Nowy purytanizm?

Sześć lat temu prowadziłam badania terenowe w spółdzielczej teatro-kawiarni położonej w dużym brytyjskim mieście. Kawiarnia miała wyjątkowo szczęśliwą (jak mi się wydawało) lokalizację – położona była nad rzeką wśród domów akademickich. Kiedy barman powiedział mi, że musieli zrezygnować z wieczornych występów na tarasie z powodu skarg sąsiadów, że jest za głośno, byłam przekonana, że chodzi o jakichś starych zgrzybiałych killjoyów pomstujących na młodzieńczą radość życia. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że protestowali… okoliczni studenci. Albo inna historia, trudna do pojęcia dla kogoś przyzwyczajonego do myślenia w kategoriach z ubiegłego stulecia. Pewien brytyjski aktor rozebrał się do naga i biegał dla żartów po planie filmowym (gdy akurat nic nie filmowano). Wybuchł skandal proporcji niemal Wilde’owskich, gdzie aktor, po 50-tce, został przedstawiony jako odrażający demoralizator, przez koleżeństwo i fanów – generalnie poniżej 30-tki. Gdy robił to samo kilkanaście lat wcześniej, uważano to za świetny dowcip (i nie, nie jest z wyglądu ohydnym oblechem). Gdyby robił to w latach 60., byłby wielbiony przez młodzież jako artystyczna awangarda wolności – i potępiany przez starszych za niemoralność i łamanie zasad. Kiedyś to młodzież rozbierała się do naga i szokowała starszych. Teraz jest odwrotnie.

Te wydarzenia układają się w pewien coraz bardziej intensywny wzorzec: oskarżenia, skandale, wykluczenia, zwolnienia, ostracyzowanie. Prawica obserwuje to zjawisko i biadoli nad „nowym purytanizmem”. Owszem, rozumiem, że tak to może wyglądać – bo zewsząd dochodzą niekończące się awantury i moralne krucjaty. Nie można się pomylić, nie można błądzić, jeden głupi wyraz, wypowiedziany w wieku lat 16 przez jakąś gwiazdeczkę, utrwalony na filmiku, rujnuje jej karierę. Jednak prawica myli się głęboko – nie ma to z purytanizmem nic wspólnego. Wspomniany wcześniej Oscar Wilde wzruszył się akurat reakcją ówczesnych amerykańskich purytanów, którzy mieli o wiele bardziej ludzie reakcje w czasie jego tragicznego procesu niż całe „szacowne angielskie społeczeństwo”. Purytanizm, owszem, dąży do eliminacji wszelkiej niemoralności, ale nie polega na etykietowaniu i gorszeniu się innymi ludźmi, lecz na podążaniu drogą cnoty poprzez skromność, prostotę i otwartość na duchową łaskę. Oferuje też wzajemną bliskość, społeczność opartą na trosce i współodpowiedzialności. Kultura potępienia nie posiada żadnej z tych cech, a jej podobieństwo do purytanizmu jest powierzchowne – podobnie jak jej system wartości.

Osoby atakujące brytyjskiego aktora i ciągające po urzędach „zbyt głośnych” spółdzielców przypominają inne postaci z epoki wiktoriańskiej i mają z nimi o wiele więcej wspólnego – symboliczną tożsamość klasową. To, co widzimy to przejawy coraz bardziej zaciekłej walki o przynależność do klasy średniej, mieszczańskiej.

Jerzy Kociatkiewicz, profesor zarządzania z Francji, charakteryzuje kulturę wysokiej konkurencyjności na przykładzie dworu Ludwika XIV, gdzie jedno słowo mogło spowodować nieodwołalny upadek. Trzeba było starannie dobierać słownictwo, wiedzieć, jakie wyrazy są w danym momencie dobrze widziane, a jakie źle. To oczywiście zmieniało się dość szybko i kto nie zdążył się zorientować, wypadał z karuzeli. W naszych czasach nie mamy do czynienia z królem Ludwikiem, lecz raczej z mieszczańskim salonem. Weźmy polskich młodych akademików. Ci sami ludzie, które upominają, że nie wolno mi o sobie mówić „profesor” (i jednocześnie „etnografka”), w prasie głoszą: „mów do mnie jak ci niewygodnie” i traktują te konwencje językowe jako kanon bezwzględnie obowiązujący. Gdy naruszy się go, uzyskuje się etykietę, której usunąć w żaden sposób się nie da. Tą etykietą jest najczęściej anglosaski akronim – co samo w sobie jest ciekawe – który po rozszyfrowaniu okazuje się zawierać w charakterze wyzwiska coś, co niedawno było dla tego samego środowiska jedną z cenionych pozytywnych wartości (jak na przykład radykalizm). Te deklarowane wartości coraz szybciej się zmieniają, nie trzeba czekać pokolenie ani nawet dekadę, ba, 5 lat to już kompletna wymiana słowników. Nie ma to żadnego związku z walką pokoleń, bo, wbrew temu, co często się słyszy, nie chodzi tu o żaden bunt młodzieży. Młodzież obecnie nie ma żadnej przestrzeni na bunt. Studia nie gwarantują nie tylko awansu społecznego, ale i zatrudnienia. W branych przez nas za wzór krajach anglosaskich absolwent wychodzi w życie z gigantycznym długiem i bez perspektyw, ale za to z ogromną presją by „wykazać się” i „zapracować na sukces”. Owszem, można też skorzystać z okazji, by pozbyć się konkurentów etykietowanych jako „boomersi” lub „dziadersi” i wprowadzić przepisy eliminujące z różnych zawodów wiekowe grupy pracownicze w imię światłych wartości („czas oddać pole młodym!”).

Deklarowane wzniosłe wartości są oderwane od kontekstu, od doświadczenia, a przede wszystkim nie służą temu, by się doskonalić czy wywracać stare niesprawiedliwe porządki. To sposób na ciągłe egzaminowanie kandydatów do klasy średniej. Umiejętność płynnego posługiwania się językiem jakiegoś obowiązującego w danym momencie systemu wartości kwalifikuje chwilowo do wejścia. Brak tej umiejętności eliminuje trwale z gry. Oczywiście, że miejscem tych potyczek są uniwersytety, które kiedyś same z siebie dawały przepustki do wyższych warstw społecznych. Obecnie umasowienie z jednej, a konsumeryzacja studiów wyższych z drugiej strony, sprawiły, że ten system „windy klasowej” przestał działać. Tymczasem klasa średnia osłabia się, zmniejsza swoją liczebność, zwłaszcza w krajach anglosaskich, które są dla Polski kulturowo wciąż absolutnym kompasem.

To nie nowy purytanizm. To nowy brak nadziei, pożegnanie marzeń o dobrym życiu. Szczury przestały się ścigać i dawno uciekły, zostało bla, bla, bla.

prof. Monika Kostera

Migracje zarobkowe: za i przeciw

Nasilona migracja zarobkowa do Polski już jest faktem, a przewidywania wskazują, że będzie jeszcze większa. Jednocześnie wśród postępowej części społeczeństwa panuje twardy pogląd, że Polska powinna nie tylko pomagać uchodźcom, ale także korzystać z pracowników zagranicznych, jeśli tacy do Polski chcą przyjeżdżać. A jak to wygląda z perspektywy mojej, czyli Polaka pracującego w firmie przeprowadzkowej w Szwecji?

Otóż życie migranta zarobkowego potrafi wprawić w niezłą konsternację. Słyszę na przykład o wdrażanym gdzieniegdzie czterodniowym tygodniu pracy. A mam sześcio-, czasem siedmiodniowy.

Czytam o potężnej roli związków zawodowych w Szwecji i 73% uzwiązkowienia. A pracuję w kolejnym już miejscu bez związków w zakładzie, z ew. kilkoma procentami członków tychże w załodze, którzy jednak swoją przynależność trzymają w głębokiej konspiracji.

Słyszę o kluczowej roli układów zbiorowych. A pracuję w kolejnym z rzędu miejscu bez „kollektivsavtal”, czyli bez obowiązującej płacy minimalnej, dodatków za pracę w święta, w nocy itd.

Czytam o „lagom”, „work life balance” i nieprzekraczalnym limicie 200 godzin pracy na miesiąc. A z kolegami prześcigamy się w doświadczeniach pracy po 250, 300, a nawet więcej godzin w miesiącu. Czasem, bo chcemy i nam pozwalają, a czasem mimo że nie chcemy, ale trzeba.

I dochodzę do wniosku, że żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach. Jednej fair, przepisowej i skrojonej na ludzką miarę. Tylko że zarezerwowanej dla kogoś innego, dla migranckich szczęśliwców, którzy załapali się na pracę dla gminy, szkoły czy inną posadę wymagającą przede wszystkim znajomości języka.

A drugą taką naszą, swojską. Taką jak w Polsce, Rumunii, Albanii czy jeszcze gdzieś indziej. Ze swobodnym podejściem do litery prawa. Tylko za większe pieniądze, trochę poniżej kwalifikacji i z szefami, którzy choć nas wykorzystują, to jednak są mili, pomocni i przymykają oko na wiele rzeczy. No chyba, że firma jest polska. Wtedy szefowie nie są mili, nie można być z nimi na „ty”, a kawa nie jest za darmo. Ale pensja, kilka razy wyższa niż w kraju, skutecznie ociera łzy.

I czasem myślę, że trafiliśmy się szefom tutejszych firm jak losy na loterii. Zaglądam w statystyki i widzę, że w Szwecji w związkach zawodowych jest 51% pracowników urodzonych poza krajem, czyli migrantów lub ich dzieci. Dużo, prawda? Ale spośród miejscowych, urodzonych w Szwecji, ten wskaźnik wynosi 82%. Ewidentnie ciężej byłoby wykorzystywać swoich niż przyjezdnych. Na szczęście jesteśmy my.

Patrzę też na inną statystykę. Według badań z naszego kraju, tylko 1/3 z całej rzeszy polskich migrantów zarobkowych wyjeżdżała do pracy na dłużej niż dwa lata. Najczęściej było to kilka miesięcy lub tygodni. Miałem okazję pracować w firmie sprzątającej w Szwecji, której specyficzny model biznesowy polegał właśnie na tym. Przyjmowano tylko Polaków, a mało kto zabawił tam dłużej niż pół roku. Rotacja, rotacja i jeszcze raz rotacja – i to wśród ludzi nieobeznanych z miejscowymi normami, prawem, formami pracowniczego oporu. Kto w takim układzie miałby ochotę na zaczynanie działalności związkowej, negocjacje, ew. procesy sądowe w obcym języku, ciągnące się latami? (Tak się składa, że kilka osób się znalazło, w tym ja. Historia jest jednak na tyle długa, że nie pomieści jej ten tekst, ponadto, po półtora roku od rozpoczęcia jeszcze się nie zakończyła.) W odczuciu pracownika, który przyjechał tu na chwilę, to się zwyczajnie nie opłaca.

Ktoś powie, że być może mam pecha, albo po prostu nie dość dobrze szukałem lepszej pracy i na pewno coś by się znalazło. Rzeczywistość jest jednak taka, że ludzi podobnych do mnie jest mnóstwo. Jako migranci zarobkowi, szczególnie ci, którzy nie planują spędzić reszty życia w nowym kraju, mamy dużo cech wspólnych. Tym, co nas skłoniło do wyjazdu, jest najczęściej przymus ekonomiczny. Niska pensja, brak oszczędności, długi. Jesteśmy więc skłonni do wielu poświęceń, aby móc jak najwięcej zarobić w jak najkrótszym czasie i wrócić z lepszą perspektywą na dalsze życie. Nawet jeśli nie zawsze mamy siły i możliwości pracować bardzo długo, to w branżach narosłych wokół nas intensywna praca stała się swego rodzaju standardem. Często jesteśmy też za granicą bez rodzin i przyjaciół, co tym bardziej ułatwia poświęcenie się wyłącznie pracy. Sprzyja temu też chęć szybszego powrotu do kraju. Ale przedtem trzeba swoje zarobić.

Tymczasem firmy, które napędzane są pracą tak zmotywowanych ludzi, którzy za godzinę pracy zarabiają częstokroć o wiele mniej niż przewiduje układ zbiorowy dla danej branży, są w stanie rosnąć i wygryzać ewentualną uczciwszą konkurencję. Firma sprzątająca, której byłem pracownikiem, nie miała w ogóle podpisanego układu zbiorowego, zatem nie obowiązywała jej minimalna stawka godzinowa w branży (w Szwecji nie ma ustawowej pensji minimalnej). Do tego szefowie nie płacili pracownikom za czas podróży między różnymi miejscami pracy jednego dnia, co wedle prawa jest nielegalne. Dzięki temu realna godzina pracy kosztowała właścicieli nawet o połowę mniej niż przewiduje minimalne wynagrodzenie dla tej branży. Skutkowało to tym, że nieduża firma zaczęła ekspansję i obsługiwała kilkadziesiąt placówek jednej z największych w Szwecji sieci siłowni. Wygryzając stamtąd inne, droższe przedsiębiorstwa. Zapewne nie chcielibyśmy, aby podobne rzeczy działy się w Polsce.

Jest jeszcze jedna perspektywa, którą warto poruszyć. Jako migranci wykonujemy najczęściej prace niepożądane przez miejscowych. Piotr Wójcik przytaczał ostatnio w Krytyce Politycznej badania, które mówią, iż warunki pracy pracowników rdzennych nie pogarszają się wraz z napływem migracji. Możliwe. Jestem jednak skłonny stwierdzić, że tworzą swego rodzaju gettoizację niektórych branż i najmniej atrakcyjnych miejsc pracy, wypychając je tylko do świata migrantów. A ci, jak widać wyżej, są mniej uzwiązkowieni, a ponadto rzadziej biorą udział w wyborach. Aż 30% osób pracujących w Szwecji nie urodziło się w tym kraju, ale nawet ok. 7% pracowników w ogóle nie ma praw wyborczych, bo nie są obywatelami. Powstaje swoista luka w systemie demokratycznym. Migranci, owszem, poprawiają swój status materialny, ale nie biorą udziału w tym, co dzieje się wokół nich. Lub ten udział jest dużo mniejszy niż średnia.

Jednocześnie przez specyfikę migranckich zawodów – raczej niskopłatnych, czasochłonnych, a ułatwiających życie miejscowym (np. sprzątanie, przeprowadzki, opieka nad osobami starszymi) migranci wypełniają obowiązki służby domowej. Za stosunkowo niewielkie wynagrodzenie wspomagają życie tych, których na to stać i którzy dzięki temu mogą skupić się na własnych karierach, bardziej wartościowych w sensie finansowym. Usługi te nie są jednak dostępne dla każdego, nawet „rodowitego” Szweda (czy innego obywatela Zachodu), co pogłębia różnice majątkowe wewnątrz danego społeczeństwa.

W mikroskali obserwowałem podobne zjawisko nawet w Polsce, pracując w schronisku górskim. Koleżanki i koledzy z Ukrainy wykonywali prace na zapleczu (gotowanie, sprzątanie, konserwacje), niewymagające dobrej znajomości polskiego, zarabiając jednak o ok. 30% mniej niż Polacy i pracując zazwyczaj dłużej niż reszta załogi. Faktycznie, płace polskiej części załogi w tym czasie nie malały. Dochodziło jednak do wyraźnej nierównowagi, gdzie za podobną pracę w podobnym albo większym wymiarze godzin ukraińska część załogi otrzymywała mniejsze wynagrodzenie. I być może zyskiwała na tym nawet polska część pracowników, nie musząc wykonywać najcięższych zadań. A na pewno zyskiwali właściciele biznesu. Pytanie, czy to dla nas sytuacja pożądana.

Spójrzmy też na sprawę politycznie. Duża ilość migrantów, którzy w krótkim czasie zasilili szwedzkie społeczeństwo, stała się jednym z najsilniejszych czynników stymulujących wzrost poparcia Szwedzkich Demokratów, czyli partii postrzeganej tu jako skrajnie prawicowa, o profilu najbardziej antyimigracyjnym w kraju trzech koron. SzD wykorzystali wzrost nastrojów przeciwnych imigracji, szczególnie z krajów muzułmańskich. W efekcie, po latach wzrostu, formacja ta zdobyła w ostatnich wyborach ponad 17% poparcia, a w powyborczych sondażach nawet wyprzedziła rządzących socjaldemokratów, co jest o tyle wyczynem, że partia lewicy wygrywała wszystkie szwedzkie wybory nieprzerwanie od 1914 roku. Znamiennie jest też to, że poparcie dla Szwedzkich Demokratów było jeszcze wyższe wśród członków LO, czyli Szwedzkiej Konfederacji Związków Zawodowych, zrzeszającej zdecydowaną większość tutejszych pracowników produkcji i administracji, tzw. niebieskich kołnierzyków. Wyniosło ono 24% wśród członków organizacji założonej przecież przez socjaldemokratów i która oficjalnie wyraża niechęć wobec SzD.

Generalnie trudno, abym był przeciwny wyjazdom zarobkowym, samemu to robiąc i widząc przecież plusy i szansy wynikające z takiej możliwości. Choć jest ona zazwyczaj, co trzeba też zauważyć, pokłosiem problemów w rodzimym kraju, a masowe wyjazdy obywateli nie rozwiązują tych problemów, a jedynie pozwalają spuścić parę z gwizdka i obniżyć wewnętrzne napięcia. Nie sądzę jednak, że możemy zawracać kijem Wisłę i blokować migrację zupełnie. Chciałbym jednak, żeby proces, na który się zanosi i który już się zaczął, mógł wyglądać w jak najbardziej cywilizowany sposób. Zarówno dla tych, którzy już pracują w Polsce, jak i tych, którzy mają taki zamiar.

Migranci są grupą, która jest bardzo podatna na gorsze traktowanie. Nieznajomość języka, realiów, prawa, sytuacji instytucjonalnej, niemożność wykorzystania za granicą nabytego wykształcenia, mniejszy zasób osób, do których można się zwrócić o pomoc. Wraz z rosnącą migracją do Polski powinniśmy największy nacisk kłaść na wzmocnienie tych organizacji czy urzędów, które odpowiadają za dobrostan pracowników. Tak, aby pracownik zza granicy nie był „okazją” na lepszy i szybszy zarobek przedsiębiorcy. Bo będzie to nie tylko potencjalnym zagrożeniem dla pracowników w naszym kraju, ale także zwyczajnie czynem niemoralnym. A jako cywilizowane społeczeństwo powinniśmy zapewnić migrantom godne i równe traktowanie. Inspekcja pracy, kontrole, zaangażowanie związków zawodowych w środowiska migrantów. Ale też np. bezpłatne lekcje języka polskiego dla chętnych.

Zapewne nie będzie to jednak łatwe. Jak pokazuje przykład Szwecji, nawet w państwie stosunkowo silnym i uzwiązkowionym, uchodzącym nawet za socjaldemokratyczny raj, nie jest łatwo wszystkiego dopilnować. Co może zatem się dziać, a właściwie co już się dzieje, w państwie o słabszych instytucjach i z dużo gorszą organizacją świata pracy, jakim jest Polska?

Sądzę, że mówiąc o migracji na lewicy czy wśród tych, którym zależy na losie pracowników niezależnie od tego, z jakiego kraju ci pochodzą, powinniśmy przede wszystkim kłaść nacisk na dobre warunki pracy dla wszystkich, a szczególnie tych z gorszą pozycją przetargową. Bo bez tego duża migracja do Polski może być zjawiskiem niedobrym zarówno dla pracowników przybyłych, jak i miejscowych. A skorzystają głównie ci, którzy ich zatrudniają.

Maciej Zaboronek

Praca dla każdego!

Praca dla każdego!

Okres globalnej niepewności wywołanej przez COVID-19 to przeszłość. O ile skutki pandemii odsłoniły słabość instytucji publicznych, to obawy załamania gospodarczego i masowego bezrobocia nie spełniły się. Na przykład w kwietniu 2020 stopa bezrobocia w USA osiągnęła 14,8% i była najwyższym odczytem od początku historii pomiaru, tj. od 1948 [1], by w maju 2021 spaść do 5,8%. Świat jest na ścieżce powrotu do sytuacji wzrostu z końca 2019 roku. Widać to w kontekście polskiego rynku pracy, gdzie dotyczące zatrudnienia pozytywne trendy sprzed pandemii nie tylko są kontynuowane, lecz ulegają wzmocnieniu. Ignacy Morawski w swoim komentarzu ekonomicznym wskazuje, że rosnąca presja płacowa przebija trend sprzed pierwszej fali koronawirusa w Polsce. Przy niskim poziomie bezrobocia i trwającym ożywieniu gospodarczym oznacza to wzmocnienie pozycji przetargowej pracowników [2]. Wydaje się, że podobny pogląd podzielają sami zainteresowani. W majowym badaniu CBOS nt. nastrojów na rynku pracy odsetek pracowników odczuwających zagrożenie bezrobociem był najmniejszy od początku pandemii. Opinie dotyczące bieżącej i przyszłej sytuacji w zakładzie pracy oraz na lokalnym rynku pracy również uległy poprawie [3]. Te wskaźniki osiągnęły swoje historyczne najwyższe noty w 2019 i spadły wraz z wybuchem pandemii, jednak dynamika popandemicznego wzrostu pozwala przewidywać kolejne rekordy w najbliższym czasie [4].

Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia

Nie wszyscy są zadowoleni z umacniającej się pozycji przetargowej pracowników i niskiego poziomu bezrobocia. Michał Kalecki w swoim najgłośniejszym tekście „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) wskazywał, że o ile stan pełnego zatrudnienia jest osiągalny ekonomicznie, to główne źródło niezgody wobec niego ma charakter polityczny. Kalecki wymienia trzy płaszczyzny sprzeciwu kapitalistów względem polityki pełnego zatrudnienia (na potrzeby analizy tych mechanizmów skupię się na drugim i trzecim):

1) Opozycja względem wydatków państwa na wzrost zatrudnienia, finansowanych z deficytu publicznego;

2) Opozycja względem kierowania wydatków publicznych na inwestycje publiczne i subsydiowanie masowej konsumpcji;

3) Opozycja względem permanentnej polityki pełnego zatrudnienia.

Przez subsydiowanie masowej konsumpcji Kalecki rozumie następujący zestaw świadczeń: zasiłki rodzinne, renty starcze, obniżka podatków pośrednich i dotowanie artykułów pierwszej potrzeby. Niechęć środowisk liberalnych względem beneficjentów programów społecznych nie jest zaskoczeniem dla Kaleckiego. Pisał, że ich sprzeciw ma charakter moralny, gdyż dominującym przekonaniem kręgów biznesowych i ich politycznej reprezentacji jest to, że klasa pracująca nie może otrzymywać nic za darmo, gdyż wtedy zgnuśnieje [5].

Dlaczego kapitaliści przeciwstawiają się polityce, która każdemu chętnemu do pracy tworzy możliwości zarobkowania? Pełne zatrudnienie pozbawia ich głównego narzędzia dyscyplinowania pracowników i powściągania ich żądań płacowych. Tym narzędziem jest bezrobocie. „Ich [kapitalistów] instynkt klasowy mówi im, że trwałe pełne zatrudnienie jest »niezdrowe« z ich punktu widzenia i że bezrobocie jest integralnym elementem normalnego systemu kapitalistycznego” [6] – konkludował Kalecki. Dlatego docelowo „kapitanowie sektora prywatnego” będą dążyć do odejścia od polityki pełnego zatrudnienia finansowanego z deficytu publicznego i wzrostu bezrobocia. Dzięki temu odzyskują kluczową rolę w określaniu poziomu inwestycji i zatrudnienia w gospodarce oraz umacniają swój wpływ na politykę gospodarczą państwa [7].

Walka paradygmatów

William Mitchell, wiodący ekonomista ze szkoły Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory) wskazuje na dwa paradygmaty w ekonomii, których konflikt kształtował funkcjonowanie gospodarek w krajach zachodnich w XX wieku. To spór między paradygmatami pełnego zatrudnienia oraz pełnej zatrudnialności, sięgający czasów wielkiego kryzysu. John Maynard Keynes wykorzystał ówczesną nieskuteczność neoklasycznych ekonomistów. Novum jego propozycji tkwiło w odrzuceniu poglądu, iż rynek pracy determinuje poziom zatrudnienia. Twierdził, iż podaż siły roboczej i popyt na nią nie mają żadnego związku z klasyczną krzywą podaży pracy (decyzja pracownika, czy wybrać odpoczynek czy pracę). Popyt na pracę ma źródła w rynku towarowym i odzwierciedla popyt na finalne towary i usługi, co jest rezultatem efektywnego popytu w gospodarce. Toteż bezrobocie ma źródło w niewystarczających wydatkach w gospodarce, nie w poziomie płac pracowników czy osłonach socjalnych, jak twierdzili neoklasyczni oponenci Keynesa [8]. Doświadczenie II wojny światowej pozwoliło pozytywnie zweryfikować nowy paradygmat. To wydatki wojskowe u progu i w trakcie wojny wyeliminowały masowe bezrobocie. Wyzwaniem, przed którym stanęli wtedy decydenci, było to, jak przełożyć rzeczywistość czasów wojennych na okres pokoju i większych swobód obywatelskich [9].

U podstaw keynesowskiego sposobu myślenia tkwiło przekonanie, że pełne zatrudnienie definiuje się przez określoną ilość wakatów [10]. To nadwyżka miejsc pracy łatwo dostępnych dla najmniej wykwalifikowanych pracowników (głównie w sektorze publicznym, ale w prywatnym również) była fundamentem pełnego zatrudnienia. Dla lat 1945–1975 zmiany w poziomie wydatków sektora prywatnego były równoważone przez sektor publiczny, który tak zarządzał polityką fiskalną i monetarną, aby wydatki w gospodarce gwarantowały wzrost zatrudnienia odpowiadający przyrostowi siły roboczej. W rezultacie dla okresu 1950–1975 poziom bezrobocia w Europie wahał się między 2 a 4% [11]. Umożliwiło to instytucjonalizację polityki pełnego zatrudnienia jako pewnego paradygmatu opartego o trzy filary:

1. Filar ekonomiczny → pełne zatrudnienie

2. Filar redystrybucji → funkcjonowanie rynku jest amoralne i nie zawsze prowadzi do efektywnych i pożądanych społecznie rozwiązań, dlatego rolą państwa jest korygowanie rynku.

3. Filar kolektywny → Funkcjonowanie negocjacji zbiorowych, wpływ obywateli na państwo i zobowiązanie państwa do działania na rzecz wspólnoty. [12]

Neoklasyczna kontrrewolucja

Dzięki Kaleckiemu wiemy, że kapitaliści nie traktują stanu pełnego zatrudnienia jako czegoś pożądanego. Prawie 30 lat trwała delegitymizacja powojennego modelu gospodarczego, w czym kluczową rolę odegrały dwa zdarzenia.

• Impuls inflacyjny w wyniku wojny w Wietnamie stworzył warunki do krytyki aktywnej polityki makroekonomicznej państwa;

• Wzrost cen ropy przez kraje OPEC zwiększył poziom inflacji.

Uczynienie z inflacji głównego problemu było podstawą retorycznego ataku na pełne zatrudnienie. Nowym priorytetem polityki makroekonomicznej było jej zwalczanie. Przekłada się to na spadek wydatków publicznych (niższy poziom deficytu), a w konsekwencji niewykorzystaną siłę roboczą. Popyt w gospodarce jest zbyt niski, aby stworzyć odpowiednią ilość miejsc pracy [13]. Celem przestała być nadwyżka dostępnych miejsc pracy, a stał się nim kompromis między bezrobociem a inflacją. Szok paliwowy pozwolił ostatecznie pogrzebać model polityki pełnego zatrudnienia, a wraz z tym ugruntować model oparty o pełną zatrudnialność [14].

Nowy paradygmat opierał się na następujących trzech filarach:

1. Filar ekonomiczny → prymat rynkowo określanych celów (niepełne zatrudnienie);

2. Filar redystrybucji → wspieranie i wzmacnianie rynkowych mechanizmów, np. deregulacja, skłanianie do partycypacji w rynku pracy, przywileje podatkowe dla najbogatszych;

3. Filar indywidualistyczny → żadnych samoistnych praw w związku z byciem obywatelem. Jednostka poprzez pewne behawioralne kryteria musi wykazać swoją zdatność i gotowość do bycia zatrudnionym. [15]

Wraz z tym zmienił się sposób mówienia o bezrobociu. Monetarystyczni ekonomiści upowszechnili koncepcję NAIRU (non-accelerating inflaition rate of unemployment). Milton Friedman twierdził, że istnieje nieredukowalny i unikalny poziom bezrobocia, gdzie inflacja jest stała. Starania, by zejść poniżej poziomu NAIRU, muszą wedle niego skończyć się klęską i doprowadzą do ponownego wzrostu inflacji [16]. W tym ujęciu bezrobocie to już nie systemowy problem, który można rozwiązać ekspansywną polityką fiskalną lub monetarną, ale defekt od strony podażowej. Przyczyną tego może być kiepska jakość siły roboczej, zbyt duże regulacje państwa czy system zasiłków, które zniechęcają do pracy. Władze państwa mogą coś zmienić demontując istniejące ograniczenia na rynku pracy. W efekcie rząd zmniejsza swój wpływ na gospodarkę, a w większym stopniu opiera się o rynek i sektor prywatny [17].

Prawo do pracy i skutki jej braku

Konstytucyjny zapis obowiązku polityki zmierzającej do pełnego produktywnego zatrudnienia jest nieobecny w świadomości społecznej. W polskiej debacie jest ono traktowane co najwyżej jako produkt uboczny polityki zachęcającej do wzrostu prywatnych inwestycji lub efekt rosnącej konsumpcji. Zatrudnienie jest czymś, za co odpowiedzialna jest sama jednostka. Podczas gdy bycie zatrudnionym i jakość tej relacji mają istotne konsekwencje społeczne.

Dla większości gospodarstw domowych praca jest głównym źródłem dochodu. Bezrobocie i niepełne zatrudnienie pozbawiają dostępu do sieci społecznych i korzyści z nich płynących oraz czynią patologie społeczne bardziej prawdopodobnymi [18]. Tadeusz Kowalik, omawiając masowe bezrobocie w początkach III RP, wymienia całą listę jego makrospołecznych skutków:

• Osłabienie siły przetargowej pracowników i wzmocnienie autorytaryzmu zarządców przedsiębiorstw;

• Pogorszenie się warunków pracy i stagnacja lub obniżka płac;

• Zmniejszona ruchliwość społeczna;

• Pogłębienie się nierówności płciowych (kobiety tracą pracę częściej niż mężczyźni) i regionalnych;

• Utrata kwalifikacji przez pracowników. [19]

Z kolei David Blustein, psycholog z Boston Collage, przywołuje bogaty zbiór badań potwierdzający znaczenie pracy dla zdrowia psychicznego jednostki. Brak pracy wpływał na brak poczucia własnej wartości, nadużywanie środków odurzających, alkoholizm itp. Z perspektywy lokalnej społeczności utrata zatrudnienia wiązała się z istotnym spadkiem jakości życia w sąsiedztwie, pogorszeniem relacji rodzinnych oraz wzrostem przestępczości. Blustein konkluduje, że praca jest głównym składnikiem rozwoju i zachowania zdrowia psychicznego [20].

Ograniczenia stymulacji zagregowanego popytu

Centralny charakter pracy w życiu jednostki wymaga uznania jej roli na poziomie społeczno-gospodarczym. Warunkiem tego jest polityka pełnego zatrudnienia, gwarantująca godne i produktywne zatrudnienie każdemu, kto chce pracować, a nie może znaleźć pracy w sektorze prywatnym.

Dotychczas najpowszechniej stosowanym modelem osiągania pełnego zatrudnienia była omawiana wcześniej ekspansywna polityka wydatków publicznych. Bazuje ona na wydatkach rządowych oraz zachętach dla inwestorów do rozwinięcia aktywności gospodarczej. Jej celem jest spadek bezrobocia poprzez kreowanie konkurencyjnych miejsc pracy w sektorze publicznym oraz wzrost zatrudnienia w sektorze prywatnym. Ten osiągany jest dzięki efektowi mnożnikowemu – wzrostowi PKB w wyniku zwiększeniu wydatków rządowych, które uruchamiają cały łańcuch wydatkowy. Od inwestujących i zatrudniających przedsiębiorstw prywatnych po konsumujących pracowników [21].

W przeciwieństwie do neoliberalnej agendy, która z bezrobocia uczyniła narzędzie dyscypliny pracowników, keynesowska polityka stymulowania zagregowanego popytu gwarantowała wysokie poziomy zatrudnienia. Napotyka ona jednak szereg ograniczeń, które osłabiają jej pozytywny wpływ:

• Niezdolność do stworzenia wystarczającej ilości miejsc pracy dla mniej wykwalifikowanych pracowników – poprzez oparcie się o efekt mnożnikowy i sektor prywatny w generowaniu zatrudnienia, pracownicy o większym doświadczeniu zawodowym będą zatrudniani w pierwszej kolejności. Osoby o niskich kwalifikacjach lub długotrwale bezrobotni będą zatrudniani później lub wcale.

• Zachowuje regionalne nierówności na rynku pracy spowodowane globalizacją i deindustrializacją. Umiędzynarodowione obszary metropolitarne z silnym udziałem sektora usług, niskim bezrobociem oraz wyższymi płacami zajmują dominującą pozycję. Rolę peryferyjną pełnią obszary niezurbanizowane o niższym poziomem kapitału ludzkiego i punktowo skoncentrowanymi obszarami produkcyjnymi w postaci specjalnych stref ekonomicznych.

• Jest pozbawiona mechanizmów kontr-inflacyjnych – poprzez stymulację popytu oraz efekt mnożnikowy gospodarka osiąga stan pełnego zatrudnienia. Jednak presja płacowa oraz rosnące ceny materiałów z dużym prawdopodobieństwem tworzą presję inflacyjną. Przy braku tzw. kotwicy anty-inflacyjnej powstaje ryzyko dla rozwoju gospodarczego. [22]

Potrzeba alternatywnych modeli pełnego zatrudnienia, minimalizujących braki keynesowskiej polityki stymulowania popytu.

Pracodawca Ostatniej Instancji

Rozwiązaniem, które umożliwia realizację tego celu przy uniknięciu opisanych problemów jest proponowana w ramach Nowoczesnej Teorii Monetarnej koncepcja gwarancji zatrudnienia (Job Guarantee). Ekonomiści MMT wychodzą z założenia, że państwo, wykorzystując władzę fiskalną, jako monopolistyczny emitent pieniądza jest w stanie zatrudnić każdą chętną osobę. Obecnie ci, którzy nie mogą znaleźć pracy, nie mogą otrzymać ustawowej płacy minimalnej. Wynosi ona dla nich zero złotych. Jednakowe wynagrodzenie gwarantujące minimum socjalne tworzyłoby efektywną płacę minimalną. Program gwarancji zatrudnienia, określany również jako Pracodawca Ostatniej Instancji, nawiązuje do roli, którą bank centralny pełni w gospodarce. Tak jak bank centralny udziela pożyczek w postaci rezerw bankom, które nie są w stanie pozyskać ich w inny sposób, tak pracodawca ostatniej instancji tworzy miejsca pracy dla tych, którzy nie znajdują zatrudnienia nigdzie indziej [23]. Celem polityki gwarancji zatrudnienia jest likwidacja bezrobocia w sposób bezpośredni, tworząc miejsca pracy tu i teraz. Nie poprzez inwestycje czy zachęty finansowe mające dopiero zwiększyć popyt na pracę.

Zbliżony mechanizm funkcjonuje na rynku produktów rolnych pod nazwą skupu interwencyjnego. Urodzaj plonów powodujący nadpodaż określonego towaru jest sygnałem dla państwa do rozpoczęcia akcji skupu po ustalonej cenie w celu ściągnięcia nadwyżki z rynku. Stabilizuje to poziom cen oraz zabezpiecza interesy ekonomiczne producentów rolnych. W odwrotnej sytuacji, gdy danego produktu jest mniej, czyniąc go dużo droższym, państwo jest w stanie wypuścić na rynek zmagazynowane towary, gwarantując stabilność cen i równoważąc interesy rolników i konsumentów. Według tego samego schematu państwo zapewnia równowagę na rynku pracy. W fazie dekoniunktury (malejące inwestycje prywatne i spadek zatrudnienia) liczba pracowników w ramach polityki gwarantowanego zatrudnienia automatycznie zwiększałaby się, a w okresie koniunktury (rosnące inwestycje prywatne i wzrost zatrudnienia) – malała.

Polityka gwarancji zatrudnienia kierowałaby wolne zasoby pracy (osoby, które w reżimie neoliberalnym byłyby bezrobotne – chcą pracować, ale nie mogą znaleźć zatrudnienia) do projektów ekologicznych i opiekuńczych, które służyłyby lokalnym społecznościom w całej Polsce, szczególnie tym najbardziej zaniedbanym. Zakłada ona aktywności o wysokiej użyteczności społecznej, ale generujące niewielkie zyski – z tego względu ignorowane przez sektor prywatny. Nie ma ograniczeń dotyczących rodzaju prac, które w ramach tej polityki byłyby wykonywane. Jednak kluczowy jest ich inkluzywny charakter, który umożliwi zatrudnienie wszystkich chętnych bez względu na poziom umiejętności czy atrybuty fizyczne.

Znajdujemy się w okresie historycznie niskiego bezrobocia. Wciąż jednak są obszary, gdzie bezrobocie jest dwucyfrowe, zaś biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa czy kryzys klimatyczny potrzeby lokalnych społeczności będą rosnąć. Jak miałaby wyglądać praktyczna implementacja tego programu w Polsce? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejnym tekście.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Przypisy:

1. US mass unemployment covid, Congressional Research Service, https://fas.org/sgp/crs/misc/R46554.pdf

2. Ignacy Morawski, Dane dnia: powrót rynku pracownika, płace rosną szybciej niż przed kryzysem – 21.06.2021

3. Komunikat CBOS „Nastroje na rynku pracy w maju”, maj 2021 (oprac. Umańska E.).

4. Ocena sytuacji w zakładzie pracy dla lat 1992–2021 s. 3.

5. Kalecki M., Kapitalizm: dynamika gospodarcza i pełne zatrudnienie. Wybór tekstów, pod red. Łaski Kazimierz, Osiatyński J., s. 391.

6. Tamże s. 392.

7. Tamże s. 397.

8. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 36.

9. Tamże s. 38.

10. Tamże s. 78.

11. Tamże s. 9–10.

12. Tamże s. 8–9.

13. Tamże s. 4–6.

14. Tamże s. 78.

15. Tamże s. 16.

16. Friedman M., Money: the Quantity Theory, 1968. IESS, s. 12.

17. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 12–13.

18. Tamże s. 21.

19. Kowalik T., www.PolskaTransformacja.pl, Warszawa 2009, s. 208–209.

20. Blustein D., The Role of Work in Psychological Health and Well-Being: A Conceptual, Historical, and Public Policy Perspective. American Psychologist 63, nr 4 (2008), s. 230.

21. Samuelson P., Nordhaus W., Ekonomia, Poznań 2019, s. 452.

22. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 241–243.

23. Wray L. R., Nowoczesna Teoria Monetarna MMT. Wprowadzenie do makroekonomii suwerennych systemów monetarnych, Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox 2018, s. 309–310.

Polskie demony – z odzysku

„Wesele” Smarzowskiego to tani recykling polskich traum, cały ten podręczny kocioł z krwi katów i ofiar, sztambuch z ładną okładką i ohydnym wnętrzem. Tyle że straszliwy demon, gdy pokażemy go komuś pięćsetny raz i znów każemy bić się w piersi za bieg historii i wady narodowe, staje się po prostu kukłą ze szmat. Strunę z wysokim C można łatwo zerwać.

Podczas seansu, na który poszłam w swoim niewielkim mieście, siedziała za mną para ludzi w średnim wieku. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki śpiewanej w jidysz pieśni i na sali zapaliły się światła, kobieta powiedziała do swojego towarzysza: „Słabe”, na co on odparł: „No, słabe”. Ten dialog wcale nie świadczy o banalnym podsumowaniu filmu przez niewyrobionych widzów. Mówi nam raczej, że to, czym reżyser wali nas jak siekierą – a w jego zamyśle jest mocne i ważne – wybrzmiewa słabo, bo słyszeliśmy i widzieliśmy to już setki razy. Gdy widzisz, że znowu Polacy nie mają ani jednej zalety, robią wyłącznie okropne rzeczy i nie można im ufać, wcale nie masz ochoty przeglądać się w tym podstawianym od dekad lustrze. Wolisz je rozbić.

Sama po seansie, podczas którego znowu kazali mi kajać się za to samo i nurzać w identycznym, odwiecznym błotku, byłam bliska reakcji w rodzaju: „No i co z tego?”. Wiem, że Polacy piją, robią krzywe interesy i urządzają na weselach przaśne zabawy z podtekstem erotycznym. Wiem, że jedni Polacy pomagali Żydom, a inni tego nie robili. Wiem, że reżyser i klasa średnia (która siebie w tym lustrze nie widzi) będą starali się pod płaszczykiem wielkiego dzieła przyprawić nam gębę absolutnych rasistów, mizoginów i januszy. Ile filmów jeszcze mam o tym obejrzeć?

Smarzowski znany jest z kumulowania w swoich obrazach wszystkich wad narodowych i indywidualnych – a na wierzch dorzuca jeszcze tematy aktualne, oczywiście z grona chwytliwych (pedofilia i chciwość księży, znęcanie się nad zwierzętami, korupcja itp.). Powstaje z tego magma zła, karuzela postaci, z których żadna nie jest dobra czy choćby akceptowalna, ludzki odruch jest rzadkością, a nawet jeśli się pojawi, to ma zawsze drugie dno, którym jest dążenie do załatwienia własnego interesu. Zgodnie z zamysłem Smarzowskiego mamy na tej karuzeli wymiotować z obrzydzenia, bo oto widzimy, „jacy jesteśmy”, czy też (wersja dla klasy średniej i inteligencji z wielkich miast) „jacy oni są”.

Ale nie wymiotujemy, bo, co za niespodzianka, psychologizowanie cepem sprawdza się tylko wśród tych, którzy mają właśnie obejrzeć „how the other half lives”, natomiast ci, którzy faktycznie na takim weselu przekładali jajko przez nogawkę i rozpijali kolejne połówki wódki weselnej ze specjalną etykietą, śmieją się w zupełnie innych miejscach i co innego uznają za oburzające. To pierwszy film Smarzowskiego, w którym etatowi komentatorzy dostrzegli klasizm w ujęciu i prezentacji postaci (brawo, lepiej późno niż wcale!), chociaż był on tam od zawsze. Reżyser przypisuje prowincji wszystkie cechy „dzikiego”, który przebrał się w garnitur, ale po dwóch kieliszeczkach czy w jakiejkolwiek sytuacji konfliktowej wychodzi z niego odwieczny buc, a słoma z butów znaczy szlak jego kroków. Nieprzypadkowo zło umieszcza w małych miejscowościach i na wsiach, racząc nas paradami bezzębnych twarzy, pijackiego bełkotu, chamskich odzywek i brudnych interesów. Portretuje ten świat bez czułości, bez zrozumienia, wymyśla go od podstaw w konkretnym kierunku i z konkretnym zamysłem, a na koniec dosztukowuje nam jeszcze etatowego „żula” Henryka Gołębiewskiego, który wyrzuca głównego bohatera z meliny. Niemal widzę, jak reżyser siedzi z karteczką i zapisuje na niej pomysły fabularne, które mają przebić weryzm i gore poprzednich filmów (a to nie takie proste, poprzeczkę postawił sobie wysoko) i w końcu wpada na pomysły typu „dobra, to niech może Ukraińcy nasprejują kutasa na kabriolecie pary młodej, a goście weselni w odwecie spalą im dom”.

Bardzo ogranym, ale niemal zawsze stosowanym zabiegiem są w polskim filmie dwa plany czasowe i historyczne – a ten wcześniejszy zazwyczaj toczy się w czasie wojny. Dzięki sepiowym retrospekcjom widz ma zrozumieć motywacje współczesnych bohaterów – ale u Smarzowskiego służą one najbanalniejszej konstatacji z możliwych, a mianowicie takiej, że zło było i zło jest, bo Polacy są źli. To ich/nasza immanentna cecha, wada fabryczna. Autoreset nic nie zmienia, bo wracamy z pokolenia na pokolenie do naszych pierwotnych ustawień. Gęba Polaka-antysemity, Polaka-gwałciciela, Polaka-pijaka nie jest według Smarzowskiego maską, lecz twarzą. W tym kontekście tło historyczne nie ma więc nawet służyć jakiemukolwiek wyjaśnieniu przypisywanych nam cech, bo podczas wojny też tacy byliśmy – płynęliśmy z prądem, ratowaliśmy siebie, przyłączaliśmy się do zbiorowych aktów przemocy. Reżyser ociężale i bez lekkości meandruje pomiędzy prawdą historyczną a założonym z góry przesłaniem, wprost sugerując niemal seksualną, psychopatyczną przyjemność, z jaką Polacy oddawali się mordowaniu i torturom.

Oczywiście wszystko, co dzieje się w fabule, ma kierować widza ku oświeconej konstatacji, że „other half” to ludzie nieokrzesani, nieuczciwi i przepełnieni uprzedzeniami, że w Polsce panują nastroje pogromowe, że jesteśmy fizycznie i psychicznie niezdolni do odczuwania empatii w stosunku do innych nacji, a Kościół jeszcze to podkręca. Smarzowski nie mówi „tacy jesteśmy”, tylko „tacy jesteście”, więc tym bardziej ludzie czyści, tolerancyjni i wykształceni mogą otwierać szeroko oczy na wieść, co też się w tej Łomży odstawia, zapominając o swoim stygnącym popcornie. Potem napiszą tekst czy komentarz w mediach społecznościowych, że Polacy są ostatnimi czasy strasznie podzieleni i będą zachodzili w głowę, z czego to może wynikać. Wiem, że nie oszczędzę im tych rozważań, bo za nimi przepadają, ale służę odpowiedzią – z tak sterowanego autorasizmu, samostygmatyzacji i bojówek „policji myśli”, która regularnie sprawdza, czy dość gorliwie bijemy się w piersi za prawdziwe czy urojone winy przodków. Ta policja chce meblować nam pamięć, tożsamość i teraźniejszość, ciągać nas, przecież także ofiary wojny, do konfesjonału, w którym mamy przyznać, że byliśmy nie ofiarami, lecz oprawcami.

Ale my tego demona pamięci widzieliśmy już wiele razy, już nam spowszedniał i obrzydł. Nie ruszają nas setne nawiązanie do chocholego tańca ani spłowiałe od pracowitego przywoływania aluzje do gnuśności i braku działania, gdy ojczyzna w potrzebie. Mamy nawet wrażenie, że te „uniwersalne traumy” wcale nie są takie uniwersalne i że tylko część Polaków grzebie w nich z upodobaniem.

Polski demon z recyklingu jeszcze nie raz powróci, ale będzie wywoływał coraz większe ziewanie.

Magdalena Okraska

Janusz Korczak: Przeciw rozpuście (1905)

Przed czterema laty w domu 46 przy ulicy Kruczej, na parterze od frontu, na prawo z bramy, znajdował się magazyn kapeluszy damskich. Szyld był tylko osłoną. W owym magazynie dziesięcio-, dwunastoletnie dziewczęta używane były do zbrodniczych praktyk.

Opowiedział mi o tym adwokat przysięgły J. S. w następującymi słowach:

– Kolega mój, lekarz prowincjonalny, zachęcony został do udania się tam, jeśli „pragnie ujrzeć coś ciekawego”. Na zapytanie jego, „czy kapelusik już gotów”, wprowadzony został do sąsiedniego pokoju i tu znalazł dwie dziewczynki, które uczyniły mu propozycję. – „Ja wam pokażę” – zawołał oburzony. – Wówczas otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju, i ukazał się w nich drab jakiś o groźnej postawie. „Co nam pokażesz” – zapytał. Lekarz wyjął rewolwer i tyłem wycofał się z pułapki.

Zapytałem adwokata przysięgłego, który zna prawa, co myśli ze swą informacją uczynić.

– Mówiłem o tym z Gr… Powiedział, że to do niego nie należy, że są to rzeczy znane, że trudno tu coś poradzić. –Trzeba by to jakoś sprawdzić.

Udaliśmy się więc tam nazajutrz. Wizyta nasza zrazu silnie zaniepokoiła właścicielkę magazynu, ale po chwili uspokoiła się i kazała przyjść nieco później. Po wypiciu kawy w cukierni powróciliśmy. Tym razem otrzymaliśmy pewne informacje:

Panowie są nieostrożni: zajeżdżają w nocy, czasem pijani, robią awantury. Mieszkanie parterowe od frontu jest niewygodne. Prostytutki uliczne, zatrwożone konkurencją, denuncjują ją. Ma wiele kłopotu z policją. Wreszcie ktoś doniósł matkom tych dzieci. Ostatecznie wyprowadza się, więc za dni kilka da nam nowy adres i tam nas zaprasza „po kapelusik”.

Po tygodniu udałem się sam. Trafiłem akurat na przeprowadzkę. Stróż nie chciał mi udzielić nowego adresu i odmówił wszelkich informacji…

Zwróciłem się w tej kwestii do redaktora L. S. Nie udało mi się silniej go zainteresować tą sprawą. Przyznał natomiast, że jest to bardzo „niełatwa do wyświetlenia sprawa”…

Był moment, kiedy chciałem raz jeszcze tam się udać, zastrzelić handlarkę dzieci. Był to czas, kiedy wierzyłem gorąco w wartość „protestów moralnych”. Zwierzyłem się temu i owemu – odradzono. Fakt ten silnie wpłynął na mój światopogląd: przejrzałem…

A potem już z pobłażaniem patrzałem na działalność Wysłouchów, towarzystw ochrony kobiet itd., itp.

Fakt ten uważałem za jedną z tajemnic kształtowania się mego ducha i dlatego nigdzie nie wspominałem o nim przez lat cztery. Dziś, zdaje mi się, nie wolno mi o nim przemilczeć. A wreszcie nic spóźnionego: bohaterowie niniejszego faktu (resp. panowie S. i S.) żyją i mogą go potwierdzić.

Zaznaczam raz jeszcze: ani adwokat przysięgły, ani redaktor dziennika nie potrafili zareagować na ohydną i jawną zbrodnię. Stosunki cenzuralne tak się wówczas układały, że stójkowy z ową damą, znaczyło to narazić się na porażkę i – zemstę ze strony alfonsów.

Nasza prasa nigdy nie konstatuje faktów, jeno radzi i… stawia stopnie ze sprawowania, wydaje świadectwa – ulicy. Nic to, że ulica jej nie czyta, a na stopniach się nie zna. Jeśli Rabski czy Bartoszewicz napiszą swojej kucharce czy lokajowi, że sprawowali się źle, będzie to miało w rzeczy samej pewien skutek; ale oni nie poprzestaną za nic w świecie na tak skromnej roli: od czegóż są publicystami, publicznymi dziennikarzami? Publicznych dziennikarzy mamy dziś więcej niż dawniej, mnożą się…

Walka z upadkiem, z rozpustą jest świętą sprawą, „splamiono ją, zbezczeszczono krwią ludzką” – pisze pan Straszewicz w „Kurierze Polskim”. „Od krwi ludzkiej zła rdza osiada na zawsze na duszy zabójcy. Zabójstwo znieprawia zabójcę”.

Przyznaję, że są to ładne zdania – powinien był jednak ich autor pamiętać, że wszystkie święte sprawy są w ten sposób zbezczeszczone. – „Sprawcy rozruchów obniżyli poziom obyczajowy i moralny ludności całej, robiąc ją świadkiem gwałtu i mordu”. I to ładne; niestety jednak świadkami gwałtu i mordu są całe pokolenia od wieków, chronicznego.

„Niech sądy najsurowiej karzą wyrzutków społecznych, niech będą obmyślone i zastosowane jak najsurowsze środki zapobiegawcze” – krzyczy „Goniec”. Mądrzejsi są już ci, którzy wołają o szkoły: wówczas liczba wyrzutków społecznych spadłaby do poziomu zagranicy, i sądy mniejszą ich liczbę musiałyby surowo karać.

„Słowo” pragnie otoczyć Żydów opiekuńczym skrzydłem swych rozumowań.

Odpowiada mu słusznie „Kurier Codzienny”:

Co ruch antysemicki może mieć wspólnego z ruchem antyprostytucyjnym? Możemy zapewnić „Słowo”, że samorodnie nie wynikną one, zbyt bowiem blisko poznał się tłum chrześcijański z proletariatem żydowskim.

Niepotrzebnie jednak pragnie „Kurier Codzienny” się dowiedzieć, gdzie się owe nieszczęśliwe dziewczęta podziały, kto je nakarmił, kto im dal pomieszczenie? Od ciekawości podobnej jeden krok tylko do rady, na wzór „Kuriera Warszawskiego”, by je umieścić w przytułkach – towarzystw ochrony kobiet wyznań obu.

***

„Kurier Warszawski” jak zwykle – po błazeńsku.

„Walka z rozpustą i lincz. Śpiew anioła i ryk rozjuszonego tygrysa”.

Któż po tym „tygrysie” i „aniele” nie poznałby pióra operetkowego sprawozdawcy?

A przecież sprawa zbyt poważna chyba, by się po niej
ślizgał dziennikarski totalizatorowicz.

***

„Warszawski Dniewnik” jako bezpośredni powód rozruchów podaje fakt następujący:

Na weselu żydowskim zebrano dla nowożeńców kilkadziesiąt rubli. Nagle wszedł na salę alfons czy nożowiec, zabrał pieniądze i poszedł. Wydaje się to nieprawdopodobne: jakim prawem wszedł, jakim prawem wziął pieniądze, czy mógł sądzić na chwilę bodaj, że mu to ujdzie bezkarnie?

Odpowiadam: mógł sądzić, że mu to ujdzie bezkarnie.

***

Tęgie łby mieszczańskiej inteligencji zrazu zaczęły rozważać, czy zabicie dwóch prostytutek spośród kilkunastu tysięcy i zranienie dziesięciu zbirów spośród drugich kilkunastu tysięcy – usunie prostytucję czy też nie.

I rzekły, że nie usunie. I zaczęły pouczać ulicę, że ta się trudzi daremnie. Ależ ulica wie o tym, wie…

A potem spadając na łapy, jak kot, nieszkodliwie, z wyżyn tragicznego faktu – orzekły łby twarde, że w Piasecznie jest jeszcze pięć wolnych miejsc dla pięciu kobiet upadłych, które zechcą już teraz… być moralnymi.

O tym wiele… wiele jeszcze można by powiedzieć. Tylko że rana jeszcze krwawi; niech zastygnie.

Janusz Korczak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w warszawskim postępowo-radykalnym piśmie „Głos” 3 czerwca 1905 roku. Artykuł ukazał się po głośnym „pogromie lupanarów”, w ramach którego głównie żydowscy, ale także polscy robotnicy o poglądach socjalistycznych dokonali rozbicia „zagłębia” domów publicznych w Warszawie przy ulicach Marszałkowskiej, Krochmalnej, Leszno i innych. W trakcie trzydniowych zamieszek zdewastowano kilkadziesiąt domów publicznych, miały miejsca liczne pobicia sutenerów (kilku zabito), a walki między zorganizowanymi robotnikami a alfonsami trwały jeszcze przez kilkanaście dni. Nie są całkowicie wyjaśnione przyczyny tych zajść, aczkolwiek jedną z prawdopodobnych jest gniew żydowskich robotników wobec masowego i coraz bardziej zaawansowanego procederu handlu żywym towarem na potrzeby branży usług seksualnych, dotykającego głównie kobiet ze środowisk robotniczych, w tym żydowskich. Janusz Korczak (wówczas młody lewicowy dziennikarz) i środowisko pisma „Głos” wraz z ówczesną postępową inteligencją (m.in. jednym z czołowych jawnych działaczy PPS, Stanisławem Posnerem) angażowali się w zwalczanie prostytucji. Tekst ze względu na cenzurę carską odnosi się do tych wydarzeń w sposób ogólnikowy i aluzyjny.

Polexit i inne drobnomieszczańskie histerie

Symboliczne znaczenie dnia 10 października 2021 roku w Polsce wydaje mi się być niedostrzegalne gołym okiem dla większości osób. Dla mnie jest ono jednak dosadne i stanowi ponury rodzaj symboliczności. Dnia tego miały bowiem miejsce dwa istotne wydarzenia. Pierwsze z nich było polityczne. Drugie było polityczne jeszcze bardziej, choć to, jak przywykliśmy wyobrażać sobie politykę, zupełnie do tej prawdy nie pasuje.

Teraz to już na serio będzie ten Polexit

Mieliśmy więc falę gigantycznych demonstracji w największych polskich miastach. Demonstracji przeciwko rzekomemu Polexitowi, do którego pierwszy krokiem ma być wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający wyższość konstytucji nad prawem unijnym. Choć obrona praworządności to domena raczej liberałów, widoczne było też zaangażowanie polskich środowisk lewicowych. Niespecjalnie dziwi obecność Roberta Biedronia na Placu Zamkowym w Warszawie – jednak w akcję #zostajemy (w Unii) zaangażowali się także politycy Partii Razem, której sam jestem niebezkrytycznym członkiem.

Aby zbadać prawdziwość tezy o zbliżającym się Polexicie przeanalizujmy kilka faktów. Po pierwsze Polexit „wydarza się” w Polsce już któryś raz. Spadkobiercy Komitetu Obrony Demokracji wieszczą go przy każdym sporze Polski z władzami Unii Europejskiej. O Polexicie pisał w 2017 roku Jan Hartman, w 2019 roku robili to Wojciech Sadurski oraz Jacek Kochanowski. „Tym razem to już na serio będzie ten Polexit” – zdają się sugerować nagłówki liberalnych mediów oraz politycy przemawiający na Placu Zamkowym.

Trudno te sugestie traktować całkiem poważnie. Etatystyczna partia Jarosława Kaczyńskiego zbyt mocno potrzebuje unijnych dotacji na politykę społeczną, by zdecydować się na tak radykalny krok. Jeśli chcecie przekonać się czy Wartości Wyższe okażą się ważniejsze od pieniędzy, spójrzcie na ostatnią sytuację z samorządami. Grzecznie wycofały się z uchwał AntyLGBT, kiedy przykręcono im kurek z pieniędzmi. Włączcie też TVP. Alarmowanie o Polexicie jest tam wyśmiewane. Akcentuje się natomiast prounijne postawy części polityków PiS jeszcze z czasów sprzed dołączenia do UE. Przytacza się też archiwalne antyunijne wypowiedzi dzisiejszych polityków PO. Chociażby Romana Giertycha, który był przeciwny akcesji Polski do Unii Europejskiej.

W tej sytuacji obecne zamieszanie zdaje się być obliczone na efekt wspierający partię rządzącą. Polexitowy rozgardiasz jest jej jak najbardziej na rękę. Tezę o realnym zagrożeniu wyjścia Polski z Unii Europejskiej naprawdę ciężko jest obronić w oczach elektoratu nieprzekonanego do tego, żeby zrezygnować z oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. To polityczna zagrywka obliczona na scementowanie zastanych elektoratów w stanie nienaruszonym. Prężenie muskułów przed wyborcami ceniącymi sobie pozowanie na suwerenność. Warto wziąć sobie do serca także słowa Łukasza Molla, który ostrzega, że straszenie Polexitem rykoszetem spowoduje co najwyżej falę przesadnego euroentuzjazmu i odbierze lewicy impuls do reformowania Unii w stronę bardziej prosocjalną, co jest przecież bardzo potrzebne.

Problemy realne

W tej sytuacji warto byłoby się skupić na drugim wydarzeniu, które miało miejsce – jak co roku – 10 października. Był to Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego.

Jeśli na co dzień żyje się w lewicowej, emancypacyjnej bańce, zapewne przeczytało się kilka postów na ten temat w mediach społecznościowych. W skali całego kraju znaczenie tej daty pozostało jednak praktycznie niezauważone. „Zdrowie psychiczne” to bowiem termin, który w opinii społecznej wciąż kojarzy się „byciem wariatem”. I to jest – w odróżnieniu od jarmarku zorganizowanego przez Donalda Tuska – naprawdę realny problem.

Kilka danych dla rozjaśnienia sprawy. Szacuje się, że na jakąś formę zaburzenia psychicznego może cierpieć nawet 6 milionów Polaków. Do trzech milionów cierpi na zaburzenia nerwicowe. U prawie miliona występują zaś objawy zaburzeń depresyjnych. Polska to kraj, w którym dziennie życie odbiera sobie 15 osób. 12 z nich to mężczyźni.

Trudno o temat bardziej zespolony z codziennym życiem każdego z nas niż zdrowie psychiczne. Nawet ludziom, których można zdiagnozować jako „w pełni zdrowych”, przydaje się bowiem podstawowa wiedza związana chociażby z higieną umysłu czy umiejętnością odpoczywania. W naszym kraju wciąż nie jest to temat polityczny. A przecież nie jest tak, że nic nie możemy zrobić z obecnym status quo. Psychiatria, w tym psychiatria dziecięca, jest w Polsce niedofinansowana tak samo jak cała reszta usług zapewnianych przez NFZ. Brakuje też podstawowej edukacji psychologicznej i wykwalifikowanych do zajmowania się nią osób w polskich szkołach.

Zdrowie psychiczne powinno być jednak przede wszystkim tematem sztandarowym dla współczesnej lewicy. Przecież nie jest tak, że pogarszające się życie wewnętrzne Polaków nie ma związku z życiem w późnym kapitalizmie. Z elastycznymi warunkami zatrudnienia, z przepracowaniem, z mobbingiem, który trudno wykazać w relacjach dla parodystycznie działającej Państwowej Inspekcji Pracy. Z zadłużeniem i z marazmem wynikającym z zablokowania kanałów awansu społecznego. Z brakiem edukacji antydyskryminacyjnej w szkołach, które wolą kształcić nas na trybiki systemu niż zdrowych, świadomych i szczęśliwych obywateli.

Co z tego wynika?

Zestawienie tych dwóch wydarzeń – masowych, euroentuzjastycznych demonstracji oraz ukrytego gdzieś w cieniu Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego – daje bardzo pesymistyczną diagnozę stanu świadomości politycznej w naszym kraju. Tego, co w ogóle jest dla nas polityczne i ważne. Spieramy się o Wartości Wyższe, podczas gdy podstawowe potrzeby pozostają niezaspokojone. Piramidę Masłowa stawiamy na samym czubku. Przestrzeń społeczna to dla nas widowisko, w którym weteranka powstania warszawskiego krzyczy do Roberta Bąkiewicza wycierającego sobie usta Rotą. Arena do Sygnalizowania Cnoty. Niemal zapomina się o tym, że polityka powinna służyć budowaniu ludzkiego dobrobytu. Sytuacja taka ma miejsce nie pierwszy i nie ostatni raz. W „wolnych mediach” w zasadzie bez echa obił się fakt, że tej samej nocy, gdy w Sejmie głosowano Lex TVN a liberalna oligarchia wieszczyła koniec demokracji, przepchnięto ustawę o zwiększeniu nakładów na NFZ do 2023 roku. Nie jest moim celem bronienie ustawy, która ostatecznie zapewne nie wejdzie w życie. Jest nim wskazanie, że i tu mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której sprawa bardziej efektowna odbiła się o wiele szerszym echem niż sprawa istotnie dotykająca ludzi.

Mógłbyś odpowiedzieć, drogi Czytelniku, że przecież dziś każdy dzień jest dniem czegoś. O Światowym Dniu Maszynisty nie pisze się na pierwszych stronach gazet i trudno oczekiwać, że będzie tak z jakimkolwiek innym dniem. Fakt, że zupełnie nic nieznaczący karnawał odbył się akurat tego dnia, w którym choć na chwilę powinniśmy pochylić się nad czymś znacznie ważniejszym, ma jednak gorzki symboliczny smak.

Jeśli polska lewica chce utrzeć nosa PiS-owi, jej strategią powinno być zagospodarowywanie tych realnych ludzkich potrzeb, które nie zostają i nie mogą zostać przez niego zaspokojone.

Piotr Tomaszewski