Gadomski, Maziarski i Pinochet w jednym stoją domku

Polska jak mało który kraj wie, co to znaczyć żyć pod jarzmem dyktatury. Nie minęło jeszcze 30 lat od czasu, gdy demokracja była dla nas ledwie marzeniem. Teraz w pocie czoła musimy stać na straży wolności, którą z takim trudem wywalczyliśmy. Tym bardziej dziwi fakt, że „Gazeta Wyborcza” regularnie publikuje teksty ludzi odwołujących się do antydemokratycznych wartości. Ludzi, którzy za pięknymi i utopijnymi ideami, skrywają zamiłowanie do dyktatorskich rozwiązań. Mam na myśli Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego, zwolenników idei Friedricha Hayeka i Miltona Friedmana.

Większość kojarzy Friedmana i Hayeka jako niewinnych myślicieli dwudziestowiecznych. W rzeczywistości stoją oni za jednym z najgorszych reżimów powstałych w drugiej połowie XX wieku. Chodzi o Chile pod rządami dyktatora Augusto Pinocheta, który jest odpowiedzialny za tortury i morderstwa tysięcy ludzi. Friedman i Hayek z sympatią spoglądali na kraj Pinocheta, ponieważ chilijski dyktator wiernie wprowadzał zalecania fundamentalizmu rynkowego. Gdy Zachód budował państwa dobrobytu za pomocą zdobyczy socjalnych, totalitarne reżimy były jedynymi miejscami, gdzie Hayek i Friedman mogli testować na ludziach swoją ideologię. Zresztą zdaniem uznanych ekonomistów, jak Amartya Sen i Joseph Stiglitz, eksperymenty te nie tylko zniszczyły demokrację, ale doprowadziły też do zapaści ekonomicznej Chile.

Fundamentalizm rynkowy był dla Friedmana oraz Hayeka ważniejszy od demokracji, praw człowieka i powszechnego dobrobytu. Podobne skrajnie kapitalistyczne idee stały zresztą za wieloma innymi dyktaturami – od Brazylii po Argentynę, a także za wyzyskiem i zapaścią gospodarczą krajów trzeciego świata. Nie wspominając o milionach ofiar rozwoju kapitalizmu na jego wcześniejszych etapach, kiedy to ideały wyznawane przez Gadomskiego i Maziarskiego wprowadzano za pomocą niewolnictwa, wojen i grabieży.

Gadomski i Maziarski idą śladami swoich mistrzów. Pokrewieństwo ideowe ze zwolennikami dyktatur sprawia, że gdy polska demokracja drży w posadach, publicyści „Wyborczej” konsekwentnie zalecają rozwiązania, które doprowadzą do jej dalszego osłabienia. Są zwolennikami przywilejów dla bogaczy pod postacią niższych podatków, choć dane jasno pokazują, że demokracja ma się najlepiej tam, gdzie bogaci płacą wysokie podatki – w Norwegii, Danii, Szwecji czy na Islandii. Mimo że wszyscy rozsądni specjaliści i instytucje, włączywszy w to Międzynarodowy Fundusz Walutowy, biją na alarm w związku z narastającymi nierównościami społecznymi, Gadomski i Maziarski chcą je powiększać. Wyciągają z  lamusa fundamentalizmu rynkowego zbutwiałe koncepcje. Powołują się na skompromitowaną teorię skapywania. Są zwolennikami ekonomicznej przemocy i władzy wielkich korporacji.

Co gorsza, szczują na współobywateli i współobywatelki. Stereotypy, które wygłaszają na temat najbiedniejszych członków naszych społeczeństw, przywodzą najgorsze skojarzenia związane z faszystowską propagandą. Zresztą, czemu się dziwić, skoro ich ulubieniec, Bronisław Komorowski, w drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich przymilał się do Pawła Kukiza, lidera partii sprzymierzonej ze skrajną prawicą.

Odbierają ludziom godność, przedstawiając ich jako głupi, zapijaczony motłoch. Tak jak Pinochet, i wielu dyktatorów przed nim, szczerze nienawidzą lewicy. Wznosząc się na wyżyny symetryzmu, porównują lewicowe działaczki walczące o prawa kobiet, prawa osób LGBT, prawa ludzi ubogich – do organizacji skrajnie prawicowych. Raz jeszcze, nie powinno to dziwić. Ich idol, Friedman, porównywał programy antydyskryminacyjne wprowadzone przez Amerykanów w 1941 roku do… Ustaw Norymberskich. Symetryzm jest nieodłączną częścią ich tradycji.

Nawiasem mówiąc, to oni przed ostatnimi wyborami doprowadzili do rozbicia obozu liberalnego. Gdy PO wyłamała się z ich fundamentalistycznych założeń w sprawie OFE, Gadomski wzywał do powstania nowej partii propagującej jego ideologię. Tak powstała Nowoczesna, która podzieliła liberalny elektorat i ułatwiła zwycięstwo PiS-owi.

Zdumiewający jest upór, z jakim twardogłowi fundamentaliści rynkowi próbują wmówić sobie i światu, że możemy poświęcić demokrację na ołtarzu dzikiego kapitalizmu. Zdumiewające jest również to, że „Gazeta Wyborcza” publikuje teksty miłośników ideologii stojącej za dyktaturą Pinocheta. Pozostaje mieć nadzieję, że polska demokracja przetrwa i to zagrożenie.

dr Tomasz S. Markiewka

PS. Tekst powstał z inspiracji twórczością Witolda Gadomskiego i Wojciecha Maziarskiego – ich bezkompromisową walką o demokrację, która uchodzi w niektórych sferach za oznakę rozsądku i umiarkowania. Zawiera przeróbki fragmentów ich felietonów.

W poszukiwaniu lewicy romantycznej

Moja doktorantka Joanna Średnicka prowadziła badania etnograficzne w polskim przedsiębiorstwie o dłuższej historii, sięgającej czasów PRL. Szefowie wspominają czasy początków transformacji jako złoty okres, gdy zaczęto doceniać ich fachowość, firma rozwijała się dynamicznie, pracownicy czuli się wtedy u siebie, klienci doceniali produkty, a zagraniczni partnerzy dawali dowody szacunku. Potem wszystko się zmieniło.

Przedsiębiorstwo zostało przejęte przez wielką korporację-inwestora, własne procedury i rozwiązania zostały zastąpione odgórnie narzuconymi. Taka opowieść przewija się jak wyraźny wspólny wątek w rozmowach prowadzonych przez badaczkę. Joanna słuchała uważnie, co mówili ludzie i w pewnym momencie usłyszała coś, czego usłyszeć zupełnie się nie spodziewała. Usłyszała cytaty z Mickiewicza, ze Słowackiego, nawiązania do romantycznej poetyki polskości w przełożeniu na tę „małą ojczyznę”, jaką jest organizacja, wspólne dobro, które zostało narażone na oddziaływanie obcych sił, pozbawiających je tożsamości, godności i sprawiających, że poczucie przynależności zastąpiła powszechna alienacja. Wprost albo metaforycznie przywoływano smutek upadłych narodowych powstań, szukano pocieszenia w poczuciu tragicznej i utraconej organizacyjnej wspólnoty, która jednak, dzięki swemu znaczeniu dla wszystkich, dawała mimo wszystko pocieszenie.

Joasia odkryła polskie romantyczne zarządzanie, choć wcale się tego nie spodziewała, i o tym traktuje jej doktorat. A ja dzięki niej uświadomiłam sobie, jak wielkie znaczenie ma romantyczna więź dla procesów organizowania. I cieszę się bardzo, bo ostatnimi czasy spotykam się z nią w myśli, w mowie i w praktyce. Chciałabym o tym powiedzieć teraz kilka słów w specyficznym kontekście – mobilizacji do zmiany społecznej, do budowania lepszego jutra. Rzecz dotyczy lewicy, ale nie lewicy racjonalistycznej, bazującej na obiektywistycznej argumentacji i proponującej inżynierię społeczną jako sposób tworzenia nowych instytucji społecznych, ani o lewicy nawołującej do burzenia istniejących struktur. Moja wymarzona lewica szanuje struktury społeczne i pragnie je przekształcać z wyobraźnią i uczuciem. Bardzo lubiłabym, gdyby w procesie krystalizacji otrzymała ona nazwę lewicy romantycznej, choć jak znam życie – tak się nie stanie. Jednak tak właśnie bije jej serce.

W codziennych rozmowach z osobami z różnych klas i grup społecznych (choć najczęściej z akademikami), zauważyłam ostatnimi czasy zadziwiające zjawisko, nieraz witane radosnym zdumieniem po obu stronach. Lepiej rozmawia się socjalistom z konserwatystami, niż jednym i drugim z centrystami czy liberałami wszelkich odcieni, lewicowych czy prawicowych. To samo wrażenie miewamy w naszych rozmowach wokół ogólnopolskiego protestu akademików przeciwko Ustawie 2.0. Sam protest jest czymś niezwykłym w moim doświadczeniu, jest prawdziwie ponadpolityczny, czyli, w słowach Aleksandra Temkina, krystalizatora Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, „działający politycznie na rzecz instytucji – wspólnej przestrzeni sporu i myślenia, a nie na rzecz żadnego stronnictwa, partii i sekty”. Jedna z organizatorek, uczona z Uniwersytetu w Białymstoku, Małgorzata Kowalska, zauważa bliskość pewnych idei lewicowych i konserwatywnych w opublikowanym niedawno artykule w „Krytyce Politycznej”: „Poza konserwatyzmem w wariancie mocnym lub »właściwym« istnieje rodzaj konserwatyzmu umiarkowanego i krytycznego, dobrze korespondującego z poglądami lewicy. Należałoby tu może mówić o […] niechęci do modernizacji i racjonalizacji rozumianych w duchu globalnego kapitalizmu”. Równie ciekawie i mocno pisze o zbliżeniu pewnych postaw konserwatywnych i lewicowych w kontekście pracy Piotr Graczyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego na łamach tekstu z „Teologii Politycznej”: „Zmartwychwstała może być tylko taka praca, którą kieruje się ku przyszłości jako swobodnej, rozwijającej się wedle własnych reguł, a nie używana do zaspokojenia nienasyconego głodu zysku”.

