Transformacja uchwycona w locie

Transformacja uchwycona w locie

Książka Piotra Marciniaka „Miraż Sierpnia. Lewicowe myślenie w dobie antykomunistycznej rewolucji: wybór esejów i artykułów z lat 1987-1998” jest interesującym, bo nieszablonowym świadectwem człowieka lewicy opozycyjnej. Interesującym i nieszablonowym nie tylko dlatego, że to ciągle perspektywa pod względem politycznym mniejszościowa, choć dzięki publikacjom Karola Modzelewskiego, Tadeusza Kowalika, Davida Osta, Jana Sowy czy Rafała Wosia nie całkiem nieobecna. Tym, co ją wyróżnia na tle dostępnych już publikacji, jest przede wszystkim jej „interwencyjno-diagnostyczny” charakter, dostrzegalny dzisiaj z jej kronikarskiego oglądu. Nie mamy tutaj do czynienia z materiałem, który patrzy na transformację jako na okres zamknięty, możliwy do podsumowania, które zawsze przeprowadza się łatwiej, jeśli wynik procesów społecznych już znamy. W przypadku książki Piotra Marciniaka jest inaczej: to praca złożona z tekstów powstających na bieżąco, będących w stałym napięciu z żywiołem tego, co aktualnie jeszcze nieuformowane i pozbawione punktów dojścia.

Pisząc to, nie chodzi mi wyłącznie o pierwotne daty publikacji artykułów Marciniaka. Znajdziemy setki autorów, którzy pisali na bieżąco o transformacji ustrojowej i gospodarczej i z perspektywy czasu ich teksty nie przedstawiałaby żadnej wartości – może poza tym, że byłyby historycznym świadectwem bezmyślności, płytkości, odtwórczości czy konformizmu. Pisząc, że zbiór Marciniaka wyróżnia się swoją aktualnością, niewczesnością, chcę podkreślić – po pierwsze –METODĘ stosowaną przez autora, po drugie – analityczną wartość jego interwencji, zarówno jeśli chodzi o ich funkcję diagnostyczną (odpowiadającą na pytanie „jak jest?”), jak i o ich walor prognostyczny („jak może być?”). Frustrującym elementem jego analiz – który nie leży już jednak po stronie autora – jest ich strona pragmatyczna („co robić?”), co wynika nie z faktu, że autor nie miał lewicy nic do zaproponowania w obszarze strategii – jest wręcz przeciwnie – lecz z uwagi na to, że jego myślenie aktualności nie przeistoczyło się w to, co jest główną stawką analiz pisanych „na gorąco”, z ręką trzymaną na pulsie – w spójną i znaczącą praxis, praktykę polityczną.

Zacznijmy jednak od metody. Analizy Piotra Marciniaka wykorzystują to, co najlepsze w tradycji socjologii ruchów społecznych. Są przekonującym świadectwem tego, że „karnawał Solidarności” i polski ruch robotniczy w PRL wywołał przełom nie tylko polityczny, ale także towarzyszący mu ferment teoretyczny. Sposób, w jaki autor wykorzystuje – w subtelny, niedogmatyczny sposób – marksistowską socjologię, by odsłonić sprzeczności charakterystyczne dla ustroju, który swoją pierwotną legitymizację wywodził właśnie z marksizmu, odpowiada temu, w jaki sposób klasa robotnicza, do reprezentowania której system rościł sobie monopol, staje się zbiorowym podmiotem i wprawia realny socjalizm w kryzys. Zarazem jednak – co świadczy o uczciwości intelektualnej autora oraz o rzadkiej zdolności do wysuwania antycypującej krytyki własnego obozu politycznego (opozycji, ruchu związkowego) – Marciniak jeszcze w tekstach z lat 80. trafnie przewiduje, że tak jak warunki stabilności PRL stały się warunkami niemożliwości przetrwania systemu, tak też warunki zaistnienia autonomicznego ruchu robotniczego w krótkim czasie skurczyły się dramatycznie, będąc ściśle zależne od istnienia stosunków produkcji i struktury gospodarczej realnego socjalizmu.

Wnioski, jakie na bieżąco formułuje autor, okazują się prorocze i tylko skromność nie pozwala mu we wprowadzeniu do książki na chełpienie się: „a nie mówiłem?”. Przy tym należy docenić to, w jaki sposób na każdym etapie swoich interwencji Marciniak rysuje – w bardzo klarowny i dobrze uargumentowany sposób – możliwe trajektorie przemian. Jest w nich miejsce i na scenariusze czarne, i na te oglądane w różowych okularach, a między nimi otwiera się przestrzeń na warianty mieszane. Nie da się nie odnieść wrażenia, że zbiór ten, kończący się na roku 1998, czytany po 20 latach okazuje się pisanym na bieżąco ostrzeżeniem przed drogą najgorszą, która faktycznie się ziściła. Autor już na przełomie lat 80. i 90. – przed Fukuyamą – wykazuje nie tylko płonność nadziei na neoliberalny „koniec historii”, ale już wówczas odnotowuje, często powtarzaną dzisiaj, obserwację (najpełniej rozwiniętą przez Derridę w jego krytyce Fukuyamy), że wizja historii, jaką posługiwali się zwolennicy neoliberalnej „There Is No Alternative” żywcem przypomina sprowadzony do odkupieńczego wariantu, zwulgaryzowany materializm historyczny. I tu, i tu historia w sposób obiektywny i konieczny jest po naszej stronie, kres dziejów został z góry określony, a wszelkie bariery w jego osiągnięciu to chwilowe wypadki przy pracy, które należy złożyć na ołtarzu postępu. W ten sposób można z równym przekonaniem uzasadnić konieczność planu pięcioletniego oraz planu Balcerowicza.

Takich antycypujących momentów jest w tekstach Marciniaka więcej. Wskażmy chociażby na to, że kilkanaście lat przed celebryckim raportem Macieja Gduli wprowadza on pojęcie „nowego autorytaryzmu”, przypisując mu – w moim przekonaniu trafniejsze i bardziej uczciwe – znaczenie niż to, które ukuł socjolog „Krytyki Politycznej”. Nowy autorytaryzm to dla Marciniaka kierunek przemian, w którym parasol ochronny nad neoliberalnymi reformami gospodarczymi roztacza państwo policyjne. Marciniak zasadnie wskazuje, że takie ciągoty mogą mieć – i faktycznie mają – zarówno dawni postkomunistyczni autokraci, jak i elity z obozu postsolidarnościowego, mające po swojej stronie związek zawodowy abdykujący ze swojej stricte związkowej roli. Taki nowy autorytaryzm podminowuje zdaniem autora możliwość stworzenia w Polsce porządku faktycznie liberalnego, pozbawionego swojej policyjnej twarzy – lokuje to Marciniaka obok takich uznanych badaczy neoliberalizmu jak Michel Foucault, Naomi Klein czy Loïc Wacquant, którzy wskazywali na to, że państwowemu wytwarzaniu neoliberalnych stosunków społecznych („niewidzialna ręka rynku”) towarzyszy – tylko pozornie sprzeczny z nim – program autorytarny („widzialna pięść państwa”), skutkujący pacyfikacją klasy robotniczej, penalizacją biedy czy kontrolą kobiecej rozrodczości.

Zarazem Marciniak przewiduje, że jedną z odpowiedzi na tak rozumiany nowy autorytaryzm będzie populizm o rewolucyjnej retoryce i zauważa już u progu lat 90., że nośnikiem dla takiej formacji będzie narracja antykomunistyczna, nacjonalistyczna, katolicka czy antyeuropejska. Prawicowy populizm zostanie, ostrzega autor – i okazuje się mieć rację – wywołany przez elitarystyczny, odgórny charakter transformacji, który blokuje kanały artykulacji sprzeciwu społecznego, uniemożliwia dialog, nie prowadzi do odrodzenia zakładowej, lokalnej czy związkowej samoorganizacji. Autorska propozycja Marciniaka, którą zgłasza on konsekwentnie od samego początku, unikających przy tym powtórzeń tych samych argumentów, każdorazowo dostosowując je do aktualnego kontekstu – toczącej się w tle najnowszej historii Polski – opiera się właśnie na wezwaniu do aktywizacji społecznej. Tym samym „trzecia droga’, którą proponuje autor – niemająca nic wspólnego z niesławnym socjalliberalizmem, który pod nazwą trzeciej drogi realizowali politycy dawnej lewicy, od Billa Clintona i Tony’ego Blaira, przez Gerharda Schroedera, po Leszka Millera – wyłamuje się z książkowych alternatyw wolnego rynku i etatyzmu. Umożliwia to Marciniakowi-opozycjoniście zdystansowanie się od wojującego antykomunizmu i bezmyślnego antyetatyzmu, ale też Marciniakowi-socjaliście ułatwia porzucenie ślepej wiary we wszechwładne zbiurokratyzowane państwo i odgórne kierownictwo partii. Nieszablonowość pozytywnych propozycji Marciniaka tkwi także w jego gotowości do twórczego, niedogmatycznego przyswajania tradycji, które – znowuż – z podręcznikowego punktu widzenia można by uznać za nielewicowe. Tymczasem autor ma świadomość, że tradycja chłopska, inteligencka, patriotyczna czy katolicka – podobnie zresztą jak robotnicza czy internacjonalistyczna – mogą służyć tyleż konserwatywnym, co postępowym celom. Socjaldemokratyczna korekta, o której pisze on w latach 90., z pozycji krytycznych wobec kształtu transformacji, nie ma polegać na kopiowaniu gotowych wzorców, lecz na rozpoznaniu specyficznego, niepowtarzalnego doświadczenia polskiego, jakim jest upadek realnego socjalizmu w kilka lat po brutalnym zdławieniu „karnawału Solidarności”.

