przez Monika Kostera | wtorek 4 grudnia 2018 | opinie
Narcyzm jest czymś w rodzaju nowotworu relacji międzyludzkich. Jest to zaburzenie osobowości polegające na braku empatii i przemożnej potrzebie chwały i sukcesu, definiowanego zewnętrznie, w kategoriach uznania, pieniędzy i triumfu nad innymi, widzianymi jako konkurenci i rywale do zaszczytów. W obecnych czasach jest szybko rozprzestrzeniającą się pandemią. Dzieje się tak z powodu tragicznego zanieczyszczenia środowiska uczuciowego i społecznego – narcyzm stał się nie tylko normą, ale wręcz obowiązkowym wzorcem do naśladowania. W dużej mierze stało się tak z winy patologicznego przesłania nauk, praktyki i popularnej kultury zarządzania. To ono zawiera treści, postulaty i idee, które zanieczyszczają symboliczne środowisko ludzkich emocji. To ono ma moc wpływania na nasze codzienne życie, oczekiwania, marzenia. W ostatnich dekadach wdarło się także w sfery całkowicie nie dla niego przeznaczone, takie jak wartości i normy współżycia społecznego (trend zarządzania kulturą z lat 80. i 90.) czy nawet duchowość (corporate mindfullness ostatnich lat). Ono stawia poprzeczki i ono ma środki, by wymagać od nas traktowania ich jako obowiązujących. Wreszcie, ono stałą się lingua franca, nową łaciną, językiem powszechnie obowiązującym, imaginarium pospolitym, czymś w rodzaju współczesnej matury. Co zarządzanie zawiniło, zarządzanie powinno odkupić. I o tym właśnie chciałabym napisać w tym świątecznym czasie, odczuwam taką wielką potrzebę.
Psycholożka i naukowczyni Ramani Durvasula, autorka licznych publikacji naukowych i naprawdę dobrych popularnych książek, opisuje narcyzm w szerszym społecznym i kulturowym kontekście. Jest to zaburzenie osobowości szczególnie trudne, jako że właściwie uniemożliwia budowanie relacji. Relacje są dwustronne, wymagają wzajemnych dostosowań, dawania i brania, wzajemnej miłości, przyjaźni, budowania zaufania. Cała materia społeczna – rodziny, grupy znajomych, ale także organizacje, miejsca pracy, wreszcie wielkie instytucje społeczne – opiera się na ludzkich relacjach. Nasze bycie człowiekiem rozwija się i umacnia dzięki relacjom. Osoba narcystyczna nie umie tego robić, umie tylko brać, nie umie dawać. Potrafi zdobywać, uwodzić, czasami potrafi coś zaoferować, gdy widzi w tym potencjalną korzyść, zaspokojenie jakiejś swojej potrzeby. Ale nie umie dawać i nie rozumie wzajemności, bo nie posiada empatii. Po prostu brakuje jej tego zmysłu i nigdy się nie nauczy, nigdy się nie zmieni. Badania dr Durvasuli i innych specjalistów pokazują, że osobowość narcystyczna jest wyjątkowo niepodatna na terapię – sam narcyz nie widzi potrzeby zmiany, a gdy zostanie do tego nakłoniony, nie zmieni się trwale, nawet jeśli może chwilowo i punktowo zacząć się zachowywać bardziej współpracująco.
Innymi słowy, ta diagnoza nie rokuje dobrze. Jeszcze gorzej rokuje dla otoczenia osoby narcystycznej – to ono musi nieść społeczne i psychologiczne konsekwencje zaburzenia, wstyd i systematyczne problemy z innymi relacjami. Narcyz domaga się bowiem od innych ludzi zaspokajania swoich potrzeb i nie posiada zwykłych ludzkich zahamowań, wynikających z empatii czy wrażliwości na drugą osobę. Bliscy funkcjonują jak dwór lub jak niewolnicy, dostarczający panu i władcy wszystkiego na srebrnym talerzu, a przy tym niszczą i palą relacje ze wszystkimi wokół.
Narcyz wyraża stale swoje poczucie uprawnienia do wszelkich nagród, zaszczytów i sukcesów. Jeśli ich nie uzyska, to jest to wina otoczenia. Nie wynika to jednak z głębokiej miłości własnej, ale z wewnętrznej pustki – osoba narcystyczna nie ma poczucia równowagi, nie wie, po co robi to, co robi, jeśli nie zostanie obsypana pieniędzmi, zachwytami, sławą. Wszędzie węszy wrogów, których zwalcza z energią iście nadludzką, robi rzeczy, które wydają się nam, zwykłym szaraczkom, niemożliwe i niepojęte. Czyni to, bo czuje potrzebę odegrania się na kimś za coś, co odbiera jako ujmę w swojej dumie, plamę na swoim honorze. Narcyzowi są paranoiczni, często bezlitośni, okrutni, skłonni do depresji, ponieważ nie czują wartości tego, co robią, choćby nawet było to piękne i cenne (zazwyczaj jednak nie jest). Bez coraz to nowych potwierdzeń własnej wielkości, nigdy niekończącej się fali pochwał, ciągłego uwielbienia, czują w środku wielką ssącą próżnię. Możemy oddać im wszystko, co mamy – duszę, siły witalne – tego od nas właśnie oczekują, ba, tego wymagają i to od nas pobierają bez żadnych ograniczeń; mogą nas wyssać z sił witalnych, doprowadzić do choroby, obłędu, śmierci – i nie będą mieli dość. Nigdy nie będą mieli dość. Są nienasyceni.
Właściwie nazwa zaburzenia nie oddaje istoty rzeczy – Narcyz, piękny młodzieniec z greckiego mitu, zapałał miłością do własnego odbicia. Patologiczny narcyz nie jest w sobie zakochany, ale raczej pozbawiony społecznego termostatu, nie umie ogrzać się ciepłem ludzkiej miłości i współczucia. Dlatego musi stale podpalać Rzym. Myślę, że narcyzm powinien nazywać się neronizmem. Potworna samotność osoby narcystycznej, często połączona z innymi zaburzeniami osobowości, takimi jak psychopatia, socjopatia czy makiawelizm, nie czynią jej postacią godną zazdrości. Otoczenie takiej osoby poświęca swoją energię życiową, swój czas, swoją pracę, swój dobytek, wreszcie – swoją duszę, by narcyza na chwilę zadowolić, kosztem wszystkiego innego, wszystkich innych. Ogień narcyzmu pożera rodziny, społeczności, miejsca pracy. I definiuje im kategorie świata. Otoczenie przejmuje od narcyza miary, standardy, język, to, co narcyz uważa za wartości i normy. W ten sposób narcyzm staje się zaraźliwy, przenosi się tam, gdzie nie jest jego miejsce, toczy umysły i serca bliskich i znajomych. Narcyzm roznosi się przez relacje.
W naszych czasach neoliberalne zarządzanie uczyniło z narcyzmu wzorzec i model nie tylko normalny i powszechny, ale wręcz obowiązkowy. Wszystko jest pełne tego wzorca: kultura masowa, edukacja, przede wszystkim w szkołach biznesu, a z ich powodu w całym szkolnictwie wyższym, jak przekonuje w swojej najnowszej książce Martin Parker, brytyjski profesor zarządzania. Media, prasa, zdrowy rozsądek i nasz codzienny język. Nie zawsze tak było. Nawet ja, w końcu nie żaden Matuzalem, pamiętam całkiem inne czasy, inne postawy i języki. Jednak dominacja tego języka obecnie tak absolutnie określa nasz świat, że dla wielu osób „nie ma alternatywy”, nie jest do pomyślenia rzeczywistość, w której ważniejsza może być współpraca, niż indywidualne zwycięstwo, w której nauka to może być wysiłek zespołowy, nie gwiazdorstwo, w którym dobro wspólne jest najważniejsze. Opowiadamy o nas samych, o naszym życiu, o naszych celach i pragnieniach, jakbyśmy wszyscy byli narcyzami – robimy to nie dlatego, że wynika to z naszych głębokich potrzeb, ale ponieważ to jedyny język, jaki znamy. Język definiuje wyobraźnię i tworzy rzeczywistość. Zaczynamy sami także czuć w trzewiach tę pustkę, która jest losem osobowości narcystycznej, zaczynamy wypełniać ją „sukcesami”, konsumpcją, żarciem, alkoholem, działać bez zahamowań, bez empatii, bo – „tak trzeba”, „nie da się inaczej”.
Szwedzki profesor zarządzania Mats Alvessson opowiada w swej głośnej książce zatytułowanej „The triumph of emptiness” – „Triumf pustki”, o tym, jak narcystyczna gigantomania zdefiniowała w ostatnich dziesięcioleciach zarządzanie, a następnie cały świat. Każdy musi być „w światowym topie”, oblegają nas zewsząd rankingi, pomiary; pacjenci i studenci oceniają lekarzy i nauczycieli w systemach takich, jakich używa się do oceny atrakcji turystycznych, restauracji, hoteli. Wszyscy polerujemy nasze CV z taką pieczołowitością i takim nakładem środków i czasu, że nie starcza ich już na nic innego, na żadną treść, zawartość – i nikogo to nie interesuje, liczy się wyłącznie powierzchnia. Wszyscy siedzą przy niekończącej się partii pokera w ciemno, nikt nie powie „sprawdzam”, bo już sami nie wiemy, co miałoby być sprawdzane, kłamstwo stało się nową prawdą, nawet zyskało nową nazwę. „Post-prawda” to nic innego jak kłamstwo plus władza.
Powierzchnia jest wszystkim, ma być wszystkim, musi być wszystkim, ale nic nie wnosi w nasze życie ani w życie naszych organizacji, gdyż kryje pustkę. Ta pustka właśnie święci światowe triumfy, w przedsiębiorstwach, w polityce, w edukacji. To ona jest obowiązującym kanonem zarządzania. Błyszczące powierzchnie to iluzjonistyczne sztuczki, które są tak oderwane od zawartości, że nikt już o nią nie pyta. Powoduje to katastrofalne skutki, zmuszając do funkcjonowania w organizacjach, które wysysają z nas energię życiową i odbierają chęć do życia, nie wnosząc nic pożytecznego społecznie ani planetarnie. Taki styl zarządzania oparty jest na założeniach, że ważne są wyłącznie mierzalny przyrost ekonomiczny i wzrost konsumpcji, a drogą do nich są zewnętrznie definiowane „transparentne” standardy, oceny i cele. O ile szarlataneria biznesowa i reklamiarstwo istniały zawsze, to nową jakością jest absolutna powszechność, jaką system charakteryzuje się w naszych czasach i brak widocznych alternatyw. Alvesson twierdzi, że edukacja wyższa, wspierana przez media, cementuje i szlifuje ten model do coraz większej perfekcji, przy tej okazji likwidując własny sens i czyniąc z siebie równie pusty cymbał, jak system wartości społecznych, który buduje.
Wszystko to odbywa się kosztem utraty sensownego języka – słowa funkcjonują w oderwaniu od treści, zmieniają znaczenie. „Satysfakcja klienta”, „zrównoważony rozwój”, „nacisk na zasoby ludzkie” i wszechobecna „doskonałość” nie znaczą absolutnie nic, niczym hasła z epoki późnego PRL. Reakcją na te slogany są cynizm, depresja, pasywność lub złość, nawet furia, w tym także ta przejawiająca się w bardzo niebezpiecznych hasłach faszystowskich i pełnych nienawiści wrzaskach, których wciąż wokół nas więcej. Niektóre na pewno pochodzą z gardzieli psychopatów, ale niektóre mogą być wyciem człowieka pozbawionego języka posiadającego sens. W dzisiejszych czasach praktycznie każdy menedżer musi kompetentnie władać takim właśnie językiem gigantomanii i pustki.
Zarządzaniowa pustka rozprzestrzenia się poprzez relacje międzyludzkie, roznosząc bakcyla narcyzmu, śmiertelnego dla wspólnoty, radości życia, twórczości. W małych społecznościach ogranicza się do sieci bliskich i czasami znajomych osoby dotkniętej tą patologią. W wielkich systemach jest zarządzana z góry w dół. Narcyzm dosłownie skapuje w dół hierarchii, od naczelnego szefa, poprzez kierownictwo średniego szczebla, na sam dół i jeszcze niżej, do prekariusza, który nigdy nie będzie miał tego wypasionego BMW ani nie będzie latał pierwszą klasą, a jednak utożsamia się z takim stylem życia i z takimi wartościami, zamiast iść z towarzyszami na barykady i żądać godnej płacy za godną pracę. Tylko narcyzm skapuje na dół, nie bogactwo, jak w latach 80. obiecywali nam neoliberałowie w słynnym haśle „trickle-down effect”, głoszącym, że bogactwo skapuje ze stołu bogaczy na coraz niższe poziomy struktury społecznej i za lat 10, może 15 wszyscy będziemy Blake’ami Carringtonami z serialu „Dynastia”. Nie jesteśmy. Nie będziemy. Carrington przestał być Carringtonem, który wszak miał jakieś ograniczenia i względy dla innych. Stał się Trumpem, Murdochem, Zuckerbergiem, Muskiem, totalnie oderwanymi od reszty ludzkości i natury, nienasyconymi, jednym z 63 osób, które posiadają na własność więcej dobytku, niż uboższa połowa całej populacji Ziemi i których bogactwo stale rośnie, naszym kosztem. Stał się Neronem ze złota. A my wszyscy też staliśmy się Neronami, tyle że z prochu, z dymu, ze szmatek. Wierzymy, że nim jesteśmy, bo nasz język nie zawiera innych słów, bo nasza społeczna wyobraźnia nie pozostawia nam innych możliwości. Weźmy takie dwa, całkowicie fikcyjne przykłady z codziennego życia w pracy.
Wyobraźmy sobie Brendana, człowieka, który ma CV ze złota i brylantów, lecz ludzie mówią, że w poprzednich miejscach pracy miał jakieś problemy z oskarżeniami o mobbing i musiał się przenieść. Jest złotousty, jego mowa, zwłaszcza w stosunku do osób, które mogą mu coś dać lub pomóc w jego karierze, pełna jest superlatyw i pochlebstw, które wręcz wprawiają rozmówcę w zażenowanie. Obiecuje cuda. Przy tym jest interesującym facetem, ma ciekawe pomysły, poglądy, nosi się nieco ekstrawagancko, krytykuje establishment ostrymi słowy, czyta niebanalne lektury – jest osobowością, zwraca uwagę. Oczywiście, że został szybko awansowany – jak pokazuje w swoich badaniach profesor zarządzania Jeffrey Pfeffer, współczesne korporacje (i wszelkie inne organizacje) niemal automatycznie awansują na wysokie stanowiska takie właśnie osoby. Brendan jest socjopatą i narcyzem. Niech nas nie dziwi zatem, że po uzyskaniu awansu zmienia wszystko radykalnie, od wyglądu począwszy, poprzez poglądy i zainteresowania, a na gronie przyjaciół skończywszy. Z dnia na dzień. Na początek pozbywa się wszystkich, którzy go wspierali, robi to tak brutalnie, że otoczenie, przyzwyczajone wszak do różnych korporacyjnych działań, nie może długo uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Wszędzie opowiada o swoich nieprawdopodobnych (i słusznie, jeśli takimi się wydają) sukcesach. Wydaje na siebie cały budżet reprezentacyjny. W ciągu kilku miesięcy Brendan zatruwa atmosferę w swoim miejscu pracy, niszczy delikatną tkankę społeczną, kilka osób choruje lub poddaje się psychoterapii. Gdy także w obecnym miejscu zdesperowany podwładny oskarża go o mobbing, Brendan szaleje z poczucia krzywdy. Przecież on nikogo nie tyranizował, był wzorowym szefem, miał wielką wizję, której szaraczkowie nie umieli docenić. Jeśli cokolwiek w tej opowieści wydaje nam się nietypowe, dziwne, to na pewno nie postawa Brendana, nie to, co robił ani to, co mówił. Dziwne jest tylko to, że podwładny poszedł na skargę do naczelnego dyrektora.
A teraz weźmy inny przykład. Benio jest ulubionym kolegą w firmie, bratem łata, z każdym umie się dogadać, wszyscy go lubią. Jakimś cudem – zważywszy, że awanse są zarezerwowane dla Brendanów tego świata – został awansowany na dyrektora w dużej firmie. Wszyscy się cieszą, Benio wraz z nimi. Wkrótce zaczyna swoją działalność od obietnic, obiecuje rozwiązanie przeróżnych ciężkich problemów, awanse i podwyżki, utworzenie nowego działu i zatrudnienie nowych osób. Ludzie dostosowują do tych obietnic swoje plany, podejmują niekiedy bardzo poważne życiowe decyzje. Jednak obietnice nie są spełniane. Wielu osobom kariera kruszy się w oczach. Kilka osób wychodzi jak Zabłocki na mydle na swoich planach zatrudnienia i decyzjach z tym związanych. Benio natomiast wrzuca drugi bieg. Zaczyna nawoływać do realizacji wskaźników, wytycznych, odgórnych celów, które nie są przez podwładnych przyjęte za własne, a często nie są akceptowane, porównuje, kategoryzuje, nakłania do współzawodnictwa, upomina, degraduje jednych, awansuje innych, alienuje wszystkich. Co się stało z Beniem? Dlaczego zachowuje się jak socjopata? Obiecywanie i niespełnianie obietnic psuje relacje, a gdy ktoś posiada władzę, jest po prostu destrukcyjne. Miły, sympatyczny Benio jest w sercu empatą, ale rola społeczna, w którą wszedł, wtłacza go w system działania, który jest mu organicznie i brutalnie obcy. O ile strach i gniew budzi system zarządzania, w którym promowani są Brendanowie, to o wiele większą tragedią jest to, że Beniowie naszych firm i urzędów publicznych wtłaczani są w koszmarne prokrustowe łoże wykreowane przez tamtych. W lepszych czasach Benio nadal byłby bratem łata, kibicowałby zespołom, słuchałby ludzi i kiwał głową, niekiedy ze zrozumieniem, czasami pewno z ubolewaniem. Jego międzyludzki termostat mówiłby mu natychmiast, że atmosfera jest ciepła lub chłodna, że młoda pracowniczka potrzebuje wsparcia i zadań, z którymi lepiej sobie radzi. Nigdy nie popierałby samochwalstwa i nie zachęcałby do wyścigu szczurów. To wszystko, co robiłby w lepszych czasach Benio, to także jest zarządzanie.
To zarządzanie, które już istnieje i wcale nie trzeba wiele, by je rozpowszechnić, wystarczy zastąpić część dęcia w medialne trąby opowieścią dla pokrzepienia serc o Kooperatywie Dobrze, o Pracowni Gier Szkoleniowych, o Lokalu Vegan, o Spółdzielni Ogniwo… Nie istnieją idealne miejsca pracy i każda organizacja ma swoje mroki. Nie chodzi o ideał, ani nawet o utopię. Chodzi o inny język, inne imaginarium, które byłoby dostępne powszechnie jako lek na narcyzm. Nie można wyleczyć narcystycznej osoby, ale można wyleczyć relacje międzyludzkie, empatów, zwykłych ludzi, zresztą w taki sam sposób, jaki proponuje dr Durvasula – odsuwając się od narcyzmu lub przynajmniej rozumiejąc, że jest on patologią i współistniejąc z nią z pełną świadomością, że jest to ciężka choroba serca, nieuleczalna, a potem – z ulgą idąc w świat po ludzku, na ludzkich warunkach, w miłości i współczuciu.
Może pierwszym krokiem byłoby masowe odwrócenie się od słowa „zarządzanie”, jak radzi profesor Parker i powrót do innych określeń, które kiedyś używane były częściej na opisanie tego, czym zajmujemy się jako naukowcy, edukatorzy, praktycy. Najprościej byłoby nam po drodze z proponowaną przez Martina Parkera nauką organizowania. Kiedyś w naszym kraju obowiązywała nazwa „nauki organizacji i zarządzania”, mam dyplom magistra z tej dyscypliny. Może powinniśmy częściej mówić o kierowaniu – to polskie słowo używane od czasów Karola Adamieckiego, czyli od stu lat. Pojawiało się w nazwach instytutów, publikacji, pism i podkreślało ludzką stronę pracy osoby odpowiedzialnej, znanej wówczas jako kierownik, nie „menedżer” – ten ostatni pojawił się w naszym kraju dopiero w latach 90. A może powinniśmy częściej rozmawiać ze sobą, słuchać siebie nawzajem, zamiast patrzeć na Brendanów naszego świata, czy to z przerażeniem, czy z podziwem.
To nie brzmi jak model rozwiązujący problem? Bo nim nie jest. Nie mam rozwiązania ani tym bardziej modelu. Ale jestem przekonana, że wystarczy nas wypuścić na swobodę z prokrustowych pułapek obowiązkowego narcyzmu, a wymyślimy świat, w którym da się żyć i pracować. Zalążki już są. Nie tracąc ich z oczu, pozwólmy popłynąć gaszącym pożary łzom żalu, współczucia, ulgi, radości…
prof. Monika Kostera
przez Piotr Wójcik | czwartek 29 listopada 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
W każdym sklepie widzimy towary opatrzone cenami. Nie jest to dla nas niczym dziwnym, w konsternację wprawiałby natomiast brak cen – jak to, wystawiacie towar bez ceny, czy on jest za darmo? W gospodarce rynkowej, która według teorii powinna bazować na przejrzystej konkurencji, oczekujemy, że towar będzie dobrze opisany i opatrzony ceną, żebyśmy przypadkiem nie kupili kota w worku. Oczywiście często i tak kupujemy, bo etykiety niejednokrotnie wprowadzają w błąd, a też nikt nie ma w głowie kalkulatora i wszystkich informacji, żeby przeanalizować na poczekaniu, czy produkt jest rzeczywiście wart swej ceny. No ale przynajmniej w przypadku kupowanych dóbr, rzadziej już usług, konsumenci mają zapewniony elementarny dostęp do informacji. Jakimś dziwnym trafem reguły te w ogóle nie dotyczą jednak pracy.
Dzieje się tak, choć przecież w obecnym modelu gospodarczym naszą pracę również sprzedajemy na rynku, który nieprzypadkowo zresztą nazywany jest rynkiem pracy. O nie, zarobki na poszczególnych stanowiskach czy też płace konkretnych osób to w Polsce niezwykle chroniona tajemnica. Zapytanie kogoś spoza bliskiego kręgu znajomych o zarobki to grube faux pas, a ktoś domagający się jawności płac w firmie jest uważany za socjalistycznego wichrzyciela. W dodatku pełnego zawiści, bo chce zaglądać innym do portfela.
Zarobki ściśle tajne
Nad Wisłą psychoza prywatności i przeświadczenia, że zarobki to osobista sprawa każdego z nas, posunięte są do absurdalnych rozmiarów. W wielu firmach rozmawianie o zarobkach jest niedozwolone. W urzędzie, w którym pracowałem przez kilka lat, niemile widziane było rozmawianie o wysokości nagród uznaniowych – działo się to w administracji publicznej, w której wszystko powinno być maksymalnie transparentne. W niedawnej rozmowie radiowej niesławny prezes LOT Milczarski stwierdził, że nie poda swoich zarobków w 2016 r., bo to sprawa poufna między nim a firmą. Prezes spółki Skarbu Państwa, a więc należącej do nas wszystkich, nie chciał poinformować właścicieli firmy, w której pracuje, ile zarabia.
Znalezienie oferty pracy, w której oprócz obowiązków i wymagań jest wskazane również wynagrodzenie, to doprawdy święto. Wynagrodzenia nie podaje nawet wiele urzędów i jednostek budżetowych ogłaszających konkursy o pracę. Wysokość zarobków w Polsce owiana jest nimbem tajemnicy chronionej niczym informacje wrażliwe, takie jak dolegliwości, na jakie cierpi pacjent, zawarte w karcie choroby. W naszym kraju łatwiej wyciągnąć od kogoś PESEL albo numer rachunku bankowego, niż poznać kwotę jego dochodów.
Tymczasem kwestia zarobków to wcale nie jest sprawa osobista. Zarobki poszczególnych pracowników to sposób podziału przychodów trafiających do firmy. Jeśli ktoś zarabia nieproporcjonalnie dużo, to siłą rzeczy pozostaje mniej środków mniej na wynagrodzenie tych pod nim na drabinie płac. Wynagrodzenia to więc sprawa, która dotyczy co najmniej wszystkich w firmie. Ale to też sprawa publiczna i nie mówię tu tylko o sektorze publicznym, gdzie zarobki są w części regulowane, a dochody kierowników i stanowisk wyższych są jawne dzięki zeznaniom majątkowym. To sprawa publiczna, ponieważ sprawiedliwość jest kwestią publiczną. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, czy firmy funkcjonujące na rynku i oferujące swoje dobra lub usługi obywatelom, traktują sprawiedliwie pracowników. Na tej podstawie łatwiej nam podejmować decyzje konsumenckie. Obywatele mają też prawo wiedzieć, jakie zawody są szczególnie wysoko wynagradzane, a jakie wręcz przeciwnie, by móc to oceniać i wywierać nacisk np. na regulatorów. Rynek jest mechanizmem wyjątkowo sprawnym, ale na pewno nie jest sprawiedliwy. Aby móc oceniać werdykty rynku z punktu widzenia sprawiedliwości, musimy mieć pełny dostęp do informacji. A nie ma żadnego powodu, by rynek był świętą krową, której nie możemy oceniać z punktu widzenia sprawiedliwości, skoro oceniamy z tej perspektywy wszelkie inne obszary życia.
Przejrzyście jak w Norwegii
Dlatego należy wprowadzić w Polsce jawność płac, przynajmniej w jakimś zakresie. Generalnie można powiedzieć, że są dwa główne modele zapewnienia transparentności wynagrodzeń – niemiecki i norweski. Niemcy wprowadzili we wszystkich firmach zatrudniających od 200 wzwyż ograniczoną jawność płac wśród pracowników. Ma to zapobiec dyskryminacji ze względu na płeć. Oznacza to mniej więcej tyle, że każdy zatrudniony w firmie może złożyć wniosek o informację, ile przeciętnie zarabiają pracownicy odmiennej płci na tych samych stanowiskach. Jak widać, jest to mechanizm o bardzo ograniczonym działaniu. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by Polacy poszli dalej niż zachowawczy Niemcy i wprowadzili pełną jawność płac na poziomie zakładów pracy. Każdy pracownik firmy mógłbym wnioskować o informację o zarobkach dowolnego kolegi lub koleżanki z pracy. Byłoby to obowiązkowe w każdej firmie, nie tylko w tych dużych. Żeby kadry w wielkich przedsiębiorstwach nie zamieniły się w biura informacji płacowej, można by to ograniczyć – np. każdy pracownik miałby prawo do jednej takiej informacji na kwartał.
Dalej idącym, ale za to dużo prostszym rozwiązaniem, byłoby udostępnianie każdemu pracownikowi firmy listy płac w porządku alfabetycznym, z wymienionym obok stanowiskiem. Każdy zainteresowany mógłby podejść do kadr, wziąć odpowiedni segregator i rzucić okiem na to, ile zarabia interesujący go współpracownik. Banalnie proste i niewymagające wprowadzania biurokratycznej procedury.
O wiele bardziej zaawansowany jest model norweski. Tam jawność płac ma długą tradycję – już w XIX wieku każdy obywatel mógł się udać do urzędu skarbowego, by zdobyć informacje o dochodach innego rodaka. Obecnie wszystko odbywa się elektronicznie – w październiku udostępniane są informacje z zeznań podatkowych wszystkich obywateli za rok poprzedni. Każdy może więc sprawdzić przez stronę internetową dochody interesującej go osoby. Funkcja ta cieszyła się tak ogromną popularnością – dziennie bywało nawet kilkadziesiąt tysięcy wejść – że Norwedzy zmodyfikowali nieco tę funkcjonalność. Obecnie sprawdzany obywatel dostaje informacje, kto wyszukiwał jego dochody w bazie. Dzięki temu na serwerach norweskiej skarbówki nieco się uspokoiło. Trzeba pamiętać, że wprowadzenie takiego obostrzenia w Polsce i Norwegii mogłoby przynieść inne rezultaty. W Norwegii jawność ma długą tradycję i nikogo nie dziwi sprawdzanie dochodów innych obywateli. W Polsce sprawdzani mieliby zapewne niekończący się ciąg pretensji do osób ze środowiska, które „zaglądają im do portfela”. Choć z drugiej strony, po jakimś czasie ludzie przyzwyczailiby się i sprawa by spowszedniała.
Pytanie jednak, czy wprowadzenie modelu norweskiego do zafiksowanej na prywatności Polsce nie byłoby zbyt dużą rewolucją. W końcu w Norwegii kultura transparentności kształtowała się przez lata. Dlatego na początek chyba lepiej byłoby wprowadzić jawność płac na poziomie firmy – żeby Sarmaci znad Wisły nie poczuli się zanadto osaczeni. Na eksperymenty w nordyckim stylu przyszedłby czas później, gdy wynagrodzenia przestałyby być już tajemnicą pieczołowicie strzeżoną nawet wobec koleżanki z sąsiedniego biurka.
Jawność uzdrawia atmosferę
Co dałaby jawność zarobków? Przede wszystkim wprowadziłaby większą sprawiedliwość. Ograniczyłaby sytuacje, w których na tym samym stanowisku druga osoba zarabia więcej tylko dlatego, że ma lepsze dojścia do kierownictwa lub posiada większe umiejętności negocjacyjne. O różnicach w zarobkach pomiędzy osobami na konkretnym stanowisku powinny decydować wyłącznie transparentne kryteria, takie jak staż pracy oraz realne efekty. Dzięki jawności płac osoby, które czują się pokrzywdzone w swoim miejscu pracy, mogłyby się udać do kierownictwa z żądaniem podwyżki lub przynajmniej uzasadnienia różnic.
Mówi się, że jawność płac spowodowałaby napięcia w firmie. Jest zupełnie odwrotnie, to niejawność wprowadza niezdrową atmosferę, ludzie plotkują między sobą, kreują różne teorie spiskowe o zarobkach innych. W sytuacji jawności płac i przejrzystych reguł wynagradzania wszystkie karty byłyby na stole, nikt nie musiałby się domyślać, czy przypadkiem kolega z pokoju obok w nieuzasadniony sposób nie zarabia więcej. Każdy wiedziałby też, co musi zrobić, żeby podnieść swoje wynagrodzenie. Zamiast więc marnotrawić czas na plotki i zasięganie języka, mógłby się skupić na lepszej pracy. Jawność płac uzdrowiłaby sytuację w niejednej firmie i podniosła jej produktywność.
Powszechność płac na poziomie całego kraju dałaby rzeszom pracowników dostęp do informacji niezbędnych do walki z wyzyskiem. Pracodawcy mało płacący pracownikom często tłumaczą się w ten sposób, że sytuacja w branży jest trudna i muszą tyle płacić, bo inaczej splajtują. Dzięki jawności płac pracownicy wiedzieliby, czy konkurencja również płaci podobnie, czy jednak to w ich firmie panuje wyzysk. Dzięki temu mogliby naciskać na zarządy, by podnosiły płace do średniego poziomu w branży lub „głosowali nogami”, zmieniając pracę. Tak więc jawność nie tylko wzmocniłaby pozycję negocjacyjna pracowników, ale też spłaszczyłaby wynagrodzenia w kraju, a więc obniżyła nierówności ekonomiczne.
Plan minimum
W kraju tak zafiksowanym na prywatności, jak Polska, niezwykle ciężko byłoby wprowadzić powszechną jawność zarobków. Nawet wobec postulatu jawności płac na poziomie przedsiębiorstwa zapewne zawiązałaby się koalicja oponentów złożonych z lobbystów pracodawców oraz rzeszy potencjalnych milionerów, którzy są przekonani, że nie są bogaczami jedynie przejściowo. Jednak w tym przypadku absolutnie nie należałoby składać broni, bo sprawa jest do przeprowadzenia. W końcu kilka lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że możliwe jest ograniczenie handlu w niedzielę, a mimo wszystko do tego doszło. Jednak absolutnym minimum, którego powinniśmy się domagać, to informacja w każdej ofercie pracy o zarobkach przewidzianych na danym stanowisku. To sprawa, którą spokojnie można uregulować, a już taka informacja rzuciłaby sporo światła na zarobki w Polsce. Chociażby pracownicy starsi stażem wiedzieliby, czy nowo zatrudniani nie otrzymują wyższych pensji – na tej podstawie mogliby zgłaszać własne oczekiwania. Widzieliby także, czy w konkurencji płaci się więcej. Taka niewielka zmiana legislacyjna już niezwykle wzmocniłaby pozycję przetargową pracowników. Pracodawcy nie mieliby żadnych podstaw twierdzić, że narzuca się na nich jakieś nowe ograniczenia biurokratyczne – w końcu to kwestia jednej dodatkowej linijki tekstu w ogłoszeniu o pracę.
Ujawnienie wynagrodzenia we wszystkich ofertach pracy – mały krok dla legislatora, a wielki krok dla środowisk pracowniczych. Środowiska pracowników mają na koncie w ostatnim czasie pewne sukcesy, jak chociażby minimalna stawka godzinowa. Gdyby w przyszłym roku udało im się przynajmniej przeforsować tę jedną rzecz – publikację przewidzianego wynagrodzenia w każdej ofercie pracy – to już byłby to sukces. I kolejny kroczek w kierunku cywilizacji.
Piotr Wójcik
przez Meagan Day | niedziela 25 listopada 2018 | opinie
W neoliberalizmie sama możesz być własną despotyczną szefową. Nowe badania wskazują na alarmujący wzrost nowej, osobliwej formy cierpienia psychicznego. Nazwijmy ją „neoliberalnym perfekcjonizmem”.
Badania opublikowane przez Thomasa Currana i Andrew Hilla w czasopiśmie „Psychological Bulletin” wskazują na wzrost perfekcjonizmu. Autorzy (dwaj psychologowie) wyciągają wniosek, że „nowe pokolenia młodych ludzi postrzegają innych jako bardziej wymagających w stosunku do nich i sami wymagają więcej od innych oraz od siebie”.
Wskazując podstawową przyczynę rosnącej potrzeby doskonałości, Curran i Hill nie owijają w bawełnę: jest nią neoliberalizm. Ideologia neoliberalizmu czci konkurencję, zniechęca do współpracy, promuje ambicję i uzależnia osobistą wartość od osiągnięć zawodowych. Nic dziwnego, że społeczeństwa rządzone przez takie wartości sprawiają, iż ludzie są bardzo osądzający, a także napawają ich lękiem przed oceną przez innych.
Psychologia mówiła niegdyś o perfekcjonizmie jako o zjawisku jednowymiarowym – czymś, co jednostka kieruje wobec siebie. Podobnie używamy tego terminu w języku potocznym, mówiąc, że ktoś jest perfekcjonistą. Jednak na przestrzeni kilku ostatnich dekad badacze i badaczki uznali za użyteczne rozszerzenie tego pojęcia. Curran i Hall posługują się wielowymiarową definicją, obejmującą trzy rodzaje perfekcjonizmu: zorientowany na siebie, zorientowany na innych oraz społecznie narzucony.
Zorientowany na siebie perfekcjonizm to tendencja do narzucania sobie niemożliwie wysokich oczekiwań. Perfekcjonizm zorientowany na innych oznacza żywienie nierealistycznych oczekiwań wobec otoczenia. Ale „społecznie narzucony perfekcjonizm jest najbardziej wyniszczającym z trzech wymiarów perfekcjonizmu” – argumentują Curran i Hall. Oznacza on uczucie paranoi i lęku spowodowane ciągłym – i wcale nie całkiem nieuzasadnionym – poczuciem, że wszyscy czekają na twój błąd, żeby już na zawsze spisać cię na straty. To wyolbrzymione postrzeganie nierealnych oczekiwań ze strony innych skutkuje alienacją społeczną, neurotycznym przeprowadzaniem rachunku sumienia, uczuciem wstydu i braku własnej wartości oraz „poczuciem przytłoczenia jednostki własnymi patologicznymi obawami i strachem przed negatywną oceną społeczną, charakteryzującym się skupieniem na niedoskonałościach, wrażliwością na krytycyzm i porażki”.
Próbując określić, jak kulturowo uwarunkowany jest fenomen perfekcjonizmu, Curran i Hall przeprowadzili metaanalizę dostępnych danych psychologicznych, szukając trendów pokoleniowych. Odkryli, że osoby urodzone po 1989 roku w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie plasują się zdecydowanie wyżej niż poprzednie pokolenia na skali wszystkich trzech rodzajów perfekcjonizmu, a im później się urodziły, tym wyżej się na tej skali znajdują. Najbardziej dramatyczną zmianę obserwujemy w wymiarze społecznie narzuconego perfekcjonizmu: wzrastał on dwukrotnie szybciej niż pozostałe. Innymi słowy, młodzi ludzie z każdym rokiem coraz silniej doświadczają uczucia bycia ocenianymi przez rówieśników i rówieśniczki oraz szeroko pojętą kulturę.
Curran i Hall przypisują tę zmianę zwycięstwom neoliberalizmu i jego kuzynki merytokracji. Neoliberalizm faworyzuje rynkowe metody przypisywania wartości towarom, a utowarowieniu poddaje wszystko, co może. Od połowy lat 70. XX wieku neoliberalne reżimy polityczno-ekonomiczne systematycznie zastępowały własność publiczną i układy zbiorowe w miejscach pracy deregulacją i prywatyzacją, przedkładając jednostkę nad zbiorowość w samej strukturze społeczeństwa. Równolegle merytokracja – koncepcja, według której status społeczny i zawodowy są bezpośrednim wynikiem inteligencji, cnoty i ciężkiej pracy – przekonywała wyizolowane jednostki, że jeśli nie potrafią awansować, to widocznie są bezwartościowe.
Neoliberalna merytokracja, jak twierdzą autorzy, stworzyła bezlitosne środowisko, w którym każda osoba jest ambasadorką własnej marki, jedynym rzecznikiem produktu (samego siebie) i agentem sprzedaży własnej pracy na bezkresnym morzu konkurencji. Jak wskazują Curran i Hall, taki stan rzeczy „umieszcza silną potrzebę parcia naprzód, działania i osiągania celów w samym centrum nowoczesnego życia” w stopniu o wiele większym niż w poprzednich pokoleniach.
Cytują dane wskazujące, że młodzi ludzie są dziś mniej zainteresowani braniem udziału w aktywnościach grupowych dla zabawy. Troszczą się raczej o indywidualne dążenia, które sprawiają, że czują się produktywni lub napełniają ich satysfakcją z osiągnięcia celu. Gdy świat na każdym kroku żąda, żebyś udowodniła swoją wartość, a ty nie możesz pozbyć się podejrzeń, że szacunek twoich rówieśników jest bardzo warunkowy, przebywanie z przyjaciółmi może wydawać się mniej atrakcyjne niż zostanie w domu i skrupulatne pielęgnowanie profilów w mediach społecznościowych.
Curran i Hall twierdzą, że jedną z konsekwencji wzrostu perfekcjonizmu jest epidemia poważnych chorób psychicznych. Perfekcjonizm jest silnie skorelowany z lękami, zaburzeniami żywienia, depresją i myślami samobójczymi. Ciągły przymus bycia doskonałym i nieunikniona niemożliwość osiągnięcia tego celu zaostrzają symptomy chorobowe u osób, które były psychicznie wrażliwe na starcie. Nawet młode osoby, u których nie zdiagnozowano chorób psychicznych, częściej czują się źle, odkąd podwyższony poziom perfekcjonizmu zorientowanego na innych tworzy grupowy klimat wrogości, podejrzliwości i lekceważenia. W tym klimacie każdy podlega osądzeniu, oczekuje na ocenę grupy – a społecznie narzucony perfekcjonizm zawiera w sobie doskonałe rozpoznanie tej alienacji. W skrócie, konsekwencje wzrostu perfekcjonizmu wahają się od emocjonalnie bolesnych po dosłownie śmiertelne.