W tych i wielu innych takich spotkaniach idei i postaw, jakie ostatnio obserwuję (i w nich uczestniczę), pojawia się jeden zasadniczy wyraźny motyw: szacunek wobec struktur i instytucji. Konserwatyści tradycyjnie pragną je ocalić, socjaliści chcą zmieniać. Jednak ostatnimi czasy pojawiła się grupa jednych i drugich, która przede wszystkim zamierza chronić je przed zniszczeniem i erozją w celu dalszej konserwacji lub organicznego dostosowania do zmienionych warunków świata. Tu przeciwnikiem są liberałowie rynkowi i socjalni, których program zakłada radykalną modernizację, czyli wymianę obecnych struktur na nowe, postulowane jako bardziej nowoczesne. Zdaniem zarówno socjalistów, jak i konserwatystów nie należy „reformować przez zaoranie”, bo, jak pokazuje przykład Kartaginy, to, co raz zaorano, takowym pozostaje. Programy programami, mogą być postępowe, doskonałe, a nawet jedynie racjonalne i Naukowe (modernizatorzy lubią pisać o nauce przez wielkie N i wtedy nie mają na myśli tego, co tworzą naukowcy, lecz swój system wiary w racjonalne rozwiązania), ale przecież tymczasem trzeba jakoś wspólnie działać. Jak pokazują rewolucje francuska i leninowska, a także projekty modernizacyjne, np. te, które miały miejsce w wielu krajach Bliskiego Wschodu w ubiegłym stuleciu, społeczeństwo bez instytucji albo polega na władzy przemocowej, autorytarnej, albo powraca do tych struktur, które przetrwały, czyli najsilniejszych, niemal uranicznych w swej mocy oddziaływania, takich jak hierarchiczna władza i kult jednostki (Pierwszy Sekretarz zamiast Cara).

Struktury i instytucje są bardzo ważne, bo, jak pisałam we wcześniejszym felietonie, umożliwiają ludziom współdziałanie. Bez nich skoordynowana współpraca, potrzebna do każdego większego społecznego przedsięwzięcia (o ile nie zautomatyzujemy wszystkiego na amen, ale dla kogo działałby taki system? to zagadka, której fani zrobotyzowanej przyszłości na ogół nie umieją lub nie chcą rozwiązać), możliwa jest tylko na zasadzie bezpośredniego przymusu i przemocy. Jak pisał Zygmunt Bauman, najnowsze czasy cechuje intensywny rozpad struktur społecznych i instytucji. System staje się niewydolny, ale nie ma jeszcze nowego systemu, który mógłby go zastąpić. Ten stan rzeczy Bauman nazwał metaforycznie, za Antoniem Gramscim, interregnum, bezkrólewiem. Jest to stan instytucjonalnej zapaści bez gwarancji szybkiego wyjścia. Może utrzymać się przez lata, dziesięciolecia, a nawet stulecia – tak jak wówczas, gdy powoli padało Imperium Rzymskie wraz z całą przynależną cywilizacją i kulturą.

Instytucje są niezwykle cenne i nie rosną na drzewach. Trzeba na nie bardzo długo wspólnie pracować. Dlatego zarówno organiczni konserwatyści, jak i organiczni socjaliści, jak roboczo nazywam zwolenników chronienia struktur, pragną zadbać o ich przetrwanie. Spotykamy się na gruncie ochrony instytucji społecznych, dorobku kultury i środowiska naturalnego, czyli wszystkiego tego, co łatwiej jest zniszczyć, niż z powrotem przywrócić do życia. Lewica pragnie zmieniać świat, tak, by ludziom żyło się lepiej i sprawiedliwiej. Ta, o której traktuje ten felieton, czyni to radykalnie w sferze idei, lecz ostrożnie w sferze struktur. Taki program jest możliwy wtedy, gdy socjologicznej rozwadze towarzyszy duchowa wyobraźnia. I tu docieramy do romantyków, a konkretnie do romantycznych wartości.

Dwie naukowczynie zajmujące się organizacjami obywatelskimi – Ewa Bogacz-Wojtanowska i Anna Góral, przebadały etnograficznie organizację społeczną wokół Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Stwierdziły, że niezwykle sprawne współdziałanie bazowało przede wszystkim na poczuciu wspólnotowości i na bardzo silnej identyfikacji z wartościami chrześcijańskimi i społecznościowymi. Badaczki uważają, że taki tryb funkcjonowania możliwy jest tylko przejściowo, jednak może posłużyć nie tylko do tworzenia inicjatyw efemerycznych, takich jak Dni Młodzieży, ale w ogóle może pomóc znaleźć strukturotwórczy kompas w czasach interregnum. Jeśli struktury i instytucje społeczne kruszą się, to można zastosować podobną zasadę, co w przypadku procesów organizacyjnych odbywających się jakby pomiędzy stabilniejszymi rzeczywistościami – poprzez powrót do zasadniczych wartości. Młodzi katolicy zbierali się razem, by celebrować swoją wiarę, swoją radość z doświadczania Bożej obecności w naturze, bliskości, wzajemnej pomocy. W ten sposób nie tylko mogli sprawnie działać razem, ale też stali się żywym zarzewiem odnowy w polskim Kościele katolickim, wpuszczają nowego ducha w stare struktury.

Inne grupy i społeczności mogą osiągnąć podobny efekt, zadając sobie podstawowe pytanie, na które trzeba udzielić wyłącznie szczerej, całkowicie niecynicznej i bezinteresownej odpowiedzi (inaczej to nie działa): po co? Po co chcemy wspólnie wykonywać te działania, które realizuje dana instytucja? Czyli, na przykład, jako Akademicki Komitet Protestacyjny zadaliśmy sobie pytania: po co akademia?I odpowiedzieliśmy sobie, przywołując wartości akademickie: dążenie do prawdy, poszukiwanie wiedzy, twórczość. Wśród wywieszanych przez nas na okupowanych budynkach uczelni transparentach widniały napisy takie jak: „Akademia moja miłość”, „Nauka niepodległa”, „Samorządność naszą bronią”, „Wolne uniwersytety zamiast fabryk wiedzy”, „Rewolucja nigdy nie śpi”. W tym kontekście niesamowite wrażenie robi zmasowany energiczny atak na AKP z różnych stron, który trafia dokładnie w próżnię. Nie ma nas nigdzie tam, gdzie walą z lewa i z prawa, a zwłaszcza z centrum: nie jesteśmy młodymi lewakami ani starymi konformistami, nie jesteśmy niedoinformowani, nie jesteśmy pełni przesądów, nie jesteśmy prowincjonalni, nie jesteśmy desantem z wielkich miast, nie jesteśmy zakompleksieni. Są wśród nas naukowcy, którzy, gdyby chcieli zmierzyć krytyków ich miarami, rozsypaliby ich w puch i w proch – ale nie chcą. Można im zacytować Luke’a Skywalkera: „Amazing! every word you just said is wrong”. A to dlatego, że my dla nich nie istniejemy. To, czym jesteśmy, to, co nas niesie – wartości akademii – nie istnieje w ich świecie. Ich walka z własnymi cieniami zaczyna być wręcz zabawna. Dziesięciolecia koncentracji wyłącznie na tym, co zewnętrzne – na markach, fasadach, wrażeniu, CV, a jednocześnie bagatelizowanie tego, co wewnętrzne („tak ci się tylko wydaje”, „to wszystko w twojej głowie”) przynoszą skutki w postaci gigantycznych drogocennych potiomkinowskich wiosek bez treści (ani wartości) w środku.

Wartości inkluzywne, przywołujące poszanowanie dla dziedzictwa kulturowego i tradycji, ale też radykalne społecznie, a zarazem celebrujące wyobraźnię, znajdziemy w sztuce, poezji i myśli romantyków, w tym także polskich. Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” zawarł wizję polskości plastyczną, żywą, społecznie i politycznie wrażliwą, mocno związaną z miejscem i przyrodą, wśród których dane nam jest żyć – Polakom przeszłym i teraźniejszym. Opisane są tradycje i zwyczaje, a także archetypiczne postaci, jak to archetypy – niejednoznaczne, wielowymiarowe, nieraz problematyczne. W „Dziadach” poeta przywołuje idee mistyczne, czerpie natchnienie, by ożywić i przekazać wizję tego, kim jesteśmy i po co nam nasza polskość. Jest to polskość tajemnicza, tragiczna, ale inkluzywna, społecznie czuła. Wreszcie w poematach takich jak „Widzenie” mamy do czynienia z profetyczną wizją ukazującą spójność świata, przynależność i współistnienie duszy i świata. Jak pokazały badania Joanny Średnickiej, romantycy i Mickiewicz są kompasem moralnym i językiem wyobraźni Polaków także dziś i także w tak niepoetycznych kontekstach, jak zarządzanie. Jest to bardzo ważna rola, bo, jak pokazuje językoznawca George P. Lakoff w swojej książce „Nie myśl o słoniu!”, język i metafory definiują naszą rzeczywistość, określają, co jest możliwe, a co normalne, po prostu kształtują rzeczywistość.

