„Zmarksizujmy” pandemię!

A gdyby tak zmarksizować pandemię? To znaczy spojrzeć na nią z perspektywy, którą promował marksizm? Odejść od mieszczańskiego idealizmu, od technokratycznych ciągotek, od odgórnych uzurpacji ekspertów – i postawić na materializm? Lewicowość jest teraz podobno modna, ale ja tego nie widzę. Bo nie widzę myślenia w lewicowych kategoriach.

Byli tacy faceci, jeden to Karol, drugi to Fryderyk, obaj mieli brody, wielu ich nie lubiło. W Polsce do dzisiaj nie lubią. Czasami krytycy Marksa i Engelsa mówią, że lewica powinna być jak dawny, przedwojenny PPS. Biedactwa nie wiedzą, że dawny, przedwojenny PPS często i afirmatywnie odwoływał się do Marksa i Engelsa. Ale zostawmy ignorantów i wróćmy do Marksa i Engelsa. Głosili oni – upraszczam, ale nieprzesadnie – że analiza rzeczywistości powinna być zakorzeniona w materii. Że warunki bytowania wpływają w sposób niebagatelny na świadomość. Że środki produkcji danej epoki wpływają na to, jak myślimy, co robimy, jak wyglądają życie społeczne i refleksje jednostek. I tak dalej. To nie była jedna cudowna odpowiedź na wszystko, nie byli oni tak głupi jak wielu ich późniejszych wyznawców i nie uważali, że absolutnie wszystko da się tą materią wyjaśnić. Ale sporo można.

No to spróbujmy. Ludzie w Polsce nie szczepią się chętnie? Tak, nie szczepią się chętnie. Są zatem „szurami”, „idiotami”, „bezmózgami”, „debilami”? Niekoniecznie. To znaczy jacyś na pewno tacy są. Ale skoro nie zaszczepiło się ~45% bliźnich i współobywateli, to jeśli nie jesteśmy jakimiś nadętymi elitarystami, unikałbym takich diagnoz. Bo to mało realne, a poza tym może trafić na czyjąś mamusię, tatusia, siostrę, brata, dzieci, dziadków, mężów, żony, partnerów, kumpli itd. No i okaże się, że ci wszyscy tak brzydko nazywani są dość bliscy tym, którzy ich tak nazywają. Wiem, wiem, pohukujący i moralizujący analitycy mają same doskonałe rodziny i kumpli. I nie znają nikogo, kto głosowałby na PiS. Doskonały świat doskonałych ludzi, ale na nich rzeczywistość się nie kończy.

A materia? Wiemy już na przykład, że najwięcej odmów szczepień jest w tych regionach, w których realia socjoekonomiczne były w III RP najgorsze. W regionach, dla których elity miały przez długie lata głównie kij, a prawie żadnej marchewki. Dla nadętego liberała będzie to dowodem na to, że głupi są głupi i dlatego są biedni. Dla kogoś bardziej refleksyjnego będzie to okazja do zastanowienia się nad głębokimi korzeniami i przyczynami społecznej dezintegracji i nieufności. A nawet – odwagi! – nad wskazaniem sprawców tegoż zjawiska.

Lewica mówi: przymus szczepień. Ja na płaszczyźnie gabinetowego rozumowania myślę podobnie. Bo trzeba przerwać łańcuch nie tylko zakażeń, ale i poważnego przebiegu choroby, zgonów, powikłań, obciążenia systemu ochrony zdrowia itd. Bo dobro wspólne jest ważniejsze niż jednostkowe decyzje, a państwo na serio istnieje m.in. wtedy, gdy w imię wyższej zbiorowej konieczności może zastosować przymus. Bez tego są burdel, anarchia, chaos i niewidzialna ręka nie wiadomo czego, może rynku, może klik, może sitw, może jednostkowych zachcianek realizowanych bez oglądania się na cokolwiek. W każdym razie brak społeczeństwa, są tylko jednostki i rodziny, jak chciała Thatcher.

Ale gdy moje myśli opuszczają gabinet (czyli klitkę w starym bloku na prowincji), to już nie jest tak prosto. Bo to dotyczy ~45% społeczeństwa. Czy to wszystko są szury, debile, spiskowi maniacy, pomyleńcy, bezmózgowcy? Jakoś nie jestem przekonany do takiej tezy. Nie jestem elitarystą, więc prosta arytmetyka mi tu szwankuje. Już prędzej obstawiałbym, że to żaden ciemnogród, lecz mentalne dzieci Balcerowicza: egoiści, indywidualiści, znający tylko własne zachcianki i mający czubek nosa za najwyższe prawo. Tak ich przecież wychowała III RP, to im sączono z „wolnych mediów”. Ale to nadal nie jest realna arytmetyka. Chyba że bardzo nie lubisz bliźnich, ale wtedy zalecam terapię.

A co jeśli to są ludzie całkiem racjonalni? Także i ci, którzy na podparcie racjonalnych lęków sięgają po bzdurne teorie i preteksty? Że oprócz tych, którzy nie ufają elitom, bo elity nic dobrego dla nich nie miały, są to na przykład ludzie, którzy po szczepieniu nie chcą mieć absencji w pracy, bo ich praca jest byle jaka, niepewna, a w dodatku za dłuższe chorobowe pensja spada o ustawowe potrącenia? A jeśli to są ci zatrudnieni na śmieciówkach, którzy w pracy i w gotowości muszą być cały czas, bo każda nieobecność równa się mniejszym dochodom? A jeśli to są te grube tysiące „samozatrudnionych”, czyli ludzi de facto będących w sytuacji pracowników najemnych, czyli na każde zawołanie szefów, ale zmuszonych do „założenia firmy”, a więc pozbawionych zalet etatu, a tacy też się boją każdej absencji i każdego braku gotowości? A jeśli to są liczni „biznesmeni” z gatunku tych, którzy w czasach masowego bezrobocia i masowego braku nadziei musieli „zakładać firmy” jako jedyną szansę, żeby nie umrzeć z głodu, a w tych „firmach” nie ma ich teraz kto nawet na moment zastąpić w przypadku niedyspozycji, więc muszą być ciągle zwarci i gotowi, pod telefonem, mejlem, mesendżerem itd., bo klient, bo zlecenie, bo termin, bo płatność, bo faktura itd.? To razem wzięte są miliony osób.

Oczywiście ludzie racjonalni powiedzą, żebym dał spokój, że to przecież idealizowanie, ludomania i tak dalej. Że przecież gdyby tak było, to właśnie wspomniane osoby szczepiłyby się na potęgę, aby mieć ochronę przed zarażeniem czy ciężkim przebiegiem choroby. Ale to jest racjonalność sytego i żyjącego stabilnie. Ci mniej syci i żyjący niestabilnie myślą w inny sposób. Kto miał jako tako zróżnicowane doświadczenia życiowe i choć czasami bywał nie na wozie, lecz pod wozem (nie polecam), ten wie, że nawet ta sama jednostka potrafi inaczej myśleć i zachowywać się w zależności od tego, w jakiej sytuacji się znajduje. Ludowe porzekadło mówi, że syty nie zrozumie głodnego. Powiem więcej: syty nie zrozumie nawet samego siebie z czasów, gdy był czy bywał głodny – teraz sądzi, że nie zachowałby się jak wtedy.

Zamożni ludzie dziwią się, że bezrobotna samotna matka kupiła chipsy czy papierosy z niewielkiego zasiłku. Że chłopak z osiedla z marną pensją wydał kilka stów na markowe buty. Że ktoś ubogi „roztrwonił” kilka dych na losy na loterii. W tym czasie człowiek zamożny i o swą zamożność spokojny odkładał ziarnko do ziarnka, inwestował i pomnażał kapitalik, wysłał dziecko na prestiżową uczelnię, a siebie na botoks czy przeszczep włosów, gdyż styl to człowiek, jak to mówią. A biedny żył z dnia na dzień, zachowywał się niekoniecznie racjonalnie wedle tej samej racjonalności. Bo jego racjonalność jest inna. Jego racjonalnością jest przetrwanie w takim labiryncie, jaki zna. Więc myśli, że się uda, że nie zarazi się, że ukryje zarażenie, że przebieg będzie łagodny, że z dnia na dzień nic się nie zmieni. Czy to mądre? Z perspektywy społecznej wcale. Z perspektywy przetrwania kogoś w niezbyt dobrej sytuacji – można to zrozumieć, choć nie ma potrzeby pochwalać.

