przez Monika Kostera | środa 13 października 2021 | opinie
Niejeden niepolski przybysz z krajów anglosaskich dziwi się podczas odwiedzin kraju nad Wisłą, jak to jest możliwe, że tu rzeczy zdają się działać? Nie jest to wszak ani kraj skandynawskiego socjalizmu, ani francuskiego etatyzmu. Państwowe struktury zdemontowano do samej kości, tak, że sama Thatcherowa byłaby pod wrażeniem. W dodatku ten kraj jest o całe niebo biedniejszy, niż Wielka Brytania, z której tak pieczołowicie bierze przykład. Jednak tam wiadomo, że nie da się naprawić cieknącej rury, wypełnić na dłużej niż na tydzień ziejącej dziury w jezdni, sprawić, by w bloku mieszkalnym na kilkaset mieszkań działały stale więcej niż dwie windy, ba, choćby i dwie windy, nawet jedna, byle stale! Nie da się odpowiedzieć klientowi na proste pytanie. I już. Jak się to zatem dzieje, że w tym dziwnym kraju, pełnym wkurzonych ludzi, da się tak bardzo dużo załatwić, skoro ani nie płacą, ani nie tworzą systemowych rozwiązań? Jakim cudem to działa?
Klucz do odpowiedzi na to pytanie tkwi w latach 80. Gdy na początku transformacji prowadziłam badania wśród polskich szefów, pewna heroiczna opowieść powtarzała się z dużą regularnością – o zrywowym, wręcz bohaterskim zarządzaniu w czasach po stanie wojennym. Moi rozmówcy nazywali to „gaszeniem pożarów”. Ileż historii słyszałam o sytuacjach niemalże spektakularnie porażkowych – staje produkcja, bo nie ma surowców; zagraniczny klient miał dostać próbkę produktu, a dostarczono jakiś wybrakowany gniot; ktoś zgubił kluczową dokumentację. I tak dalej, i tak dalej. To były czasy, gdy do wielu polskich przedsiębiorstw po stanie wojennym wrócili fachowcy od zarządzania, albo powołano nowych szefów, niebędących wojskowymi. Jednak to, co ich zastało w miejscach pracy, przerastało często ich – wszak przygotowane na najgorsze – wyobrażenie. Co wtedy robił typowy dyrektor Kowalski (wśród moich rozmówców kobiet było jak na lekarstwo, ale pani dyrektor Kowalska robiła dokładnie to samo)? Gasił pożary. Zakasywał rękawy. Rzucał się w wir chaosu. Wydawał polecenia, opieprzał podwładnych, wykonywał alarmistyczne telefony do kolegów i koleżanki z całego kraju. „To nie miało prawa działać, pani Moniko”, tłumaczył mi niejeden weteran takich bojów. „A jednak robiło się tak, żeby działało”.
Myślę, że ten styl zarządzania jest jedną z nielicznych rzeczy w polskim zarządzaniu, które przetrwały czasy transformacji i dotrwały do dziś. Zgubiono wiedzę, zaprzepaszczono marki, pozwolono na złowrogie przejęcia firm. Jednak obecnie moi znajomi i studenci też opowiadają bardzo podobne, mrożące krew w żyłach historie o tym, jak oni sami, bądź ich szefowa czy szef, gna do robienia rzeczy, których nie da się zrobić, obiecując, że „to ostatni raz”, że „jeszcze ten jeden raz, a potem już będzie z górki”. „Zróbcie to dla mnie jeszcze jeden raz, za darmo, ale potem już zapłacimy, znajdziemy środki, wyjdziemy na prostą, będzie już z górki. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku. Ile osób zjadło na tym zęby, ile budzi się w firmie mając ponad 50 lat, z tym samym szefem u sterów, albo jakimś innym, śpiewającym wciąż tę samą strażacką śpiewkę.
Takie zarządzanie wymaga heroizmu i ciągłych poświęceń wszystkich zainteresowanych. Często nieakceptowalnych z punktu widzenia czy to pracownika, czy samego szefa. Ileż kosztuje to zdrowia, ileż zajmuje wolnego, prywatnego czasu ludzi, ileż niepewności, stresu, jazd po bandzie. Wygląda jakby było skuteczne i dlatego na ogół nie narzeka się na sam styl zarządzania, lecz na różne jego części składowe, najczęściej na szefa, albo na firmę, albo na samą siebie – na zbyt słabe zdrowie, na „niewłaściwy” wiek. Taki styl jest na dłuższą metę wybitnie patogenny, wypalający, wyniszczający psychicznie. Na poziomie ludzkim jest to ciągłe produkowanie poważnych problemów psychicznych i społecznych u wszystkich osób zaangażowanych. U szefa może w pewnym momencie spowodować to, co Francuzi nazywają wywaleniem bezpieczników – człowiek nagle zaczyna zachowywać się jak socjopata lub furiat. U podwładnych normalnym efektem jest demoralizacja i depresja. Ale jednak „robią tak, by działało”.
Czy jest na to lekarstwo, czy można się uchronić od tego permanentnego pogotowia pożarowego? Jestem przekonana, że tak, ale jest to lekarstwo systemowe. Mamy zdolnych szefów i pracowników, więc nie zaczęłabym leczenia od zmieniania ich terapią czy nawet edukacją. Zajęłabym się przede wszystkim zapewnieniem lepszych warunków w sferze przeciwpożarowej, czyli likwidacją dziur umożliwiających i wymuszających zarazem ten system. Dać gwarancję stabilnego zatrudnienia, spowodować zmniejszenie indywidualnej konkurencji, ograniczyć sztuczne samozatrudnienia, zapewnić więcej rygorystycznych kontroli warunków pracy i zatrudnienia. Skąd na to wziąć środki? Z opodatkowania korporacji, rzecz jasna. Obawy o spadek międzynarodowej konkurencyjności polskich firm są tylko częściowo uzasadnione – pora zastanowić się, gdzie i czym pragniemy konkurować: czy na rynku taniego podwykonawstwa czy raczej tam, gdzie liczy się jakość.
Sceptykom polecam rozmowę z zagranicznymi obserwatorami i konsumentami – we Francji polski hydraulik słynie nie z tego, że jest tani – lecz dlatego, że jest dobrym fachowcem, a w Wielkiej Brytanii wspomina się tęsknie polskiego kierowcę TIR-a nie tylko dlatego, że w ogóle był, ale dlatego, że umiał rzeczy, których niełatwo się nauczyć. Śmiejemy się nadal z hasła „Polak potrafi”, ale wydaje się, że tylko my się z niego śmiejemy. Mamy niezłych fachowców: budowlańców, pielęgniarki, hydraulików, kelnerów. I szefów-strażaków. Może pora rozdzielić te zawody, bo taka kombinacja generuje przykrą postać strażaka-piromana, który umie działać tylko poprzez maksymalny chaos i stres, który pali mosty, wypala ludzi i przy tym sam się spala jak tragiczna ofiara tragicznych czasów. Narzekamy ciągle na polskich szefów. Badania wykazują, że w tym narzekaniu naprawdę jest dużo racji. W porównaniu z innymi krajami, takimi jak Szwecja, polski szef wypada często jak sadysta i przemocowiec. Marzy się nam miła i uśmiechnięta szwedzka szefowa, zapraszająca w piątek rano na kawę i cynamonowe bułeczki, a „mimo to” niezawodna i piekielnie skuteczna? Może pora przestać się upierać, że „szwedzki socjalizm” to dla Polaka najgorsze zagrożenie? Ugaśmy systemowo pożary zarządzania, dajmy ludziom odetchnąć.
prof. Monika Kostera
Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z: https://pl.freepik.com/wektory/mezczyzna
przez Franco „Bifo” Berardi | niedziela 10 października 2021 | opinie
Wiosną 1976 roku moje miasto, Bolonia, przeżywało jutrzenkę kreatywności kulturalnej, solidarności społecznej i inwencji politycznej. Pod koniec tej niemal dekady nieprzerwanej politycznej walki zostałem zaproszony na spotkanie za zamkniętymi drzwiami przez osobę, która uczestniczyła w tych samych zgromadzeniach organizowanych przez studentów i działaczy, w tym samym co ja momencie rewolucji kulturalnej. Przyjąłem zaproszenie, tak jak zrobiłbym to z zaproszeniem każdego, kogo spotkałem na tych zgromadzeniach, chociaż nie znałem wtedy jego nazwiska ani nie znam go teraz.
Był towarzyszem i to mi wystarczało.
Poszedłem na spotkanie na obrzeżach miasta. Kiedy przyjechałem, były tam tylko dwie osoby: ta, która mnie zaprosiła, i pracownik, trochę starszy ode mnie. Podążając za przeczuciem chwili, domyśliłem się, na jaki temat będzie to spotkanie. Ci ludzie dostali zadanie zorganizowania bolońskiej kolumny Czerwonych Brygad. Zaprosili mnie, bym się do nich przyłączył.
