Naszym celem jest przejęcie władzy – rozmowa z Marceliną Zawiszą i Adrianem Zandbergiem

 

– Co was uformowało w lewicowym duchu? Środowiskowo, intelektualnie? Jakie miejsca i czas?

Marcelina Zawisza: Pochodzę z górniczej rodziny. W takich domach jest silna tradycja związkowa. To na mnie oddziaływało. A późniejsze doświadczenia życiowe pokazały mi, że ilość posiadanych pieniędzy decyduje nie tylko o tym, jak się żyje, ale czy się w ogóle żyje. Szczególnie można to było zauważyć na oddziale onkologicznym.

– I było to dla Ciebie także doświadczenie polityczne?

– Miałam wtedy trzynaście, czternaście lat. Zobaczyłam, że dzieciaki z bogatszych domów mają dostęp do dodatkowych leków, lepszego jedzenia, co w przypadku chemioterapii jest kluczowe, a rodzice, którzy mieli stabilne zatrudnienie, mogli być ze swoimi chorującymi dziećmi, ponieważ przysługiwał im urlop wychowawczy. Takie dzieci miały większe szanse na wyjście z choroby. Widziałam też dzieciaki, które osamotnione, pozbawione troskliwej opieki, były w znacznie gorszym stanie. A tęsknota za bliskimi dodatkowo pozbawiała je sił i odbierała motywację. Dodam, że opieka zdrowotna była świadczona wszystkim na tym samym poziomie, pielęgniarki były wspaniałe, lekarze się starali – a jednak zasobność portfela rodziców pokazywała, gdzie jest czyje miejsce.

Adrian Zandberg: Jestem z ostatniego pokolenia, które wychowywało się jeszcze w epoce transformacji. Wróciliśmy z Danii do Polski, bo w połowie lat 80. rozchorował się mój dziadek i moja mama musiała wrócić, żeby się nim zajmować. Kursowaliśmy między Danią a Polską, żeby w końcu zostać w Warszawie. Jako dzieciak, a później nastolatek obserwowałem na moim podwórku rzecz naprawdę niesamowitą: w ciągu zaledwie kilku lat część moich rówieśniczek i rówieśników wykatapultowała się do nowej klasy średniej, a część poleciała w dół, nieraz dosyć mocno. W tym drugim przypadku to wcale nie była opowieść: tata pije i nic mu się nie chce. To były dzieci ludzi, którzy dostali po tyłku w epoce popiwku i masowego bezrobocia. Moja rodzina sobie poradziła, nie jestem ofiarą tamtych czasów. Ale są rzeczy, które wszyscy w latach 90. utraciliśmy – niezależnie od tego, kto gdzie ostatecznie wylądował na drabinie społecznej…

– Oranżadę w proszku? Wspólne dzieciństwo?

A.Z.: Wspólne podwórka, na których razem bawiły się dzieci z inteligenckich i robotniczych rodzin – to akurat była dobra rzecz. U schyłku PRL to się już oczywiście rozjeżdżało, rosły nierówności, ale ludzie z różnych warstw społecznych jednak byli ze sobą w większym stopniu przemieszani, zwłaszcza na dużych osiedlach w wielkich miastach. W tej samej klatce mieszkali ludzie, którzy pracowali w fabryce i tacy, którzy pracowali na uczelni czy w urzędach. Ich dzieci spotykały się przy trzepaku i razem grały w piłkę na boisku. To się skończyło. Długoterminowo paskudną cechą grodzonych osiedli, dzielenia miast na lepsze i gorsze strefy, jest to, że dorasta całe pokolenie, które nie ma już takiego doświadczenia. Dzieciakom z klasy średniej z dużych miast brak często tego „klasowego przekroczenia”, które niegdyś dawało podwórko, a którego nie dają dziś już ani internet, ani te formy spędzania czasu z rówieśnikami, jakie dostają w ofercie od dorosłych.

W mojej rodzinie dominowały raczej lewicowe poglądy, głosowano w wyborach na Solidarność Pracy, później na Unię Pracy. Jeśli chodzi o wybory polityczne, nie byłem zatem rodzinnym buntownikiem [śmiech].

– A czym byli dla was Młodzi Socjaliści?

A.Z.: To były dla nas też różne doświadczenia, bo od Marceliny jestem starszy o dziesięć lat. Nie będzie jednej odpowiedzi…

M.Z.: Przyszłam do już gotowej organizacji.

A.Z.: Zakładaliśmy Młodych Socjalistów, gdy Unia Pracy została zupełnie zwasalizowana przez postkomunistów. Próbowaliśmy zbudować coś w rodzaju politycznego harcerstwa. Chcieliśmy uratować to, co było dobre w projekcie solidarnościowej lewicy, a co na przełomie wieków – powiedzmy to wprost – zdychało. To była działalność formacyjno-edukacyjna, trochę w duchu „czerwonoharcerskim”. Można powiedzieć, że Młodzi Socjaliści byli młodzieżówką partii, która jeszcze nie powstała. Moje roczniki rozkręcały MS, a później przejęli to ludzie od nas młodsi, tacy jak Marcelina.

M.Z.: …wielokrotnie snuliśmy marzenia, że w Polsce powstanie partia, która będzie lewicowa i którą da się współtworzyć bez wstydu i poczucia straty poświęconego jej czasu i włożonych wysiłków.

Chodziłam do jednego z lepszych liceum w Katowicach. Pamiętam, jak ważne było dla mnie to, że jako jedna z nielicznych tam osób o lewicowych poglądach głośno i jasno o nich mówiłam. I to MS dawał mi poczucie wspólnoty. Dzięki tej organizacji wiedziałam nie tylko, że nie jestem sama ze swoimi lewicowymi poglądami, ale w dodatku wraz z innymi mogłam współuczestniczyć w procesie samokształcenia. Brakuje mi dziś takiego młodzieżowego środowiska jak Młodzi Socjaliści. I myślę, że to jest jakaś luka w przestrzeni społeczno-ideowej. Tym bardziej, że widzimy, jak chętnie zgłaszają się dziś do Razem osoby szesnasto-, siedemnastoletnie. To są dziewczyny i chłopaki, którzy mogą już podpisywać deklarację sympatyczek i sympatyków, ale nie mogą w pełni uczestniczyć w życiu partii.

A.Z.: Jest jeszcze jedna ważna sprawa, o której trzeba powiedzieć. Kiedy dzisiaj mówimy, że coś nie gra z neoliberalizmem, że ta opowieść nie jest jedynym obowiązującym, obiektywnym obrazem świata – to nasza krytyka jest obecna w debacie publicznej, choć nie jest oczywista. I nawet jeśli wciąż skazani jesteśmy na przepychankę na nierównych zasadach z głównymi graczami, to nasz głos słychać. Dziesięć, piętnaście lat temu to był trochę inny świat. To był czas, w którym nawet jeśli ludzie, którzy byli twórcami demokratycznej opozycji, jak Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski, pozwalali sobie na krytykę III Rzeczpospolitej, to mówiono o nich za plecami: o, stary zdziadział, tęskno mu za młodością, pewno brak mu piątej klepki. Poza tę tezę nie dało się wyjść w mainstreamie: kto krytykował potransformacyjne status quo, ten był szaleńcem.

Sądzę, że dziś jesteśmy w innym miejscu również dzięki partii Razem, dzięki temu, co udało nam się wydrzeć dla lewicy w debacie publicznej. To się zmieniło dzięki wielu środowiskom, często skłóconym ze sobą. To była robota, której dokonali i ludzie piszący do „Nowego Obywatela”, i ludzie piszący do „Krytyki Politycznej”.

– Przeskoczmy do bliższych nam czasów. Warto przyjrzeć się dzisiejszym politycznym podziałom na lewicy i temu, o czym one ewentualnie świadczą. Zatem: dlaczego nie poszliście do ostatnich wyborów parlamentarnych z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

M.Z.: Zawsze gdy odpowiadam na to pytanie, dostrzegam podobny problem – żeby nie licytować się z nikim na lewicowość.

A.Z.: I żeby nie ziewnąć.

M.Z.: Owszem, bo to pytanie często jest nam zadawane i często pada na nie odpowiedź.

Repetitio est mater studiorum.

M.Z.: Myślę, że sprawa jest oczywista. Jeżeli uważamy, że wartości, do których się odwołujemy, są faktycznie istotne, to nie możemy sobie pozwolić na to, żeby pójść do wyborów z partią odpowiadającą za funkcjonowanie w Polsce tajnych więzień CIA.

– Skoro tę odpowiedź wszyscy znają, to drążmy temat głębiej…

M.Z.: Jeżeli mówimy choćby o rynku pracy, to Sojusz Lewicy Demokratycznej wprowadził w Polsce agencje pracy tymczasowej. Jeśli rozmawiamy o prawach człowieka i prawie do mieszkania, to mamy eseldowską eksmisję na bruk, czyli ustawę stworzoną przez Barbarę Blidę. Przypomnijmy, że wtedy komornicy wraz z sądami walczyli o to, aby prawnie wskazać, kto nie może być objęty taką eksmisją, ponieważ nawet oni nie chcieli wysyłać na bruk kobiet w ciąży, osób starszych i bezrobotnych. I jak długo by ciągnąć ten katalog przewin, jest pewne, że Sojusz udowodnił, iż jest partią, której nie spajają żadne lewicowe wartości. Moim zdaniem na pierwszej linii frontu w tej formacji nie ma osób, które walczyłyby choćby o zapisaną w konstytucji Rzeczpospolitej sprawiedliwość społeczną.

– Trudno jednak zaprzeczyć, że i w SLD są polityczki i politycy o szczerze lewicowych poglądach.

M.Z.: Znam przynajmniej kilka osób, które wchodziły do SLD, ponieważ chciały tę organizację przekształcić od środka. I szczerze wierzyli, że im się uda, że przejmą władzę nad partią. Takich „przejmujących władzę nad SLD” trochę widziałam z bliska, bo część z nich przewijała się również przez Młodych Socjalistów. Przychodzili później potłuczeni i mówili, że tam nie da się nic zmienić, ponieważ na samej górze Sojuszu usadowili się ludzie absolutnie bezideowi, których obchodzą jedynie stołki.

Z taką organizacją nie idzie się do wyborów, no bo po co?

– Przynajmniej kilka lewicowych ugrupowań zna na to pytanie odpowiedź…

A.Z.: Kości tych, których skusiła zdradliwa pieśń pt. „Musicie być skuteczni, więc idźcie z SLD”, bieleją na skałach. Ani nie byli skuteczni, ani nie przetrwali. Ale to jest całkiem poważne pytanie: w jaki sposób można skutecznie upominać się o lewicowe wartości, które mają dziś w polskim społeczeństwie charakter mniejszościowy? To trzeba sobie uczciwie powiedzieć: ludzie, którzy mają dziś zarazem poglądy egalitarne ekonomicznie i wolnościowe światopoglądowo, są istotną – ale mniejszością – polskiego społeczeństwa. To jest 25, może 30 proc. Polek i Polaków. To jest przestrzeń, w której dziś operuje lewica. Jeśli chcemy zdobyć większość, musimy przekonać ludzi, którzy dziś lewicowi nie są. A to oznacza, że bardzo ważne są spójność i wiarygodność. Bo jeśli chcemy przekonać ludzi, którzy niekoniecznie się z nami zgadzają, to pierwszy krok polega na tym, że muszą zaufać, że to, co mówimy, jest na serio.

Pomysł na Razem to wizja, że da się przekonać do aktywności społecznej i politycznej mnóstwo ludzi rozczarowanych rzeczywistością. A SLD jest jak koleś, od którego nie kupiłbyś używanego samochodu – choć jeśli jesteś cyniczny, to zawsze możesz załatwić z nim jakiś interes na boku. Ale my nie chcemy tak uprawiać polityki, nie chcemy zawierać brudnych deali. To jest fundamentalna różnica między nami a nimi. Nie chodzi wyłącznie o katalog krzywd, jakie SLD wyrządziło różnym grupom społecznym, nie chodzi też jedynie o wartości, wokół których usiłujemy dziś organizować ludzi w Razem, a które przez ich działania zostały częściowo skompromitowane. Po prostu próba połączenia ich logiki funkcjonowania i naszej uniemożliwiłaby Razem rozwój, przekonywanie nowych ludzi do lewicowości – i skazałaby nas na paraliż.

– Dlaczego w takim razie nie poszliście do wyborów wspólnie z Piotrem Ikonowiczem? To jest przecież zdecydowanie wiarygodna marka.

M.Z.: Ukuliśmy kiedyś żartobliwie termin „biedyzm”. Piotr chyba się trochę o niego pogniewał i uznał za jednoznacznie krytyczny opis jego działalności.

– Lewica tylko dla ubogich?

M.Z.: Piotr robi lewicę tylko dla osób ubogich i formułuje przekaz, z którego wynika, że w Polsce żyją niemal wyłącznie ludzie ubodzy. I niestety nie posiada umiejętności takiego mówienia o lewicowych wartościach, żeby zachęcić do nich szerszą grupę Polek i Polaków. Bo to przecież nie jest tak, że ktoś się budzi, patrzy w lustro i wykrzykuje: „Ooo! Jestem lewicowym wyborcą/lewicową wyborczynią! Gdzie jest moja partia?!”. Nie, ludzie zapomnieli w ogóle, jakie lewica reprezentuje wartości i co mogłyby one dla nich znaczyć w ich konkretnej sytuacji życiowej.

Niedawno mieliśmy do czynienia w polityce z Januszem Palikotem. Wszystkie media po kolei mówiły, że jest on lewicowy, tylko dlatego, że upominał się o selektywnie wybrane „prawoczłowiecze” sprawy z całego spektrum lewicowych wartości. To było rażąco jednostronne spojrzenie, ponieważ ignorowało socjalno-gospodarczy wymiar lewicowej teorii i praktyki. Wracając do Piotra: nie sposób odmówić mu wielkich zasług, ale on z kolei stworzył wizerunek lewicy, która skupia się jedynie na najuboższych.

– Czyli Razem jest lewicą dla klasy średniej?

M.Z.: Nie, w ogóle nie o to chodzi.

A.Z.: Po prostu nieprawdziwa jest opowieść, że mamy homogeniczną polską biedę, którą wystarczy politycznie uformować, żeby upomniała się o swoje prawa – a wtedy lewica sięgnie po władzę. Podziały idą w nieco inny sposób. Jeżeli spojrzysz na część pracowników najemnych sektora produkcyjnego, to tak naprawdę zobaczysz niższą klasę średnią, która ma nie najgorsze pensje, wakacje, zapewnione prawa pracownicze. I – niestety – nie jest z automatu solidarna z tymi, którzy są w gorszej sytuacji.

W brutalny sposób przekonałem się o tym, gdy robiliśmy wiele lat temu szkolenia dla Związku Zawodowego Górników. Próbowaliśmy przekonać górników, że w ich interesie jest, aby wspomogli dziewczyny, które pracowały wtedy w dramatycznych warunkach na kasie w hipermarketach. To był czas, gdy kasjerki siedziały w pampersach. I ci górnicy powiedzieli nam: „E tam, nasze interesy są tutaj na grubie. My o swoje dbamy, swoje obronimy”. Skądinąd dziś tej kopalni już nie ma. To jest gorzka prawda o czasach transformacji. Część z tych grup zawodowych, którym udało się ocalić dla siebie skrawek państwa dobrobytu, nie obroniła go wraz z etosem solidarności, który obejmowałby troskę o coś więcej niż tylko własne, branżowe interesy. Ten etos trzeba odbudować.

M.Z.: …akurat górnicy strajkują razem z pielęgniarkami, nauczycielkami i nauczycielami…

A.Z.: …niestety, bywało różnie.

– Wróćmy do biedyzmu.

A.Z.: To nie jest tak, że lewica powinna być obecna jedynie wśród tych, którzy najbardziej w III RP dostali po tyłku. Świat pracy najemnej nie składa się jedynie ze społecznie wykluczonych i pracujących ubogich. Trzeba patrzeć na rzeczywistą strukturę klasy pracowniczej w Polsce. Jeśli chcemy realnej zmiany, realnie upomnieć się o bardziej egalitarne społeczeństwo, to nie możemy od tego abstrahować, bo stalibyśmy się wtedy równie naiwni jak dziewiętnastowieczni anarchiści, którzy marzyli, że przeprowadzą rewolucję społeczną z pomocą lumpenproletariatu.

Nam zależy na tym, aby uświadomić ludziom, którzy są pracownikami i pracownicami najemnymi, że faktycznie nimi są. Że jeśli siedzą w Mordorze na Domaniewskiej, przeklejając dane z jednej tabelki w Excelu do drugiej, to nadal są pracownikami najemnymi, a nie wyższą klasą średnią. Że wspólnota interesów łączy ich z innymi pracownikami, a nie z właścicielem biznesu, na który pracują.

Metodą na zbudowanie pracowniczej solidarności nie jest mówienie do pracowników korpo: „jesteście wrogami, ponieważ stać was na wakacje i władowaliście się w dwudziestopięcioletni kredyt na mieszkanie w obrzeżnej dzielnicy Warszawy”. Potrzebujemy pracowniczej solidarności, ale to musi być realna solidarność między realnymi ludźmi, a nie wykluczająca część pracowników fikcja czy klub rekonstrukcji historycznej klasy robotniczej z 1905 roku. Nie da się zbudować silnej lewicy bazując tylko na „biednych i wykluczonych”.

– Do kogo więc chcecie dotrzeć ze swoim przekazem?

A.Z.: Do pracowników. A więc także do tych grup zawodowych i społecznych, które często w Polsce lewica socjalna spisywała na straty, mówiąc: „to przecież klasa średnia”.

M.Z.: Ale to nie jest też tak, że jesteśmy wrogo nastawieni do Ikonowicza. Uzupełniamy się raczej na zupełnie bazowym poziomie.

– Przyjmijmy, że także w obrębie lewicowego elektoratu żadna formacja nie jest w stanie w pełni obsłużyć różnych grup interesów. I może w waszym przypadku są to jednak wyborcy i wyborczynie, którzy świadomie większą wagę przywiązują do wątków emancypacyjnych.

M.Z.: Odzywają się do nas ludzie z Almy, odzywają się ludzie z Bezpiecznego Listu, których Rafał Brzoska „odsprzedał” za jakieś śmieszne pieniądze. Oni w nas widzą obrońców i obrończynie praw pracowniczych, swoich interesów zawodowych. To są często ludzie zatrudnieni za 1500 złotych na rękę na umowach-zlecenie, osoby zatrudnione za pensję minimalną. Myślę, że udało nam się zbudować – zgodny z prawdą – przekaz, iż jesteśmy partią, do której warto się zwrócić ze swoimi problemami pracowniczymi.

A.Z.: Żeby skutecznie walczyć o ich prawa, nie można pozwolić na dalsze marginalizowanie problemów świata pracy. Tylko wówczas ludzie, którzy pracują w Almie, będą mogli na serio walczyć o swoje interesy, jeżeli również ludzie spoza będą przekonani, że to są naprawdę zasadnicze kwestie, że prawa pracownicze to prawa człowieka. Kiedy w biurze na Mordorze ktoś przeczyta o sytuacji w Bezpiecznym Liście i stwierdza: „Spotkało ich łajdactwo, trzeba coś z tym zrobić!” – to jest to dokładnie ta rzecz, o którą nam w Razem chodzi.

– Mówicie o sobie z pełną świadomością: polityczka i polityk?

M.Z.: Tak.

A.Z.: To chyba oczywiste.

M.Z.: Z tym że moim zdaniem nie ma takiego zawodu jak polityk czy polityczka. Jestem polityczką społeczną, ważny jest dla mnie socjaldemokratyczny program polityczny, ale nie wyobrażam sobie, że spędzę tak całe życie. Sądzę, że w przyszłości będę zajmować się np. pracą ekspercką.

A.Z.: Zależy nam, żeby ludzie, którzy działają w Razem, nawet jeśli przez jakiś czas zdarza się im być „zawodowymi politykami”, wiedzieli, że nie jest to rola na całe życie.

– Dlaczego?

A.Z.: Kryzysem polskiej polityki jest to, że ona szybko zasklepia się w małych elitarnych gronach. To widać nawet na poziomie organizacyjnym. Dlatego w Razem wypracowaliśmy mechanizmy, które – mamy nadzieję – będą takim procesom zapobiegać. Myślę o kadencyjności i kolektywnym zarządzaniu.

M.Z.: To samo chcielibyśmy/chciałybyśmy przełożyć na instytucje funkcjonujące w obrębie polskiej polityki. Dlatego domagamy się choćby kadencyjności w Sejmie – nie chcemy, żeby posłowie i posłanki żyli w przeświadczeniu, że są tam na zawsze. Podobnie w samorządzie.

– Zapytałem o to, ponieważ część ludzi Razem – może to specyfika naszych czasów, a może znak waszego miejsca w przestrzeni publicznej – jest równocześnie polityczkami/politykami i np. publicystami/publicystkami, aktywistkami i aktywistami miejskimi, działają w przestrzeni społecznej jako lewicowe feministki, lewicowi feminiści. Tylko że tak naprawdę jesteście poza wielkimi strukturami administracyjno-decyzyjnymi. A politykę w instytucjach robi się inaczej niż na ulicy.

M.Z.: Naszym celem jest przejęcie władzy. Po to jesteśmy partią, po to startujemy i przygotowujemy się do kolejnych wyborów. Jasne, chcemy być partią aktywistek i aktywistów, ponieważ działanie oddolne w sytuacji, gdy nie ma nas w parlamencie i w samorządach, jest jak najbardziej pożądane. A nawet gdybyśmy np. w samorządach weszli do jakiejś koalicji, to nadal będzie trzeba walczyć o miejskie sprawy, zabiegać o realizację wyznawanych przez siebie lewicowych wartości, wywierać presję na rządzących.

A.Z.: Zakładasz, że gdy bierze się odpowiedzialność za instytucje publiczne, to nie wypada już stać na ulicy i demonstrować. Jest dokładnie odwrotnie.

– Gdy jesteś politycznie decyzyjny/decyzyjna, masz inne narzędzia wprowadzania zmiany.

A.Z.: No właśnie – nie. Zupełnie się z tym nie zgadzam. To, co było siłą lewicy w XX wieku – mówił o tym choćby Olof Palme – to połączenie tych dwóch światów. Z jednej strony gotowość do bardzo pragmatycznej dyskusji o tym, jak przebudowywać instytucje, z drugiej – społeczna presja na instytucjonalną politykę ze strony aktywistów, związków zawodowych, plejady postępowych organizacji społecznych. Dopóki te ostatnie były silne, dopóki były w stanie – mówiąc mocno – trzymać za pysk także lewicowych polityków, którzy dochodzili do władzy w ich imieniu, to socjaldemokratyczne ugrupowania prowadziły politykę, która realizowała interesy szerokich grup społecznych.

W latach 80. i 90. XX w., po thatcherowskiej zimie, stało się coś bardzo złego z socjaldemokratycznymi formacjami w Europie. Trochę w wyniku dezindustrializacji, trochę w wyniku globalizacji, trochę w wyniku świadomego działania części elit socjaldemokratycznych ten świat został rozmontowany. Osłabła ożywcza presja walczącej o swoje interesy ulicy wywierana na partie parlamentarne. Zastąpiła ją rzeczywistość, w której formacje polityczne zdały się na wynajętych spin doktorów wskazujących na podstawie fokusów, co należy, a czego nie należy mówić. My jako Razem diagnozujemy to jako część problemu. Można oczywiście w oparciu o socjotechnikę zbudować partię, która wygra wybory. Ale tak się nie da zbudować lewicy, która zmienia świat.

– Ale nie da się też robić polityki bez mediów.

A.Z.: Relacje władzy są dziś oczywiste, zwłaszcza w społeczeństwie, które pożegnało fabrykę jako miejsce, gdzie toczyły się walki społeczne i następowało upolitycznienie. Żeby być skutecznym, trzeba używać takich strategii, które realnie są w stanie dziś oddziaływać na duże grupy ludzi. Oczywiście, są to również strategie medialne. I my to robimy.

– Na przykład?

A.Z.: Przypomnę akcję ze Starbucksem, który chciał w Niemczech zatrudnić pracowników i pracownice z Polski, żeby wykorzystać ich jako łamistrajków. Starbucks pękł, ponieważ uderzyliśmy w ich czuły punkt. Co jest istotą tej firmy? Z całą pewnością nie struktura własności, bo oni tak naprawdę wynajmują swoje logo ludziom, którzy od nich dzierżawią te lokale, nie jest nią też nadzór nad siłą roboczą w miejscu pracy, jak w starej fordowskiej fabryce. Oni mają logo. Ono jest ponadnarodowe. Przypuściliśmy atak na ich wizerunek – z dość skromnymi możliwościami partii pozaparlamentarnej z kilkuprocentowym poparciem w sondażach. Nie minęły siedemdziesiąt dwie godziny…

M.Z.: …zmobilizowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy osób, które zainteresowały się i podały dalej nasz przekaz.

A.Z.: Oczywiście, pomogli nam także nasi przyjaciele ze związków zawodowych, poruszyliśmy opinię publiczną również w Niemczech. To zadziałało. Firma pękła i wycofała się z wynajmu łamistrajków.

– Najwięcej osób w Razem zapisanych jest w stolicy?

A.Z.: Okręg warszawski jest najliczniejszy, ale z całą pewnością stolica nie ma całościowo liczebnej przewagi nad resztą kraju.

M.Z.: W tym momencie w Warszawie w Razem działa około pięćset osób. Największe struktury mamy we Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu, Gdańsku.

A.Z.: Nie ma się co dziwić – to największe obszary miejskie w kraju.

– Jesteście w stanie określić, ile osób, które należą do partii Razem, pracuje w instytucjach publicznych, lokalnych czy samorządowych?

M.Z.: Nie badaliśmy tego.

A.Z.: Interesują cię statystyki?

– Wyjaśnię, dlaczego o to pytam. Młodsze pokolenie lewicy często nie ma żadnego doświadczenia pracy w instytucjach państwowych. To SLD miał czas, żeby zrobić swój długi marsz przez instytucje…

A.Z.: …od 1945 roku [śmiech].

– W każdym razie: ciekawi mnie, jak postrzegacie swoje miejsce jako młodej lewicowej partii w instytucjach publicznych.

A.Z.: Porównanie z Sojuszem jest o tyle nieadekwatne, że to jest partia władzy. Co więcej, mówisz o formacji, która rządziła Polską w sposób niedemokratyczny przez kilkadziesiąt lat, a następnie sukcesywnie schodziła z tej władzy w epoce transformacji. I nie straciła jej przecież w sposób rewolucyjny.

Razem jest partią kontestacji, a nie partią władzy. Razem nie narodziło się z zarządzania instytucjami publicznymi ani z zawłaszczania ich. Nie jesteśmy meksykańską Partią Rewolucyjno-Instytucjonalną, nie jesteśmy Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą, nie jesteśmy Platformą Obywatelską. My narodziliśmy się z buntu, z poczucia, że coś głęboko nie gra w obecnym sposobie zorganizowania społeczeństwa, z gniewu znacznej części ludzi, którzy wcześniej kupowali liberalną opowieść, a później w praktyce zorientowali się, że to nie działa.

Pozycja społeczna tych osób jest podobna do sytuacji pierwszego pokolenia lewicy, które zaczęło budować socjaldemokrację w XIX wieku – to jest pozycja spoza istniejącego ładu społeczno-gospodarczo-politycznego. Jesteśmy na początku długiej drogi.

– No dobrze, to jak wyglądałby Instytut Pamięci Narodowej zarządzany przez kogoś z partii Razem?

A.Z.: Nie mamy na ten temat uchwały Rady Krajowej, ale jeśli miałbym wyrazić własną opinię, to wydaje mi się, że połączenie w jednej instytucji uprawnień prokuratorskich i badawczych jest niefortunnym pomysłem.

Ale tu chodzi o coś szerszego, co nas różni od innych partii. Nam się mocno nie podoba ten amerykański model myślenia o instytucjach publicznych, że partia, która przychodzi, wymiata jak miotłą od góry do dołu. I że tylko w ten sposób może zapewnić sprawne kontrolowanie instytucji.

M.Z.: Jeśli każda nowa ekipa rządząca wymienia poprzednich ludzi na swoich, to nie ma żadnej ciągłości. Znika ciągłość wiedzy i doświadczenia. W związku z tym mamy instytucje, które raz za razem zaczynają urządzać się na nowo. I to nigdy nie będzie działać – chyba że ktoś będzie rządził przez dwadzieścia lat…

– Zostawicie w administracji publicznej dyrektorów i dyrektorki, którzy będą z nadania Prawa i Sprawiedliwości albo – hipotetycznie – Kukiz’15?

M.Z.: Jeżeli będą mieli/miały kompetencje i jeśli będą wybrani/wybrane w sposób transparentny…

A.Z.: …to ostatnie nie ma szansy się udać, biorąc pod uwagę, jak to wszystko teraz funkcjonuje [śmiech].

M.Z.: No dobrze. Najważniejsze, żeby mieć kompetentnych urzędników. Oni mogą się z nami nie zgadzać co do poglądów politycznych. Ale powinni się troszczyć o dobro instytucji. W Szwecji urzędnicy i urzędniczki pełnią swoje funkcje nawet gdy zmienia się władza. To także buduje ciągłość i szacunek dla autonomii administracji, która negocjuje z politykami ewentualne zmiany czy reformy – w trosce o obywateli, którym przecież ma pomagać. Stąd ważne, żeby również nasza Służba Cywilna funkcjonowała jak najlepiej.

– Najprostsza odpowiedź brzmi: nie jesteśmy w Szwecji.

A.Z.: Nie jesteśmy też w Stanach Zjednoczonych. Tamtejszy system działa dlatego, że dwie partie polityczne, które jak miotła wchodzą raz na jakiś czas do instytucji, tak naprawdę utrzymują – często za pomocą parszywych relacji z biznesem – całą sieć kompetentnych ludzi zdolnych do tego, żeby zająć zwolnione przed chwilą miejsca w sektorze publicznym. Przy takim poziomie zaangażowania w życie publiczne, jaki jest w Polsce, przy takiej płytkości partii politycznych, jaką mamy, zdecydowanie się na model amerykański skazuje nas – przepraszam, że zabrzmię teraz jak z TVN-u – na Misiewiczów.

– Trzeba niestety przyznać, że Służba Cywilna ewidentnie wypadała z łask obecnej władzy.

A.Z.: To jest kłopot dla wszystkich, którzy mają bardziej propaństwowe poglądy. Państwo będzie działało słabo, jeżeli ludzie, którzy zarządzają tym, co publiczne, będą dobierani tylko według klucza partyjno-politycznego, bez refleksji nad ich kompetencjami. W dodatku jeśli za dwa-trzy lata do władzy dojdą osoby, które będą chciały rozmontować państwo, to będą miały w zanadrzu świetny argument: spójrzcie, to wszystko nie działa. I wykorzystają sytuację, żeby jak najwięcej tego, co publiczne, zdemontować, oddać rynkowi.

– Czyli urzędniczki i urzędnicy niższego szczebla, a także pracownice/pracownicy socjalni mogą liczyć na solidne podwyżki, gdy dojdziecie do władzy?

M.Z.: Jeśli chodzi o pracownice i pracowników socjalnych, to nie ma innej opcji niż poprawa ich sytuacji materialnej. Choć na tym problem się nie kończy: mamy dziś w Polsce jedną pracownicę socjalną na kilka tysięcy osób. To powoduje, że ich praca jest bardzo poważnie utrudniona. Niestety, doniesienia medialne w przypadku jakichś tragicznych wydarzeń skupiają się na tym, że pracownik socjalny czegoś „nie dopilnował”. Rzadko kto się zastanawia, jak wygląda obłożenie pracą takich osób, jak ich wynagrodzenie, a jak dobór do zawodu w takiej sytuacji. Dlatego nie tylko należy podnieść pensje, ale również zwiększyć liczbę pracownic/pracowników socjalnych.

Między innymi dlatego chcemy opodatkować wielkie korporacje, uszczelniać system podatkowy, żeby mieć pieniądze na państwo. I to są pieniądze, które trzeba wydać „na dole” – żeby całość działała.

– Nareszcie słynny razemowy neobolszewizm!

A.Z.: Słynny neobolszewizm, który lokuje nas pewnie w okolicach lewego skrzydła chadecji w zachodniej Europie z lat 60. XX wieku [śmiech Marceliny].

Dziś w Polsce władza znana z socjalnych obietnic nie odważyła się na wprowadzenie jednolitego podatku, który miał podnieść dochody na rękę osób najmniej zarabiających. Okazało się, że panowie z okolic Warsaw Enterprise Institute i tego typu środowisk, którzy mają coraz większy posłuch w kilku ministerstwach, byli w stanie zablokować coś tak naprawdę elementarnego, jak skończenie z regresją podatkową. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zdecydował się na realizację pomysłu, który od czasów Platformy leży w Ministerstwie Finansów, a który miał na celu nie tyle wprowadzenie realnej progresji podatkowej, ale chociaż faktycznej liniowości. Nawet to nie przeszło, bo okazało się, że lobbing biznesu jest naprawdę mocny.

Skoro w Polsce pan z banku [Mateusz Morawiecki – przyp. K. W.] robi za prospołecznego ministra-ekonomistę, choć jest za utrzymaniem faktycznej regresji podatkowej, to zaiste – my jesteśmy straszliwymi radykałami. Tyle że nasz „radykalizm” to tak naprawdę stara, dobra socjaldemokracja – ta sprzed epoki Schrödera i Blaira. A z czasów Palmego, gdy to pojęcie nie stało się jeszcze jedną ksywką obozu liberalnego.

– Jakiś czas temu byłem w Pałacu Prezydenckim na spotkaniu poświęconym promocji polskich start upów. Minister Morawiecki pół żartem, pół serio stwierdził, że bardzo by chciał, żeby któryś ze startupowców wymyślił aplikację, która znacznie poprawi ściągalność VAT. To anegdotka, ale myślę, że jego nastawienie do kwestii społeczno-gospodarczo-instytucjonalnych jest bardziej skomplikowane niż to przedstawiasz.

A.Z.: Na czym polega różnica między myśleniem naszym a Morawieckiego? Otóż jemu podoba się południowokoreański model rozwojowy. Ze wszystkimi tego pozytywami i negatywami. Czyli podoba mu się choćby wizja zrośnięcia oligarchii biznesowej z państwową. Podejrzewam, że podoba mu się także to, że w południowokoreańskim modelu rozwojowym nie było miejsca na związki zawodowe. Przypominam, że w jego strategii odpowiedzialnego – podobno – rozwoju nie znalazł się ani jeden slajd dla rad pracowniczych, dla głosu pracownic i pracowników. Myślę, że to nie jest przypadek.

Zgodzę się, że Morawiecki dostrzega rolę państwa jako istotnego aktora w modernizacji i nadganianiu zapóźnień. W tym różni się od naiwnych neoliberałów. Ale ci, którzy próbują zrobić z niego propracowniczego socjała, ignorują ten właśnie fakt – to wszystko przypomina państwo-patriarchę, który tu i ówdzie sypnie groszem, ale nie upodmiotowi. To jest kluczowy problem, ponieważ w ten sposób nie da się przekroczyć sytuacji gospodarczej, w której obecnie jesteśmy.

– Dlaczego?

A.Z.: Z dwóch przyczyn. Po pierwsze: geopolityka. Nie mamy amerykańskiego płaszcza jak nad Koreą Południową i w związku z tym możliwości prowadzenia polityki interwencjonistycznej. Ale także dlatego, że dzisiaj wartości dodanej nie wyciska się jak kiedyś z południowokoreańskich robotników fabrycznych. Polska na tym etapie rozwoju, na jakim jest, aby pójść dalej potrzebuje kreatywności pracownic i pracowników. A tego nie będzie, jeżeli nie zmienimy stosunków pracy w polskich firmach. Nie będzie rozwoju bez upodmiotowienia i demokracji.

– Widzę jeszcze jedną kwestię. Artur Wołek w książce „Słabe państwo” pokazuje, że państwo polskie w pełni sprawnie działa tam, gdzie jest wprost – w pewnych sytuacjach – „ręcznie sterowane” przez polityków najwyżej osadzonych w strukturach władzy. Natomiast znacznie gorzej sobie radzi w codziennym funkcjonowaniu, w operacyjnych regułach działania administracji i tworzenia prawa. Niewykluczone, że Prawo i Sprawiedliwość dostrzegło, że nie da się w III Rzeczpospolitej wprowadzać zmian inaczej niż przez bezpośrednie sterowanie poszczególnymi segmentami państwa. I zwielokrotniło ten proces. Pytanie, czy ta metoda, ten nawyk nie zakorzeni się już na stałe w naszej rzeczywistości politycznej.

A.Z.: Jesteśmy na antypodach takiej strategii. Nasz pomysł polega na upodmiotowieniu społeczeństwa, a co za tym idzie – zmianie polityki. Wkurza nas, gdy widzimy takie sytuacje, jak w Dobrzeniu Wielkim, który miał być wbrew woli mieszkańców przyłączony do Opola, a którym przez miesiące nikt się nie zajmował. Dopiero głodówka wywołała zainteresowanie mediów i zlecieli się tam politycy (po czym szybko zniknęli – byłem tam parę dni temu – ludzie nadal walczą). To właśnie ten sposób rozumowania, w którym można w ogóle ludzi nie zapytać o zdanie, wystarczy coś im narzucić – on będzie barierą rozwojową. Tego Morawiecki i PiS nie rozumieją.

M.Z.: Jeszcze jedna rzecz: mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat ludzie zaczęli bardziej aktywnie domagać się pewnych praw, które im przysługują. A Prawo i Sprawiedliwość próbuje to wygasić. Widać to również przy okazji projektów ustaw, które PiS składa. Markują konsultacje społeczne, ale de facto ich nie prowadzą. Wspólnie ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego prowadziliśmy zbiórkę podpisów pod wnioskiem o referendum edukacyjne, ponieważ PiS nie chce na serio konsultować swojej reformy oświaty – nie tylko z ZNP, ale także z rodzicami i ekspertami, i ekspertkami. Minister Anna Zalewska mówi nieprawdę na temat tego, co piszą autorzy ekspertyz, którzy później robią konferencję prasową i prostują jej wypowiedzi.

– A nie jest tak, że w Polsce część społeczeństwa chętniej wychodzi na ulicę, gdy rządzi pisowski nurt centroprawicy? Białe Miasteczko (2007) czy Czarny Protest (2016) to są wydarzenia z czasów rządów PiS – w epoce Platformy nie było tak znacznych wystąpień społecznych o wyraźnie lewicowym zabarwieniu, cieszących się dużym poparciem liberalnych środków przekazu.

