przez Natalia Bała | niedziela 23 marca 2025 | opinie
Czy drugi sezon emitowanego na Apple TV serialu „Rozdzielenie” uniósł ciężar oczekiwań, które po brawurowej pierwszej serii, były ogromne? Moim zdaniem tak. Mimo tego nie potrafię odpowiedzieć, czy jest on lepszy czy gorszy od jedynki. Właściwszą kategorią byłoby stwierdzenie, że jest po prostu całkiem inny. O ile w pierwszym sezonie poznajemy mechanikę tego dziwacznego świata, gdzie pracownicy są nagradzani swymi podobiznami wyrzeźbionymi w arbuzach, gdzie absurd goni absurd, a ludzie wykonują bezsensowne czynności nie mając pojęcia, jak poza pracą wygląda ich życie, to w drugiej sytuacja komplikuje się i to na wielu poziomach, a czynnikiem komplikującym okazuje się, całkiem jak w prawdziwym życiu, po prostu miłość.
Dylematy moralne i pytania o tak zwaną ludzką kondycję, to coś, przed czym nie ucieknie nikt, kto chce choć trochę oddać sprawiedliwość temu serialowi. Sorry not sorry, będzie trochę jak na wypracowaniu maturalnym, bo inaczej się w tym przypadku po prostu nie da.
Tanatos
Korporacja Lumon jest bezdusznym molochem, który wysysa z ludzi duszę. Serialowa firma okrutnie eksperymentuje, dzieląc tożsamość swoich pracowników na pół. Igrając z ich najgłębszymi uczuciami. Przestawiając ich jak pionki w swojej grze. Trudno nie dostrzec rysu psychopatii u wyżej postawionych pracowników firmy, menedżerów czy właścicieli – rodziny Eganów. Ta bezduszność i pustka są obrazowane na wielu poziomach i przejawiają się w całej estetyce serialu: zimnym, niebieskim światłem jarzeniówek, sterylnymi białymi korytarzami, które tworzą nieprzebyty labirynt czy wieczną, niemijającą zimą, która spowija miejsce akcji, podbijając jeszcze atmosferę wyalienowania, samotności i smutku. W Lumon nie ma życia, co kojarzyć się może z twierdzeniem mędrca z Trewiru: „Kapitał to martwa praca, która ożywa tylko na sposób wampira przez wysysanie żywej pracy, i tym bardziej żyje, im więcej jej wyssie”. Lumon jednak eksploatuje swoich podwładnych nie tylko z ich pracy produkcyjnej. Idzie dalej, chce żywić się na ich emocjach, pasji, wspomnieniach, uczuciach, co czyni jej działalność wyjątkowo niemoralną.
Lumon, niczym mitologiczny Tanatos, jest zobrazowaną śmiercią. Przeciwnikiem potężnym, wręcz wszechwładnym, który nie tyle nie docenia, ile nie rozumie, nie jest w stanie pojąć swego odwiecznego adwersarza – Erosa. Właśnie ta niezdolność ciemności do zrozumienia światła jest nadzieją dla uwięzionych w koszmarnym biurze pracowników departamentu rafinacji danych MDR.
Eros
Rozdzielenie tożsamości i wspomnień powołuje do życia nową osobę, która ze swym pierwowzorem dzieli ciało, ale umysły są już dwa. To stawia pytanie, czy alterzy mają prawo być pełnowymiarowymi ludźmi. Lumon na każdym kroku odmawia im tego prawa, traktując ich przedmiotowo, użytkowo jako niepełnowartościowe kopie, które mają bezwolnie wykonywać swoje obowiązki. W drugim sezonie alterzy emancypują się dzięki temu, że każdy z nich dostrzega, iż jest zdolny do miłości. Że potrafi kochać i może być kochany. Że jest całością. To spora zmiana w stosunku do pierwszej części, gdzie alterzy wydawali się być apatyczni, bierni, chwilami zdawało się, że nie mają podmiotowości.
W drugiej odsłonie mamy już zupełnie inną sytuację. Do bohaterów dociera, że jeśli Lumon przestanie istnieć, będzie to dla nich oznaczać zagładę. Z drugiej jednak strony jest to więzienie. Nie wiadomo też, czy i kiedy zostaną przez firmę uznani za zbędnych i wyłączeni – jak maszyna, gdy nie jest już potrzebna. Każda z postaci poświęca się dla miłości. Historia Marka i Helly jest najbardziej spektakularna, jako wątek główny, ale są też postaci drugoplanowe, które w imię miłości postanawiają zbuntować się, wymówić służbę Kierowi i ratować od śmierci tych, których kochają.
Z serialu, który obśmiewa absurdy korporacji wyrósł nam więc prawdziwy, piękny i doniosły tekst kultury, stawiający odwiecznie nurtujące ludzkość pytanie: czy miłość silniejsza jest niż śmierć?
Natalia Bała
Przeczytaj tekst tej samej autorki o pierwszym sezonie „Rozdzielenia”: Zarobieni bez pamięci
przez Jan Przybylski | niedziela 16 marca 2025 | opinie
Burzliwy początek kadencji Donalda Trumpa przyniósł potencjał bodaj największego kryzysu w relacjach między Waszyngtonem a europejskimi sojusznikami od czasu powstania NATO.
Sytuacje ostrego iskrzenia występowały już w historii. W roku 1956 podczas kryzysu sueskiego czy dekadę później, w związku decyzją prezydenta de Gaulle’a o wycofaniu Francji ze struktur wojskowych Sojuszu, owocującą tzw. kryzysem atlantyckim. Były jednak ograniczone zasadniczo do pojedynczych stolic. Później nawet poważne rozbieżności w kwestii wojen kolonialnych epoki George’a Busha młodszego nie rodziły wątpliwości w odniesieniu do trwałości powiązań transatlantyckich w ich rdzeniu, ograniczając się do pytań, co ma się dziać na peryferiach. Zwiastunem problemów związanych ze specyficznym stylem działania Trumpa była jego pierwsza kadencja, z nagłymi ruchami w rodzaju wycofania wojsk amerykańskich z północnej Syrii. Dało to Emmanuelowi Macronowi asumpt do twierdzeń o atrofii amerykańskiego przywództwa i „śmierci mózgowej” NATO. Jednak wojna ukraińska i akces początkowo wahającej się Francji do wspierającej Kijów koalicji pod kierownictwem Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a wręcz stopniowo przejście samego Macrona na pozycje antyrosyjskiego jastrzębia, stworzyły wrażenie spoistości Zachodu, nienotowanej co najmniej od końca Zimnej Wojny.
Zmiana władzy w Waszyngtonie przyniosła wstrząs, w którym elementy mniej czy bardziej oczekiwane mieszają się z zaskakującymi. Problemy czynione przez MAGA wsparciu Ukrainy przez administrację Joego Bidena wieściły dziejący się właśnie rollercoaster na linii Waszyngton-Kijów. Z kolei protekcjonistyczne tendencje Trumpa, przekładające się na wymachiwanie taryfami celnymi, były czytelnie przedstawiane w jego programach. Jednak całkiem poważne traktowanie roszczeń terytorialnych do znajdującej się pod duńską administracją Grenlandii stanowi pewne novum. Trudno na obecnym etapie ocenić, czy obecne ekscesy amerykańskiej polityki zagranicznej stanowią przemyślany plan przebudowy całego porządku międzynarodowego z demontażem „kolektywnego Zachodu”. Czy może próbę dźgnięcia ostrogami europejskich (choć nie tylko) aliantów, żeby skończyli z jazdą na gapę w kwestiach obrony, nieraz z wydatkami na poziomie 1% PKB. Czy może są tylko chaosem stwarzanym przez konstelację niekoniecznie stabilnych umysłowości. Jednak dziejące się wydarzenia każą uwzględniać także potencjalny decoupling większości europejskiego NATO i Stanów Zjednoczonych, nawet w formie antagonistycznej. Czy to wskutek działań Amerykanów, czy zbliżenia się Europejczyków do Chin. Warto zastanowić się, jakie ograniczenia w tym względzie nakładają na strony aktualne powiązania i zależności militarne.
Wydatki i potencjały
Stany Zjednoczone są od dawien dawna światowym liderem w zakresie wydatków zbrojeniowych. Według szwedzkiego instytutu SIPRI, kwota przeznaczona przez amerykańską administrację na ten cel w roku 2023 wyniosła astronomiczne 916 miliardów dolarów. Na tym tle dokonania Europejczyków wyglądają skromnie: Wielka Brytania – 74,9 mld, Niemcy – 66,8 mld, Francja – 61,3 mld, Włochy – 35,5 mld, Polska – 31,6 mld, Hiszpania – 23,7 mld, Holandia – 16,6 mld, Szwecja – 8,8 mld, Norwegia – 8,7 mld, Dania – 8,1 mld, Grecja – 7,7 mld, Belgia – 7,6 mld, Finlandia – 7,3 mld, Rumunia – 5,6 mld. Pozostałe kraje dokładają razem 26,6 miliarda, bez uwzględnienia Turcji, którą niezwykle trudno traktować jako wiarygodny i stabilny element NATO jako takiego, a tym bardziej bloku z Europejczykami zachodnimi i środkowymi. Łączne kwoty wydatków na obronność Europejskiego NATO wynosiły zatem 390,8 miliarda dolarów.
O ile w przypadku Stanów Zjednoczonych wydatki militarne stanowiły 3,4% PKB, o tyle w Europie porównywalny wskaźnik wykazywały jedynie Polska (3,8%) i Grecja (3,2%). Ambitna Finlandia wydawała 2,4%, a mocarstwowe Wielka Brytania i Francja – odpowiednio 2,3 i 2,1%. Niechlubną rekordzistką niskiego udziału i żywą skamieniałością czasów spadków kwot wydawanych na obronność do jednego procenta PKB, a nawet niżej, była Belgia (1,2%). Warto jednocześnie pamiętać, że europejskie wydatki i tak znacznie przewyższają rosyjskie, szacowane na, w zależności od źródła, w zakresie 109–146 miliardów dolarów.
Spróbujmy uniknąć wyliczanki liczebności sił zbrojnych, jednostek i kategorii uzbrojenia. Z jednej strony – nużącej. Z drugiej i tak pełnej nieścisłości, np. jako „myśliwiec” trzeba liczyć tak F-22 i F-35, jak i dożywającego swoich dni MiGa-29. Z trzeciej możliwej dla zainteresowanych do bardzo szybkiego samodzielnego sporządzenia w sensownej jakości na podstawie najpowszechniejszych źródeł internetowych (z wyłączeniem absurdalnego rankingu „Global Firepower”). Zamiast tego można przyjąć, że stosunek konwencjonalnych potencjałów Stanów Zjednoczonych i europejskiego NATO w wystarczająco dobrym przybliżeniu odpowiada podanemu stosunkowi wydatków. W Sojuszu używane jest wszak sprzęt oraz rozwiązania systemowe podobnej jakości i o podobnych cenach, koszty personalne są też w ostatecznym rozrachunku zbliżone.
Zdolności strategiczne
W zakresie kluczowego strategicznego „ostatecznego argumentu królów”, czyli broni nuklearnej, dominują bezwzględnie Stany Zjednoczone. Posiadają 1770 ładunków rozmieszczonych i 1930 rezerwowych. Aktywami po stronie Europy dysponują tylko Francja – 290 ładunków, oraz Wielka Brytania, mająca ich 225, z czego 120 rozmieszczonych, a pozostałe rezerwowe. Należy tu jednak poczynić istotne zastrzeżenie odnośnie do arsenału brytyjskiego. Otóż całość jego aktywnej części to głowice amerykańskiej produkcji, zamontowane na przenoszonych przez okręty podwodne również amerykańskich pociskach rakietowych Lockheed Trident II D5. Sytuacja taka, dotychczas traktowana jako normalny efekt szczególnie bliskich relacji Londyn-Waszyngton, budzi poważne wątpliwości w odniesieniu do brytyjskiej samodzielności w dysponowaniu formalnie własnym arsenałem.
Zasadnicza nierównowaga występuje także w dziedzinie zdolności strategicznych o charakterze konwencjonalnym, takich jak masowe uderzenia lotniczo-rakietowe na wielkie odległości. Tylko Stany Zjednoczone posiadają bowiem flotę samolotów bombowych sensu stricto, tworzoną obecnie przez maszyny B-52, B-1 i B-2, przy czym te dwa późniejsze wzory zaczną być w ciągu nadchodzących lat zastępowane przez B-21. Europa od wycofania w latach 80. brytyjskich bombowców strategicznych serii „V” jest pozbawiona takich zdolności. Tak francuskie Mirage IV, które przetrwały w eksploatacji do 2005, jak i późniejsze myśliwce wielozadaniowe, to o wiele niższa kategoria udźwigu i zdolności przestrzennych. Na amerykańskich rozwiązaniach opierają się dostępne dla Europejczyków zdolności w zakresie wczesnego ostrzegania powietrznego (Boeingi E-3, stopniowo zastępowane przez E-7), pewien wyłom czynią tu tylko szwedzkie latające radary Flyeye, aczkolwiek także zamontowane w docelowej wersji na amerykańskich płatowcach. Rozpoznanie najwyższego szczebla to także domena Amerykanów, rozmaite warianty RC-135 należących do USAF i RAF, tak jak i bezzałogowe Global Hawki, stały się częstymi i oddającymi nieocenione usługi gośćmi na naszym niebie w związku z wojną ukraińską.
Zdolności tylko formalnie mniej strategiczne
Symbolem europejskiego uzależnienia od amerykańskiego sektora zbrojeniowego w dziedzinie kluczowych zdolności może być wielozadaniowy samolot bojowy V generacji F-35. Został wybrany jako aktualny lub przyszły monotyp przez siły powietrzne Belgii, Holandii, co nieco ironiczne – Danii, Norwegii, Finlandii oraz Czech. Niejedynym, ale kluczowym typem jest lub ma być w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Polsce (uzupełniając równie amerykańskie F-16 i południowokoreańskie, ale z kluczowym wykładem amerykańskim FA-50), Niemczech, Grecji oraz Rumunii. W ostatnich dniach, motywując to nieprzewidywalnością polityki amerykańskiej, wykluczenie tego typu z własnych rozważań dotyczących następcy eksploatowanych F-16 ogłosiła Portugalia.
F-35 w uwagi na charakterystyki stealth oraz sensory i ich stopień integracji jest typem, dla którego nie ma i nie będzie przez dłuższy czas dobrej alternatywy. Europejski Typhoon i (w mniejszym stopniu) francuski Rafale przewyższają go co prawda pod względem właściwości dynamicznych, ale w kwestiach wykrywalności oraz świadomości sytuacyjnej ustępują o generację. Francusko-niemiecko-hiszpański samolot VI generacji FCAS jest oczekiwany w służbie dopiero około roku 2040 (chyba że zmieni coś w tym aspekcie anonsowane unijne przyspieszenie zbrojeń), brytyjsko-japońsko-włoski GCAP, dawniej znany w Europie jako Tempest, około 2035. Do tego czasu produkt Lockheeda pozostanie w praktyce bezkonkurencyjny, a przy tym, jako się rzekło, stanowi lub ma stanowić jedyny lub zasadniczy typ dla sił powietrznych kilku kluczowych krajów europejskiego NATO.
Co mogłoby się stać w przypadku poluzowania więzi transatlantyckich? Gdyby miało ono charakter zwykłej zmiany politycznej, zapewne nic istotnego. Eksploatacja F-35 nie powinna nastręczać żadnych problemów, szczególnie że sytuacja nie jest zerojedynkowa – europejscy producenci, w szczególności brytyjscy i włoscy, odgrywają bardzo istotną rolę w programie. Gdyby jednak doszło do wzajemnego rzucania sobie rękawic, sytuacja miałaby potencjał dramatycznego skomplikowania dla Europejczyków. Możliwość eksploatacji samolotu jest bowiem w bardzo dużym stopniu uzależniona od bieżących amerykańskich aktualizacji oprogramowania oraz od znajdującego się w dyspozycji Lockheeda systemu wsparcia eksploatacji ODIN. Uwzględniając także potencjalne wbudowanie przez producenta pewnych „bezpieczników” w systemy, można przyjąć, że użytkowanie F-35 w kontrze do Stanów Zjednoczonych byłoby przedsięwzięciem na dość krótką metę, a i to przy ograniczonych możliwościach.
Przy okazji warto dodać, że szwedzki Gripen jest zależny od Amerykanów w 100% z uwagi na silnik General Electric F414, a i w Typhoonie można znaleźć kluczowe systemy amerykańskiego pochodzenia (przede wszystkim nawigacja bezwładnościowa i satelitarna). Jedynie Rafale zachowuje zasadniczą niezależność, tzn. systemy amerykańskie w nich są, ale nie aż tak newralgiczne.
Analogiczna, a nawet jeszcze bardziej krytyczna sytuacja, występuje w dziedzinie obrony przeciwlotniczej wyższych szczebli/przeciwrakietowej. Europa stoi amerykańskimi Patriotami, czy to starszymi, jak w Niemczech, Grecji, Hiszpanii i Holandii, czy nowszymi w Szwecji i Rumunii, czy wreszcie najnowszymi w sensie konfiguracji systemu w Polsce. Brak na tej liście oznacza brak stosownych systemów w ogóle – poza Francją i Włochami eksploatującymi wspólnej konstrukcji systemy SAMP/T, porównywalne, ale o niższych w porównaniu z Patriotami w najnowszej konfiguracji możliwościach, oraz Finlandią, która dopiero niedawno zamówiła izraelskie (i jako takie bardzo silnie uzależnione od Amerykanów) David’s Slingi. W kwestii obrony przed pociskami balistycznymi średniego zasięgu Europa nie dysponuje żadną potencjalną alternatywą wobec amerykańskich SM-3 i THAADów, poza izraelskimi Arrowami, z zastrzeżeniem jak powyżej.
Podobnie jak w przypadku Patriota rzecz ma się w przypadku morskiej zespołowej obrony przeciwlotniczej. Najpowszechniejszym systemem w tej domenie pozostaje amerykański SM-2, a hiszpańskie i norweskie fregaty są wręcz skonstruowane wokół amerykańskiego systemu walki AEGIS.
Co z tego wynika?
Powyższy przegląd wskazuje, że europejska część NATO pozostaje w kluczowych zakresach zdolności obronnych bardzo silnie uzależniona od amerykańskich możliwości i systemów. Nawet projekty wydatkowania setek (według obecnych deklaracji 800) miliardów euro na obronność w nadchodzących latach, szybko tej zależności nie zniosą nawet w razie najbardziej pomyślnej realizacji. Wciskanie gazu po hamowaniu trwającym od końcówki lat 80. po 2014, kiedy to tylko hamulec odpuszczono, będzie musiało pokonać ogromną strukturalną bezwładność. Na efekty trzeba będzie czekać długie lata, jeśli nie dekady. Przez ten czas Europa nie może absolutnie pozwolić sobie na antagonizowanie Amerykanów z własnej inicjatywy, a wręcz będzie zmuszona do znoszenia pewnej dezynwoltury tamtejszych decydentów, jeżeli oczywiście nie będą oni stawiać drugiej strony w sytuacji absolutnie nieakceptowalnej.
dr Jan Przybylski
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
przez Michał Rydlewski | środa 12 marca 2025 | opinie
Fotografia jako artefakt, czyli coś stworzonego przez człowieka, jest medium pomiędzy zewnętrznym światem, jego materialnym utrwaleniem a patrzącym podmiotem. Znaczenie fotografii nie jest dane w samej fotografii, ale jest w oku patrzącego. Oczywiście, na pewnym poziomie możemy opisać, co na nim jest, co ono przedstawia (semiotycy nazywają to denotacją), ale jego sens wiąże się z poziomem konotacji, czyli znacznie kulturowo głębszych odniesień. Dopiero wtedy widzimy więcej niż tylko prosty opis. Wtedy zdjęcie wydaje się do nas przemawiać, uderza nas swoim wyrażeniem czegoś istotnego, pewnej prawdy, np. o francuskim państwie, a niekiedy może wręcz streszczać określone stulecie czy wyrażać dany światopogląd.
Przykładowo znane zdjęcie Chrisa Niedenthala „Czas apokalipsy” może być widziane jako dokument, albowiem w kinie „Moskwa” znajdującym się w Pałacu Kultury i Nauki był wyświetlany ten film, o czym informuje nas widoczny na zdjęciu plakat, ale także jako symbol stanu wojennego, gdyż w tym czasie było robione zdjęcie dodatkowo utrwalające transporter opancerzony „skot” i kilku zomowców.
W takim ujęciu można powiedzieć, że ta sama fotografia może funkcjonować na dwóch polach: dokumentu oraz symbolu, realizmu i tego, co dodane przez wyobraźnię patrzącego, a nawet całej patrzącej wspólnoty, która ten symbol dostrzega. „Czas apokalipsy” staje się symbolem, wręcz metakomentarzem, do zupełnie innej rzeczywistości niż Wietnam, w którym toczy się miejsce akcji filmu.
Jeden z najwybitniejszych teoretyków fotografii, Roland Barthes, stworzył kategorię punctum, czyli tego, co w zdjęciu przyciąga uwagę patrzącego: nakłuwa i niepokoi, gdyż jest tajemnicze w tym sensie, że nie możemy jasno powiedzieć, dlaczego właśnie to nas przyciąga. Punctum może być wszystko, co jest na zdjęciu i wcale nie musi być to coś, co było intencjonalnie fotografowane, lecz znalazło się tam przypadkiem. Punctum jest subiektywne, wręcz intymne, tylko dla twoich oczu, chciałoby się powiedzieć. Możesz je zobaczyć od razu, gdy spojrzysz na wykonane zdjęcie, a może ono uderzyć niespodziewanie po latach, sprawiając, że punctum staje się jednocześnie punktem opowieści o najbliższym świecie przeżywanym, np. rodziny i własnej tożsamości.
Z tego względu wyrzucając stare albumy, gardząc rodzinnymi fotografiami-pamiątkami, popełniamy zbrodnię, gdyż mordujemy możliwość rozpoznania dawnego świata, który zawsze jakoś nas formuje. Tracimy tym samym możliwość opowieści o naszych bliskich oraz koniec końców o samych sobie. Jako nastolatek możesz nie lubić rodzinnych fotografii i albumów, ale jako człowiek dorosły widzisz w nich to, czego nie widziałeś wtedy: dzięki twojemu „nażyciu się” dostrzegasz więcej, tj. nowe znaczenia i wymiary, a nawet jakieś prawdy o życiu. Jednak aby je dostrzec, fotografie, jako materialne artefakty muszą istnieć, gdyż bez nich nigdy nie uruchomi się proces nadawania nowych znaczeń, widzenia na nowo. Nasze fotografie, czy tego chciał ich twórca czy nie, opowiadają nam świat oraz nas samych. Trzeba tylko tę opowieść, w przypadku medium obrazowego, jakim jest fotografia, zobaczyć.
Taką piękną historię opowiada nam Pedro Meyer. To znany hiszpańskojęzyczny fotograf pochodzenia żydowskiego.
W diaporamie cyfrowej, czyli szeregu wyświetlanych zdjęć z podłożoną muzyką i komentarzem, zatytułowanej „I Photograph to Remember” opisuje życie swoich rodziców: Lisy i Ernesto. Czyni to na podstawie rodzinnych zdjęć: od początkowych, kilku okolicznościowych, jak zdjęcie zaręczyn, po w większości robione przez niego. Pedro od bardzo młodego wieku fotografuje, rodzina jest przyzwyczajona, że on i aparat to jedno, co sprawia, że znika poczucie dziwności i sztuczności, gdy jesteśmy fotografowani. Fotograf, który zawsze wprowadza dystans, tutaj jest członkiem rodziny, co daje mu możliwość utrwalania sytuacji w ich oryginalnym i naturalnym kontekście. Życie jest pokazywane takim, jakie jest. To ono jest tematem opowieści Meyera.
Widzimy na zdjęciach zmienianych co kilkanaście sekund, lecz trwających wystarczająco długo, żeby dobrze im się przyjrzeć, koleje życia rodziców Pedra: przede wszystkim ich wielką miłość, czułość, przywiązanie do siebie, radość z bycia razem, cieszeniem się każdą chwilą spędzaną wśród kochających się ludzi. Meyer pokazując nam fotografie opowiada historię rodziny, opisując wydarzenia większej i mniejsze wagi, czasami także całkiem zabawne, a wynikające z dużego poczucia humoru ojca.
Najbardziej przejmująca część opowieści Meyera rozpoczyna się już w czwartej minucie, kiedy ojciec Pedra, mężczyzna już w sile wieku, dowiaduje się o swojej chorobie nowotworowej. Fotografie pokazują napiętą i skupioną twarz Lisy, gdy rozmawia przez telefon z centrum medycznym. Za nią stoi wyczekujący na diagnozę ojciec. Pedro mówi, że wygląda tak, jakby czekał na wyrok na swoje życie. Potem pojawia się zdjęcie portretowe ojca zrobione, gdy dowiedział się, że został mu około miesiąca życia. W jego oczach jest wszystko, co można sobie wyobrazić, gdy człowiek dowiaduje się, że jego życie dobiega końca. Widzimy, jak Lisa i Ernesto przytulają się, ile jest w tym dotyku czułości, oddania, ale także strachu. Jak w chwili ogromnego bólu i samotności jedynym, co daje ukojenie, jest miłość drugiej osoby, która ratuje przed rozpaczą świadomości końca.
Od tego momentu projekt Meyera opowiada o umieraniu, które jest przecież częścią życia. Obserwujemy powolny, postępujący krok po kroku procesu umierania ojca, a później mamy Pedro, która także zachoruje na raka. Ten proces ma swoje tempo, ale nie tak szybkie, jak zapowiadają to lekarze, bo ci ludzie są silni i chcą żyć, bo życie to ich wzajemna miłość, wobec której diagnoza medyczna jest śmieszna, tak jak ironią losu jest fakt, że Ernesto żyje dłużej niż lekarz informujący go, iż został mu tylko miesiąc życia (przeżył trzy lata więcej). Ernesto, choć boi się śmierci, akceptuje jej nadejście. Nie wygnał jej z horyzontu własnej egzystencji, ale stawił jej czoła – i to czyni go człowiekiem w obliczu sytuacji granicznej. To raczej Pedro wydaje się bezbronny, bo nie ma słów, języka, aby powiedzieć ojcu „to coś”. „Co miałem mu powiedzieć?” – pyta. „Żeby nie umierał?”.
Nie umiemy mówić o śmierci, bo uczyniliśmy ją czymś albo estetycznym, albo zupełnie wygnaliśmy z życia. Nie umiemy w jej obliczu powiedzieć tym, których kochamy, tego, co naprawdę ważne, co sprawia, że wszyscy cierpimy, bo nie ma nic gorszego niż odchodzenie w samotności. W tym sensie żyjemy w kulturowej dziczy, jak zdiagnozował przed dekadami ten stan podejścia do śmierci historyk Philippe Ariès.
Jest piękny moment w opowieści Meyera. Ojciec prosi go, jako fotografa i syna jednocześnie, żeby zrobił mu zdjęcie. „Co mam zrobić?” – pyta ojciec. „Cokolwiek chcesz” – mówi syn. „Dobrze, to chcę latać”. Pedro fotografuje starego, umierającego ojca z rozłożonymi jak ptak ramionami. Może to nie tylko metafora? Może Ernesto naprawdę jest ptakiem, tak jak one wolnym? Może właśnie takimi powinno czynić nas życie pełne miłości?
Z czasem ojciec słabnie coraz bardziej, a czułość żony jest wprost proporcjonalna do utraty przez niego sił: całują się i przytulają nieustannie. Lisa troskliwie opiekuje się mężem, codziennie wychodząc z nim na spacer. Na jednej z fotografii widzimy podtrzymywanego przez nią i pielęgniarkę Ernesto, który nie ma już sił, aby iść tylko o własnych. Przed nimi, na zdjęciu, Pedro utrwalił coś jeszcze: uczące się chodzić dziecko, które matka trzyma za ręce. Na jednym zdjęciu widzimy początek i koniec, które są do siebie bliźniaczo podobne. Początek i koniec dzieli tylko czas. W innym momencie swojej opowieści Pedro fotografuje noworodka urodzonego w tym samym szpitalu, w którym jest jego umierający ojciec. Rozmazana dłoń dziecka wskazuje na ruch ku dłoni matki bądź pielęgniarki. Bezbronność jest słowem, które dobrze oddaje oba różne i jednocześnie podobne momenty. Na początku i na końcu wyciągamy ku komuś dłoń, aby pomógł nam żyć oraz towarzyszył w umieraniu.
Motyw trzymania się za ręce przewija się w całej diaporamie wiele razy. Dotyk zastępuje słowa, mówi więcej niż słowa, szczególnie jeśli te słowa nie istnieją, albo nie są w stanie czegoś wypowiedzieć. A może po prostu za bardzo ufamy w słowa? Rak oraz guz mózgu powodują, że Ernesto przestaje widzieć i słyszeć oraz mówić – zostaje tylko dotyk. To zmysł, który zastępuje komunikację poprzez inne, które uważamy za znacznie ważniejsze. Czy słusznie? Na jednej z fotografii widzimy ojca ściskającego dłoń syna (drugą ręką Pedro robi zdjęcie). Ściska tak mocno, że dłoń Pedro staje się niebieska.
Fotografie Meyera pokazują bez żadnej estetyzacji umieranie, odsłaniając to, co krępujące i ukrywane: degradację ciała, jego absolutną bezradność względem elementarnych potrzeb, jak toaleta; słabość, marność, a nawet brzydotę. Jest kilka takich zdjęć, które można potraktować jako pokazujące zbyt wiele, np. gdy widzimy bezbronnego ojca w łazience. Można nawet się moralnie oburzyć, że pokazują to, czego nikt nie chce oglądać. Często mówimy: „Zapamiętajcie mnie takim, jakim byłem przed chorobą, kiedy byłem zdrowy”. Ale to tylko efekt naszego lęku przed końcem, skutek zdziczałej kultury nakazującej nam odwracać wzrok od nieestetycznego ciała umierającego człowieka, który staje się tym, czym nie jest: biologiczną masą podłączoną do maszyn. Jest bowiem czymś więcej i to widać tylko w punctum.
Ponadto pojawia się pytanie, dlaczego pamiętać człowieka tylko wtedy, kiedy jest zdrowy. Choroba i umieranie to także części życia. Może właśnie wtedy okazanie miłości drugiemu człowiekowi jest najwyższą próbą człowieczeństwa? Nie ma co uciekać od tego momentu, bo wtedy umiera coś więcej niż człowiek, ginie bowiem wiara w człowieczeństwo. Może właśnie w tych chwilach ta miłość może się dopełnić? Może ona wybrzmieć właśnie z ogromną mocą w drobnym na pozór, wydawałoby się, geście trzymania za rękę, bo czasami ludzie nie potrzebują słów. Pedro zauważa także, iż personel medyczny robi to inaczej niż bliska osoba. Dotyk dotykowi nierówny, nawet jeśli wygląda tak samo, bo liczy się to, czego nie widać: emocje, coś, co różni nas od maszyn.
Gdy obserwujemy zmagania ojca z chorobą, chwile, gdy wydaje się, że koniec jest bliski oraz zaskakujące momenty polepszenia jego stanu zdrowia, Pedro otrzymuje informację, aby udać się do innego szpitala, gdyż jego mama miała krwotok mózgowy spowodowany guzem mózgu. Co więcej, okazuje się, że ona też ma raka. Od tego momentu fotograficzna opowieść Pedra skupia się na Lisie. Pedro musi zdecydować o operacji mamy, której wynik jest nieprzewidywalny. Widzimy fotografię, gdy personel ścina jej włosy, przygotowując do operacji. Pedro mówi, że nie może pozbyć się skojarzeń ze zdjęciami z obozów koncentracyjnych. W jednym i drugim przypadku, pomimo oczywistych różnic, człowiek zostaje uprzedmiotowiony, a człowieka nie można sprowadzić do jego biologiczności, zredukować do ciała. Może zdjęcia pomogą mi zrozumieć, co teraz się dzieje, mówi Pedro, gdy fotografuje wywożoną na blok operacyjny mamę.
Następna fotografia przedstawia mamę po dziesięciu dniach od operacji, i jak twierdzi Pedro, mama wygląda jak królowa. Chodzi nie tylko o elegancki ubiór. Z jej oczy bije siła. Lisa wraca do formy, żartuje, maluje się, a włosy odrastają.
Guz mózgu nie daje jednak o sobie zapomnieć i w efekcie połowa jej ciała zostaje sparaliżowana. Z godziny na godzinę jest coraz gorzej, a fotografia pokazuje nam żegnającego się z mamą Pedra, który trzyma ją za rękę. Kolejna pokazuje już zmarłe ciało zawinięte w biały materiał. Widać tylko twarz.
Pedro i rodzina nie mówią ojcu o śmierci żony, uważając, że nie ma to sensu. Ale, jak mówi Pedro, on w jakiś sposób to wiedział. Przestał jeść, trzymając godzinami jedzenie w ustach. Siedział godzinami i dłonią głaskał w powietrzu wyimaginowaną postać Lisy. Analizując tę fotografię z wyciągniętą dłonią moglibyśmy zapytać: co przedstawia? Co robi na niej ten mężczyzna? Gdybyśmy nie znali historii miłości Ernesto i Lisy, tj. całego kontekstu, w którym widzimy zdjęcia, moglibyśmy jedynie powiedzieć, oto chory i tracący kontakt z rzeczywistością mężczyzna porusza dłonią w powietrzu. Kontekst sprawia, że widzimy, jak czule dotyka zmarłą żonę. Zmarłą jednak tylko dla nas, bo nie dotyka się kogoś, kogo nie ma obok ciebie.
Ernesto umiera w dziewięć tygodni po żonie, jakby nie miał siły już walczyć, albo po prostu nie było już takiej potrzeby. W tych okolicznościach lepszym może być tylko spotkanie się w innym świecie. Bo miłość jest silniejsza niż śmierć i nie ustaje nawet po śmierci, jest czymś, co istnieje pomimo różnicy tego i tamtego świata, łącząc niewidzialną więzią żywych i umarłych.
Patrząc na te wszystkie fotografie, mówi Pedro, przypominam sobie, jak moja mama pytała: dlaczego nie możemy być tak blisko siebie przez całe życie?
Właśnie, dlaczego? Pewnie każdy z nas słyszał i nierzadko się zastanawiał nad słowami wielu umierających ludzi, co istotne, zaskakująco zgodnych, którzy żałowali, że za mało czasu poświęcali na życie, miłość, bliskość. Niby wszyscy to wiemy, a jednocześnie tak trudno zacząć, w tym sensie, żyć naprawdę, jakbyśmy nie do końca wierzyli, że jesteśmy śmiertelni. Usuwając z horyzontu naszego życia śmierć, usunęliśmy także samo życie, które ma sens wtedy, kiedy jest w nim miłość. Miłość przekracza bowiem granice światów, analogicznie jak przekracza je gest Ernesto głaszczącego Lisę, która jest przy nim mimo fizycznej nieobecności.
Patrząc na fotografie i całą opowieść Meyera o swoich rodzicach, można dojść do wniosku, że przedstawiają one nie tylko umierających ludzi, lecz streszczają także czas miłości, bliskości i czułości, który być może odchodzi. Patrząc na te fotografie widzimy to, co tracimy.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | sobota 8 marca 2025 | opinie
Związki zawodowe Przeróbka oraz Kadra działające w Lubelskim Węglu „Bogdanka” odczytały 5 marca 2025 roku na posiedzeniu Komisji Sejmowej ds. Energetyki, Klimatu i Aktywów Państwowych list otwarty. Prezentujemy jego treść.
Wielce Szanowni Państwo Posłanki i Posłowie
Chcemy zwrócić państwa uwagę, na problemy, z którymi przyjdzie się kiedyś nam zmierzyć niezależnie od tego, kto będzie w danej chwili rządził. One nas dopadną. Nie ma chyba przesady w stwierdzeniu, że sprawiedliwa transformacja będzie nas dużo kosztować, ale jeszcze więcej będzie nas kosztować jej brak. Dzisiejsze, potoczne pojmowanie sprawiedliwej transformacji, sprowadza się do prymitywnego utożsamiania jej z dekarbonizacją, co jest nieprawdziwe i nieuczciwe. To nieprawda, że energetyka węglowa jest problemem i należy ją szybko zlikwidować. Zanim to nastąpi, należy zabezpieczyć bezpieczeństwo energetyczne, gospodarkę, miejsca pracy i dobrostan społeczny. Bez tego nie mam mowy o sprawiedliwej transformacji. O jakiejkolwiek transformacji. To będzie destrukcja polskiej gospodarki i miejsc pracy. Na to nie możemy zgodzić się ani my, ani społecznie odpowiedzialni politycy.
Uwagi o tym, dlaczego nie mamy szans na sprawiedliwą transformację
Jeśli za transformację energetyczną bierze się państwo, które dotąd nie potrafiło rozwiązać problemu skupu butelek, to musi się to skończyć katastrofą. Dlaczego? Bo transformacja energetyczna to największy po 1989 roku systemowy proces, który zmieni strukturę gospodarki, zatrudnienia i społeczeństwa, a nie ma na to planu, pomysłu ani pieniędzy. Nie podjęto nawet do tej pory rozmów pomiędzy interesariuszami, co jest warunkiem niezbędnym, gdyż podstawą przeprowadzenia transformacji jest pakt społeczny zabezpieczający jej cele i kierunki.
Wystarczy choćby rzut oka na cele sprawiedliwej transformacji, co do których panuje powszechna zgoda, żeby uzmysłowić sobie, że są one niemożliwe do osiągnięcia przy okazywanym przez polskie władze lekceważeniu, braku odpowiedzialności i kompletnym braku aktywności. Nie mówiąc już o realnym kosztorysie.
W założeniach Zielonego Ładu kierunkami i celami transformacji są:
[…] Ochrona, zachowanie i poprawa kapitału naturalnego UE oraz ochrona zdrowia i dobrostanu obywateli przed zagrożeniami i negatywnymi skutkami związanymi ze środowiskiem. Transformacja ta musi przebiegać zarazem w sprawiedliwy i sprzyjający włączeniu społecznemu sposób: na pierwszym miejscu należy stawiać ludzi i nie wolno tracić z oczu regionów, sektorów przemysłu i pracowników, którzy będą borykać się z największymi trudnościami. Proces ten pociągnie za sobą głębokie zmiany, dlatego kluczowe znaczenie dla skuteczności nowych polityk i ich akceptacji będzie miało czynne zaangażowanie i zaufanie społeczeństwa. Potrzebny jest nowy pakt, który zjednoczy obywateli w ich różnorodności, i w ramach którego władze krajowe, regionalne i lokalne, społeczeństwo obywatelskie i sektor przemysłowy będą ściśle współpracować z instytucjami i organami doradczymi UE (Komisja Europejska 2019).
W podobnym tonie wypowiadają się autorzy opracowań dotyczących polskiej transformacji:
Sprawiedliwa transformacja ma zapewnić nowe miejsca pracy dla osób, które odejdą lub utracą pracę w górnictwie, energetyce konwencjonalnej i branżach pokrewnych. Nie ulega bowiem wątpliwości, że zmiany w sektorze energetycznym w kierunku gospodarki niskoemisyjnej, czyli transformacja energetyczna, będą niosły za sobą znaczące przesunięcia na rynku pracy, w strukturach produkcji tworzących łańcuchy wartości z przemysłami tradycyjnymi, szczególnie w regionach węglowych, gdzie koncentracja tego rodzaju działalności jest największa. Będzie to oznaczać pojawienie się negatywnych skutków społecznych, a w miejscach niejako wyrosłych na węglu i energetyce konwencjonalnej wręcz zmiany tożsamości kulturowej wynikającej z dotychczasowej, często ponad 150-letniej ścieżki rozwoju społeczno-gospodarczego regionów węglowych (Drobniak 2022, s. 18).
Sprawiedliwa transformacja jest to proces restrukturyzacji z niezrównoważonej gospodarki w stronę ekologicznej i społecznej równowagi przy jednoczesnym tworzeniu nowych, zielonych miejsc pracy oraz wspieraniu ludzi i wspólnot lokalnych, które mogą być defaworyzowane w tym procesie. Proces sprawiedliwej transformacji ma na celu w pełni zaangażować pracowników i wspólnoty dotknięte tymi zmianami w procesy decyzyjne, tak, aby zapobiec poświęcaniu czyjegokolwiek dobrobytu społecznego i ekonomicznego w transformacji (Szpor i Kiewra, 2018).
Na założeniach się kończy, bo nie ulega wątpliwości, że takie procesy wymagają decydującej roli państwa i określonych środków. Tego nie mamy, za to mamy jasno kreślone konkretne potrzeby i uwarunkowania, z którymi przyjdzie się zmierzyć całemu regionowi, w którym funkcjonuje LW Bogdanka S.A. Za ilustrację niektórych z tych uwarunkowań i potrzeb niech posłużą dane dotyczące Lubelszczyzny zawarte w opracowaniu ośrodka badawczego Coop Tech Hub na temat tylko jednej z wielu koniecznych ścieżek transformacji, jaką jest spółdzielczość pracownicza. Okazuje się, że tylko sfinansowanie trzyletniego zatrudnienia (okres przejściowy) wyniesie niemal 800 mln w ciągu trzech lat, przy czym mowa tu tylko o gwarancjach płacy.
Żaden scenariusz transformacji nie zakłada zamknięcia kopalń i elektrowni z dnia na dzień. Pomijając kwestie techniczne i ekonomiczne, taki pomysł spotkałby się z ogromnym oporem społecznym. I nic dziwnego – przyjmując, że każdy zwolniony trafiłby do urzędu pracy, liczba zarejestrowanych bezrobotnych zwiększyłaby się o 22% w ośrodku lubelskim, o 38% w wielkopolskim, o 40% w łódzkim, o 47% w małopolskim, o 54% w śląskim i o 80% w dolnośląskim, a dla wszystkich 62 powiatów skok liczby bezrobotnych wyniósłby 46%. Warto jednak podkreślić, że rynki pracy 62 wspomnianych powiatów są bardzo różne. We wrześniu 2021 roku stopę bezrobocia poniżej wskaźnika dla całego kraju (5,6%) występowała w 33 powiatach sześciu ośrodków, w tym w 11 była niższa niż 4% – a rekordzistami były śląskie powiaty Katowice (1,8%), bieruńsko-lędziński (2,3%) oraz Tychy ex aequo z wielkopolskim powiatem kolskim (po 2,6%). Z drugiej strony ponad 8-procentowe bezrobocie występowało w 6 powiatach, a najwyższe było w powiatach Lubelskiego: lubartowskim (10,5%), chełmskim (10,8%) i włodawskim (14,3%). Oznacza to, że społeczny koszt i ryzyko likwidacji miejsc pracy dla 1000 mieszkających w Katowicach górników mogą być mniejsze niż likwidacja 100 górniczych miejsc pracy zajmowanych przez mieszkańców powiatu włodawskiego. Tym bardziej, że zwalniani będą ludzie z zakładów pracy o różnych wiekowych strukturach zatrudnienia (możliwość przejścia na emeryturę zamiast bezrobocia), a przyszłe zapotrzebowanie na pracowników na poszczególnych rynkach pracy będą bardzo zróżnicowane geograficznie.
Przy założeniu równomiernego redukowania zatrudnienia w ośrodku lubelskim aż do całkowitego zaprzestania wydobycia węgla (plan wykraczający poza aktualne założenia projektu TPST), co roku w okresie 2022-2035 pracę traciłoby ok. 243 osoby mieszkające w powiecie łęczyńskim, ok. 44 w chełmskim, po ok. 26 w Lublinie i powiecie lubelskim, po ok. 22 w lubartowskim i włodawskim, ok. 19 w świdnickim oraz ok. 10 w parczewskim, łącznie ok. 410 osób rocznie. Przez 14 lat transformacji przejściem na emeryturę zakończy pracę 534 pracowników (9% wszystkich pracowników ośrodka).
Rynek ma potencjał do wchłonięcia do 2 057 (36%) zwalnianych za sprawą demografii oraz do 3 488 (61%) zwalnianych za sprawą kreacji nowych miejsc pracy. W przyjętym modelu wsparcia będą wymagali wyłącznie pracownicy mieszkający w powiecie łęczyńskim: 2 650 osób (78% zwalnianych mieszkańców tego powiatu), 117 mieszkańców powiatu chełmskiego (19%) oraz 87 – włodawskiego (29%). Łącznie wsparcia będzie potrzebowało 50% zwalnianych górników LWB. W zależności od roku, wsparcia wymagało będzie od 152 do 235 pracowników ośrodka (od 37% do 57% zwalnianych)
Wsparcie zmiany zawodu oraz pokrycie pełnych kosztów pracy dla wspieranych dotkniętych transformacją pracowników ośrodka wahałyby się od 43,3 mln zł do 64,8 mln zł rocznie, a łącznie przez 14 lat sięgnęłyby kwoty 796,3 mln zł, z czego 3% stanowiłyby koszty szkoleń zawodowych i pozyskania nowych kwalifikacji, a 97% finansowanie trzyletniego okresu zatrudnienia. Środki te, wydane na zmianę zawodu i zakładanie spółdzielni, pozwoliłyby uniknąć zapaści ekonomicznej i społecznej w powiatach dotkniętych transformacją. Warto podkreślić, że ich wydatkowanie trwałoby przez półtorej dekady i pomogłyby rozwiązać problem potencjalnego wzrostu strukturalnego bezrobocia we wszystkich ośmiu powiatach ośrodka lubelskiego. Przyjmując, że analogiczne programy wsparcia objęłyby wszystkich wymagających wsparcia w sześciu ośrodkach górniczych, to wydatki dla ośrodka lubelskiego stanowiłyby 15% łącznych kosztów takiego systemowego rozwiązania lub 5% polskiego udziału w JTF (Bielecki, Erbel, Komuda, Szczerba, Zygmuntowski 2022).
Żeby jednak można było realizować spółdzielczy model zatrudnienia, należy mieć możliwość jakiejkolwiek działalności i świadczenia pracy w regionie. Tu bardziej adekwatne koszty wykazuje przykład transformacji niemieckiego regionu Cottbus, w którym stworzenie nowych miejsc pracy wymagało budowy infrastruktury przemysłowej. Koszt budowy zakładu naprawy taboru kolejowego, który przejął 2 tys. pracowników likwidowanej elektrowni węglowej, wyniósł miliard euro. Koszty społeczne transformacja energetycznej obejmującej 20-tysięczny region oszacowano na 40 mld euro. Tymczasem polski rząd mówi o kwocie 4 mld zł na co najmniej pięciokrotnie większą społeczność.
Należy założyć, że koszt transformacji zabezpieczającej miejsca pracy będzie składał się właśnie z tych dwóch składowych, odtworzenia infrastruktury miejsca pracy i zabezpieczenia stosunku pracy.
Zgodnie z założeniami Zielonego Ładu, potrzeby społeczne i pracownicze harmonijnie łączy tworzenie miejsc pracy również w sektorach realizujących potrzeby lokalne i społeczne: budowa i utrzymanie infrastruktury lokalnej, sieci kolejowej, rekultywacja i utrzymanie zasobów środowiskowych, usługi opiekuńcze i kulturalne dla ludności. Zatem należy zaliczyć je do inwestycji publicznych i przyjąć odpowiedni poziom stałego udziału środków publicznych finansujących tę działalność. Jednak osią gospodarki muszą być większe ośrodki przemysłowe i techniczne.
Wstępem do jakiejkolwiek dyskusji powinno być określenie kosztów transformacji, oparte na założeniu, że sprawiedliwa transformacja dla pracowników, ich rodzin i regionu polega na zastąpieniu miejsc pracy redukowanych w górnictwie stabilnymi miejscami pracy o porównywalnym standardzie ekonomicznym. Problemem do rozwiązania pozostaje nie czy, ale jak obliczyć koszt odtworzenia porównywalnego miejsca pracy w regionie w zamian za zredukowane miejsce pracy w górnictwie?
Wycena miejsc pracy powinna obejmować:
– koszty organizacji miejsca pracy,
– dochód pracownika,
– koszt społeczny i demograficzny (więzi rodzinne, lokalne, kulturowe, migracja),
– koszty przekwalifikowania.
Warunki wyjściowe winny być określone na podstawie mapowania terenu i zasobów regionu, infrastruktury – istniejącej i tej, którą należy zbudować oraz potrzeb komunikacyjnych i infrastrukturalnych (kolej, drogi, media) dla lokalnej gospodarki, których budowa i utrzymanie przynosi bezpośrednio tworzenie miejsc pracy, a także potrzeb bytowych lokalnej społeczności. Są to z punktu widzenia przyszłości pracowników i mieszkańców koszty, które należy wykazać, żeby pokazać realne możliwości wykonania celu społecznego sprawiedliwej transformacji.
Rząd zachowuje się, jakby proces transformacji był czymś nowym i niespodziewanym, tymczasem procesy te realizowane są w Europie od kilkunastu lat i był czas i możliwości, aby się przygotować. Przede wszystkim uczciwie określić, jakie cele mają być realizowane i jakie środki należy na to przeznaczyć. Wydaje się, że wszystko to celowo przemilczano. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że w myśl założeń transformacji Polska jest absolutnie nieprzygotowana i państwa po prostu na nią nie stać. Stan ustaleń i realizacji powyższych założeń na dziś wynosi zero, gdyż państwo polskie po raz kolejny uchyla się przed realizacją swoich obowiązków wobec społeczeństwa, które zostały zawarte i podpisane w Zielonym Ładzie. Nie realizuje zatem żadnej transformacji. Należy to nazwać destrukcją. Brak podjęcia rozmów i prac nad paktem społecznym ze wszystkimi interesariuszami, jest tu najpoważniejszym naruszeniem i złamaniem zasad sprawiedliwej transformacji.
Związki zawodowe i samorząd zostały pominięte i oszukane. Mamy prawo i podstawy do generalnego protestu przeciwko łamaniu zasad transformacji, a także przeciwko oszustwu, jakim w wykonaniu polskich władz stał się Zielony Ład.
Transformacja energetyczna, bez ustaleń i porozumień społecznych, bez zabezpieczenia podstawowych celów społecznych, nie jest sprawiedliwą transformacją w myśl podpisanych porozumień na szczeblu unijnym i nie ma prawa być realizowana!
Bibliografia
Komisja Europejska (2019 Europejski Zielony Ład
https://eur-lex.europa.eu/resource.html?uri=cellar:b828d165-1c22-11ea-8c1f-01aa75ed71a1.0016.02/DOC_1&format=PDF
Drobniak A. [red.] (2022): Sprawiedliwa transformacja regionów węglowych w Polsce Impulsy, konteksty, rekomendacje strategiczne, Wydawnictwo Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach
Szpor A. i Kiewra D. (2018), Transformacja węglowa w Subregionie Konińskim, Warszawa, Instytut Badań Strukturalnych. https://www.cire.pl/pliki/1/2019/ibs_research_report_1.pdf
Bielecki W., Erbel J., Komuda Ł., Szczerba M., Zygmuntowski J (2022): Spółdzielcza Transformacja. Operacjonalizacja sprawiedliwej transformacji dla regionów węglowych w Polsce https://www.hub.coop/publikacja/spoldzielcza-transformacja-sprawiedliwa-transformacja-operacjonalizacja/
przez Karol Trammer | niedziela 2 marca 2025 | opinie
Co dalej z pojedynczymi pociągami PKP Intercity, które zjeżdżają z głównych linii, aby obsłużyć małe i średnie miasta?
„Dylemat Flisaka” – takiego określenia zaczęto używać w spółce Centralny Port Komunikacyjny podczas prac nad horyzontalnym rozkładem jazdy, czyli docelową koncepcją sieci połączeń kolejowych. Dylemat odnosi się do oferty dalekobieżnej dla małych i średnich miast: czy ma być zapewniana pojedynczymi pociągami PKP Intercity umożliwiającymi bezpośredni dojazd do największych miast, czy też ma opierać się na jeżdżących częściej pociągach regionalnych, lecz docierających tylko do węzłów, na których będzie można przesiąść się do pociągów dalekobieżnych trasowanych głównymi liniami.
Nie tylko metropolie
Dylemat wziął swoją nazwę od pociągu TLK „Flisak”, który od grudnia 2021 r. kursuje w relacji Katowice – Częstochowa – Łódź – Płock – Trójmiasto. Jeździ nietypową trasą przez Sierpc, Rypin, Brodnicę, Grudziądz, Kwidzyn i Sztum, dzięki czemu włączył w sieć połączeń dalekobieżnych tych sześć miast powiatowych – w tym Grudziądz, który liczy 89 tys. mieszkańców i był jednym z największych miast nieobsługiwanych przez PKP Intercity, oraz Rypin, do którego od 2000 r. wcale nie dało się dotrzeć koleją.
Uruchomienie pociągu „Flisak” wpisało się w realizowaną za rządu Prawa i Sprawiedliwości politykę obejmowania siecią PKP Intercity miast leżących poza głównymi magistralami. Niemal co roku pociągi dalekobieżne były witane w kolejnych miejscach. W grudniu 2016 r. na mapie połączeń PKP Intercity znalazły się Starogard Gdański, Chojnice, Złotów i Wałcz, w 2017 r. Hrubieszów, w 2019 r. Żary i Żagań, w 2020 r. Gostynin, Płock, Prudnik, Nysa, Ząbkowice Śląskie, Dzierżoniów i Świdnica, a w 2021 r. – oprócz miast na trasie „Flisaka” – również Hajnówka i Bielsk Podlaski.
Włączanie nowych miast w sieć PKP Intercity zwykle odbywało się poprzez skierowanie pojedynczego pociągu łączącego duże aglomeracje nietypową trasą biegnącą liniami drugorzędnymi. Na przykład pociąg InterCity „Staszic” relacji Szczecin – Warszawa, zamiast jechać przez Poznań, odbija w Stargardzie na linię przez Recz, Kalisz Pomorski, Tuczno, Wałcz i dalej kieruje się do stolicy przez Piłę, Bydgoszcz, Toruń i Włocławek. Ze Szczecina do Warszawy „Staszic” jedzie 7 godz. 29 min., a więc ponad dwie godziny dłużej niż pociągi InterCity kursujące standardową trasą przez Poznań. Jadący dłuższą trasą „Staszic” nie tylko jednak zapewnia dostęp do połączeń dalekobieżnych na południowym wschodzie województwa zachodniopomorskiego, ale jest też jedynym pociągiem umożliwiającym podróż bez przesiadki ze Szczecina do Torunia czy Włocławka.
Zjechanie z głównej magistrali wcale nie musi przy tym przekładać się na pogorszenie demograficznego potencjału połączenia. Pociąg „Staszic” między Stargardem a Kutnem, a więc na tej części trasy, która nie biegnie podstawowym ciągiem, zatrzymuje się w 12 miejscowościach liczących łącznie 771 tys. mieszkańców. Pozostałe pociągi InterCity, które ze Szczecina do Warszawy kursują standardową trasą przez Poznań, stają między Stargardem a Kutnem w 11 miastach liczących w sumie 749 tys. mieszkańców.
Rola pociągów PKP Intercity kursujących nietypowymi trasami nie zawsze sprowadza się do zapewniania połączeń dalekobieżnych w małych miastach, ale też do oferowania podróży bez przesiadki między dużymi miastami. Na przykład omijający Warszawę pociąg InterCity „Koziołek” relacji Lublin – Poznań to jedyne bezpośrednie połączenie Lublina z Łodzią i Radomia z Poznaniem.
Polska polityka kształtowania sieci połączeń dalekobieżnych zyskała uznanie w Niemczech. Wydawane przez związek pasażerów Pro Bahn czasopismo „Der Fahrgast” odnotowało, że liczba podróżnych PKP Intercity od 2014 r. do 2023 r. wzrosła z 25,5 mln do 68 mln, zwracając przy tym uwagę, że przewoźnik „ze względu na brak sztywnych tras oferuje bezpośrednie połączenia w wielu relacjach” i „obsługuje nie tylko metropolie, ale na zlecenie rządu dociera też w najdalsze zakątki kraju”.
Ze wschodu na zachód
Gdy w 2017 r. pociągi PKP Intercity dotarły do Hrubieszowa – czyli najbardziej wysuniętego na wschód polskiego miasta – rząd PiS mógł szczycić się tym, że zerwanie z polityką zaniedbywania ściany wschodniej odnosi się także do kolei.
Ze wschodniego krańca Polski jeżdżą pociągi InterCity „Górski” (Hrubieszów – Zamość – Krasnystaw – Lublin – Warszawa – Poznań – Szczecin – Świnoujście) oraz InterCity „Hetman” (Hrubieszów – Zamość – Biłgoraj – Stalowa Wola – Kraków). Od grudnia 2024 r. „Hetman” kursuje nową trasą przez Mielec, dzięki czemu to 57-tysięczne podkarpackie miasto zostało włączone w sieć połączeń PKP Intercity. Wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak obwieścił to podczas konferencji prasowej na mieleckim dworcu, przejmując od poprzedników z rządu PiS pałeczkę w sztafecie doprowadzania połączeń dalekobieżnych do kolejnych miast.
Dzięki skierowaniu „Hetmana” trasą przez Mielec czas podróży z Zamościa do Krakowa skrócił się z 5 godz. 11 min. do 3 godz. 55 min. Skrócono nie tylko czas jazdy, ale także relację pociągu – do grudnia 2024 r. docierał on aż do Wrocławia. Skrócenie trasy „Hetmana” do Krakowa zostało na Zamojszczyźnie źle przyjęte. „Szokujące zmiany w trasie pociągu InterCity »Hetman«” – alarmował portal Roztocze.net, a politycy wystosowali do wiceministra Piotra Malepszaka list otwarty: „Skrócenie trasy pociągu do relacji Hrubieszów – Kraków jest katastrofalnym w skutkach rozwiązaniem dla naszego regionu” – pisali posłowie i samorządowcy z Zamojszczyzny. – „Poprzedni rząd rozwijał połączenia kolejowe w naszym regionie i zasadnym byłoby utrzymanie tego stanu rzeczy”.
Na Zamojszczyźnie widać, że dla małych i średnich miast ważna jest nie tylko obecność na mapie połączeń PKP Intercity, ale też to, aby przekładała się ona na możliwość bezpośredniego dojazdu do dużej liczby celów. – „Zamojszczyzna ma dość nietypowy rozkład ciążeń komunikacyjnych w ruchu międzywojewódzkim. Poza dominującym kierunkiem do Warszawy bardzo wyraźnie zaznaczony jest też kierunek do Krakowa, Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i Wrocławia. O ile na trasie do Krakowa dominują studenci, o tyle już wśród jadących na Górny i Dolny Śląsk zwiększa się udział pasażerów z wyższymi peselami, dla których przesiadki są bardziej odstraszające” – mówi Bartosz Sojda z portalu LubelskaKolej.net. – „Wystarczył miesiąc, aby objawiła się pełna gama przyczyn, dla których przesiadki odstraszają pasażerów: kilkukrotne nieutrzymanie skomunikowania dla jedynego połączenia w dobie, improwizowane zmiany miejsca przesiadki z powodu opóźnień czy chaos na dworcu Kraków Główny”.
PKP Intercity albo nic
Pociągi InterCity „Hetman” i „Górski” to jedyne połączenia kolejowe obsługujące 16-tysięczny Hrubieszów. Na linii Zamość – Hrubieszów nie kursują bowiem pociągi regionalne. To wcale niejedyny przypadek, że pociągi PKP Intercity łatają luki w sieci połączeń regionalnych.
Zwykle są to białe plamy na pograniczu regionów. Przez jedną z takich plam kursuje pociąg TLK „Miechowita” relacji Kraków – Częstochowa – Poznań. Jest on wytrasowany odcinkiem Wieluń – Wieruszów – Kępno, biegnącym przez peryferie województw łódzkiego i wielkopolskiego, których władze od lat nie dostrzegają potrzeby kursowania tędy pociągów regionalnych. W tej sytuacji „Miechowita” to jedyny pociąg pasażerski pojawiający się w Wieruszowie, stolicy powiatu na południowo-zachodnim skraju województwa łódzkiego.
Pociąg TLK „Flisak” granicę województw kujawsko-pomorskiego i mazowieckiego przekracza linią Brodnica – Rypin – Sierpc. „Flisak” to jedyne połączenie kursujące tą linią. Kujawsko-pomorski samorząd na grudzień 2026 r. zapowiada reaktywację połączeń regionalnych, ale tylko na leżącym w granicach tego regionu odcinku Brodnica – Rypin. Pociągami regionalnymi nadal więc nie będzie dało się pojechać z Rypina w kierunku Sierpca, Płocka czy Kutna. Przy takim nastawieniu samorządów wojewódzkich do połączeń w głąb sąsiednich regionów rozstrzygnięcie „Dylematu Flisaka” na korzyść podróży pociągiem regionalnym z przesiadką na pociąg dalekobieżny może nie być łatwe.
Na pozbawionym połączeń regionalnych odcinku Magistrali Węglowej biegnącym na styku województw kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego jedynym kursującym pociągiem jest InterCity „Zielonogórzanin” relacji Zielona Góra – Poznań – Warszawa. Ze stacji Piotrków Kujawski w powiecie radziejowskim i ze stacji Babiak na północy powiatu kolskiego można tym pociągiem w mniej niż dwie godziny dotrzeć zarówno do Warszawy, jak i Poznania.
Popyt na objeździe
Trasa pociągu InterCity „Zielonogórzanin” to pozostałość po objeździe funkcjonującym w latach 2017-2019 podczas modernizacji magistrali Poznań – Warszawa. Wszystkie pociągi łączące te miasta jeździły wtedy trasą przez Gniezno, Inowrocław Rąbinek oraz Magistralę Węglową. Po zakończeniu prac pociągi wróciły na stałą trasę, ale dzięki pozostawieniu jednego z nich Gniezno i Inowrocław zachowały bezpośredni pociąg do Warszawy, a Piotrków Kujawski i Babiak w ogóle jakiekolwiek połączenia kolejowe.
Dzięki utrzymaniu takich pojedynczych połączeń nie dochodzi do zupełnego porzucenia popytu pobudzonego dużą liczbą pociągów w miejscowościach, przez które biegła trasa objazdowa.
Pozostałością po objeździe jest także trasa pociągów InterCity „Czechowicz” i „Inka”, które z Lublina do Warszawy jadą przez Lubartów, Parczew, Radzyń Podlaski, Łuków i Siedlce. Tędy w latach 2017-2019, w czasie modernizacja magistrali Lublin – Warszawa, kursowały wszystkie pociągi. Dzięki temu powiaty lubartowski, parczewski i radzyński otrzymały pociągi do Warszawy, a Siedlce i Lublin uzyskały bezpośrednie połączenie. Jako że odcinek z Lublina do Łukowa jest niezelektryfikowany, pociągi „Czechowicz” i „Inka” są prowadzone lokomotywami spalinowymi SU160 – także na zelektryfikowanej części trasy od Łukowa do Warszawy, na której składy te wytrasowane są z prędkością 155-160 km/h. Także pociąg „Hetman” jest prowadzony lokomotywą SU160 na całej trasie z Hrubieszowa do Krakowa, również na zelektryfikowanym odcinku od Dębicy. Z jednej strony eliminuje to czasochłonne zmiany lokomotyw, ale z drugiej strony zmniejsza dostępność taboru spalinowego na odcinki niezelektryfikowane.
Co dwa-trzy, to nie jeden
Mała ilość taboru spalinowego w PKP Intercity jest barierą dla zwiększania oferty dalekobieżnej w miastach, do których nie biegną linie zelektryfikowane. Największe z nich to Gorzów Wielkopolski (115 tys. mieszkańców), Grudziądz (89 tys.) i Suwałki (68 tys.).
Niedobory taboru spalinowego spółka PKP Intercity łata wypożyczonymi z Czech lokomotywami typu 754 oraz składami SN84 i SD85 dzierżawionymi od Stowarzyszenia Kolejowych Przewozów Lokalnych, które sprowadziło je z Niemiec i Holandii.
Poprawę sytuacji przynieść ma 35 składów spalinowo-elektrycznych, które PKP Intercity zamówiło w koncernie Newag. Ich dostawy mają rozpocząć się na przełomie 2026 i 2027 r. W koncernie Pesa trwa też produkcja dla PKP Intercity 16 lokomotyw spalinowo-elektrycznych. Dwunapędowy tabor pozwoli uruchomić kolejne pociągi, które między dużymi aglomeracjami zostaną wytrasowane bocznymi liniami. Według zapowiedzi Ministerstwa Infrastruktury, będzie to między innymi połączenie Szczecin – Trójmiasto wytrasowane nie przez Koszalin i Słupsk, lecz przez Drawsko Pomorskie, Złocieniec, Szczecinek, Człuchów, Chojnice.
Flota składów spalinowo-elektrycznych pozwoli również zwiększyć liczbę pociągów na trasach dziś obsługiwanych pojedynczymi połączeniami PKP Intercity. Pojawić ma się między innymi pociąg relacji Trójmiasto – Warszawa kursujący przez Sztum, Kwidzyn, Grudziądz, Brodnicę, Rypin, Sierpc i Płock. Relacja ta będzie częściowo pokrywała się z trasą pociągu „Flisak” – przestanie być on więc jedynym połączeniem PKP Intercity na tym ciągu. Przyjęty rozporządzeniem ministra infrastruktury plan transportowy określa, że powinny tędy jeździć dwa-trzy połączenia dalekobieżne dziennie.
Dostęp (bez)pośredni
Plan transportowy resortu infrastruktury w ogóle nie przewiduje istnienia na sieci połączeń dalekobieżnych ciągów obsługiwanych przez tylko jedno połączenie na dobę. Jako minimalny poziom oferty przewozowej w ruchu dalekobieżnym wyznaczane są dwa-trzy połączenia na dobę. Jasno wskazywanym przez plan transportowy rozwiązaniem „Dylematu Flisaka” jest więc zwiększenie liczby połączeń PKP Intercity na najsłabiej obsługiwanych liniach.
Jednocześnie plan transportowy wśród przesłanek kształtowania sieci połączeń dalekobieżnych wymienia „minimalizację wykluczenia transportowego przez zaplanowanie połączeń do jak największej liczby powiatów”.
Spółka Centralny Port Komunikacyjny w ramach prac nad horyzontalnym rozkładem jazdy idzie dalej, wskazując, że efektem jego wdrożenia ma być „dostęp do kolei dalekobieżnej dla każdego powiatu”, natychmiast jednak dodając, że dostęp ten może być zapewniony „bezpośrednio przez pociąg dalekobieżny lub przez skomunikowany pociąg regionalny albo autobus”.
Co więcej, pracownicy CPK – spółki aspirującej do bycia wiodącym ośrodkiem kształtowania kolejowej oferty przewozowej – wprost rozstrzygają „Dylemat Flisaka” na niekorzyść pociągów dalekobieżnych zjeżdżających z głównych magistral, aby głębiej dotrzeć w regiony. Jeden z punktów prezentacji CPK na temat horyzontalnego rozkładu jazdy, która jest przedstawiana na roboczych spotkaniach, brzmi bowiem tak: „Nie wszędzie zasadne jest organizowanie połączeń dalekobieżnych: lepsze są częste pociągi regionalne co 1-2 godz. niż pojedyncze w dobie pociągi dalekobieżne”.
Takie postawienie sprawy oznacza, że na części tras liczba połączeń dalekobieżnych zmniejszyłaby się z jednego do zera. Przy czym wcale nie ma pewności, że samorządy wojewódzkie uruchomią pociągi regionalne zapewniające dojazd do głównych magistral.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/135 marzec-kwiecień 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer
przez redakcja | niedziela 23 lutego 2025 | opinie
We Francji na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy milion lub więcej osób wypełniło ulice miast w całym kraju podczas codziennych protestów i strajków przeciwko krajowej reformie emerytalnej zaproponowanej przez prezydenta Emmanuela Macrona. Plan ten podniósłby wiek uprawniający do emerytury z 62 do 64 lat. Chociaż prawie dwie trzecie Francuzów sprzeciwia się tej zmianie, a francuski parlament nie miał wystarczającej liczby głosów, aby ją zatwierdzić, Macron jednostronnie ją przeforsował. Twierdził, że była ona potrzebna, aby odpowiedzieć na „problem” dłuższego życia i zadłużenie francuskiego rządu. Macron później o włos uniknął wotum nieufności w Zgromadzeniu Narodowym, ale protesty rozgniewanych obywateli trwały nadal.
W artykule o proteście w mieście Metz, w północno-wschodniej Francji, niedaleko granicy z Niemcami, francuski dziennik „Le Monde” zacytował dwóch pracowników pobliskiej elektrowni zarządzanej przez francuskiego giganta energetycznego, przedsiębiorstwo EDF. Jeden z nich wyjaśnił, dlaczego protestuje: „Pracuję tam na zmiany od 31 lat, więc mam tego serdecznie dość”. Inny powiedział: „Pracujemy cały rok w hałasie, upale, z ryzykiem związanym z chemikaliami i promieniowaniem. Nie pozwolimy, aby najlepsze lata emerytury zostały nam skradzione”.
Debaty na temat długości pracy to nic nowego. W Stanach Zjednoczonych National Labor Union domagał się ośmiogodzinnego dnia pracy od 1866 roku. Dopiero w 1940 roku poprawka do Fair Labor Standards Act wprowadziła standard 40-godzinnego tygodnia pracy. Oczywiście pracodawcy wywierają stałą presję, aby pracować dłużej w rozliczeniu dziennym i tygodniowym, chociaż niektórzy z nich, a także pracownicy, krążą wokół pomysłu czterodniowego tygodnia pracy.
Ile pracy włożyliśmy w dzień lub tydzień, to jedno pytanie. Ale być może jeszcze większym – i bardziej egzystencjalnym – pytaniem jest, ile pracowaliśmy przez całe życie. Dla Francuzów (którzy, jak się wydaje, uwielbiają pytania egzystencjalne), odpowiedź, którą można znaleźć na wielu transparentach, brzmiała: „64 lata. Mówimy nie”.
Dla wielu Amerykanów 64 lata jako wiek emerytalny wydaje się idealną odpowiedzią. Gdy Stany Zjednoczone podniosły wiek uprawniający do pełnych świadczeń z systemu emerytalnego z 65 do 67 lat w 1983 r., nie było żadnych protestów. Uzasadnienie zmiany było podobne do francuskiego: przewidywano, że w nadchodzących dekadach funduszowi ubezpieczeń społecznych zabraknie pieniędzy.
Być może ludzie nie protestowali, ponieważ ustawa z 1983 r. wprowadziła dwuletni wzrost w ciągu 22 lat. Osoby, których to najbardziej dotyczyło, były w wieku 20 lat i prawdopodobnie nie zwracały na to specjalnej uwagi. Czterdzieści lat później osoby urodzone w 1960 roku lub młodsze – najstarsi z nich mają dziś niewiele ponad 60 lat – utknęły przy wieku 67 lat jako tym, w którym mogą pobierać pełne świadczenia z ubezpieczenia społecznego. Jeśli przejdą na emeryturę wcześniej, powiedzmy w wieku 62 lat, otrzymają tylko 70% pełnego świadczenia. W wieku 65 lat emeryci otrzymują tylko 86,7% świadczeń.
Wszystko to może brzmieć bardzo logicznie – ponieważ ludzie żyją dłużej, mogą pracować dłużej i wstrzymać się z pobieraniem świadczeń z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, na który płacili przez całe życie zawodowe. Jednak, jak rozumieją francuscy protestujący, ludzie z klasy robotniczej często nie mogą pozostać w pracy tak długo. A nawet gdyby mogli, zostałoby im po zakończeniu pracy mniej lat, aby cieszyć się emeryturą.
Ludzie mogą obecnie żyć dłużej w porównaniu z dekadami temu, ale niekoniecznie powinno to oznaczać lata dłuższej pracy. Francuskie badanie z 2021 r. wykazało, że podwyższenie wieku emerytalnego skutkuje częstszymi i dłuższymi zwolnieniami chorobowymi dla starszych pracowników, „z powodu stopniowego pogarszania się stanu zdrowia pracowników pod koniec ich kariery zawodowej”, jak donosi „Le Monde”.
To nie tylko kwestia obciążenia fizycznego w wielu zawodach typowych dla klasy robotniczej. To problem klasowy, który możemy zobaczyć, jeśli przyjrzymy się grupie seniorów w klubach wiejskich. Jak pokazuje obszerne badanie przeprowadzone przez Brookings Institution, „dochód jest bardzo mocno powiązany z oczekiwaną długością życia”.
Badanie wyjaśnia efekt dochodu bardziej szczegółowo, zauważając, że „na przykład 40-letni mężczyźni z dochodami w dolnym 1 proc. mają oczekiwaną długość życia wynoszącą 72 lata, podczas gdy ci z dochodami w górnym 1 proc. mają oczekiwany moment zgonu w wieku 87 lat – 15 lat dłużej”. Ten sam schemat dotyczy również kobiet.
Ludzie z klasy robotniczej częściej żyją krócej, a wielu z nich zaczęło pracować na pełen etat wcześniej niż ich rówieśnicy z klasy średniej, więc pracują dłużej, zanim osiągną wiek 67 lat i otrzymają pełne świadczenia. Co gorsza, mogą musieć kontynuować pracę nawet po tym momencie, aby przeżyć, ponieważ kwota emerytury często nie jest wystarczająca. Tymczasem bogatsi ludzie mogą rozpocząć życie zawodowe później i mieć więcej lat na korzystanie z ubezpieczenia społecznego.
Podobnie jak większość amerykańskich instytucji, administracja ubezpieczeń społecznych ignoruje strukturę klasową społeczeństwa. Jej kalkulator oczekiwanej długości życia poda „średnią liczbę dodatkowych lat, których dana osoba może się spodziewać”, ale pomija, jak to wygląda dla różnych klas społecznych. W dokumencie jedynie mgliście przyznano, że „szacunki nie uwzględniają wielu czynników, takich jak obecny stan zdrowia, styl życia i historia rodzinna, które mogą wydłużać lub skracać oczekiwaną długość życia”.
Jednak inne dane rządowe jasno pokazują, że klasa ma znaczenie – nawet większe niż „styl życia”. Jednym z kluczowych czynników klasowych jest dostęp do planów emerytalnych opartych na stażu pracy. Zamożniejsi Amerykanie znacznie częściej niż ludzie z klasy robotniczej mają zdefiniowane plany emerytalne w celu uzupełnienia dochodu emerytalnego. Według Biura Statystyki Pracy (BLS) 88% pracowników należących do grupy 25 procent najwyższych dochodów miało dostęp do takich planów, w porównaniu z zaledwie 42% najgorzej opłacanych pracowników.
W przeciwieństwie do Francuzów, Amerykanie nie wychodzą na ulice, aby walczyć o szybszą emeryturę. Ale związki zawodowe to zrobiły. 91% pracowników związkowych ma dostęp do planu emerytalnego w porównaniu z 65% pracowników niezrzeszonych. Oczywiście wszyscy wiemy, że poziom członkostwa w związkach zawodowych jest dziś znacznie niższy niż kilka dekad temu, czemu sprzyjają prawa federalne i stanowe, które utrudniły organizowanie się i negocjacje.
Podobnie dziesięciolecia ataków na publiczne i prywatne plany emerytalne sprawiły, że około 47% mężczyzn i 50% kobiet w wieku od 55 do 66 lat nie ma żadnych dodatkowych oszczędności emerytalnych. Kolejne 11% mężczyzn i 13% kobiet ma mniej niż 25 000 dolarów oszczędności emerytalnych. Podczas gdy niektórzy kontynuują pracę w pełnym lub niepełnym wymiarze godzin, ponieważ lubią tę aktywność lub swój zespół pracowniczy, miliony innych po prostu nie mogą sobie pozwolić na zaprzestanie pracy.
To pomaga wyjaśnić, dlaczego w USA widzimy coraz więcej osób starszych przy pracy. W 2001 r. osoby w wieku 65 lat i starsze stanowiły zaledwie 3,1% siły roboczej. Do 2021 r. było to 6,6%, a BLS prognozuje, że do 2031 r. będzie to 9,1%. Odsetek osób pracujących w wieku 65 lat i starszych bez niepełnosprawności stale rośnie od 1996 r., osiągając szczyt na poziomie 26% w 2020 r. Spadł częściowo z powodu Covidu, a teraz ponownie rośnie, osiągając 23,6%. Jeśli więc myślisz, że widziałeś więcej osób w wieku emerytalnym serwujących jedzenie, kasujących zakupy lub odbierających telefony służbowe, to masz rację.
Firmy również lubią mieć więcej osób starszych w swoim zasobie ludzkim. Komentator „Forbesa” argumentował, że są oni przestraszoną grupą, gotową do poddania się wykorzystaniu: „Wielu z nich jest przestraszonych i zastanawia się, jak poradzą sobie ze swoim coraz mniejszym dochodem przy stale rosnących cenach”.
Powinniśmy spodziewać się więcej propozycji podniesienia wieku emerytalnego w przyszłości. Niektórzy Republikanie już wezwali do podniesienia wieku emerytalnego do 70 lat dla osób urodzonych w 1978 roku lub później.
Podniesienie wieku emerytalnego nie polega tylko na tym, aby „ukraść najlepsze lata emerytury”, jak ostrzegali francuscy protestujący. Chodzi również o sprawiedliwość i nieobarczanie klasy robotniczej kolejnymi latami wysiłków związanych z ciężką pracą. Następnym razem, gdy rząd podejmie działania w celu podniesienia wieku emerytalnego, powinniśmy pójść za przykładem Francji i zaprotestować, krzycząc: „Mówimy nie”.
Christopher R. Martin
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej workingclassstudies.wordpress.com w kwietniu 2023 r. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Don Taylor from Pixabay.
Christopher R. Martin jest profesorem dziennikarstwa i komunikacji medialnej na University of Northern Iowa, wcześniej pracował na uniwersytetach w Miami oraz w Austrii. Jest autorem kilku książek poświęconych tematyce prezentacji klasy robotniczej i świata pracy w mediach, z naciskiem na analizowanie problemu lekceważenia, przemilczania i nierzetelnego przedstawiania problemów tej klasyka w dużych liberalnych mediach.