przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 16 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Życie bezkrytycznych miłośników wolnego rynku było kiedyś proste. Wystarczyło rzucać na przemian kilkoma hasłami. Przypływ podnosi wszystkie łodzie! Więcej rynku to więcej demokracji! Znieśmy regulacje rynkowe i uwolnijmy energię oraz przedsiębiorczość ludzi sukcesu! Jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te opowieści. Im bardziej państwa rozwinięte podążały za wolnorynkową ortodoksją, tym gorzej się w nich działo. Realne płace klasy średniej stanęły w miejscu. Nierówności społeczne wzrosły do poziomu nieznanego od czasów sprzed II wojny światowej. Demokracja zaczęła ustępować rządom finansjery. Na to wszystko nałożył się potężny kryzys gospodarczy, wywołany między innymi deregulacją sektora finansowego.
Fundamentalistom rynkowym pozostał ostatni mit. „Popieram neoliberalizm, bo w ostatnich kilkudziesięciu latach wyciągnął setki milionów ludzi z ubóstwa” – napisał mi kiedyś jeden ze znajomych. To jedno zdanie dobrze podsumowuje ten mit. Może najubożsi i klasa średnia w krajach rozwiniętych nie mają tak dobrze, jak chcieliby, ale zobaczcie za to, ilu ludziom w krajach peryferyjnych pomógł ten rzekomo wstrętny neoliberalizm. Ta opowieść opiera się między innymi na danych Banku Światowego, wedle których skrajne ubóstwo w skali globalnej zmniejsza się systematycznie z roku na rok.
Jason Hickel, brytyjski antropolog, zauważa jednak, że gdy tylko przyjrzymy się bliżej problemowi światowego ubóstwa, to dostrzeżemy mniej optymistyczny obraz. Jak to często bywa, Bank Światowy okazuje się skuteczniejszy w reklamowaniu rzekomych sukcesów niż w rzeczywistej walce z biedą.
Na pozór wszystko się zgadza. Jeśli przyjmiemy granicę ubóstwa wyznaczoną przez Bank Światowy – kiedyś dochody w wysokości 1,02 dolara dziennie, potem 1,25, teraz 1,90 – to rzeczywiście okazuje się, że od kilkudziesięciu lat skrajne ubóstwo maleje. Jest jednak kilka „ale”. Duża część redukcji ubóstwa dokonuje się dzięki Chinom, które nie bardzo pasują do opowieści o wspaniałym neoliberalizmie zwalczającym biedę. Choć wprowadzają elementy gospodarki wolnorynkowej i są zdecydowanie bardziej krajem kapitalistycznym niż socjalistycznym, to robią to na własnych warunkach i przy uważnym nadzorze państwa.
Istnieją też poważne wątpliwości, czy linia ubóstwa wybrana prze Bank Światowy nie jest zbyt niska. O ile rzeczywiście można się utrzymać za 1,90 dolara w najbiedniejszych miejscach na świecie, to w krajach zamożniejszych potrzeba już więcej pieniędzy, aby nie popaść w skrajne ubóstwo. Zdaniem Hickela linia ubóstwa powinna być ustawiona na poziomie przynajmniej 5 dolarów dziennie. Co oczywiście znacząco wpłynęłoby na pogorszenie statystyk walki ze skrajną biedą.
Takie jest właśnie przesłanie Hickela. Historia skutecznej walki z biedą to w dużej mierze historia umiejętnego dobierania danych. Jeszcze w 2000 roku Bank Światowy był zmuszony przyznać, że liczba ubogich wzrasta. W 2001 prezes Banku Światowego, James Wolfensohn, ogłosił, że walka z ubóstwem jest skuteczna i jego skala ulega znacznemu zmniejszeniu. Jak to możliwe, że przez rok doszło do tak znacznych zmian? Po prostu zmieniono granicę ubóstwa – odpowiada Hickel. Na pozór podniesiono ją odrobinę, ale tak naprawdę niewystarczająco, aby uwzględnić zmniejszającą się siłę nabywczą dolara. I w ten sposób w ciągu jednej chwili liczba ubogich zmalała.
Zdaniem Hickela wszystkie te sztuczki przesłaniają niewygodną prawdę. Nasz sposób walki ze światową biedą opiera się na lichych przesłankach. Nie nadąża za przyrostem naturalnym i nie wykorzystuje potencjału dotychczasowego wzrostu gospodarczego. Jak pisze Hickel w książce „The Divide”: „W tej chwili naszą główną strategią likwidowania ubóstwa jest zwiększanie wzrostu globalnego PKB. Za tym pomysłem kryje się założenie, że owoce wzrastającego PKB trafią stopniowo także do najuboższych, poprawiając ich życie. Wszystkie dostępne nam dane pokazują jednak wyraźnie, że wzrost PKB nie przynosi tak naprawdę korzyści najbiedniejszym. Choć globalne PKB per capita wzrosło o 45% od 1990 roku, to liczba ludzi żyjących za mniej niż 5 dolarów dzienne zwiększyła się o 370 milionów. Dlaczego wzrost nie pomaga zredukować biedy? Ponieważ jego owoce są nierówno dzielone. Najbiedniejsze 60% ludzkości otrzymuje jedynie 5% dochodu wypracowanego dzięki globalnemu wzrostowi. Pozostałe 95% trafia do najbogatszych 40%. I mówimy tu o najlepszym możliwym scenariuszu. Biorąc pod uwagę wspomniany wskaźnik dystrybucji, Woodward oblicza, że zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na poziomie 1,25 dolara dziennie zajmie ponad 100 lat. Jeśli granicę ustawimy na bardziej miarodajnym poziomie 5 dolarów dziennie, walka z ubóstwem zajmie 207 lat”.
Sprawę pogarsza to, że – jak słusznie zauważa Hickel – nie da się obecnie mówić o wzroście naturalnym bez uwzględnienia zagrożeń związanych z katastrofą środowiskową: „Nie dość, że te epokowe przedziały czasowe są wystarczająco rozczarowujące, to okazuje się, że jest jeszcze gorzej. W celu zlikwidowania biedy na poziomie 5 dolarów dziennie globalne PKB musiałoby zwiększyć się o 175 razy. Innymi słowy, musimy uzyskiwać, produkować i konsumować 175 razy więcej towarów niż dziś. Warto się nad tym przez chwilę zastanowić. Nawet gdyby tak niesamowity wzrost był możliwy, skutki okazałyby się tragiczne. Szybko doprowadzilibyśmy do katastrofy ekosystemu naszej planety, zniszczylibyśmy lasy i glebę, a co najważniejsze klimat” – zauważa Hickel.
Jeśli jest tak źle, to co możemy zrobić, żeby poprawić sytuację? Hickel zaczyna od skromnego postulatu: biedne kraje nie potrzebują pomocy krajów bogatych, na początek wystarczy po prostu, że te drugie przestaną je wykorzystywać. Popiera ją różnymi danymi statystycznymi. Podaje na przykład, jak horrendalnie wysokie odsetki muszą płacić biedne państwa od zaciągniętych pożyczek. „Pomoc” biednym krajom okazuje się świetnym interesem. Być może jednak problem najlepiej ilustruje krótka historia przytaczana przez Hickela w „The Divide”. Warto przeczytać ją w całości: „Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić Zachodni Brzeg w Palestynie. Pewnego, szczególnie upalnego popołudnia mój gospodarz wiózł mnie w stronę Rowu Jodanu, gdzie miałem przepytać kilku rolników na temat problemów z wodą. Przebijając się przez żwirową trasę, natrafiliśmy na ogromny biały znak, sterczący pośród pustynnych kamieni. Widniało na nim ogłoszenie inicjatywy US AID, »aby pomóc w zmniejszeniu powracających kłopotów z dostępnością wody« przez utworzenie nowej studni. Na ogłoszeniu znajdowała się amerykańska flaga i dumne słowa: »Ten projekt jest darem obywateli Ameryki dla obywateli Palestyny«.
Postronny obserwator byłby zapewne pod wrażeniem. Pieniądze amerykańskich podatników zostały szczodrze podarowane, w zgodzie z duchem humanitaryzmu, biednym Palestyńczykom walczącym o przetrwanie na pustyni. Tylko że Palestyna nie cierpi na niedobór wody. Kiedy Izrael dokonał inwazji i zaczął okupywać Zachodni Brzeg w 1967 roku, ze wsparciem armii USA, przejął całkowitą kontrolę nad warstwami wodonośnymi. Izrael wydobywa większość tej wody – blisko 90 procent – dla swoich osiedli oraz w celu nawadniania wielkich przemysłowych gospodarstw rolnych. Gdy poziom wód podziemnych opada, studnie Palestyńczyków wysychają. Palestyńczycy nie mogą pogłębiać studni ani budować nowych bez zgody Izraela, której prawie nigdy nie otrzymują. Jeśli wybudują studnię bez zezwolenia, a często to robią, szybko zjawiają się izraelskie buldożery. Tak więc Palestyńczycy są zmuszeni kupować od Izraela własną wodę po arbitralnie wysokich cenach.
To nie jest żadna tajemnica. Wszystko dzieje się otwarcie, a rolnicy, z którymi rozmawiałem, wiedzą o tym aż za dobrze. Z ich punktu widzenia znak US AID jest tylko kolejnym policzkiem. Wbrew temu, co sugeruje, Palestyńczykom nie brakuje wody, po prostu zabrano im ją. Z pomocą USA. W 2012 roku, kilka miesięcy przed moją wizytą, Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję 66/225, wzywającą do przywrócenia Palestyńczykom praw do ich własnej wody. 167 krajów głosowało za rezolucją. USA i Izrael głosowały przeciwko”.
Opowieść Hickela wskazuje tylko na drobny element układanki składającej się ze złożonych relacji politycznych i ekonomicznych. Puenta, która z niej płynie, jest jednak uniwersalna. Chcemy na serio walczyć z biedą? To zacznijmy od szczerej oceny sytuacji. Zachód ponosi odpowiedzialność za kłopoty państw peryferyjnych. Nie chodzi tylko o dawne zbrodnie kolonializmu. Dzisiaj także wykorzystujemy biedniejsze kraje. Kiedyś Zachód napędzał swój postęp za pomocą niewolnictwa i podbojów, współcześnie robi to dzięki stronniczym traktatom handlowym, wysokoprocentowym pożyczkom czy zagarnianiu bogactw naturalnych. Istnieje na ten temat cała literatura: od „Globalizacji” Josepha Stiglitza, po „Złych Samarytan” Ha Joon-Changa. Te rzeczy dzieją się czasem przy jawnym użyciu siły. Kiedy wojska USA podbiły Irak, jedna z pierwszych decyzji dotyczyła zadbania o interesy amerykańskich firm i pomocy w przejęciu irackich przedsiębiorstw przez amerykański kapitał. Takie były początki „wprowadzania demokracji”.
Aczkolwiek mówienie o tym, że Zachód korzysta na wyzysku krajów peryferyjnych też jest zawodnicze. Przypominam: realne płace większości Amerykanów i Amerykanek stoją w miejscu od lat. O usługach publicznych często zaś nie można powiedzieć nawet tego, że stoją w miejscu – często ulegają stopniowej degradacji. Nie pomaga wsparcie udzielane przez rząd amerykańskim korporacjom. Nie pomaga wyzysk krajów peryferyjnych. Nie pomaga „wolny” rynek. Ostatecznie na wszystkim korzysta garstka ludzi. I trudno liczyć na to, że podejmiemy skuteczną walkę z globalnym ubóstwem bez rzucenia wyzwania porządkowi, w którym nieliczni żyją na koszt całej reszty.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Monika Kostera | wtorek 11 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Praca jest dla ludzi ważna. Nie tylko dlatego, że daje możliwość utrzymania. Sprawia także, iż otrzymujemy tożsamość, która określa nasze miejsce w świecie, wśród innych ludzi. Brytyjska uczona Nancy Harding twierdzi, że bycie człowiekiem zawiera w sobie aspekt pracy. Pracuje się po to, żeby przeżyć, ale także po to, aby zaznaczyć swoją obecność w życiu własnym i innych.