M.Z.: Wiesz, dlaczego tak jest? Ponieważ PiS otwarcie chce odbierać części społeczeństwa konkretne prawa. I to takie, których istnienie było oczywiste. A gdy rządzi liberalna centroprawica, typu Platforma Obywatelska, to nie ma poczucia paniki, według mediów zachowane jest pewne status quo, a rządzący mówią: „Nie przejmujcie się polityką, róbcie grilla i bawcie się dobrze”. A że nie robią żadnych drastycznych ruchów, to ludzie nie odczuwają potrzeby, by się aktywizować. I wtedy PO po cichu odbiera im prawa pracownicze – bo trzeba „ratować rynek pracy przed kryzysem” – albo podnosi VAT, bo trzeba łatać budżet itp.

PiS to prawdziwi hardkorowcy. Naraz stworzyli mnóstwo pól sporu: Trybunał Konstytucyjny, reforma edukacji, lex Szyszko, Puszcza Białowieska, wizja zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Ludzie nie wiedzą, na którą demonstrację pójść. Wydaje mi się, że to wręcz pomysł na zniechęcenie ludzi do aktywności. Może władze liczą na to, że ludzie zobojętnieją? Ale to się nie uda. Te protesty wciąż będą wybuchać.

A.Z.: Jarosław Kaczyński w dużej mierze robi politykę przez kryzys. I ten kryzys jest metodą mobilizacji swojego zaplecza i polaryzacji sceny politycznej…

M.Z.: …a liberałowie tego nie robią.

A.Z.: Poza tym PiS w jednych sprawach dociska do ściany, w innych – powiedzmy uczciwie – od tej ściany odsuwa się o parę centymetrów i daje niektórym grupom społecznym oddech. Przecież to nie jest wyłącznie dialektyka przemocy, która utrzymuje PiS przy władzy dzięki samej polaryzacji.

M.Z.: Program 500+ znacznie ograniczył skrajne ubóstwo pośród dzieci.

– Wyście to powiedzieli.

A.Z.: Nie mamy problemu z tym, żeby dostrzec rzeczywistość.

– Pytanie, czy nie będziecie mieli problemów z dotarciem do elektoratu socjalnego z klasy ludowej, który jest mniej lub bardziej konserwatywny.

A.Z.: To nie jest takie oczywiste. Jeżeli spojrzysz na elektorat, który jest wręcz ogniście antyklerykalny, to zobaczysz z zaskoczeniem, że jego istotna część to ludzie z klasy ludowej. Nie jest też tak, że ten socjalny elektorat z warstw niższych zawsze odwołuje się do systemu wartości ukształtowanego przez Kościół.

Wybór polityczny to nie jest coś, co w sposób automatyczny w skali jeden do jednego przekłada się na porządek wartości, który ludzie wyznają. Ludzie muszą nazwać ten system wartości i uznać, że reprezentacja polityczna, która się do niego odwołuje, jest wiarygodna. I to jest droga, którą musisz pokonać, od momentu w którym określisz, kogo chcesz przekonać, do momentu, w którym ten ktoś ci zaufa. Przecież to nie jest tak, że można pstryknąć palcem i ogłosić: „Niniejszym nominuję was na swój elektorat, macie już na kogo głosować!” – a ktoś stwierdzi: „Super, od teraz głosuję na partię Razem!”. My jeszcze na te głosy musimy zasłużyć.

M.Z.: Musimy też wykonać dużą pracę edukacyjną. Dlatego staramy się nazywać wartości i uświadamiamy ludziom, w którym miejscu społecznego czy ekonomicznego spektrum się znajdują. Bo niestety często Polki i Polacy nie rozpoznają odpowiedniej dla siebie oferty politycznej. Pokazują to choćby analizy Ośrodek Badania Opinii Publicznej: duża część Polek i Polaków uważa, że związki zawodowe powinny być silniejsze i są potrzebne, że udział płac w Produkcie Krajowym Brutto powinien być większy, tzw. socjal większy, a podatki wyższe dla bogatszych. A później, gdy przychodzi co do czego, głosują na Nowoczesną i Kukiz ’15.

W ciągu ostatnich dekad nie rozmawialiśmy o wartościach społecznych i interesach ekonomicznych, jakie realnie reprezentują poszczególne ugrupowania. Duża część debaty publicznej poszła za to w tematy zastępcze, w kwestie dotyczące personalnych rozgrywek i antypatii między politykami.

A.Z.: Jako Razem wbijamy się w świat, w którym polityczne tożsamości zostały zbudowane wokół innej osi niż ta, która w naturalny sposób robi przestrzeń dla lewicy. I żeby odzyskać tę przestrzeń, musimy także wywalczyć przesunięcie osi debaty publicznej. To się dzieje – wyobraź sobie 5-6 lat temu przestrzeń dla pisania w „Gazecie Wyborczej”, że wielki biznesmen Rafał Brzoska jest tak naprawdę wielkim hochsztaplerem, który oszukał tysiące ludzi. Wyobraź sobie kilka lat temu przestrzeń na powiedzenie w TVN – bez otrzymania następnie ciosu maczugą w głowę – że należałoby w Polsce zająć się problemem unikania podatków przez wielkie korporacje. Tak a propos marszu przez instytucje: tutaj też jest duża robota wykonywana przez dziennikarzy i dziennikarki mainstreamowych mediów. Myślę nie tylko o oklepanych nazwiskach, takich jak Rafał Woś, Wojciech Orliński, Grzegorz Sroczyński, nie tylko o takich osobach jak Adriana Rozwadowska czy Michał Danielewski, ale też o dziennikarkach i dziennikarzach prasy ekonomicznej, choćby tych, którzy pracują w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, o ludziach, którzy w przeróżnych dodatkach ekonomicznych rozkruszają ten beton od środka w money.pl czy bankier.pl.

– A co z elektoratem, który jest w jakimś stopniu socjalny, ale jest też seksistowski albo szowinistyczny czy antyimigrancki? Jaka może być oferta lewicy dla takich wyborców i wyborczyń?

A.Z.: Żyjemy w społeczeństwie, które jest patriarchalne. Nie jest zatem tak, że mamy socjalny ciemny lud i oświeconych korpoludków.

– To jest jasne.

A.Z.: Jak pojedziesz do Mordoru, to też będziesz miał do czynienia z radykalnym seksizmem…

M.Z.: …i rasizmem…

A.Z.: I innymi negatywnymi postawami, którymi nasze społeczeństwo jest przesiąknięte. Zupełnie nie kupuję opowieści, że klasa ludowa pod tym względem jest „fe”, a elity „cacy”. Lewica musi się wobec tego mądrze określić. To nie znaczy, że lewica ma się tutaj cofać. I nie wolno jej się cofać. Lewica, który rezygnuje z kwestii prawoczłowieczych, to po prostu nie jest lewica. Ale trzeba przekonująco mówić do tych, którzy dziś bezrefleksyjnie powtarzają rasistowskie czy seksistowskie klisze. Nasz obowiązek to ich przekonać, a nie obrazić się na to, że istnieją, i zamknąć w swojej banieczce.

M.Z.: Trzeba starać się rozmawiać z ludźmi. Uczestniczyłam w górniczych protestach. Niesamowite dla mnie było zobaczyć, jak inaczej ludzie reagują w trakcie zwykłej rozmowy twarzą w twarz, gdy wprost się z nimi skonfrontować. Jestem niewysoką młodą kobietą, wyglądam na jeszcze mniej lat niż mam, w związku z czym oni wszyscy na początku rzucali jakieś seksistowskie żarty. Gdy kilkakrotnie odpowiedziałam odwróconym seksistowskim żartem, to inaczej ustawiało dyskusję. Powiedziałam jasno: tak, jak oni nie chcą, żebym zwracała się do nich w sposób, który im nie odpowiada, tak i ja nie chcę, żeby oni do mnie mówili w pewnej formule. Nie obraziłam się na nich, oni nie obrazili się na mnie, ale odpuścili sobie seksistowskie żarty.

– Ty umiesz tak rozmawiać, pytanie, jak inne i inni.

A.Z.: Przecież ludzie z naszej partii nie wzięli się znikąd, wyrośli z tego społeczeństwa, umieją sobie w nim radzić i z nim rozmawiać. To naprawdę nie są osoby z innego wymiaru.

M.Z.: Powiem więcej – przecież w Razem są też ludzie, którzy kiedyś byli seksistami, szowinistami. Z takich rzeczy się wychodzi, jeśli trafia się na ludzi, którzy potrafią pokazać, że to nie jest nic dobrego. Przecież w naszej partii są też osoby, które niegdyś były korwinistami lub chciały głosować na Pawła Kukiza. One innym opowiadają o swoich doświadczeniach i to działa. I szerzej: dzięki rozmowie to naprawdę jest do zrobienia – można pokazać, że krzywdzi nas nie ktoś, kto ma inny kolor skóry, jest innego wyznania czy innej orientacji seksualnej, ale np. koleś, który płaci podatki na Cyprze i wyzyskuje pracowników i pracownice. Ale to się musi dziać.

A.Z.: Na lewicy długo nie było konwertytów, bo skąd mieliby się wziąć? Teraz mamy w partii ludzi, którzy są konwertytami. I bardzo dobrze. Trzeba zdobywać kolejnych…

– A jak wyglądają sprawy prowincji/peryferii w waszym programie? Raz po raz wracacie do problemu transportu publicznego…

M.Z.: Jesteśmy jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym krajem w Unii Europejskiej, w którym nie ma systemowego zagospodarowania środków finansowych wspierających komunikację autobusową. I to jest prawdziwy dramat, jeżeli nałoży się na bardzo słabą infrastrukturę połączeń pasażerskich w danym regionie. Nasze okręgi na Podkarpaciu muszą walczyć o to, żeby nie zostać zupełnie odcięte od komunikacji masowej. To jest straszne, jeśli pomyślimy o losie starszych osób, które muszą jeździć do lekarza, jeśli pomyślimy o miejscowościach, w których nie ma nawet sklepu, co dodatkowo utrudnia życie ludziom mniej czy zupełnie niemobilnym. Byłam niedawno na Podlasiu. Jeśli chcesz tam pojechać do sklepu, to wsiadasz w PKS, jedziesz kilkanaście kilometrów, a później musisz długo czekać na kolejny PKS. Jeśli nawet to znika, to część ludzi jest skazana jedynie na obwoźny handel, czyli na przykład na samochód, który raz na tydzień przyjeżdża z chlebem. W dodatku mamy do czynienia z wycofywaniem się prywatnych przewoźników, bo tam, gdzie komunikacja masowo jest całościowo wygaszana, to i im przestaje się to opłacać.

– Ale jak dotrzeć do wykluczonego elektoratu z prowincji? Jaką politykę informacyjną może uprawiać lewicowa partia w świecie liberalnych i prawicowych mediów?

A.Z.: Jeśli chodzi o dotarcie do prowincji, to akurat media liberalne mają mniejszy zasięg. Bo tam ludzie wciąż częściej mają tę telewizję, która jest dostępna z pomocą zwykłej anteny, a nie na przykład Cyfrowy Polsat.

– Czyli TVP.

A.Z.: Tak. Stąd jeśli miałbym o czymś mówić, to raczej o tym, że problemem jest brak telewizji naprawdę publicznej. Na jej miejsce panowie z PiS zrobili wołający o pomstę do nieba i obrażający ideę telewizji publicznej propagandowy folwark. To działa tak źle, że gdy liberałowie dojdą znów do władzy, użyją TVPiS jako argumentu, żeby zaorać i sprywatyzować telewizję publiczną. Żeby było jasne – Platforma Obywatelska też nie robiła obiektywnej telewizji, ale to, co wylewa się dziś z „Wiadomości” TVP, to po prostu skandal.

Trzeba też uczciwie powiedzieć, że borykamy się dzisiaj ze strategią dla regionów wiejskich. Ten rodzaj struktur, który budujemy w Razem, działa lepiej w świecie miejskim, także z tego trywialnego powodu, że nasze formy wsparcia pracownic i pracowników oraz organizacji pracowniczych łatwiej działają w świecie miast niż miasteczek, i lepiej w świecie miasteczek niż wsi.

Wyzwaniem jest dla nas świat „bieszczadzki” czy „podkarpacki”. Tam nasze działaczki i działacze testują strategie, które są zupełnie inne niż wielkomiejskie. Jeżeli walczą o komunikację publiczną, to do niektórych wiosek muszą dojechać na rowerze, żeby rozwiesić tam plakaty. Nie dotrą tam przy pomocy internetu ani lokalnych mediów, taki obieg informacji często tam nie istnieje. Trzeba sięgać po własną poligrafię.

M.Z.: Z kolei jeśli chodzi o politykę historyczną, mamy już całkiem sporą serię gazetek, które staramy się masowo rozdawać, bo wiemy, że trudno jest z naszym przekazem historycznym dotrzeć do dużych ośrodków telewizyjnych, albo jest w nich pokazywana w wersji „red is bad”, albo nie ma jej w ogóle. My te jednodniówki rozdajemy na targach, w przychodniach lekarskich. I to działa – ludzie przychodzą na zebrania partyjne po raz pierwszy i mówią, że czytali te nasze druki.

A.Z.: Ciekawe jest to, że papier wciąż pozostaje bardzo skutecznym medium. Zwłaszcza jeśli chodzi o budowanie świadomości, że w ogóle istniejemy. Bo też trzeba powiedzieć otwarcie: problemem Razem jest ciągle najniższa rozpoznawalność wśród znaczących partii w Polsce. I to trochę zajmie. Zanim komunikat, kim jesteśmy i o co nam chodzi, dotrze do ludzi, przetrze szlaki w niekorzystnym otoczeniu, z jednej strony zdominowanym przez korporacyjne media prywatne, a z drugiej przez telewizję i media rządowe, to niestety musi zająć czas. Wywiad, który może ukazać się na łamach „Nowego Obywatela”, z oczywistych względów nie może ukazać się na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” albo „Tygodnika Solidarność” i musimy do ich czytelniczek i czytelników dotrzeć inaczej, obchodząc to dookoła…

– Udało mi się z Marceliną i Katarzyną Paprotą zrobić wywiad do „Gazety Polskiej Codziennie” przed wyborami w 2015 roku. Teraz z wielu przyczyn ta sztuka już by się raczej nie powiodła.

M.Z.: Poza tym stawiamy na działania lokalne i na obecność w lokalnych środkach masowego przekazu, bo to ma nieraz niesamowity zasięg. Uważam, że media lokalne są w Polsce mocno niedoceniane. A w związku z tym, że nasze okręgi są szalenie aktywne i robimy chyba najwięcej akcji spośród wszystkich partii w Polsce, łącznie z tymi parlamentarnymi, gościmy na ich łamach często.

Robimy przeróżne rzeczy. Na przykład niedawno w Lublinie została oficjalnie wydana broszura z okazji siedemsetlecia miasta z postaciami ważnymi dla jego historii. Nie uwzględniono w niej w zasadzie żadnej kobiety. Nasze działaczki i działacze w odpowiedzi zorganizowali spacer po mieście, w trakcie którego opowiadali o kobietach, które były ważne dla Lublina. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, także jeśli chodzi o media. Na tym spacerze było kilkadziesiąt osób, ale o nim i o jego bohaterkach mogło przeczytać czy usłyszeć nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi, bo lokalne media mają takie zasięgi.

– Mówiliśmy o TVP. A jak się przedstawiają wasze relacje z prywatnymi dużymi telewizjami? Mam wrażenie, że jesteście im potrzebni i potrzebne głównie wtedy, gdy trzeba dołożyć Prawu i Sprawiedliwości. A przecież nie można zapominać także o ich odpowiedzialności za wiele ciemnych stron III RP.

A.Z.: Nie jesteśmy niczyimi pupilami i musimy się napracować, żeby dotrzeć z naszym przekazem. Ale tam przynajmniej nie ma na nas zapisu. W przypadku tych mediów moim zdaniem potrzebny jest często po prostu dobry pomysł. Konkretny przykład – skierowany przeciwko polityce ministra środowiska Jana Szyszko pomnik piły pod Sejmem. To klasyczna praca z mediami – trzeba się zastanowić, jaki zbudować obrazek, który później będzie im hulać i który będzie na tyle atrakcyjny, że trudno im go będzie odpuścić. To są stare alterglobalistyczne strategie z lat 90. XX w. dotyczące tego, jak robić demonstracje, żeby nie były smutnym przemarszem 50 tys. związkowców, który można zignorować albo ośmieszyć, ale żeby były na tyle intrygujące w jednym obrazku i tak zbudowane jako opowieść, żeby miały szanse się przebić.

Natomiast jest oczywiste, że prywatne media ponoszą w Polsce odpowiedzialność za bardzo wiele negatywnych aspektów transformacji. A przez to, że pasły arogancję Platformy Obywatelskiej, odpowiadają także za wyhodowanie PiS-u takiego, jakim jest on dzisiaj. To także ich odpowiedzialność, że przestrzeń do debaty publicznej, która dopuszcza również krytykę neoliberalizmu, otwierała się tak powoli, że ta krytyka stosunków społeczno-gospodarczych, która na świecie rozlała się po 2008 roku, do nas przyszła zdecydowanie później i na nieporównanie mniejszą skalę.

– A jak widzicie przyszłość lewicy w kontekście wyraźnych już zmian społeczno-gospodarczych?

M.Z.: Z jednej strony widać, że np. w sieciach handlowych oferuje się coraz lepsze warunki płacowe i normalne umowy o pracę. Ale do rynku pracownika jest jeszcze bardzo daleko. Wystarczy spojrzeć na udział płac w PKB – Polska jest na szarym końcu. Wciąż czeka nas spora walka o bardziej godne warunki pracy.

Jako lewica musimy uświadamiać ludzi, że powinni być aktywni w walce o swoje prawa. Z całą pewnością gdy będą mieli lepsze warunki zatrudnienia, to nie tylko wpłynie to na kształt rynku pracy, ale również na to, jak będą postrzegali swoją tożsamość, jakie będą mieli nastawienie do świata.

Obecnie to, co robi PiS, wprowadzając selektywnie socjalne rozwiązania, właściwie zaciemnia obraz tego, czym tak naprawdę powinna być polityka społeczna i jak powinno funkcjonować państwo dobrobytu. To także jest wyzwaniem, przed którym stoimy. Jestem jednak przekonana, że Razem wejdzie do Sejmu i z tej pozycji będzie nam dużo łatwiej budować silną lewicową formację, która za kilka lat przejmie władzę.

A.Z.: Bardzo nie lubię pojęcia „rynek pracownika”. Ono abstrahuje od tego, że w gospodarce prywatno-rynkowej relacje władzy nie wyglądają jak z opowieści Adama Smitha o rynku, na który wychodzi szewc i spotyka się z piekarzem i na zasadzie równych podmiotów dokonują transakcji. Mamy do czynienia z relacją opartą na różnych formach przewagi kapitału nad pracą, która może być mitygowana przez związki zawodowe, państwo lub prawo, ale nierównowaga jest po prostu systemowa. Zatem ta opowieść o „rynku pracownika”, która pojawia się za każdym razem, gdy okazuje się, że w ciągu 24 godzin nie da się zastąpić jednego człowieka drugim za obecną płacę minimalną, jest moim zdaniem raczej dowodem na to, jak bardzo polscy pracownicy i pracownice dali się w tym ringu zapędzić do narożnika. Marcelina słusznie mówiła o niskim poziomie polskich płac w PKB. Ale dodajmy rzecz gorszą – w Polsce ten wskaźnik przez lata spadał.

Nie mniej ważna niż dochód jest możliwość wywierania wpływu na rzeczywistość, w której się funkcjonuje i spędza czas, czyli to, jak wyglądają stosunki i relacje pracy. Z jednej strony jest to bariera rozwojowa. Polscy biznesmeni udowodnili, że to nieprawda, że z niewolnika nie ma pracownika – i wycisnęli z tego całkiem niezłe zyski. Natomiast z niewolnika nie ma kreatywnego pracownika. Z drugiej zaś strony, jeżeli nie uda się wywalczyć upodmiotowienia w miejscu pracy, jeżeli pracownik nie nauczy się spierać z szefem, także po to, żeby zawierać potem kompromisy, to będziemy ciągle dziwić się, czemu pomimo wzrostu gospodarczego wciąż mamy społeczny marazm i przyzwolenie dla autorytaryzmu. Ono zaczyna się w miejscu pracy i jest przenoszone stamtąd dalej.

– A przy okazji – z którym związkiem zawodowym współpracujecie najbliżej?

M.Z.: Współpracujemy ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych…

A.Z.: To jest zwykle bardzo konkretna współpraca w ściśle określonych sprawach.

– Nie planujecie sojuszy między partią a związkiem zawodowym?

A.Z.: To jest typowy pomysł w polskiej polityce: zobaczmy, co zostało z tych rachitycznych organizacji społecznych, które jeszcze zipią, i każmy im podpisać lojalkę, a później będziemy ich traktować jak SLD traktowało OPZZ. To nie jest dobra metoda, bo potrzebujemy w Polsce wzmocnienia ruchów społecznych i traktowania ich na serio i po partnersku także przez partie polityczne. Bo jeżeli one się nie wzmocnią, to zmiana społeczna, o której jako Razem mówimy, nie będzie możliwa. A gdy mówimy, że jesteśmy na początku drogi, to nie chodzi jedynie o 30 proc. mandatów w Sejmie. Rzecz też w tym, aby istnieli partnerzy społeczni, którzy w miejscach pracy, w przedsiębiorstwach, w szkołach czy usługach publicznych będą w stanie upominać się o tę agendę razem z politykami.

– Jakkolwiek jeszcze jesteście zbyt mali, żeby wobec związków zawodowych występować z pozycji siły. Nie powiem, że wszystko przed wami, żeby nie psuć nastroju.

A.Z.: Dowcip polega na tym, że byśmy nie chcieli.

M.Z.: Różnica między Razem a innymi partiami polega na tym, że my przychodzimy do związków zawodowych, siadamy i pytamy: jak możemy wam pomóc? I wtedy im pomagamy. Naprawdę nam zależy, żeby mieć ze związkami zawodowymi dobry partnerski kontakt.

A.Z.: Albo uczciwie mówimy – nie, tego nie jesteśmy w stanie zrobić.

– Z „Solidarnością” też udaje się wam współpraca?

A.Z.: Zdarzało się nam być z Sekretariatem Handlu na wspólnych demonstracjach w sprawie „Biedronki”. Ale nie oszukujmy się – w tym momencie centrala „Solidarności” wzięła kurs na sojusz z rządzącą partią. Za wszelką cenę, jak pokazało ostatnio kapitulanckie stanowisko centrali w sprawie płacy minimalnej.

– Przejdźmy do następnego wątku. Dwa zdania. Pierwsze: „prawica zawłaszczyła politykę historyczną”. Drugie: „lewica oddała prawicy walkowerem politykę historyczną”. Które uważacie za bardziej prawdziwe lub mniej fałszywe?

M.Z.: Zgadzam się z tym drugim. Istniejące wcześniej organizacje lewicowe nie zajmowały się tym tematem – sądzę, że w znacznej mierze dlatego, że nie miały po temu dość rąk do pracy.

A.Z.: A ja sądzę, że nadszedł czas, żeby przestać się biczować i uświadomić sobie jedną rzecz: prawica ma instytucje. Prawica robi to, co robi i robiła przez całe ostatnie dwadzieścia lat przy pomocy potężnych instytucji: kościelnych i publicznych, mocno wychylonych w prawo także za rządów Platformy. No i z pomocą prywatnego biznesu, który nie tak rzadko również stoi za prawicą. Trudno zatem oskarżać lewicę o to, że bez kart w ręku nie była w stanie zrobić tyle, co oni.

– SLD do pewnego momentu miało naprawdę sporo kart w ręku.

M.Z.: Myślę, że to nawet lepiej, że akurat oni nie robili polityki historycznej…

A.Z.: Gdyby prawica nie miała przez lata wsparcia instytucjonalnego, gdyby musiała radzić sobie mając tyle zasobów, co niezależna lewica, to siedziałaby z płaczem w zakrystiach i opowiadała o tajnych spiskach przeciw sobie. Rozproszone i niewielkie środowiska lewicy i tak zrobiły potężną robotę, mając tyle, co nic. A to dopiero początek.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 20 marca 2017 roku

Miasto, lewica, feminizm – rozmowa z Hanną Gill-Piątek

– Chciałbym zacząć rozmowę od pokazania Twojej biografii światopoglądowej i źródeł aktywności społecznej. Jakie doświadczenia kształtowały Cię jako publicystkę, społecznicę, aktywistkę miejską, urzędniczkę samorządową?

Hanna Gill-Piątek: Nic tego nie zapowiadało. Od 2000 roku pracowałam w dużych międzynarodowych agencjach reklamowych, co w tym czasie oznaczało dość wysokie zarobki i brak zaangażowania w życie publiczne. Ale miałam za sobą okres wychowywania dziecka w Łodzi, w trakcie kryzysu balcerowiczowskiego. I te odmienne doświadczenia, studencko-łódzkie i korporacyjno-stołeczne, były bardzo skontrastowane. Pamiętam, że już w Warszawie zawsze mocno dziwiłam się, jak można jeździć taksówkami – jak robili moi koleżanki i koledzy z pracy. W Łodzi niewielu było na to wtedy stać.

– I co się stało?

– To był 2005 rok. Mieszkałam wówczas na Chomiczówce, trzydziestotysięcznym warszawskim osiedlu. Ktoś wywiesił w windzie bloku informację, że odbędzie się spotkanie w sprawie planów trasy samochodowej, która przebiegnie przez nasze osiedle. Poszłam i krew mnie zalała, bo stopień chamstwa urzędników wobec mieszkańców był straszny. W efekcie zaangażowałam się naprawdę mocno: przychodziłam z pracy i mnóstwo czasu poświęcałam naszemu stowarzyszeniu Chomiczówka Przeciw Degradacji, które liczyło ponad osiemdziesiąt osób i zebrało pod swoim protestem ponad dwa tysiące podpisów. Partia Zieloni pomogła nam wtedy zarejestrować się, służyli wszelką merytoryczną pomocą. Był to czas, gdy bezkarnie szalał dyskurs modernizacyjny, który głosił, że nowoczesność to potraktowanie każdego skrawka przestrzeni betonowym walcem. Miasto próbowało zakazać nam działalności jako stowarzyszeniu zwykłemu na podstawie jakichś bzdurnych zarzutów wobec regulaminu. Zieloni bronili nas w sądzie. Konkretnie był to Wojciech Kłosowski, pomagał nam także Adam Bodnar z Fundacji Helsińskiej. Wygraliśmy ten proces.

– Na czym polegała wasza działalność?

– Na początku wydawało się nam, że działamy w próżni i mamy wszystkich przeciw sobie. Wtedy prezydentem miasta był Lech Kaczyński. Byłam wówczas tak odsunięta od polityki, że zupełnie nie wiedziałam, jak funkcjonuje miasto – choćby co do zasad ustrojowych. Uczyłam się tego w praktyce. Zawsze wydawało mi się, że jeżeli ktoś wychodzi na ulice protestować, to jest pokręcony, że to obciach i wstyd. Raptem sama musiałam wyjść na ulicę przed Ministerstwo Infrastruktury i protestować.

Na szczęście funkcjonował już internet, więc szybko zorientowaliśmy się, że wokół nas powtarzały się podobne protesty. Wtedy w Polsce obowiązywał imitacyjny model wzrostu – budowlana gigantomania z powtarzaniem wszystkich błędów, jakie bardziej rozwinięte kraje właśnie zaczynały naprawiać. To wszystko wiązało się z lekceważeniem potrzeb lokalnych społeczności i z dewastacją środowiska naturalnego. Pamiętam, że zarówno „Rzeczpospolita”, „Życie Warszawy”, jak i „Gazeta Stołeczna” trzymały wobec nas właściwie taki sam kurs: że jesteśmy oszołomami, pseudoekologami itp. Dyskredytowano nas tymi samymi metodami, jakimi wcześniej ekologów i ekolożki na Górze Świętej Anny. To było o tyle ciekawe, że w naszym stowarzyszeniu, które awansowało do rangi organizacji ekoterrorystycznej, byli ludzie o poglądach i prawicowych, i lewicowych, ludzie ze środowisk inteligenckich i z klasy ludowej – potrafiliśmy współpracować wokół jednego ważnego dla nas celu.

Pomyśleć, że pan Jarosław Osowski, który wciąż siedzi w warszawskiej „Gazecie Wyborczej”, dziś jest zwolennikiem zrównoważonego transportu i skarży się, że tiry zalewają Warszawę przez trasy, które kiedyś sam tak popierał. Naprawdę lubię takie happy endy [śmiech]. Pamiętam jeszcze, że Marcin Hadaj z „Życia Warszawy” po serii dyskredytujących artykułów na nasz temat został rzecznikiem Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Inwestorem planowanej trasy szybkiego ruchu na Chomiczówce była właśnie GDDKiA, czyli agencja rządowa. I niezależnie od tego, czyj ten rząd był, a przeszliśmy przez SLD, PiS i PO, zawsze byliśmy jako mieszkańcy lekceważeni.

– Wspominałaś, że tego typu protestów było wówczas w stolicy więcej, ale raczej nie istniały one w szerszej świadomości publicznej.

– Takich protestów lokalnych społeczności było w Warszawie prawie dwadzieścia, zapalały się w różnych miejscach. W Wesołej zagrożone były źródła wody, tereny przyrodniczo cenne. Na Ursynowie miały miejsce kolosalne protesty przeciwko budowie A2, nazwanej potem S2. To wszystko w ciągu dwóch-trzech lat spięło się w tzw. Ogólnowarszawski Ruch na Rzecz Obwodnicy Pozamiejskiej. Demokratycznie wybrane nazwy nie są najseksowniejsze, ale przepraszam, tak to się nazywało [śmiech].

Wtedy też – chyba po raz pierwszy – zetknęłam się z „Krytyką Polityczną” i ten kontakt podtrzymałam też po powrocie do Łodzi, na przełomie 2007 i 2008 roku. Związałam się z lokalnym, prężnie działającym klubem „KP”, który chciał tutaj wówczas otworzyć świetlicę. Działała od 2011 do 2014 roku.

– Wróćmy jeszcze na moment do Warszawy. Wiedziałaś już wtedy, czego właściwie chcesz światopoglądowo od świata?

– Gdy studiowałam czy pracowałam w korpo, nie miałam języka, żeby opisać te moje zmieniające się zapatrywania. A zdarzyło mi się wcześniej gdzieś na forum gazeta.pl napisać, że Balcerowicz jest wspaniały [śmiech]. Długo nie łączyłam tego, co mnie osobiście spotyka, z decyzjami politycznymi. Wydawało mi się, że jeśli zdejmują mi licznik, bo nie mam czym zapłacić za energię, i zostaję w domu sama z dzieckiem bez prądu zimą, to jest to efekt mojej niezaradności: jestem w całości winna tej sytuacji, nawet tego, że studiuję, więc nie mogę zarejestrować się jako bezrobotna i uzyskać świadczeń socjalnych.

Za sprawą Zielonych poznałam ludzi, którzy zaczęli do mnie mówić językiem innym niż ten narzucony w toku transformacji. To były konkretne osoby: Wojtek Kłosowski, Beata Maciejewska, Adam Ostolski, Beata Nowak, Agnieszka Grzybek. Oni mnie formowali, pokazywali inny język i inne punkty odniesienia. Okazywało się, że to jest znacznie bardziej zgodne z moim doświadczeniem niż utarty frazes, który wokół funkcjonował.

– A gdybyś miała wskazać trzy istotne dla Ciebie zagadnienia z katalogu lewicowych wartości?

– Empatia. To jest mi bliskie. Równość. I element transgresji związany z braterstwem i siostrzeństwem.

– Oboje mamy świadomość, że w Polsce utarło się mówić osobno o lewicy społecznej, a osobno o obyczajowej. Twój obraz lewicowości kojarzy mi się z bardzo integralnym światopoglądem, w którym kwestie społeczno-gospodarcze i emancypacyjne w pełni współbrzmią ze sobą. Wciąż się jednak zastanawiam, jakim językiem lewica powinna mówić do znacznej części Polek i Polaków, aby nie mieli poczucia, że żonglujemy pojęciami ponad ich głowami, tak żeby była wiarygodną.

– Myślę, że łatwo nas rozgrywać podziałem na lewicę socjalną i obyczajową. Ale owszem, kwestia wiarygodności jest ważna.

W pytaniu zawarta jest sugestia, że lewica oderwała się od swojej bazy, od klasy ludowej (używam tego pojęcia niepejoratywnie). Warto sobie uświadomić, że jest ona bardzo różnorodna. Pokazali to w swoich badaniach choćby Maciej Gdula i Przemysław Sadura – przeczą one licznym stereotypom na temat reprezentantek i reprezentantów klasy ludowej, dotyczących choćby ich rzekomego silnego konserwatyzmu. Z mojej pracy w samorządzie płyną podobne wnioski – dotyczące choćby mnóstwa negatywnych neoliberalnych stereotypów dotyczących ludzi uboższych, mówiących, że ubożsi nic nie rozumieją, że się ich kupuje za pomocą 500+, że są bierną roszczeniową masą, że skupiają się wyłącznie na żołądku. To wszystko nieprawda. Sądzę, że to właśnie element godnościowy przeważa, tyle że znajduje spełnienie na przykład w identyfikacji z barwami klubów piłkarskich albo z przekazem Marszu Niepodległości.

Jest jeszcze jedna sprawa – to moja własna teza, za którą być może posypią się gromy. Otóż w Polsce przez lata lewicowość była projektem tworzonym z myślą o potrzebach inteligencji. A to powodowało, że interesy klasy ludowej schodziły na plan dalszy. Inteligencja używała lewicowości jako poręcznego młotka na klasę średnią, a jeszcze wcześniej – na burżuazję. To spowodowało, że lewicowość stała się jej bronią wobec innych wpływowych warstw społecznych. Inteligencja, żeby nie pełnić wobec nich jedynie roli usługowej, użyła lewicowych doktryn dla zbudowania własnej podmiotowości. W takim kontekście klasa ludowa po prostu została zmarginalizowana i uprzedmiotowiona. Wyjątkiem być może był PRL, choć i to było trudne doświadczenie.

– Spróbujmy to, o czym mówisz, przenieść na bliższy nam grunt. Widać wyraźnie, że w III RP miasta były przestrzenią walki nie tylko o kamienice i ulice, ale również o idee. Mamy zatem działalność Miasto Jest Nasze i Jana Śpiewaka, mamy też ruchy lokatorskie. W przypadku tych drugich widać, że były bliżej tzw. zwykłych ludzi, ale pozostawały właściwie na marginesie zainteresowania opinii publicznej i klasy politycznej.

– Lewicy brakuje trybuna ludowego.

– Jest Ikonowicz.

– On żyje w pewnej izolacji. Część środowisk lewicy odczuwa wobec niego niechęć, ale moim zdaniem on jest jedyną osobą w Polsce, która rzeczywiście pracuje „z bazą”. Jako bodaj jedyny ma cierpliwość – i za to go podziwiam – żeby tłumaczyć ludziom, z którymi blisko współpracuje, że pewne wypowiedzi o uchodźcach, na jakie sobie pozwalają, nie są prawdą, a dla całego ruchu są dyskredytujące.

Powrócę do wcześniejszego wątku: od czasów Andrzeja Leppera nie było nikogo, kto byłby trybunem ludowym. Owszem, pojawiały się postaci, które zagospodarowywały frustrację społeczną, rozczarowanie klasą polityczną – wcześniej Janusz Palikot, obecnie Paweł Kukiz, ale to raczej postaci w rodzaju trickstera [szachraja, przechery, w mitycznych opowieściach bóstwa-błazna – K.W.], które tak naprawdę nie mają pozytywnego, rzetelnego pomysłu na rzeczywistość.

– Zwróćmy się jeszcze ku ruchom miejskich. Do jakich ich nurtów jest Ci blisko, a z czym się nie utożsamiasz?

– Ruchy miejskie to bardzo szeroka kategoria. Kongres Ruchów Miejskich, zupełnie demokratyczna zbieranina stowarzyszeń, ruchów aktywistycznych, pojedynczych aktywistek i aktywistów, stworzył u początków działalności najpierw dziewięć, a później piętnaście tez o mieście. Doszło na przykład mieszkalnictwo, z mojej perspektywy bardzo ważna rzecz. Dziś możemy przyjąć, że ruchy miejskie reprezentują te środowiska, które akceptują wspomnianych piętnaście tez.

Co do społecznego pochodzenia ruchów miejskich, to jest jasne, że znajdziemy tam zarówno środowiska reprezentujące tych, którym w III RP realnie się powiodło i należą do klasy średniej, jak i ludzi z inteligencji, mniej zamożnych, ale o dużym kapitale kulturowym i sporych kompetencjach społecznych. Dodajmy do tego prekariuszki i prekariuszy. Warto wspomnieć, że niekiedy nawet koła naukowe uniwersytetów wchodzą w bliskie relacje z ruchami miejskimi – choćby dlatego, że łączą namysł teoretyczny w różnych dziedzinach z działalnością społeczno-polityczną.

– A klasa ludowa w ruchach miejskich?

– Myślę, że częściej można odnaleźć ją w lokalnych protestach. Wspomnę raz jeszcze Chomiczówkę: w naszym stowarzyszeniu było sporo osób bez matury. To byli ludzie z małych domków otaczających osiedla, którzy wykonywali proste fizyczne prace. Doświadczenie współpracy z takimi osobami było dla mnie czymś niezwykle pouczającym i dobrym.

– Dlaczego?

– To ludzie, którzy bardzo poważnie podchodzą do pracy społecznej, jeżeli już się na nią decydują.

– A czym dla Ciebie jest miasto?

– Miasto to ludzie.

– Niektórzy powiedzą, że samochody.

– Nie, miasto to zdecydowanie ludzie. Stąd idea prawa do miasta, czyli właściwie pierwsza teza ruchów miejskich i ich niezbywalny postulat: każdy/każda ma prawo do miasta. Można się oczywiście zastanawiać, czy ten, który odmawia innym prawa do miasta, sam zachowuje do niego prawo.

– Miasto jest podzielone klasowo?

– Z pewnością wzrasta segregacja przestrzenna. Ona się łączy choćby z segregacją edukacyjną. W tym kontekście jednym z głównych celów ruchów miejskich jest dostrzeganie, diagnozowanie i zapobieganie narastaniu nierówności w obrębie miast.

– Jesteś miejską aktywistką, ale także miejską urzędniczką. Jak w Łodzi pracowałaś na rzecz zmniejszania nierówności?

– Rewitalizacja to jedno wielkie sprzątanie po transformacji. Deregulacja, procesy związane z żywiołowym wchodzeniem rynku w przestrzeń miejską doprowadziły do przestrzennego i społecznego zniszczenia sporych obszarów miasta.

Bez względu na wszystko, co mówi się o Platformie Obywatelskiej, muszę pochwalić ekipę, która znalazła się w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju, gdzie pracowano nad Krajową Polityką Miejską oraz Ustawą o rewitalizacji. Było widać, że ta praca ma faktycznie zapobiegać dobrze znanym miejskim bolączkom. Mam dużą wdzięczność dla ludzi, którzy zauważyli problemy miast po transformacji i dyskusję na ten temat wprowadzili w oficjalny obieg. To nie było tak, że za PO państwo działało jedynie teoretycznie. W niektórych obszarach funkcjonowało dość sprawnie – i to był jeden z nich. W tym ministerstwie zebrali się ludzie o bardzo ciekawym rodowodzie, również harcerskim, a przez dwa, trzy lata pracowali z pasją na rzecz rewitalizacji.

Wspomniałam o Ustawie o rewitalizacji . Mówi ona choćby o tym, że w miastach są rejony zdegradowane. Wyznaczamy je przede wszystkim na podstawie problemów społecznych. Musi zaistnieć kilka podstawowych czynników degradacji społecznych, żeby w ogóle zacząć robić rewitalizację, nie wystarczą zniszczone budynki. To jest tok myślenia, który propagowaliśmy jako ruchy miejskie.

Łódź była jednym z pierwszych laboratoriów tych instytucjonalnych rozstrzygnięć. Dostaliśmy cztery miliony na zrobienie projektu pilotażowego. To był właściwie start rewitalizacji – wykonywaliśmy badania i analizy, chcieliśmy zobaczyć, co właściwie jest źle. Chcieliśmy postawić dobre diagnozy i wskazać odpowiednie kierunki działań. Ale robiliśmy też rzeczy praktyczne – połowę tych pieniędzy udało się przeznaczyć na działania w terenie. Różnorodne grupy animacyjne, nieformalne inicjatywy, aktywiści i aktywistki, lokalne stowarzyszenia, instytucje kultury, wszyscy oni mogli z tych środków podjąć działania na rzecz swojego otoczenia. To był system mikrograntów, pieniądze rzędu 5 tysięcy złotych – takie, żeby nie rzuciły się na to „wielkie ryby”.

Dało to fantastyczny efekt, powstała choćby „Skrzynka dla bezdomnych”, która była formą komunikacji między ludźmi bezdomnymi a osobami, które chciały udzielić im choćby pomocy rzeczowej. Decyzją władz miasta skrzynka kilkakrotnie zmieniała lokalizację, bo dla decydentów wyższych szczebli jej obecność w centrum miasta była jednak zbyt dużym wyzwaniem.

Były jeszcze fajranty – to był pomysł na jak najbardziej bezpośrednią komunikację z mieszkańcami i mieszkankami miasta. W podwórka łódzkie wysłaliśmy ekipy, które rozmawiały z ludźmi w najzwyklejszych namiotach – chcieliśmy uniknąć pijarowego wrażenia. W namiotach siedzieli animatorki i animatorzy oraz urzędniczki i urzędnicy i w takich nieurzędowych okolicznościach rozmawialiśmy z „lokalsami”. Zauważyliśmy jedną rzecz: kiedy robisz typowe spotkanie konsultacyjne, czyli taką formę partycypacji, która jest modna od blisko dekady, to ono się odbywa zwykle według tego samego schematu.

– Czyli?

– Spotkanie odbywa się zwykle w urzędzie, zapraszani są zwykle ci sami ludzie i oni właśnie z reguły przychodzą. To powoduje, że słyszy się wciąż te same rzeczy i wiadomo mniej więcej, co z nich wyniknie. Ale gdy zrobisz odwrotny ruch, wejdziesz w podwórka i siedzisz w nich trzy miesiące, to okazuje się, że spotykasz zupełnie innych ludzi i oni pokazują ci zupełnie inne perspektywy. I jeszcze jedna ważna rzecz: trzeba sobie zdobyć zaufanie takich osób, tych najbardziej lokalnych społeczności. Bo na podwórku to ty jesteś gościem.

– Jakiś czas temu przygotowywałem duży tekst o Łodzi. Wspomogłaś mnie wówczas obszernymi materiałami z raportu o łódzkiej biedzie. Pamiętam smutne dane dotyczące ubóstwa energetycznego i dość ściśle z tym związanych spirali zadłużenia. Uważasz, że to miasto skupia w sobie bolączki transformacji?

– Na pewno tak. Ale z drugiej strony, często faktyczna skala czy przyczyna tych problemów nie są dobrze ujmowane. Wydaje mi się, że w początkach łódzkiej rewitalizacji – gdy pracowałam jako urzędniczka – udało się przynajmniej pozyskać informację o realnych problemach mieszkańców i mieszkanek. Choćby wiedzę dotyczącą zapętlenia pewnych negatywnych zjawisk. Na przykład: co z tego, że obiecasz komuś oddłużenie mieszkania, jeśli wpłaci pewną kwotę z tego tytułu, skoro ta kobieta lub mężczyzna wezmą w tym celu chwilówkę i wpadną w inne tarapaty?

W Łodzi po transformacji zostało wiele ran. One dziś są przykrywane ładną skórką przeróżnych inwestycji, często nominalnie związanych z kulturą, a naprawdę z wizerunkiem. Najlepszy przykład to EC-1 – stara elektrociepłownia w centrum wyremontowana za setki milionów, a kosztująca rocznie następnych kilkadziesiąt. Mam względem tej strategii ambiwalentne uczucia. Maciej Gdula pokazał to w swoich badaniach – nawet jeśli mieszkańcy nie chodzą np. do nowoczesnych instytucji kultury w swojej okolicy, choćby teatrów czy muzeów, to jednak wzmacniają one dumę i poczucie wartości tej lokalnej wspólnoty.

W Łodzi problemem jest gentryfikacja. Sprawy mieszkalnictwa do niedawna znajdowały się w rękach wiceprezydenta Ireneusza Jabłońskiego. To człowiek z Centrum im. Adama Smitha – oględnie mówiąc, nie wypowiadał się pochlebnie o lokatorach i lokatorkach. Sprawy mieszkalnictwa są na kolizyjnym kursie z kwestiami rewitalizacji. Po moim odejściu to zaczęło być dostrzegane i naprawiane, ale sądzę, że dopóki za mieszkalnictwo w Łodzi odpowiadają ludzie, których poglądy stygmatyzują czy wręcz kryminalizują ubóstwo, to wciąż nie będzie dobrze.

– Skoro jesteśmy przy instytucjach. Mam wrażenie, że duża część lewicowych działaczek i działaczy, szczególnie z młodszych pokoleń, nie ma większego czy wręcz żadnego doświadczenia pracy w instytucjach publicznych. Myślę zdecydowanie bardziej o administracji samorządowej i centralnej niż placówkach naukowych. Uważam, że to znaczny problem na przyszłość – nieobecność ludzi lewicy w oficjalnych strukturach państwowych: nie będą znali logiki wewnętrznej poszczególnych instytucji, nie będą mieli wpływów w środowiskach urzędniczych. Ty właściwie jesteś jedną z nielicznych znanych mi polityczek i działaczek lewicy, która pracuje w administracji – wcześniej w Łodzi, obecnie w Gorzowie Wielkopolskim.

– Jeżeli chodzi o moją decyzję wejścia do administracji, to duży wpływ miały teksty Krzysztofa Nawratka. Zwracał on uwagę, że instytucje są niezbywalną częścią rzeczywistości, a w związku z tym powinny stanowić dla nas oczywistą płaszczyznę działania. I jeszcze jedna rzecz: swego czasu do Łodzi przyjechał Józef Pinior. Po spotkaniu długo w nocy rozmawialiśmy i on mówił: wchodźcie do instytucji, jeżeli macie takie propozycje. A jeszcze wcześniej, za pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości, widziałam jak realizowało ono swój marsz przez instytucje, jak wielu ludzi wciągnęło na pokład – oni tam później zostali i działali również za czasów Platformy Obywatelskiej. I tak, inspirując się PiS-em, Piniorem, Nawratkiem i Gramscim [śmiech], postanowiłam zostać urzędniczką miejską.

Wyobraź sobie, że partia Razem wygrywa wybory samorządowe i bierze liczne urzędy i stanowiska. Wyobraź sobie, że mają swoich prezydentów miast i muszą robić politykę inną niż uliczna. Jestem stuprocentowo pewna, że nawet gdyby byli tak silni kadrowo, żeby obsadzić stanowiska kierownicze do szczebla dyrektorskiego, to i tak – patrząc na to jak działa administracja – nie byliby w stanie nic zrobić. Chcę to wyraźnie powiedzieć: trzeba bardzo dobrze znać administracyjne tryby, żeby je okiełznać, żeby wiedzieć, w którym momencie jakieś grupy wpływu zechcą ci się przeciwstawić, żeby wiedzieć, co jest prawdą, a co dana osoba mówi, że się nie da zrobić, bo nie chce, żeby się dało.

Nie mówię, że weszłam do administracji, bo chciałam być narzędziem sprawy i przydać się na przyszłość. Ale odpowiedzialność za to, żeby ktoś z nas tę wiedzę posiadał, była również moim motywem. Staram się wciągać też ludzi z lewicowych środowisk, żeby się uczyli, jak wygląda administracja od kuchni.

– Sądzę, że nie trzeba się z tego tłumaczyć. Lewica i państwo – to się układa w logiczną całość, oczywiście poza nurtami anarchistycznymi. Któż jak nie lewica powinien dobrze znać państwo…

– Tyle że to się wiąże z koniecznością współpracy z bardzo trudnymi środowiskami. Umówmy się, że Platforma Obywatelska nie jest dla lewicy w kwestiach współpracy środowiskiem oczywistym światopoglądowo. I to naprawdę ma przełożenie na jakość współpracy, choćby w kwestii prób przekonania do swoich racji ludzi o poglądach raczej konserwatywnych obyczajowo i liberalnych gospodarczo.

– Wróćmy jeszcze do Twojego doświadczenia zawodowego jako urzędniczki. Jakie widzisz plusy i minusy instytucji, które poznałaś?

– Plusem jest to, że są to po prostu skuteczne struktury, o dużym przełożeniu na rzeczywistość. Minusem jest to, że instytucje są przeładowane procedurami autokontroli. To swoisty dowód braku zaufania społecznego i instytucjonalnego: sprawozdawczość, która ma na celu udowodnić, że np. urzędniczka/urzędnik dopełnili swoich obowiązków, zajmuje mnóstwo czasu. Z każdej biurokratycznej czynności musisz sporządzić protokół, nawet jeśli dotyczy sprawy załatwianej urzędowo z kolegą, który siedzi dwa pokoje dalej. Inaczej ta sprawa nie istnieje.

Drugi problem, jaki widzę, to fakt, że urzędników i urzędniczek nie rekrutuje się z uwzględnieniem kompetencji społecznych. Nie sprawdza się tego, czy dana osoba, podejmując się służby publicznej, będzie faktycznie działała na rzecz dobra publicznego. A tu potrzebny jest podstawowy kręgosłup etyczny, który predestynuje do pracy na rzecz dobra wspólnego.

Jeszcze innym problemem – który w znacznej mierze odzwierciedla jakość naszego życia społecznego, bo urzędy są odzwierciedleniem społeczeństwa – jest niska jakość relacji interpersonalnych. Antypatie między ludźmi i często wynikający z tego brak sensownej komunikacji między urzędniczkami/urzędnikami są prawdziwym problemem w instytucjach. Gdybym kiedykolwiek została prezydentką jakiegoś miasta, od razu wpuściłabym do instytucji psychologów i psycholożki, żeby ułożyć relacje między ludźmi, nauczyć ich, jak rozmawiać ze sobą bez agresji, jak komunikować problemy. Dodatkowo wiele osób na niskich szczeblach ma doskonałe pomysły, ale nikt ich latami nie słucha. Popadają w wyuczoną bezradność, przekładają papiery, co demotywuje, działają jak roboty, a to się odbija na samopoczuciu i zdrowiu. Mnóstwo tego typu rzeczy jest do poprawienia.

– A warunki pracy w urzędach? Szczególnie na niższych szczeblach?

– Główną bolączką jest tanie państwo, które bardzo drogo kosztuje. Drenowanie pensji i etatów, dokładanie zadań przy zawężaniu możliwości kadrowych czy finansowych – to ma złe skutki. Są ludzie, którzy pracują w urzędach ponad dwadzieścia lat i zarabiają 2550 złotych brutto – nic dobrego z tego nie wynika. Już nie mówiąc o tym, że to są często wrażliwe rzeczy – obszar, w którym podejmujesz istotne decyzje, jak wydanie pozwolenia na zabudowę czy przyznanie lokalu komunalnego, jest zawsze obszarem podatnym na korupcję. Gdy kogoś niewystarczająco opłacasz, sporo ryzykujesz: to jest kwestia systemowa. Na to nakłada się kolejna polska bolączka, czyli stała niechęć społeczeństwa wobec urzędniczek i urzędników. To utrwalona wizja, że „urzędasy” nic nie robią, tylko popijają kawkę, więc po co im płacić, a jeszcze lepiej w ogóle ich zwolnić…

– …i zatrudnić firmy zewnętrzne. Pamiętam, że w wywiadzie dla łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej” mówiłaś właśnie o outsourcingowaniu usług publicznych i wskazywałaś, że miastu bardziej się jednak opłaca własna jednostka ds. rewitalizacji niż zlecanie tego na zewnątrz.

– Tak, zdecydowanie bardziej. Jestem tego całkowicie pewna, ponieważ Łódź wydała na tzw. programy funkcjonalno-użytkowe bodaj 24 miliony złotych. Miały kosztować 18 – i tak obłędnie drogo – ale jeden z wykonawców, firma konsultingowa z tzw. Wielkiej Czwórki, zażądał dwukrotności tego, co miasto chciało wydać. I wiesz co? I tak dostał to zlecenie.

My, dysponując 4 milionami złotych w ramach rewitalizacyjnego programu pilotażowego, staraliśmy się maksymalnie wykorzystać te środki. Zatrudnialiśmy specjalistów, organizacje pozarządowe i małe firmy badawcze, a nie pośredników, którzy dopiero szukali specjalistów. Dzięki temu połowa z tej kasy mogła pójść w teren. To przede wszystkim duże firmy konsultingowe są zadowolone z outsourcingu, ponieważ dostają zlecenia, które koniec końców znacznie więcej kosztują podatników.

Mam dobre porównanie. W Łodzi trzeba było zrobić na szybko delimitację, czyli wyznaczenie terenu zdegradowanego do rewitalizacji. To praca, która jest unormowana ustawowo, trzeba zebrać dużą ilość danych, wymyślić metodę itp. W obrębie instytucji miejskich zrobiliśmy to w dwa miesiące pięcioosobową ekipą, realizując przy tym swoje zwykłe obowiązki. Na rynku takie opracowanie kosztuje od 50 do 100 tys. złotych i dostajesz coś zrobionego od sztancy, a nie na miarę potrzeb.

– W marcu 2016 we wspomnianym wywiadzie dla łódzkiego dodatku „GW” mówiłaś: „Będąc po społecznej stronie uczysz się tego, że wszyscy sobie pomagają i działają razem. Po przyjściu do urzędu odruchowo traktujesz tę instytucję jak organizację pozarządową, która chce zrobić dla świata coś wspaniałego. I nagle widzisz, że wokół podobny zapał ma tylko kilka osób. A gdy zawalony pracą prosisz kogoś o pomoc, czasem słyszysz, że »to nie należy do moich obowiązków«. Oczywiście w biurze ds. rewitalizacji pracuje mnóstwo osób, które sercem są bardziej społecznikami niż urzędnikami i wielokrotnie nam pomagały. Ale właśnie dlatego, że chciały, a nie musiały”. Kilka zdań, kilka wątków, zacznijmy od następującego: NGO’sy naprawdę są takie wspaniałe?

– Bardzo dobrze się czułam w środowisku łódzkiego trzeciego sektora. Tutejsze grupy aktywistyczne są bardzo fajne: są to ludzie, którym się naprawdę chce. I nieważne, czy jesteś urbanistą z koła naukowego, czy feministką, która walczy o prawa lokatorów. Jeżeli trzeba, to zakasujecie rękawy i pracujecie razem. Tak było kilka lat temu z łódzką strategią dla miasta.

Ale pokażmy też negatywy: trzeci sektor łączy w sobie wady pierwszego i drugiego sektora. Z jednej strony ustawa o pożytku publicznym zakłada tryb konkursowy o logice zupełnie innej niż przetargi. Nie wymaga się od nas jednej faktury, lecz dostarczenia na każde wydane publiczne pieniądze mnóstwa papierków i zaświadczeń, co oczywiście marnotrawi nasz czas i energię. Do tego pokaż mi firmę, która dokłada 5–10% do np. budowy ulicy czy mostu. A tego żąda się od NGO: każdy chce od nas wkładu własnego. Wbrew potocznemu poglądowi firmy mają zdecydowanie łatwiej. Z drugiej strony organizacje trzeciego sektora muszą też hodować w sobie wewnętrznych kapitalistów. Żeby przetrwać i robić dobre rzeczy, musisz w pewnym momencie zdecydować: albo wygaszanie działalności, albo niekoniecznie sympatyczne kompromisy z różnymi podmiotami wokół. I tutaj pojawia się pytanie: czy można budować świat, o którym marzymy, równocześnie podtrzymując istniejący stan rzeczy.

Wiele złego wynika z tego, że przez administrację publiczną organizacje pozarządowe są uznawane za obszar bardzo taniego outsourcingu. Wręcz mówi się o nich jako o grupach frajerów, którzy z jakiegoś powodu mają potrzebę orania za darmo. Zadania zlecane NGO’som przez gminy czy instytucje centralne często nie wymagają spełniania norm gwarantujących np. godziwe warunki zatrudnienia. Moim zdaniem wina leży zarówno po stronie pierwszego, jak i trzeciego sektora, zarówno po stronie grantodawców, jak i grantobiorców. Obszar praw pracowniczych w obrębie trzeciego sektora jest cały czas do uregulowania.

– A skoro jesteśmy przy relacjach instytucje-społeczeństwo obywatelskie: jak Twoim zdaniem obecnie urzędniczki miejskie i politycy samorządowi odnoszą się do ruchów miejskich? Czas wzajemnej obcości mamy już zdaje się za sobą?

– Ruchy miejskie dla samorządów stały się swego rodzaju pożądaną ozdóbką. Od kilku lat rosnąca część polityków samorządowych chce mieć na listach i w swoim zapleczu aktywistki i aktywistów miejskich, bo dobrze zbierają głosy. Urzędy biorą ich na pokład, bo chcą świeżej wizji lub powodu, żeby inni aktywiści się odczepili. Pojawia się jednak istotne „ale”: on/ona muszą być grzeczni, zgadzać się z linią i postulatami władz lokalnych, muszą działać w ściśle określonym zakresie. A tak się nie da funkcjonować, jeżeli jest się autentyczną aktywistką miejską.

Gdy zaczęłam pracować w urzędzie, nie potrafiłam ograniczyć się do swojej działki. Jeżeli widziałam, że coś idzie źle, to mnie to wkurzało i zostawałam po godzinach, żeby pomagać komuś, kto realizuje inne zadanie, ale wpływające na całokształt pewnego wyzwania czy projektu. Poza tym darłam koty z każdym, kto moim zdaniem podejmował szkodliwe decyzje. Bez względu na jego pozycję w hierarchii urzędu. Rozumiem, że to mogło być trudne dla moich współpracowników.

– Myślisz, że ruchy miejskie czeka marsz przez instytucje samorządowe? Z tym zastrzeżeniem, że do ruchów miejskich już dziś przytulają się np. odstępcy z wielkich partii?

– Myślę, że jesteśmy właściwie pierwszym rzutem miejskich aktywistek i aktywistów, którzy zasilają instytucje miejskie. Mamy trochę status bożych wariatów. W jakimś stopniu przecieramy szlaki: nasza sprawczość czy możliwości działania są dość małe. To, co możemy robić w tych instytucjach, to po części upewnianie, że nie chcemy zrobić nic złego, że nasze idee działają w praktyce.

– Na przykład?

– Łódzki woonerf, czyli kawałek ulicy w centrum, przekształcony w przestrzeń przyjazną ludziom. Pomysł na takie rozwiązanie wyszedł z Fundacji Fenomen i łódzkich środowisk rowerowych, a projektował go nasz kolega z urzędu Bartek Zimny, świadomy swojego fachu architekt, dla którego liczyła się przestrzeń publiczna. On poszedł i negocjował z ludźmi, którzy mieli tam lokale, tak żeby osiągnąć optymalny efekt. Jacek Grunt-Mejer rewitalizuje warszawską Pragę, Tomek Bużałek przeprowadza trudną reformę transportu w Łodzi. Borys Martela robi świetną robotę partycypacyjną w Gdyni, Asia Scheuring-Wielgus czy Ewa Lieder walczą w Sejmie, czyli na poziomie krajowym – wszyscy oni wyszli z ruchów miejskich. Zatem tak – jesteśmy awangardą. Czasem się nam udaje, czasem – nie. Bywamy też instrumentalnie traktowani, wykorzystywani jak żywe tarcze: „Spójrzcie, mamy takiego cudaka z ruchów miejskich, on dla nas pracuje”. No i problem odhaczony.

– Chciałaś wyjechać z Łodzi do Gorzowa Wielkopolskiego czy wolałabyś jeszcze tu zostać?

– Chciałam wyjechać. Rozdźwięk między tutejszą polityką mieszkaniową a celami rewitalizacji wydał mi się nie do pokonania. Mieliśmy już obiektywne badania jakościowe i ilościowe, mieliśmy rekomendacje, które zakładały dostosowanie polityki mieszkaniowej miasta do celów rewitalizacji. Jeden z naszych ekspertów przyniósł kiedyś slajd, który bardzo lubię, a który pokazuje hierarchię różnego rodzaju dowodów dotyczących podejmowania decyzji przez osoby ważne w mieście. I badania naukowe są na szarym końcu, tuż za opiniami taksówkarzy [śmiech]. Miałam też poczucie, że z Jarkiem Ogrodowskim, który też jest łódzkim aktywistą, nie mamy już siły przebicia. Podam konkretny przykład: ustawa o rewitalizacji mówi o lokatorach i ich ochronie, by mogli wrócić do swoich domów. To ma zapobiec gentryfikacji. Lokatorem się jest, jeżeli ma się podpisaną umowę. Ale jeżeli nie płaciłeś czynszu, umowa jest wypowiadana i zostajesz tzw. bezumownym. Wtedy nie masz żadnych praw, można z tobą zrobić wszystko, na przykład osiedlić w gnijącej ruderze na skraju miasta. W takiej sytuacji ludzie z największymi problemami, którymi najbardziej powinna zająć się rewitalizacja, zostają pozbawieni jej pozytywnych efektów. Na obszarach wymagających interwencji ich odsetek sięgał u nas czterdziestu procent. Miasto może oczywiście zająć się samo takimi osobami, jednak mówienie o tym było bezskuteczne.

Z Łodzią jestem mocno związana emocjonalnie, bardzo mi się nie podobało to poczucie niemożności. Poza tym kończyliśmy merytoryczną część projektu pilotażowego, więc gdy dostałam propozycję pracy z Gorzowa Wielkopolskiego, pomyślałam, że warto spróbować. Tym bardziej, że zaproponowano mi stanowisko kierownicze, co dawało okazję do zmierzenia się z zupełnie nowymi wyzwaniami. Nie chciałam też firmować swoim nazwiskiem fali eksmisji, które nadciągały w Łodzi w związku z tutejszą polityką mieszkaniową pod rządami wspomnianego Jabłońskiego.

– A przy okazji: znasz zapewne dobrze argumentację, wedle której „nie da się” prowadzić polityki mieszkaniowej w Polsce.

– Podsekretarz stanu do spraw mieszkalnictwa w rządach Platformy, minister Styczeń, swoją wizję polityki mieszkaniowej opierał na ofercie kierowanej do tych, którym niewiele brakuje do osiągnięcia zdolności kredytowej. Kredyt hipoteczny na mieszkanie, finansowanie deweloperów i banków programami typu Mieszkanie dla Młodych – to były jedyne pomysły rozwiązania problemu, którego w ten sposób nie dało się rozwiązać. Dokładaliśmy się do bogatych.

Struktura potrzeb mieszkaniowych w Polsce jest taka: osoby, które są w najgorszej sytuacji, czyli bezdomni, ludzie z lokali socjalnych, mieszkańcy i mieszkanki z lokali komunalnych – sprawy ich wszystkich leżą w gestii gmin. A gminom nigdy nie wystarcza dla nich mieszkań, co z jednej strony wynika z wad prawa, z drugiej z miłości samorządów do prywatyzacji. Znów najbogatsze 20% stać na kredyt hipoteczny, być może z rządową dopłatą będzie to 25%. Wszyscy, którzy są pomiędzy 2000 a 4000–5000 złotych dochodu, które gwarantują zdolność kredytową, znaleźli się w otchłani: właściwie pozostaje im tylko wynajęcie mieszkań na rynku prywatnym. Czasami TBS-y zaspokajają tę potrzebę. Ostrów Wielkopolski jest miastem, gdzie robi się dobre rzeczy w tej materii. Mają własną spółkę, która buduje mieszkania – dotąd powstało ich ponad 170. Być może wzorowane na tym Mieszkanie+ cokolwiek poprawi, choć na efekty długo poczekamy. Ale przynajmniej obecny rząd zauważył tę lukę.

– Czujesz się polityczką? Czy lepiej ci w roli aktywistki miejskiej, albo urzędniczki samorządowej?

– Czuję się polityczką, bo Zieloni zrobili ze mnie polityczkę. Polityka, czy też polityczność w rozumieniu Zielonych, jest bardzo idealistyczna. Jeżeli moja przewodnicząca, Małgosia Tracz, mówi, że powinniśmy przestać być kojarzeni z formacją idealistów i idealistek, to ja nie znajduję już dla siebie żadnej partii na tym rynku.

– Uświadomiłem sobie, gdy wspomniałaś powyższe, że rozmawiamy dzień po łódzkiej Manifie…

– Tak, niosłam na niej transparent: „Prekariuszki wszystkich krajów, łączcie się!”.

– Czym jest dla Ciebie feminizm, czy może ściślej: lewicowy feminizm?

– Feminizm to humanizm jak mówi Tomek Piątek. Dla mnie feminizm to pewna integralna całość, choć rozumiem, że wiele feministek i feministów szuka na gruncie feminizmu także tego, co najbardziej współgra z ich potrzebami i zapatrywaniami. Stąd rozumiem, że inaczej będzie postrzegała feminizm kobieta, która jest spełniona zawodowo, zajmuje wysokie stanowisko kierownicze, ma dalsze perspektywy rozwoju, jej ekonomiczny i społeczny byt nie tyle jest zabezpieczony, co wręcz dopuszcza luksusową konsumpcję. A czymś innym będzie feminizm dla molestowanej i mobbingowanej pracownicy Amiki Wronki. One obie go potrzebują – ale inaczej będą rozkładały akcenty.

Feminizm jest też walką o prawa, która nigdy się nie kończy. I to dobrze widać na płaszczyźnie pokoleniowej. Urodziłam się w 1974 roku, jestem z pokolenia, które nieźle pamięta lata 80. XX wieku w PRL. Istniał wówczas pewien rodzaj organicznego patriarchatu, widoczny w stosunkach społecznych. A równocześnie oficjalna ideologia PRL opierała się na wizji równości kobiet i mężczyzn. Dziś feminizm jest więc i po to, aby bronić praw, które niegdyś zostały uzyskane, lecz wciąż nie są oczywiste. Mam wrażenie, że po prawie dwudziestu ośmiu latach od zmiany ustrojowej znaleźliśmy się w miejscu, w którym jest znacznie bardziej konserwatywnie, niż było wówczas.

– Mam wrażenie, choć nie będę się upierał przy tej hipotezie, że pokolenie młodszych feministek, choćby socjolożek, jest w większym stopniu wrażliwe i ukierunkowane na losy kobiet z klasy ludowej. I to je różni od nieco starszych polskich feministek, nazywanych niekiedy liberalnymi.

– Wiesz, to jest pytanie z rodzaju: „czy Kazia Szczuka kocha włókniarki?”…

– …albo Kinga Dunin.

– Myślę, że kocha [życzliwy śmiech]. Włókniarkami w Łodzi zajmujemy się dość mocno, zarówno z pozycji naukowych, jak i feministycznych, a także tożsamościowych – to część naszej herstorii. Dodam istotną rzecz – nie spotkałam w naszych środowiskach feministycznych osoby, która stwierdziłaby, że to jest nieważne. Przeciwnie: stopniowe odkrywanie herstorii doprowadziło do mocno już obecnie ugruntowanego spostrzeżenia, że to właśnie kobiety z klas ludowych, w tym robotnice z czasów PRL, walczyły o sprawy godnościowe.

Powiem tu jeszcze jedną rzecz, pewnie dość niepopularną: feminizm kończy się tam, gdzie zaczyna się przemoc. Jeżeli należysz do grupy defaworyzowanej i używasz tego jako pałki, żeby walić kogoś po głowie bez opamiętania, to robisz źle. To już nie jest feminizm, ani jakikolwiek inny „-izm”, to tylko agresja.

– Zastanawiam się w toku naszej rozmowy, gdzie właściwie jest dziś miejsce dla lewicy w Polsce. Politycznie jesteśmy poza parlamentem. Z kolei ruchy miejskie mają niezłą lewicową reprezentację, ale ich samorządowe wpływy, choć niekiedy medialnie wyraźne, wciąż nie są zbyt duże w skali kraju. Są jeszcze ośrodki naukowe, tam też działają ludzie lewicy, ale one są często szachowane…

– …bo system boloński, bo konkurencja o środki, granty, kiepskie stypendia.

Ale jeśli pytasz, co robić w tej sytuacji, to wydaje mi się, że nie powinniśmy dać się zapędzić w róg, w który wygodnie byłoby nas wysłać, czyli nie możemy dać się złapać w pułapkę pracy organicznej. Wbrew pozorom to nie byłaby dobra droga. Owszem, trzeba działać oddolnie, trzeba budować swoje instytucje, ale należy się starać, żeby one działały na szerszym planie politycznym – czy to samorządowym, czy ogólnokrajowym.

– Jest jeszcze kwestia polityki historycznej. Mocno angażujesz się w sprawy związane z kultywowaniem tradycji Rewolucji 1905 roku. Oboje wiemy, że w początkach III RP i jeszcze nieco później środowiska lewicowe miały z tym spore problemy.

– Uważam, że to bardzo ważne – praca nad odzyskiwaniem samowiedzy historycznej przez lewicę. Istotne jest to, co robicie w lewicowo.pl, istotne są łódzkie inicjatywy wokół Rewolucji 1905 roku. Ciągle trzeba walczyć, przypominać, odzyskiwać tę pamięć. W „Krytyce Politycznej” istniał spór wokół polityki historycznej. Po części dlatego, że prawica od początku zagarnęła dużą część historii i zrobiła z niej uproszczony komiks. Był taki lęk, że jeśli zaczniemy odzyskiwać swoją, nie tylko za pośrednictwem ściśle naukowych książek, to rzecz skończy się na daleko idących skrótach i skończymy na kulcie tzw. naszych żołnierzy wyklętych. Nie sądzę jednak, żeby te obawy się spełniły. Myślę, że udało się też znaleźć zupełny inny język niż prawica dla budowania bardziej popularnej polityki historycznej.

– Myślę, że trudno wyrokować w tej materii. Skala masowości obchodów rocznic Rewolucji 1905 roku i przeróżnych imprez robionych pod sztandarem „red is bad” jest zupełnie inna. Jest też inna sprawa: lewica, jak się zdaje, ma dziś kilka różnych sztandarów.

– Ale wspólny jest czerwony. Wczoraj na Manifie było mnóstwo tęczowych flag, a ja szłam z biało-czerwoną. Zawsze dbam o jej obecność na lewicowych pochodach.

– Jest jeszcze fioletowa flaga.

– To ładny kolor [śmiech].

– Porozmawiajmy wprost o polityce. I to polityce okołopartyjnej. Od jesieni 2015 roku w Sejmie nie ma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Od czasu wyborczej porażki Zjednoczonej Lewicy krytycznie wypowiadasz się o Razem. Pytanie, dlaczego jako Zieloni nie poszliście wtedy wspólnie z nimi do wyborów.

– Zdecydowały o tym wyłącznie niesnaski personalne. Razem wówczas bardzo mocno wydzielało się z Zielonych i chciało się silnie od nas odróżniać. Z tego, co wiem, forma i charakter rozmów koalicyjnych były zniechęcające.

Z kolei Zjednoczona Lewica była formułą, w ramach której można było zachować swoją tożsamość. Dodam, że jestem w Zielonych formalnie od 2006 roku. Przeszłam przez Radę Krajową i Zarząd. Byłam „sekretarą” partii, jak to się pięknie mówi w Zielonych. Przez te lata nigdy nie byłam jakoś specjalnie przekonana do sojuszy z SLD. Ale rozumiem, że polityka to taka dziedzina rzeczywistości, w której czasem gra się drużynowo, żeby później się podzielić. W momencie, gdy gra się na sukces wyborczy, nie ma sensu się rozdrabniać.

Bardzo cenię i lubię Barbarę Nowacką. Współpraca z nią, gdy była liderką Zjednoczonej Lewicy, była dla mnie dużą radością. Nieprzyjemnością było z kolei startowanie z list razem z Leszkiem Millerem czy Januszem Palikotem. To było nam wytykane, może i słusznie. Faktem jest natomiast, że w skali całego kraju ZL zdobyła 1147102 głosy, co dało nam 7,55 proc. Przy ośmioprocentowym progu dla koalicji zabrakło nam bardzo niewiele do wejścia. I lewicy po prostu nie ma w Sejmie.

– Gniew Zjednoczonej Lewicy skupił się na Razem. Ale ktoś może powiedzieć, że największym wrogiem SLD od jakiegoś czasu jest właśnie SLD. Przypomnijmy choćby postać ich kandydatki na urząd prezydentki III RP, czyli Magdaleny Ogórek.

– I może wciąż tak jest. Ale to wszystko nie jest tak oczywiste, jak próbuje się powiedzieć. Być może niektóre środowiska lewicowe, nie będę już wskazywała które, za bardzo naczytały się Carla Schmitta i dążą do zaostrzenia tego konfliktu, żeby się na tym wybić, pokazać pewne linie sporu i zaznaczyć swoją tożsamość.

W SLD, z powodu różnych uwarunkowań politycznych, zostało wiele osób, które bardzo cenię. Tutaj w Łodzi mamy wiceprezydenta Tomka Trelę, który po rozłamie na SLD i Inicjatywę Polską został w Sojuszu z przyczyn czysto praktycznych – to ta partia weszła przecież do Rady Miasta i tworzy jego zaplecze polityczne. A równocześnie jest to człowiek, z którym zawsze współpracowało mi się fantastycznie.

A przechodząc na poziom, tak to nazwijmy, lewicowego mitu: mamy SLD, które w pewien sposób jest już politycznym trupem. I wszyscy o tym wiedzą. Ale ta partia niesie ze sobą twardy elektorat osób dziś już starszych, które wciąż głosują. Młode lewicowe środowiska polityczne mówią: zostawmy tego SLD-owskiego trupa na polu, niech go rozdziobią kruki i wrony, za tajne więzienia CIA, za podatek liniowy i Cimoszewicza, co kazał się ubezpieczać powodzianom. A moim zdaniem, jeśli godnie tego truchła nie pochowamy…

– …ono nie chce dać się pochować.

– [śmiech] Jeśli nie pochowamy przeszłości, uznając nie tylko winy, ale też jakieś zasługi, nie pójdziemy do przodu, bo te zwłoki będą organizować oś politycznej debaty na lewicy przez następne lata. Paradoksalnie, skupiając się na krytyce SLD, wszyscy coraz bardziej kręcimy się w kółko.

– Mam wrażenie, że dziś zapanowała moda na podkreślanie, że SLD to nie jest lewica. A ja już nie chcę tak mówić – sprawa jest zbyt skomplikowana i trochę bawi mnie, gdy np. młodsze roczniki publicystek i publicystów „KP” z namaszczeniem odkrywają, że „Kurica nie ptica, SLD nie lewica”.

– Uważam, że po prostu trzeba pogodzić się z faktem, że SLD ma skomplikowaną przeszłość i są tam dziś bardzo różni ludzie. Niektórzy robią sobie reklamę na sekowaniu SLD, dziś znacznie słabszego niż niegdyś, ale nie wiem, czy coś z tego sensownego wynika. Przyjdzie moment, że trzeba będzie przyjąć w nasze szeregi osoby, które robią dobrą robotę w lokalnych strukturach Sojuszu. To się już zresztą dzieje. Obecne plucie na nich epitetami z pewnością nikomu tego nie ułatwi.

– Wróćmy do sztandaru lewicy, o którym była mowa wcześniej: pytanie, czy nie byłoby dziś najlepiej, gdyby różne nurty polityczne jednoczyły się pod jednym z nich.

– Może inaczej – nawet jeżeli doszlibyśmy do wniosku, że powinien być, to przecież nigdy nie będzie. Zastanówmy się nad pragmatycznym wymiarem tej sprawy. Moim zdaniem kluczowa jest godność. Jeżeli dziś o kimś mówimy, że jest „sługusem Millera” czy – jak na przykład mawiano o Zielonych – „dostarczycielem ekologicznej karmy dla psów w więzieniach CIA”, to nie stworzymy z nim dobrej drużyny w kolejnej kampanii wyborczej, bo on niestety będzie to pamiętał. Oczywiście pod warunkiem, że myślimy nie tylko o słuszności, ale też o sukcesie wyborczym, który implikuje szeroką koalicję. Jeśli miałoby to być pod sztandarem jednej partii, to najważniejsze, żeby wszyscy czuli się bezpiecznie i dobrze. A niestety braterstwa na lewicy brakuje jak nigdy…

– Możemy mówić o ideach albo zwartym programie politycznym, ale pierwsze miejsce na liście zawsze stanowi kość niezgody.

– Moim zdaniem większym problemem środowisk lewicowych, szczególnie tych młodych, jest przejęcie agresywnego prawicowego języka internetowego. Jako żywo przypomina on zresztą łamy „Trybuny Ludu” z czasów późnego Gomułki. Niepokoi mnie, że ten rodzaj bezpardonowej walki politycznej został przyjęty w wewnętrznej debacie lewicy. To blokuje poważne rozmowy o wspólnej drodze do politycznego sukcesu.

– Wrzuciłaś niedawno na swój profil zdjęcie z niebieską poduszką z napisem Rodzina 500+. Właściwie to temat na rozprawkę: lewica a Prawo i Sprawiedliwość, nastawienia, postawy, niechęć, kompleksy i pochwały. Spróbujmy nakreślić, jak ten temat wygląda z Twojej perspektywy. PiS stał się lewicą po polsku czy może takie stwierdzenie to jednak gruba przesada?

