Muzyczny dziki wschód

Muzyczny dziki wschód

Nie Nebraska, a północ Polski. Nie do domu, lecz w trasę; do domu to może nasz kierowca TIRa (no bo nie trucker, szanujmy siebie, kontekst i język ojczysty) wrócić, gdy zadowolony z pewnej, nomen omen, drogi kariery zarobi na chleb dla swojej rodziny. Nie będę dywagowała, czy polskie country jest dobrą muzyką, czy nie, gdyż to kwestia gustu. Ten gatunek jest ciekawy pod względem socjologicznym nie dlatego, że, podobnie jak wiele innych trendów, został żywcem skopiowany z Zachodu, lecz przez sam fakt podatnego gruntu, na którym się rozwinął.

„Hej hej hej to nie USA, tutaj się życia nauczysz” – śpiewał zespół disco polo Boys w 1993. Co ciekawe, sama w sobie piosenka stanowiła cover utworu Olega Gazmanowa, który – zanim został naczelnym propagandystą putinowskiej Rosji – nagrał również radziecką odpowiedź na przebój Bruce’a Springsteena: „Urodzony w ZSRR”.

Lata dziewięćdziesiąte i wczesne dwutysięczne były okresem największego zachłyśnięcia się mitycznym, hollywoodziarskim zachodem w całym już-wolnym-świecie-bloku-wschodniego. Litwini umieszczali więcej amerykańskich flag w kadrze niż jest stanów w Stanach Zjednoczonych. Rosjanie stworzyli połączenie ulicznego rapu z muzyką rozrywkową, które nazywamy kryminalnym disco. A my poszliśmy między innymi w country. I chociaż obecnie stanowi ono niszę, jest przez entuzjastów gatunku doceniane nie mniej niż jego odpowiedniki zza oceanu.

Prawdziwe country to muzyka amerykańskiej prowincji, truckerów i ludu. Mówię „prawdziwe”, gdyż słynny Cotton Eye Joe, kpiący z kultury postrednecków (dla jasności: w genialny wręcz sposób), obok country nie stał. Tematyka tych utworów jest bliska przeciętnemu mieszkańcowi środkowych stanów. To oczywiście miłość, tęsknota za domem, piękno natury otaczającej rodzinną posiadłość (często pośrodku niczego, jak to bywa na amerykańskiej prowincji), czasami aspekty typowo drogowe, gdyż country z natury oscyluje wokół tematu podróży. Nie usłyszysz w tej muzyce o nowojorskich hotelach i klubach, lecz nauczysz się pięciu nowych nazw miejscowości leżących w Kansas czy Arizonie. Warto też zaznaczyć, że odbiorcą country nie jest ani mieszkaniec metropolii, ani najbiedniejsza z biedot, ani tym bardziej nastolatek z Europy. To muzyka tworzona przez konkretną grupę z konkretnymi doświadczeniami (np. potomków kowbojów, zajmujących się obecnie tirowym kowbojowaniem) dla konkretnej grupy z konkretnymi doświadczeniami.

Gdyby nie wytworzenie podobnych warunków w Polsce, nie moglibyśmy doświadczyć fenomenu polskiego country. My także mamy truckerów na miarę naszych możliwości. I naszą prowincję. Paradoksalnie, pomimo różnych uwarunkowań historyczno-społeczno-politycznych my też wykształciliśmy coś na wzór countrymenów. Cofnijmy się do przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wyrażenie „wolna amerykanka” aż ciśnie się na usta, gdy zobaczymy naszą gospodarkę. I tylko w takich warunkach polscy twórcy i słuchacze country mogli zyskać pole do rozkwitu.

Zaczęło się wcześniej, gdyż początki country w Polsce datuje się na lata osiemdziesiąte i festiwal w Mrągowie. Twórcy countrypodobnej muzyki próbowali naśladować amerykańskie trendy. Padło to na podatny grunt. Przedstawiona w utworach rodzina z domku na prowincji stała się rodziną z M-4, a pastor się nawrócił i został księdzem. Bo w country chodzi też o przywiązanie do kościoła, w Polsce – oczywiście katolickiego.

Zagalopowałabym się, porównując Polskę przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych do USA, może poza kwestią marginalizacji prowincji i kultu samochodów. W obliczu transformacji część młodych zdecydowała się jednak wsiąść za kółko ciężarówki i przemierzać cały kraj. Nie była to na ówczesnym tle wcale zła droga kariery. Dziś daje znaczną stabilność zatrudnienia i stosunkowo dobre płace. Ale także wieczną tęsknotę za domem, „całe życie w trasie”, odległość od rodziny (czasami skutkująca – mówiąc językiem instagramowych psycholożek – modelem typu dosłownie nieobecny ojciec), a także pewne niebezpieczeństwo, a na pewno niewygodę i przemęczenie. Dlatego polskie country musiało być w miarę skoczne, żeby przy nim nie usnąć w trasie albo wręcz przeciwnie – nostalgiczne, ale nie depresyjne. I musiało operować wzorcami, które znamy. Czyli nie mityczną Zachodnią Wirginią, o której wie się tyle, że leży na słynnym Zachodzie, lecz naszymi polskimi miejscowościami.

Przodował w tym Lonstar, śpiewając np. „Tirem do Sejn”. Utwór jest wręcz podręcznikowym przykładem polskiego country. Nawiązanie do miasta powiatowego na głębokiej prowincji (na Suwalszczyźnie jest niska gęstość zaludnienia, a same Sejny są najmniejszym miastem powiatowym w Polsce), szybkie tempo, gitara, motyw podróży i trudów doli tirowca – w tym przypadku miłości do rozwiązłej kobiety.

Nie tylko Sejny doczekały się takiej nobilitacji. Weźmy choćby Cezarego Makiewicza i jego przebój „Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa”. Dwudziestotysięczne miasto także miało swoją chwilę wielkiej sławy w środowisku zapaleńców. W przypadku Mrągowa nawet nie tylko chwilę – festiwal country odbywający się w nim jest naszym odpowiednikiem Nashville. A każdy, kto miał wspomnienia i smykałkę do pisania, mógł w piosenkach wyrazić odczucia wobec własnej małomiasteczkowej ostoi spokoju. Polskie country stało się nośnikiem emocji, o których zazwyczaj się nie pisało – bo nie były wystarczająco uniwersalne, bo nie wypada, bo nie wpisywały się w jakąś konkretną modę.

To, co opisywali w swoich tekstach twórcy polskiego country nie stanowiło jedynie przejawu emocji towarzyszących danym miejscom. Znaczna część utworów zawierała morał albo praktyczne przestrogi wyrażające uniwersalne prawdy. Były też porady stricte drogowe. Tam się zatrzymaj, nie ufaj kobietom poznanym w trasie, rodzinę szanuj, wracaj do domu, gdy tylko możesz…

Przekładało się to na popularność gatunku. Miłośnicy country w latach osiemdziesiątych byli liczeni w tysiącach. W 2024 w Mrągowie odbyła się już czterdziesta trzecia edycja festiwalu country. Goście byli różni – od stałych bywalców pamiętających początki polskiego country, po młodych kontynuatorów trendu. Nadeszło także wsparcie zza oceanu, czyli polscy twórcy tego gatunku muzyki wychowani w Stanach Zjednoczonych. Bo i oni czują odrębność narodową. Z kolei nasi twórcy podróżują ze swoimi utworami po całej Europie. I czasami zahaczają nawet o ojczyznę country.

Polskiego country raczej nie usłyszymy w radiu. Zresztą, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, nie mamy swojego kanału z country. Być może trend trochę przygasł. I może i dobrze, że już nie żyjemy (nie żyjemy?) w realiach opisanych w tych piosenkach. Że mamy (mamy?) możliwości pracy i łączenia jej z względnie normalnym życiem rodzinnym, a praca tirowca jest (jest?) mniej uciążliwa.

Hanna Szymerska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Vladimir Fayl from Pixabay

Tory (nie)inkluzywności

Tory (nie)inkluzywności

Gdy pracuje się na uniwersytecie, nie sposób uniknąć rozmowy o różnicach pokoleniowych. To najczęściej właśnie w metaforyce pokoleniowej opisujemy siebie nawzajem, definiujemy oraz oceniamy. Moim zdaniem ta metaforyka ma liczne pułapki poznawcze oraz nie chwyta rzeczywistości społecznej z taką mocą, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Myślenie pokoleniami, i to zmieniającymi się w bardzo szybkim tempie, z pominięciem uwarunkowań klasowych oraz zmiany środków komunikacji, jest w dużej mierze wymysłem przemysłu marketingowego.

Abstrahując od definicyjnych kłopotów, jest faktem to, że młodzi ludzie myślą o sobie metaforyką pokoleniową (a nie np. klasową), w czym utwierdzają ich media. Przykładem może być choćby uznanie piosenki „Patointeligencja” za piosenkę pokoleniową. TVN-owska telewizja śniadaniowa była głęboko zaniepokojona problemami „młodego pokolenia”, choć realnie dotyczą one drobnego wycinka młodych ludzi. Nawiasem mówiąc, charakterystyczne dla tej telewizji jest to, że problemy klasy, którą ona reprezentuje, przedstawia jako problemy społeczne w ogóle.

Gdy pytam studentów, i to kilku uniwersytetów, jakie podaliby cechy swojego pokolenia, zawsze wymieniają inkluzywność. Oznacza ona w ich ujęciu włączanie we wspólnotę osób definiowanych przez starsze pokolenia jako, z różnych powodów, inne. Najczęściej chodzi o orientację seksualną, ale nie tylko, gdyż uwzględniają także np. osoby z zespołem Aspergera, czyli osoby w pełni sprawne intelektualnie, ale z dysfunkcjami komunikacyjnymi. Inkluzywność w ich wyobrażeniu zakłada, że przestrzeń danej instytucji będzie bezpieczna dla wszystkich. To wyraz chęci tworzenia wspólnoty równych sobie osób, niewykluczania nikogo ze względu na to, kim jest oraz dawanie takim osobom akceptacji i wsparcia. Różnorodność nie jest wspólnotową przeszkodą, lecz bogactwem, które należy wykorzystać w celu tworzenia inkluzywnej przestrzeni, czyli takiej, która nikogo nie wyklucza.

Temat inkluzywności pojawił się przy okazji dwóch innych tematów: domniemanej ksenofobii tych wszystkich Europejczyków, którzy głosują na partie antyimigranckie oraz dzieciofobii, w tym np. niewpuszczania dzieci czy też ograniczenia im wstępu do określonych przestrzeni, np. restauracje, baseny, hotele. Obie dyskusje były inspirowane książkami – w pierwszym przypadku był to „Powrót do kwestii robotniczej”, w drugim „Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci”. Omawiając określone zachowania chodziło o to, żeby uświadomić sobie, jak łatwo i nierzadko niesprawiedliwie można komuś przykleić fobiczną etykietę, gdy nie rozumie się m.in. położenia klasowego, realnego interesu ekonomicznego oraz stylu życia ocenianej osoby (lektura pierwsza). Gdy pytałem o akceptację pewnych zachowań względem dzieci, zdecydowana większość studentów opowiadała się za postawą, która autor „Zakazu gry w piłkę” uznałby za dzieciofobiczną. Okazało się, że szybko etykietują innych, lecz sami także nie są awangardą postępu i można ich łatwo okrzyknąć dzieciofobami (przynajmniej z punktu widzenia autora). Aby zmyć z siebie piętno grzechu bycia „fobem”, w tym przypadku dzieciofobem (choć większości ta łatka nie przeszkadzała i kwitowali ją wzruszeniem ramion), niektórzy powoływali się na wolny rynek: przecież ktoś może otworzyć restaurację bez wstępu dla dzieci, a ktoś inny z wstępem i wtedy dorośli będą mieli wolny wybór. Przypomniała mi się wtedy scena z filmu „Życie jest piękne”, w której ojciec, starając się nie wywoływać w małym synu strachu przed nadciągającym faszyzmem, tłumaczy mu, iż jedne sklepy nie wpuszczają Żydów, a oni nie będą wpuszczali w swoim Wizygotów. Wyobraźmy sobie teraz doprowadzenie sytuacji do absurdu: restauracja nie wpuszcza dzieci i Rosjan (właściciel to Ukrainiec), inna Żydów (właściciel to Palestyńczyk) i psów, gdyż woli koty. Wolny rynek wszystkiego nie załatwi, nie mówiąc już o tym, że życie stałoby się koszmarem, a o istnieniu przestrzeni publicznych nie wspominając.

Na tych przykładach chciałem pokazać studentom, że jeśli coś jest dla nich odległe, nie dotyczy ich osobiście, to łatwo można ulec żonglerce medykalizującymi etykietami różnego rodzaju, w czym swoją rolę odgrywają osoby o tzw. lewicowych poglądach. Przy okazji dyskusji o dzieciach i ich obecności we wspomnianych przestrzeniach, w których byliby zmuszeni przebywać wraz z nimi, studenci wyraźnie stawiali na własny komfort, którego nikt i nic, np. głośne zachowanie dzieci, nie powinno burzyć, szczególnie jeśli za to zapłacili (bilet na basen czy pociąg).