Język romantyków pomaga szanować tradycje i wartości, a więc podstawy instytucji społecznych, jednocześnie otwierając poprzez metafory wrażliwość umysłu i serca na innych i na przyrodę. Racjonalizm i scjentyzm miały już swoje pięć minut w historii. Przywołując wizję i wezwanie innego wielkiego romantyka, Williama Blake’a, czas już, żebyśmy zebrali się razem i zaczęli budować lepszy świat wśród zielonych łąk naszych ziem, odsuwając w przeszłość niszczycielski przemysł i mroczne porządki społeczne kapitalizmu. Tak samo jak poeci, ale także szefowie w badaniach Joanny Średnickiej, rozpoznajmy i ucieszmy się z tego, co nas niesie, co dla nas sensowne i ważne, porzućmy smutny i kruchy świat pozorów. Jeśli nie wierzysz – nie idź do zakonu, jeśli nie kochasz – nie bierz ślubu. Wsłuchajmy się w sens naszych instytucji i naszą wyobraźnię, zobaczmy, jak wszystko się sensownie łączy, słowami poety:

Teraz widziałem jako w wodzie na dnie,

Gdy na nią ciemną promień słońca padnie.

Teraz widziałem całe wielkie morze,

Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga,

A w nim rozlana była światłość błoga.

(Adam Mickiewicz, fragment poematu „Widzenie”).

prof. Monika Kostera

Zanim zastąpią nas roboty

Zanim zastąpią nas roboty

Głównym czynnikiem determinującym przyszłość rynku pracy w skali globu będzie technologia – nie demografia i nie trendy konsumpcyjne. Nie jest to samo w sobie specjalnie przełomowe stwierdzenie. Technologia i w XX, i w XIX wieku odgrywała bardzo dużą rolę w zmianie gospodarki, a nieodłącznie od gospodarki zmieniał się rynek pracy. Działo się to jednak w trochę inny sposób, niż będzie się odbywało w najbliższych dekadach.

Rola technologii w XIX i XX wieku zasadzała się na wspieraniu pracy człowieka (możemy mówić o technologii wspierającej), nie na zastępowaniu go. Na przykład kasjerki w banku dostawały do pomocy maszyny liczące i wydające odpowiednią ilość pieniędzy, ale to nie zmniejszyło liczby kasjerek – wręcz przeciwnie – mogły się zająć innymi czynnościami.

Oczywiście nie obywało się również bez utraty dotychczasowych miejsc pracy, ale nadal można powiedzieć, że maszyny „wspierały” pracę człowieka, nie zastępując jej całkowicie. W rolnictwie traktory zastępowały zwierzęta pociągowe, ale tworzone były miejsca pracy w przetwórstwie żywności. Taksówki zastępowały dorożki, ale dorożkarze mogli stać się taksówkarzami, wykonując dotychczasową pracę szybciej. Maszyny pracowały razem z ludźmi, praca była wykonywana w nowy sposób, wytwarzano nową wartość dodaną (przetworzona żywność, nowe produkty). Produkowano łatwiej, w prostszy sposób zaspokajając ludzkie potrzeby. Jednocześnie powstawały nowe, coraz bardziej zaawansowane sektory gospodarki, produkujące wcześniej nieistniejące produkty, ułatwiające bądź umilające ludziom życie: pralki, radia, telewizory, krajalnice, lodówki, i tak dalej. Oczywiście dotyczy to również rozwoju sektora usług.

Chociaż społeczeństwo korzystało z tego rozwoju, to postęp techniczny (technologii wspierających) nie był całkowicie neutralny z punktu widzenia spójności społecznej. Każda zmiana struktury gospodarki niesie ze sobą skutki – nawet w skali mikro, w skali branży, w skali miasta, znamy to znakomicie z naszej transformacji ustrojowo-gospodarczej. Zmiany mają swoich wygranych i przegranych: w strukturze społecznej (jedni się bogacą, drudzy mniej albo biednieją), w konkurencji podmiotów gospodarczych (pojawia się jedna firma, inna traci udział w rynku), w konkurencji ekonomicznej państw, w relatywnej pozycji jednych bloków gospodarczych względem drugich. Jedni zaczynają wygrywać na nowej technologii dzięki byciu właścicielami środków produkcji. Właściciele umaszynowionych, lepiej „uzbrojonych” firm wygrywają na wyższej efektywności większe obroty i dochody rynkowe. Drudzy, mniejsi wygrani, korzystają z efektów makro tej zmiany.

Społeczeństwo korzysta nie aż tak bezpośrednio, ale z czasem korzyści stają się również zauważalne –  pojawiają się tańsze, lepsze towary lub usługi, ich szybsza dostępność, tworzone są bardziej zaawansowane stanowiska pracy. Czasami zyskują przedsiębiorstwa powiązane, obsługujące bogacącą się firmę, inne zaś tracą.

Jednocześnie pojawiają się też bezpośredni przegrani. Ci, którzy funkcjonowali w systemie produkcji poprzedniej technologii, a dla których nie było jasno zakreślonej, lub w ogóle jakiejkolwiek, roli w systemie nowej technologii. Dorożkarze, którzy nie przesiedli się do samochodów, byli przegranymi postępu przemysłu samochodowego. Wygrywały lub przegrywały także większe organizmy społeczne. Państwa położone nad Morzem Śródziemnym straciły swoją rolę i znaczenie, gdy ich handel z Bliskim i Dalekim Wschodem stał się mniej zaawansowany od rozwoju handlu oceanicznego w XVI, XVII i XVIII wieku.

Przegrani niekoniecznie ugryzą rosnący tort zwany PKB. Wiele zależy od dyfuzji, rozpowszechnienia owoców wzrostu gospodarczego. Jeżeli robotyzacja i automatyzacja będą znacząco zmniejszać liczbę starych miejsc pracy, tworząc znacznie mniej nowych, to wtedy mamy problem. Owoce wzrostu gospodarczego będą koncentrować się coraz bardziej w rękach właścicieli kapitału, którzy są jednocześnie właścicielami technologii – jako kapitał niematerialny, poprzez licencje i programy, lub materialny, jako technologie wdrożone w przedsiębiorstwach. Im większa koncentracja majątku i dochodu z wzrostu wywołanego postępem technicznym, tym większa liczba przegranych.

Może to zwiastować początek kłopotów społecznych i gospodarczych. Henry Ford pokazywał kiedyś szefowi związku zawodowego zakupione nowe maszyny, automatyzujące część prac, zastępujące część pracowników. Powiedział do szefa związku z uśmiechem: „Spróbuj te maszyny zapisać do związku i zebrać od nich składki na związek”. Na co szef związku odpowiedział: „Spraw, żeby kupowały twoje samochody”. W ostatnich dekadach XX wieku widzimy już w szeregu krajów Zachodu początek problemu nierównowagi między kapitałem a pracą. Liczba niepracujących w wieku produkcyjnym rośnie. Liczba miejsc pracy tworzonych przez nowe zawody (np. analityk danych) jest dużo mniejsza, niż tych, które odchodzą w niebyt za sprawą technologii. Jednocześnie rosną nierówności, więc wzrost wydajności – czyli rosnący tort PKB – jest dobrą wiadomością tylko dla właścicieli kapitału i niewielu osób, tych wykonujących wysokopłatne zawody. U innych wzrostowi produktywności towarzyszy stagnacja płacowa. Już wiemy, że da się produkować bez pracowników. Pytanie brzmi, jak stworzyć konsumpcję bez szerokiej bazy konsumentów posiadających dochody przeznaczone na konsumpcję. Koncentracja majątku i dochodu stanowią zagrożenie dla popytu, a zatem – koniunktury i długofalowego wzrostu.

Czy na pewno mamy do czynienia z technologiami zastępującymi ludzi? Obecna rewolucja technologiczna oparta jest na robotyzacji połączonej z możliwościami budowy sztucznej inteligencji zasadzającej się na odmianach uczenia maszynowego. Mówiąc ludzkim językiem: maszyny, obserwując ludzi, uczą się wykonywać rozwiązania problemów w taki sposób jak oni. Tyle że lepiej. Człowiek w ciągu swojego życia jest w stanie uczyć się tylko na podstawie rozwiązywania i obserwowania rozwiązywania zadań. Maszyna uczy się na podstawie dowolnie wielkich zbiorów danych, dzięki czemu jest w stanie dużo szybciej osiągnąć i prześcignąć osiągnięcia ludzi. Od kilku lat oprogramowanie Watson potrafi lepiej niż lekarze wykrywać zmiany nowotworowe. Znacząco lepiej! To dlatego, że maszyna jest w stanie przestudiować setki tysięcy przypadków i diagnozować „bez pudła”. Firma z Kalifornii stworzyła zaś oprogramowanie zarządzające projektami – nie wspomagające zarządzanie projektami, lecz zarządzające nimi.