– Obecnie w najtrudniejszej sytuacji na lewicy znaleźli się ci ludzie, którzy mówili, że najważniejsze są postulaty socjalne i żadne inne się nie liczą. Dlatego, że PiS im właściwie to wszystko odebrał. Żeby nie było wątpliwości: PiS bardzo uważnie czytał przed wyborami „Nowego Obywatela” czy „Krytykę Polityczną”. To widać w ich programie. Część ich pomysłów na kwestie społeczno-gospodarcze pochodzi z lewicowych źródeł.

Co do 500+ – mnie naprawdę nie interesuje, kto to wprowadza. Ważne, żeby było. Jestem szczęśliwa, gdy w Gorzowie przychodzą do mnie rodziny wielodzietne, które wreszcie mają nie tylko co do garnka włożyć, ale też za co kupić meble czy wyremontować coś w mieszkaniu, a wcześniej nie dość, że biedowały, to były w Łodzi traktowane przez ludzi pokroju wspomnianego wyżej pana Jabłońskiego jak śmieci.

Ale istotne jest też dla mnie, do jakich celów politycznych jest to używane. A będzie i jest używane do wsparcia postulatów, które są wykluczające, nie tylko wobec mniejszości, ale wobec kobiet czy osób pochodzenia innego niż polskie. I tu chyba jest największe pole działania dla lewicy, bo już teraz widać, że ani PO, ani Nowoczesna tego nie dźwigną. Tylko czy jako lewica potrafimy zbudować szeroki inkluzywny projekt, skoro tak łatwo wykluczamy siebie nawzajem? Chciałabym, żeby nam się kiedyś udało.

– Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 5 marca 2017 roku

„Niemożliwe” zdarza się codziennie – rozmowa z Piotrem Ikonowiczem

– Pamiętasz swoje marzenia dotyczące Polski z przełomu lat 80. i 90. XX wieku?

Piotr Ikonowicz: Myśmy to marzenie zapisali z Józefem Piniorem w tekście „Rewolucja demokratyczna”. To był luty 1988 roku. Przewidzieliśmy, że będą strajki. Zapowiedzieliśmy, że upadnie system, że „mury runą”. Zapowiedzieliśmy również, że Polska Partia Socjalistyczna stanie na czele przełomu ustrojowego i z demokratycznej rewolucji wykluje się demokratyczny socjalizm. Nie doceniliśmy wtedy skutków stanu wojennego, który rozbił w puch to nieprawdopodobne zjawisko, jakim był ruch społeczny „Solidarności”. I przetrącił kręgosłup ruchowi robotniczemu. Najgorsze jednak stało się później – mam na myśli utrącenie ustawy o samorządzie pracowniczym. To przekreśliło nadzieje, że ludzie, których dziełem był ten przełom, czyli robotnicy, będą mieli wpływ na jego kształt. W momencie, w którym odebrano im prawo do współdecydowania o losach zakładów, było pozamiatane.

Ale tego wszystkiego nie dało się przewidzieć bodaj dlatego, że ludzie, którzy w podziemiu byli naszymi bohaterami, swój niegdysiejszy etos i nimb bohaterów ze wstydem prędzej czy później wyrzucili do kosza. Pamiętam, że jeździłem z Zuzanną Dąbrowską, moją późniejszą żoną, autostopem po Polsce, i proponowałem przystąpienie do Polskiej Partii Socjalistycznej wszystkim znaczącym przywódcom „Solidarności”. Uważałem, że jako przedstawiciele świata pracy pierwsi powinni być do tego przekonani.

– A oni nie chcieli.

– Wtedy namówiliśmy Jana Józefa Lipskiego, namówiliśmy Józka Piniora. I to było właściwie tyle, jeśli chodzi o historyczne postaci. To oczywiście nie jest mało, bo to były poważne autorytety. Ale – co bardzo charakterystyczne – nie dopuszczono Polskiej Partii Socjalistycznej do Okrągłego Stołu. Bardzo się nas wówczas obawiano, ponieważ PPS była bezpośrednią konkurencją dla władzy, która uzurpowała sobie miano lewicy. Cały czas byliśmy bardzo obserwowani i były wobec nas silne interwencje Służby Bezpieczeństwa. Do tego stopnia, że potem się okazało, iż ponad połowa władz partii to byli agenci.

– Wróćmy do twoich snów kilka lat po stanie wojennym.

– Miałem marzenie, że powstanie rodzaj demokracji polegającej na ciągłym konflikcie różnych grup interesów. Stąd też pomysł na drugą izbę w parlamencie, jako miejsce sporu różnych grup interesu występujących w demokratycznym państwie. W programie pierwszego zjazdu „Solidarności” to się nazywało bodajże Izba Społeczno-Gospodarcza. I nawiązywało jeszcze do koncepcji Mieczysława Niedziałkowskiego z przedwojennego PPS-u. Uznawaliśmy, że demokracja to jest instytucjonalizacja konfliktu, a nie jego zanik. Bo to wielkie marzenie o zgodzie narodowej jest po prostu głupie.

– Stara, dobra walka klas…

– Nie da się zaprzeczyć zasadniczemu podziałowi klasowemu na właścicieli, producentów i decydentów oraz na tych, którzy jako najemnicy muszą sprzedawać swoją siłę roboczą. A ponieważ nawet w demokracji istnieją przeróżne strategie rozwoju gospodarczego, więc już podczas przełomu ustrojowego było jasne, że tych różnych grup interesów będzie naprawdę wiele.

– Ktoś powie, że na pocieszenie dostaliśmy jako lewica konstytucyjny zapis o sprawiedliwości społecznej.

– Znalazł się tam również za moją sprawą – byłem jednym z wnioskodawców jako członek komisji konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, której przewodniczył Aleksander Kwaśniewski.

– Piotrze, co teraz zostało w Polsce ze sprawiedliwości społecznej?

– Jest ten drugi artykuł Konstytucji… Nie, nie rób krzywej miny. Gdy my jako Ruch Sprawiedliwości Społecznej, jako partia lewicy, odwołujemy się do drugiego artykułu Konstytucji, to nikt nie może wzruszyć ramionami. To jest fundamentalny zapis. Idąc za prawniczo-konstytucjonalnym formalizmem, możemy powiedzieć, że mamy bardzo silną kotwicę.

Ponadto w prawodawstwie z czasów PRL została przechowana do dziś niezwykle ważna zasada, właściwie klauzula generalna, która nazywa się „zasady współżycia społecznego”. Ona jest przywołana w artykule piątym kodeksu cywilnego, ale i w artykule dwudziestym czwartym ustawy o ochronie praw lokatorów. Jest o tyle ważna, że daje sądom pewną swobodę orzekania, gdyż ustawodawca stoi na stanowisku, że istnieją jakieś normy współżycia społecznego, którymi na co dzień się kierujemy, i że normy ustanawiane jako prawo pozytywne nie mogą zbyt daleko odbiegać w swoich rozstrzygnięciach od tego, co ludzie uważają za przyzwoite. W środowiskach prawniczych była duża debata, czy tej zasady nie usunąć jako reliktu komuny – i przeważył pogląd, że nie.

– Co ona daje w praktyce?

– Państwo Wasiakowie zostali eksmitowani z kamienicy, którą przejął pan Waltz, mąż Hanny Gronkiewicz-Waltz. I wylądowali gdzieś w mieszkaniu komunalnym czy socjalnym, z olbrzymim długiem. Moja żona Agata napisała apelację do sądu, po której sąd orzekł salomonowo – właśnie dzięki tej zasadzie – że dług istnieje (bodajże 70 tys. zł), ale ponieważ oni są schorowani i starsi, to nie wolno go egzekwować ze względu na zasady współżycia społecznego. Takie orzeczenie sądowe nie byłoby możliwe, gdyby nie ta zasada.

– To nie jest zbyt rewolucyjne, przyznasz.

– Żyjemy w niezwykle mieszczańskim społeczeństwie. I to mieszczaństwo jest formą wyzwolenia się z chłopskiej kondycji, jest nowym rodzajem szlachectwa. Tutaj łatwiej trafia się argumentami prawnymi niż nawoływaniem typu „wywróćmy system!”, bo ludzie – skądinąd słusznie – boją się chaosu. To, co ich dzisiaj dotyka, to efekt anarchii, czyli nieobecności państwa.

Można tę sytuację interpretować dwojako: jako zamierzoną albo niezamierzoną. Albo wszystkie te krzywdy, którym staramy się zaradzić, są efektem tego, że państwo, powstrzymując się od pewnych interwencji czy regulacji, pełni rolę komitetu wykonawczego interesów kapitału, albo omyłkowo, poprzez swoje zaniechania, wycofało się z obszarów, na których panuje prawo dżungli.

– Uważasz, że bardziej to pierwsze?

– Ten problem występuje i na poziomie globalnym, i na poziomie krajowym: czy mamy do czynienia z mastodontem, który nas pożera, jest bezrozumny, ale tak wielki, że po prostu musi nas rozdeptać? Czy może mamy do czynienia ze spiskiem globalnym, rządem światowym? Oczywiście to jest wyjątkowo banalne, ale trzeba powiedzieć, że prawda na pewno leży gdzieś między tymi dwoma punktami. Niekoniecznie pośrodku!

Z jednej strony ludzie pokroju Leszka Balcerowicza czy Ryszarda Petru są w imieniu kapitału sternikami tego systemu i zawsze będą bronili banków przed oszukanymi klientami. W ogóle będą bronili prawa banków do oszukiwania, tak jak niedawny prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński do końca bronił w zdaniu odrębnym bankowego tytułu egzekucyjnego. Bo to są ludzie świadomi klasowego charakteru państwa, którzy stoją po tej stronie, po której chleb jest posmarowany masłem. Natomiast jest cała reszta, która jest nieświadoma w swej masie i która cierpi z tego powodu.

Nasze zadanie – zadanie lewicy, zadanie buntowników – jest takie, żeby uzmysłowić wszystkim, że jesteśmy pod swego rodzaju okupacją. A tym okupantem jest kapitał. Nie tylko zagraniczny, lecz w ogóle kapitał: rządy pieniądza nad ludźmi. Największym zagrożeniem w tej chwili dla demokracji nie jest Władimir Putin ani inny satrapa, nie jest też nim wcale Jarosław Kaczyński. Zagrożeniem dla demokracji jest koncentracja pieniędzy w rękach coraz mniejszej liczby ludzi. Bo oni mają władzę, która jest tak naprawdę dużo większa niż władza polityczna.

– Chciałbym nawiązać do politycznego wymiaru Twojego życia. Opisujesz świat polityki – nie tylko parlamentarnej – zdecydowanie krytycznie, ale sam jesteś właściwie politykiem zepchniętym do pewnej niszy. I nie wiem jak się obecnie określasz: działacz lokatorski/społeczny, bojownik o sprawiedliwość społeczną?

– Przede wszystkim jestem liderem partii politycznej, która ma ambicje odegrać rolę również w wyborach. W pewnym momencie założyliśmy partię, która się nazywała Nowa Lewica. Zgłaszali się do nas ludzie pokrzywdzeni przez kapitalizm i byliśmy partią oporu wobec jego skutków. Byliśmy mocno awangardową partią, pod ambasadą francuską 14 lipca spaliliśmy flagę Bastylii, razem z protestującymi pracownikami TP S.A., przejmowanymi wtedy przez France Telecom. Spaliliśmy też Biały Dom na placu Bankowym [śmiech]. Robiliśmy różne happeningi, protesty. Bardzo aktywni byliśmy przy okazji protestów przeciwko inwazji na Irak. To wszystko było bardzo efektowne, ale nie było efektywne.

– Dlaczego?

– Nie było gleby. Nie można awangardowej, antysystemowej partii lewicowej zasadzić na pustyni społecznej, jaką była Polska. I w dużej mierze nadal taka jest. Gdy coraz bardziej ubywało ludzi, poszliśmy po rozum do głowy i stwierdziliśmy: dobra, to my robimy robotę społeczną i jak narodnicy idziemy w lud. Zaczęliśmy budować Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej – w biurze użyczonym nam przez Andrzeja Leppera bez żadnych warunków politycznych ani finansowych i przy pewnym wsparciu Łukasza Foltyna, tego od Gadu-Gadu.

I to wypaliło! Okazało się, że nasze interwencje są skuteczne. Historia naszych działań społecznych jest właściwie historią sukcesów. 80 proc. przypadków wygrywamy w sądach czy za pośrednictwem negocjacji. To nie są tylko sprawy lokatorskie. To są i dłużnicy, i pracownicy. Działamy na naprawdę wielu obszarach. A te 20 proc. nie jest zostawione sobie, zasilają nasze szeregi i działają w ramach pomocy wzajemnej. W praktyce realizujemy to, co wykrzykują anarchiści. Oni o tym dużo mówią, ale to są raczej dzieci z dobrych domów. To mój pogląd, może się trochę mylę.

– Sam jesteś dzieckiem z dobrego domu.

– Ależ oczywiście, że tak. Tylko że ja się urwałem z tego dobrego domu, jak miałem 16 lat, bo nie chciałem pojechać na kolejną placówkę zagraniczną. No i rodzice odcięli mnie od kasy. Poszedłem rozładowywać wagony. Okazało się, że to jest taka kupa szmalu, że mogę szaleć po dancingach i skończyć studia.

– Znasz Sojusz Lewicy Demokratycznej jak zły szeląg. Jak ich postrzegasz dziś, z perspektywy lat?

– To głębszy problem. Dotyczy pewnego pokolenia i pewnej formacji, czyli ludzi z PZPR, którzy w wyniku „grzechu pierworodnego” III Rzeczpospolitej, czyli Sejmu kontraktowego, mogli dalej kontynuować działalność polityczną. Gdyby to zależało jedynie od społeczeństwa, nigdy by się w parlamencie już nie znaleźli. To byli ludzie, którzy więcej niż gorliwie budowali dziki kapitalizm. Wielki, haniebny akt rozdawnictwa, jakim była prywatyzacja, likwidacja wszelkich zdobyczy socjalnych PRL – to wszystko dokonywało się również rękoma byłej PZPR-owskiej nomenklatury, która później uformowała się jako SLD. Dla Leszka Balcerowicza parlamentarny klub tzw. postkomunistów był czymś w rodzaju złotej rybki. Bo gdyby tam weszli delegaci związków zawodowych, gdyby weszli tam przedstawiciele spluralizowanej opozycji, to sytuacja byłaby inna.

Z pomocą ex-PZPR przeprowadzono gospodarczy zamach stanu. I to na nich spoczywa główna moralna odpowiedzialność za taki stan rzeczy, ponieważ ochoczo rozmontowywali to, co chroniło robotników i robotnice przed dzikim kapitalizmem. I później już poszło: wprowadzenie eksmisji na bruk, zawarcie konkordatu, wysłanie wojsk do Iraku, więzienia CIA w Polsce…

Byłem w prezydium klubu parlamentarnego SLD. W pewnym momencie nie wytrzymałem i zapytałem, dlaczego nie zajmują się biednymi. Na co ówczesny sekretarz partii Krzysztof Janik odpowiedział: dlatego, że biedni nie głosują… No ale w końcu zagłosowali. Na PiS. Jeżeli formacja, która ma pieniądze, ma środki, jest obecna na scenie politycznej, ma dostęp do mediów, daje się obejść Kaczyńskiemu z lewej strony, to znaczy, że jest niewiele warta.

– Ale Twoim zdaniem oni z taką historią nie mieli szans, żeby stać się pełnokrwistą socjaldemokracją?

– Dla mnie to nie jest problem tego, czy oni byli/są dość lewicowi. Nie w tym rzecz. Oni realnie wspierali terapię szokową. Mnóstwo ich ludzi miało w tym czysty interes finansowy. Ich nie interesowała choćby ustawa o samorządzie pracowniczym, a wszystko, co było postępowe w ruchu „Solidarności”, zostało zniszczone między innymi rękoma dawnej nomenklatury PZPR-owskiej. To ma głębsze korzenie: ilekroć w PRL klasa robotnicza postanowiła serio potraktować ustrojowe założenie, że władza należy do ludu pracującego miast i wsi, to do niej strzelano.

– A jednak w latach 90. głosowała na SLD także ta część społeczeństwa, która poczuła się zagrożona gwałtownością procesów transformacji.

– Ponieważ mrugali do ludzi okiem, że mają coś wspólnego z socjalnym dziedzictwem PRL-u. I markowali przywracanie socjalnych zmian albo spowalnianie urynkowienia.

– Podobno czasami tak właśnie robili.

– Nic z tych rzeczy. Od początku byli bardzo brutalni i bezwzględni.

– Co im najbardziej pamiętasz?

– Ustawę o najmie lokali, którą wprowadziła Barbara Blida.

Opowiem też dwie sceny z sejmu. Jedna miała miejsca w czasie debaty na temat Leszka Balcerowicza, gdy nie dopuszczono mnie na mównicę – opowiadano dyrdymały z mównicy sejmowej w imieniu klubu SLD. Druga sytuacja przydarzyła się w trakcie sprawozdania sejmowego Adama Tańskiego, przez lata prezesa Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, który według mnie rządził tą instytucją zbyt kolesiowską ręką. Głos chciał zabrać Kazimierz Iwaniec, poseł z okręgu słupskiego, który był przewodniczącym Związku Byłych Pracowników Państwowych Gospodarstw Rolnych. Chciał dobrać się Tańskiemu do skóry, wykrzyczeć całą tę wściekłość. W ostatniej chwili rzecznik dyscyplinarny klubu SLD, Wacław Martyniuk, zdjął go z mównicy. W zamian wysłał jakiegoś figuranta, który nie miał słów, żeby się nachwalić pana Tańskiego. Kaziu Iwaniec siedział na sali sejmowej i zmarł na zawał. Pękło mu serce.

To jest podła formacja, podła.

– Ale układaliście się z nimi jako PPS-owcy.

– Teraz każdy jest mądry.

Powiem ci jak to wyglądało na co dzień – staraliśmy się wyrwać, ile się da. Klubowi SLD brakowało głosów do odbicia jakiegoś weta prezydenta Wałęsy. I wtedy my, czyli wtedy już wydzielone koło PPS, zażądaliśmy wprowadzenia obligatoryjnych oświadczeń majątkowych dla podatników osiągających dochód powyżej pewnej kwoty. Chodziło o to, żeby zeznania dotyczące dochodów w danym roku były w jakikolwiek sposób skorelowane ze wzrostem majątku podatnika. A przecież wtedy wszędzie były lewe dochody. Gra była taka, że my zgodziliśmy się głosować za odrzuceniem weta, jeżeli dzień wcześniej w głównym wydaniu „Wiadomości” Marek Borowski, który był wówczas ministrem lub wiceministrem finansów, ogłosi wprowadzenie tych oświadczeń. Tak się stało, głosowaliśmy za wetem. Ale to pokazuje, do jakich trzeba było posuwać się szantaży, żeby wymusić jakąkolwiek propaństwową, bo nie mówię już że lewicową, zmianę prawa. Zresztą później zmianę tę cofnięto w Senacie głosami PSL.

– Dlaczego wyciągnąłeś na sztandar sprawiedliwość społeczną?

– Dlatego, że ona jest zrozumiała dla ludzi.

– Ciągle? Tak uważasz?

– Myślę, że ona dopiero teraz zaczyna być rozumiana. Ludzie coraz lepiej uświadamiają sobie, że cały ten system jest niesprawiedliwy. A przecież bardzo długo byli przekonywani, że są sobie winni. To jest jak amerykański syndrom poczucia winy za własną biedę, gdy uboga kobieta korzysta z pomocy społecznej i samotnie wychowuje dziecko, a dziennikarz ją pyta, dlaczego jest biedna, a ona mówi: bo jestem leniwa. On na to: jak to możliwe, że tak pani sądzi, skoro wstaje pani o drugiej w nocy i idzie do pracy w piekarni, a potem zajmuje się dzieckiem. Ona na to: nie wiem. Ale my dobrze to widzimy z dystansu – poprzez różnoraką przemoc kulturową wmówiono jej, że bieda to lenistwo. Nawet jeśli pracuje ponad siły.

– Na własnym podwórku też doczekaliśmy pracujących ubogich kobiet i mężczyzn.

– Moim zdaniem na polskim podwórku przełom w postrzeganiu tych zjawisk dokonał się za sprawą Prawa i Sprawiedliwości. Wcześniej była jedna wielka ściema, że inaczej się po prostu nie da. W PRL była jedynie słuszna linia PZPR, a w III RP jedynie słuszna droga neoliberalizmu, tyle że w wydaniu różnych partii, których koncepcje społeczno-gospodarcze różniły się nieznacznie. Wreszcie pojawiła się alternatywa, jak to nazywam, chadecko-narodowa, wizja tzw. kapitalizmu narodowego, który o tyle się różni od klasycznej drogi rozwojowej w III RP, że w ogóle pokazuje, że można robić inną politykę gospodarczą i świat się od tego nie kończy. Według mnie to otwiera kolejne furtki: skoro da się tak, to chyba można jeszcze inaczej.

Osobna sprawa to jest oczywiście migracja, bo ludzie zobaczyli inny świat, inne rozwiązania. Dzięki Unii Europejskiej, uwolnieniu zachodnich rynków pracy, dzięki możliwości legalnego przemieszczania się zobaczyli, że usługi publiczne działają w krajach, które wcale nie miały u siebie tzw. komuny.

– Ale dla bodaj wszystkich jest jasne, że Ikonowicz to jest czerwona flaga, że mówisz o sprawiedliwości społecznej jako socjalista.

– Tak, w Ruchu Sprawiedliwości Społecznej nazywamy siebie socjalistami, nie ukrywamy tego. Ale wiem też, że to pojęcie obciążone jest nie tyle złą konotacją (bo moim zdaniem socjalizm nie ma w Polsce złej konotacji społecznej), ile piętnem klęski: że to już było, to przegrało. Trudno zatem, żebyśmy startowali do ludzi z komunikatem: „przyłączcie się do nas, to przegrana sprawa”. To nie jest dobry przekaz, prawda [śmiech]?

– Teraz zdradzasz tajemnice kuchni politycznej!

– [śmiech] Po prostu tłumaczę, dlaczego tak bardzo, i to wcale nie ze względów marketingowych, stawiam na przekaz dotyczący sprawiedliwości społecznej. I powołuję się na art. 2 Konstytucji. A jednocześnie – to bardzo ważne – w RSS podpieramy to działaniem. To jest wiarygodne.

– Nie wiem, czy to będzie czytelne dla odbiorczyń i odbiorców. Bo Ty przecież jesteś antykapitalistą, a to, co mówisz, sugeruje raczej działanie w obrębie systemu.

– My nie mamy wątpliwości, że program reformistyczno-socjaldemokratyczny tutaj nie wypali. Również dlatego, że Polska jest krajem kapitalizmu peryferyjnego. Choćbyśmy pracowali przez dwadzieścia cztery godziny siedem dni w tygodniu, to nie staniemy się częścią metropolii. Nie staniemy się nią też tylko dlatego, że ktoś ogłosił, że wstaliśmy z kolan. Grekom to wszystko już wyjaśniono.

– I nikt nam nie odda swojego kapitału.

– Przede wszystkim nikt nam nie odda miejsca na rynku, nie odda nam środków produkcji, z których zrezygnowaliśmy, gałęzi przemysłu, które zmarnotrawiliśmy. No ale skoro na bardzo ważnych stanowiskach mieliśmy ludzi pokroju Tadeusza Syryjczyka, który powiedział, że jedyna dobra polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej, to co się dziwić. Te rzeczy się nie odwrócą, a przynajmniej nie tak łatwo, więc to jest mamienie ludzi, że możemy tutaj wprowadzić system skandynawski.

Możemy za to wprowadzić sprawiedliwy podział dóbr, ale potrzebna jest przemiana społeczna. I to jest kluczowe pojęcie, wokół którego obraca się nasza filozofia polityczna. Ona idzie dużo dalej niż zmiany instytucjonalne…

– W jakim sensie?

– Przed wieloma laty byłem w Portugalii. Oni wówczas wpisali do konstytucji, że budują socjalizm. No i co z tego, skoro faktycznie był tam kapitalizm? Gdy znacjonalizowali wielki koncern KUF, to się okazało, że mają tylko taśmy montażowe. A komponenty były w metropoliach [śmiech]. To była kupa złomu. I pamiętam, że byłem w Recife, w Pernambuco, to jest północno-wschodnia część Brazylii. Burmistrz z partii Partido dos Trabalhadores, Partii Pracowników, z dumą pokazał mi fawele, które zostały pomalowane w piękne graffiti. Ja mu na to: no dobrze, ale to są ciągle fawele. A on mówi: jestem wprawdzie socjalistą, ale rządzę kapitalistycznym miastem i mogę najwyżej pomalować fawele…

Próba zaklęcia rzeczywistości słowami czy nawet pewne zmiany instytucjonalne – to za mało. Rzecz nie tylko w tym, że to tamci, którzy trzymają pieniądze, trzymają też władzę. Rzecz i w tym, że mentalność kapitalistyczna jest ludziom głęboko wszczepiona. Stąd mamy syndrom dobrego wuja Toma, który kocha swojego pana. I dopóki tego się nie przełamie, a jednocześnie dopóki nie przełamie się mizantropii, która u nas powstała w wyniku atomizacji społecznej, to ludzie albo dalej się będą okradać, albo będą na siebie donosić, albo robić różne inne świństwa, które w kapitalizmie uchodzą za tzw. zaradność życiową.

W RSS stworzyliśmy – niemal laboratoryjnie – pewien rodzaj społecznej synergii. Ale potrzebujemy tego w znacznie większej skali – to jest problem współpracy, kapitału zaufania społecznego. Zmieniać się musi społeczeństwo, ręczne sterowanie państwem nic tu nie da. Do nowego systemu potrzebny jest nowy człowiek.

– A nie jest tak, że lewica trochę się boi polskiego społeczeństwa? I to nie tylko dlatego, że jakaś jego część po trzech dekadach edukacji w duchu lumpenliberalizmu skręca w stronę agresywnej wsobności?

– Mam właśnie za sobą interesującą dyskusję na swoim profilu na facebooku. Rzuciłem tam myśl, że byłoby dobrze, gdyby powstała w Polsce chrześcijańska lewica. Bo ona by nam pomagała w zwalczaniu katotalibanu z pozycji fideistycznych. Co ciekawe, pojawił się wysyp coming-outów lewicowych katolików i katoliczek. Jakaś pani napisała nawet: „jestem katolicką lewaczką”.

W tej dyskusji odezwały się też głosy, które potwierdzają to, co mówisz: mianowicie, że oto lud jest ciemny i nic się na to nie da poradzić. Pytam zatem: kogo będziemy buntować, oświecone elity? Projekt pod nazwą RSS to jest projekt na zorganizowanie 16 mln ludzi pracy najemnej.

– Całkiem ambitnie.

– Zauważ – to nie wszyscy, ale duża ich część. Jak dotąd nie było w III RP partii proletariatu, nie było partii salariatu. Myśmy postawili sobie zadanie, żeby ją zbudować. Większość naszych członków i członkiń to zwykli ludzie pracy, którzy w niedzielę chodzą do kościoła.

– Łączą socjalizm z katolicyzmem?

– Tak. Ale to jest możliwe, bo nie epatujemy ludzi tekstami w rodzaju „nienawidzę tej pedofilsko-złodziejskiej bandy”, używanymi pod adresem całej katolickiej wspólnoty. A w RSS są ludzie, którzy mają w rodzinie księdza, zakonnicę, zakonnika. I te osoby duchowne nie są pedofilami ani złodziejami – bo większość z nich w ogóle taka nie jest. Zatem po co ranić zwykłych wierzących ludzi, którzy chodzą z nami w pochodach pierwszomajowych? Trzeba być z ludem, a nie przeciwko ludowi.

Marks o religii powiedział coś, czego dzisiaj się na ogół nie rozumie, a to jest kwestia cywilizacyjna. Stwierdził, że religia to opium dla ludu. Nie chodziło o to, że jest to środek halucynogenny. Po prostu opium było wówczas powszechnie stosowanym środkiem przeciwbólowym. Religia dawała ulgę uciśnionym masom. I tak jest nadal – nie chodzi zatem o prymitywną walkę z religią jako taką, ale o radykalną zmianę stosunków społeczno-gospodarczych.

– Problem w tym, że takie klasyczne odczytanie marksowskich tez nie zachwyci dziś ani hierarchicznego Kościoła, ani środowisk lewicy.

– A moim zdaniem do RSS należy stworzenie przestrzeni dialogu. Oczywiście, w takich kwestiach jak ochrona życia ludzkiego od naturalnego poczęcia będzie trudno, bo nie jesteśmy ludźmi wiary i nie wierzymy, że zygoty mają dusze, natomiast już na poziomie równości płci albo sprawiedliwości społecznej wśród wierzących świeckich, u duchownych, niemało jest ludzi, z którymi można się dogadać. Tylko ksiądz Oko i ojciec Rydzyk nie chcą dialogu, ale im bardziej oni go nie chcą, tym bardziej my go chcemy [śmiech]. A to dlatego, że my w tym dialogu wygrywamy.

– Zaraz się okaże, że jesteś politykiem chrześcijańskiej lewicy.

– Za mnie modli się mnóstwo starszych kobiet. Jako RSS mamy bardzo dobry odbiór wśród wyborców PiS-u. Bo w istocie gra idzie o przejęcie naszego lewicowego elektoratu, który PiS nam podstępem odebrał. Moim zdaniem idzie nam nieźle.

– Tylko że ludzie nie potrzebują etykiet zastępczych. Nie potrzebowali postkomunistów jako liberałów, bo mieli Platformę, i raczej nie będą potrzebować was jako pobożnych socjalistów, skoro jakiejś istotnej części elektoratu wystarczy do tego PiS.

– Jest jeszcze jedna sprawa. PiS spowodował, że wzrosły ludzkie aspiracje. I ludzie będą chcieli dużo więcej. A niektórzy wierzą w jakąś radykalną przemianę, podobnie jak elektorat Pawła Kukiza. Jakaś część społeczeństwa naprawdę chce zerwania ciągłości tego zgniłego systemu. A tego tak naprawdę nie oferuje im żadna opcja. My natomiast oferujemy rzeczywistą przemianę społeczną. Ona jest trudna. Ale wierzymy w ruch masowy, który przyniesie również samooczyszczenie się społeczeństwa. Pewnie znasz opisy solidarnościowych strajków. W ich trakcie nigdy nic nie ginęło i nikt nie był pijany. Bo w czasie strajku właścicielem fabryki była załoga. Ponieważ ludzie czuli się odpowiedzialni. I to przerażało partię.

– Mówisz o wielkiej solidarystycznej przemianie społecznej, ale dobrze wiesz, że zmiana społeczna w Polsce równa się wzrostowi radykalnych nastrojów narodowych i jakichś patchworkowych lęków przed obcym-imigrantem-muzułmaninem-terrorystą.

– Wiesz, jesteśmy partią ludową. Należą do niej kierowcy autobusów, sprzedawczynie. To jest trochę jak w PPS – do partii należy się rodzinami. Jest u nas Krysia Sałanowska, która na Nalewkach handluje warzywem i ma cztery córki, które również należą do partii. Jak one przyjdą z wózkami i z dziećmi, to jedna rodzina pół biura zajmuje [śmiech].

W każdym razie: wśród tych osób są i takie, których poglądy nie do końca nam pasują. Jest wśród nas Rosjanka, Olga, która uciekła z Taszkientu, bo ją Uzbecy od „ruskich świń” wyzywali. Jest straszliwie islamofobiczna. Jako kierownictwo partii nie interweniowaliśmy – ludzie to sami załatwili. W pewnym momencie jedna z dziewczyn, Beatka, nie wytrzymała i mówi do Olgi: „Myślisz, że my tu was, Ruskich, to tak lubimy w Warszawie?”. Nie dlatego, że jest rusofobką, ale chciała, żeby się tamta przez chwilę poczuła jak Syryjka.

– Z różnych przyczyn rozumiem to, co mówiłeś o lewicy chrześcijańskiej, ale mam poczucie graniczące z pewnością, że w przewidywalnej przyszłości nie powstanie taka realna siła.

– To nie musi być wielka siła. Chodzi o coś, co ma znaczenie oddolne, społeczne. Nie o jakieś inteligenckie nisze, ale o ludową chrześcijańską wrażliwość. A salony jak „Tygodnik Powszechny” to raczej nic nam nie pomogą w tej sprawie, bo te katolickie socjalne warstwy niższe mają lepszy kontakt z nami niż z nimi.

Niedawno był u nas Olgierd Łukaszewicz, który z nami współpracuje w dobrych dziełach. Opowiadał o swojej drodze artystycznej, a na koniec wyrecytował duży tekst prymasa Wyszyńskiego o kapitalizmie. Dreszcz po krzyżach. Dreszcz po krzyżach! Przenikliwe, ostre, radykalne, w punkt! Ale co ciekawe – tych wspomnień ludzie nie słuchali aż tak bardzo uważnie, a jak zaczął z tym prymasem, to się zrobiła cisza jak makiem zasiał. Później się okazało, że jakieś pobożne grono proponowało mu spotkanie przy kościele. I on bardzo chciał z tym samym wystąpić, bo widział, jaki u nas był odzew. Ale w kościele prymasa nie chcieli [śmiech]…

Poza tym mamy te wszystkie encykliki społeczne, których naprawdę duża część nadaje się do częstego cytowania. Mamy też takich ludzi jak Hélder Câmara [brazylijski ksiądz, jeden z ważniejszych reprezentantów teologii wyzwolenia, nazywany czerwonym biskupem – przyp. K.W.]. Po lewej jest też Franciszek, a przynajmniej przez większość polskiego Kościoła uważany jest za lewaka. Chociaż moim zdaniem nie jest żadnym lewakiem, lecz dobrym chrześcijaninem.

Wiem, ktoś powie, że mam wyrok za Chazana. Na tym nie koniec, jako RSS chodzimy na Manify. Jestem antyklerykalny w takim sensie, że jak ksiądz grzeszy, to nazwę to mocnym słowem. Ale jednocześnie z zakonnicami chodziliśmy po kanałach szukać bezdomnych, z księdzem Janem Mikosem, świetnym człowiekiem, w Górach Świętokrzyskich budowałem ośrodek dla starych rolników. To wszystko nie jest czarno-białe. Uważam, że fanatyzm antyreligijny może tylko zaszkodzić ruchowi robotniczemu. A my chcemy być ruchem robotniczym.

– Niektórzy utożsamiają cię z filozofią polityczną, którą nazywają „biedyzmem”. Miałoby to polegać na tym, że lewica powinna koncentrować się przede wszystkim na sprawach ludzi ubogich. Czasem słyszę, że tak, Piotr jest ikoną polskiej lewicy, ale nie interesuje się na przykład losem młodych pracownic i pracowników umysłowych, którzy zarabiają w korporacjach na kredyt na mieszkanie w stolicy.

– Myślę, że klasa średnia ma swoją lewicę. To jest partia Razem. Uważam to za zjawisko pozytywne. Ale nie ma się co pchać do tej klasy średniej, bo do niej już jest duża kolejka. Wszyscy się odwołują do klasy średniej, a według Instytutu Badań Gospodarki Rynkowej ona liczy sobie jakieś 400 tys. osób [śmiech]. Do tego należy doliczyć, powiedzmy, trzy miliony ludzi, którzy mają fałszywą świadomość, że są klasą średnią i żyją na kredytach. I z całą pewnością to są ludzie, którzy się powinni organizować. Mało tego. To są ludzie, którzy już się organizują, bo mają naddatek wolnego czasu i pewien kapitał kulturowy. To dlatego na Ursynowie powstało stowarzyszenie Nasz Ursynów i odsunęło od władzy Platformę Obywatelską. Bo tam wszyscy albo uprawiają jogging, albo jeżdżą na rowerach. Na Pradze nikt nie będzie uprawiał joggingu, bo jest tak wyciśnięty przez pracodawcę, że ma po robocie wszystkiego szczerze dość.

– A to nie jest zbyt czarno-białe?

– Weź przestań. Swego czasu byłem w Słupsku. Spotkałem się tam z reprezentacją lewicy, oczywiście SLD-owską, bo innej tam wtedy nie było. Wydałem wówczas w formie broszury analizę kryzysu społecznego w Polsce. Z godzinę opowiadałem im o tym, co tam zawarłem. Między innymi że 80 proc. polskiego społeczeństwa to ludzie niezamożni. Po czym po kolei wstało kilku dyskutantów, i mnie pochwaliło, że to dobrze, że zajmuję się tą niewielką mniejszością polskiej biedoty. Znaczy się, k…, nic do nich nie dotarło.

I to jest trochę jak z tym biedyzmem. W Polsce po prostu jest dużo niezamożnych osób o niskim kapitale kulturowym. Albo ściślej mówiąc: niższym niż ten, który posiadają inteligencja i ta niewielka klasa średnia. W dodatku tzw. klasa średnia sama buduje bariery klasowe. Gdy stoimy na ulicy i zbieramy podpisy np. pod petycją dotyczącą obniżenia cen biletów, to już na podstawie sposobu ubioru wiemy, kto podejdzie, a kto nie.

– Podchodzą ci gorzej ubrani?

– Dokładnie tak. Kiedyś nie wierzyłem, że tak jest, ale to jest w skali jeden do jednego. Gdy jesteśmy np. na demonstracjach przeciwko rasizmowi, to właściwie nie ma „chemii” między nami a resztą demonstrantów. Może dlatego, że oni później idą na latte, a my do biura wypić herbatę. Żyjemy w dwóch różnych rzeczywistościach. Mieszkam od kilkunastu lat na Pradze i wciąż czasami mam wrażenie, że gdy przekraczam linię Wisły, to jakbym był jakimś nielegalnym imigrantem – tak bardzo to są różne światy. Wiesz, że różnica w kwestii wieku umieralności mężczyzn między Wilanowem a Pragą Północ to szesnaście lat? Tak wynika z badań, które zleciła Gronkiewicz-Waltz. Szesnaście lat!

– Ale ludzie, którym powodzi się trochę lepiej albo przynajmniej mają perspektywy na przyszłość, jak pracujący studenci i studentki, to naprawdę nie jest uprzywilejowana warstwa.