To sprowokowało mnie do sprawdzenia, na ile deklarowana inkluzywność w roli studentów byłaby realna, gdyby ich komfort został w jakiś sposób naruszony, czyli musieliby w imię inkluzywności poświęcić określone zasoby, np. czas lub wysokość stypendium. Wyszedłem za założenia, że inkluzywność polega na solidarności. Mamy z nią do czynienia, gdy poświęcamy coś dla kogoś innego. Gdy solidaryzując się z kimś drugim w jego położeniu, nie stawiamy na siebie i swoje Ja, lecz ewidentnie na tym tracimy, np. ekonomicznie. Wtedy albo się z tym godzimy, albo wykonujemy więcej pracy w celu „nadrobienia” finansowej straty. Słowem, jesteśmy w stanie ponieść tę stratę w imię wyższej wartości, jaką jest właśnie solidarność, czy mówiąc inaczej: inkluzja do wspólnoty takiej osoby, która pomocy potrzebuje, np. ze względu na posiadane deficyty, które uniemożliwiają jej normalne funkcjonowanie. Inkluzywność zawsze kosztuje, a jeśli inkluzywność nic nas nie kosztuje, to nie jest oparta na solidarności – jest raczej tolerancją, ale bez elementu wsparcia.

Zapytałem kilka grup studentów, czy popierają, aby mogły studiować osoby w spektrum autyzmu, np. z zespołem Aspergera. Odpowiedzieli, że tak. Po czym wymyśliłem w ramach eksperymentu taką historię, w której decyzją władz uniwersytetu przyjmuje się coraz więcej osób z zespołem Apergera, wszak nie posiadają one deficytów intelektualnych, lecz komunikacyjne. Większość studentów nie widziała w tym problemu. Dodałem, iż wymagają oni specjalnej opieki i wsparcia, w tym pomocy asystenta, którego wynagrodzenie będzie wypłacane ze środków uniwersytetu, co oznacza, że stypendia na studiach stacjonarnych oraz czesne na studiach niestacjonarnych odpowiednio: zmaleje o trzysta złotych, wzrośnie o trzysta złotych. Prosiłem o szczere odpowiedzi (znamy się na tyle i na tym część prowadzonych przeze mnie zajęć polega, że jesteśmy ze sobą szczerzy i dyskutujemy, czasami bardzo zażarcie, na kontrowersyjne tematy, np. polityczne i nie boimy się wygłaszać swoich opinii, nawet bardzo „niepoprawnych”).

Z sześciu grup studentów różnych roczników dwóch uniwersytetów tylko pojedyncze jednostki deklarowały, że są w stanie ponieść takie koszty w imię tego, aby osoby te mogły studiować (bez opiekuna jest to bardzo trudne). Jedna osoba to wyborca Partii Razem, będąca w spektrum autyzmu, ale dla mnie zupełnie niewidocznym, druga osoba miała rodzeństwo w spektrum autyzmu, dwie pozostały stwierdziły, że mają na tyle pieniędzy, że nie odczują różnicy.

Udzielone odpowiedzi wskazują, że tam, gdzie inkluzywność oparta na solidarności realnie kosztuje, uderza w interes jednostki, dla pokolenia, które stawia na Ja w wielu przestrzeniach swojego życia, od self love po samorozwój – tej inkluzywności nie będzie. Jest ona dla wybranych, dla tych, których włączenie nic nie kosztuje.

Jedna ze studentek, osoba słabowidząca, opowiada (przytoczę w całości napisany przez nią fragment, który zgodziła się, aby został opublikowany):

Ja mam za sobą dziesięć lat studiów [od 2013 do 2023 – dop. M. R] i w teorii końcówka była nieco lepsza od początków, ale ze wszystkimi w swoich grupach miewałam podobne problemy. Na pierwszych studiach, co ciekawe z pedagogiki specjalnej na specjalizacji terapia zajęciowa z psychomotoryką, gdzie zdawać by się mogło idą empatyczni ludzie, nastawieni na wspieranie osób z niepełnosprawnością, moje pierwsze tygodnie były strasznie ciężkie. Ludzie bardzo szybko podobierali się w grupki. Ja zanim otrzymałam przydzieloną mi asystentkę, to musiałam radzić sobie sama. Nie znałam jeszcze uczelni i miałam na przykład sytuacje, że potrzebowałam dotrzeć do dziekanatu. Usłyszałam, jak grupka dziewczyn rozmawia, że też tam idzie, więc zapytałam, czy mogę iść z nimi, na co one szybko zmieniły zdanie, że wcale tam nie idą. Rozdzieliłyśmy się, udało mi się trafić do dziekanatu i spotkałam przed nim tę samą grupę. Mówię, że jakimś cudem jednak też tu dotarły, na co one, że były na papierosie i zmieniły zdanie. Przy czym od żadnej papierosami czuć nie było. Podział na grupy i praca w grupy też kończyła się tak samo, jak zbieranie graczy do drużyny piłkarskiej, że zawsze zostawałam na końcu i nikt mnie nie chciał. W grupie miałam jeszcze dziewczynę z dużym niedosłuchem i oczywiście słyszałam, ze plotki na jej temat przychodziły łatwo, ale również miała problem, by znaleźć dla siebie miejsce. Ona jednak była outsiderką i chodziła swoimi ścieżkami, a ja zawsze lubiłam być otoczona ludźmi. W końcu dostałyśmy na nas dwie jedną asystentkę, była to pani doktor z innego wydziału. Mimo tytułu, bardzo wyluzowana babka, ale i tak ten fakt, że gdzieś wykłada i jest dużo starsza sprawił, że moja grupa nabrała jeszcze większego dystansu. Z czasem odezwała się do mnie na messengerze jedna z dziewczyn, że chciałaby mnie lepiej poznać i to w sumie był początek naszej wielkiej przyjaźni. Okazało się, że chwycenie mnie pod ramie, czy się za ręce i poruszanie się w ten sposób dla mojego komfortu nie jest żadnym problemem, że da się ze mną pogadać, pożartować, spędzić czas wolny, a w pracy w grupie robię całkiem spory kawał roboty. Z czasem dołączyło do nas kilka kolejnych dziewczyn (bo grupa była całkowicie damska), ja się na zajęciach przesiadłam od asystentki do koleżanek, bo okazało się, że jedyna pomoc, jakiej oczekuję od asystentki to przepisywanie tego, co jest na slajdach i czytanie mi treści, a z resztą radzę sobie sama. I tu kolejna smutna rzecz, że jak weszłam do koleżeńskiej grupy, to poznałam drugą stronę medalu, jak to dziewczyny przypuszczają, że dziewczyna z niedosłuchem wykorzystuje asystentkę, że asystentka pewnie podpowiada jej na egzaminach i robi za nią zadania. Dziś, jak osobiście zajmuję się dostępnością i pracuję jako koordynatorka z osobami z różnymi niepełnosprawnościami, wiem, że kontakt z osobą głuchą lub niedosłyszącą po prostu inaczej nieco wygląda i nikt tu niczego nie knuje. Moja przyjaźń po tych studiach niestety się skończyła, bo przyjaciółka miała wylecieć na chwilę do USA i została tam na stałe.

Przechodząc do jednej z moich podyplomówek, pamiętam, jak na studiach z psychologii pozytywnej, więc znowu dość istotny kierunek, jak do tego, co zaraz opiszę – miałam w grupie siostrę lub kuzynkę mojej niewidomej znajomej, a także dziewczynę poruszającą się przy pomocy balkonika. Pewnego razu zadzwonił próbny alarm na ewakuację i wszyscy zaczęli się zbierać w pośpiechu. Mi towarzyszył asystent typu „elegant”, więc podczas, gdy ja stałam jedynie z psem i telefonem w ręce, grupa się zbierała w popłochu, mój asystent nieśpiesznie wiązał szaliczek i obserwował sytuację. Wybiegliśmy na zewnątrz i ludzie zaczynają pytać, gdzie jest dziewczyna z balkonikiem, na co mój asystent ze spokojem odpowiada, że została w środku. Zatem mój asystent doskonale wiedział, że dziewczyna po schodach z balkonikiem nie zejdzie, winda zablokowana i nikomu nawet o tym nie powiedział, by jej pomógł. Siostra niewidomej jako osoba bardziej zaznajomiona ze środowiskiem OzN też nic nie zrobiła. A wykładowczyni po prostu zniknęła i pojawiła się magicznie w sali, jak już wróciliśmy.

Potem znowu przechodząc dalej, pojawiłam się na studiach z dziennikarstwa. Już mocno wyrobiłam swoją osobowość. Już miałam dopracowany wygląd, że bardzo mocno się wyróżniałam w tłumie, stałam się odważniejsza, aktywniejsza, bardziej zaczepna. A i tak grupa obchodziła się ze mną jak z jajkiem i nie była skora do rozmów, jakby wychodziła z założenia, że co tam osoba, która mało świata widzi mogła przeżyć i o czym ma gadać. Tu przez pierwszy rok miałam jedną asystentkę rok młodszą ode mnie, na drugim roku miałam zmiennych asystentów, a po kilku miesiącach czwartego semestru rozpoczęła się pandemia. Czułam, że asystenci nieco onieśmielają grupę, że to jednak ludzie z zewnątrz i może myśleli, że jesteśmy zajęci sobą, to nie będą z nami gadać, może dalej mnie mało znali i zakładali, że co ja tam wiem. I dopiero, jak skończyły się przedmioty ogólne i zaczęła praca w grupach zarówno na zajęciach, jak i prace długoterminowe, to w mniejszym gronie okazało się, że jest ze mną o czym gadać, mam czarny humor, dystans do siebie i potrafię zrobić projekt z jajem. Wbrew pozorom najbardziej zbliżyliśmy się do siebie podczas pandemii, pracy na teamsie i podczas nielicznych zajęć stacjonarnych. Okazało się jednak przez pewien przypadek, że ludzie pomimo że już lepiej im się ze mną rozmawia, to nie wiedzą, na ile ja widzę i zakładają, że wszystko trzeba mi podawać do ręki, opisywać, ustawiać mnie. A wyszło to w momencie, jak koleżanka usiłowała mnie wprowadzić do windy w bloku, w którym mieszkam i dokładnie opisywać mi, na które jedziemy piętro, że zamykają się drzwi i inne drobnostki. I od podstaw musiałam opisać jej, jak widzę. Kilka lat później ta sama dziewczyna zabrała mnie na konie wraz z partnerką naszego kolegi z grupy i dziewczyny zaczęły poznawać mnie z innej, tej pozastudenckiej strony, a bardziej hobbystycznej i rozrywkowej. I tu też zaczęły wychodzić pewne dziwne smaczki, jak po raz któryś w moim życiu okazało się, że przyjaźń polega na tym, że rozumie się bez słów. Zatem, jak dwie koleżanki siedziały w aucie z przodu, chichotały na jakąś wiadomość, mema, filmik lub sytuację na drodze, a mi trzeba było to wytłumaczyć, żebym też mogła się pośmiać, to przestałam ponownie być atrakcyjną koleżanką, bo trzeba poświęcić mi czas na opis. A jak spotkaniem miało być na przykład wyjście na kawę, piwo, obiad i dwie koleżanki dogadały się, że będą na miejscu szybciej, a ja do nich dołączę i ku ich zdziwieniu mówiłam, że nie wiem, gdzie dana knajpka jest i trzeba mnie odebrać z przystanku, to też już było nie po ich myśli.

Inny student, z zespołem Aspergera czy spektrum autyzmu, jak się dzisiaj mówi, opowiadając mi o swoich doświadczeniach podczas pięciu lat studiów, stwierdził, że nie czuł się akceptowany przez innych studentów, lecz raczej, jak to określił, jak „piąte koło u wozu” lub jak „nietykalny”, by użyć jego określeń: „Jestem [tutaj pada imię – dop. M. R.] i jest grupa”. Osoby, z którymi studiował wiedziały, że ma zespół Aspergera, ale i tak wymagały od niego, aby robił wszystko to, co oni, i jak oni. W zdecydowanej większości przypadków nie pomagali mu w żaden sposób, a jeśli już to robili, to z pretensją i wyraźnym poirytowaniem.

Jego problem polegał właśnie na tym, że pewnych rzeczy nawet nie tyle że nie umiał wykonać, ile ich nauczenie zajmowało mu więcej czasu i wymagało odpowiedniej komunikacji. Jego inność była tolerowana, ale gdy dochodziło do konkretnych działań nie liczyła się i oczekiwano od niego „bycia jak wszyscy”, kiedy on właśnie taki nie jest. „Masz Aspergera i co z tego?” – tak często odbierał komunikaty grupy. „Masz problemy, idź do psychiatry, tutaj się studiuje”. Wiele komunikatów wysyłanych mu przez studentów traktował jako pretensję w szkolnym stylu: dlaczego nie możesz być jak inni? Dlaczego nie możesz zachowywać się jak my? Uważa, że jego inność była dla nich „dziwna”, a jego zdaniem inność nie musi się równać „dziwności”. Miał poczucie, że wszyscy chcą, aby był jak oni. „Czułem się jak gwóźdź, który odstaje, a jak gwóźdź odstaje, to trzeba go przybić” – mówi.

Gdy opowiadał o swoich doświadczeniach przypominały mi się sytuacje, w których inni studenci, ze względu na swój stan zdrowia, najczęściej psychicznego, prosili o daleko idącą wyrozumiałość. Czy miałbym im wtedy powiedzieć: „Masz depresję? I co z tego? Idź do psychiatry, tutaj się studiuje”. Oczywiście, że nie. Oczekuje się wrażliwości na swoje problemy, ale już nie na problemy innych. Choć zdaję sobie sprawę z odmienności tych sytuacji, to jednak powinny one uczyć akceptacji i wyrozumiałości dla słabości innych, szczególnie, że nie są od nich zależne, o wspieraniu nie mówiąc, bo studiowanie kosztuje te osoby ogrom wysiłku i stresu nieporównywalny z doświadczeniami osób w pełni sprawnych. Poza tym, kto z nas tego wsparcia nie potrzebuje, i to zarówno po stronie studentów, jak i wykładowców? Wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

W naszej rozmowie podkreślił również, że oferowana mu pomoc była albo bardzo krótkotrwała, albo musiała się komuś opłacać, np. „żeby pokazać jaki ktoś jest fajny”.