Rozmawialiśmy przez kilka godzin. Powiedziałem im po prostu, co wtedy myślałem i co nadal myślę: nie wierzę, że ruch robotniczy potrzebuje formacji zbrojnej. Nie wstąpiłem więc do Czerwonych Brygad ani do innych grup bojowych. W następnym roku, w 1977, podczas protestu studenckiego, na morderczą przemoc wojsk represyjnego państwa odpowiedziałem przemocą symboliczną. Rozbijałem witryny sklepowe. Ale nigdy nie stosowałem przemocy wobec innych ludzi, nikogo nie zabiłem ani nie nosiłem broni palnej. Nie uważam tego jednak za pozytywną wartość etyczną. To przywilej, który posiadam.
Czy nam się to podoba, czy nie, w historii walki klas pojawia się kwestia przemocy i nie da się tego uniknąć. U niektórych ludzi biorących udział w walce klas, sprzeczność, którą dostrzegają między przemocą wobec państwa a przemocą wobec ludzi, nie została jeszcze rozwiązana, mimo że jest bardzo silnie obecna.
W ciągu następnych dziesięcioleci kilkakrotnie obwiniałem się za odmowę zaciągnięcia się do walki zbrojnej na ulicach przeciwko kapitałowi i państwu. Jeden z takich momentów miał miejsce w lipcu 2001 r., w Genui, kiedy policja brutalnie potraktowała ogromną demonstrację przeciwko szczytowi G8, zamordowała studenta-anarchistę Carlo Giulianiego i torturowała setki ludzi – wszystko po to, by móc chronić Busha, Berlusconiego i Putina, którzy spotkali się w luksusowym Palazzo Ducale, aby rozmawiać o władzy.
Pamiętam, iż tego dnia pomyślałem, że chociaż wiodę całkiem wygodne życie, być może nie jest to sprawiedliwe, ponieważ nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem, aby pomóc wyeliminować potwory, zanim potwory przyszły zniszczyć nas. Zatem po Genui pojechałem do Himachal Pradesh w północnych Indiach, aby odwiedzić młodą mniszkę buddyjską. Medytowałem i zdałem sobie sprawę, że problemem nie jest broń. Buddyjska zakonnica przypomniała mi, że oni – państwo – mają zawodową armię. My, jeśli chodzi o przemoc, zawsze będziemy amatorami. Zamiast się uspokoić, zaakceptowałem myśl, że nie ma już miejsca na nadzieję.
Po Genui wydawało mi się jasne, że przeznaczeniem ludzkości jest iść do diabła. Ponieważ neoliberalizm połączył się w sojusz z faszyzmem, a podmiotowość społeczna jest coraz mniej zdolna do kultywowania autonomii i przyjaźni, jedyną perspektywą jest piekło rosnącej niepewności, wyzysku, nędzy oraz dewastacji naszej psychiki i środowiska.
Rozpaczałem i nie przestałem rozpaczać. Ale to, że przestajesz mieć nadzieję, nie oznacza, że przestajesz czekać na coś innego.
Latem 2001 musiałem czekać tylko kilka miesięcy.
We wrześniu z nieba nad Manhattanem nadeszła zemsta na neoliberalnym porządku, a piekło faszystowskiego liberalizmu zamieniło się w piekło wojny. Tych dziewiętnastu młodych mężczyzn, prowadzonych przez brodatego zabójcę, zadało strategicznie zwycięski cios. Zburzenie jednego z głównych symboli Zachodu uruchomiło proces, który dwadzieścia lat później toczy się pełną parą: proces, który obecnie prowadzi do końca zachodniej cywilizacji.
Nie żałuję upadku tego symbolu ani końca cywilizacji zachodniej, choć nie mam „nadziei”, że ta destrukcja doprowadzi do jakiegokolwiek wyzwolenia spod dominacji kapitału lub do kresu wojny toczonej przeciwko ludzkości.
W 2002 roku opublikowałem książkę zatytułowaną „Un’estate all’inferno” (Lato w piekle), w której opowiedziałem o tym popadaniu w szaleństwo i w autorytarną przemoc. We wspomnieniach z lata 2001 roku zmagałem się z tą samą sprzecznością i emocjami, o których wspomniałem na początku niniejszego tekstu: sprzecznością między życiem prywatnym a bojowością, oraz poczuciem winy, które powstaje, gdy policjanci wyważają drzwi i rzucają się na naszych towarzyszy. Pisząc ten tekst, w dwudziestą rocznicę zamordowania Carlo Giulianiego oraz pobić, gwałtów i torturowania tysięcy młodych ludzi w Genui, powróciłem do linijki, którą napisałem tej nocy, kiedy moja żona i ja wróciliśmy do Bolonii: „Brakowało nam słów, brakowało nam tchu. Wszystko, co się dzieje, może tylko oznaczać, że wkraczamy w erę rządów bestii”.
Dziś, po dwóch dekadach panowania tych potworów, kapitalistyczna dominacja trwa, ponieważ podmiotowość zdolna do emancypacji nie jest w stanie się wyłonić. Kiedy te tysiące weszły na Piazzale Kennedy w Genui, kiedy zbiorowa podmiotowość huczała na ulicach, policja kapitalistycznego imperium pokazała swój faszystowski charakter, tak jak robiła to wiele razy od tamtego czasu, w Ferguson, w Atenach, w Santiago. Ale cywilizacja zachodnia jest w agonii. Może kapitalizm i Zachód się rozchodzą. Tak czy inaczej, kapitalistyczne królestwo abstrakcji i akumulacji pozostaje silne, podczas gdy żywy organizm ludzkości traci oddech.
W Afganistanie Zachód przegrał świętą wojnę. Wojska białej rasy uciekły, a przyjaciele bin Ladena podbili kraj. Bliski Wschód rozpada się w wyniku amerykańskiej inwazji i okupacji Iraku. Amerykanie obiecali zbombardować Irak do tego stopnia, że powróci on do epoki kamienia łupanego, jeśli Saddam nie zrezygnuje ze swojej „broni masowego rażenia”, której nigdy nie znaleziono. Teraz cała ludzkość powraca do epoki kamienia łupanego.
Klęska Zachodu w Afganistanie i Iraku jest nieodwracalna – nie tylko dlatego, że Zachód został pokonany militarnie, ale także dlatego, że moralne i polityczne wartości, których Zachód obłudnie próbował bronić, są teraz w strzępach. Obrona „demokracji” była tylko pretekstem do przywrócenia dominacji Zachodu. Ta porażka oznacza, że dominacja Zachodu maleje, a pustka demokracji jest obnażana.
Strategiczny geniusz bin Ladena (a przede wszystkim niezwykła głupota Busha, Rumsfelda i Cheneya) uruchomił niepowstrzymany proces globalnej wojny domowej, którego oznaki są widoczne wszędzie. Największa potęga militarna wszechczasów już nie istnieje, ponieważ jest w stanie wojny ze sobą, i z tej wojny nie wyjdzie żywa.
Zachód pogrąża się w chaosie, pogrąża się w demencji, w ogniu lasów amerykańskiego Zachodu i lawinie błotnej północnej Europy.
W Genui dwadzieścia lat temu zgromadziło się 300 tysięcy ludzi. Ich przesłaniem było: jeśli to dalej potrwa, jesteśmy przeklęci. Jeśli kapitalistyczna grabież zasobów fizycznych planety będzie trwała dalej, jeśli szaleńcza eksploatacja energii nerwowych będzie przebiegać jak zwykle, ludzkość jest zgubiona. Możni tego świata uciszyli nas przemocą i w imię zysku kontynuowali przygotowania do ostatecznej zagłady.
Teraz jest już za późno.
Ogień jest nie do powstrzymania i co roku będzie płonął coraz bardziej.
Powódź nie cofnie się, co roku woda ma pędzić coraz szybciej, wsysając wszystkich i wszystko.
Może dwadzieścia lat temu można było jeszcze zatrzymać apokalipsę.
Teraz jest już za późno.
Komisja Europejska obiecuje, że w 2035 r. wszyscy przejdziemy na samochody elektryczne, a do 2050 r. emisje dwutlenku węgla zostaną zredukowane do zera. Być może nikt im nie powiedział, że amazoński las deszczowy, niegdyś uważany za płuca planety, dziś emituje więcej dwutlenku węgla niż pochłania.
Branson przygotowuje wahadłowce do opuszczenia Ziemi. Bezos spędził w kosmosie jedenaście minut. Niech obaj spierdalają na Marsa.
My zostaniemy tutaj. Salutujemy klęsce Zachodu. Nie cieszy nas ona jednak, ponieważ pozostajemy uwięzieni w kapitalistycznej abstrakcji. Zachód przegrał wojnę z islamskim fundamentalizmem, ale my nie możemy tego świętować, ponieważ islamscy fundamentaliści prowadzą własną kampanię terroru i obskurantyzmu. Nie możemy też świętować nadchodzącej porażki Zachodu w wojnie z Chinami, ponieważ Chiny są imperium automatyzacji, które zmusza miliony do pracy w obozach pracy i skazuje młodych demonstrantów w Hongkongu na dekady więzienia.
Zostaniemy tutaj, ponieważ nie mamy nadziei, a to czyni nas niepokonanymi.