W swojej pięknej książce z 2008 roku, poświęconej rzemiosłu i postaci rzemieślnika, wybitny brytyjski socjolog Richard Sennett opisuje piękno i trud pracy precyzyjnej, wymagającej poświęcenia. Autor definiuje rzemiosło jako „trwały, podstawowy ludzki impuls, pragnienie, by wykonać pracę dobrze, po prostu dla niej samej”. To coś znacznie szerszego, niż wymagające kwalifikacji zatrudnienie i dotyczy tak samo szlifierza, lutnika, naukowca, jak i artysty. Praca rozumiana w ten sposób ma własny rytm, swoją wewnętrzną spójność, które, gdy poświęcić im pełną uwagę, pomagają osiągnąć mistrzostwo i poczuć jedność z wykonywanymi czynnościami. To przynosi głęboką, jednocześnie zmysłową i duchową przyjemność. Zmarły niedawno wybitny polski socjolog Zygmunt Bauman pytany, z czego jest szczególnie zadowolony w życiu, lubił odpowiadać, że takie zadowolenie daje mu poczucie dobrze wykonanej pracy. Obaj, Sennett i Bauman, przekonani byli, że taka praca wymaga długoletniej praktyki i ciągłego zaangażowania. Nie ma do zadowolenia drogi na skróty – w istocie taka droga byłaby zaprzeczeniem jego sensu. Długa, trudna droga jest tak samo jego częścią, jak radość z dzieła, z efektu, z zasłużonej chwili odpoczynku. Wszystkie te elementy są częścią większej, organicznej całości.
Bracia Stuart i Hubert Dreyfus zaproponowali w latach 80. model uczenia się, złożony z pięciu etapów: od początkującego, poprzez biegłego, do mistrza. Pierwsze trzy etapy polegają na coraz lepszym opanowaniu zasad i reguł, coraz doskonalszym rozpoznawaniu sytuacji i dobieraniu do niej odpowiedniej reguły lub zestawów reguł. Coraz większa biegłość osiągana jest przez analizowanie sytuacji i podejmowanie racjonalnych decyzji poprzez dopasowywanie działania do kontekstu. Na przykład początkujący kierowca uczy się, kiedy należy wrzucić wyższy bieg na podstawie prędkości. Musi ją stale obserwować i gdy licznik pokaże określoną wartość, zmienia bieg. Na drugim, zaawansowanym poziomie, kierowca odróżnia już po dźwięku, czy należy zmienić bieg. Najwyższy poziom kompetencji, czyli poziom trzeci w modelu Dreyfusów, cechuje już duża złożoność. Kierowca wie, że szosa czasami jest śliska, wie, kiedy to może się przytrafić, wie, że pod górkę inaczej się jedzie niż po płaskim itd. Wszystkie te czynniki wymagają zbiorczych reguł i planów działania. Na tym poziomie można pozostać do końca życia, modyfikując i opracowując coraz bardziej precyzyjne procedury i plany.
Jednak są jeszcze dwa wyższe poziomy. Między poziomem trzecim a czwartym jest przepaść. Żeby przejść na poziom czwarty, trzeba coś „zgubić”. Stracić trzeba myślenie analityczne, aby znaleźć intuicję. Mistrz, czyli osoba na piątym poziomie, gubi monitorujący tryb świadomości. Staje się jednością z pracą, jaką wykonuje, a zaangażowanie jest tak intensywne, że wrażenia dobiegają z działania raczej, niż z systemu nerwowego czy poznawczego jednostki. Na przykład opowiada się, że Sarah Benhardt grała dalej swoją rolę w Tosce po tym, jak złamała nogę. Można to zrozumieć, bo choć najprawdopodobniej czuła ból, to nie znajdował się on podczas gry w centrum jej uwagi. Mistrz jest jednocześnie absolutnie skoncentrowany na tym, co robi i posiada uwagę wplecioną w kontekst tu i teraz, nie punktową jak w zwykłym doświadczaniu.
Z modelu uczenia się braci Dreyfus wynika wiele wniosków, ale wymienię tu tylko dwa, ważne dla tego felietonu. Po pierwsze, nadmierna koncentracja na przepisach blokuje możliwość uczenia się na wyższych poziomach. Po drugie, aby osiągnąć mistrzostwo potrzebne jest oddanie, odrzucenie podpór, jakie oferują reguły i przepisy (po ich opanowaniu) i zdanie się na mądrość niejednoznaczną, złożoną i wymykająca się redukcjonistycznej racjonalności. To wymaga wiary i dyscypliny. I tak jest dobrze – zbyt wiele nieszczęść spowodowali dobrzy ludzie z nadmiarem ambicji i niedostatkiem dyscypliny.
Mądrość to nie to samo, co wiedza, obszerna czy nawet głęboka. Mój niegdysiejszy doktorant, potem doktor nauk zarządzania (tak, tak, ta dyscyplina nauk jest o wiele mniej banalna, niż wielu osobom się wydaje), a obecnie mnich benedyktyński z północnej Szkocji, Przemysław Piątkowski, powiedział kiedyś tak: „nie ma nic lepszego, niż poświęcić czemuś całe swoje życie”. Ta myśl dotyczy wszystkiego, co jest w głębi, co jest treścią, niewidoczną zawartością ludzkiego losu. Z wyborem ma niewiele wspólnego, choć występuje taki element – przekroczenie progu, poza którym nie ma znaczenia to, co na powierzchni: ani uznanie społeczne, ani nagrody, ani sława, ani pozycja. Przejście przez ten próg sprawia, że jesteśmy szczęśliwi mimo braku chwały czy nawet wyrazów wdzięczności za to, co robimy. Oddanie powoduje, że przebijamy się przez pierwsze powierzchowne warstwy egotyzmu, potem poczucia ważności, potem znaczenia, potem wreszcie przydatności. Poniżej jest już tylko żywy sens, kolejne jego pokłady. Zapadanie się w sens. To relacja nawet nie ze społeczeństwem, ale z poczuciem, że istnieje coś większego od nas. Dla Przemka jest to droga zakonna. Dla mnie to akademia.
Być profesorem to w najgłębszym znaczeniu właśnie oddanie. Warto pamiętać, że słowo profesor wywodzi się od łacińskiego czasownika profiteor, oznaczającego wyznać, oświadczyć, ale też wykonywać (zawód), nauczać. Od niego pochodzi też słowo profesja, które odnosi się do profesji zakonnej, czyli ślubów, ale także profesji takich jak lekarz czy naukowiec. W sensie, w którym używam tego słowa tutaj, dotyczy też rzemieślnika, rzeźbiarki, krawcowej, wykwalifikowanego robotnika, takiego jakim był mój dziadek szlifierz. Miał w pracy precyzję, trafność i skupienie, o których pisze Sennett, tylko wtedy, gdy pracował w spółdzielni, „na wspólnym”, a nie w wielkiej fabryce, gdzie wprawdzie dużo więcej zarabiał, ale nie miał wpływu na swoje warunki i sposób wykonywania pracy. Państwowy komunizm opierał się na alienacji pracy podobnie jak kapitalizm. Gdy haruje się na kogoś, czy to inwestor, czy wszechmocne państwo, praca przestaje być drogą i oddaniem, a zaczyna być zniewoleniem.
Niektóre profesje posiadają szczególne ceremonie poświęcone oddaniu się im. Dla zakonnika jest to moment złożenia profesji, czyli akt zobowiązania się do tego, by przestrzegać reguły zakonnej, dla lekarza złożenie przysięgi Hipokratesa, dla naukowca – ślubowanie doktorskie. Ten moment, choć ważny, nie definiuje ani nie wyjaśnia tego, co dzieje się potem; jest tylko bramą, którą się wtedy otwiera. Po drugiej stronie są praca i wartości. Są one kompasem, pomagającym tworzyć to, co ma autentyczną jakość, kierować się tzw. wewnętrzną motywacją, zachować równowagę moralną i pomagać w tym swojej wspólnocie. Nie zastąpi się tego niczym innym. Istnieją wprawdzie mniej lub bardziej udane „artykuły zastępcze”, „wartościopodobne”, takie jak nadmierne poleganie na przepisach i procedurach (np. w niedawnej pamięci historycznej epoka Jaruzelskiego w Polsce, a obecnie kultura audytu w neoliberalnym kapitalizmie), zachęty i nagrody rozbudowane do tego stopnia, że przypominają wabienie lub przekupywanie – albo władza.
Ta ostatnia w roli wypełniacza struktur zasługuje na kilka osobnych słów. Władza jest jednym z najpotężniejszych motywatorów w historii ludzkości, zdaniem jednych – właściwością, innych – relacją, a jeszcze innych – właściwością relacji tak mocno przenikającą je, że stanowiącą medium, w którym relacje się tworzą i określają. W systemach społecznych władza ma tendencję, by się akumulować, lub, jeśli ktoś woli, władza tworzy swoje własne pola realizacji, samą siebie od-twarza i pomnaża. Jest to mechanizm na tyle silny, że w dłuższym okresie czasu może wypierać inne procesy i relacje, w tym także te określane przez wartości. Innymi słowy, upraszczając do bólu (mam nadzieję, że jako felietonistce zostanie mi to wybaczone) w organizacjach i społecznościach, jeśli w dłuższym czasie nie są dopuszczane procesy odnowy skoncentrowane na wartościach i etosie, władza zaczyna przejmować ich rolę. Mamy wtedy do czynienia z organizacjami skorumpowanymi, cynicznymi; z zakonami bez wiary, nadziei i radości; uniwersytetami bez idealizmu; szpitalami bez współczucia. Są za to takie organizacje pełne sieci wzajemnych powiązań i zobowiązań, gdzie przede wszystkim każdy wie, komu podlega, od kogo jest zależny, kto jest ważniejszy itd. Takie organizacje same tworzą swoje kody znaczeń, czyli w pewnym momencie odrywają się od treści i produkują wyłącznie formę: ich nagrody mają się nijak do jakości pracy, ich pozycje mają znikomy związek z szerszymi celami społecznymi, jakie realizują. Odrywają się od świata ludzi, który je powołał do życia i funkcjonują wyłącznie dla własnej satysfakcji. Jednak z władzą jest tak, że działa jak narkotyk i satysfakcja nigdy nie przychodzi – im więcej ktoś lub coś jej zaczerpnie, tym więcej potrzebuje. Nigdy nie następuje ten orzeźwiający, cudowny moment, jak wtedy, gdy robi się coś z oddaniem – ani moment poczucia pracy dobrze wykonanej.
Neoliberalny kapitalizm doprowadził do tak potężnej alienacji pracy, że nawet XIX-wiecznym racjonalizatorom się to nie śniło. Do robotników i urzędników, których praca zmieniła się sto lat temu w koszmar powtarzających się w kółko czynności, często bez żadnego osobistego ani społecznego sensu, dołączyły niegdyś święte autonomiczne profesje: medycyna, prawo, akademia. Kapitalizm zmienił pracę wszystkich ludzi w pasmo udręki. Jak piszą naukowcy tacy jak David Graeber czy Peter Fleming, ludzie współcześni nienawidzą swojej pracy, czują się w niej upodleni, wpadają w rozpacz, popełniają samobójstwa, umierają z przemęczenia. Nancy Harding uważa, że alienacja pracy zmienia pracowników w zombie-maszyny. Martwimy się, że roboty zabiorą nam pracę, a sami już jesteśmy robotami. Organizacje masowo dokonują mordu tej ważnej części jaźni i życia człowieka, która tworzy się podczas dobrej, sensownej pracy. Neoliberalizm z jakości zrobił fasadę, którą należy polerować, żeby błyszczała wszystkimi modnymi barwami i hasłami: doskonałość, produktywność, innowacyjność, doświadczenie, a wszystko to w połączeniu z młodym wiekiem i nieodłącznym entuzjazmem, trzeba kochać swoją pracę w każdej chwili, nawet jeśli przenosi się ciężary w Amazonie za kilka groszy i bez bezpieczeństwa zatrudnienia, a jeśli nie odnosi się sukcesu, to dlatego, że nie jest się wystarczająco świetnym, przegrywa w konkurencji. Trzeba w każdej chwili się sprzedać, przekonująco pokazać, jak bardzo się bryluje i zasługuje na bycie „na topie”, niezależnie od tego, co to w praktyce znaczy.
Kult fasady pozostaje nie tylko bez związku z pracą rozumianą jako oddanie, ale jest jej jadowitym zaprzeczeniem. Wszystko, co kryje się za fasadą, odsyłane jest do lamusa jako nieistotne, nieistniejące, wręcz „tylko w naszym umyśle”. Trzeba zakrzykiwać uczucia „pozytywnym myśleniem”, zaszczuwać duszę „wiarą w siebie”, zaganiać serce w kozi róg „określania talentów”, „wyznaczania i osiągania celów”. A jeśli się nie udaje, to znaczy, że się jest chorym i trzeba łykać (nietanie) medykamenty. Liczy się tylko to, co można dopisać do CV – pal licho, czy ma to jakikolwiek związek z prawdą, bo przecież prawda jest „tylko w umyśle”, nie ma najmniejszego znaczenia, w razie czego można ją wyleczyć odpowiednim lekarstwem, i nikt jej specjalnie nie żałuje. W świecie, gdzie wszyscy szlifują fasady, ani przestrzeń, ani architektura nie bywają przedmiotem rozwagi ni rozmowy.