Powyższe refleksje dwójki studentów pokazują (na ile jest to odzwierciedlenie szerszego podejścia i rozziewu pomiędzy deklaracjami a rzeczywistymi działaniami to sprawa do zbadania), że w dużej mierze nie wspiera się inności, albowiem ona przeszkadza, jeśli właśnie jest sobą. Co to za Inność, która ma się stać Taka Sama? Studenci myślą w optyce sprawiedliwości proceduralnej: wszyscy jesteśmy równi, studiujemy na takich samych warunkach i nie interesują nas twoje zaburzenie czy dysfunkcja. Można podchodzić do tego w ten sposób, ale jest to odległe od wrażliwości na poszerzenie wyobraźni moralnej i budowy bardziej przyzwoitego oraz inkluzywnego społeczeństwa. To po pierwsze. Po drugie, inność sprawia kłopot, ponieważ trzeba coś poświęcić, np. pieniądze, czas lub swój komfort psychiczny i fizyczny.

Z tych dwóch historii wynika wniosek, że zdecydowana większość studentów, ze względu na wartości, które wyznaje, a realizowane w różnych praktykach, jak samorozwój, skupienie na Ja, osiąganie finansowego sukcesu, nie jest gotowa nieść pomocy, gdyż w murach uniwersytetu nie może się ona odbywać ich kosztem: od kwestii ekonomicznej po zasób czasu i uwagi. Tutaj każdy pracuje na siebie.

Doskonale to rozumiem, albowiem inkluzywność, która wydaje się nam wypływać z wnętrza jednostki, tj. jej moralności, wrażliwości, empatii, tzw. dobrego serca itp., potrzebuje ekonomicznych torów, po których może się poruszać, musi mieć odpowiednie warunki społeczne, aby funkcjonować. Jeśli tych torów nie ma, stajemy się skupieni na sobie, niechętni do pomocy, poświęcenia, bo wiemy, że jeśli my o siebie nie zadbamy, to nikt o nas nie zadba.

Nie należy ich za to winić, albowiem oni sam siebie nie stworzyli, po prostu respektują przekonania i hierarchię wartości ponowoczesnej formy neoliberalizmu, które okazują się silniejsze niż ich deklaracje. Jest to także wina samego uniwersytetu, który coraz bardziej staje się korporacją a nie universitas, czyli wspólnotą właśnie.

Dotyczy to wielu aspektów życia, czego przykładem jest fakt, że większość z nich na wakacje lata samolotami, choć wiedzą, że należałoby to ograniczyć ze względów klimatycznych. Ale dlaczego mamy sobie czegoś odmawiać i przez to cierpieć, jeśli inni sobie nie odmawiają i nie cierpią? – pytają i mają dużo racji. W ich podejściu do świata, choć oczywiście nie wszystkich, nic nie jest bardziej obce niż poświęcenie i ofiarność, ponoszenie osobistych kosztów. Mam jedno życie i chcę je dobrze przeżyć, czerpać z niego ile się da, doświadczać, podróżować, rozwijać się, być szczęśliwym – mówią. W pewnym sensie rozumiem to podejście, ale nie było chyba jeszcze pokolenia, które nie musiało by czegoś poświęcać, rezygnować z części siebie w imię jakichś wartości wyższych niż Ja, bo ten świat nie jest ani nie będzie rajem na ziemi. Hiperindywidualizm to droga donikąd, nie mówiąc już o tym, że nie ma nic bardziej odległego od ideału lewicowości niż taka właśnie postawa (to zresztą jeden z wielu powodów, wskutek którego lewica przegrywa).

Rachunek ekonomiczny zaczął rządzić naszą zdolnością tolerancji oraz akceptacji, inkluzyjności właśnie, albowiem wszystko, koniec końców, sprowadza się do finansów, gdyż nawet czas poświęcony komuś drugiemu może być wykorzystany efektywniej. Zaczął on rządzić w zasadzie już wszystkimi sferami życia, w tym obszarami miłości: od miłości dwójki osób (relacja biznesowa, terapeutyczno-coachingowa zastępująca straszną miłość romantyczną), przez nawet tak chętnie wyszydzaną miłość do ojczyzny (brzydkie słowa na „p”, jak patriotyzm i Polska), która „niczego mi nie dała”, po braterską miłość do drugiego człowieka.

Inkluzywność i mówienie o niej w aspekcie indywidualnej decyzji jednostki, to, by przywołać początek tekstu, zasłona dymna dla procesu jeszcze większego dzielenia nas oraz nauki skupiania na sobie. Zamiast na fobiach, realnych bądź domniemanych, i skakaniu sobie do gardeł, lepiej skupić się na budowaniu dobrych torów. Choć i to nie daje gwarancji tworzenia bardziej empatycznego i przyzwoitego społeczeństwa, bo muszą jeszcze być ludzie, którzy chcą jeździć pociągami.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay

Znikające miasta

Znikające miasta

PKP Intercity wycofało postoje z szeregu miast. Często wbrew zapisom planu transportowego.

Wykreślanie postojów pociągów spółki PKP Intercity w mniejszych miastach trwało przez ostatnie tygodnie przed ogłoszeniem rozkładu jazdy, który wszedł w życie z dniem 15 grudnia 2024 r.

Nie tylko Włoszczowa

Przewoźnik zrezygnował między innymi z zatrzymywania pociągów Pendolino na stacji Włoszczowa Północ. Postoje te widniały jeszcze w przyjętym 18 września 2024 r. dokumencie „Zarządzony roczny rozkład jazdy”, stanowiącym zwieńczenie prac nad ofertą przewozową PKP Intercity wchodzącą w życie w połowie grudnia 2024 r.

Już pod koniec listopada 2024 r. na stacji Włoszczowa Północ pojawił się kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta: „Ograniczenie możliwości komunikacji i wykluczenie komunikacyjne lokalnej, powiatowej Polski jest dzisiaj dużym zagrożeniem” – mówił na włoszczowskim peronie Karol Nawrocki, a media prześcigały się na tytuły: „Z Włoszczowy znika Pendolino”, „Pendolino żegna Włoszczowę”, „Pendolino opuszcza Włoszczowę”.

Nie od dziś Włoszczowa budzi duże emocje wśród polityków i dziennikarzy, ale połączeń Pendolino od połowy grudnia 2024 r. pozbawione zostały również Jelenia Góra, Wałbrzych, Brzeg, Ciechanów i Działdowo. To jednak nie wszystko – jest szereg miejscowości, które straciły wszystkie połączenia dalekobieżne.

(Nie) wszystkie powiaty

Pociągi PKP Intercity przestały stawać w Środzie Śląskiej, mieście powiatowym liczącym 10 tys. mieszkańców. Choć stacja znajduje się na północnym skraju miasta, to połączenie z oddalonym o 3,5 km centrum, jak również okolicznymi wsiami zapewniają autobusy Średzkiej Komunikacji Publicznej.

Po likwidacji postojów w Środzie Śląskiej pociągi PKP Intercity pokonują bez zatrzymania aż 65-kilometrowy odcinek z Wrocławia do Legnicy, a powiat średzki przestał być obsługiwany połączeniami dalekobieżnymi. Tymczasem odpowiadające za organizację i finansowanie tych połączeń Ministerstwo Infrastruktury w planie transportowym wskazuje, że przy planowaniu oferty należy brać pod uwagę „minimalizację wykluczenia transportowego przez zaplanowanie połączeń do jak największej liczby powiatów”, konkretnie przy tym wymieniając Środę Śląską wśród stacji, na których należy wyznaczać postoje pociągów kategorii InterCity i TLK.

Na początku grudnia 2024 r. w resorcie infrastruktury odbyło się spotkanie z samorządami na temat planów rozwoju sieci kolejowej. – „Prezentujemy nowe podejście do rozwoju kolei. Przede wszystkim zmieniamy punkt ciężkości z Warszawy i lotniska CPK na układ policentryczny. Chcemy, by kolej skomunikowała wszystkie powiaty połączeniami dalekobieżnymi” – oznajmił odpowiedzialny za kolej wiceminister Piotr Malepszak. Jak jednak okazuje się na przykładzie powiatu średzkiego, zasada ta nie jest dochowywana na istniejącej sieci połączeń – mimo obowiązujących zapisów w planie transportowym, który został przyjęty jako rozporządzenie ministra infrastruktury.

Kosztem mniejszych ośrodków

Plan transportowy wskazuje też między innymi, że codziennymi postojami powinny dysponować Ziębice, liczące 8 tys. mieszkańców miasto na linii Wrocław – Kłodzko. Tymczasem od grudnia 2024 r. w Ziębicach staje tylko kursujący w soboty i niedziele pociąg InterCity „Śnieżka” relacji Warszawa – Wrocław – Kudowa-Zdrój. Ziębice ucierpiały na tym, że w ruchu dalekobieżnym obsługę odcinka między Wrocławiem a Kłodzkiem przejęły nowe pociągi „Baltic Express” relacji Gdynia – Gdańsk – Bydgoszcz – Poznań – Wrocław – Praga, które pomijają część miast dotychczas obsługiwanych przez spółkę PKP Intercity. W związku z tym połączenia dalekobieżne straciło także 2,5-tysięczne Bardo.

Na linii Wrocław – Wałbrzych – Jelenia Góra pociągi dalekobieżne przestały stawać w Janowicach Wielkich. To już kolejna miejscowość między Wałbrzychem a Jelenią Górą, która traci pociągi PKP Intercity. W grudniu 2020 r. przewoźnik zrezygnował z postojów w Marciszowie, a w grudniu 2017 r. w Boguszowie-Gorcach – mieście liczącym 14 tys. mieszkańców.

Jak widać, likwidowanie postojów miało też miejsce za rządów PiS, mimo że wówczas PKP Intercity przy kolejnych zmianach rozkładu jazdy chwaliło się rosnącą liczbą obsługiwanych stacji: „Jeszcze w rozkładzie jazdy 2014/2015 pociągi PKP Intercity zatrzymywały się w blisko 300 miastach i miejscowościach. W każdym kolejnym rozkładzie ta liczba systematycznie rosła dochodząc do ponad 400 obsługiwanych miast i miejscowości. W rocznym rozkładzie jazdy na sezon 2020/2021 pociągi PKP Intercity będą zatrzymywać się już w około 420 ośrodkach” – informował przewoźnik pod koniec 2020 r.

Od 2017 r. pociągi PKP Intercity nie stają w Skawinie i Jordanowie na linii Kraków – Zakopane. Od grudnia 2024 r. pomijają kolejne miasto: Maków Podhalański. – „Zostaliśmy tym zaskoczeni. Decyzja zapadła nie tylko bez konsultacji, ale nawet bez wcześniejszej informacji” – mówi Michał Surmiak, burmistrz 16-tysięcznej gminy miejsko-wiejskiej Maków Podhalański. – „Mieszkańcy stracili możliwość dojazdu do Krakowa w około godzinę, a więc w czasie konkurencyjnym dla samochodu, dzięki czemu połączenia PKP Intercity cieszyły się rosnącą popularnością. To nie tylko problem Makowa, ale również ościennych gmin jak Zawoja i ich mieszkańców zostawiających samochody na dużym parkingu przy makowskim dworcu, by wsiąść do pociągu. Przestawiamy naszą gminę na turystykę i dostęp do połączeń dalekobieżnych jest istotnym elementem tej strategii”.

Michał Surmiak dodaje, że PKP Intercity to spółka, która ma realizować misję. – „Nie można wszystkiego przeliczać na minuty kosztem mniejszych ośrodków. Są przecież ekspresy z niewielką liczbą postojów, a pociągi niższych kategorii powinny także zaspokajać potrzeby małych i średnich miast”.

Metropolia bez postojów

Cięcie postojów wcale nie ominęło dużych aglomeracji – pociągi PKP Intercity przestały zatrzymywać się na stacji Chorzów Batory. Oznacza to, że na kolejowym kręgosłupie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii pociągi dalekobieżne pokonują 19-kilometrowy odcinek od Katowic do Zabrza, jadąc bez postojów nie tylko przez Chorzów, ale też przez Świętochłowice i Rudę Śląską. Te trzy miasta liczą w sumie ponad ćwierć miliona mieszkańców. Na północnym zachodzie metropolii pociągi PKP Intercity przestały stawać w 17-tysięcznych Pyskowicach. Zatrzymania w Pyskowicach i Chorzowie Batorym zostały wykreślone, choć w planie transportowym resortu infrastruktury stacje te uwzględnione są w spisie postojów pociągów InterCity i TLK.

Plan transportowy wymaga, aby na Magistrali Nadodrzańskiej Wrocław – Zielona Góra – Szczecin składy dalekobieżne zatrzymywały się w Bytomiu Odrzańskim. Mimo to od 15 grudnia 2024 r. pociągi PKP Intercity już nie stają w tym liczącym 4 tys. mieszkańców lubuskim mieście.