Franco „Bifo” Berardi
tłum. Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie https://www.e-flux.com/, przedruk za zgodą autora.
przez Jakub Szymkowiak | czwartek 7 października 2021 | opinie
Trudno mówić o wydarzeniach tragicznych jako o katalizatorach pozytywnych zmian. Szczególnie jeśli są to wydarzenia niedawne, zarośnięte świeżym, stale ropiejącym strupem. Łatwiej jest pisać o dżumie jako bodźcu rozwojowym dla średniowiecznej Europy Zachodniej niż o atakach z 11 września i ich wpływie na poprawę bezpieczeństwa w transporcie lotniczym (tym bardziej, że to drugie jest mocno dyskusyjne).
Pandemia koronawirusa od początku prowokowała rozmowy na temat zmian, jakie wywoła na świecie: od doinwestowania służby zdrowia, przez dowartościowanie tzw. pracowników niezbędnych, zmiany w międzynarodowych łańcuchach dostaw, przyśpieszony upadek niektórych branż (np. kin), aż po wieszczony przez niektórych upadek niewydolnego systemu neoliberalnego kapitalizmu. Niewiele z tych prognoz zdaje się spełniać. Nikt już nie jest wdzięczny kasjerkom w dyskontach za ich pracę z narażeniem zdrowia i życia, za to ludzie dopominają się o swoje „prawo do robienia zakupów w niedzielę”. Wszyscy już widzą, że kapitalizm świetnie się zaadaptował i bogaci nie tylko nie stracili, ale wręcz zarobili na pandemii. A ochrona zdrowia, jak to ochrona zdrowia, ciągle pozostaje niedofinansowana, a przeciwko wyższym składkom na ten cel opowiadają się nawet sami lekarze.
Wiele jednak się zmieniło i jedną z tych zmian na pewno jest podejście zarówno pracodawców, jak i pracowników do pracy biurowej – praca z domu okazała się w wielu przypadkach wygodna, oszczędna, a nawet bardziej wydajna od pracy w biurze. Obecnie, gdy większość ludzi w dużych miastach jest już zaszczepiona, wielu pracodawców wcale nie śpieszy się z zapędzaniem pracowników z powrotem do biur, a ci, którzy to robią spotykają się z dużym oporem pracowników. W wielu ofertach pracy już na wstępie wyszczególniona jest praca zdalna. Pracownicy tego oczekują, a i dla pracodawcy jest to korzystne – z jednej strony może dzięki temu wybierać spośród pracowników z całej Polski, a z drugiej – może zaoszczędzić wynajmując mniejsze biuro.
W Polsce, mimo odtrąbienia sukcesu polityki samorządowej, centralizacja ma się dobrze – jedynie trzy z sześćdziesięciu czterech urzędów administracji rządowej wyszczególnionych na stronie Głównego Urzędu Statystycznego są umiejscowione poza Warszawą. Największe uczelnie i instytucje kultury działają w Warszawie, większość siedzib dużych spółek, w szczególności polskich oddziałów międzynarodowych koncernów, ma swoje siedziby w stolicy. Decentralizacja jest przez PiS-owskie władze podnoszona raczej jako straszak na sędziów (słynna groźba przeniesienia TK na drugi koniec Polski) i jedynie lewicowe partie zdają się traktować temat poważnie. W skali wojewódzkiej duże uniwersyteckie metropolie pełnią podobną rolę z większą koncentracją dużych pracodawców – czy to publicznych, czy prywatnych.
Taka sytuacja sprawia, że migracja wewnętrzna z Polski powiatowej do miast wojewódzkich jest najczęściej podyktowana przymusem ekonomicznym. Większość maturzystów z mniejszych miejscowości planujących studia w dużych ośrodkach osiada potem w tych miastach ze względu na rynek pracy, za następny kierunek migracyjny obierając ewentualnie Warszawę lub zagranicę. Wielu z nich wcale nie lubi mieszkania w dużym mieście: korków, smogu, hałasu, drożyzny. Stąd zjawisko suburbanizacji widoczne wyraźnie we wszystkich większych ośrodkach miejskich w Polsce.
Zastanawiam się zatem, jak przy obecnym rozwoju rynku pracy biurowej zachowają się przyszłe roczniki absolwentów. Część z nich zapewne zwiąże swoje życia z miastami uniwersyteckimi przez 3-5 lat studiów – nawiążą przyjaźnie, przyzwyczają się do życia w mieście i dostępności miejsc użyteczności publicznej. Ale jestem pewien, że dla niektórych szalę przeważą niższe koszty życia, bliskość rodziny, która mogłaby zaopiekować się dziećmi oraz kompaktowa, bardziej przystępna urbanistyka miast, z których pochodzą. W zależności od skali, zjawisko to może pociągnąć za sobą spore zmiany na rynku mieszkaniowym, w zapotrzebowaniu na instytucje kultury i inne miejsca użyteczności publicznej, wpływach do budżetów gmin, a w dłuższej perspektywie w strukturze rozmieszczenia geograficznego populacji.
Bez spójnej polityki rozwoju obszarów peryferyjnych na szczeblu centralnym, lokalne inicjatywy w rodzaju tworzenia Specjalnych Stref Ekonomicznych są jedynie ich przedśmiertnymi drgawkami. Praca zdalna może wyręczyć rząd w tym aspekcie i dać nieoczekiwany impuls rozwojowy mniejszym ośrodkom.
Jakub Szymkowiak
przez Andrzej Dwojnych | wtorek 5 października 2021 | opinie
na to zwracają uwagę też politycy izraelscy, że młodzież uczy się o Polsce i to Polskę kojarzy ze zbrodniami II wojny światowej, zbrodniami holokaustu. Nie kojarzy tych zbrodni z Niemcami. Niemcy dziś przedstawiane są jako kraj przyjazny i nowoczesny. Tam jest narracja zupełnie inna. To jest coś, co należałoby zmodyfikować. Jeśli młodzi ludzie przyjeżdżają do Polski i kojarzą ją tylko ze złem, które tutaj miało miejsce ze strony Niemców, a nie mają okazji na przykład spotkania się z polską młodzieżą, nie poznają Polski dzisiejszej, nie poznają także historii zbrodni Niemców na Polakach, to jest coś, co później może prowadzić do utwierdzania się negatywnych opinii o Polsce. Trzeba z tym walczyć – powiedział niedawno, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Sierpniowa diagnoza wiceszefa MSZ Pawła Jabłońskiego jest jedną z wielu trafnych w ostatnich latach, jakie obecny rząd stawia w obszarze polityki historycznej. Co z tego jednak, skoro trafne oceny i intuicje nie przekładają się na wymierne efekty.
Trudno za obecny stan rzeczy winić wyłącznie stronę rządową. Można nawet zaryzykować tezę, że polityka historyczna obecnego polskiego rządu jest m.in. dlatego nieskuteczna, gdyż nie ma realnej konkurencji na opozycji, przez co grzęźnie w samozadowoleniu i braku nowych inspiracji. To o tyle dziwne, że prezydent Bronisław Komorowski zdawał się doceniać omawianą problematykę, czego dowodem było podtrzymanie linii politycznej w kwestii „żołnierzy wyklętych” autorstwa poprzednika – Lecha Kaczyńskiego. Wychodził też z własnymi udanymi inicjatywami. W 2013 r. Kancelaria Prezydenta RP organizowała obchody 150. rocznicy powstania styczniowego, w trakcie których odbyła się m.in. konferencja i ciekawa wystawa na Krakowskim Przedmieściu, zaś sam prezydent był wielce zaskoczony faktem – czemu dał wyraz w swoim wystąpieniu – że w obchodach uczestniczą niemal wyłącznie samorządowcy i animatorzy kultury z prowincji.
O tym, że po 1989 r. polskie elity i społeczeństwo wielokrotnie wykazywały się naiwnością w podejściu do Zachodu w aspekcie instrumentalizacji przeszłości daje niejednokrotnie wyraz w swoich publikacjach Rafał Chwedoruk. Polityka historyczna Niemiec, zmierzająca całkiem skutecznie do relatywizacji ich roli w zbrodniach II wojny światowej, zdaje się nie robić większego wrażenia na dużej części opiniotwórczych środowisk liberalnych. Zdaniem Chwedoruka można wysnuć wniosek, że środowiska liberalne są zapętlone – z jednej strony mamy zatem ahistoryczny kult pamięci, „cancel culture”, postkolonializm, za którymi idzie łatwość adaptacji pozbawionych naukowych podstaw oskarżeń ze strony USA i Izraela pod naszym adresem, na drugim biegunie klasycznie liberalna wizja modernizacyjno-okcydentalistyczna, której przejawem jest kult Lecha Wałęsy jako symbolu ziszczenia wielowiekowej drogi (takie wątki silnie zaznaczały się w podręcznikach szkolnych).
Oczywiście do niskiej skuteczności polskiej polityki historycznej przyczyniają się także czynniki zupełnie niezależne od nas. Po wojnie ubrano nas w gorset państwa narodowo-katolickiego, jakim w zasadzie nigdy w przeszłości nie byliśmy, przy czym miękka narracja przedstawicieli (intelektualistów, polityków) krajów zachodnich zaczęła nam zarzucać, że na świat spoglądamy głównie przez podszyty ksenofobią paradygmat narodowy. Jednocześnie z upływem lat z Zachodu płynął (i płynie nadal) coraz ostrzejszy głos, którym podważano i nadal podważa się nasze prawa do Żydów – nawet tych, którzy zawsze bezwzględnie poczuwali się do związków z Polską (jak np. wywieszający biało-czerwoną flagę powstańcy w getcie) – jako do Polaków w sensie obywatelskim. Myśmy nie wiadomo czemu na to przystali i nie honorujemy w należyty sposób pamięci o tych osobach. Kultywujemy pamięć o ofiarach wojennych, ale ograniczamy się głównie do rzymskich katolików, których prawdziwe i symboliczne mogiły widnieją niemal na każdym cmentarzu o starszym niż 1945 r. rodowodzie, podczas gdy generalnie nie czcimy należycie pamięci o dawnych żydowskich sąsiadach, w wielu miasteczkach stanowiących przed wojną przecież 30-50% ludności. Pewne zalążki zmian w tym zakresie daje się od niedawna zauważyć w działaniach prezydenta Andrzeja Dudy i niektórych samorządowców, ale głos ten jest zbyt słabo słyszalny. Gdyby zrobić sondaż na temat tego, jaki odsetek uniwersyteckich absolwentów historii XXI wieku zna choć jednego przedstawiciela chasydyzmu polskiego, to można żywić obawy, że wyniki testu byłyby przygnębiające. Zresztą podobnie byłoby z reprezentantami i historią innych niż żydowska grup etnicznych. Nie postrzegamy ich uczciwie jako współtwórców naszej spuścizny politycznej i kulturowej.
W PRL problem ten był bagatelizowany nawet przez opozycję, nie tylko ze względu na istniejącą cenzurę, ale też dlatego, że najważniejsza była walka ze wschodnim „wielkim bratem”. Za tym szło z kolei traktowanie Kościoła rzymskokatolickiego jako głównej społecznej siły opozycyjnej – i to nie tylko przez antypeerelowską opozycję narodową i konserwatywną, ale nawet przez lewicową i liberalną, czego jaskrawym przykładem były teksty Adama Michnika. To z kolei pociągało za sobą mało mającą wspólnego z faktami narrację, jakoby na przestrzeni całego millenium interesy Kościoła rzymskiego były zawsze spójne z naszą racją stanu. Sami uwierzyliśmy w to, że zawsze byliśmy „zbrojnym ramieniem Rzymu”.
Rzecz jasna nie tylko splot niefortunnych okoliczności zewnętrznych przyczynia się do tego, że wszyscy po trosze staliśmy się narodowymi katolikami, wierzącymi i niewierzącymi. Szło za tym przypinanie w publikacjach resztkom naszych różnowierców łatek ekspozytur zachodnich lub wschodnich okupantów albo amerykańskich imperialistów (do wyboru, do koloru). Nasze „wewnętrzne” winy są bezdyskusyjne: przed wojną numerus clausus i numerus nullus na uniwersytetach oraz planowe i systemowe burzenie świątyń prawosławnych, potem wojenne i powojenne przypadki mordów na Żydach, wreszcie obrzydliwe antysemickie hucpy Moczara i Gomułki. Tym niemniej do znudzenia należy podkreślać, że to nie myśmy byli pionierami szowinizmu, nie nasi „myśliciele” byli autorami pseudonaukowych teorii rasistowskich, nie byliśmy też inicjatorami i inspiratorami Zagłady narodu żydowskiego i nie nasi naukowcy wpadli na pomysł wyrabiania mydła z ludzi. Pojawiające się nadal na Zachodzie sformułowania o „polskich obozach zagłady”, w naszych zaś opiniotwórczych kręgach lewicowo-liberalnych pozbawione refleksji próby zrównywania antysemityzmu otoczenia kardynała Wyszyńskiego i jego samego z „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, a naszych pograniczników z SS, to niewątpliwe dowody na to, że niemiecka polityka historyczna odnosi sukcesy, a nasza wykazuje się nieskutecznością. Naoczni świadkowie Zagłady, niezależnie od poglądów politycznych, widzieli zbrodniarzy wojennych w Niemcach, natomiast współcześni reprezentanci środowisk liberalnych – częstokroć w niekoniecznie identyfikowanych narodowo nazistach.
Coraz więcej osób wypiera z pamięci słowa Marka Edelmana: „Wina zbiorowa to bardzo trudna rzecz. Ale bez wątpienia Żydów nie mordowało 30 milionów Polaków, ale jakaś wąska grupa. I jak się źle czujesz być w tej grupie to znaczy, że jesteś przyzwoitym człowiekiem, ale jak cię to nie obchodzi, albo tego nie zauważasz, albo – co gorsza – próbujesz to tłumaczyć, a nawet usprawiedliwiać, to jesteś nieprzyzwoitym. Bo jak usprawiedliwiać morderstwo? Jest jednak wielka różnica między odpowiedzialnością Polaków i Niemców. W Niemczech to było szalenie masowe. W Polsce chodzi głównie o nastrój, który był przeciw Żydom”. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że przekaz inny niż Edelmana – naocznego świadka Zagłady – polegający na relatywizowaniu win Niemców i uwypuklaniu polskich, jest z pewnością korzystny dla naszych zachodnich sąsiadów, ale i tych wszystkich aliantów, których symbolicznym wyrzutem sumienia powinien być rzadko wspominany Szmul Zygielbojm. Oczywiście możemy naiwnie głosić: „Porzućmy logikę narodowych krzywd. Chcemy innej historii, bardziej europejskiej” – jak pisał jeden z lewicowych publicystów w rocznicę tragedii wołyńskiej. O infantylizmie takiego myślenia łatwo mógł się jednak przekonać polski turysta, który w tym roku zwiedził choćby mauzoleum i muzeum w Verdun, gdzie wymowy obu wystaw mają ewidentny odcień nacjonalistyczny, niespecjalnie odbiegający od np. rosyjskiego myślenia o „wielkiej wojnie ojczyźnianej” (nie mówiąc już o tym, że zwiedzający nie dowie się zbyt wiele o innych niż francusko-niemiecki frontach I wojny światowej).
Nie znaczy to oczywiście, abyśmy mieli podążać drogą francuskiego nacjonalizmu lub rosyjskiego imperializmu. Historia Polski, a wcześniej Rzeczypospolitej Wielu Narodów, powinna jednak inspirować elity opiniotwórcze o rozmaitej proweniencji ideowej do poszukiwania własnej drogi i nowych pomysłów, być może modyfikacji narracji w niektórych kwestiach, skoro dotychczasowa polityka nie przynosi oczekiwanych efektów. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby wykorzystywanie w wielu miejscach możliwie najbardziej nowoczesnych form przekazu. Nie oponując przeciwko idei odbudowy Pałacu Saskiego, wydaje się, że klasyczna rekonstrukcja gmachu, średnio oryginalnego pod względem architektonicznym, po kilku latach może nie wzbudzać już zainteresowania i pozytywnych emocji; być może np. montaż niezbędnej konstrukcji i stworzenie na trwałe hologramu, widocznego wyłącznie po zmierzchu pałacu-ducha, w wymiarze symbolicznym miałoby szerszy i trwalszy pozytywny zasięg oddziaływania.
Generalnie jednak zachowując dotychczasowe instrumentarium związane z przeciwdziałaniem rozmywania odpowiedzialności Niemców za Holocaust czy z kultywowaniem pamięci o polskich ofiarach II wojny światowej, korzystając również nadal z przemyśleń środowiska Marka Cichockiego i Dariusza Gawina, w dużo większym stopniu należy starać się uwypuklić pozytywny wizerunek Polski, koncentrując się w przekazie na przykładach z naszych dziejów. Wymaga to jednak oczywistych zmian wektorów w narracji i w symbolice. Wbrew potocznemu myśleniu, nasz niewykorzystany potencjał jest niemały.
Być może warto byłoby zatem rozważyć np. wprowadzenie oficjalnego święta państwowego w dniu 28 stycznia – data ogłoszenia aktu konfederacji warszawskiej 1573 – który byłby dniem wolnym od pracy dla niedużej liczbowo grupy naszych różnowierców i jednocześnie hołdem dla wszystkich mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych zamieszkujących tak dziś, jak i niegdyś nasze państwo. Skoro Francuzi odwołują się dziś do tradycji roku 1789, zaś Grecy i Macedończycy toczą spory o tradycję starożytną – szczycenie się osiągnięciami o dwa wieki wcześniejszymi od Wielkiej Rewolucji Francuskiej nie jest żadnym powodem do ujmy. Obchody takiego święta można i należałoby „wypchnąć” poza Warszawę – do katedry prawosławnej w Białymstoku, grekokatolickiej w Przemyślu i ewangelicko-augsburskiej w Katowicach, którejś z synagog w Krakowie, katedry mariawitów w Płocku czy zabytkowego meczetu w Kruszynianach. Pomimo pewnej inflacji muzeów warto byłoby też przemyśleć, czy nie powołać takowej instytucji poświęconej w całości mniejszościom narodowym, etnicznym i wyznaniowym zamieszkujących przez stulecia ziemie Rzeczpospolitej, ale przy okazji także i grupom dyskryminowanym – np. chłopom pańszczyźnianym, kobietom, homoseksualistom, osobom chorym i niepełnosprawnym – a także walczącym o ich emancypację. Kwestia umiejscowienia takiej potencjalnej instytucji poddana powinna być głębszej analizie, ale na pierwszy rzut oka wydaje się, że fakty, na które nacisk kładzie wspomniany minister Jabłoński, przemawiają za Krakowem. Poza walorem edukacyjnym dla mieszkańców Polski, zwłaszcza dzieci i młodzieży, zagraniczni turyści zwiedzający bardzo często oprócz Krakowa jedynie Oświęcim – pomijający zaś Warszawę i Muzeum Polin – powinni wynieść z naszego kraju inne trwałe wrażenie niż tylko to, które pozostawia w ich umysłach Auschwitz. Tym bardziej że przeciętnemu zagranicznemu turyście, który wcześniej lub później odwiedzi choćby tylko Drezno, Wilno, Pragę czy Lwów, zabytki Krakowa rozmyją się wśród wymienionych – tego nie da się zmienić.
Gruntownej rewizji domaga się program nauczania historii w szkole podstawowej i średniej. Odwołania do pozytywnych przykładów polskiej tolerancji, myśli egalitarnej i przykładów emancypacyjnych powinny być trwałą, widoczną i podstawową częścią edukacji młodego pokolenia w dziedzinie historii; podobnie jak szersze otwarcie się na spuściznę historyczną i kulturową narodów oraz innych niż rzymskokatolicka grup religijnych, z którymi przez wieki żyliśmy w jednym gmachu państwowym.
Na koniec warto uzmysłowić sobie, że mała skuteczność naszej polityki historycznej splata się z fiaskiem polityki wschodniej, co dostrzegają już chyba wszyscy, ale przynajmniej jedna przyczyna takiego stanu rzeczy ogromnej większości naszych decydentów zdaje się umykać. Chodzi mianowicie o to jak my, Polacy, postrzegamy mieszkańców Rosji i Białorusi oraz inne ludy byłego ZSRS. Ze znajdującej racjonalne wytłumaczenie „rosjofobii”, będącej pokłosiem rosyjskiego i sowieckiego imperializmu, ku uciesze Kremla stajemy się powoli „rusofobami”, którymi dawniej w swojej masie nie byliśmy. Źródeł tego procesu doszukiwać należy się m.in. w tym, iż od wielu dekad wschodnie, zwłaszcza prawosławne dziedzictwo kulturowe, staje się dla nas i naszych elit coraz bardziej obce i niezrozumiałe. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że wyraz „ruski”, powszechnie odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki przez dużą część możliwie szeroko rozumianego zaplecza politycznego, ideowego i środowiskowego Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego (czyli de facto niemal przez 2/3 społeczeństwa), ma w naszym języku – w odróżnieniu od rosyjskiego – wymowę jednoznacznie pejoratywną, dziś zdecydowanie bardziej niż kiedyś. Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy przyjąć endecką orientację na Rosję, ale niczemu nie służy trwanie naszych najbardziej opiniotwórczych kręgów na pierwszej linii antyrosyjskości niczym ks. Ignacy Skorupka. Straszenie „ruskim” jest dziś jednym z nielicznych elementów, który łączy obóz rządzący oraz główny nurt liberalnej i lewicowo-liberalnej opozycji. Poważni eksperci i analitycy od dawna powtarzają, że nasza siła wizerunkowa na Zachodzie jest m.in. pochodną tego, jak postrzegamy Wschód.
Niestety zamiast rzeczowych diagnoz nasze elity wyrażają o wschodnich sąsiadach zbyt często opinie emocjonalne, a czasami histeryczne, które wynikają z historycznych zaszłości. Abstrahując od anachronicznego antykomunizmu, który pozostaje dziś jedynie pustą formułą (marksizm-leninizm nie jest dziś przecież żadnym zagrożeniem dla interesów RP), nie zdołaliśmy tutaj wypracować opartego przecież na faktach przekazu, w którym wyraźnie rozróżnieni byliby ci, którzy prowadzili wobec Polski i naszych obywateli morderczą politykę (na czele ze Stalinem) od zwykłych żołnierzy, stanowiących mięso armatnie Armii Czerwonej, masowo ginących w walce z Niemcami, nie mówiąc już o tym, że niektórzy z nich zanim siłą zostali krasnoarmiejcami, we wrześniu 1939 r. bili się z orzełkiem na piersi w obronie II RP. I mniejsza o to, że Rosjanie i Białorusini są na punkcie szacunku do milionów własnych żołnierzy ginących na frontach II wojnie światowej bardzo wyczuleni. Ważniejsze jest to, że pokłosiem powyższego jest zniekształcony obraz dziejów, w którym: 1. Polacy nie walczyli masowo po stronie Sowietów (że byli najczęściej wcielani „siłą” do Armii Czerwonej to prawda, ale do Armii Berlinga to już wcale niekoniecznie siłą); 2. W całkiem niemałej mierze nie popierali władzy komunistycznej po wojnie (bo jest oczywistością, że duże grupy Polaków z różnych warstw i różnych powodów popierały tę władzę w różnych okresach).
W przypadku ZSRS sytuacja była zatem zupełnie odmienna niż w odniesieniu do III Rzeszy, choć niewątpliwie jest prawdą, że Niemcy po prostu nie chcieli współpracy ze strony Polaków, a Sowieci – umiarkowanie chcieli, mówiąc w dużym uproszczeniu oczywiście. Ci pierwsi nie chcieli, bo traktowali nas jako podludzi, oczywiście trochę „lepszych” podludzi niż Żydów, ale gorszych niż Czesi, o Francuzach nie wspominając. Jednak bez względu na to, jakie były przyczyny tego stanu rzeczy, Rosjanie w odróżnieniu od Niemców nie traktowali nas nigdy jak gorszej rasy ludzkiej, a my nie potrafimy tych faktów wykorzystać w polityce historycznej przede wszystkim ze względu na naszą ideologiczną antyrosyjskość. Mało tego – ten ostatni aspekt (emocjonalna antyrosyjskość, traktowanie „ruskich” jako ludzi o niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego, a nawet traktowanie prawosławia jako ekspozytury Rosji) blokuje nam możliwość odwoływania się do najlepszych tradycji polskiej tolerancji w oparciu o historyczne fakty, bo ona wzięła się przecież w dużej mierze z tego, że, w odróżnieniu od krajów Zachodu, przez kilkaset lat większość naszych władców piastowskich i jagiellońskich traktowała jako własne oba obrządki, tj. zachodni, łaciński i wschodni (co ostatnio doskonale przypomina w swoich publikacjach Antoni Mironowicz).
Szkopuł zatem w tym, że potencjalna korekta naszej polityki historycznej w kierunku pozytywnej promocji „polskiej tolerancji”, związana ze słusznym odwoływaniem się w przypadku naszych dziejów do wartości chrześcijańskich, wymuszałaby dochowania szacunku dla wielu reprezentantów rzymskiego katolicyzmu (w tym oczywiście także duchownych – wszak nawet oryginalną cechą polskiego Oświecenia była niespotykana gdzie indziej dominacja w nim kleru) oraz rozmaitych różnowierców, w tym traktowanych z dystansem prawosławnych „ruskich”, przy jednoczesnej rezygnacji z wielce wątpliwego od strony faktów historycznych dominującego przekazu, że polska racja stanu była na przestrzeni millenium zawsze zgodna z interesami Kościoła rzymskokatolickiego i papiestwa.
dr Andrzej Dwojnych
przez Karol Trammer | wtorek 28 września 2021 | opinie
Samorząd województwa łódzkiego myśli o włączeniu linii wąskotorowej Rogów – Rawa Mazowiecka – Biała Rawska w regionalną sieć połączeń kolejowych. Ogłoszony został przetarg na opracowanie ekspertyzy, która wskaże kierunki rozwoju kolejki. Firmy planistyczne mogą składać swoje oferty do 16 września 2021 r.
Czy od rogowskiej kolejki zacznie się zwrot w historii wąskotorówek? W Polsce – zupełnie inaczej niż zagranicą – już od lat nie widziano w nich potencjału i możliwości wykorzystania w systemie transportowym.
Czas znikania
Między Rogowem, Rawą Mazowiecką a Białą Rawską regularny ruch pociągów pasażerskich był prowadzony do czerwca 2001 r. Wówczas Polskie Koleje Państwowe – za prezesury Krzysztofa Celińskiego – jedną decyzją zakończyły działalność wszystkich kolei wąskotorowych, a nadzorującą je Dyrekcję Kolei Dojazdowych postawiły w stan likwidacji. Wielu wąskotorówkom nie udało się jednak dotrwać nawet do tego momentu.
Część kolejek – jak bogatyńską, podlaską, zwierzyniecką – zamknięto już w latach 60. i 70. W tym czasie w rejonie dużych miast kolejne wąskie tory znikały, aby ustąpić miejsca poszerzanym drogom wylotowym. Tak stało się z Radzymińską Koleją Dojazdową, Wrocławską Koleją Dojazdową i kolejnymi odcinkami niegdyś rozległej sieci Grójeckiej Kolei Dojazdowej: Warszawa Południowa – Piaseczno – Góra Kalwaria i Warszawa Wilanów – Konstancin-Jeziorna
Schyłkiem regularnych przewozów liniami wąskotorowymi na Mazowszu były już lata 80. Sochaczewska Kolej Dojazdowa wycofała pociągi pasażerskie w 1984 r., by przekształcić się w Muzeum Kolei Wąskotorowej, które po dziś dzień od maja do września prowadzi przewozy turystyczne z Sochaczewa do Wilcza Tułowskiego na skraju Puszczy Kampinoskiej.
W połowie lat 80. zamknięty został ruch pasażerski na Mławskiej Kolei Dojazdowej, której sieć obejmowała Mławę, Ciechanów, Przasnysz i Maków Mazowiecki. W 1986 r. – zaledwie 36 lat po wybudowaniu kolejki – przestały kursować pociągi pasażerskie z Nasielska do Pułtuska. Otwarta w 1950 r. Nasielska Kolej Dojazdowa była jedyną wąskotorówką wybudowaną przez PKP po II wojnie światowej.
Wąskotorówki wypełniały luki w sieci linii normalnotorowych, zapewniając dostęp do kolei mieszkańcom Przasnysza, Makowa Mazowieckiego, Pułtuska czy Grójca.
Regularny ruch pasażerski na ostatnich fragmentach Grójeckiej Kolei Dojazdowej zlikwidowano na przełomie lat 80. i 90.: w 1988 r. przestały kursować pociągi pasażerskie między Grójcem a Nowym Miastem nad Pilicą, zaś w 1991 r. między Piasecznem a Grójcem. Do 1996 r. był jeszcze prowadzony ruch towarowy.
Od lat 70. przewóz ładunków na wąskotorówkach opierał się na wagonach-transporterach, na których przewożone były wagony normalnotorowe – tak docierały one do klientów rozlokowanych przy liniach wąskotorowych. Dzięki temu na stacjach stycznych wyeliminowano czasochłonny przeładunek towarów między wagonami normalnotorowymi i wąskotorowymi.
Choć lata 80. były już czasem szybkiego znikania wąskotorówek, to wówczas PKP zakupiły w zakładach FAUR w Rumunii 32 szynobusy MBxd2: w latach 1984-1986 powstało 20 pojazdów na potrzeby kolejek o szerokości toru 750 mm i 12 dla kolei z szerokością toru 1000 mm (podobnej inwestycji zabrakło wtedy dla lokalnych linii normalnotorowych: ogłoszony pod koniec lat 80. program zakupu 220 szynobusów nie został zrealizowany).
Do decyzji z 2001 r. o zamknięciu linii wąskotorowych dotrwało w regularnym ruchu osiem kolei dojazdowych: średzka, śmigielska, pleszewska, ełcka, krośniewicka, rogowska, koszalińska oraz stargardzka.
Pułapki na wąskim torze
Jedyną szansą na dalszy byt wąskotorówek w XXI wieku było przejęcie ich przez samorządy lokalne. Nie mniej istotny był zapał entuzjastów – zarówno miłośników dróg żelaznych, jak i kolejarzy porzucanych przez PKP razem z wąskotorówkami. Gotowi byli oni poświęcać swój czas, by dbać o tabor i infrastrukturę, a także służyć wiedzą i doświadczeniem w zarządzaniu kolejami wąskotorowymi. Lokalni włodarze zwykle na tym po prostu się nie znali, nawet jeśli byli pozytywnie nastawieni do przejęcia kolejek. Właśnie w celu utrzymania działalności wąskotorówek powstało Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Ta organizacja pasjonatów – której zakres działalności z biegiem lat uległ zmianom – zaangażowała się w dalsze funkcjonowanie między innymi Śmigielskiej Kolei Dojazdowej w Wielkopolsce. Nowym właścicielem tej wąskotorówki został Urząd Miasta i Gminy Śmigiel, operatorem SKPL, zaś naczelnikiem Wit Kreuschner, który tę samą funkcję pełnił w czasach, gdy kolejka działała w ramach PKP.
Codzienny ruch pociągów pasażerskich przywrócono w styczniu 2002 r., pół roku po jego zlikwidowaniu przez PKP. Obsługiwana trasa została wydłużona do Wielichowa, dokąd w ostatnich latach funkcjonowania kolejki pod banderą PKP już nie docierały pociągi pasażerskie. W 2003 r. otwarty został nowy przystanek Nietążkowo Szkoła, aby ułatwić dojazd uczniów do tutejszego zespołu szkół średnich.
Niestety na nowych właścicieli kolejek czyhały zastawione przez PKP pułapki. Śmigielska Kolej Dojazdowa po przejęciu przez gminę dowiedziała się, że będzie musiała płacić spółce PKP Polskie Linie Kolejowe 24 tys. zł rocznie za opuszczanie i podnoszenie szlabanu na przejeździe kolejowym w Starym Bojanowie. Wspólny dla wąskotorowki i linii normalnotorowej przejazd strzeżony był bowiem obsługiwany przez pracowników z nastawni na stacji normalnotorowej. W celu uniknięcia opłat podjęto decyzję o skróceniu trasy pociągów wąskotorowych, tak by nie musiały przejeżdżać przez feralny przejazd. Niestety oznaczało to, że przestały one docierać do peronu na stacji Stare Bojanowo, stycznej z linią normalnotorową. Przesiadający się między wąskotorówką a pociągami kursującymi linią Poznań – Leszno byli odtąd zmuszeni do pokonywania kilkuset metrów pieszo.
Regularny ruch pasażerski i towarowy był prowadzony do 2010 r., do kiedy śmigielską wąskotorówką zarządzało Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Od 2011 r. kolejką zarządza Zakład Komunalny w Śmiglu, który ogranicza się już tylko do uruchamiania pociągów turystycznych i okazjonalnych.
Stowarzyszenie przez sześć lat, od 2002 do 2008 r., prowadziło regularny ruch pasażerski i towarowy również na Krośniewickiej Kolei Dojazdowej, będącej jedną z pozostałości sieci wąskotorowej niegdyś rozciągającej się od Gniezna po aglomerację łódzką.
SKPL wciąż jest operatorem prowadzącym regularne przewozy na trójszynowej linii o prześwicie 750/1435 mm, łączącej Pleszew z położoną 3,5 km za miastem stacją na linii Poznań – Ostrów Wielkopolski. Linia Pleszew Wąskotorowy – Pleszew Miasto, po tym jak w 2001 r. PKP wycofało się z jej obsługi, należy do Urzędu Miasta i Gminy Pleszew.
Rosnące tempo
Rogowską Kolej Dojazdową w 2002 r. przejął od PKP powiat rawski. W to, aby tak się stało, zaangażowali się pasjonaci z Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych. Organizacja ta po dziś dzień zarządza należącą do powiatu kolejką, troszcząc się o jej tabor i infrastrukturę oraz uruchamiając pociągi turystyczne – w 2019 r. przewiozły one 24 tys. osób.
Ostatnio fundacji udało się uzyskać z budżetu państwa dotację w wysokości 1 mln zł na renowację parowozu Px48 i zapewnienie zaplecza do jego eksploatacji. Ma on zacząć prowadzić pociągi w 2022 r. – 46 lat od wycofania trakcji parowej na rogowskiej wąskotorówce.
Fundacja eksploatuje nie tylko tabor przekazany powiatowi rawskiemu przez PKP wraz z całą kolejką, ale także ściąga oraz restauruje lokomotywy i wagony ze zlikwidowanych wąskotorówek. W 2020 r. kupiła od PKP zniszczony szynobus MBxd2, który służył w Krośniewicach – trwa zbiórka pieniędzy na jego remont i przywrócenie do ruchu.
Fundacja zbiera również fundusze na remonty i bieżące utrzymanie infrastruktury. W latach 2016-2018 przeprowadzone zostały naprawy odcinków Rogów – Jeżów i Rawa Mazowiecka – Biała Rawska. Wciąż w złym stanie jest środkowy odcinek kolejki między Jeżowem a Rawą Mazowiecką – z tego powodu nie kursują nim pociągi z pasażerami, mogą tu odbywać się tylko przejazdy robocze i techniczne.
W czasach funkcjonowania regularnego ruchu na Rogowskiej Kolei Dojazdowej jej rozkład jazdy przez dwie dekady nie był zmieniany – pociągi kursowały w dokładnie tych samych godzinach od przełomu lat 70. i 80. Rozkład jazdy uległ zmianie w czerwcu 2000 r., a z początkiem kwietnia 2001 r. – na kilka miesięcy przed likwidacją połączeń – kursowanie zostało ograniczone do godzin przedpołudniowych.
49-kilometrową trasę z Rogowa do Białej Rawskiej pociąg pokonywał w ponad dwie godziny. Jadąca z prędkością około 35 km/h wąskotorówka coraz słabiej nadążała za rosnącym tempem życia.
Inwestycja w wąski tor
Czy w trzeciej dekadzie XXI wieku jest możliwy renesans kolei wąskotorowych: dostosowanie ich do dzisiejszych wymagań i wykorzystanie do normalnego zaspokajania potrzeb transportowych?
Na to pytanie ma odpowiedzieć ekspertyza zamawiana przez samorząd województwa łódzkiego. Założeniem jest wpięcie kolei wąskotorowej w regionalny system transportu w celu zapewnienia przejazdu z Rawy Mazowieckiej do Łodzi w nie więcej niż 1 godz. 10 min. – wąskotorówką do Rogowa, a dalej pociągiem Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej (jazda busem na tej trasie trwa około 1 godz. 30 min.).
Licząca 17 tys. mieszkańców Rawa Mazowiecka to po Bełchatowie największe miasto powiatowe województwa łódzkiego bez połączeń kolejowych. Stacja wąskotorówki w Rawie Mazowieckiej znajduje się 500 metrów od Placu Wolności – głównego punktu w mieście. Linia biegnie przez sześć gmin, które obecnie nie są obsługiwane transportem kolejowym.
Analiza określić ma zakres niezbędnych inwestycji w linię wąskotorową wraz z wskazaniem lokalizacji mijanek, nowych przystanków i punktów umożliwiających dowiązanie połączeń autobusowych. Ponadto rozpatrzona ma zostać koncepcja budowy odgałęzienia wąskotorówki do Centralnej Magistrali Kolejowej, na której w pobliżu Białej Rawskiej mogłaby powstać stacja pozwalająca na przesiadki między pociągami wąskotorowymi i dalekobieżnymi.
Koncepcja przebudowy posterunku Biała Rawska w celu umożliwienia postojów pociągów kursujących Centralną Magistralą Kolejową została zgłoszona przez samorząd województwa łódzkiego do Rządowego Programu Budowy lub Modernizacji Przystanków Kolejowych na lata 2021-2025. Ministerstwo Infrastruktury odrzuciło jednak ten wniosek.
Ekspertyza ma się przyjrzeć rynkowi taborowemu pod kątem zakupu nowych lub używanych składów wąskotorowych na potrzeby regularnego ruchu pasażerskiego.
W ramach prac analitycznych mają zostać przeprowadzone badania ankietowe wśród mieszkańców na temat ich kierunków i celów dojazdów. Na tej podstawie ma zostać zaprezentowana propozycja rozkładu jazdy. Uwzględnione mają zostać też potrzeby ruchu towarowego: przewozu kontenerów i wagonów normalnotorowych na platformach wąskotorowych oraz lokalizacji punktów ładunkowych.
Samorząd województwa łódzkiego oczekuje, że autorzy ekspertyzy wskażą możliwości zrealizowania inwestycji z wykorzystaniem funduszy Unii Europejskiej w perspektywie finansowej 2021-2027.
Wbrew pozorom
– „Największy potencjał efektywnego wpięcia w regionalne systemy transportowe mają koleje wąskotorowe zlokalizowane blisko generatorów ruchu, a więc aglomeracji i zapewniające połączenia z większymi miastami powiatowymi. Szczęśliwie Rawa Mazowiecka może być takim przykładem” – mówi dr Michał Zajfert, który w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk zajmuje się sektorem infrastruktury, a jednocześnie pełni funkcję członka rady Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych, zarządzającej rogowską kolejką. – „Przez ostatnią dekadę samorządy zaangażowane w rozwój kolejowego transportu regionalnego na swoim obszarze udowodniły, że umieją go zorganizować. W gronie zaangażowanych województw jest też łódzkie, co dobrze wróży inicjatywie rewitalizacji”.
Wbrew pozorom wąskotorówki nie muszą być powolne, a ich autonomia może wręcz stanowić atut. – „Koleje wąskotorowe, jako technicznie odseparowane od ogólnopolskiej sieci PKP PLK, podlegają mniej restrykcyjnym regulacjom, a z drugiej strony są niezależne od skutków kongestii ruchu licznych pociągów różnych rodzajów i przewoźników, dzięki czemu dużo łatwiej zapewnić na nich tak ważną dla podróżnych punktualność” – mówi Zajfert i dodaje, że największy jest problem mentalny, który nie pozwala traktować wąskich torów jako jednej ze składowych systemu transportowego. – „To konsekwencja trwającej już od lat 50. marginalizacji kolei wąskotorowych”.
Sezon na wąskotorówki
Rzeczywiście w Polsce już od dawna na linie kolejowe z rozstawem szyn węższym niż 1435 mm patrzy się jak na atrakcję turystyczną lub co najwyżej jak na sezonowy środek transportu.
W ruchu sezonowym najlepiej radzą sobie: Nadmorska Kolej Wąskotorowa, która od maja do września codziennie jeździ na trasie Pogorzelica – Niechorze – Rewal – Trzęsacz – Gryfice, Żnińska Kolej Wąskotorowa, od maja do sierpnia zapewniająca dojazd do Muzeum Archeologicznego w Biskupinie, oraz Żuławska Kolej Dojazdowa, która w wakacje codziennie, a w czerwcu i wrześniu w weekendy kursuje na biegnącej wzdłuż Zatoki Gdańskiej linii Sztutowo – Stegna – Jantar – Mikoszewo – Prawy Brzeg Wisły. – „Tam w okresie letnim pociągi pasażerskie wyczerpują jej przepustowość i mimo tego nie są w stanie obsłużyć wszystkich chętnych podróżnych” – mówi Zajfert.
Dodajmy, że na żuławskiej wąskotorówce na Wszystkich Świętych co godzinę kursują pociągi na cmentarz komunalny, który jest zlokalizowany na obrzeżach Nowego Dworu Gdańskiego. Co roku z tej formy dojazdu na groby bliskich korzysta około 1 tys. osób.
Wąskotorowa normalność
– „Transportowa funkcjonalność kolei nie jest determinowana prześwitem jej torów” – podkreśla Michał Zajfert. – „Przecież w wielu krajach funkcjonują systemy transportowe oparte o koleje wąskotorowe. W Niemczech, Austrii czy Czechach koleje wąskotorowe spełniają codzienne funkcje transportowe”.
Jedną z takich kolei są Jindřichohradecké Místní Dráhy, które prowadzą ruch na dwóch liniach wybiegających z położonego na południu Czech 21-tysięcznego miasta Jindřichův Hradec. Pociągi JHMD wyruszają stąd główną linią kolejową – na jej liczącym 2,5 km odcinku funkcjonuje trzyszynowy splot toru normalnego z torem wąskim o szerokości 760 mm.
Na 33-kilometrowej linii Jindřichův Hradec – Nová Bystřice i 46-kilometrowej linii Jindřichův Hradec – Obrataň JHMD uruchamia łącznie 32 pociągi dziennie. – „Można tu spotkać wagony kursujące 60 km/h, które powstały w wyniku kompleksowej modernizacji pojazdów odkupionych 16 lat temu z zamkniętych kolei wąskotorowych w Polsce” – mówi Zajfert o czterech pojazdach MBxd2, których modernizację w Czechach dofinansowano z funduszy unijnych.
W lecie JHMD obok standardowych pociągów uruchamia składy prowadzone parowozami – w tym lokomotywą U37, wyprodukowaną w 1898 r.
Tuż za polską granicą, 10 km od Prudnika i Głubczyc, regularny ruch prowadzony jest na 20-kilometrowej wąskotorówce Třemešná ve Slezsku – Osoblaha. Linia o szerokości toru 760 mm łączy miasteczko Osoblaha z normalnotorową siecią kolejową. Co dość nietypowe, tą wąskotorówką administruje krajowy zarządca infrastruktury kolejowej Správa Železnic, a przewoźnikiem są państwowe České Dráhy. W Niemczech Deutsche Bahn zarządza już tylko jedną linią wąskotorową: to kolejka na objętej zakazem ruchu samochodów wyspie Wangerooge na Morzu Północnym. W Austrii państwowa kolej ÖBB przekazała wąskotorówki landom w latach 2008-2010.
Na państwowej linii Třemešná ve Slezsku – Osoblaha lokalne stowarzyszenie Slezské Zemské Dráhy w letnie weekendy uruchamia pociągi zabytkowe, prowadzone parowozem lub lokomotywą spalinową. Zaspokajanie przez koleje wąskotorowe codziennych potrzeb transportowych wcale bowiem nie musi kłócić się z dbałością o ich wyjątkowy i zabytkowy charakter. Na to również liczą entuzjaści rogowskiej wąskotorówki.
Węgiel, ropa, wodór
Pociągi prowadzone parowozem na kolei wąskotorowej Zillertalbahn stanowią atrakcję austriackiego Tyrolu. Jednocześnie na tej linii – łączącej Jenbach (7 tys. mieszkańców) z Mayrhofen (4 tys. mieszkańców) – funkcjonuje regularny ruch obsługiwany składami spalinowymi. Szykowane jest jednak przejście na napęd wodorowy – w fabryce koncernu Stadler w Bussnang w Szwajcarii trwa już produkcja wodorowych zespołów trakcyjnych, które na torze o szerokości 760 mm mają osiągać prędkość 80 km/h. Obecnie pociągi jeżdżą 70 km/h.
Ruch na Zillertalbahn prowadzony jest codziennie między 6:00 a 21:00 – pociągi kursują dwa razy na godzinę. W Jenbach składy wąskotorowe są skomunikowane z pociągami kursującymi na trasie Innsbruck – Salzburg – Wiedeń. W 2019 r. na liczącej 32 km linii Jenbach – Mayrhofen pasażerowie odbyli 2,9 mln podróży. To więcej niż w całym województwie podlaskim (w 2019 r. 2,4 mln podróży).
W maju 2021 r., po ośmiu latach przerwy, Zillertalbahn przywróciła ruch towarowy. Pociągi dowożą drewno do zlokalizowanej w Fügen fabryki koncernu Binderholz, co oznacza wyeliminowanie z doliny rzeki Ziller 16 tys. przejazdów ciężarówek w skali roku.
W Austrii codzienny ruch prowadzą też między innymi wąskotorówki Murtalbahn, Pinzgauer Lokalbahn i zelektryfikowana Mariazellerbahn, na których rozstaw szyn to również 760 mm, a prędkość osiągana przez pociągi to 70-80 km/h.
100 km/h po wąskim torze
Koleje wąskotorowe są jedną z bardziej znanych atrakcji turystycznych Szwajcarii. Rhätische Bahn, Matterhorn Gotthard Bahn czy Zentralbahn – o rozstawie szyn 1000 mm i zelektryfikowane – to jednak nie tylko składy z panoramicznymi wagonami, z których można podziwiać Alpy, ale także codzienny ruch pasażerski i towarowy, wpisany w świetnie działający szwajcarski system transportowy. Pociągi wąskotorowe są tu w pełni zintegrowane taryfowo i idealnie skomunikowane z pociągami normalnotorowymi i autobusami. Na systemy kolei aglomeracyjnych S-Bahn w Bernie, Lucernie czy Zurychu składają się zarówno linie normalnotorowe, jak i wąskotorowe. Do trzech szwajcarskich kantonów – Appenzell Innerrhoden, Obwalden, Nidwalden – da się dojechać tylko wąskim torem.
We Włoszech koleje wąskotorowe są istotnym elementem systemu transportowego aglomeracji Neapolu. Circumvesuviana – kolej wąskotorowa o rozstawie szyn 950 mm – łączy milionową stolicę regionu Kampania z okolicznymi miastami i gminami. Sieć neapolitańskiej kolei jest zelektryfikowana, liczy 148 km, obejmując 96 stacji i przystanków. Część szlaków jest dwutorowa. Działająca od 1890 r. Circumvesuviana w XXI wieku zyskała dwa nowe odcinki: w 2001 r. na wschodnich przedmieściach Neapolu otwarto liczący 8 km łącznik między trzema liniami, a w 2006 r. jedną z linii wydłużono do 59-tysięcznego miasta Acerra. Nowe odcinki biegną w dużej mierze tunelami.
Na Sycylii działa Ferrovia Circumetnea, okrążająca wulkan Etna 111-kilometrowa linia z Katanii do Riposto. – „Od kilku lat w codziennym ruchu kursują tu szybkie nowoczesne wąskotorowe spalinowe zespoły trakcyjne wyprodukowane w Polsce – w zakładach Newag” – mówi Michał Zajfert o składach Vulcano, które na linii o szerokości toru 950 mm rozpędzają się do 100 km/h.
W naszym kraju wąskotorówki uważa się za nietypowy i nieprzystający do dzisiejszych czasów środek transportu. A tymczasem to Polska – z kolejami wąskotorowymi, których nie wykorzystuje się na co dzień – jest wyjątkiem na kolejowej mapie Europy.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 5/115 (wrzesień-październik 2021). Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Karol Trammer. http://www.zbs.net.pl
przez Artur Matuszkiewicz | wtorek 21 września 2021 | opinie
Właściwie nie ma dnia, w którym nie bylibyśmy bombardowani informacjami dotyczącymi Nowego (Polskiego) Ładu. Codziennie pojawiają się nowe doniesienia o potencjalnych zmianach, setki analiz oraz artykułów objaśniających, co potencjalnie może nastąpić wraz z nowym rokiem. Nietrudno zauważyć, że w większości przypadków narracja ta przedstawia perspektywę głównie biznesu, a rzadziej perspektywę pracowniczą i społeczną proponowanych zmian. Dysproporcje te świetnie można było obserwować w trakcie debaty dotyczącej składki zdrowotnej i podatku dochodowego – gdzie mowa była głównie o przedsiębiorcach, którzy rozliczają się podatkiem liniowym. Efekt – prawdopodobnie przedsiębiorcy i tak nie będą musieli odprowadzać całej składki zdrowotnej, natomiast pracownicy zatrudnieni na umowę o pracę będą płacić ją w całości. W taki oto sposób dzieją się dwie rzeczy, które dalekie są od rozwiązań prospołecznych. Pierwsza – nie ruszamy grupy uprzywilejowanej, która nadal nie będzie w całości płacić składek na rzecz ochrony zdrowia. Druga – nie likwidujemy problemu tzw. sztucznych jednoosobowych działalności gospodarczych, czyli długoletnich kontraktów B2B, które przerzucają koszty na pracownika.
Jednak tym, co w mojej opinii wydaje się kluczowym zagrożeniem zawartym w Nowym (Polskim) Ładzie, są kredyty bez wkładu własnego. Na pierwszy rzut oka zmiana ta wydaje się w pewnym stopniu pozytywna. Bo wyobraźmy sobie standardową sytuację rodziny 2+2, która nie posiada własnego mieszkania. Załóżmy, że dwójka rodziców zarabia po najniższej krajowej, czyli orientacyjnie będzie to 4120 zł na rękę oraz dołóżmy świadczenie w postaci 500+ na dwójkę dzieci i mamy około 5120 zł miesięcznie. Prawdopodobnie na sam wynajem mieszkania (oczywiście w zależności od standardu, metrażu i lokalizacji) z tej kwoty może iść od 1200 do 2000 zł czynszu, a do tego musimy doliczyć wszelkie media (prąd, woda, gaz, Internet itd.). Czyli około 50% (albo i więcej) dochodu takiej rodziny będzie wydawane na wynajem mieszkania. Natomiast reszta na codzienne życie plus ew. zakupy odzieży, utrzymanie auta itp. Nietrudno zauważyć, że w takim przypadku całość dochodu jest pochłaniana przez koszty miesięcznego utrzymania i raczej nie ma mowy o tym, żeby nasza przykładowa rodzina mogła pozwolić sobie na dodatkowe oszczędności. Takie, które umożliwiłby jej wpłatę wkładu własnego (zwykle 10-20% ceny nieruchomości) na mieszkanie, szczególnie przy szalejących cenach na rynku nieruchomości, czy to pierwotnym czy wtórym.
W takiej sytuacji 0% wkładu jawi się jako pewnego rodzaju wybawienie. Zamiast płacić za wynajem mieszkania, które nie jest pewne, ponieważ w każdej chwili można zostać wyrzuconym na bruk – rodzina płaci za kredyt hipoteczny i ma zapewniony względny spokój, jeśli chodzi o warunki mieszkalne. Więc w czym w takim razie tkwi zagrożenie?
Szykuje się abdykacja państwa z próby stworzenia szeroko dostępnych mieszkań publicznych na rzecz prywatnych banków oraz deweloperów. Poprzedni program mieszkaniowy (Mieszkanie+), w założeniach o wiele lepszy niż kredyt bez wkładu własnego, okazał się porażką. Natomiast tutaj mamy typowy przykład „lekarstwa gorszego od choroby” w postaci zadłużenia obywateli (i ewentualnie państwa, które jest gwarantem pokrycia wkładu w przypadku niewypłacalności kupującego), które buduje taką samą niepewność jutra, jak w przypadku braku dostępu do własnego mieszkania. Można by rzec za Slavojem Žižkiem: „Widmo krąży nad współczesnym kapitalizmem – widmo długu”.
Należy pamiętać, że kredyt jest nie tylko narzędziem do zarabiania pieniędzy przez banki, ale także mechanizmem kontrolowania dużej rzeszy ludzi. Mając duże zobowiązanie finansowe, nie podejmują już oni wolnych i swobodnych decyzji. Większość decyzji np. dotyczących zmiany pracy zaczyna być ściśle związana z kalkulowaniem. Trudniej w takiej sytuacji o nawet minimum ryzyka – ponieważ wystarczy kilka niespłaconych rat i ląduje się na bruku. W dodatku samemu bankowi bardzo często nie zależy na tym, żeby dług został spłacony, lecz raczej żeby trwał on możliwie jak najdłużej. Pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno temu za nadpłacenie kredytu mieszkaniowego czy gotówkowego były nakładane prowizje, ponieważ banki były „stratne” na tym, że ktoś nie jest zadłużony i szybciej zwrócił część lub całość kwoty.
Tak jak na powyższym dość anegdotycznym (lecz nie oderwanym od rzeczywistości) przykładzie – nie przekreślałbym samego pomysłu bez wkładu własnego, pod warunkiem, że byłaby to tylko jakaś forma wspierająca, a nie główny sposób rozwiązania problemu mieszkaniowego w Polsce. Ponieważ w tym przypadku mamy do czynienia tylko z leczeniem objawów, a nie z rozwiązaniem problemu. Podstawowym działaniem powinien być szeroko zakrojony plan budowy nowych mieszkań zapewnianych przez państwo oraz powrót do idei spółdzielczości. A wszystkim osobom, które uważają, że to pomysł rodem z PRL, przypominam, że duża część mieszkańców Polski ma jakiekolwiek mieszkanie właśnie dzięki temu, że państwo te mieszkania przez wiele lat zapewniało.
Artur Matuszkiewicz
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska