Brazylia na wirażu

Jair Bolsonaro, prezydent-elekt Brazylii, zostanie głową republiki federalnej z nadania Partii Socjalliberalnej (PSL). Czy polityk ma coś wspólnego z centrolewicową i progresywną doktryną socjalnego liberalizmu?

Zacząć należy od stwierdzenia podstawowego faktu – Partia Socjalliberalna, wbrew nazwie, nie jest ani socjalna, ani liberalna. Jest to typowe ugrupowanie skrajnej prawicy z autorytarnymi i neoliberalnymi, ultrakapitalistycznymi zapędami. Wizja państwa, jaką oferują „socjalliberałowie”, to powrót do mrocznych czasów zimnowojennych oraz radykalnie prawicowych reżimów Pinocheta i Videla. Z jednej strony popierają konserwatyzm w sprawach obyczajowych, wykazują homofobię i mizoginię, a z drugiej forsują skrajnie wolnorynkowe rozwiązania w kwestiach ekonomicznych. Spoiwem łączącym ugrupowanie jest natarczywy militaryzm, szaleńczy antykomunizm i antylewicowość, a także nacjonalizm ukrywany pod hasłami „narodowego konserwatyzmu”.

PSL pod względem ideologicznym utożsamiać można z polskimi ruchami tzw. alt-right – formacjami Korwina i Ruchem Narodowym. Wyzbyci ideologiczno-programowej subtelności, „socjalliberałowie” sprowadzają wszystko do tanich i chwytliwych sztuczek PR-owych. Dla brazylijskich nacjonalistów jedyną receptą na rozwój gospodarczy są minimalizacja instytucji państwa opiekuńczego, gruntowne zliberalizowanie systemu ekonomicznego, obniżenie podatków, wprowadzenie podatku liniowego, powszechna prywatyzacja i decentralizacja. Politycy prawicowi dużo uwagi poświęcają kwestiom takim jak zwalczanie „ideologii gender”, blokowanie „lobby homoseksualnego”, „leczenie homoseksualistów” i utrzymanie konserwatywnej polityki aborcyjnej. Prymitywny antykomunizm w wydaniu PSL de facto polega na propagowaniu nienawiści i agresji wobec wszelkiej lewicy, również tej demokratycznej i niemarksistowskiej. W partii obowiązuje absolutny zakaz nawiązywania współpracy koalicyjnej z członkami ugrupowań uznawanych za lewicowe. Ta skrajnie konserwatywna, a wręcz reakcyjna wizja państwa spodobała się 55% brazylijskich wyborców, przy wysokiej frekwencji, wynoszącej w drugiej turze 78%.

Prezydent-elekt reprezentuje linię zasadniczo zbieżną z programem Partii Socjalliberalnej. Krytycy Bolsonaro uważają go za prawicowego populistę i faszystę. Czy jednak polityk skrajnie neoliberalny może być uznany za populistę i faszystę? Jest to mocno dyskusyjne i wydaje się, że Bolsonaro jest po prostu ideowym skrajnym prawicowcem. Z naukowego punktu widzenia neoliberalna wizja społeczeństwa Brazylii proponowana przez przyszłego prezydenta daleka jest od pierwotnych, korporacjonistycznych założeń faszyzmu czy narodowego socjalizmu.

Zachodni obserwatorzy często błędnie wiążą Bolsonaro z socjalnym populizmem poniekąd przez jego wizerunek – nacjonalista kreuje się na trybuna ludowego i obrońcę uciśnionych. Wizerunek ten jest absolutnie nietrafny, jednak przyczynił się do przejęcia przez skrajną prawicę elektoratu wywodzącego się z klas ludowych. W warunkach latynoamerykańskiej anarchii i bezprawia lewica niestety nie była w stanie zapanować nad coraz powszechniejszą w kraju anarchią, a rządy Partii Pracujących wiązały się z drastycznym wzrostem ulicznej przestępczości i bezradnością służb porządkowych – liczba morderstw przekroczyła obecnie próg 60 tysięcy rocznie, co daje liczbę zabitych większą niż w Syrii.

Bolsonaro oferuje ubogim proste rozwiązania – złodziejskie elity polityczne wsadzić do więzienia, domniemanych przestępców zabijać na miejscu, a wszystko się jakoś potoczy dalej. Brzmi to brutalnie i prymitywnie, ale należy pamiętać, że taki sam kit łyknęli wyborcy filipińscy, którzy tłumnie zagłosowali na nominalnie lewicowego autokratę Rodrigo Duterte, skądinąd często porównywanego do Bolsonaro.

Wzrost poparcia dla prawicy wiąże się również z procesem ewangelizacji Brazylii i silną pozycją protestanckich ruchów religijnych, wykazujących skrajnie konserwatywne, a nierzadko fundamentalistyczne odchyły. Wolnorynkowa i konserwatywna wizja świata łączy aktywistów Partii Socjalliberalnej i charyzmatycznych pastorów. Wyznawcy reformatorskich ruchów religijnych w olbrzymiej mierze pozostają zwolennikami bolsonarowskiej prawicy.

Protestanccy neofici, a zarazem fani PSL, to głównie kolorowi Brazylijczycy pochodzący z dzielnic nędzy, faweli. Kolorowych protestantów od głosowania na ich faworyta nie odstraszają nawet rasistowskie wypowiedzi białych polityków z bloku skupionego wokół PSL. Brazylia jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie krajem na świecie, ponad połowa ludności deklaruje się jako ciemnoskóra, a będą mieć prezydenta, który jest rasistą.

PSL i Bolsonaro nie są nastawieni wrogo wyłącznie do lewicowców, feministek i liberałów. Ich fobie dotyczą także ekologów. Niewykluczone, że rządy prawicy doprowadzą do zrujnowania ekosystemu Amazonii. „Trump tropików” chce zakazać działalności organizacji takich jak WWF czy Greenpeace, a przerażenie zielonych budzą zapowiedzi budowy w Amazonii autostrady i możliwe wyjęcie części obszarów kraju spod ochrony środowiskowej. Mówi się nawet o likwidacji ministerstwa środowiska…

Prawica w wyścigu wyborczym mało uwagi poświęcała polityce międzynarodowej. Ten element kampanii sprowadzał się w zasadzie do pustych sloganów – uwolnimy Brazylię i jej dyplomację od międzynarodowych ideologii. Przywrócimy jej ekonomiczną wartość i szacunek na całym świecie! – piał Bolsonaro. Z innych wypowiedzi nowego establishmentu krystalizuje się obraz Brazylii jako wiernopoddańczego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Bolsonaro zapowiedział już zerwanie stosunków dwustronnych z Kubą i przeniesienie ambasady w Izraelu do Jerozolimy. Wzorem amerykańskich neokonserwatystów i Donalda Trumpa, prezydent-elekt wrogo odnosi się także do Chin i krytykuje inwestycje dalekowschodniego państwa w Brazylii.

Objęcie sterów nad Brazylią przez twardą prawicę zadziwiło opinię publiczną, a jej postulaty wywołały niemałe poruszenie obserwatorów. Czy jednak poruszenie jest słuszne? Osoby zorientowane w tematyce nie powinny być nawet odrobinę zaskoczone kosmicznymi i prymitywnymi propozycjami Bolsonaro. Na podobne pomysły masowo wpadają przedstawiciele alt-right na starym i nowym kontynencie. Wiara w teorie spiskowe, skłonności do autorytaryzmu i maczyzmu, marzenia o powszechnym dostępie do broni – to tendencje wszechobecne w prawicowym internecie, z którego przebijają się one do mainstreamu i trafiają do wypowiedzi polityków z pierwszych stron gazet. Radykalizacja środowisk prawicowych nie jest jedynie problemem Brazylii, bowiem analogiczne procesy zachodzą w co najmniej kilkunastu krajach świata zachodniego.

Rządy Bolsonaro to także wina samej lewicy – w Brazylii uległa ona korupcji i nie była w stanie rozwiązać części problemów „szarych obywateli”. O ile pod rządami popularnego prezydenta Luli z biedy wyszło około 35 milionów obywateli, a przestępczość wymiernie spadła, to jego następczyni, Dilma Roussef utraciła kontrolę nad sytuacją. Nieudolne rządy Roussef i neoliberalnego Michela Temera przyczyniły się do ucieczki części zwolenników lewicy w ramiona ewangelickich pastorów. Co znamienne, to właśnie liderzy chrześcijańskich sekt stanowili rzeczywiste zaplecze sztabu wyborczego radykalnego prawicowca. Sama Partia Pracujących przesunęła się z wyraziście lewicowych pozycji w kierunku centrum i wyzbyła się konfrontacyjnego, klasowego języka. Zaowocowało to pozyskaniem wyborców w klasie średniej kosztem utraty biedniejszego i nierzadko zdesperowanego elektoratu. Programy takie jak Bolsa Familia i Fome Zero stały się górnym pułapem zmian socjalnych, jakie Partia Pracujących odważyła się zrealizować.

Gwoździem do trumny lewicy był sądowy zakaz startu w wyborach dla Luli w związku z oskarżeniami o korupcję. Eksprezydent został przez to zmuszony do przekazania poparcia mniej popularnemu Fernandowi Haddadowi. Luli zarzucano, że jedna z firm budowlanych wręczyła mu jako łapówkę luksusowy apartament – dowodem na to, że Lula przyjął nieruchomość, są wyłącznie zaznania samych łapówkodawców. Z kolei Haddad, niewyraźny lewicowy polityk i profesor akademicki przepadł w pojedynku z charyzmatycznym, elektryzującym tłumy Bolsonaro.

Istotne jest to, że zwolennicy prawicy masowo zmobilizowali się po nieudanym zamachu na życie Bolsonaro z września 2018 roku. Osławiony atak z użyciem noża przyczynił się do drastycznego wzrostu poparcia dla prawicowca i wykreował go jako męczennika patriotycznej, narodowej sprawy.

Wynik wyborów najpewniej wyglądałby zgoła odmiennie, gdyby to właśnie Lula stanął w wyborcze szranki. Badania opinii publicznej z września tego roku dawały Luli 37% głosów, w porównaniu do 22% Bolsonaro. Podobne tendencje wykazywały wszystkie pozostałe sondaże, w których uwzględniano kandydaturę lewicowego eksprezydenta. Zadeklarowani lewicowcy uznali eliminację Luli z kampanii za celowe działania brazylijskiej elity, od zawsze wrogo nastawionej do Partii Pracujących.

Jeszcze przed wyborami PSL i Bolsonaro wzywali do fizycznej rozprawy z Partią Pracujących i komunistami. Nie można wykluczyć, że marzenia prezydenta-elekta ziszczą się w ciągu najbliższych miesięcy. Bolsonaro swego czasu stwierdził, że jego przeciwników politycznych z lewicy należałoby rozstrzelać.

Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów reprezentant Partii Socjalno-Liberalnej obiecał, że „nie będzie już więcej flirtowania z socjalizmem, komunizmem, populizmem i lewicowym ekstremizmem”. W ostatnich dniach prezydent-elekt studził emocje, oznajmiając, „ci, którzy nie głosowali na mnie, nie muszą się martwić – nie będą prześladowani”. Czy można jednak ufać człowiekowi, który innym razem stwierdził: „jestem zwolennikiem dyktatury, demokracja nigdy nie rozwiąże poważnych problemów narodowych”?