To, co pozostawia pewien niedosyt po lekturze książki, to pytanie o jej cel. Autor pisze, że zebrał swoje teksty z nadzieją na to, że być może będą one miały jakiś użytek dla przyszłego pokolenia. Sądzę, że nie myli się co do tkwiącego w tym materiale potencjału, natomiast na jego niekorzyść zdecydowanie działa brak wstępu tudzież posłowia – własnego lub kogoś współmyślącego – które wykładałoby w bardziej bezpośredni sposób, w czym tkwi siła tej publikacji i dlaczego właściwie warto po nią dzisiaj sięgnąć. Być może te powody nie są widoczne dla samego autora.

W moim przekonaniu zasadnicza wartość jego zbioru tkwi nawet nie tyle w rekonstrukcji mniejszościowego, zwyciężonego nurtu antyneoliberalnej lewicy czasów przełomu – bo na tym polu Marciniak się ze swoją publikacją zwyczajnie spóźnił – ale w jego metodzie, w zdolności do współmyślenia w pędzącym pociągu historii, który w żadnym wypadku nie wyhamowuje przed stacją końcową, ale ma przed sobą prawdziwy galimatias rozjazdów i bocznic, których część kryje się pod tunelami. Piotr Marciniak potrafi w wyprzedzający sposób oświetlić te tunele, co trzeba docenić, nawet jeśli ostrzeżenia zbywane są przez konduktora. Jeśli młode pokolenie lewicy miałoby się czegoś nauczyć z „Mirażu Sierpnia” to w mniejszej mierze dotyczy to wiedzy historycznej, w większej natomiast drygu do tego, by ją rozumiejąco wyprzedzać.

Łukasz Moll

Zdjęcie Jan Mehlich za pl.wikipedia.org

Piotr Wójcik: Zakredytowani

System ekonomiczno-społeczny współczesnego kapitalizmu oparty jest o kredyt. Gdyby nie instytucja kredytu, porządek społeczny w większości państw by się zawalił. Aż przykro to pisać, ale w zasadzie dostępność kredytu jest obecnie najpewniejszym systemem zabezpieczenia społecznego. Czy też quasispołecznego, ponieważ oparte jest to o prywatne korporacje obracające prywatnymi depozytami. Wiele rządów sprowadziło do minimum politykę społeczną, dochodząc do wniosku, że łatwy dostęp do kredytu będzie jej doskonałym substytutem. Przy którym nie trzeba się specjalnie napracować – wystarczy zapewnić jakieś otoczenie regulacyjne oraz, przede wszystkim, niskie stopy procentowe. Politykę niskich stóp procentowych prowadzą obecnie niemal wszystkie kraje rozwinięte. W Polsce stopy procentowe wynoszą 1,5 proc., więc są niższe od inflacji, która wynosi ok. 2 proc. Oczywiście polityka niskich stóp procentowych sama w sobie nie jest niczym złym. Złe jest zastąpienie polityki społecznej polityką ułatwiania dostępu do kredytu.

Niech jedzą kredyt!

Współcześnie mamy do czynienia z dwoma negatywnymi zjawiskami, które na zasadzie synergii wzajemnie potęgują swój wpływ na otoczenie ekonomiczno-społeczne. Po pierwsze mamy do czynienia ze spadkiem udziału płac w PKB, czyli dochody pracowników, a więc zdecydowanej większości aktywnych zawodowo członków społeczeństwa, są coraz niższe w stosunku do sumy dochodu wytwarzanego przez daną gospodarkę. Po drugie, ograniczane są oraz urynkowiane usługi publiczne. Szczególnie to drugie zachodzi na bardzo szeroką skalę.

Obywatele muszą więc coraz większą ilość podstawowych dóbr i usług uzyskiwać na rynku. Niedofinansowanie służby zdrowia kończy się oczywiście długimi kolejkami, a mało komu uśmiecha się czekać na doprowadzanie swojego zdrowia do porządku. Wiele osób decyduje się więc na zabiegi lub operacje opłacone z prywatnej kieszeni. Wycofywanie się państwa i samorządów z obszaru mieszkalnictwa sprawia, że dla każdego, kto poszukuje dachu nad głową na długi czas i w stabilnym trybie, jedyną alternatywą jest jego zakup. Dla wielu osób na prowincji, i to nie tylko w Polsce, które chcą aktywnie funkcjonować, nie pozostaje nic innego, niż zakup własnego samochodu i jego systematyczne utrzymywanie w stanie gotowości. Te wszystkie zupełnie podstawowe dobra i usługi tak zwani zwykli ludzie muszą kupować na kredyt, gdyż mało kogo stać na pokrycie ich z oszczędności.

Gdyby zatem nie instytucja kredytu, to miliony ludzi na Zachodzie nie miałyby jak dojechać do pracy, leczyć się, o zdobyciu mieszkania nie wspominając. Gdyby nie instytucja kredytu nie mieliby także jak pokryć nagłych wysokich wydatków spowodowanych nieprzewidzianymi wydarzeniami. Instytucje kredytowe działają dosyć sprawnie, dzięki czemu nie mamy do czynienia z wybuchającymi co rusz niepokojami społecznymi. Ludzie zamiast domagać się bardziej sprawiedliwego porządku społecznego i bardziej aktywnych instytucji publicznych, wolą machnąć ręką i iść po pożyczkę. Zostaliśmy przekupieni łatwym dostępem do kredytu, a politycy za pomocą polityki niskich stóp kupili sobie spokój społeczny. Nic więc dziwnego, że zadłużenie gospodarstw domowych w Europie urosło do niespotykanych wcześniej rozmiarów – i dalej rośnie.

W długach po uszy

Zadłużenie gospodarstw domowych w stosunku do ich rocznych dochodów w niemal wszystkich krajach UE jest na najwyższych poziomach w historii. Od lat 90. w wielu krajach wzrosło trzykrotnie i nie mówimy tu tylko o krajach byłego bloku wschodniego, gdzie z kredytu zaczęto korzystać na dużą skalę w zasadzie dopiero z nastaniem XXI wieku. We Włoszech w 1995 roku suma długów gospodarstw domowych wynosiła 24 proc. sumy ich rocznych dochodów. Tymczasem w 2016 r. wynosiła już 61 proc. (szczyt nastąpił w 2012 r. – 64 proc.). We Francji w 1995 r. długi wynosiły 52 proc. dochodów, a w 2016 r. już 91 proc. (to rekord). W Hiszpanii w 1999 roku wynosiły 63 proc., by już w przeddzień kryzysu, w 2007 roku, osiągnąć historyczny rekord 135 proc. Od tamtego czasu poziom zdążył zjechać do 104 proc. w 2016 r., ale było to spowodowane ciężkim kryzysem, w którym banki ograniczyły akcję kredytową. W Szwecji w latach 1995-2017 nastąpił dwukrotny wzrost – z 86 proc. do 167 proc. W Niemczech długi gospodarstw domowych wynoszą 85 proc., a w Holandii 217 proc.

Oczywiście zdecydowanie największe, nawet kilkunastokrotne wzrosty zanotowały kraje naszego regionu, które weszły do systemu opartego o kredyt dopiero po 1989 roku, a tak naprawdę dekadę później, gdy kredyt zaczął być dostępny dla szerokich grup społecznych. W 1995 roku w Polsce zadłużenie gospodarstw domowych wynosiło zaledwie 3 proc. ich rocznych dochodów. W 2015 roku osiągnęło ono rekordowy poziom 60 proc., co utrzymało się także rok później. Na Słowacji w tym okresie nastąpił wzrost z 6 proc. do 63 proc., a w Czechach z 18 proc. do 59 proc. Oznacza to tyle, że niemal wszędzie w Europie raty kredytów stanowią procentowo wielokrotnie większe obciążenie dla budżetów gospodarstw domowych niż jeszcze nieco ponad 20 lat temu.

Bogaci mają taniej

Dlaczego to w zasadzie jest złe? Przecież system oparty o kredyt jakoś się kręci, ludzie na Zachodzie generalnie żyją dostatnie, nawet w krajach naszego regionu społeczeństwa się bogacą. Po pierwsze zbyt wysoki dług prywatny jest kryzysogenny. Przyjęło się uważać, że to dług publiczny stanowi szczególne zagrożenie dla stabilności gospodarki, ale to zwyczajna nieprawda. Z tych dwóch rodzajów zadłużenia, to właśnie zadłużenie prywatne jest bardziej niebezpieczne. Dość powiedzieć, że ostatni kryzys gospodarczy rozpoczął się na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych. W przededniu kryzysu strefy euro we wszystkich krajach, w które uderzył on szczególnie mocno, to zadłużenie prywatne stanowiło prawdziwe obciążenie i było wyższe, niż zadłużenie publiczne. W Hiszpanii cały dług prywatny w 2008 r. wynosił 196 proc. PKB, tymczasem dług publiczny jedynie 39 proc. W Irlandii dług prywatny wynosił 236 proc., a publiczny zaledwie 42 proc. W Portugalii odpowiednio 196 proc. PKB i 68 proc. Nawet w Grecji, gdzie dług publiczny stanowił stosunkowo największy problem, zadłużenie prywatne było wyższe (113 proc. wobec 109 proc.). W krajach rozwiniętych, o ile ich państwa nie zadłużają się w obcych walutach, to dług prywatny prowadzi do kryzysów, nie dług publiczny.