– Takie osoby też mają problemy. Zresztą, ostatnio mieliśmy protesty w sprawie Miau Cafe i właściwie to dotyczyło takich spraw: te dziewczyny, kelnerki, trochę się uczyły, trochę dorabiały, tutaj iPhone, tutaj jakaś niska pensja, takie zmiksowane historie. Ale pokażę ci różnicę. Stoimy na pikiecie, jest nas dwadzieścia parę osób z RSS z czerwonymi sztandarami, jest sześć osób z Razem i kilku związkowców. Kończy się pikieta i nasi mówią: „Dobra, te dziewczyny się zwolniły z pracy i nie mają kasy, zróbmy zrzutę”. A wtedy ludzie z Razem mówią: „No nie, przecież nawet nie pytaliście o coś takiego wcześniej”. Na co wychodzi jedna z tych dziewczyn i mówi: „Świetnie, bo ja już pożyczam od sąsiadów”. Zupełnie inna filozofia. A żeby coś naprawdę zrobić poszliśmy tam i przez pół dnia piliśmy wodę sodową, aż kobieta musiała w tym dniu zamknąć knajpę. Uczyniliśmy dolegliwość i jesteśmy gotowi to powtarzać. Bo my działamy klasowo, czyli rozumiemy interes ekonomiczny.

Łatwo jest zrobić pogadankę kasjerowi w supermarkecie czy ochroniarzowi i uświadomić co do jego praw. Ale co jeśli straci robotę? Musisz mu pomóc: zapewnić łóżko, zapewnić inną pracę, a póki nie ma pracy, musisz go nakarmić. To jest solidarność. A wszystko inne to jest gówniarstwo. Nie można wnosić świadomości klasowej i zapomnieć o konsekwencjach.

Podam też inny przykład. W Studio Polska w TVP Info był program na temat mobbingu. Kaśka Matuszewska prosiła o kontakty do mężczyzn i kobiet, których spotkał taki los w pracy. Jako RSS przyprowadziliśmy sześć osób. Razem ani jednej. Była tylko jakaś aktywistka od nich, która nie odwoływała się do swojego doświadczenia, opowiadała o rzeczach, o których się dowiedziała od kogoś.

Rzecz w tym, że te osoby, które przyszły z nami, zapisały się do partii. To jest upodmiotowienie.

– Ale w Razem też są osoby, które działają partyjnie i straciły pracę. Znam konkretne przypadki. Ale widzę inny problem – osoby, którym się trochę lepiej powodzi, mają więcej do stracenia. I chyba często liczą, że lepiej przeczekać niż się buntować.

– Każdy i każda ma coś do stracenia. W filmie „Siedmiu wspaniałych” główny bohater zapytany, czy będzie walczył za mieszkańców wioski, którzy zebrali te swoje biedne skarby, żeby zapłacić za ochronę, odpowiada: „Tak, bo oni dali nam wszystko. Za tak wysoka cenę jeszcze nie walczyłem”. Tak jest z ludźmi, którzy są z nami: malutkie mieszkanie, ostatnia koszula to jest wszystko, co mają. To strasznie dużo do stracenia. Jeśli masz sto koszul, to jedna w tą czy w tamtą nic nie znaczy. Ale ta jedna to jest: zamarznąć, nie zamarznąć!

I dlatego stara kobieta nie rusza się z domu, bo gdy wyjdzie, to facet wjedzie buldożerem i jej to wszystko rozjedzie. Dla komornika i dla właściciela te nędzne stare mebelki są bez wartości rynkowej. Dla niej to jest dorobek całego życia. Bo ona na to płaciła raty, ona na to pracowała, ona się do tego przywiązała, z tym się wiążą wspomnienia. A komornik mówi: wyrzuciłem na śmieci, spaliłem. Starzy ludzie przed sądem słyszą, że dorobek ich życia to są śmieci. To jest upokorzenie. Nie mówmy, że mają mało do stracenia! Trzeba cenić to, co oni wydrapali pazurami przez lata harówki. Bo to ma wartość ich poświęcenia. To się przekłada na zupełnie inną liczbę godzin pracy i stawkę godzinową dla hipstera i dla tej starej proletariuszki.

– Nie zastanawia Cię jednak, że to Razem praktycznie z marszu w wyborach parlamentarnych zrobiło kilkuprocentowy wynik wyborczy? Jedną nogą byli już w Sejmie.

– Nawet jeśli wejdą do parlamentu, to nie sądzę, żeby to była jakościowa zmiana w polskiej polityce. Dlatego, że oni stawiają sobie niezwykle minimalistyczne cele. Po pierwsze: chcieli mieć finansowanie z budżetu państwa, no i mają je. W przyszłości pewnie będą chcieli mieć trochę posłów i posłanek. Byłem jednym z „trocha” posłów i to g… daje. Oni pilnują tego, żeby być w mainstreamie.

Przepraszam, mówię tylko to, co widzę. Oni w wewnętrznej debacie podjęli decyzję, że nie stać ich, bo mają za małe siły, żeby brać udział w walkach społecznych, więc koncentrują się na polityce. A mają pięć milionów dotacji! Jeśli chodzi o demonstracje, w których obok siebie idziemy, to stosunek jest pięć do jednego albo dziesięć do jednego na naszą korzyść. A my nie mamy pięciu milionów dotacji, nie mamy złotówki dotacji, żyjemy ze składek. I nikt nam tego nie odetnie. Idziemy do przodu, rośniemy. A oni? Pewnie przyspieszą przed wyborami, bo to jest typ partii wyborczej.

– Ale to oczywiste, że partia socjaldemokratyczna chce się dostać do Sejmu w ramach systemu, który wprost uprzywilejowuje parlament jako miejsce walki politycznej.

– Wybory są środkiem do celu. A jest nim osiągnięcie wpływu na sprawy państwa. A to jest możliwe gdy sięgnie się po masowy elektorat. Jedyny masowy elektorat, po który dzisiaj może sięgnąć lewica, to dzisiejszy elektorat Prawa i Sprawiedliwości. I jeśli ktoś przejmie ten elektorat, to będzie z niego pożytek. W przeciwnym razie jeden czy druga wejdą do Sejmu i rozwiążą tylko własne problemy, bo dostaną 9 tys. złotych diety poselskiej miesięcznie. A ludzie będą mieli pretensje: no bo przecież ten ktoś jest w Sejmie i nadal nie rozwiązuje ich problemów. Wyborcy tak to widzą. I mają rację. Bo naszym obowiązkiem jest skuteczność, a nie dobre chęci. A skuteczność wymaga zmierzenia się z ludem, który podejrzewamy o to, że jest ciemny.

– Mówiliśmy nieco o Twoim nastawieniu do kapitalizmu. Z jednej strony szczególnie po kryzysie 2008 roku chyba już wszyscy wiedzą, że jest z nim coś mocno nie tak – może poza nadwiślańskimi elitami. Z drugiej nie ma u nas jakieś szerzej społecznie przyjętej opowieści o tym, co dalej z tym fantem zrobić.

– Polskie elity zawsze były trochę zapóźnione intelektualnie. Inna rzecz, że to my musimy wiedzieć, jak w ogóle opowiadać cały ten problem. Komunikat, że inny świat jest możliwy, to zbyt enigmatyczna rzecz. Za bezgotówkowy raj przy wtórze „Międzynarodówki” ludzie chcieli ginąć, ale za to że inny – nie wiadomo jaki – świat jest możliwy, nikt ginąć nie będzie. Trzeba sobie zatem postawić jakiś cel.

– Mówiłeś o przemianie społecznej.

– Doktryna neoliberalna, która koncentruje potężną własność w groteskowo już małej liczbie rąk, co daje nielicznym olbrzymią władzę, więc zaprzecza demokracji, jest wciąż spójną koncepcją. A po lewej czy jakiejkolwiek innej stronie nikt nie przeciwstawił jej innej spójnej koncepcji. Jest cała masa przyczynkarskich rozwiązań. Ale na jedną ideologię trzeba odpowiedzieć inną. Istotą przemiany społecznej jest dojrzewanie społeczeństwa w walce z systemem, tak, aby nowy system, społecznie sprawiedliwy, był „ich”, a nie „im” odgórnie narzucony. I tym się to różni od klasycznej rewolucji, w której awangarda przejmuje władzę, a potem stara się narzucić większości swój model.

– Był marksizm. A może nawet: potencjalnie wciąż jest marksizm.

– Teraz jest pewien deficyt, który trzeba będzie jakoś wypełnić. I to jest nasze najważniejsze zadanie – powiedzieć, jak będzie po kapitalizmie. Wracamy do Róży Luksemburg: socjalizm albo barbarzyństwo.

– Nie tylko w polskich warunkach usłyszysz odpowiedź, że całkiem niedawno na sporych obszarach świata już było „po kapitalizmie”.

– Ale tutaj mowa o demokratycznym socjalizmie. Czyli systemie, który jest prostą konsekwencją działającej demokracji, w której większość wygrywa wybory. Wciąż wierzę w potęgę kartki wyborczej, ale tylko jeżeli za tym miałaby iść prawdziwa przemiana społeczna, a nie dorwanie się do żłobu i udawanie dobrych jaśnie państwa. Bo ta druga wersja jest jak liberalny feminizm: postawmy kobiety na czele struktury dominacji i wyzysku. A wtedy na zmianę będziemy poganiaczami i poganiaczkami niewolników i niewolnic, ale niewolnictwa nie zamierzamy znosić.

– Zatem co robić?

– Jest rzeczą pewną, że ludzkość wytworzyła dość towarów i usług, żeby gospodarka nie musiała już rosnąć. Wzrost gospodarczy nie jest nikomu do niczego potrzebny poza bankami i kapitalistami, dlatego że dopóki emisja pieniądza odbywa się tylko za pomocą kredytów obłożonych procentem składanym, musi istnieć wzrost gospodarczy, żeby zaspokoić rentierów, czyli odsetkobiorców. Ktoś, kto wierzy w nieograniczony wzrost w ograniczonym fizycznie świecie, jest albo ekonomistą, albo idiotą. To akurat powiedział Al Gore, żeby było śmieszniej. Jeżeli odejdziemy od religii wzrostu, jeżeli odejdziemy od religii zysku na rzecz racjonalnego zaspokojenia potrzeb, to będziemy szczęśliwi. I to są rzeczy do zrobienia: każda decyzja, każda instytucja, każda reforma inaczej dzielą bogactwo i dochody.

– Uświadamiam sobie i nie używam tego określenia pejoratywnie, że jednak jesteś utopistą. Przedstawiasz wizję, która wykracza poza obecny porządek świata i łączy racjonalny opis z czymś zupełnie nierzeczywistym, w znaczeniu: wciąż niespełnionym.

– W takich momentach zawsze z dziką satysfakcją cytuję mojego ulubionego barda przedsolidarnościowego, solidarnościowego i posolidarnościowego, Jana Krzysztof Kelusa: „Tutaj warto zrobić historyczny przytyk, że co drugi folksdojcz był real-polityk”. Żyjemy w czasach, w których „niemożliwe” ciągle się wydarza. Stąd jestem głęboko przekonany, że istnieje realna szansa, aby Ruch Sprawiedliwości Społecznej stał się ruchem masowym. A jeżeli staniemy się ruchem masowym, to będzie od nas zależało, kiedy i na jakich warunkach przejmiemy władzę, bo to jest bardzo trudna decyzja.

Mnie dzisiaj ekscytuje, że dostaliśmy od miasta propozycję, żebyśmy wzięli budynek do remontu. Tam będą mieszkania rotacyjne, w których ludzie będą mogli godnie czekać na mieszkania socjalne i komunalne, nie tracąc statusu bezdomnych. Na dole będziemy mieć wielką bibliotekę i wielką jadłodajnię…

– Od bardzo ogólnych tez przeszedłeś do bardzo szczegółowych projektów.

– Dla mnie ten pomysł – jeden budynek, kilkadziesiąt osób – jest po to, żeby pobudzić wyobraźnię społeczną. Bo ludziom trzeba pokazać to, co się zrobiło, a nie to, co zrobię, jak mnie wybiorą.

– Ale Ty też teraz mówisz o pewnych planach.

– Ale mamy też za sobą w RSS mnóstwo konkretnych ludzi, którym już pomogliśmy, którzy mogą o tym opowiedzieć choćby w telewizji. Bo to też jest atut, który posiadamy. Gdy pojadę do Gdyni na spotkanie z mieszkańcami Pekinu [sześciohektarowe skupisko domostw ubogich ludzi w dzielnicy Leszczynki – przyp. K. W.], a potem na spotkanie z prezydentem tego miasta, to będą mi towarzyszyły kamery telewizyjne. Nasza rewolucja jest transmitowana. To jest wielka siła, bo ludzie widzą, że są socjaliści, którzy działają w zgodzie ze swoimi ideałami. To przyciąga do nas kolejne osoby.

– Ale wiesz dobrze, że całościowo lewica zależy od liberalnych i prawicowych mediów. Nie mamy własnych dużych kanałów dystrybucji informacji. Przecież w TVP jesteś na prawach gościa.

– Ja się nie kryję z czerwoną koszulą, z feminizmem, z żadnym ze swoich poglądów się nie kryję w publicznej telewizji. A mimo to mnie zaakceptowali.

W dodatku gdy jako RSS idziemy do telewizji, to w trzydzieści osób. I chociaż nie można mieć logo partii, to wszyscy są ubrani na czerwono. A ponieważ poza nami nikt tego koloru nie używa, to wiadomo, że to jest RSS. Choć oczywiście Studio Polska zdarzyło się w dość nieoczekiwanych okolicznościach. I zyskali świetną oglądalność. Oczywiście, Elżbieta Jaworowicz ma lepszą. U niej też jestem regularnym gościem. Nie wiem, dlaczego to tak „żre”. Gdy byłem posłem, to nie miałem dziesiątej części tej rozpoznawalności i tej oglądalności. Może dlatego, że tak bardzo brakuje kogoś z lewej strony.

Choć zdaję sobie sprawę, że w momencie, w którym zobaczą w nas polityków, a nie tylko działaczy społecznych, to wyłączą nam sensowny dostęp do mediów. Do tego czasu musimy urosnąć na tyle, żeby już przeskoczyć ich mediami społecznościowymi.

– Trochę pewnie przerysuję, ale obawiam się, że to, co zostało ze świata pracy, nie stanowi już klasy robotniczej, jest tanią najemną siłą roboczą: fizyczną i umysłową. Ona jest niesamowicie podzielona między sobą, bo darwinizm społeczny wyzwolił skrajnie indywidualistyczne strategie przetrwania.

– Jako RSS mamy inne doświadczenia. Jest z nami choćby człowiek, którego eksmisję z mieszkania zablokowaliśmy jesienią i on od pół roku jest jednym z naszych czołowych działaczy. To nie są pojedyncze przypadki. To jest tak, że potem cała rodzina przychodzi, na przykład blokować kolejne eksmisje. I to jest bardzo godnościowe, bo my nie uprawiamy dobroczynności, nie patrzymy na tych ludzi z góry, my działamy ramię w ramię, bo tak działa solidarność. Ludzie przestają czuć się nikim, przestają się czuć jak trybik, robota partyjna ich uskrzydla. Do tego mogą działać w grupie, w której ludzie sobie wzajemnie pomagają. My jesteśmy zamiast państwa socjalnego. Gdy dawniej blokowaliśmy eksmisje, to sąsiedzi tych wyrzucanych ludzi pluli na nas. A teraz się przyłączają i siadają z nami. To jest też ta zmiana na lepsze, którą spostrzegam. To naprawdę jest osiągnięcie.

– Z czego to wynika? Widzą, że każdy może zostać ofiarą ludzi z większą władzą i pieniędzmi?

– Ludzie zrozumieli, że każdego to może trafić. Przestali kurczowo się trzymać ideologii, że biedni sobie zasłużyli. Rozumieją, że to jest niezawinione. Że taka jest obiektywna, systemowa sytuacja.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 21 marca 2017 roku

Dlaczego harcerstwo? – rozmowa z Victorią Kamasą

– Zacznijmy od tego, że przyrzeczenie harcerskie i prawo harcerskie nieco się różnią w przypadku Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej i Związku Harcerstwa Polskiego: w ZHP mniej jest odwołań do Boga czy szerzej – do światopoglądu katolickiego.

Victoria Kamasa: ZHR zawsze otwarcie deklarował, że jest bardziej ukierunkowany religijnie. Z kolei w ZHP w wielu środowiskach jest najprawdopodobniej miejsce dla osób niewierzących czy ateistów. Myślę również o instruktorach harcerskich na różne sposoby skręcających w lewo. Ale dodam, że za tzw. moich czasów składaliśmy przyrzeczenie harcerskie odwołujące się do Boga, jednak był on pojmowany jako najwyższa wartość, a już z pewnością nie tylko tak, jak widzi go Kościół rzymskokatolicki. Przyznam, że to zagadnienie nigdy mnie aż tak nie absorbowało. Priorytetami harcerstwa nie są przecież dyskusje wokół religii.

– To co nimi jest?

– Formowanie sensownych osób. Tak to widzę z perspektywy czasu, gdy z dystansu patrzę na moje życie i na osoby, które poznałam w harcerstwie i do dziś mam z nimi kontakt.

Harcerstwo wychowuje ludzi, którzy bardzo dobrze potrafią się odnaleźć w naprawdę różnych miejscach. I niezależnie od tego, co robią w życiu, wnoszą wiele dobrego w środowiska, w których funkcjonują. Takie myślenie o harcerstwie jest mi osobiście najbliższe.

Oczywiście istnieje także szersza wizja harcerstwa, która w Prawie Harcerskim wyraża się choćby przez deklarację służby dla Polski. Harcerze są uczeni nie tylko pracy nad sobą, lecz także pracy dla innych. Dla mnie właśnie to jest najważniejsze: że są to ludzie nauczeni myślenia również o potrzebach innych. To nie oznacza, że np. osoby uformowane przez harcerstwo zawsze są wolontariuszami, ale znaczna część z nich w swoim dalszym życiu potrafi się angażować w różne formy wzajemnej pomocy. Drobny przykład: ludzie z moich roczników mają już małe dzieci. I my wszyscy dzielimy się tym, co mamy. Wrosło w nas przekonanie, że jeżeli coś dostałam, to przekazuję to dalej. I tak robione są całe wyprawki dla dzieci.

Widzę także, obserwując środowisko uniwersyteckie, w którym pracuję zawodowo, że byłe harcerki i byli harcerze to ludzie lepiej sobie radzący z planowaniem, z rozwiązywaniem problemów, z liderowaniem. A równocześnie są bardziej „ludzcy” w relacjach z innymi osobami.

– Pytanie, czy nie jest tak, że harcerstwo przyciąga młodzież z odpowiednimi predyspozycjami.

– Wiele zależy od wieku. W przypadku licealistów z pewnością jest tak, że prawdopodobnie skupieni na sobie chłopcy, którzy chcą „zaliczać” kolejne laski, nie trafią do harcerstwa. A jeśli spojrzymy na szkołę podstawową, na dzieci w wieku 6–10 lat, to rzecz wygląda inaczej.

– Dlaczego?

– Dzieci do harcerstwa przyciąga się zabawą. Wtedy właściwie dokonuje się proces wychowawczy – właśnie w przypadku dzieci o bardzo różnych osobowościach. Dla mnie prowadzenie gromady zuchowej było czymś niezwykłym: wtedy można im dać naprawdę potężną dawkę pozytywnej energii, pomóc budować dobre życiowe postawy, nabywać różnorakie umiejętności społeczne.

To jest ten czas, gdy można nauczyć dzieci samodzielności, do której nie zawsze wdrażają je rodzice. Kolonie to niesamowity czas. Na początku dzieciaki z każdą sprawą przychodzą do ciebie, bo nie potrafią zawiązać butów, nie umieją się zapiąć. Po trzech dniach przychodzą do starszych kolegów i koleżanek, którzy są nauczeni, jak im pomagać.

– A później radzą już sobie same?

– Między sześcio- a dziesięciolatkami jest spora różnica w rozwoju i te młodsze dzieci po prostu wymagają stałej pomocy. Ale gdy sześciolatki stają się siedmiolatkami, pomagają już tym młodszym. Pięknie to widać i zawsze lubiłam to obserwować.

W Polsce jest moim zdaniem bardzo wyraźna kultura chuchania na dzieci, wyręczania pociech i niańczenia ponad ich możliwości wiekowe. W dobrze prowadzonych gromadach zuchowych istnieje duża wiara w możliwości dziecka. Gdy prowadziłam kolonie, to nawet dla naszych instruktorów, którzy zajmowali się starszymi dzieci, było nie do pomyślenia, że nasze zuchy same przygotowują posiłki. A jednak moje dzieciaki, te młodsze, to robiły. Oczywiście, nie obiady, ale spokojnie dawały radę robić kanapki. To nie były kanapki à la wypasiony catering [śmiech], ale je robiły. Takie drobne rzeczy budowały w tych dzieciach poczucie sprawstwa już na całe życie.

– A ty sama kiedy zaangażowałaś się w harcerstwo?

– To był 1996 rok, w podstawówce, miałam trzynaście lat, siostra koleżanki była zastępową i ona mnie wciągnęła. Trafiłam do rewelacyjnie działającego środowiska, poznałam tam świetnych ludzi, którzy bardzo pomogli mi w rozwoju, byli dobrą grupą odniesienia, ponieważ byli starsi ode mnie o tych kilka lat – pomogli mi w bardziej dojrzały sposób spojrzeć na rzeczywistość. Nie bez znaczenia był fakt, że w moim rodzinnym domu słuchało się Starego Dobrego Małżeństwa, więc znałam i lubiłam klimat obozowego ogniska [śmiech].

– Skoro rozmowa schodzi na wspomnienia: czy interesowałaś się przemianami w obrębie harcerstwa przez dekady polskiej transformacji?

– Warto sobie uświadomić, że harcerstwo nie jest monolitem. Z całą pewnością nie jest nim w przypadku ZHP: wiele zależy od uwarunkowań lokalnych. Wychowałam się w hufcu, który powstał na fali buntu najbardziej prężnych i najbardziej tradycyjnych (w dobrym tego słowa znaczeniu) środowisk.

– Buntu wobec kogo i czego?

– W Poznaniu hufce ustawione są rejonami, które wyrosły z tradycji PRL, z całym dobrodziejstwem inwentarza, łącznie z tzw. betonem instruktorskim. To byli ludzie, którzy pracowali w poprzednim ustroju i wynieśli stamtąd wiele złych nawyków. Oni, owszem, nosili mundury harcerskie, ale podczas pracy nie indywidualizowali celów, „średnio” też posługiwali się metodą harcerską. A zatem pierwszym celem jest wychowanie, a forma, w której się to robi, jest dostosowana do dzieci w drużynie, do ich wieku. A w „starym” harcerstwie było tak, że ludzie mieli gotowe konspekty, realizowane niezależnie od tego, co dzieciom było naprawdę potrzebne.

Ale w tych hufcach byli też ludzie, którzy w kwestiach sposobu i metodyki działania byli bliżsi przedwojennemu harcerstwu. Ci zwracali uwagę na to, że pracuje się metodą, że drużynowy nie jest znacznie starszy od dzieci w drużynie, że wychowuje się kolejne roczniki instruktorów. Ten bunt wynikał także z kwestii ideologicznych i z podejścia do Prawa Harcerskiego, w tym szczególnie do dziesiątego punktu, czyli do niepicia alkoholu. W moim hufcu ten punkt był mocno podkreślany i traktowany z dużą powagą – wyrosłam w środowisku harcerskim, w którym naprawdę się nie piło.

– Sugerujesz, że część tej starej kadry podchodziła do tego lekceważąco czy cynicznie? Jeździli na obozy, mówili dzieciom, że prawo harcerskie zakazuje picia, a wieczorami urządzali zakrapiane imprezy?

– Takie rzeczy też się zdarzały. Myślę, że można wyróżnić dwa rodzaje postaw w kwestii alkoholu. Pierwsza jest taka, o jakiej wspominasz. Jedziesz na obóz, dzieci nie piją, a ty robisz wieczorem imprezy alkoholowe. To absolutnie nie powinno się zdarzać. Może nawet mniej ze względu na Prawo Harcerskie, ale dlatego, że jesteś nieodpowiedzialny, jeśli pijesz, mając dzieci pod opieką. Druga postawa jest taka, że gdy jedziemy na obóz to nie pijemy, bo mamy niepełnoletnich podopiecznych. Ale jesteśmy dorosłymi, ukształtowanymi ludźmi, mamy ponad 30, 40 lat i przysłowiowa lampka wina u cioci na imieninach nie jest niczym złym. Takich postaw było i jest pewnie do dziś bardzo dużo. I dla mnie jest to w porządku. Moim zdaniem dziesiąty punkt prawa harcerskiego szkodzi.

– Jesteś przeciw całkowitej abstynencji alkoholowej w harcerstwie?

– Dla mnie to była przyczyna rozstania z organizacją, ponieważ nie potrafiłam wewnętrznie pogodzić się z tym, że nie przestrzegam tego punktu Prawa Harcerskiego, a czułam, że mam ponad trzydzieści lat i czasem chcę wypić lampkę wina.

– Można na to odpowiedzieć, że alkoholizm jest dużym problemem społecznym w Polsce i stąd rola wychowawcza czy profilaktyczna harcerstwa, oparta na statutowej abstynencji, jest nie do przecenienia.

– Toczyłam na ten temat miliard dyskusji w harcerskich czasach. Dorosłych ludzi, podkreślam, dorosłych ludzi należałoby raczej uczyć korzystać z alkoholu w sposób odpowiedzialny niż zakazywać go zupełnie. Znam też niestety historie osób, które odchodziły z harcerstwa i odchylało ich zupełnie w drugą stronę, bo wreszcie mogli sięgnąć po zakazany owoc.

– Wróćmy do przeobrażeń w samym harcerstwie w początkach III RP.

– Wiele rzeczy znam z opowieści starszych ode mnie, bo – jak wspominałam – mój kontakt z harcerstwem zaczął się w 1996 roku. Otóż instruktorzy, przede wszystkim z dwóch poznańskich hufców, postanowili opuścić dotychczasowe struktury ZHP i stworzyć własny ZHP-owski hufiec, który wtedy był – i do dziś nadal trochę jest – hufcem awangardowym, odmiennym od poznańskiego środowiska. Wyróżniał się choćby tym, że miał dużo niższą średnią wieku instruktorów, np. komendanci wielu poznańskich hufców to byli panowie i panie po czterdziestce, nierzadko po pięćdziesiątce, a u nas to byli studenci i studentki albo ludzie świeżo po studiach, wychowujący trochę młodszych od siebie.

To bardzo ważne, ponieważ harcerstwo opiera się na tym, że młodzi ludzie wychowują młodszych od siebie. Gdy trafiłam do drużyny, to moje drużynowe i nasza szczepowa, czyli komendantka szczepu, były wciąż młodymi osobami.

– Z czasów podstawówki w PRL pamiętam, że harcerstwo było jednak bliżej szkoły, istniały choćby klasy harcerskie, a letnie kolonie harcerskie były zwyczajową ofertą dla uczniów. Jedna z moich nauczycielek, wówczas już osoba przed emeryturą, była zaangażowana w harcerstwo, pamiętam jak bardzo zachęcała dzieci do wyjazdów na te obozy. Pamiętam też, że była osobą z charyzmą i dużymi zdolnościami pedagogicznymi. Czasem się zastanawiam, czy i dziś harcerstwo nie powinno być bliżej szkoły: raz ze względów wychowawczych, dwa dlatego, że zapewnia gry i zabawy na świeżym powietrzu. A dobrze wiemy, jak bardzo otyłość staje się plagą wśród dzieci.

– Byłabym ostrożna z mariażem szkoły i harcerstwa. Byłoby dobrze, gdyby szkoły udostępniały harcerzom możliwość prowadzenia naborów, czyli zapraszania dzieci do harcerstwa. Albo gdyby szkoły udostępniały miejsca na harcówki, czyli miejsca, gdzie odbywają się zbiórki. Za tzw. moich czasów były to piwnice, które miały swój klimat [śmiech]. Moja pierwsza harcówka była zresztą w dawnym bunkrze, bo szkoła nim dysponowała.

Myślę jednak, że nie byłoby dobre dla harcerstwa, gdyby było łączone ze szkołą – jak kółko zainteresowań. Tym bardziej, że jedno z naszych haseł brzmiało: „harcerstwo – tylko jeśli wiesz, że chcesz”. I coś jest na rzeczy. Harcerstwo jest na tyle specyficzne, wszechstronne i angażujące, jeśli chodzi o rozwój młodych ludzi, że nie powinno być łączone z systemem edukacji – zwłaszcza z tym, co szkoła niesie za sobą obecnie.

Pracuję na uczelni i widzę „produkt” polskiej szkoły, czyli studenta pierwszego roku, kogoś, kto jest zupełnie oduczony samodzielnego myślenia. To chcę powiedzieć: oduczony, a nie niezdolny do… Problemów szkoły jest wiele, więc nie chciałabym, żebyśmy myśleli o harcerstwie jako o jednej z form edukacji, ponieważ zdeformowałoby to samo harcerstwo.

– A może wpływałoby to pozytywnie na szkoły, klasy, dzieci szkolne?

– Nie mam w to wiary. Harcerstwo nie może być organizacją masową. Mówimy o tym, że pracujemy poprzez grupę, ale nakierowani jesteśmy na pojedyncze osoby. Jeżeli masz czterdzieścioro dzieci w drużynie, to nie jesteś w stanie ich ogarnąć: nie dasz rady przyjrzeć się każdemu dziecku na tyle, by określić jego potrzeby i na nie odpowiadać, nawet w minimalnym stopniu. Gdy miałam dwadzieścioro dzieci w drużynie, to już było ciężko – a wtedy byłam dojrzałą instruktorką i zęby na tym zjadłam.

Czym innym byłoby jednak wprowadzenie elementów metody czy metodyki harcerskiej do pracy w szkole. Pomysły instruktorów na to, jak uczyć różnych rzeczy, są przecież rewelacyjne.

– A co z obozami letnimi dla dzieci, które nie należą do harcerstwa?

– Ta forma również jest w porządku, także jako forma działalności zarobkowej, charytatywnej czy społecznej. Zwykle to instruktorzy i wędrownicy, czyli najstarsi, organizują tego typu kolonie na przykład dla dzieci z ubogich domów. Co do organizowania kolonii dla dzieciaków z bogatszych rodzin – no cóż, po prostu jesteśmy dobrzy w tym, co robimy jako harcerze, więc sądzę, że taka ewentualna forma dorabiania sobie przez hufce nie przynosi im ujmy.

Poza tym ważna jest jeszcze jedna rzecz, nazwałabym ją pracą u podstaw. Nie jest tak, że każda osoba, która przejdzie przez harcerstwo, jest w dorosłym życie skazana na bycie przywódcą [śmiech]. Ale jeżeli masz dziesięcioosobową drużynę, którą kształtujesz na dobrych i uczciwych ludzi, to niesie się to dalej w świat. Jeżeli ktoś z nich później zostanie pracodawcą, który płaci uczciwe stawki, nie oszukuje na sprawach socjalnych, daje pracownikom szansę na rozwój, traktuje ich poważnie – to już dużo. Jeżeli wypuszczasz spod swoich skrzydeł w ciągu harcerskiego życia trzydzieści takich osób, to uważam, że jest to jednak wielki potencjał. A zaczyna się od spraw naprawdę drobnych, choćby od tego, że zuchy robią na zimę karmniki dla ptaków. Ale z czasem wdrażają się w inne prace – choćby w pomoc w hospicjach. I to jest kapitał społeczny, który harcerstwo wnosi w polskie życie.

– Przedstawiasz bardzo pozytywny obraz harcerstwa. Ale znam historie, z których wynika, że harcerze, tworząc sieci społeczne na prowincji, niejako „brali w zarząd” całe samorządy lub harcerstwo było dla nich trampoliną do wysokich karier w administracji i w polityce. A wtedy nierzadko ich znaczne sprawności, których nie neguję, niekoniecznie służą jakimkolwiek ideałom i wartościom społecznym. No, w przypadku ZHR może poza bogoojczyźnianymi.

– Tym, co kojarzę ze swojego doświadczenia, jest na pewno wzajemne wsparcie exharcerzy. To widać np. przy rekrutacji do pracy. Uważam zresztą, że gdybym sama była pracodawczynią, to chętnie zatrudniałabym harcerki i harcerzy – nie dlatego, że to sekta, ale ze względu na ich podejście.

Nie chcę natomiast bronić niemerytorycznych mechanizmów kooptacji, występujących także w świecie harcerskim, właśnie w ZHP, ponieważ o nim mogę mówić. Jak każda organizacja, harcerstwo jest podatne również na negatywne zjawiska społeczne.

Przyznam szczerze, że w strukturach ZHP, w których działałam, nie widziałam przepływów do świata wielkiej polityki. Oglądałam za to z bliska także cienie polityki wewnętrznej w mojej organizacji. Po latach uważam, że to również była pożyteczna lekcja.

– W jakim sensie?

– Łatwiej mi sobie radzić z polityką wewnętrzną na uczelni, łatwiej niż moim kolegom i koleżankom, ponieważ wiem, jak ludzie się nawzajem rozgrywają, jak się prowadzi grę o władze, jakie to są mechanizmy. Już się tego naoglądałam. Gdy widzę to obecnie, już mnie to nie przeraża, nie frustruje, nie zadziwia – przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza. Chroni to również od poczucia rozczarowania i zgorzknienia, które obserwowałam wśród młodych pracowników naukowych w środowisku akademickim.

– Zastanawiam się, dla kogo jest współczesne harcerstwo? Czy aby nie przede wszystkim dla wielkomiejskich dzieci i młodzieży z klasy średniej, których rodziców/opiekunów stać na sprzęt, mundur, wyjazdy?

– ZHP z pewnością nie jest organizacją tylko dla bogatych dzieci. Prowadziłam drużynę na poznańskich Jeżycach i miałam tam dzieci biedne i bardzo biedne, także z tzw. trudnych domów.

Natomiast jeżeli chodzi o drużyny wędrownicze, złożone ze starszych stopniem harcerzy, to w znakomitej większości są to drużyny młodzieży z najlepszych poznańskich liceów. Nie jest zatem tak, że wszystko, o czym opowiadam, jest takie świetne, choćby od strony egalitaryzmu. Choć dodam, że nie wszyscy instruktorzy, których znam, pochodzą z klasy średniej i nie wszyscy nawet mają wyższe wykształcenie.

ZHP na pewno dobrze sobie radzi w mniejszych ośrodkach. Myślę choćby o Ostrowie Wielkopolskim, Wągrowcu, Koninie, Jarocinie. Natomiast na wsiach jest źle, jest bardzo trudno. To wynika z deficytu instruktorów. Problemy miast, miasteczek i wsi biorą się stąd, że to po prostu nie są ośrodki akademickie. Odpływ instruktorek i instruktorów z takich miejsc zaczyna się, gdy wyjeżdżają na studia i nigdy już nie wracają. To realny problem w działalności ZHP poza ośrodkami akademickimi, który nie wynika z żadnych klasistowskich założeń, lecz z deficytu ludzi, z ich braku na prowincji.

– Czyli kolejna odsłona wysysania elit przez metropolie?

– Właśnie tak. Nawet jeżeli niewielka część tych ludzi wraca z powrotem po latach w swoje okolice, bo na przykład stawia tam własny dom, to oni już wówczas niezbyt nadają się do pracy w harcerstwie. To jest dla mnie bolączka, że nie pracujemy na wsiach, gdzie byłoby to najbardziej potrzebne. Ale dotąd nie udało się wypracować modelu, w którym można byłoby to robić.

– Znam historię harcerki, która działa w jednym z małych miasteczek na Opolszczyźnie. Miała drużynę harcerską u siebie, a do tego prowadziła zastęp w pobliskiej wsi. Początkowo jeździła na tę wieś podmiejskim autobusem, który później zlikwidowano. Zaczęła zatem dojeżdżać tam rowerem – zwiększając nakład poświęcanego czasu i sił. Ale wtedy była zaangażowaną harcerką, więc mogła. Ewidentnie jednak widać typową strukturalną barierę, charakterystyczną dla polskich realiów.

– Niestety, raczej jest tak, że wysiłek jest skierowany na to, żeby utrzymać struktury istniejące w miastach i małych miasteczkach. Z prozaicznych przyczyn: nie mamy do dyspozycji kilkudziesięciu wolnych instruktorów, których możemy wysłać do pracy organizacyjnej na wieś. Taka jest smutna rzeczywistość.

Z całą pewnością w czasach, gdy byłam aktywnie zaangażowana w harcerstwo, prowadzono kursy na drużynowych dla nauczycieli wiejskich. Chodziło o to, żeby ludzi, którzy pracują w środowiskach wiejskich, przygotować do dobrej pracy metodą harcerską.

– A z czego się utrzymywaliście?

– Pracowałam w hufcu, który w znacznej części finansował się sam. Czasem mieliśmy dotacje z miasta, ale finansowaliśmy się głównie ze składek, różnorakiej własnej działalności: od zarobkowej po aukcje. Poza tym – moim zdaniem – to nie jest tak, że pieniądze są jedyną barierą. Deficyt częściej dotyczy kadr i czasu. Bo jeśli nie masz większej liczby instruktorów, to ludzie, którymi dysponujesz, nie będą mieli czasu, choćby na to, żeby jeździć na wieś.

– Mam wrażenie, że harcerstwo jest mniej widoczne w przestrzeni publicznej niż kiedyś: mówiliśmy już o szkole, ale harcerstwo przestało być też częścią kultury masowej (inaczej niż w czasach PRL), dziś kojarzy się na ogół z obsługą świąt narodowych, pielgrzymek papieskich, a niektórym z wydarzeniami związanymi z krzyżem smoleńskim.

– Harcerki i harcerze w czasie dużych wydarzeń nierzadko zajmują się logistyką i pomocą medyczną. Oczywiście, istnieje takie zjawisko jak harcerstwo pomnikowe. To jest zjawisko dobrze znane także z przeszłości. Często było tak, że harcerze byli zapisywani do kilkugodzinnego stania na warcie pod pomnikiem czy przy Grobie Pańskim – ale ten model budził kontrowersje. Część instruktorów pytała: jeśli z tego robi się clou harcerskiej służby, to jaki z tego właściwie pożytek wychowawczy?

Poza tym, jeżeli to, co robimy, jest pracą u podstaw, to w „harcerstwie dekoracyjnym” brakuje po prostu czasu na wychowywanie liderek i liderów, pokazywanie młodym ludziom ich własnych możliwości, przywracania im wiary w siebie. Harcerstwo nie może być spektakularne, musi być wychowawczo skuteczne.

Dodam jeszcze jedną rzecz, o której w Polsce w dyskusjach często się zapomina. Otóż bardzo ważną rzeczą w życiu jest umiejętność pracy w zespole. Harcerstwo tego uczy. Pracując jako instruktor, dodatkowo uczyłam się kierowania zespołem. I dziś to procentuje. Więcej: gdy dziś piszę wnioski grantowe, to nie mam z tym problemów, ponieważ umiem myśleć przez wskaźniki. Nauczyłam się, że jeśli wykonuje się jakieś działania, to w ich efekcie uczestnicy powinni nabyć pewnych umiejętności. Uczyłam się myślenia nakierowanego na cel, organizacji spotkań, konstruktywnej pracy, w której analizuje się to, co się zrobiło i zmierza się dalej. Przyznam nieskromnie: dziś, gdy pracuję na uczelni, ja to wszystko po prostu od dawna wiem i jest mi łatwiej. Gdy studenci w odpowiednich ankietach stwierdzają, że lubią moje zajęcia, to cóż: od szesnastego do dwudziestego piątego roku życia stawałam przed grupą, więc gdy zaczęłam prowadzić ćwiczenia, to nie było to dla mnie stresogenne wyzwanie.

Dlatego, raz jeszcze: widzę harcerstwo nie jako patriotyczną, narodową czy religijną dekorację, lecz jako pracę nad kształtowaniem ludzi. Możemy w ten sposób realnie wpływać – na dzieci, na instruktorów, na społeczeństwo.

– Jaki model patriotyzmu obowiązywał w ZHP w czasach Twojej działalności? ZHR często kojarzy się z bogoojczyźnianym modelem harcerstwa, a dziś powoli kult Powstania Warszawskiego bywa tam wypierany przez kult żołnierzy wyklętych.

– Pamiętam ścieranie się dwóch modeli. Wśród starszych pokoleń przeważał patriotyzm w stylu: postójmy przy pomniku, posprzątajmy grób, skupmy się na patriotyzmie jako celebrowaniu historii. W moim środowisku przeważał jednak tzw. nowoczesny patriotyzm: uczmy ludzi uczciwości w relacjach społecznych, w relacjach z państwem – wychowujmy ich np. do rzetelnego płacenia podatków. Zachęcajmy dzieciaki, żeby nie wytwarzały za dużo śmieci, wdrażajmy je do segregowania odpadków. Szukaliśmy przede wszystkim tego, co prowadzi do kształtowania postaw obywatelskich. Nie szliśmy w politykę, ale kładliśmy duży nacisk na to, żeby ludzie głosowali. Robiliśmy także debaty polityczne dla instruktorów, aby byli świadomi tego, co dzieje się w kraju i żeby się angażowali. Nie mówiliśmy im, na kogo mają głosować, ale nie było rzeczą dobrze widzianą, żeby licealistki i licealiści z ZHP nie wiedzieli, kto rządzi w kraju.

Jasne, było też trochę szeroko pojętego „pomnikowania”; w odpowiednich proporcjach jest na to miejsce. Trudno mi wyobrazić sobie harcerkę i harcerza, którzy nie czytali „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Dla mnie osobiście Powstanie Warszawskie jest bardzo ważne, chociaż na poziomie intelektualnym oceniam je bardzo niejednoznacznie. Owszem, było trochę ścierania się o to, dlaczego tak mało „pomnikowania”, czemu tak mało o Powstaniu itp. Nasza odpowiedź brzmiała: ponieważ nie to jest dziś nam tak potrzebne, nie jest to potrzebne współczesnej Polsce.

– Ale chyba przegraliście: patriotyzm obywatelski jest dziś mało sexy, jest nudny. Młodych ludzi kręci patriotyzm przelewanej krwi, już nie tylko własnej, ale chyba i cudzej, patriotyzm ze skandowaniem o ojczyźnie i machaniem flagami.

– Staraliśmy się nie wprowadzać takiego modelu patriotyzmu. Choć pewnie w życiu wielu harcerek i harcerzy jest taki etos, bo pewien patos, także patriotyczny, jest im bliski. Po części odpowiadają za to również struktury, bo nieraz całe drużyny harcerskie noszą nazwy związane choćby z Szarymi Szeregami, harcerkami i harcerzami, którzy oddali życie w Powstaniu Warszawskim.

Pamiętam, że mieliśmy przynajmniej jeden obóz tematycznie związany z pamięcią o Szarych Szeregach, ale skupialiśmy się na nim choćby na uczeniu dzieciaków pierwszej pomocy, a nie tego, jak słodko jest umierać za ojczyznę.

– Gdy jako dziecko pojechałem na obóz prowadzony przez harcerzy, najbardziej podobało mi się strzelanie z wiatrówki. Harcerstwo ma jakiś rys paramilitarny?

– Nie określiłabym tego w ten sposób. „Paramilitarna” w harcerstwie jest z pewnością musztra, ale to ma swoje uzasadnienie – jeśli musisz ogarnąć kilkadziesiąt młodych osób, to komendy „w dwuszeregu zbiórka” świetnie się do tego nadają.

– Chciałbym, żebyśmy porozmawiali jeszcze o relacjach ZHP z Kościołem. W przypadku ZHR sprawa jest dobrze znana: powstali w kontrze wobec „po-PRL-owskiego” ZHP, są powszechnie kojarzeni z tzw. prawicowym kanonem wartości. Ze znanych mi opowieści ze środowiska czasem to przenikanie środowiska harcerskiego i kościelnego było dość silne i stanowiło mocny element tożsamościowy, określający strukturę. A jak wyglądało to właśnie w ZHP za Twoich czasów?

– Pamiętam, że chodziło się do kościoła na wszelkiego rodzaju obozach i wyjazdach, ale nie było to obligatoryjne. W przypadku instruktorów również nie pamiętam parcia na uczestnictwo w obrzędach kościelnych. Były msze harcerskie, są do dzisiaj, ale z pewnością nie trzeba było na nie chodzić.

Mieliśmy harcówkę przy kościele Pallotynów, ale duchowni nie wywierali na nas nacisku w kwestiach wewnątrzharcerskich. Owszem, był taki moment, gdy przygotowaliśmy dla dzieciaków imprezę w stylu Harry’ego Pottera i ksiądz proboszcz próbował się zaangażować na zasadzie: zaraz, zaraz, Potter to magia i zło, ale doszło do rozmowy z komendantką naszego szczepu i duchowny się wycofał.

Myślę, że w przypadku ZHP można mówić o faktycznym rozdziale harcerstwa i Kościoła [śmiech]. Podam przykład: ważnym elementem życia harcerskiego jest wspólne ognisko. Ognisko zawsze kończy się braterskim kręgiem, czyli obrzędową formą pożegnania dnia, a później jest jeszcze modlitwa – ale dla chętnych. Myślę, że rozwój duchowy nie był rozumiany w moim środowisku harcerskim jako rozwój ściśle religijny czy konfesyjny: choć jeśli ktoś tak go chciał pojmować, to też mógł.

– Chciałabyś, żeby harcerstwo było bardziej społecznie dostrzegalne?

– Chciałabym, żeby więcej dzieciaków miało okazję przeżyć przygodę harcerską, bo to jest świetna sprawa. Chciałbym, żeby szczególnie dzieci ze wsi miały na to szanse. Jeździliśmy na wakacje harcerskie na Podlasie, widziałam, jaka tam jest olbrzymia przestrzeń do działania dla naszej organizacji. Ale naprawdę brak nam ludzi, instruktorów.

– Mam bardzo roboczą hipotezę, że rosnąca popularność organizacji nacjonalistycznych w Polsce po pierwsze wynika z tego, że nie ma już powszechnej służby wojskowej, po drugie z tego, że właśnie harcerstwo jest dość rachitycznej na prowincji. Stąd młodzież szuka dla siebie tożsamości i przygody w tego typu subkulturach.

– Mam wrażenie, że to jest jednak oferta dla zupełnie innych ludzi. Możliwe, że na poziomie osób w wieku licealnym byłaby to jakaś alternatywa. Ale przecież w miastach, w których harcerstwo jest nieco silniejsze, środowiska narodowe także działają.

– To chyba też kwestia naboru?

– Swego czasu robiłam nabory na poziomie gimnazjum (starsi harcerze) i liceum (wędrownicy). Zwykle są to ludzie, którzy przechodzą z młodszych drużyn w ramach ciągu wychowawczego. Zaczynasz od rekrutacji zuchów, to dzieciaki, które zapraszasz na zbiórkę, one przechodzą przez wszystkie poziomy, stając się wędrownikami, a później – instruktorami.

Ale część młodzieży to ludzie z naborów. Przeprowadza się różnorakie akcje promujące w miejscu, w którym działa drużyna. Jeśli to szkoła, jest trochę łatwiej: daje ona większą przestrzeń, masz klasę szkolną, łatwiej możesz wynegocjować z dyrekcją odpowiedni czas. Jeśli to parafia czy dom kultury, to jest trochę trudniej.

Nabór młodszych dzieci jest łatwiejszy: o ile dla potencjalnego zucha łatwiej zrobić piętnastominutową akcję, od której zaświecą mu się oczy, to w przypadku licealisty jest to znacznie trudniejsze. Siedmiolatek chce się bawić, więc gdy zaproponujesz mu wciągającą zabawę – on się wkręci. Licealiści i licealistki są już bardziej zblazowani, mają więcej nawyków, udają przed sobą w grupie rówieśniczej bardziej dorosłych, niż są. A gdy nie masz miejsca i czasu, to w piętnaście minut nie opowiesz im o fascynującej wyprawie na Elbrus.

– Porozmawiajmy jeszcze o pieniądzach, o których wyżej tylko napomknęliśmy. Nie każdego stać na harcerską wyprawę na Elbrus…

– Byłabym ostrożna z tym: „nie każdego stać”. W tych środowiskach, w których działałam, zawsze dawało się to załatwić. Było wiadomo, kto nie ma forsy i zawsze pojawiały się pomysły oraz sposoby ich realizacji, by temu brakowi zapobiec.

– Zastanawia mnie, jakimi metodami był osiągany – chyba potrzebny – egalitaryzm ekonomiczny w obrębie takiej organizacji jak harcerstwo. Żyjemy w coraz mocniej rozwarstwionym społeczeństwie i trudno mi sobie wyobrazić, że nie miało to wpływu także na waszą organizację. Znam różne historie z harcerskiego świata i niekiedy pojawia się wątek: nie wszystkich na wszystko stać – zaczynając od umundurowania.

– Nie pamiętam sytuacji, żeby ktoś z nami nie pojechał, bo nie miał pieniędzy. Za moich czasów każdy członek ZHP płacił składkę członkowską, która w jakimś procencie wracała do hufca. Ale zwykle te pieniądze były przeznaczone na bieżącą działalność hufca, czyli opłaty za harcówkę, prąd itp. Z kolei drużyny się samofinansowały: dzieci płaciły za obozy i z tego zostawało trochę pieniędzy, rodzice płacili 1 procent i to był zwykle potężny zastrzyk, organizowaliśmy akcje zarobkowe. Budżety na wyjazdy były planowane tak, żeby wystarczało. Instruktorzy i instruktorki mieli opłacane wyjazdy, choć nic na nich nie zarabiali, ewentualnie płacili mniejsze stawki. Jeżeli z tych wyjazdów zostawały jakieś pieniądze, to były przeznaczane na bieżące potrzeby programowe: choćby na papier, przybory do rysowania. Owszem, mieliśmy czasem dotacje od miasta, ale nie pamiętam, żeby np. Główna Kwatera ZHP przysyłała nam pieniądze.

– No a co z tym Elbrusem? I ze sprawnościami harcerskimi wymagającymi większych nakładów finansowych?

– W tych starszych drużynach, czyli wędrowniczych, jeżeli ktoś nie miał środków, to korzystając z gigantycznej sieci znajomości harcerskich, byłych i obecnych instruktorów, załatwiało mu się pracę, choćby możliwość sprzątania u kogoś w ogrodzie itp. Szukaliśmy także sponsorów, co z czasem szło coraz bardziej opornie. Między 1995 a 2005 rokiem pojawiło się po prostu coraz więcej różnorakich podmiotów, które też na siebie zbierały, szukały sponsorów, konkurencja rosła. Poza tym drużyny podejmowały działalność zarobkową, żeby zebrać na wyjazd.

– Zbieraliście do puszek w supermarketach?

– Puszki w supermarketach były moją najmniej ulubioną formą zarobkowania, ale robiliśmy to. Zresztą one się świetnie sprawdzały, to był ogromny zastrzyk finansowy.

– A czemu tego nie lubiłaś?

– Bo to jest średnio wychowawcze. Nie bójmy się tego słowa: takie żebranie. Klasyczne metody zarobkowania to było sprzedawanie ciasta przy okazji różnych festynów. Pamiętam, że robiliśmy kartki na święta i je sprzedawaliśmy. Gdy pracowałam już w chorągwi, to drużynowi mieli coraz ambitniejsze pomysły dotyczące regularnej pracy zarobkowej. Ostatnio widziałam nawet ogłoszenie „wynajmij harcerza”: zdjęcie chłopaków, którzy oferowali m.in. prace ogrodowe. Zresztą, gdy szukamy z mężem kogoś do pomocy, to najpierw dzwonimy po harcerzach, pytamy znajomych: „potrzebujemy ludzi do posprzątania piwnicy za kasę, macie kogoś?”.

– A co choćby z pieniędzmi na mundur? Nowy ekwipunek także kosztuje.

– Jeśli chodzi o zakup mundurów, to było to zróżnicowane. Po pierwsze, staraliśmy się nie cisnąć, szczególnie jeśli wiedzieliśmy, że ktoś ma problemy z pieniędzmi, zwłaszcza u zuchów. Niektórzy długo nie mieli mundurów. Istniał także wtórny rynek mundurów, przekazywało się je młodszym – to było naturalne. Za moich czasów zazwyczaj miało się mundur po kimś. Rzadko kogo było stać na całą wyprawkę. Gdy prowadziłam zastęp, to pamiętam, że miałam całą kolekcję karimat [śmiech]. Podobnie dzieciaki wypożyczały śpiwory. Przynajmniej pod koniec lat 90. XX wieku modny był wręcz antylans.

– Przy okazji: w ZHP niektóre funkcje są płatne i „uzawodowione”.

– Tak – i uważam, że to dobrze. Na poziomie dużego hufca albo chorągwi nie da się sensownie pracować bez płatnego etatu. Mówię o dwóch, trzech etatach, nie pięćdziesięciu. Nie da się robić księgowości chorągwi bez etatu: mówimy o wynagrodzeniu dla osób, które robią to sensownie i wypełnia im to znaczną ilość czasu, mówimy o zarządzaniu finansami grup, które idą w tysiące osób. Sądzę, że dobru organizacji służy, jeżeli jest to praca etatowa. Natomiast funkcje wychowawcze zasadniczo nie powinny być płatne.

– Rozmawialiśmy nieco o czasach PRL. Czy generalnie źle oceniasz tę kadrę z tamtych czasów?

– Nie. Myślę, że jest ona bardzo zróżnicowana. Sądzę, że jest i było tam wielu fenomenalnych drużynowych, ludzi z olbrzymim doświadczeniem. Znam kilka takich osób, są niesamowici i podziwiam ich. Myślę, że na tym etapie ta po-PRL-owska kadra, która była słaba, już się wykruszyła. Zostali dobrzy instruktorzy, ludzie, którzy dziś mają po 50, 60 lat, niektórzy z nich do dziś prowadzą drużyny. Myślę, że w pewnym sensie doświadczenie tych ludzi nie zostało docenione – szczególnie w momencie, gdy postawiono na odmłodzenie wielu elementów struktury harcerskiej. Starsza kadra na fali buntu wobec „betonu instruktorskiego” została wrzucona cała do jednego worka i potraktowana przez młodszych z dystansem i może nawet pobłażaniem czy wrogością. A ich potencjał jest ogromny: byli drużynowymi przez dekady i robią to dobrze. Mają olbrzymią wiedzę i doświadczenie. Po części zrezygnowano z ich mądrości życiowej: osiemnastolatek, choćby nie wiem jak zapalony, pod pewnymi względami nigdy nie będzie w stanie dorównać czterdziestolatkowi, bo nie ma jego dojrzałości, nie ma jego obycia.

To są kwestie, które należałoby równoważyć i nie wiem, czy zawsze się to udaje. Oczywiście, gdy stara kadra mówi: „my wszystko wiemy, wszystkie rozumy pozjadaliśmy”, to wówczas trudno się z nią pracuje i młodzi się buntują. Ale gdy starsza kadra jest otwarta, szuka porozumienia, to pracuje się z nią świetnie. Miałam takie doświadczenia i były nader pomocne – szczególnie w trudnych momentach, na ciężkich kursach harcerskich, wymagających znacznej pracy nad sobą, wiele autorefleksji. To jest prawdziwy skarb wychowawczy, ponieważ samemu uczysz się, jak postępować z innymi.

– Ale sama zwróciłaś uwagę, że w harcerstwie bardzo ważny jest model wychowania młodszych przez nieco starszych. Tutaj to nam się trochę rozchodzi wiekowo.

– Dla środowisk wiejskich i małomiasteczkowych moim zdaniem to jest jedyne realne rozwiązanie. Tam nie będzie młodej kadry harcerskiej – bo ona wyjeżdża do dużych miast studiować. Środowiska małomiasteczkowe czy wiejskie stoją właśnie starszą kadrą: to nauczyciele, pracownicy świetlic czy domów kultury.

– Wciąż myślę o obecności harcerstwa w przestrzeni społecznej, w wyobrażeniach społecznych. Może dlatego, że należę do pokolenia, które za młodu z wypiekami na twarzy czytało i oglądało „Czarne stopy”. Może jednak harcerstwo powinno być dziś bardziej obecne medialnie?

– Powinno. Myślę, że to w jakimś sensie jest słabość organizacji. Wynika to jednak z tego, że gdy masz trzech instruktorów do prowadzenia drużyny i jeden z nich miałby się zająć promocją, to ostatecznie wybór padnie na drużynę.

Ale jasne, chciałabym, żeby harcerstwo było widoczne choćby w polskich serialach, tylko że nie za cenę sojuszu z państwem, szczególnie rozumianym jako emanacja interesów partyjnych. Harcerstwo musi być odrębne od państwa, inaczej spadnie efektywność pracy metodą harcerską, która dokonuje się na poziomie instruktora i jego drużyny. Jeżeli tutaj pojawiają się jakiekolwiek wątki, które to zakłócają, to jakość pracy automatycznie spada. Podam konkretny przykład: gdy wybieraliśmy sprawności dla zuchów (czyli cykle tematyczne, nad którymi się pracuje), to kierowaliśmy się zainteresowaniami i potrzebami tej dwudziestki dzieci, które mieliśmy. Gdyby teraz się okazało, że np. mamy rocznicę chrztu Polski i muszę z tymi dziećmi robić sprawność w jakiś sposób z tym związaną, to w sposób naturalny ograniczałoby mnie to jako instruktora. Oczywiście, świetny instruktor sobie poradzi. Choć pojawia się tradycyjne pytanie: ale po co?

– Interesuje cię sytuacja i kierunki rozwoju międzynarodowego skautingu?

– Skauting się zmienia, bo zmienia się świat. Gdy byłam na zlocie skautów w Holandii, to poziom nowoczesności był tam zaskakujący, choćby poziom pracy wykorzystującej najnowsze media. Znane mi środowiska ZHP też szły w tym kierunku. Ale trzeba pamiętać o różnicach społecznych: oni jako społeczeństwa nie mają doświadczenia zaborów, rzezi okupacyjnej, kilku dekad „komuny”. To stare demokracje o bardzo wykształconej już strukturze społecznej. U nas wciąż dość mocno formuje się choćby struktura klasowa, to, co wynika z rozwarstwienia, które nie było tak mocne w czasach PRL.

– Co dla Ciebie było trudne w harcerstwie?

– Jak to w bajkach bywa: najtrudniejsza jest praca z ludźmi. Siłą rzeczy czasem jest ciężko – trudne są relacje międzyludzkie. Byłam młoda, wtedy poziom zaangażowana emocjonalnego w rzeczywistość jest znacznie wyższy – wiele rzeczy stawało się życiową tragedią [śmiech]. Z perspektywy czasu nawet te obiektywnie bardzo trudne rzeczy postrzegam jako pozytywne, kształtujące postawę. Przez dziesięć lat pracy dydaktycznej może ze dwa razy student wyprowadził mnie z równowagi. Jako trudny wątek wspominam też porażki wychowawcze – ktoś skręcił nie w tę stronę, w którą trzeba.

– Dziękuję za rozmowę.

Kraków – Poznań, 9 grudnia 2016 roku

Ludzie bez głosu – rozmowa z dr. Piotrem Binderem

– Jest Pan autorem książki „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”. Skąd taka, a nie inna tematyka pracy?

Piotr Binder: Tematyka była reakcją na sposób, w jaki polska socjologia zajmuje się wsią – a robi to nieproporcjonalnie rzadko. Sama tematyka pegeerowska jest i była niszowa, w pewien sposób także to mnie do niej przyciągało. Wydawała mi się ważna z wielu powodów, przede wszystkim ze względu na los ludzi ze społeczności popegeerowskich. Punktem wyjścia była socjologia biedy, problematyka ubóstwa – to, jak ludzie sobie z tym radzą. Wydawało mi się, że jest to bijący po oczach przykład egzemplifikacji tego zagadnienia. Były też inne motywacje. Choćby to, w jaki sposób opisywano tych ludzi w literaturze przedmiotu. Ciekawostką jest, że PGR-y zostały przez socjologów „odkryte” dopiero po przełomie ustrojowym.

Jako młodego adepta socjologii drażniło mnie, że te społeczności pegeerowskie i popegeerowskie są tak schematycznie opisywane. Już na etapie pracy magisterskiej zajmowałem się tematyką wiejską i miałem wrażenie, że wielu dostępnym badaniom i analizom brakuje zakorzenienia w empirii albo że jest ono niewystarczające. Uważałem, że różnego rodzaju odważne tezy wymagają ponownej konfrontacji z rzeczywistością badawczą. Miałem przy tym świadomość, że ze względu na znaczne rozproszenie tych społeczności narzędzia ilościowe będą miały tutaj ograniczone zastosowanie, co zbliżało mnie do socjologii jakościowej. Ta orientacja metodologiczna oferuje możliwość uwzględnienia różnorodnych danych (od statystyk i danych urzędowych po wywiady i obserwacje). Dzięki temu wiemy znacznie więcej o badanych miejscach, ale też możliwość uogólnień jest mniejsza.

– Analizuje Pan choćby sposoby używania terminu „wyuczona bezradność”, do których zresztą bardzo krytycznie się Pan odnosi.

– To naprawdę ciekawa historia…

Na ostatnim Zjeździe Socjologicznym PTS w Gdańsku była nawet cała grupa poświęcona „wędrującym pojęciom”. „Wyuczona bezradność” to dobry przykład takiego terminu, który zupełnie niezasadnie został zaczerpnięty z innej dyscypliny, nie zoperacjonalizowano go należycie, a pomimo to po przełomie ustrojowym zrobił sporą karierę, funkcjonując raczej jako etykieta niż pojęcie naukowe. Inaczej niż w psychologii nie było żadnej socjologicznej teorii wyuczonej bezradności. Niestety, szczególnie w latach 90. chętnie odwoływano się do tego pojęcia, zwłaszcza w odniesieniu do społeczności zamieszkujących tereny, na których wcześniej funkcjonowały Państwowe Gospodarstwa Rolne. Miało to nierzadko luźny związek z empirią i niewiele wnosiło do dyskusji.

Podczas prac nad doktoratem spędziłem dużo czasu w Bibliotece Narodowej, starając się czytać wszystko, co ukazało się na ten temat. Zaobserwowałem następujący schemat: naukowcy, którzy rzeczywiście prowadzili badania terenowe, na etapie opisywania zgromadzonych danych wskazywali, że choć ludziom żyło się trudno, to często sobie radzili i byli kreatywni. Ale gdy przychodziło do wniosków końcowych, zaczynali powielać klisze utrwalone w literaturze i niejako ignorowali własne doświadczenia. Nie zamierzałem robić czegoś podobnego.

– Jeżeli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów?

– Jest niestety tak, że badacze i badaczki często nie lubią wniosków, które ich zaskakują. Trudno czasami iść pod prąd. Gdy przygotowywałem rozprawę i jej wydanie, była to tematyka niemal zapomniana. Badacze właściwie nie zajmują się takimi kwestiami jak młodzi z popegeerowskich wsi, to nie funkcjonuje ani jako temat w socjologii, ani jako grupa, którą się bada.

Owszem, od czasu do czasu ukazuje się jakaś książka i zaczynamy odkrywać coś, co po wielokroć było już opisywane, ale nie jest głośne. Florian Znaniecki zwracał na to uwagę – jeżeli komuś się wydaje, że dokonał wiekopomnych odkryć w socjologii, to znaczy, że słabo szukał w bibliotece. Rzecz w tym, że Znaniecki stwierdził to ponad sto lat temu, a jego maksyma wciąż zachowuje aktualność. Reportażystka Marta Szarejko napisała udaną książkę „Zaduch. Reportaże o obcości”, poświęconą młodym ludziom, którzy z szeroko rozumianej prowincji przeprowadzili się do Warszawy. Opisywała tam m.in. takie zjawiska jak awans społeczny czy wykorzenienie. To są kanoniczne tematy w polskiej socjologii, właściwie stanowią jej esencję. Po publikacji tej książki przez moment był to żywo dyskutowany temat, mówiono, że to zupełnie nowe spojrzenie na sprawę, bo wcześniej mówiliśmy o tych ludziach jedynie jako o „słoikach”. Nic z tych rzeczy!

Wspominam o „Zaduchu”, ponieważ ludzie, z którymi rozmawiałem na potrzeby mojej rozprawy, stanowią to samo pokolenie. Dorastali już na gruzach państwowej gospodarki rolnej i nie zostaną tam na stałe – nie ma tam dla nich i nie będzie przyszłości. Jeśli jeszcze nie wyjechali, to wkrótce wyjadą, a pozostaną naprawdę nieliczni. To przez krótkowzroczność widzimy jedynie „słoiki” – a zapominamy o zbiorowej biografii kolejnego pokolenia, opartej na szukaniu awansu społeczno-ekonomicznego.

– Na potrzeby swojej pracy prowadził Pan badania empiryczne. Proszę nakreślić: kiedy i gdzie?

– Moje badania miały charakter porównawczy. Interesował mnie bowiem jeszcze jeden problem: zderzenie rzeczywistości sprywatyzowanego i zlikwidowanego dawnego państwowego gospodarstwa rolnego w Polsce i w Rosji. Większość badań terenowych prowadziłem za naszą wschodnią granicą, w trzech regionach Rosji. Nie miałem zespołu badaczy, grant był skromny, więc musiałem odpowiednio skalibrować tę „badawczą przestrzeń empiryczną”. Po wielu konsultacjach z rosyjskimi kolegami zdecydowałem, że będą to trzy miejsca w europejskiej części Rosji. Po pierwsze, wieś Siewiernaja, na północ od Kostromy, położona na terenach nazywanych przez Rosjan nie-Czarnoziemem, po drugie wieś Centralnaja w obwiedzie lipieckim. I po trzecie: wieś Jużnaja, czyli żyzne rosyjskie południe na Kubaniu. U nas z kolei były to Grabowo i Borki położone na ziemiach północnych. W książce nie podawałem rzeczywistych nazw tych miejscowości, co wpisuje się w tradycje tego typu badań. W każdym razie był to jeden z powiatów przygranicznych na Warmii.

– A czas?

– Badania prowadziłem kilka lat temu, wracałem do tych miejscowości w różnych porach roku. Zmieniała się także sytuacja osób badanych, z którymi miałem kontakt. Przyznam zresztą, że na początku, w swojej naiwności, byłem przekonany, że uda mi się skoncentrować na losie tego dorastającego pokolenia, młodych dorosłych i tylko poprzez kontakt z nimi będę mógł zrozumieć i opisać ich sytuację. To była z mojej strony naiwność badawcza, szybko zweryfikowana podczas pierwszych rozmów.

– Na czym polegała ta naiwność?

– Przekonałem się, że nie jest możliwy rzetelny opis tego, jak oni funkcjonują, jak radzą sobie z sytuacją, bez uwzględnienia perspektywy ich rodziców i dziadków – ludzi, którzy żyli w tych rodzinach i społecznościach, dźwigali ubóstwo wtedy, gdy było ono najbardziej dotkliwe. Często to właśnie tym starszym już dziś ludziom, którzy w latach 90. najczęściej byli opisywani jako bezradni i roszczeniowi (nie wspominając najbardziej dosadnych określeń), udało się sprostać sytuacji. Uratowali dzieciństwo swojego potomstwa, bo byli zaradni, bo sobie radzili. Nie odbywało się bez poświęceń, szczególnie w przypadku matek małych dzieci, które decydowały się na wyjazdy zagraniczne – koszty psychologiczne były ogromne. Te kobiety musiały przeboleć rozstanie z dziećmi, zorganizować tutaj opiekę nad nimi, całe logistyczne zaplecze, przygotować swój wyjazd, i to bez wcześniejszego doświadczeń długotrwałych wyjazdów czy kontaktów z innymi kulturami.

To wszystko pozwala uświadomić sobie, jak olbrzymia musiała być determinacja tych ludzi, żeby zapewnić ekonomiczne przetrwanie swoich rodzin, zapewnić im byt, opłacić podstawowe rachunki. Ci ludzie tego dokonywali w czasie, gdy wsparcie ze strony instytucji publicznych było mizerne. Pomoc instytucji centralnych była niewielka, samorządy właściwie dopiero się kształtowały. Raczkował też trzeci sektor, szczególnie na tych terenach Polski, które były zasiedlane po II wojnie światowej, na zachodzie i północy, to były bardzo słabo zakorzenione społeczności, pustynia instytucjonalna. A nawet jeśli tworzyły się inicjatywy pomocowe, ich możliwości były więcej niż ograniczone.

Poza tym Agencja Nieruchomości Rolnych (wówczas Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa) w jej pierwszym wydaniu była instytucją, która zajmowała się głównie sobą. Tak skonstruowano ustawę: instytucja miała sobie zapewnić finansowanie i skutecznie to robiła, lecz przez pierwsze dziesięć lat jej pomoc dla mieszkańców dawnych PGR-ów była bardzo ograniczona lub żadna. Z czasem dopiero pojawiły się stypendia, bilety miesięczne itp. Ale – powtarzam to często – w czasach, gdy pomoc była najpotrzebniejsza, zabrakło jej. Ludzie zostali pozostawieni sami sobie.

– Pamiętam z początku lat 90. charakterystyczny obrazek z moich popegeerowskich rodzinnych stron: młodzież i dorosłych podróżujących na rowerach za pracą w promieniu kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów. Działo się to w tym samym czasie, gdy bardzo mocno zmieniał się rynek pracy i gdy poważnie ograniczano transport publiczny. Myślę, że ten fenomen początków transformacji właściwie nie istnieje jako obraz zbiorowy w polskiej pamięci. Myślę, że takich przeoczonych rytuałów tamtych czasów jest więcej. To zbyt wstydliwe, a przy tym przeczy stereotypom o biernych, leniwych popegeerowskich masach.

– Często na seminariach wchodziłem w polemiki z moimi bardziej doświadczonymi koleżankami i kolegami, którzy prezentowali tezę, że Polki i Polacy są mało mobilni, a ci z Polski wiejskiej to już w ogóle, popegeerowska wieś to zaś zupełna stagnacja. To były po prostu stereotypy: roszczeniowość, bezczynne oczekiwanie na pomoc ze strony państwa, uzależnienie od socjalu itd. Niestety jest tak, że pewne przekazy głęboko się wryły w polską świadomość. Był ten nieszczęśliwy paradokument…

– „Arizona” Ewy Borzęckiej.

– Był to bardzo sugestywny obraz, który w społecznej wyobraźni mocno się zakorzenił i stał się fatalnym punktem odniesienia. W pewnym momencie chyba nawet zaczął funkcjonować jako pewien synonim tego typu społeczności.

– Zachowania autorki filmu budziły zastrzeżenia także w środowisku filmowym. Kupowała alkohol bohaterom swojego filmu: to nie tylko zachowanie nieetyczne, ale także noszące znamiona manipulacji rzeczywistością dla osiągnięcia konkretnego celu.

– Trzeba podkreślić, że te społeczności nie są wolne od wszelkich problemów. Pamiętam, że jeszcze przed publikacją swojej książki konsultowałem się z prof. Arkadiuszem Karwackim z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. On też pisał swoją rozprawę doktorską o tych społecznościach i zwrócił moją uwagę m.in. na to, że mało wspominam o problemie uzależnienia od alkoholu. Starałem się wyjaśnić, że skupiłem się na problemie radzenia sobie z ubóstwem. Rzeczywiście było tak, że jeżeli w rodzinach był wyraźny problem alkoholowy, to traktowałem go jako odrębne zagadnienie. Jednak społeczności, z którymi miałem kontakt, były albo bardzo nietypowe, albo daleko odbiegały od obrazu ukazanego w paradokumencie „Arizona”.

Stosunkowo dużo czasu spędziłem na wsi rosyjskiej. Gdy spotykałem się w trakcie seminariów ze swoimi kolegami i koleżankami, choćby po to, żeby omówić i przedyskutować wstępne wyniki prowadzonych przeze mnie badań, to zwykle towarzyszyły temu nieco ironiczne pytania o moje samopoczucie i zdrowie z sugestią że pewnie wymagało to ode mnie sporo wytrwałości, „bo w Rosji się pije”. Tymczasem nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wpisywał się w ten schemat nachalnego i namolnego namawiania do wspólnego biesiadowania. Raz czy drugi ktoś – starając się mnie ugościć – sugerował, że można by się napić. Ale też z zupełnym zrozumienie przyjmowali odmowę. Raz jeszcze podkreślam, nie oznacza to, że problem alkoholowy nie istniał na popegeerowskiej czy pokołchozowej wsi, bądź co bądź są to problemy społeczne – ale rzecz w proporcjach.

– To słowo chyba jeszcze nie padło: „stygmatyzacja”. Mam wrażenie, że dobrze ono oddaje to, co uczyniono uboższym Polakom ze wsi popegeerowskiej w początkach lat 90. XX wieku.

– Nie chciałem zbyt łatwo odpowiadać jedną zbitką słowną na drugą, ale uważam, że termin „wymuszona zaradność” jest dobrą kontrą wobec „wyuczonej bezradności”. To pierwsze określenie jest zaczerpnięte z języka moich rozmówców: „Musieliśmy sobie radzić, ponieważ nie mieliśmy innego wyjścia, nie mieliśmy tego komfortu, żeby siedzieć i czekać na pomoc”.

Mówił pan o rowerowych podróżach – znaczna część ludzi z tych społeczności szukała dorywczej pracy choćby w okolicznych lasach. Las o różnych porach roku wiele oferuje. Ludzie chwytali się wszystkiego: od zbieractwa po drobne prace dorywcze. Zresztą niedaleko od miejsca moich badań – w Giżycku i jego okolicach – własne badania prowadził socjolog prof. Wojciech Łukowski z Uniwersytetu Warszawskiego. To teren przygraniczny. Ludzie żyli też z drobnego przemytu – przywozili, co się dało, z Obwodu Kaliningradzkiego. Na miejscu nie było pracy.

Najwięcej PGR-ów było na ziemiach północnych i zachodnich, ponieważ w tych miejscach najłatwiej było je utworzyć. Były to tereny przyłączone do Polski po wojnie, pod wieloma względami była to swoista pustynia. Tam, gdzie przeprowadzałem badania, wcześniej istniały pruskie, junkierskie majątki. Po przejściu frontu nie zostawało tam zupełnie nic, wszystko było zniszczone. Na tych terenach osiedlała się ludność napływowa, instytucjonalnie i strukturalnie panowały tu bardzo trudne warunki. Pierwsze pokolenie, urodzone tuż po wojnie, wspomina dotkliwą biedę. Choć mieli dach nad głową, to w domach brakowało podstawowych sprzętów, a przetrwanie zapewniał sprawny piec i przydomowa hodowla z uprawą. W dodatku, w odróżnieniu od popularnego wizerunku PGR-ów, było tam mnóstwo ciężkiej pracy fizycznej.

Jest taki schemat, podobny jak w przypadku stereotypów dotyczących braku mobilności, czyli niezrozumienie elementarnej specyfiki miejsca. A były one położone na głębokich peryferiach, bo taka była specyfika gospodarstw rolnych. To nie przypadek, przeciwnie – zamysł gospodarczy władz PRL. Nie budowano ich również w atrakcyjnych częściach np. Mazur, tam powstawały ośrodki wypoczynkowe choćby dla górników. Natomiast pegeerowskie zaplecze – chlewnie, obory – to były tereny położone głęboko na uboczu. Dopóki były one w jakikolwiek sposób skomunikowane, to dało się „być mobilnym”. Wraz z upadkiem PGR-ów połączenia zaczęto likwidować. Stąd np. dobre rady, że „ludzie powinni sobie znaleźć pracę gdzieś dalej” niezbyt korespondowały z rzeczywistością. Załóżmy, że w pobliżu jest powiatowe miasto, od obszaru popegeerowskiego położone w odległości dwudziestu kilku kilometrów. Łatwo sobie wyobrazić dzień człowieka z byłego pegeeru, który najpierw szuka pracy w tym powiatowym mieście, a później ją znajduje i próbuje codziennie dojeżdżać. Wariantów jest kilka: jeśli mamy komunikację publiczną, to problem niemal rozwiązany. Jeśli nie mamy, to czym dojedziemy? Jest początek lat 90. Czy mamy samochód? Jeśli mamy, to ile wydamy na paliwo? Jakie będą miesięczne koszty podróży? Jeśli nie mamy, co dalej? Czy stać nas na jego kupno? Czy ktoś nas będzie codziennie podwoził? Jak będziemy podróżować? Może częściowo piechotą albo rowerem? Ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. W dodatku, to były i są rejony wysokiego bezrobocia, płace są niskie – czy zatem ewentualne zarobki będą się nam kalkulować z wydatkami na dojazdy? Pomijam już warunki pracy, na jakich ci ludzie mieli szanse być zatrudnieni – np. umowy o pracę były mrzonką pośród tych, którzy i które próbowali ratować swoje budżety w każdy możliwy sposób.

Z taką rzeczywistością mierzyli się ludzie z popegeerowskich wsi, które badałem. Oni naprawdę nie mogli się zniechęcić, usiąść w domu i oglądać telewizję – to była często ciężka walka o przetrwanie.

– Pytanie, na ile skuteczna.

– Wspomniałem już o drobnym przemycie. Ale dodajmy do tego emigrację zarobkową. Przecież ludzie z terenów popegeerowskich, choćby ze ściany wschodniej, byli w krajach unijnych znacznie wcześniej niż nasi pozostali rodacy – wyjeżdżali tam do pracy jeszcze przed 2004 rokiem.

– Gdy słucham Pana opowieści, przypomina mi się termin „menedżerki ubóstwa”, używany przez świętej pamięci prof. Elżbietę Tarkowską. Termin opisywał niesamowicie zaradne ubogie kobiety, które muszą wykarmić rodziny, zapewnić im byt, bazując na bardzo skromnych środkach. Gdy czytałem Pana książkę, miałem wrażenie, że jej bohaterowie również byli „menedżerami ubóstwa” – musieli podejmować szereg różnorakich decyzji, które pomogłyby im przetrwać. I chyba większości się udało, choć niektórzy i niektóre przypłacali to załamaniami psychicznymi, samobójstwami…

– Przez lata byłem seminarzystą zmarłej w ubiegłym roku Pani Profesor, miałem przyjemność i zaszczyt z nią współpracować. Pojęcie „menedżerki ubóstwa” jest celne i bardzo dobrze, że zostało ukute, ponieważ w wielu aspektach polskiej rzeczywistości społecznej rola kobiet była i wciąż bywa skutecznie pomijana albo sprowadzana jest do roli „usługowej”, co jest zupełną aberracją.

Co do „menedżerów ubóstwa” z popegeerowskich wsi, to mam przed oczyma rodziny, które poznałem w trakcie swoich badań. Tak, to byli ludzie skuteczni w zarządzaniu biedą – brak formalnych kompetencji nadrabiali determinacją i uporem. Szybko uczyli się nowych rzeczy, świat popegeerowski przeobrażał się błyskawicznie. Droga od pełnego zatrudnienia do wszechobecnego bezrobocia nie była wcale taka długa, dlatego też adaptacja musiała być szybka. Czasem zdarzało się, że przemiany własnościowe poszczególnych państwowych gospodarstwach rolnych były rozciągnięte w czasie i – trzeba tu dodać – na szczęście. Wówczas w obrębie rodzin i całych społeczności zatrudnienie tracono stopniowo. Zwalniani mogli szukać nowych możliwości, ale zwykle ktoś w rodzinie zachowywał zatrudnienie albo przynajmniej miał prawo do stałych świadczeń. Zwykle na początku rezygnowano z produkcji zwierzęcej, bo była energochłonna. Praca w cielętnikach, świniarniach, oborach itp. to było zajęcie kobiet. One pierwsze traciły pracę. Ale nie mogły siedzieć w domu z założonymi rękoma. Zarządzały tymi zasobami, które były w domu, i pozyskiwały nowe środki do życia. Zdarzało się jednak, że zmiany następowały szybko – zakład był przejmowany przez nową prywatną spółkę i np. skupiano się tylko na produkcji roślinnej, wykorzystując nowe maszyny. Wtedy ze starej załogi mogło w zakładzie zostać 10% ludzi albo i mniej: doświadczeni kombajniści, kilka osób z ochrony i z nadzoru. Okazało się, że rolnictwo można robić z garstką osób, że społeczności, które wyrosły „przy byłym PGR-ze”, są zupełnie zbędne. W takiej sytuacji ludzie budowali swoje życie na nowo: inspirowali się wzajemnie, informowali o możliwościach, ktoś pierwszy przecierał szlaki, dawał znać rodzinie, sąsiadom.

– Na przykład?

– Sławny jest przykład Starych Juch – to okolice Giżycka, ta ładna część Mazur. Znaczna część tamtejszej populacji pracuje obecnie w Islandii. Polacy są zresztą największą mniejszością na tej wyspie. W islandzkich dyskontach przy kasie można często wszystko załatwić w naszym języku, bo pracuje tam wiele Polek.

– Wróćmy do mieszkańców popegeerowskich wsi na ścianie wschodniej.

– Są to z jednej strony okolice głęboko zapomniane, kompletna prowincja, a z drugiej strony ludzie stamtąd masowo wyjeżdżali do pracy do Włoch, do Norwegii, do Islandii właśnie. Niemcy i Holandia to też częste kierunki emigracji zarobkowej. Powiem więcej: niezależnie od popegeerowskiego kontekstu warto sobie uzmysłowić, jak mobilne było pokolenie osób wówczas będących w wieku średnim. To naprawdę ma tak niewiele wspólnego ze sposobem, w jaki ci ludzie byli opisywani pod koniec lat 90., że aż trudno uwierzyć, iż doświadczeni badacze byli w stanie dojść do takich wniosków – tym bardziej, że już wówczas odbywały się wyjazdy zarobkowe, o których mówimy. To było i jest istotne również dlatego, że pokazywano warstwę ludności, która de facto pochodziła z obszarów wiejskich, ale całkowicie już oderwała się od rolnictwa.

– Swego czasu przeprowadzałem dla „Nowego Obywatela” wywiad z Sylwią Urbańską, autorką książki „Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010”. Wiele mówi o współczesnej Polsce to, że dość powszechne doświadczenie społeczne było niemal nieobecne w debacie publicznej. Mam wrażenie, że młodszemu pokoleniu badaczek i badaczy udało się z większą empatią spojrzeć na szeroko rozumianą klasę ludową, że dystans ułatwia im nieuprzedzone spojrzenie choćby na społeczności popegeerowskie z pierwszych lat transformacji.

– Znamy się z Sylwią, w podobnym czasie przygotowywaliśmy swoje rozprawy, rozmawialiśmy o sprawach, które dziś poruszamy w rozmowie. Myślę, że faktycznie kluczowa jest kwestia pokoleniowa. Może jestem więźniem tej optyki, ale wydaje mi się dość oczywiste, że spojrzenie młodszego pokolenia badaczy na pierwsze lata transformacji jest fundamentalnie różne od oglądu naszych nauczycieli akademickich. Różniliśmy się zarówno w podejściu do tematu, jak i w jego ocenach. Różniło nas również to, z jakimi pytaniami badawczymi chcieliśmy się mierzyć. Mamy całe pokolenie socjologów, których szczyt kariery przypadał na lata 90. XX wieku. To był cały nurt badań skoncentrowany na transformacji ustrojowej i jej konsekwencjach. Bilanse tego okresu na gruncie naszej dyscypliny są jednak trudne. W wielu obszarach udało się zainicjować systematyczne gromadzenie danych, rozwinęły się techniki badawcze, ale niestety nie stworzono żadnej teorii polskiej transformacji. Nie neguję wysiłku badaczy, którzy funkcjonowali w zupełnie innej rzeczywistości badawczej niż obecna (zmieniła się literatura, upowszechnił się internet), zaczynali w czasach, gdy studentów na pierwszym roku studiów uczono z „Elementarnych pojęć socjologii” Jana Szczepańskiego napisanych jeszcze w latach 60. XX wieku. Raz jeszcze podkreślam: nie winię badaczy, wskazuję tylko na różnicę pokoleniową, która rzutuje również na to, jak oceniamy przemiany po 1989 roku.

Trzeba pamiętać, że polskie środowisko socjologiczne jest duże: są w nim więc ludzie, których interesują poruszane tu przez nas tematy, są i bliżsi mainstreamowi.

– Co Pan w tym kontekście rozumie przez to pojęcie?

– Myślę o badaczkach i badaczach zainteresowanych powielaniem tematów podejmowanych najczęściej w literaturze zachodniej, niezależnie od tego, na ile wyraźnie zakorzenione są one w polskim kontekście. Nie mówię tego wartościująco: sam zdecydowałem się na tematykę niszową, ale nie oczekuję, że inni badacze będą postępowali podobnie. Gdy podejmowałem się swoich badań, miałem poczucie pewnego osamotnienia. Później odkryłem jednak, że są badacze i badaczki, którzy obserwują rzeczywistość w podobny sposób, podobnie o niej myślą. Notabene, także wspomniana prof. Tarkowska zajmowała się problematyką wiejską w kontekście ubóstwa, co więcej, osobiście uczestniczyła w badaniach terenowych, a to w przypadku badaczy z dużym dorobkiem naukowym nie jest już tak oczywiste.

– Mam pewną hipotezę roboczą: kolejne pokolenia żyjące na wsi wciąż doznawały różnych form strukturalnej opresji. Zostawiając zamierzchłą pańszczyźnianą przeszłość, widzimy wyraźnie, jak bardzo wciąż eksperymentowano na wsi, również tej pegeerowskiej. A później przyszła transformacja, która także była formą trudnego eksperymentu społecznego. Czy którakolwiek z upływających dekad była bezpieczna, spokojna dla tych społeczności?

– Skupiając się tylko na wsi pegeerowskiej można wnioskować, że okresem stabilizacji był przełom lat 70. i 80., gdy wciąż płynęły tam spore dotacje, inwestowano nie tylko w sprzęt, lecz także w infrastrukturę. To są czasy, które na popegeerowskiej wsi wspomina się jako okres, gdy była praca, były sklepy, można było pójść do lekarza, był klub, działała drużyna piłkarska. No i oczywiście szkoła. Do tego były stałe pensje i dodatki.

Co ciekawe – przynajmniej taka jest moja obserwacja – na gruncie socjologii często stawiany jest znak równości między tym najlepszy okresem funkcjonowania PGR-ów a pozostałymi latami – tak jakby zawsze tak tam było. Często również stosowało się łatwe przeciwstawienie: rolnik to ten, który ciężko haruje od zmierzchu do świtu przez cały rok, jest przywiązany do wartości, a w PGR-ach jest sielanka i pełne zatrudnienie, chodzi się do pracy od–do, jest urlop itd. Ale to wszystko wynika z niedoinformowania. Gdy ktoś zejdzie na ziemię z tych obłoków, to uświadomi sobie, że np. kobiety pracowały w cielętnikach, i to nie tylko od poniedziałku do piątku, lecz także w weekendy, w święta, we wszystkie pory roku. Co więcej, pracownicy PGR-ów mieli jeszcze swoje działki czy ogródki, zajmowali się też drobną hodowlą. A to także było czasochłonne – zatem z wyobrażonej rzekomej sielanki nieróbstwa naprawdę niewiele zostaje.

– Jakie są główne elementy transformacyjnej zmiany, która dokonywała się w badanych przez Pana okolicach? Zapewne i w tym przypadku znaczną rolę odgrywały sposoby urynkowienia przetwarzającej się rzeczywistości?

– Socjologowie będą tu udzielali różnych odpowiedzi. Najprościej można powiedzieć, że zmieniło się wszystko. Po pierwsze, zmieniło się otoczenie instytucjonalne ze wszystkimi tego konsekwencjami, ze zmianą reguł gry. Po drugie, była to ogromna zmiana kulturowa, która przyszła niejako z zewnątrz, ludzie nie mieli wyboru, musieli się dostosować. Przeobrażeniu uległ świat, w którym funkcjonowali, ale także świat wartości. Tego typu zmiana z kolei zawsze wymaga czasu. Wątek, który uważam za ważny, dotyczył tego, jak bardzo perspektywa młodych dorosłych ze wsi, którymi interesowałem się najbardziej, jest zbliżona do tego, co znamy z badań na temat młodzieży z miast. To nie jest tak, że ich świat jest zupełnie inny – on jest po prostu położony dalej. Arkadiusz Karwacki powiedział kiedyś, że ludzie z byłych PGR-ów urodzili się w złych miejscach na mapie. Geograficznie pod wieloma względami były one znaczniej mniej korzystne i wymagały od tych ludzi ogromnej determinacji, żeby w życiu wypracować to, co osiągnęli ich rówieśnicy i rówieśnice z miast. W miastach możliwości było zawsze więcej, mają one więcej do zaoferowania. Z tego rodzą się luki w kapitale kulturowym, które utrudniają awans społeczny. To są trudności, z którymi ci ludzie muszą się mierzyć.

– Może zatem lepiej mówić nie o „wyuczonej bezradności”, lecz o strukturalnej niemożności?

W różnych miejscach struktury społecznej ludzie dysponują różnymi możliwościami. Tym, co wydaje się w wielu przypadkach przemawiać za tym, że ludzie z terenów popegeerowskich są mimo wszystko skuteczni, jest fakt, że pomimo różnorakich deficytów możliwości są w stanie osiągać to, co osiągają ich rówieśnicy i rówieśnicy z innych miejsc.

– Pytanie, za jaką cenę osobistą…

– Prędzej czy później pojawi się też pytanie, czy to jest sprawiedliwe, czy nie. Wówczas musielibyśmy sobie również poradzić z pojęciem sprawiedliwości. Mnie osobiście jako socjologa intryguje, że to jedno z tych zagadnień, które są dobrze znane, a które od czasu do czasu odkrywamy (jak u Znanieckiego, o którym wspomniałem wcześniej). Na początku XXI wieku, może nawet wcześniej, prof. Barbara Fatyga prowadziła w Warszawie badania nad młodzieżą licealną i studiującą. Okazało się, że młodzież wielkomiejska odczuwa dyskomfort w kontaktach instytucjonalnych z rówieśnikami, którzy nie pochodzą z dużych ośrodków, ale przyjeżdżają, nazwijmy to umownie, z prowincji.

– Skąd ten dyskomfort?

– To hipoteza robocza: być może o wielu takich karierach myślimy jako o karierach po prostu, bez świadomości tego, że osoby, o których mowa, są z prowincji – bo one zachowują to dla siebie. Nie zapominajmy też o tym, że każdy awans społeczny łączy się z wykorzenieniem..

– Wiejskie czy prowincjonalne pochodzenie wciąż jest powodem wstydu?

– Młodzi, z którymi miałem kontakt jako badacz, podkreślali na przykład, że choć mieszkają na wsi, to nie mają nic wspólnego z rolnictwem. A gdy pytałem wprost, odpowiadali, że nie widzą powodu, by wstydzić się wiejskiego pochodzenia. Smutne było natomiast to, że mieli pełną świadomość tego, jak są postrzegani na zewnątrz. To w pełni wpisywało się w socjologiczne pojęcie jaźni odzwierciedlonej: wiedzieli dobrze, jak się ich widzi. Mówili: „wiem, że o nas się myśli, że my jesteśmy taka Arizona”.

– Co właściwie charakteryzuje życie młodych dorosłych na popegeerowskich terenach?

– Jeżeli pokusić się o opisanie sedna ich tamtejszej egzystencji, to postawiłbym na tymczasowość. Powiedziałbym wręcz, że oni tam jeszcze są. Miałem kontakt z ludźmi z miejscowości, w których prowadziłem badania, również po ich zakończeniu. Część tych miejscowości odwiedziłem także później. I wtedy okazywało się, że ci, którzy zapowiadali, że wyjadą, to właśnie robili. To bardzo smutne, ale powiem brutalnie: to są miejsca bez przyszłości. Czy one znikną? Administracyjnie nie muszą: w jakiejś drobnej formie niewielkich miejsc o ograniczonej liczbie pracowników pewnie przetrwają – w końcu produkcja żywności jest opłacalna, nauczyliśmy się funkcjonować w ramach wspólnej polityki rolnej. Okres ich rozkwitu to już tylko wspomnienie, bezpowrotnie miniony obraz przeszłości.

– Czym w takim razie jest ich „radzenie sobie” w tym świecie, który właściwie nie ma przyszłości?

– Ja skupiałem się na tym, jak młodzi radzą sobie z doświadczeniem ubóstwa, w jaki sposób starają się zostać na powierzchni. Przyglądałem się, jak wyglądają ich relacje z lokalnym instytucjami, jakiego rodzaju działalność zarobkową podejmują.

Wszystko zależało od tego, w jakim momencie cyklu ubóstwa znajdowali się moi rozmówcy. Jeżeli było to ubóstwo dotkliwe, skrajne, to łączyło się to z wieloma trudnymi kwestiami: byli to ludzie bardzo zdesperowani, skłonni do tego, żeby łamać prawo, czy też szerzej – normy społeczne. Jeżeli ktoś okrada sąsiada i zakłóca jego spokój, to narusza prawo oraz pewne zasady współżycia społecznego. Ale jeśli jest to po prostu matka, która w dramatyczny okolicznościach musi zdecydować, czy wyjechać za granicę, żeby zarobić na rodzinę, to narusza ważne społeczne normy, bo przecież „to matka powinna być z dzieckiem”. Problemem tych ludzi często było to, że doświadczali biedy powracającej – tak to przynajmniej z prof. Tarkowską nazywaliśmy. Oni potrafili skutecznie poprawić swój los, zacząć w miarę dobrze funkcjonować, osiągnąć stan, gdy już się nie trzeba martwić się, czy wystarczy na jedzenie i bieżące rachunki. Ale nierzadko wystarczyła choćby choroba, utrata źródła dochodu, wypadek losowy itp., a okazywało się, że nie ma żadnego zaplecza, które umożliwia bezpieczne przetrwanie trudnego okresu. I znów przychodziło znaczne pogorszenie sytuacji. Póki zdrowie dopisywało, mężczyźni i kobiety mogli pracować choćby za granicą, np. co trzy miesiące wyjeżdżając na zarobek. Ale gdy pojawiały się choroby, ci ludzie byli unieruchomieni.

W przypadku byłych pracowników PGR-ów istotnym punktem był moment, w którym uzyskiwali prawo do stałych świadczeń, nabywali stały zasiłek przedemerytalny, renty, emerytury – jakikolwiek stały dochód. To bardzo dużo zmieniało w ich sytuacji.

– Ale młodsi nie mogli na to liczyć.

– W ich przypadku brak stabilności, brak możliwości uzyskania stałej pracy, stanowił ogromną barierę na drodze do dorosłości i samodzielności, do tego, żeby wyprowadzić się z domu od rodziców i zacząć samodzielnie funkcjonować. Nie mówiąc już o pozostałych sprawach życiowych i rodzinnych. Dlatego bardzo cenili sobie wszelką stałą pracę. Synonimem dobrej pracy było stałe zatrudnienie z umową o pracę. Na terenach przygranicznych wymarzony pracodawca to Straż Graniczna. Praca tam była postrzegana jako bardzo atrakcyjna: niedaleko od domu, dobre warunki oraz płaca. Bardzo korzystnie prezentowała się też perspektywa stosunkowo szybkiego uzyskania uprawnień emerytalnych. Część badanych podkreślała swoje oczekiwanie na kolejny nabór do Straży Granicznej. To, jak często podkreślano potrzebę stabilności zatrudnienia, uświadamia bardzo dobitnie, jak poważnym problemem jest niestabilność ich sytuacji życiowej.

– To, co Pan mówi, jest uderzające, szczególnie w porównaniu z całą masą bardzo przecież w Polsce popularnych sloganów zwolenników liberalizmu gospodarczego. Wskazuje Pan i na znaczną wagę stałej pracy, i na fakt, że czasem jedynym cywilizowanym pracodawcą okazuje się instytucja publiczna.

– To temat na dłuższą dyskusję o wizji państwa i tego, co może skutecznie rozwiązać rynek. Niezależnie od czyichkolwiek sympatii politycznych i ideowych, myślę, że poza zatwardziałymi liberałami stosunkowo niewielu uczestników debaty publicznej będzie doszukiwało się w wolnym rynku regulatora, który sam z siebie zdoła rozwiązać całą masę problemów społecznych. Nawet w krajach o stosunkowo liberalnych regułach gospodarczych za szereg zadań odpowiadają instytucje, w tym powołane do tego instytucje państwowe. Nie ma w tym nic dziwnego i nie oznacza to, że tam panuje socjalizm.

– Pierwsze lata transformacji wspominam jako z jednej strony stopniowe odcinanie moich rodzinnych okolic od różnorakiej infrastruktury publicznej, z drugiej – bardzo agresywny medialny atak na popegeerowską wieś. Czy Pana zdaniem przeanalizowano już antywiejską propagandę medialną z pierwszej połowy lat 90.? Troszkę się boję, że to pytanie retoryczne, że najkrótsza Pana odpowiedź będzie brzmiała: nie…

– Właściwie mnie pan wyręczył. Jako zjawisko – taka była moja obserwacja – te popegeerowskie społeczności zaczęły funkcjonować jako swego rodzaju kozioł ofiarny, łącznie z tym, że potrafiłem w publikacjach szanowanych socjologów przeczytać, iż te społeczności w pewnym sensie ponoszą zasłużoną karę za „tłuste lata” dobrobytu w PRL-u, kiedy była bieda, a komunistyczny reżim dopieszczał PGR-y, dokarmiał je i utrzymywał w luksusowych warunkach. Dziś brzmi to dość dziwacznie, zwłaszcza gdy zderzyć ten sąd z tym, co wiemy na temat pegeerowskich realiów.

Ale w latach 90. XX wieku te społeczności były opisywane również i takim językiem, jakim dziś nie wypadałoby opisywać żadnej grupy społecznej…

– Dlaczego?

– Skoro dziś nie możemy opisywać w tak deprecjonujący sposób żadnej grupy społecznej, którą dotykają różnorakie deficyty, to podobnie nie dałoby się tak mówić o tych społecznościach popegeerowskich – ponieważ na etapie recenzji czy wniosku grantowego zostałoby to zauważone i skrytykowane. To widoczna zmiana na lepsze – wówczas jednak taka stygmatyzacja była możliwa. I to w tekstach o charakterze naukowym.

– To, co Pan mówi, trochę psuje mój wizerunek polskiej socjologii.

– Jest taka cecha nie tyle dyscypliny, ile co części środowiska, o której czasami się zapomina. Socjologowie, zwłaszcza ci, którzy nadawali ton powojennej socjologii polskiej, rekrutowali się ze środowisk inteligenckich. Inteligencję charakteryzował określony etos, ale miała ona też swoje ograniczenia. Jednym z nich była tradycyjna niechęć do wsi jako takiej, nie mówiąc już o wsi pegeerowskiej postrzeganej jako produkt opresyjnego reżimu politycznego. To jednak tylko część problemu. Istotniejsze wydaje mi się to, że zdarzali się autorzy, którzy w jakiś sposób potrafili postawić znak równości między ludźmi tworzącymi te społeczności a ustrojem, który animował projekt rolnictwa państwowego. Zatem gdy reżim upadł, uznali, że mieszkańcy PGR-ów ponoszą zasłużoną karę. To było zupełnie nieuprawnione uproszczenie, ponieważ ci ludzie, szczególnie ze starszego pokolenia, zostali dwukrotnie, jeżeli nie oszukani, to poddani ogromnej życiowej próbie charakteru.

– Dwukrotnie? Mówi Pan o powstaniu i upadku PGR-ów?

– Tak, przecież system państwowych gospodarstw rolnych nie powstał z woli tych ludzi: oni nie zakładali tych przedsiębiorstw – to był potężny wysiłek ówczesnego państwa, żeby ten ideologiczny projekt zrealizować. Te społeczności zostały utworzone sztucznie, ci ludzie zostali w nie wtłoczeni – przecież bardzo różne były losy osób, które tam trafiały. Wiele z nich znalazło się tam z braku alternatywy, pochodzili z biednych, wielodzietnych chłopskich rodzin i chcieli po prostu usamodzielnić się, a w PGR-ze można było znaleźć pracę i lepsze lub gorsze mieszkanie. Dalej, często to byli przesiedleńcy, ludzie, którzy dosłownie padli ofiarą wielkiej historii i geopolityki. Kilka dekad później, znów bez woli tych społeczności, bez jakichkolwiek pytań, nad ich głowami zostały podjęte decyzje, że państwo się z tego projektu wycofuje. A ich pozostawiono samym sobie.

Jest też niestety tak – to stała cecha ubóstwa – że gdy go doświadczamy, zaczynamy być osamotnieni. Rodziny doświadczające ubóstwa zamykały się w sobie, bo bieda była wstydliwa, głęboko intymna, narażała na szwank poczucie godności tych rodzin – a przecież historycznie był to już moment, gdy choćby za sprawą mediów te rodziny mogły zobaczyć, jak świetnie powodzi się innym, to już nie był ten świat, w którym da się żyć zupełnie na uboczu i nie wiedzieć, czy innym jest dobrze, czy źle. Oni wiedzieli, że innym jest lepiej i to pogłębiało przeróżne negatywne emocje.

– Mówiliśmy o tym, że na poziomie naukowym pewien negatywny sposób opisu społeczności popegeerowskich dziś nie mógłby mieć miejsca. Czy Pana zdaniem – o ile śledzi Pan te kwestie w bardziej publicystycznym wydaniu – zmieniło się również medialne widzenie tego tematu?

– Moim zdaniem ten temat właściwie nie istnieje w mediach. Nie był ważny w socjologii, a tym bardziej nie funkcjonuje w debacie publicznej. Oczywiście ktoś sobie czasami, dość rzadko, przypomni o tych terenach, o ludziach stamtąd, ale trwa to krótką chwilę i kwestia gaśnie. Powiem więcej: na terenach pozamiejskich żyje ponad 40% populacji Polski. I te 40% ludności potrafi nam umykać w debacie publicznej! A co dopiero mówić o niegdysiejszych PGR-ach, rozsianych po prowincjonalnej Polsce. W dodatku mieszkańcy tych społeczności nigdy nie mieli żadnej reprezentacji, nie byli w stanie powalczyć o swój los w zorganizowany sposób, tak jak robiły to np. branżowe związki zawodowe. To byli typowi ludzie bez głosu.

– To, że popegeerowska wieś głosowała lub podobno głosowała na postkomunistów, było jeszcze jednym elementem wzbudzającym wobec niej niechęć szeroko rozumianej prawicy: to są ci, którzy chcą powrotu do PRL, a my przecież budujemy kapitalizm i wiemy, że najwspanialszy jest wolny rynek. Chyba nikt wtedy nie opowiadał tej historii tak, jak Pan to robi dzisiaj w naszej rozmowie.

– Nawet jeśli popegeerowska wieś faktycznie głosowałaby na SLD, to byłoby to zrozumiałe. Ludzie, którzy doświadczyli bardzo niekorzystnej dla siebie zmiany, będą bardziej skłonni głosować na tych, którzy – nawet tylko w warstwie retorycznej – upominają się o nich, zgłaszają chęć poprawy ich losu. Trudno oczekiwać, żeby przedstawiciele popegeerowskich społeczności głosowali na autorów niekorzystnych dla siebie przemian: Unię Demokratyczną czy Kongres Liberalno-Demokratyczny.

– Zapytam o podmiot z przeciwległego krańca spektrum ideowopolitycznego. Jak Pan postrzega rolę Kościoła w tych społecznościach popegeerowskich?

– Kościół po pierwsze funkcjonował jako instytucja, w czasie gdy wiele innych znikało lub się przeobrażało. Po drugie, stanowił źródło wsparcia. I to w najbardziej dosłowny sposób. W szczególnie trudnych okresach jednym z podstawowych źródeł wsparcia były paczki żywnościowe dystrybuowane przez parafie. Była to pomoc z Caritasu, która okazała się wyjątkowo skuteczna w momentach, gdy niedostatek był najbardziej dojmujący.

Trudno byłoby jednak powiedzieć, że Kościół odgrywał kluczową rolę. I to nie dlatego, że robił za mało, ale dlatego, że jedną z podstawowych cech skutecznego radzenia sobie z ubóstwem jest, mówiąc niezręcznym językiem technokratów, dywersyfikacja. Jest to wniosek nie tylko z moich badań. Była ona konieczna, bo bardzo rzadko jedno źródło pomocy skutecznie chroni przed biedą. Stąd konieczność łączenia różnych form wsparcia z chwytaniem się każdego dostępnego zajęcia zarobkowego. Skuteczni w wychodzeniu z ubóstwa byli ci, którzy faktycznie potrafili połączyć te różne formy działania. Szczególnie w pierwszej dekadzie polskich przemian te społeczności same siebie musiały uratować. Moim zdaniem zrobiły to skutecznie.

– Nikt im nie bije brawa…

– …to jest niestety tak, że przemyślanych strategii pomocowych wówczas nie było. Owszem, mieszkańcy społeczności popegeerowskich po utracie pracy otrzymywali jakieś odprawy, mieli przez jakiś czas zasiłki, ale z wielu względów, które już poruszyliśmy (charakterystyka regionów, położenie gospodarstw, brak zaplecza finansowego tych rodzin), trudno im było błyskawicznie przestawić się na inną branżę czy zmienić miejsce zamieszkania.

– Choć trzeba też dodać, że za odprawy mieszkańcy PGR-owskich wsi kupowali anteny satelitarne i odtwarzacze video.

– Nikt nie odmówi ludziom prawa do tego, aby podejmować – z jakiejś perspektywy – nieracjonalne decyzje. Czy tego rodzaju konsumpcja była zachowaniem racjonalnym? Z pewnością odpowiadała na jakieś potrzeby tych ludzi, na jakieś deficyty. Trzeba też pamiętać, że była to zupełnie nowa rzeczywistość, której oni wszyscy się uczyli. Mieli prawo do błędów, za które sami przecież płacili. Podkreślam: udźwignęli swój los, przecząc większości stereotypów, jakie panowały na ich temat. Co więcej: przecząc socjologicznym diagnozom na temat ich świata. Proszę pamiętać, że dość powszechnie pisano, że młode pokolenia będą powielały losy starszych, że to będą kolejne pokolenia żyjące na zasiłku. Mało kto chce pamiętać, jak nietrafne były te generalizacje.

– Tym bardziej, że część tych ludzi z młodszych pokoleń jest dziś na emigracji zarobkowej i nierzadko jeszcze przesyła pieniądze do Polski.

– Pan mówi o młodszych, a ja lubię powoływać się na taki oto przykład: pierwsze pokolenie, które wyrosło w PGR-ach, które później straciło tam pracę i przestawiło się na tory regularnych wyjazdów za granicę, zarabiało nie tylko na bieżącą konsumpcję. Ci ludzie z pegeerów wyremontowali swoje domy, później płacili za edukację swoich dzieci na niepublicznych uczelniach w wielkim mieście, a jeszcze później zaczęli spłacać kredyt swoich dzieci na mieszkanie w tymże dużym mieście. To byli ludzie, którzy pracowali niegdyś w PGR-ze: bez wielkiego kapitału kulturowego, bez wielkomiejskiego doświadczenia zawodowego. I to właśnie im w III RP doprawiono gębę.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 24 lutego 2017 roku

Co z tą Ameryką? – rozmowa z Thomasem Frankiem

Co z tą Ameryką? – rozmowa z Thomasem Frankiem

– W swojej książce „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki” pochyla się Pan nad zjawiskiem tzw. backlashu – konserwatywnej fali zalewającej Stany Zjednoczone na przełomie poprzedniego i obecnego wieku. Czym ten ówczesny backlashowy konserwatyzm wyróżniał się na tle innych nurtów konserwatywnej polityki?

Thomas Frank: Kluczowa różnica polega na tym, że zamiast występować z pozycji „prawowitych właścicieli społeczeństwa”, konserwatyzm backlashu kreuje się na wyraziciela i obrońcę interesów wściekłych, uciskanych zwykłych ludzi, zniesmaczonych ekscesami wszechobecnego rozbuchanego liberalizmu.

Oczywiście tak rozumiany backlash nie narodził się w latach 90. Ten model uprawiania polityki – poprzez odwołanie się do „zwykłego człowieka” i przeciwstawienie go zdemoralizowanym elitom – ma w amerykańskiej polityce ostatniego stulecia długą tradycję. Zresztą nie tylko w amerykańskiej i nie tylko w dwudziestowiecznej. Ale w tym sensie, w którym używam tego pojęcia, backlash pojawia się w Stanach po raz pierwszy w późnych latach 60. – w dekadzie, która pod bardzo wieloma względami stanowi początek naszej ery politycznej.

W tamtym okresie backlash był przede wszystkim reakcją na antyrasistowski ruch praw obywatelskich i jego zdobycze w postaci reform znoszących segregację rasową. W ruchu tym prym wiedli politycy pokroju George’a Wallace’a – Demokraty i prominentnego zwolennika segregacji, wieloletniego gubernatora Alabamy w latach 60., 70. i 80., kilkukrotnego kandydata na prezydenta USA. Przedstawiciele tej formacji stanowili wówczas poważną siłę w amerykańskiej polityce, zdobyli też liczne przyczółki we władzach lokalnych i rozmaitych urzędach w całym kraju.

Nawiasem mówiąc: Donald Trump jest świadomym imitatorem wielu polityków tamtej epoki, zwłaszcza Richarda Nixona, który również był jednym z liderów backlashu. W retoryce Trumpa nie brakuje także nawiązań do Ronalda Reagana, który również wchodził do polityki na fali ruchu sprzeciwu wobec liberalizmu lat 60.

– Głównym punktem odniesienia dla tego pierwszego backlashu były więc reformy rasowe. A co było źródłem i wyróżnikiem konserwatywnej reakcji w latach 90.?

– Motywem przewodnim backlashu lat 90. była wielka fala wojen kulturowych. To wtedy centralną częścią życia politycznego stały się konflikty o modlitwy w szkołach, nauczanie teorii ewolucji czy prawo aborcyjne. Dla wielu ludzi kwestie te pozostają kluczowe do dzisiaj, choć moim zdaniem w późniejszych latach prawica poniosła na tym kulturowym froncie spore straty.

Równolegle w latach 90. coraz wyraźniej widoczne stają się dramatyczne konsekwencje reform gospodarczych Reagana dla amerykańskiego świata pracy. Życie amerykańskich robotników, ich środowisko, wszystkie najbardziej uprzemysłowione części kraju zamieniają się w pobojowisko.

– W „Co z tym Kansas?” stawia Pan tezę, że konserwatywna radykalizacja kulturowa lat 90., jeśli przyjrzeć się jej bliżej, jest ściśle związana z tym właśnie doświadczeniem i ma w gruncie rzeczy klasowy charakter.

– Zgadza się. Przy czym ta klasowa natura wojen kulturowych stanowiła pewne tabu, nie odnoszono się do niej wprost. Mówiono za to o „zwykłych ludziach” i ich „prostych, tradycyjnych wartościach”, a po drugiej stronie barykady – o liberalnych elitach. W amerykańskiej tradycji populistycznej to zawsze był podstawowy schemat – centralnym motywem jest konflikt pomiędzy ludem a elitą. I ta elita jest zwykle definiowana w sposób dosyć mglisty.

Przedstawiciele konserwatywnego backlashu lat 90. mówią więc o elicie liberalnej, ale jest niejasne, co mają tak naprawdę na myśli, a formułowane przez nich definicje są dalece niespójne. W ostatnim rozdziale „Co z tym Kansas?” staram się znaleźć możliwie najlepsze przybliżenie tego, co mają na myśli, i dochodzę do wniosku, że najważniejszym punktem odniesienia jest dla nich klasa specjalistów – nauczyciele, pracownicy uczelni, pracownicy socjalni, menedżerowie itd. Ta konkluzja jest zarazem fundamentem mojej kolejnej książki – „Listen, Liberal”. Ale ideolodzy i politycy backlashu nigdy wprost tego nie przyznają, nie przedstawiają definicji wroga.

– W polskim życiu politycznym ostatnich dekad też pojawiały się formacje spokrewnione z amerykańskim backlashem czy wręcz go imitujące. Aby pozyskać robotników musiały one jednak zawsze – przynajmniej do pewnego stopnia – prezentować się jako progresywne w sferze społeczno-gospodarczej. To pod tym względem chyba najtrudniej z polskiej perspektywy zrozumieć zjawisko, które opisuje Pan na przykładzie Kansas, gdzie ruch konserwatywny opierający się na „niebieskich kołnierzykach” przyjmuje za swój deregulacyjno-rynkowy program Republikanów. Jak to się dzieje? Jak biały robotnik w amerykańskim Midweście staje się wyborcą Reagana, George’a W. Busha czy Donalda Trumpa?

– To proste – przede wszystkim politycy w rodzaju wyżej wymienionych mówią do tego wyborcy i komunikują się z nim zupełnie innym językiem niż robią to Michael Dukakis, Al Gore czy Hillary Clinton. Kandydaci Partii Demokratycznej w czasach, o których mówimy, byli bez wyjątku pozbawionymi charyzmy technokratami, przedstawicielami „lepszego świata” ludzi wysoko wykształconych. Jawienie się jako osoby ekstremalnie kompetentne, kandydaci, za którymi stoi bezkonkurencyjne doświadczenie, było dla nich niemal punktem honoru.

Z drugiej strony, dawna potęga liberalizmu1 w Ameryce wynikała z faktu, że był on autentycznym ruchem ludowym. Zorganizowani pracownicy i farmerzy mieli swoje miejsce w życiu każdej amerykańskiej społeczności. Tutejszy liberalizm był częścią życia zwykłych ludzi, był wpleciony w demokratyczną podszewkę kraju. W latach 90. XX wieku liberalizm był już jednak czymś zupełnie innym – jawił się jako obca filozofia, narzucana z góry przez garstkę ludzi uważających się za moralnie lepszych. Już nie był czymś, co jest zakorzenione w konkretnej społeczności, w małym miasteczku czy na przedmieściu, nie było go już nawet w części dużych miast. Jako szersza oddolna formacja po prostu zniknął, a jednocześnie, w tym samym czasie, tego rodzaju rolę zaczął odgrywać konserwatyzm. Stał się wszechobecny: słychać go w każdej stacji radiowej, w izbach handlowych… Biznes ma swoje organizacje w każdym mieście i miasteczku w Ameryce, a robotnicy – już nie. Rozbijanie ruchu związkowego zaczyna się w latach 70. i 80., a jest tak skuteczne, że na początku lat 90. liberalizm jako zjawisko oddolne już w tych miejscach nie istnieje.

W miastach wysoko uprzemysłowionych, takich jak Wichita w stanie Kansas, liberalizm był dawniej ideą, która znakomicie odpowiadała na codzienne potrzeby człowieka jako uczestnika życia gospodarczego. Dziś to już tylko słowo, które możemy usłyszeć z ust polityka występującego w telewizji. To samo dotyczy innych miejsc – np. wschodniego sąsiada Kansas, Missouri. Demokraci byli tam dominującym ugrupowaniem aż do lat 90. Wynikało to po części z południowego dziedzictwa Konfederacji2, ale także z żywych tam tradycji postępowego populizmu. Wiejskie hrabstwa Missouri często wybierały Demokratów jeszcze do okolic roku 2000, ale od 2012 roku są konsekwentnie republikańskie. W ostatnich wyborach Trump wygrał w Missouri przewagą ponad pół miliona głosów, a Republikanie objęli sześć z ośmiu miejsc w Izbie Reprezentantów.

– Na ile Trump wpisuje się w historię backlashu? Czy to kolejny odcinek tej samej historii, którą opisał Pan w „Co z tym Kansas”?

– Trump jest zupełnie inny niż republikańscy politycy lat 90. Jego kampania wyborcza zajmowała się kwestiami gospodarczymi w sposób bardzo otwarty, nie bał się mówić o interesach klasy pracującej.

– Dlaczego tak się stało? Czy wojny kulturowe okazały się na dłuższą metę niewystarczającym narzędziem mobilizowania poparcia społecznego?

– Było to związane z konsekwencjami wielkiej recesji, która dotknęła USA po 2008 roku. Kiedy gospodarka amerykańska załamała się za sprawą machlojek na rynku mieszkaniowym i w finansach, reguły gry uległy zmianie i wiele „zdobyczy” backlashu zostało unieważnionych. Ludzi przestały obchodzić wojny kulturowe, sprawy ekonomiczne znów stały się najważniejsze. Tylko że konflikty dotyczące tej sfery nie były już tym samym, co kiedyś – zaczęły być ujmowane w tych samych kategoriach, co wojny kulturowe: zwykli ludzie kontra szemrane elity.

– Wydaje się jednak, że jakaś ciągłość pomiędzy backlashem a Trumpem jest, choćby w tym sensie, że Trump wpisał się w szerszy proces „przejmowania” robotniczych społeczności na rzecz Republikanów. W ostatnich wyborach wygrał w kolejnych „tradycyjnie prodemokratycznych” stanach, w tym w tzw. Pasie Rdzy (Rust Belt).

– Proces utraty przez Demokratów dominującej pozycji w dawnych regionach przemysłowych trwa już od dawna, ale dopiero teraz uruchomiły się wszystkie dzwonki alarmowe. Jeśli ktoś traktował sprawę poważnie już wcześniej, mógł obserwować, jak proces ten obejmuje coraz to kolejne obszary Wielkich Równin: Nebraskę, obie Dakoty… Gdy ku Republikanom zwróciła się Północna Dakota, byłem w szoku – to zawsze był bardzo liberalny stan, w latach 30. miał nawet własną lokalną partię socjalistyczną, a teraz on też wkroczył na konserwatywną ścieżkę.

Innym przykładem tego samego zjawiska jest Zachodnia Wirginia – tradycyjnie mocno robotniczy stan z wysokim poziomem uzwiązkowienia. Jeszcze w 1988 roku Zachodnia Wirginia wybrała Michaela Dukakisa – demokratycznego oponenta George’a Busha seniora. Ale od tego czasu stała się głęboko konserwatywna. Dwa albo trzy lata temu „Washington Post” opublikował kilka artykułów o tym, jak zmienia się ten stan, ale wtedy było już po wszystkim – Wirginia była już tak naprawdę po drugiej stronie politycznej barykady. Liberalni publicyści nie mogli w to uwierzyć.

Wreszcie, Trump zwyciężył w stanach Ohio i Iowa oraz w większości obwodów „Pasa Rdzy”. To były nieznaczne zwycięstwa dla Republikanów w sensie liczby głosów, ale stanowiły ukoronowanie długoletniego procesu stopniowego „konserwatywnienia” dawnych rejonów przemysłowych USA.

Fascynujące jest dla mnie to, że ani Demokraci, ani też obóz liberalno-postępowego nie podejmują prób, żeby coś z tym zrobić. Co wybory liberałowie zdają się mówić sobie po prostu, że i tak nie mogą zrobić nic innego niż czekać aż zmieni się struktura demograficzna społeczeństwa. Ewentualnie – wymyślają przeróżne argumenty, aby udawać, że mogą sobie pozwolić na zignorowanie całego zjawiska albo że tak naprawdę nic się nie dzieje.

– A dzieje się? Czy nie mają racji ci, którzy twierdzą, że teza o tym, iż Trumpa wybrali biali robotnicy, jest co najmniej przesadzona? Może – jak przekonują – decydujące dla wyniku wyborów były inne czynniki – np. kwestie rasowe, głosy mieszkańców białych zamożnych przedmieść albo wysoka absencja wyborcza wśród różnych grup stanowiących tradycyjne zaplecze Partii Demokratycznej. Słowem – raczej słabość kandydatury Clinton niż siła Trumpa.

– Te wszystkie czynniki są wzajemnie powiązane. Jedna grupa nie idzie zagłosować równie licznie jak zazwyczaj, inna idzie do urn masowo. Zwycięstwo Trumpa było nieznaczne, nie wygrał jeśli chodzi o liczbę głosów zdobytych w całym kraju i tak dalej. Więc można rozłożyć ręce i powiedzieć: nic nie dało się zrobić. Albo można też przyznać, że coś jednak się stało, że ta zmiana trwa od dłuższego czasu.

Trump wygrał w wielu stanach, w których „nie powinien” wygrać, które były uznawane za tradycyjnie prodemokratyczne. Co więcej, podejmowane przez Trumpa starania o głosy białej klasy robotniczej, były naprawdę znaną sprawą, to ta część elektoratu była głównym adresatem jego kampanii. Ale – oczywiście – o jego zwycięstwie nie zadecydowali tylko biali robotnicy. Fakt, że wielu Czarnych czy Latynosów z warstw robotniczych nie poszło do urn, też miał olbrzymie znaczenie. Nie przemawiała do nich kandydatura Hillary Clinton – w sposób, w jaki wcześniej przemawiała choćby kandydatura Baracka Obamy. Wielu było wciąż wkurzonych na to, co robił jej mąż jako prezydent.

W tych wyborach zdecydowanie kluczowe były kwestie klasowe, ale wśród znacznej części Demokratów, zwłaszcza tych będących częścią establishmentu, istnieje silna potrzeba, żeby zamieść ten fakt pod dywan. Jeśli partia lewicy straciła lub traci głosy robotnicze, oznacza to, że musi tym ludziom coś zaoferować, w jakiś sposób się zmienić. Tymczasem, prawdę mówiąc, Partia Demokratyczna nie wydaje się zainteresowana taką odmianą. Mogłoby to być dla niej kosztowne, oznaczać utratę poparcia zamożnych elit, które obecnie zapewniają jej finansowanie.

Nawiasem mówiąc, kampania Hillary przebiła kampanię Trumpa pod względem zebranych pieniędzy i wydatków mniej więcej dwukrotnie. Nie uwzględniam tu darmowej obecności Trumpa w mediach – a pokazywali go w telewizji cały czas – ale pod względem zebranych środków i wydatków na kampanię Clinton wyprzedziła go o parę długości, co nigdy wcześniej nie zdarzyło się w takim stopniu. Demokratom zdarzało się bardzo rzadko wyprzedzić Republikanów w tej konkurencji – ta sztuka udała się Obamie w 2008 roku i Clintonowi w 1996 – ale zawsze tylko niewielką przewagą. Tymczasem w przypadku Hillary i Trumpa to był dosłownie nokaut – uzbierała bez porównania więcej pieniędzy.

Tydzień przed wyborami byłem na Florydzie. Mówimy o stanie, który od lat jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych pod względem wyników, kluczowym „stanem niezdecydowanym” (swing state), jednym z najważniejszych dla wygranej w całym kraju. W telewizji cały czas wyświetlane były klipy wyborcze Hillary i różnych lokalnych kandydatów (do Senatu, do Izby Reprezentantów), ale nie wydaje mi się, żebym widział przez cały czas, kiedy tam byłem, jakikolwiek klip Trumpa – choćby jeden. Jeśli chodzi o płatną reklamę, był w tej kampanii w zasadzie nieobecny. Nadrabiał oczywiście ciągłą obecnością we wszelkiej maści programach informacyjnych i publicystycznych, ale tu z kolei zwykle pokazywano go w jak najgorszym świetle, w aurze oskarżeń o faszyzm czy rasizm.

– Jak tłumaczy Pan tę relatywną finansową słabość kampanii Trumpa w kontekście faktu, że zwyciężył wśród najzamożniejszych wyborców?

– Owszem, wygrał wśród najwięcej zarabiających – kandydaci Republikanów mają w tej grupie przewagę od dekad. Ale finansowanie polityki to w USA domena specyficznej, wąskiej grupy ludzi. Jeśli spojrzy się na grono republikańskich miliarderów, którzy zwykle biorą w tej grze udział, nietrudno zauważyć, że zdecydowana większość z nich nie przepadała za Donaldem Trumpem. Podejrzewam, że przekonają się do niego do czasu kolejnych wyborów, ale faktem jest, że w 2016 roku nie okazali mu publicznie poparcia.

– Jednocześnie jednak rzeczą, którą dość konsekwentnie pokazywały sondaże, była przewaga Hillary w grupach najmniej zarabiających. I nie brakowało na lewicy głosów traktujących ten fakt jako wymówkę, mówiących: spójrzcie, biedni wciąż głosują na Demokratów, więc wszystko jest w porządku. To był też kolejny argument na rzecz tezy, że przekonanie o tym, iż lewica porzuciła klasę pracującą, jest co najmniej przesadzone, a przyczyn porażki Clinton należy szukać gdzie indziej.

– To prawda, że ludzie najbiedniejsi relatywnie częściej głosowali na Clinton. Ale przede wszystkim trzeba tu zaznaczyć, że klasa pracująca to nie jest to samo, co ludzie ubodzy. Za główny wyznacznik przynależności klasowej uznaje się zwykle zawód. Znaczna część ludzi o najniższych dochodach to studenci, emeryci, niepełnosprawni i bezrobotni. W tych grupach Demokraci prawie zawsze dominowali. W kategoriach socjologicznych klasa pracująca jest dziś raczej częścią klasy średniej, nie jest tą samą grupą, co biedni.

– Podczas listopadowego wieczoru wyborczego rzeczą szczególnie uderzający był dla mnie absolutny szok, jaki wywołały wśród komentatorów wyniki wyborów. Przecież nie chodzi tylko o to, że zawiodły badania opinii społecznej – mamy raczej do czynienia z sytuacją, w której eksperci przegapili ogromną, trwającą wiele dekad zmianę socjopolityczną.

– I jestem pewien, że za cztery czy osiem lat będzie znowu wielki szok – tak samo było przecież w roku 2000 i 2004, kiedy wygrywał George W. Bush. Demokratyczny establishment niczego się nie nauczył. Pamiętam, że w 2004 roku reakcje były niemal identyczne – medialni celebryci zapowiadający, że jeśli Bush zostanie wybrany na kolejną kadencję, wyprowadzą się do Polski albo coś w tym rodzaju. Oczywiście nikt tych zapowiedzi nie spełnił, ale zawsze jest wielkie zaskoczenie, szok, nie mogą uwierzyć w to, co się stało.

Myślę, że wynika to w dużej mierze z tego, że wiele z tych osób – gwiazd medialnych, komentatorów itp. – nie zna osobiście nikogo, kto głosowałby na Republikanów. Weźmy dla przykładu moje okolice: niewielkie miasto Bethesda w stanie Maryland, bardzo zamożne i bardzo z siebie zadowolone. Mieszka tu wielu bogatych liberałów, w tym postaci znane z mediów, dziennikarze „New York Timesa”, CNN itd. Kiedy ludzie tacy jak oni wyobrażają sobie wyborcę Trumpa czy wyborcę konserwatywnego w ogóle, to myślą o nim z niewypowiedzianą moralną pogardą.

– Czyli ostatecznie okazuje się, że w przekonaniu zwolenników backlashu jakoby liberalne elity były grupą obcą i wrogo wobec nich nastawioną, jest jakieś ziarno prawdy.

– Tak, ta pogarda elity wobec „nieokrzesanych mas” bywa bardzo realna. Trzeba jednak postawić sobie pytanie, o jaką elitę nam tak naprawdę chodzi, bo w USA liberalizm stał się pojęciowym workiem bez dna. Jak już wspomniałem, wydaje mi się, że chodzi przede wszystkim o specjalistów. Nie wiem, ile to już razy podczas rozmowy z ludźmi o pozycji społecznej podobnej do mojej – nieźle sytuowanymi Demokratami – spotykałem się z tym charakterystycznym snobizmem wobec wyborców Trumpa jako czegoś ze swojej istoty „niższego” w hierarchii bytów niż oni sami.

Oczywiście tymi, którzy pociągają za sznurki w Partii Republikańskiej i kształtują jej program, są ludzie pokroju braci Koch3, przedstawiciele „jednego procenta”, ludzie najściślejszej elity. Ale jednocześnie, w mentalności liberalnego specjalisty wciąż mamy wyobrażenie, że Republikanie to jacyś „mniejsi ludzie”, prowincjonalni, niewykształceni, rasistowscy kretyni.

– Wydaje się, że elita kulturowa jest w USA zarazem bardziej znienawidzona przez niższe warstwy społeczne i sama bardziej ich nienawidzi niż ma to miejsce w przypadku zdecydowanie bardziej wpływowych elit ekonomicznych. Dlaczego tak jest?

– Myślę, że wynika to w dużej mierze z widoczności. Specjaliści to grupa, z którą masz do czynienia na co dzień – to pański lekarz, to osoba, która siedzi za biurkiem, gdy chce pan uzyskać jakąś usługę publiczną, to bibliotekarz – nie mówiąc już o tym, że pełno ich we wszystkich mediach. Widzi ich pan codziennie na ekranie telewizora. To „korpus oficerski życia codziennego”, jak nazwałem ich w „Listen, Liberal”. Oni są majorami, kapitanami i pułkownikami, a pan – szeregowcem albo kapralem. Spotykamy ich każdego dnia, a oni mówią nam, co mamy ze sobą robić.

Tymczasem ludzi „jednego procenta” nie widzimy w zasadzie nigdy. Mieszkają w jakichś wielkich grodzonych posiadłościach, do których nie mamy wstępu, nie znamy ich, nie wiemy, jak wyglądają, kim na dobrą sprawę są.

– Rozumiem, że do pewnego stopnia obwinianie bardziej widocznych specjalistów za degradację społeczno-ekonomiczną klasy pracującej jest klasycznym mechanizmem „fałszywej świadomości” i pomija rzeczywistych sprawców i beneficjentów tej zmiany. Ale może ten sentyment dotyka też pewnego realnego problemu? Pewien polski polityk konserwatywny mówił w podobnym kontekście o „dystrybucji szacunku społecznego”.

– Dobre określenie, bardzo mi się podoba. Na pewno mamy tu realny problem na poziomie jednostek, czego świadectwem jest wspomniana już pogarda. W każdym porządku społecznym, który jest zhierarchizowany, jeśli ludzie wyższych warstw gardzą tymi, którzy są niżej od nich, oznacza to, że mamy problem. A kiedy ci, którzy są wyżej, są w dodatku skupieni w jednej partii politycznej i nominują na swoją kandydatkę kogoś takiego jak Hillary Clinton… Żeby była jasność, sam głosowałem na nią i uważam, że miała rację w wielu kwestiach. Byłaby przyzwoitym prezydentem. Ale jednocześnie jest polityczką, która – w swoim sposobie bycia, mówienia i w tym, co mówi – wyraża postawy charakterystyczne dla swojej klasy w sposób całkowicie jednoznaczny. Na przykład gdy w czasie kampanii wyborczej określiła wyborców swojego oponenta mianem ludzi godnych pożałowania (deplorables) i oskarżyła ich, gremialnie, o najniższe motywy: rasizm, fanatyzm itp. To wszystko razem jest jak przepis na wywołanie resentymentu i bardzo ułatwia przeciwnikom grę na tym resentymencie, a jednocześnie bardzo utrudnia przekraczanie tych społecznych uwarunkowań.

W tych wyborach chodziło o klasy – czy się to komuś podoba, czy nie. Klasowe krzywdy i żale oraz gniew wymierzony w elity były w kampanii wszechobecne. Oczywiście trzeba do tego dodać liczne aspekty ironiczne całej sytuacji, np. fakt, że Trump jest miliarderem. Nie da się też powiedzieć, żeby cechował go jakiś szczególnie plebejski styl bycia.

Innym przykładem ironii tych wyborów jest fakt, że pod względem linii politycznej Hillary byłaby w oczywisty sposób lepszym prezydentem dla klasy pracującej, tyle tylko, że nikt jej nie wierzył. Kluczowymi tematami kampanii były wolny handel i imigracja, przy czym co do handlu Hillary ciągle powtarzała, że zgadza się z Trumpem. Ale nikt jej nie uwierzył.

– Tylko ze względu na język, jakim mówiła?

– Również dlatego, że jest z rodziny Clintonów. Obie partie nominowały najbardziej niepopularnych kandydatów na prezydenta w historii, więc wśród ich elektoratów niewiele było idealizmu. Chociaż nie, muszę się z tego wycofać: było mnóstwo idealizmu po stronie Hillary, płynącego każdego dnia kampanii z łamów „New York Timesa” i „Washington Post”. Kochali ją tam tak, jak jeszcze nigdy media nie kochały żadnego kandydata za mojej pamięci. W obozie konserwatystów nie widziało się żadnego idealizmu, jeśli chodzi o ocenę Trumpa. Pojawiały się tam co najwyżej argumenty typu: facet jest w końcu naszym kandydatem, musimy na niego zagłosować, żeby powstrzymać Clinton.

– Ale jednocześnie to Trump skuteczniej zmobilizował elektorat republikański niż Clinton demokratyczny.

– To prawda. Hillary jest naprawdę niepopularna, miała na koncie skandale, nie jest też kimś inspirującym w sposób, w jaki inspirujący był choćby Obama. Można krytykować Obamę, ile się chce – sam jestem w stosunku do niego głęboko krytyczny – ale z pewnością jest on sympatyczną postacią i potrafi być inspirujący nawet dla tych, którzy się z nim nie zgadzają. Tymczasem Clinton niesie na plecach cały negatywny bagaż prezydentury Obamy, ale nie ma jego uroku. Kolejnym obciążeniem jest dla niej jej mąż – oczywiście skojarzenie z nim niosło też dla Hillary pewne korzyści, bo lata, gdy był w Białym Domu, były dostatnie, ale jednocześnie wszyscy pamiętają mu NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu) i inne umowy handlowe, które przyczyniły się do pogorszenia sytuacji pracowników przemysłu, deregulację bankowości czy choćby realizowaną przez niego politykę masowego zamykania w zakładach karnych, w praktyce sprowadzającą się do obław na przeważnie czarnych obywateli i wtrącania ich do więzień za minimalne naruszenia prawa. Sam przysięgałem po tym, jak de facto zlikwidował system opieki społecznej w 1996 roku – kolejne wielkie „zwycięstwo” rodu Clintonów – że nigdy już nie zagłosuję na kogoś, kto nosi to nazwisko. Ostatecznie zrobiłem to, poszedłem zagłosować na Hillary, ale z pewnością nie odczuwałem w związku z tym satysfakcji.

Głównym powodem, dla którego uzyskała nominację partyjną, było to, że „przyszła jej kolej”. Establishment Demokratów nie powiedział tego wprost, ale było to dość oczywiste. Sposób, w jaki spacyfikowali wysiłki jej konkurenta w wyścigu o nominację, Berniego Sandersa, pokazał w jasny sposób ich oczekiwanie, że będą mogli po prostu wybrać kolejnego prezydenta, i w związku z tym nie podejrzewali, że ich kandydatka będzie musiała być dla kogoś przekonująca. Sanders byłby, nawiasem mówiąc. Ale nie, oni wybrali Clinton.

– Tymczasem wyborcy chcieli zmiany – może Demokraci nie spodziewali się tego, że czynnik ten okaże się dla wyników wyborów tak kluczowy – w znacznie większym stopniu niż w poprzednich?

– Ale to nie jest do końca prawda. Dla wielu to wybory 2008 roku były wyborami wielkiej zmiany. Zwycięstwo Baracka Obamy rozbudziło wielkie oczekiwania wobec jego prezydentury. Jako kandydat był niezwykle porywający, miał świetne przemówienia, wydawało się, że rozumie dokładnie, co doprowadziło do załamania finansowego. Sam myślałem, że będzie Franklinem Rooseveltem mojego pokolenia. Ale później zawiódł pokładane w nim nadzieje.

Proszę sobie wyobrazić: wydaje nam się, że jesteśmy w przełomowym dla całego świata momencie, już czujemy, jak przesuwają się płyty tektoniczne, spodziewamy się, że lada chwila czeka nas głęboka reforma systemu ekonomicznego, po czym przychodzi Obama, obejmuje urząd i niczego specjalnie nie zmienia. Wprowadza natomiast do Białego Domu ludzi, których pamiętamy z administracji Billa Clintona.

Jedyną rzeczywiście znaczącą rzeczą, jakiej dokonał, było Obamacare, ale umówmy się, nie był to oszałamiający sukces. W tamtym momencie ludzie naprawdę chcieli dobrego publicznego programu opieki zdrowotnej w Ameryce, ale on im go nie dał. Zamiast tego wprowadził to połowiczne rozwiązanie, dobre pod pewnymi względami, ale strasznie skomplikowane i naprawdę źle skonstruowane pod innymi. Obamacare przysparza bólu głowy nawet tym, którym pomogło – znam wielu ludzi, którzy uzyskali dzięki niemu ubezpieczenie zdrowotne, a jednocześnie nie są z niego zadowoleni. Nie jest to popularny program. Mamy więc wybory wielkiej zmiany w 2008 roku, ale zmiana nigdy nie nadchodzi. I właśnie to rozczarowanie umożliwiło pojawienie się kogoś takiego jak Trump. Pod pewnymi względami za jego zwycięstwem stoją te same emocje i potrzeby, za sprawą których wygrał Obama, tyle że skwaśniałe, bo przez osiem lat trzymane były w soli i occie. I tak oto zamiast nadziei doszła do głosu desperacja.

– Tylko czy Obama mógł zrobić coś więcej? Przecież jego propozycje przez znaczną część tych lat były naprawdę mocno ograniczane przez republikańską większość w Kongresie.

– Oczywiście do pewnego stopnia to prawda – od momentu przejęcia Kongresu przez Republikanów w 2011 roku byli oni w stanie powstrzymać uchwalenie właściwie jakiejkolwiek poważnej reformy. Ale miał ponad trzy lata, kiedy mógł zrobić, co chciał, gdyby tylko dobrze to rozegrał. Gdyby był naprawdę sprawny, to mógł powstrzymać przejęcie Kongresu przez Republikanów. A ponadto jest też mnóstwo rzeczy, które mógł zrobić bez aprobaty Kongresu. Prezydentura jest w USA bardzo potężnym urzędem. Trump z pewnością nam to udowodni.

Pytanie brzmi raczej: czy przyczyną porażki Obamy był brak doświadczenia, czy woli – sam skłaniam się do tej drugiej odpowiedzi. Nawet jeśli sam nie wiedział, jak załatwia się sprawy w Waszyngtonie, miał w swojej ekipie ludzi, którzy wiedzieli. W pewnym momencie zacząłem pisać artykuły o wszystkich rzeczach, które Obama mógłby przeprowadzić samodzielnie, nawet bez poparcia Kongresu. I były to sprawy naprawdę dużego kalibru. Mógł chociażby – tak jak zapowiadał to w kampanii wyborczej w 2008 roku – renegocjować NAFTA i inne porozumienia na rzecz wolnego handlu. Ale kiedy został wybrany, zmienił zdanie. Mógł ukarać ludzi z Wall Street odpowiedzialnych za kryzys 2008 roku. Mógł zacząć egzekwować przepisy antymonopolowe, mógł dobrać się do skóry Google’owi – tak jak, do pewnego stopnia, zrobiono to w Unii Europejskiej – Amazonowi, Wal-Martowi. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy i to był jego wybór.

– Mimo wszystko w 2008 roku motywacje do głosowania na Obamę mogły być różne – jego charyzma i urok osobisty, pomysły na rozwiązanie kryzysu finansowego, sprzeciw wobec polityki Busha, kwestie rasowe. Tymczasem w przypadku Trumpa sondaże pokazują wyraźnie, że był on uważany przez większość za gorszego kandydata niż Clinton w zasadzie we wszystkich kategoriach z wyjątkiem jednej: „kandydat zmiany”.

– I myślę, że do niej doprowadzi! Niekoniecznie będzie to dobra zmiana, ale jakaś na pewno. W czasie, kiedy prowadzimy tę rozmowę, nie ma go jeszcze nawet w Białym Domu, a już doprowadził do tego, że pewna firma – nazywa się Carrier – która planowała likwidację swojej fabryki w Indianie i przeniesienie tamtejszych miejsc pracy do Meksyku, cofnęła swoją decyzję. Ta sprawa stała się jednym z centralnych tematów kampanii Trumpa, odnosił się do niej na każdym swoim wiecu, groził Carrierowi, zapowiadał, że uderzy w nich specjalnie zaprojektowanymi cłami i – niech mnie licho – w końcu się ugięli, stwierdzili: no dobra, nie przenosimy fabryki. Wymagało to ostatecznie obietnic ulg podatkowych, ale udało się – mimo że nie jest jeszcze prezydentem. Trudno nie pomyśleć po czymś takim: gdzie był Obama przez wszystkie te lata? Gdyby dokonał czegoś takiego, być może Hillary zostałaby wybrana.

– Wielu lewicowych komentatorów przekonuje, że Trump nie będzie realizował tych pozytywnych zmian, jakie zapowiadał w kampanii. Nazwiska przedstawionych dotąd członków jego przyszłego gabinetu i ich powiązania z największymi amerykańskimi korporacjami wydają się potwierdzać te diagnozy. Mam tu na myśli choćby nominowanego na szefa Krajowej Rady Gospodarczej (National Economic Council) byłego prezesa zarządu Goldman Sachs Gary’ego Cohna, przyszłego sekretarza stanu Rexa Tillersona – do niedawna prezesa Exxon Mobil, sekretarza skarbu Stevena Mnuchina (kolejny byłego członek zarządu Goldman Sachs) czy w końcu synowca Trumpa, magnata rynku nieruchomości Jareda Kushnera, który ma zostać doradcą nowego prezydenta do spraw handlu. „Obrotowe drzwi” między polityką a wielkim biznesem zdają się w administracji Trumpa funkcjonować w najlepsze.

– Owszem, ci ludzie będą fatalnymi urzędnikami i nie mają nic wspólnego z tym, co Trump obiecywał. Wielu z nich to typowi przedstawiciele republikańskiego establishmentu, ludzie, których znamy z administracji Busha. Elaine Chao – kandydatka Trumpa na sekretarz transportu – to kolejny przykład tej samej tendencji. Kierowała Departamentem Pracy w najgorszym okresie prezydentury Busha juniora, a teraz wróciła. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Wielu spośród nominowanych w sposób otwarty i aktywny sprzeciwia się misji urzędów, którymi mają kierować, a jeden z nich nawoływał wręcz do jego likwidacji.

– Dość uderzający – zwłaszcza jeśli ma się w pamięci rolę wojen kulturowych w amerykańskiej polityce – wydaje się też fakt, że Trump nie wydaje się szczególnie konserwatywną figurą w sensie kulturowym.

– Zdecydowanie nią nie jest.

– Czy to oznacza, że zwycięstwo Trumpa – jak sugerował Pan wcześniej – wpisuje się w trwający od 2008 roku trend wygaszania roli konfliktów kulturowych w polityce? Czy raczej stanowi początek konfliktu kulturowego w nowym kształcie, w którym elementy tradycyjnego konserwatyzmu mieszają się z estetyką i językiem internetowej kontrkultury?

– A może – dodałbym – jest to po prostu hipokryzja i wszystkie te wartości rodzinne nigdy się tak naprawdę nie liczyły? Zawsze miałem wrażenie, że konserwatyzm kulturowy w amerykańskiej polityce jest trochę takim oszustwem i pojawienie się Trumpa zdaje się to potwierdzać. Zabawne jest też to, że Hillary Clinton w żaden sposób nie pomogła jej osobista postawa w kwestiach obyczajowych, np. fakt, że jest wierzącą metodystką, czy to, że pozostała wierna swojemu mężowi pomimo okropnego sposobu, w jaki ją potraktował. To aż dziwne, że nie wynikły z tego dla niej żadne korzyści czy choćby współczucie ze strony elektoratu „tradycyjnych wartości”. Zamiast tego wyborcy ci zagłosowali gremialnie na Donalda Trumpa, który był żonaty trzykrotnie i otacza się króliczkami Playboya, nie mówiąc już o tym okropnym nagraniu, na którym mówi, że obmacywanie kobiet jest prawem osoby sławnej. Coś potwornego. Sztab Clinton robił, co mógł, żeby zrobić z tego aferę, a jednak wyborcy konserwatywni zdołali w jakiś sposób przymknąć na to oko.

To prowadzi nas z kolei do pytania: co tak naprawdę jest dla wyborców Trumpa ważne? Moim zdaniem są to wciąż kwestie klasowe, a do tego zawiedzione nadzieje na zmianę i desperacja.

– Wspomniał Pan, że większość mediów nie znosiła Trumpa i pokazywała go w najgorszym możliwym świetle. Czy mogło mu to, paradoksalnie, pomóc, zwiększając jego wiarygodność jako kandydata antyestablishmentowego, kogoś obcego elitom medialno-showbiznesowym?

– Zdecydowanie tak.

– Powiedział Pan też, że rywal Clinton w prawyborach Partii Demokratycznej, Bernie Sanders, mógł być bardziej atrakcyjnym kandydatem dla wielu wyborców z klasy robotniczej, którzy ostatecznie zagłosowali na Trumpa albo wcale nie poszli na wybory. Na to, że miał większe niż Hillary szanse na zwycięstwo w wyborach powszechnych, wskazywało też wiele sondaży. Biorąc pod uwagę wszelkie jego potencjalne słabości jako kandydata – wiek, pochodzenie społeczne, etniczne i regionalne, przynależność do „kosmopolitycznej elity ze wschodniego wybrzeża”, przyjętą przez niego etykietkę socjalisty itp. – myśli Pan, że to faktycznie było możliwe? Czy należy to raczej traktować jako sympatyczną iluzję lewicowych komentatorów?

– Myślę, że to naprawdę mogło się udać. Przede wszystkim dlatego, że jego kandydatura mogła być atrakcyjna dla tej grupy, która umożliwiła Trumpowi zwycięstwo – białej klasy robotniczej – a jednocześnie był on w stanie wykorzystać przeciw rywalowi wszystkie jego słabości, jak rasizm czy afery. W przeciwieństwie do Clinton, Bernie nie miał na koncie żadnych afer, ma wśród opinii publicznej wizerunek kogoś w rodzaju ukochanego dziadka, nie ma wokół siebie toksycznej aury, jaką roztacza Trump. Czym innym jest głosowanie na Trumpa w przekonaniu, że nie masz innego wyboru, a czym innym wybranie go jako „większego dobra”.

Jedynym rzeczywistym problemem Sandersa były ograniczone możliwości finansowania kampanii – banki z Wall Street i inni sponsorzy Hillary Clinton nie byliby zwolennikami jego kandydatury.

Wspomniał pan o tym, że Bernie lubi określać się mianem socjalisty. To prawda, że ta etykietka jest w Stanach uznawana za kłopotliwą, ale to chyba nie jest już tak istotne jak kiedyś. A najśmieszniejsze, że on wcale nie jest socjalistą – to Demokrata ze „starej szkoły” Franklina Roosevelta i Harry’ego Trumana. W czasach, kiedy dorastał, ktoś taki jak on znajdowałby się w partyjnym centrum.

Pod wszystkimi innymi względami był lepszym kandydatem niż Hillary i gdyby go wystawiono, mógłby wygrać. Trzeba tu jednak zastrzec, że poważne szanse na zwycięstwo z Trumpem miałby niemal każdy inny kandydat. Choćby wiceprezydent w administracji Obamy, Joe Biden – naprawdę dobry populistyczny mówca, potrafiący mówić do robotniczego elektoratu jego językiem. Ale Demokraci nie chcieli iść w tym kierunku, chcieli Hillary, kochali ją. Partyjny establishment uważał, że była idealna w każdym calu. Byli pewni, że wygra dla nich i prezydenturę, i Senat – a nie zrealizowała żadnego z tych celów.

Wielu republikańskich kandydatów na senatorów podjęło wysiłki, żeby zdystansować się od Trumpa ze względu na otaczające go kontrowersje. Kandydaci Demokratów nie podejmowali podobnych prób, większość z nich udzieliła Hillary pełnego poparcia, uważali, że wszystko jest z jej kandydaturą w porządku. I zapłacili za to.

– A może wybrali Clinton świadomi jej słabości, bo woleli przegrać niż zmienić się jako partia?

– Kandydatura Hillary była w oczywisty sposób ryzykowna ze względu na wszystkie afery, z którymi była kojarzona. Skandal wokół e-maili wyszedł na jaw jeszcze zanim zaczęły się prawybory, bardzo wcześnie pojawiły się też pierwsze wątpliwości dotyczące działalności i finansowania Fundacji Clintonów. Ale Demokraci zignorowali te sprawy, wydawało im się to nieistotne.

Myślę, że założyli po prostu od początku, że ostatecznie wygra z Trumpem cokolwiek by się stało. Jestem w stanie zrozumieć to założenie, bo też tak mi się wydawało – dopiero pod sam koniec kampanii zacząłem mieć wątpliwości. A wydawało mi się tak, ponieważ uwierzyłem w tezę powtarzaną przez Demokratów przez lata: że będą wygrywać w zasadzie każde wybory ze względu na kierunek zmian demograficznych w kraju. Na poparcie tej tezy mieli liczby i byli bardzo pewni swego. I myślę, że to był prawdziwy powód, dla którego uznali, że mogą nominować, kogo tylko chcą, a ta osoba zostanie prezydentem.

– Szanse Sandersa na wygraną, jeśli rzeczywiste, to chyba kolejne świadectwo zmian, jakie zaszły w Stanach od czasu, kiedy napisał Pan „Co z tym Kansas?”. W perspektywie politycznej ery backlashu jego zwycięstwo – jako jednoznacznego zwolennika pro-choice, poszerzania praw LGBT, legalizacji marihuany itp. – wydaje się czymś niemal nie do pomyślenia.

– Do pewnego stopnia się zgadzam – w kategoriach backlashu Sanders, jako Demokrata ze stereotypowo liberalnego stanu Vermont, który zalegalizował małżeństwa homoseksualne, inwestuje w zieloną energię itp., a przy okazji ktoś, kto wywodzi się z ruchu obrony praw obywatelskich lat 60., zostałby automatycznie zaszufladkowany jako część liberalnej elity. Ale jednocześnie Sanders ma też aurę człowieka bardzo staromodnego. Na przykład nigdy nie zobaczysz go bez garnituru i krawatu. Nie przypomina Donalda Trumpa z jego upodobaniem do świata showbiznesu, króliczków Playboya itp. Pod wieloma względami mógłby być atrakcyjnym wyborem dla konserwatywnych wyborców.

– Ostatnia porażka wyborcza zwiększa szanse na zmiany w Partii Demokratycznej?

– Powątpiewam w to. Będą pewnie nominować innych, bardziej inspirujących polityków w typie Obamy, ale nie sądzę, żeby zmienili się głębiej, w sferze realnych działań. W tej chwili pomiędzy Demokratami toczy się wojna domowa o dalszy kierunek rozwoju partii. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co się stało, z faktu, że muszą coś zrobić, żeby powstrzymać odpływ głosów robotniczych, ale sponsorzy, ugrupowania i ludzie, którzy stoją na czele partii, nie chcą iść w tym kierunku. Nie wiem, co tak naprawdę się stanie. Byłoby nadzwyczajnie, gdyby ludzie tacy jak Sanders czy Elizabeth Warren wyszli z tego konfliktu górą. Pewnie jest to hipotetycznie możliwe, wszystko może się zdarzyć – to jedna z rzeczy, które pokazał nam Trump.

– A może zmiana przyjdzie od dołu? Dostrzega Pan jakieś perspektywy ożywienia w najbliższych latach np. ruchu związkowego? Może szansą na poprawienie siły przetargowej świata pracy może okazać się zapowiadany przez Trumpa powrót produkcji przemysłowej do USA?

– Nie jest to coś, czemu się bliżej przyglądałem, ale generalnie nie widzę takich sygnałów. Sytuacja związków zawodowych jest dramatyczna: politycznie są „uwiązane” do Partii Demokratycznej, a Republikanie niczego im nie oferują. Trump mógłby teoretycznie zaproponować im jakiegoś rodzaju „otwarcie”, ale żaden z liderów związkowych nie zaryzykowałby, nie poszedłby z nim rozmawiać, nie podjąłby próby negocjacji. Wszyscy obawiają się w dodatku, że ograniczenia praw związkowych pracowników sektora publicznego może dokonać Sąd Najwyższy.

– Zwycięstwo Trumpa wpisuje się w cały ciąg wydarzeń politycznych o globalnym zasięgu – mam na myśli Brexit, a także proces wzmacniania się i krystalizowania czegoś na kształt międzynarodowego frontu prawicowych populizmów w Europie i nie tylko.

– To prawda, ale ta ponadnarodowa zbieżność nie dotyczy tylko antyglobalistycznej prawicy. Warto popatrzeć w podobnej perspektywie na to, co wydarzyło się z partiami i ruchami społecznymi lewicy na całym świecie. „Listen, Liberal” to książka poświęcona przypadkowi Partii Demokratycznej w USA i temu, jak utraciła ona swoją rację bytu, poczucie celu i tożsamość. Ale wydaje mi się, że podobny proces dotknął całego świata zachodniego. Lewicowe partie w Europie też pogubiły się i nie wiedzą, po co istnieją. Mamy problem, który dotyka całego świata, ale jego rozwiązanie wymaga też pochylenia się nad sytuacją w każdym z jego małych zakątków.

– Dziękuję za rozmowę.

Styczeń – luty 2017 roku

Przypisy:

  1. W USA pojęcie liberalizmu – w przeciwieństwie np. do Polski – ma konotacje (centro)lewicowe; to doktryna odwołująca się nie tylko do ideału wolności czy też emancypacji jednostki, lecz także do równości wszystkich obywateli, zarówno wobec prawa, jak i jako podmiotów ekonomicznych. Liberalizm w rozumieniu amerykańskim to także szeroka formacja społeczna, która – historycznie rzecz biorąc – ukształtowała się jako zaplecze Rooseveltowskiego Nowego Ładu i obejmowała zarówno progresywnych intelektualistów czy polityków, jak i np. ruch związkowy czy spółdzielczy; w tym sensie liberałowie stanowią odpowiednik europejskiej socjaldemokracji.
  2. Partia Republikańska powstała w 1854 roku jako ugrupowanie sprzeciwiające się niewolnictwu, dominujące w szczególności w północnej części USA; republikański prezydent Abraham Lincoln stał na czele stanów północnych w czasie wojny secesyjnej. Partia Demokratyczna była z kolei silnie związana z wielkimi właścicielami ziemskimi na Południu i po secesji w większości opowiedziała się za pokojową strategią wobec Konfederacji. Po wojnie Demokraci, którzy reprezentowali w kwestiach rasowych agendę konserwatywną, byli w związku z tym naturalnymi beneficjentami niechęci mieszkańców południowych stanów do Partii Republikańskiej i zdominowali tamtejsze życie polityczne. Nawet w okresie późniejszym, kiedy za sprawą m.in. demokratycznych prezydentów Franklina D. Roosevelta, Harry’ego Trumana, Johna F. Kennedy’ego i wreszcie Lyndona B. Johnsona, który podpisał w 1964 roku znoszący segregację rasową Civil Rights Act, Demokraci stopniowo włączali prawa obywatelskie Czarnych do swojej krajowej agendy, w południowych stanach partia wciąż zdominowana była przez konserwatystów i białych suprematystów. Missouri było jednym ze stanów niewolniczych, ale w czasie wojny secesyjnej funkcjonowały w nim równolegle rząd prounijny i prokonfederacki.
  3. Właściciele wielonarodowej korporacji Koch Industries, której siedziba mieści się w Wichicie w stanie Kansas, a zarazem sponsorzy organizacji konserwatywnych, backlashowych i libertariańskich, a także polityków „antyestablishmentowego” skrzydła Republikanów.