Jest jeszcze inna konsekwencja wzrostu poziomu perfekcjonizmu: czyni on trudniejszym budowanie solidarności, czyli tego, czego potrzebujemy, aby odeprzeć rzeźnię neoliberalizmu. Bez zdrowego postrzegania samych siebie nie zbudujemy silnych i rozległych relacji, a bez silnych i rozległych relacji nie możemy zjednoczyć się w liczbie, której potrzebujemy, żeby zatrząść porządkiem polityczno-ekonomicznym, nie mówiąc już o wywróceniu go.
Nietrudno dostrzec związki pomiędzy trzema wymiarami perfekcjonizmu a „kulturą call-outu” [„kultura wywołania po imieniu” – przyp. red.], czyli dominującym ostatnio na lewicy trendem. Sprawia ona, że każdy obserwuje każdego, czekając na śmiertelne potknięcie, nakładając na siebie niemożliwie wysokie standardy cnotliwej skromności i będąc sparaliżowanym przez tajony strach (znów, mający pewne podstawy), podszeptujący, że dla grupy jesteś zbędny, że twój dzień sądu jest tuż za rogiem. Ten schemat łączy się z innymi przejawami neoliberalnego, merytokratycznego perfekcjonizmu – od egzaminów na uniwersytet po obsesyjne pielęgnowanie instagrama. A ponieważ raczej nas dzieli niż jednoczy, to nie jest żadnym sposobem na budowę ruchu, który rzekomo chce uderzyć w centrum władzy.
Perfekcjonizm prowadzi do wzajemnej pogardy, lęku przed drugim człowiekiem, a w najlepszym razie do braku wiary w siebie. Uniemożliwia stworzenie solidarnych więzów i wspólne działanie, konieczne do zaatakowania neoliberalnego kapitalizmu, czyli zjawiska stwarzającego ten perfekcjonizm. Jedynym możliwym antidotum na atomizujący, alienujący perfekcjonizm jest odrzucenie totalnego indywidualizmu i ponowne wprowadzenie wspólnotowych wartości do naszych społeczeństw. To zadanie gigantyczne, ale w żelaznym uścisku neoliberalizmu zaciskającego się na naszej psychice – to jedyna droga naprzód.
Meagan Day
Tłum. Mateusz Trzeciak
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w styczniu 2018 r.
przez Jarosław Tomasiewicz | czwartek 22 listopada 2018 | opinie
Padł kolejny bastion lewicy. Brazylia.
Jeszcze niedawno Ameryka Łacińska stanowiła obiekt westchnień zachodnich lewicowców. Mieniąca się wszelkimi odcieniami czerwieni – od wenezuelskiego karminu po argentyński róż – kontrastowała z szarzejącą lewicowością Starego Kontynentu. Brazylia, największe państwo kontynentu, członek BRICS, zdawała się być stabilnym filarem lewicowego układu. Dynamiczny rozwój gospodarczy współgrał z ambitnymi programami socjalnymi, towarzyszyły temu postępowe przemiany kulturowe, a wszystko odbywało się w warunkach respektowania demokracji i praw człowieka. Porto Alegre było mekką alterglobalistów, a budżet partycypacyjny zaadaptowali nawet warszawscy liberałowie. Podziw rozciągał się na brazylijski model kulturowy – pamiętam zachwyty nad głębią brazylijskiej wielokulturowości, autentyzmem tamtejszej tolerancji, niedościgłej dla ludzi Zachodu. Brazylia jawiła się jako idealne środowisko nowoczesnej socjaldemokracji. I nagle wszystko to rozsypało się jak przysłowiowy domek z kart.
Władzę w kraju demokratycznie przejął „tropikalny Trump” (ba, Hitler nawet!) – Jair Bolsonaro, ucieleśnienie wszystkiego, czego lewica nienawidzi. W kraju, w którym ludzie o afrykańskich korzeniach stanowią połowę ludności, wygrywa rasista. Potężny ruch związkowy, z którego wszak wyrosła Partia Pracujących (PT), nie potrafił powstrzymać reprezentanta wielkiego kapitału. Nie pomogła mobilizacja kobiet #EleNao (swoją drogą – ewidentne naśladownictwo tożsamościowych kampanii północnoamerykańskich).
Jak to się stało? Wiadomo, że prawica wygrywa w Polsce (to tylko potwierdza złą opinię przeciętnego lewaka o kraju nad Wisłą), od pewnego czasu widać, że na całym „rasistowskim” Zachodzie sukcesy odnoszą populiści. Ale Brazylia?! Lewicowi komentatorzy próbują racjonalizować przegraną. Wyjaśnienia znajdują z reguły dwa. Pierwsze to jawna, brutalna stronniczość aparatu państwowego, który wyeliminował z wyborczej rywalizacji popularnego Lulę, oraz środków masowego przekazu, szczujących przeciw Partii Pracujących. Trudno się z tym nie zgodzić. Warto wszakże zauważyć, że z klasowej perspektywy to chyba naturalne, tymczasem euroamerykańska lewica tak przyzwyczaiła się do przychylności mediów, iż nie potrafi sobie wyobrazić odmiennej sytuacji.
Drugą przyczyną ma być zbyt mały radykalizm brazylijskiej socjaldemokracji, która zerwała z walką klas. To fakt, który zresztą dotąd jakoś nie przeszkadzał nowolewicowcom pielgrzymującym do Porto Alegre. Ale czy rzeczywiście brak radykalizmu jest przyczyną klęski? Przecież rewolucyjne masy mogły głosować na radykalnych lewicowców: Verę Lúcię z Socjalistycznej Partii Zjednoczonych Pracowników (PSTU), Guilherma Boulosa popieranego przez Partię Socjalizmu i Wolności (PSOL) oraz Brazylijską Partię Komunistyczną (PCB), João Vicente Goularta reprezentującego Partię Wolnej Ojczyzny (PPL), ewentualnie na Marinę Silvę – afrobrazylijską kandydatkę Zielonych. Ale nie zagłosowały: Goulart dostał 0,03%, Lucia 0,05, Boulos 0,58, Silva cały 1 procent! Masy zawiodły swoją awangardę.
To może i ja wtrącę swoje dwa grosze. Zastrzegam się, że nie jestem specjalistą od Brazylii. Nigdy tam nie byłem, nie znam portugalskiego. Moje refleksje na ten temat to opinia kogoś z zewnątrz. Jednak pewne kwestie mają wymiar po prostu zdroworozsądkowy. Zwrócę uwagę na trzy przyczyny klęski lewicy w Brazylii – takie, które chyba umykają innym komentatorom.
Pierwszą, najgłębszą jest paradoksalnie… sukces rządów PT. Brazylijskiej socjaldemokracji udało się wydobyć z nędzy miliony ludzi, rozrosła się liczebnie klasa średnia. Ale „byt kształtuje świadomość”: nowobogaccy mają inne aspiracje, nie interesują ich programy socjalne adresowane do biedoty. Nie chcą bonów żywnościowych, lecz nowych iphone’ów. Ba – wszelki „socjal” przeliczają na podatkowe obciążenia swoich dochodów (nawet jeśli tenże socjal im samym czy ich rodzicom pomógł kiedyś podnieść się z biedy). Swoje niezadowolenie brazylijska klasa średnia po raz pierwszy zamanifestowała w 2014 r., już wtedy dostrzec można było niechęć do PT. Tego problemu nie rozwiązała dotąd żadna partia socjaldemokratyczna – taki był wszak mechanizm rewolucji thatcherystowskiej, która doprowadziła do upadku welfare state w Wielkiej Brytanii.
Drugą przyczyną było zlekceważenie problemu przestępczości. Jest to jedna z tych kwestii, wobec których lewica tradycyjnie staje bezradna. Albo problem bagatelizuje i przemilcza, zakładając, że w socjalistycznym raju sam z siebie zniknie, albo – co gorsza – traktuje po doktrynersku. Niestety na lewicy pokutuje odrealniona wizja przestępczości, romantyzująca kryminalistów. Przestępczość postrzegana jest jako swoista forma walki klasowej, wojna biednych z bogatymi: wydziedziczeni na własną rękę dokonują ekspropriacji majątku burżujów. To bzdura, urojenie oderwanego od życia intelektualisty. Przestępczość jest de facto wojną biednych z biednymi – ofiarami kradzieży, pobić, gwałtów, zabójstw najczęściej padają inni mieszkańcy biednych dzielnic. Nie burżuje, którzy mieszkają w strzeżonych osiedlach, bawią się w drogich klubach, przemieszczają własnymi samochodami (pisałem o tym już lata temu w tekście „Al Capone i Robin Hood”).
Przyczynę trzecią widzę w forsowaniu przez PT i całą lewicę przemian kulturowych w oderwaniu od kontekstu. Brazylia była krajem wyjątkowo silnego maczyzmu, krajem, w którym sądy uniewinniały mężów za zabójstwo niewiernych żon w afekcie. I oto nagle, na przestrzeni mniej niż jednego pokolenia, Brazylia staje w awangardzie postępu obyczajowego: tu odbywają się największe parady równości, tu państwo uczy tolerancji wobec mniejszości seksualnych w szkołach i mediach, tu pary homoseksualne mogą zawierać małżeństwa. Nie ukrywam, że zdumiewała mnie szybkość transformacji brazylijskiego społeczeństwa – a zarazem zastanawiała wysoka liczba homofobicznych zabójstw, świadcząca, że ta transformacja nie przebiega bezboleśnie. A teraz jawny homofob wygrywa wybory grając homofobiczną kartą. Amerykanie mają na to określenie: backlash.
Nietrudno dostrzec, że wymienione przeze mnie przyczyny nie mają specyficznie brazylijskiego charakteru. W mniejszym lub większym stopniu występują też w Polsce, Francji, Stanach Zjednoczonych. Kryzys lewicy ma bowiem charakter globalny. Ze swej strony powtórzę, że kryzys lewicowości jest kryzysem politycznej poprawności. Lewica na ten kryzys wciąż widzi jedną receptę: więcej politycznej poprawności! Polityczna poprawność – kiedyś dodatek do lewicowości – teraz okazuje się esencją tejże. Zabawną rzeczą jest czytanie, jak próbujący wyrwać się z matni lewicowcy postulują stworzenie „lewicowego populizmu” (zgoda), dodając jednym tchem: „otwartego na mniejszości seksualne, imigrantów”. Populizm oparty na mniejszościach? Toż to oksymoron. Uzasadniać ma teoretycznie ową konstrukcję „postmarksizm” – koncepcja, że nie wszystkie niesprawiedliwości wynikają z kapitalizmu. Abstrahując od ewentualnej prawdziwości tego twierdzenia – to nie jest żaden „postmarksizm”, lecz zwyczajny „premarksizm”, głoszony przez wielu socjalistów utopijnych w XIX w. A właściwie – biorąc pod uwagę zaciekłą walkę Marksa ze zwolennikami takich poglądów – po prostu antymarksizm. I tak wracamy do punktu wyjścia.
Dobranoc Państwu. Miłych snów.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Piotr Wójcik | niedziela 18 listopada 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Najbardziej oburzającym mnie osobiście wątkiem z „taśm Morawieckiego” była kwestia omawiania pracy dla syna europosła Ryszarda Czarneckiego. Młody Czarnecki, Przemysław, obecnie poseł na Sejm, zdobył płatny staż w PKO BP po, uwaga, rozmowie z prezesem Jagiełłą. To prawdopodobnie pierwszy stażysta w banku, którego rekrutował sam prezes. Młody Czarnecki w PKO BP nie stażował długo, nie podobały mu się zarobki oraz rodzaj pełnionych obowiązków. Nie każdy młody na rynku pracy ma tyle szczęścia, by sprawa jego zatrudnienia stanęła na nieformalnym spotkaniu dwóch prezesów wielkich banków.
Do tej sprawy nie warto jednak podchodzić jednostkowo i pastwić się zbyt długo nad Morawieckim, Jagiełłą i Czarneckimi, ponieważ umknie nam podstawowy problem – kumoterstwo jako główny mechanizm zdobywania pracy w Polsce. Przykra prawda jest taka, że najmocniejsi na polskim rynku pracy są ci, którzy mają najlepsze sieci kontaktów. Znajomości to w Polsce podstawa zrobienia kariery w każdym z sektorów. Jeśli jesteś młodym absolwentem z niezłymi umiejętnościami, ale bez kontaktów, będziesz przez lata płacił frycowe, dziadował i pracował poniżej swoich kompetencji. Jeśli masz kontakty, to praca sama cię znajdzie – nawet jeśli masz jedynie średnie wykształcenie, jak młody Czarnecki, to najpierw dostaniesz płatny staż po rozmowie z samym prezesem, a potem zostaniesz nawet i posłem.
Stowarzyszenie dobrych znajomych
Przyjęło się uważać, że nepotyzm (zatrudnianie rodziny) oraz kumoterstwo (zatrudnianie znajomych), to problem w pierwszej kolejności administracji publicznej. Jest to całkowita nieprawda, ponieważ akurat rekrutacje do pracy w urzędach są najbardziej sformalizowane. Mowa tu zarówno o służbie cywilnej, jak i o urzędnikach samorządowych. Podczas pierwszej wstępnej selekcji odpadają kandydaci, którzy nie spełniają kryteriów obowiązkowych – np. wykształcenia lub stażu pracy. Następnie często są dwa etapy konkursu – egzamin pisemny i rozmowa. Do rozmowy przechodzą kandydaci z najwyższą ilością punktów, a sama rozmowa też często jest punktowana, przyjmując formę egzaminu ustnego wzbogaconego o pytania dot. mentalności czy doświadczenia. Oczywiście na każdym z tych etapów można spróbować dopomóc faworytowi. Można odpowiednio sprofilować kryteria obowiązkowe, by odsiać więcej potencjalnych konkurentów. W mniejszych urzędach, gdzie każdy każdego zna, można załatwić kandydatowi pytania konkursowe. W dużych urzędach to już nie takie proste – za rekrutacje odpowiada wyznaczona oddzielna komórka, której pracownicy niekoniecznie będą chcieli łamać przepisy tylko dlatego, że namawia do tego ktoś z innego departamentu czy wydziału. A podczas samej rozmowy można faworyta traktować łagodniej. Po pierwsze jednak, ustawione konkursy w administracji to mniejszość, po drugie, nierzadko zdarzają się przypadki, w których faworyt nie wygrywa – po prostu konkurent był na tyle dobry, że nie dało się go „uwalić”.
W sektorze przedsiębiorstw, szczególnie w mniejszych firmach, te wszystkie obostrzenia nie grają roli – pracę zdobywa ten, który ma ją zdobyć. Oczywiście w sektorze prywatnym dochodzi inny czynnik – konieczność osiągania zysku, by utrzymać się na rynku. Firmy prywatne niekoniecznie więc będą chciały zatrudnić kogoś, kto się do roboty nie nadaje, bo przecież stracą na tym. Tyle teorii, w praktyce wygląda to tak, że często o wakacie dowiaduje się tylko znajomy lub znajomy znajomego. Wielu przedsiębiorcom nie chce się prowadzić czasochłonnej rekrutacji, więc biorą tego, kto jest pod ręką – poleconego lub znajomego bez zajęcia. Z tej przyczyny szukanie roboty po znajomych to podstawowy sposób znajdywania pracy w Polsce. Rozpuszczamy wici wśród osób nam znanych, w różny sposób, dzięki portalom społecznościowym to jeszcze prostsze, no i czekamy na efekty. Gdy ich nie ma, to wtedy ewentualnie przeszukujemy ogólnodostępne oferty pracy. Sieci kontaktów zastąpiły w Polsce zobiektywizowane pośrednictwo pracy – liczy się to, kogo znasz, a nie to, co umiesz. Jeśli w sieciach towarzyskich jesteś możliwie blisko punktu koncentracji zasobów, to nie zginiesz, nawet jeśli jesteś średnio ogarnięty.
Kumoterstwo oczywiście przenika także do polityki oraz do trzeciego sektora. Biorące miejsca na listach dostają ci, którzy mają najlepsze kontakty w partiach. Gabinety polityczne w ministerstwach, do których przyjmowane są osoby bez konkursów, są również usiane przez ludzi, których główną zasługą jest obecność we wpływowym środowisku. Choroba też toczy polskie NGO’sy, które szybko zamieniają się w koterie towarzyskie. Wykorzystują swoje wpływy polityczne, by otrzymać granty, a następnie rozdysponowują frukta między członków. Zresztą wiele NGO’sów to wręcz przybudówki partyjne, prowadzone przez czynnych polityków, zwykle nie z pierwszego szeregu. Także media toczy choroba kolesiostwa i nepotyzmu. W przeróżnych redakcjach jest mnóstwo redaktorów czy redaktorek, których najważniejszą zasługą jest posiadanie wpływowych rodziców obracających się w odpowiednim towarzystwie.
Pokaż mi, kogo znasz, a powiem ci, kim jesteś
Kumoterstwo trawiące polskie społeczeństwo przynosi fatalne skutki ekonomiczno-społeczne. Przede wszystkim blokuje drogi awansu osobom spoza koterii towarzyskich. Oczywiście nie jest też tak, że ktoś spoza koterii nigdy nie zrobi kariery. Jednak jest to bez porównania trudniejsze i udaje się niewielkiej grupie osób. Za to osoby należące do koterii nawet nie muszą się specjalnie wysilać – zawsze się znajdzie ktoś, kto wyciągnie dłoń.
Ktoś powie, że przecież sieci kontaktów to nasza zasługa, sami je w pocie czoła tworzymy, chodząc na imprezki czy spotkania, w których można rozszerzyć swoje znajomości. Po pierwsze jednak o sieciach kontaktów decyduje w pierwszej kolejności urodzenie, a tego nie wybieramy. To, w jakiej rodzinie się urodzimy, a także w jakim mieście, w dużej mierze przesądza o towarzystwie, w którym będziemy się obracać. Po drugie nie każdy ma umiejętność łatwego zawiązywania relacji. W sprawiedliwym społeczeństwie nie ma obowiązku szkolenia się w gierkach towarzyskich, układzikach, szeptania na uszko wpływowych osób miłych słówek czy skutecznych „small talkach”. W sprawiedliwym społeczeństwie liczy się to, kto jakie ma umiejętności i jaki potencjał ich rozwijania.
Powszechne kumoterstwo psuje także kulturę organizacyjną kraju. Po pierwsze, osoby, które otrzymują pracę po znajomości, przestają być autonomiczne. Stają się uwikłane w sieć zależności i przysług. Po stronie pasywów muszą dopisać zobowiązanie wobec kogoś – dług, który prędzej czy później trzeba będzie uregulować. Sposobem spłacenia rachunku może być też niepodejmowanie pewnych czynności – na przykład wstrzymanie się od krytyki. W ten sposób w społeczeństwie szybko wykształcają się postawy konformistyczne. Ludzie wolą głośno nie piętnować nieprawidłowości, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy znajomość z danym delikwentem kiedyś się nie przyda.
Po drugie, w sytuacji, w której to relacje stają się dużo ważniejsze od kompetencji, ludzie zaczynają stawiać wszystko na to pierwsze. Zamiast skupiać się na jak najlepszym wykonywaniu zadań i rozwijaniu swoich umiejętności, trawią czas na budowanie własnej pozycji w sieciach towarzyskich. Gierki towarzyskie i rozszerzanie kontaktów staje się treścią działania danej organizacji – jej główne funkcje schodzą na dalszy plan. Nawet bardzo ideowe początkowo środowiska często zaczynają być zajęte głównie same sobą. Walka o idee przestaje być istotna, ważniejsze jest to, kto kogo wyciął. Takie postawy mogą sparaliżować organizację – staje się ona wsobna, sytuacja wewnętrzna jest ważniejsza niż otoczenie. To oczywiście szybko przekłada się także na całą sytuację ekonomiczno-społeczną w kraju. Spada produktywność, a na kluczowych pozycjach ustawiają się nie ci, którzy najwięcej potrafią, lecz ci, którzy potrafią zawiązywać najskuteczniejsze relacje.
Rodzinne pośrednictwo pracy
Skala kumoterstwa w Polsce nie jest dokładnie opisana. Różne gazety prześcigają się w tropieniu nepotyzmu i kolesiostwa w sektorze publicznym, publikując różne „listy hańby” PO czy PiS. Ale to tylko wycinek problemu, gdyż kumoterstwo trawi całą Polskę, a sektor publiczny wcale nie jest najgorszy – chociażby dzięki sformalizowanej rekrutacji w administracji publicznej. Trzeba się więc opierać na analizach wycinkowych lub danych miękkich, które są przygnębiające. W książce „Zatrudnianie po znajomości” Bartosz Sławecki opisał skalę kumoterstwa w polskich mikroprzedsiębiorstwach, czyli firmach zatrudniających do 9 osób. Dwie trzecie mikrofirm w Polsce rekrutuje wyłącznie nieformalnie. Nie publikują więc ofert pracy, lecz szukają pracowników wśród znajomych lub rodziny. Osoby polecone przez rodzinę lub po prostu członkowie rodziny to połowa pracowników zatrudnianych w mikroprzedsiębiorstwach w Polsce. Natomiast bez żadnych znajomości pracę w nadwiślańskich mikroprzedsiębiorstwach znalazło jedynie 16 proc. ich pracowników.
Skalę kumoterstwa w Polsce doskonale pokazują też dane ankietowe. W badaniu przeprowadzonym przez serwis Praca.pl aż 44 proc. ankietowanych wskazało, że ich kandydatury najczęściej są odrzucane, gdyż zatrudnienie zdobywa osoba po znajomości. To zdecydowanie najczęstsza odpowiedź – druga w kolejności, czyli bardziej doświadczony konkurent, zdobyła jedynie 24 proc. głosów. W badaniu przeprowadzonym dla portalu Absolvent.pl 59 proc. badanych stwierdziło, że pracę najłatwiej w Polsce zdobyć dzięki znajomościom, a 40 proc. przyznało, że z tego powodu odrzucono ich kandydaturę. Badanie przeprowadzone dla związku pracodawców „Lewiatan” pokazało zaś, że 57 proc. średnich firm oraz 63 proc. małych firm w Polsce zatrudnia osoby z polecenia. Natomiast w badaniu „Start na rynku pracy” aż 74 proc. ankietowanych studentów stwierdziło, że najważniejsze na początku kariery zawodowej są znajomości – to oczywiście najczęściej wskazywana odpowiedź.
Niezbędna zmiana kulturowa
Jak zerwać z kumoterstwem? Oczywiście to jest akurat niezwykle trudne, gdyż musi zostać przeprowadzona przede wszystkim głęboka zmiana kulturowa. W Polsce wciąż niezwykle mocno trzyma się przesadny familiaryzm, według którego wartości rodzinne są bez porównania ważniejsze niż wartości społeczne. To przekłada się na szersze relacje – lojalność odczuwamy w pierwszej kolejności wobec kręgu rodziny i znajomych, a dopiero w dalszej kolejności wobec wspólnoty. Polski patriotyzm to w dużej mierze wydmuszka – oparty jest o mity narodowe, którymi podbudowujemy własne ego, a nie o obowiązki obywatelskie i solidarność z innymi członkami społeczeństwa. Mentalnością w dużej mierze przypominamy społeczeństwa południowoeuropejskie, w których również dominują koterie towarzyskie oraz klientelizm. Praca u podstaw pokazująca wagę wartości wspólnotowych oraz obywatelskich będzie trwała lata.
Można się jednak pokusić też o twarde regulacje. Na przykład warto wprowadzić obowiązek dla firm powyżej stu pracowników ogłaszania wakatów w urzędach pracy lub w innych ogólnodostępnych miejscach. A następnie taka firma musiałaby na piśmie przedstawić przesłanki za zatrudnieniem tego kandydata, a nie innego. Z takim uzasadnieniem pracownik, który czułby się pokrzywdzony, mógłby iść do sądu pracy. Oczywiście należałoby też stworzyć uproszczoną procedurę rozpatrywania takich spraw, by sądy się nie zatkały. Wniosek do sądu nie wstrzymywałby zatrudnienia wybranej osoby, bo to mogłoby sparaliżować pracę firm, jednak poszkodowany kandydat mógłby otrzymać zasądzone odszkodowanie. Sama możliwość płacenia odszkodowania w wyniku ewidentnego skrzywdzenia lepszego kandydata mogłaby zniechęcić firmy do zatrudniania stricte po znajomości.
Kultura kolesiostwa zatruwa polskie relacje społeczne. Blokuje drogi awansu i utrudnia rozwój gospodarczy. Dotyczy to wszystkich sektorów – nie tylko sektora przedsiębiorstw czy NGO’sów, ale też bardzo wielu zawodów regulowanych, takich jak lekarze czy zawody prawnicze. W społeczeństwie, w którym prym wiodą koterie towarzyskie, a to, kogo znasz, przesądza o tym, kim będziesz, po prostu źle się żyje. Cierpią na tym nawet ci, którzy dzięki znajomościom coś zyskali – rachunek nie będzie przyjemny. Im szybciej skończymy z kulturą kolesiostwa, tym lepiej.
Piotr Wójcik
przez Karol Trammer | środa 14 listopada 2018 | opinie
W środę 17 października 2018 r., cztery dni przed wyborami samorządowymi, na peronie przystanku Jasienica Mazowiecka premier Mateusz Morawiecki i minister infrastruktury Andrzej Adamczyk ogłosili koncepcję „Kolej Plus”. Zaprezentowanie rządowego „Programu uzupełniania lokalnej i regionalnej infrastruktury kolejowej” – bo tak brzmi jego pełna nazwa – akurat w szczycie samorządowej kampanii wyborczej nie było przypadkowe.
Prawo, sprawiedliwość i kolej
Program „Kolej Plus” świetnie wpisał się w przedwyborczy przekaz Prawa i Sprawiedliwości o synergii rządu i samorządów: – „Gdyby udało się uzyskać synergię między władzami samorządową a rządową, można by uzyskać bardzo dużo” – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński, otwarcie sugerując, że tylko wybór do samorządów kandydatów z jego partii pozwoli województwom, powiatom i gminom uzyskać pełny dostęp do funduszy rozdzielanych na poziomie rządowym.
Założeniem koncepcji „Kolej Plus” jest właśnie przekazywanie przez rząd pieniędzy na rewitalizację linii kolejowych znaczenia regionalnego: obecnie albo nieprzejezdnych, albo nieczynnych w ruchu pasażerskim.
Jednym z celów na szybko napisanego programu „Kolej Plus” było ukazanie braku aktywności polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego i Platformy Obywatelskiej, rządzących w kadencji 2014-2018 prawie wszystkimi województwami. Na przykład dla województwa mazowieckiego – w którym od ostatniej reaktywacji połączeń, przywrócenia w 2009 r. pociągów do Góry Kalwarii, minęło już prawie 10 lat – program „Kolej Plus” zapowiedział powrót komunikacji kolejowej do Ostrowi Mazowieckiej i Sokołowa Podlaskiego. To jedne z największych w regionie miast pozbawionych pociągów pasażerskich.
Fala, której PiS nie zatrzymał
– „Od 1989 r. zlikwidowano wiele tysięcy kilometrów linii kolejowych. Najwyższy czas ten zły proces odwrócić. Dlatego ogłaszamy program »Kolej Plus«” – powiedział minister Adamczyk, chcąc tymi słowami ukryć własne grzechy. Albowiem tuż przed zaprezentowaniem koncepcji „Kolej Plus” zakończył się demontaż linii kolejowej Wolsztyn – Nowa Sól – Żagań, której cała procedura likwidacyjna została przeprowadzona w kadencji Adamczyka, i to po złożeniu przez PiS na przełomie 2015 i 2016 r. obietnicy o odejściu od likwidowania infrastruktury kolejowej. Rząd PiS nie miał też problemu z kontynuowaniem procesów likwidacyjnych rozpoczętych przez poprzednie rządy: w latach 2016-2017 Grupa PKP zleciła rozbiórki linii między innymi z Sulechowa do Świebodzina, z Kępna do Namysłowa, z Janowca Wielkopolskiego do Skoków, z Legnicy do Ścinawy oraz – bezpowrotnie odcinając od kolei powiatowy Golub-Dobrzyń – z Brodnicy do Kowalewa Pomorskiego.
Prawo i Sprawiedliwość – które przez trzy lata rządów, wbrew obietnicom, nie zatrzymało fali likwidacji infrastruktury kolejowej – potrzebowało czegoś, co w kampanii wyborczej pokaże, że tylko PiS, wytwarzając synergię rządu z samorządami, może być siłą polityczną gwarantującą rozwój kolei na poziomie lokalnym.
Tym bardziej, że gdy zbliżały się wybory samorządowe, politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonali się, że kwestia transportu publicznego oraz dostępności komunikacyjnej jest dla społeczności lokalnych istotniejsza niż dotychczas się wydawało.
Program potrzebny od zaraz
W lipcu 2018 r. na biurka wysokich urzędników państwowych trafił raport rządowego Centrum Badania Opinii Społecznej, który pokazał, że jedną z największych bolączek mieszkańców wsi i małych miast są problemy z dojazdem do większych ośrodków. Jak nieoficjalnie dowiedział się dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”, podobne tendencje wychodziły też z badań opinii publicznej zamówionych przez PiS na potrzeby wyborów samorządowych.
Przypomnijmy, że już pod koniec listopada 2017 r. do sejmu i senatu trafiła petycja, w której 75 podmiotów domagało się od rządu PiS wypełnienia złożonej dwa lata wcześniej obietnicy o odejściu od rozbierania linii kolejowych. Wśród sygnatariuszy petycji znalazły się nie tylko stowarzyszenia miłośników kolei, kolejarskie związki zawodowe i organizacje przewoźników kolejowych, ale przede wszystkim samorządy gminne, powiatowe i wojewódzkie, które zostały dotknięte problemem likwidowania infrastruktury kolejowej.
Wszystko to wpłynęło na podjęcie decyzji w Ministerstwie Infrastruktury o stworzeniu czegoś na kształt programu renesansu nieczynnych linii kolejowych. Tak powstał „Program uzupełniania lokalnej i regionalnej infrastruktury kolejowej”, okraszony – ogrzewającą się w blasku sukcesu programu „500 Plus” – marką „Kolej Plus”.
W rzeczywistości „Kolej Plus” to jednak tylko iluzja programu: to chyba najkrótszy dokument w historii programów rządowych – składa się z trzech i pół strony tekstu oraz jednej mapki. Program jest ogólnikowy: nie wskazuje kryteriów doboru ciągów do reaktywacji, nie określa trybu wpływania na samorządy wojewódzkie w zakresie oferty przewozowej na reaktywowanych liniach, zaś najważniejszą kwestię pieniędzy – w sytuacji gdy wartość zaproponowanych przedsięwzięć wynosi 6,9 mld zł – sprowadza do zaklęcia: „źródłem dofinansowania programu byłyby dodatkowe środki alokowane na szczeblu centralnym”.
Widać, że program „Kolej Plus” pisany był na szybko. Świadczy o tym chociażby taki drobiazg, że na dołączoną do programu mapkę sieci kolejowej wkradła się linia kolejowa Wolsztyn – Nowa Sól – Żagań, którą zlikwidowano i rozebrano przed prezentacją programu „Kolej Plus”.
W ogłoszeniu koncepcji „Kolej Plus” nie chodziło o szczegóły. Chodziło o to, żeby na peronie w Jasienicy minister Andrzej Adamczyk, dzierżąc w ręku „program”, mógł powiedzieć: „Nasi poprzednicy likwidowali szlaki kolejowe, zwijali je. My kolej rozwijamy”.
Fakt, że słowa te nie są do końca zgodne z prawdą, był w gorącym okresie kampanii wyborczej najmniej istotny.
Nieprzejezdne efekty
Paradoksalnie, jak na razie najbardziej widocznym skutkiem powstania koncepcji „Kolej Plus” jest… zablokowanie działań na rzecz reaktywacji nieczynnych linii kolejowych, dotychczas prowadzonych z poziomu lokalnego.
Już przekonały się o tym samorządy z Gór Izerskich, które – korzystając z możliwości dawanych przez ustawę o restrukturyzacji PKP – już od kilku lat prowadziły starania o przejęcie zarośniętych drzewami linii Gryfów Śląski – Mirsk i Mirsk – Świeradów-Zdrój w celu przywrócenia ich przejezdności oraz reaktywacji zlikwidowanych w 1996 r. połączeń pasażerskich do izerskiego uzdrowiska.
W 2017 r. – po uzyskaniu zapewnienia Grupy PKP, że linie przygotowywane są do przekazania samorządom – gminy Gryfów Śląski, Mirsk, Świeradów-Zdrój i samorząd województwa dolnośląskiego podpisały list intencyjny o współpracy w celu odbudowy infrastruktury i uruchomienia pociągów pasażerskich. Gdy pod koniec sierpnia 2018 r. trwały prace geodezyjne niezbędne do przekazania gminom linii kolejowej, samorządy zostały zaskoczone pismem, w którym Grupa PKP poinformowała, że linie Gryfów Śląski – Mirsk i Mirsk – Świeradów-Zdrój „nie mogą stanowić przedmiotu przekazania do zasobów gminnych”, gdyż zostały objęte rządowym programem „Pomoc w zakresie finansowania kosztów zarządzania infrastrukturą kolejową, w tym jej utrzymania i remontów do 2023 roku”. Problem tylko w tym, że program ten – który wejdzie w życie z początkiem 2019 r. – cały nieczynny 17-kilometrowy ciąg z Gryfowa Śląskiego do Świeradowa-Zdroju zalicza do najniższej kategorii utrzymania D i w rozdziale „Efekty realizacji programu” informuje, że na koniec 2023 r. nadal będzie on nieprzejezdny.
Nie minęły dwa miesiące od niespodziewanego przerwania trwających od kilku lat starań samorządów na rzecz przywrócenia połączeń kolejowych do Świeradowa-Zdroju i… temat ten objawił się jako jedna z wstępnych propozycji rządowego programu „Kolej Plus”.
Czerwone światło
Podobne problemy jak w Górach Izerskich – w obliczu ogłoszenia programu „Kolej Plus” – pojawiły się u stóp Gór Sowich, gdzie, w celu przywrócenia połączeń kolejowych do 30-tysięcznej Bielawy, już od kilku lat trwają starania samorządu województwa dolnośląskiego na rzecz przejęcia zlikwidowanej 6-kilometrowej linii kolejowej Dzierżoniów – Bielawa Zachodnia.
Zarządzająca wojewódzką infrastrukturą drogową i kolejową Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – która w latach 2009-2010 przejęła i przywróciła do życia linie z Wrocławia do Trzebnicy oraz ze Szklarskiej Poręby Górnej do Harrachova – przeprowadziła już inwentaryzację linii do Bielawy i wyceniła koszt jej odbudowy na 15-20 mln zł. Jednocześnie Koleje Dolnośląskie przedstawiły koncepcję obsługi połączeń do Bielawy poprzez wydłużenie relacji pociągów obecnie kursujących między Wrocławiem a Dzierżoniowem.
Teraz – po miesiącach ociągania się Grupy PKP z podjęciem decyzji o przekazaniu samorządowi województwa dolnośląskiego zlikwidowanej linii z Dzierżoniowa do Bielawy – pojawił się program „Kolej Plus” zapowiadający „odejście od dzisiejszej zasady przekazywania odcinków byłych linii kolejowych na własność jednostkom samorządu terytorialnego”.
Pracownicy Oddziałów Gospodarowania Nieruchomościami PKP – jednostek Grupy PKP odpowiedzialnych za nieczynne ciągi kolejowe – nigdy w rozmowach z samorządowcami nie ukrywali, że w kwestii przekazywania linii kolejowych wsłuchują się przede wszystkim w „decyzje na wyższych szczeblach”.
Zawarte w programie „Kolej Plus” słowa o odejściu od przekazywania samorządom nieczynnych linii kolejowych na własność – mimo że przynajmniej jak na razie nie są procedowane żadne zmiany ustawowe dotyczące tej kwestii – to wystarczający sygnał dla pracowników Oddziałów Gospodarowania Nieruchomościami PKP, by samorządom zainteresowanym przejęciem nieczynnych linii kolejowych zapalić czerwone światło.
– „Musimy sobie uświadomić, że plany związane z odtworzeniem linii kolejowej Gryfów Śląski – Mirsk – Świeradów-Zdrój trzeba odłożyć przynajmniej do 2023 r.” – oznajmiał swoim mieszkańcom burmistrz Mirska Andrzej Jasiński po otrzymaniu od Grupy PKP pisma z informacją, że nieczynne linie kolejowe jednak nie mogą zostać przekazane gminom. – „Można stwierdzić, że w następnej kadencji samorządów o kolei będziemy mogli rozmawiać tylko w kontekście znikających torów i degradacji dworców”.
Gdy u lokalnych włodarzy pojawiło się rozgoryczenie, rząd mógł wysłać społecznościom lokalnym sygnał, że samorządy nie radzą sobie z przywracaniem linii kolejowych do życia i dopiero rządowy program dla miejscowości bez dostępu do kolei – oczywiście połączony z synergią władzy rządowej i samorządowej – pozwoli na „usprawnienie procesu przygotowania i realizacji inwestycji kolejowych na terenie miejscowości”.
Plus minus kolej
Rząd programem „Kolej Plus” z jednej strony realnie spowolnił lub wręcz wstrzymał zainicjowane działania na rzecz reaktywacji nieczynnych linii kolejowych, a z drugiej strony przedstawił dość widowiskowe, ale mało realne propozycje budowy nowych linii kolejowych: ciągu łączącego linię Kraków – Zakopane z Myślenicami, linii z Konina do Turku, nowego przebiegu linii łączącej Lublin z Zamościem czy nowego ciągu łączącego Sokołów Podlaski z linią Warszawa – Białystok (dawny korytarz kolejowy z Sokołowa Podlaskiego do Małkini został zajęty pod nowy przebieg drogi wojewódzkiej).
Trudno nowe linie kolejowe zaplanować, zaprojektować i zbudować, w międzyczasie jeszcze wykupując grunty i uzyskując decyzje środowiskowe, w ciągu pięciu lat. A właśnie na pięć lat – od 1 stycznia 2019 r. do 31 grudnia 2023 r. – określono w programie „Kolej Plus” czas na wykonanie i rozliczenie wszystkich przedsięwzięć realizowanych w jego ramach. W rzeczywistości chodziło przede wszystkim jednak o to, by do mieszkańców miejscowości z mapki programu „Kolej Plus” wysłać sygnał, że jeśli wybiorą kandydatów gwarantujących synergię samorządów z rządem, to w ciągu jednej kadencji lokalnych władz – która, tak się składa, dobiegnie końca jesienią 2023 r. – otrzymają lub po latach odzyskają połączenia kolejowe.
W czasie kampanii wyborczej Ministerstwo Infrastruktury postanowiło nie odnosić się do głosów wątpiących w realność powstania nowych linii kolejowych w czasie pięciu lat. Dopiero dzień po ogłoszeniu przez Państwową Komisję Wyborczą wyników drugiej tury głosowania rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś oznajmił portalowi „Rynek Kolejowy”, że okres realizacji przedsięwzięć z programu „Kolej Plus” będzie mógł zostać przedłużony.
Równie dobrze można jednak założyć, że przedsięwzięcia z koncepcji „Kolej Plus” w ogóle nie zaczną być realizowane. Albowiem po zakończeniu kampanii wyborczej program „Kolej Plus” przestał być Prawu i Sprawiedliwości do czegokolwiek potrzebny.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/98 listopad-grudzień 2018); www.zbs.net.pl
Fot. Tomasz Chmielewski