Norman Tabor

Prof. Monika Kostera: Być obecnym

Prof. Monika Kostera: Być obecnym

Zeitgeist zabrał głos. Powiedział, że w przyszłości wszystko będzie się działo online. Zakupy, koncerty, flirty, leczenie, uczenie się, nabożeństwa – w sieci. A jeśli komuś marzy się staroświeckie ściśnięcie czyjejś graby, to jest dinozaurem zasługującym na wyginięcie. Fizyczność jest przestarzała, nieetyczna, niehigieniczna. Przyszłość należy do sztucznej inteligencji, a ludzie mogą co najwyżej się z tym pogodzić i upodobnić. Jednak Zeitgeist jest wybitnie słaby w przepowiadaniu przyszłości i niewiele z jego wyroczni wylądowało poza śmietnikiem historii, nawet gdy były poparte absolutną władzą Stalina czy spokojną rozwagą Thomasa Watsona z IBM. Tak będzie i tym razem.

Amerykański antropolog i politolog Timothy Pachirat opisuje w swojej najnowszej książce „Among Wolves” proces i założenia w etnograficznych badaniach społecznych. Podejmuje wiele wątków, które ważne są nie tylko dla samych naukowców, ale także dla tzw. szerokiego odbiorcy – dla wszystkich, którzy bywają podmiotem takich badań czy czytelnikami omówieni ich rezultatów. Książka jest pięknie napisana, w formie dramatu, którego bohaterami są doświadczeni badacze używający metod etnograficznych. Polecam serdecznie do przeczytania wszystkim, którzy nawet tylko epizodycznie interesują się naukami społecznymi, a wydawnictwom do przetłumaczenia na język polski i opublikowania. Czyta się jednym tchem. Nie będę zdradzać wszystkich wątków, przedstawię tylko jeden powracający motyw, dla mnie główny morał tej książki – obecność.

Dla autora badania etnograficzne (i nie tylko one, ale one zwłaszcza) to metodologia polegająca na nawiązywaniu bezpośredniej, wzajemnej i głębokiej więzi z badaną rzeczywistością, opartej na fizycznej obecności. Etnograf nie działa przez pośredników, nie wysyła ankieterów, nie operuje na cyfrach. Etnografia zyskuje swoją powagę naukową i wiarygodność dzięki obecności, being there. W słowach autora etnografia jest „najbardziej ludzką spośród metod”. Nie sama informacja ani wiedza, ani materiał badawczy, nawet nie dowody naukowe stanowią o wartości etnografii. Badacz nie jest neutralny ani obiektywny i siłą rzeczy staje się częścią badanego systemu, jego układów władzy i zależności. Dzięki warsztatowi jest w stanie, mimo, a także dzięki zanurzeniu, rzetelnie i pouczająco opowiedzieć o doświadczeniu. W interpretacji też wszystko zależy od obecności, która musi być uważna, oddana i pełna pokory. Dzięki obecności badacza w terenie i refleksyjności interpretacji, czytelnik ma szansę doświadczenia terenu „tak jakby tam był”, wyciągnięcia wniosków z osobistych nauk innych ludzi. Bo to głównie przeżycia, doświadczenia są materiałem dowodowym etnografii – zebrane i zrozumiane dzięki obecności badacza, a potem poprzez warsztat przeniesione na poziom, na którym stanowić mogą naukę dla osób, które tych doświadczeń osobiście nie przeżyły, mądrość niebanalną, eksplorującą, zdobytą nie tylko poprzez oczekiwane hipotezy, powtarzalne pytania badawcze, ale to, co stanowi niespodziankę, co zaskakuje, objawia.

Obecność jest ważna dla badacza świata społecznego i dla jego uczestników. Czasami badania pokazują jednocześnie obie strony tego fenomenu. Moja doktorantka Ewa Filipp od czasów studiów interesuje się przestrzenią i przeprowadziła kilka badań przestrzeni organizacyjnych w formie klasycznej etnografii (badaczka wchodzi do organizacji po to, by ją zbadać, a opuszcza po zbadaniu) i autoetnografii (badaczka bada samą siebie w swojej roli organizacyjnej, nie ma metodologicznego prawa, by wypowiadać się o organizacji, lecz może wyciągać wnioski o swojej roli organizacyjnej, oczywiście w pewnych ramach formalnych). Kilka lat temu badała jeden z polskich teatrów. Teatr zatrudniał pracowników różnych rodzajów, od aktorów, poprzez pracowników technicznych, na administracji skończywszy. Dzieliły ich płace, uprawnienia, warunki zatrudnienia, status społeczny – właściwie wszystko, co w organizacji może ludzi podzielić. Łączyła ich wszystkich przestrzeń znanego i lubianego budynku, jego zakamarki i tajemnice, historia, którą reprezentował. Zdarzało się, że spotykali się wszyscy podczas zebrań, ale bywało też, że przestrzeń budynku zbliżała ich przypadkiem, bo skracali sobie drogę, bo jego nieprzejrzystość powodowała, że niejedna osoba, nawet spośród starych stażem, czasami błądziła i znajdowała się w miejscu całkowicie nieprzewidzianym. Rozmówcy opowiadali Ewie, że przestrzeń jest troszkę magiczna, zakrzywiona, jak na teatr przystało tworzy iluzje, a może nawet przenosi ludzi w świat sztuki i zadziwienia. To nie dotyczyło tylko artystów, choć ich także. Panie sprzątające w teatrze opowiadały badaczce jak silnie są związane ze swoim miejscem pracy. Aby to zademonstrować, pokazały jej swój pokój służbowy, udekorowany kolorowymi muralami, urządzony z fantazją i widoczną miłością. Gdy zorganizowana została sesja fotograficzna z udziałem starszych stażem pracowników, którzy mieli zademonstrować swoje miejsce pracy, właściwie to oni sami, w sposób jak najbardziej spontaniczny, często proponowali wykonanie zdjęcia nie tylko ich samych, ale ich pracownicze przestrzeni – warsztatu, przedmiotów, miejsc, wśród których, czy wraz z którymi, stanowili dynamiczną całość. Wystawa fotografii szybko sama stała się elementem tej przestrzeni, i to mimo tego, że dyrekcja, nie rozumiejąc do końca jej znaczenia, zrobiła z wystawy coś w rodzaju wewnętrznej gabloty reklamowej, niejako ujmując ją w nawias i wyrzucając poza pracowniczą codzienność. Powstała fasada, którą, w trakcie spotkać i dyskusji pod zdjęciami, pracownicy w końcu oswoili i spletli ze swoimi historiami i relacjami, czyniąc częścią treści, jak zaznaczała Ewa: miejsca pracy i miejsca życia. Badaczka odnotowała, że ten przykład i inne, dotyczące geografii i kultury tego miejsca, miały dla ludzi wielkie znaczenie i były intensywnie przeżywane, bo właściwie każdy pracownik był naznaczony magią teatru i magia ta czerpana była z przestrzeni budynku, która dzielona była wspólnie.

Tymczasem przestrzeń, która otacza nas na osiedlach, w miejscach pracy, w przestrzeni publicznej, coraz rzadziej daje poczucie wspólnoty i przynależności. Anna Minton pisze o neoliberalnym mieście, z całymi obszarami będącymi inwestycją, wartością wyłącznie finansową, luksusowymi osiedlami otoczonymi ogrodzeniami, gdzie często w ogóle nikt nie mieszka. Jednocześnie przestrzeń wspólna jest coraz bardziej deprecjonowana i zaniedbana – nienaprawiane drogi, brud, nieodnawiane fasady i bezdomni, stały element brytyjskich miast. Jak reaguje się na nocujących w bramach pustych budynków, w których kiedyś mieściły się sklepy i biblioteki, a obecnie straszących w centrum miasta? Niestety nie w jedynie sensowny sposób, który pamiętam ze Szwecji lat 70. i 80., czyli oferując bezdomnym miejsce do mieszkania. W Brytanii instaluje się kolce, demontuje ławki w parkach, pokrywa przejścia betonowymi nierównościami. To tak zwana wroga architektura (hostile architecture), nieodłączny element pejzażu neoliberalnego miasta.

Neoliberalna przestrzeń publiczna nie jest (jeszcze) powszechna w Polsce, ale przestrzeń miejsc pracy bywa coraz bardziej zbliżona do standardów wytyczanych przez anglosaskich prekursorów. W Warszawie mamy całe obszary zimnych, szklano-aluminiowych biurowców, gdzie ludzie pracują w otwartych, bezosobowych przestrzeniach otwartych (open plan office). W Wielkiej Brytanii taka przestrzeń jest normą w miejscach pracy, także tam, gdzie, mogłoby się wydawać, zdrowy rozsądek woła o pomstę do nieba, czyli w kancelariach prawnych i na uniwersytetach. Dzieje się tak, mimo że badania naukowe od dawna i stale na nowo pokazują, że taka przestrzeń obniża produktywność, demotywuje, zwiększa stres, zwiększa ryzyko wypalenia. Na przykład już w 1979 roku Greg Oldham i Daniel Brass zademonstrowali, jak zmniejsza się satysfakcja z pracy i spada motywacja wewnętrzna pracowników przeniesionych do open plan office, a w 2008 roku bardzo podobne wyniki uzyskał Paul Roelofsen, dodatkowo ukazując obniżkę produktywności takich pracowników. Nie istnieje więc żadne sensowne wytłumaczenie tak intensywnego upierania się przy takich rozwiązaniach przestrzennych, mimo sprzeciwu pracowników, wbrew wiedzy naukowej inne, aniżeli zarządcze.

Jest to metoda kontrolowania ludzi, trzymania ich w ciągłym dyskomforcie. Stres i wypalenie nie są problemem, nie są też efektem ubocznym. Są efektem zamierzonym, to tak ma być. Ludzie mają czuć się stale śledzeni, pozbawieni prywatności, mają czuć stres i ciasnotę nawet tam, gdzie w istocie nie ma powodu do tłoczenia się. Pracownicy przy kasie i za ladą muszą stać cały dzień, nie wolno im na chwilę usiąść, nie dlatego, że przeszkadza to klientom (ciekawe, że w spółdzielczych sklepach nikomu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, jak pokazują moje badania terenowe organizacji alternatywnych), tylko dlatego, żeby byli bardziej zmęczeni, bardziej nie u siebie. Pracownicy mają marznąć w pracy. Nie ma to związku z ekologią ani nawet oszczędnością kosztów (choć większość decyzji menedżerskich obecnie wynika z małostkowej i krótkowzrocznej chciwości, zabrać jeszcze to, obciąć jeszcze to, ile się da zanim całość wreszcie się złoży jak sflaczały namiot?…) – widać to wyraźnie w anglosaskich miejscach pracy, gdzie nawet podczas chłodnych dni na cały regulator działa kosztowna klimatyzacja.

Ba, nawet klient nie ma czuć się komfortowo. Neoliberalne sklepy tak organizują swoją przestrzeń, że klient nie ma gdzie oprzeć torby przy kasie, często musi wyciągać daleko ręce tracąc równowagę, bo każdy centymetr zajęty jest przez dodatkowy prezentowany towar albo po prostu sztucznie ścieśniony. Niedawno robiłam zakupy w jednym ze sklepów w Sheffield, gdzie mieszkam przez część roku. Jest tu bardzo mało sklepów spożywczych niebędących własnością wielkich sieci, w ścisłym centrum nie ma ich praktycznie wcale. Są one wszystkie bardzo podobne pod względem asortymentu i organizacji przestrzeni. Gdy płaciłam, musiałam wykonać szereg niewygodnych ruchów, wyciągać ręce daleko przed siebie, obciążając kręgosłup w niekomfortowych miejscach. Kasjerka zaczęła mi pomagać, wykonując przy tym jeszcze bardziej akrobatyczne ruchy. Podziękowałam jej i poprosiłam, że jednak lepiej żebym ja sama, bo muszę to robić tylko czasami, a ona przez cały dzień pracy działa w nieergonomicznych warunkach. Ożywiła się, powiedziała, że ona bardzo interesuje się ergonomią i że to niesamowite, ile naukowcy wypracowali fajnych sposobów radzenia sobie z różnymi obciążeniami. „Ale dlaczego, mając tę cała wiedzę, musimy funkcjonować w takich warunkach? Nawet stosując wszystkie sztuczki, o których czytam, zawsze wracam do domu z bolącymi plecami” – dodała smutno. Pokiwałyśmy głowami. Nie mogłyśmy kontynuować rozmowy, bo zaczynała się formować kolejka, a ona jedna obsługiwała cały sklep. Oprócz skrajnie nieergonomicznej i ciasnej przestrzeni koło kas, w sklepie panuje też ciągły przenikliwy chłód. Pomieszczenie oświetlane jest sztucznym, niebieskawym światłem, sprawiającym wrażenie ciągłego migotania.

Również większość brytyjskich uczelni, jakie znam, funkcjonuje w bardzo podobnych budynkach z przewagą szkła i aluminium, salami wykładowymi z przezroczystymi ścianami, gdzie trudno się skupić, zimnym światłem, pustką dekoracyjną, przerywaną akcentami sprawiającej bezosobowe wrażenie, „hotelowej” sztuki i reklam, na których ludzie, na ogół bardzo młodzi, różnych płci i ras, obnażają zęby w ekstatycznym śmiechu. W ubiegłym roku byłam zaproszona na obronę doktorską przez pewną szkocką uczelnię. Dotarłam wieczorem i poszłam pozwiedzać uczelniane korytarze. Była bramka na wejściu, co jest w Brytanii normą, ale dostałam pełną przepustkę, więc mogłam chodzić sama bez przeszkód. Przestrzeń zachwyciła mnie, poczułam się szczęśliwa – drzwi do pokojów pracowników i do sal wykładowych były solidne, z drewna, ściany murowane, na korytarzach były kąciki z sofami i stoliczkami, gdzie ludzie mogliby sobie wspólnie usiąść i porozmawiać. Następnego dnia spotkałam na kawie przed obroną kolegów, którzy z mieszanką ulgi, bo idą na emeryturę, i głębokiego żalu, opowiadali mi, że właśnie uczelnia została przejęta przez nowy zarząd i pierwszą decyzją jest przeprowadzka do „nowoczesnych” oszklonych lokali. Stare budynki mają być wynajmowane firmom. Jeszcze zanim to się stanie, zarząd kazał „uporządkować” uczonym korytarze – wszystkie książki mają zniknąć, bo „robią złe wrażenie na odwiedzających”. Wiele uniwersytetów, brytyjskich, np. niedawno Bradford, i innych, np. Uniwersytet w Kopenhadze, wykonały takie przeprowadzki mimo protestów uczonych – stare budynki, tak lubiane przez pracowników i studentów, są wynajmowane, a nowe są całkowicie nieprzystosowane do pracy czy nauki na uniwersytecie. Administracja uczelni coraz częściej pracuje w biurach otwartych, a coraz częściej słyszę o tym, że również pracownicy naukowi i dydaktyczni zmuszeni się do pracy w otwartych przestrzeniach biurowych. Nie można się w takich warunkach skupić, nie sposób też rozmawiać ze studentami i niby wszyscy o tym wiedzą, a jednak zamiast coraz mniej, takich miejsc pracy jest coraz więcej.

Dlatego przywracanie ludzkiego wymiaru przestrzeni jest aktem radykalnym, rewolucyjnym wręcz, aktem reanimacji słabnącego ducha wspólnoty. Pięknie pisze o tym polsko-brytyjski uczony zajmujący się teorią architektury, Krzysztof Nawratek przywoływany w poprzednim felietonie. Nawratek przekonuje, że przestrzeń miejska jest kontekstem społeczności, miejscem ludzkiego współistnienia i budowania relacji. Przestrzeń sprawia, że możemy się spotkać, być obecni, co jest ważne dla etnografa, pragnącego zrozumieć procesy społeczne, jak pisze Timothy Pachirat, ale także dla nas wszystkich, uczestników życia społecznego. Moje badania w organizacjach alternatywnych pokazują, jak bardzo ważne dla ludzi są spotkania twarzą w twarz, że nic ich nie zastąpi, a internet przydaje się do rozwiązywania problemów i do spraw technicznych, ale prawdziwe życie organizacyjne dzieje się w ludzkich spotkaniach, w żywej przestrzeni. W końcu życie na Ziemi to obecność. Świadomość jest obecnością doświadczaną, możliwością spotkania innej obecności. Nadzieja zaczyna się od jednej osoby, a spotkanie drugiego – to my – a gdy istnieje my, to zaczyna się rewolucja, jak powiedział papież Franciszek.

prof. Monika Kostera

Zdjęcie pochodzi z dokumentacji projektu artystycznego „Bodies in Urban Spaces”.

Piotr Wójcik: Skończmy z mitem American Dream

Piotr Wójcik: Skończmy z mitem American Dream

Nie jest niczym dziwnym, że mit o American Dream wciąż trzyma się mocno. W końcu Stany Zjednoczone dominują na rynku modelowania umysłów. To z USA wciąż pochodzi większość kinowych blockbusterów oraz serialowych hitów. A mało kto tak potrafi zaprząc kino do działania dla sprawy, jak właśnie Amerykanie. Komercyjne filmy z USA nie tylko mają przynosić zyski, ale też podnosić na duchu i krzewić pozytywny obraz tego państwa, zarówno w kraju, jak i za granicą. Przykład pierwszy z brzegu, bo akurat oglądam – w hicie serialowym stacji ABC „Sposób na morderstwo” jednym z bohaterów jest Afroamerykanin sierota, który dostał się na prestiżowy wydział prawa, a już tam znana pani adwokat daje mu szansę, by dołączył do grupy studentów, która pomaga jej przy sprawach (niczego nie spojleruję, to wszystko jest w pierwszym odcinku). W tej grupie jest również czarna dziewczyna, prymuska, której przyszła teściowa zbudowała z mężem firmę od zera, co oczywiście wygłasza podczas jednego z dialogów, a teraz pławi się w luksusach (fakt zupełnie poboczny i nieistotny dla głównego wątku). Czyli każdy ma szansę, wystarczy się starać i troszkę dopomóc swojemu szczęściu, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. A że takie przypadki zdarzają się rzadziej niż sporadycznie? Tego widz nie musi wiedzieć – a nawet nie powinien.

Amerykanie podbijają też serca mentalnych potencjalnych milionerów setkami poradników – to z USA pochodzi większość najlepiej sprzedających się książek o tym, jak osiągnąć sukces. Żeby przypomnieć tylko legendarny poradnik „7 nawyków skutecznego działania” Stephena Coveya. Wspaniałość Ameryki promują również komiksy, muzyka i powieści. Doprawdy, przy tak zmasowanej propagandzie sukcesu, trudno się dziwić, że południową granicę USA codziennie forsują pielgrzymki migrantów z Ameryki Łacińskiej, spragnionych lepszego życia.

Amerykański styl życia

Oczywiście w tym zmasowanym przekazie płynącym zza oceanu nie chodzi tylko o przekonanie nas, że Ameryka jest fajna, a Amerykanie „cool”. Chodzi też o to, by promować tak zwany amerykański styl życia oraz amerykański model ekonomiczno-społeczny. Model, w którym sprywatyzowano niemal wszystkie usług publiczne, ze służbą zdrowia włącznie, ponieważ prywatny kapitał podobno dostarczy je sprawniej i taniej. Model, w którym ubezpieczenie zdrowotne każdy powinien opłacić sam, bo każdy ponoć sam wie, co jest dla niego najlepsze – więc jeśli ktoś nie ma ubezpieczenia, to znaczy, że go nie potrzebuje. Model, w którym uczelnie wyższe są nie tylko płatne, ale i bardzo drogie, ale za to każdy może wziąć na czesne kredyt studencki. Model, który wykształcił własne unikalne prawa człowieka, wśród których są prawo do posiadania broni, prawo do zadłużania się i prawo do jeżdżenia samochodem spalającym 20 litrów paliwa na 100 km. Model, w którym nierównościom pozwolono na niepohamowany wzrost, ponieważ najlepsi muszą być najlepiej wynagradzani, a ci na dole muszą mieć motywację, by się dorabiać.

Na usługach tego modelu jest właśnie mit American Dream, według którego w USA każdy pracowity obywatel spełni swoje marzenia. Snujące się zza oceanu narracje uwiecznione na przeróżnych nośnikach przekonują do tego mitu – a co za tym idzie: do samego modelu – marzycieli z całego świata, którzy z otwartymi szeroko ustami chłoną opowieści sukcesu w okolicznościach lśniących biurowców. Europa umiera, a Ameryka wciąż jest wielka właśnie dzięki temu, że wykształciła swój własny, mocno wolnorynkowy model. Jeśli ktoś chce powtórzyć sukces Ameryki, powinien wprowadzić podobny u siebie. Co prawda przy okazji skorzystają na tym w dużej mierze wielkie korporacje z USA, zasobne w kapitał, które tylko czekają, aż gdzieś na świecie uda się przekonać władze do prywatyzacji emerytur albo ubezpieczeń zdrowotnych. No ale to jest właśnie piękno wolnego rynku – ja zarobię, a ty będziesz miał się lepiej. Wolna konkurencja podmiotów kierowanych światłym egoizmem prowadzi do dobra i dobrobytu.

Gdyby tak rzeczywiście było, pierwszy postulowałbym przeszczepienie amerykańskiego modelu do kraju leżącego nad Wisłą. Problem w tym, że amerykański model nie sprawdza się nawet w USA – a jako że kopia zwykle jest słabsza niż oryginał, efekty w Europie byłyby zapewne jeszcze smutniejsze.

W jednym amerykański model bez wątpienia sprawdza się znakomicie – chodzi o tworzenie PKB. Z punktu widzenia PKB wytwarzanego na głowę mieszkańca USA są jednym ze zdecydowanie najzamożniejszych krajów świata. Gdybyśmy zapytali przypadkowego przechodnia o poziom PKB per capita w USA i np. we Francji, Niemczech czy Szwecji, to zapewne stwierdziłby, że jest porównywalny. Prawda jest jednak taka, że USA biją na głowę pod tym względem wszystkie kraje UE – poza Irlandią, ale mierzenie PKB w tym raju podatkowym mija się z celem. Zresztą PKB Irlandii sztucznie pompują też głównie korporacje amerykańskie – Google czy Apple. PKB na głowę w USA w 2016 r. wynosiło 58 tys. dolarów, tymczasem w Niemczech i Szwecji 49 tys. dol., w Wielkiej Brytanii 43 tys. dol., a we Francji 41 tys. W Polsce w tym czasie wyniosło 27 tys. dol. – oczywiście wszystkie te dane uwzględniają parytet siły nabywczej.

Bieda, która zabija

Jest to jednak marnym pocieszeniem dla milionów Amerykanów żyjących w biedzie. Zasięg biedy w USA porównywalny jest z krajami Ameryki Południowej, a nie z zamożnymi krajami Europy Zachodniej. Poniżej granicy ubóstwa w USA w 2016 r. żyło 18 proc. społeczeństwa, tymczasem w Wielkiej Brytanii 12 proc., w Niemczech jedynie 10 proc., w Szwecji 9 proc., a we Francji tylko 8. W niezamożnej Polsce poniżej progu ubóstwa w 2016 r. żyło 11 proc. obywateli. Oczywiście bieda jest względna – ubogi z USA ma więcej pieniędzy, niż ubogi z Polski. Tylko że bieda powoduje też wykluczenie społeczne. Milionów biednych Amerykanów średnio obchodzi, że mają więcej pieniędzy niż biedni Polacy – oni porównują się do swoich rodaków. I na własnej skórze odczuwają fakt, że przeróżne atrakcje oferowane przez amerykański model są poza ich zasięgiem – i będą takie zapewne do końca życia. Co jest tym bardziej bolesne w kraju tak nastawionym na prestiż i osobisty sukces, jak USA.

W USA nie tylko jest mnóstwo osób biednych – ubodzy w USA tracą też zdecydowanie więcej do nieubogich rodaków, niż ubodzy w większości krajów Europy. Wyrażane jest to w tak zwanym wskaźniku luki dochodowej. Przeciętne gospodarstwo domowe w USA żyjące poniżej granicy ubóstwa ma wydatki niższe od granicy ubóstwa aż o 40 proc. Tylko dwa kraje wykazywane przez OECD wyprzedzają USA pod tym względem – RPA oraz Włochy, których gospodarka przechodzi od co najmniej dekady poważne kłopoty (co ciekawe, gospodarka USA podobno ma się świetnie). W Wielkiej Brytanii luka dochodowa wynosi 36 proc., w Polsce 29 proc., w Niemczech 26 proc., we Francji 24 proc., a w Szwecji jedynie 23 proc. Inaczej mówiąc, ubodzy w Niemczech, Francji czy Szwecji żyją zaraz pod kreską, a tych z USA do pokonania granicy ubóstwa czeka długa droga.

Przy tak dużym zasięgu ubóstwa i dalekim dystansie, który dzieli ubogich w USA od reszty rodaków, w oczywisty sposób musi rosnąć łamanie prawa. W końcu działalność na czarnym rynku zaczyna się nie dlatego, że się wyssało mordercze instynkty z mlekiem matki, lecz dlatego, że nie widzi się szans na dorobienie się w legalny sposób. Ubogich w USA jest mnóstwo, ich dystans do reszty społeczeństwa jest bardzo odległy, więc i skłonność do chwytania się nielegalnych zajęć większa. Pod względem wskaźnika morderstw (liczba przypadków na 100 tys. mieszkańców) USA są wyprzedzane jedynie przez Łotwę, RPA, Rosję, Meksyk i Brazylię (spośród krajów wykazanych przez OECD). Wskaźnik zabójstw w USA to 4,9, tymczasem w Polsce 0,8, w podobno „terroryzowanej przez islamistów” Francji 0,6, w Szwecji, która ponoć „ma zaraz upaść” równe 1, w Niemczech 0,4, a w Wielkiej Brytanii 0,2. Poza krajami bałtyckimi, w żadnym kraju UE wskaźnik zabójstw nie jest wyższy od 2.

Jak sobie radzą Stany Zjednoczone z plagą przestępczości? Najprościej – masowo wsadzają ludzi do więzień. To w końcu prostsza metoda, niż żmudne reformowanie modelu ekonomiczno-społecznego. Wskaźnik inkarceracji to liczba osób w więzieniu na 100 tys. mieszkańców. Pod tym względem USA biją już na głowę wszystkich w OECD. Amerykański wskaźnik inkarceracji wynosi 655, a w drugiej pod tym względem Turcji – 287. W Polsce 199, w Wielkiej Brytanii 141, we Francji 102, w Niemczech tylko 78, a w Szwecji zaledwie 57.

Zdrowie dla nielicznych

W kraju, w którym brak powszechnej opieki zdrowotnej, miliony obywateli nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, a usługi zdrowotne są piekielnie drogie, musi fatalnie wyglądać ogólny poziom zdrowia obywateli. Dwa najważniejsze wskaźniki badania poziomu zdrowia w społeczeństwie to przeciętna długość życia oraz umieralność niemowląt. Pod względem długości życia USA przypominają kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Średnia długość życia w USA to niecałe 79 lat, czyli dokładnie pół roku więcej niż w dużo mniej zamożnej Polsce i pół roku mniej niż w Czechach. W Niemczech i Wielkiej Brytanii długość życia to 81 lat, a we Francji i Szwecji ponad 82 lata. W Stanach Zjednoczonych umiera 6 niemowląt na tysiąc urodzeń żywych, czyli dokładnie tyle, ile w Rosji. W Polsce i Francji umierają 4 niemowlęta na tysiąc urodzeń żywych, a w Niemczech ponad 3. W Szwecji notuje się tylko 2,5 zgony noworodków na tysiąc urodzeń.

USA trapią też przeróżne problemy społeczne. Jednym z nich jest chociażby epidemia otyłości. Jak wiadomo, współcześnie na otyłość cierpią głównie ubodzy, a nie bogaci. Zamożni mogą zadbać o podniebienie i apetyt, a zarazem nie przytyć, dzięki zdrowemu i niskokalorycznemu pożywieniu. Mają też czas i pieniądze na regularne treningi oraz trenerów personalnych czy dietetyków. Ubodzy muszą się żywić jedzeniem niskiej jakości, które zwykle obfituje w tłuszcze nienasycone oraz węglowodany, za to ma niewiele białka. Prowadzą często nieregularny tryb życia, od fuchy do fuchy, co zniechęca do regularnego dbania o siebie. Oczywiście w USA otyłość nie wynika jedynie z zasięgu ubóstwa, ale przede wszystkim z amerykańskiego stylu życia, opierającego się o przesadną konsumpcję, co jest zresztą typowe dla krajów z wysokimi nierównościami, w których konsumpcja to element prestiżu oraz tłumienia stresu. Na nadwagę lub otyłość cierpi aż 71 proc. Amerykanów. Więcej jest jedynie w Meksyku i Chile. W Europie takich osób jest wyraźnie mniej – na nadwagę cierpi 53 proc. Polaków, 51 proc. Niemców, 49 proc. Szwedów i 46 proc. Francuzów.

Patologii społecznych w USA jest zresztą więcej. Nic dziwnego – na pewnym poziomie zamożności na skalę patologii społecznych wpływa już nie ogólny poziom bogactwa, lecz poziom nierówności. W USA są one wysokie, więc i patologii społecznych jest więcej, niż w krajach zachodniej UE. Kolejnym przykładem mogą być nastoletnie ciąże. W USA notuje się 21 takich przypadków na tysiąc kobiet w wieku 15-19 lat. W Wielkiej Brytanii 14, w Polsce 13, a w Niemczech zaledwie 7. Wskaźnik nastoletnich ciąż we Francji wynosi 9, a w Szwecji jedynie 5. Kogo pod tym względem USA przypominają najbardziej? Na przykład Indie (25), Jordanię (23) czy Albanię (21).

Jak widać, urodzenie się w Stanach Zjednoczonych nie jest największym szczęściem, które może w życiu spotkać. Nie wiadomo, czy gdybym urodził się w USA, nie żyłbym właśnie grubo poniżej granicy ubóstwa, albo nie siedział w więzieniu. Nietrudno też zarobić tam kulkę. Oczywiście zakładając, że nie umarłbym podczas porodu, co jest tam o połowę bardziej prawdopodobne niż w Polsce. Pomimo większego zgromadzonego bogactwa, wskaźniki dobrostanu społecznego w USA są znacznie gorsze od krajów zachodniej UE, a nawet od Polski. Pewnie należę do mniejszości, ale jeśli miałbym wybierać, czy żyć w USA, czy nad Wisłą, nie wahając się wybrałbym to drugie. W Polsce może jest skromniej, ale przynajmniej nie tak dziko.

Piotr Wójcik

Zdjęcie pochodzi z https://www.sanders.senate.gov

Piotr Wójcik: Czy lewica powinna popierać euro?

Piotr Wójcik: Czy lewica powinna popierać euro?

Lewica ma problem z euro. Nie jest w stanie się jednoznacznie określić, czy je popiera, czy jednak nie. Nic dziwnego – stosunek do wspólnej europejskiej waluty to jeden z największych dylemat, przed jakimi stoi polska lewica. Euro jednoznacznie kojarzy się z integracją europejską, która ma wiele niekwestionowanych zalet. Przede wszystkim wiąże nas z regionem, w którym standardy socjalne są na najwyższym poziomie na świecie. Oczywiście można mnóstwo zarzucić systemom gospodarczym krajów UE, które od lat 90. systematycznie się liberalizowały, a proces ten dosięgnął nawet krajów nordyckich. Nie zmienia to faktu, że właśnie w krajach Europy panują relatywnie najbardziej sprawiedliwe porządki ekonomiczno-społeczne. Nie we wszystkich rzecz jasna, jednak jeśli chcielibyśmy szukać prymusów standardów socjalnych i egalitaryzmu, to znaleźlibyśmy je właśnie w Europie. Jest kilka innych regionów świata równie zamożnych, co Europa, jednak ich systemy socjalne są już dużo gorsze. W USA panują niewyobrażalne wręcz nierówności, a wiele stanów pogrążonych jest w patologiach społecznych. W Korei Południowej oraz Japonii nierówności są niższe, jednak w krajach tych ludzie poświęcają się pracy do tego stopnia, że członkowie rodzin ledwo się znają. Jeśli dla wielu Europejczyków Kanada wydaje się również przyjemnym miejscem do życia, to właśnie dlatego, że jest najbardziej podobna do Europy.

Jednak fakt, że euro kojarzy się z integracją europejską, to trochę za mało, żeby lewica miała popierać wspólną walutę. Aby to robić, musiałaby sobie odpowiedzieć na trzy kluczowe pytania. Czy euro rzeczywiście tej integracji pomaga, czy może wręcz przeciwnie? Czy euro wzmacnia europejskie systemy socjalne, czy jednak je osłabia? Dodatkowo, dla lewicy w naszym regionie Europy ważna jest jeszcze jedna kwestia: czy euro pomaga krajom Europy Środkowo-Wschodniej w konwergencji (czyli doganianiu w poziomie rozwoju najzamożniejszych krajów UE), czy ten proces spowalnia? We wszystkich tych obszarach euro wypada… niekorzystnie z lewicowego punktu widzenia.

Generator eurosceptycyzmu

Obecnie nie budzi już większych wątpliwości, że kraje południa Europy wpadły w tak wielkie tarapaty gospodarcze podczas ostatniego kryzysu właśnie dlatego, że przyjęły wspólną walutę. Można dyskutować, na ile to była wina samej konstrukcji strefy euro, a na ile modeli ich gospodarek. Jest jednak pewne, że gdyby nie przyjęły euro, wpadłyby w bez porównania mniejsze perturbacje gospodarcze. Kurs ich walut by spadł, dzięki czemu stałyby się bardziej konkurencyjne, więc ich gospodarki w miarę szybko dostosowałyby się do nowych warunków. Pozbawione tego mechanizmu wpadły w długotrwałą recesję, która przybrała gigantyczne rozmiary. Grecja w 2006 r. była krajem z PKB per capita według parytetu siły nabywczej na poziomie 96 proc. średniej UE. Obecnie jej poziom rozwoju to 67 proc. średniej UE, a więc spadła nawet za Polskę i Węgry, do poziomu Łotwy. Hiszpania spadła z poziomu 103 proc. średniej UE do 92 proc., Włochy ze 108 proc. do 96 proc., a Cypr ze 105 proc. do 84 proc.

Nieprzypadkowo właśnie te kraje należą obecnie do najbardziej eurosceptycznych. Coraz większy sprzeciw wobec obecnego kształtu UE wzbiera wcale nie w Polsce czy na Węgrzech, ale właśnie tam, gdzie uderzył kryzys strefy euro. Według Eurobarometru 2018 przeciętnie w UE 60 proc. ankietowanych dobrze oceniało członkostwo swojego kraju w UE, a 12 proc. źle. W Grecji pozytywnych odpowiedzi było już tylko 45 proc., za to negatywnych 21 proc. We Włoszech odpowiedzi pozytywnych było jedynie 39 proc., a negatywnych 17 proc. Tylko 52 proc. Cypryjczyków pozytywnie ocenia członkostwo Cypru w UE, a negatywnie 13 proc. Tymczasem w Polsce pozytywnych odpowiedzi było aż 70 proc., a negatywnych… 5 proc. Nawet na Węgrzech pozytywnie członkostwo w UE ocenia 61 proc. pytanych, a więc nieco więcej niż średnia. Bardzo pozytywnie o UE wypowiadają się za to kraje skandynawskie, które nie należą do strefy euro. Integrację UE dobrze ocenia 68 proc. Szwedów i aż 76 proc. Duńczyków – to rekord.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że euro jest jedyną przyczyną eurosceptycyzmu. W końcu w czołówce najbardziej eurosceptycznych państw są też Czechy i Chorwacja, które w strefie euro nie są. Bez wątpienia jednak za eurosceptycyzm na południu Europy oraz w coraz bardziej eurosceptycznej Francji odpowiada w pierwszej kolejności wspólna waluta i jej negatywne skutki dla systemów ekonomiczno-społecznych. We Włoszech władzę przejęła koalicja, która z krytyki euro i postulatów opuszczenia strefy stworzyła fundament swojego przekazu (szczególnie tyczy się to Ligi). We Francji według sondażu „Le Figaro” Front Narodowy zdobyłby 21 proc. głosów do PE – prawie tyle, co wciąż jeszcze pierwszy En Marche Macrona (21,5 proc.). Grecja już dawno opuściłaby euro, gdyby nie to, że w obecnej sytuacji takie jednostronne wyjście mogłoby ją wpędzić w jeszcze większe tarapaty – kurs nowej drachmy byłby żałośnie niski, tymczasem zadłużona jest w euro. Euro nie jest więc jedyną przyczyną eurosceptycyzmu, ale jest jedną z głównych przyczyn. Hamuje procesy integracyjne, a nie je wzmacnia.

Wróg ambitnej polityki społecznej

Z lewicowego punktu widzenia najważniejsza powinna być jednak odpowiedź na pytanie, czy istnienie euro ułatwia prowadzenie ambitnej polityki społecznej, czy wręcz przeciwnie. W sytuacji walut narodowych i ich płynnych kursów, politycy mają większe pole działania. Mogą prowadzić aktywną i szeroko zakrojoną politykę społeczną, gdyż wiedzą, że w razie kłopotów gospodarczych stabilizatorem będzie kurs waluty. On spadnie, co spowoduje wzrost konkurencyjności eksportu i sytuacja wróci do normy. Wspólna waluta nie tylko ogranicza im pole działania, ale w krajach o słabszych gospodarkach, które nie mają zaawansowanych produktów, wręcz wymusza ograniczanie świadczeń socjalnych. Świadczenia socjalne finansowane są ze składek i podatków – im one wyższe, tym wyższe koszty pracy, a więc niższa konkurencyjność. Kraje nie mające tak rozchwytywanych za granicą produktów, jak Niemcy, muszą sobie radzić dbając o konkurencyjność kosztową. Jest ona tym ważniejsza, że po przyjęciu wspólnej waluty ich kurs walutowy został sztucznie podniesiony – w końcu to waluta także silnych Niemiec i Holandii. Wspólna waluta tworzy więc nacisk na zwiększanie konkurencyjności bezpośrednio przez obniżanie kosztów, a pośrednio przez obniżanie świadczeń socjalnych. W innym przypadku kraj jest skazany na stagnację. Można oczekiwać, że gospodarka się zmodernizuje i sama będzie tak silna jak niemiecka, ale na to można czekać dekady. A koszty społeczne powstają tu i teraz.

Nic więc dziwnego, że spośród krajów nordyckich, które mają najbardziej rozbudowane systemy zabezpieczenia społecznego, a co za tym idzie podatki, tylko Finlandia weszła do strefy euro. Szwecja i Dania, choć mają bardzo konkurencyjne gospodarki, wolą nie pozbawiać się bezpiecznika, jakim jest płynny kurs walutowy. Gdyby się go pozbawiły, w razie recesji jedynym wyjściem byłaby dewaluacja wewnętrzna, a więc demontaż ich systemów socjalnych. I jak na razie wychodzą na tym dużo lepiej. Finlandia utrzymała swój szczodry system zabezpieczenia społecznego oraz bogatych usług publicznych. Wydatki budżetowe są w Finlandii drugie najwyższe w UE – wynoszą 56 proc. PKB (średnia unijna to 46,3 proc.). Jednak skazała się w ten sposób na stagnację. W 2008 roku jej poziom rozwoju wynosił 121 proc. średniej UE. Obecnie już tylko 109 proc. W Szwecji poziom rozwoju w odniesieniu do średniej UE spadł w tym czasie tylko nieznacznie – ze 127 proc. do 122 proc., co wynika po prostu z procesów konwergencji. Poziom rozwoju Danii się nie zmienił – wciąż wynosi 125 proc. średniej UE.

Jedynym krajem w UE, który ma wyższe wydatki publiczne niż Finlandia, jest Francja (56,4 proc. PKB). Także ona obecnie jest w stagnacji. Prezydent Emmanuel Macron chce to zmienić poprzez pakiet reform. Na czym one polegają? Oczywiście na deregulacji rynku pracy oraz zniesieniu niektórych zdobyczy socjalnych. Wzbudza to zrozumiały sprzeciw Francuzów, ale czy można się dziwić takim planom prezydenta Francji? W warunkach wspólnej waluty nie ma innej recepty na odzyskanie konkurencyjności, niż dewaluacja wewnętrzna. Jeśli Francuzi chcą wyrwać się ze stagnacji, muszą przynajmniej upodobnić swoją gospodarkę do Niemiec. Czyli zrezygnować z własnego, dużo bardziej etatystycznego i socjalnego modelu.

Hamulec konwergencji

Jest też sporo dowodów na to, że przyjęcie wspólnej waluty wyhamowuje proces konwergencji. Kraje naszego regionu, które stoją na niższym poziomie rozwoju niż zachodnia UE, mają niedoszacowane waluty. Ich realne PKB per capita, czyli z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej, jest zdecydowanie wyższe, niż PKB per capita przeliczone na euro po kursie rynkowym. To im pomaga, gdyż uatrakcyjnia ich eksport, który staje się dla zagranicznych nabywców tańszy. Dzięki temu mogą generować wyższy wzrost i szybciej doganiać bogatsze kraje. Gdy zbliżą się do poziomu średniego w UE, będą mogły zadziałać w kierunku aprecjacji własnej waluty – np. poprzez podniesienie stóp procentowych. To spowolni wzrost, ale dzięki temu ich obywatele dostaną do ręki droższą walutę, a więc będą mogli sobie pozwolić na większe zakupy zagraniczne – czy w to kraju (import), czy podczas podróży turystycznych. Konwergencja się dokona, a więc szybki wzrost nie będzie już tak istotny. Jednak kraje regionu, które już teraz przyjmują wspólną walutę, wychodzą przed szereg i de facto doprowadzają do aprecjacji własnej waluty zanim dokona się jeszcze konwergencja. Dostają więc do ręki twardą walutę, lecz utrudniają sobie dogonienie krajów zamożnych. Dzieje się tak, ponieważ pozbawiają się wobec nich przewagi niskiego kursu waluty – przyjmując tę samą walutę, co one.

Doskonale widać to na przykładzie Słowacji i Słowenii. W obu przypadkach przyjęcie euro po pierwszym roku doprowadziło do wzrostu PKB per capita na tle średniej unijnej – to efekt samego przyjęcia dużo droższej waluty. Jednak potem następowała stagnacja konwergencji. Słowacja przyjęła euro w 2009 roku. W 2010 r. jej PKB per capita skoczył z poziomu 71 proc. średniej unijnej w 2009 r. do 74 proc. Potem do roku 2013 konwergencja następowała w wolnym tempie 1 pkt. proc. rocznie, czyli do poziomu 77 proc. Jednak od 2013 r. Słowacja przestała już zupełnie doganiać średnią unijną. W 2017 r. wciąż jest na poziomie 77 proc. Słowenia przyjęła euro w 2007 r., będąc na poziomie rozwoju 87 proc. średniej unijnej. Dzięki przyjęciu euro ten poziom skoczył do 90 proc. rok później, jednak w 2009 roku Słowenia wpadła w recesję i spadła do poziomu 85 proc. W 2017 roku jej poziom rozwoju również wynosił 85 proc. średniej unijnej. Jak wygląda na tym tle Polska? W 2009 r. byliśmy na poziomie zaledwie 59 proc. średniej UE, jednak w 2017 r. już 70 proc., czyli nadrobiliśmy 11 pkt. proc., a Słowacja jedynie 6. W okresie 2009-2017 Polska konwergencja następowała więc prawie dwukrotnie szybciej niż słowacka.

Można oczywiście twierdzić, że było warto. Słowacy dostali do ręki twardą walutę, a więc stali się zamożniejsi. Jednak ich zamożność pozostaje głównie na papierze – ewentualnie widać ją, gdy wyjadą za granicę. Wtedy rzeczywiście są nieco zamożniejsi niż Polacy. Jednak w kraju tego nie odczuwają, z tego względu, że oprócz zarobków równolegle wzrosły też ceny. Wiele osób z południa Polski pamięta czasy, gdy na Słowację jeździło się po tańsze zakupy. Obecnie poziom cen na Słowacji wynosi 69 proc. średnich cen unijnych, a Polski 56 proc. Godzinowy koszt pracy na Słowacji to 11,1 euro, a w Polsce 9,4 euro. Rzeczywiście, Słowak zarabia więcej. Jednak jeśli to przeliczymy przez poziom cen, czyli nałożymy parytet siły nabywczej, to godzinowy koszt pracy Słowaka to równowartość 16 euro, a Polaka 17 euro. Realnie zarabiamy zatem więcej, choć nasz poziom rozwoju na tle średniej UE jest o 7 pkt. proc. niższy.

***

Wspólna waluta jest zawalidrogą wobec wartości, które są ważne dla lewicy. Na pewno nie sprzyja integracji krajów kontynentu, a są dowody na to, że ją utrudnia, generując eurosceptycyzm w części krajów strefy. Bez wątpienia utrudnia też prowadzenie ambitnej polityki społecznej, szczególnie w państwach ze słabszymi gospodarkami. Dodatkowo są przesłanki, by twierdzić, że spowalnia proces konwergencji. Jest wiele obszarów integracji, które należy popchnąć naprzód – chociażby wspólna polityka bezpieczeństwa. Lewica mogłaby też postulować wprowadzenie wspólnych standardów socjalnych, które byłyby ustalane dla każdego kraju przy użyciu tych samych wskaźników w odniesieniu do poziomu rozwoju lub średniej płacy. Popieranie przez lewicę ekspansji strefy euro jest kręceniem na siebie bata.

Piotr Wójcik

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Każdego roku późnym latem powracają rozważania dotyczące września 1939 i pytanie „czy mogło być inaczej”. U niektórych powoduje to odruch alergiczny, jednak w istocie zadawanie tego pytania nie jest bezsensowne. Jeżeli przyjmiemy, że historia nie jest procesem rządzonym przez rygorystyczny determinizm, faktycznie wykluczający wolność czynnika ludzkiego, i decyzje kształtują historię, historie niebyłe stanowią rewers tej rzeczywistej. A jeżeli uwarunkowania geopolityczne i stosunki sił są stałymi wywierającymi bardzo znaczący wpływ na losy narodów, minione lekcje trzeba przerabiać. Szczególnie takie, w przypadku których wynikiem końcowym była katastrofa państwa i narodu.

Jeden z nurtów alternatywnych analiz dotyczących roku 1939 opiera się na przemyśleniach poświęconych rozkładowi wysiłków państwa w latach poprzedzających wojnę, w szczególności w aspekcie środków finansowych. Wychodząc od ubóstwa i niedofinansowania Wojska Polskiego w godzinie próby, autorzy próbują wskazać obszary, w których inwestycje okazały się niepotrzebne, względnie przeznaczone na nie środki można było spożytkować ze znacznie większą korzyścią dla zdolności obronnych armii i państwa. Chłopcy do bicia bywają różni. Mogą być nimi marynarka wojenna (która w istocie okazała się bezużyteczna w starciu z Niemcami, a zasadnicza jej część musiała uchodzić do Wielkiej Brytanii – zapomina się jednak, że ten rodzaj broni był kalibrowany pod kątem starcia ze Związkiem Sowieckim, w przypadku którego jego perspektywy byłoby znacznie lepsze) lub legendarny bombowiec PZL.37 Łoś (ten, chociaż stanowił drzwi, przez które polski przemysł lotniczy miał przejść do kolejnego etapu nowoczesności, sam w sobie krytykę znosi już wyraźnie gorzej). Jednak aspirujące do większej fundamentalności krytyki przedwrześniowego stanu rzeczy biorą za cel Centralny Okręg Przemysłowy. Rzekomo przeznaczone na jego stworzenie środki można było spożytkować o wiele bardziej efektywnie. Niektórzy autorzy przeliczają wydatki na COP wprost np. na dywizje pancerne, twierdząc, że zamiast budować przemysł można było wystawić 6 takich dywizji.

Budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, w odniesieniu do której decyzje podjęto w roku 1936, a inwestycje poczęto realizować w 1937, w istocie pochłonęła ok. 2,4 miliarda złotych. COP faktycznie nie zdążył zaprocentować do roku 1939. Osiemnastu lat bardzo powolnego rozwoju gospodarczego kraju, na co dodatkowo nałożył się ogólnoświatowy kryzys, nie dało się nadrobić w trzy. Przy cenie bombowca Łoś, wynoszącej z silnikami niecałe 500 000 złotych, albo czołgu 7TP (250 000) w istocie można próbować rozważać, czy inna alokacja środków nie byłaby właściwsza. Gdybyśmy mieli 10 000 czołgów…. Sęk jednak w tym, że takie rozważania są zupełnie oderwane od realiów. Czołgi czy samoloty nie biorą się bowiem z supermarketów. Trzeba je wyprodukować samemu lub kupić od państwa prowadzącego taką produkcję.

W aspekcie zakupów krajowych sytuacja w roku 1935 była tragiczna. Ziemie polskie zostały straszliwie zniszczony wskutek przetoczenia się frontu Wielkiej Wojny, rabunkowej okupacji, a następnie jeszcze dodatkowo wojen ze Związkiem Sowieckim oraz z efemerycznymi formami państwowości ukraińskiej. Szacuje się, że straty w budynkach murowanych wyniosły 40% stanu przedwojennego, w drewnianych – 75%. Zniszczono lub uszkodzono 45% mostów kolejowych i 50% drogowych, w podobnym stopniu sieć drogową oraz kolejową. Straty przemysłu były globalnie względnie niewielkie z uwagi na jego wybitną rachityczność. Wynikała ona z fatalnego nałożenia się specyficznej, opartej na ekstensywnym rolnictwie drogi rozwojowej polskiej gospodarki, czego korzenie sięgały późnego średniowiecza, oraz celowej polityki zaborców, dla których zajęte ziemie polskie były albo peryferiami, albo obszarem permanentnego wrzenia, w każdym razie ostatnimi, gdzie należało lokować inwestycje. Oparta na liberalnych założeniach polityka gospodarcza pierwszych lat niepodległości nie była w stanie spowodować wyraźnej poprawy. Kapitał polski pozostawał w postaci zalążkowej, obcy był albo problematyczny politycznie (niemiecki na Śląsku), albo nie kwapił się do inwestowania w słabym, nowym kraju.

Przewrót polityczny z roku 1926 zmienił relatywnie niewiele. Rozbudowano co prawda wreszcie port w Gdyni i zbudowano magistralę węglową ze Śląska do tego portu, jednak nie nastąpił skokowy rozwój przemysłu. Z jednej strony wynikało to z niedostatecznej bazy i braku popytu wewnętrznego – mściło się poniechanie szerokiej reformy rolnej. Z drugiej – winę za to ponosił faktyczny architekt nowej formy państwa, Józef Piłsudski. Starzał się on bardzo źle, nie śledził światowych trendów rozwojowych w wojskowości ani tym bardziej w gospodarce, którą zresztą nigdy się poważnie nie interesował. W efekcie nie był w stanie ani samodzielnie inicjować działań rozwojowych, ani wspierać swoim autorytetem trafnie zidentyfikowanych sensownych koncepcji nawet ze swojego obozu politycznego. A przecież Stefan Starzyński pod koniec lat 20. proponował rozwiązania keynesistowskie avant la lettre. W efekcie program sanacji ugrzązł w marazmie dojutrkowości i równowagi resortowych rozgrywek bez ogólnego planu.

Piłsudski pozostawił po sobie dramatyczny stan przemysłu w każdym aspekcie, a w dotyczącym możliwości odtwarzania przewidywanych bieżących strat wojennych było zupełnie tragicznie. Wynosiły one w przypadku większości kategorii sprzętu wojskowego od kilku do dwudziestu procent. Już po miesiącu czy dwu prowadzenia intensywniejszych działań Polska roku 1935 stanęłaby w obliczu głębokich kryzysów sprzętowych, które miałyby tendencję pogłębiania się do postaci przepaści. A doświadczenia lat 1919-1920 nakazywały przy tym jak najgłębszy sceptycyzm w odniesieniu do uzyskiwania zaopatrzenia od przewidywanych sojuszników z Zachodu – gdyby nie determinacja francuskiej elity politycznej, która mimo ogromu strat poniesionych w Wielkiej Wojnie zachowała żelazną wolę, armia polska nie miałaby czym walczyć o granice.

Sam Piłsudski nie chciał już liczyć na Francję, której ewolucję mentalno-polityczną, spowodowaną ogromnym zmęczeniem społeczeństwa Wielką Wojną, oceniał zapewne słusznie, jednak za jego czasów nie zrobiono zbyt wiele, aby móc odciąć się od konieczności poszukiwania zewnętrznego wsparcia. Co prawda zasadniczą część zamówień zbrojeniowych ulokowano w kraju, zbudowano stosunkowo prężne zakłady lotnicze PZL, jednak strukturalnym wąskim gardłem pozostawały niewielkim możliwości produkcyjne, będące pochodną niskiego uprzemysłowienia kraju. Następcom marszałka można postawić wiele uzasadnionych zarzutów, jednak stan armii, rozwój gospodarki i zdolności przemysłu diagnozowali bardzo trzeźwo. Stąd decyzja o rozwoju COP-u, który miał stanowić swoiste obejście wcześniejszego zastoju, umożliwiające oparcie przynajmniej armii na w miarę sensownych krajowych fundamentach.

Napięcie w Europie zaczęło wszak w II połowie lat 30. w sposób zauważalny rosnąć z powodu zerwania przez Niemcy traktatowych okowów i rozpoczęcia przez nie gwałtownych zbrojeń. Dla każdego trzeźwego analityka oczywiste musiało być jedno: po latach powojennych oszczędności na wielkie zakupy ruszą wszystkie wielkie armie. I w istocie tak się stało. Delegacje polskich wojskowych odwiedzające Francję w II połowie lat 30. w poszukiwaniu czołgów odpowiadających krajowej doktrynie ich użycia (przemysł krajowy był w stanie dać jedynie bardzo słabo opancerzone 7TP, które w tę doktrynę nijak się nie wpisywały), bezbłędnie wytypowały jako kandydata do zakupu model Somua S-35, który całościowo można określić jako najlepszy pojazd tego okresu. Gospodarze jednak zdecydowanie odmawiali rozmów na temat jego sprzedaży, dając bezwzględny priorytet zaspokojeniu – z niewielkiej produkcji – potrzeb własnej armii. Oferowali jedynie modele Renault D2 i R-35 (a i te w niewielkich liczbach), równie słusznie oceniane przez Polaków jako przestarzałe i/lub wadliwe konstrukcyjnie. Gdy w gorącej atmosferze roku 1939 zwrócono się do Wielkiej Brytanii o dostarczenie najpotrzebniejszych samolotów myśliwskich, sojusznik zgodził się dostarczyć tylko 14 maszyn Hurricane. Najlepszą swoją maszynę tej kategorii, jedyną na świecie dorównującą Messerschmittowi Bf 109E, tj. Spitfire’a, zaoferował w… jednym egzemplarzu. Priorytet miało przezbrojenie RAF. Samoloty akurat mieli na sprzedaż Amerykanie – tyle że, w przeciwieństwie do sojuszników, nie dawali żadnych kredytów, żądali żywej gotówki, a porównywalnego z Hurricanem Curtissa P-36 wyceniali niemal dwa razy wyżej. Wiedzieli, że na zakupach są też Francuzi, biorący całe produkcje na pniu…

Wizja globalnego supermarketu, w którym można było zaopatrywać w nowoczesny sprzęt całe dywizje, jest zatem zupełnie dziecinna. Nic takiego realnie nie istniało. Dla państwa wielkości Polski, dysponującego stosownie dużą armią, nie istniała alternatywa wobec lokowania zakupów we własnym przemyśle. Podjęte inwestycje spowodowały znaczące zwiększenie opisanej powyżej zdolności uzupełniania przewidywanych strat. W roku 1939 wzrosły one w porównaniu z 1935 dwu-pięciokrotnie, do poziomów rzędu 30-70% (zwykle około 50%). Nadal za mało, jednak postęp był wyraźny. Inną, zupełnie zasadniczą, sprawą pozostaje dostosowanie uprawianej polityki i jej ambicji do posiadanego potencjału.

Rozważając aspekty stricte militarne nie wolno rzecz jasna zapominać o ogólnorozwojowym charakterze COP. Z rozbudową zakładów powiązane były rozległe inwestycje w infrastrukturę energetyczną, komunikacyjną i łącznościową. Budowano również osiedla robotnicze. Zapotrzebowanie na fachowców musiałoby spowodować również rozwój szkolnictwa. Dla bardzo zacofanych cywilizacyjne rejonów województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego i lwowskiego inwestycje w COP były drogą do nadrobienia wielowiekowych zapóźnień.

Podsumowując – o wytykanym sanacji przez niektórych rzekomo straszliwym etatyzmie można powiedzieć jedno: jego w istocie straszliwą cechą był o wiele za mały zakres, zbyt późne rozpoczęcie rozwijania na szerszą skalę, a także brak wpisania w kompleksową koncepcję rozwojową – po raz kolejny powracają strategiczne zaniechania w zakresie reformy rolnej, z powodu których uboga wieś była duszona niesprawiedliwie rozłożonymi podatkami i nie mogła stanowić odpowiedniego rynku zbytu.

dr Jan Przybylski

Wendell Berry: Nie ufam ruchom społecznym [2000]

Ruchy, które zajmują się tylko jednym problemem, albo tylko jednym rozwiązaniem, są skazane na niepowodzenie, ponieważ nie zdołają zapanować nad skutkami nie usuwając przyczyn.

Z moim przyjacielem Wesem Jacksonem odbyliśmy niejedną pożyteczną rozmowę na temat konieczności wycofywania się z ruchów – nawet z tych, które wydają się nam potrzebne i są nam bliskie – kiedy popadają one w zadufanie i zaczynają zdradzać same siebie, a wygląda na to, że dzieje się to niemal w każdym przypadku. Uczestnicy tych ruchów zbyt chętnie gotowi są odmawiać innym tych samych praw i przywilejów, których domagają się dla siebie. Zbyt łatwo stają się niezdolni do traktowania poważnie własnych słów – np. gdy „ruch pokojowy” zaczyna uciekać się do przemocy. Często ruchy stają się zbyt wyspecjalizowane, sprawiając wrażenie, że ostatecznie nie miały innego wyjścia, jak tylko skupić się na wycinkowym polu widzenia instytucjonalnych intelektualistów. Niemal zawsze są zbyt mało radykalne – zajmują się w sumie bardziej skutkami niż przyczynami. Albo też zajmują się pojedynczymi problemami bądź pojedynczymi rozwiązaniami, jak gdyby chciały same sobie zagwarantować, że na pewno nie będą dostatecznie radykalne.

Muszę więc zadeklarować swoje niezadowolenie z ruchów na rzecz ochrony gleb czy na rzecz czystej wody, czystego powietrza czy ochrony dzikiej przyrody, zrównoważonego rolnictwa czy zdrowia społeczności, a także na rzecz dzieci. Jakkolwiek godne są te wszystkie – i jeszcze inne – cele, nie da się ich zrealizować pojedynczo. Takie wysiłki nie przynoszą mi satysfakcji, ponieważ są zbyt specjalistyczne, w niewystarczającym stopniu ogarniają całość problemów, są nie dość radykalne i praktycznie same zwiastują własne niepowodzenie, sugerując, że można zwalczyć czy opanować skutki, nie usuwając przyczyn. Poza tym wszystkim, moim zdaniem, są one nieszczere; sugerują bowiem, że problemy stwarzają inni; chciałyby zmienić politykę, ale nie zachowania.

Największym niebezpieczeństwem może być to, że słowa, jakimi posługuje się dany ruch, zatracą swoje właściwe znaczenie – albo wskutek braku jasności co do swojego sensu i właściwej praktyki, albo w efekcie przejęcia tego słownictwa przez wrogów ruchu. Pamiętam, na przykład, moją naiwną konsternację, gdy przekonałem się, że zwolennicy rolnictwa organicznego mogą traktować „organiczną metodę upraw” jako cel sam w sobie. Dla mnie rolnictwo organiczne było atrakcyjne zarówno jako sposób ochrony przyrody, jak i jako strategia przetrwania dla drobnych rolników. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy odkryłem, że mogą istnieć ogromne „organiczne” monokultury! Nie byłem więc już zbytnio zaskoczony, gdy niedawno Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych usiłował przywłaszczyć sobie etykietkę „organiczne” i ukrywać pod nią napromieniowanie żywności, inżynierię genetyczną i inne przykłady bezczeszczenia gospodarki żywnościowej przez korporacje. Gdy raz pozwolimy, by nasze słowa znaczyły dla każdego to, co sam chce przez nie rozumieć, odtąd to, co mówimy, przestaje być brane poważnie. Gdy wyrażenie „domowej roboty” przestaje znaczyć ni mniej ni więcej jak tylko „zrobione w domu”, to może już ono znaczyć cokolwiek, a skoro może znaczyć cokolwiek, to nie znaczy już nic.

Jak widzicie, mam swoje powody, żeby odmawiać nadania nazwy ruchowi, którego jestem uczestnikiem. Pogodziłem się już z myślą, że od czasu do czasu ruch ten określi się jakąś nazwą i będzie miał jakieś hasła, ale nie zamierzam używać tych haseł ani nazywać mego ruchu żadną z jego nazw.

Przypuśćmy, że mamy jakiś Bezimienny Ruch na Rzecz Lepszego Użytkowania Ziemi i wiemy, że musimy starać się, aby pozostał on przez długi czas aktywny, wrażliwy i inteligentny. Co powinniśmy czynić?

Myślę, że przede wszystkim musimy starać się w pełni dostrzegać rozmiar problemu i skalę trudności. Jeśli martwią nas nadużycia w stosunku do ziemi, to musimy zauważyć, że jest to problem gospodarki. Każda gospodarka jest, z definicji, sposobem gospodarowania ziemią. Jeśli źle korzystamy z naszej ziemi, to coś jest nie w porządku z naszą gospodarką. To trudne. I staje się jeszcze trudniejsze, gdy sobie uświadomimy, że w dzisiejszych czasach każdy z nas uczestniczy w gospodarce każdego innego człowieka.

Jeśli jednak martwimy się złym wykorzystywaniem ziemi, to już wstąpiliśmy na grunt głębokiej krytyki systemu gospodarczego. Wnikając w historię użytkowania ziemi (choćby lokalną historię jakiejkolwiek okolicy), dowiadujemy się, że od dawna mamy taką gospodarkę, która prosperuje dzięki podkopywaniu własnych fundamentów. Industrializm – bo tak na imię naszej gospodarce, praktycznie jedynej gospodarce funkcjonującej w dzisiejszym świecie – od samego początku szaleje w sposób niekontrolowany. Opiera się on wprost na zasadzie gwałtu zadawanego wszystkiemu, od czego gospodarka jest zależna, i bez względu na to, czy industrializm przybierał formę komunistyczną, kapitalistyczną czy jakąkolwiek inną, zawsze oznaczał on taki sam gwałt na przyrodzie, wspólnotach ludzkich, tradycyjnych postaciach rolnictwa i lokalnych gospodarkach. Złe wiadomości docierają dosłownie z całego świata. Czy taką gospodarkę można naprawić bez jej radykalnego przeobrażenia? Nie sądzę.

Wodzowie Przemysłu zawsze radzili nam, reszcie świata, żebyśmy byli „realistami”. No to bądźmy realistami. Czy jest realistycznie zakładać, że obecna gospodarka byłaby w sam raz, gdyby tylko przestała zatruwać powietrze i wodę lub gdyby tylko powstrzymała erozję gleby, lub gdyby tylko przestała degradować zlewnie wód i ekosystemy leśne, lub gdyby tylko przestała deprawować dzieci, lub gdyby tylko przestała przekupywać polityków, lub gdyby tylko dała kobietom i wyróżnionym mniejszościom godziwą miarkę w podziale łupu? Realizm, moim zdaniem, to program bardzo ograniczony, ale przynajmniej mówi on nam, że nie powinniśmy szukać ptasich jaj w zegarze z kukułką.

Beznadziejność zmagań o pojedyncze sprawy i ruchów walczących o pojedynczy cel możemy też wykazać podążając następującym torem myślenia: Potrzebujemy ciągłego dopływu nieskażonej wody. A więc potrzebujemy (między innymi) rolnictwa i leśnictwa prowadzonych takimi metodami, które chronią glebę i wodę, czyli nie opierają się na monokulturach, toksycznych chemikaliach oraz obojętności i gwałcie, które zawsze towarzyszą przemysłowym przedsięwzięciom na wielką skalę realizowanym na naszej ziemi. Potrzebujemy więc różnorodnych systemów gospodarowania ziemią w małej skali, które opierają się na ludziach. A zatem potrzebujemy ludzi o odpowiedniej wiedzy, umiejętnościach, motywacjach i postawach – takich, jakich wymagają zróżnicowane systemy gospodarcze małej skali. I wszystko to wygląda przejrzyście i ładnie, do chwili aż przyjdzie nam zadać sobie pytanie: „Gdzie są ci ludzie?”.

Ci z nas, którzy żyją pośród nieszczęsnych wiejskich pejzaży Stanów Zjednoczonych dobrze wiedzą, że większość ludzi dociera w te okolice w celach jedynie rekreacyjnych. Widzimy ich jeżdżących na rowerze, pływających łódką, wędrujących z plecakiem lub z przyczepą campingową, polujących, łowiących ryby albo jadących samochodem i rozglądających się. Ci ludzie nie – mówiąc słowami Mary Austin – „spędzają z tą ziemią lat i zim”. Nie znają oni ludzkiej ani przyrodniczej ekonomiki tych ziem. Choć ludzie w swym rozwoju nie wyzbyli się potrzeby jedzenia i picia, noszenia ubrań i zamieszkiwania w domach, większość z nich jednak wyzbyła się domowych kunsztów, które pozwalają wytwarzać i konserwować te potrzebne rzeczy. Mało tego: ci stosunkowo nieliczni, którzy wciąż praktykują owe niezbędne umiejętności, często odczuwają potrzebę usprawiedliwiania się z tego powodu, gdyż w naszym systemie edukacyjnym starannie wpojono im, że owe zajęcia degradują człowieka i są niegodne jego talentów. Wykształcone umysły w epoce nowożytnej rzadko wiedzą cokolwiek na temat jedzenia i picia, ubrania i schronienia. Traktując to wszystko jako coś, co samo przychodzi, wykształcony nowoczesny umysł okazuje się najbardziej przesądnym, jaki kiedykolwiek istniał na tym świecie. Jakiż może być większy przesąd niż wyobrażenie, że pieniądze stwarzają jedzenie?

Nie sugeruję, bynajmniej, żeby wszyscy zostali rolnikami albo leśnikami. Broń Boże! Sugeruję tylko, że większość ludzi żyje dziś w dalekim oderwaniu od realiów, co może mieć katastrofalne skutki. Większość ludzi jest dziś karmiona, odziewana i ma dach nad głową dzięki czerpaniu ze źródeł, w stosunku do których nie odczuwa żadnej wdzięczności ani odpowiedzialności. Nie ma żadnego znaczącego samorządu miejskiego, żadnego potężnego lobby konsumenckiego, żadnej zauważalnej siły politycznej, które by walczyły o odpowiedzialne użytkowanie ziemi, uprawę roli i leśnictwo, o uzdrowienie gleby zdegradowanej przez nadużycia czy o powstrzymanie niszczenia ziemi przez tzw. „zagospodarowywanie” i „rozwój”.

Doskwiera nam dziś dotkliwy brak wyobraźni. Większość z nas nie umie sobie wyobrazić pszenicy, z której bierze się chleb; rolnika, któremu zawdzięczamy pszenicę; gospodarstwa, dzięki któremu żyje rolnik; ani historii, która doprowadziła do powstania gospodarstwa w takiej a nie innej postaci. Większość ludzi nie umie sobie wyobrazić lasu ani ekonomiki lasu, którym zawdzięczają swoje domy, meble i papier; ani krajobrazów, rzek i pogody, dzięki którym ich dzbany, wanny i baseny napełniają się wodą. Większość ludzi zdaje się zakładać, że skoro zapłacili za te rzeczy pieniędzmi, to już całkowicie wywiązali się ze swoich zobowiązań.

Pieniądze nie stwarzają jedzenia. Nie stwarza go też technika systemu żywnościowego. Jedzenie bierze się z przyrody i z ludzkiej pracy. Jeśli zaopatrzenie w żywność ma być niezawodne przez długi czas, to człowiek musi pracować w harmonii z przyrodą. To oznacza, że człowiek musi znaleźć praktyczne odpowiedzi na wiele trudnych, realnych pytań. To samo dotyczy leśnictwa i możliwości ciągłych dostaw drewna.

Zadanie, które nas czeka, można by opisać jako potrzebę poszerzenia świadomości i rozbudzenia sumienia gospodarki. Nasza gospodarka musi wiedzieć, co robi i troszczyć się o to. Jest to stwierdzenie rewolucyjne – owszem, jeśli pociągają cię rewolucje – ale jest to również coś, co dyktuje zwykły rozsądek.

Bez wątpienia znajdą się ludzie chętni zapoczątkować ruch, który postawi sobie taki właśnie cel. Zapewne nazwą go Ruchem Uczenia Gospodarki O Tym, Co Ona Robi – w skrócie: rugotcor. Co prawda ze sporym dyskomfortem, jednak poprę jego powstanie, pod trzema wszakże warunkami.

Pierwszy warunek będzie taki, że ruch powinien od początku porzucić wszelką nadzieję i wiarę pokładaną w cząstkowe rozwiązania, załatwiane jednym posunięciem. Prowadzone przez dzisiejszą naukę poszukiwania bezwonnego świńskiego nawozu powinny być dla nas wystarczającym dowodem, że specjaliści nie są już po naszej stronie. Mimo stuleci redukcjonistycznej propagandy świat jest wciąż zawiły i rozległy, ma w sobie tyle samo mroku co światła, i jest miejscem misterium, gdzie nie możemy zrobić jednej rzeczy, nie robiąc jednocześnie wielu innych, ani połączyć dwóch rzeczy, nie łącząc przy tym wielu innych. Jakości wody, na przykład, nie da się poprawić nie poprawiając rolnictwa i leśnictwa, ale rolnictwa i leśnictwa nie można ulepszyć bez ulepszenia edukacji konsumentów – i tak dalej.

Właściwym zadaniem ludzkiej gospodarki jest uczynić nas i ten świat jednością. Doprowadzenie do tego, że staniemy się praktyczną jednością z ziemią pod naszymi stopami być może nie jest w ogóle możliwe – skąd mamy to wiedzieć? – ale stawiając to sobie za cel naszych dążeń przynajmniej wychodzimy ze ślepego zadufania, porzucając bezpodstawne założenie, iż możemy podzielić współczesne wielkie fiasko na tysiąc odrębnych problemów, z którymi zdołamy się uporać przez powołanie tysiąca grup akademickich i biurokratycznych specjalistów. Ten program już był wypróbowywany wystarczająco długo, byśmy zdali sobie sprawę, że nie tędy droga.

Moim drugim warunkiem jest to, żeby członkowie ruchu (rugotcor) brali na siebie pełną odpowiedzialność za to, co sami robią jako uczestnicy istniejącej gospodarki. Jeśli chcemy pouczać gospodarkę o tym, co ona robi, to musimy dowiedzieć się, co robimy my sami. Ten ruch będzie musiał być w takim samym stopniu prywatny, jak publiczny. Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że marnotrawne zakłady przemysłowe zaczną chronić zasoby, to oczywiste jest, że musimy po części udzielać się publicznie – wnosić skargi, składać petycje, protestować, domagać się i popierać surowsze przepisy i zdrowsze programy polityczne. Ale to nie wystarczy.

Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że zła gospodarka sama postara się stać dobrą, to musimy zabrać się do pracy i zacząć budować dobrą gospodarkę. To, że ten obowiązek przypada właśnie nam, jest jak najbardziej na miejscu, gdyż postępować zgodne z zasadami dobrej gospodarki łatwiej jest nam niż wielkim korporacjom z ich błędnie wykształconymi menedżerami oraz chciwymi i nieświadomymi akcjonariuszami. Skoro jest to łatwiejsze właśnie dla nas, to musimy starać się na wszelkie możliwe sposoby prowadzić sensowną gospodarkę we własnym życiu, w naszych obejściach i w społecznościach, w których żyjemy. Musimy robić więcej dla siebie i naszych bliźnich. Musimy uczyć się wydawać pieniądze u naszych przyjaciół, a nie u wrogów. W tym celu jednak konieczne jest odnowienie lokalnej gospodarki i ponowne ożywienie domowych kunsztów.

Dążąc do zmiany sposobu gospodarczego użytkowania świata, nieuchronnie dążymy do zmiany własnego życia. Pożądana przez nas zewnętrzna harmonia między gospodarką a światem zależy w sumie od wewnętrznej harmonii między naszymi sercami a duchem, z którego wywodzi się życie wszystkich stworzeń, duchem, który jest nam tak bliski, jak ciało, a jednak wiecznie pozostaje poza wszelkimi miarami w tej dobie obsesyjnych pomiarów. Uprawiać dobrą pszenicę i piec dobry chleb możemy tylko wtedy, jeśli pojmiemy, że nie samym chlebem żyjemy.

Moim trzecim warunkiem jest to, żeby ruch pozostał ubogi. Musimy znajdować tanie rozwiązania, rozwiązania, które będą w zasięgu każdego, a tymczasem dostępność dużych pieniędzy uniemożliwia odkrywanie tanich rozwiązań. Rozwiązania nowoczesnej medycyny i nowoczesnego rolnictwa są wszystkie zawrotnie kosztowne, i jest to spowodowane po części dostępnością olbrzymich sum pieniędzy na badania w tych dziedzinach. Ponadto zbyt duża ilość pieniędzy przyciąga administratorów i ekspertów, tak jak cukier przyciąga mrówki – wystarczy zobaczyć, co się dzieje na uniwersytetach. Nie powinniśmy zazdrościć zamożnym ruchom, organizowanym i kierowanym przez alternatywną biurokrację żyjącą z problemów, które powinna rozwiązywać. Chcemy takiego ruchu, który jest właśnie ruchem – ponieważ posuwają go naprzód wszyscy uczestnicy, w swoim codziennym życiu.

Teraz, gdy już skompletowałem tę doprawdy groźnie wyglądającą listę piętrzących się przed nami problemów i trudności, obaw i lękliwych nadziei, ogarnia mnie poczucie ulgi, gdyż widzę, że przez cały czas szykowałem się do tego, aby na koniec powiedzieć coś podnoszącego na duchu. Wszystko, o czym tu mówię dotyczy możliwości odrodzenia ludzkiego szacunku dla tej Ziemi i dla wszystkich dobrych, pożytecznych i pięknych rzeczy, które z niej pochodzą. Pokazałem jasno – mam nadzieję – że tego szacunku nie da się należycie wyrazić przez uchylanie kapelusza przed naturą ani przez przedstawianie jej piękna w sztuce, ani przez modlitwy dziękczynne, ani przez obejmowanie ochroną skrawków dzikiej przyrody – choć polecam każdą z tych rzeczy. Szacunek, który mam na myśli można wyrazić tylko przez czynienie dobrego użytku z dóbr świata, które są nam dane. Jedyną, że się tak wyrażę, walutą szacunku, jest właśnie ów dobry użytek, a wraz z odradzaniem się w ten sposób szacunku dla Ziemi odradza się w nas także poczucie przyjemności. Powołania i dyscypliny, które określiłem jako domowe kunszty, znaczą całą długość drogi od gospodarstwa do gotowego obiadu, od lasu do obiadowego stołu, od gospodarzenia ziemią po gościnność względem przyjaciół i nieznajomych. Kunszty te są równie wymagające, i równie wdzięczne, równie pouczające i równie przysparzające przyjemności, jak tak zwane „sztuki piękne”. Uczenie się ich to praca będąca – jestem przekonany – naszym najgłębszym powołaniem. Nagrodą będzie wzbogacenie naszego życia oraz radość.

Wendell Berry

tłum. Paweł Listwan

fot. w tekście Tomasz Chmielewski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” nr 198, styczeń/luty 2000. Następnie powyższe tłumaczenie opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 10, wiosna 2002 r.