Silvia Federici: Czarownice i walka klas

Silvia Federici: Czarownice i walka klas

W szesnastowiecznej Europie polowanie na czarownice to była walka klas prowadzona przez elitę.

Polowania na czarownice rzadko pojawiają się w historii proletariatu. Do dziś są jednym z najmniej rozpoznanych wydarzeń w historii Europy, czy raczej świata, bo przecież zarzutu o czczenie diabła używali misjonarze i konkwistadorzy w Nowym Świecie jako narzędzia podboju miejscowej ludności. Fakt, że w Europie ofiarami polowań były głównie chłopki, może tłumaczyć dotychczasową obojętność historyków względem tego ludobójstwa, obojętność graniczącą z współudziałem. Bo eliminacja czarownic z kart historii przyczyniła się do trywializowania ich fizycznej eliminacji na stosach. Sugerowano, że było to zjawisko o niewielkim znaczeniu, jeśli nie część folkloru.

Nawet ci, którzy badali polowania na czarownice (do niedawna prawie wyłącznie mężczyźni), byli zwykle godnymi następcami szesnastowiecznych demonologów. Nawet opłakując eksterminację czarownic, wielu wciąż opisywało je jako żałosne przygłupki cierpiące na halucynacje. To pozwalało przedstawiać prześladowania jako proces „terapii społecznej”, służący wzmocnieniu społecznej, sąsiedzkiej jedności lub opisywać je w terminach medycznych, jako „panikę”, „obłęd” czy „epidemię”, co usprawiedliwiało łowców czarownic i odpolityczniało ich zbrodnie.

Ruch feministyczny wcześnie odkrył, że setki tysięcy kobiet nie zostałyby zmasakrowane i poddane najokrutniejszym z tortur, jeśli nie stanowiłyby zagrożenia dla hierarchii władzy. Zdał sobie również sprawę, że wojna przeciw kobietom, prowadzona przez prawie dwa stulecia, była punktem zwrotnym w historii kobiet w Europie, „grzechem pierworodnym” w procesie ich społecznej degradacji, do którego musimy ciągle powracać, jeśli chcemy zrozumieć mizoginię, wciąż charakteryzującą praktykę instytucjonalną i relacje męsko-damskie.

Natomiast historycy marksistowscy, z niewieloma wyjątkami, nawet badając „przejście do kapitalizmu” skazywali polowania na czarownice na zapomnienie, jak gdyby były nieistotne dla historii walki klas. A przecież rozmiary masakry powinny wzbudzić wątpliwości: setki tysięcy kobiet zostało spalonych, powieszonych i torturowanych w ciągu niespełna dwóch stuleci.

Nie można też nie zauważyć, że polowania wystąpiły równocześnie z kolonizacją i eksterminacją ludności Nowego Świata, grodzeniami w Anglii, początkiem handlu niewolnikami, wprowadzeniem „karania krwią” włóczęgów i żebraków, a swój punkt kulminacyjny osiągnęły w interregnum między końcem feudalizmu a „startem” kapitalizmu, kiedy chłopstwo w Europie osiągnęło szczyt swojej potęgi, ale zaraz potem poniosło historyczną porażkę. Do tej pory jednak ten aspekt akumulacji pierwotnej pozostaje właściwie tajemnicą.

Czas palenia czarownic i państwowa inicjatywa

Czas uznać, że polowanie na czarownice było jednym z najważniejszych wydarzeń w rozwoju społeczeństwa kapitalistycznego i formowania nowoczesnego proletariatu. Rozpętanie kampanii terroru przeciw kobietom, nieporównywalne z jakimikolwiek innymi prześladowaniami, osłabiło opór europejskiego chłopstwa przeciw atakowi szlachty i państwa w czasie, kiedy społeczności chłopskie już rozpadały się pod połączonym ciężarem prywatyzacji ziemi, zwiększonego opodatkowania oraz rozszerzenia kontroli państwa na wszystkie aspekty życia społecznego.

Polowania na czarownice pogłębiły podziały między kobietami a mężczyznami, ucząc tych ostatnich strachu przed siłą kobiet, oraz zniszczyły wszechświat praktyk, wierzeń i podmiotów społecznych, których istnienie było niekompatybilne z kapitalistyczną dyscypliną pracy, redefiniując w ten sposób podstawowe elementy reprodukcji społecznej. Wbrew twierdzeniom propagowanym przez Oświecenie, polowania na czarownice nie były łabędzim śpiewem umierającego feudalizmu. Osiągnęły kulminację między rokiem 1580 a 1630, kiedy relacje feudalne ustępowały pola instytucjom ekonomicznym i politycznym typowym dla kapitalizmu kupieckiego. To w długim „Wieku Żelaza” płonęły stosy, a kraje często pozostające ze sobą w stanie wojny, niemalże w milczącym porozumieniu postawiły czarownice w stan oskarżenia i wystąpiły z inicjatywą prześladowań.

Zanim sąsiad oskarżył sąsiadkę, zanim całe społeczności objęła „panika”, prowadzono konsekwentną indoktrynację. Władze publicznie wyrażały lęk przed szerzeniem się czarów i podróżowały od wioski do wioski, by uczyć ludzi, jak rozpoznać czarownice. W niektórych przypadkach miały już gotowe listy nazwisk podejrzanych czarownic, grożąc karami tym, którzy chcieliby je ukrywać lub im pomóc.

Ale to juryści, urzędy i demonologowie, często ucieleśnieni w jednej osobie, najbardziej przyczynili się do prześladowań. To oni układali argumenty, odpowiadali na krytykę i dopracowali do perfekcji prawną machinę, która pod koniec XVI wieku nadała już zestandaryzowaną, niemalże biurokratyczną formę procesom, odpowiadając za podobieństwo zeznań ponad granicami. W swojej pracy mężowie prawa mogli liczyć na wsparcie najbardziej cenionych intelektualistów tamtych czasów, włącznie z tymi filozofami i naukowcami, którzy do dziś są hołubieni jako ojcowie nowoczesnego racjonalizmu.

Nie można mieć wątpliwości, że polowania na czarownice były potężną inicjatywą polityczną. Na polityczną naturę wskazuje również fakt, że narody katolickie
i protestanckie, prowadzące ze sobą wojnę we wszystkich innych obszarach, połączyły siły i argumenty w prześladowaniu czarownic. Dlatego nie jest przesadą twierdzenie, że polowania na czarownice były pierwszą wspólną płaszczyzną w polityce nowych europejskich państw narodowych, pierwszym, po schizmie Reformacji, przykładem europejskiej unifikacji.

Diabelskie wierzenia a zmiany w sposobie produkcji

Pierwszy wgląd w znaczenie europejskich polowań na czarownice znajdujemy w klasycznej pracy Michaela Taussiga z 1980 r. „The Devil and Commodity Fetishism in South America” („Diabeł i fetyszyzm towarowy w Ameryce Południowej”), gdzie autor stawia tezę, że diabelskie wierzenia rosną w siłę w tych okresach historycznych, w których jeden sposób produkcji zastępuje drugi. W takich okresach radykalnym zmianom podlegają nie tylko materialne warunki życia, ale i metafizyczne podstawy porządku społecznego – na przykład koncepcje tego, jak powstaje wartość, jak tworzy się życie i wzrost, co jest „naturalne”, a co przeciwne ustalonym zwyczajom i związkom społecznym.

Taussig rozwinął swoją teorię studiując wierzenia kolumbijskich robotników rolnych i boliwijskich górników pozyskujących cynę w czasach, kiedy w obu krajach pojawiały się relacje monetarne, które w oczach ludzi jawiły się jako śmiertelne, a nawet diaboliczne. Jednak, w przypadkach, które badał Taussig, to biedni stawiali na wiarę w diabła. Jego skojarzenie pomiędzy diabłem a formą towarową przypomina nam, że również w tle polowań na czarownice leżała ekspansja kapitalizmu rolnego, która wiązała się z obaleniem zwyczajowych praw i pierwszą falą inflacji w nowoczesnej Europie.

Te zjawiska prowadziły wyłącznie do wzrostu ubóstwa, głodu i migracji, przekazały również władzę w ręce nowej klasy „modernizatorów”, którzy ze strachem i obrzydzeniem patrzyli na wspólnotowe formy życia, typowe dla przedkapitalistycznej Europy. To z inicjatywy tej proto-kapitalistycznej klasy rozpoczęły się polowania na czarownice, które posłużyły jako broń do zniszczenia oporu wobec zmian społecznych i ekonomicznych.

Ekspansja kapitalizmu rolnego, ze wszystkimi tego konsekwencjami (rugowanie z ziemi, pogłębienie podziałów społecznych, zniszczenie kolektywnych form życia społecznego), była decydującym czynnikiem leżącym u podwalin polowań na czarownice. Dowodzi tego również fakt, że większość oskarżonych stanowiły biedne chłopki, dzierżawiące ziemię lub świadczące pracę najemną, podczas gdy oskarżający je byli bogatymi i poważanymi członkami społeczeństwa, często wynajmującymi im ziemię lub kupującymi ich pracę, a więc jednostkami, które były częścią lokalnych struktur władzy, często blisko powiązanymi z centrum państwa.

W Anglii czarownice były z reguły starszymi kobietami utrzymywanymi przez społeczność lub żebrzącymi o jedzenie, wino i mleko; jeśli były zamężne, ich mężowie pracowali za dniówki, jednak częściej były samotnie mieszkającymi wdowami. Ich bieda przebija się w zeznaniach z procesów. Diabeł ukazywał się im w ciężkich czasach, zapewniając, że od teraz „nie będą pożądać”, jednak pieniądze, które dawał im przy tych okazjach, szybko zmieniały się w popiół, co można powiązać z doświadczeniem powszechnej w tym czasie superinflacji.

Jeśli chodzi o diaboliczne zbrodnie czarownic, to wydają się niczym więcej niż walką klasową rozgrywającą się na poziomie wioski: „złe oko”, klątwa żebracza rzucana na tych, którzy odmawiali pomocy, niepłacenie czynszu, potrzeba wsparcia przez społeczność.

Polowanie na czarownice i bunt klasowy

Jak możemy zaobserwować na tych przykładach, polowania na czarownice wyrosły w środowisku, w którym „lepszy sort” żył w ciągłym strachu przed „klasami niższymi”, które z pewnością można było podejrzewać o gromadzenie złych myśli, skoro w tym czasie traciły wszystko, co miały. To, że ten strach został wyrażony w ataku na ludową magię, nie jest zaskakujące. Wojna z magią towarzyszy rozwojowi kapitalizmu od zawsze, aż do dziś. Magia opiera się na wierzeniu, że świat jest ożywiony, nieprzewidywalny, że moc istnieje we wszystkich przedmiotach, więc każde wydarzenie jest interpretowane jako manifestacja nadprzyrodzonej siły. To wierzenie musi zostać „odmagicznione” i nagięte do woli jednostki.

Magia była również przeszkodą w racjonalizacji procesu pracy oraz zagrożeniem dla ustanowienia zasady jednostkowej odpowiedzialności. Przede wszystkim – magia jest formą odmowy pracy, niesubordynacji i narzędziem oddolnego sprzeciwu wobec władzy. Świat musi zostać „odczarowany”, żeby mógł zostać zdominowany.

W XVI wieku atak na magię był już szeroko zakrojony, a kobiety stały się jego najbardziej prawdopodobnym celem. Nawet jeśli nie były czarownicami czy magiczkami, to wzywano je, żeby oznaczyły chore zwierzęta, wyleczyły sąsiadów, pomogły znaleźć zgubione lub skradzione przedmioty, wyposażyły w amulety i napoje miłosne, przepowiedziały przyszłość. I choć polowania na czarownice obrały za cel szeroki wachlarz kobiecych praktyk, to przede wszystkim te role – czarownic, uzdrowicielek, recytujących zaklęcia, wróżbiarek – stały się przyczyną prześladowań. Ich roszczenie do magicznej mocy podważało władzę urzędów i państwa, dawało biednym wiarę w możliwość wpływu na środowisko naturalne i społeczne oraz w szansę obalenia ustanowionego porządku.

Z drugiej strony wątpliwe jest, żeby sztuki magiczne, praktykowane przez kobiety od pokoleń, zostały rozdmuchane do rozmiarów demonicznego spisku, jeśli nie wystąpiłyby na tle intensywnego kryzysu i walk społecznych. Mowa o „wojnach chłopskich” przeciw prywatyzacji ziemi, włącznie z powstaniami przeciw grodzeniu w Anglii (w 1549, 1607, 1628 i 1631 roku), kiedy setki mężczyzn, kobiet i dzieci, uzbrojone w widły i łopaty, niszczyły płoty postawione wokół wspólnej ziemi i ogłaszały, że „od teraz nie musimy już pracować”. To kobiety często inicjowały i prowadziły te działania.

Prześladowania czarownic wyrosły na tym gruncie. Były walką klas, tylko prowadzoną innymi środkami.

Polowania na czarownice, polowania na kobiety i akumulacja pracy

Wydaje się prawdopodobne, że polowania na czarownice były, przynajmniej po części, próbą kryminalizacji kontroli urodzeń i umieszczenia kobiecego ciała, macicy, w służbie wzrostu urodzeń oraz produkcji i akumulacji siły roboczej. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki efekt wywarł na kobietach widok sąsiadek, przyjaciółek i krewnych spalonych na stosie, i uświadomienie sobie, że każda próba stosowania antykoncepcji może być zinterpretowana jako efekt diabelskiej deprawacji. Z tego punktu widzenia nie można mieć żadnych wątpliwości, że polowanie na czarownice pogrzebało metody, których kobiety używały w celu kontroli urodzeń, poprzez przedstawienie ich jako diabelskich forteli. Zinstytucjonalizowało również kontrolę państwa nad kobiecymi ciałami, co było pierwszym krokiem do poddania ich prymatowi reprodukcji siły roboczej. Były więc polowania na czarownice wojną przeciw kobietom, zaplanowaną próbą poniżenia i zdegradowania kobiet, zniszczenia ich siły społecznej.

Kiedy to zadanie zostało wykonane – kiedy dyscyplina społeczna została przywrócona, a klasy panujące skonsolidowały swoją hegemonię – procesy o czary zakończyły się. Wiara w czarostwo mogła nawet stać się obiektem drwin, okrzyczana przesądem i szybko wyparta z pamięci. To państwo rozpoczęło polowania na czarownice, więc to rządy podjęły inicjatywę na rzecz ich zakończenia.

Kiedy wywrotowy potencjał czarów został zniszczony, można było nawet pozwolić na praktykowanie magii. Po zakończeniu polowań na czarownice wiele kobiet wciąż utrzymywało się z przepowiadania przyszłości, sprzedaży uroków i praktykowania innych form magii. Ale władze nie były już zainteresowanie prześladowaniem za te praktyki, były skłonne raczej postrzegać je jako efekt niewiedzy lub zaburzeń wyobraźni.

Jednak widmo czarownic wciąż krążyło nad wyobraźnią klas panujących. W 1871 r. paryska burżuazja instynktownie powróciła do demonizowania kobiet komunardek, oskarżając je o zamiar podpalenia Paryża. Nie można mieć wątpliwości, że modele dla postaci z ponurych bajek i obrazów, które burżuazyjna prasa wykorzystała do stworzenia mitu Podpalaczek, zostały wyciągnięte bezpośrednio z repertuaru polowań na czarownice.

Silvia Federici

tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się w na stronie internetowej jacobinmag.com w październiku 2018 r. Jest on fragmentem książki „Witches, witchhunting and women”, która ukaże się w polskim przekładzie w 2019 r. w tłumaczeniu Michała Pospiszyla, Agnieszki Kowalczyk i Krzysztofa Króla.

Prof. Monika Kostera: A mury (wyobcowania) runą…

Prof. Monika Kostera: A mury (wyobcowania) runą…

Rozmowa z osobami „spoza bańki” ideologicznej jest trudna. W naszym kraju chyba trudniejsza, niż gdzie indziej. Jeśli nie poddamy się od razu i nie rozstaniemy w obrazie i płomieniach gniewu, to po jakimś czasie, być może, czeka nas bardzo dziwne poczucie – coś, co przypomina te sny, gdy stoimy z rozmówcą po dwóch stronach szklanej ściany i krzyczymy do siebie, ale nic nie słychać, bo ściana jest idealnie dźwiękoszczelna. Można nawet próbować się uśmiechnąć. Czasami uśmiech zostanie odwzajemniony. To bardzo miłe, ale też nie zmienia faktu podstawowego, jakim jest brak możliwości porozumienia. Takie poczucie – to wyobcowanie.

Wyobcowanie bierze się stąd, że brak nam tego, co ludzi wiąże w sposób umożliwiający komunikowanie się na poziomie naszego człowieczeństwa, poziomie kulturo- i strukturotwórczym. Brak nam wspólnego języka, w którym można by wyrazić ważne kwestie dotyczącego aktualnego kontekstu. Używamy słów, które nas dzielą, nie łączą, używamy określeń, które nie przystają do sytuacji. Nie możemy się dogadać. To nie dlatego, że wszyscy Polacy to ksenofobiczni prawacy. Nie dlatego, że młodzież jest rozwydrzona i kapryśna. Nie dlatego, że w Warszawie i wielkich miastach mieszkają wypasieni na sojowym latte lewacy zawracający wszystkim głowę wywodami o jakichś wydumanych żeńskich końcówkach. Nie mamy wspólnego języka, bo nie działa publiczna sfera odpowiedzialna za tworzenie go w formie będącej w stanie odzwierciedlić to, co dla obywateli najważniejsze, aktualne i zajmujące. Jak w koszmarnym śnie jesteśmy skazani na nieartykułowany wrzask, który czasami posługuje się słowami i wtedy są to słowa plugawe, złe, pełne agresji. Brak nam słów, które łączą i budują, metafor, obrazów, ideałów, które kuszą, wartości, które pobudzają do wspólnego działania.

Taki język powinny tworzyć media. Nasze media na ogół, w swej ogromnej masie, zajmują się raczej własnymi projektami – kultywują bańki, w których gromadzimy się i zbijamy razem w małe, odrębne gromadki. Często są to gromadki niezdolne do wspólnego twórczego działania, bo język baniek nie inspiruje, lecz zapewnia coś w rodzaju ciepła. Między nimi szaleje chaos coraz bardziej groźnego, niezrozumiałego świata. Tak to wygląda, mniej więcej. Dlatego właśnie każda obywatelka i każdy obywatel pragnący wyjść poza bańkę teraz lub w przyszłości powinien uznać za swój obowiązek wspierać niezależne media. Akcja finansowego wspierania „Nowego Obywatela” to jeden ze sposobów wywiązania się z tego obowiązku. Prenumerować, czytać, wspierać, podarować w prezencie wujkowi „Nowego Obywatela”, „Magazyn Kontakt”, „Tygodnik Powszechny”. Zaprosić niezależnego dziennikarza na piwo. Złapać za klawiaturę i napisać tekst.

Tak, wiem, że to ostatnie jest trudne. Bardzo trudne. Pisać jest ciężko, nie każdemu dane jest pióro lekkie, zwinne, sprężyste. Ja, na przykład, mam bardzo ciężkie pióro, jak większość naukowców. Każdy ze swoich tutejszych felietonów pisałam długo, po kawałku, wracałam i zmieniałam, przerabiałam i wymyślałam na nowo. Każdy zajmował mi właściwie bity miesiąc i wiem, że efekt jest daleki od dziennikarskiej lekkości i lotności. Piszę tak jak piszę, inaczej nie umiem. Ale też piszę to, co piszę i nie umiem inaczej.

Nie jestem w tym osamotniona. Ba, jeśli chodzi o udrękę pisania, to jestem w świetnym towarzystwie (z efektami niestety już nie, ale trzeba być wdzięcznym za dobrą kompanię tam, gdzie się przytrafia). „Gdybym wiedział, skąd biorą się dobre pieśni, chodziłbym tam częściej” – powiedział Leonard Cohen. „Bycie twórcą to trochę tak jak bycie zakonnicą – jest się zaślubionym tajemnicy”. Podobnie uważała pisarka Ursula Le Guin. Pisanie to ciężka fizyczna praca, do wykonania której niezbędne są żywotność, cierpliwość i dyscyplina. Dobre dzieło jest darem i przychodzi wtedy, kiedy chce, jeśli szanuje się tajemnicę i trud jego narodzenia. Czytanie i pisanie, według Le Guin, nie są czynnościami programowalnymi i wyraźnie osadzonymi w miejscu i czasie, ale uczestnictwem w czymś poza ich granicami, w przestrzeni, która ma swoje własne rytmy i swoje prawa. Z podobnym szacunkiem o twórczym pisaniu mówili poeci właściwie od zawsze, między innymi wielki wizjoner epoki romantyzmu William Blake i współczesna twórczyni Patti Smith.

W taki sposób piszą czasami też mniej uduchowieni pisarze – pisarze naukowi. Szwedzki socjolog Stefan Svallfors poświęcił pisaniu swoją najnowszą książkę „Forskningens mörker” (Mroki badań naukowych). Aby napisać tekst naukowy, trzeba wejść w najmroczniejszą przestrzeń ducha: niepewności, gniewu, lęku, walki z własnymi ograniczeniami aż do samo-nienawiści. Gdy pisze się coś, czego jeszcze nie ma, nie istnieją łatwe ścieżki ani oczywiste kreacje. Trzeba czasami wbić się w nieracjonalność, zaufać własnej słabości, po omacku zmagać się z pojęciami, które nie wiadomo w co się ułożą – i czy w ogóle to zrobią. Naukowiec, tak samo jak poeta, jak pisarz, choć z mniej pięknym skutkiem, chwyta gołymi rękami chaos za gardło. Jak pisze Svallfors, pisarz naukowy musi nauczyć się być wystarczająco obsesyjnym, osiągać odpowiedni poziom przerażenia, poczuć właściwą dozę panicznego poszukiwania wyrazu tego, co niewyrażone. Często nie wychodzi nic, czasami coś, z rzadka – to, co trzeba, by pogłębić zrozumienie świata.

Wszystkie te próby, podejmowane szczerze, są potrzebne. W nauce rozumianej jako instytucja społeczna sukcesem nie jest Noblista. Sukcesem jest środowisko, w którym jedni chybią, inni trafią, ale wiele osób próbuje i czasami osiągają pozytywny rezultat w wyniku tej szalonej walki z chaosem. Z rzadka jest to rezultat doceniony, wyróżniony nagrodą. W takim ujęciu uroczystości noblowskie to święto nas wszystkich, szarych naukowych mrówek w naszych szarych mrowiskach. Taka praca jest przede wszystkim trudna, ale także cudownie satysfakcjonująca, choć nie na żadnym oczywistym i prostym poziomie. Idzie na nią dużo energii. Pisanie o nauce do mediów to z kolei inna działalność, która nie zawsze z naukową obsesyjnością idzie w parze. Nauka absorbuje, ciężko dzielić czas i uwagę między nią a coś innego. A popularyzacja nauki lub pisanie felietonów wymagają innych umiejętności, innego warsztatu. I tak na przykład amerykański pisarz i biochemik Isaac Asimov świetnie pisał o nauce, ale wielkim naukowcem nie był. Wiele i wielu z nas widzi, że brakuje im do tego talentu, że ich pióro jest, jak moje, ciężkie i toporne. A gdy próbujemy, to po to, by dorzucić się do tworzenia wspólnego sensownego języka. Podać cegłę. Budujemy.

Budujemy na obrzeżach, bo tam jest przestrzeń do takich działań. Centrum od dawna się zamknęło, bywało chwilami naprawdę szczelne na treści odmienne od wąsko określonego przekazu. Wiem coś o tym, bo od dość dawna próbowałam zabrać głos w mediach na tematy, które uważam za istotne. Bywało, że kontaktowali się ze mną dziennikarze z dużych pism. Mówiłam lub pisałam to, co wiem o różnych zjawiskach zarządzania, na przykład o kulturze organizacji: że nie należy nią manipulować, że jest to żywy oddolny twór ludzki. Potem dostawałam do autoryzacji wypowiedź zmienioną w swoje przeciwieństwo, gdzie niby głoszę, że manipulować trzeba, a zysk uświęca środki. Nie autoryzowałam. Tekst szedł do śmieci, a nauczony przykrym doświadczeniem dziennikarz więcej nie dzwonił. Albo od razu cała wypowiedź szła do lamusa i nigdy nie ujrzała światła dziennego. Odwiedzali mnie dziennikarze dużych stacji telewizyjnych i przeprowadzali wywiad po starannym wymakijażowaniu mojej twarzy i naświetleniu pomieszczeń. Mówiłam, że uczenie się zarządzania to nie jest elitarny program tylko dla szefów i biznesmenów, lecz wiedza, która przede wszystkim przydaje się szeregowym pracownikom. Wywiad nie był puszczany na wizji. Nie tak dawno temu dobra dziennikarka dostała od jednej z głównych polskich gazet zamówienie na wywiad ze mną i współautorem książki o zarządzaniu. Wywiad był świetnie przygotowany i przeprowadzony, a my mówiliśmy o sprawach bliskich nam i naszym badaniom: o zarządzaniu jako głęboko problematycznej i trudnej funkcji społecznej. Ku zdziwieniu dziennikarki wywiad zapadł się w czeluść. Nie było żadnego odzewu. Wreszcie redakcja odpowiedziała jej, że nie, bo za to trudne. Nikt nie zrozumie. Poszła z tekstem do jednej z bardziej marginalnych gazet i wywiad ukazał się szybko i sprawnie. Czy ktoś przeczytał i zrozumiał? Myślę, że tak, wiele razy spotkałam osoby, które mówiły, że czytały i że to nowe rzeczy, ale ciekawe i pobudzające do myślenia.

Czemu akurat nieprawomyślne zarządzanie było (i jest!) tak silnie odrzucane przez główny nurt mediów? W innych znanych mi krajach też bynajmniej nie króluje ono w prasie i telewizji, ale jednak pojawia się, można je znaleźć nawet w wysokonakładowej prasie lub w popularnych kanałach telewizji. U nas większość ludzi nie ma pojęcia, że w ogóle istnieje coś takiego, czym się zajmuję całe moje zawodowe życie: zarządzanie dla ludzi (nie dla zysków). Nieobecna jest zarówno tematyka, jak i zrozumiały język jej opisu. Dlaczego? Naprawdę nie mam pojęcia. Nie wiem i będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi Czytelników. Jak to w ogóle jest możliwe? Ten język może się przecież przydać nie tylko moim studentom, nie tylko organizatorom z mojego terenu badawczego, takim jak spółdzielcy z Kooperatywy Dobrze czy Spółdzielni Margines. Może się przydać do opisu niedostatków otaczającej nas wszystkich rzeczywistości, ale też do opisu własnych celów i aspiracji. Nie jest to może najważniejsza i najpilniejsza potrzeba przeciętnego Polaka i Polki, ale też i nie najmniej istotna. Więc dlaczego nie? A może inaczej – skoro nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, to zamiast tego zapytam: komu takiego języka może brakować? Myślę, że przede wszystkim klasom społecznym oprócz obecnie dominującej.

Media głównego nurtu w Polsce mówią przede wszystkim językiem klasy średniej – transformacja miała wszak polegać na tym, że inne klasy staną się niepotrzebne, a cała rzeczywistość społeczna będzie radośnie współtworzona i współdzielona przez gigantyczną, coraz bardziej zamożną, coraz lepiej wykształconą i mobilną globalnie klasę średnią. Takie nadzieje rozpalała w nas wizja ciągłego postępu i wzrostu, wymagająca poświęcenia i rezygnacji z konfliktów, wyrzeczenia się dążeń i interesów innych klas, odrzucenia form realizacji tych interesów poprzez, na przykład, działalność związków zawodowych. Mieliśmy się edukować, brać na klatę przejściowe błędy i wypaczenia, w pocie czoła pracować, czcić szefa jaki by nie był, być wdzięcznym praco-„dawcy”, że pracę „dał”, a, jeśli jesteśmy wystarczająco dzielni i wyedukowani – sami firmę założyć. Mieliśmy wziąć się za inwestowanie w siebie i nasze dzieci, nasze wnuki, a świat miał nam to wynagrodzić i obsypać nas złotem. Ta obietnica – że teraz wszyscy będą klasą średnią – od samego początku była niemożliwa. Zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Kapitalizm nie jest i nie będzie nigdy oparty na klasie średniej. Ludzie w wielu krajach zaczynają sobie to uświadamiać, ale nie ma już etosu ani języka innych klas.

Mieszczanie wszystkich krajów nie połączą się, bo zostali stworzeni raczej do siedzenia w swych mieszkaniach. Nie-mieszczanie też się nie połączą, bo nie mają wspólnego języka. Nie wystarczy złapać się za ręce. Ba, jak się przekonaliśmy ostatnio, nie wystarczy nawet odpalić race. Człowiek, by móc z drugim człowiekiem coś społecznie tworzyć, musi porozumieć się na poziomie wartości i symboli. Do tego niezbędny jest język. Ale jest i druga strona medalu: jak dowodził już sto lat temu Ludwig Wittgenstein, język istnieje tylko wtedy, gdy służy porozumiewaniu się. Tylko wtedy można go rozbudzać, pielęgnować, uczyć się wyrażać swoje wyższe uczucia – podobne troszkę, wbrew pozorom, do mięśni: niećwiczone zanikają. Do tego potrzebne są człowiekowi sztuka, język i metafory. Wspólnoty myślenia, czucia i komunikacji tworzą zaś i rozpowszechniają media. Gdy media głównego nurtu spłaszczają i ujednolicają rzeczywistość, potrzeba mediów niszowych i marginalnych. Dlatego są one u nas absolutnie arcyważne, a wśród nich „Nowy Obywatel”.

To miał być w założeniu mój pożegnalny felieton. Miałam powiedzieć, jak bardzo jestem wdzięczna za przestrzeń, którą tu otrzymałam i z pewną ulgą powtórzyć za profesorem nauk zarządzania Gibsonem Burrellem, jednym z naszych największych: „niech teraz zamilknę… aż do następnego razu…”. Ale właśnie następny raz wcale nie musi być odległy w czasie. Może być dokładnie za miesiąc. Będę pisać dalej, choć dużo krótsze (zapewne) teksty, bo jednak potrzebuję więcej czasu i energii na naukowe obowiązki pisarskie. Będę pisać tak jak umiem i o tym, co umiem – dotąd, aż ktoś nie chwyci za pióro bardziej lotne, bardziej błyskotliwe i nie napisze o tych wszystkich postaciach, tworach i problemach, które nas współcześnie tak bardzo dotyczą i poruszają – o szefach, pracownikach, strukturach, etycznej sprzedaży, iluzji wzrostu gospodarczego, kłamstwach marketingu, i dlaczego to jest ważne dla naszego człowieczeństwa, dla wspólnego dobra i dla naszej planety. Wtedy odetchnę, wzniosę toast za powodzenie narodzonego języka i zamilknę… oczywiście – aż do następnego razu…

prof. Monika Kostera

Zdelegalizować marketing

Zdelegalizować marketing

Wstąpcie do najlepszego ze światów, do raju na ziemi, do państwa szczęścia, murowanego sukcesu i wiecznej młodości! W tej cudownej krainie z nieodmiennie błękitnym niebem żadne kwaśne deszcze nie psują lśniącej zieleni liści, na niemowlęco różowej cerze dziewcząt nie wykwita najmniejszy pryszcz, nie zdarza się, by jakieś tam zadrapanie szpeciło lustrzaną powierzchnię karoserii samochodów. Młode kobiety o długich opalonych nogach jadą po wymiecionych do pusta ulicach w połyskujących limuzynach, które dopiero co opuściły myjnie. Te pojazdy nie znają karamboli, gołoledzi, kontroli radarowych ani pękających opon. Prześlizgują się niczym węgorze przez zatory wielkich miast, na skrzyżowaniach pod światłami wymykają się spalonym na brąz czyścicielom szyb samochodowych i nigdy nie trafią przez pomyłkę do dzielnic biedy, gdyż suną bezszelestnie w kierunku rozległych mieszkań w starym budownictwie bądź do luksusowych dacz, zastawionych niewyobrażalnie drogimi meblami.

O. Toscani, Reklama: uśmiechnięte ścierwo

Manipulacja: wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie lub przeinaczanie faktów w celu udowodnienia swoich racji lub wpływania na cudze poglądy i zachowania.

Słownik Języka Polskiego PWN

Reklamy niszczą nasz świat. Pochłaniają kolosalne sumy pieniędzy, wprowadzają w błąd, wykorzystują słabości naszej psychiki, przeszkadzają nam w codziennym funkcjonowaniu, wreszcie – promują szkodliwe normy, wpędzając całe pokolenia w kompleksy i przekonując, że o naszej wartości świadczy przede wszystkim to, ile kupujemy. Wszystko to sfinansowane z naszych kieszeni, zawarte w cenie każdego produktu, po który sięgamy, gdy jesteśmy w sklepie. Narzekamy na nie każdego dnia, przewijając Facebooka, oglądając video w internecie, czekając na film czy słuchając radia. Sprawę trzeba więc postawić jasno – pokaźną część sektora marketingowego należy zaorać, zalać wapnem i zadbać o to, żeby nigdy nie odrodził się w równie pasożytniczej formie, jaką przyjmuje dzisiaj.

Jeszcze kilka dekad temu dało się jakoś uzasadniać istnienie marketingu, mówiąc o jego funkcji informacyjnej czy o roli w zaspokajaniu potrzeb konsumentów (choć już wówczas wymagało to złożonych akrobacji intelektualnych). Dziś jednak nie ma już najmniejszych wątpliwości, że reklamy nie niosą informacji, lecz dezinformację, nie pomagają zaspokajać potrzeb, a potrzeby te kreują, napędzając tym samym błędne koło konsumpcji szkodliwe zarówno dla naszej psychiki i naszych portfeli, jak i dla środowiska naturalnego.

Jak wyglądałby świat bez reklam?

Bardzo podobnie do tego, jak wygląda teraz. Zapewne mniej wydawalibyśmy na impulsywne zakupy, zatem mielibyśmy nieco więcej oszczędności lub po prostu rozważniej gospodarowalibyśmy pieniędzmi. Sprzedawcy nie byliby zmuszani oferować nam promocyjnego hot-doga, nie musielibyśmy więc nieustannie im odmawiać. Produkty mogłyby być tańsze, bo marketing swoje kosztuje. My nieco szczęśliwsi, gdyby nie bombardowano nas obrazami wyidealizowanego świata, który nigdy nie będzie przypominać tego, w którym żyjemy. Przestrzeń byłaby bardziej estetyczna, odetchnęłoby również środowisko naturalne. Nie przerywano by nam filmów i nie musielibyśmy czekać w kinie 20 minut na seanse. Kuba Wojewódzki miałby kilka milionów mniej na koncie. Same plusy.

Istnieją już dziś sektory, w których możliwość prowadzenia działań reklamowych jest poważnie ograniczona, takie jak branża tytoniowa czy mocne alkohole. Nie sprawia to, że konsumenci są zdezorientowani i nie brakuje im informacji – znają różnice między produktami i wiedzą, co wybrać. Dlaczego więc wizja delegalizacji reklamy, co najmniej na tę skalę, w jakiej obecnie ma to miejsce w wymienionych sektorach, jest postulatem tak egzotycznym, zupełnie nie dyskutowanym w debacie publicznej?

Wojna reklamowa

Wydaje mi się, że wszystkie wymienione powyżej argumenty wystarczą, aby podejść do tematu poważnie i radykalnie, ale reklama to bardzo podatny teren i można ją zdelegitymizować wychodząc z bardzo różnych pozycji. Problem polega nie tylko na tym, że reklama jest szkodliwa i jeśli komuś służy, to korporacjom, które mogą wciskać nam więcej produktów, których nie potrzebujemy. Problem też w tym, że marketing to przestrzeń niesamowitego marnotrawstwa. To gra o sumie zerowej, a jej ramy są sztywno określone ograniczonymi środkami, które możemy wydać na zakupy (wyznaczonymi przez poziom płac) i ograniczonym czasem skupienia i uwagi, podczas którego można nami manipulować. Na żadne z tych dwóch zmiennych nie wypływa powiększanie budżetów reklamowych firm, które globalnie rosną z roku na rok o dziesiątki miliardów dolarów, wielokrotnie przewyższając tempo wzrostu realnych płac.

Strukturalnie marketing przypomina nieco świat militarny. Od pewnego momentu sam poziom uzbrojenia staje się coraz mniej istotny, bardziej znaczący jest balans sił, niż bezwzględna liczebność wojsk czy czołgów. W świecie, w którym jesteśmy bombardowani przekazami marketingowymi w niemal każdym momencie, ulice szpecą setki banerów czy billboardów i nie sposób odwiedzić strony internetowej, na której nie ma reklam, ich liczba przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie ma wielkiego znaczenia ile jeszcze banerów przygotuje Coca-Cola, istotne jest to, żeby miała ich więcej niż Pepsi. Znacznej części z nich i tak w ogóle nie zauważamy, bo wykształcają się w nas mechanizmy niedostrzegania reklam i banerów (zjawisko takie jak ad blindness opisane zostało ponad dwie dekady temu).

Mam w związku z tym uzasadnione podejrzenie, że marketing jest nie tylko szkodliwą i destrukcyjną machiną, która niszczy naszą psychikę, ale też przestrzenią kolosalnego marnotrawstwa środków w drodze do tego niecnego celu. Jeżeli wyobrazimy sobie, że pewnego dnia, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (różdżka nie musi wcale być czarodziejska, może być mugolska i nazywana jest wówczas ustawą), połowa billboardów, reklam w telewizji, internecie i radiu zniknęłaby, to najprawdopodobniej nic by się nie stało. A z całą pewnością nic, czego moglibyśmy żałować. Mamy tu do czynienia z modelowym przykładem dylematu więźnia – sytuacji, w której wszyscy gracze (korporacje) robią to, co jest w ich doraźnym indywidualnym interesie (pompowanie budżetów marketingowych) i wszyscy kończymy przez to w miejscu znacznie gorszym niż punkt wyjścia.

Oznacza to też, że marnujemy kolosalne zasoby ludzkiej pracy, które nie tylko nie uczestniczą w żadnym społecznie użytecznym procesie produkcyjnym, ale też katalizujemy ludzką kreatywność i potrzebę tworzenia na opracowywanie nowego kształtu kubeczka jogurtu. Sektor reklamowy zatrudnia dziś w Polsce dziesiątki tysięcy osób, które wykonują albo społecznie szkodliwą, albo zupełnie nieistotną pracę.

Nie jest to również żadna nowość, o zjawisku powstawania prac, które nawet według tych, którzy je wykonują nie powinny istnieć, pisał parę lat temu David Graeber (później wydana została książka na ten temat). Badania wskazują, że odsetek ankietowanych, którzy twierdzą że ich zawody należą do tzw. bullshit jobs, sięga od kilku do kilkudziesięciu procent. Ale i Graeber nie był tu pierwszy ze swoją obserwacją, bo już w latach pięćdziesiątych szydził z tego C. Parkinson, a zdarzyło mi się nawet kiedyś czytać powieść na ten temat.

Ale i to nie jest koniec historii degeneracji utkanej na przekonaniu, że jakaś niewidzialna ręka kieruje działaniami przedsiębiorców, prowadząc ich do osiągnięcia społecznie pożytecznych celów. Warto przyjrzeć się również temu, kto i za co szkoli kadry potrzebne do rozwijania tego sektora. Problem jest poważny, bo od dekad do systemu uniwersyteckiego (w Polsce na szczęście wciąż publicznego), wnikają nowo powstające dziedziny wiedzy, których jedynym celem jest kształcenie młodych ludzi do dbania o maksymalizację zysków banków czy korporacji. Mówię tu oczywiście o wydziałach zarządzania, katedrach marketingu, ale i ekonomii, która zaskakująco rzadko poświęca uwagę zastanawianiu się nad dobrem konsumenta, chętnie natomiast zmusza studentów do uczenia się na pamięć tego, jak na wykresie określić punkt maksymalizacji zysków przedsiębiorstwa.

Opłacamy to wszystko z naszych podatków, wydajemy miliony na to, żeby wyszkolić specjalistów ds. tworzenia nowych potrzeb, zwodzenia nas i dezinformowania, robienia wszystkiego, co się da, żeby wycisnąć z naszych kieszeni ostatnie złotówki. Celem marketingu nie jest badanie rzeczywistości, lecz wpływanie na nią, zaprzęgając do tego dokonania nauk humanistycznych i społecznych. Marketing to technologia sprzedaży i nie ma żadnego powodu, dla którego mielibyśmy finansować ją z publicznych środków tak długo, jak służy nielicznej, uprzywilejowanej grupie do opracowywania nowych wzorców konsumpcjonizmu i drenowania naszych kieszeni.

Obwód zamknięty

O degeneracji systemu dobitnie świadczy moment, w którym jego elementy zaczynają pełnić role, do jakich nigdy nie były powołane, a robią to wyłącznie ze względu na poziom akumulacji kapitału, do jakiego doszło. Trzeba zauważyć, że sektor reklamowy pełni dziś, po cichu, o wiele więcej funkcji, niż tylko pobudzanie konsumpcji i zaśmiecanie miast czy umysłów. Finansuje na przykład kulturę, utrzymuje przy życiu gazety, stacje radiowe i telewizyjne. Pieniądze płyną szerokim strumieniem od prywatnych firm (i spółek skarbu państwa) do mediów i kultury.

Nie ma wątpliwości, że pieniądze mogłyby płynąć bardziej konwencjonalnymi drogami, dając przy tym dużo wyższy poziom stabilności mediom i nie budując ich niezdrowej zależności od wielkiego kapitału. Ten sam, a być może lepszy efekt możemy osiągnąć finansując media ze środków publicznych (i nakładając stosowne podatki na korporacje), co nie tylko uwolni nas od konieczności oglądania spotów przed każdym filmem albo słuchania reklam suplementów diety w radiu, ale też, na pewnym wąskim, ale bardzo istotnym terenie, uczyni naszą sferę publiczną nieco bardziej demokratyczną.

Odwaga myślenia

Nie trzymam w szufladzie projektu ustawy zakazującej reklamy, i nie wiem, jak dokładnie powinien on wyglądać. Nie twierdzę też, że nie ma takich sektorów, gdzie reklama, a przynajmniej pewne jej formy mogą być przydatne i potrzebne (przychodzi mi na myśl chociażby sektor kultury lub akcje społeczne). Sądzę natomiast, że chwila zastanowienia nad bilansem społecznych kosztów i korzyści, jakie płyną z wszechobecności reklam, prowadzi nieuchronnie do wniosku, że nie ma żadnych powodów, dla których mielibyśmy zgadzać się na taki stan rzeczy, z jakim stykamy się na co dzień. Statystyki, do których dotarłem, mówią o tym, że globalne wydatki marketingowe sięgają pół biliona dolarów. Zniszczenia psychiczne i środowiskowe, które powodują, są niepoliczalne. Jest to więc temat, który musimy poważnie przedyskutować.

Hubert Walczyński

Zdjęcie: praca amerykańskiego artysty Mela Bochnera pt. „Blah Blah Blah” z roku 2014.

Piotr Wójcik: Najwyższy czas na progresję podatkową

Piotr Wójcik: Najwyższy czas na progresję podatkową

Współcześni Polacy chcą uchodzić za jeden z ostatnich bastionów cywilizacji zachodniej. Zwanej też przez prawicę cywilizacją judeochrześcijańską. W jej wizji w tym samym czasie, gdy kraje Europy Zachodniej pogrążają się w marazmie i barbarzyństwie, przyjmując na potęgę muzułmanów, którzy stopniowo doprowadzą do barbaryzacji całego zachodniego świata, Polska wciąż trzyma się filarów zachodniej cywilizacji. Stoi prosto, trzyma zachodni fason. W zasadzie już mało kto na Zachodzie myśli o zachowaniu zdobyczy naszej cywilizacji – poza nami robią to jeszcze może Amerykanie i Węgrzy. Ta historyjka jest miła dla niejednego nadwiślańskiego ucha, problem jednak z nią jest taki, że to Polska wciąż w niektórych obszarach tkwi w okowach barbarzyństwa. I jakoś nie zamierza przyjąć wielu zdobyczy cywilizacyjnych Zachodu – zdobyczy, które dla krajów zachodnich od lat są czymś zupełnie oczywistym. Jeśli chcemy rzeczywiście być stabilnym filarem cywilizacji Zachodu w niespokojnych czasach, dobrze byłoby najpierw tę cywilizację w całości przyswoić.

Gdzie Zachód, a gdzie Wschód

Jedną ze zdobyczy cywilizacji zachodniej jest progresja podatkowa – czyli taki system podatkowy, w którym zamożniejsi przekazują większą część swoich dochodów do budżetu państwa oraz samorządów. Ktoś może parsknąć śmiechem – jak to, rozwiązanie podatkowe filarem cywilizacji? Przecież to trywialne! Wręcz przeciwnie, system podatkowy to jeden z najważniejszych elementów porządku społecznego. Pokazuje on jak na dłoni, jakie są relacje w społeczeństwie między silnymi a słabymi. Na Zachodzie już dawno doszli do wniosku, że ci silniejsi powinni dokładać się bardziej do wspólnej kasy, skoro mają więcej ku temu możliwości i w większym stopniu korzystają na stworzonym przez wspólnotę porządku społecznym. Inaczej mówiąc, cywilizacja zachodnia przyswoiła już lata temu elementarne podstawy solidarności społecznej. Solidaryzm, zamiast wschodniego trzymania słabych pod butem silnych, to absolutnie jeden z filarów cywilizacji zachodniej.

W zasadzie trudno wskazać kraj Zachodu, w którym nie zainstalowano progresji podatkowej. W Europie Zachodniej to od lat oczywisty standard. W wielu krajach górna stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wręcz wyraźnie przekracza 50 proc. Tak jest chociażby w Austrii (55 proc.), Holandii (52 proc.) czy Portugalii (56,5 proc.). W większości krajów Europy Zachodniej górna stawka PIT oscyluje w okolicach 50 proc. Poza wyżej wymienionymi, tak jest w Belgii, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Hiszpanii, Niemczech, Norwegii, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Jak widać, są w tej grupie kraje zarówno z północy kontynentu, jak i południa. Nawet w USA, często stawianych za wzór przez wolnorynkowców, od lat funkcjonuje progresja podatkowa – nie zlikwidował jej nawet Donald Trump, który ograniczył się jedynie do obniżenia najwyższej stawki. Obecnie w USA jest aż siedem stawek podatku dochodowego od osób fizycznych, rozciągających się od 10 procent do 37 procent.

Gdzie standardem jest podatek liniowy? Przede wszystkim w krajach, które od cywilizacji zachodniej są dosyć daleko – nawet jeśli nie geograficznie, to na pewno mentalnie. W Europie podatek liniowy obowiązuje na przykład w Albanii, Białorusi, Czarnogórze, Macedonii i Rosji. Podatek liniowy jest więc bez wątpienia standardem wschodnim. W sumie nic dziwnego, to na wschodzie niepodzielnie rządzą oligarchowie, liczy się prawo siły. Nic więc dziwnego, że silne grupy interesu ze Wschodu nie pozwoliły na wprowadzenie progresji podatkowej, która uderzyłaby w ich przewagę ekonomiczną.

Płasko jak w Polsce

Jak to wygląda w Polsce? W tym zakresie wciąż tkwimy na Wschodzie. Formalnie przyjęliśmy minimalną progresję, wprowadzając dwie stawki PIT – 18 i 32 proc. Problem w tym, że próg dochodowy drugiej stawki jest tak wysoki, że płaci ją zaledwie 3 proc. podatników. Poza tym lepiej zarabiającym zapewniono możliwość przechodzenia na podatek liniowy dla przedsiębiorców. Z czego korzysta jakieś pół miliona najzamożniejszych Polaków.

Nawet jednak jeśli przeanalizujemy jedynie podstawowy system podatkowy znad Wisły, przymykając oko na liniowy dla przedsiębiorców, to i tak okaże się, że polski PIT jest niemal najbardziej płaski wśród krajów rozwiniętych. Efektywna stawka PIT dla Polaków zarabiających 67 proc. średniej krajowej to 6,4 proc., dla zarabiających średnią krajową to 7,2 proc., a 167 proc. średniej to 7,9 proc. Ktoś mógłby zapytać, co to za niskie liczby – przecież pierwsza stawka wynosi 18 proc. Tak, ale tu mowa o efektywnej stawce, czyli realnie płaconej – a polski PIT jest obniżany przez składkę zdrowotną, a jego podstawa opodatkowania o stałe koszty pracy i składki emerytalno-rentowe. Jak to wygląda średnio w OECD? Zarabiający 67 proc. średniej krajowej płacą 11,5 proc., zarabiający średnią krajową 15,7 proc., a 167 proc. średniej 21,5 proc.

Oczywiście ktoś mógłby celnie zauważyć, że należy analizować pełne efektywne obciążenie płacy, wraz ze składkami płaconymi przez pracownika oraz pracodawcę. Pełna zgoda i właśnie analizując w ten sposób daniny publiczne płacone przez polskich pracowników chyba najlepiej widać, jak bardzo płaski jest polski system podatkowy. Pełne obciążenie pensji wynoszącej średnią krajową to nad Wisłą 35,6 proc., a średnio w OECD 35,9 proc. Przeciętnie obciążenia płacy są więc w Polsce niemal identyczne, co średnia OECD. Zupełnie inaczej jednak jest już w dwóch pozostałych przypadkach. Zarabiający 67 proc. średniej w Polsce płacą 35 proc., tymczasem średnio w OECD 32 proc. Za to zarabiający 167 proc. średniej krajowej w Polsce płacą tylko 36,2 proc., przy średniej OECD 40,3 proc.

W Polsce obciążenia są więc niemal idealnie płaskie – odpowiednio 35, 35,9 i 36,2 proc. Pod tym względem przypominamy jedynie dwa kraje – Chile (7, 7 i 8,3 proc.) oraz Węgry (we wszystkich trzech przypadkach 46,2 proc.). Większa progresja podatkowa niż w Polsce jest nawet w Meksyku. Realna progresja jest również w krajach anglosaskich – nie tylko w USA i Wielkiej Brytanii, ale także w Australii i Kanadzie. Przykładowo w Szwajcarii efektywne obciążenia wynoszą odpowiednio 19, 22 i 26 procent. W Izraelu 15, 22 i 31 procent. W Szwecji 41, 43 i 52 procent. W Hiszpanii 36, 39 i 44 procent.

Rozleniwiający podatek liniowy

Oczywiście w Polsce bardzo silna jest frakcja przeciwników progresji. Mają oni na podorędziu jeden żelazny argument. Wyższe stawki PIT przy wyższych dochodach zniechęcają do pracy i zarabiania większych pieniędzy, gdyż podatnik odbiera to jako karę. Po co mam pracować więcej, skoro i tak mi to zabiorą. Ta teoria to jednak od początku do końca zwyczajne bzdury zarówno w sferze zwykłego zdrowego rozsądku, jak i danych z gospodarek realnych, a nie wymyślonych. Zdroworozsądkowo należałoby dojść do wniosku odwrotnego – skoro wyższe zarobki są obciążone nieco wyższą stawką, to obywatel ma wręcz motywację do dłuższej lub bardziej produktywnej pracy, jeśli chce otrzymać na rękę dochód, który sobie założył. Jeśli wyższe dochody będą obciążone taką samą stawką, to dobrze zarabiający szybciej osiągną zamierzony dochód netto i będą mogli szybciej zrobić sobie wolne. Zatem to podatek liniowy skłania do mniej intensywnej pracy, a nie odwrotnie.

Potwierdzają to dane z gospodarek. Raz, że kraje z najwyższymi górnymi stawkami PIT należą też do najlepiej rozwiniętych. Jak widać, progresja podatkowa nie przeszkodziła im w rozwoju. Dwa, kraje, które mają najwyższe wskaźniki aktywności zawodowej, mają też bardzo wysokie krańcowe stawki PIT. A przecież jeśli progresja zniechęca do pracy, powinno być to widać w ich wskaźnikach aktywności zawodowej. Pięć krajów w Europie o najwyższej aktywności zawodowej to Islandia, Szwajcaria, Szwecja, Holandia i Dania – wszystkie one mają krańcową stawkę PIT w okolicach 50 proc. W Szwecji wynosi ona nawet 57 proc. Piątka krajów OECD z największym zatrudnieniem wygląda niemal tak samo, tylko że zamiast Danii (8. miejsce) jest Nowa Zelandia. W Nowej Zelandii podatki są oczywiście niższe niż w Europie, ale także tam występuje silna progresja – różnica w opodatkowaniu osób zarabiających 67 i 167 proc. średniej krajowej wynosi tam aż 10 pkt. proc.

Jest w Polsce także niemała grupa osób, w tym aktywnych polityków, którzy chcieliby w ogóle likwidacji podatku dochodowego od osób fizycznych. Według nich dochody budżetowe z PIT są tak niewielkie, że, jak twierdzą, nie przekraczają kosztów poboru tego podatku. Akcja społeczna dot. likwidacji PIT była całkiem intensywna jeszcze w czasach aktywności Przemysława Wiplera. Niestety jej zwolennicy nie podawali, jakie są te koszty poboru PIT. W każdym razie dochody budżetu państwa z PIT mają być zbyt niskie, by uzasadniać jego istnienie. Dowodzili oni, że te ok. 50 mld zł to w sumie niewiele, skoro z samego VAT dochody są trzykrotnie wyższe. Problem w tym, że dochody budżetu państwa to tylko połowa wpływów z PIT – druga trafia do jednostek samorządu terytorialnego (JST). I jest to najważniejsze źródło dochodów dla JST. Gdyby zlikwidować PIT, polskie samorządy mogłyby się równie dobrze zwinąć i zamknąć interes. Tego niestety zwolennicy likwidacji PIT najwyraźniej nie wiedzą.

***

Dochody z PIT wynoszą nad Wisłą 5 proc. PKB. Tymczasem średnia OECD to 8,4 proc. PKB. Polskie państwo potencjalnie mogłoby więc znacznie zwiększyć swoje dochody z tego źródła, zwiększając daniny płacone przez lepiej zarabiających. Oczywiście należałoby to połączyć z obniżeniem PIT dla mniej zarabiających, by zwiększyć progresję i zmniejszyć nierówności. Niestety akurat obecna władza się do tego nie pali. Odstąpiła ona od bardzo dobrego pomysłu jednolitego progresywnego podatku dochodowego, gdyż spotkało się to z gremialnym oburzeniem prawicowych publicystów. Progresja podatkowa to zbyt wiele dla prawicowego rządu, nawet takiego z wyraźnym odchyleniem socjalnym. Dlatego też wprowadzenie progresji podatkowej nad Wisłą powinno być papierkiem lakmusowym dla nowych projektów politycznych na lewicy, od których powinniśmy się tego domagać absolutnie w pierwszej kolejności. Bardzo jestem więc ciekaw, jakie plany podatkowe będzie miało nowe ugrupowanie Roberta Biedronia. Jeśli kwestię progresji podatkowej potraktuje po macoszemu, będziemy mieli czarno na białym, że to co najwyżej lekko lewicujący liberałowie, którym nie warto dawać kredytu zaufania. Najwyższy czas skończyć z tym barbarzyństwem, jakim jest podatek liniowy – a zadbać o to najmocniej może jedynie lewica.

Piotr Wójcik

Tomasz Markiewka: Zachód nie istnieje

Tomasz Markiewka: Zachód nie istnieje

W 1989 roku Polska dokonała wielkiego aktu politycznego. Zdecydowała się dołączyć do krajów demokratycznych oraz do systemu kapitalistycznego. I… wielka polityka się skończyła. Oczywiście nadal dokonywały się zmiany będące pochodną tej pierwszej decyzji, poczynając od planu Balcerowicza, po wejście do Unii Europejskiej, ale generalnie królowało przekonanie, że historia dobiegła końca, a na pytanie o to, jak ma wyglądać Polska, istnieje prosta odpowiedź: jak Zachód.

Ten mit Zachodu – a był to mit, bo przecież nigdy nie chodziło o dokładne przyglądanie się skomplikowaniu i różnorodności państw zachodnich – natrafiał stopniowo na swój kontr-mit. Opowieści o Zachodzie-wzorcu przeciwstawiono prawicową opowieść o Zachodzie-zgrozie. Na pragnienie „bycia jak Zachód” odpowiedziano pragnieniem „bycia wszystkim, byle nie Zachodem”.

Wydaje się, że oba te mity powinny ulec rozkładowi około 2008 roku, czyli w okolicach kryzysu finansowego. Wtedy to bowiem jasne stało się, że historia nadal trwa, a Zachód nie wynalazł patentu na dobrą politykę. Trudno było też zamykać oczy na to, że Zachód nie jest jednorodny i istnieją poważne różnice między Francją a USA, Wielką Brytania a Islandią, Niemcami a Hiszpanią.

Nic z tego. Mit i anty-mit Zachodu nadal są żywe. Drobnym, acz bardzo pouczającym, przejawem tego pierwszego mitu jest postawa Tomasza Lisa. Warto na przykład zapoznać się z rozmową, którą przeprowadził pół roku temu w swoim programie z Timothym Gartonem Ashem. Lis pyta brytyjskiego historyka i sugeruje zarazem, że ta Polska to chyba nie jest taka do końca zachodnia. Wiadomo: PiS, populizm, upadek demokracji i tak dalej. Na co Ash zauważa przytomnie, że z tego typu problemami zmagają się też tzw. państwa zachodnie. Lis niby się zgadza, ale dopytuje, że jednak jest tu jakaś zasadnicza różnica. W sensie: nasz upadek demokracji jest większym upadkiem, nasz populizm większym populizmem, nasza prawica gorszą prawicą niż jej odpowiedniki na Zachodzie. I dopiero gdy Ash mówi coś, co można zinterpretować jako aprobatę dla tej tezy, redaktor czuje się spełniony.

W tej krótkiej wymianie zdań dzieje się kilka ciekawych rzeczy jednocześnie. Najlepsze jest to, że wszystkie najważniejsze kategorie potrzebne do jej analizy opisał już Piotr Stankiewicz w „21 polskich grzechach głównych”. Mamy tu na przykład do czynienia z autorasizmem, czyli dyskryminacją Polaków przez Polaków, z uznaniem nas samych za niższą rasę. To właśnie Lis, polski dziennikarz, a nie sam Ash domaga się powiedzenia na głos, że Polska jest w istotny sposób gorsza od krajów zachodnich. Ciekawe, że jest to autorasizm niejako podwójny. Nie dość, że Lis uważa Polskę za gorszą od mitycznego Zachodu, to jeszcze odczuwa potrzebę, aby tę diagnozę potwierdził ktoś z Zachodu właśnie. Tak jakby nawet on sam, światły Tomasz Lis, był zbyt skażony polskością, żeby jego krytyka Polski mogła być pełną krytyką bez aprobaty ze strony przybysza z lepszego świata.

Po prawej stronie bywa jeszcze głupiej. Najlepszym przykładem jest zestaw filmików prawicowej grupy, której nazwy nie chcę nawet reklamować, dopominającej się o ogólnoświatowy szacunek do Polski. Filmiki opierają się na założeniu, że Polska jest poniżana i niedoceniana przez świat zachodni pomimo tego, że to ona jest pierwsza wśród narodów. Nikt nie cierpiał tak, jak my cierpieliśmy. Nikt nie walczył tak, jak my walczyliśmy. Nikt nie jest obrażany tak, jak my jesteśmy. Wszystko w nieznośnie kiczowatym i patetycznym stylu właściwym dla naszej prawicy. Gdyby wziąć te filmiki na wiarę, można by dojść do wniosku, że Amerykanie, Brytyjczycy czy Francuzi nie myślą na co dzień o niczym innym, tylko o tym, jak by tu po raz kolejny poniżyć Polskę.

Absurd tych dwóch sposób myślenia wypłynął ostatnio przy okazji dyskusji o Obamie ściskającym dłoń Wałęsy. Reprezentujący prawicę Rafał Ziemkiewicz starał się za wszelką cenę zdeprecjonować jednego z najpopularniejszych prezydentów USA. Robił to w sposób wyjątkowo nierozsądny, opowiadając bajki o tym, że jest to polityk ze wszech miar przegrany. Zwolennicy Wałęsy z kolei zachwycali się tym uściskiem, jakby za jego sprawą Obama miał powiedzieć „Ja, przedstawiciel lepszego i wyższego świata, zatwierdzam mocą mojego autorytetu Lecha Wałęsę i wszystkich, którzy stoją po jego stronie”. Komiczny strach przed Zachodem zderzył się z równie komicznych zachwytem nad nim.

Nie chodzi o to, żeby popadać ze skrajności w skrajność. Żeby na kompleks niższości i wyidealizowaną wizję Zachodu odpowiadać nadymaniem się z powodu własnej polskości. Na mit Zachodu trzeba odpowiedzieć zdroworozsądkowym: Zachód nie istnieje. Nie istnieje jednolita kraina, którą można stawiać za wzór i cel wszelkich dążeń politycznych. To, co nazywamy Zachodem, jest tak naprawdę złożeniem wielu sprzecznych tendencji: dobrych i złych. Sam nie mam problemów z przyznaniem, że chciałbym, aby na polskich drogach było tak bezpiecznie jak na drogach brytyjskich czy hiszpańskich. Żeby polski system podatkowy był jak duński. Żeby polskie związki zawodowe były na poziomie fińskich lub francuskich. Żeby prawa kobiet i mniejszości seksualnych były przestrzegane przynajmniej tak jak w Szwecji. Z drugiej strony nie chciałbym ani takich nierówności społecznych, ani takiego prezydenta jak w USA. Nie chciałbym wychodzić z Unii Europejskiej, jak to zrobili Brytyjczycy. Nie chciałbym mieć takiej kolonialnej przeszłości jak Francuzi. Nie chciałbym, aby latami na politycznym szczycie utrzymywał się taki polityk jak Berlusconi we Włoszech. Słowem, czym innym jest przyznanie, że konkretne kraje zachodnie w konkretnych sprawach są lepsze od Polski, a czym innym przeprowadzanie mocnego, istotowego rozróżnienia między złą Polską i wspaniałym Zachodem. I na odwrót, bywamy lepsi w pewnych aspektach niż wybrane kraje zachodnie, ale nie mamy najmniejszych powodów, aby popadać w samozadowolenie bądź tworzyć mit złego Zachodu. Świat jest skomplikowany i byłoby dobrze, abyśmy częściej w polskiej polityce pamiętali o tej prostej prawdzie.

dr Tomasz S. Markiewka

Grafika: pixabay.com

Konrad Ciesiołkiewicz: Słuchanie najsłabszego ogniwa

Konrad Ciesiołkiewicz: Słuchanie najsłabszego ogniwa

Dyskusje na temat rynku pracy nie przybierają jeszcze ostrych form znanych z dyskusji politycznych. Ma to swoje dobre i złe strony. Można powiedzieć, że to przykre, bo pokazuje, że wciąż jakość naszego środowiska pracy jest tematem spoza listy politycznych priorytetów. Utrzymywanie tego tematu na obrzeżach głównego nurtu dziwi i wskazywać może na odrealnienie wielu z nas, funkcjonujących dzisiaj w obiegu zawodowym stolicy i traktujących własne doświadczenie jako reprezentatywną normę. Piotr Arak, kierujący Polskim Instytutem Ekonomicznym, w swoim niedawnym komentarzu dla – nomen omen – kwartalnika „Liberte”, opisywał plagi polskiego rynku pracy. Wśród nich wymienił ogromne koszty psychiczne i somatyczne płacone przez coraz większą grupę Polaków wskutek doświadczania stresu zawodowego. Według danych OECD, pod tym względem wyprzedzają nas w Europie wyłącznie Grecy i Turcy. Arak wskazywał też na problem feudalizmu, w którym wciąż pracownicy bardziej zajmują się nastrojami szefa niż możliwością brania odpowiedzialności za cele przedsiębiorstwa. Jedną z naszych cech jest także niski stopień wsparcia i pomocy udzielanych przez przełożonych (przeciętna w UE to 58 proc., a u nas 47 proc.).

Rynek pracy nie jest wolny od skłonności do uproszczeń oraz popadania w skrajności, posługiwania się stereotypami i niemożności (albo niechęci) zobaczenia drugiej strony medalu. Problem dotyczy zarówno uczestników rynku, jak i komentatorów, zaś jego konsekwencje obejmują nasze życie gospodarcze, społeczne, i prywatne. Przykładem takiego stereotypu są tzw. millenialsi (pokolenie Y, urodzone w latach 80. i 90.), którzy według panujących wyobrażeń mają być pokoleniem szczególnie mobilnym, nie przywiązującym się do zespołu ani do firmy. W ten bardzo uproszczony sposób bywają przedstawiani w przewodnikach dla działów personalnych firm i kadry kierowniczej, tak konstruowanych jest mnóstwo szkoleń menedżerskich. Ale czy młodzi faktycznie tacy są, czy raczej tak chcą ich widzieć niektórzy z ich przełożonych?

Do refleksji nad przyszłością pracy zmusza też automatyzacja i robotyzacja produkcji. Na pierwszy plan wysuwa się pytanie, czy roboty zabiorą nam pracę. Ta nacechowana emocjonalnie kwestia odsuwa w cień inne, nie mniej istotne aspekty tematu, chociażby kompetencje pracowników, które pozwolą im się utrzymać i odnieść sukces na rynku pracy zdominowanym przez roboty. Wiele ośrodków zgodnie wskazuje na kompetencje przyszłości, a wśród nich wymienia inteligencję emocjonalną, empatię, umiejętność współpracy i udzielania wsparcia innym, aktywne słuchanie czy krytyczne myślenie. Większości z tych cech roboty nigdy nie będą w stanie nabyć – pozostaną one naszą niezbywalną przewagą. Oczywiście kompetencji społecznych, które będą naszą przewagą na rynku pracy, jest o wiele więcej, lecz wszystkie mają wspólny mianownik – wymagają dialogu i tylko dzięki niemu są możliwe. Warto zawczasu się nimi zająć, by ograniczyć lęk ludzi przed zmianami na rynku pracy. Badanie Pew Research Center pokazuje bowiem, że zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się (m.in. w Polsce) negatywne opinie na temat skutków automatyzacji przeważają nad pozytywnymi. Lęki ludzi są naturalne i nie powinny nikogo dziwić. W praktyce jednak osoby takie nierzadko doświadczają bipolarnego przeciwstawienia o ogromnych skutkach tożsamościowych, mianowicie „zapóźniony leń” vs „nowoczesny i skuteczny”.

Debata na temat automatyzacji wciąż ma ograniczony wpływ na bieżącą sytuację na rynku pracy. Inaczej jest z kwestią sensu pracy. Poczucie sensu wykonywanej pracy ma znaczenie fundamentalne, ale w mediach ogranicza się je zwykle do wysokości zarobków, możliwości awansu czy innych tzw. benefitów pozapłacowych. Tymczasem z badań naukowców z uniwersytetów w Lejdzie i Rotterdamie wynika, że co siódmy Polak uważa swoją pracę za pozbawioną sensu. Aż 14 proc. z nas odpowiedziało negatywnie na pytanie „Czy twoja praca jest pożyteczna dla społeczeństwa?”. Był to wynik znacznie gorszy niż europejska średnia. Badania przeprowadzane w USA przez B. Schwartza i A. Wrzesniewski pokazują jednoznacznie, że pełnienie wysokich funkcji w zarządach modnych przedsiębiorstw nie idzie w parze z poczuciem sensu. Tymczasem wielu przedstawicieli zawodu salowych w szpitalach charakteryzowało się wysokim poczuciem sensu pracy, a ich zaangażowanie daleko wykraczało poza spisany zakres obowiązków. Tym, co stanowiło istotę, była relacja z drugim człowiekiem i poczucie sprawczości w udzielaniu wsparcia pacjentom.

W każdej organizacji znajdą się osoby, które chcą i potrzebują częstych zmian – w otoczeniu i/lub w samej pracy. Oferta pracodawcy powinna uwzględniać te wymagania. Ale z drugiej strony narzucanie wszystkim młodym pracownikom określonego – i uwarunkowanego ekonomicznie – stylu życia i wartości jest nie do zaakceptowania z jakiejkolwiek humanistycznej perspektywy. Oznaczałoby to zdecydowaną dominację jednej ze stron stosunku pracy. Dialog jest przede wszystkim słuchaniem najsłabszego ogniwa systemu. Tego, które jest w innej niż ja sytuacji, ma inną zawodową pozycję, i tego, które czuje więcej lęku przed zmianami. Jeśli tak na to spojrzymy i połączymy z szeroko omawianymi i powtarzanymi czasami do znudzenia kompetencjami przyszłości, to okaże się, że to właśnie osoby najciężej doświadczone, pełniące najniższe funkcje, wykonujące najbardziej niewdzięczną pracę, mogą być naszymi przewodnikami po inteligencji emocjonalnej, empatii, współpracy, wspieraniu innych.

Przytoczone przykłady ukazują funkcje dialogu jako kompetencji, która przekłada się na poprawę wyników ekonomicznych, bardziej satysfakcjonujące życie osobiste i lepszą jakość życia społecznego. Dialog oparty na zrozumieniu i poszanowaniu różnic między ludźmi oraz godności każdego człowieka jest fundamentem zaawansowanego rozwoju gospodarczego i społecznego. W Polsce musimy się go uczyć, jeśli nie chcemy pozostać jedynie krajem rozwijającym się. Ta potrzeba staje się jeszcze bardziej paląca w obliczu dramatycznych prognoz ekologicznych i społecznych, wewnętrznych napięć w Europie oraz coraz bardziej agresywnej polityki niektórych międzynarodowych mocarstw.

Każdą zmianę instytucjonalną, także tę związaną z bardziej otwartymi organizacjami, zaczynać można i należy od ludzi. Szczególnie rekomendować chcę dwie inicjatywy, w które sam jestem zaangażowany. Mają one na celu naukę kompetencji dialogu, a więc zestawu postaw, wiedzy i umiejętności. Jedna z nich to „Dialog w praktyce”, realizowana przez Komitet Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej, a druga nazywa się „Wyłącz ego. Zrozum drugiego”, do której trwa właśnie rekrutacja. Bardzo serdecznie zapraszam do udziału w obu tych inicjatywach.

Konrad Ciesiołkiewicz