Myślę, że w chwili obecnej fasady są już tak wypolerowane, tak wycyzelowane, że nabrały delikatności skorupki jajka. Lada moment zaczną pękać, nie wytrzymując nawet lekkiego dotyku, a co dopiero nacisku szlifierki. A co tam kryje się w środku? Co mieszczą w sobie te wszystkie CV-wydmuszki, ta pompatyczność współczesnego zarządzania, o której pisze szwedzki uczony Mats Alvesson? Co będzie dalej?
Richard Sennett w swoich badaniach współczesnych profesji, takich jak medyczna, na próżno szukał śladów rzemiosła, organicznej pracy, która zajmuje czas, wymaga poświęcenia, otwartości na to, co niejasne, dwuznaczne. Została wypłukana przez całkiem inny żywioł: wskaźniki, parametry, rankingi. Jazgot. Nie ma miejsca na praktykowanie złożonej relacji między świadomością a ucieleśnioną i doświadczaną wiedzą, na oddanie. Świat wydmuszek raczej nie skończy się hukiem.
prof. Monika Kostera
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 3 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
„Wszystko, co tak dobrze wygląda w moim CV, zawdzięczam sobie. Moi rodzice zainwestowali w naukę języka, a mama przyjaciela zaprosiła mnie do Australii” – oświadczył Rafał Trzaskowski, kandydat na prezydenta Warszawy, w wywiadzie dla „Plusa Minusa”. Jak widać, mit o samowystarczalności wciąż ma się dobrze w Polsce. Nawet pieniądze rodziców oraz pobyt w Australii zdobyty dzięki znajomościom mogą być przykładami własnych zasług.
Nadal duża część polskiej klasy wyższej jest święcie przekonana o własnej genialności, uparcie nie chcąc dostrzec własnych przewag różnego rodzaju, których zasługami nie sposób nazwać. Nawet wtedy, gdy te przewagi same się im nasuwają. A przecież nawet Jan Kulczyk, który na dobry początek dostał od ojca milion złotych, umiał dostrzec swoje uprzywilejowanie – pytany o tajemnicę sukcesu w biznesie, odpowiedział, że „najważniejsze w życiu to dobrze wybrać sobie rodziców”. Tych niedostrzeganych przewag, dzięki którym klasy wyższe wdrapały się na szczyt, jest mnóstwo i są one już całkiem nieźle opisane. Wykształceni rodzice, którzy zapewnili odpowiedni kapitał kulturowy, sieci znajomych zdobyte dzięki wychowaniu się w dobrze sytuowanej rodzinie, kapitał materialny dający na starcie wielką przewagę nad rówieśnikami itd. Stosunkowo najmniej zwraca się uwagę na szczęście – tymczasem właśnie uśmiechy losu są jedną z największych przewag tak zwanych ludzi sukcesu.
Przypadek – ważny element sukcesu
W sumie to nic dziwnego – akurat na szczęście niespecjalnie zwraca się uwagę. Jest ono widoczne w pierwszych chwilach, gdy łaskawie potraktowani przez los skwitujemy to krótkim „ale fuks!”. Jednak bardzo szybko wypieramy to z pamięci, a szczęśliwa sytuacja po niedługim czasie zachowuje się w naszej pamięci jako w pełni zasłużona. Właśnie dlatego wielu ludzi sukcesu ma niezbite przekonanie, że do wszystkiego doszli wyłącznie ciężką pracą i talentem. Abstrahując od tego, że posiadanie wybitnych talentów to też jest całkiem duże szczęście, trzeba przypomnieć, że na świecie są miliony utalentowanych i bardzo pracowitych ludzi. Tymczasem do wielkich pieniędzy dochodzi garstka – garstka szczęściarzy, dodajmy.
Najbardziej oczywistym przykładem szczęścia jest podjęcie trafnej decyzji w warunkach dużej niepewności, która przełoży się na sukces ekonomiczny, duży zarobek, ewentualnie większą sławę. A w liberalnej gospodarce rynkowej dominują właśnie takie warunki podejmowania decyzji. Po jakimś czasie szczęściarz racjonalizuje sobie w głowie całą sytuację – to przecież ewidentnie wyłącznie moja zasługa, dobrze wiedziałem, że tak należy postąpić. Prawda jest taka, że w momencie podejmowania takich kluczowych decyzji najczęściej nie mamy zielonego pojęcia, czy robimy dobrze. O milionach równie utalentowanych i pracowitych, którzy w kluczowym momencie podjęli błędną decyzję, nikt nie słyszy. Media podejmują głównie historie sukcesu, dzięki czemu podsycają jeszcze przeświadczenie o genialności ludzi, którym się udało, choć gdyby ich porównać z milionami ofiar jednego błędu, to szybko okazałoby się, że w sumie to niewiele się różnią.
Daniel Kahneman, wybitny psycholog i noblista z ekonomii, analizował swego czasu system motywacyjny jednej z firm inwestycyjnych. Był zdziwiony, że system przewiduje tak wielkie premie za udane inwestycje, skoro po analizie było widać, że żadna w tym zasługa traderów. W ich wynikach nie było żadnej logiki – trader najlepszy w jednym okresie, mógł być najgorszy w kolejnym, a potem być w okolicach średniej. Trudno było wskazać rzeczywiście zdolnego tradera, który ma regularnie nosa do inwestycji. Co decydowało o udanej inwestycji i wielkiej premii? Ślepy traf.
Co jeszcze zależy od szczęścia? Kolejny oczywisty przykład to brak problemów zdrowotnych – ważny w każdej grupie zawodowej, ale szczególnie w sporcie zawodowym, w którym są wielkie pieniądze. A przekreślonych karier po poważnej kontuzji było całe mnóstwo. Od szczęścia zależy też, czy w pewnym momencie natkniemy się na odpowiednie osoby, które popchną naszą karierę do przodu. Będąc w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie można zdobyć kluczowe zlecenie, po którym posypią się kolejne. Stworzenie popularnego produktu również w dużej mierze zależy od szczęścia. Czasem trudno powiedzieć, dlaczego dany produkt wygrał z konkurencją – po prostu w pewnym momencie zdobył popularność i zadziałał mechanizm kuli śnieżnej, który jednemu producentowi dał gigantyczne zyski, a konkurencyjne produkty usunął w niebyt. Wiele historii sukcesu opartego o szczęście opisał Robert Frank w wydanej niedawno książce „Sukces i szczęście. Dobry los a mit merytokracji”, w której doskonale rozprawił się z naiwnym przeświadczeniem, że nasze sukcesy to tylko nasza zasługa.
Szczęściarz Bill Gates
Frank opisuje chociażby przypadek Bryana Cranstona, obecnie aktora wręcz kultowego, chodzącej legendy także dla piszącego te słowa. Cranston zagrał główną rolę w być może najlepszym serialu wszechczasów – „Breaking Bad”. Ale gdy w 2008 roku otrzymywał tę rolę trudno było uznać go za spełnionego artystę. Miał 52 lata i był uznawany za raczej przeciętnego aktora grającego głównie role drugoplanowe. Producent Vince Gilligan widział w nim jednak potencjał i chciał dać mu rolę Waltera White’a. Jednak szefowie wytwórni widzieli w niej jakiegoś bardziej znanego aktora. Do Cranstona wrócili dopiero wtedy, gdy odmówili im John Cusack i Mathew Broderick. Cranston okazał się strzałem w dziesiątkę – w trakcie pięciu sezonów cztery razy zgarnął nagrodę Emmy. Obecnie jest już oczywiste, że Cranston to aktor wybitny. Bez wątpienia ma wspaniałe zdolności aktorskie, ale szczęścia miał przynajmniej równie dużo.
Kolejny przykład opisany przez Franka to Bill Gates – przez większość uważany za samorodnego geniusza, który rzucił studia, by z niczego stworzyć w garażu giganta informatycznego Microsoft. Ta legenda ma jednak mało wspólnego z rzeczywistością. Gates w latach 60. chodził do prywatnej szkoły, która oferowała nieograniczony dostęp do zaledwie kilku w kraju nowoczesnych terminali do programowania, które informowały o błędach w kodzie niemalże w czasie rzeczywistym. Gdy zapytany wiele lat później, ilu jego rówieśników otrzymało takie wykształcenie informatyczne przed pójściem do szkoły wyższej, stwierdził: „Gdybym naliczył pięćdziesięciu, zdziwiłbym się. Mam wrażenie, że dzięki niewiarygodnej serii zbiegów okoliczności jako młody chłopak miałem znacznie więcej do czynienia z oprogramowaniem niż ktokolwiek inny”.
Gdy w latach 80. IBM zwrócił się do Gatesa z propozycją przygotowania systemu operacyjnego dla tworzonego przez nich komputera osobistego, ten początkowo odrzucił propozycję. Zasugerował, by IBM zwrócił się do firmy Digital Research, która stworzyła system o nazwie CP/M. IBM jednak nie dogadał się z DR i zamierzał kupić inny system QDOS, który, co ważne, został napisany przez Tima Pattersona na podstawie podręcznika do CP/M. IBM jednak wahał się, w końcu dosyć przypadkowo w trakcie rozmowy Gatesa z Jackiem Samsem z IBM stanęło na tym, że to Gates odkupi prawa do QDOS, dopracuje go i udostępni licencję na użytkowanie dla IBM. Współpracownik Gatesa Paul Allen wynegocjował kupno QDOS od Pattersona za ledwie 50 tys. dolarów. Po wprowadzeniu przez Microsoft pewnych modyfikacji powstał system MS-DOS. IBM nie spodziewając się, że jego komputer odniesie aż taki sukces, zgodził się, by Microsoft pobierał opłatę za prawa autorskie od każdego sprzedanego komputera. Szybko okazało się to dla firmy Gatesa i Allena gigantycznym zastrzykiem gotówki. Początek historii Microsoftu to pasmo szczęśliwych zbiegów okoliczności. A MS-DOS, czyli program, który w bardzo dużej części stworzył ktoś inny, stał się dla Microsoftu kurą znoszącą złote jaja i przepustką do kolejnych zleceń.
Podobnych historii jest u Roberta Franka co niemiara. Michael Lewis to obecnie jeden z najbardziej poczytnych autorów opisujących realia sektora finansowego. Swoją pierwszą książkę napisał zupełnie przypadkowo. Młody Lewis zbiegiem okoliczności trafił na kolację z żoną jednego z decydentów wielkiego banku inwestycyjnego Salomon Brothers. Rozmowa nieźle się układała, a w jej wyniku owa kobieta wymogła na swoim mężu, by ten zatrudnił Lewisa w firmie. Dzięki temu Lewis zaczął zarabiać naprawdę duże pieniądze i poznał sektor finansowy od podszewki. A to, co zobaczył w Salomon Brothers, opisał w książce o znamiennym tytule „Poker kłamców”, który stał się jego pierwszym bestsellerem. Po publikacji okrzyknięto Lewisa doskonały autorem, co wzbudziło jego zdumienie. „Nagle ludzie zaczęli mi mówić, że jestem urodzonym pisarzem. To był absurd. Nawet ja widziałem, że istniała inna, prawdziwa opowieść ze szczęściem w tytule” – cytuje Lewisa Robert Frank.
Ciekawy jest również przypadek słynnej tenisistki Steffi Graf. Od kwietnia 1993 roku jej zarobki znacząco wzrosły. Dlaczego? Ponieważ w kwietniu tego roku jej największa rywalka Monica Seles została zaatakowana nożem podczas turnieju. W wyniku tego najpierw zawiesiła karierę, a potem już nigdy nie powróciła do tak wielkiej formy, jak wcześniej. W latach 1990-1993 wygrała aż siedem razy turniej Wielkiego Szlema, a ostatni zaledwie 3 miesiące przed atakiem nożownika. Jednak po ataku udało się jej to zrobić już tylko jeden raz.
Co łączy Citkę i Kaleckiego?
Zresztą nie musimy posiłkować się znakomitą książką Franka, żeby przywołać podobne przypadki. Wróćmy na chwilę do wspomnianego wywiadu z Trzaskowskim, bo zaraz przed cytowanym na początku tekstu zdaniem powiedział on coś równie interesującego. W 1989 roku pracował jako młodzieniec w warszawskim biurze „Solidarności”. „Kleiłem plakaty i zamiatałem biuro – opowiada Trzaskowski. – Niewiele osób mówiło po angielsku, więc tłumaczyłem dla ekip filmowych i polityków. Trafiłem tam na amerykańskich polityków, którzy uciekli z oficjalnej delegacji mającej się przyglądać temu, jak się demokratyzuje Polska. Potem oni załatwili mi stypendium”. No i proszę, kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności, który otworzył szerzej drzwi do politycznej kariery samowystarczalnemu Rafałowi Trzaskowskiemu.