Po drugie, być może nawet ważniejsze, system społeczny oparty o kredyt jest zwyczajnie niesprawiedliwy. Dzieje się tak, ponieważ zapewnia on dużo tańszy dostęp do podstawowych dóbr osobom, które mają wyższe dochody. I to tańszy nie tylko w stosunku do dochodu, ale też w liczbach bezwzględnych. Instytucja kredytu polega przecież na tym, że osoba mająca wyższe dochody otrzyma kredyt obciążony niższymi odsetkami. Będzie bowiem dla banku stanowić mniejsze ryzyko niewypłacalności. Różnice w oprocentowaniu na papierze mogą się wydawać niewielkie, ale w rzeczywistości przekładają się one na bardzo duże kwoty. Przykładowo, gdy ktoś dysponujący raczej przeciętnymi dochodami otrzyma kredyt hipoteczny na 200 tys. zł na 5 proc., to w ciągu 30 lat będzie musiał zapłacić bankowi w sumie 386,5 tys. zł. Tymczasem ktoś mający wyższe dochody otrzyma ten sam kredyt na 3 proc. i zapłaci bankowi w sumie 303,5 tys. zł. Zatem osoba mająca wyższy dochód kupi to samo mieszkanie za 83 tys. złotych taniej, choć przecież i tak już będzie to dla niej mniejszym obciążeniem. System społeczny, w którym podstawowe dobra, tradycyjny obszar usług publicznych, są dużo taniej dostarczane osobom lepiej zarabiającym – jest patologiczny.

I wreszcie po trzecie, sytuacja ta powoduje, że sektor bankowy zdobywa pozycję dużo ważniejszą, niż wynikałoby to z realnego pożytku, jaki wnosi do społeczeństwa. Przecież sektor bankowy niczego nie produkuje, a więc nie tworzy wartości dodanej w realnej gospodarce. Sektor bankowy jest jedynie pośrednikiem – pośredniczy między depozytariuszem a kredytobiorcą. Przenosi pieniądze z jednego miejsca w drugie. Tymczasem obecnie banki są najbardziej zyskownymi korporacjami, a płace w nich są dużo wyższe, niż w zawodach niezwykle użytecznych społecznie – np. w edukacji czy służbie zdrowia. Według najnowszego raportu płacowego Hays w bankowości detalicznej na stanowisku „doradca klienta bankowości prywatnej” średnie wynagrodzenie to 10 tys. zł miesięcznie. To kwota nieosiągalna nawet dla najlepszego nauczyciela, choć przecież na tym stanowisku trzeba jedynie być biegłym w sprzedaży produktów bankowych. Odpowiedzialność i potrzebne umiejętności są nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku nauczycieli.

Oswoić dług publiczny

Jak zerwać z systemem, w którym gospodarstwa domowe są skazane na zależność od prywatnych korporacji, by zdobyć zupełnie podstawowe dobra i usługi? Oczywiście niezbędna jest ekspansja usług publicznych, która je zapewni na większą skalę w sposób inny, niż mechanizm rynkowy. Przynajmniej dla biedniejszej jednej trzeciej części społeczeństwa, która w starciu z instytucją bankową stoi na szczególnie słabej pozycji. Trzeba zerwać z sytuacją, w której kredyt bankowy zastępuje politykę społeczną. Ekspansję usług publicznych oczywiście trzeba finansować z podwyżki podatków, ale i to zapewne nie wystarczy. Wtedy należy śmielej korzystać z… długu publicznego.

Dług publiczny jest bezpiecznym instrumentem, jeśli jest on zaciągany w walucie krajowej, a najlepiej, gdy obligacje państwowe kupują podmioty krajowe – szczególnie zamożne gospodarstwa domowe, które w ten sposób oszczędzają na przyszłość. Dług publiczny jest tańszy niż dług prywatny. Rentowność polskich 10-letnich polskich obligacji wynosi 3,3 proc., tymczasem średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego w Polsce to ok. 4,5 proc. A przecież kredyt hipoteczny i tak jest najtańszym rodzajem kredytu – oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych jest dużo wyższe. Dług publiczny nie jest też tak kryzysogenny – państwa mają dużo większe możliwości obsługi długu, niż drobni prywatni kredytobiorcy. Dług publiczny w Japonii wynosi aż 253 proc. PKB (w Polsce jakieś 5 razy mniej), jednak nie stanowi to żadnego zagrożenia dla Kraju Kwitnącej Wiśni, gdyż jest on w posiadaniu samych Japończyków. Przemyślane korzystanie z długu publicznego pomogłoby państwu prowadzić politykę społeczną na szeroką skalę. Byłoby to dużo bezpieczniejsze, niż skazywanie milionów ludzi mających niewielkie dochody na wieloletnie kredyty.

Piotr Wójcik

Lokalny wymiar patriotyzmu

Otaczający nas świat staje się świątynią wystawioną na cześć i chwałę globalnego kapitału. Najlepszym sposobem na przeciwstawienie się temu procesowi jest dążenie do odnowienia więzi z miejscem, do którego należymy i z lokalną społecznością, w której żyjemy. Tak naprawdę jest to ta forma patriotyzmu, która jako jedyna ma jeszcze dzisiaj wartość.

W obliczu zamachów terrorystycznych, do których doszło 7 lipca 2005 r. w Londynie, nagłówki gazet oznajmiły jednym głosem: w obecnej sytuacji wszyscy musimy wykazać się patriotyzmem. Między tak różnymi pismami, jak „The New Statesman” i „Daily Telegraph” zapanowała pełna zgoda: przywrócenie znaczenia naszej dumie narodowej jest najlepszą odpowiedzią na atak przeprowadzony przez nowego Wroga Wewnętrznego. Terrorystyczne zamachy bombowe nadały zatem patriotyzmowi nowy, przekraczający polityczne podziały, sens, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się zupełnie nie do pomyślenia.

Z czego – jako patrioci – możemy i powinniśmy być dumni? Każdy ma zapewne własną odpowiedź na to pytanie. Dla Michaela Howarda [1] jest to „nasza demokracja, monarchia, panujące w naszym kraju rządy prawa i pełna chwały historia”. Dla Tony’ego Blaira z kolei powodem do dumy są nie instytucje, lecz „nasze wartości” – wśród nich tak rzekomo z gruntu brytyjskie, jak „uczciwość, kreatywność, tolerancja, otwartość na świat”. Dla polityków prawicowych jest to szansa na udowodnienie, że racja leżała i leży właśnie po ich stronie: że obrona tradycyjnych „brytyjskich wartości” jest naszą najlepszą bronią wobec moralnej i społecznej anarchii. Politycy lewicy przekonują nas natomiast, że oto nadszedł najlepszy moment, by na nowo określić brytyjskie wartości i przedefiniować model funkcjonowania państwa. Jedni i drudzy zgadzają się przy tym, że podstawowym fundamentem i naszą największą siłą powinna być przesiąknięta patriotyzmem jedność narodowa.

Tymczasem jednak na ulicach miast i w całym naszym wspaniałym kraju, który ma stanowić rzekomo powód do dumy, dokonują się zmiany czyniące z tej pompatycznej i uduchowionej dyskusji nic nie wartą paplaninę. W czasie, gdy siedzący za biurkami dziennikarze i politycy wyszukują coraz piękniejsze frazy wychwalające naszą tolerancję, sprawiedliwość, wielokulturowość i rzadko spotykaną umiejętność cierpliwego stania w kolejkach, kraj, do którego tak mocno się ostatnio na nowo przywiązaliśmy, ulega radykalnej przemianie wymuszanej i sterowanej przez interesy globalnego kapitału. Wystarczy wyjść z domu, by natychmiast dostrzec ten swoisty, gorzki paradoks.

Słowo „patriotyzm” pochodzi od greckiego patris, oznaczającego „ziemię naszych ojców”, przy czym to właśnie na pierwszym z tych słów powinniśmy skupić dzisiaj naszą uwagę. A to dlatego, że debata na temat patriotyzmu jest w gruncie rzeczy debatą o przynależności do wspólnego miejsca na ziemi. Wśród całego szumu informacyjnego, wypełnionego zachwytami nad naszymi „wartościami i instytucjami”, ani jeden publicysta, polityk czy komentator nie zająknął się choć słowem na temat pierwszego i najważniejszego aspektu przynależności: przywiązania do miejsca, w którym żyjemy, do najbliższego, otaczającego nas krajobrazu.

Wystarczy rozejrzeć się dookoła, przypatrzeć się dokładnie ziemi naszych ojców (matek, przyjaciół etc.), i zastanowić się przez chwilę, czy najbliższe otoczenie zawiera elementy, z których możemy być dumni, którymi możemy się szczycić. W coraz większym stopniu i w coraz szybszym tempie świat, który nas otacza i w którym żyjemy, staje się pozbawioną duszy i charakteru plątaniną autostrad i dróg szybkiego ruchu, bezładną mieszaniną hipermarketów, centrów handlowych, parków rozrywki, jednakowych domów z czerwonej cegły i ogrodzonych osiedli dla bogaczy, a także skupiskiem jadłodajni-„przejeżdżalni”, w których nie ma potrzeby wysiadania z samochodu, oraz innych fast foodów. Nie jest to z pewnością obraz naszych marzeń. Prawda jest taka, że już tylko administracyjnie chronione tereny – nazwane przez Philipa Larkina cynicznie „obszarami dla turystów” – pozostają „zielone i miłe”, pozwalając ludziom na przyjemne spędzanie czasu i odpoczynek; zresztą nawet „Szatańskich Młynów mrok” przenieśliśmy już do Chin [2].

Krajobraz, który mógłby być fundamentem tego nowego patriotyzmu, otwartego na wszystkie opcje polityczne i poglądy, staje się w coraz większym stopniu pozbawioną osobowości makietą, odmalowaną zgodnie z krótkoterminowymi potrzebami gospodarki globalnej, opartej na bezmyślnej konsumpcji, wystawioną bez poszanowania dla tradycji, historii i specyfiki danego miejsca. Pytanie o przynależność do lokalnej społeczności, o więź z miejscem, staje się czysto akademickie w sytuacji, gdy „tutaj” przypomina każde inne miejsce na ziemi. Wystarczy wybrać się na krótki spacer po swojej dzielnicy, by z łatwością dostrzec jaskrawe tego przykłady.