Z mapy połączeń PKP Intercity zniknęły też Trawniki na Lubelszczyźnie, Zbąszyń w Wielkopolsce oraz Gorzkowice w Łódzkiem. Gorzkowice – zlokalizowane w połowie 45-kilometrowego odcinka między Radomskiem a Piotrkowem Trybunalskim – są siedzibą liczącej 8 tys. mieszkańców gminy wiejskiej w powiecie piotrkowskim. Gorzkowice zniknęły z mapy połączeń PKP Intercity, mimo że leżą w okręgu wyborczym ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka z Polskiego Stronnictwa Ludowego, a do PSL należy też wójt gminy Alojzy Włodarczyk.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/134 styczeń-luty 2025); https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Śmiać się z Innym, nie z Innego

Śmiać się z Innym, nie z Innego

Adam Mickiewicz pisząc w „Dziadach”, że „Miarą człowieka jest to, jak traktuje innych”, miał na myśli fakt, że stosunek do ludzi świadczy o naszej osobowości i charakterze, jest odbiciem nas samych. To, jak traktujemy ludzi, mówi więcej o nas niż o nich. Można by uzupełnić to stwierdzenie o antropologiczne ujęcie Innego człowieka, tj. odmiennego od nas kulturowo i klasowo, ale także intelektualnie lub fizycznie. Inny nie musi być od nas geograficznie odległy. Dzieje społeczeństw zachodnich można opisywać nie tylko poprzez produkowanie Innego dzięki egzotyzacji i orientalizacji, ale także medykalizację, gdzie diagnoza redukuje całego człowieka do jego poszczególnych części, np. ilości chromosomów.

„Ósmy dzień” to francusko-belgijsko-angielska produkcja z 1996 roku. Była nominowana do wielu prestiżowych europejskich nagród filmowych, choć zdobyła tylko jedną: Złotą Palmę w Cannes w kategorii najlepszy aktor. Nagroda była podwójna, tj. dla odtwórców głównych ról: znanego francuskiego aktora Daniela Auteuila oraz Pascala Duquenne’a. Pomimo tych nominacji i nagrody nie jest to film znany szerszej publiczności. A szkoda, bo jest on mądry i daje do myślenia nad sensem życia i nad tym, co w nim naprawdę ważne i od kogo można się tego nauczyć.

Film opowiada o spotkaniu dwóch osób z różnych światów. Pierwszy z bohaterów to Harry (grany przez Auteuila), pracownik banku szkolący innych w kreowaniu pozytywnego wizerunku, zdobywaniu zaufania klientów i wpływaniu na ich konsumenckie decyzje. Pierwsze sceny filmu pokazują fragment takiego szkolenia: uśmiechaj się, bądź pozytywny, sprawiaj wrażenie człowieka sukcesu, bo ludzie nie lubią mieć do czynienia z przegrywami, przejmuj cudze zachowania i gesty, bo wtedy klient rozpoznaje w tobie siebie i podświadomie jest bardziej ufny. Harry jest w tym dobry. Próbuje nawet przekonać samego siebie, że te narzędzia, czy po prostu sztuczki, mogą działać także poza branżą, widzimy bowiem, jak uśmiecha się sztucznie do lustra, jak ćwiczy wizerunek człowieka sukcesu, którym nie jest. Jest bowiem człowiekiem głęboko nieszczęśliwym, co widać najlepiej w momencie powrotu do opuszczonego przez żonę i dzieci domu: Harry podnosi pistolet-zabawkę, przystawia sobie do skroni i naciska spust. Początkowe sceny mówią jasno: bez miłości do ludzi, w różnych jej wymiarach czy też wtedy, kiedy tę miłość z różnych względów tracimy, jesteśmy żywymi trupami, bo życie przestaje mieć sens i nic nie jest w stanie nas reanimować. Oddanie się bzdurnej pracy sprawia tylko, że każdy dzień jest podobny do poprzedniego – żyje on w Piekle Tego Samego.

Drugim bohaterem jest George, młody mężczyzna z zespołem Downa (w tej roli Duquenne, faktycznie ten zespół posiadający), który ucieka z ośrodka dla osób upośledzonych intelektualnie w poszukiwaniu swojej mamy. Nie wie jednak, że ta nie żyje, siostra zaś, jedyna bliska mu osoba, nie może się nim zająć, bo ma swoje życie i męża, który nie chce w nim George’a.

Obaj mężczyźni spotykają się w tragicznych okolicznościach, albowiem jadący odwiedzić swoje dzieci Harry potrąca w czasie wieczornej ulewy psa George’a. Nad zawiniętym w koc martwym ciałem zwierzęcia płaczący George nieudolnie intonuje „Alelula”, lecz nie forma jest tutaj istotna, ale stojące za nią emocjonalne zaangażowanie, a także chęć wypełnienia sobą, przeżycia odtwarzanego rytuału, jawiącego się jako coś naturalnego. To Harry patrzy zdziwiony i oniemiały na George’a.

Od tego momentu całość przybiera konwencję filmu drogi, albowiem sprawca wypadku czuje się w obowiązku odwieźć poszkodowanego do domu. To wymuszone spotkanie, obecność George’a w życiu Harry’ego, której on wcale nie chce, czasami nawet wręcz maskując jego chorobę (zakłada mu czarne okulary, by ukryć zdradzający go wygląd), odmienia życie tego pierwszego: reanimuje go, przywraca do życia. Zderzenie z radykalnie odmiennym światem George’a uświadamia mu, jak wiele traci z tego, co ważne w życiu, jak bardzo obudował swoje Ja i swoje życie, kaleczącymi jego i jego bliskich konwencjami i wyobrażeniami o szczęściu, miłości, dobrym życiu.

Świat George’a jest światem wrażliwości, wzruszeń, uczuć i sentymentu do ludzi i natury (od trawy i drzew po biedronki), co pozwala mu przeżywać świat na innych zasadach: bardziej zmysłowych i spontanicznych, nie ograniczanych konwencjami. George jest emocją, a nie Rozumem, co sprawia, że ponosi nieustannie raniące go porażki polegające na odtrąceniu. Świat George’a jest zaczarowany, nie ma w nim tak istotnych dla nas podziałów, jak np. na fikcję i realność. Świetnie to widać w kampowych scenach filmu (choć ktoś mógłby potraktować je jako kiczowate), pokazujące coś niezwykle istotnego: George ma kontakt ze światem, choć jest to świat jego wyobrażeń – przynajmniej z racjonalnego punktu widzenia. To dla niego śpiewają w radio, jego ulubiony piosenkarz osobiście wręcz się z nim komunikuje. Ma także kontakt ze zmarłą mamą (gra ją znana francuska aktorka Isabelle Sadoyan znana polskiemu widzowi z filmu „Trzy kolory: niebieski” Krzysztofa Kieślowskiego), która się nim opiekuje i w trudnych chwilach tłumaczy mu świat, którego nie rozumie. To dla niego śpiewa piosenkarz „Mamo, dla mnie jesteś najpiękniejsza na świecie”, którą George wykonuje „po swojemu”.

Wedle mitologii filmu, nawiązującej do stwarzania świata przez Boga w siedem dni, George został stworzony ósmego, nieistniejącego przecież dnia. Jest zatem cudem, posłańcem niebios. Zapewne ktoś pozbawiony poetycko-filmowej wyobraźni mógłby zżymać się na mityzację zespołu Downa, postrzeganiu jej przez inny pryzmat niż medyczny. W czasach przednowoczesnych tak właśnie myślano i postrzegano. To okres nowoczesny przyniósł, w postaci racjonalności i postępu technologicznego, nadzorowanie i karanie, stygmatyzację Innych, którzy często przypłacali to wykluczeniem społecznym i fizycznym, tj. w murach szpitali i osobnych szkół, samotnością, a nierzadko śmiercią. Nawet dzisiaj nie są mile widziani w „postępowych” krajach Zachodu (np. na Islandii). „Zespół higienisty”, by nawiązać do tytułu książki Macieja Zaremby Bielawskiego, to jest dopiero choroba. Nie chodzi o tanie romantyzowanie zespołu Downa (pamiętajmy też, że ten film to nie dokument), przydawania tym osobom więcej niż mają, bo mają chyba wystarczająco dużo, aby zdrowi mogli się czegoś od nich nauczyć.

Harry, w toku filmu, coraz lepszego poznawania George’a, daje mu siebie, ofiarując i odwzajemniając wiele bliskości, ciepła i wsparcia ze strony tego drugiego, który nie tyle pomaga pierwszemu rozwiązać życiowe problemy, ale jest ich współtowarzyszem. Bohaterowie razem płaczą i razem się śmieją, czyli robią to, co specyficznie ludzkie. Niektóre sceny swoim humorem potrafią wręcz rozbroić stereotypy, jak np. wygląd osoby z zespołem Downa. Na początku znajomości, Harry, poirytowany zachowaniem George’a, nazywa go „Mongołem” (wiadomo, że chodzi o mongoloidalne rysy twarzy). Widzimy kadr, w którym George ubrany w ludowy strój przemierza step, jednocześnie zanosi się śmiechem i powtarza „Ja? Mongoł?” i śmieje się coraz głośniej. Myśli konkretem, nie abstrakcją. Ma rację: przecież nie jest Mongołem.

Choć bohaterowie są ludźmi z innych światów, to te światy potrafią się spotkać, co okazuje się darem dla jednego i drugiego. To, co możemy naprawdę ofiarować innemu człowiekowi, także Innemu, to my sami, nasze człowieczeństwo. Inny także nigdy go nie traci, choć czasami może się wydawać inaczej, gdyż fetyszyzujemy odpowiednie kompetencje, tj. intelektualne (one są dobre w nauce, ale nie należy ich przeceniać w życiu).

Jak zauważa Anna Dwojnych, autorka tekstu „Zespół Downa i popkultura”, pierwszą telewizyjną próbą oswojenia widzów z obecnością osób z zespołem Downa był amerykański serial „Dzień za dniem”. Produkowany w latach w latach 1989-1993 był oglądany także w Polsce i zyskał dużą popularność (pewnie wiele osób kojarzy ten serial z piosenką „Ob-La-Di, Ob-La-Da”). Był to pierwszy serial, którego bohaterem był chłopiec z zespołem Downa, ukazujący trudy w zaadaptowaniu się do środowiska szkoły i rówieśników, a nawet rodziny, gdyż jego siostra Becca musiała się nauczyć akceptować intelektualnie niepełnosprawnego brata, gdyż jego upośledzenie było wstydliwe. O popularności tego serialu niech świadczy niechlubny fakt, że w latach 90. zaczęto określać osoby z tym zespołem mianem „Korków”, albowiem tak do Charlesa Thatchera zwracają się bliscy („Corky”).

Jeśli chodzi o polskie seriale, to z pewnością na uwagę zasługuje „Klan” i postać Macieja Lubicza, granego przez Piotra Swenda. Bardzo ciekawie analizuje jego postać Anna Dwojnych, wskazując na swoistą ambiwalencję serialowego wizerunku oraz jego odbioru. Z jednej strony, na zasadzie product placement, lokując w serialu odpowiednie idee, takie jak akceptacja osób intelektualnie niepełnosprawnych, pokazywano różne życiowe perypetie Maćka. Scenarzyści przedstawiają go jako typowego nastolatka, który przeżywa te same co oni historie, np. zakochanie się w Martynie (także z zespołem Downa) czy pierwsze spożycie alkoholu. Jednak sposób, w jaki to robią, nie zawsze wydaje się fortunny, co sprawia, że pewne sytuacje są wykorzystywane do internetowych przeróbek i parodii (choć pojawiają się oczywiście pytania, czy w ogóle da się tego uniknąć), co sprawia, że ogląda się jego postać nie ze względów zamierzonych, tj. edukacyjnych, ale „dla beki”. Słowem, przedstawiając osoby z zespołem Downa można uzyskać efekt odwrotny do zamierzonego, z tego względu trzeba umieć to robić, co wcale nie jest takie proste. Ponadto, zdaniem grających z nim aktorów, Piotr Swend nie do końca rozpoznawał granice pomiędzy fikcją serialu a rzeczywistością, co każe także pytać o etyczną stronę zatrudniania aktorów niepełnosprawnych intelektualnie.

Żadna z tych kwestii nie przedstawia się tutaj bezproblemowo. Niezależnie jednak od tego faktu, wspomniane seriale, szczególnie ten pierwszy, jeśli poczytać komentarze jego dotyczące, przyniosły wiele dobrego, gdyż jakaś część naszej społecznej rzeczywistości przestała być ukrywana: zaczęliśmy oswajać to, co do tej pory było Inne, starać się lepiej poznać i zrozumieć to, co nam obce, a zatem często wstydliwe i ukrywane.

Jedną z ważniejszych produkcji telewizyjnych w tym zakresie był program „Down the Road”. Podróżnik Przemysław Kossakowski wyrusza wraz z sześcioma osobami z zespołem Downa w podróż po Europie. To młodzi dorośli, całkiem nieźle radzący sobie w rzeczywistości, o czym świadczą ich kompetencje językowe i komunikacyjne, ale także poznawcze, gdyż bardzo dobrze orientują się w rzeczywistości. Warto podkreślić, że zostały wybrane do programu drogą castingu. To o tyle istotne, że nie wszystkie osoby z zespołem Downa posiadają tak wysokie kompetencje, co jest wynikiem różnych społecznych uwarunkowań rodziców oraz innych okoliczności. Oglądając ten program byłem pod dużym wrażeniem, jak osoby te znakomicie sobie radzą.

Twórcy programu podkreślają, że ich celem było zrobienie takiego programu rozrywkowego, w którym śmieją się razem z bohaterami, a nie z nich. Chcieli pokazać, i uważam to za próbę udaną, że osoby z zespołem Downa mogą być samodzielne i nie wymagać jakiejś przesadnej opieki w codziennym życiu. Że pomimo poznawczych ograniczeń nie są od nas aż tak odmienni, jak można by sądzić: mają swoje pasje, namiętności, chcą podróżować, cieszyć się życiem, próbować różnych rzeczy, dbać o siebie w sensie fizycznym, ładnie wyglądać, zakochują się, chcą uprawiać seks, założyć rodzinę, bywają także jak my: próżni, narcystyczni, leniwi, konsumpcyjni. Z drugiej strony twórcy programu nie przekonują nas, że oni są tacy jak my, bo są Inni i to jest oczywiste, ale ta ich inność, przy odpowiedniej pracy edukacyjnej, nie jest jakimś kosmicznym biegunem. Jedna z twórczyń programu mówi nawet o tym, że początkowym zamiarem programu, mniej lub bardziej jawnym dla samych twórców, było dopasowanie uczestników do społeczeństwa, ale w toku programu, spędzania z uczestnikami czasu, porzuciła ten pomysł, uznając po prostu inność Innego, tym samym też jego podmiotową autonomię. Szczerze mówi o tym, że nie czuje się uprawniona do tłumaczenia tym osobom świata, szczególnie, że rozumieją go po swojemu (jej opis dotyczy kwestii wiary i rozmowy z jednym wierzącym uczestnikiem).