Z drugiej strony możemy też wymienić sytuacje pechowe, które zablokowały kariery bardzo utalentowanych osób. Tyle się obecnie mówi o Robercie Lewandowski, ale mało kto pamięta już o Marku Citce, który swego czasu uchodził za największy talent polskiej piłki nożnej. Strzelił bramkę Anglii na Wembley, w Lidze Mistrzów wbił gola Atletico Madryt niemal z połowy boiska. Niestety kontuzja ścięgna Achillesa zatrzymała jego karierę na 1,5 roku. Po niej już nigdy nie wrócił do wielkiej formy. Największe gwiazdy futbolu zwykle mają szczęście unikać poważnych kontuzji. A gdy już się jakaś trafi, to mają do dyspozycji najlepszą opiekę medyczną.
Innego rodzaju pecha miał Michał Kalecki, być może najwybitniejszy polski ekonomista. W 1933 roku, a więc trzy lata przed Keynesem, opisał on podstawy ekonomii popytu w „Próbie teorii koniunktury”. Jednak to Keynes jest uznawany za ojca ekonomii popytu, czyli keynesizmu właśnie. Kalecki napisał swoje opracowanie po polsku, a pracę badawczą prowadził w Polsce i Szwecji, co nie rezonowało w Europie. Tymczasem Keynes swoją pracę „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” wydał po angielsku, jako profesor Cambridge, więc spotkała się z bardzo głośnym przyjęciem. Kalecki zresztą trafił potem do Cambridge, jednak tam został tylko jednym z wielu podopiecznych Keynesa – zresztą nie bardzo lubianym przez samego mistrza. Gdyby Kalecki napisał swoją pracę w Anglii i tam pracował od początku, być może dziś mówilibyśmy o kaleckizmie, a nie o keynesizmie.
Dlaczego to wszystko jest ważne? Oczywiście przekonanie o własnej genialności jest całkiem przyjemne, jednak to fałszywy obraz. Jego odrzucenie ma niebagatelne znaczenie dla postrzegania świata. Jak zauważa Frank, gdyby ludzie sukcesu w pełni zdawali sobie sprawę ze szczęścia, jakie ich w życiu spotykało, staliby się dużo bardziej wdzięczni wobec otoczenia. Wobec własnego miasta, kraju, społeczności. A dzięki tej wdzięczności łatwiej byłoby przeforsować prospołeczną politykę, która umożliwiałaby sukces większej liczbie osób. Dopóki klasy wyższe wciąż będą w swojej masie przeświadczone o swoich wybitnych zasługach, wprowadzenie prospołecznych zmian w kapitalizmie będzie niezwykle trudne. Ponieważ ci, którzy mają największe możliwości, by dofinansować sferę publiczną, wciąż będą twierdzić, że owładnięci zawiścią nieudacznicy zaglądają im do kieszeni i chcą odebrać część ciężko zarobionej własności.
Piotr Wójcik
przez Pete Dolack | poniedziałek 27 sierpnia 2018 | Felietony, opinie
W chwili, gdy wojska Układu Warszawskiego zaatakowały w sierpniu 1968 r. Czechosłowację, istniało w tym kraju nie więcej niż dwa tuziny rad robotniczych i działały one dopiero od dwóch miesięcy. Były jednak skoncentrowane w największych zakładach, a zatem reprezentowały dużą liczbę pracowników. W reakcji na inwazję ruch zaczął rozwijać się bardzo szybko i do stycznia 1969 r. powstało już tyle rad, że istniały w 120 fabrykach, reprezentując interesy ponad 800 tysięcy pracowników, a zatem około jednej szóstej osób pracujących na terenie całego kraju. To wszystko wydarzyło się pomimo tego, że od października 1968 r. rząd przeciwdziałał tego rodzaju samoorganizacji.
Od początku był to ruch oddolny, który zmusił do reakcji na swoje działania partię, rząd i zarządy zakładów pracy. Rady układały własne statuty i od razu wcielały je w życie. Szkic statutu fabryki im. Wilhelma Piecka w Pradze (jeden z pierwszych takich dokumentów, powstały w czerwcu 1968 r.) to dobry przykład: „Pracownicy fabryki Piecka pragną wprowadzić w życie jedno z podstawowych praw demokracji socjalistycznej, to znaczy prawo robotników do zarządzania własną fabryką” – głosi wstęp do statutu. „Chcą także, by nawiązała się bliższa więź pomiędzy interesami jednostki a interesami całego społeczeństwa. Z tego powodu podjęli decyzję o ustanowieniu samorządu pracowniczego”.
Wszyscy robotnicy, którzy pracowali w zakładzie dłużej niż trzy miesiące, z wyjątkiem jego dyrektora, mieli prawo przyłączyć się do tego ciała. Pracownicy jako całość, nazywani „zgromadzeniem pracowników”, stanowili najwyższą instancję i mieli podejmować wszystkie podstawowe decyzje. Z kolei zgromadzenie pracowników miało wybierać radę pracowniczą, która miała wywiązywać się z realizacji podjętych zamierzeń, zarządzać zakładem i zatrudniać dyrektora. Członkowie rady byli wybierani na niejednorodnych zasadach [ang. staggered terms – oznacza to, że ich kadencje nie musiały być jednakowej długości – przyp. tłum.], w tajnym głosowaniu. Można było wybrać ich więcej niż raz. Dyrektor zakładu miał być wybierany po przeegzaminowaniu wszystkich kandydatów na to stanowisko przez ciało złożone w większości z pracowników, a w mniejszości z obserwatorów z organizacji zewnętrznych.
Dyrektor jest tu właściwie „głównym menedżerem”, odpowiednikiem dyrektora generalnego w kapitalistycznym przedsiębiorstwie. Rada pracowników byłaby zatem odpowiednikiem rady dyrektorów w kapitalistycznej korporacji. Jednak ta nadrzędna rola miałaby całkowicie inny wymiar: rada pracowników składa się z ludzi, którzy walczą na rzecz interesu robotników oraz, w teorii, dla idei większego społecznego dobra, którą cały czas mają mieć przed oczami.
Dla porównania – w kapitalistycznych przedsiębiorstwach rada dyrektorów jest złożona z dyrektorów generalnych danej firmy, ich kumpli, dyrektorów generalnych z innych firm, z którymi akurat nie ma konfliktu interesów, a czasem może i z jakiejś znanej postaci, albo i dwóch. Jednymi osobami, przed jakimi zobowiązana jest się opowiadać rada, są udziałowcy firmy. Chociaż w niektórych krajach ta odpowiedzialność wobec udziałowców ma na tyle silne podstawy, że wpisuje się ją nawet do statutów prawnych przedsiębiorstw, to własność przedsiębiorstwa jest rozdzielona pomiędzy tak wielu udziałowców, że rada często po prostu działa w interesie zarządu, co w praktyce oznacza szukanie najprostszej drogi do transferowania bogactwa w górę „łańcucha pokarmowego” firmy. A i w przypadku, gdy rada dyrektorów chce faktycznie wypełniać swoje prawne obowiązki i czynić zadość interesowi udziałowców, obowiązki te oznaczają po prostu ustalenie wszystkimi dostępnymi środkami jak najwyższej ceny za udział – nie wyłączając cięć w wynagrodzeniach pracowników, masowych zwolnień i odbierania zatrudnionym świadczeń socjalnych. Jak by nie patrzeć, w każdym z tych przypadków kapitalistyczne przedsiębiorstwo jest zarządzane WBREW interesowi swojej siły roboczej (której wspólny wysiłek jest przecież źródłem jego dochodu), i w dodatku w świetle prawa tak być musi.
Żądanie ogólnokrajowego spotkania w celu kodyfikacji statutów
Statut fabryki Wilhelma Piecka przypominał inne statuty powstałe w zakładach, gdzie także istniały rady pracowników. Było zatem logiczne, że musi powstać krajowa federacja tych rad, która koordynowałaby ich prace i uważała, czy aktywność gospodarcza ma odbicie w szerszym interesie społecznym. Zanim jeszcze rząd wyznaczył ostateczny termin na stworzenie ogólnoczechosłowackiego prawa kodyfikującego działanie rad, 9 i 10 stycznia 1969 r. w Pilznie, jednym z najważniejszych miast przemysłowych, odbyło się generalne spotkanie rad pracowników. Owocem zjazdu był 104-stronicowy raport powstały na podstawie nagrania ze spotkania. Reprezentanci z całego kraju zebrali się, by podzielić się wizjami swoich rad w kwestii nowo powstającego prawa krajowego, które miało ich dotyczyć.
Liderzy związków zawodowych także byli obecni na spotkaniu i popierali dopełnianie się ról związków i rad (związki zawodowe zrzeszały dwie trzecie członków rad). Jeden z pierwszych mówców, inżynier, który zasiadał we władzach lokalnego związku zawodowego w Pilznie, powiedział, że podział zadań świadczy o naturalnym rozwoju: „Dla nas ustanowienie rad pracowników oznacza, że będziemy w stanie zdobyć status ludzi relatywnie niezależnych od naszego przedsiębiorstwa, że władze decyzyjne będą oddzielone od władz wykonawczych, że związki zawodowe będą miały wolną rękę co do realizacji swoich poszczególnych polityk. To postęp, który oznacza próbę rozwiązania problemu relacji, w jakiej wytwórca znajduje się w stosunku do produkcji – na przykład problemu alienacji pracy”.
Na spotkaniu było reprezentowanych około 190 zakładów pracy. Wśród nich – 101 rad pracowników i 61 komitetów założycielskich przyszłych rad; pozostałe to związki zawodowe lub inne rodzaje zrzeszeń pracowniczych. Spotkanie przyniosło rezultat w postaci jednogłośnego przyjęcia złożonej z sześciu punktów rezolucji, włączając w to „prawo do samozarządzania jako niezbywalne prawo socjalistycznego pracownika”.
Rezolucja głosiła: „Jesteśmy przekonani, że powstanie rad pracowników może pomóc w ucywilizowaniu zarówno relacji przedsiębiorstwa z pracownikami, jak i samej pracy, i dać każdemu z wytwórców poczucie, że nie jest on tylko pracownikiem, zwykłym elementem w procesie produkcji, lecz jego organizatorem i współtwórcą. Dlatego też chcemy ponownie tu i teraz podkreślić, że rady muszą zawsze zachowywać demokratyczny charakter i żywe związki ze swoimi wyborcami, co zapobiegnie wytworzeniu się »specjalnej kasty profesjonalnych samozarządzających«”.
Ten demokratyczny charakter, jak i popularność takiej koncepcji, wyrażała się poprzez masowy udział w radach – badania przeprowadzone w 95 proc. rad wykazały, że w wyborach do nich uczestniczyło 83 proc. pracowników. Te 95 proc. rad z sektora wytwórczego i innych przebadano gruntownie i dostrzeżono interesujący trend. Osoby wybrane w wyborach do rad miały długie doświadczenie w pracy w przedsiębiorstwach. Około trzy czwarte wybranych pracowało w zakładzie od ponad dziesięciu lat, a wielu od więcej niż piętnastu. 70 procent członków rad rekrutowało się spośród techników lub inżynierów, około jedna czwarta to pracownicy fizyczni, a personel biurowy stanowił tylko 5 procent. Takie wyniki wyborów pokazują silną tendencję do głosowania na tych, których uważa się za najlepszy wybór, a nie na znajomych lub na kandydatów najbardziej przypominających głosującego – ponieważ ruch rad pracowników był szczególnie popularny w sektorze wytwórczym, większość wśród głosujących na kandydatów do rad stanowili pracownicy produkcyjni.
Wyniki udowodniły też wysoki stopień dojrzałości części czechosłowackich robotników. Innym tropem jest fakt, że 29 procent osób wybranych w skład rad miało wykształcenie uniwersyteckie, czyli prawdopodobnie wyższe niż to, którym legitymowali się dyrektorzy przedsiębiorstw. W przeszłości wielu dyrektorów znalazło się na swoich stanowiskach na fali osobistych układów – a rady pracowników pragnęły wzniecić rewoltę przeciw takiemu amatorskiemu zarządzaniu. Interesujące jest też to, że połowa członków rad była również członkami partii komunistycznej. Czechosłowaccy robotnicy nadal wierzyli w socjalizm, jednocześnie odrzucając narzucony im system sowiecki.
Rząd próbuje osłabić kontrolę pracowniczą
Rząd faktycznie stworzył ustawę o radach, a jej kopie krążyły po kraju w styczniu 1969 r. Nigdy jednak nie wprowadzono jej w życie, ponieważ narastała sowiecka presja wobec czeskich władz. Zaczęli się umacniać zwolennicy twardej linii. Proponowana ustawa zmieniłaby nazwę ciała z „rady pracowników” na „rady przedsiębiorstw” i rozwodniła znaczenie niektórych punktów statutu, jakie zostały spisane przez same rady. Zmiany miały być takie: wprowadzenie prawa weta dla rządu przy wyborze dyrektorów zakładu przez radę, jedną piątą rad mieliby stanowić niewybrani przez załogę specjaliści spoza przedsiębiorstwa. Rady zakładów, które ustawa opisuje jako „przedsiębiorstwa państwowe” (banki, koleje i inne kontrolowane bezpośrednio przez państwo), mogłyby tylko w małym stopniu składać się z członków wybranych przez pracowników – i musiałyby uznać nadrzędność weta rządu wobec swoich decyzji.