Oczywiście wiem, że wśród odmawiających szczepień są też osobnicy po prostu niemądrzy, mający skłonność do bzdurnych teorii niezależnie od sytuacji, wiem też, że część tej grupy to klasa średnia ze śmietnikiem w głowach, a nawet jacyś zamożni pomyleńcy. No ale to znowu nie wystarcza do ~45% społeczeństwa. Nie tylko zresztą w Polsce. Rzut oka na wskaźniki zaszczepienia pokazuje wprost, że między bogatym zachodem Europy a uboższym wschodem kontynentu mają miejsce spore różnice, a między przewodnikami a maruderami wręcz przepaść. W tej drugiej grupie krajów z kolei spore różnice między państwami o jako takich realiach rynku pracy, zamożności itp., a słabszymi pod tym względem. Wyjątków jest garstka, a wskaźniki szczepionek na każde sto osób między krajami zamożnymi i „socjalnymi” a tymi z szarego końca takich realiów potrafią być dwu-, trzykrotnie wyższe. Można oczywiście uznać, że kraje wschodu zamieszkuje ciemnota i barbaria, jednak mnie takie wizje kojarzą się z kliszami rasistowsko-kolonizatorskimi.

Język potępiania i wyśmiewania nie zdziała tu moim zdaniem wiele, chyba że na zasadzie reakcji zwrotnej, czyli na niekorzyść trendów proszczepionkowych i prosanitarnych. Nie twierdzę, że inny język na pewno coś zdziała – być może język troski i zrozumienia jest tu na wyrost. Być może trzeba przymusu szczepień. Ale moim zdaniem trzeba też powszechności porządnych zabezpieczeń socjalnych jako lęku na niepewność i obawy. Mamy już prawie dwa lata pandemii, czyli notorycznego zagrożenia i wysokich liczb chorych. Może to już czas, żeby na chorobowym dostawać pełną pensję. Żeby zlikwidować umowy śmieciowe. Skończyć z wymuszonym samozatrudnieniem. Zamiast wspierania ogólnikowych „przedsiębiorców”, przestać się cackać z firmami zamożnymi i z ludźmi bogatymi, a zapewnić na wypadek choroby czy innego kryzysu miękkie lądowanie tym, których „firma” to naprawa laptopów czy druk ulotek na prowincji z czystym zyskiem typu 3000 netto miesięcznie.

A może to czas na przynajmniej przejściowy powszechny dochód gwarantowany? Na wprowadzenie gwarancji zatrudnienia? Pomysły leżą na stole, czas skończyć z durną wiarą, że w obliczu masowej światowej sytuacji zagrożenia zdrowotnego można robić business as usual. Że nie da się inaczej niż dotychczas? Przed kilkoma laty ponoć nie dało się wprowadzić świadczeń za samo „tylko” posiadanie dzieci. Kwartał temu ponoć nie był możliwy zerowy VAT na żywność. „Nie da się” wyłącznie w pustych głowach doktrynerów pokroju Balcerowicza. I w propagandzie klas posiadających, które do krwi ostatniej będą broniły swoich przywilejów. Utoczmy im jej trochę. Zróbmy z nich honorowych krwiodawców na rzecz krwiobiegu zdrowia publicznego.

Nie wiem dokładnie, co jest możliwe tu i teraz w ogóle, a co na gruncie woli politycznej i oporu tych, którzy mieliby stracić na takich zmianach. Wiem natomiast, że potrzebujemy w tym wszystkim kategorii pojęciowych i języka odwołujących się do materii, aby zrozumieć, co się dzieje. Bo język traktowania tak wielu obywateli kraju naszego i krajów podobnych jako szurów i paranoików to język prowadzący na poznawcze manowce. I na manowce etyczne. Choć, owszem, taki język bywa kuszący w ramach przekonania, że ja jestem nosicielem światła i rozumu, a otaczają mnie ciemność i tępota. Częściowo zapewne otaczają, ale one prawdopodobnie mają inne przyczyny niż sądzimy w ramach robienia dobrze swojemu ego.

Remigiusz Okraska

„Ekologia” bogatych

Istnieje dość powszechne przekonanie, że Polska jest nieświadoma i nieekologiczna, a Skandynawia – świadoma i ekologiczna. A tak naprawdę to wcale nie. Może to was zaskoczy, ale zasadniczo jest wręcz odwrotnie. A wszystko, jak zwykle, nie zależy od świadomości, lecz od tego, ile kto ma pieniędzy.

Pracuję w Szwecji przy przeprowadzkach i czasem dostajemy zlecenie wywiezienia śmieci od klienta. Firma ma co najmniej kilka takich akcji w tygodniu. I powinienem raczej napisać „śmieci”, bo zazwyczaj są to dobre, acz już tej osobie niepotrzebne rzeczy, które ciężarówką zabieramy na wysypisko. Ostatnio dwa dni zajęło nam zabranie takiego transportu ze sporej willi, której właściciele przy okazji przeprowadzki pozbyli się 3,5 tony (!!!) głównie dobrych rzeczy. Oczywiście nic na tym nie zarabiając, a nam za to płacąc. Buty, ubrania, szafy, komody, łóżka, meble z domu i ogrodu, narzędzia z garażu, talerze i sztućce, elektronika itp. Co się dało, tośmy sobie wzięli, ale przecież nie każdy co miesiąc jest w stanie przygarnąć do domu skórzaną sofę, komodę czy zestaw siekier. A nie mamy czasu, by się tym zająć inaczej niż tylko wywożąc na składowisko. Nieraz, dosłownie, łza mi się w oku kręci. Myślę o tym, ilu ludzi marzy o takich sprzętach, a ich na to nie stać, nawet tu w Szwecji, a już na pewno w Polsce, nie mówiąc o biedniejszych krajach. Oraz ile energii i zasobów marnuje się na moich oczach. Potłuczone szkło, które może wyślą do Chin, by tam je w hucie przetapiać i wysłać znowu do Europy, połamane meble, które pewnie się spali, tekstylia, z którymi nie wiadomo co począć, wyroby ze skóry zabitych zwierząt, procesory z metalami rzadkimi, za które ludzie giną w Afryce. A wszystko to dalej wieźć, tworzyć dalsze emisje dwutlenku węgla, na kolejny transport, przetwarzanie albo po prostu bezsensowne składowanie.

Jednocześnie nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce. Jeszcze. Króluje u nas sprzedaż na OLX czy Allegro, bo za biedni jesteśmy, żeby wyrzucać dobre rzeczy, za bardzo to się nam jeszcze nie mieści w systemie wartości. Stare meble nieraz stoją latami w piwnicy, ale wyrzucić żal. I tak, mamy w kraju więcej energii z węgla niż z wiatraków i więcej torebek foliowych zamiast papierowych, ale w skali makro to w Polsce marnuje się mniej rzeczy. Dużo mniej.

To nie tylko mojej subiektywne obserwacje. Według Eurostatu Polak wyrzuca rocznie 336 kg odpadów komunalnych – prawie najmniej w Unii. Choć i wewnątrz kraju są różnice zależne od województw. Co ciekawe, tam, gdzie wyższa średnia płaca, tam zazwyczaj śmieci więcej. Za danymi GUS, na bogatszym Dolnym Śląsku, to aż 400 kg rocznie, na biedniejszym Podkarpaciu tylko 236 – mniej niż w jakimkolwiek państwie UE. Tymczasem Szwed wyrzuca średnio 449 kg, a Duńczyk 844! Norweg też ponad 800, Fin 566. Tak, Szwedzi wypadają tu bardzo dobrze na tle sąsiadów. Jest to w końcu kraj światowej awangardy ekologicznej. A jednak w tym wypadku znajduje się za Polską pod względem dobrych postaw. Gdy mieszkańca Szwecji stać na więcej, to i śmieci więcej. Mimo wielkich starań systemu.

Podobny, choć jeszcze chyba bardziej zaskakujący efekt mamy w kwestii śladu węglowego. Polska ze swoją energetyką węglową i Szwecja z niemal najbardziej zieloną energetyką w Europie, czyli atomem, wiatrem i wodą. A ślad węglowy, uwzględniający dwutlenek węgla wyemitowany zagranica na potrzeby konsumpcji krajowej, jest dla przeciętnej Szwedki i tak wyższy niż w przypadku Polki. Znów: więcej pieniędzy = większa konsumpcja = więcej zużytych surowców. Skoro pensja jest tu średnio 300-400% wyższa niż w Polsce, ale ubrania, meble, sprzęty domowe kosztują może 50% więcej, a czasem tyle samo, to jest co i na co wydawać. Częściej kupowane nowe ubrania, częstsze remonty i zmiany mebli czy większe i nowsze samochody. Bo przecież, wbrew pozorom, ekologiczny samochód to nie ten nowszy, ale ten, którym jeździmy jak najdłużej się da, aby nie trzeba produkować kolejnego. I w tym kontekście wysoka świadomość przestaje mieć przeważające znaczenie. Komfort wygrywa z troską o dobro bezosobowej planety czy obcych ludzi w krajach Południa. A byłoby to widać tym bardziej, gdyby wziąć pod uwagę podział według zarobków w danym społeczeństwie. Przecież stosunkowo biedny Szwed czy Polak nie wyrzuci tego, co zamożny. Nie poleci też 10 razy do roku samolotem, bo ani go na to nie stać, ani nie ma czasu. Tak wiele konsumują bogatsze warstwy społeczeństwa.

Pytanie, czy nas też to czeka? Czy to nieuniknione, że bogacenie się oznacza, iż będziemy śmiecić jeszcze więcej? I wciąż emitować za dużo dwutlenku węgla? To jest trudne filozoficzne zagadnienie. Czy nam się już nie należy? Czy tym biedniejszym od nas też nie? Dlaczego, skoro Szwedom lub Norwegom się należało? To trudne pytania, na które jednak możemy odpowiadać z pozycji niekoniecznie tych najbardziej winnych i największych czarnych owiec rozwiniętego świata. Bo choć zmiany przed nami i dużo systemowej roboty do zrobienia, to wcale tacy najgorsi jeszcze nie jesteśmy. I może nigdy nie będziemy.

Maciej Zaboronek

Wielka Orkiestra Sygnalizowania Cnoty

Wielka Orkiestra Sygnalizowania Cnoty

Choć sama w sobie krytyka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z lewicowej perspektywy nie jest niczym nowym, trudno nie odnieść wrażenia, że wciąż ma horrendalne problemy z przebiciem się do mainstreamu. Gdy na potrzeby researchu do tego artykułu wpisałem w przeglądarce hasło „WOŚP – krytyka”, ogromna większość artykułów zawierała wypowiedzi przedstawicieli prawej strony politycznej: oskarżenia o antyklerykalizm i demoralizację młodzieży, o hipokryzję polegającą na chęci niesienia pomocy chorym dzieciom a jednocześnie promocję ich „zabijania” (chodzi o zeszłoroczne wsparcie dla Strajku Kobiet). Częste było też wskazywanie alternatywnej, również prywatnej, ale nie bezbożnej a pobożnej instytucji, czyli oczywiście Caritasu. W oczach znacznej większości Polaków podział wobec WOŚP to podział pokrywający się z podziałem na PiS i AntyPiS. Mamy więc klasyczny establishmentowy rozłam na Polskę zacofaną i purytańską oraz Polskę uśmiechniętą, tolerancyjną i oświeconą. Walka dobra ze złem, w której my oczywiście stoimy po tej właściwej stronie.

To, że nie ma w tej rozmowie miejsca na niuanse i merytorykę, jest oczywiście w dużej mierze kwestią tego, że zarówno prawicy, jak i liberałom zależy na utrzymaniu fałszywej dychotomii w celu utwierdzenia swoich elektoratów – znów na tej samej zasadzie, na jakiej w TVN-ie i w TVP mówi się bardzo rzadko o stronnictwach politycznych spoza duopolu rządzącego Polską od 17 lat. Nietrudno jednak odnieść wrażenie, że to także wina zaniedbań po stronie samej lewicy. Tak, jak od lat rzuca się w oczy jej zbyt silne podpięcie pod liberałów i odejście od klasowego konfliktu interesów na rzecz domniemanej walki „oświecenia” z „zacofaniem”, tak doskonale widać to w jej stosunku do inicjatywy Owsiaka. Trudno mieć nadzieję na zmiany, skoro nawet najbardziej „skrajna” partia lewicowego mainstreamu, czyli Razem, oficjalnie „Gra z WOŚP”.

Warto więc przypominać zarówno o wizerunkowych, jak i praktycznych konsekwencjach sojuszu tego typu.

Pomówmy o skali

Zacznijmy od samego sedna i tego, od czego jakakolwiek merytoryczna krytyka Orkiestry powinna się zawsze zaczynać. Czyli od pytania, na ile WOŚP tak naprawdę pomaga. Przytoczmy więc liczby. Podczas 29. finału WOŚP zebrała łącznie prawie 211 milionów złotych. W poprzednich latach kwoty te były niewiele mniejsze – 186 milionów w 2020, 176 milionów w 2019 i 125 milionów w 2018 roku.

Robi wrażenie? Na pierwszy rzut oka – owszem. Ludzki mózg ma to do siebie, że obrazowo odbiera tego typu liczby. Przyrównuje je do budżetu domowego, do własnych bieżących wydatków, by lepiej zobrazować sobie „ogrom” tej kwoty. Chęć ku temu jest jeszcze większa, gdy sami wrzuciliśmy parę złotych do puszki – wtedy bowiem pojawia się pragnienie poczucia sprawczości i tego, że dołożyliśmy swoją cegiełkę do czegoś Wielkiego i Dobrego.

Jednak jak słusznie zwróciła kiedyś uwagę Magdalena Okraska – nie ma przypadku w tym, że te kwoty podawane są w złotówkach, a nie w stosunku do całości PKB, która idzie co roku na zdrowie. Roczny budżet NFZ wyniósł w 2021 r. 103 MILIARDY złotych. Kiedy porównamy te kwoty, okaże się, że Orkiestra zebrała ledwie 2 promile rocznych wydatków państwa na tę kwestię. I jest to moment, w którym czar pryska.

Pryska on jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że ten coroczny festiwal dobrego serca i solidarności w naszym kraju skutkuje efektem identycznym do tego, jakby każdy mieszkaniec Polski dorzucił na zdrowie 5 złotych i 50 groszy ROCZNIE. Medialny festiwal i zachłyśnięcie się własną sprawczością zdają się być więc zupełnie niewspółmierne do rzeczywistych osiągnięć Orkiestry. Jest to oczywiście typowe dla wszelkich prywatnych inicjatyw charytatywnych.

Pomówmy o idei

Choć inicjatywa Jerzego Owsiaka budzi co roku nastroje mogące uchodzić za quasi-lewicowe (dużo mówi się bowiem o altruizmie i świeckiej pomocy bliźniemu), trudno nie odnieść wrażenia, że znacznie więcej o jej ideowym profilu mówi to, czego w programie Orkiestry nie ma. A nie ma ani słowa o pomocy systemowej, czyli tworzeniu instytucjonalnych warunków ku temu, żeby zdrowie w naszym kraju było NAPRAWDĘ dobrze chronione. Samym sednem idei Orkiestry jest zresztą wskazanie na – w zależności od interpretacji mniejszą lub większą – niesprawność tego, co publiczne. Jurek Owsiak – choć wcale nie musi nawet znać tego pojęcia – promuje ideę Ludzkiego Działania, autorstwa Ludwiga von Misesa, czołowego doktrynera ultraliberalizmu gospodarczego.

Niektórzy stojący po lewej stronie sceny politycznej obrońcy WOŚP-u lubią powtarzać, że taka dychotomia, podział na publiczne i prywatne, na NFZ i na WOŚP – jest fałszywa. Że w idealnym państwie (takim „nie z kartonu”) te dwa organy powinny się uzupełniać, a Orkiestra wcale nie gra w kontrze do systemu publicznego. To właśnie zdaje się wynikać ze wsparcia udzielanego Orkiestrze przez Partię Razem. Taką narrację prezentuje także chociażby Rafał Bakalarczyk w tekście opublikowanym w Krytyce Politycznej 29 stycznia 2019 roku, czyli podczas 27 finału:

„Myślę natomiast, że merytoryczna rozmowa o roli WOŚP i jej współpracy z systemem ochrony zdrowia może być dobrym punktem wyjścia do rozmowy o problemach państwowej opieki zdrowotnej […] Ustawianie się w radykalnej kontrze do WOŚP i jej lidera, zwłaszcza gdy są oni przedmiotem bezpardonowych ataków z prawej strony, raczej nie służy lewicowym celom”.

Taka retoryka miałaby rację bytu tylko w jednym przypadku – gdyby z wypowiedzi Jerzego Owsiaka jasno wynikało, że swoją inicjatywę traktuję jedynie pomocniczo i że nie zastąpi ona systemowych reform, a ich postulowanie jest tu głównym celem. W agendzie Orkiestry jednak nic takiego nie widać. Jedyna pamiętna wypowiedź Owsiaka na temat reform systemowych to słynne postulowanie „Planu Balcerowicza dla ochrony zdrowia” – co z tego, że wypowiedziana dawno temu, skoro do dziś niezreflektowana i nieskontrowana przez żadną alternatywę.

Przede wszystkim tego typu wizje nie mają jednak nic wspólnego z samym sednem lewicowości – konfliktem interesów. Bakalarczyk zdaje się wierzyć, że do modelu idealnego państwa, w którym publiczne i prywatne będzie się uzupełniać, można dojść za pomocą dialogu z ludźmi odpowiedzialnymi za jedne z największych systemowych oszczędności na zdrowiu w Europie. To ten sam całkowicie błędny tok myślenia, jaki zdaje się towarzyszyć Michałowi Sutowskiemu, który również w Krytyce Politycznej postuluje „odgrodzenie Planu Balcerowicza grubą linią”, bo Nowoczesne Państwo Dobrobytu można budować ręka w rękę z następcami neoliberalnego ekonomisty.

Wcale nie trzeba odwoływać się do marksistowskiej wizji walki klas, aby dostrzec, że takie „popieranie z zastrzeżeniem, że…” nie ma szans na osiągnięcie jakiejkolwiek politycznej siły przebicia. Tam, gdzie następował jakikolwiek dziejowy postęp – niezależnie od tego, czy chodziło o uzyskanie praw wyborczych przez kobiety, czy o zniesienie segregacji czarnoskórych, czy to o podpisanie Porozumień Sierpniowych – odbywało się to na zasadzie ostrego politycznego konfliktu i rezygnacji ze zbędnego niuansowania sprawy. Jeśli wizja Bakalarczyka ma się zrealizować, a WOŚP stać się przydatnym, ale tylko dodatkiem do dobrze funkcjonującej publicznej ochrony zdrowia, to stanie się to właśnie za sprawą twardej systemowej alternatywy (przy jednoczesnym wskazaniu patologii systemu obecnego). Nie zaś wskutek wylicytowania na WOŚP podróży pociągiem z lewicową posłanką Pauliną Matysiak, podczas której zgodzimy się, że przydałoby się przy okazji podnieść też składkę zdrowotną.

Pomówmy o sygnalizowaniu cnoty

Po trzydziestu latach Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest już czymś zupełnie innym niż była na początku lat 90. Z czysto spontanicznej i wielkodusznej serii zrzutek, które zbierano do czarnych worków na śmieci, stała się gigantyczną marką i ogólnopolskim symbolem „Uśmiechu” przez duże „U”.

Jeśli jednak spojrzeć na WOŚP jako na symbol czegoś większego, to komercjalizacja ta zmieniła ją w jeden z najbardziej przerażających symbolów fałszu, na którym zbudowana jest cała III RP. Fałszu przez mainstreamową lewicę grającą wraz z Orkiestrą, zdawać by się mogło, zupełnie niedostrzeganego. Udawaną, koniunkturalną i niemającą niemal żadnego systemowego przełożenia dobroczynnością promują się wielkie korporacje wchodzące we współpracę z WOŚP. Promują się nią poszczególni celebryci, którzy na licytację wystawiają wspólny obiad. Promują się neoliberalni politycy odpowiedzialni za trzydzieści lat oszczędzania na zdrowiu oraz przedsiębiorcy uciekający do rajów podatkowych przed realnym dołożeniem się do wspólnej kasy. Na wspólnym spacerze licytowanym w ramach akcji Świąteczną Pomoc niesie w tym roku Marcin Matczak, który niedawno w ramach troski o zdrowie Polaków (zarówno fizyczne, jak i psychiczne!) wychwalał zalety… 16-godzinnego dnia pracy.

Na WOŚP najbardziej korzystają ci, którzy publicznie i w świetle kamer wyrażają dla niej wsparcie, a najmniej – deklarowany cel akcji. Słowem – dla wszelakiego establishmentu WOŚP jest idealnym narzędziem do tego, co określa się Sygnalizowaniem Cnoty (ang: Virtue Signalling). Zachować moralną estymę, a ze swojej uprzywilejowanej pozycji oddać dokładnie tyle, ile kosztuje wrzucenie piątaka do puszki – oto przepis na sukces uniwersalnie wykorzystywany przez Złych Samarytan III RP.

Piotr Tomaszewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia, Autorstwa Mateuszgdynia – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=56268275

O scenariuszach kryzysu ukraińskiego

Dzisiaj odbywa się kolejne spotkanie w „formacie normandzkim” z udziałem przedstawicieli Rosji, Ukrainy, Niemiec oraz Francji. Określane jest ono jako kolejna „ostatnia szansa dla dyplomacji” w konflikcie, który wprowadził w Europie napięcie niespotykane od czasów Zimnej Wojny.

Jednocześnie na wschodniej i północnej (białoruskiej) granicy Ukrainy wciąż rozbudowywane są siły rosyjskie. Są one oceniane już obecnie na ekwiwalent 8–10 dywizji liczący ok. 125 000 ludzi. Według analiz koncentracja sił rosyjskich i rozwinięcie ich zaplecza logistycznego, medycznego itp. osiągnie poziom wystarczający do realizacji przewidywanych celów nie później niż w pierwszej dekadzie lutego. Nie oznacza to wciąż bezwzględnej pewności wojny na dużą skalę. Nikłe wydaje się jednak prawdopodobieństwo „rozejścia się po kościach” całej sytuacji, która jeszcze jesienią mogła być traktowana jako swoiste rytualne wywieranie presji na Ukrainę i Zachód w celu osiągnięcia celów dyplomatycznych (uznanie aneksji Krymu, wycofanie obiekcji w sprawie gazociągu Nord Stream 2).

Aktualna sytuacja ma antecedencje z jednej strony w „miękkim”, związanym z kulturalno-ekonomicznymi czynnikami soft power rozszerzaniu wpływów szeroko rozumianego Zachodu w przestrzeni posowieckiej. Z drugiej natomiast w przeciwdziałaniu im i dążeniu do pewnej formy odbudowy ZSRS w ramach tzw. doktryny Putina. Dla „Ruskiego Miru” zupełnie stracone są zintegrowane z Zachodem na wszystkich płaszczyznach kraje bałtyckie. Jednak losy Białorusi i Ukrainy wciąż się ważą. Ta pierwsza jest powiązana z Rosją w sposób jak się wydaje wykluczający w dającej się przewidzieć perspektywie istotniejszy zwrot. Ukraina jednak jest przypadkiem odmiennym, mając znacznie żywotniejszą tradycję niezależności politycznej i kulturowej od przestrzeni rosyjskiej.

Ukraińskie tendencje prozachodnie doprowadziły najpierw do „pomarańczowej rewolucji” w latach 2004–05, a później do Euromajdanu w latach 2013–14. Wydarzenia te skutecznie zniweczyły pomysł na trwanie państwa ukraińskiego jako pogranicza systemów, ze znacznymi podobieństwami strukturalnymi do Rosji i jej bardzo dużymi wpływami. Bezpośrednią reakcją Moskwy była inwazja na Krym i wyrwanie spod władzy Kijowa terytoriów Donbasu oraz Ługańska, na których Rosja ustanowiła marionetkowe „republiki ludowe”. Kwestia losu całej Ukrainy pozostała jednak nieokreślona, przy jednocześnie ogromnym osłabieniu sentymentu do Rosji wskutek agresji i fatalnej sytuacji ludności w „Donbabwe” oraz „Ługandzie”. Zagadnienie to dotyczy również, a z punktu widzenia rosyjskich aspiracji przede wszystkim, rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy.

Jednocześnie spowodowany wojną exodus na Zachód, w sporej mierze do Polski, w poszukiwaniu bezpieczeństwa i dobrobytu spowodował zżycie się jeszcze większej liczby obywateli Ukrainy z tamtejszymi rozwiązaniami politycznymi, gospodarczymi i prawnymi, a przez to rozwój i utrwalenie okcydentalizmu w kraju. Niewiele wskazuje, aby te procesy miały ulec zahamowaniu, nie mówiąc o odwróceniu. Z upływem lat, a tym bardziej pokoleń, Rosja będzie traciła możliwość zaprowadzenia „Ruskiego Miru” na Ukrainie jako pewnego programu wspólnoty opartej na motywach kulturowych, a nie napoleońskiego siedzenia na bagnetach.

W związku z tym prawdopodobne jest, że na Kremlu pojawiło się przekonanie o zamykaniu się okienka umożliwiającego takie rozwiązanie problemu ukraińskiego, które satysfakcjonowałoby imperialną Rosję – a zatem o konieczności podjęcia działań raczej szybciej niż później.

Wystąpiły i inne czynniki zachęcające. Chiny rzucają rękawicę amerykańskiej dominacji, póki co głównie na Pacyfiku. Pandemia COVID-19 pozostaje istotną kwestią ograniczającą możliwości działania krajów Zachodu i podkopującą pozycję ich władz. W samej Rosji spowodowała do dziś oficjalnie ponad 328 000 ofiar, co skłania władze do pokazania jakiegoś sukcesu, najlepiej jak największego. Po zapaści z roku 2020 niezła pozostaje sytuacja na rynku surowców energetycznych – a docelowe transformacje energetyczne pogorszyłyby przecież w długiej perspektywie pozycję Rosji wynikającą ze statusu kluczowego ich dostawcy. Na Białorusi uległa zachwianiu pozycja Aleksandra Łukaszenki, który, aby ratować władzę, musiał oprzeć się na Moskwie, przechodząc z pozycji polityka mocno krnąbrnego i problematycznego dla dążeń Kremla do statusu sowiecko-rosyjskiego stupajki, udostępniającego bez ograniczeń swoje terytorium wojskom protektora. Na rubieżach wschodnich Rosja zwiększyła wskutek niedawnych wydarzeń kontrolę nad Armenią i przede wszystkim Kazachstanem. Wreszcie w krajach zachodnich występują silne polaryzacje wewnętrzne – w Stanach Zjednoczonych prezydentura Joego Bidena ma niskie notowania, we Francji Emmanuelowi Macronowi zagrażają mocno prawicowi (i prorosyjsko nastawieni w polityce zagranicznej) Marine Le Pen oraz Éric Zemmour. Wreszcie w Niemczech dominującą rolę w nowej koalicji rządowej sprawuje SPD, tradycyjnie przychylna Rosji. Przy tym wszystkim Władimir Władimirowicz Putin skończy w bieżącym roku 70 lat i jego czas na zapisanie się w historii jako nowy Piotr Wielki albo Stalin dobiega końca.

Potencjalne plany militarne i idące za nimi polityczne Rosji wobec Ukrainy są trudne do odgadnięcia. Sugerowane przez analityków scenariusze rozciągają się od wariantu minimum, obejmującego zakres od ponownego rozpalenia „separatystów” do zdobycia połączenia lądowego z Krymem, po przynajmniej czasowe zajęcie większości Ukrainy z Kijowem oraz Odessą. Celem politycznym mogłoby być wyrwanie Zadnieprza (dysponującego kluczowymi zasobami przemysłowymi i energetycznymi) spod władzy Kijowa z formalnym pozostawieniem go w ramach Ukrainy z docelowym wymuszeniem federalizacji kraju i prawa weta kontrolowanej przez Moskwę części wschodniej. Inne przewidywania obejmują osadzenie w Kijowie prorosyjskiego lidera całego kraju, względnie zrujnowanie infrastruktury i oczekiwanie przez Rosjan na upadek Ukrainy.

Jakie by plany militarne nie były, najpewniej Rosjanie będą w stanie je zrealizować. Armia ukraińska została od roku 2014 odbudowana, zreformowana i dysponuje znaczącym doświadczeniem bojowym. Tym razem jednak jej przeciwnikiem nie będą zbieraniny z Doniecka i Ługańska wspierane przez najemników i dość dyskretnie przez armię rosyjską, ale elita tej ostatniej. Przy tym modernizacja armii ukraińskiej jest bardzo ograniczona. Przykładowo, tamtejsze lotnictwo nie otrzymało za czasów niepodległości ani jednego nowego wielozadaniowego samolotu bojowego, bazując na zasobach modernizowanych w ograniczonym zakresie posowieckich Suchojów oraz MiGów. Rosjanie w ramach forsownych zbrojeń wprowadzili do służby ponad 400 maszyn tej kategorii z nowej produkcji o skokowo lepszych parametrach, ponadto modernizując ponad kilkaset starszych, w tym bombowców, w zakresie niedostępnym dla Ukraińców. Podobna sytuacja dotyczy obrony przeciwlotniczej czy marynarki wojennej. Zatem operacyjnie Ukraińcy stoją na straconej pozycji.

Lepiej wygląda sytuacja w skali taktycznej. Realizowane w ostatnich latach, w tym z dużym natężeniem ostatnio, przede wszystkim przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, dostawy środków przeciwpancernych powinny pozwolić na lokalne stawianie skutecznego oporu rosyjskim wojskom zmechanizowanym i zadawanie im sporych strat. Nieoficjalnie, acz z rzetelnych źródeł wiadomo, że najniższe piętro ukraińskiej obrony przeciwlotniczej wzmacniają, obok przekazywanych przez kraje bałtyckie wyrzutni pocisków Stinger, również znaczące dostawy z Polski.

Wojna, jeżeli wybuchnie, będzie dla Rosjan prawdopodobnie zwycięska militarnie, ale może być kosztowna. Należy mieć nadzieje, że z uwagi na cele polityczne będzie prowadzona w sposób maksymalnie oszczędzający ludność cywilną.

Potencjalne implikacje w polityce zagranicznej są trudne do określenia. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wykazały sporą determinację we wzmacnianiu ukraińskiego potencjału obronnego, jednak, jeżeli scenariusze nie wymkną się do kategorii niewyobrażalnych, trudno wyobrazić sobie walkę ich sił z Rosjanami. Do tego mogłoby dojść dopiero wskutek ataku na któryś z krajów NATO. Taki scenariusz nie jest przewidywany, nie wskazują na jego prawdopodobieństwo dane z intensywnego rozpoznania prowadzonego m.in. znad terytorium Ukrainy, acz trzeba mieć na uwadze, że nie jest on wykluczony w sensie technicznym. Zapowiadane są ciężkie represje przeciwko rosyjskim instytucjom finansowym i interesom wydobywczym. Osobną kwestią jest jednak spójność Zachodu w tej mierze. Pojawiają się informacje o postulowaniu przez Niemcy zawężania zakresu środków odwetowych. Pomijam kwestię, czy stanowisko Berlina jest wynikiem zdradzieckiej prorosyjskości, jak chcą jedni, czy elementem wielopoziomowej i rozpisanej na głosy gry politycznej z Rosją, jak sugerują inni. Rosja może oczywiście być pewna lojalności Pekinu, jednak za cenę wzrostu uzależnienia od niego.

Polska w rozpatrywanych scenariuszach (pamiętając jednak o tych nierozpatrywanych, a możliwych) nie powinna być bezpośrednio zagrożona militarnie, obecnie i w ciągu najbliższych lat. Nie powinniśmy mieć zatem okazji do utyskiwania, że tak jak późnym latem 1939 zamówione systemy uzbrojenia pozostają z dala od kraju. Ewentualny wybuch wojny na Ukrainie odsunie zapewne na wiele lat realność wyrzucającego nasz kraj do swoistej strategicznej próżni przeorientowania Rosji do antychińskiego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W krótszej perspektywie wzrośnie co prawda zagrożenie wynikające z ewentualności potraktowania jako kolejnej kostki domina któregoś z krajów bałtyckich, ale będzie ono prawdopodobnie równoważone zwiększonym zaangażowaniem NATO, a przede wszystkim Amerykanów, na flance wschodniej, tudzież potencjalnym wstąpieniem Finlandii i być może też Szwecji do Paktu.

Również jeśli wojna nie wybuchnie teraz, należy podjąć wysiłki na rzecz zwiększenia skali amerykańskiego wsparcia dla polskiej (a także rumuńskiej, litewskiej, łotewskiej i estońskiej) obronności w ramach programu FMF. Dotychczas jej wartość nie przekraczała kilkudziesięciu milionów dolarów rocznie, podczas gdy Egipt otrzymuje w ciągu roku ponad miliard dolarów, Izrael natomiast – ponad trzy. Oczywiście gdyby wymienione kraje miały stać się zapleczem sponsorowanej przez Waszyngton długotrwałej wojny o niskiej intensywności z Rosją, prowadzonej przez Ukraińców, którą sugerują niektóre scenariusze, stałoby się to konieczne ponad wszelką miarę.

dr Jan Przybylski

Z perspektywy pacjenta

NFZ przeprowadził badanie wśród pacjentów na temat postrzegania opieki szpitalnej. Metodologia badania, oparta na Net Promoter Score, czyli ankietowaniu mającym na celu wskazanie ambasadorów marki, może być nieco nietrafiona, ponieważ pytanie o chęć polecania szpitala innym brzmi nieco dwuznacznie. Jednak główne spostrzeżenia z raportu są zbieżne z moimi obserwacjami, gdy byłem pacjentem.

Pacjenci najsłabiej oceniają jakość wyżywienia, co do tego trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jednak istotniejsze dla mnie są inne elementy systemu ochrony zdrowia, które skutkują negatywnymi doświadczeniami: wsparcie emocjonalne i szeroko rozumiana komunikacja z pacjentem.

Gdy w 2018 roku zachorowałem na raka, miałem mgliste pojęcie o tym, jak działa system ochrony zdrowia. Sporadyczne wizyty w przychodni, najczęściej z dziećmi, dają obraz tylko małej, choć istotnej, części systemu. Historie poważnych chorób w najbliższej rodzinie to tylko powierzchniowa wiedza na temat bardziej rozbudowanych procesów. Natomiast miesiące poświęcone na leczenie, kilkadziesiąt dni spędzonych na oddziałach trzech szpitali, liczne wizyty i badania, pozwoliły mi na obserwację instytucji ochrony zdrowia w taki sposób, w jaki patrzyłem na organizacje jako konsultant. Widziałem szpitale jako części dużego systemu, ale ze swoistymi kulturami organizacyjnymi, procesami zarządzania, komunikacją.

Zdaję sobie sprawę, że ta obserwacja uczestnicząca, odbywająca się przy okazji leczenia, dotyczyła pacjenta uprzywilejowanego, który trafił do dobrych wielkomiejskich szpitali. Mieszkam w dużym mieście, mam grono rodziny i przyjaciół, którzy potrafili wspierać mnie choćby swoimi kontaktami wśród medyków. Dodatkowo po zakończeniu leczenia miałem możliwość przeprowadzenia wywiadów ukierunkowanych na poprawę procesów komunikacyjnych w jednym ze szpitali, co pozwoliło mi na uchwycenie dodatkowej perspektywy dzięki relacji konsultant-organizacja, świetnie uzupełniając spostrzeżenia z perspektywy pacjenta.

Miałem szczęście leczyć się przed pandemią, która mocno uderzyła w system ochrony zdrowia. Mam wrażenie, że to uderzenie uwypukliło tylko moje spostrzeżenia, przekreślając tylko jedno, ale dla mnie osobiście bardzo istotne: po zakończeniu leczenia miałem poczucie, że ten system jest efektywniejszy niż opinia na jego temat. Pozostałe spostrzeżenia nie były już tak pozytywne dla systemu.

Niewiedza na starcie

Nikt nie musi zagłębiać się w szczegóły procedur dotyczących opieki medycznej, dopóki tego nie potrzebuje. Gdy potrzebuje, nie ma możliwości szybkiego uzyskania potrzebnej wiedzy na ten temat, bo system i procedury są zbyt skomplikowane, a gubią się w nich również lekarze. Niewiedza pacjentów była najczęściej powtarzanym problemem podczas wywiadów w ramach diagnozy komunikacji w szpitalu. W efekcie pacjenci (oraz ich rodziny) skupiają się na drugorzędnych kwestiach w rozmowach z lekarzami podczas omawiania diagnozy.

Niewiedza prowadzi również do czegoś, co przez medyków jest określane jako „roszczeniowość” – pacjenci oraz przede wszystkim ich rodziny oczekują działań, które często mają się nijak do rzeczywistego procesu leczenia albo są niemożliwe do szybkiego przeprowadzenia. Z psychologicznego punktu widzenia jest to jak najbardziej zrozumiałe, jeśli walczy się o zdrowie czy życie swoje lub bliskiej osoby. Taki nacisk pozwala czasem ugrać coś więcej, o czym wspominali zarówno pacjenci, jak i lekarze. Przy czym to „więcej” może oznaczać np. niepotrzebne badanie, zlecone tylko po to, żeby uniknąć awantury.

Niewiedza dotyczy nie tylko pacjentów. Lekarz z mojej przychodni, chcąc założyć mi kartę Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego (tzw. zieloną kartę, dającą przywilej w postaci stosowania procedur opracowanych właśnie dla takiego leczenia), musiał konsultować się telefonicznie ze znajomymi, aby wprowadzić mnie do tego systemu. Nic dziwnego, że pacjenci poruszają się w ramach systemu po omacku, bazując na szczątkowej wiedzy, a czasami wręcz na fałszywych danych, łatwych do znalezienia przy pomocy wyszukiwarki internetowej u doktora Google’a.

Hierarchiczny paternalizm

Jedną z najbardziej widocznych cech systemu ochrony zdrowia jest panująca tam hierarchiczność. Nie jest to typowa dla służb mundurowych podległość wobec wyższych szarżą, raczej podział na kasty, różniące się prestiżem, zakresem władzy symbolicznej, a także realnej. Lekarze dają odczuć pozostałym grupom pracowniczym, że są ważniejsi – co również odczuwają pacjenci. Pielęgniarki mogą podobnie traktować personel pomocniczy, chociaż tu już zróżnicowanie jest mniej wyraźne. W samej grupie lekarzy budowana jest również wewnętrzna hierarchia: ordynatorzy potrafią pokazać miejsce w szeregu innym lekarzom, którzy z kolei traktują z góry stażystów czy narzekają na niekompetencję lekarzy POZ-ów.

Ta hierarchiczność i jej toksyczny wpływ na miejsce pracy jest widoczna w wywiadzie z pielęgniarką Zofią Miś w „Nowym Obywatelu” nr 87. Wydaje się to być cechą tak mocno zakorzenioną w polskiej kulturze, że również pacjenci wpasowują się ten schemat, okazując uległość wobec prestiżu ordynatora i traktując z góry personel sprzątający. Jest to odtwarzanie kultury zaobserwowanej w instytucjach ochrony zdrowia.

Oczywiście pomiędzy szpitalami istnieją znaczące różnice. W jednym ze szpitali obchód lekarski był całym rytuałem, rozpoczynającym się przygotowaniem pacjentów i sali przez pielęgniarki i personel sprzątający. Wejście grupy lekarzy odbywało się w taki sposób, że od razu wiadomo było, kto jest ordynatorem, kto jest ważnym lekarzem, a kto mało istotnym rezydentem. Pytania pacjentom zadawał tylko ordynator, potrafiący niezbyt kulturalnie zrugać pacjenta, który zanieczyścił pokój odklejonym workiem stomijnym. W innym szpitalu obchód lekarski był zadaniem dla lekarzy prowadzących lub dyżurnych, a sprawy pacjentów były omawiane z ordynatorem na codziennych odprawach (o czym przekonałem się, pytając ordynatora o sprawę moich badań – chociaż wcześniej nigdy nie rozmawialiśmy, był bardzo dobrze zorientowany, jeśli chodzi o moje leczenie). Ordynator nie miał potrzeby pokazywania wszystkim, że jest najważniejszym z lekarzy.

Hierarchiczność przekłada się na zakres władzy. W szpitalu o mocnej hierarchii, pielęgniarki nie miały możliwości decyzyjnych do podawania pacjentom środków przeciwbólowych (w przypadku nagłego, mocnego bólu pooperacyjnego, dostałem taki środek dopiero, gdy z bólu prawie zemdlałem). W szpitalu, gdzie hierarchiczność nie była tak widoczna, pielęgniarki same dysponowały środkami przeciwbólowymi w takich sytuacjach.

W przypadku mocno hierarchicznych instytucji pacjent miewa poczucie, że najważniejszy na szpitalnym oddziale jest ordynator. Na szczęście w pozostałych można mieć poczucie, że to pacjent jest w centrum działań.

Pacjent jako źródło przychodu (z ograniczeniami)

W prywatnym lecznictwie jest to oczywiste, ale i w leczeniu refundowanym przez NFZ daje się czasami zauważyć, że w procesie leczenia nie zawsze najważniejsze jest samo leczenie. Dotyczy to działań, które są niezrozumiałe dla pacjenta, a które rodzą podejrzenia, że taki sposób działania bardziej się „opłaca”. Przykładami są trzymanie pacjenta na oddziale bez żadnych badań przez tydzień, manipulowanie z otwieraniem i zamykaniem karty DILO, zlecanie zbędnych (z punktu widzenia pacjenta) badań – być może wszystko to miało głębsze uzasadnienia. Jednak jeśli pacjentowi nikt tego nie potrafił wytłumaczyć, wówczas takie sytuacje rodzą podejrzenia, że robione jest to, co opłaca się szpitalowi. Znacznie boleśniejsze dla pacjenta są sytuacje, w których przekonuje się, że przekroczone zostały limity budżetowe na poszczególne działania i nie może w związku z tym mieć przeprowadzonych badań czy zabiegów.

Brak otwartości w informowaniu oraz brak wiedzy pacjentów skutkuje z jednej strony tworzeniem legend o kosztach leczenia, z drugiej strony – spiskowymi teoriami o medykach podstępnie wykorzystujących sytuacje pacjentów. Dlatego dobrym rozwiązaniem jest udostępnienie informacji o kosztach leczenia w ramach internetowego konta pacjenta. Po rozmowach na oddziale z „bardziej świadomymi” pacjentami o tym, ile kosztuje leczenie onkologiczne, rzeczywiste kwoty nieco zaskoczyły mnie – część była niższa, niż spodziewałem się np. po opowieściach pacjentów leczących się prywatnie za granicą.

Złudzenie prywatnej opieki zdrowotnej

Pandemia częściowo obaliła mit prywatnej opieki zdrowotnej jako tej jedynej efektywnej, gdy okazało się, że tylko publiczny system ochrony zdrowia może cokolwiek zdziałać w takiej skali. W pełni prywatna opieka zdrowotna w ramach naszego systemu skupia się tylko na tych działaniach, które są opłacalne kosztowo. Natomiast źródła mitu jej przewagi tkwią w historii – przed laty zapłacenie lekarzowi dawało poczucie, że pacjent będzie właściwie leczony i dobrze traktowany. Obecnie wciąż to obowiązuje w wersji: warto pójść na wizytę prywatną, bo efekt będzie lepszy.

Poza takimi, nieco magicznymi wyobrażeniami, prywatny system ma jedną istotną i powszechnie odczuwalną przewagę: czas oczekiwania. Przy okazji różnych chorób można przekonać się o tym, jak długo trzeba czekać na wizytę w ramach publicznej ochrony zdrowia, podczas gdy to samo bywa dostępne od ręki, jeśli opłaci się je prywatnie. To jeden z najbardziej destrukcyjnych wizerunkowo aspektów systemu. Nie jest istotne, że prywatny system nie daje kompleksowości, że jest bardzo drogi, że jakościowo niewiele się różni – jest szybciej dostępny i ta cecha bywa kluczowa dla oceny porównawczej.

Moje doświadczenia z prywatnym systemem w leczeniu raka są ograniczone do pierwszej wizyty, która z perspektywy nabytej później wiedzy nie była warta wydanych pieniędzy. Raz, że lekarz pozostawił mnie po pierwszej diagnozie samemu sobie, bez możliwości wpisania mnie do systemu leczenia, z mglistymi wskazówkami, co mam dalej robić. Dwa, że gdybym miał świadomość szybkiej ścieżki dla pacjentów z podejrzeniem nowotworu w publicznej ochronie zdrowia, moje leczenie mogłoby zacząć się szybciej, a przez to wyglądać inaczej. Dlatego jedno z moich kluczowych doświadczeń brzmi: zanim zapłacisz za prywatne leczenie, sprawdź, co jest możliwe w ramach publicznego systemu. Nie dziwiły mnie później rozmowy z pacjentami, którzy próbowali prywatnego leczenia za granicą, a w końcu lądowali w ramach krajowego leczenia refundowanego przez NFZ, co okazywało się najsensowniejszą dla nich opcją.

Chora komunikacja

W badaniu przeprowadzonym na zlecenie NFZ to komunikacja z pacjentem bywa kluczowa dla niezadowolenia pacjenta. To moje podstawowe doświadczenie, po części wzmocnione moim zawodem (ćwierć wieku doradztwa w zakresie komunikacji organizacyjnej). W rezultacie byłem pewnie trudnym pacjentem, bo wciąż zadającym pytania, a jako konsultant opracowywałem w głowie działania doskonalące komunikację, żeby pacjenci odczuwali większy komfort leczenia.

Przeprowadzona diagnoza procesów komunikacji w jednym ze szpitali dała mi lepszy wgląd w przyczyny trudności w tym obszarze. Oczywiście pierwszoplanowe są kwestie interpersonalne. Lekarze nie są do swojego zawodu przygotowywani od strony komunikacji z pacjentem, a jest to część procesu leczenia wpływająca na komfort obu stron. Lekarz nie potrafiący dobrze komunikować się w trudnych sytuacjach (przedstawianie diagnozy, informacja o procesie leczenia, informowanie o niedobrych perspektywach dla pacjenta) odczuwa więcej stresu i unika pacjentów. Widziałem to wielokrotnie, szybko potrafiłem określić, z kim warto rozmawiać, bo można dowiedzieć się czegokolwiek na temat swojego leczenia, a kogo nie warto pytać o nic. Miewałem lekarzy prowadzących, którzy wręcz unikali mojego wzroku idąc korytarzem, bo bali się rozmowy. Z drugiej strony oczywiście spotkałem też świetnych specjalistów, którzy byli za takich uważani również ze względu na swoją gotowość do rozmowy z pacjentem i umiejętność przekazania każdego rodzaju informacji.

Co istotne, pielęgniarki wydają się grupą o wiele lepiej radzącą sobie z komunikacją. Są bliżej pacjentów, przebywają z nimi więcej czasu, hierarchicznie mają mniejszą władzę – nie podejmują kluczowych decyzji o procesie leczenia, ale mają duży wpływ na komfort leczenia. Chyba nie spotkałem niesympatycznej pielęgniarki w trakcie swojego leczenia (nawet jeśli działa tu zasada „Każdy spotyka na swej drodze takie pielęgniarki, na jakie sobie zasłużył”). Pamiętam wiele rozmów z nimi, które zmniejszały mój stres podczas leczenia. Mój przyjaciel ze szpitalnej sali, zakonnik, zwykł mawiać, że „Pielęgniarki to anioły”. Ja po konsultancku powiedziałbym: „Pielęgniarki starają się swoimi interpersonalnymi kompetencjami łatać dziury niezbyt efektywnego systemu opieki zdrowotnej”.

Problemy komunikacyjne są również widoczne w przepływie informacji w ramach systemu. Szpitale, jak każde duże organizacje, mają niezbyt efektywne procesy komunikacyjne pomiędzy poszczególnymi częściami struktury. Bywa to również widoczne z perspektywy pacjenta, gdy konieczne są dodatkowe konsultacje w innym oddziale. Przejście ze szpitala do szpitala często łączy się z tym, że w nowej jednostce jest się pacjentem z prawie czystą kartą, informacje o procesie leczenia nie podążają za pacjentem w postaci bazy danych, co skutkuje powtarzaniem tych samych badań na nowo.

Zwiększyć nakłady, poprawić komunikację i zwiększyć nakłady

Od czasu mojego leczenia konieczność zwiększenia nakładów na system ochrony zdrowia jest coraz bardziej widoczna. I nie chodzi o zapewnienie lepszych posiłków, czyli najgorzej ocenianego aspektu leczenia w badaniu NFZ. Pandemia uwidoczniła braki kadrowe na wszystkich poziomach. Z perspektywy pacjenta na pewno wzmocnienia wymagają zawody nielekarskie: od pielęgniarek, przez ratowników medycznych, po personel administracyjny, który odciąża tych bezpośrednio zajmujących się leczeniem. Również rozbudowa systemu, pozwalająca na sprawne zarządzanie danymi pacjentów, wymaga nakładów. Edukacja medyków powinna lepiej przygotowywać ich do pracy od strony komunikacyjnej, co wymaga również zmian w kulturze pracy lekarzy i nieco innego rozumienia przez nich swojej pozycji.

Publiczny system ochrony zdrowia jest na pewno wart naszych składek, ale ja piszę z perspektywy fana tego systemu, w końcu tam uratowano mi życie. To w ramach tego systemu na jednej sali szpitalnej spotkać może się np. profesor uniwersytetu z licznymi międzynarodowymi kontaktami, po próbach leczenia za granicą, oraz wychodzący z bezdomności były gangster – takie towarzystwo miałem w jednym ze szpitali. Wszyscy byliśmy leczeni w ramach NFZ z naszych wspólnych składek. Ta świadomość to też jedno z moich najważniejszych doświadczeń z czasów leczenia.

Roman Rostek

Zamiast „ostatniej prostej” mamy czwartą i piątą falę

Mija osiem miesięcy, odkąd Kancelaria Prezesa Rady Ministrów przez swoje kanały w mediach społecznościowych oraz spot reklamowy obiecywała Polakom „ostatnią prostą” w walce z pandemią.

Stowarzyszenie Pacjent Europa przestrzegało wtedy przed nieuzasadnionym optymizmem. Pisaliśmy: „To nie jest żadna ostatnia prosta”. Przekonanie to oparliśmy na podstawie nie tylko tempa szczepień, ale również sposobu oraz czasu wprowadzania, utrzymywania i znoszenia innych polityk sanitarnych.

Od zeszłego roku podkreślamy, że – według danych wskazywanych przez ekspertów – polityką najlepiej chroniącą ludzkie życie, zdrowie, ale również wolności obywatelskie i nadzieję na trwały powrót do normalności jest „strategia eliminacji wirusa”. Polega ona na zduszeniu liczby zakażeń (szeregiem działań dotyczących administracyjnych restrykcji, w tym lockdownów i kwarantann) do poziomu bliskiego zera. Zamiast tego mamy do czynienia z polityką reakcji dopiero w momencie gwałtownego wzrostu zakażeń, gdy przepełnienie szpitali skutkuje lawiną zgonów.

Jest to polityka nieefektywnie reagująca na problem oraz skutkująca wieloma możliwymi do uniknięcia zgonami. Wbrew pozorom nie musimy dokonywać wyboru między „normalnym życiem” i ignorowaniem zgonów a długotrwałymi restrykcjami. Aby uniknąć kolejnej, piątej fali zakażeń oraz śmierci wielu osób, konieczna jest zmiana polityki. Po przejściu tej fali musimy ograniczyć liczbę zakażeń w pobliże zera i utrzymywać ten stan lekkimi i czasowymi działaniami przeciwepidemicznymi.

Niski na tle europejskiej średniej poziom zaszczepienia populacji, jak również utrzymująca się w społeczeństwie niechęć do przestrzegania administracyjnych restrykcji sanitarnych oddalają nas od zakończenia pandemii i przyczyniają się do przedłużania obecnego stanu rzeczy. Jednakże, choć niezadowolenie obywateli skierowane jest w niewłaściwym kierunku, Stowarzyszenie Pacjent Europa – w przeciwieństwie do przekazu płynącego z wielu ośrodków medialnych – dostrzega racjonalne podstawy tych lekkomyślnych i antyspołecznych postaw wielu Polaków. Odruchowe zbywanie tych głosów jako irracjonalnych i absurdalnych oddala nas od rozwiązania ważnego problemu społecznego.

Polacy mają prawo być źli na rządzących. Mają prawo podejrzewać, że ochrona interesów społeczeństwa nie zawsze w rządowych gabinetach miała priorytet nad, przykładowo, bieżącą narracją PR-ową czy strategią komunikacyjną. Obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej komunikacji nauki zamiast perswazyjnego hurraoptymizmu polityków i części ekspertów co do skuteczności szczepionek (wspomniana „ostatnia prosta”). Mają też prawo wątpić w to, czy eksperci zawsze dobro pacjentów i populacji stawiają wyżej niż środowiskowe konformistyczne presje i utarte stanowiska. Mają prawo pytać, czy na kształtowanie medialnych przekazów większy wpływ ma troska o życie i zdrowie ich bliskich, czy chęć dopasowania narracji do oczekiwań odbiorców. W obliczu sprzeciwu zarządów wielkich korporacji medycznych wobec zawieszenia patentów – sprzeciwu blokującego możliwości produkcji szczepionek przez kraje ubogie – również nie powinno nas dziwić stawianie przez wielu obywateli pytań o wpływ „Big Pharmy” na dobrostan społeczeństwa.

Sceptycyzm obywateli ma głębokie korzenie, ugruntowane m.in. doświadczeniami postkomunistycznej transformacji ustrojowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Regiony i miejscowości „wygrane” bardziej ufają autorytetom i szczepią się chętniej. Regiony i miejscowości „zapomniane” podchodzą do nich z nieufnością. Nieprzypadkowo w Unii Europejskiej najniższe poziomy zaszczepienia mają kraje z populacjami najdotkliwiej dotkniętymi tym problemem, jak np. w Bułgarii. Poczucie „zdradzenia” przez elity i nieufność wobec ich przekazu ma więc racjonalne korzenie, chociaż jawi się jako irracjonalne i wydaje szkodliwe owoce.

Dotychczasowe strategie nie działają. Dlatego Stowarzyszenie Pacjent Europa uważa, iż dla uniknięcia piątej fali powinniśmy wykorzystać nadchodzący po czwartej fali spadek transmisji wirusa do wdrożenia strategii jego eliminacji i utrzymania zakażeń na jak najniższym poziomie dzięki konsekwentnemu korzystaniu z dostępnych mechanizmów minimalizacji wpływu lokalnych ognisk zakażeń, takich jak: śledzenie przypadków zachorowań przez Sanepid, kierowanie na kwarantanny zarówno przyjezdnych, jak i mających kontakt z osobami zakażonymi, izolowanie tych przypadków (najlepiej przez kwarantanny „hotelowe”), a także wprowadzanie lokalnych lockdownów celem zatrzymania krążenia wirusa.

Długotrwałe próby ignorowania problemu są kosztowne i niebezpieczne. Opanowanie problemu w jego łagodnej fazie pozwoli na obniżenie wydatków administracyjnych, ale również – co najważniejsze – pozwoli ochronić wiele ludzkich istnień. Towarzyszyć temu powinny finansowa pomoc dla obywateli oraz transparentna, intelektualnie uczciwa komunikacja, traktująca ludzi podmiotowo, dzięki której poziom zaufania do elit, a także do programu szczepień powinien wzrosnąć. Od początku pandemii populacja Polski obniżyła się o ćwierć miliona – za sprawą czterech fal zakażeń oraz towarzyszącego im przeciążenia służby zdrowia. Uniknięcie śmiertelnej piątej fali jest dzisiaj w rękach polityków.

Krzysztof Mroczkowski, Mateusz Piotrowski

Stowarzyszenie Pacjent Europa