Oczywiście – nadal potrzebni są tam ludzie. Maszyna rozdziela pracę w zespole programistów, później je grupuje, układa, jak zwyczajny kierownik projektów. Jednocześnie jednak maszyna cały czas przygląda się działaniom ludzi, uczy się ich imitować i w pewnym momencie całkowicie ich zastąpi.

Zatem jakie prace są zastępowalne, a które się oprą maszynom? Warto przytoczyć kilka przykładów  obecnych i przewidywanych możliwości uczenia maszynowego.

Jeszcze kilkanaście lat temu naukowcy przewidywali, iż sztuczna inteligencja nie będzie w stanie samodzielnie prowadzić samochodu na lepszym poziomie niż człowiek, m.in. ze względu na wielość formalnych i nieformalnych reguł zachowania na drodze. Uznawano również, że nie do podrobienia będzie ludzka mowa. Dziś nie tylko samojezdne samochody są lepsze od kierowcy-człowieka i wkrótce wejdą na rynek, ale też np. sztuczna inteligencja tworzy około 20% artykułów pisanych przez agencję prasową Associated Press. Używa jej również „The Washington Post”. Sztuczna inteligencja napisała już scenariusz filmu, tworzy muzykę. Do 2027 r. napisze piosenkę imitującą utwór znanego artysty, i znajdzie się ona w rankingu najbardziej popularnych piosenek. W 2028 r. będzie w stanie stworzyć kreatywny film wideo, a w 2045 r. napisze beletrystykę, która znajdzie się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Tak przewiduje S. Hall i raczej się nie pomyli. Umiejętności automatyzacji i zastąpienia ludzkiej pracy i twórczości postąpią więc bardzo szybko.

Jakie prace będą najszybciej automatyzowane? Rutynowe, łatwe do uczenia się przez maszyny, powtarzalne. Księgowość, call center, ubezpieczenia, audyt, usługi prawne, ale również obsługa maszyn i urządzeń, obsługa linii montażowej. Zobaczymy, co stanie się z polskim zagłębiem outsourcingu procesów biznesowych, np. w Krakowie. „Dłuższy termin ważności” będą mieć prace wymagające dużo większej kreatywności lub inteligencji emocjonalnej: pisarz, pielęgniarka, przedszkolanka, nauczyciel, opiekun osoby starszej, analityk rzadkich, niepowtarzalnych sytuacji itp. Ale i w tych przypadkach trzeba pamiętać, żeby nigdy nie mówić „nigdy”. Sztuczna inteligencja uczy się również zachowań, gestów, naśladuje ludzką intuicję.

Jak to się ma do naszej polskiej rzeczywistości? Polska ma spory udział zawodów narażonych na unicestwienie i na powstanie tego, co John Maynard Keynes nazwał bezrobociem technologicznym. Jednocześnie jest jednym z ostatnich krajów, któremu może udać się w tak relatywnie łatwy sposób doszlusować na dolną półkę krajów wysoko rozwiniętych. Miejsca pracy w przemyśle, w montażu, będące siłą krajów rozwijających się, korzystających z globalnych rynków firm międzynarodowych, będą coraz rzadsze. Przemysł się zmienia. W Chinach jeden z największych pracodawców, Foxconn (produkujący m.in. iPhone’y dla Apple) zamierza w ciągu trzech lat zautomatyzować, czyli zlikwidować, 70% miejsc pracy. Już działa całkowicie automatyczna fabryka Foxconn w Chengdu. Maszyny produkują non stop, a na hali produkcyjnej jest całkowicie ciemno – nie ma ludzi, którzy potrzebowaliby światła. Fabryki przenoszą się z Chin do USA – mówią niektórzy – ale nie są to już te same fabryki. Miejsc pracy jest w nich niewiele. Zmiany w przemyśle będą więc przebiegać szybko, a w ślad za nimi spadać będzie liczba zatrudnionych.

Na to też musimy przygotować się w Polsce, wiedząc jeszcze dodatkowo, iż Europa, nawet Niemcy, jest zapóźniona w technologii sztucznej inteligencji, która będzie decydować o ukształtowaniu podziału pracy w świecie XXI wieku. Liczba miejsc pracy w Polsce będzie w dłuższym horyzoncie (powyżej 10 lat) spadać. To stawia przed nami pytania, jak kształtować politykę imigracyjną dopasowaną do nowej rzeczywistości, nie zaś próbującą przedłużać termin ważności epoki niskich płac, a także jak zaadaptować się na poziomie państwa do ogromnego wyzwania społeczno-gospodarczego.

Aby zabezpieczyć się przed falą bezrobocia technologicznego, niezbędny jest sprawny system edukacji, obejmujący całe życie, nie tylko pierwsze dwadzieścia kilka lat. Ważne jest, aby tworzyć miejsca pracy w nowej gospodarce. Tych miejsc tak czy inaczej nie będzie bardzo wiele i, o ile dostosowanie systemu edukacji jest ważne, nie jest proporcjonalne do skali wyzwań.

Pomysły typu minimalny dochód gwarantowany mają szansę co najwyżej łagodzić skutki, nie rozwiązując źródła problemu. Krytycy tego rozwiązania mają nieco słuszności. Populacja bez dochodu, kraj bez dochodu do redystrybucji przy braku nowoczesnych sektorów gospodarki powodują, że system dochodu gwarantowanego nie będzie mieć silnych podstaw. Byłaby to próba wytworzenia popytu bez bazy strony podażowej (wytwórczej). Opodatkowanie cyfrowej gospodarki będzie w Polsce mrzonką, jeżeli ta gospodarka w kraju nie będzie istnieć w zaawansowanej formie konkurencyjnych cyfrowych przedsiębiorstw. Aby uniknąć sytuacji, w której rzesze populacji nie mają dochodu, a zatem nie mają również siły nabywczej, konieczne będzie stworzenie nowej gospodarki, zdolnej utrzymać i powiększać dobrobyt obywateli.

W związku z tym państwo powinno już teraz rozpocząć tworzenie funduszu inwestycyjnego technologii cyfrowych, który mógłby w przyszłości objąć dużą część gospodarki – stając się współwłaścicielem wielu technologii dających społeczeństwu dochody z własności kapitału.

Jak taki fundusz powinien działać? W jego ramach powinny istnieć subfundusze, inwestujące większość środków w polskie przedsiębiorstwa rozwijające technologie sztucznej inteligencji, jak również inwestujące w aktywa zagranicznych przedsiębiorstw tego typu. Fundusz mógłby zatem stać się również istotnym elementem polityki zagranicznej, budując wpływ w rosnących sektorach gospodarek naszych sąsiadów. Dodatkowo, poprzez inwestycje w zaawansowane globalne przedsiębiorstwa, czyniłby polskie społeczeństwo właścicielem rent globalnej gospodarki przyszłości. W przypadku inwestycji krajowych konieczne byłoby stworzenie (wzorując się częściowo m.in. na sposobie działania Instytutu Fraunhofera) silnego Centrum Rozwoju Technologii Cyfrowych, zapewniającego mocne kompetencje badawcze i akceleracyjne projektów polskich przedsiębiorstw.

Wykres: Szkic architektury funduszu Inwestycje Cyfrowe:


Możemy być pionierem nowej gospodarki i złagodzić społeczne ruchy tektoniczne, które nieodzownie nastąpią w związku z przemianami technologicznymi. Już za umiarkowanie duże środki (na początku np. 5 miliardów euro w ciągu pięciu lat) będziemy w stanie rozpocząć proces unowocześnienia gospodarki i zabezpieczenia przyszłych pokoleń. Mądry Polak przed szkodą? Poszukiwanie rozwiązań na nadchodzące zmiany na świecie jeszcze się na dobre nie zaczęło. Należy z tego skorzystać.

Krzysztof Mroczkowski

Artykuł jest zmodyfikowaną wersją wystąpienia panelowego z II Ogólnopolskiego spotkania sieciującego dla Ośrodków Wsparcia Ekonomii Społecznej (OWES), które odbyło się 11.06.2018 r. w Warszawie.

Rynek pracownika to kiepski żart

Rynek pracownika to kiepski żart

„Sytuacja na polskim rynku pracy jest tak trudna, że firmy przekupują pracowników etatami” – taki nagłówek czekał na czytelników jednego z największych polskich portali. To chyba najlepsze podsumowanie przewijającej się przez polskie media tezy, według której rzekomo mamy obecnie do czynienia w Polsce z rynkiem pracownika.

Można się z nią zgodzić tylko wtedy, jeśli ten zwyczajny cywilizacyjny standard, jakim jest umowa o pracę, uznamy za niebywały wręcz ukłon w stronę klasy pracującej. Po latach dręczenia nadwiślańskich pracowników najemnych każdy nieco większy wzrost płac i nieco większa skłonność do zwierania umów o pracę na czas nieokreślony muszą jawić się niemal jak rewolucja społeczna. Jednak jeśli odłożymy na bok te różowe okulary, to szybko okaże się, że nie ma mowy o żadnym skoku jakościowym na polskim rynku pracy. A ta wielka poprawa, jaka się rzekomo odbyła, to tak naprawdę bardzo powolne zmierzanie w kierunku standardów, które pracownicy na zachodzie kontynentu zapewnili sobie już dawno.