To wycofywanie się po własnych śladach spotkało się ze sprzeciwem. Codzienna gazeta związkowa „Práce”, jak i federalny kongres związków zawodowych, nazwały propozycję rządu „akceptowalnym minimum”. W gazetowym komentarzu inżynier Rudolf Slánský junior, syn lidera partii, na którym wykonano wyrok śmierci, ustawia ruch rad pracowników w kontekście pytania o własność przedsiębiorstwa: „Zarządzanie gospodarką narodową to jeden z naszych kluczowych problemów. Podstawowym prawem ekonomicznym, na którym opiera się mechanizm zarządzania w sposób biurokratyczno-centralistyczny, jest bezpośrednie wprowadzenie w życie prymatu państwa nad znacjonalizowanym przedsiębiorstwem. Zadanie to biorą na siebie państwo, lub, bardziej precyzyjnie, jego różne organy centralne. Myślę, że nie trzeba przypominać czytelnikowi głównej lekcji płynącej z marksizmu, a mianowicie tego, że kto ma coś na własność, ten ma władzę… Jedynym możliwym sposobem na obalenie biurokratycznego modelu naszego socjalistycznego społeczeństwa i przekształcenie go w model demokratyczny, jest obalenie monopolu administracji państwowej w sprawie wykonawczości kwestii własnościowych, i zdecentralizowanie go na rzecz tych, których interes leży w funkcjonowaniu socjalistycznego przedsiębiorstwa, np. kolektywów pracowniczych”.
Zwracając się do biurokratów, którzy sprzeciwiali się poluzowaniu centralnej kontroli, napisał: „Ci ludzie mylą pojęcia. Mówią na przykład, że takie prawo będzie oznaczało przekształcenie całości własności społecznej we własność grupową, chociaż to jasne, że wcale nie idzie tu o własność, a o to, kto bezpośrednio sprawuje zarząd w imieniu całego społeczeństwa – czy jest to aparat państwa, czy sami socjalistyczni robotnicy”.
Niemniej, nie ma porozumienia co do kwestii ogólnego nadzoru i codziennego zarządzania. Inny komentator, profesor prawa, pisze: „Nie wolno nam ustawiać demokracji i kompetencji technicznych na przeciwnych pozycjach, lecz powinniśmy szukać między nimi harmonii i równowagi. Może lepiej byłoby nie rozmawiać o zmianie funkcji, ale o zmianie zakresu zadań. Wtedy zmiana będzie podyktowana potrzebami, a nie względami dogmatycznymi czy prestiżowymi”.
Ale dyskusje te nie miały już szansy dalej się rozwijać. W kwietniu 1969 r. Alexander Dubček został odwołany z funkcji pierwszego sekretarza partii. Zastąpiono go Gustávem Husákem, który nie czekał długo z wprowadzeniem represji. Ustawa o radach pracowników została w maju odłożona na półkę, a rząd i partia zaczęły oficjalną kampanię przeciwko istnieniu rad. Formalnie rząd zakazał ich tworzenia w czerwcu 1970 r., ale już ich wtedy prawie nie było.
Pete Dolack
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej workerscontrol.net w październiku 2016 r.
przez Eliasz Robakiewicz | poniedziałek 20 sierpnia 2018 | Felietony, opinie
Od czasu przegranych wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku, zaraz po szoku wywołanym spektakularną porażką poprzedniej formacji politycznej koncentrującej się wokół PO, polityki prozachodniej, proUE, neoliberalnej i bardzo umiarkowanego liberalizmu kulturowego, trwają próby odnalezienia przyczyn poważnych przemian politycznych, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Nawiasem mówiąc dziś widzimy jak bardzo fasadowo rozumiany był ten liberalizm. W zasadzie postępowość w kwestiach równouprawnienia czy sprawiedliwości społecznej tej formacji sięgała tylko tak daleko, jak uprzywilejowane pozycje części wyborczyń i wyborców tej partii – byli to konserwatyści blefujący jako liberałowie (dość długo ten blef działał). Zarówno liderzy i liderki „liberalnej” opozycji, jak i zapasowi intelektualiści z lewego skrzydła (blefującej lewicy) zaczęli kombinowali, co by tu zrobić, żeby odzyskać utracone poparcie.
Opracowano dość oryginalny i ryzykowny plan występowania ustępującej formacji jako opozycji pozaparlamentarnej – reprezentującej społeczeństwo obywatelskie przeciwko uzurpatorom. Odbyło się to przede wszystkim pośrednio przez KOD, a więc jako ruch społeczny, mający reprezentować całe społeczeństwo, odgrzewający solidarnościowe sentymenty. Ruch ten pokazał, czy to w osobie słabego lidera Kijowskiego, czy w abstrakcyjnej retoryce „obrony demokracji”, że strategia ta nie opiera się na silnych postulatach czy ideach, ale raczej na czymś o wiele bardziej stabilnym i materialnym: wypracowanym przez lata interesie formacji politycznej. W efekcie opozycja utknęła, mimo olbrzymiego potencjału, w jakiś zupełnym niebycie i rozkraczeniu ideologicznym: bez liderów, bez programu, bez wyraźnych postulatów. KOD także okazał się jednym wielkim blefem napędzającym paranoję prawicowych mediów i wyborców. W zasadzie poza postulatami odsunięcia PiS od władzy nie znaczy ideowo niemal nic – to ruch w obronie neoliberalizmu. Z kolei prawicowa paranoja prowadzi, zgodnie z własną logiką (niezdrową i kulawą, ale jednak), do dwóch wniosków: wszystkie postępowe postulaty to blef(kłamstwo skrywające prawdę) oraz że jeżeli postulaty postępowe są tylko kłamstwami, oznacza to, że postulaty reakcyjne są ukrytymi postulatami postępowymi (szczegóły funkcjonowania tej logiki to jednak materiał na osobny tekst) [1].
Lewica, a przynajmniej jej bardziej proliberalna część związana z „Gazetą Wyborczą” czy „Krytyką Polityczną” od początku była w pełni gotowa do pełnienia swojej funkcji: ataków na PiS za konserwatyzm (ale i z początku za socjalizm) i za naruszanie zasad państwa prawa i demokracji oraz ataków na samą lewicę za niewspieranie własnych wysiłków, czyli niewspieranie krytyki konserwatyzmu i autorytaryzmu, czyli w konsekwencji za kryptokonserwatyzm i kryptoautorytaryzm. Do pewnego czasu strategia ta była dość skuteczna, dziś jej moc osłabła, po części dlatego, że lewicy udało się samej obronić, ale w większym stopniu ponieważ liberalizm formacji PO szybko pokazał swoje granice, blef domniemanej nowoczesności liberałów przestał działać, ustępując miejsca różnym formom narracji reakcyjnych.
Porozumienie przeciw solidarności: „postępowa” reakcja
W obliczu ideologicznego bankructwa liberalizmu (niech ktoś spojrzy na Schetynę czy Petru i spróbuje bez zażenowania powiedzieć, że to ludzie z wizją i ideałami) pojawiło się parę strategii poradzenia sobie z porażką. Wszystkie one były reakcyjne. Pierwszą uruchomiono w obliczu zmian kadrowych i spłacania długów zaciągniętych przez PiS wśród swoich wiernych ludzi. Uruchomiono, po części słusznie, ale oczywiście we własnym interesie, narrację rozkradania państwa (nagle w radach nadzorczych zasiadają znajomi i rodzina władzy, jednak w przeciwieństwie do naszych znajomych, są to ludzie, którzy „nie mają za grosz kultury i profesjonalizmu”!), kulminującą w haśle „Misiewicze”. Obłuda etyczna poprzedniej formacji sprawiła, że sama w sobie słuszna krytyka klientelizmu w PiS okazałą się zupełnie nieskuteczna. W rzeczywistości była oparta o klasowo uwarunkowany pozór „praworządności” – klientelizm znaturalizowany przez długie lata jawi się dla jego beneficjentów jako zupełnie naturalny i sprawiedliwy. Niesprawiedliwe było nie to, że państwo jest obiektywnie korodowane przez korupcję, lecz to, że zjawisko odbywa się bez porozumienia i podziału władzy (z pespektywy władzy korupcja i praworządność rzadko są możliwe do rozróżnienia). Etyczna krytyka takich postaw nie miała wielkiego potencjału z punktu widzenia ludzi spoza tego układu.
Drugą strategią, uruchomioną przy wprowadzeniu programu 500+, był atak na ideologiczne założenia stojące za każdym tego typu programem społecznym oraz na kompetencje moralne i intelektualne zarówno samego PiS-u, jak i obywatelek i obywateli popierających program. Stosunkowo szeroki dostęp do świadczeń i jego egalitarny charakter odwrócono, przedstawiając w mediach takich jak „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek” jako rozdawnictwo, na które nas nie stać, pieniądze za nic, klientelizm i populizm. Jednocześnie krytykowano samych odbiorców programu 500+. Ostre i bezpardonowe ataki sięgające do standardowego repertuaru inwektyw względem członkiń i członków klasy pracującej, mieszkańców wsi czy mieszkańców biedniejszych regionów Polski, wylały się w mediach głównego nurtu i w gorących debatach w mediach społecznościowych.
Kolejna, obecna faza, to walka na poziomie formalnych ram demokracji, ponieważ nastał taki etap planu budowy struktur władzy przez PiS. Spory ogniskują tu się wokół przejęcia Sądu Najwyższego.
W czysto opisowym sensie wszystkie te strategie były jedynie reakcją na kolejne działania PiS. Jednak były one reakcyjnymi także w głębszym sensie. Stanowiły w oczywisty sposób próbę ratowania wpływów dawnego obozu władzy przeciwko nowemu sojuszowi biedniejszej części społeczeństwa z nową pisowską elitą polityczną. PiS ma oczywiście różne prezenty również dla biznesu, jak ostatni program Lex Deweloper czy podejmowane próby modyfikowania prawa pracy. Trzeba dla sprawiedliwości zaznaczyć, że w zasadzie każda partia po takiej porażce politycznej zwykle musi zadowolić się reakcyjnymi posunięciami. Nie muszą to jednak być zachowania reakcyjne w politycznym sensie.
Warto to podkreślić i uwyraźnić: wszystkie te strategie były wymierzone w możliwość zawarcia porozumienia ponad podziałami klasowymi, na którym oparta jest wiarygodność PiS. To właśnie takie porozumienie stanowi kamień obrazy dla liberałów. To ono, a nie fakt, że PiS jest bardziej jeszcze prawicowy czy że ma w swojej strategii elementy prosocjalne lub dotyczące polityki i prestiżu Polski na arenie międzynarodowej, sprawiło, że liberałowie wpadli w histerię [2]. Ponieważ nowoczesność i lewicowość w kwestiach społecznych i ideowych liberałów była zawsze blefem, który za rządów PiS sprawdzono z bardzo negatywnym wynikiem (jedyne, na co było opozycję stać, to słaba obrona status quo), realna różnica leży gdzie indziej.
Trzeba też od razu przyznać, że porozumienie czy sojusz zawarty przez PiS miał różne wymiary i odcienie: od słusznego i sprawiedliwego transferu 500+ (choć mającego swoje potężne wady, jak np. wykluczanie samotnych rodziców), przez wymiany kadrowe, po otwarcie klientystyczne i korupcyjne nowe układy i układziki, aż po rozpędzającą się coraz mocniej sprzeczność dotyczącą pozycji i praw kobiet (jednoczesne wzmocnienie i atak na pozycję kobiet). Z pewnością lewica za wszelką cenę musi bronić się przed centrystyczną TINĄ (there is no alternative) proPiS-u i antyPiSu, blokującą możliwość budowania sensownych wypowiedzi i działań.
Jednak zrozumienie tego ważnego wniosku (że opozycja walczy przeciwko powstaniu takiego sojuszu) pozwala nam w prosty sposób zinterpretować z lewicowej perspektywy ruchy ideologiczne i polityczne poprzedniej formacji, czyli tzw. opozycji: są to ruchy wymijające i bezwładne.
Z czubka góry lodowej widać niewiele
Spróbuję przedstawić sytuację opozycji jako formacji politycznej wpisując się w tradycję, jak twierdził sam Melville, autor „Moby Dicka”, haniebną – tłumaczenia świata za pomocą metafor marynistycznych, czyli przedstawiając ją jako dryfującą i topniejącą górę lodową.
Lewicowi czy przynajmniej deklaratywnie lewicowi intelektualistki i intelektualiści próbowali z tej góry lodowej na początku ostrzeliwać się, korzystając z jej dalej ogromnej masy zapewniającej jej niezatapialność. Tak wielu ludzi zainwestowało w nią przez lata tak wiele, że nie przejdą na stronę PiS-u czy jakieś niezależnej lewicy bez pieniędzy, kontaktów i poparcia. Atakowali zatem dokonujące się zmiany jako nieuprawomocnione, bo oparte na sojuszu z biedniejszą częścią społeczeństwa (towarzyszyły temu oczywiście mniej wyrafinowane pohukiwania neoliberałów takich jak Lis czy Gadomski [3]). Wydawało im się, że cały problem warunków życia większości społeczeństwa może zostać zanegowany przez kostium nakładany tejże części: kostium bezmyślnego chama, któremu trzeba dać odpór (dyskusję na ten temat też już w sferze publicznej mamy).
Później, gdy to nie pomogło i nie udało się zatrzymać topnienia góry, przyszedł czas na ideologiczne wiosłowanie. W tej czynności jednak już masa góry nie pomaga, a bardzo poważnie szkodzi. Konflikt między PiS-em i opozycją pokazuje nam, jak nienaturalne są „zupełne oczywistości” wyznawane przez członkinie różnych formacji politycznych. Fakt, że hegemonia (materialna forma zwycięskiej formacji politycznej) działa jako coś zupełnie neutralnego – „poglądy wszystkich porządnych Polek i Polaków”, „zdrowy rozsądek”, „twierdzenia samooczywiste”, „zachowania ludzi lepiej wychowanych” etc. – sprawia, że gdy przestaje ona działać, jej beneficjenci, operujący zwykle na jej czubku zaledwie wystającym z wody, nie są wcale zbyt dobrze zorientowani w tej części, która jej masę buduje. Części znajdującej się pod wodą: tej, która pozwala odbiorcom przekazów polityków intuicyjnie zrozumieć „prawdziwy przekaz” stojący za różnymi ogólnymi twierdzeniami, tej, która sprawia, że ludzie wierzą jednym mediom, a zupełnie nie wierzą innym, tej, która sprawia, że pewne sprawy są ważne, a inne absurdalnie głupie czy wreszcie tej, która sprawia, że świat ma sens i że istnieją wybory dobre i słuszne, złe i niesłuszne.
Dlatego też liberałom potrzeba nie tylko drobnej zmiany kursu. Musieliby porzucić ową górę lodową, stracić wszystko to, co budowali przez lata, i nauczyć się pływać tak, żeby zbudować nowy sojusz społeczny. W mojej opinii to się nie stanie, nie ma co na to liczyć, nie ma co przemawiać tu do rozsądku, bo nie o rozsądek chodzi, lecz o ten gigantyczny masyw interesów, przekonań, powiązań, dogmatów i dążeń konstytuujący formację polityczną (hegemonię). To, czego doświadczamy w komunikatach opozycji i jej próbach wyjścia z kryzysu, nie powinno budzić wielkiego entuzjazmu. Nie jest to skok w nieznane, a raczej mało energiczne wiosłowanie. Centrystyczna TINA zmusza bardzo wielu progresywnie nastawionych ludzi do tego, by zamiast nauczyć się pływać samemu, wiosłowali pchając górę odrobinkę do przodu. Nie powinni jednak mieć złudzeń: gdy nastanie odpowiedni moment, wszyscy pójdziemy pod wodę i zasilimy masę góry. Mało kto może powiedzieć, że zawsze pływał samodzielnie, jak np. Piotr Ikonowicz. Wychodzę z założenia, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku i w mniejszym lub większym stopniu żyjemy w cieniu tej masy.
Dlaczego nie chcę być galernikiem, czyli czemu projekty sojuszu liberalno-lewicowego są absurdalne
Wiosłowanie to miało po części charakter wyznań typu „Byliśmy głupi” [4], opinii, że 500+ stanie się częścią programu PO [5] czy zapewnień że ziemia obiecana (zwycięstwo w wyborach) nie jest wcale tak daleko i że nie trzeba się wiele nawiosłować [6]. Przykładem fatamorgany tego typu są zapewnienia Macieja Gduli, że wystarczy dokonać demarkacji i dokoptować trochę nowych wyborców do obecnej formacji (odcinając jednocześnie „neoautorytarnych” wyborców PiS) [7]. Innym przykładem jest poważniejsza (i dość skuteczna) próba zawłaszczenia feminizmu i kobiecych ruchów protestu dla neoliberalizmu, bo ponoć tylko on jest na tyle cywilizowany, żeby utrzymać „przynajmniej X” postulatów tego ruchu. Nic więcej tu nie wchodziło w grę poza utrzymaniem opresyjnego status quo, którego koszmarna pod wieloma względami polityka PiS jest logiczną konsekwencją, a nie ekscesem [8].
Ostatnią [9] tego typu próbą był tekst Michała Sutowskiego „Toksyczni rodzice nie pokonają PiS” [10]. Zawiera on, jak już widać po tytule, reakcyjną odpowiedź na problem „jak wiosłować?”. Tekst daje nieco odmienną odpowiedź, dyktowaną znowu raczej rozwojem sytuacji politycznej aniżeli krytycznym namysłem (choć tekst Sutowskiego zawiera kilka cennych spostrzeżeń, np. dotyczących konfliktu pokoleniowego czy miejsca państwa dobrobytu w historycznej dynamice rozwoju polskiej gospodarki). Sutowski proponuje „pragmatyczny pakt” między młodszym lewicowym pokoleniem a starszym pokoleniem neoliberałów, których w tekście symbolizuje Agata Bielik-Robson, choć wiadomo, że de facto chodzi tu o całą górę lodową.
Pytanie, czy sojusz ten jest na prawdę pragmatyczny. Czy jest to głos rozsądku? Sutowski nawet po części sprzeciwia się redakcyjnemu konformizmowi w samej „Krytyce Politycznej”, tzn. proponuje obrazoburczy ruch porozumienia między klasami. Sprzeciwia się pierwszemu przykazaniu formacji: sojusze społeczne są zawsze przeciwko biedniejszej części społeczeństwa.
Dla blefującego liberalizmu inkluzja i „postępowość” są tylko formą zapewnienia dostatecznego poparcia dla takiej formy polityki. Przykładowo dla osób LGTB+ „tak”, ale niech siedzą cicho wobec „normalnych” ludzi z góry, bo zostali tu wpuszczeni warunkowo (uciekając przed opresją konserwatywnego społeczeństwa). Parada Równości może być, niszowa kultura też, ale już jakieś realne prawa, coś, co by kosztowało cokolwiek – to już dla tutejszych liberałów zbyt wiele (tu się kończy „tolerancja”). Czy zatem Sutowski proponuje, by polski listonosz na głodowej płacy, samotna matka tonąca w długach czy gejowska para wychowująca razem dzieci stanęli na równi z normalnymi, porządnymi i kulturalnymi ludźmi z czubka góry lodowej?
Naturalnie nic z tych rzeczy. Refleksja nie posunęła się tu ani na jotę. Od lat przybiera tylko inne postaci, dyktowane zmianami w sytuacji politycznej. Fakt ten zauważa sam autor, wskazując na hipotezę, że to rozwój gospodarczy zapewniony przez neoliberalizm zrodził wśród wyborców PiS aspiracje do lepszego życia. Jak pisze Sutowski, neoliberałowie poprzedniej formacji muszą obudzić się z „dogmatycznej drzemki” i uznać istnienie postulatów socjalnych. Sutowski w swoim pragmatycznym sojuszu proponuje zapomnieć lewicy o złej przeszłości neoliberalizmu, a liberałom zaleca uznać konieczność zmiany kursu ze względu na nieuchronnie nadchodzącą przyszłość. Ba, nawet zapewnia, ponieważ prawda sama nasuwa się z natarczywą samooczywistością, że na pewno pomostowe postulaty między nowymi wiosłującymi nie zostaną porzucone. Oczywiście nie ma cienia obaw, że liberalizm stanie się „zbyt lewicowy”, nie bójmy się. Otóż prawda jest taka, że postulaty socjalne w wykonaniu liberalnej formacji politycznej pójdą za burtę tak szybko, jak skończą się wybory – i wszyscy o tym wiedzą. Nie dlatego, że jest ona „zła i obłudna”, lecz dlatego, że wykluczenie tych ludzi stanowi kamień węgielny tejże formacji: podstawę reprezentowanego przez nią interesu klasowego.
Wsparcie nowej opozycji – „liberalizmu z ludzką twarzą” – byłoby z perspektywy nieuprzywilejowanej części społeczeństwa, która w ogromnej mierze poparła PiS, zachowaniem zupełnie irracjonalnym i w oczywisty sposób absurdalnym. Asymetria tego sojuszu jest całkowita. Zwykli ludzie, klasa pracująca, nie mieliby w tym sojuszu żadnych narzędzi wyegzekwowania swoich postulatów (sam Sutowski sprawia wrażanie, że zdaje sobie z tego sprawę): żadnych znajomości i powiązań, żadnych instytucji wywierających nacisk, żadnych mediów reprezentujących ich głos. Ta formacja, góra lodowa, jest w pełni ukształtowana, tu nie ma dla zwykłych ludzi miejsca, bo tu wszystkie miejsca już są zajęte. Sytuacja lewicy jest dla tych ludzi najlepszym wyznacznikiem, co ich czeka, gdyby poszli na taki pakt. Przy tak słabej pozycji negocjacyjnej poparcie takich postulatów byłoby wyrazem skrajnej głupoty czy działaniem wbrew własnemu interesowi.
Na tym też polegała do tej pory siła owej formacji: wielka masa i szczelność przed nadmiarem intruzów z zewnątrz, czyli konserwatywna polityka wykluczenia pod przykrywką liberalnej polityki inkluzji. Jak często podkreślano, dobrobyt prawdziwej Polski (tej bogatszej, Polski A) zależy od konkurencyjności gospodarki – zapewnionej tanią siłą roboczą. Czyli od biedy całej reszty. Propozycja Sutowskiego właśnie dlatego, że ukrywa asymetrię stosunków klasowych w owym „pragmatycznym pakcie”, jest propozycją reakcyjną politycznie. Podobna asymetria występuje w większości przypadków, gdzie ruchy społeczne popierały opozycję i zostały całkowicie ogołocone ze swojego politycznego i etycznego potencjału, w zamian nie otrzymując zupełnie nic, czy w sytuacji, w której namawiano do sojuszu Razem z SLD i PO (razemowcy, idąc za głosem rozsądku i przedstawiając argumentację zbieżną po części z tą przedstawioną tutaj – odmówili) [11]. Ta asymetria jest przykrym faktem, jednak o ile zdawanie sobie z niego sprawy jest pragmatyczne, o tyle aktywne wspieranie i ukrywanie tejże asymetrii jest reakcyjne politycznie, ponieważ podporządkowuje postępowo nastawione jednostki, grupy i organizacje, nie dając im żadnych środków, by zrozumieć sytuację czy walczyć o lepszą przyszłość dla wszystkich. Tu głos Sutowskiego niczym w zasadzie nie różni się od głosów Schetyny czy Lisa i jakiejkolwiek postaci z całej bezbarwnej plejady formacji liberalnej. Lub jedynie tym, że jest przyjemniej sformułowany.
Trzeba szukać nowej drogi poza lewicową reakcję
Niestety niczego więcej nie można się spodziewać po formacji liberalnej. Podkreślę jeszcze raz: nazywam ją górą lodową między innymi dlatego, że posiada ona ogromny bezwład polityczny. Oznacza to nie tylko, że zmiana poglądów i strategii politycznej zajmie lata albo w ogóle nie nastąpi, ale także i to, że w formację tę bardzo wielu ludzi zainwestowało swoje życie, swoje wysiłki, swoje kontakty społeczne, swój czas i pieniądze (nie mówiąc już o tym, że są głęboko przekonani, że to jedyna słuszna formacja). Jest ona ideologicznie i politycznie skostniała i wyjałowiona, jednak ze względu na powyższe nikt z niej nie będzie rezygnował z byle powodu.
Na koniec warto jeszcze dodać jedną rzecz dla jasności. Uważam, że „postępowy” charakter nowej formacji PiS-u wynika raczej z konieczności sytuacji, a jej głęboko reakcyjne elementy pochodzą z jej inteligenckiego rdzenia, który nie jest jakoś bardzo odmienny od tego, co reprezentuje poprzednia formacja. Konieczność budowy mediów opozycyjnych wobec mainstreamu, krytyki liberalizmu, zmiany kursu polityki, przemyślenia polskiej polityki i zawarcia realnego sojuszu ze skutecznie pomijaną przez dotychczasową formację częścią społeczeństwa wynikał właśnie z tego faktu, że ta część społeczeństwa była PiS-owi niezbędna, by przejąć władzę. Jednak ten prosty fakt miał niezwykle głębokie konsekwencje właśnie dlatego, że działał przeciwko formacji mocno osadzonej na wykluczeniu, zatem musiał zorganizować prawdziwe siły, by stawić jej czoła. Nie tylko „poobiecywać”, jak w to się dzieje w warunkach dobrze ukonstytuowanej władzy, np. gdyby działała koalicja PO-PiS nie musząca się z żadnymi wyborcami liczyć. Konflikt, który dla elit jest prawdziwie traumatycznym kataklizmem, jest dla lewicy szansą na zmierzenie się z realnymi problemami społecznymi, ponieważ jako formacja polityczna nie ma ona samoistnego bytu.
Niestety formacja PiS-owska, obok przekonania, że to oni są prawdziwie inkluzywni i de facto choć konserwatywni to prawdziwie nowocześni, także opiera się na wykluczeniu tych grup, którymi liberałowie do tej pory posługiwali się do legitymizacji swojego blefu. Jest to podwójna niesprawiedliwość, ponieważ zgodnie z konserwatywną krytyką choć „liberalne wartości” i „tolerancja” liberałów były pustosłowiem, to sytuacja jest zupełnie inna dla ludzi, dla których nadzieja na nowoczesne, inkluzyjne społeczeństwo kierowała ich życiem i wiele ich kosztowało, by w tym kierunku zmierzać. Istnieje tu bardzo poważne zagrożenie, że wraz z iluzjami liberalizmu rozpłyną się wszystkie postępowe postulaty.
Postępowe postulaty nie mają żadnej szansy powodzenia, gdy pozycja negocjacyjna wysuwających je grup społecznych jest żadna. Nie ma co zatem liczyć na żadną „odgórną rewolucję” czy „klasę średnią jako klasę buntu”, bo to jest po prostu wiara w to, że najbogatsi i najbardziej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa zupełnie bez powodu oddadzą swoje pieniądze i przywileje w zamian za niczym nie podparte (żadnym realnym poparciem społecznym) programy reformy i wizje stworzenia bardziej egalitarnego społeczeństwa. Musiałaby istnieć siła, która by ich do tego zmusiła, tak jak zaistniała taka siła w PiS, który wbrew swoim fantastycznym narracjom na własny temat przeszedł duże zmiany i cechuje się dużą niespójnością (to ta niespójność jest jego największą siłą). Jak wskazuje sam Sutowski i inni „przemawiacze do rozsądku” neoliberalnych elit, można im pokazać, że ich pozycja społeczna jest zagrożona i dlatego powinni przynajmniej przywdziać maskę reformatorów i postępowców, by ratować roztapiającą się formację. Ponieważ jednak za takim zwrotem politycznym nie stoi żaden postępowy interes, a wręcz przeciwnie – stoi bardzo dobrze uformowany interes reakcyjny, to wiosłowanie w galerze opozycji, liberałów, neoliberałów czy jak by ich nie nazywać, jest dla całej reszty zupełnie pozbawione sensu.
Oczywiście wszystkie czytelniczki i wszyscy czytelnicy zaangażowani politycznie i czytający ten tekst mogą zareagować na tego typu komentarze jak mój w zrozumiały sposób: my nie możemy postawić się tak jak ty „obok” sporów politycznych i zająć pryncypialnie słusznej pozycji, musimy wybierać i podejmować decyzje w danej sytuacji. Fakt ten, a także słaba pozycja lewicy oraz ludzi, którzy są zniechęceni i do PiS i do PO, wykorzystywany jest bez przerwy do szantażu intelektualnego i emocjonalnego.
Z jednej strony to prawda: dominacja PiS i PO jest po prostu faktem, jednak nie należy się zgadzać na sformatowanie debaty politycznej i problemów społecznych tak, jak robią to PiS i PO (centrystyczną TINĘ). Istnieje olbrzymia różnica między obroną sprawiedliwego systemu sądownictwa w interesie obywatelek i obywateli a protestowaniem dlatego, że machina propagandowa liberalnej formacji trąbi, iż trzeba bronić, a kto nie broni – ten za PiS. Nie da się uniknąć ram ideologicznych, które dwie duże formacje tworzą i w które nas wciskają, jednak ponieważ często spory te są tylko przedstawiane jako spory w naszym interesie (znowu blefuje się tylko), można je wykorzystać, by powiedzieć coś, czego normalnie nie wolno powiedzieć.
Oczywiście głosy oporu wobec status quo czy szkodliwych zmian wprowadzanych przez PiS zawsze będą podporządkowywane jednej czy drugiej formacji – na tym polega ich władza. Jednak co innego mierzyć się z tą władzą z własnej, niezależnej pozycji, nawet jeśli mniejszościowej, a co innego poddawać się jej przy każdej możliwej okazji. Ustępstwa są ostatnim ruchem, który powinno się podejmować mogąc coś wynegocjować – inaczej są bez wartości i mocy.
Od czego zależy powodzenie lewicy w takich realiach? Sądzę, że od zdolności do wypracowania efektywnie niezależnej pozycji, którą można osiągnąć tylko przełamując klasowe, genderowe, regionalne czy kulturowe podziały. Nie mam na myśli tu tylko akceptacji liberalnej idei różnorodności i tolerancji, ale wychodzenie poza własną strefę komfortu i horyzont ideologicznych „oczywistości”: rozumienie i współdziałanie z ludźmi, z którymi często nie dzielimy ani poglądów politycznych, ani zwyczajów, ani statusu społecznego, orientacji seksualnej czy formy zatrudnienia. Ludzi, których konserwatywny i miałko postępowy liberalizm trzyma po dwóch stronach firewalla. Tych zaledwie tolerowanych i tych wykluczonych z „lepszego i kulturalnego” społeczeństwa.
Lewica nie powinna skupiać się na własnej tożsamości i toczyć tożsamościowych bojów z prawicą (grać jej grę, która niestety także jest po części nieunikniona), ale stać się lewicowym głosem dla ludzi, którzy z lewicą się dziś nie identyfikują. Z jednej strony z ludźmi, którzy z braku wyboru gromadzą się na topniejącej górze lodowej zbankrutowanego liberalizmu, a z drugiej tych, którzy po gorzkim rozczarowaniu ich rządami zwrócili się ku PiS, przynoszącemu długo oczekiwane reformy (budzące równie wielkie rozczarowania, co entuzjazm). W przeciwnym razie utkwimy wszyscy w sytuacji, w której będziemy zdolni tylko do przekonywania do naszych idei, wartości i postulatów tych, którzy są już przekonani: czyli nas samych.
Eliasz Robakiewicz
Przypisy:
1. Zgodnie z tą logiką prawicowi dziennikarze tropią „ideologię gender” czy tępią ekologów z pozycji „realizmu” takiej demaskatorskiej reakcji. Przykładowo, ponieważ w rzeczywistości nawet jeżeli deklaratywnie uznajemy, że mamy poglądy anty-rasistowskie, to i tak jesteśmy częścią globalnego systemu nierówności, w który rasizm jest strukturalnie wpisany, np. nie możemy nic poradzić na przyczyny wojny w Syrii, które są, tak jak przyczyny wszystkich wojen w krajach arabskich, związane z cenami paliw kopalnych, które z kolei wpływają na ceny wszystkich produktów dostępnych na rynku, zatem nasza deklaracja antyrasizmu jest niemal bezwartościowa wobec akcji podejmowanych przez nasze rządy i korzyści, które z zawłaszczenia tych zasobów wszyscy czerpiemy. Problem z tego typu krytyką jest taki, że aby krytykować obłudę antyrasizmu czy feminizmu z pozycji normatywnych, trzeba uznawać ideały i wartości, które za tymi ruchami stoją. Aby stwierdzić, że one do tych ideałów nie dorastają, by uznać nawet, że „są to idee być może piękne, ale nieprawdziwe”, trzeba wpierw uznać ich ważność na poziomie normatywnym. Krytyka prawicowa, choć często bardzo przekonująca, jest de facto zwykle sama oparta na reakcyjnej próbie negacji oświeceniowych wartości jako celów: na krótką metę jest to dość proste, ponieważ wystarczy wskazać, jak w kapitalizmie słuszne postulaty są zwykle w „złagodzonej wersji” integrowane z systemem, jednak ostatecznie i na poziomie samych wartości i praw jest to stanowisko nie do obrony, muszące odwołać się zawsze do egoizmu (jednostki, rodziny i „narodu”) jako ostatecznej i najwyższej wartości.
2. Wspaniały głos histeryczny przedstawia w wywiadzie z lipca Tomasz Siemoniak wiceprzewodniczący PO: https://kulturaliberalna.pl/2018/07/10/siemoniak-wywiad-akt-odnowy-rzeczpospolitej-program-po/.
3. Przykładowy głos w tej sprawie: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23780918,list-do-obroncow-iii-rp-mieliscie-ciepla-wode-kranie-i-wszystko.html
4. http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,15414610,Bylismy_glupi.html
5. http://www.platforma.org/aktualnosc/43628/nasz-projekt-prawdziwe-500-zl-na-kazde-dziecko
6. Jest to postulat niezwykle ważny politycznie dla opozycji i jej aktualnej reputacji, więc newsów jest zatrzęsienie, np. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23672419,najnowszy-sondaz-rzadzacy-dalej-liderem-ale-z-koalicja-anty-pis.html, http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/51,114871,21648707.html?i=0, http://natemat.pl/156401,wielka-koalicja-anty-pis-owska-to-mozliwy-scenariusz-ale-zwiastuje-tylko-jeszcze-wiekszy-chaos.
7. Choć trzeba przyznać oczywiście, że Gdula przynajmniej potraktował problem poważniej niż sami politycy opozycji czy wielu dziennikarzy: http://krytykapolityczna.pl/instytut/raport-dobra-zmiana-w-miastku/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-rzucilem-w-okno-ceglowka/,http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-w-gw-kaczynski-buduje-neoautorytaryzm/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-pis-uderza-w-strune-aspiracji-klasy-sredniej/.
8. Przykładowe głosy w tej sprawie: http://codziennikfeministyczny.pl/kongres-kobiet-socjalny-czy-neoliberalny/, http://codziennikfeministyczny.pl/znajdz-meza-zrob-drugie-dziecko-niemal-lustrzany-odpowiednik-zmien-prace-wez-kredyt/
9. Od momentu napisania tego tekstu ukazał się jeszcze tekst „O czym marzy lud KODerski. Krótki kurs”, forsujący dalej te same postulaty, pogłębiający jednak analizę pokoleniowych różnic, jednak jednocześnie zacierający istotne różnice między lewicą a starą gwardią konserwatywnych liberałów, których Sutowski broni jako „postępowej frakcji” bez oczywiście żadnych konkretów wskazujących na jej postępowość: http://krytykapolityczna.pl/kraj/anty-pis-kod-liberalowie-lewica-dialog/.
10. http://krytykapolityczna.pl/felietony/michal-sutowski/pragmatyczny-pakt/, krytyczny komentarz: https://strajk.eu/czas-proby-lewica-bez-parasola-liberalnej-demokracji/.
11. http://krytykapolityczna.pl/kraj/do-partii-razem-podajcie-lape-czarzastemu/
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 13 sierpnia 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Nie kosztowne programy aktywizacyjne, nie poniżająca kontrola beneficjentów zasiłków – zwyczajny przelew pieniędzy, trwający obecnie kilka sekund i wymagający kilku kliknięć, jest tym kamieniem filozoficznym, którego poszukiwali od setek lat badacze kwestii ubóstwa. Formy tych świadczeń mogą być różne – stałe lub jednorazowe, powiązane z jakąś obiektywną sytuacją (posiadanie dzieci, miejsce zamieszkania, wiek itd.) lub nie. Ważne, żeby kwoty były w wysokości wystarczającej do podjęcia zakładanych aktywności i były wolne od administracyjnej czapy i czujnego oka pracowników socjalnych. Proste transfery pieniężne trafiające bezpośrednio do potrzebujących okazują się być najbardziej optymalnym (tzn. najszybszym i najtańszym) sposobem likwidowania biedy zarówno w krajach rozwiniętych, jak i w krajach Trzeciego Świata.
Potęga kontekstu
To dosyć zabawne, że taki truizm, od jakiego zaczyna się ten tekst, może mieć rewolucyjne znaczenie. Tęgie głowy od lat trudziły się, by wymyślić wzór na biedę – lenistwo razy brak odpowiedzialności plus wyuczona bezradność, i tak dalej. Tymczasem wzór na biedę od zawsze był prosty i oczywisty – bieda równa się brakowi pieniędzy. Chcecie zlikwidować biedę, przekażcie biednym pieniądze. Ale biednym bezpośrednio – nie organizacjom pomocowym, nie instytucjom polityki społecznej, nie skorumpowanym elitom krajów rozwijających się, nie przedsiębiorcom, którzy będą aktywizować ubogich po swojemu. Dajmy je tym, którzy ich bardzo potrzebują. I nie jakąś śmieszną jałmużnę, o którą muszą się prosić – solidną kwotę, która pozwoli stanąć na nogi. Oczywiście, że biedni popełniają masę błędów – często robią rzeczy bzdurne z punktu widzenia sytego. Jednak nie wynika to z ich wrodzonej bezradności i ograniczenia – wynika to z kontekstu, w jakim się znajdują.
Brak pieniędzy zawęża horyzonty, sprawia, że trzeba myśleć w krótkim terminie. Trudno myśleć o dalekiej przyszłości, skoro niepewnych jest najbliższych kilka dni. Brak pieniędzy ogranicza potencjalne aktywności – uniemożliwia jakąkolwiek inwestycję w siebie lub swoje aktywa, która po pewnym czasie dałaby możliwość osiągania większego dochodu. Więcej, brak pieniędzy zniechęca do aktywności – człowiek całe życie zmagający się z niedostatkiem zaczyna tracić nadzieję, że jego działania coś zmienią. Brak gotówki sprawia także, że chętniej spędzamy wolny czas w bardzo zły sposób. Alkohol nie jest popularny wśród biednych dlatego, że ma ona szczególne skłonności do uzależnień – alkohol jest po prostu bardzo tanim sposobem ucieczki od szarej codzienności. Żeby regularnie uprawiać jakiś sport, który po jakimś czasie da satysfakcje oraz pozytywne efekty dla ciała i ducha, trzeba mieć perspektywę posiadania pieniędzy, by inwestycja w sprzęt lub karnet nie wydawała się rozrzutnością. Żeby zabić alkoholem, wystarczy kupić butelkę w sklepie. Na to może sobie pozwolić nawet najbardziej ubogi.
Pośrednicy do lamusa
Otrzymanie żywej gotówki zmienia ten negatywny kontekst. Każdy człowiek dąży do poprawy swojego bytu. Gdyby było inaczej, nie mogłoby być mowy o postępie w antropocenie. Jeśli ktoś zaprzestał walki o polepszenie bytu, to po prostu stracił na to nadzieję. Solidny zastrzyk gotówki jest dla niego łykiem nadziei, wyjściem z jaskini, odzyskaniem wzroku. Transfery pieniężne pozwalają biednym zmienić perspektywę, zacząć myśleć w długim horyzoncie czasowym. Nagle możliwe staje się planowanie i branie spraw we własne ręce. Dzięki solidnemu zastrzykowi gotówki beneficjent otwiera się na nowe możliwości – może podjąć aktywność, o której niegdyś przez chwilę myślał, może spędzić wolny czas w bardziej pożyteczny sposób.
Rezygnacja z pośredników przy transferach pieniężnych może przynieść wiele korzyści. Pieniądze w ręce uzyskane za pomocą prostego oświadczenia, bez składania poniżających wniosków opisujących trudną sytuację, bez poniżającego udowadniania, że się ich nie wydaje na bzdury, zwiększają samodzielność oraz poczucie sprawczości. To człowiek otoczony całym zastępem „życzliwych” pracowników socjalnych i innych osób, mających go zaktywizować, wsadzony w tryby systemu, traci kontrolę nad własnym losem. Zaczyna być przekonany, że jego jako taki los jest uzależniony od ciągłej kontroli i czyjejś ręki wyciągającej go z bagna. Gdy otrzymuje gotówkę bez zbędnych pytań i dociekań, zaczyna myśleć samemu. Czuje się samemu odpowiedzialny za to, jak te pieniądze spożytkuje – jeśli zrobi to źle, będzie miał pretensje do siebie, zamiast oczekiwać na pretensje od pracownika socjalnego.
Poza tym zniesienie całej niepotrzebnej administracyjno-socjalnej czapy drastycznie ograniczy koszty. Wystarczy tylko zdalne sprawdzenie, czy stan faktyczny zgadza się z oświadczeniem. Elektroniczne dane skarbówki i ZUS-u pokażą, czy beneficjent rzeczywiście ma dochód w deklarowanej wysokości, rejestr ewidencji ludności wykaże, czy rzeczywiście ma dzieci na utrzymaniu, i tak dalej. W dobie cyfryzacji administracji taka kontrola jest szybka i tania, bez żadnego udziału beneficjenta. A zaoszczędzone pieniądze powinny oczywiście iść na zwiększenie transferów, aby świadczenia przekazywane potrzebującym były realną pomocą, a nie listkiem figowym, którym administracja zakrywa swoją bezczynność. Pieniądze trafiające na pomoc społeczną powinny być w całości przekazywane do potrzebujących, a nie na utrzymywanie instytucji pomocy. To samo dotyczy pomocy w krajach Trzeciego Świata – świadczenia powinny trafiać do lokalnej ludności bezpośrednio, a nie do lokalnych elit, pracowników organizacji międzynarodowych czy inwestorów. Lokalne elity przechwycą większość z nich, pracownicy organizacji międzynarodowych zwykle nie mają pojęcia, czego potrzeba miejscowym, a misją inwestorów nie będzie działanie w interesie lokalnej społeczności, lecz udziałowców.
Zadziwiające efekty
Ktoś mógłby powiedzieć, że piękna jest teoria, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Jednak to nie teoria. Świetnych rezultatów, jakie przynoszą transfery pieniężne, dowodzi cała seria programów i eksperymentów, które podejmowały przeróżne władze publiczne oraz organizacje na całym świecie. Wiele z nich opisał wspominany na początku tekstu Rutger Bregman w swojej „Utopii dla realistów”.
W pierwszej dekadzie XXI wieku w Londynie przeprowadzono eksperyment, którego uczestnikami byli bezdomni zamieszkujący Square Mile. Generowali oni ogromne koszty – na interwencje policji i pomocy społecznej, koszty sądowe oraz koszty służb porządkowych miasto wydawało 400 tys. funtów rocznie. Postanowiono więc przekazać bezdomnym po 3 tys. funtów na głowę, by sprawdzić, co z tego wyjdzie. W skali poniesionych już kosztów to i tak nic. Co za to kupowali? Nic nadzwyczajnego, telefon, aparat słuchowy, opłacali kurs zawodowy itd. Po półtorej roku od rozpoczęcia eksperymentu 9 z 13 bezdomnych już miało dach nad głową i nie zamierzało wrócić na ulicę. Uzależniony wcześniej od heroiny Simon mówił: „Po raz pierwszy w moim życiu wszystko zagrało. Zacząłem dbać o siebie, myję się i golę. Myślę o powrocie do domu, bo mam dwójkę dzieci”. W sumie cały eksperyment kosztował 50 tys. funtów, czyli ułamek wcześniej ponoszonych kosztów, a efektem był spadek liczby bezdomnych na Square Mile o trzy czwarte.
W Ugandzie zrealizowano dwa podobne eksperymenty – jednak zakrojone na zdecydowanie większą skalę. W ramach pierwszego władze zdecydowały się na przekazanie 12 tys. osób w wieku 16-35 lat kwoty 400 dolarów. Jak na zachodnie standardy to niewiele, ale dla mieszkańców Ugandy w tamtym czasie to czasem nawet roczne zarobki. Po 5 latach sprawdzono, jakie efekty przyniosła ta inwestycja – okazały się zadziwiające. Beneficjenci zainwestowali głównie w małe biznesy oraz edukację. Ich długookresowe zarobki dzięki temu wzrosły o 50 proc., a szanse zatrudnienia o 60 proc. W drugim z eksperymentów przekazano zaledwie 150 dolarów dla 1800 bardzo ubogich kobiet. Ich dochody oraz szanse zatrudnienia także wzrosły przeciętnie o kilkadziesiąt procent. W tym eksperymencie dla porównania części kobiet zaoferowano także pomoc doradczą pracownika socjalnego z organizacji humanitarnej, którego pomoc kosztowała badaczy ok. 350 dolarów od beneficjentki. Rzeczywiście, kobiety te osiągały nieco lepsze wyniki, jednak ten wzrost był nieadekwatny do poniesionego kosztu. Badacze doszli do wniosku, że dużo lepsze efekty dałoby dorzucenie tych 350 dolarów do kwoty świadczenia.
W Kanadzie w 1973 roku rozpoczęto eksperyment Mincome, który trwał przez cztery lata – tylko tyle, ponieważ po wyborach doszedł do władzy nowy, konserwatywny rząd, który zaniechał eksperymentu. Tysiąc rodzin z miasteczka Dauphine dostawało co miesiąc bezwarunkowy przelew, de facto po prostu dochód podstawowy. Rocznie była to równowartość 19 tys. dolarów. Wiele lat później kanadyjska badaczka postanowiła sprawdzić, jakie efekty przyniósł tamten eksperyment, porównując sytuację beneficjentów z sytuacją rodzin z pobliskich miasteczek. Mieszkańcom Dauphine nie odechciało się pracować – spadek liczby przepracowanych godzin wynosił zaledwie 1 proc. wśród mężczyzn oraz 3 proc. wśród kobiet. Jedyni żywiciele rodziny w ogóle nie ograniczyli godzin pracy. Spadła za to liczba hospitalizacji i to aż o 8,5 proc., co przełożyło się oczywiście na oszczędności dla służby zdrowia. Dzieci z rodzin beneficjentów Mincome osiągały wyraźnie lepsze wyniki w nauce, mniejsza była za to liczba przypadków przemocy domowej. Co więcej, Dauphine wyróżniało się w okolicy pod względem sytuacji ekonomiczno-społecznej także wiele lat później – eksperyment poprawił sytuację nawet następnego pokolenia.
Coś na kształt dochodu podstawowego otrzymało 8 tys. przedstawicieli plemienia Czirokezów z Karoliny Północnej. Otwarli oni na swoich ziemiach kasyno, z którego utarg trafiał do wszystkich członków plemienia. Początkowo były to niewielkie kwoty, jednak po jakimś czasie wzrosły one do 6 tys. dolarów rocznie. Ten przypadek przeanalizowali miejscowy badacze, ponieważ sytuacja Czirokezów przed otwarciem kasyna była dużo gorsza, niż pozostałych mieszkańców okolicy. Otrzymywanie stałej dywidendy przez członków plemienia spowodowało, że problemy psychiczne ich dzieci szybko spadły o 40 proc. i ustabilizowały się na poziomie pozostałych rówieśników z okolicy. Wyrównały się również wyniki w nauce. O rok wydłużył się przeciętny okres kształcenia, a przestępczość wśród 16-latków spadła o 22 proc. Jednocześnie nie zaobserwowano spadku liczby godzin pracy wśród dorosłych. Można powiedzieć, że dzięki dywidendzie wcześniej wykluczeni ze społeczeństwa członkowie plemienia szybko doszlusowali swoją sytuacją ekonomiczno-społeczną do pozostałych mieszkańców regionu.
Transfery, głupcze!
Powyższy wywód nie ma uzasadniać jednej konkretnej formy transferów pieniężnych. Trzeba ją dostosować do aktualnych uwarunkowań. Decyzja o tym, czy wprowadzane transfery mają być powszechne, czy trafiać tylko do potrzebujących, czy mają być jednorazowe, czy comiesięczne, musi być podjęta na podstawie ekonomicznych, społecznych oraz politycznych okoliczności. Docelowym ideałem mógłby być bezwarunkowy dochód podstawowy, ale można go wprowadzać stopniowo, poprzez rozszerzanie sieci transferów pieniężnych, do których uprawnione będą kolejne grupy obywateli. Zdejmując przy tym z nich administracyjno-socjalną czapę, która ubezwłasnowolnia ich beneficjentów. Zresztą już przecież zaczęliśmy – przynoszący bardzo dobre efekty program „Rodzina 500+” spełnia właśnie te założenia. Na początek można więc dążyć do jego rozszerzenia na wszystkie dzieci, a także do rozszerzenia zasiłków dla bezrobotnych na wszystkich szukających pracy. Do czegoś podobnego przymierza się nowy włoski rząd, który chce wprowadzić dochód podstawowy dla kilku milionów najbiedniejszych Włochów.
Oczywiście znajdą się i tacy, którzy zechcą jechać na gapę. Jednak będzie to margines, którego odsianie spowoduje jedynie większe koszty i niepotrzebny paternalizm. Politykę społeczną należy kształtować w interesie większości społeczeństwa, a nie jego marginesu. Tym bardziej, że inwestycja w większe transfery pieniężne przyniesie nie tylko krótkoterminowe oszczędności w postaci redukcji kosztów administracyjnych, ale także długookresowe zyski w postaci zdrowszego i lepiej wykształconego społeczeństwa.
Piotr Wójcik