przez redakcja | środa 1 grudnia 2021 | opinie
Promienisty niczym zorza Open Space’u uśmiech Unit Managera rozświetla mroki kuchni w naszej fabryce. W naszej fabryce wszyscy nic, tylko adresujemy. Nie, nie pracujemy na poczcie. Adresujemy potrzeby naszych klientów. Bo jak wiadomo: Klient nasz Pan, nasz Bóg. na wieki wieków Amen. Wychodzisz z roboty na „uroczystą galę rozdania prestiżowych statuetek”, by odebrać nagrodę dla naszego innowacyjnego produktu. Oprawa tego wydarzenia jest uroczysta i jako się rzekło prestiżowa, niczym na Oscarach. Czerwony dywan, reflektory. Kelnerzy roznoszący proseczio i przekąski kursują jak szaleni.
– Kanapeczkę? Zachęcamy. Proszę się częstować.
Zaczyna się. Para prowadzących jak na Sylwestrze Marzeń z Jedynką. Ona suknia cała w cekiny, on we fraku. Zastanawiasz się w duchu, czy zaraz zaintonują „Cała sala śpiewa z nami” lub „Niech żyje bal”. Sądzisz, że na pewno już za moment na estradzie pojawi się przebrana za zupkę instant Maryla Rodowicz. Nic takiego jednak nie następuje. Konferansjer odzywa się w końcu w te słowa:
– Proszę spojrzeć, po mojej prawej stoją nasze prestiżowe statuetki, które rozdamy na dzisiejszej uroczystej gali. Są piękne. Stoją na regale zaprojektowanym przez firmę Expo Retail, która jest sponsorem naszego wydarzenia. On także jest wspaniały. Piękny regał!
Myślisz: będzie grubo i nie mylisz się. Około 50 produktów FMCG, czyli żarcie. Teraz z kolei przechodząc do meritum, Pani w błyszczącej sukni mówi z uśmiechem numer pięć na ustach:
– Innowację Brylantową w kategorii „Miłe chwile z produktem” w segmencie wędliny otrzymuje…
Grają werble, błyszczą światła. Oraz wszystko inne po trochu…
– Sucha krakowska marki takiej a takiej!
Na scenę wkracza brand manager kiełbasy. Rozlega się burza braw. Oklaskiwane są jogurty, serki kanapkowe, tekturowe opakowania z przymocowaną na stałe zakrętką. To jest właśnie ta innowacja, że ona jest na stałe przymocowana.
Zapadasz w rodzaj katatonii. Zamykasz oczy. Gdy je znów otwierasz, nie widzisz już ludzi. Na sali siedzą Parówki Berlinki. Jak z reklamy. Jak żywe. Parówki oklaskują inne parówki. Ty też jesteś parówką i choć z samych trzewi swego parówczanego jestestwa chcesz się sprzeciwić, to nie możesz. Wyczytują cię w końcu. Wychodzisz na scenę. O wstydzie.
Wracasz do biura i stawiasz Innowacje na biurku swego szefa. Siadasz do swojego biurka. Świst ksera przypomina turkot kół Pendolino na trasie Kraków – Warszawa. Cichy, cichuteńki. Brakuje tylko plumkania Chopina w tle i można by przyjąć, że jest się w podróży. Gdzie indziej, gdzie indziej.
Trigger, touchpoint i faza pasywna w procesie zakupowym zrobią ci ewaluacje. Dowieź target, a choćbyś kroczył ciemną doliną zła się nie ulękniesz.
W naszej fabryce siedzisz dupogodziny. Nadgodziny. Złe godziny. Siedzisz.
Z mózgu po sześciu masz już kotlet mielony. Toteż grasz na komórce i obczajasz nowe wdzianko dla swego psa na allegro. A tu jeszcze spotkanie na Teamsach.
Jeden typ zauważa, że musimy zmaksymalizować relewantnie wolumen ludzki. Wszyscy potakują gorliwie. Kiwające miniaturowe głowy na ekranie są jak komisja kontroli gier i zakładów w totolotku. Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie pięciu liczb. Po połowie spotkania zastanawiasz się, czy na pewno rozmawiasz z osobami. A nie na przykład z robotami, które opanowały świat. Po całym dasz już sobie rękę uciąć, że zebrani mają za uszami śrubki, które można odkręcić, by zajrzeć do środka ich głów. Pod włosami zaś na pewno skrywają wtyczki do ładowania.
Takie dni jak ten mówią ci więcej o opłakanej kondycji człowieczej w dobie „schyłkowego kapitalizmu”, niż opasłe tomy, jakie na ten temat powstały.
Wychodzisz i odbijasz kartę. Fajrant. Stajesz na chodniku. Monumentalny szklany dom przygląda ci się pustymi oczodołami okien. Ocenia. Wartościuje twoje życie. Sumuje w Excelu. Formuła policzy. Zero lub jeden. Innej opcji nie ma.
Ronja
przez Jan Przybylski | niedziela 28 listopada 2021 | opinie
W cieniu kryzysu na granicy z Białorusią i obaw dotyczących możliwego rosyjskiego ataku na Ukrainę czynniki rządowe przedstawiły projekt nowej ustawy o obronie ojczyzny. Moment można uznać w związku z tym za bardzo stosowny.
Rzeczony projekt został zaanonsowany ze wskazaniem jako celu zwiększenia liczebności Sił Zbrojnych do poziomu 250 000, tj. do dwukrotności stanu obecnego. Wielkość ta budzi dyskusje, jednak zagadnienie liczebności wojska pozostaje dyskusyjne co najmniej od czasu podjęcia na początku XXI wieku decyzji o uzawodowieniu armii. Już wtedy wskazywano, że z uwagi na wyższe w sposób naturalny koszty osobowe przejście od modelu uzupełnianego poborem na w pełni profesjonalny wiąże się z redukcją stanu osobowego o około połowę. W tamtych, pozornie spokojnych czasach, w których wojny toczyły się tysiące kilometrów od Polski, a udział w nich był kwestią decyzji politycznej o dołączeniu do koalicji interwencyjnej, kwestię tę można było uznawać za akademicko-techniczną, niekoniecznie egzystencjalną.
Mało tego, niektórzy eksperci formułowali nawet stanowisko, zgodnie z którym założona liczebność wojsk regularnych, wynosząca 100 000 żołnierzy, była i tak zawyżona w stosunku do nakładów. Zgodnie z tą opinią właściwym posunięciem miało być ograniczenie liczebności do najwyżej 80 000 i przeznaczenie zaoszczędzonych środków na znacznie efektywniejszą niż dotychczas modernizację techniczną. Nie sposób zaprzeczyć, że takie podejście wspierały i wspierają ważkie argumenty. Jednak działania Rosji, zapoczątkowane wojną z Gruzją i agresją na Ukrainę, w nieprzyjemny sposób zmieniły lokalne środowisko międzynarodowe i zasadniczo przybliżyły konflikt do granic Polski. Ponadto Ukraina stała się modelem nowego typu agresywnego oddziaływania, a mianowicie wojny hybrydowej, w której agresor może wręcz utrzymywać, że nie prowadzi żadnych działań, nie odpowiadając za zielone ludziki z uzbrojeniem, które można kupić w każdej hurtowi sprzętu wojskowego tudzież za spontaniczne zrywy lokalnej ludności uciemiężonej czymkolwiek. O ile armia mała, bardzo dobrze wyposażona, ale dysponująca znikomymi rezerwami i zdolnościami odtworzenia potencjału ludzkiego mogłaby się sprawdzić w z samego założenia agresora krótkim i angażującym tylko część dostępnych jego sił konflikcie podobnym do gruzińskiego, to wątpliwa byłaby jej zdolność do radzenia sobie z wielomiesięczną pełzającą wojną taką jak ta prowadzona na Ukrainie. Taka sytuacja wymaga nieraz pozycyjnego utrzymywania terenu i prowadzenia długotrwałych działań regularnych bądź nieregularnych, zużywających oraz wyczerpujących jednostki, którymi trzeba rotować i odtwarzać je. W takim kontekście liczebność i dostępność rezerw zaczyna mieć znaczenie decydujące dla realizacji własnego celu politycznego w konflikcie, choćby czysto defensywnego, ograniczonego do samego odparcia naporu.
W krajach leżących w polu oddziaływania Rosji wyciągnięto z tego pewne konkretne wnioski. W Szwecji w roku 2017 podjęto decyzję o przywróceniu zniesionej siedem lat wcześniej obowiązkowej służby wojskowej. W Polsce, w której za zasadniczą służbą wojskową ciągnie się odium zjawisk określanych jako fala, a różnice społeczno-kulturowe wykluczają w dającej się przewidzieć przyszłości skandynawską pozytywną integrację wojska z przeżywaniem obywatelskości, bez szkód dla późniejszej kariery zawodowej, zdecydowano się na powołanie ochotniczych Wojsk Obrony Terytorialnej.
Miał to być relatywnie niedrogi sposób stworzenia formacji liczącej połowę stanu wojsk regularnych, stanowiących dla nich wsparcie i potencjalną rezerwę kadrową. Jednak z uwagi na różne czynniki, w tym często pozbawioną stosownego umiarkowania retorykę tak „ojca” WOT, ówczesnego ministra Antoniego Macierewicza, jak i innych przedstawicieli obozu rządzącego, zakładanych celów kadrowych wciąż nie osiągnięto. Chociaż już w bieżącym roku WOT miały osiągnąć stan 50 000 żołnierzy, faktycznie osiągnięto ledwie 30 000. Choć niemała część krytyki tej formacji stanowiła lustrzane odbicie wspomnianego werbalnego nieumiarkowania rządzących, a utworzenie jej stanowi tak czy inaczej sukces potwierdzany m.in. przez możliwość zaangażowania terytorialsów do ochrony granicy, założenia spełniono tylko częściowo. Problemy z obsadzeniem etatów dotykają zresztą również wojsk regularnych, w których sformowano nową, czwartą dywizję.
Sytuacja międzynarodowa uległa natomiast dalszemu zagęszczeniu. Ponieważ, jako się rzekło, przywrócenie obowiązkowego poboru byłoby niezwykle obciążające politycznie, projekt ustawy zakłada wprowadzenie rocznej dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, po której odbyciu żołnierz mógłby kontynuować karierę w wojsku lub przejść do rezerwy. Zamiary obejmują również stworzenie systemu zachęt dla kandydatów – skierowane do studentów programy stypendiów „spłacanych” późniejszą okresową służbą wojskową czy uatrakcyjnienie warunków służby jako takiej.
Ponieważ dwukrotne zwiększenie liczebności (deklarowane poziomy to 250 000 żołnierzy armii regularnej plus 50 000 WOT) przy pozostawieniu dotychczasowego finansowania byłoby przepisem na katastrofę, zakłada się wzrost wydatków do poziomu rzędu 3% PKB. Przy czym w dziedzinie konkretnych planów próg 2,5% miałby zostać osiągnięty już w roku 2026, a nie, jak wcześniej zakładano, w 2030. Pomóc temu ma Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych zasilany wpływami ze skarbowych papierów wartościowych środkami z obligacji wyemitowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego, wpłatami z budżetu państwa i wpłatami z zysku z Narodowego Banku Polskiego. Wydatki majątkowe, tj. na uzbrojenie, sprzęt i infrastrukturę, mają wynieść co najmniej 20% ogółu. W kontekście funkcjonowania wojska mają zostać wprowadzone zmiany w aspektach organizacyjnych, powodujące ułatwienie awansów czy umożliwienie uzyskania wyższego stopnia w obrębie istniejącego stanowiska. Na poziomie ustawowym zostaną usankcjonowane ponadto Wojska Obrony Cyberprzestrzeni, tworzone skądinąd już od roku 2019, nie jest więc to jakaś sensu stricto nowość wprowadzana przez obecny projekt.
Powyższy skrótowy przegląd wskazuje na poszukiwanie w nieprzyjemnej sytuacji międzynarodowej formy równowagi pomiędzy liczebnością, jakością i możliwościami finansowymi. Realność deklaratywnych celów dotyczących tej pierwszej pozostaje wątpliwa, na co skądinąd wskazuje umiarkowane powodzenie naboru do WOT. Prawdopodobnie jednak realizacja projektu spowoduje pewne odtworzenie zanikających z powodu starzenia się przeszkolonych roczników rezerw. W niełatwej sytuacji gospodarczej można obawiać się o realność celów dotyczących wzrostu finansowania. Tak czy inaczej w tym aspekcie konieczne jest zadbanie o jak największy stopień realizacji kontraktów w kraju. Pewnym powodem do optymizmu może być wybranie jako preferowanego partnera do negocjacji kontraktowych dotyczących realizacji programu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu „Narew” koncernu MBDA oferującego pociski rakietowe rodziny CAMM i deklarującego szeroki zakres produkcji w Polsce oraz transferu technologii.
W odniesieniu do deklarowanej liczebności i dominacji Wojsk Lądowych, wyrażonej przez planowany zakup czołgów Abrams, ciekawe wydają się formułowane porównania z Bundeswehrą w postaci z czasów Zimnej Wojny. Była to bowiem armia potężna na lądzie, z relatywnie nieco niedorozwiniętymi komponentami powietrznym i morskim. Luftwaffe słaba nie była, ale np. stanowiące gros potencjału w latach 70. i 80. niemieckie Phantomy należały do uproszczonej wersji F-4F pozbawionej możliwości zwalczania celów powietrznych poza zasięgiem wzroku. Bundesmarine była flotą raczej przybrzeżną, nieporównywalną z marynarkami wojennymi Wielkiej Brytanii czy Francji. Ale wszystko odbywało się w NATO-wskim układzie odniesienia, więc brakujące zdolności mieli zapewnić sojusznicy, przede wszystkim Amerykanie.
Ponieważ do Wojska Polskiego trafią Abramsy, a mają pozostać powierzchownie zmodernizowane T-72, Polska stanie się w NATO prawdziwą marchią pancerno-zmechanizowaną, dysponującą circa 900 czołgami w linii oraz do rozwinięcia mobilizacyjnego. Dla porównania – Niemcy mają w 2025 dysponować ledwie 328 czołgami, a po wdrożeniu Abramsów potencjał Wojska Polskiego będzie wyższy także w aspekcie jakościowym. Siły Powietrzne pozostaną za to niedorozwinięte, z efektywnie ledwie 80 samolotami po wprowadzeniu F-35 i zamiarem rozbudowy potencjału o kolejne 32 maszyny w późniejszej perspektywie. Niemcy mają z kolei 231 samolotów i podobny poziom utrzymają w przyszłości. Analogicznie wygląda zestawienie marynarek wojennych nawet po ewentualnie szczęśliwym wdrożeniu „Mieczników”.
Takie niezrównoważenie poszczególnych komponentów ma sens – ale pod warunkiem założenia obustronnie twardej i obliczalnej konstelacji sojuszniczej. W razie czego Wojsko Polskie miałoby gryźć ziemię, a alianci dosyłać posiłki w powietrzu oraz na morzu, znacznie mniej grożące masowym powrotem w workach. Taka konstelacja wymaga dyplomacji i słuchania głosu stolic, od których oczekuje się odsieczy, w różnych sprawach, bo bez pewnej lojalności nikt nie będzie rzucał się do ratowania innych. Nie jest to może nadmiernie komfortowe, pytanie jednak o realną politycznie alternatywę. A ponieważ daną postać Wojska Polskiego autoryzuje ta, a nie inna formacja, można zakładać, że sporo ruchów pod hasłem „wstawania z kolan” będzie bardzo pozornych, z teatrem na użytek krajowego widza, jednak wynikiem uzgodnionym z zagranicą, która też gniewać się może dość teatralnie.
dr Jan Przybylski
przez Tomasz Drzazgowski | środa 24 listopada 2021 | opinie
Betonowanie placów miejskich ma zostać zakazane na mocy decyzji PiS. Po co się więc nim jeszcze zajmować? Może dlatego, że zawsze warto rozumieć proces, w który następuje ingerencja. Przypadek chociażby zakazu handlu w niedzielę pokazuje, że rozstrzygnięcie legislacyjne jest ważnym, ale dopiero pierwszym krokiem. Zwłaszcza, jeśli dotyczy zjawisk budzących silne, sprzeczne i nie do końca rozpoznane emocje.
Obrazek pierwszy: nie ma ławki – nie ma „menela”
Na początku lat dwutysięcznych bliska mi osoba kupiła mieszkanie w Warszawie, w pięknej okolicy na Górnym Mokotowie, niedaleko metra i kina „Iluzjon”. Dość szybko rzucił jej się w oczy brak ławek. Zapytała o to gospodarza domu. „Proszę pani, jak jest ławka, to na niej jest menel” – odpowiedział. W ten sposób mokotowski dozorca w kompaktowy sposób wyraził ideę stojącą za zamykaniem poczekalni kolejowych, usuwaniem ławek lub czynieniem ich niemożliwymi do leżenia, pokrywaniem gzymsów kolcami, zakładaniem domofonów, grodzeniem osiedli. Ideę fizycznego ograniczania dostępu intruzom – niepożądanym osobom (ale też na przykład gołębiom). Ta sama myśl leży również u podstaw betonowania placów, ale o tym później.
Na razie cofnijmy się do początku XXI wieku, a nawet dalej. Bo żeby zrozumieć pragnienie czy potrzebę fizycznego oddzielenia się od intruzów, musimy wrócić do lat dziewięćdziesiątych. Albo obejrzeć film „Dług” Krzysztofa Krauzego. Ten obraz upraszcza czy nawet zniekształca realia, ale świetnie oddaje atmosferę Polski kilka lat po przemianach ustrojowych. Z erupcją przemocy, bezkarnością przestępców pospolitych, zorganizowanych i gospodarczych, a przede wszystkim – dojmującym poczuciem, że jest się w tym wszystkim samemu. Że państwo abdykowało z wielu podstawowych funkcji, w tym z dbania o bezpieczeństwo. Że nie ma co liczyć na władzę, na policję, na bliźnich. Że trzeba wziąć sprawy we własne ręce, co przecież zgadzało się z oficjalną doktryną balcerowiczowskiej transformacji. Więc ludzie brali sprawy we własne ręce. Lata dziewięćdziesiąte i następne to był czas mody na kursy samoobrony, pistolety gazowe, zakładanie krat i zdejmowanie spisów lokatorów. Oraz na budowanie płotów i zamykanie bram.
W sytuacji wycofania się państwa, tworzenie fizycznych barier wydawało się naturalnym sposobem oddalania niebezpieczeństwa. Rosnąca alienacja, samotność, znieczulica i lęk powodowały, że zagrożeniem był już nie tylko przysłowiowy facet bez karku siedzący w czarnym BMW, lecz każdy obcy, niepasujący do stereotypu, inny.
Obrazek drugi: labirynt z płotów
Wspomniane mieszkanie znajdowało się w zbudowanej zaraz po wojnie kamienicy, która stała pośrodku dużego kwadratowego podwórca, a właściwie małego skweru położonego między czterema ulicami. Bramy okalających kamienic były otwarte, więc dało się szybko wyjść w pożądaną stronę. Można też było skorzystać z dużego podwórza bądź dzięki jego obecności poczuć więcej przestrzeni. Wszystko zaczęło się zmieniać po kilku latach, wraz z grodzeniem.
Charakterystyczny był sposób, w jaki je przeprowadzono. Kształt przestrzeni wręcz prowokował do tego, by zamknąć lub wstawić kilka bram i rozdać kody czy klucze. W naturalny sposób powstałby chroniony kwartał, dostępny tylko dla mieszkańców. Sprzyjałoby to również oswojeniu i wzięciu odpowiedzialności za „niczyje” do tej pory podwórze, które mogłoby zostać zagospodarowane jako przestrzeń wspólna służąca potrzebom lokatorów z wszystkich okalających domów. Stało się inaczej. Płoty pojawiły się stopniowo, jakby niepostrzeżenie, stawiane przez poszczególne wspólnoty wokół własnych budynków. Bramy faktycznie zostały zamknięte, ale klucze do każdej otrzymywali wyłącznie lokatorzy domu, w którym się znajdowała. W ten sposób przestało być możliwe wychodzenie na cztery strony świata. Od pewnego momentu każdy mieszkaniec musiał już opuszczać swój dom konkretną drogą, często jej nadkładając. Zaczynało to zresztą przypominać skomplikowaną wędrówkę wśród płotów wyrastających tuż za oknem. Podwórze nie było już przestrzenią wspólną (ani zagospodarowaną, ani zdziczałą), lecz klaustrofobicznym labiryntem.
W tym konkretnym przypadku (i nie tylko w nim) charakterystyczne jest to, że jako intruzi potraktowani zostali nie ci, którymi tradycyjnie straszono (włamywacze, złodzieje aut, narkomani, pijacy itp.) czy nawet osoby skracające sobie drogę do metra, lecz sąsiedzi. Bariery nie powstały na granicy wspólnoty, by ją chronić przed – wyimaginowanym czy realnym – zagrożeniem, lecz w jej wnętrzu. Ale czy aby na pewno wspólnoty? Czy ludzie, którzy zamieszkiwali sąsiadujące domy, czuli się nią? Może wcale nie? Może raczej uważali sąsiadów za zło konieczne, które co najwyżej należy tolerować?
Mokotowski przypadek wcale nie był odosobniony. W całym kraju w tamtym czasie nie tylko podwórka, piętra wieżowców czy galerie falowców były cięte kratami, lecz dopełniał się proces „prywatyzacji” ostatnich przestrzeni wspólnych w budynkach wielorodzinnych. Sprzedawano czy oddawano w dzierżawę pomieszczenia, które w założeniu projektantów miały być użytkowane kolektywnie, takie jak wózkownie, pralnie, kluby, strychy. Nie wspominając o dogodnych do wydzielenia kawałkach korytarza czy nawet dodatkowych klatkach schodowych. Gdzieniegdzie ostały się suszarnie czy świetlice – te ostatnie jednak niemal wyłącznie w blokach spółdzielczych.
Opisane sprawy były niewątpliwie kulminacją pewnych procesów. Na pewno nawarstwiły się tu zjawiska z lat dziewięćdziesiątych uruchomione przez wybrany model transformacji – z jednej strony lęk i alienacja narastające aż do paranoi, z drugiej indywidualizm i dążenie do uwłaszczenia. Ale nie tylko. Myślę, że chodzi o procesy głębsze i starsze. Wyraźne już w epoce Gierka, w której dzieje się akcja serialu „Czterdziestolatek”. W jednym z odcinków inżynier Karwowski, przerażony anonimowością i znieczulicą panującą w jego bloku, próbuje założyć klub mieszkańców. A w zasadzie go reaktywować, bo pomieszczenie jest, tylko zawłaszczone przez gospodarza domu Walendziaka, który nieoficjalnie prowadzi tam punkt naprawy odbiorników RTV. To właśnie on zada ostateczny cios inicjatywie Karwowskiego, ale tak naprawdę upada ona pod ciężarem oporu mieszkańców, którzy są wobec pomysłu odtworzenia przestrzeni wspólnej obojętni, niechętni, a nawet wrodzy. Jest coś symbolicznego w tym, że – wiele dekad przed wszechobecnymi dziś lamentami – kontakt z żywym słowem i żywymi ludźmi przegrywa z potrzebą siedzenia z najbliższą rodziną w czterech ścianach i oglądania telewizji.
Zdruzgotanemu inżynierowi rzeczywistość tłumaczy jak zwykle Kobieta Pracująca, która akurat dorabia sobie w instytucie socjologii. Streszczając pracę poświęconą sytuacji z Nowego Bródna, gdzie sąsiedzi zainterweniowali w obronie atakowanej kobiety, a potem bez słowa rozeszli się do mieszkań, podsumowuje ona: „Nie znają się i nie chcą się znać”. To zdanie-klucz, które wyjaśnia wiele zjawisk zachodzących współcześnie.
Odnosi się ono do tej cechy zamieszkiwania w budynkach wielorodzinnych, jaką jest wymuszone sąsiedztwo. Powoduje to dwa źródła poważnego stresu środowiskowego. Pierwszym jest poczucie zatłoczenia, czyli postrzeganie przestrzeni dostępnej jako mniejszej od pożądanej. Życie w bloku czy kamienicy konfrontuje ze stałą obecnością innych ludzi, ich śladami, odgłosami, zapachami. Zamieszkiwanie pod jednym dachem wystawia na konsekwencje cudzych decyzji – nie tylko podejmowanych gremialnie (na przykład przez zarząd wspólnoty czy spółdzielni), lecz również indywidualnych, wypływających chociażby z odmiennych priorytetów, preferencji czy gustów. A nie każdy ma tyle tupetu (i władzy), co Stanisław Anioł w serialu „Alternatywy 4” żądający od sąsiada, by zmienił kolor zasłon, bo brązowy obok zielonego „wygląda jak gówno w lesie”.
Prowadzi nas to to drugiego ze źródeł stresu. Jest nim daleko mniejsza niż w przypadku budownictwa jednorodzinnego prywatność oraz możliwość personalizacji zamieszkiwanej przestrzeni. Są to bardzo podstawowe potrzeby psychologiczne, których frustracja uruchamia mechanizmy obronne. Niektóre mają charakter kreatywny, a ich wyrazem jest z jednej strony ozdabianie balkonów i drzwi, wieszanie firanek i obrazków na klatkach schodowych czy uprawa przyblokowych ogródków, a z drugiej strony na przykład graffiti czy wlepki. Inny rodzaj mechanizmów obronnych w sytuacji poczucia zatłoczenia i ograniczenia prywatności polega na wycofaniu się z relacji, a nawet z kontaktu. To dlatego w wielu krajach (na pewno w Polsce i w Stanach Zjednoczonych) nie spełnił się sen modernistycznych architektów, którzy projektowali w budynkach duże przestrzenie wspólne kosztem prywatnych. W założeniu mieszkańcy mieli się tam spotykać, przypadkiem bądź intencjonalnie, poznawać, nawiązywać relacje i budować więzi. Tyle teoria. W praktyce okazało się, że ludzie, którzy odczuwają obecność innych w swoim życiu prywatnym jako narzuconą, będą się raczej unikać. „Nie znają się i nie chcą się znać”. A kiedy pojawi się taka możliwość – jak w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – odgrodzą nawet od najbliższych sąsiadów.
Obrazek trzeci: jajecznica na betonie?
Od lat nie bywam już na opisanym mokotowskim podwórku, nie wiem więc, jak potoczyły się jego losy. Być może dalej dziczeje podzielone płotami. Można się jednak spodziewać, że zostało w taki czy inny sposób utwardzone kosztem zieleni – zgodnie z logiką ostatnich lat trapionych chorobą nazwaną betonozą. To zjawisko jest wciąż dość szeroko analizowane, również przeze mnie. Można je w skrócie opisać jako silną tendencję, zgodnie z którą przestrzeń publiczna po remoncie czy rewitalizacji zawiera w sobie mniej zieleni niż przed wprowadzeniem zmian. Innymi słowy, przebudowa terenów wspólnych w Polsce wiąże się w dużej mierze z usuwaniem trawników, wycinką drzew i krzewów itp. Na ich miejsce pojawiają się bruk, cement czy kostka, uzupełnionymi przez rachityczne formy typu drzewko w donicy, które nie rekompensują utraconej zieleni, stanowiąc raczej rodzaj alibi. W ten sposób w polskich miastach na placach, ulicach, a nawet skwerach powstało mnóstwo betonowych pustyń, niedających schronienia przed deszczem, wiatrem, a zwłaszcza upałem. Do tego ostatniego zjawiska odnosiły się happeningi polegające na smażeniu jajecznicy na środku wybrukowanego, rozgrzanego słońcem rynku.
Presję na betonowanie przestrzeni miejskich tłumaczy się różnie. Oficjalne komunikaty samorządów często podkreślają chęć przywrócenia rynkom ich oryginalnego kształtu. Jest to prawda, ale tylko częściowa, ponieważ nie uwzględnia faktu, że główne place miejskie różnie wyglądały w różnych momentach historycznych: inaczej na przykład w średniowieczu, gdy mieściły w sobie budowle czy urządzenia służące wspólnocie; inaczej przed wojną, gdy były puste, aby można było zjeżdżać wozami na jarmarki; inaczej w PRL-u, kiedy w ramach szybkiej odbudowy i pod wpływem idei modernistycznych place zadrzewiano, często zamieniając w rodzaj skwerów. Za każdym razem mamy do czynienia z oryginalnym kształtem, jego wybór przy remoncie jest zatem kwestią arbitralną.
Sporo osób zwraca uwagę na procedury, w ramach których przydzielane są środki unijne na rewitalizację czy modernizację przestrzeni miejskiej. Ich konstrukcja ma sprzyjać wybieraniu przy przebudowie najprostszych, często izolowanych od siebie rozwiązań, typu wycinka, brukowanie, sadzenie drzew w donicach, stawianie ławek, latarni itp. Niektórzy idą dalej, sugerując, że na betonowaniu czy innych ciężkich pracach budowlanych łatwiej dać zarobić tym przedsiębiorcom, którzy mają zarobić.
Konflikt o betonozę wpisuje się ponadto w toczony na wszelkich polach polski spór modernizacyjny. Jedną jego stroną są ci, dla których nowoczesność wiąże się ze stopniowym przekraczaniem wiejskich korzeni, a zatem między innymi odchodzeniem od drewna, ziemi, nieuporządkowanej zieleni w kierunku betonu, bruku i przystrzyżonych trawników. Po drugiej stronie sporu znajdują się ci, którzy chcieliby ten etap rozwoju społeczeństw czy miast przeskoczyć i znaleźć się od razu tam, dokąd dotarły państwa Europy Zachodniej, a zwłaszcza północnej. Tam promuje się maksymalizowanie powierzchni biologicznie czynnych, szerokie stosowanie materiałów ekologicznych oraz ograniczanie ingerencji w naturalne procesy. Spór pomiędzy zwolennikami wolniejszej i przyspieszonej modernizacji jest ogólnie bardzo emocjonalny, w dużej mierze oparty na zawstydzaniu. Tak też jest w przypadku konfliktu o betonozę, którego temperatura (!) wzmacniana jest faktem, że przeciwnicy brukowania placów mają po swojej stronie aktywistów i naukowców zajmujących się ociepleniem klimatu. Szereg ich argumentów zasługuje na uznanie, ale jeden wydaje mi się nieoczywisty. Otóż zgadzam się, że brak osłony przed deszczem, wiatrem czy słońcem nie sprzyja spędzaniu czasu na rynku. Ale też każdy, kto mieszka bądź bywa w polskich miastach (zwłaszcza mniejszych i średnich), wie, że i przed wycinką drzew ich place nie tętniły życiem. A już na pewno nie często i nie z głównym udziałem tak chętnie przywoływanych matek z małymi dziećmi.
Ten ostatni przykład uznać można za znamienny. W psychologii środowiskowej panuje bowiem przekonanie – zgodne zresztą z potoczną intuicją – że dane miejsce postrzegane jest jako bezpieczne, jeżeli chętnie przebywają tam osoby starsze i dzieci właśnie. Z tego punktu widzenia większość polskich rynków czy placów nie należy do bezpiecznych. I nie należała również przed betonowaniem. Oczywiście w dzień powszedni przed południem panuje na nich hałas i gwar. Jeśli się jednak przyjrzeć, to nie mamy do czynienia z dłuższym przebywaniem, zwłaszcza osób starszych czy dzieci, lecz raczej z przemieszczaniem się w krzątaninie załatwianych spraw i ewentualnie z krótkimi zatrzymaniami w ruchu. Oczywiście w pogodne niedzielne popołudnia (ale wczesne!) na rynku spotkamy trochę rodziców czy opiekunów z dziećmi, zwłaszcza jeśli jest tam fontanna czy lodziarnia. Po pierwsze jednak na miejskich placach znajdziemy ich tam znacznie mniej niż w tym samym czasie w przeciętnej galerii handlowej czy sali zabaw. Po drugie, i te nieliczne osoby starsze czy dzieci znikają z rynków na długo przed zapadnięciem zmroku. Miejskie place wracają zaś wtedy do swych realnych właścicieli. Ponownie wchodzą w posiadanie tych, którzy je okupują zazwyczaj: pojawiają się najwcześniej i najpóźniej schodzą. W międzyczasie natomiast zajmują najdogodniejsze miejsca. W czasach przed betonozą to właśnie oni przesiadywali w przywoływanym dziś z nostalgią cieniu. Wybierając lokalizacje najczęściej lekko na uboczu, ale pozwalające kontrolować wzrokiem wszystko, co dzieje się na placu. Na różne sposoby zaznaczając swoją obecność.
Ludzie, ale też i inne gatunki, po znalezieniu się w zamkniętym obszarze – a takim jest małe miasto bądź dzielnica większego – przejawiają tendencję, by gromadzić się w centralnym miejscu. Nie ma to związku z dostępem do przestrzeni, pożywienia czy innych zasobów, lecz raczej z pragnieniem uspołecznienia czy bliskości. To wtórne zagęszczenie powoduje szereg następstw, do których należą hiperaktywność jednych i nienaturalna pasywność innych, często przechodzące jedna w drugą. I to jest właśnie zjawisko, jakie nadaje ton centralnym placom miast czy dzielnic. Niekiedy są to mężczyźni w średnim wieku, którzy piją alkohol bądź patrzą przed siebie, milczą lub wybuchają nagłymi kłótniami, są pobudzeni albo ospali. Niekiedy są to pojedyncze grupki głośno zachowującej się młodzieży. Albo hałaśliwe pary. Albo osoby sprawiające wrażenie zdezorientowanych, zagubionych, splątanych. Albo żebracy, żebraczki. A najczęściej są to różne konfiguracje osób podobnych do opisanych powyżej lub innych, ale zawsze budzących pewien niepokój. Nie chodzi przy tym wcale o zachowania jednoznacznie agresywne (chociaż procentowo jest ich najwięcej w centrach miast), lecz o rodzaj napięcia wprowadzanego przez samą obecność i zachowanie odbiegające od pewnej konwencji. Konwencji polegającej na ograniczaniu bliskości do konkretnych sytuacji (zwłaszcza domowych, rodzinnych, towarzyskich) i unikaniu jej na poziomie społecznym. Konwencji, by w przestrzeni publicznej „nie znać się i nie chcieć się znać”. A na pewno trzymać dystans. Osoby okupujące miejskie place tego nie robią. Skracają dystans, szukają bliskości. Dlatego budzą niepokój i niechęć, czasem wrogość. Stają się niechcianymi intruzami.
Z tej perspektywy na betonowanie placów i pozbawianie ich drzew – a zatem czynienie ich pustyniami niezdatnymi do przebywania – można spojrzeć jak na kolejny etap procesu zapoczątkowanego przez grodzenie osiedli. Procesu – w dużej mierze podświadomego – stwarzania fizycznych barier dla niechcianych osób, postaw czy emocji. Najpierw za pomocą krat, domofonów i zamkniętych bram zostały one wyrugowane z budynków, a następnie z osiedli i gentryfikowanych dzielnic. W ten sposób wzmocnieniu uległy naturalne tendencje gromadzenia się na centralnych placach. Uczynienie z nich pustych, betonowych, nieprzyjaznych przestrzeni byłoby z tej perspektywy ostatnim aktem usuwania poza obszar społeczności tego, co niechciane czy przestraszające. Pozostaje pytanie, gdzie mają się one podziać?
Epilog
Trauma jest normalną reakcją na nienormalną sytuację. Grodzenie osiedli, czy szerzej: wznoszenie fizycznych barier, wydawało się naturalną odpowiedzią na porzucenie przez państwo swoich obywateli i zostawienie ich samych z uwolnionymi demonami. Naturalne też wydawało się ograniczenie terytorium do obszaru, który wydawał się możliwy do obrony przez daną grupę – nie miasta, nie osiedla, lecz pojedynczego budynku czy nawet fragmentu korytarza. Działanie pod wpływem traumy ma jednak szereg ograniczeń i skutków ubocznych. Grodzenie i betonowanie jako reakcje odruchowe, impulsywne, przypominają wylewanie dziecka z kąpielą. Być może blokują dostęp agresorom, przy okazji znacznie utrudniając funkcjonowanie mieszkańcom i odcinając ich od tego wszystkiego, co nie stanowi zagrożenia, lecz mogłoby wzbogacić życie wspólnoty. Smutne (i pełne niemiłych owadów) są osiedla, z których pozbyto się jerzyków. Jeszcze smutniejsze są zamknięte enklawy ogołocone z ludzi i emocji.
Wygrodzenie jednego lub kilku budynków być może ułatwia rozwiązanie niektórych problemów. Równocześnie jednak prowadzi do tworzenia w dzielnicy czy mieście izolowanych podmiotów. Utrudnia współpracę przy załatwianiu wielu spraw w skali przekraczającej wymiar pojedynczej wspólnoty. Często bywa tak, że po grodzeniu przestrzeń wewnątrz płotu staje się bardziej zadbana i chroniona, a na jego zewnątrz – bezpańska i trudniejsza do ochrony.
Co może pomóc? Przez cały ten tekst przewija się figura gospodarza domu. Nie był to świadomy zamiar. Coś w tym może jednak jest? Jeżeli decydującym impulsem prowadzącym do traumy było porzucenie przez państwo swej roli wobec obywateli jako użytkowników przestrzeni, to może powinno ono do niej wrócić, aby pomóc ją przepracować? Zahamowanie maniakalnego betonowania jest pierwszym krokiem. Aktywność władzy nie powinna się jednak ograniczyć ani do niego, ani do prostego uruchamiania funduszy, ani do impulsywnych pojedynczych działań podejmowanych na szczeblu centralnym bez namysłu czy empatii. Takim krokiem prowadzącym do pogłębienia traumy byłby na przykład odgórny zakaz grodzenia osiedli. Zamiast tego potrzebne jest zrozumienie oraz uznanie potrzeb i emocji stojących za stawianiem fizycznych barier oraz aktywna, realna pomoc udzielana wspólnotom we wprowadzaniu bardziej sensownych rozwiązań. Na tym etapie byłoby nim nie tyle usuwanie płotów, co ich rozszerzanie. Symboliczne i dosłowne.
Tomasz Drzazgowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Radosław Stupak | niedziela 21 listopada 2021 | opinie
Nieco ponad tydzień temu, po 13 latach ubezwłasnowolnienia, Britney Spears wygrała batalię sądową, dzięki czemu udało jej się odzyskać kontrolę nad podstawowymi aspektami swojego życia prywatnego, choć nad jej majątkiem wciąż czuwać będą inni.
W 2006 Britney Spears była w trakcie burzliwego rozwodu z Kevinem Federlinem. W trakcie walki o prawa do opieki nad dziećmi Britney miała zamknąć się wraz z nimi w łazience. Wezwano policję, wokalistkę zabrano do szpitala psychiatrycznego. Po kilku kolejnych hospitalizacjach jej ojciec wystąpił o tymczasową kuratelę/ubezwłasnowolnienie, które następnie w 2008 roku uczyniono trwałym. Od tego momentu ojciec Britney sprawował kontrolę nad najbardziej nawet prywatnymi aspektami życia córki (np. zmuszał ją do stosowania antykoncepcji) oraz jej finansami i karierą.
Istnieje pokusa, żeby historię Britney Spears wtłoczyć w dwie podstawowe klisze. Z jednej strony możemy mieć więc do czynienia z opowieścią o gwieździe popkultury, wykorzystywanej przez bezduszny przemysł rozrywkowy promujący seksualizację dzieci i nastolatków, konsumpcjonizm, indywidualizm itp., itd. Czyli w sztampę tych wszystkich, słyszanych od lat, utyskiwań dobrze opłacanego głównonurtowego medialnego i akademickiego salariatu, który poza wylewaniem krokodylich łez nie robi nic, aby tym zjawiskom realnie się przeciwstawić, a często jest też ich najlepszym przykładem i konsumentem. Możemy też mówić o tym, że gwiazda płaci wysoką osobistą cenę za sukces komercyjny, czyli o ciężkim losie bogaczy. Z drugiej, w równie klasycznym indywidualizującym manewrze, możemy mieć opowieść o złym i bezdusznym ojcu zarabiającym na córce, zamieniającą narrację w ckliwą historię rodem z telenoweli. Wszystko kończy się happy endem, wzruszamy się, dobro ostatecznie triumfuje, złoczyńcy zostają ukarani, księżniczka zwycięża i odzyskuje wolność, kamień spada nam z serca, żyli długo i szczęśliwie. Dobranoc.
Ujmując jednak przypadek Britney w taki sposób, umyka nam podstawowa kwestia: dlaczego w ogóle do tej sytuacji doszło? Jak było możliwe pozbawienie młodej, bogatej, sławnej kobiety u szczytu kariery kontroli nad wszystkimi aspektami swojego życia i finansami? Nie jest to przecież wyłącznie kwestia popkulturowych standardów i przemysłu rozrywkowego, ani tym bardziej wyłącznie kwestia „złych ludzi”. Nie jest to też kwestia „zgniłych jabłek” w systemie psychiatrycznym i sądowniczym, wyjątkowych odosobnionych przypadków, niemoralnych osobników, którzy to umożliwili i których teraz wystarczy przykładnie ukarać. To, co widzielibyśmy, gdybyśmy chcieli to dostrzec na przykładzie historii Britney Spears, to kwestia praw człowieka, a właściwie ich łamania i ograniczania, w kontekście psychiatrii. To właśnie zdiagnozowanie Britney jako chorej psychicznie uruchomiło całą procedurę, która ostatecznie, zgodnie z prawem i wszelkimi wymogami, pozwalała na uczynienie z niej niewolnicy, która nie mogła nawet decydować o tym z kim się spotykać, czy może zajść w ciążę, by nie wspominać już nawet o wolności dotyczącej stosowania i wyboru rodzaju leków czy terapii.
Przypadek Britney nie jest odosobniony, takie sytuacje zdarzają się często, nie są obce ludziom, którzy mieli pecha zetknąć się z systemem psychiatrycznym [1]. Zazwyczaj jednak nie dotyczą one ludzi z pierwszych stron gazet, ludzie ci nie mogą więc liczyć na wsparcie rzeszy fanów. „Zwykłych ludzi” leczyć przymusowo i ubezwłasnowolnić jest znacznie łatwiej niż międzynarodowe gwiazdy. „Zwykłym ludziom” znacznie trudniej natomiast jest się z takiej sytuacji wyplątać. Wymaga to znajomości, kontaktów, rozeznania w systemie, pieniędzy na pomoc prawną, przychylne opinie ekspertów (którzy muszą wtedy występować niejako przeciwko własnemu środowisku i opinii innych lekarzy) itd. Same diagnozy i opinie psychiatryczne są natomiast niezwykle subiektywne, pomimo powoływania się na hasło „medycyny opartej na dowodach”, trudno lub w ogóle nieweryfikowalne. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tak naprawdę jest to kwestia osobistego zdania osoby wystawiającej opinię psychiatryczną, ponieważ nie istnieją w zasadzie żadne obiektywnie mierzalne wskaźniki (jak np. pomiar stężenia jakiegoś hormonu czy skan mózgu), które mogłyby taką opinię potwierdzić lub jej zaprzeczyć. Wyjątkami od tej reguły mogą być jedynie sytuacje, kiedy to innego rodzaju fizyczna choroba (np. padaczka) powoduje objawy podobne do zaburzeń psychicznych.
Ojciec Britney posługiwał się diagnozą psychiatryczną instrumentalnie. Fakt, że Britney miała być chora psychicznie, oznaczał więc, że wymaga „troskliwej opieki”, oznaczającej całkowitą kontrolę nad jej życiem, dla „jej własnego dobra”. Fani walczący o wolność wokalistki, skupieni w ramach akcji #FreeBritney, oskarżani byli więc przez lata nie tylko o foliarstwo i szerzenie teorii spiskowych, ale również o stygmatyzację zaburzeń psychicznych. Zarzut o stygmatyzowanie osób chorych psychicznie stał się więc hasłem umożliwiającym pozbawienie wolności zdiagnozowanej osoby. Jednak to właśnie uznanie, że osoby z diagnozami psychiatrycznymi, takie jak Britney, nie są w stanie „prawidłowo” oceniać rzeczywistości i decydować o sobie i o swoim życiu, jest stygmatyzujące, a wręcz dehumanizujące. Oznacza, że odmawiamy im prawa do specyficznie ludzkich zdolności.
Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z ocalonymi z psychiatrii, miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować całkowicie stosowanie tego rodzaju praktyk. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz dosłownie o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”, co oznaczało, ni mniej ni więcej, że lobby psychiatryczne nawoływało do ignorowania stanowiska ONZ. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu rozmontowanie Konwencji, pomimo sprzeciwu organizacji pacjentów [2]. Raport dla ONZ w sprawie stosowania tortur i innych okrutnych, nieludzkich i poniżających form leczenia i karania wprost zrównywał część praktyk psychiatrycznych właśnie z torturami [3].
W wielu krajach europejskich, oprócz przymusowego leczenia szpitalnego, funkcjonują też, różnie nazywane (np. Community Treatment Orders w Wielkiej Brytanii), programy przymusowego leczenia „w środowisku”. Zazwyczaj sprowadzają się one w praktyce do tego, że ludziom, którzy odmówiliby przyjmowania leków, grozi automatyczny powrót do szpitala.
W Polsce kontrola NIK z 2012 r. wykazała, że nawet dość luźne kryteria kierowania na przymusowe leczenie i stosowania środków przymusu (w rodzaju podania leków wbrew woli, przywiązywania do łóżka i kaftanów bezpieczeństwa) w szpitalach są nagminnie łamane [4]. Wraz z trwającą reformą psychiatrii, której częścią ma być nowelizacja ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, planuje się dalsze poluzowanie tych kryteriów, a także dodatkowe przepisy znacznie ułatwiające przymusowe leczenie dzieci. Nie chodzi jednak wyłącznie o poluzowanie kryteriów. W uzasadnieniu zmian rozesłanym do organizacji pacjentów przez Rzecznika Praw Pacjenta przeczytać możemy też że:
„W art. 11 ustawy proponuje się dodanie ust. 3, który wyłączałby obowiązek osobistego zbadania osoby z zaburzeniami psychicznymi lub wydania opinii o tej osobie w sytuacji, gdy stan zdrowia tej osoby jest wyłącznie konsultowany. Zmiana ta wychodzi naprzeciw postulatom środowiska lekarskiego, aby w sytuacji, w której lekarz uznaje za potrzebne skonsultowanie się z innym lekarzem, nie było każdorazowego obowiązku przeprowadzenia osobistego badania osoby. Najczęściej ma to dotyczyć sytuacji przyjęcia bez zgody do szpitala psychiatrycznego oraz przedłużenia stosowania przymusu bezpośredniego”.
De facto byłaby to po prostu legalizacja części nielegalnych praktyk, które wykazał wcześniejszy raport NIK i oznaczałoby, że decyzję o przymusowym leczeniu lub przedłużeniu unieruchomienia poprzez np. przywiązanie kogoś do łóżka wydać można będzie nie widząc na oczy osoby, której ta decyzja dotyczy.
Paradoksalnie, poluzowanie kryteriów, może też działać w drugą stronę i być związane nie z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy nie złamali prawa, ale z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy złamali prawo, ale mogą, dzięki odpowiedniej opinii psychiatry, uniknąć więzienia a następnie szybko wyjść na wolność. Wskazywać mogłoby na to niedawne aresztowanie ordynatora szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie (Szpital Dziekanka) pod zarzutem ułatwiania skazanym uniknięcia kary. Proceder trwał najprawdopodobniej wiele lat, dotyczył wielu osób, a wyszedł na jaw dopiero, kiedy oskarżonego przyłapano na gorącym uczynku, w mieszkaniu odkryto ponad milion złotych w gotówce pochowanych w reklamówkach [5]. Wcześniej ani sąd, ani personel, ani inni zainteresowani nie potrafili lub nie chcieli zauważyć oszustwa. To również może wskazywać na subiektywny i trudno weryfikowalny charakter opinii i diagnoz psychiatrycznych.
Nawet jeśli uznać, że przymus jest niezbędnym elementem leczenia psychiatrycznego, takim, którego nie da się uniknąć (choć w lepiej pomyślanej i finansowanej opiece psychiatrycznej taka konieczność mogłaby zachodzić znacznie rzadziej lub być nawet wyeliminowana), to nie oznacza to, że powinniśmy przechodzić nad tym do porządku dziennego. Należałoby się przynajmniej zastanowić nad tym, w jakich okolicznościach jego stosowanie można byłoby uznać za usprawiedliwione, jeśli w ogóle. Przypadek Britney Spears jest jedną z wielu spraw, które zdobyły duży rozgłos medialny a które dają nam okazję do tego, żeby w końcu krytycznie przyjrzeć się „zdrowiu psychicznemu”. W historii Britney ujawniają się przede wszystkim kwestie związane z prawami człowieka w kontekście psychiatrii (choć, ponieważ ostatecznie psychiatria staje się tutaj również narzędziem wywłaszczenia i przejęcia kontroli nad majątkiem, można by pokusić się o próbę szerszej interpretacji). Prawdopodobnie jednak kolejny raz uznamy, że lepiej udawać, że nic się nie dzieje i żadnego problemu (poza ewentualnie „dostępem do leczenia”) – nie ma.
Radosław Stupak
Przypisy:
1. https://newrepublic.com/article/161344/framing-britney-spears-review-disability-legal; https://mashable.com/article/britney-spears-coerced-mental-health-treatment; https://www.npr.org/sections/health-shots/2021/09/27/1040552033/involuntary-psychiatric-hold-cost-britney-spears?t=1637490720255; https://www.madinamerica.com/2021/08/sins-conservatorship-britney-spears/
2. https://punkertje.waarbenjij.nu/reisverslag/5079966; http://enusp.org/2019/03/19/open-letter-to-wpa-response-to-the-attack-on-the-un-crpd/
3. https://www.ohchr.org/en/issues/torture/srtorture/pages/srtortureindex.aspx
4. https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/11/093/LKA/
5. https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,27818498,ordynator-psychiatrii-z-gniezna-aresztowany-policja-znalazla.html
przez redakcja | środa 17 listopada 2021 | opinie
Eksperymentalne badanie – pierwsze tego rodzaju – opracowane przez magazyn „Jacobin”, YouGov i Center for Working Class Politics, oferuje nowe, mocne spojrzenie na poglądy polityczne klasy robotniczej.
W ciągu ostatnich pięciu lat odmłodzona postępowa lewica stała się potężną siłą w amerykańskiej polityce. Zainspirowani wyścigiem prezydenckim senatora Berniego Sandersa w 2016 r. postępowi demokratyczni pretendenci zmobilizowali darczyńców i wolontariuszy wokół odważnego i egalitarnego programu gospodarczego, wygrywając imponującą liczbę wyborów lokalnych, stanowych i do kongresu. Względny sukces wyborczy tej nowej lewicy jest jedną z głównych opowieści politycznych naszych czasów.
A jednak, w większości przypadków, te postępowe triumfy odnoszono w dobrze wykształconych i silnie zdemokratyzowanych dzielnicach o stosunkowo wysokich dochodach. Nawet jeśli postępowcy wygrali prawybory na obszarach robotniczych, robili to raczej bez zwiększania całkowitej frekwencji lub zdobywania nowych wyborców z klasy robotniczej. W wyścigach wyborczych poza przyjaznym terenem metropolii ci sami postępowi kandydaci w dużej mierze walczyli o to, by w ogóle ich dostrzeżono. Nie spełnili jeszcze jednej kluczowej obietnicy swoich kampanii: przekształcenia i rozszerzenia samego elektoratu.
Rzuca to poważne wyzwanie jakiejkolwiek nadziei na krajową reorientację polityczną w progresywnym kierunku. Ostatnie wydarzenia sugerują, że kandydaci lewicy mogą nadal zastępować umiarkowanych Demokratów w demograficznie korzystnych dla siebie dzielnicach miejskich, co może prowadzić do bardziej postępowej polityki na szczeblu miejskim lub stanowym. Ale obraz narodowy jest już mniej obiecujący. Po prostu nie ma wystarczającej liczby dzielnic tego rodzaju, aby mogli przejąć kontrolę nad Izbą Reprezentantów USA, nie mówiąc już o Senacie. Aby uzyskać większość niezbędną do przegłosowania ustawy o opiece zdrowotnej dla wszystkich lub innych ważnych punktów agendy socjaldemokratycznej, postępowi kandydaci będą musieli wygrać w znacznie szerszym gronie wyborców. Dopóki tego nie zrobią, ich wpływ polityczny pozostanie mocno ograniczony na poziomie lokalnym, stanowym i krajowym.
Dlaczego postępowcy potrzebują klasy robotniczej?
Naszym podstawowym założeniem jest to, że postępowcy mogą zwiększyć swoją atrakcyjność – i osiągnąć swoje cele polityczne – jedynie zdobywając większościowe poparcie wśród wyborców z klasy robotniczej. Ten punkt widzenia potwierdzają dwa kluczowe fakty.
Po pierwsze, klasa robotnicza ma zdecydowanie największy udział w amerykańskim elektoracie. W 2020 roku 63% wyborców nie miało dyplomu ukończenia studiów wyższych, a 74% wyborców pochodziło z gospodarstw domowych zarabiających mniej niż 100 000 USD rocznie. W następstwie Nowego Ładu ci stosunkowo mniej wykształceni wyborcy o niższych dochodach stali się lojalnymi Demokratami. Ale począwszy od lat 70., a najszybciej postępowało to w ostatniej dekadzie, klasa robotnicza oddaliła się od Partii Demokratycznej. Patrząc w przyszłość, trudno wyobrazić sobie zwycięską progresywną koalicję, która nie odwróci tego trendu, by ostatecznie objąć znacznie większy odsetek wyborców z klasy robotniczej.
Po drugie, klasę robotniczą łączy z postępową polityką szczególny związek: najbardziej skorzysta ona na egalitarnych i redystrybucyjnych reformach, które stanowią fundament polityki lewicowej. Historycznie największe triumfy amerykańskich postępowców w XX wieku – od New Deal po Ruch Praw Obywatelskich i Great Society – osiągnięto tylko przy solidnym poparciu udzielonym przez klasę robotniczą. To samo dotyczy osiągnięć socjaldemokracji za granicą. Postępowa polityka, która nie zwiększa swojego oddziaływania wśród wyborców z klasy robotniczej, ryzykuje dziś oderwanie się od centralnej siły napędzającej egalitarne reformy na całym świecie.
Nie jest to prosty problem z jasnym rozwiązaniem; w rzeczywistości trendy od prawie pół wieku biegną w przeciwnym kierunku. To kwestia, która wymaga pogłębionych badań.
Należy zadać trzy podstawowe pytania:
1. Jak postępowcy mogą wygrać w robotniczej Ameryce?
2. W jaki sposób postępowcy mogą skuteczniej angażować wyborców z klasy robotniczej o niskiej skłonności do głosowania, niezależnie od rasy i położenia geograficznego, zwłaszcza poza dużymi miastami?
3. Jakie są wyborcze przewagi i słabości różnego rodzaju progresywnych platform i przekazów? Czy różne komunikaty progresywne mogą działać w różnych obszarach?
Wnioski
Nasze eksperymentalne badanie, pierwsze tego rodzaju, oferuje nowe, mocne spojrzenie na poglądy polityczne klasy robotniczej. We współpracy z firmą badania opinii publicznej YouGov opracowaliśmy ankietę, aby sprawdzić, jak wyborcy z klasy robotniczej reagują na bezpośrednie starcia wyborcze. Prosząc wyborców, aby wybierali bezpośrednio między tysiącami hipotetycznych kandydatów – zamiast odosobnionych polityk lub haseł – możemy stworzyć bogatszy, bardziej realistyczny obraz postaw wyborczych, niż mogą nam dostarczyć konwencjonalne sondaże. Przedstawiając tę ankietę reprezentatywnej grupie dwóch tysięcy wyborców z klasy robotniczej w pięciu kluczowych „wahających się” stanach – czyli znacznie większej próbce dla tej grupy demograficznej niż wynika z większości sondaży – jesteśmy w stanie skoncentrować się na tych wyborcach o wiele bardziej szczegółowo.
Kluczowe wnioski z naszej ankiety, wymienione pokrótce poniżej i omówione bardziej szczegółowo w pełnym raporcie, mogą pomóc w przyszłych kampaniach kandydatów progresywnych.
Wyborcy z klasy robotniczej wolą kandydatów postępowych, którzy skupiają się przede wszystkim na podstawowych kwestiach ekonomicznych i ujmują te kwestie w kategoriach uniwersalnych. Kandydaci, którzy mocno akcentowali „kwestie pełnej miski” (praca, opieka zdrowotna, gospodarka) i przedstawiali je w prostej, uniwersalistycznej retoryce, wypadli znacznie lepiej niż ci, którzy mieli inne priorytety lub posługiwali się innym językiem. Ten ogólny wzór był jeszcze mocniej widoczny na obszarach wiejskich i w małych miasteczkach, gdzie Demokraci w ostatnich latach z wywieszonym językiem walczyli o głosy.
Populistyczne, klasowe przekazy progresywnej kampanii przemawiają do wyborców z klasy robotniczej przynajmniej tak samo, jak główny nurt przekazów Demokratów. Kandydaci, którzy wymieniali elity jako główną przyczynę problemów Ameryki, wywoływali gniew na status quo i szanowali klasę robotniczą, byli dobrze przyjmowani wśród tych wyborców – nawet gdy porównywano ich z bardziej umiarkowanymi nurtami retoryki Demokratów.
Postępowcy nie muszą rezygnować z kwestii równości, aby zdobyć wyborców z klasy robotniczej, ale pewna retoryka skoncentrowana na tożsamości jest tu obciążeniem. Potencjalnie demokratycznie nastawieni wyborcy z klasy robotniczej nie stronili od progresywnych kandydatów lub tych kandydatów, którzy zdecydowanie sprzeciwiali się rasizmowi. Jednak kandydaci, którzy opisywali ten konflikt w wysoce wyspecjalizowanym, skoncentrowanym na tożsamości języku, wypadli znacznie gorzej niż kandydaci przyjmujący język populistyczny lub mainstreamowy.
Wyborcy z klasy robotniczej wolą kandydatów z klasy robotniczej. Rasa czy płeć kandydata nie są przeszkodą dla potencjalnie demokratycznych wyborców z tej klasy. Jednak pochodzenie kandydata z wyższej klasy jest dla nich poważnym problemem. Liczy się środowisko, z którego się wywodzimy.
Niegłosujące osoby z klasy robotniczej nie są automatycznie postępowe. Istnieje niewiele dowodów na to, że osoby rzadko głosujące nie chodzą na wybory tylko dlatego, że nie widzą wystarczająco postępowych poglądów u kandydatów głównego nurtu.
Pracownicy fizyczni są szczególnie wrażliwi na formę przekazu płynącego od kandydatów – a jeszcze ostrzej reagują na różnice między językiem populistycznym a językiem „woke” [maksymalistycznego progresywizmu kulturowego]. Przede wszystkim pracownicy fizyczni, w porównaniu z pracownikami umysłowymi, byli jeszcze bardziej zainteresowani kandydatami, którzy podkreślali „kwestię chleba” i unikali retoryki aktywistów.
Link do raportu w języku angielskim: https://images.jacobinmag.com/wp-content/uploads/2021/11/08095656/CWCPReport_CommonsenseSolidarity.pdf
Redakcja magazynu „Jacobin”
tłum. Magdalena Okraska
przez redakcja | czwartek 11 listopada 2021 | klasyka, opinie
Sejm warszawski nie słyszał dotąd tak silnego i rzeczowego przemówienia, jakie wygłosił dnia 10 lutego poseł towarzysz Daszyński.
Warszawskie pismo burżuazyjne „Kurier Polski” pisze o niej, że w każdym innym państwie mowa taka byłaby plakatowaną na koszt publiczny.
Mowa tow. Daszyńskiego huczała tętnem i burzą krwi polskiej, zmagającej się dziś na wszystkich granicach ziem naszych o całość i niepodległość, błyskała skrami diamentów żywcem wyrwanych z duszy polskiej, oczyszczonej z namułu półtorawiekowej niewoli – ale i twardą była jak diament.
Gdy odzywał się tow. Daszyński w stronę Niemiec i Czech, że połowa ludu polskiego na Górnym Śląsku, który porwał za broń przeciw katowskim rządom Hoersinga [Otto Hörsing – były niemiecki działacz socjaldemokratyczny i związkowy na Górnym Śląsku, po II wojnie mianowany komisarzem Rzeszy i Prus na tym terenie, szybko dał się poznać z bandyckich metod, m.in. z wysyłania wojska przeciwko nieuzbrojonym strajkującym polskim robotnikom, których mordowano – przyp. redakcji Nowego Obywatela] to byli nasi socjaliści polscy, i że górnik na Śląsku Cieszyńskim, powieszony przez najeźdźców-Czechów, przy wejściu do kopalni, był przewodniczącym miejscowej grupy socjalistów polskich – czujemy w głębi serc naszych i sumień, że tow. Daszyński rzucił w twarz światu całemu najistotniejszą, przeogromną moc uczucia i niezłomnego przekonania, jaka pulsuje dziś w krwi dziesiątków milionów Polaków od Ostrawicy i Karpat po Bałtyckie Morze – że nie ma dziś siły, która by zmusiła nas do pozostawienia poza granicami Państwa Polskiego choćby najmniejszego skrawka ziemi polskiej. Wyżynie skali temperamentu uczuciowego mowy tow. Daszyńskiego odpowiadała siła argumentów i głębokie przeświadczenie, że skoro połączymy do reszty wszystkie ziemie polskie, mając do dyspozycji ogromne zasoby bogactw naturalnych i cały lud polski – staniemy się granitową potęgą na przełomie środkowej i wschodniej Europy, opartą o polskie brzegi Morza Bałtyckiego.
Ze względu na szczupłe rozmiary naszego pisma i nawał materiału plebiscytowego – mowę tow. Daszyńskiego podajemy w streszczeniu Polskiej Agencji Telegraficznej. Spodziewamy się jednak, że wyda ją w całości Główny Komitet Plebiscytowy.
***
Wysoka Izbo! Rzadko bywa, żeby sprawa tycząca się pokoju europejskiego i naszego w tym pokoju udziału, mieściła w sobie tyle goryczy, ile poruszona w punkcie drugim. Polska, zawdzięczająca sojusznikom swój byt państwowy w obecnych granicach zachodnich, nie mogła nabrać tego przekonania, ażeby pełnia praw jej została w traktacie wersalskim wyrażoną. Trzy były największe wartości, którymi Polska mogła rozporządzać na swojej zachodniej granicy. To były dwa tereny węglowe Śląska Cieszyńskiego i Śląska Górnego, a trzecia wartość to był port gdański. To było ujście na wielkie, wolne morze. I wszystkie te trzy walory polityczne, społeczne i ekonomiczne walory bezcenne, zostały Polsce albo w niedostatecznej mierze przyznane, albo zostały puszczone na zmienne losy walki plebiscytowej.
Granica zachodnia Polski, można powiedzieć, jeszcze do dnia dzisiejszego nie została ustalona ostatecznie. Jeszcze o nią Polska nie krwawą bronią wprawdzie, ale dzień po dniu walczyć będzie musiała, a jeżeli sprawa gdańska nosi na sobie piętno połowicznego, szkodliwego rozwiązania, to słuszną jest rzeczą, że Polska już dziś, w tym okresie, kiedy między Polską a Gdańskiem ma stanąć umowa w najbliższych kilku tygodniach, regulująca stosunek Gdańska do Polski, że Polska w tym czasie nie powinna być bezbronną, powinna walkę sobie narzuconą, powiadam jeszcze raz – bezkrwawą walkę, podjąć i przeprowadzić. Jednym z kroków, jednym z czynników tej walki jest wniosek, który tu jest na porządku dziennym. Chodzi o pogłębienie Wisły, zbudowanie portu polskiego na polskiej ziemi, tak jak gdybyśmy musieli liczyć się z ewentualnością nie utraty Gdańska, ale połowicznego prawa korzystania z portu gdańskiego. Pewnie, że są możliwe trudności. I bardzo dobrze zrobił pan referent, że przestrzega świat, iż nie jest to blef, że nie jest to pusta pogróżka, tylko że jest to konieczna konsekwencja w razie, jeżeli Gdańsk szczerze i bez zastrzeżeń nie stanie się portem polskim. Bo tutaj my wszyscy jesteśmy jednego zdania, że na narodowość mieszkańców Gdańska żaden Polak nie czyha, że na tym punkcie Niemcy gdańscy mogą być zupełnie spokojni, że ani kropli ze swych praw narodowych nie uronią przez przyłączenie się do Polski. Ale Polska nowoczesna, Polska robotnika i chłopa, zrozumiała, że Polska może być tylko wtedy wolna i niepodległa, jeżeli stanie się wielkim warsztatem wolnej, zorganizowanej pracy polskiej. A tym warsztatem nie będzie mogła być dopóty, dopóki nie będzie miała wolnego dostępu do morza.
Wspomniawszy następnie, iż rozlegające się w sejmie słowa krytyki wewnętrznych naszych stosunków są wyzyskiwane przez naszych wrogów w agitacji plebiscytowej, oświadcza, iż jest to dzieciństwo używać takich właśnie argumentów w walce plebiscytowej, bo są one ostatnim argumentem, którego w plebiscycie, w nowej walce o duszę i o los mas polskich wolno używać.
Warszawa – mówił – gości w swych murach deputację gdańską; pośród tej deputacji jest szesnastu socjalistów niemieckich, 8 scheidemannowców [zwolenników Philippa Scheidemanna, polityka lewicowego, który w okresie kształtowania się ładu powojennego przewodził ugrupowaniu autonomicznemu wobec głównego nurtu niemieckiej socjaldemokracji – przyp. redakcji NO], 8 niezawisłych. Niech wywiozą z Warszawy to jedno zdanie i to jedno przekonanie i niech dadzą znać braciom swoim i towarzyszom w Niemczech, że na tym punkcie socjaliści polscy są w pierwszych szeregach walki o duszę narodu polskiego i o ziemie polskie, że nie jest walka słowem jedynie prowadzona, że ten górnik polski na Śląsku, który w obronie swojego szybu dał się powiesić u wejścia do szybu przez czeskiego najezdnika, że ten górnik był przewodnikiem socjalistycznej grupy miejscowej, niechaj wiedzą o tym, że spośród tysięcy tych Ślązaków, którzy porwali za broń, aby koniec położyć katastrofie systemu Hoersiga i spółki, że wśród tych tysięcy połowa to byli towarzysze partyjni, socjaliści polscy, górnicy z Górnego Śląska. Niech wiedzą, że fakty te to nie przypadek, że fakty te to dalszy ciąg niesłabnącej nigdy walki o prawa, że nie ma braterstwa międzynarodowego między braćmi, z których jeden jest w kajdanach, a drugi jest wolny. Wszyscy muszą być wolnymi, aby wszyscy mogli stać się braćmi. Niech wiedzą dalej, że Polska to nie żebrak międzynarodowy, że Polska nie łasce chwili zawdzięcza swoją dzisiejszą wolność, że nie ma narodu w Europie, który by w stu kilkudziesięciu latach niewoli tak jak Polacy dziesięć razy chwytali za broń, dziesięć razy praw swych przeciw innym, przeciw największym bronili przemocą. To, co przyszło, przyszło nie jako dar, ale jako prawo, którego się nie wyrzekniemy i wyrzec nie możemy, bo byśmy w tej samej chwili zginęli. Dlatego, proszę panów, Polska z przeszłości swej siłę swoją czerpać może, ale o tyle większą okaże się tak siła, o ile spojrzymy w przyszłość.
Niech przy Polsce opowie się Górny Śląsk, niech opowie się Śląsk Cieszyński, niech staną Warmiacy i Mazurzy, Orawianie i Spiszowiacy, a wówczas Polska będzie krajem, który jak żaden kraj w Europie, będzie mógł spojrzeć tej przyszłości w oczy. I nieprawdą jest, że w Polsce, jak to wam zawsze w twarz ciskają, rządzą magnaci wspomagani przez lichwiarzy, albowiem tu nie drzemie, ale żyje, rozwija się i walczy siła ludu, chłopa i robotnika polskiego, a przyłączenie tych terenów spornych, tych terenów zakwestionowanych, jeszcze wzmocni tę siłę dwukrotnie i trzykrotnie. Polska z Górnym Śląskiem, Polska ze Śląskiem Cieszyńskim, Warmią, Mazurami, ze Spiszem i Orawą, zaiste będzie to Polska chłopa i robotnika razem, a nie pana i kapitalisty. Tak się zarysowuje ekonomiczna i społeczna przyszłość tego kraju.
To pewne, że kto by dziś po torturach wojny światowej, kto by dziś chciał ocenić stan jakiegoś kraju jako stan stały i trwały, ten byłby ślepym człowiekiem, ten byłby człowiekiem, którego nienawiść zaślepia, ten byłby człowiekiem, którego argumentów nie należy poważnie traktować. To są te rzeczy, o których na terenach plebiscytowych w walce o dusze należy z naszej strony z całym naciskiem mówić, bo każdy wie to, że my w sejmie korzystamy z wolności demokratycznego państwa, korzystamy z obecnego powszechnego bez zastrzeżeń głosowania, to, że my w sejmie nie bawimy się w komplementy, to, że palec kładziemy na ranę, to, że słowa nasze budzą silny odruch w społeczeństwie, to nie może być argumentem, który by mówił przeciwko Polsce i dlatego ja odpieram z oburzeniem argumenty, które się pojawiły w pruskim „Przyjacielu Ludu”, wydanym pod strażą rządową, a który zużytkował mowę moją w listopadzie o stosunkach w Polsce tu w tym sejmie wypowiedzianą jako mowę, która miała wykazywać niezdolność Polski do życia, która miałaby odstraszyć bodaj jednego Polaka od przyłączenia się do tej Polski. Wzywam tę prasę, która na podobną drogę dała się uwieść, ażeby nie przeceniała tego rodzaju argumentów. Wolność słowa, wolność krytyki, jest pierwszym dowodem, że Polska ta jest na drodze do zupełnego wyzdrowienia. Słabo organizm nie zniósłby krytyki, tylko zdrowy organizm może wytrzymać walki wewnętrzne.
Ignacy Daszyński
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” – organie Polskiej Partii Socjalistycznej, 15 lutego 1920 roku; siedzibą redakcji pisma było wówczas miasto Frysztat, które wkrótce, mimo znacznej przewagi ludności polskiej, zostało zagarnięte zbrojnie przez Czechosłowację. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: freestocks-photos from Pixabay.