Rezerwowa armia pracy

„Bezrobocie w Polsce absolutnie zaskakuje. Psychologiczna granica blisko” – tak skwitował majowe dane z rynku pracy branżowy portal Puls HR. Według GUS bezrobocie wyniosło 6,1 proc., a liczba zarejestrowanych bezrobotnych 1,02 mln osób. Jeśli trend się utrzyma, co jest prawdopodobne, niedługo stopa bezrobocia spadnie poniżej 6 proc., a liczba bezrobotnych poniżej miliona. Jeszcze lepiej wygląda to według danych Eurostatu, który mierzy bezrobocie inną metoda niż GUS – w kwietniu wyniosło ono w Polsce zaledwie 3,8 proc. i było piąte najniższe w UE, przy średniej unijnej niemal dwukrotnie wyższej.

Problem w tym, że niskie bezrobocie nie jest w Polsce wynikiem wysokiego zatrudnienia, lecz niskiej aktywności zawodowej. Inaczej mówiąc, wiele osób w wieku produkcyjnym pozostających bez pracy, w ogóle jej nie szuka, pozostając poza rynkiem pracy i poza rejestrem bezrobotnych. Według OECD zatrudnionych jest 67 proc. Polek i Polaków w wieku produkcyjnym. To wynik o jeden punkt procentowy gorszy niż średnia OECD. Przykładowo Szwecja ma o ponad dwa punkty procentowe wyższe bezrobocie niż Polska, ale zatrudnienie ma wyższe aż o 10 punktów procentowych. Finlandia ma ponad dwukrotnie wyższe bezrobocie niż Polska, ale fiński wskaźnik zatrudnienia wynosi 71 proc. Francja ma niemal trzykrotnie wyższe bezrobocie niż Polska, ale zatrudnienie ma na bardzo podobnym poziomie (65 proc.).

Według GUS liczba biernych zawodowo Polaków i Polek w wieku produkcyjnym wynosi 5,2 mln osób. Tak więc liczba biernych zawodowo w wieku produkcyjnym nad Wisłą pięciokrotnie przewyższa liczbę bezrobotnych. Oczywiście wiele z tych osób nie pracuje z przyczyn obiektywnych – na przykład są niepełnosprawni, otrzymali wcześniejszą emeryturę (np. górnicy) lub wychowują kilkoro dzieci. Jednak są wśród nich osoby, które odeszły z rynku pracy, ponieważ nie potrafiły znaleźć sensownego zatrudnienia. Na szczęście ich liczba wyraźnie spada – jeszcze w 2016 r. biernych zawodowo było w sumie 5,6 mln – jednak jest wciąż duża. Część z tych 5 milionów osób de facto zasila tak zwaną rezerwową armię pracy, która potencjalnie mogłaby podjąć zatrudnienie nie wymagające kwalifikacji. Sam ten fakt osłabia pozycję niewykwalifikowanych pracowników oraz bezrobotnych. A także uzmysławia, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia na polskim rynku pracy.

A ten wcale nie jest tak urodzajny, jak się wydaje. Eurostat podał niedawno wskaźnik wakatów za I kw. 2018 r., czyli odsetek nieobsadzonych miejsc pracy. W kraju, w którym podobno niezwykle brakuje rąk do pracy, odsetek ten powinien być wysoki. Tymczasem w Polsce wskaźnik wakatów wynosi tylko 1,2 proc. i jest 10 od końca w UE. Średnia unijna wynosi 2,2 proc. W Czechach, w których sytuacja na rynku pracy rzeczywiście jest bardzo dobra (zaledwie 2-procentowe bezrobocie), wynosi on aż 4,8 proc. W Szwecji wskaźnik wakatów wynosi 3 proc., choć bezrobocie jest tam o wiele wyższe, niż nad Wisłą. Dokładnie taki sam wskaźnik jak Polska mają za to Włochy i Francja, w których sytuacja na rynku pracy bywa określana jako szczególnie trudna. Jak widać polscy pracownicy wcale nie mogą przebierać w ofertach. Przy tak niskim wskaźniku nieobsadzonych miejsc pracy trudno w ogóle mówić o rynku pracownika.

Wybujałe roszczenia taniej siły roboczej

W sytuacji braku rąk do pracy powinniśmy mieć wysoką presję na wzrost płac, czyli wzrost żądań płacowych wśród pracowników. Czytając portale branżowe, można dojść do takiego wniosku. „Sytuacja na rynku pracy wywołuje presję na wzrost płac” –obwieścił w styczniu Puls HR. Rzeczywiście, w pierwszym kwartale średnie wynagrodzenie wyniosło 4623 zł, co oznacza wzrost rok do roku rzędu 6 proc. Wielu ekspertów niepokoi szybki wzrost wynagrodzeń, gdyż ma on wyraźnie przekraczać wzrost produktywności. Co w efekcie sprawi, że nasza gospodarka stanie się mniej konkurencyjna i dostanie zadyszki. Gdyby tak rzeczywiście było, to znacząco wzrósłby udział płac w PKB. Wzrost płac znacznie przekraczający wzrost produktywności oznaczałby przecież, że pracownicy wykroiliby sobie większy kawałek tortu, jakim jest dochód narodowy. Trudno jednak coś takiego zauważyć – owszem, według danych Komisji Europejskiej w 2016 roku polski udział płac w PKB wzrósł z 47,2 do 48,2 proc., jednak już w 2017 roku spadł do poziomu 47,7 proc. W tym roku szacowany jest kolejny wzrost do 48,6 proc., trudno to jednak porównać z średnią unijną wynoszącą 55,4 proc. W tym czasie w Czechach udział płac ma wzrosnąć z poziomu 46,5 proc. w 2015 r. do 49,2 proc. w 2018 r. A nominalny wzrost płac sięga tam poziomu 8 proc.

W ubiegłym roku po kilku latach stagnacji zanotowaliśmy wreszcie wyraźny wzrost przeciętnej płacy godzinowej liczonej w euro – wzrosła ona z 8,6 euro do 9,4 euro. Podobne lub nawet większe wzrosty notują jednak wszystkie kraje regionu. W Czechach stawka godzinowa wzrosła z 10,1 euro do 11,3, na Węgrzech z 8,3 do 9,1, a na Słowacji z 10,4 do 11,1 euro. Średnia unijna wynosi 26,8 euro, więc przeciętna stawka europejska niezmiennie jest prawie trzy razy wyższa niż polska. Wciąż nie mamy zatem co liczyć na to, że zarobki w Polsce będą konkurencyjne wobec zachodnich. Oczywiście ceny w Polsce są niższe – wynoszą 56 proc. średniej unijnej – ale czasowy wyjazd na saksy wciąż będzie bardzo korzystnym rozwiązaniem dla polskich pracowników w najbliższych latach. Tak więc pole do wzrostu płac w Polsce nadal jest olbrzymie.

Nie należy też zapominać, że w Polsce są wysokie nierówności płacowe. Nie należy ich mylić z nierównościami dochodowymi, które są przeciętne i w ostatnim czasie spadają. Według danych za 2014 r., różnica płac między pierwszym a dziewiątym decylem była najwyższa w UE, wyprzedzaliśmy pod tym względem nawet Rumunię. Dlatego o sytuacji na polskim rynku dużo więcej mówi mediana, która na koniec 2016 r. wyniosła 3511 zł brutto. Od końca 2016 r. średnie wynagrodzenie wzrosło o 9,5 proc., zatem analogicznie obecna mediana może wynosić ok. 3845 zł. Jeśli połowa Polaków zarabia mniej niż 2,75 tys. zł na rękę, to o żadnych wybujałych żądaniach płacowych w Polsce nie ma mowy.

Praca kontra życie

„Umowa o pracę na czas nieokreślony wraca do łask” – napisał na początku ubiegłego roku Dziennik.pl. „Teraz częściej usłyszysz propozycję umowy o pracę niż zachętę do samozatrudnienia” – obwieścił z kolei portal Strefa Biznesu. Można by odnieść wrażenie, że nasz rynek pracy wreszcie zaczął przypominać pod względem stabilności zachodnie standardy. Jednak o żadnym skoku jakościowym nie ma mowy – widzimy raczej bardzo powolne zmierzanie w dobrym kierunku. Według GUS między I kwartałem 2017 i 2018 roku liczba pracujących na umowach o pracę na czas nieokreślony wzrosła o 2,8 proc. Rok wcześniej wzrosła o 3,8 proc. Trudno to uznać za satysfakcjonujące tempo, nic więc dziwnego, że nasz rynek pracy nadal jest jednym z najmniej stabilnych na świecie. Odsetek pracujących na umowach czasowych (umowy cywilnoprawne oraz o pracę na czas określony) spadł co prawda z 28 proc. w 2015 r. do 26 proc. w 2017 r., jednak wciąż jesteśmy w ścisłej czołówce OECD (średnia to 11 proc.). Co nam się udało zrobić, to dać się wyprzedzić Hiszpanii, w której sytuacja na rynku pracy jest szczególnie zła (m.in. 16-procentowe bezrobocie), a więc nie jesteśmy już pod tym względem najgorsi w Europie. Poza Hiszpanami tradycyjnie wyprzedzają nas tylko Chile i Kolumbia.

Nadal fatalna jest też jakość miejsc pracy w Polsce. OECD bada to w różny sposób i według każdego z nich wypadamy fatalnie. Główny wskaźnik to odsetek pracowników, którzy są przeciążeni zadaniami w trakcie pracy. W Polsce przeciążonych jest 30 proc. pracowników, tymczasem w Czechach 25 proc. W Danii to tylko 18 proc., a w Finlandii jedynie 16 proc. Bardzo źle wygląda także w Polsce łączenie pracy z życiem prywatnym, czyli tak zwany work-life balance. Polacy poświęcają średnio 14,4 godziny dziennie na odpoczynek i dbanie o siebie, ze snem oraz czasem poświęconym na posiłki włącznie. To ósmy najgorszy wynik w OECD. Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy znajdują się pod tym względem w środku stawki, poświęcają na to 15 godzin dziennie. Nie mówiąc już o Duńczykach (16 godzin) i Francuzach (16,5 godziny).

Zasiłek jako alibi

Rynek pracownika oznacza, że pozycja negocjacyjna pracownika jest bardzo silna względem pracodawcy. Jednym z najważniejszych czynników określających pozycję negocjacyjną pracownika jest system zabezpieczenia przed utratą pracy. Tymczasem w Polsce wygląda on niczym marne alibi dla rządzących, którzy zawsze mogą powiedzieć, że przecież jest zasiłek dla bezrobotnych. Wynosi on w wersji podstawowej 831 zł przez pierwsze trzy miesiące i 653 zł przez kolejne trzy. Jest więc on nie tylko bardzo niski, ale też przyznawany na krótki czas. Tylko w regionach, w których bezrobocie przekracza 150 proc. ogólnokrajowego, udzielany jest on na 12 miesięcy. Jego wysokość jest zupełnie niezależna od wcześniejszego wynagrodzenia, co jest absurdem, gdyż ma on charakter ubezpieczeniowy – płacone przez pracowników składki na Fundusz Pracy są przecież proporcjonalne do ich zarobków. A osoby mające staż pracy mniejszy niż 5 lat otrzymują jedynie 80 proc. podstawowego wymiaru zasiłku. Co więcej, by w ogóle dostać zasiłek, trzeba w ostatnich 18 miesiącach pracować przynajmniej 12 miesięcy za co najmniej płacę minimalną. A to sprawia, że prawo do zasiłku ma jedynie 15 proc. polskich bezrobotnych. A na przykład w województwie lubelskim jedynie 10 proc.

W krajach cywilizowanych zasiłek dla bezrobotnych przysługuje zwykle nieco dłużej, a przede wszystkim jest proporcjonalny do wysokości wcześniejszego wynagrodzenia. Przykładowo w Niemczech wynosi on 60 proc. wcześniejszego wynagrodzenia, a w Austrii 55 proc. W Niemczech wystarczy mieć półtora roku stażu pracy w okresie przed zwolnieniem, by otrzymać zasiłek na 9 miesięcy. Taki wymiar zasiłku daje pracownikowi poczucie bezpieczeństwa niezbędne do bardziej niepokornych postaw. W Polsce nawet ci szczęściarze, którzy otrzymają zasiłek, nie mogą być spokojni o byt.

Jak widać, teoria, według której w Polsce mamy do czynienia z rynkiem pracownika, to tylko bardzo marnej jakości żart. Bezrobocie na papierze jest niskie, jednak realnie rezerwową armię pracy możemy liczyć w milionach – nawet jeśli duża część z nich nie jest formalnie uznawana za bezrobotnych. Wzrost płac jest solidny, jednak z tak niskich poziomów kilkuprocentowe wzrosty nie są niczym oszałamiającym. Poza tym w innych krajach regionu wzrosty płac są podobne lub nawet wyższe. Pod względem niestabilności zatrudnienia nadal jesteśmy w ścisłej światowej czołówce, za to pod względem jakości miejsc pracy w ścisłym ogonie krajów Zachodu. A realny system zabezpieczenia przed utratą pracy jak nie istniał, tak nie istnieje. Polscy pracownicy bez wątpienia jeszcze nie wstali z kolan – co najwyżej dopiero się na te kolana dźwigają, bo wcześniej leżeli znokautowani.

Piotr Wójcik

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Według opublikowanego w bieżącym roku raportu Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) największym światowym eksporterem uzbrojenia są Stany Zjednoczone, odpowiadając za 34% światowej wartości sprzedaży w latach 2013-2017. Drugie miejsce zajmuje Rosja (22%), trzecie Francja (6,7%), kolejne są Niemcy (5,8%), Chiny (5,7%) i Wielka Brytania (4,8%). Polska w tym rankingu zajmuje dopiero 29. miejsce, a przypada na nią niecałe 0,13% sprzedaży w tym okresie. Przełożenie specyficznej metodologii SIPRI na bezwzględne wartości transakcji nie jest łatwe. Posiłkując się innymi danymi można jednak wskazać, że w roku 2016 wartości amerykańskiego eksportu uzbrojenia wyniosła 33,6 miliarda dolarów, natomiast eksportu polskiego ok. 400 milionów (382,9 miliona euro).

Handel bronią można uznawać za problematyczny moralnie, a nierzadko również politycznie. Jednak nie sposób nie zauważyć pozytywnego wpływu eksportu na kondycję przemysłu zbrojeniowego eksportera, ułatwiającą mu spełnienie wymogów również własnych sił zbrojnych. Sprzedaż za granicę pozwala uzyskać zwrot kosztów prac badawczo-rozwojowych i zmniejszyć cenę jednostkową wytwarzanych wzorów. Przekłada się też oczywiście bezpośrednio na miejsca pracy, w tym te najcenniejsze, związane z zaawansowanymi technologiami.

W roku 2017 wartość polskiego eksportu wzrosła do nieco ponad 470 milionów euro. Porównanie ze Stanami Zjednoczonymi można zasadnie uznać za nieadekwatne z uwagi na niewspółmierność potencjałów politycznych, naukowych i przemysłowych obu krajów. Odnośnikiem może być więc np. Bułgaria, kraj o podobnej historii po roku 1945, a znacznie mniejszy i wyraźnie uboższy. Tymczasem bułgarski eksport uzbrojenia w roku 2017 przekroczył 1,2 miliarda euro, natomiast polski przekroczył nieco 470 milionów. W dodatku o ile Bułgarzy eksportują wyłącznie produkty rodzimego przemysłu, o tyle w Polsce największym eksporterem (około połowy wartości całego eksportu uzbrojenia) pozostaje sektor lotniczy, należący w całości do podmiotów zagranicznych. Liczone są wyłącznie podzespoły wytworzone w kraju i wartość montażu, nie np. całe śmigłowce S-70i z należących do koncernu Lockheed Martin zakładów PZL Mielec, w przypadku których, jak chwalą się, 80% elementów powstaje w Polsce, jednak największą wartość ma ta pozostała część, która jest sprowadzana.

Dlaczego tak to wygląda? Powiada się często, że Polska nie ma siły politycznej, że rząd nie wspiera eksportu. A czy Bułgaria takową siłę ma? Informacje, które dochodzą na temat tamtejszych rządów, wskazują nie na jakieś wybitne kompetencje, lecz na klasyczny postkomunistyczny nieporządek, słabość państwa, wątpliwe powiązania polityków, siłę układów mafijnych.

Kwestią istotną jest pewna specjalizacja. Bułgaria eksportuje sprzęt o genezie sowieckiej – moździerze, granatniki, rakiety przeciwpancerne, amunicję itp. Jest on nieszczególnie zaawansowany (chociaż z ciekawymi autorskimi modyfikacjami), tani i przeznaczony dla niewymagających odbiorców, w szczególności z Bliskiego Wschodu. Największymi odbiorcami są Irak i Arabia Saudyjska, sporo kupują też Stany Zjednoczone dla wspieranych przez siebie formacji zbrojnych.

Natomiast Polska pozostaje na poziomie średnim, stanowiącym jej przekleństwo. Nie wytwarzamy już tanich postsowieckich wzorów, których świetność dawno minęła, jednak w aspekcie własnych zaawansowanych opracowań jest, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnie, i to ujmując eufemistycznie. Powstają u nas przeważnie produkty licencyjne, dobre dla Wojska Polskiego, w odniesieniu do których jednak dysponentami praw własności intelektualnej itp. pozostają na mocy zawartych umów podmioty zagraniczne z krajów wallersteinowskiego Centrum, będące również dostawcami najważniejszych elementów. Przykładami są sztandarowa dla krajowego przemysłu rodzina pojazdów Rosomak, powstająca na licencji fińskiej, z podzespołami konstrukcji szwedzkiej, włoskiej czy amerykańskiej, haubicoarmata Krab czyli skonstruowana przez Brytyjczyków wieża z działem postawiona na południowokoreańskim podwoziu, napędzanym niemieckim silnikiem, albo pocisk przeciwpancerny Spike wytwarzany na izraelskiej licencji, z kluczowym udziałem komponentów pochodzących od licencjodawcy.

Krajowe produkty spotkamy w obszarach radiolokacji, łączności, elektroniczno-informatycznych systemów wspomagających działania bojowe, ostatnio pojawiły się też proste drony. Swoistą „perłą w koronie” pozostaje przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Grom/Piorun, który jednak stanowi też egzemplifikację problemu: pozostaje daleką pochodną sowieckiej „Igły”, z importowanym materiałem pędnym dla pocisku. W ubiegłej dekadzie Polska utraciła póki co definitywnie zdolność uzasadnionej ekonomicznie produkcji czołgów – spowodowała ją likwidacja wytwarzających silniki zakładów PZL-Wola. Wskutek tego realizacja kontraktu podobnego do sprzedaży pojazdów PT-91M do Malezji nie miałaby już racji bytu z uwagi na konieczność udziału podzespołów importowanych, praktycznie uniemożliwiającą uzyskanie opłacalności.

Swój wkład w niską wartość krajowego eksportu ma indolencja menedżerów. Opisywane są przypadki braku odpowiedzi zakładów na zapytania potencjalnych importerów. Były wiceminister Bartosz Kownacki poinformował o takiej sytuacji w odniesieniu do zainteresowania Arabii Saudyjskiej radarami z zakładów PIT-Radwar. Na pewno fatalna jest karuzela strukturalno-personalna związana ze zmianami politycznymi, trwająca od 2005. Z drugiej jednak należy zachować jak najdalej idący sceptycyzm wobec pojawiających się apoteoz starych postkomunistycznych fachowców. Gdzie byli ci fachowcy w latach 90., co sprzedawali? Przeważnie oczekiwali na zamówienia krajowe, nie udało im się osiągnąć niczego naprawdę konkretnego nawet na doskonale znanym rynku indyjskim. Nie potrafili wzbudzić zainteresowania klientów nowymi ciekawymi – realnymi, nie obliczonymi na mamienie krajowych decydentów makietami czy prezentacjami – opracowaniami ani nawet skapitalizować istniejących (takich jak mający, jak się wydaje, niemały potencjał, nieograniczający się do jednego tylko kontraktu eksportowego, czołg PT-91). Zatem ciągłość indolencji jest pewną stałą. Na pewno lata 90. z uwagi na tragicznie niskie zakupy ze strony Wojska Polskiego były niezwykle trudne, jednak właśnie to powinno stymulować zainteresowanie rynkiem eksportowym, który pomógł przetrwać znajdującym się w swoim czasie w jeszcze gorszej sytuacji zakładom rosyjskim czy białoruskim.

Genezy niewielkiej konkurencyjności polskiego przemysłu zbrojeniowego należy szukać w historii sprzed roku 1989. Krajowa zbrojeniówka jest – poza firmami prywatnymi, z którą największą jest WB Electronics – materialną spadkobierczynią PRL-owskiej, okrojoną o firmy, które zostały sprzedane kapitałowi zagranicznemu lub zlikwidowane. Po roku 1945 przemysł zbrojeniowy znacznie rozbudowano względem stanu przedwojennego, jednak tylko do lat 60. stał on na relatywnie przyzwoitym poziomie światowym. Również on został dotknięty wyczerpaniem się impulsu modernizacyjnego związanego z forsowną industrializacją i utknięciem w problemach strukturalnych. Lata 60. przyniosły również fiasko kilku dość ambitnych krajowych programów rozwojowych, szczególnie w dziedzinie lotnictwa, a także ograniczenie dostępu do nowoczesnej technologii sowieckiej. Hegemon zaczął zachowywać dla siebie najambitniejsze opracowania, udostępniając satelitom tylko mniej nowoczesne i zubożone. Nie mogła tego zrównoważyć bardzo słaba współpraca horyzontalna między pozostałymi krajami obozu, a ze zrozumiałych względów dostęp do potencjału intelektualnego Zachodu był nad wyraz ograniczony. Stąd lata 70. przyniosły zbrojeniówce wyraźną stagnację i utratę dystansu do światowej czołówki, jeszcze bardziej pogłębioną przez kryzys gospodarczy lat 80.

Braki te zostały w bardzo małym stopniu nadrobione po roku 1989, mimo otwarcia drzwi tak na Zachód, jak i na wschód. Polska nie nawiązała w omawianym zakresie znaczącej współpracy z ośrodkami zachodnim, nie weszła do wspólnych przedsięwzięć, nie skorzystała też z możliwości dostępu do znaczącego potencjału postsowieckiego, który pozostał w szczególności na Ukrainie. Pewien progres przyniosła dopiero pierwsza dekada XXI w., jednak z efektem opisanym powyżej, którego dominantą jest niska samodzielność intelektualna.

Czy istnieją jakieś drogi wyjścia z opisanego stanu? Oczywiście nie ma sensu naśladować Bułgarii i cofać się do pozycji producenta tanich, mało zaawansowanych wyrobów. Przy niewysokim krajowym potencjale naukowym i badawczo-rozwojowym jedyną drogą jest modernizacja zbrojeniówki przez absorpcję rozwiązań pochodzących od liderów przy okazji programów modernizacyjnych Wojska Polskiego. Taką szansą może być w szczególności odbudowa obrony przeciwlotniczej w postaci programów „Wisła” i „Narew”. Należy dążyć do maksymalnego transferu technologii do kraju, co oczywiście nie będzie łatwe z uwagi na obronę pozycji przez partnerów, w szczególności chyba najtrudniejszego pod tym względem, czyli Stany Zjednoczone, wybranych jako dostawca systemów średniego zasięgu w ramach „Wisły”. Znacznie większe możliwości może nieść anonsowana współpraca z europejską zbrojeniówką przy „Narwi”.

Z drugiej strony potencjał należy rozwijać kładąc nacisk na wybrane, najbardziej perspektywiczne sektory, bez chwytania zbyt wielu srok za ogon. Bardzo wątpliwe wydają się zapowiedzi dotyczące udziału w budowie okrętów podwodnych (program „Orka”). Polska nie posiadała nigdy kompetencji w tym zakresie, krajowe potrzeby są niewielkie, rynek światowy – bardzo nasycony, szanse zaistnienia nawet jako kooperant wydają się znikome. Każdy transfer technologii siłą rzeczy podraża kontrakt, trzeba przeto unikać rozbijania szczupłych środków. Zwiększenie samodzielności intelektualnej i poziomu produktów przy znaczącej poprawie w aspekcie organizacyjnym jest warunkiem sine qua non poprawy konkurencyjności na arenie światowej. Bez tego będziemy przegrywać w tej dyscyplinie nawet z państwami znacznie uboższymi.

dr Jan Przybylski

Tylko złożoność nas uratuje

Tylko złożoność nas uratuje

Szwedzki profesor nauk zarządzania Pierre Guillet de Monthoux pisze pięknie i niebanalnie o sztuce i zarządzaniu. Przekonuje, że sztuka jest zjawiskiem bardzo szerokim, organicznym, a zarządzanie jest jego częścią, choć często nieuświadamianą. Estetyka znajduje się w przestrzeni pomiędzy prawdą naukową a sferą moralną i jakby poszerza ludzki horyzont widzenia i rozumienia świata – wnosi kontekst poznania, niedostępny dla technokratów i zwolenników zwężonej wizji efektywności. Taki kontekst jest bardzo potrzebny, bo przywraca poczucie sensu i proporcji świata. Może być inspiracją dla tych kierowników i menedżerów, którzy czują, że świat wskaźników, krótkoterminowych korzyści i postępującej fragmentaryzacji jest wydmuszką; to świat, gdzie, zgodnie ze znaną maksymą Oscara Wilde’a, każdy zna cenę wszystkiego, ale nikt nie zna wartości czegokolwiek. Guillet de Monthoux uważa, że każde ludzkie działanie posiada wymiar estetyczny i jeśli nie kultywujemy piękna i prawdy, to wybijają brzydota i fałsz.

Bez świadomego poczucia piękna zarządzanie nie ma sensu, żeby nie wiadomo jak bardzo było efektywne i nowoczesne. Musimy odzyskać sens, który został w ostatnich dekadach utracony. Droga do tego nie jest ani prosta, ani nawet nie da się jej jednoznacznie opisać i zaplanować. Można i należy jednak aktywnie jej poszukiwać. Guillet de Monthoux proponuje szefom, by często odwiedzali muzea i galerie oraz czytali książki. Teoretykom i edukatorom poleca naukę od myślicieli związanych z anarchizmem. Uczą oni jak radzić sobie ze złożonością idei, jak nie zadowalać się uproszczeniami i doceniać to, że świat jest nieskończenie różnorodny i skomplikowany. Po prostu tak jest i trzeba nauczyć się z tym żyć. Z różnorodności mądrzej jest czerpać, niż ją na siłę ograniczać.

Ten sposób patrzenia na zarządzanie nie jest dziś ani tak znany, ani tak popularny, jak na to zasługuje. Tymczasem już stare dobre podejście systemowe, kierunek dominujący w naukach zarządzania w połowie ubiegłego wieku, zwracało uwagę, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż proste rozwiązania złożonych problemów. Takie rozwiązania wyglądają kusząco, zwłaszcza w niespokojnych i niepewnych czasach, ponieważ przemawiają do naszego poczucia bezpieczeństwa i zmysłu porządkowania. Oczekiwanie, że da się prosto zarządzić – że możliwe i słuszne jest zaplanowanie wszystkiego, jak w systemie komunizmu państwowego, czy tak jak obecnie, że niewidzialna ręka rynku rozwiąże wszystkie problemy, jest nie tylko naiwne, ale aktywnie szkodliwe. Takie podejście do zarządzania nie rozwiązuje złożonych problemów, lecz powoduje dramatyczne marnotrawienie zasobów i wartości wplecionych w różnorodność, a do tego generuje nowe problemy, do których podchodzi się w ten sam redukcjonistyczny sposób… i mamy spiralę dysfunkcji.

Mechanizm „więcej tego samego”, jako filozofia upadłego zarządzania, został znakomicie opisany przez badacza strategii organizacji, profesora Krzysztofa Obłója, w książce „Zarządzanie: Ujęcie praktyczne”, opublikowanej w połowie lat 80. Autor przedstawia coraz bardziej niewydolny system państwowego komunizmu, reagujący na każdy problem w ten sam prosty sposób. Jeśli specjalizacja prowadzi do wystąpienia problemów, to do każdego z nich stosuje się jeszcze więcej specjalizacji. Jeśli formalizacja generuje kryzysy, to każdy „leczy się” przy pomocy jeszcze większej ilości przepisów. System zarządzania wpadł w korkociąg i nie jest w stanie poderwać się do góry, ponieważ nie jest zdolny do tego, aby choćby tylko dostrzec złożoność sytuacji i samej organizacji, którą próbuje kontrolować. Pole widzenia ogranicza się, zarządzający mogą być autentycznie przekonani, że postępują słusznie i że tak po prostu musi być, bo inaczej ich organizacje, instytucje i państwa wypadną z grupy liczących się nowoczesnych podmiotów.

Tymczasem według innej zasady systemowej, znanej jako prawo niezbędnej złożoności Rossa Ashby’ego, a w polskich naukach zarządzania spopularyzowane przez Andrzeja Zawiślaka, podsystem zarządzający musi być co najmniej równie złożony, jak system, którym on kieruje. Oznacza to, że dobre, zdrowe zarządzanie musi rozumieć i uwzględniać, a najlepiej także korzystać z różnorodności organizacji, za którą odpowiada. Na przykład Kooperatywa Dobrze, którą obecnie badam, posiada bardzo rozbudowany system demokratycznego podejmowania decyzji. Pewne zasadnicze sprawy dyskutowane są podczas zebrań otwartych dla wszystkich spółdzielców i spółdzielczyń. Działanie bieżące regulowane jest przez grupy robocze, które podejmują decyzje w drodze konsensusu. Jedną z grup roboczych jest grupa koordynująca, która ma pieczę nad całością działań, a w skład jej wchodzą wszyscy członkowie i członkinie stowarzyszenia. Zebrania grupy koordynacyjnej są częstsze i zajmują się kwestiami bardziej roboczymi. Notatki z zebrań koordynacyjnych są też dostępne dla członków i członkiń, można  przeczytać notatkę. Zarządzanie Kooperatywą opiera się nie na podejmowaniu decyzji na zasadzie prostej większości ani na centralizacji odpowiedzialności, lecz na szerokiej i głębokiej demokracji, czyli braniu pod uwagę pełnej gamy różnorodności opinii i propozycji.

Innym przykładem zarządzania na zasadzie niezbędnej różnorodności jest system kolegialny. Uniwersytet, który jest niezwykle złożoną formą organizacyjną, a przy tym mającą wbudowany w normalne funkcjonowanie konflikt i niezgodę, wypracował sobie przez setki lat swojego funkcjonowania  skomplikowany system oparty na rzemieślniczym starszeństwie i reprezentacji różnych warstw i poziomów profesji. W zarządzaniu kolegialnym przyjmuje się, że najwyższą wartością jest wiedza i prawda, a dążeniu do nich musi być podporządkowane wszystko inne, włącznie z zyskiem i polityką. Jest to trudny warunek i tylko władza rozproszona i bezustannie kontrolowana jest w stanie mu podołać. Sam w sobie model nie jest lekarstwem na każde zło – wymaga dostosowania do coraz większej złożoności naszych czasów.

Demokrację należałoby pogłębiać i poszerzać, by wypracować dobry system zarządzania współczesną uczelnią. Niektóre szwedzkie uczelnie tak właśnie robią, podczas gdy brytyjskie poszły w kierunku prywatyzacji, centralizacji i przekształcenia typu biznesowego. Ostatnio podejmowane są kroki w celu zreformowania polskiej akademii w tym samym kierunku i przeciwko temu trwają kolegialne protesty pracowników i studentów, które objęły w czerwcu cały kraj. Protestujemy i organizujemy się, bo wiemy, że biznesyfikacja akademii to tendencja samobójcza, powodująca utratę wartości akademickich, a w efekcie zniszczenie tożsamości uniwersytetu. W ostatnich dekadach wszystkie branże i sektory poddane są na całym świecie presjom tego rodzaju i jest to tendencja, której należy się przeciwstawiać, bo wcale nie jest nieuchronna ani „jedynie słuszna”. Tak wydaje się tylko wówczas, gdy mamy zawężone pole widzenia, gdy mamy systemowe klapki na oczy, eliminujące różnorodność i złożoność.

Presja na biznesyfikację wszystkiego jest dokładnie tak samo obłędna, jak rozwiązywanie wszelkich problemów w systemie państwowego komunizmu przez dodawanie jeszcze więcej planowania i jeszcze więcej szczebli kontroli. Błędne koło niewydolności zniszczyło zdolność tamtego zarządzania do odnowy. Tak samo dzieje się obecnie z zarządzaniem w epoce późnego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. Nie sprawdza się już nawet dominująca wcześniej kapitalistyczna zasada organizatorska, aby zawsze gromadzić kapitał poprzez generowanie dochodów i zyskowność. Zyskowne przedsięwzięcia są likwidowane i niszczone przez krótkowzroczne decyzje inwestorskie. Ta strategia zarządzania określana jest przez profesora nauk zarządzania Petera Fleminga jako wreckage economics, czyli po prostu gospodarka rabunkowa. Sprawne ekonomicznie, dobrze działające firmy i organizacje, w tym także służba zdrowia i uniwersytety, przygotowywane są do prywatyzacji jako marki (brands), poprzez zabiegi znane jako asset sweating i asset stripping, czyli maksymalne obciążanie i wykorzystywanie poza granice dyktowane możliwością odtworzenia istniejących zasobów, w tym ludzkich. Jednocześnie inwestuje się w nieruchomości, będące częścią marki, i na koniec, pozbywa się ludzi i wszystkiego, czego są nośnikami: wiedzy, tradycji, kultury, wartości, lojalności, struktur… Mimo zgromadzonych środków sprawia to wrażenie organizacji w kryzysie, cierpiącej niedostatek i tak często widzą to uczestnicy, sądząc, że oszczędzanie i rywalizacja o środki są konieczne i pomogą przetrwać. Tymczasem te działania służą wyłącznie nadrzędnemu celowi systemu, który definiowany jest przez coraz bardziej wąsko definiowane imperatywy finansowe i inwestycyjne. Pracownicy i jednostki konkurujące między sobą i oszczędzające zasoby kopią jakby swój własny grób. Oszczędności nie pomogą utrzymać zatrudnienia, gdyż nigdy nie było to celem ani nawet efektem ubocznym tej fazy neoliberalnego zarządzania.

Nakręcaniu się tej spirali dysfunkcji, zniszczenia i tworzenia papierowego zysku dla anonimowych funduszy inwestycyjnych sprzyja ograniczanie różnorodności, upraszczanie rozwiązań, stwarzanie iluzji, że nie istnieje alternatywa, zgodnie ze słynnym aforyzmem brytyjskiej premier Margaret Thatcher, że there is no alternative. Badacze organizacji Morten Bøås i Desmond McNeill zauważyli, że w obecnych czasach państwa i instytucje posiadające władzę, takie jak USA czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oddziałując bezpośrednio albo poprzez media i struktury takie jak dyscypliny akademickie (ekonomia i biznes), realizują swoją władzę poprzez ograniczanie złożoności, framing, odcinanie i pozbawianie władzy marginesów, idei, które mogłyby się okazać radykalne i faktycznie stanowić alternatywę wobec istniejącego porządku.

Samo dostrzeżenie, że alternatywa istnieje, ma potencjał radykalny i zagraża istniejącemu systemowi. Nasza złożoność, nasza niejednowymiarowość, nasza ludzka kondycja – to wszystko, co system definiuje i piętnuje jako naszą słabość, jest w gruncie rzeczy naszą siłą. Sam fakt, że jesteśmy zbyt skomplikowani jak na narzucane nam sztywne formy zarządzania, że żaden żywy człowiek nie jest homo economicus, kompromituje neoliberalne zarządzanie i demaskuje jego całkowitą nieskuteczność, nawet przy posiadaniu przezeń niemal pełni władzy i bogactwa. Celebrowanie, zgłębianie i używanie złożoności do koordynowania organizacji jest aktem radykalnej niezgody i rewolucyjnym podejściem do zarządzania. Dlatego właśnie propozycje Pierre’a Guilleta de Monthoux, by zarządzać w oparciu o sztukę i idee anarchistyczne, są czymś o wiele więcej, niż tylko ładnymi teoriami. Są zaproszeniem to budowania nowej, żywej gospodarki w poprzek i na wskroś jednowymiarowych neoliberalnych wydmuszek. Gdy zbierze się masa krytyczna złożoności, rozsadzimy krępująca nas śmiertelną skorupę i przejmiemy dla wspólnego dobra to, co zagrabiła i tłamsi swoim niszczycielskim uchwytem.

prof. Monika Kostera