz.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 10 czerwca 2016 r.
przez Janina Petelczyc | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016, Wywiad - kwartalnik
– W ciągu ostatnich 15 lat rząd Brazylii wdrożył ponad 140 programów społecznych, które zmieniły życie milionów Brazylijczyków. Jeden z najbardziej znanych to program Bolsa Família (Programa Bolsa Família, PBF), który w Banku Światowym zyskał nawet miano „cichej brazylijskiej rewolucji”. Czy może nam Pan streścić założenia i efekty tego programu?
– Flávio Eiró: PBF to największy pod względem liczby korzystających z pomocy program warunkowych transferów pieniężnych (Conditional Cash Transfer, CCT) na świecie. Obecnie jego beneficjentami jest ponad 14 milionów rodzin, czyli około 50 mln osób – jedna czwarta ludności Brazylii. Jest on skierowany do osób żyjących poniżej poziomu ubóstwa i skrajnego ubóstwa, wyznaczonego przez miesięczny dochód nieprzekraczający 154 reali na gospodarstwo domowe i 77 reali na osobę. Warunki, które należy spełnić, by stać się beneficjentem programu, to szczepienie dzieci i posyłanie ich do szkoły oraz regularne badania medyczne kobiet w ciąży. Świadczenia mające na celu wydobycie rodzin z ubóstwa zawierają się w przedziale od 35 do 336 reali miesięcznie, zależnie od składu gospodarstwa domowego. Od 2012 r. ten maksymalny limit może być przekraczany w ramach pomocy rodzinom żyjącym w warunkach skrajnego ubóstwa. „Świadczenia na rzecz Przezwyciężenia Skrajnego Ubóstwa” to część szerszego planu „Brazylia bez Ubóstwa” (BrasilSemMiséria), którego elementem składowym jest PBF. W listopadzie 2015 r. 13,7 mln gospodarstw domowych skorzystało w ramach PBF ze świadczeń na łączną kwotę 2,2 mld reali, przy czym, jak podaje Portal Brasil, średnia wartość świadczenia wyniosła 163,06 reala.
Warunkowe transfery pieniężne należy omawiać w kontekście instytucji zajmujących się zabezpieczeniem społecznym. Zabezpieczenie społeczne jest często rozumiane jako działania publiczne podejmowane w odpowiedzi na „bezbronność, zagrożenie i ubóstwo, jakie są uważane za społecznie niedopuszczalne w określonym państwie i społeczeństwie”. Może być ono zapewnione za pomocą trzech różnych metod: ubezpieczenia społecznego, pomocy społecznej i regulacji rynku pracy. W krajach rozwijających się pomoc społeczną rozumie się jako trwałe instytucje mające na celu ograniczanie ubóstwa i zapobieganie mu poprzez regularne transfery (w naturze i pieniądzu) finansowane z podatków. Istotne jest odróżnienie CCT od programów nadzwyczajnych, finansowanych z pomocy międzynarodowej. Nową cechą programów typu CCT jest ich zakorzenienie w trwałych instytucjach krajowych, co stanowi nieznany w krajach rozwijających się do lat 90. XX wieku poziom ochrony przed ubóstwem.
PBF jest postrzegany jako udany program i stanowi modelowe rozwiązanie dla całej Ameryki Łacińskiej i innych krajów świata. Jest słusznie uważany za przełom w rozwoju brazylijskiej pomocy społecznej, ponieważ zapewnił rodzinom dotkniętym ubóstwem zagwarantowany prawem dochód. Wielu badaczy zwraca uwagę na różnorodne aspekty PBF, nie tylko jego wpływ na redukcję ubóstwa i zmniejszenie nierówności dochodowych, ale i równouprawnienie płci.
– W swoich badaniach oddaje Pan głos beneficjentom programu i pracownikom socjalnym. PBF jest oczywiście zawsze przedstawiany jako program typu CCT, jednak cechuje go do pewnego stopnia niezależność świadczeniobiorców od pracowników społecznych (transfery dokonywane są za pośrednictwem państwowego banku, co zapobiega tradycyjnym powiązaniom klientelistycznym z lokalnymi politykami). Jednak Pańskie ustalenia wskazują na istnienie pewnych relacji klientelistycznych. Jak to możliwe, że w kontekście tego programu możemy mówić o elementach klientelizmu?
– O klientelizmie należy mówić w tym kontekście z ostrożnością. Przede wszystkim jako uczony cenię precyzyjne definicje, nie powinniśmy więc mylić narzędzia analitycznego ze strategią polityczną – taką jak ujmowanie działań oponentów jako niemoralnych czy bezprawnych w celu ich zdyskredytowania. Taką strategię nierzadko stosowano wobec PBF. Od początku jest on ofiarą oskarżeń o klientelizm – a należy wspomnieć również, że podobne zarzuty sama Partia Pracujących wysuwała wobec poprzednich programów z czasów prezydenta Cardoso.
Z perspektywy mikrosocjologicznej nie możemy mówić o „programie klientelistycznym” czy „administracji klientelistycznej”, chyba że mamy na myśli zinstytucjonalizowane praktyki kupowania głosów. Klientelizm to nierówna osobista relacja między dwoma jednostkami, oparta na wzajemnej wymianie i mająca na celu maksymalizację ich interesów. Ponadto ważne jest ulokowanie rozważań w kontekście polityki brazylijskiej i tutejszych programów społecznych. Do dziś pomoc społeczna jest uważana za formę dobroczynności – widziałem wiele gmin, w których żona burmistrza odpowiadała z urzędu za pomoc społeczną. Oznacza to nie tylko ujmowanie pomocy społecznej jako „przysług” zamiast „praw”, lecz także pomieszanie sfery publicznej i osobistej: burmistrz wykonuje szlachetne zobowiązanie do udzielania pomocy najbardziej pokrzywdzonym osobom znajdującym się pod jego „kuratelą”. Zjawisko to określamy jako paternalizm.
PBF jest zarządzany na szczeblu lokalnym w gminach przez urzędników pomocy społecznej, wobec czego nie widzę argumentów za utrzymaniem tezy, że jest to program klientelistyczny. Są natomiast burmistrzowie – z partii rządzących i opozycyjnych na szczeblu federalnym – którzy użyli programu w praktykach klientelistycznych, korzystając z nieograniczonej władzy mianowania personelu opieki społecznej, w tym koordynatorów PBF.
Po tych wyjaśnieniach zastanówmy się nad odpowiedzią na pytanie „w jaki sposób?”. Pierwotnie postawiłem hipotezę, że praktyki klientelistyczne wynikały z manipulowania informacjami o uprawnieniach i zasadach programu. Uruchomiono wyrafinowany, teatralny system pośrednictwa, aby przekonać beneficjentów, że comiesięczne świadczenie jest przysługą, którą zawdzięczają pośrednikowi. Taką hipotezę można łatwo obalić, a jej utrzymanie wymagałoby powszechnego niezrozumienia programu i całkowitego braku dostępu do informacji – pozwoliłoby to podtrzymywać takie „kłamstwo”. Ponadto kryteria, jakie muszą spełniać beneficjenci BFP, są dobrze zdefiniowane w regulaminie programu, a urzędy lokalne nie mogą odmówić uczestnictwa w programie osobom spełniającym określone wymogi.
Po obaleniu przedstawionej hipotezy skoncentrowaliśmy obserwacje na działaniach pracowników socjalnych i przekonałem się, że arbitralny, uznaniowy aspekt ich pracy ma bezpośredni wpływ na dobór beneficjentów i zarządzanie programem. Pracownicy społeczni zakładają z zasady, że beneficjenci kłamią lub ukrywają informacje, zatem niespójność w informacjach o dochodach czy podejrzane zachowanie wystarczają, aby wnioskować o odebranie zasiłku. Takie wyobrażenia o beneficjentach są wzmacniane przez przypadki uważane za typowe. Najbardziej podstawowe przekonanie, podzielane przez absolutnie wszystkich pracowników społecznych, z którymi rozmawiałem: „wielu beneficjentów w PBF odmawia podjęcia pracy, aby zachować zasiłek”. Nawet po zadaniu wyraźnego pytania, czy działoby się tak również, gdyby dostępna była legalna praca z gwarantowaną płacą minimalną (zasiłek z PBF to zwykle jej jedna czwarta), ankietowani odpowiadają twierdząco – bo „znają takie przypadki”. Hipoteza ta, nazywana często w Brazylii „efektem lenistwa” (efeito-preguiça), była wielokrotnie obalana jako fałszywa. Tak czy inaczej, pracownicy socjalni są przekonani, że muszą być surowi, aby zapobiec wyłudzaniu zasiłków przez podopiecznych. Mając do dyspozycji szereg sposobów sprawdzenia informacji, pracownicy socjalni czują absolutną kontrolę nad beneficjentami programu i bez skrupułów „wymierzają sprawiedliwość”.
A wśród beneficjentów pojawia się powszechna obawa o utratę zasiłku. Pracownicy socjalni często muszą objaśniać beneficjentom podstawowe zasady programu – i objaśniają je tylko do pewnego stopnia, gdyż nie chcą być zmanipulowani w przyszłości. Moje ustalenia wskazują, że reguły obliczania przydziału świadczeń, a nawet podstawowe kryteria, których spełnienie jest niezbędne do korzystania z programu, są słabo znane. Mity otaczające pracowników socjalnych i ich wizyty w domach świadczeniobiorców nabierają jeszcze większej mocy, gdy beneficjenci dowiadują się o arbitralnych decyzjach dotyczących odebrania zasiłku. A siła tych mitów utrwala strukturę klientelistyczną (kara i odwet).
Władza urzędu lokalnego PBF wynika z marginesu uznaniowości występującego w działaniu pracowników socjalnych i jest wykorzystywana przez niektórych do kontrolowania procesu selekcji i weryfikacji rodzin, do których skierowany jest program. Motywują ich do tego przede wszystkim powiązania polityczne, które umożliwiły im zdobycie stanowiska, czasem jest to także stanowisko pracownika społecznego. Dezinformacja i arbitralne działania podejmowane przez pracowników socjalnych wystarczają, aby otoczyć program aurą niepewności – w takiej sytuacji cenny staje się przychylny polityk czy inny gwarant świadczenia, a to usprawiedliwia klientelistyczne stosunki służące maksymalizacji interesów, nawet gdy środków nie brakuje.
– Czy każdą rodzinę korzystającą z zasiłku w Bolsa Familía weryfikują pracownicy socjalni? Czy wszyscy beneficjenci powinni czuć się niepewnie?
– Nie wszystkie rodziny są weryfikowane przez pracowników socjalnych. Sprawdzanie beneficjentów to obowiązek urzędów gminnych, obejmujący aktualizację informacji z powszechnego rejestru gospodarstw domowych co najmniej raz na 2 lata, weryfikację spełniania warunków, wykrywanie nieprawidłowości, takich jak brak aktualizacji akt gospodarstwa domowego w ciągu 2 lat, nieprzestrzeganie warunków, brak informacji czy niepoprawne numery identyfikacyjne w aktach rodziny.
Jednak wśród świadczeniobiorców plotki rozchodzą się szybko. Chociaż PBF nie wymaga od beneficjentów udziału w spotkaniach grupowych, podczas których wymieniają się między sobą i z pracownikiem socjalnym doświadczeniami związanymi z partycypacją w programie (tak jak jest w przypadku pozostałych programów typu CCT w Ameryce Łacińskiej, np. urugwajskiego IngresoCiudadano), z mojego doświadczenia wynika, że beneficjenci znają informacje o świadczeniach pobieranych przez innych, w tym kwoty i napotykane problemy. Gdy beneficjenci stają w obliczu problemu, którego nie rozumieją, zwykle szukają pomocy u sąsiadów i rodziny. Informacje o typowych przypadkach są rozpowszechniane i stają się mitami, zniekształcanymi, a czasem wzmacnianymi przez pracowników socjalnych – którzy także niekoniecznie w pełni rozumieją zasady działania programu albo wolą ignorować informacje od beneficjentów. W takiej sytuacji wizyta pracownika socjalnego czy rozmowa z nim w biurze PBF jest trudnym momentem. Takie zdarzenia są w oczywisty sposób stresujące dla beneficjentów, którzy odpowiadając na pytania, dostosowują swoje odpowiedzi do znanych im mitów i dostępnych im informacji.
Każdy z poznanych przeze mnie beneficjentów potrafił wskazać przypadek sąsiada, który utracił zasiłek bez widocznego powodu. Musiał zatem przyjąć jakieś założenia i sformułować jakieś wyjaśnienia na własny użytek. Świadczeniobiorcy szybko zdają sobie sprawę, że są zdarzenia, których nie rozumieją. Zwykle ulegają wygodnictwu, rzadko próbują rozwiązać problem związany ze świadczeniem, a jeżeli już próbują – przyjmują dowolne wyjaśnienie, gdyż nie mogą skorzystać z innego źródła wiedzy. Dookoła siebie widzą osoby, które utraciły zasiłek bez widocznego powodu; widzą „nie takie biedne” rodziny otrzymujące więcej niż rodziny żyjące w skrajnej nędzy, które czasem nawet wcale nie korzystają z programu. I choć teoretycznie nie powinni, zaczynają czuć się niepewnie, nie wiedzą, co może się stać z ich własnym zasiłkiem i czują się trochę szczęściarzami, że jeszcze go mają.
– W tym kontekście pojawia się pytanie o kwestię obywatelstwa. Czy jest jakieś powiązanie między ubóstwem a obywatelstwem?
– Pojęcie „obywatelstwo” rozumiem w szerokim sensie jako relację między społeczeństwem a państwem. Relacja ta, szczególnie z punktu widzenia jednostki, jest zależna od pozycji społecznej osoby i jej warunków materialnych. W niektórych społeczeństwach ta zależność jest niewielka, a instytucje publiczne mają obowiązek równo traktować jednostki. W innych społeczeństwach, a uważam Brazylię za jedno z nich, instytucje są skonstruowane tak, aby różnicować jednostki z różnych klas, a obiektywne, bezosobowe zasady są wypierane przez nieformalne normy społeczne. W Brazylii zjawisko to występuje w wielu formach, takich jak jeitinhobrasileiro (co oznacza obchodzenie zasad albo znalezienie łatwego sposobu na skorzystanie z nich) czy słynne „Czy pan/i wie, z kim ma do czynienia?”, używane przez członków klasy wyższej, gdy są zmuszeni do przestrzegania zasad obowiązujących wszystkich. Antropolog James Holston nazwał to „zróżnicowanym obywatelstwem”: inkluzywnym jeżeli chodzi o członkostwo (nawet najbiedniejsi w Brazylii są na papierze pełnoprawnymi obywatelami) i bardzo nierównym w dystrybucji praw.
Socjolog Jessé de Souza ukuł nawet bardziej nośny termin, aby opisać to zjawisko: „podobywatelstwo”, efekt braku poczucia zbiorowej godności, podstawy nowoczesnego pojęcia obywatelstwa i braku uznania społecznego: równość staje się abstrakcyjnym pojęciem, ponieważ każdy Brazylijczyk wie, że w rzeczywistości nie wszyscy obywatele są tyle samo warci. Ci, którzy są „mniej obywatelami”, często nie spełniają społecznych wymogów produktywnego wkładu, który zapewnia uznanie społeczne. Wymogi te mają z kolei źródło w nieprzejrzystych instytucjach i neutralnych wartościach merytokratycznej konkurencji: w bezosobowych i niewidocznych sieciach, które dyskwalifikują „niepewne” jednostki i grupy społeczne jako „podproducentów” i „podobywateli”.
Postawmy kropkę nad „i”: tak, jest wyraźna relacja między ubóstwem a obywatelstwem. Skrajne nierówności społeczne są bezpośrednio powiązane z nierówną dystrybucją praw – a tym samym z tworzeniem kategorii „podobywateli” i, w szerszym sensie, z wykluczeniem społecznym. Skoro uważamy wszystkich Brazylijczyków za pełnoprawnych obywateli, czy możemy nie zauważać takich warunków materialnych, które uniemożliwiają pewnym obywatelom korzystanie z ich obywatelstwa? Czy mamy uważać, że ktoś, kto walczy o przeżycie, może korzystać z pełni praw obywatelskich? Konstytucja tak inkluzywna i egalitarna jak nasza z 1988 r. może przełożyć się na rzeczywistość wyłącznie wtedy, gdy raz na zawsze uporamy się z nierównościami społecznymi (a do tego PBF nie wystarczy, jak dowodzą ostatnie lata rosnących nierówności społecznych).
– Wydaje się, że tylko podstawowy dochód obywatelski może zapewnić pełne „obywatelstwo społeczne”. W innym przypadku zawsze jest pewien rodzaj zależności i nierównej relacji między beneficjentem a państwem, administracją czy pracownikiem socjalnym. Czy w Brazylii toczy się debata publiczna na ten temat?
– Tak, dyskusja trwa nawet wśród wysokich urzędników Ministerstwa Rozwoju Społecznego, odpowiedzialnego za PBF. O ile pamiętam, pierwszym zdarzeniem, które w efekcie doprowadziło do wprowadzenia programu Bolsa Família w Brazylii, było powołanie funduszu Alaska Permanent Fund (APF) w 1982 r., finansowanego bezpośrednio z dochodów z wydobycia ropy naftowej i gwarantującego pewien rodzaj minimalnego dochodu wypłacanego przez administrację stanową każdemu obywatelowi mieszkającemu na Alasce. Senator Eduardo Suplicy (z Partii Pracujących z São Paulo) skorzystał z doświadczeń Alaski, przygotowując ustawę o projekcie gwarantowanego dochodu podstawowego (Projeto de Garantia de RendaMínima) w kwietniu 1991 r. W tym samym roku projekt został przyjęty (głosami wszystkich partii) i przesłany do Izby Deputowanych, w której czekał na głosowanie 13 lat.
Tymczasem inicjatywy lokalne oparte na założeniach projektu Suplicy zostały zrealizowane w Dystrykcie Federalnym i w mieście Campinas w 1995 r., jednak z uwzględnieniem elementu „warunkowego”, znanego już wówczas w innych krajach. W następnych latach inne miasta wdrożyły własne wersje programów typu CCT, a w wielu rozpoczęto dyskusje nad tą koncepcją w lokalnych organach przedstawicielskich.
Koncepcja gwarantowanego dochodu minimalnego dotarła na poziom federalny, przy czym utrzymano element uzależnienia wypłat od spełniania pewnych warunków. Korzyści z takich uwarunkowań programu są dość wątpliwe. Zakładają one wymuszanie pewnego typu zachowań, choć nie jest jasne, czy są one rzeczywiście niezbędne. Tymczasem w społeczności akademickiej powszechnie przyjmuje się, że wypłaty uzależniono od spełnienia pewnych warunków głównie z przyczyn politycznych: dzięki temu łatwiej przekonać przeciętnego podatnika do przekazywania pieniędzy ludziom żyjącym w ubóstwie. Moim zdaniem – zdaniem socjologa badającego ubóstwo jako zjawisko społeczne – problemem programów tego typu jest różnicowanie obywateli. Inaczej niż w Europie, w Brazylii z pomocy korzysta znaczna część ludności – pomoc społeczna w Brazylii obejmuje jedną czwartą populacji.
Podam przykład, aby zobrazować swój wywód – wielokrotnie słyszałem, że beneficjenci programu Bolsa Família powinni być pozbawieni prawa głosu. A słyszałem taką opinię od pracowników socjalnych, ludzi o dochodach nieco powyżej poziomu ubóstwa (czyli niekorzystających z PBF), lecz także od polityków. Taki pogląd może się wydawać skrajny, jednak wyraża odczucia stanowiące rdzeń zjawiska, które możemy określić jako „konflikt klasowy” w Brazylii: ludzie żyjący w ubóstwie nie są uważani za pełnoprawnych obywateli.
Gwarantowany dochód minimalny mógłby złagodzić tego rodzaju napięcia. Wyeliminowalibyśmy na przykład problemy związane z postrzeganiem programów socjalnych jako przysług świadczonych przez polityków. Nie byłoby tak łatwo używać zasiłków do różnicowania osób żyjących w ubóstwie. Byłoby także łatwiej zapewnić pojmowanie podstawowego dochodu jako prawa: jednostka ma do niego prawo, ponieważ jest obywatelem, co więcej – potrzebuje go, aby być pełnoprawnym obywatelem. Koszty zarządzania byłyby mniejsze, a gdyby program był dobrze zaprojektowany, całkowite nakłady nie musiałyby nadmiernie obciążać budżetu rządu. Zbadanie tego zagadnienia staje się coraz pilniejsze na całym świecie, a w moim przekonaniu wkrótce stanie się konieczne w krajach, które nie są zbyt bogate. Jak dowiódł PBF, bezpośrednia dystrybucja dochodu przynosi szereg korzyści w skali mikro i makro.
– W swych badaniach skupia się Pan na regionie północno-wschodnim Brazylii. Dlaczego?
– W moim przekonaniu w oczach Brazylijczyka ubóstwo uosabiają dwa obrazy: fawele w Rio de Janeiro i północno-wschodni interior, czyli sertão. Obecnie w centrum uwagi z wielu powodów są fawele, jednak ubóstwo w Brazylii nie ogranicza się do nich. Region północno-wschodni pozostaje najbiedniejszym obszarem kraju, lecz, co ważniejsze, efekty ostatniej fazy rozwoju kraju są tam najsilniejsze. Region skupia także największą liczbę beneficjentów programu Bolsa Família – w niektórych gminach stanowią oni ponad 90% ludności. Ponadto północny wschód to tradycyjny obszar zainteresowania dla każdego badacza klientelizmu w Brazylii. Wszystkie klasyczne studia przedmiotu poświęcały uwagę temu regionowi, a do dziś jest on punktem odniesienia w badaniach klientelizmu na świecie.
Dla mnie połączenie tych dwóch zagadnień jest wyzwaniem, lecz jest także intelektualnie inspirujące. Gdy przedstawiam swoje badania, nieustannie spotykam się z silnymi przekonaniami po obu stronach sceny politycznej: jedni mówią mi, abym uważał z prezentacją wyników, gdyż prawica może je sobie przywłaszczyć i wykorzystać do atakowania programu. Z drugiej strony badanie PBF jest przez niektórych postrzegane jako postawa wyraźnie prorządowa, promocja pożądanych efektów programu. Przyznaję, że trzeba uważać na takich krytyków, ale muszę się starać, aby nie wpływali na moją pracę. W zawodzie socjologa nawet własne ideały nie mogą zakłócać pracy – choć nigdy nie ukrywałem pozytywnej opinii o programie, a moim osobistym życzeniem jest, aby te badania przyczyniły się do udoskonalenia PBF i rozwinęły studia nad polityką społeczną w Brazylii.
Muszę też przyznać, że nie wiedziałem dokładnie, z czym będę musiał się zmierzyć, kiedy zaczynałem pracę nad doktoratem – zdarza się to w większości jakościowo-indukcyjnych projektów badawczych. Moje pierwsze badania terenowe w regionie zachęciły mnie do dokładnego zapoznania się z PBF, ale dopiero podczas drugiego pobytu zdałem sobie sprawę ze znaczenia praktyk klientelistycznych w programie i postanowiłem skupić się na tym zagadnieniu. W moim przekonaniu tego typu praktyki są powszechne na północnym wschodzie – choć odwiedziłem tylko kilka gmin – przy czym moja praca polega na wykazaniu, w jaki sposób wynikają one ze struktury, która jest właściwa nie tylko temu regionowi. Teoretycznie mogą one wystąpić w każdym innym miejscu i właśnie to w moim przekonaniu czyni moją pracę szczególnie istotną.
– Obecnie Brazylia stoi w obliczu chaosu politycznego. W momencie naszej rozmowy (marzec 2016) toczy się procedura postawienia w stan oskarżenia prezydent Dilmy Rousseff, a ponadto ikona zmian i najbardziej popularny prezydent w historii, Luiz Inacío Lula da Silva, jest przesłuchiwany przez policję w ramach dochodzenia w sprawie oszustwa na wielką skalę w państwowym koncernie petrochemicznym Petrobras. Czy Pana zdaniem Brazylia może wiele stracić z osiągnięć ostatnich 13 lat?
– Niestety, moja odpowiedź musi być wewnętrznie sprzeczna, gdyż mówiąc szczerze, nie potrafię przewidzieć przyszłości PBF w długiej perspektywie. Z jednej strony powiedziałbym, że nie powinniśmy się obawiać o zdobycze, w których Partia Pracujących (PT) odegrała ważną rolę. Na tym polega piękno demokracji: gdy rząd robi krok w dobrym kierunku, kolejny rząd nie może się po prostu wycofać, nawet jeśli się na taki krok nie zgadza. Jeżeli społeczeństwo uważa osiągnięcia za istotne, nowy rząd zostanie ukarany, gdy narazi je na szwank. Mówiąc konkretnie: żadna partia opozycyjna w Brazylii nie jest oficjalnie przeciw PBF. Takie stanowisko oznaczałaby polityczne samobójstwo.
Choć żaden z poważnych polityków pretendujących do najwyższych urzędów w państwie nie deklaruje sprzeciwu wobec PBF, od czasu do czasu politycy prawicowi występują publicznie przeciw programowi. Ewentualny prawicowy rząd, który zastąpiłby administrację PT, mógłby faktycznie zagrozić osiągnięciom społecznym, szczególnie w sytuacjach kryzysów gospodarczych, które zwykle usprawiedliwiają cięcia wydatków socjalnych. Jednocześnie opozycja nieustannie żali się, że podczas wyborów rozpowszechniane są fałszywe pogłoski, jakoby ewentualny rząd partii innej niż PT miał zakończyć program Bolsa Família. Aby im zaprzeczyć, najważniejszy prawicowy kandydat na prezydenta w wyborach 2014, senator AécioNeves, próbował przeprowadzić w kongresie ustawę przekształcającą PBF w prawo zagwarantowane konstytucyjnie, choć było jasne, że ustawa zostanie odrzucona przez deputowanych z partii rządzącej. Jego celem było postawienie Partii Pracujących w bardzo delikatnej sytuacji, zmuszając ją do podzielenia się częścią zasług z PBF z opozycją, która tak naprawdę sprzeciwiała się temu programowi od jego początków. Zasadnie czy nie, od wyborów w 2006 r. (ponowny wybór prezydenta Luli) opozycja próbuje umniejszać rolę programu w sporach z kandydatami PT. Pewna personalizacja programu (który jest powszechnie postrzegany przez beneficjentów jako dzieło i zobowiązanie prezydenta Luli) niewątpliwie podważa budowanie postaw obywatelskich, lecz to nigdy nie wydawało się przedmiotem szczególnej troski PT.
W związku z tym pragnę przejść do drugiej części mojej odpowiedzi: powinniśmy się obawiać utraty tego, co zostało osiągnięte, a PT ponosi ogromną odpowiedzialność za ten stan rzeczy. PBF został utworzony dekretem prezydenta, a jego podstawy prawnej nie można mylić z ustanowieniem prawa nabytego: „przyznawanie świadczeń w ramach PBF ma charakter tymczasowy i nie tworzy prawa nabytego. Uprawnienia rodzin do otrzymywania tych świadczeń powinny podlegać obowiązkowej kontroli co dwa lata” (art. 21 rozporządzenia 6.392, tłumaczenie własne). PBF to program rządu federalnego, a nie polityka społeczna umocowana w konstytucji (w Brazylii mówimy, że jest to program rządowy, a nie program państwowy). Jego beneficjenci nie mają prawa do świadczeń, gdyż takie prawo oznaczałoby dla osób kwalifikujących się do programu nieograniczony dostęp do zasiłku. Zasięg programu nie jest aktualnym problemem, więc niewiele się o nim mówi. Nie oznacza to jednak, że rząd może w dowolnej chwili zawiesić program lub zmienić jego reguły w dowolnym momencie zwykłą większością głosów w kongresie.
Po 13 latach sprawowania rządów na szczeblu federalnym PT powinna wykorzystać momenty, w których uzyskuje największe poparcie, aby uchwalić przepisy silniej chroniące PBF. Na rzecz takich zmian pracowało wielu członków partii; najbardziej znany z nich to były senator Eduardo Suplicy, uczestnik prac nad projektem podstawowego dochodu obywatelskiego (który był inspiracją dla programów pilotażowych wprowadzających CCT w Brazylii). Obecnie, w obliczu niepewnej przyszłości i przy najniższym odnotowanym poziomie poparcia, tego rodzaju przedsięwzięcia są nierealne i prawdopodobnie takie pozostaną przez bardzo długi czas. Kiedy impeachment prezydent Dilmy Rousseff staje się realną groźbą, nawet PMDB, partia wiceprezydenta (który prawdopodobnie obejmie urząd w razie odsunięcia obecnej prezydent od władzy), już sygnalizuje zamiar ograniczenia PBF i skoncentrowania programu na pomocy najbiedniejszym.
– Jak dzisiaj, w kontekście naszej rozmowy, interpretuje Pan hasło „Brasil, País do Futuro” („Brazylia, kraj przyszłości”)?
– Gdy słyszę (i czytam) hasło „kraj przyszłości”, pierwszą moją myślą jest konstatacja, że nie mamy żadnego projektu przyszłości. Od przyjęcia konstytucji w 1988 r. nigdy nie zadaliśmy sobie poważnie pytania, jakiego typu krajem chcemy być. Zajmujemy się pojedynczymi problemami, gdy przyciągają one powszechną uwagę (zwykle z powodu wstrząsających wydarzeń). Kilka sił politycznych rozdziera kraj, próbując uzyskać lub zachować władzę i zawsze krótkowzrocznie patrząc na przyszłość. Od bardzo dawna nasz kraj nie jednoczył się wokół jednego problemu, czy lepiej – jednego rozwiązania.
Choć brzmi to surrealistycznie, niektórzy wykorzystują bieżące kryzysy polityczne w Brazylii do propagowania dyktatury wojskowej, którą nazywają „interwencją” mającą na celu odbudowę kraju i oczyszczenia go z korupcji. W obszarze moich badań toczy się w kraju narastająca dyskusja o odpowiedzialności ludzi żyjących w ubóstwie za ich własną sytuację i pojawia się twierdzenie, że udzielana im pomoc jedynie zachęca ich do lenistwa. W Brazylii, kraju o takich nierównościach strukturalnych, powinniśmy oczekiwać lepszego zrozumienia mechanizmów ubóstwa. Dyskurs merytokratyczny po prostu nie pasuje do naszej rzeczywistości, a nieliczne przypadki kariery od najniższej do najwyższej warstwy społecznej jedynie potwierdzają wyjątkowość takiej drogi. W pewien sposób importujemy (czy raczej reanimujemy) konserwatywne dyskursy, które już nie pasują do naszej demokracji ani do naszego stulecia.
Trudno jest zatem obecnie odpowiedzieć na postawione pytanie. Jedyną rzeczą, której nam nie brak, jest potencjał. Mogę wskazać kilka dziedzin, w których Brazylia może w moim przekonaniu odegrać ważną rolę w świecie. Pierwsza to różnorodność kulturowa, szczególnie współistnienie różnych religii. Nadeszła krytyczna chwila, w której dokonujemy wyboru, w jaki sposób uporamy się z nietolerancją, przesądami i rasizmem, i warto w tym kontekście przywołać religie afro-brazylijskie. Druga dziedzina to ruch feministyczny. Tu podobnie – dyskusja o przemocy wobec kobiet i ich dyskryminacji osiągnęła wreszcie zasięg ogólnokrajowy, a ruchy feministyczne rozwijają się w Brazylii dynamicznie. Nasz kraj był niegdyś wzorem w dziedzinie ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju. Niedawna katastrofa tamy w pobliżu miasta Mariana i późniejsze zdarzenia (głównie opieszałość rządu i próby chronienia przedsiębiorstw odpowiedzialnych za katastrofę, które wspierały kandydatów na stanowiska polityczne ze wszystkich głównych partii) dowodzą, że sprawy miały się gorzej, niż się nam zdawało. Podsumowując, wśród krajów rozwijających się Brazylia była pionierem we wdrażaniu szeregu projektów mających na celu zapewnienie dochodu podstawowego i programów typu CCT, jednak nie jestem pewny, czy zostaną one doprowadzone do końca w najbliższej przyszłości. Powtórzę: w moim przekonaniu PT mogła wykorzystać okresy silnego poparcia, aby poczynić trwałe kroki w tym kierunku, lecz aktualna sytuacja jest niesprzyjająca.
Wciąż możemy odzyskać miano „kraju przyszłości”, którym niegdyś nas określano, a omówione przykłady wskazują, na czym powinniśmy skupić uwagę, aby to osiągnąć.
– Dziękuję za rozmowę.
„Brazylia, kraj przyszłości?” to książka pod redakcją Janiny Petelczyc i Marka Cichego, wydana przez Fundację Terra Brasilis i Książkę i Prasę przed Igrzyskami Olimpijskimi w Rio de Janeiro, latem 2016 r. Stanowi ona zbiór tekstów poświęconych Brazylii – jej polityce, historii, problemom społecznym, ekologicznym oraz kulturze. Jej celem jest próba przybliżenia Brazylii polskiemu Czytelnikowi. Część tekstów powstała w formie wywiadów, w tym: z Ladislauem Dowborem (brazylijskim ekonomistą, doradcą prezydenta Luli da Silvy) czy Nilmą Lino Gomes (minister ds. kobiet, równości rasowej i praw człowieka rządu DilmyRousseff). Ponadto w książce znajdują się teksty Adama Traczyka, Agaty Błoch, Aleksandry Pluty, Janiny Petelczyc, Julii Michaels, Zuzanny Jaegermann, Magdaleny Walczuk, Marii Wróblewskiej i Gabriela Borowskiego. Rozmowa z Flávio Eiró pochodzi z tej książki.
przez Katarzyna Górzyńska-Herbich | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016, Wywiad - kwartalnik
– Ostatnio ukazała się książka „Transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi”, która jest rozszerzeniem raportu z badań prowadzonych przez Pański zespół. Zacznijmy od rzeczy podstawowych – czym są miejskie obszary funkcjonalne?
– Michał Wolański: Miejskie obszary funkcjonalne to największe miasta i tereny do nich ciążące, z których ludzie codziennie dojeżdżają do szkół i pracy. Są one biegunami wzrostu oraz dobrobytu, a także szczególnym obszarem inwestycji publicznych. Tymczasem my chcieliśmy się skupić na terenach „Polski powiatowej” – obszarach, na których jedyna realna perspektywa pracy i edukacji, dostępna w ramach codziennych dojazdów, to miasta powiatowe.
– Publiczny transport zbiorowy, którym zajmowaliście się w tym badaniu, został ograniczony tylko do transportu autobusowego. Dlaczego to właśnie ten środek transportu znalazł się w kręgu zainteresowań Pana zespołu?
– Na kolej możemy narzekać, ale ona jednak jako tako funkcjonuje. Prawdziwe problemy wykluczenia transportowego zaczynają się tam, gdzie kolei nie ma, gdzie pasażerowie są skazani na własny samochód lub autobus. To właśnie te obszary stały się przedmiotem naszego zainteresowania.
– Jaki obraz wyłania się z tego badania?
– Niesamowicie smutny. Komunikacja pozamiejska się zwija – od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej została ograniczona prawie o połowę, omijają ją inwestycje unijne. Dla samorządowców najważniejsza jest budowa dróg, natomiast nie dostrzegają, że nie każdy może mieć lub prowadzić samochód – dotyczy to zwłaszcza osób najmłodszych, najstarszych, najbiedniejszych i niepełnosprawnych. Władze rządowe zupełnie pomijają problem. Nieliczne osoby, które walczą o komunikację publiczną – głównie personel PKS-ów – są już bardzo wypalone i zrezygnowane. Mimo to szacujemy, że w 2012 roku z komunikacji zbiorowej poza miastami korzystało regularnie ok. 2,5% mieszkańców kraju, czyli niemal co dziesiąty mieszkaniec obszarów wiejskich.
– A może inwestowanie w transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi po prostu nie ma sensu i będzie lepiej, jeżeli ludzie będą wiązali swoją przyszłość z dużymi miastami? Dlaczego warto w niego inwestować?
– Nie jest naszą rolą ocenianie, czy można zatrzymać wyludnianie się obszarów wiejskich. Jednak bez wątpienia zostaną tam jacyś ludzie, którzy na pewno będą mieć dzieci i nie zawsze znajdą czas, by zawieźć je do szkół. I to już jest wystarczający powód, aby utrzymywać tam odpowiedni transport. Z pewnością nie muszą to być wielkie autobusy kursujące co chwilę, ale trzeba też pamiętać, że dzieci powinny mieć możliwość udziału w zajęciach pozaszkolnych, spotkania się ze znajomymi, i tak dalej. Trzeba też zapewnić dostęp do podstawowych usług publicznych, takich jak przychodnie czy sądy.
– Nie tylko w potocznym odbiorze dominuje przekonanie, że miarą rozwoju gospodarczego kraju jest po pierwsze gęsta sieć autostrad i możliwość przemieszczania się po nich własnym samochodem. Podziela Pan tę opinię?
– Autostrady z pewnością są widoczne. Są też „łatwą” inwestycją, politycy je lubią, bo jeśli zostaną wybudowane, to przez pierwsze dziesięć lat z reguły nie są drogie w utrzymaniu. Tymczasem transport publiczny wymaga określonych, regularnych nakładów finansowych, których nie można pokryć z pieniędzy unijnych – nie wystarczy kupić autobus czy wybudować linię kolejową, bo trzeba również zapewnić rozkład jazdy.
– Czy mimo to warto w niego inwestować?
– Tak, ponieważ, mimo że wymaga on określonego nakładu środków, w zamian daje naprawdę sporo – jest dostępny dla wszystkich, zużywa mniej energii, emituje mniej zanieczyszczeń. Może również być znacznie wygodniejszy.
– Na potrzeby diagnozy problemów transportowych na obszarach wiejskich, używają Panowie modelu błędnego koła komunikacji pozamiejskiej. Co on opisuje?
– Jest to sprzężenie pomiędzy coraz gorszą ofertą transportu publicznego a coraz mniejszą liczbą pasażerów. Jedno powoduje drugie, a drugie wywołuje pierwsze. W efekcie od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej oferta transportu publicznego na terenach wiejskich została ograniczona o połowę.
– Jak planowanie rozwoju transportu na tych terenach wygląda dziś na poziomie państwa? Czy na podstawie dostępnych dokumentów możemy zrekonstruować jakąś wizję tego sektora?
– Jest to wizja czysto teoretyczna. Teoretycznie ważny jest rozwój obszarów wiejskich, teoretycznie ważne jest zapewnianie dostępu do edukacji oraz walka z wykluczeniem społecznym. W to wszystko rozwój transportu na terenach wiejskich wpisuje się przecież doskonale. W praktyce jednak nie ma żadnego planowania, i to – co ważne – właściwie na żadnym ze szczebli administracji publicznej. Wszystko pozostawione jest przedsiębiorcom. Taka sytuacja byłaby wprost niewyobrażalna na kolei i w komunikacji miejskiej, a w tym przypadku tak się dzieje.
– Czy wśród tych badanych obszarów można wskazać jakieś wewnętrzne zróżnicowanie? Gdzie jest najgorzej?
– Generalnie im dalej od dużych miast, tym gorzej. Zaobserwowaliśmy też taką zależność, że jeśli na danym obszarze upada PKS, to przewozy przejmują „busiarze” i poprawia się oferta na głównych ciągach, natomiast umierają „końcówki”, połączenia do małych wiosek, co ma dość oczywiste wady i zalety. Przede wszystkim jednak wiele zależy od entuzjazmu pojedynczych osób – jeśli on jest, to sporo ratuje. Stąd np. względnie niezła sytuacja w województwie lubuskim czy w Gryficach, gdzie mogą oddziaływać wzorce niemieckie.
– Wśród osób, z którymi prowadzono rozmowy, najliczniejszą grupę stanowią gimnazjaliści. Dlaczego to oni zostali wytypowani do badania? W uzasadnieniu, które pojawia się w raporcie, można znaleźć tezę, że wybór szkoły średniej determinuje dalszą ścieżkę kariery, ale również szerzej – całą drogę życiową. Mogłoby się wydawać, że współcześnie drogi awansu społecznego nie są już ściśle powiązane z wyborem szkoły. Panowie chyba jednak nie podzielają tego przekonania?
– Rzeczywiście – cały czas uważamy, że jeśli ktoś się urodzi na terenach wiejskich, to ma ograniczone możliwości rozwijania swoich pasji. I właśnie na etapie wyboru szkoły ponadgimnazjalnej musi podjąć pierwszy wybór – czy szkoła najbliższa, czy najlepiej odpowiadająca rozwojowi zainteresowań. Jest to szczególnie ważne dla osób rozważających technikum – nie w każdym powiecie młody pasjonat weterynarii czy budownictwa znajdzie odpowiednią szkołę. Być może stawką nie jest awans społeczny, ale wciąż są to wybory determinujące przyszłą pozycję zawodową, a w skali makro – jakość zasobów ludzkich kraju. Jakość, która – śmiemy twierdzić – jest ważniejsza od ilości. Wybraliśmy gimnazjalistów również dlatego, że w pierwszych latach szkoły ponadgimnazjalnej nie można samodzielnie prowadzić samochodu. Przeprowadzka do internatu także bywa trudna, bo w tym wieku bliskość rodziców jest wciąż ważna. Oprócz tego do ukończenia gimnazjum gmina ma obowiązek zapewnić transport ucznia do szkoły – później jest to już tylko problem dziecka i jego rodziców.
– W jaki sposób na mieszkańców obszarów poza miastami oddziałuje dostęp do transportu publicznego lub jego brak? Jakie problemy wiążą się z niedostatecznym rozwojem transportu na prowincji?
– Rozmawialiśmy z różnymi osobami, także z dorosłymi mieszkańcami, samorządami czy pracownikami urzędów pracy. Ci ostatni wprost stwierdzili, że często posiadanie własnego samochodu jest warunkiem zatrudnienia – chociażby w gastronomii albo w pracy zmianowej. Z kolei u gimnazjalistów zaobserwowaliśmy duże pogodzenie się z wyborem najbliższej szkoły, ogromną bierność, z której wyzwalają się tylko nieliczne jednostki. Z drugiej jednak strony utrzymanie samochodu pochłania sporą część wynagrodzenia. Ale rynek nie lubi próżni – pracownicy i uczniowie się organizują, dojeżdżają wspólnie, w niektórych regionach specjalny transport uruchamiają pracodawcy, często nawet korzysta się z autostopu przy podróżach do urzędów. To dobrze, że ludzie szukają rozwiązań, ale z drugiej strony – nie są one niezawodne i dostępne dla wszystkich, a jednocześnie prowadzą do dalszego osłabienia transportu publicznego.
– PKS-y to nieodłączny element krajobrazu PRL. Jak w transporcie na tym terenie wyglądało przejście od gospodarki centralnie planowanej do kapitalistycznej?
– Można wyróżnić kilka faz tych przekształceń. Na początku, jeszcze w latach 90., przedsiębiorstwa te były wykupywane na preferencyjnych warunkach przez ich załogi, chociaż w praktyce oznaczało to uwłaszczenie się dyrekcji na majątku przedsiębiorstw. Wiele powstałych w wyniku tego procesu firm odniosło duże sukcesy. Później postawiono na bardziej oficjalną prywatyzację, w wyniku której PKS-y kupiło między innymi kilka koncernów międzynarodowych, ale też wiele mniejszych firm. Te ostatnie były jednak częściej zainteresowane nieruchomościami dworców i zajezdni niż przewozami. Ostatnio część PKS-ów trafiła do samorządów bardzo różnego szczebla – na Podlasiu wiele firm przejął urząd marszałkowski, w Wielkopolsce zaś miasta, np. Kalisz czy Konin. Żadna metoda nie gwarantowała jednak sukcesu i w zasadzie w każdym przypadku ograniczano siatkę połączeń, ponieważ to nie własność jest kluczowa dla zapewnienia dobrej komunikacji, lecz nakłady bieżące i zrozumienie, że jest to takie samo zadanie samorządu, jak drogi czy szkolnictwo.
Pierwsze lata po zmianach nie były złe. Tak naprawdę trudności zaczęły się na przełomie wieków. Wtedy powstały gimnazja i wymyślono, że dowóz dzieci do nich będzie realizowany specjalnymi autobusami – ich zakup miał charakter polityczny, mający na celu promowanie reformy edukacji. Zamknięte przewozy osłabiły jednak sieć komunikacyjną – są miejscowości, do których dojeżdżają tylko gimbusy. Co ciekawe, zwykli pasażerowie też z nich korzystają, ale nielegalnie, płacąc kierowcom „do czapki”.
– Szansą na poprawę jakości transportu publicznego wydawało się wejście Polski do Unii Europejskiej i możliwość wykorzystania środków unijnych. Czy polskie samorządy z tego skorzystały?
– Zupełnie nie. Tylko kilka PKS-ów sięgnęło po fundusze unijne na transport pozamiejski – Bielsko, Kłodzko, Sokołów. To paradoksalne, że za pieniądze unijne, które mają na celu wyrównywanie różnic społecznych, kupujemy setki nowych autobusów dla wielkich miast. To nie tam zły transport jest przyczyną wykluczenia społecznego. Jednak to tam są struktury, które są w stanie „przerobić” fundusze.
– Co w takim razie wpływa na lepszy rozwój sieci autobusowej?
– Głównie pasja osób zarządzających przedsiębiorstwami komunikacyjnymi – ich chęć zrozumienia klientów (niestety rzadka), ratowania przedsiębiorstw oraz przekonywania samorządowców, że warto się zająć transportem publicznym. Tak się dzieje chociażby w badanych przez nas Gryficach.
– Właśnie, w badaniu wzięło udział dziewięć powiatów. Jak zostały wybrane?
– Nie było nas stać na reprezentatywność, więc postawiliśmy na różnorodność, którą skonsultowaliśmy z prezesem izby zrzeszającej PKS-y. Wybraliśmy zarówno takie obszary, gdzie PKS-y zawiesiły swoją działalność, jak i takie, gdzie możemy trafić na względnych prymusów.
– Ta różnorodność jest znacząca. Czy w związku z tym Pana zdaniem przeniesienie odpowiedzialności za finansowanie i organizowanie komunikacji na szczebel gminny, powiatowy lub wojewódzki – jak ma to miejsce dziś – jest dobrym rozwiązaniem?
– Uchwalona w grudniu 2010 roku Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym przypisała komunikację autobusową do zadań samorządów różnego szczebla. To unikat w skali europejskiej – w Niemczech są to wyłącznie powiaty, we Francji w momencie badania były to departamenty, a teraz są to regiony. Ostatnie 5 lat pokazało, że takie rozproszenie kompetencji powoduje niepodejmowanie działań. Samorządy, które w jakikolwiek sposób wzięły się do roboty, to ułamek całości.
– Kiedy przegląda się dane na temat powiatów, można zauważyć, że w wielu przypadkach komunikacja w poszczególnych wsiach i miasteczkach jest skierowana głównie do dużych, najczęściej wojewódzkich miast. Czy zgadza się Pan z taką obserwacją?
– Naszym zdaniem znaczna część podróży to przejazdy do siedzib powiatów, stąd zdecydowanie należy planować komunikację w skali co najmniej jednego powiatu. Wyraźne jest również ponadpowiatowe oddziaływanie dawnych miast wojewódzkich. Oddziaływanie dużych miast widzieliśmy w dwóch przypadkach – powiatów bydgoskiego i zawierciańskiego. Ten pierwszy został wybrany jako punkt odniesienia – jako jedyny zaliczał się do miejskiego obszaru funkcjonalnego, natomiast drugi pokazał, że oddziaływanie Krakowa jest znacznie silniejsze niż wynika to z oficjalnej delimitacji obszaru funkcjonalnego.
– Jakie są największe problemy komunikacji publicznej poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi? Jakie zarzuty pod adresem przewoźników są najczęściej zgłaszane?
– Przewoźnicy są już bardzo słabi i rzadko stać ich na refleksję nad popytem, badania czy choćby najprostsze działania marketingowe. Nie stać ich również na odnowę taboru czy szkolenie nowych kierowców.
– Jak na ofertę przewoźników wpływa ich silna orientacja komercjalizacyjna?
– Jeśli przewoźnik ma rzeczywiście silną orientację komercjalizacyjną, to jeszcze nie jest źle. Tak jest w Gryficach, gdzie połączenia „ratuje” się poprzez zmniejszenie taboru, dba o markę i relację z samorządami. Znacznie gorzej jest w innych przypadkach – wiele firm zgubiło się gdzieś między gospodarką centralnie planowaną a orientacją komercjalizacyjną, łącząc najgorsze cechy obu systemów i po prostu stopniowo „wycinając” połączenia.
– Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego w Szczecinie niedawno wprowadził na obszarach o mniejszej gęstości zaludnienia, na których liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej nie jest duża, autobusy na żądanie. To rozwiązanie, pochodzące z Niemiec, jest w badaniu rekomendowane na obszarach poza miastami. Dlaczego?
– Pozwala ono zaoferować usługę lepiej dopasowaną do potrzeb, a jeśli zupełnie nie ma pasażerów – ograniczyć koszty, np. poprzez skrócenie kursu. W Szwajcarii jest również traktowane jako swoiste „badanie rynku”, pozwalające ukształtować sieć dostosowaną do potrzeb. W Polsce jest jednak nielegalne – przewozy powinny być wykonywane zgodnie z rozkładami jazdy, listą przystanków oraz koniecznie autobusami (a nie np. mikrobusami). To swoista paranoja, utrudniająca ratowanie najsłabszych połączeń. Dlaczego wysadzając jedną osobę we wsi, w nocy, kierowca nie może wysadzić jej pod domem, tylko musi na przystanku?
– No właśnie, tego typu udogodnienia nie są w Polsce przewidziane, ale może zostały wypracowane jakieś rozwiązania, które mogą inspirować inne jednostki organizujące taki transport? Jakie jeszcze niestandardowe rozwiązania mogą usprawnić jego funkcjonowanie?
– Przede wszystkim postulujemy połączenie komunikacji publicznej ze szkolną. Tak zresztą zrobił np. opisywany przez nas podwarszawski Brwinów, dzięki czemu do wielu miejscowości dotarł pierwszy od wielu lat publiczny autobus. Co ważne, nie kosztowało to więcej, gdyż profesjonalny przewoźnik ma niższe koszty działalności niż gmina organizująca samodzielnie eksploatację autobusu i zatrudniająca kierowców (tak było wcześniej). Jest to jednak trudne pod względem formalnym – można popełnić błędy i wówczas samorząd musi zwracać nienależne pieniądze. Warto sięgać po fundusze unijne – dzięki współpracy powiatu bielskiego i PKS Bielsko-Biała mieszkańcy Podbeskidzia mogą korzystać z niskopodłogowych autobusów i przyjaznej taryfy strefowej, podobnej do tej z komunikacji miejskiej. Konieczne jest jednak zaangażowanie samorządu, który powinien być liderem. I powinny go również wspierać władze państwowe.
– Najważniejszym wyzwaniem dla przyszłości transportu poza miejskimi obszarami komunikacyjnymi wydaje się zmiana przepisów dotyczących ulg ustawowych oraz dopłat do biletów ulgowych w komunikacji publicznej, która wejdzie w życie 1 stycznia 2017 r. Z czego wynika jej znaczenie i jakie może przynieść skutki?
– Dopłaty do ulg ustawowych to ok. 30% przychodów przewoźników – zarówno PKS-ów, jak i busów. Teraz może je dostać każdy podmiot po spełnieniu określonych warunków formalnych. W ten sposób budżet państwa dotuje pozamiejską komunikację autobusową kwotą ponad 700 milionów złotych rocznie, jednak w zamian nie może stawiać żadnych warunków. System ten jest nieefektywny i prowadzi do nadużyć. Jego zmiana miała polegać na ograniczeniu od 1 stycznia 2017 r. dopłat tylko do tych linii, które będą objęte umowami z samorządem, stawiającym określone wymogi jakościowe, ustalającym maksymalną taryfę i minimalny rozkład jazdy. Zawarcie takiej umowy to jednak męka formalno-prawna, zajmująca zapewne około dwa lata. Obecnie odroczono ten termin do 1 stycznia 2018 r., ale to tak naprawdę zupełnie nic nie zmienia, poprzednio okres przejściowy wynosił przecież prawie dekadę.
– Jakie rozwiązanie tego problemu byłoby według Państwa najlepsze?
– Naszym zdaniem ten system powinien być całkowicie przebudowany. Samorządy powiatowe powinny dostać do podziału te 700 milionów w formie „znaczonych” pieniędzy i kompleksowo kontraktować za nie usługi, zgodnie z wzorcami umów przygotowanymi na szczeblu ministerialnym. Powinny także korzystać ze wsparcia unijnego na nowy tabor, udzielanego w specjalnych, prostych i standaryzowanych procedurach. Natomiast gminy powinny być zachęcane do dowozów dzieci do szkół za pomocą komunikacji publicznej, w tym negocjować z powiatami odpowiednie siatki połączeń.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 23 czerwca 2016 r.