Tuż za rogiem mojego domu znajduje się ostatnia działająca w mieście przystań, której istnienie jest zagrożone: pomimo sprzeciwu lokalnej społeczności planuje się całkowite zburzenie jej i przeznaczenie terenu pod budowę luksusowych mieszkań i restauracji. Mój niegdyś ulubiony pub, pełen wspomnień, charakteru i związany z ludźmi mieszkającymi w okolicy, został zamknięty, a na jego miejscu jest dzisiaj należąca do wielkiej sieci jadłodajnia o nazwie tak idiotycznej, jak serwowane tam posiłki i drinki. Podobny los spotkał też browar, z którego pochodziło sprzedawane w tym pubie piwo, produkowane od 1782 r. z tutejszej wody i według tradycyjnej, lokalnej receptury. Obecnie mieści się na tym terenie osiedle luksusowych apartamentów, których ceny zaczynają się od 330 tysięcy funtów szterlingów. Wreszcie na miejscu placu znajdującego się kiedyś w centrum miasta, tradycyjnego miejsca spotkań towarzyskich, stoi moloch centrum handlowego, a najważniejszym zadaniem pilnujących go strażników jest przeganianie ludzi siedzących przed wystawami sklepowymi.

Wszystkie te zmiany, z których każda przechodzi niemal niezauważona, są – wraz z setkami tysięcy im podobnych – częścią większej całości. Pewnego schematu, trendu. Transformacji, dokonującej się szybko w skali całego kraju i nie przynoszącej ze sobą nic dobrego. Elementem wspólnym tych zmian jest to, że unikalność zastępuje się masowością, naturalność – sztucznością, coś silnie związanego z lokalnym krajobrazem i charakterem – anonimowym produktem globalnego rynku.

Wszystko to, co odróżnia nasze miasta, wsie i regiony od innych, co świadczy o ich odrębności i wyjątkowości, ulega stopniowej, zaplanowanej erozji. W efekcie nasze najbliższe otoczenie coraz bardziej upodabnia się do wielu innych miejsc. Każdy z was jest zapewne w stanie podać przynajmniej jeden przykład tych zmian, być może dostrzegalny nawet z okien waszego domu czy mieszkania. Jednakowe sieci handlowe na głównych ulicach miast, jednakowe cegły, z których budowane są nowe apartamentowce, te same billboardy przy drodze, te same dania w pubie i restauracji… Można wręcz czasami odnieść wrażenie, że różnorodność, odmienność, harmonia i autentyzm padają ofiarą wojny wypowiedzianej przez plastikowy, przesiąknięty blichtrem i tandetą korporacjonizm. Wynik tej wojny jest przerażający: miejsca i krajobrazy w coraz większym stopniu upodabniają się do siebie.

Nie jesteśmy oczywiście wyjątkiem. Procesy obserwowane w naszym kraju są częścią ogólnoświatowego trendu. Niemożliwa zdaniem niektórych do powstrzymania ekspansja globalnej gospodarki rynkowej wymaga masowej uniformizacji gustów i potrzeb – wszyscy musimy pragnąć tego samego, czuć to samo, mieć jednakowe upodobania i preferencje. Tylko dzięki temu międzynarodowy kapitał nie jest skrępowany granicami etnicznymi, państwowymi czy kulturowymi, co jest warunkiem niezbędnym dla dalszej ekspansji neoliberalnego modelu gospodarczego. We współczesnej cywilizacji przemysłowej pogoń za korzyściami oznacza konieczność masowej produkcji towarów, standaryzacji modelów rozwoju i związanego z tym przeobrażania – na tę samą modłę – krajobrazu w każdym zakątku świata.

Jest to prowadzony w globalnej skali projekt polityczno-ekonomiczny, który dotyka każdej lokalnej społeczności i dotyczy każdego z nas. Dalsza ekspansja tej gospodarki opartej na konsumpcji wymaga porzucenia naszej tożsamości, zerwania więzów łączących nas z określoną wspólnotą. Musimy bezmyślnie pozbawić się odrębności, cech odróżniających nas od członków innych społeczności. Musimy stać się konsumentami, łapiącymi każdą kolejną okazję, obniżkę cen i promocję w supermarkecie czy wyprzedaż w wielkim centrum handlowym. Musimy stać się pozbawionymi charakteru mieszkańcami każdego i żadnego miejsca na ziemi.

Słowa te brzmią z pewnością znajomo dla wielu spośród czytelników „The New Statesman”, co samo w sobie wynika z pewnej godnej podkreślenia ironii. Już 160 lat temu Marks i Engels napisali w „Manifeście Komunistycznym”: „Ograniczenia i przeciwieństwa narodowe pomiędzy ludami znikają coraz bardziej już wraz z rozwojem burżuazji, wolnością handlu, rynkiem światowym, jednostajnością produkcji przemysłowej i odpowiadających jej warunków bytu. Panowanie proletariatu spotęguje jeszcze ich zanikanie” [3].

Choć jak dotąd nie udało się doprowadzić do światowej dominacji proletariatu, globalna dominacja gospodarki rynkowej rozwija się w zastraszającym tempie. Przykłada do tego rękę część tradycyjnej lewicy, wraz z jej potępieniem dla „antagonizmów narodowych”. Skutkiem jest zanik – zarówno dobrych, jak i złych – cech odróżniających od siebie społeczeństwa i narody, ginących w paszczy ujednoliconej, jednowymiarowej gospodarki globalnej. W swoim zaślepieniu „internacjonalizmem”, w swoim przewrażliwieniu i nieufności do wszystkiego, co Marks określał mianem „reakcji”, a więc w konsekwencji do osób i środowisk, których sprzeciw wobec globalizacji wynika z przywiązania do miejsca lub utożsamiania się z lokalną wspólnotą, oddają oni neoliberałom nieocenioną przysługę. Globalny wolny rynek zdaje sobie z tego doskonale sprawę i wykorzystuje tę postawę do dalszego zacierania różnic narodowych pod ciężarem coraz wyższych drapaczy chmur, biurowców ze stali i szkła, ton asfaltu, codziennego terroru kursów giełdowych i znaków firmowych.

Kto zatem w tym kontekście zasługuje na miano bohatera? Kim są dzisiejsi bojownicy broniący lokalnego i jedynego w swoim rodzaju krajobrazu przed uniformizacją będącą skutkiem gospodarczego fundamentalizmu? To ludzie znajdujący się na marginesie debaty politycznej i mający niewielkie wpływy w szeregach polityków sprawujących władzę. To ludzie, których Marks z pogardą określał mianem „wiejskich głupków”, a Torysi – jako pieniaczy, którzy sprzeciwiają się rozwojowi [4]. To ludzie żyjący w lokalnych społecznościach rozsianych po całym kraju, którzy odmawiają podporządkowania się bezkrytycznym wielbicielom nieograniczonego postępu czy też sprzeciwiają się poświęceniu swojego miejsca na ziemi, stanowiącego o odrębności ich kultury i tradycji, na ołtarzu – przypominającej zamek zbudowany na piasku – globalnej ekonomii. Tych zupełnie zwyczajnych, a jednocześnie niezwykle wyjątkowych ludzi można znaleźć w każdym zakątku świata.

Zaliczają się do nich mieszkańcy rozsianych po całej Anglii społeczności wiejskich, którzy w obliczu groźby sprzedaży ich upadającego pubu przez zainteresowaną jedynie osiąganiem jak największych zysków korporację, przeprowadzają publiczną zbiórkę pieniędzy, by do tego nie dopuścić. Są wśród nich również członkowie społeczności żyjących w łódkach rozsianych po wszystkich rzekach i kanałach Wielkiej Brytanii, którzy prowadzą lokalne i często bardzo ostre działania w obronie przystani przed deweloperami, chcącymi na ich miejscu postawić luksusowe apartamentowce. Są nimi ludzie mieszkający w londyńskim Chinatown, którzy próbują ocalić swoje ulice przed agresywnymi handlarzami nieruchomości, podobnie jak członkowie miejskich społeczności Birmingham, Manchesteru, Londynu i Bristolu, którzy przeciwstawiają się zabudowywaniu ulicznych straganów i targowisk kolejnymi, pozbawionymi charakteru biurowcami. Są nimi ci wszyscy, którzy protestują przeciwko sprzedaży placów zabaw, prywatyzacji publicznych parków i skwerów, dewastacji terenów rolnych i krajobrazu wiejskiego. Są nimi farmerzy, sadownicy i rybacy, ekolodzy walczący przeciwko promowaniu autostrad kosztem transportu publicznego, pracownicy urzędów miejskich i właściciele niezależnych sklepów płytowych i księgarń.

To są ci wszyscy, którzy ośmielają się stanąć na drodze gospodarczych i politycznych procesów, które siłą pieniędzy i w zamian za pieniądze pozbawiają otaczający nas świat jego historii, indywidualnego charakteru i niepowtarzalnej atmosfery. Może znacie kogoś takiego. Może sami jesteście takimi ludźmi. Mamy ze sobą wiele wspólnego i nadszedł już najwyższy czas, byśmy zaczęli wreszcie ze sobą rozmawiać.

To jest właśnie najprawdziwsze, najbardziej podstawowe, a zarazem niosące najbardziej rewolucyjny potencjał, znaczenie tak powszechnie nadużywanego i wypaczanego słowa „patriotyzm”. Dyskusja o wartościach i instytucjach prowadzi jedynie do podziałów, natomiast miejsce, w którym żyjemy, z którym się utożsamiamy, może nas zjednoczyć. I to niezależnie od naszych korzeni, poglądów politycznych czy wyznania. Miejski, podmiejski czy wiejski – otaczający nas krajobraz jest jedyną rzeczą, która czyni z nas wspólnotę, która może nas połączyć, której zachowanie jest najbardziej żywotnym interesem każdego z nas. To świat, w którym żyjemy stanowi podstawę naszego poczucia przynależności.

Jest to bez wątpienia forma patriotyzmu warta zaangażowania i podjęcia zdecydowanych działań. To ona powinna stać się platformą jednoczącą ludzi o różnych przekonaniach politycznych. Ideą, która doprowadzi do wściekłości polityków wszelkich maści i odcieni. Postawą, której globalna machina gospodarcza, wymagająca jedynie bezmyślnego, wiernopoddańczego kupowania wszystkiego co sama wytworzy, będzie miała serdecznie dość. Dzisiaj, w epoce globalnej konsumpcji, korporacji sprawujących potężną władzę oraz dominacji anonimowej gospodarki, pozbawionej ludzkiego oblicza – jedyną radykalną formą oporu jest docenienie znaczenia i obrona miejsca, w którym przyszło nam żyć.

Mowa o „patriotycznym obowiązku”? A co byście powiedzieli na to: nie pozwólmy im zabrać naszego świata, do którego należymy i z którym się utożsamiamy. Stańmy im na drodze, rzucajmy im kłody pod nogi, nie poddawajmy się ich podłym sztuczkom. Choć może brzmi jak truizm, stwierdzenie to jest aż do bólu prawdziwe: jedyną drogą obrony jest świadomość przynależności do konkretnego, tego jedynego, naszego miejsca na ziemi.

Paul Kingsnorth

tłum. Sebastian Maćkowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w brytyjskim tygodniku „The New Statesman” 5 września 2005 r. Następnie za zgodą autora został opublikowany w „Obywatelu” nr 35, latem roku 2007.

Przypisy redakcji „Obywatela”:

1. W 2005 r. był przywódcą brytyjskiej Partii Konserwatywnej.

2. Nawiązania do słynnego poematu „Jeruzalem” Williama Blake’a; występujące w nim „Szatańskie Młyny” są najczęściej odczytywane jako dymiące fabryki.

3. Przekład za K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane, tom I, Książka i Wiedza, Warszawa 1949, s. 42; autora przekładu nie podano.

4. W oryg. nimbies – od ang. akronimu NIMBY, Not In My Backyard, co można przetłumaczyć jako „Byle nie pod moimi oknami”.

Wspólne jest najważniejsze

Media, szkoły, codzienne rozmowy ze znajomymi i bliskimi zdają się w dzisiejszych czasach jednomyślnie zakładać i głosić jedną niepodważalną i oczywistą zasadę: własność prywatna jest jedyną naturalną, sensowną i prawidłową formą własności. Wszystko inne to utopie, niedojrzałe mrzonki lub absurdy komunizmu. A tymczasem ten świecki dogmat ma z prawdą tyle samo wspólnego, co przekonanie wiktoriańskiej mieszczki, że wszak nie ma co się łudzić, ale mężczyźni są po prostu bardziej inteligentni, niż kobiety.

Nie zawsze i nie dla wszystkich ta „prawda” była równie oczywista. Warszawski uczony Aleksander Chrostowski przez 9 lat prowadził badania metodą Action Research w dużym polskim przedsiębiorstwie. Metoda polega na wspólnym uczeniu się przez organizację i badacza, który wspiera, radzi i jednocześnie wyciąga szersze, teoretyczne wnioski z procesów, w których bierze udział. Badacz już w momencie nawiązania kontaktu z organizacją miał wrażenie, że pracownikom i menedżerom szczególnie zależy na czymś, co wykracza daleko poza zwykłe usprawnienia zarządzania. Przez lata współpracy, okresowo bardzo intensywnej, wrażenie to wzmacniało się. Menedżerowie poprosili go o wsparcie w rozwoju firmy, bo właśnie udało im się dzięki wysiłkowi i szczęściu uniknąć wykupienia przez zagranicznego inwestora. Wiedzieli, że bywają mniej sprawni, niżby chcieli, a także nie dostrzegają wielu zagrożeń – początkowo inwestor wydawał im się nie tyle atrakcyjny, co nieuchronny. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu się, na czym przejęcie ma polegać – czyli na prawie całkowitym zastąpieniu własnych struktur i obyczajów narzuconymi z góry – doszli do wniosku, że trzeba zrobić co się da, by tego uniknąć. Udało się.

Aleksander został zaproszony jako badacz i nauczyciel, który miał im pomóc dostosować się do współczesności, bez rezygnacji z istoty tego, kim są. Punktem wyjścia dla zmian w badanej przez Chrostowskiego firmie był zamiar włączenia pracowników w procesy zarządzania. Na początek zorganizowano sesję strategiczną z udziałem przedstawicieli wszystkich grup pracowniczych i poziomów struktury organizacyjnej. Uczestnicy wspólnie zastanawiali się nad aktualnymi i możliwymi przyszłymi celami organizacji. Razem z badaczem opracowali nową inkluzywną strategię. Zdecydowano się postawić na pracę zespołową i przenieść dużą część uprawnień i odpowiedzialności w dół hierarchii. Postanowiono, że wszelkie decyzje strategiczne będą podejmowane z udziałem szerokiej reprezentacji załogi. W ten sposób wiedza i doświadczenia kluczowych osób w organizacji funkcjonować miała w procesie zarządzania.

Zarząd uznał, że realistyczna i dalekowzroczna strategia może powstać – i zostać wdrożona – jeśli powstaje w procesie zbiorowego współtworzenia i wspólnego brania odpowiedzialności. Szerokie uprawnienia zespołów pracowniczych zostały formalnie wpisane w nową strukturę. Dostosowane zostały do niej systemy oceny i wynagradzania. Menedżerowie wszystkich szczebli zostali zobowiązani do zasięgania opinii zespołów. Zespoły miały wspierać myślenie w kategoriach systemowych, zakładające aktywne współuczestnictwo i nastawienie na osiąganie celów wspólnych. Ocena zespołowa wyeliminowała strach przed popełnieniem błędu, co wyzwoliło jednocześnie większe nowatorstwo oraz odpowiedzialność wobec innych pracowników. Rozmówcy Aleksandra Chrostowskiego podkreślali, że nowy system zarządzania wyzwolił w ludziach kolosalny potencjał. Załoga, która uczestniczyła we własności (a uczestnictwo miało zmierzać w kierunku akcjonariatu pracowniczego), przedstawiana była jako wspólnota. Dodam, że firma miała także bardzo dobre wyniki ekonomiczne i osiągała stale najwyższe oceny pod względem satysfakcji klientów.

W końcu pojawiły się w grze siły o wiele potężniejsze, którym ani badacz, ani firma nie byli w stanie stawić czoła, i przedsiębiorstwo zostało tak czy owak przejęte, wypracowane struktury zdemontowane, a zarząd zwolniony (niektórzy kierownicy sami odeszli). Jednak wypracowany model może się przydać jako ugruntowany w refleksyjnej praktyce pomysł na program zmian zarządzania organizacją w lepszych czasach. Naczelną zasadą organizującą, która dla pracowników była bardzo ważna, a która może kiedyś znów stać się kluczowym impulsem organizowania, było postrzeganie organizacji, w której się pracuje, jako wspólnego dobra. Wspólne dobro nie oznacza braku hierarchii czy przepisów. Postawy i role są różne, pozycje, uprawnienia i obowiązki także się różnią. Wspólne dobro nie musi być komuną lub plemienną wspólnotą. Może to być nowoczesne przedsiębiorstwo usługowe, jak firma badana przez Aleksandra Chrostowskiego, może to być kooperatywa lub uniwersytet. Taka zasada uczestnictwa może być realizowana na rozmaite sposoby.

Michael Hardt i Antonio Negri opublikowali w 2009 roku książkę „Commonwealth”, poświęconą projektowi mającemu pomóc ludzkości uzyskać – a w wielu przypadkach odzyskać – dostęp do wspólnych dóbr, takich jak dobra natury i kultury. Nowoczesność, która przedstawiana jest jako zaawansowana faza postępu, jest związana z kapitalistycznym wyzyskiem i alienacją pracy. W popularnym dyskursie te dwie tendencje splatają się, ukazując kapitalizm jako siłę, dla której jedyną alternatywą jest barbarzyństwo – a zatem prawdziwa alternatywa nie istnieje. Tymczasem wspólny solidarny opór może ujawnić element władzy spajający te elementy i starać się mu przeciwstawić. Wówczas wychodzi na jaw fałsz pozornie oczywistych założeń: kapitalizm albo regres. Istnieje alternatywna nowoczesność: bez kapitalizmu, zakorzeniona w ruchach społecznych i solidarności pracowniczej.

Ta alternatywna nowoczesność uznaje znaczenie, jakie w naszym życiu ma to, co wspólne. Podobnie zamieszkały w Wielkiej Brytanii polski architekt i uczony zajmujący się socjologią i filozofią miasta, Krzysztof Nawratek, widzi rolę dobra wspólnego, które, jego zdaniem, powinno ucieleśniać się w mieście, otwierając przestrzeń na wspólnoty mieszkańców, oferując instytucje aktywnego uczestnictwa, demokracji, i poczucie wspólnego losu. Jednak konieczne jest istnienie struktur dających tożsamość, stabilność i umożliwiających odpowiedzialne kierowanie. Dobro wspólne nie oznacza brak mechanizmów kierowniczych – przeciwnie, potrzebne są dostosowane doń symboliczne mechanizmy i instytucje. Część już istnieje, część trzeba wypracować, a część dostosować, czerpiąc ze starych propozycji i przykładów.

Hardt i Negri zwracają uwagę, że dopiero kapitalizm uczynił z własności prywatnej centralną instytucję, jednocześnie kontestując wartość tego, co wspólne. Tymczasem dobro wspólne ma bogate, sięgające starożytności tradycje. Myśliciele od czasów Oświecenia przekonują do racjonalności obrony republiki, do systemów wartości i działań wspierających to, co wspólne. Cytowana w mediach i w wielu pracach naukowych publikacja amerykańskiego biologa Garretta Hardina z 1968 roku, przekonująca, że dobro wspólne nieuchronnie prowadzi do zubożenia całej dzielącej się nim społeczności („the tragedy of the commons”) nie stanowi dobrego kontrargumentu. Autor sformułował swoją mocną tezę na podstawie historii wspólnych pastwisk w XIX-wiecznej Anglii (the commons). Pasterze powodowali erozję gleby, dodając kolejne zwierzęta do swojego stada, bo to im się opłacało. „Każdy racjonalny pasterz”, postępując w ten sposób, przyczyniał się do wyniszczenia wspólnego pastwiska. Zgodnie z tą logiką, racjonalna jednostka maksymalizuje swoją korzyść kosztem korzyści wspólnej. Tymczasem, jak zauważa Ian Angus komentujący w 2008 roku ten tekst fundamentalny dla wyznawców nieuchronności prywatyzacji, Hardin nie dostarczył na poparcie swoich tez żadnych dowodów naukowych, a jedynie anegdotyczną narrację, opartą na uproszczeniach i wyjętą z kontekstu.

Hardin całkowicie pominął kwestie zarządzania – dobro wspólne, takie jak wspólne pastwiska, było historycznie zarządzane i regulowane przez korzystającą zeń wspólnotę, w pełni świadomą zagrożeń, jakie niesie indywidualne nadużycie. Racjonalny pasterz był częścią racjonalnego systemu, który dbał o zachowanie nadrzędnego dobra w stanie dla wszystkich korzystnym. Przypadek angielski, przywoływany przez Hardina, był szczególny – w opisanym czasie trwała walka bogatszych rolników o możliwość grodzenia ziemi na prywatny użytek. Przyjęta przez nich strategia działania na niekorzyść wspólnoty, gospodarka rabunkowa, była ważnym elementem tej walki. Hardin nie opisał działania wspólnot opartych na społecznej naturze człowieka – opisał działanie kapitalistów stosujących kapitalistyczną racjonalność, postulujących egoizm jako powszechną ludzką naturę. Co więcej, głosząc nieuchronność prywatyzacji, nie zaoferował żadnych argumentów, które miałyby przekonać czytelnika, że dzieląc to, co wspólne, na prywatne fragmenty, zapobiegniemy gospodarce rabunkowej. Tytułowa tragedia nie wynika z istnienia dobra wspólnego, ale z mechanizmów kapitalizmu. Zastanawiać może popularność tego naukowo słabego tekstu. Podobnie jak Angus, uważam, że jego rola nie jest bynajmniej naukowa, lecz ideologiczna. Hardin w swojej narracji zrobił to, co działo się i dzieje na naszych oczach – uczył, jak zmienić fundamentalny system wartości i umożliwić prywatyzację.

Niewiele miejsca w jakimkolwiek publicznym dyskursie w obecnej Polsce – czy to technicznej, czy medialnej, czy naukowej – zajmuje przywiązanie i szacunek dla dobra wspólnego rozumianego jako wartość wyższa. Ten brak i egoistyczna racjonalność, która wypełniła pustkę, traktowane są jako coś absolutnie oczywistego. To może i jest porażający triumf ideologii, ale nie jest ona przez to ani jedyna, ani „prawdziwie ludzka”. Nie trzeba sięgać do XIX-wiecznej historii, żeby dostrzec inne systemy wartości. Sama pamiętam dobrze ich powszechność i moc. Pod koniec lat 80. i na samym początku 90. prowadziłam wraz z kolegami demokratyczne projekty doradcze dla dwóch polskich przedsiębiorstw na bardzo podobnych zasadach do przypadku opisanego przez Aleksandra Chrostowskiego. Celem było opracowanie strategii, a uczestniczyli w tym przedstawiciele wszystkich szczebli struktur organizacyjnych i związków zawodowych. Zarządy miały głos ostateczny, jednak scenariusze przygotowywane były w oparciu o głęboko demokratyczny proces i wiedzę zaczerpniętą z całej organizacji, od robotnika po dyrektora. Projekty trwały kilka lat i obejmowały badania w terenie, w tym wywiady półotwarte z przedstawicielami wszystkich grup pracowników. Poruszający był stosunek pracowników do swoich organizacji. To były „ich” firmy, o których opowiadali ciepło, z oddaniem nie tylko deklaratywnym, ale powracającym jako motyw przewodni w różnym kontekście. „Nasz zakład pracy” był wartością wyższą, podporządkowywano mu inne cele, często także interes własny. Szeregowi pracownicy i dyrektorzy, starzy i młodzi, znali historię swoich organizacji i opowiadali ją w różnych okolicznościach, często personifikując i nadając heroiczne cechy. Cokolwiek mieliśmy jako doradcy wnieść i zaproponować, w sposób oczywisty miało być podporządkowane niekwestionowanemu imperatywowi: „Nasz zakład” radził sobie w różnych czasach, więc musimy zrobić wszystko, by poradził sobie i teraz. Oba przedsiębiorstwa istnieją nadal, choć drugie zostało sprywatyzowane i w niczym nie przypomina „naszej firmy” z tamtych czasów.

Ten kierunek zmian rozpoczął się stosunkowo szybko, już w 1990 roku. Wspierały go media, edukacja wszystkich poziomów. Prowadziłam wtedy badania etnograficzne polskiego zarządzania. Jednym z materiałów badawczych były media. Badałam dyskurs medialny, którego przedmiotem było polskie zarządzanie w różnych okresach, między innymi kilka etapów tak zwanych lat transformacji. Najbardziej uderzyły mnie wyniki badań z wczesnych lat 90. Obraz, który wyłonił się z moich badań, był zatrważający: całkowicie czarno-biały, bez niuansów. Zachodnie jest dobre, nowoczesne, efektywne. Polskie jest tandetne, złe, obciachowe. To nie służyło uczeniu się – uczenie wymaga myślenia scenariuszami, problematyzowania. Obraz zarządzania typu „książę i żebrak” jest właściwie dydaktycznie bezużyteczny.

Badania w terenie wkrótce pomogły mi wyjaśnić zagadkę – nie dydaktyka była tu istotna, ale ideologia. Polskie przedsiębiorstwa miały być prywatyzowane bez względu na ich tożsamość, bez względu na ludzi i ich doświadczenie, bez względu na ich dobro. Po prostu dlatego, że prywatyzować należało. Wielokrotnie słyszałam takie sformułowania wygłaszane przez polskich lub zagranicznych konsultantów. Słyszałam też wypowiadane konfidencjonalnie w rozmowie między polskimi doradcami a dyrektorami przekonanie, że polskie firmy tak naprawdę co najwyżej mogą być podwykonawcami dla zachodnich. Trzeba było pozbyć się „niepotrzebnego bagażu”, czyli rad zakładowych i związków zawodowych. Zachodni doradcy nie mówili nic o podwykonawstwie. Pewnie wielu z nich wiedziało, że tak naprawdę celem były przejęcia, wykazanie wzrostu, wzmocnienie marek inwestorów. Potem można było przejęte jednostki sprzedawać lub likwidować, a ludzi zwalniać. Potworyzacja dyskursowa miała na celu rozbicie dominującego wcześniej systemu wartości. Przy pomocy dostępnych środków zadbano więc o taki monogłos.

Dziś mamy do czynienia z podobną medialną potworyzacją. Jej obiektem są polscy uczeni i nauka. Czytając prasę i oglądając wiadomości mam tak silne wrażenie déja vu, że łapię się nieraz na fizycznym przecieraniu oczu. Oto polska nauka jest zła, nienowoczesna, bo polskie uczelnie nie figurują w rankingach sporządzanych przez zachodnie korporacje (czy autorzy tych wypowiedzi wiedzą, czym jest branding? na czym polega? i co ma z tworzeniem nauki wspólnego?), bo publikujemy po polsku (jeśli nauki humanistyczne i społeczne mają mieć jakiś wpływ na rozwój własnego społeczeństwa to chyba dobrze?), bo nie mamy na uczelniach noblistów (no i co z tego? badania naukowe wykazują, że nauka to proces zespołowy – niezależnie już od tego, że noblista Peter Higgs niedawno twierdził, że w zachodnich uczelniach praca naukowa jest udaremniana przez system zarządzania, który właśnie w Polsce zamierzamy wdrożyć). Wszystko zachodnie jest dobre. Wszystko polskie jest stare, obciachowe, feudalne i złe. Zdziwię się bardzo, jeśli cel tej narracji jest inny, niż tamtej, którą kiedyś badałam.

Jednocześnie obserwuję z bliska rozkwit wartości dobra wspólnego w działaniach Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, który uformował się podczas czerwcowych protestów przeciwko ustawie. Inaczej, niż na początku lat 90., uczestnicy nie zareagowali wycofaniem się, lecz aktywnym celebrowaniem nauki i akademii jako najważniejszej wartości łączącej nas wszystkich. Zatem dobro wspólne nie jest ideą martwą. W Polsce, oprócz Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, istnieje w organizacjach gospodarczych, które badam, takich jak Kooperatywa Wawelska. Współczesne organizacje dobra wspólnego są podobne do tradycyjnych pod względem wartości, ale bardziej świadome i ukierunkowane strategicznie. Mają demokratyczne struktury decyzyjne, istnieje też inkluzywny model własnościowy. Demokratyczność jest zasadą strukturyzacji i zasadą etyczną, która służy jako fundamentalna zasada organizowania (podobnie jak w organizacjach kapitalistycznych zysk). Członkowie i członkinie są współtwórcami, a wiedza z każdego miejsca w strukturze organizacyjnej traktowana jest jako dobro ważne dla budowania strategii. Kooperatywa Wawelska i inne organizacje tego typu aktywnie szukają dobrych praktycznych rozwiązań, uczestnicy są świadomi tego, że nie istnieje gotowiec, który można po prostu wdrożyć. Ich pomysły i doświadczenia są częścią procesu powstawania nowego modelu gospodarki. Tak samo w badanym przez Aleksandra Chrostowskiego przedsiębiorstwie podczas trwania badań powstało wiele dobrych i ciekawych pomysłów, które, nawet, jeśli już nie pomogą badanej firmie, to mogą przydać się innym, gdy nastaną lepsze czasy. Temu służy zapis naukowy. Tylko wtedy sensowny, gdy jest dobrem wspólnym środowiska akademickiego – i społeczeństwa, teraźniejszego i przyszłego.

prof. Monika Kostera

Guy Debord: Sytuacjonistyczne tezy o ruchu miejskim [1959]

1

Błędem, jaki popełniają wszyscy miejscy architekci jest traktowanie prywatnego samochodu (i jego produktów ubocznych, takich jak motocykl) jako podstawowego środka transportu. W rzeczywistości jest on najbardziej znamiennym symbolem materialnym pojęcia szczęśliwości rozwiniętym przez kapitalizm i rozprzestrzeniającym się w społeczeństwie. Samochód stanowi centrum powszechnej propagandy, zarówno jako najwyższe dobro wyalienowanego życia, jak i zasadniczy produkt kapitalistycznego rynku: utrzymuje się, że amerykańskie prosperity zależeć wkrótce będzie od powodzenia sloganu „dwa samochody dla każdej rodziny”.

2

Czas dojazdu do pracy, jak słusznie zauważył Le Corbusier, jest dodatkową pracą, która ogranicza ilość „wolnego” czasu.

3

Musimy zastąpić podróż rozumianą jako dodatek do pracy – podróżą rozumianą jako przyjemność.

4

Chęć przeprojektowania architektury w ten sposób, aby była zgodna z obecnymi potrzebami ogromnego i pasożytniczego istnienia prywatnych samochodów odzwierciedla najbardziej nierealistyczne nieporozumienie co do natury prawdziwych problemów. Zamiast tego, architektura musi zostać przeobrażona zgodnie ze zdrowym rozwojem społeczeństwa, poddając krytyce wszelkie przejściowe wartości związane z przestarzałymi relacjami społecznymi (w pierwszym rzędzie z rodziną).

5

Nawet jeśli podczas okresu przejściowego czasowo zaakceptujemy sztywny podział pomiędzy strefą pracy a strefą zamieszkania, musimy sobie przynajmniej wyobrazić trzecią strefę: sferę życia samego (wolności i czasu wolnego – istotę życia). Jednolity urbanizm nie uznaje granic; jego celem jest ukształtowanie zintegrowanego środowiska ludzkiego, gdzie podziały na pracę i czas wolny oraz na publiczne i prywatne zostaną przezwyciężone. Lecz zanim będzie to możliwe, rozszerzenie obszaru zabawy na wszelkie pożądane zabudowania ma być minimalnym działaniem jednolitego urbanizmu.

6

Problemem nie jest opozycja wobec samochodu jako zła wcielonego. Jest nim jego niesłychana koncentracja w miastach, co prowadzi do negacji jego funkcji. Urbanizm z pewnością nie powinien ignorować samochodu, lecz nie powinien go traktować jako swojego centralnego tematu. Powinien liczyć na jego stopniowe wycofanie z użycia. W każdym razie możemy sobie wyobrazić zakaz ruch samochodowego w centralnych miejscach pewnych naszych układów architektonicznych i w kilku starych miastach.

7

Ci, którzy wierzą, że samochód jest wieczny, nie myślą, nawet ze ściśle technologicznego punktu widzenia, o innych przyszłych formach transportu. Na przykład pewne modele jednoosobowych helikopterów obecnie są testowane przez amerykańską armię i być może zostaną rozprzestrzenione wśród społeczeństwa w ciągu dwudziestu lat.

8

Rozpad dialektyki ludzkiego środowiska na rzecz samochodów (projektowane autostrady dla Paryża pociągną za sobą zniszczenie tysięcy domów i mieszkań, podczas gdy kryzys mieszkaniowy ciągle się pogłębia) maskuje swoją irracjonalność pseudopraktycznymi usprawiedliwieniami. Jest on jednak praktycznie konieczny jedynie w kontekście specyficznego porządku społecznego. Ci, którzy wierzą, że szczegóły problemu są trwałe, chcą faktycznie wierzyć w trwałość obecnego społeczeństwa.

9

Rewolucyjni urbaniści nie będą ograniczać się jedynie do problemu krążenia rzeczy czy też krążenia ludzi złapanych w pułapkę świata rzeczy. Starać się będą przełamać te topologiczne ograniczenia, torując poprzez swoje eksperymenty drogę dla ludzkiej podróży przez autentyczne życie.

Guy Debord

Tłum. Krzysztof Kędziora

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Internationale Situaationniste” nr 3, 1959. Powyższe tłumaczenie ukazało się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 5, na początku roku 2002.

Kapitalizm na prochach

Kapitalizm na prochach

Wolnorynkowy kapitalizm zjada własny ogon na wiele różnych sposobów. Najbardziej oczywistym z nich jest dążenie do ograniczania wszystkich kosztów, z kosztami pracy włącznie. Prowadzi to do bariery popytowej, a w rezultacie do załamania produkcji i do kryzysu. Innym sposobem pochłaniania własnej tylnej części ciała przez kapitalizm jest wpędzanie ludzi w choroby psychiczne. Wolnorynkowa koncepcja człowieka, dominująca wciąż na świecie, pomimo postępów ekonomii behawioralnej, która ją setki razy obaliła, patrzy na istotę ludzką jak na przedsiębiorstwo. Każdy jest swoją firmą, odpowiedzialną za własną markę, akumulację własnych kapitałów i ekspansję swojej działalności. Człowiek jest w pełni odpowiedzialny za swój los, a jeśli mu nie wychodzi, to pretensje może mieć do siebie – tak jak akcjonariusze upadającej spółki do jej zarządu.

Żeby stanąć na wysokości tego wymagającego zadania, jakim jest koncepcja człowieka-firmy, osoba ludzka musi być w nieustannej gotowości do wykorzystywania okazji. Skupienie i pełna gotowość bojowa o każdej porze i w każdej sytuacji to atrybuty modelowego człowieka-firmy. Taka osoba nie może sobie pozwolić na chwile słabości, cały czas musi brać sprawy we własne ręce, by sytuacja nie wymknęła się jej spod kontroli. Problem w tym, że wolnorynkowy kapitalizm masowo wpędza ludzi w depresje czy zaburzenia lękowe uogólnione, w wyniku których o jakimkolwiek panowaniu nad własnym losem nie może być mowy.

Mężczyzna zanurzony we własnych lękach nie jest w stanie racjonalnie oceniać sytuacji, a kobieta pochłonięta przez depresję nie potrafi się zmobilizować do ciągłej walki o rynkową wartość akcji swojej firmy osobistej. Współczesny kapitalizm proponuje więc pewien idealny model człowieka, jednak równocześnie produkuje zastępy ludzi, którzy są od tego modelu najdalej, jak to możliwe.

Człowiek-firma w akcji

Można wyróżnić trzy sposoby, którymi wolnorynkowy kapitalizm wpędza ludzi w choroby psychiczne. Pierwszym jest generowanie absurdalnych oczekiwań. Wszechobecne reklamy pokazują świat, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Piękni i młodzi modele czy gwiazdy ekranu, którym wszystko się udaje, stają się tłem, do którego porównujemy własną osobę i swoich bliskich. Reklamy generują również modele konsumpcji, do których powinniśmy zmierzać. Nowsze i większe auta, coraz lepiej wyposażone mieszkania położone w prestiżowych lokalizacjach, dalekie egzotyczne podróże – skoro atakuje nas to codziennie z ekranów i billboardów, to przyjmujemy za oczywistość, że to rzeczywistość większości społeczeństwa. Szybko jednak okazuje się, że zdecydowana większość atrakcji oferowanych nam przez kapitalizm jest poza naszym zasięgiem. Żona nie jest tak piękna jak wyfotoszopowane modelki z reklam, mąż ma brzuszek i poci się. Zamiast beztroskiego safari w Kenii jest z trudem sfinansowany zwykły wypad do Chorwacji, na który oszczędzamy przez cały rok.

Koncepcja człowieka-firmy podpowiada nam, że jeśli nasz osobisty świat nie jest tak udany, jak marzyliśmy, to odpowiadamy za to sami. I możemy mieć pretensje tylko do siebie. Coś więc jest nie tak przede wszystkim z nami samymi. Oczywiście racjonalny homo economicus powinien na to spojrzeć z dystansu i chłodno – jeśli jeszcze nie doszedłem do zamierzonego celu, to muszę po prostu zakasać rękawy, zamiast bezproduktywnie biadolić. W końcu mędrzec Jordan Peterson radzi, by nie porównywać się z innymi, lecz z samym sobą z przeszłości. Problem w tym, że człowiek nie jest w pełni racjonalny i nigdy nie będzie.

Rozbuchane modele konsumpcji uderzają w psychikę klasy średniej. Klasy niższe cierpią przede wszystkim z powodu braku stabilności. Praca stała się mniej pewna niż kiedyś, zapomnieć możemy o zatrudnieniu w jednym miejscu do końca aktywności zawodowej. Co gorsza, destrukcji ulegają też sieci zabezpieczenia społecznego. Obecnie najsprawniej działającym rodzajem zabezpieczenia przed nagłą sytuacją jest instytucja kredytu – problem w tym, że kredyt trzeba spłacić. A prywatne instytucje, ściągając swoje długi, nie są zbyt wyrozumiałe – człowiek zalegający z ratą to dla nich nie obywatel, który wpadł w kłopoty, lecz dłużnik, od którego trzeba wyegzekwować własne aktywa. Zamiast solidnej sieci wsparcia, rządy oferują obywatelom tani kredyt dzięki niskim stopom procentowym, co wielu przedstawicieli niższych klas pracujących wpędza w spiralę zadłużenia. To wszystko w sytuacji coraz bardziej niestabilnego rynku pracy, zmieniającego się jak w kalejdoskopie.

Nie ma nic bardziej stresującego, niż jątrzące się w głowie pytanie, czy będę miał za co utrzymać rodzinę. Nie ma bardziej depresyjnej sytuacji, niż możliwość stracenia mieszkania, na które wraz z małżonką harowaliśmy jak woły. A na horyzoncie zamiast przyzwoitego mieszkania komunalnego jawi się mała nora wynajmowana za horrendalne pieniądze od prywatnego mieszkanicznika. Takie sytuacje podbramkowe odbijają się na psychice człowieka na zawsze, nawet jeśli tym razem wszystko skończy się dobrze. Bo następnym razem, gdy tylko podobna sytuacja zamajaczy gdzieś w oddali, panika powróci, nawet jeśli nie będzie w pełni uzasadniona.

Klasy wyższe i wyższa klasa średnia cierpią zaś z powodu nieustannej konkurencji. Na opisanych przez Roberta Franka i Philippa Cooka „rynkach, na których zwycięzca bierze wszystko”, trzeba nieustająco udowadniać swoją przewagę. To właśnie na tych rynkach najwyraźniej realizuje się koncept człowieka-firmy. Gdy zdecydowaną większość fruktów zbiera garstka zwycięzców, na pozostałych ludzi z branży patrzy się przede wszystkim jak na wrogów, którzy chcą nam odebrać zasoby kapitału i prestiżu. Naturalną postawą staje się nieufność, za to brak zaufania do innych rekompensuje nam rozbuchane zaufanie do siebie – czyli wybujałe ego. Nieufność i wybujałe ego to również gotowy przepis na problemy psychiczne.

Oczywiście poczucie konkurowania o zasoby istnieje także wśród klas niższych. Wiąże się ono w mniejszym stopniu z rywalizacją o prestiż, a w większym z rywalizacją o środki do życia. Może być jednak równie destrukcyjne dla psychiki. Nieustana konkurencja na wszystkich szczeblach drabiny społecznej osłabia zaufanie do pozostałych członków wspólnoty, za to wzmaga poczucie wykorzenienia. Człowiek-firma jest pozostawiony sam sobie i otoczony przez wrogów. Trudno w takiej sytuacji się nie załamać.

Niech jedzą psychotropy!

W takiej sytuacji trudno się dziwić gigantycznemu wzrostowi popularności środków antydepresyjnych. OECD raportuje bardzo duży wzrost stosowania antydepresantów w okresie 2000-2015 we wszystkich 29 wykazanych krajach. Co gorsza, wzrost ten nie tylko dotyczy wszystkich, ale wszędzie jest też ogromny, czasem wręcz trzykrotny. W ciągu 15 lat wydarzyła się bez mała lekowa rewolucja w społeczeństwach rozwiniętych. Wskaźnik przyjmowania leków antydepresyjnych wykazuje się liczbą przyjmowanych dziennych dawek leków na tysiąc mieszkańców dziennie. Wzrost ten jest szczególnie widoczny w krajach południa strefy euro, w które silnie uderzył kryzys gospodarczy zakończony eksplozją bezrobocia. W Hiszpanii wskaźnik przyjmowania antydepresantów skoczył z 28,2 do 73,1. Hiszpania w ten sposób wskoczyła do czołówki krajów OECD pod względem spożycia antydepresantów. W Grecji i Włoszech tradycyjnie ten wskaźnik był na bardzo niskim poziomie – w końcu słońca mają tam pod dostatkiem. Obecnie jednak zbliża się już do średniej OECD – w Grecji skoczył z poziomu 18,9 do 48,1, a we Włoszech z 19,6 do 46,5. I tak wszystkich jednak przebiła Portugalia – tam wskaźnik wzrósł z 32,5 do 95,1. Obecnie Portugalia jest trzecim krajem OECD pod względem stosowania leków antydepresyjnych.

Niestety w tym zestawieniu nie ma Polski. Możemy być jednak pewni, że w naszym kraju wyglądałoby to podobnie. Wystarczy zerknąć na Słowację, która ze wszystkich krajów OECD przyjęła najbliższy nam model gospodarki – kapitalizm zależny, półperyferyjny i oparty o niskie koszty produkcji. Słowacki wskaźnik przyjmowania leków na depresję wzrósł… prawie pięciokrotnie – z 8,6 do 40. Zresztą mniejszy lub większy wzrost widać we wszystkich wykazanych krajach, zarówno mniej, jak i bardziej zamożnych. Średnia OECD wzrosła dwukrotnie – z 30,6 do 60,3.

Oczywiście za ten wzrost odpowiadają także czynniki pozytywne. Przede wszystkim większa świadomość społeczeństwa – obecnie ludzie mniej wstydzą się iść do psychiatry. Kiedyś woleli dusić w sobie fatalne samopoczucie, teraz decyzja o leczeniu jest podejmowana częściej. Leczenie psychiatryczne nie jest już objęte tak duża infamią, jak jeszcze niedawno, chociażby z tego powodu, że stało się doświadczeniem coraz większej części z nas. Poza tym ważne jest też pojawienie się leków antydepresyjnych nowej generacji. Są one bezpieczniejsze, nie uzależniają tak, jak chociażby benzodiazepiny (np. Xanax), więc psychiatrzy mają mniejsze opory przed ich wypisywaniem. W zasadzie za cały wzrost stosowania antydepresantów odpowiadają leki nowej generacji. Trudno jednak uznać, że ludzie bez przyczyny rzucili się na nie. Osoba zdrowa, która przyjmie lek np. wychwytujący zwrotnie serotoninę, będzie się czuła fatalnie. Nie będzie wiedziała, co ze sobą zrobić, nie będzie się w stanie skoncentrować na żadnym zadaniu. Oba czynniki są więc istotne, jednak nie wygenerowałyby tak dużego wzrostu przyjmowania leków, gdyby nie miały realnej podstawy, jaką jest bardzo duża liczba osób cierpiących na przypadłości psychiczne.

Stojąc nad przepaścią

Ten drastyczny wzrost przypadków stosowania leków antydepresyjnych niestety nie obniżył liczby samobójstw. Są one nadal jedną z częstszych przyczyn śmierci. Ludzie dwukrotnie częściej sami się zabijają, niż giną w wypadkach komunikacyjnych wszelkiego rodzaju. Wskaźnik samobójstw (liczba samobójstw rocznie na 100 tys. mieszkańców) w latach 2000-2015 w całej UE spadł nieznacznie – z 12,9 do 11,7 (wskaźnik ofiar transportowych to 5,8). Jednak to wynik przede wszystkim bardzo dużych spadków w krajach należących niegdyś do ZSRR, w których ten wskaźnik był na gigantycznym poziomie. Przykładowo na Litwie spadł on z 46,5 do 31, a więc wciąż jest trzykrotnie wyższy niż unijna średnia. Na Łotwie spadł 32,5 do 22. Jednak w pozostałych krajach utrzymał się na stabilnym, wysokim poziomie, który sprawia, że samobójstwa to jedna z ważniejszych przyczyn śmierci. Jednak jest też grupa krajów, w których wskaźnik samobójstw wzrósł. To kraje południa Europy (w Portugalii dwukrotnie, z 5,1 do 10), ale też Polska. Nad Wisłą wskaźnik samobójstw wzrósł z 15,3 do niemal 17, co sprawia, że pod tym niechlubnym względem wyprzedzamy średnią UE o połowę.

Według oficjalnych danych 7 proc. populacji UE cierpi na chroniczną depresję. Trudno powiedzieć, ile osób cierpi na zaburzenia lękowe uogólnione, prawdopodobnie bardziej powszechne. Zresztą te dane dla wielu krajów wydają się wątpliwe i są zaniżone z powodu wciąż niskiej świadomości tego, czym jest depresja czy lęki. Na przykład w Polsce czy na Słowacji według oficjalnych danych zaledwie 4 proc. społeczeństwa cierpi na depresję, co sprawia, że na papierze są pod tym względem jednymi z najzdrowszych społeczeństw w UE. Jak to pogodzić z bardzo wysokimi wskaźnikami samobójstw, które w obu krajach przekraczają średnią UE o połowę? W krajach północy, w których wskaźnik samobójstw jest podobny do polskiego, ale świadomość znaczenia depresji wyższa, cierpi na nią ok. 10 proc. społeczeństwa. Możemy więc założyć, że na chroniczną depresję cierpi nawet co dziesiąty Polak lub Polka. Tylko że jakaś połowa z nich nie potrafi tego nazwać.

Tymczasem opieka psychiatryczna w Polsce jest na bardzo słabym poziomie. Nad Wisłą leczy zaledwie 9 psychiatrów na 100 tys. mieszkańców. Wyprzedzamy jedynie Bułgarię. W Finlandii, Szwecji i Holandii na sto tysięcy mieszkańców przypada aż 23 psychiatrów, a w Czechach prawie 15. W liczbie łóżek na oddziałach psychiatrycznych nie wypadamy aż tak źle (ok. 70 na 100 tys. mieszkańców – nieco poniżej średniej UE), jednak akurat w przypadku depresji czy lęków uogólnionych łóżko szpitalne zda się na bardzo niewiele. Do walki z tymi chorobami potrzebny jest szeroki dostęp do bezpłatnych psychiatrów. Tymczasem na wizytę u psychiatry z NFZ można czekać w Polsce nawet kilka miesięcy. A przecież wskaźnik samobójstw pokazuje niezbicie, że depresja może być chorobą śmiertelną. Nie można więc zwlekać z jej leczeniem.

Jednak żeby zatrzymać pochód depresji i samobójstw przede wszystkim trzeba zmienić podejście do istoty ludzkiej. Odrzucić idiotyczny koncept człowieka-firmy, który rywalizuje z innymi o zasoby. Zmienić narrację płynącą z mediów, według której każdy odpowiada sam za siebie i tylko do siebie może mieć pretensje za niepowodzenie. Problem w tym, jak to zrobić, skoro tę narrację najskuteczniej snuje ta wąska garstka, w której przypadku takie podejście się sprawdziło.

Piotr Wójcik