Brakuje na polskim polu medialnym takich filmów, seriali i programów telewizyjnych, co wynika m.in. z faktu, że – z jednej strony – media służą głównie zarabianiu pieniędzy, są nastawione na zysk kosztem ludzi i istotnych problemów społecznych, z drugiej zaś są propagandową tubą ukrywającą swoją ideologiczność (neoliberalizm, konsumpcjonizm, określony styl życia, opcję polityczną) pod płaszczykiem rozrywki. Czekam na programy przywracające godność odmiennym kategoriom Innych, których media nieustannie stygmatyzują, wyśmiewają, upokarzają i orientalizują, przedstawiając jako różnych od nas „dzikich”, jako obiekty koniecznej modernizacji i dostosowania do odpowiednich, rzecz jasna z góry i nie przez nich, wyznaczonych stylów życia. Idea towarzysząca tworzeniu takich programów telewizyjnych powinna uwzględniać budowanie wspólnoty pomimo ludzkiej odmienności i różnorodności, gdyż ta nie tylko istnieje i jest rzeczywistością, ale wcale nie jest przekleństwem, lecz bogactwem. Tylko prawdziwa akceptacja Innego pozwala budować wspólnotę, ale i chyba sensowniej przeżywać swoje życie.

Poszerzenie wyobraźni moralnej własnego społeczeństwa to obowiązek tych, których Richard Rorty określił mianem agents of love, czyli antropologów, powieściopisarzy i dziennikarzy. Ludzie mediów mają do odegrania w tym zakresie swoją rolę, lecz aby to uczynić, muszą przestać służyć kapitałowi – i zacząć służyć ludziom.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: SP3CialStock from Pixabay

Zabór czeski (1922)

Zabór czeski (1922)

W „Sułkowskim” napisał Stefan Żeromski: „Trzeba rozrywać rany polskie, aby się nie zabliźniły błoną podłości”. Jedną z takich polskich ran, niewątpliwie jedną z najboleśniejszych, jest sprawa naszej obecnej granicy południowo-zachodniej na odcinku sąsiadującym z Czechami. Żywić należy obawę jak największą, aby rana ta nie zabliźniła się „błoną podłości”.

Oto istnieje naród dwudziestokilkumilionowy. Naród ten posiada państwo, bitną i wypróbowaną armię. A jednocześnie tuż pod jego bokiem, na pograniczu – drogą podstępu, niedotrzymywania umów i zdradzieckich napaści, drogą matactw i szacherek dyplomatycznych powstaje na oczach niemal zdumionego i jak gdyby zdrętwiałego społeczeństwa, stopniowo tworzy się i utrwalać poczyna nowy zabór ziem polskich. Zaboru tego dokonuje, nie przebierając w środkach, poza wszelkimi zasadami moralności szczepowej czy ogólnoludzkiej a nawet obowiązującej przyzwoitości międzynarodowej – sąsiad, Słowianin, naród pobratymczy: Czesi.

Pastwą tego zaboru padły: połowa Śląska Cieszyńskiego, okręg czadecki, północne, czysto polskie części Spisza i Orawy. Zresztą wszystkie te zabrane i niewyzwolone dotąd ziemie należą do najczyściej polskich. Nawet według obliczeń obcych, wrogich nam, ludność polska wynosi tam przeszło 2/3 ogółu ludności. Liczebnie co najmniej 120 000 ludu polskiego dostało się pod jarzmo czeskie i to ludu, jak np. na Śląsku Cieszyńskim, wyjątkowo wysoce uświadomionego narodowo. Dodać też należy, że jest to odłam narodu polskiego w walce o swą polskość wybitnie zahartowany, ale jednocześnie w najwyższym stopniu z racji długotrwałej i ciężkiej walki – potrzebujący pomocy. Zniósł on bowiem, jak robotnik, rolnik i górnik śląski, wieloletnią przedwojenną germanizację i czechizację, nie dając się ani zgnębić, ani ująć, ani kupić, lub też, jak ów twardy lud górali spisko-orawskich, który, zapomniany niemal przez świat (podobnie jak Kaszubi na północy) przetrwał w swej polskości setki lat przewagi i panowania węgierskiego i madziaryzacji. Już bowiem w r. 1880 zniósł rząd węgierski w statystyce narodowość polską. Idąc wiernie wzorem pruskim i madziarskim, ogłosili właśnie w ostatnich dniach statystykę narodowościową swego państwa i Czesi. Znajdujemy w niej w rubryce Polaków… 75656! Czy polski Główny Urząd Statystyczny nie mógłby tych czeskich wyliczeń sprostować?

To obliczenie czeskie, ten nowy dowód fałszowania w niesłychany sposób istotnego stanu rzeczy należy podkreślić i przygwoździć! Jeśli w tym tempie odbywać się będzie statystyczna „asymilacja” żywiołu polskiego – niedługą zdaje się chwila, gdy rubryka Polaków – wzorem madziarskim, w zaborze i państwie czeskim zniknie zupełnie, z tą może jedynie różnicą, iż jeśli idzie o szybkość i sprawność wykonania podobnych szlachetnych manipulacji i zadań, Czesi w stosunku do Węgrów bez zastrzeżeń osiągają palmę pierwszeństwa.

A jakież są stosunki wewnętrzne na tym zabranym obszarze ziem polskich? Wiadomo, jakich sposobów chwytali się nasi pobratymcy już przed wielką wojną, by czechizować ziemię i ludność polską. Wiadomo, jakie piekło stworzyli dla tejże ludności w okresie przejściowym i plebiscytowym. Ucisk, terror, napaści i morderstwa stały się jak gdyby przyrodzonymi metodami postępowania Czechów. Naturalnie ostrze prześladowań zwrócone było przede wszystkim na jednostki najlepsze, najkulturalniejsze, najbardziej narodowo i obywatelsko uświadomione. Dokonano prawdziwie barbarzyńskiego, można powiedzieć bez przesady wręcz pogromu śląskiej polskiej inteligencji i uświadomionego robotnika. Jedna to z najciemniejszych i najhaniebniejszych kart dziejów odrodzonych i przywróconych do samoistnego bytu Czech. Ludności polskiej terenów zabranych odmówiono – niczym w Rosji Sowieckiej lub Prusach przedwojennych – nawet pełni praw kulturalnych, systematycznie bowiem i z premedytacją, planowo niszczono za pomocą nasłanych band szkoły i wszelkie ośrodki kulturalne polskie.

Czy wielce zmienił się ten stan rzeczy po ostatecznym zagrabieniu i włączeniu do „Czechosłowacji” ziem polskich? Na papierze tak, a jak jest w istocie, świadczy chociażby powyżej przytoczona czeska statystyka. Jako wytyczna znakomicie ilustrująca zasadnicze tendencje polityki czeskiej, świadczą również niezliczone relacje i skargi ludności ujarzmionej. Przytoczymy dla przykładu dane, jakie podaje prasa z ostatnich dni. Dowiadujemy się, że ludność polska jest zmuszona w dalszym ciągu walczyć ciężko – o co? O polską szkołę! Oto w Karwinie i Dąbrowie odbywają się wiece, na których zgromadzeni domagają się od władz czeskich „ponownego otwarcia, względnie rozszerzenia szkół polskich”. A dzieje się to w czasach, kiedy jest mowa o przyjaźni czesko-polskiej, kiedy został zawarty (6 list. zeszłego roku) układ czesko-polski o charakterze przyjaznej ugody, mającej, jak chcą zaślepieni zwolennicy (w podobnych warunkach) sojuszu czesko-polskiego, stanowić „nową epokę”. Rzecz prosta, sprytni Czesi rozumieją „nową epokę” zupełnie po swojemu.

Świadectwem wymownym i przykładem ogromnie pouczającym tej nowej epoki w stosunkach polsko-czeskich jest zachowanie się Czechów w głośnej już dziś sprawie Jaworzyny.

Dnia 6 listopada 1921 r. została zawarta między Polską a Czechami umowa (ze strony polskiej podpisana przez min. Skirmunta, ze strony czeskiej przez dra Benesza), do której włączony został aneks głoszący: „Z chwilą podpisania obecnej umowy obie układające się strony zgadzają się wykonać następujące specjalne postanowienia”, a pod punktem B wyliczający: „Uregulowanie w przeciągu 6 miesięcy drogą bezpośredniego i polubownego porozumienia obu rządów (par l’entente directe et aimable de deux gouvernements) spraw gminy Jaworzyny”. Tak jasne i precyzyjne brzmienie umowy nie mogło być przez stronę czeską kwestionowane. Chwycili się oni tedy metody zupełnie tej samej, jaką stosuje Bolszewia odnośnie do zwrotu przyznanych traktatem, a zagrabionych uprzednio Polsce archiwów, bibliotek itp. A jeśliby nawet przeprowadzić porównanie dokładne – wypadnie ono raczej na korzyść Sowietów. Bowiem bolszewicy rosyjscy targują się, zwlekają, nie dotrzymują terminów – ostatecznie jednak, jakkolwiek z wielką biedą i po trosze – to zagrabione nawet przed setką lat dobro polskie zwracają. Tymczasem Czesi świadomie i złośliwie przewlekali wykonanie umowy w sprawie Jaworzyny aż 9 miesięcy, gdzie chodziło już nie o zwrócenie kawałka ziemi rdzennie polskiej, lecz o wymianę gmin Niedzica i Kacwin na gminę Jaworzyna, z taką bowiem propozycją wystąpili Polacy, przy tym najazd czeski na ziemię polską trwał w tym wypadku zaledwie parę lat. (Obecnie donoszą dzienniki, iż tam właśnie i teraz urządzają Czesi prowokacyjne manewry wojskowe – na polskiej ziemi, w polskich górach, w prapolskich Tatrach! – dalej bezwstyd, bezczelność i cynizm trudno posunąć!).

Nie tu jednak koniec sprawy Jaworzyny. Gdy wobec zbliżania się końca drugiego ustalonego terminu posiedzenie wyznaczonych dla tej sprawy z obu stron komisji nie dochodziło z winy czeskiej do skutku – rząd polski przez swego posła w Pradze p. Piltza dn. 23 lipca 1922 r. „zażądał definitywnej odpowiedzi, kiedy spotkają się obie komisje, względnie, w jaki sposób rząd czesko-słowacki ma zamiar wykonać punkt B aneksu do umowy z dn. 6 listopada 1921 r.”. Wówczas to „dnia 26 lipca zakomunikował posłowi polskiemu w Pradze czesko-słowacki prezydent ministrów i minister spraw zagranicznych dr. Benesz, że posiedzenie komisji nie może dojść do skutku” – jak stwierdza komunikat Komisji Polskiej (będącej w składzie: przew. kom. prof. dr. Stan. Grabski, zast. przew. wicem. Sejmu Ustawod. Osiecki, prof. dr. Walery Goetel, prof. dr. Eugeniusz Romer, prof. dr. Wład. Semkowicz – jako członkowie, prof. Henryk Arctowski – jako zastępca, oraz dr. Kordys i mjr Bronisław Romaniszyn – jako rzeczoznawcy); kończy się tenże komunikat następującym podsumowaniem całej sprawy: „Wobec powyższego polska Komisja Jaworzyńska 1) stwierdza, że aneks B do umowy polsko czesko-słowackiej z dnia 6 listopada 1921 r. nie został wykonany, i że odpowiedzialność za niewykonanie tego aneksu spada wyłącznie i całkowicie na rząd czesko-słowacki, który nieustannym przewlekaniem terminu zejścia się Komisji jaworzyńskiej polskiej i czesko-słowackiej uniemożliwił bezpośrednie i polubowne porozumienie w sprawie Jaworzyny; 2) oświadcza, że w tych warunkach nie ma możności dalszego działania”. A więc krótko i węzłowato: czeska strona na temat Jaworzyny, do czego jest zobowiązana umową, nie chce po prostu ze stroną polską mówić.

Jeśli na powyższe perypetie sprawy Jaworzyny i osiągnięte rezultaty spojrzeć zupełnie spokojnie, zimno i bez uprzedzeń – nasuwa się niezbicie następujący wniosek: Czesi nie tylko nie dotrzymują umów, dowolnie łamią i unieważniają położone podpisy – znany już zresztą system pruski i teoria „świstków papieru” – lecz, co jest rzeczą ważniejszą i gorszą, lekceważąc umowy zawierane z Polską, poważają się, nie licząc z płynącymi stąd konsekwencjami, lekceważyć państwo polskie. Pragnęlibyśmy, aby na ten szczegół rząd polski zwrócił baczniejszą uwagę i zechciał poczynić w tym względzie wszelkie kroki, choćby najdalej idące, ażeby ten wypadek nie stał się dla Polski w stosunkach międzynarodowych precedensem na przyszłość. Co uchodzi na wschodzie – nie uchodzi na zachodzie. Co uchodziło – powiedzmy lat temu dwa – nie uchodzi obecnie. O tym zapominać nie wolno. Te rozbrajająco znikome i wyjątkowo smutne wyniki polskiej polityki uprzejmej życzliwości i przychylności dla Czech zaczynają już wywoływać zupełnie zrozumiałe i naturalne poruszenie w społeczeństwie. Opinia polska staje się w wysokim stopniu zaniepokojoną. Oto VI zjazd podhalański, świeżo odbyty w Czarnym Dunajcu, powziął po referacie red. Gwiżdża bardzo daleko zmierzającą uchwałę, gdyż domagającą się „odwołania niezwłocznie wszystkich czynników, które zastępowały rząd polski w rokowaniach z rządem czeskim o Jaworzynę i natychmiastowego ukończenia rokowań z rządem Czechosłowacji przez nową delegację polską w duchu żądań i uprawnień narodu polskiego i polskiej ludności spiskiej”. (Tak podaje w swej korespond. z Krakowa „Rzeczpospolita” z dn. 21 sierpnia 1922, nr 228). Podobnież przez prasę polską przebiegł dreszcz niepokoju i to nawet przez tę część prasy polskiej, która dotychczas w swych wystąpieniach przyjaznych dla Czechów posuwała się „o wiele za wiele”, widocznie nie dostrzegając ani właściwej miary, ani granic. Nawet bezkrwisty i stale drzemiący „Kurier Warszawski” poruszył się i dostrzegł swym słabym wzrokiem, że „spór o Jaworzynę jest w gruncie rzeczy sporem o Tatry”, że „to są nieocenione wartości kulturalne, nie mniej ważne, jak wartości ekonomiczne”. Nawet organ p. Strońskiego wykrztusił, iż „Sprawa Jaworzyny stoi źle”. Tak oto w rzeczywistości, w świetle faktów wygląda „nowa epoka” stosunków polsko-czeskich, zupełnie nieszczęśliwie poczęta dn. 6 list. 1921 r., grożąca najwidoczniej ludności polskiej pod zaborem czeskim wręcz zatraceniem, skazaniem na zagładę, państwu polskiemu utratą setek tysięcy jak najlepszych i pewnych obywateli, olbrzymich bogactw kopalnianych, znakomitych naturalnych granic i jednej z najpiękniejszych części ziem polskich w ogóle. A gdy się bliżej i baczniej przyjrzeć, to zupełnie fatalnie i ogromnie niepokojąco dla Polski wygląda całokształt spraw polsko-czeskich, które na razie, tymczasowo pragniemy rozpatrywać jedynie w ramach powyżej zakreślonych.

Dla pełni obrazu pozwolimy sobie przytoczyć przynajmniej jeden głos czeski (audiatur et altera pars!). I co też mówią Czesi w chwili obecnej i w danych warunkach? Cytujemy głos „Lidowych Novin”: „Polska przemogła już naturalne rozgoryczenie z powodu rozwianych nadziei co do Cieszyńskiego i gdyby nie było szowinistów krakowskich i kilku również niemądrych zakutych głów w Pradze, nic by nie stało na drodze do trwałej przyjaźni czesko-polskiej i do otwarcia dla naszego handlu drogi na wschód” (pomimo wyraźnych ubliżających nam fałszerstw i cynicznej ironii pod adresem narodu polskiego znalazł się jednak dziennikarz polski, który ośmielił się po przytoczeniu powyższego cytatu napisać: „Głos ten należy powitać z uznaniem” – i znalazło się pismo polskie, które miało odwagę wyrazy uznania dla czegoś podobnego wydrukować).

Głos powyższy jest typowym objawem czeskiej gruboskórności, zuchwalstwa i pewności siebie, graniczącej z głupotą czy obłędem. Jest przy tym niewątpliwie doskonałym wyrazicielem owych prądów niby „przychylnych” Polsce i przez to tym szkodliwszym i tym przewrotniejszym, zresztą znakomicie zharmonizowanym z głównymi wytycznymi polityki czeskiej, jak również dążeniami i zapatrywaniami szerszego ogółu czeskiego („opinia społeczeństwa”); poza tym mamy tu niezłą próbkę oddziaływania, wygrywania i liczenia na psychologię Polaków, którzy mają opinię, iż są wybitnie skłonni do uczuciowości i wybuchania na krótką metę (polski słomiany ogień), rzekomo niezdolnych do należytego, gruntownego zapamiętania i konsekwencji, systematyczności i wytrwałości w czynie, wykonaniu. W sumie jeszcze jeden dowód więcej, z kim mamy do czynienia na naszej granicy południowej i południowo-zachodniej.

Tak by się mniej więcej w bardzo ogólnych zarysach przedstawiała sprawa zaboru czeskiego i wzajemnego stosunku Czech i Polski w ramach dotychczasowych wydarzeń i faktów. Jakie stąd wysnuwamy wnioski i jakie stawiamy postulaty na przyszłość, zarówno najbliższą jak i dalszą?

1. Traktujemy zabór czeski jako prowizorium. Tak bowiem jedynie traktować może zagrabienie części swej ojczyzny każdy szanujący się, w pełni poczucia swej godności i świadomości swego znaczenia naród; inaczej byłby to – mówiąc słowami Staszica – „naród nikczemny”.

2. Stąd też koniecznością się staje, czymś nieodzownym i nieuniknionym likwidacja zaboru czeskiego. Utworzone obecnie granice, przez swą rzucającą się w oczy sztuczność i po prostu nierozumną złośliwość (np. podział miasta Cieszyna!), nie dadzą się absolutnie utrzymać. Pozostawiając je w obecnym stanie na stałe, przygotowywalibyśmy jedynie odpowiednie, wyjątkowo korzystne warunki dla przyszłych dalszych zaborów ziemi polskiej przez Czechów, do czego ci ostatni niewątpliwie skrycie a skrzętnie się przygotowują (w pierwszej linii naturalnie resztę Śląska Cieszyńskiego i Zakopane) – wyczekując, rzecz prosta, odpowiedniej chwili, wypróbowaną metodą wyzyskiwania ciężkiej sytuacji swego sąsiada-pobratymca, jak to już było dawniej za Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego, a za naszych czasów w latach 1919, 1920 i nawet 26 lipca 1922 r. Rozzuchwalony dotychczasowymi, stosunkowo tak łatwymi sukcesami zaborca nie spocznie na już zdobytych laurach. Ażeby więc odebrać Czechom możność dalszego działania na naszą szkodę przynajmniej w tej dziedzinie terytorialnej, społeczeństwo polskie musi bezwzględnie i kategorycznie domagać się rewizji obecnego stanu rzeczy na spornym polsko-czeskim pograniczu. I nie wątpimy, że również odpowiedzialne czynniki rządowe polskie, rozumiejąc powagę zagadnienia, nie pozostawią tej sprawy w lekkomyślnym zaniedbaniu i uczynią ze swej strony wszystko, ażeby możliwie jak najrychlej przygotować gdzie należy odpowiednie warunki do rewizji obecnego stanu rzeczy, mówiąc krótko i wyraźnie: likwidacji zaboru czeskiego. Polska musi posiadać granice pewne i trwałe, wymaga tego jej własne bezpieczeństwo. A to właśnie bezpieczeństwo zagwarantuje dopiero żołnierz polski, gdy stanie nad Ostrawicą, na południowej granicy Okręgu Czadeckiego, na rozgraniczu polsko-słowackim na Spiszu i Orawie, obejmując straż polskich gór i naturalnych granic. Polska jest zbyt biedną, aby sobie mogła pozwalać na podarowanie setek tysięcy swych doskonałych pracowników-obywateli, swych kopalń, fabryk i lasów, na wyposażanie kogokolwiek własnymi i na własnych ziemiach zbudowanymi kolejami li tylko dlatego, że temu komuś są potrzebne wygodniejsze polskie koleje do jeżdżenia i przewożenia towarów.

Gdyby można mieć bezwzględną pewność, że Czesi nie zastosują do ludności polskiej systemu wynaradawiania – dla świętej zgody i w imię pewnych wspólnych płynących z podobnej umowy korzyści – Polska mogłaby nie czynić alarmu w obecnej chwili z racji kwestii polsko-czeskiej i jeżeli nie zapomnieć Czechom ich przestępstw, to przynajmniej usiłować częściowo wybaczyć. Tak jak jednak jest i jak się zapowiada, gdy się wie, że ma się w Czechach sąsiada niemal wrogiego, a przynajmniej złośliwego i w najwyższym stopniu niepewnego – musimy stać mocno na stanowisku zwrotu ziem polskich.

3. Tymczasowo, aż do czasu definitywnej likwidacji zaboru czeskiego rząd polski poparty przez całe społeczeństwo musi się domagać z całą stanowczością i pod grozą zastosowania wszelkich pozostających mu do dyspozycji środków i zarządzeń skutecznych, poczynając od zastosowania identycznych represji w stosunku do Czechów przebywających na terenie Rzeczypospolitej Polskiej – zniesienia wszelkiego ucisku polskiej ludności, przyznania faktycznego – a nie na papierze tylko, nie w Warszawie, Paryżu, bądź to siedzibie Ligi Narodów, lecz na Śląsku Cieszyńskim, Orawie i Spiszu, w Czadeckiem – pełni praw obywatelskich i kulturalnych, przede wszystkim otwarcia zamkniętych szkół, otwarcia odpowiedniej niezbędnej ilości nowych, wynagrodzenia poniesionych szkód wskutek działalności nasłanych band czeskich, powrotu uchodźców zmuszonych do opuszczenia ojczystej ziemi zarządzeniami, szykanami i pałkami czeskimi, wyznaczenie odpowiedniej dotacji na cele oświatowo-kulturalne, zupełnej swobody prasy polskiej itp., by nie wyszczególniać dalej, które to potrzeby i żądania sprecyzuje niewątpliwie najlepiej sama ludność zainteresowana. Byłoby to wraz z natychmiastowym zwrotem Jaworzyny owym minimum, świadczącym o dobrej woli Czechów i rzetelnej chęci z ich strony zainicjowania nowego kursu w polityce. A Polacy pod zaborem czeskim odczuliby nareszcie istnienie wielkiego państwa polskiego i skutecznej nad nim opieki rządu tego państwa.

4. W aktualnej sprawie Jaworzyny nie może być mowy o żadnej wymianie jednych gmin polskich na inne. Takie handle wymienne rdzennie polską ziemią są niedopuszczalne. Czesi muszą zwrócić gminę jaworzyńską bez jakiejkolwiek zapłaty, a tym bardziej, gdy tą zapłatą miały być dwie inne gminy polskie. Jeżeli urzędowe czynniki polskie stać zechcą na tym stanowisku nieugięcie, a stać mogą, gdyż układ z 6 listopada 1921 r., a zatem i polskie propozycje wymiany z nim związane Czesi sami przekreślili, nie wykonując odnośnej umowy – to niewątpliwie osiągniemy w tej sprawie rezultaty pozytywne dla Polski. Zresztą dziś już innego stanowiska zająć nie wolno. Byłoby to dobrowolnym zaprzepaszczeniem ziemi polskiej.

W zakończeniu słów parę Czechom w odpowiedzi.

Czas wielki, by się rozwiały czeskie nadzieje i zapewnienia, iż „Polska już przemogła naturalne rozgoryczenie”. Pozostaną one i w dalszym ciągu jedynie wyrazem niedościgłych i nigdy nieziszczalnych pragnień czeskich. Możemy zapewnić naszych miłych sąsiadów i zacnych pobratymców, że nadzieje polskie co do Cieszyńskiego – i nie tylko, ale i co do Czadeckiego i Spisza i Orawy – bynajmniej się nie rozwiały. Czesi powinni raz wreszcie zrozumieć, że ziemie polskie muszą prędzej czy później wrócić do swej macierzy w swej całej rozciągłości i niewątpliwie wrócą. I nie jest to bynajmniej kwestią „szowinistów krakowskich”, jak chcą Czesi, lecz zagadnieniem i punktem honoru całego narodu polskiego. Muszą też Czesi zrozumieć, że właśnie „na drodze do trwałej przyjaźni czesko-polskiej” legł kamieniem i zaporą nie do przebycia dokonany przez nich zabór ziem polskich. On też położy tamę dla czeskiego handlu na wschód poprzez cały obszar Polski wyzwolonej. Zresztą możemy również zapewnić Czechów, że najzręczniejsze chociażby posługiwanie się terminami jak „przyjaźń”, „dobre stosunki”, próby odgadywania stanów i przeobrażeń psychologicznych Polski – nie wyprowadzą Polaków bynajmniej z równowagi, a jedynie Czechom mogą zgotować przykry zawód i gorzkie rozczarowanie. Na nic się nie zda oddziaływanie na stronę uczuciową i przebiegłe liczenie, wygrywanie właściwości psychicznych Polaków. Mimo wszystko usłyszą twarde, stanowcze: Oddajcie, co polskie! Polacy bowiem wolą łączyć zagadnienie przyjaźni czesko-polskiej z kwestią zaboru czeskiego, aniżeli poprzez przemaganie naturalnego rozgoryczenia łączyć je z zagadnieniem wolnego tranzytu przez Polskę na Wschód dla czeskich towarów. Przyjaźń francusko-angielska, mimo że podwaliną jej były potoki krwi wspólnie przelanej i setki tysięcy poległych w imię wspólnej sprawy – posiada również granice. Ustępstwa bowiem Francji dla zaprzyjaźnionej z nią prawdziwie Anglii nie mogą iść tak daleko, aby naruszały – jak to stwierdzają wybitni mężowie Francji – żywotne interesy ich ojczyzny, co jest i jasne, i zrozumiałe. Czesi zdają się tego nie rozumieć i sądzą, iż jest w ogóle możliwym, aby u podstawy przyjaźni dwóch narodów sąsiednich legł rabunek jednego z nich przez drugiego. Tępota to i zaślepienie czy też obłuda. Dla Polski i dla Polaków byłoby to hańbą nigdy nie zmytą, gdyby kiedykolwiek „przemogła swe naturalne rozgoryczenie” i smutnym świadectwem ducha, gdyby kiedykolwiek przestała mocno, niezłomnie wierzyć, że nie tylko Śląsk Cieszyński, ale i Spisz i Orawa wraz z Czadeckiem wrócą do niej bezwzględnie w wieczyste i prawowite władanie.

Rany polskie nie mogą się zabliźniać błoną podłości.

Dr ST

Powyższy tekst, sygnowany jedynie skrótem/pseudonimem, pierwotnie ukazał się w piśmie „Droga. Dwutygodnik poświęcony sprawie życia polskiego” nr 14-15, 20 września 1922 r. „Droga” była renomowanym czasopismem społeczno-kulturalnym związanym z lewicująco-inteligenckim nurtem obozu piłsudczykowskiego. Tekst od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Publikujemy go w 126. rocznicę czeskiej napaści zbrojnej na Śląsk Cieszyński. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Polacy zamordowani przez Czechów w Stonawie w styczniu 1919 r.


Warning: Undefined array key "file" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-includes/media.php on line 1788
Psychoterapia – jest źle, będzie gorzej

Psychoterapia – jest źle, będzie gorzej

Psychoterapia, rozumiana jako sposób radzenia sobie z dolegliwościami psychicznymi, stała się znanym i społecznie uznanym sposobem zadbania o obszar zdrowia psychicznego. Mimo sporów i kontrowersji w zakresie skuteczności, zwłaszcza porównywanej z lekami, czy sporów o przyczyny dolegliwości (indywidualne czy społeczne), jest to niekwestionowana i stosowana procedura medyczna, finansowana w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia (kod w rozliczeniach 94.39).

W środowisku trwają rozmaite spory. Protokoły do poszczególnych zaburzeń czy podejście procesowe? Tradycja psychoanalityczna czy nowoczesne metody? Podążanie za klasyfikacjami ICD i DSM czy wychodzenia poza? Podejście medyczne czy poszerzenie psychoterapii również o rozwój, a może rozdzielenie tych obszarów? Niezależnie od nich psychoterapia jest stosowana i rozwijana w ramach różnych podejść i stosuje się ją z powodzeniem w leczeniu osób z zaburzeniami afektywnymi, zaburzeniami osobowości, zaburzeniami związanymi z przeżytą traumą, a nawet z zaburzeniami z kręgu schizofrenii. W ramach prób pomocy ludziom stosuje się różne podejścia (zwane w żargonie modalnościami) i techniki. Od psychoanalitycznych i ich pochodnych, po psychodynamiczne, systemowe, poznawczo-behawioralne, Gestalt, humanistyczno-egzystencjalne, po prężnie rozwijające się podejścia w ramach tzw. 3 fali (moja ostatnia terapeutyczna miłość), takie jak ACT, FAP, DBT, terapia schematów. Innym obszarem psychoterapii (tradycyjnie traktowanym osobno, choć można się spierać, czy współcześnie takie podejście nadal ma sens) jest obszar uzależnień oraz pomoc osobom dotkniętym jego konsekwencjami, czyli przede wszystkim osobom zwyczajowo zwanym współuzależnionymi czy DDA. Z tej wyliczanki wynika, że możliwości jest dużo. Potrzebujący mogą szukać pomocy, otrzymać ją za darmo w NFZ, a świadczyć ją będą różnorodne zespoły składające się z ludzi czerpiących od siebie wzajemnie, a bogactwo doświadczeń i kompetencji sprawi, że nasze zaburzenie osobowości czy PTSD już nie będzie obniżać nam jakości życia. Tyle że nie do końca tak to działa.

W rozmowach czy komentarzach na Facebooku słyszy się i czyta wciąż to samo: że terminy są odległe, czas oczekiwania może wynosić dwa lub trzy lata, że psychoterapeutów jest mało. Jako osoba pracująca od lat na NFZ mogę potwierdzić: w każdym miejscu, w którym byłam, kolejka oczekujących sięgała naprzód na 2-3 lata. Wyjątkami były sytuacji, gdy dany ośrodek dopiero się otwierał i zdarzało się, że ktoś „wskoczył” na już. Ale wystarczył miesiąc-dwa, by listy się zapełniły – i zaczynały tworzyć się listy rezerwowe. Centra Zdrowia Psychicznego nie zdołały tego zabezpieczyć, kolejki nadal kwitną.

W środowisku też mówi się to samo: psychoterapeutów jest mało, trzeba temu zaradzić. Może w takim razie dopuścić do szkolenia osoby z tytułem magistra w dowolnej dziedzinie, a nie, zwyczajowo, psychologów, psychiatrów, pedagogów, filozofów? Może rozbić to na mniejsze i węższe szkolenia?

Moim zdaniem proponowane rozwiązania są chybione, bo specjalistów nie brakuje. Dowód? Proszę bardzo. Wystarczy wyjść na dowolną grupę na Facebooku, której celem jest łączenie specjalistów i pacjentów. Przykładowo, grupa: „Psycholog, psychoterapeuta – szukam, polecam”. Na pierwsze ogłoszenie z brzegu: „Szukam psychoterapeuty do terapii indywidualnej” – 16 poleceń (czas umieszczenia ogłoszenia 8 godzin temu), większość poleca samych siebie. „Szukam terapeuty dla nastolatka”, ogłoszenie dodane 20 godzin wcześniej, 32 odzewy. Idąc dalej, można zobaczyć, że z nielicznymi wyjątkami, pod postami o haśle „szukam” pojawia się średnio między 10 a 40 odpowiedzi. Co by było, gdyby wszyscy oferujący usługi poszli do NFZ-u i te 32 osoby przyjęły po jednej, czekającej właśnie w kolejce w lokalnej poradni zdrowia psychicznego?

Różnica jest taka, że szukający pytają o płatną formę terapii. Luki i niedobory dotyczą bezpłatnych usług. W zakresie płatnej psychoterapii konkurencja jest na tyle duża, że obserwuje się zachęty w formie terapii niskopłatnej (rozumianej jako płatność do 150 zł/godz.) lub pierwszej bezpłatnej konsultacji. Prezentowane są profile na Znanym Lekarzu, strony www, webinary, artykuły i profile z dopracowanymi biogramami. Widełki normalnych cen za sesję indywidualną kształtują się między 160 (chociaż niedawno usłyszałam, że to już jest stawka niemal dumpingowa) a 250 zł, może być też drożej. Przy settingu (czyli ogólnych formalnych regułach procesu terapeutycznego) raz w tygodniu, wychodzą kwoty między ok. 700 a ponad 1000 zł miesięcznie. Tymczasem mediana zarobków w maju 2024 roku w Polsce wynosiła 6480 zł brutto, czyli 4747 zł netto. Jeżeli ktoś nie ma zobowiązań w postaci wynajmu, kredytu, dzieci na utrzymaniu, ponadto ma partnera i wpadają dwie pensje, psychoterapia pozostaje w zasięgu możliwości. Jeżeli nie – cóż, pozostaje oczekiwanie na NFZ. O ile w międzyczasie nie zamkną lokalnej poradni albo programu…

Można by wysnuć wniosek, że psychoterapeuci są wyjątkowo pazerną grupą społeczną, bez poczucia misji. Nic tylko kasa. Moim zdaniem jest wprost przeciwnie. Biorąc pod uwagę koszty zdobycia i utrzymania się w zawodzie, uważam, że gdyby nie empatia, poczucie misji i odpowiedzialność społeczna specjalistów, to oczekiwanie nie ciągnęłoby się przez 2-3 lata, a trwałoby od 7 do 10.

Jak się zostaje psychoterapeutą w Polsce? Są dwa sposoby, nieetyczny i etyczny. Nieetyczny polega na tym, że zakłada się działalność gospodarczą o nazwie „psychoterapia” i zaczyna przyjmować ludzi. Opcjonalnie, niektórzy kończą jeszcze weekendowy kurs i dopiero wtedy otwierają działalność. Tym sposobem się nie zajmujemy i mamy nadzieję, że wkrótce porządne regulacje uniemożliwią przywłaszczanie sobie nienależnego tytułu.

Natomiast ścieżka etyczna obejmuje kilka elementów. Po pierwsze, bazowe wykształcenie: najczęściej psychologia, pedagogika, kierunek lekarski – psychiatria, ale znam też osoby po resocjalizacji, socjologii, pracy socjalnej czy filozofii. Należy uściślić, że w rozporządzeniu odnoszącym się do psychoterapii, bazowe wykształcenie nie jest określone (może być dowolny magister), w praktyce więc selekcji dokonują ośrodki szkolące. Zazwyczaj działa tu zasada, że im mocniej dana metoda zbliża się do rozumienia psychoterapii jako leczenia, tym bardziej kryteria przyjęcia zawężone są do wykształcenia psychologicznego lub lekarskiego. Natomiast tam, gdzie podejście jest dalekie od rozumienia psychoterapii jako leczenia, wykształcenie może być dowolne (czyli na przykład załapie się polonista), pod warunkiem, że ma odpowiednie „predyspozycje osobowościowe”. Drugim warunkiem jest kurs w wybranej modalności – na ogół trwający 4 lata, chociaż różne ośrodki szkolące wprowadzają rozmaite modyfikacje w rodzaju „roku zerowego” albo programów 3-letnich – ogólnie taki kurs powinien obejmować 1200 godzin (na ogół jest to weekendowy zjazd raz w miesiącu). Po trzecie psychoterapia własna (lub tzw. doświadczenie własne) – obejmujące między 100 a 250 godzin. Po czwarte superwizja, czyli coś w rodzaju mentoringu/nadzoru/wsparcia terapeuty w prowadzonych procesach – też różnie, ale np. Polskie Towarzystwo Psychiatryczne wymienia 5 lat regularnej superwizji i 150 godzin dydaktycznych. Wreszcie, po piąte, doświadczenie stażu lub pracy w miejscu, w którym można się zapoznać ze specyfiką pracy z osobami z zaburzeniami psychicznymi – zazwyczaj jest to oddział szpitalny psychiatryczny.

Kursy te muszą być zatwierdzone przez odpowiednie towarzystwa, np. Polskie Towarzystwo Psychologiczne czy Psychiatryczne, Polskie Towarzystwo Terapii Poznawczych i Behawioralnych. Niedawno do tego zacnego grona certyfikujących towarzystw dołączyło ACBS Polska, skupiające terapeutów kontekstualnych. Po drugim roku takiego kursu rekomendowanego przez stowarzyszenie można pracować oficjalnie jako psychoterapeuta na NFZ (nie dotyczy psychoterapii uzależnień – tu jest odrębna ścieżka, ale nie będę jej tu opisywać, bo rzecz jest bardziej skomplikowana).

Kluczowy jest w tym fakt, że – z wyjątkiem wykształcenia bazowego – nie da się tej ścieżki zrealizować bezpłatnie. Były wyjątki w postaci dofinansowań do specjalizacji psychoterapii dzieci i młodzieży, ale nie jest to trwałe rozwiązanie systemowe. Czyli, innymi słowy: trzeba samodzielnie pokryć koszty nauki, utrzymania i doskonalenia, aby móc w ogóle świadczyć usługę psychoterapii w Narodowym Funduszu Zdrowia. Jest to sytuacja kuriozalna i bynajmniej nie zachęcająca do wybrania pracy w placówce ochrony zdrowia. Tym bardziej, że mówimy o naprawdę niemałych kosztach.

Roczny koszt kursu w jednej ze szkół Trzeciej Fali kosztuje 9300 zł. Całkowity koszt samego kursu będzie zatem wynosił prawdopodobnie około 40 tys. zł. Należy doliczyć zakwaterowanie i wyżywienie we własnym zakresie. Przy konieczności dojazdu i zakwaterowaniu w hotelu, może się okazać, że trzeba co miesiąc wyłożyć 1500 zł. Dochodzi jeszcze koszt terapii własnej: przy 250 godzinach jest to 5 lat, przyjmując miesięczne koszty w okolicach 800 zł (niektóre stowarzyszenie wymagają terapii własnej u określonych specjalistów, co też rzecz jasna podnosi stawki). Plus superwizja – koszt między 200 a 300 zł za spotkanie.

Tutaj ważne zastrzeżenie: w całym procesie wymagana jest spójność w zakresie podejścia. Co oznacza, że jeżeli kształcę się np. w podejściu psychodynamicznym, to superwizję i terapię własną powinnam również odbywać w podejściu psychodynamicznym (tutaj wytyczne stowarzyszeń mogą się różnić, ale pewna spójność jest wymagana). Jeszcze do niedawna możliwe było ukończenie kursu bez konieczności certyfikowania się i wiele osób korzystało z tej ścieżki: mieli status „psychoterapeuty w procesie certyfikacji”. Mogli pracować i rozciągać sprawy w czasie, np. często się superwizować, a własną terapię odłożyć na kiedyś. Ostatnio jednak, ze względu na dostrzegalne obniżanie się standardów i troskę o ochronę praw pacjenta, zaostrzono wytyczne i na przykład w Polskim Towarzystwie Psychiatrycznym status „w procesie certyfikacji” można utrzymywać przez 7 lat od ukończenia kursu. Oznacza to, z jednej strony, większą mobilizację, z drugiej jednak – podwyższenie kosztów, które są, jak widać, niemałe. Czasem nawet ułatwienia oferowane przez wytyczne i przepisy, np. obowiązkowa superwizja w miejscu pracy, nie ułatwiają życia i nie rozwiązują problemu, ponieważ może się zdarzyć, że superwizja będzie prowadzona w innej modalności niż ta, w której kształci się terapeuta. Przykładowo, kształcę się w obszarze terapii kontekstualno-behawioralnych, a superwizję miałam prowadzoną w nurcie psychoanalitycznym. Więc 30 godzin superwizji grupowych i 10 indywidualnych, mimo że mnie wzbogaciły jako specjalistkę, niestety nie odciążyły mnie z kosztów i będę musiała odbyć te godziny u superwizora kontekstualno-behawioralnego – czyli jestem do tyłu o jakieś 6-7 tysięcy zł. Jeśli policzyć koszty całości, to w kilka lat zbierze się cena kawalerki w mniejszym mieście…

System więc na starcie premiuje osoby wywodzące się z zamożnych środowisk lub pracujące w obszarach gwarantujących stabilny wysoki standard życia: korporacje, coaching, doradztwo dla firm. Jest to efekt paradoksalny i na dłuższą metę niepokojący. Chciałabym być dobrze zrozumiana: nie twierdzę, że dobrze zarabiający pracownicy korporacji nie mierzą się z trudnościami życiowymi. Oczywiście, że się mierzą i specjalista znający ten obszar życia może być bardzo pomocny. Jednak paradoks jest taki, że system kształcenia specjalistów odsuwa w czasie doskonalenie zawodowe u osób, które najbardziej go potrzebują: psychologów szkolnych, pracowników MOPS-ów i placówek im podległych, oddziałów szpitalnych, Ośrodków Interwencji Kryzysowej, placówek opiekuńczo-wychowawczych i innych miejsc, w których niezbędna jest fachowa wiedza o funkcjonowaniu psychiki człowieka. Tymczasem wielu początkowych psychoterapeutów na pierwszych latach szkolenia nawet nie ma pacjentów, ponieważ pracują np. w obszarze szkoleń lub doradztwa i często szukają kogoś do sesji w ramach spotkań niskopłatnych (można znaleźć takie ogłoszenia w grupach zrzeszających specjalistów, zazwyczaj jest spory odzew pod takimi postami).

Specjalista pracujący w HR czy doradztwie, zarabiający średnią krajową lub powyżej, ma inne możliwości niż psycholog w oświacie (4900 zł brutto), Ośrodku Interwencji Kryzysowej (między najniższą krajową a 6000 zł brutto miesięcznie), wychowawca w placówce opiekuńczo-wychowawczej (niespełna 4500 zł brutto), psycholog w NFZ (7298 zł). Te dane zebrałam wrzucając nazwy stanowisk w wyszukiwarkę i szukając widełek płacowych w ogłoszeniach; tam gdzie nie było to możliwe, posiłkowałam się danymi statystycznymi lub ustawami, jeśli regulują one płace w danym sektorze.

Uważny czytelnik lub czytelniczka mogliby zakrzyknąć: zaraz, zaraz! Mówiliśmy o psychoterapii jako procedurze medycznej. Zatem jaki MOPS? Jaka placówka? I jeszcze szkoła?!

Wspominałam już, że istnieje inne niż tylko medyczne rozumienie procesu psychoterapii. Zwolennicy takiego podejścia argumentują, że zdrowie i choroba to nie odrębne jakości, lecz pewne kontinuum, a cały proces polega na pomocy jednostce w osiąganiu pożądanej przez nią jakości życia. Pomoc taka może być świadczona w różnych kontekstach, zwłaszcza że zakorzenione w kulturze wyobrażenie o terapii jako leżeniu na kozetce i opowiadaniu o relacji z matką ma już słabe odzwierciedlenie w rzeczywistości. Psychoterapia może polegać na uczeniu kogoś, że ma ochlapać twarz zimną wodą, gdy ten ktoś znajduje się w stanie pobudzenia (trening umiejętności w terapii DBT), zastanowieniu się, jakie wartości chce realizować w sytuacji silnego lęku (terapia ACT), albo na zastosowaniu technik oddychania i dystansowania się od myśli w sytuacji napadu paniki (CBT).

Pomijając już kwestie ideologiczno-filozoficzne, dochodzą tutaj kwestie praktyczne. Pierwsza z nich to ta, że mimo iż formalnie to specjaliści psychoterapii świadczą pomoc terapeutyczną, nieformalnie próby oddziaływań psychoterapeutycznych są podejmowane przez cały czas przez personel specjalizujący się formalnie w czymś innym. Przykładem może być nastolatka z tendencją do samookaleczeń, przebywająca w placówce opiekuńczo-wychowawczej, z terminem na psychoterapię „może za pół roku” – decyzję personel musi podjąć na już. Tu przydałoby się przeszkolenie z DBT w pracy z młodzieżą. Inny przykład: pracownica socjalna pomagająca kobiecie, która odeszła od przemocowego partnera, ale mierzy się z PTSD, a termin terapii w poradni ma za rok – tu przydałyby się przynajmniej podstawy pracy z traumą, na przykład ACT w traumie. Jeszcze inny przykład: pielęgniarka, dojeżdżająca raz na kilka tygodni z zastrzykiem o przedłużonym działaniu do pacjenta ze schizofrenią, mieszkającego w wiosce na końcu świata – jej przydałyby się podstawy technik CBT-owych w pracy z pacjentami ze schizofrenią. Albo psycholog w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, do którego zgłosiła się pacjentka pozostająca w regularnej psychoterapii, ale której terapeutka przebywa teraz na urlopie, pacjentka ma nasilone myśli rezygnacyjne wskutek napływu trudnych wspomnień – w tej sytuacji dobrze by było, gdyby psycholog umiał dostroić się do nurtu prowadzonej psychoterapii i umiał zainterweniować w spójny sposób, np. korzystając ze sposobu myślenia typowego dla terapii psychodynamicznej czy humanistyczno-egzystencjalnej, jeśli pacjentka tak jest prowadzona (nie każda myśl o bezsensie egzystencji oznacza konieczność hospitalizacji). Czy wreszcie ostatni przykład: psycholożka szkolna, która odkrywa u ucznia obniżenie nastroju i lęk społeczny, idący w kierunku fobii szkolnej, a znów terminy do specjalistów sięgają kilku miesięcy. W wymienionych sytuacjach trzeba reagować już. I mieć narzędzia teraz. Choćby tylko szczątkowe, bo nie przeprowadzi się pełnej sesji w szkolnym gabinecie.

Wszystko to są przykłady z życia. Z całokształtu zaś wynika jasno – a przynajmniej mam taką nadzieję – że mamy do czynienia z paradoksem. Sposób kształcenia psychoterapeutów premiuje wyciąganie ich z systemu pomocowego, a karze jednostki, które decydują się w tym systemie pozostać.

Kary te to nie tylko niższe zarobki czy mniej czasu, ale też nieraz konieczność obejścia rozmaitych przeszkód natury formalno-administracyjnej. Na przykład wtedy, kiedy pracodawca nie przyznaje urlopów szkoleniowych. Ja sama, gdy pracowałam w oddziale psychiatrii i uczęszczałam na kurs psychoterapii systemowo-psychodynamicznej, po wywalczeniu umowy o pracę chciałam jeszcze dostać urlop szkoleniowy. Usłyszałam, że „W tym szpitalu takie urlopy mają tylko pielęgniarki”, zatem całość kursu odbyłam, wykorzystując urlop wypoczynkowy. Pracodawca dawał mi w ten sposób wyraźnie do zrozumienia, że to, iż zdobywam kwalifikacje w zakresie psychoterapii, to moja prywatna sprawa. Inną formą kary jest to, że pracownik musi kombinować, kiedy odbyć obowiązkowy staż. Oraz z czego ów staż opłacić – ja za swój trzymiesięczny staż w 2019 roku zapłaciłam 600 zł; w 2023 roku zapłaciłam również 600 zł za dwutygodniowy staż w akredytowanej placówce leczenia uzależnień. Czyli wszystko sprowadza się do traktowania umiejętności psychoterapeutycznych jako prywatnej sprawy specjalisty.

A przecież – i tu kolejna odsłona paradoksu – jednostki najbardziej potrzebujące trafiają właśnie do systemu: ośrodków całodobowych, dziennych czy poradni, w których pracują silne zespoły. Przy czym należałoby zdefiniować, czym jest „silny zespół”. W mojej ocenie, silny zespół to taki, który jest stabilny – o co trudno, gdy specjaliści balansują na granicy wypalenia. Różnorodny – czyli na przykład są w nim zarówno psychologowie-diagności, jak i psychiatrzy, psychoterapeuci różnych modalności i inni specjaliści, np. terapeuci zajęciowi, pracownicy socjalni, doświadczone pielęgniarki psychiatryczne. Spójny wewnętrznie i dobrze komunikujący się, czyli ma czas na odprawy, omówienia, interwizje, a jednocześnie nie występuje taka sytuacja, w której dziesięciu zatrudnionych specjalistów w praktyce pracuje 1-2 dni w tygodniu i część się nigdy nie spotka, bo wszyscy formalnie prowadzą jednoosobowe działalności gospodarcze, żeby sobie te wszystkie szkolenia i superwizje móc wrzucić w koszty. Z silnym wsparciem w otoczeniu, a więc długotrwałą stabilną relacją z lokalną siecią wsparcia, np. miejscowym ośrodkiem pomocy społecznej, dzielnicowym, lokalną świetlicą środowiskową czy innym oddziałem, np. specjalizującym się w określonych typach zaburzeń. Oraz ze wsparciem wewnątrz: superwizja, dobra obsługa administracyjna, stabilność zapewniająca dobrą pamięć instytucjonalną, wewnętrzne szkolenia, chęć wysyłania na szkolenia zewnętrzne. I wreszcie stabilne finansowanie, żeby móc przez dziesięciolecia to wszystko tworzyć.

Nietrudno dostrzec, że warunki tworzące tego typu silny zespół są do spełnienia w jednostkach publicznych, zatrudniających pracowników na stabilnych umowach. Tutaj mała dygresja: część terapeutów powie, że JDG to świetny sposób na poradzenie sobie z tymi wszystkimi kosztami, plus zapewnia większą elastyczność, bo wiele placówek zatrudniających psychoterapeutów na etat jednocześnie obciąża ich ponad miarę sesjami. Nie negując indywidualnej pomysłowości, zaznaczam, że indywidualne rozwiązania nie są i nie będą odpowiedzią na trudności systemowe, a rezygnacja z etatów z „lepszego rozwiązania” staje się pomału w niektórych miejscach koniecznością. Dlatego właśnie musiałam walczyć o umowę o pracę pracując na oddziale – „Tutaj żaden psycholog nie pracuje na etat, wszyscy mają firmy” – a wykonywałam pracę w określonym miejscu, czasie i pod nadzorem ordynatora oddziału. Z przeciążeniem sesjami można walczyć w inny sposób, np. tworząc określone przepisy prawne.

Wróćmy jednak na chwilę do ludzi, których stać na prywatne sesje, a kaliber ich trudności nie wymaga „silnych zespołów”, lecz wystarczy jeden terapeuta plus może psychiatra, z którym ów terapeuta nawet nie musi pozostawać w kontakcie. Wspominałam, że nie odmawiam prawa do cierpienia i szukania pomocy dobrze zarabiającemu pracownikowi korporacji. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Ale nie da się sytuacji takiej osoby porównać do (znowu przykład z życia) kobiety z PTSD mieszkającej w ośrodku dla bezdomnych kobiet, bezrobotnej, z tak ciężkimi objawami PTSD, że czasem przechodzą one w stany psychotyczne.

Z taką kobietą musi pracować cały sztab ludzi: pracownik socjalny, asystent, często przedstawiciele jakiejś lokalnej fundacji, lekarz, okresowo ratownicy medyczni, gdy trzeba wezwać karetkę, pracownicy oddziału szpitalnego, gdy wezwanie karetki kończy się hospitalizacją, bywa że i policja czy adwokat (gdy na przykład PTSD jest wynikiem czynu zabronionego). Psychoterapeuta jest niezbędną częścią tej układanki – ma tak pokierować oddziaływaniami, by obniżać objawy PTSD, aby osoba mogła w dostępny jej sposób pokierować własnym życiem. Jak to zrobić, gdy objawy występują teraz, a terminy są za dwa lata? Jak to zrobić, gdy psychoterapeuta przed upływem tych dwóch lat dojdzie do wniosku, że ma dość i „idzie na swoje”? Jak to zrobić, gdy ten, który przyjdzie na jego miejsce, traktuje NFZ jako miejsce uczenia się, zdobywania szlifów, ale absolutnie nie jako miejsce docelowe? Co w sytuacji, gdy osoba w tak trudnym położeniu jakimś cudem zdobędzie fundusze na prywatną psychoterapię (bo na przykład opłaci jej to wspomniana fundacja), ale trafi na osobę, która jest po drugim roku kursu, ale jeszcze przed stażem i na przykład nigdy w życiu nie widziała osoby w stanie dysocjacji po traumie? Taki stan rzeczy może wywołać realną krzywdę – i nieraz wywołuje.

Dobrze, że środowisko psychoterapeutów rozważa różne opcje zwiększenia dostępu do pomocy. Kształtujący się stan rzeczy, a przede wszystkim finansów, sprawia, że trudność zaczyna mieć wymiar klasowy: zarówno pod względem dostępu do pomocy, jak i dostępu do kształcenia w zawodzie. Jeśli chcemy temu rzeczywiście przeciwdziałać i kierować oddziaływania do tych, którzy ich najbardziej potrzebują, musimy zrobić jedno: finansować kształcenie psychoterapeutów. Jeśli nie wszystkich, to przynajmniej tych, którzy decydują się na pracę w systemie ochrony zdrowia, oświacie i pomocy społecznej. Bo to są filary prawdziwej dostępności.

Olesia Ivchenko

Grafika w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay