O Ukrainie – 10 tez na gorąco

O Ukrainie – 10 tez na gorąco

Nie jest łatwo pisać, gdy na sąsiedni kraj trwa bandycka napaść zbrojna. Mam też poczucie pewnej niestosowności takich zajęć, gdy niedaleko giną ludzie mordowani przez rosyjskich najeźdźców. Oni alarmy przeciwlotnicze, my klepanie w klawiaturkę. Ale milczeć nie wypada.

1. Rosja jest krajem bandyckim. Po prostu. Tu nie ma czego niuansować. Mamy w Europie pierwszy od czasów napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę przypadek pełnoskalowej, jawnej agresji jednego kraju na inny. Kraju większego i znacznie silniejszego na niewielki i słaby. Nie wojny domowej, nie konfliktu częściowego, nawet nie „operacji pokojowych”, w ramach których bombardowano z powietrza. Nie jest to nic nowego w rosyjskiej historii. Jest ona historią napaści, ekspansji, bandytyzmu i terroru. Traktowanych jako naturalne i oczywiste metody rządzenia czy osiągania celów politycznych lub gospodarczych. Przez wieki i aż do czasów współczesnych. W Polsce wiemy o tym dobrze, ale inni wolą nie wiedzieć i lubią zapominać. Rosja poza krótkimi okresami znaczącego osłabienia niemal zawsze stosowała właśnie takie metody. Czasami w nieco mniej zakrwawionych rękawiczkach, jak wtedy, gdy inspirowała separatyzmy w rodzaju tego w Naddniestrzu. Ale zwykle robiła to jawnie i bez pardonu. Jeśli dzisiaj ktokolwiek twierdzi, że Putin go oszukał, że nie można się było tego spodziewać itp., to musi mieć niezwykle krótką pamięć lub pustą głowę – po napaści na Gruzję, po bandyckiej pacyfikacji Czeczenii itp.

2. W Polsce to (nieendecka) prawica była jedynym środowiskiem, które nieprzerwanie, mocno i bez naiwnych nadziei podkreślało taki charakter Rosji. Wyśmiewani przez lata jako oszołomy, paranoicy, miłośnicy teorii spiskowych, pogrążeni w przeszłości itp. Tak portretowano tych ludzi. Jednak to właśnie oni mieli rację. Bracia Kaczyńscy, Jan Olszewski i inne postaci tego obozu politycznego. Nie liberałowie, nie autorzy opowiastek mówiących, iż żyjemy już w innym świecie, że „wybierzmy przyszłość”, że Rosja się zmieniła, że szkoda czasu na wyciąganie wniosków z historii, że nie są potrzebne wzmacnianie obronności czy decyzje infrastrukturalne wymierzone w uzależnienie od Rosji i jej pożytecznych idiotów w rodzaju tych z Berlina. To nie ci, którzy robili w Polsce za autorytety intelektualne i najtęższe mózgi, lecz ci uważani za świrów czy maniaków – okazali się mieć rację. Dziś, gdy wielu nagle trzeźwieje, warto przypominać o tym niewygodnym fakcie.

3. Modne niegdyś wywody o końcu historii i nastaniu wiecznego porządku liberalnej demokracji, wyglądające jak okładki pisemek Świadków Jehowy, zostały już wielokrotnie sfalsyfikowane i wyśmiane. Dziś jednak w naszej części świata zadano im ostateczny cios. Historia nie skończyła się, historia przyspieszyła. Historia to bomby na Kijów. Wszystko jest takie, jak było. Wojny, napastnicy, konieczność gotowości do obrony, agresja silnych wobec słabych, pokój trwający tylko tak długo, jak przeciwnik czuje respekt przed twoimi zdolnościami do odparcia napaści. Nie zmieniły tego pełne sklepy, konsumpcyjny nadmiar, obfitość wszystkiego na wyciągnięcie ręki, grubsze portfele, komfort. Nie nastąpiła też żadna wielka zmiana kulturowa. Naczytaliśmy się o globalizacji i uniformizacji kulturowej. Ale Rosja nadal jest Rosją, nie istnieje żaden globalny etos kulturowy spod znaku liberalizmu, bycia miłym i załatwiania sporów w biurze rozjemczym usytuowanym w galerii handlowej. Globalizacja polega na tym, że rosyjscy oligarchowie bawią się w Londynie, a zwykli Rosjanie mają smartfony, ale nie na tym, że Rosja rezygnuje ze swoich odwiecznych zamiarów, pomysłów i metod. Można było śmiać się z grubo ciosanych wywodów Huntingtona o zderzeniach cywilizacji i samych wiecznotrwałych cywilizacjach, ale jeszcze śmieszniejsze i całkiem durne okazały się wizje, wedle których nacje, kraje i kręgi kulturowe właściwie się nie różnią, może tylko cechami pozytywnymi z punktu widzenia zwiększania oferty konsumenckiej, więc wszyscy w ramach jednej globalnej rodziny będziemy robić spokojnie interesy. Dopiero od kilku lat te dziecinne wizje odchodzą do lamusa, ale organizowały one debatę i wyobraźnię zbiorową przez kawał czasu.

4. To Europa, głównie Niemcy, „wyhodowali” Putina. I w sensie robienia z nim interesów i normalizowania wizerunku Rosji, i w kwestii uzależnienia od rosyjskich surowców, i w sferze wydawania ogromnych pieniędzy na rosyjskie produkty, i w temacie partnerskiego traktowania Putina i niereagowania na kolejne jego łajdackie poczynania. Można i należy wskazywać na szeroką prorosyjską siatkę polityczną w Europie, głównie w postaci ugrupowań skrajnej prawicy, ale kluczowymi sojusznikami Putina okazał się mainstream polityczny krajów zachodu Europy. Co najmniej tolerujący, a często ułatwiający wieloaspektową ekspansję Rosji na każdym polu: politycznym, gospodarczym, a także nie mniej dzisiaj ważnym kulturowo-wizerunkowym (organizacja ważnych imprez, sponsorowanie znanych klubów itp.). Merkel powinna siedzieć za współudział.

5. Zachód jest słaby i dupowaty. Słaby nie dosłownie, bo jego potencjał militarny i gospodarczy pozwoliłby rzucić Rosję na kolana w ciągu kwartału, wysłać ją na samo dno piekła. Słaby w sferze reakcji, chęci i jedności. Gdy stolica europejskiego kraju jest bombardowana i ostrzeliwana, elita potężnych i bogatych krajów zastanawia się nad reakcją i podejmuje nieśmiałe kroki. Nie sięga po te choć ciut bardziej dotkliwe, jak odłączenie Rosji od systemu SWIFT, w ogromnej większości przypadków nie dostarcza Ukrainie broni. Nawet nie mówi jednym głosem. Zwyczajowo prorosyjskie szmaciarskie zachowania Orbána bledną na tle tego, że kraj NATO, Turcja, odmawia blokady cieśnin morskich wobec rosyjskich okrętów wojennych. Samo NATO też nie robi niczego poważnego. Dotkliwymi sankcjami byłyby bombowce nad Rosją (i jej białoruskim przyczółkiem), a nie to bezjajeczne ugładzone słodkie pierdzenie, że może coś tam, a może jednak nie, że może zaraz, a może kiedyś. Putin i jego koledzy z rosyjskiej elity władzy śmieją się z tego wszystkiego. I z niewielkiej reakcji, i z jej mizernej dotkliwości, na którą zapewne od dawna byli przygotowani. A będzie zapewne tylko gorzej, gdy wraz z upływem czasu wszystko zacznie się rozmywać. Za pół roku Rosjanie będą pełnoprawnymi uczestnikami „spotkań na szczycie”, a za rok czy dwa wróci temat powierzania im prestiżowych imprez sportowych czy kulturalnych. To samo, może nawet szybciej, w kwestii robienia z nimi interesów.

6. Naród ukraiński i jego liderzy zapisują kartę wielkiej chwały. Nie ma słów, by wyrazić podziw dla narodu ukraińskiego, jego armii, zachowań mnóstwa cywilów, a także dla liderów politycznych. Szczególnie prezydenta Zełeńskiego, który jako pierwszy przywódca państwa od wielu lat zasługuje na zgrany i wyświechtany termin męża stanu. Merkel nie powinna mu nawet czyścić butów, nie zasługuje ona na to. Przedstawiany przez polskich „znawców” jako komik, swego czasu jako „człowiek znikąd”, a nawet „człowiek Putina”, pokazuje, na czym polega przywództwo polityczne w godzinie najwyższej próby. Być może to historia uczyniła go kimś takim, ale historia inne charaktery łamie w takich okolicznościach jak zapałki. Zełeński ma też absolutną rację, gdy w słowach pełnych goryczy mówi, że Ukraina została sama, że Zachód robi dla niej niewiele, że nikt nie chce u jej boku walczyć z rosyjskim najeźdźcą. To są słowa prawdy rzucone w twarze moralnych zer. W twarze ludzi, którzy są liliputami na tle tych mieszkańców Ukrainy, których reporterzy pytają, do kiedy będą się bronić, a oni odpowiadają: do końca.

7. Zachodnia lewica zapisuje kartę wielkiej hańby. Ogromna część środowisk zachodniej lewicy, w tym jej najtęższe umysły, staje po stronie Rosji. Bez wiedzy o realiach regionu, z niemal wprost rasistowskim lekceważeniem praw narodów Europy Wschodniej, ich wolności i samostanowienia, reprodukują antyzachodnie, antynatowskie, antyimperialistyczne i w efekcie prorosyjskie klisze. Tworzą ekwilibrystyczne konstrukcje, wedle których to Ukraina zagraża Rosji, a NATO, w znacznej mierze olewające Ukrainę, ma jakoby wchodzić w „sferę wpływów” Rosji. Nie ma czegoś takiego jak sfery wpływów, nie jesteśmy poddanymi Rosji tak samo, jak Meksykanie, Wenezuelczycy, Kubańczycy czy Boliwijczycy nie są w „sferze wpływów” USA. Rosja jest dla krajów naszego regionu tym, czym dla „boliwarystów” Ameryki Południowej i Środkowej jest USA. Można i należy mieć wiele zastrzeżeń do poczynań USA i NATO – sam je wielokrotnie miałem i wyrażałem, łącznie ze sprzeciwem wobec napaści na Serbię, Irak czy Libię – ale to żaden powód, aby usprawiedliwiać i pokrętnie wyjaśniać czy wspierać imperializm rosyjski. Konsekwentny antyimperializm dotyczy wszystkich imperiów i ich napaści. Także takich poczynań Rosji. Liderzy zachodniej lewicy okazują się łajdakami i kretynami, gdy w imię „antyamerykanizmu”, krytyki NATO, idealizowania Rosji itp., wspierają imperializm kremlowski. Takie nazwiska jak Corbyn, Warufakis, Mazzucato, redaktorzy „Jacobina” itp. – są dziś nazwiskami idiotów w ogóle i nazwiskami pożytecznych idiotów Putina. Są oni idiotami na wielu poziomach. Nie potrafią dotrzymać wierności nawet swojej doktrynie. Lenin głosił zasadę samostanowienia narodów. Leniniści uważają, że niech imperium robi co chce z Ukrainą i odmawia jej praw. Lenin stworzył rozróżnienie na zły nacjonalizm narodów uciskających i zrozumiały nacjonalizm narodów uciskanych. Leniniści twierdzą, że niech silna, mocarstwowa Rosja robi „denazyfikację” słabej Ukrainy. Po drugie, to idealizowanie Rosji jest po prostu dziecinne, niegodne przytomnego człowieka. Zapatrzenie sporej części zachodniej lewicy w ZSRR było naiwne, a z punktu widzenia narodów naszej części świata ohydne, ale wiązało się z jakąś obietnicą alternatywy systemowej. Dzisiejsza Rosja nie ma nic wspólnego nawet z tamtym projektem. Jest krajem wielkich nierówności społecznych, wyzysku, neoliberalizmu, mizernego socjalu, potężnych fortun oligarchów, brutalnej akumulacji kapitału przez uprzywilejowaną i bezwzględną garstkę, podatku liniowego, podwyższanego wieku emerytalnego itp. Nie trzeba być „prozachodnim”, żeby nie mieć za grosz sympatii wobec Rosji z lewicowego punktu widzenia. Nie trzeba wielbić „ładu amerykańskiego”, aby na Rosji położyć lagę – nie ma ona nic wspólnego nawet z takimi niedoskonałymi projektami antyzachodnio-socjalnymi, jak Wenezuela czy Libia za rządów Kaddafiego. Jest neoliberalnym reżimem ograniczonej demokracji, bliżej jej do prawicowych rządów w typie Pinocheta niż do jakiegokolwiek projektu lewicowego, a jej „antyzachodniość” ma taki sam sens, jak „antyzachodniość” Mussoliniego. W dodatku typowe dla zachodniej lewicy doszukiwanie się postaw prawicowych w łonie społeczeństwa ukraińskiego jest odkrywaniem Ameryki setki lat po Kolumbie – tak, w obliczu presji i zagrożenia dla własnej tożsamości, niepodległości i bytu państwowego Ukraińcy gromadzą się m.in. wokół nacjonalistów, a ich tożsamość narodowa bywa „bojowa”. To Putin produkuje takie postawy swoją polityką. Ten sam Putin, którego wychwala wiele środowisk skrajnej prawicy z Zachodu, co zachodnim „antyfaszystom” jakoś nie przeszkadza w wielbieniu czy idealizowaniu obecnej Rosji. Tradycje polskiej lewicy – jej niegdyś głównego nurtu, symbolizowanego przez PPS – są zupełnie inne: przeciwko Rosji i jej imperializmowi, za niepodległością ludów naszej części świata i za ich pokojową koegzystencją. Gdy jakiś pajac wzdycha do knuta i nahajki z poziomu próżniaczego życia w Nowym Jorku, to należy życzyć, aby doczekał i zaznał tego na własnym tyłku.

8. Uważam, że docelowo Rosja powinna zostać zniszczona. Zdruzgotana militarnie i gospodarczo. Rozparcelowana. Wszystkie ludy, które tłamsiła, mordowała i terroryzowała, powinny same stanowić o sobie, być niepodległe, dysponować suwerennymi niepodległymi państwami. Tylko Rosja słaba i niewielka to Rosja, która nie zagraża innym na poważniejszą skalę. Jak to zrobić, to inna rzecz, ale nie ma innej alternatywy dla pokoju w tej części świata.

9. Putin chujło.

10. Chwała wolnej, niepodległej, suwerennej Ukrainie. Kij w oko wszelkim postawom i środowiskom prorosyjskim. Z lewa, z prawa, skądkolwiek. Bliższy jest mi pierwotniak pantofelek, niż wy, skurwysyny.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. SaveUkraine z Pixabay.

Strach przed tłuszczem: ostatni bastion uprzedzeń

Stany Zjednoczone mają problem ze swoją wagą – ale nie w taki sposób, w jaki mogłoby się wydawać. Według Centers for Disease Control and Prevention ponad 70% Amerykanów ma nadwagę lub jest otyłych. Ale jest jeszcze jedna strona „epidemii otyłości”. Taka, o której nie mówi się wystarczająco dużo. To uprzedzenia wobec grubych osób.

Amerykanie, którzy nie są otyli, żyją w strachu, że staną się takimi. Szacuje się, że 45 milionów z nich jest na jakiejś diecie. Według sondażu Gallupa 45% Amerykanów niepokoi się wagą, a w jednym z badań prawie połowa dziewcząt w wieku od 3 do 6 lat stwierdziła, że martwi się, iż przytyje.

To nic nowego.

Wiek XX rozpoczął się burzliwą debatą na temat gorsetów. Czy kobiety powinny nadal je nosić, aby wyglądać szczuplej? A co z zagrożeniami zdrowotnymi, zwężeniem jelit, które wiąże się z zaciskaniem talii na wiele godzin? Omdlewanie stało się tak powszechne, że zamożne kobiety miały w swoich domach „pokoje do mdlenia”, w których mogły dojść do siebie po epizodach utraty przytomności. Kobiety pod ogromną presją społeczną nosiły gorsety pomimo przeciwnych zaleceń medycznych.

W 1921 r. niejaki G. B. Pulfer napisał w czasopiśmie branżowym „Gorsety i bielizna”, że „lęk przed obwisłymi ciałami, lęk przed utratą sylwetki, lęk przed bezwładnym wyglądem” trzymał kobiety w gorsetach. Odwoływał się do strachu, który zaczął nawiedzać etos kulturowy Ameryki: strachu przed tłuszczem.

W XIX wieku bycie grubym oznaczało bogactwo, a szczupłość – ubóstwo. Sto lat później to przekonanie uległo odwróceniu. Profesor Peter Stearns, autor „Fat History”, mówi, że najpierw zmieniły się wzorce dostępu do żywności. System przetworzonej obfitości zastąpił wcześniejsze niedobory. Potem zmieniły się modele pracy, a kapitalizm oznaczał mniej czasu na samodzielne gotowanie: Amerykanie pracują średnio najdłużej w świecie uprzemysłowionym.

Pod koniec XIX wieku lekarze prowadzili kampanię, by przekonać opinię publiczną, że szczupli ludzie żyją dłużej, są bardziej stabilni emocjonalnie i atrakcyjni niż ich grubi odpowiednicy. Niektórzy lekarze „z radością wykorzystywali komercyjne możliwości, jakie niosła populacja bardziej świadoma wagi i borykająca się z nadwagą w połowie XIX wieku”, pisze Jayne Raisborough w książce „Fat Body, Health and the Media”. Wtedy po raz pierwszy rynek zalały produkty dietetyczne, takie jak Safe Fat Reducer firmy Kellogg i tabletki Dr. Vincent’s Anti-Stout Pills.

Po II wojnie światowej strach przed tłuszczem przerodził się w fobię. W latach pięćdziesiątych psychologowie zaczęli argumentować, że bycie grubym jest objawem „nieprzystosowania i niepewności”, a otyli ludzie są „nieszczęśliwi, nadmiernie folgujący sobie i pozbawieni samokontroli”, zgodnie z „Fat History” Stearnsa. „Dziewczyny przybierają na wadze, ponieważ są zaburzone emocjonalnie” – to jeden z przykładów powojennej pseudonauki cytowanej w tej książce.

Te obawy były również związane z supremacją białych, mówi Sabrina Strings, autorka książki „Fearing the Black Body: The Racial Origins of Fat Phobia” („Obawa przed czarnym ciałem: rasowe korzenie fatfobii”). Błędna nauka o rasie stworzyła stereotyp „dużej czarnej kobiety” i powiązała otyłość z byciem Afr(oamer)ykaninem. „Smukłość stała się formą amerykańskiej wyjątkowości” – mówi Strings. Byłby to znak, że biali są rzekomo bardziej zdyscyplinowani niż Afrykanie, których sprowadzono do Ameryki Północnej na fali handlu niewolnikami. Ta ponura historia pokazuje sposób, w jaki fatfobia została wykorzystana do wzmocnienia propagandy rasistowskiej.

Fatfobia, definiowana jako „irracjonalny strach, niechęć lub dyskryminacja wobec otyłości lub osób z otyłością”, nie jest tylko kwestią uprzedzeń personalnych. Jest to kwestia strukturalna, która wpływa na każdy aspekt naszego życia, od ekonomii po psychologię. Mary Himmelstein, badaczka, która skupia się na konsekwencjach zawstydzania osób z nadwagą (fatshamingu), mówi: „Kiedy pomyślisz o piętnowaniu wagi, w zasadzie dostrzeżesz je wszędzie”, od placówek edukacyjnych, przez media, po relacje osobiste. A takie piętnowanie może mieć wiele szkodliwych skutków.

Ostatnie akceptowalne uprzedzenie

Stres związany z nadwagą wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne, a także na śmiertelność i obciążenie chorobami, mówi Himmelstein. Wpływ tej stygmatyzacji na zdrowie psychiczne jest skorelowany z myślami samobójczymi, depresją, lękiem i zaburzeniami odżywiania. W badaniu z 2019 r. naukowcy odkryli, że „większe” dzieci tak bardzo niepokoiły się potwierdzeniem negatywnych stereotypów związanych z otyłością, że ich zdolności w nauce zostały rzeczywiście zmniejszone.

Badaczki Paula Brochu i Victoria Esses twierdzą, że fatfobia jest naszą ostatnią akceptowalną kulturowo formą uprzedzeń. Grubsze postaci często pojawiają się w telewizji i filmach, aby można je było wyśmiewać, a ich waga jest używana jako skrót narracyjny, wyjaśniający, że postać jest leniwa lub nieinteligentna (patrz Gruba Amy z „Pitch Perfect”). W serialu Netfliksa „Insatiable” główny bohater zakłada kostium dodający kilogramów (fat suit), co wskazuje, że używanie tak obraźliwych tropów wydaje się producentom lepsze niż zatrudnienie prawdziwej grubej osoby.

Do dziś dowcipy „o grubych” są nadal pierwszym wyborem komików i nadal jest społecznie akceptowalne, aby grubi ludzie byli publicznie wyśmiewani. Badaczki Rebecca Puhl i Chelsea Heuer twierdzą, że społeczeństwo to usprawiedliwia, „ponieważ osoby otyłe są osobiście odpowiedzialne za swoją wagę”, a wstyd może motywować je do zmiany stylu życia.

Ale zawstydzanie ludzi, aby schudli, nie działa. W przełomowym badaniu obejmującym 2600 nastolatków badaczka Janet Tomiyama odkryła, że powiedzenie „jesteś za gruba” z czasem zwiększyło u badanych przyrost masy ciała, a także powodowało zaburzenia odżywiania.

Ekonomia nadwagi

W internecie jest mnóstwo miejsc, które mają pomóc ludziom z dylematem „robienia zakupów, gdy jest się grubym” (shopping while fat, nawiązanie do amerykańskich sformułowań „driving while drunk” i „driving while black” – przyp. tłum.). To zadanie, któremu można często sprostać tylko online. Ludzie z nadwagą muszą zmagać się z „podatkiem od tłuszczu”, zjawiskiem, zgodnie z którym otyli płacą więcej za przedmioty takie, jak odzież i meble. Wiele linii lotniczych wymaga od osób z nadwagą wykupowania dwóch siedzeń, a materace, rowery, a nawet trumny dla osób o większych rozmiarach kosztują więcej.

Niektórzy twierdzą, że grubi ludzie powinni płacić więcej za te przedmioty, ponieważ zużywają więcej materiału. Ale przemysł odzieżowy nie ustala swoich kosztów na podstawie ilości użytej tkaniny – koszty są obliczane na podstawie podaży i popytu. Na przykład wysocy ludzie nie płacą więcej za dłuższe spodnie. Gdyby przemysł odzieżowy po prostu pobierał opłaty za ilość materiału, ubrania dla niemowląt byłyby najtańszym zakupem.

Innym sposobem, w jaki grubi ludzie są pozbawiani praw obywatelskich pod względem ekonomicznym, są kwestie zawodowe. Badania pokazują, że osoby z nadwagą są rzadziej zatrudniane, rzadziej awansują i są opłacane gorzej niż ich szczupli odpowiednicy. Jedno z badań wskazuje, że tylko 15% menedżerów ds. rekrutacji zatrudniłoby kobietę z nadwagą, a dyskryminacja ze względu na wagę jest legalna w każdym stanie poza Michigan.

Firmy ubezpieczeniowe mogą legalnie pobierać wyższe stawki od osób, których wskaźnik masy ciała przekracza 25, pomimo faktu, że BMI ma skomplikowaną, medycznie kontestowaną historię. Nawet leki na receptę, takie jak tabletka „po”, antykoncepcja i antybiotyki, są często nieskuteczne u osób otyłych.

Medyczne koszty nadwagi

Nadwaga oznacza otrzymanie nieodpowiedniej opieki medycznej. Lekarze spędzają mniej czasu z grubymi pacjentami i okazują im mniej empatii. Kiedy otyli ludzie idą do lekarza, często po prostu mówi im się, aby przeszli na dietę, niezależnie od innych problemów medycznych, jakie mogą mieć. Połowa kobiet biorących udział w badaniu z 2013 r. powiedziała, że odkłada pójście do lekarza, dopóki nie będą w stanie schudnąć.

„Nie ma sposobu, aby stwierdzić tylko na podstawie jego wyglądu, do jakiego stopnia ktoś jest zdrowy” – mówi Himmelstein. Podczas gdy otyłość może zwiększać ryzyko zawałów serca i cukrzycy, możliwe jest zachowanie zdrowia metabolicznego, choć jest się otyłym. W niektórych przypadkach otyłość może być nawet zaletą, jeśli chodzi o pewne choroby.

Nasz „przemysł odchudzania”, mający wartość 72 miliardów dolarów – nie działa. Naukowczyni Traci Mann poświęciła większość kariery udowadnianiu, że diety są lepszymi wskaźnikami długoterminowego przybierania na wadze niż cokolwiek innego. A termin „dieta”, mający teraz negatywne konotacje, został zastąpiony słowem „zdrowie” dzięki wzrostowi popularności pseudonaukowych wypowiedzi na instagramie, np. aktorki Gwyneth Paltrow i wielu wpływowych osób. Według Himmelsteina to tak naprawdę to samo: „Ludzie mówią »Chcę, żebyś był zdrowy«, co oznacza »Chcę, żebyś schudł«”.

Ze względu na seksistowską, rasistowską historię walki z otyłością i istniejący „przemysł zdrowia” nastawiony na zysk, mamy wszechobecne i akceptowalne uprzedzenia, które każdego dnia krzywdzą ludzi. Ale nie musimy w tym tkwić. „Jedną z najważniejszych rzeczy, które ludzie mogą na początek zrobić, jest zbadanie własnych uprzedzeń” – przekonuje Himmelstein. „Świadomość tych uprzedzeń może pomóc w zmniejszeniu dyskryminacji, tak jak w przypadku każdej innej piętnowanej tożsamości”.

Shira Feder

tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst ukazał się w wydaniu internetowym „Yes Magazine” w listopadzie 2019 r.

Helena i Szymon Syrkusowie: Architekci-reformatorzy. V Międzynarodowy Kongres Architektury Nowoczesnej (1937)

W 1928 r. w zameczku La Sarraz w Szwajcarii zebrało się, na zaproszenie p. Hélène de Mandrot, grono zbuntowanych przeciw rutynie pionierów nowego budownictwa, któremu wielki architekt francuski Le Corbusier przedstawił następujące zasadnicze tematy do przedyskutowania:

Nowoczesna technika i jej konsekwencje w budownictwie; standaryzacja; zagadnienia socjalno-ekonomiczne; zagadnienia budowy miast; wychowanie młodego pokolenia architektów. Zebranie to ukonstytuowało placówkę współpracy międzynarodowej: CIAM – Les Congrès Internationaux d’Architecture Moderne. Dla każdego kraju wyznaczono delegata CIRPAC-u (Comité International pour la Réalisation des Problèmes d’Architecture Contemporaine – Komitet Międzynarodowy dla realizacji problemów architektury współczesnej), któremu powierzono organizację miejscowej grupy Kongresów.

Już w lutym następnego, 1929 roku, odbył się pierwszy Kongres CIÀM-u w Bazylei, pod przewodnictwem prof. Karola Masera, zmarłego niedawno architekta szwajcarskiego. Postawiono od razu sprawę na szerokiej płaszczyźnie społecznej: nowa architektura służyć musi szerokim kręgom konsumentów. Brak zdrowej podstawy, brak czynnika masowości odbiera rację bytu zawodowi architekta. I dlatego program działalności Kongresów nie obejmuje tematów indywidualnych; już wówczas postawiliśmy sobie za cel dojście do syntezy funkcjonalnego miasta.

W zrozumieniu różnorodności problematów, składających się na pojęcie „Miasto”, postanowiono przede wszystkim zebrać materiał obiektywny, stwierdzający istniejący stan rzeczy. Zaczęto od elementu najmniejszego: mieszkania dla „szarego człowieka”, rozpatrywanego pod kątem potrzeb biologicznych: Air – son – chaleur – lumiére – prawa każdego człowieka do powietrza, światła, ciepła i ciszy w obrębie mieszkania.

Opracowano kwestionariusze i wzory dla jednolitego przedstawienia planów „mieszkania najmniejszego” – takiego, jakie się w danym mieście najczęściej spotyka i takiego, jakim powinno być. Już wówczas Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa przyszła grupie polskiej z pomocą. Teodor Toeplitz ogromnym nakładem pracy wypełnił jeden z kwestionariuszy i był pierwszym członkiem Kongresu w charakterze nie architekta, lecz specjalisty: społecznika i spółdzielcy.

Ponieważ miasto Frankfurt n. Menem, podporządkowane talentowi organizatorskiemu Ernsta Maya, miało wówczas w dziedzinie masowego zaspakajania potrzeb mieszkaniowych najwięcej bodaj do powiedzenia – tam odbył się II Kongres. Zebrani fachowcy uzgadniają wymagania, stawiane „mieszkaniu najmniejszemu”. Rezultaty opublikowano w wydawnictwie „Die Wohnung für das Existenzminimum”. Zebrane plany wystawione były w r. 1930 w WSM w Warszawie, podczas wystawy „Mieszkanie najmniejsze”.

Kongres frankfurcki konstatuje fakt, że nie można realizować dobrych tanich mieszkań bez racjonalnego rozwiązania sposobu zabudowy dzielnic mieszkaniowych, i postanawia rozpatrzyć na następnym kongresie łączenie komórek mieszkalnych w większe jednostki. Zainicjowano wystawę i wydawnictwo „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic”, mające na celu:

a) porównanie przez jednolicie zestawione tablice możliwości zabudowy w ramach istniejącego prawodawstwa budowlanego w poszczególnych krajach;

b) opracowanie w jednolity sposób prób poprawienia zabudowy z punktu widzenia higieny i komunikacji.

III Kongres w Brukseli. Wystawa „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic mieszkaniowych”. Zestawienie zdobyczy kilkunastu krajów. Przodują ówczesne Niemcy, dzięki wybudowanym osiedlom Frankfurtu n. Menem, Dessau, Karlsruhe-Dammerstock, Celle, Kassel, Berlina etc. Projekty i realizacje grup szwajcarskiej, amerykańskiej, belgijskiej, holenderskiej, węgierskiej, hiszpańskiej, francuskiej etc. Projekt Praesensu, osiedla WSM na Rakowcu – pierwszego w Polsce osiedla, w którym domy ustawione są zdecydowanie „frontem do słońca a nie do rynsztoka”.

Kongres przekonuje się na mocy zebranego materiału, że architekci wszystkich niemal krajów walczą o zapewnienie mieszkańcom miast – światła, powietrza, zieleni przez racjonalne sposoby zabudowy, wypracowane w latach ostatnich (zabudowa liniowa). Na przeszkodzie stoją sztywne plany regulacji miast, nie nadające się przeważnie do zastosowania w nich nowych systemów zabudowy.

Ażeby zdobyć pewność, jak należałoby zorganizować. miasta, grupy Kongresu w 16 krajach przeprowadzają w jednolicie opracowanym znakowaniu i w jednakowym formacie analizę 31 miast: Amsterdamu, Aten, Bandungu, Baltimore, Barcelony, Berlina, Brukseli, Charleroi, Como, Dalat, Dessau, Detroit, Frankfurtu, Genewy, Genui, Hagi, Kolonii, Littorii, Londynu, Los Angeles, Madrytu, Oslo, Paryża, Pragi, Rotterdamu, Sztokholmu, Warszawy, Werony, Zagrzebia i Zurichu.

Każde miasto przedstawione jest w postaci trzech map: mapy funkcji w obrębie miasta, mapy komunikacji w obrębie miasta oraz mapy funkcji komunikacji w obrębie regionu wraz z tablicami przyrostu ludności, warunków topograficznych i klimatycznych, z fotografiami z lotu ptaka, fotografiami charakterystycznych dzielnic itp.

Spróbujmy wczytać się w znaki na wszystkich tych mapach. Charakterystyczna mapa funkcji dzielnic wskazuje wszędzie niemal, jak na przekór logice, dzielnice mieszkaniowe przemieszane są z fabrycznymi, bez względu na kierunek zwiewania dymów. Znamy tę chorobę, toczącą dzielnice fabryczne w śródmieściu Warszawy, ale dowiadujemy się, że gdzie indziej to samo się dzieje. Dzielnice handlowe zlewają się z mieszkalnymi – nie tylko w Warszawie. Ulica, wąski korytarz, obliczony na komunikację pieszą lub konną, nieprzygotowany do szybkości pojazdów mechanicznych, zagraża życiu mieszkańców. Z mapy regionów widać jasno, że proletariat – pracownicy fizyczni i umysłowi – 10-15 proc. swego życia spędzają w kolejce dojazdowej, kolei podziemnej, autobusie czy tramwaju, a ile czasu tracą na dojście pieszo do najbliższej stacji? Nigdzie prawie zagadnienia komunikacyjne nie są opanowane – ani w obrębie miast, ani tym bardziej w obrębie regionu. Porównanie Le Corbusiera, że Paryż to stół biesiadny, na który od dwóch tysięcy lat wnosi się nowe potrawy, nie uprzątnąwszy resztek, jest słuszne dla wszystkich miast.

Rozpatrzenie tych „stołów biesiadnych” 31 miast to temat IV Kongresu Ateńskiego w 1933 roku. W rezultacie tego rozpatrzenia zostaje sformułowana zasadnicza hierarchia funkcji nowego miasta: habiter – mieszkać, travailler – pracować, se distraire — wypoczywać, circuler – przenosić się z miejsca na miejsce. Specjalnie podkreśla Le Corbusier zapoznane zagadnienie.

Ażeby zapewnić mieszkańcom miast „radość is– totną” (les joies essentielles)

niebo

drzewa

światło,

należy uratować przyrodę, otaczającą miasta, przed trądem przedmieść.

Miasto-ogród zadowala egoizm jednostek, niwecząc zalety organizacji kolektywnej. Miasto skoncentrowane, dzięki nowoczesnej technice, zapewni swobodę indywidualną w obrębie mieszkania i zorganizuje życie kolektywne w związku z coraz aktualniejszym zagadnieniem organizacji zjawiska „wczasów”.

Stąd czynnik indywidualny: mieszkanie; czynnik kolektywny: wczasy, które wypełnione będą przez sporty, odpoczynek, naukę. Wczasy dzielą się na codzienne i sezonowe. Miasta znaleźć muszą odpowiednie przestrzenie dla organizacji wczasów.

Kiedy w dniu 29 czerwca roku bieżącego na V Kongresie Le Corbusier wstąpił na trybunę Sali Iéna w Paryżu, odnieśliśmy wrażenie, że czas cofnął się. Oto pierwsze słowa jego referatu:

,,Cztery podstawowe funkcje urbanizmu, to: mieszkać, wypoczywać, pracować, przenosić się z miejsca na miejsce. Na kongresie paryskim tylko dwie pierwsze funkcje: mieszkanie i wczasy – będą tematem dyskusji. Te dwie funkcje są nierozłączne. Wczasy codzienne stanowią bezpośrednią funkcję mieszkania”.

Ale czas nie cofnął się. Przez cztery lata pracy, które dzielą nas od podróży do Grecji, tezy wykładów ateńskich dojrzały i zyskały ugruntowanie teoretyczne. A dzięki osiągnięciom Rządu Ludowego we Francji, nabrały nagle ostrej aktualności. Zakres ich ze zbyt ciasnego pojęcia miasta objął regiony i ich część składową: wieś. Kongres paryski odważył się poruszyć zagadnienia, które dotychczas rzadko interesowały architektów, wierzących jeszcze w mit „wsi spokojnej, wsi szczęśliwej”; zmusił ich do myślenia nie tylko o proletariacie miejskim, ale i o warunkach mieszkania, wypoczynku, pracy i komunikacji robotnika wiejskiego. Szkielet kongresu paryskiego, zatytułowanego „Mieszkanie i wczasy”, składał się z trzech zasadniczych referatów:

Rozwiązania zasadnicze (Le Corbusier, Paryż);

Ulepszenie miast istniejących (J. L. Sert, Barcelona);

Propozycje, które pozwoliłyby przystąpić do problematu wsi (mieszkanie i wypoczynek) (S. Syrkus, Warszawa)

dopełnionych przez referat dodatkowy robotnika rolnego Norberta Bezard o stosunkach rolnych we Francji i propozycjach co do ich ulepszenia. Zaproszono również licznych specjalistów, ażeby wypowiedzieli się ze swego punktu widzenia na zasadnicze tematy kongresu w nawiązaniu do jednego z czterech referatów. Dzięki poparciu rządu francuskiego, jeszcze w tym roku ukaże się „Księga V Kongresu Architektury Nowoczesnej”.

Rozważano zagadnienia wielkiej wagi: zagadnienia terenowe, które już w Atenach stanowiły oś debaty. Zarówno na wsi, jak w mieście, rozkawałkowanie gruntów uniemożliwia projektowanie w szerokim zakresie. Architekt na każdym kroku napotyka na trudności nie do przezwyciężenia. A jednak trudności te muszą być przezwyciężone, jeżeli nasze miasta i wsie nie mają być skazane na zagładę. W każdym kraju w innym tempie – innymi metodami – nastąpią zmiany, ale architekci wszędzie muszą głośno i wyraźnie wypowiedzieć wspólne dla wszystkich krajów postulaty, sformułowane przez Le Corbusiera i przyjęte przez Kongres:

„Najwyższym prawem urbanizmu jest generalny plan kierunkowy, oparty na istotnych i palących potrzebach ludności”.

„Konieczność stworzenia terenów budowlanych, sprzyjających mieszkaniu i wczasom”.

„Wyzwolenie ziemi pod kątem przestudiowania i opracowania planu widzenia interesu publicznego, wykluczającego spekulację”.

„Mieszkanie i wczasy, uznane za obowiązek społeczeństwa wobec wszystkich jego członków, stać się muszą dalszym ciągiem urządzeń użyteczności publicznej”.

Liczni specjaliści poparli te postulaty. Nie możemy wymienić tu wszystkich – ograniczymy się do kilku charakterystycznych. Więc znany paryski lekarz, dr Winter, z którym by przedstawiciele Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na pewno znaleźli wspólny język, mówił o architekturze i medycynie, o konieczności i możliwości współdziałania tych dwóch zawodów, a w szczególności o zagadnieniu „dziecka w mieście”. P. Lenoir, sekretarz Domu Techniki, mówił o technice i finansach w służbie planu; referat jego dopełniły bardzo optymistyczne wywody znanego ekonomisty, p. Delaisi. Pułkownik Vauthier ze Sztabu Generalnego poruszył zagadnienie urbanizmu i architektury w obliczu niebezpieczeństwa wojny powietrznej.

Drugi dzień: Ulepszenie miast istniejących – J. L. Sert. Ze sprawą tą wiąże się ściśle kwestia zmian ustawodawstwa budowlanego. Genewski architekt, F. Quêtant, opracował na ten temat bardzo szczegółowy kwestionariusz. Odpowiedzi nań stanowić będą nowy ważny dokument międzynarodowej współpracy – nową broń w walce z istniejącym stanem rzeczy, uniemożliwiającym racjonalne ,,mieszkanie i wczasy”.

Holendrzy zademonstrowali wzorową ankietę na temat „Wczasy ludności Rotterdamu”, zilustrowaną wspaniałym reportażem fotograficznym, której punktem wyjścia był znów przeciętny mieszkaniec i jego potrzeby. Nie wystarczyła tu oficjalna statystyka. Ażeby dotrzeć do dna zagadnienia, architekci sami zajęli się statystyką, taką, jaka im jest potrzebna. Więc np. w szkołach rotterdamskich dzieci dostały taki temat wypracowań: „W co się bawisz, kiedy masz czas wolny?”, „Gdzie się bawisz?”, „Dlaczego tam właśnie, a nie gdzie indziej?” itp.

Podobnymi metodami posługuje się WSM i jej organy. Osiągnięcia jej w dziedzinie organizacji wczasów, tj. życia społecznego na terenie osiedli spółdzielczych przedstawił zebranym Stanisław Tołwiński. Referat i realne, poparte doświadczeniem w pracy spółdzielczej propozycje, wzbudziły wielkie zainteresowanie. Tołwiński, jako specjalista-spółdzielca, został zaproszony na członka Kongresów.

Trzeci dzień przyniósł nowy dla Kongresu temat: Reorganizacja wsi, dla którego Francuzi ukuli nowy termin „Urbanizm wiejski” – Urbanisme rural. Temat ten wymaga intensywnej i długiej współpracy agronomów, ekonomistów, statystyków, geologów, urbanistów etc. dla wspólnego celu: stworzenia racjonalnych warunków mieszkania i wczasów, pracy i komunikacji dla ludności wiejskiej. Toteż zasadniczy referat S. Syrkusa nie pretendował do wyczerpania tematu: wytyczył tylko linie kierunkowe pracy architekta w tej nowej dlań dziedzinie. Referent oparł się częściowo na „Strukturze Społecznej Wsi Polskiej” (Wyd. Instytutu Gospodarstwa Społecznego), częściowo zaś na opracowanej wespół z Janem Chmielewskim „Warszawie funkcjonalnej – przyczynku do urbanizacji Regionu Warszawy”.

Po nim wstąpił na trybunę Norbert Bezard, chłop z Maine. Ten „specjalista” wzbudził burzę oklasków zarówno swoim „niefałszowanym” wyglądem, jak werwą i przekonaniem, z jakimi żądał pomocy architektów. Poczuliśmy nagle wszyscy, jak bardzo jesteśmy na świecie potrzebni.

„Wszystko robi się dla miast – mówił – nic dla miasteczek i dla ferm”.

„Wszystko jest na wsi do zrobienia, bo wieś jest stara jak świat, zgrzybiała, niedostosowana do obecnej epoki. Zabudowania gospodarskie rozpadają się w gruzy – a z nimi całe wsie. Są one zresztą pobudowane bezmyślnie, bez pojęcia o zasadach urbanizmu. Konia z rzędem temu, kto odkryje jakiś plan zabudowy w naszych wsiach i farmach… Jeżeli są ślady planu – to chyba rzymskie lub z epoki neolitycznej: drogi – gościńce, które gdzieś tam kiedyś prowadziły…”.

„Wszystko jest na wsi do odrobienia – według planu i w porządku. My wszyscy, my, młodzi, wiemy, że w architekturze i w urbanizmie wszystko jest możliwe – że inżynierowie i architekci dysponują techniką i materiałami potrzebnymi dla naszej budowy”.

„Mieszkanie chłopa. Tu zaczyna się nasza »rozmowa« z architektem. Czy chłop ma pragnąć czy nie tradycyjnej strzechy (choćby nowej), którą narzuca mu akademia? My, chłopi, odpowiadamy: nie! Żądamy farm – narzędzi cywilizacji, odrzucających na bok romantyzm i… gnój. Jasno – wyraźnie. Jeżeli spotykacie jeszcze wieśniaków roztkliwiających się romantycznością, to dlatego, że nikt dotychczas nie wyjaśnił im dobrodziejstw farmy-narzędzia, farmy promiennej, funkcjonalnej. Jeżeli wieśniacy nie potrafią żądać takiej właśnie farmy, to dlatego, że nie znają możliwości nowoczesnej techniki”.

„Jakie były etapy rekonstrukcji wsi? Wypytywałem o to chłopów z naszej grupy gminnej. Przede wszystkim spichrz-elewator, brzuch wsi – zabezpieczenie przed spekulacją. Następnie klub – z wielkim krzykiem żądano sali zebrań. Potem drogi, łączące wieś z najbliższymi ośrodkami. A po zaspokojeniu tych trzech najpilniejszych postulatów wszystko inne: farmy, miasteczko spółdzielcze, drogi. Całość inspirowana przez plan gminny, dzieło chłopów, stanowiący nieodłączną część planu regionalnego”.

Z wystąpień następnych delegatów: angielskich, włoskich, węgierskich widać było jasno, iż to, co zrobiono dotychczas w dziedzinie urbanizacji miast, wsi, regionów, jest kroplą w morzu potrzeb.

Widać było również, że zagadnień tych nie rozwiążą urbaniści w zaciszu swych pracowni. Masa – robotnicy wiejscy i miejscy muszą uświadomić nas o swych potrzebach – my uświadomimy ich o możliwościach technicznych. Przykład współpracy chłopa z Maine, Norberta Bezard, z architektem Le Corbusierem powinien być wszędzie naśladowany.

Helena i Szymon Syrkusowie

Powyższy tekst Heleny i Szymona Syrkusów pierwotnie ukazał się w piśmie „Życie WSM” nr 9/1937, Warszawa, wrzesień 1937. Pismo to było miesięcznikiem wydawanym przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Od tamtej pory tekst prawdopodobnie nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Adrian Grycuk, Ulica Pruszkowska w Warszawie, rok 2021, fragment jednego z osiedli zaprojektowanych przez autorów powyższego tekstu; źródło: Wikipedia.

Pocztówki z alternatywnej przyszłości

Trzydzieści kilka lat temu stałam na peronie ze spakowanym plecaczkiem, blaskiem w oczach i czekałam na pociąg, który zawiezie nas do pięknej transformacji w kierunku socjaldemokracji. Nie byłam żadnym dziwolągiem – moja wiara była podzielana przez otaczających mnie ludzi, w większości niezbyt radykalnych w żadnym kierunku. Moje zróżnicowane społecznie i regionalnie otoczenie w większości zdawało się oczekiwać jakiegoś modelu samorządowego lub społecznego kapitalizmu. Może wyróżniałam się w nim szczególną sympatią dla modelu szwedzkiego. Napisałam o tym doktorat – czego możemy my, w Polsce, nauczyć się ze szwedzkich doświadczeń zarządzania. Kiedy go broniłam na wiosnę 1990 roku, zostało to przyjęte bardzo dobrze, przede wszystkim ze względu na walory praktyczne. Teoretycznie mój doktorat nie był odkrywczy. Z radością patrzyłam w przyszłość, ku konstruktywnemu profesjonalnemu życiu, pełnego ciężkiej, ale sensownej pracy polegającej na wcielaniu w życie tego, o czym pisali profesor Tadeusz Kowalik czy profesor Karol Modzelewski. Wkrótce zapisałam się do Unii Pracy. Stałam na peronie z biletem w ręku. Jednak przyjechał inny pociąg, wielki, ciężki ekspres z napisem „Koniec historii” na szybie.

Nie minęły dwa lata i nikt już nie chciał ze mną rozmawiać o modelu skandynawskim. Nikt też nie był zainteresowany etnograficznymi badaniami polskich szefów, które prowadziłam i które ukazywały zestaw cholernie kompetentnych i doświadczonych osób. Ale ta wizjonerska, niepokalana konformizmem polska inteligencja – uczeni, dziennikarze, ludzie kultury – nie mieli już czasu na pogawędki o różnych alternatywnych ideach. I to nie tylko dlatego, że zajęli się robieniem pieniędzy. Tak, część robiła pieniądze, jedni wielkie, inni mniejsze. Jedni – dlatego, bo lubili, inni (może większość) dlatego, bo strasznie bali się tego, co działo się za wschodnimi granicami. Ale nie mieli na pogawędki czasu głównie ze względu na dysonans poznawczy. O nim za chwilkę. Teraz o tym, co się działo za tymi wschodnimi i południowymi granicami, czego wszyscy się obawiali, ale o czym zawsze mówiło się w jakichś krwawych fragmentach: ruska mafia, biedna Ukraina, nieszczęsna Rumunia, Bałkany.

Niedawno ukazała się książka, która pokazuje cały obraz, od byłego NRD po Rosję, od Estonii po Bałkany. Książka amerykańskich badaczy Kristen Ghodsee i Mitchella Orensteina „Taking stock of shock: Social consequences of the 1989 revolutions” ma potencjał, by zostać wypowiedzią przełomową, jakie czasami zdarzają się w historii, podobnie jak kiedyś było słynne przemówienie Chruszczowa. Też nie od razu jego treść została podchwycona w refleksjach i dyskusjach, bo takie wypowiedzi wymagają skupienia. Po nich już żadna rozmowa nie jest taka sama jak wcześniej. A jest nad czym się skupiać. Czytajmy więc:

„Przyczyny postsocjalistycznej śmiertelności są wciąż gorąco dyskutowane […] W 1999 roku Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) szacował, że w dwudziestu siedmiu krajach transformacji badanych w raporcie »Ludzkie koszty transformacji« brakowało 9,7 milionów mężczyzn, podczas gdy w 2001 roku UNICEF donosił o 3,26 milionów nadmiarowych zgonów w pierwszych dziewięciu latach transformacji”.

Radykalne obniżenie średniego wieku życia, wzrost uzależnień, kryzys ekonomiczny znacznie głębszy i bardziej długotrwały niż Wielka Depresja w USA, dramatyczny i gwałtowny rozpad struktur społecznych – a co za tym idzie załamanie zaufania społecznego. Wszystko to wykazane jest na podstawie wyjątkowo rzetelnych i rozległych badań naukowych: ilościowych badań statystycznych i jakościowych, etnograficznych.

Z tej zapaści wiele krajów byłego Bloku Wschodniego nie wydobyło się dotąd. Przypomnijmy, że amerykańscy doradcy z czasów wczesnej transformacji obiecywali nam „J-curve”, czyli chwilowe (trwające kilka lat, raczej 2 aniżeli 5) obniżenie dochodu per capita a następnie wykładniczy wzrost. To zjawisko nie miało miejsca nigdzie. W wielu krajach zwyżka nie nastąpiła. Polska jest ukazana w książce jako sukces transformacji. Inne kraje tzw. Grupy Wyszehradzkiej też poradziły sobie znacząco lepiej, niż pozostałe. Węgry, Polska – wyszły zasadniczo na plus, choć dopiero stosunkowo niedawno, kilkanaście lat temu. Czyli co, radość i duma? Brawo my? Jeśli poradziliśmy sobie – jak kto woli to nazwać: świetnie, nieźle, jakoś – to – pomyślmy przez chwilę: co by było, gdybyśmy wybrali inną drogę, gdyby pociąg skandynawski przyjechał wtedy na stację?

Mówiono nam wówczas – i mówi się do tej pory – że nie istniała alternatywa.

No właśnie, miało być o dysonansie poznawczym. On był, jest i rośnie w siłę. Rządzi krajem, stał się główną zasadą społecznej ontologii. Właściwie wszystko, co się w post-transformacyjnej Polsce działo, co dzieje się nadal w polityce, sztuce, nauce – opiera się na intensywnym wysiłku zniszczenia, wymazania, zaklajstrowania dysonansu poznawczego. Najchętniej nie mówi się o tym wcale, media głównego nurtu starają się nie przyjmować alternatywnych wypowiedzi, choćby były nie wiem jak dobrze podbudowane naukowo. Niektóre dyscypliny nauki też. Coraz ostrzejsze podziały polityczne skonstruowane wokół podziału, o którym nie wolno mówić. Mnóstwo energii wkłada się w czynienie pewnych tematów nieistniejącymi. Tych zasadniczych tematów. Zamiast tego mówi się, że nie było alternatywy. Mówi się, że w przeciwnym razie byłoby u nas jak na Ukrainie – ale czemu? Czy graniczymy z Rosją (z obwodem Kaliningradzkim tak, ale potencjalny problem jest raczej dalej na wschód)? Mówi się, że Zachód kazał – fakt, ale jednak Sachs po latach twierdzi, że spodziewał się, iż Polska będzie się upierać przy jakiejś formie socjaldemokracji. Ile w tym wyrzutów sumienia samego Sachsa, a ile rzeczywistości – nie wiem. Mówi się, że inaczej nie darowano by nam długów. Trudno powiedzieć, ale czy próbowaliśmy porządnie negocjować? Czy poprosiliśmy o wsparcie w tej sprawie np. kraje skandynawskie? I wreszcie, jak pokazują Ghodsee i Orensetin, dwa kraje wybrały inną drogę transformacji – Chiny i Wietnam. Może nam się ta droga nie podobać, ale jest wszak inna. A skoro tak, to my mogliśmy powędrować jeszcze inaczej. Za mały kraj? A czy musieliśmy sami? Czy próbowaliśmy dogadać się z Czechosłowacją (wtedy jeszcze), Węgrami?

Alternatywa była, o czym wiem, bo byłam jej częścią. Była wizja: Kowalik, Modzelewski, Bugaj. Była praktyka: szefowie, których badałam. Ale nikt nas nie spytał wtedy, ani mnie, ani moich mądrych kolegów i mistrzów, ani tych doświadczonych szefów, ani załóg pracowniczych, które badaliśmy z kolegami w trakcie projektów doradztwa organizacyjnego (prowadzonych przez spółdzielnię konsultingową – sic! – przy Uniwersytecie Warszawskim). Po tych wszystkich „nocnych Polaków rozmowach” nie padło ani jedno pytanie. Tylko wielkie, właściwie boskie ogłoszenie: Nie istnieje alternatywa. I szkolenia, szkolenia, szkolenia, które sama przeszłam w 1990 roku i troszkę później badałam etnograficznie (powstał na podstawie tych badań artykuł pod tytułem „The Modern Crusade”, który to tytuł oddaje charakter tego, co tam się działo). Na to szły gigantyczne zasoby. Co by było, gdyby poszły na wykorzystanie wiedzy, która istniała w systemie, na recykling idei i praktyk, na konsultacje z innymi doświadczeniami? Na wzmocnienie naszego własnego zarządzania, naszego przemysłu, nauki, edukacji? Co by było, gdyby nie prywatyzować wszystkiego na hurra, lecz podejść refleksyjnie i stopniowo do procesu przekształceń własnościowych? Co by było, gdyby wspierać związki zawodowe i upatrywać w nich fundament nowego systemu – to one wszak wówczas nie tak dawno temu go wywalczyły, to one były jednym z motorów generowania idei struktur nowego zarządzania.

W jakimś równoległym kosmosie ten pociąg, na który czekałam wtedy, przyjechał. Przez 30 lat z groszami zajmowałam się trudną i odpowiedzialną, ale pożyteczną dla ogółu pracą. Wokół rósł kraj, gdzie nie jest idealnie, jest mnóstwo problemów, bo jednak na świecie dominuje neoliberalizm i czuje się schyłek jakiejś wielkiej epoki. Jednak nie jest źle. Ludziom w moim kraju żyje się na ogół dostatniej. Publiczna służba zdrowia działa. Jurek Owsiak gra z Wielką Orkiestrą Świątecznej Radości, zbierają środki na tworzenie domów kultury w większych i mniejszych miastach, i rzecz jasna na wsiach. Uniwersytety są bardzo różne, rządzą się kolegialne a polska szkoła filozofii ekonomicznej podbija kraje frankofońskie. Żaden Polak ani żadna Polka nie figuruje na liście najbogatszych ludzi świata. Ale za to nie ma bezdomności, budowane są całkiem nieźle zaprojektowane osiedla, gdzie ludzie mogą wynajmować mieszkanie od gminy lub spółdzielni. Konstytucyjne prawo do mieszkania traktowane jest bardzo poważnie. Drogami i autostradami nie możemy się za bardzo pochwalić w Europie, ale za to mamy świetną sieć kolejową, można dojechać dosłownie wszędzie. Jeffrey Sachs kupił domek na Mazurach i ufundował centrum animacji kultury regionalnej jako swego rodzaju zadośćuczynienie za tamte, dawne czasy. Grają amerykańskiego bluesa i alt-folk. Nikt zresztą tamtych czasów nie pamięta – są inne, nowe sprawy i problemy.

Wysyłam samej sobie kartki z tamtego kosmosu. Ostatnio wysłałam sobie gustowny kosz na śmieci w stylu skandynawskim, żebym miała gdzie wyrzucić te trzydzieści-parę lat mojej pracy w tym kosmosie, tutaj.

prof. Monika Kostera

Minister wykluczenia

Wykluczenie transportowe jest tam, gdzie nie da się dojechać drogą ekspresową lub autostradą – uważa Ministerstwo Infrastruktury.

– „Likwidujemy wykluczenie komunikacyjne” – powiedział minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, otwierając jesienią 2021 r. drogę ekspresową S19 na granicy Lubelszczyzny i Podkarpacia. – „Każdy z Polaków mieszkający w każdym regionie naszego kraju ma prawo do tego, by korzystać z komfortowych dróg autostradowych, ekspresowych”.

Kolejny odcinek

Ministerstwo Infrastruktury coraz częściej przedstawia budowę dróg ekspresowych i autostrad jako element walki z wykluczeniem transportowym. Ostatnio zrobił to nawet wiceminister Andrzej Bittel, który w resorcie odpowiada za kolej, a przy tym jest pełnomocnikiem rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu. Otwierając w grudniu 2021 r. drogę ekspresową w rejonie Mławy, oznajmił: „Udostępniamy kierowcom kolejny odcinek drogi S7 w województwie mazowieckim. To kolejny etap walki z wykluczeniem komunikacyjnym”.

Opracowany w resorcie infrastruktury „Rządowy program budowy dróg krajowych do 2030 r.” jako wykluczone komunikacyjnie definiuje te obszary kraju, do których nie da się dotrzeć autostradą lub drogą ekspresową.

Problem w tym, że drogi szybkiego ruchu nie eliminują wykluczenia transportowego. Pokazało to badanie „Ocena zagrożenia wykluczeniem społecznym związanym z transportem w powiatach Wielkopolski”, zrealizowane w 2015 r. pod kierunkiem dr. inż. Marcina Kicińskiego z Politechniki Poznańskiej. Jeden z największych odsetków gospodarstw domowych skarżących się na problemy transportowe, wynoszący aż 59%, odnotowano w powiecie nowotomyskim, choć przez jego środek biegnie autostrada A2 z węzłem Nowy Tomyśl. Autostrady i drogi ekspresowe przyspieszają tranzyt, ale tworzą bariery dla mobilności lokalnej.

Rozcinanie

„Problemem lokalnym jest rozcinanie układów osadniczych przez drogi ekspresowe budowane po śladzie starych tras” – pisze prof. Tomasz Komornicki w raporcie „Polska sprawiedliwa komunikacyjnie”, przywołując badania z gmin, przez które poprowadzono drogi ekspresowe: „5-10% respondentów deklarowało, że czas dojazdu do takich miejsc jak szkoła podstawowa, ośrodek zdrowia czy urząd gminy nie tylko nie zmalał, ale nawet uległ wydłużeniu”.

Rozbudowa drogi krajowej w drogę ekspresową wiąże się ze zmniejszeniem liczby miejsc, w których można wjechać na główną trasę z dróg lokalnych. Zgodnie z przepisami, węzły na drogach ekspresowych poza miastami powinny być lokalizowane nie częściej niż co 5 km, zaś na autostradach nie częściej niż co 15 km. Odległości te bywają jednak dużo większe. Przykładowo na drodze S6 węzły Kołobrzeg Zachód i Kiełpino dzieli 26 km. Na trasie S3 dystans między węzłami Myślibórz i Gorzów Wielkopolski Północ to 28 km – leżący na tym odcinku Nowogródek Pomorski, choć S3 biegnie skrajem tej wsi gminnej, ma do najbliższego wjazdu na trasę 9,5 km. Na autostradzie A4 nie ma węzłów nawet w miejscach jej przecięcia z drogami wojewódzkimi 987 Kolbuszowa – Sędziszów Małopolski i 414 Opole – Prudnik oraz drogą krajową 39 Brzeg – Strzelin.

Ekspresowe wykluczenie

Trasy szybkiego ruchu – choćby z uwagi na rzadkie rozmieszczenie węzłów oraz małą liczbę przystanków budowanych na drogach ekspresowych – w ograniczonym stopniu służą komunikacji autobusowej. Mimo to w programie budowy dróg Ministerstwo Infrastruktury zdecydowało się na zaklinanie rzeczywistości: „Poprawa czasu dojazdu do miejscowości, a także wysokiej jakości infrastruktura przystankowa wpływa bezpośrednio na opłacalność uruchomienia nowych linii autobusowych”. Ostatecznie po etapie konsultacji resort zapisał, że budowa nowych dróg „może wpłynąć na decyzję o uruchomieniu nowych linii autobusowych”.

W Małopolsce po otwarciu drogi S7 niemal wszystkie autobusy relacji Kraków – Zakopane przestały stawać w Chabówce. Na rozbudowanej Zakopiance nie powstał bowiem przystanek w tej miejscowości, a przewoźnicy uznali, że nie opłaca im się zjeżdżać z drogi ekspresowej.

Mieszkańcy Rabki-Zdroju obawiają się, że – po oddaniu do użytku w połowie 2022 r. kolejnego odcinka drogi ekspresowej S7 – oni będą następni. – „Otwarcie nowej drogi, która miała nam ułatwić kontakt ze światem, może doprowadzić do wykluczenia komunikacyjnego” – powiedział portalowi Podhale24.pl burmistrz Rabki-Zdroju Leszek Świder.

Wcześniej problem odczuli mieszkańcy gminy Lubień. Przewoźnicy działający na trasie Kraków – Zakopane, nie chcąc zbaczać z S7, zrezygnowali z postojów na jej terenie.

W województwie kujawsko-pomorskim na wylocie drogi S5 z Bydgoszczy autobusy podmiejskie kursują biegnącymi wzdłuż ekspresówki jezdniami lokalnymi. Na terenie gminy Białe Błoto autobusy zmierzające z Bydgoszczy jadą po jednej stronie drogi S5, a wracają po drugiej. Problem w tym, że przy części przystanków nie da się przejść przez drogę ekspresową. W miejscowościach, w których Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad „zapomniała” o zbudowaniu kładek, niektórzy mieszkańcy mogą autobusem do Bydgoszczy tylko pojechać, a niektórzy tylko z niej wrócić – w zależności od tego, po której stronie drogi S5 mieszkają.

Niebezpieczne drogi

To, że trasy szybkiego ruchu zapewniają uatrakcyjnienie komunikacji autobusowej, nie jest jedynym mitem rozpowszechnianym przez resort infrastruktury. Kolejny dotyczy bezpieczeństwa. – „Każda oddana do użytku droga ekspresowa to większe bezpieczeństwo w ruchu drogowym” – oznajmił minister Andrzej Adamczyk, wizytując w listopadzie 2021 r. budowę drogi S7 koło Miechowa.

W grudniu 2021 r. Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, którą kieruje Adamczyk, opublikowała „Narodowy program bezpieczeństwa ruchu drogowego 2021-2030”, alarmujący, że „polskie drogi wciąż należą do najniebezpieczniejszych w Europie”. Na podstawie danych za 2019 r. program informuje, że „największy wskaźnik ryzyka śmierci w wypadku odnotowano na drogach ekspresowych, gdzie wyniósł on 53 ofiary śmiertelne/1000 km”. Jak wskazuje dokument, drogi ekspresowe cechują się również najwyższym wskaźnikiem ciężkości wypadków – „wyniósł on 18 ofiar śmiertelnych/100 wypadków, co oznacza, że był dwukrotnie wyższy niż na drogach powiatowych i blisko czterokrotnie wyższy niż na drogach gminnych”.

Wśród czynników wpływających na niski poziom bezpieczeństwa na polskich drogach program wymienia „niewielki udział podróży publicznymi środkami transportu względem transportu indywidualnego”, dodając, że „wpływ na ten stan ma także poziom i dostępność rozwiązań w zakresie komunikacji zbiorowej, która w ostatnich latach – szczególnie na terenach pozamiejskich – znajduje się w recesji”.

Imposybilizm Polski resortowej

Na problemy z transportem publicznym na obszarach wiejskich zwrócił uwagę rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek w piśmie skierowanym w październiku 2021 r. do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi: „Na podstawie liczby skarg wpływających do mojego biura nie mogę stwierdzić, że problem wykluczenia komunikacyjnego został rozwiązany”. Wiącek dodał, że należy zagwarantować obsługę komunikacyjną, określając jej minimalne standardy.

Pytany o tę kwestię rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś odparł: „Ministerstwo Infrastruktury nie komentuje wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi”.

Wypowiedź Huptysia to przejaw Polski resortowej, w której ministerstwa unikają wspólnego rozwiązywania problemów wykraczających poza kompetencje jednego resortu (zjawisko to Mateusz Morawiecki w 2016 r. określił mianem „głównego hamulca zmian w Polsce”).

Rzecznik praw obywatelskich w końcu doczekał się stanowiska Ministerstwa Infrastruktury. Wiceminister Rafał Weber, wykazując się imposybilizmem, oświadczył: „Wprowadzenie jednolitych w całym kraju regulacji ustanawiających wymagane połączenia komunikacyjne nie znajduje obecnie uzasadnienia”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/117 styczeń-luty 2022)
http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Władza ludu czy władza ekspertów?

Guy Debord, legendarny lewicowy myśliciel, pisał: „Wszyscy eksperci służą mediom i państwu, temu właśnie zawdzięczają status ekspertów. Każdy ekspert musi służyć swojemu panu, gdyż organizacja obecnego społeczeństwa doprowadziła do niemal całkowitego zaniku dawnych warunków niezależności. Ekspertem, który służy najlepiej, jest oczywiście ten, który łże”.

Dodawał też, że w „społeczeństwie spektaklu” zarówno wypromowanie usłużnego, jak i zniszczenie nieposłusznego eksperta nie stanowi większego problemu. Bez trudu można zorganizować oczerniającą kampanię a prawdziwość zarzutów nie ma żadnego znaczenia. Podobnie o ekspertach wypowiada się Slavoj Žižek: „Być może modelowym przypadkiem pozycji Mistrza, która stoi za dyskursem uniwersyteckim, jest sposób, w jaki dyskurs medyczny funkcjonuje w naszym życiu codziennym: na poziomie powierzchniowym mamy do czynienia z czysto obiektywną wiedzą, która odpodmiotowia podmiot-pacjenta, redukując go do obiektu badania, diagnozy i leczenia. Jednak pod tą powierzchnią można z łatwością zauważyć zaniepokojony, rozhisteryzowany podmiot, opętany lękiem, zwracający się do lekarza jako do swojego Mistrza i proszący go o otuchę. Odwołując się do jeszcze bardziej powszedniej sytuacji, wystarczy przywołać eksperta od rynku, który opowiada się za silnymi cięciami budżetowymi (obcięcie wydatków na opiekę społeczną, etc.) jako koniecznością wynikającą z jego neutralnej ekspertyzy pozbawionej jakiejkolwiek stronniczości ideologicznej: tym, co ukrywa, jest seria relacji władzy (począwszy od aktywnej roli aparatów państwa do przekonań ideologicznych), która podtrzymuje »neutralne« funkcjonowanie mechanizmów rynkowych”.

W tym kontekście zadać można by pytanie o to, co ukrywają i podtrzymują „eksperci medyczni” i czy przypadkiem nie chodzi o uwikłania podobne, jak w przypadku „ekspertów ekonomicznych”. O tych drugich, w głośnym wywiadzie „Byliśmy głupi”, mówił prof. Marcin Król: „Bo rozsądny człowiek nie może mieć zdania o OFE. Można mieć emocje i uczucia z tym związane. I gwałtownie je wyrażać. Ale zdanie to mogą mieć ekonomiści, eksperci. I nie wierzę im jak psom. Bo jeden pracował w banku, który jest właścicielem OFE, inny po prostu doradza OFE i się bezczelnie wypowiada, a trzeci nie chce sobie robić kłopotów w środowisku i uchodzić za oszołoma, więc mówi to samo co tamci dwaj”.

Sam wywiad, pomimo że pokazywał już zafiksowanie uniwersyteckiej inteligencji na postaci Kaczyńskiego (które to zafiksowanie stanowić może dzisiaj jedno z największych obciążeń opozycji), to zresztą jedna z wielu lekcji, których „demokratyczna opozycja” do tej pory nie odrobiła. Mimo że słowa te padły już sporo lat temu z ust jej kluczowego przedstawiciela. Jeśli chodzi o rolę ekspertów, ze względu na strukturalne uwarunkowania, społeczne i ekonomiczne umiejscowienie i powiązania opozycji jako formacji i jej liderów, może to być zresztą niemożliwe. „Marsz przez instytucje” kończy się tak, że nawet lewica ulokowana na eksperckich pozycjach zajmuje się przede wszystkim obroną swojego statusu w ramach instytucji władzy, obroną samych tych instytucji i obroną status quo zapewniającego jej przedstawicielom wysoką pozycję społeczną.

Owi eksperci mogą mieć różną twarz. W ramach neoliberalizmu to przede wszystkim twarz ekonomisty i „naturalnych praw rynku”, ale dziś jest to także w dużej mierze twarz prawnika czy lekarza, którzy decydować mają o tym, jak wyglądać powinno państwo i jego ustrój i na czym polegać mają podstawowe swobody obywatelskie (lub ich brak). Jeśli zaś obywatele nie zgadzają się z opinią ekspertów – to znaczy, że ów lud jest niedemokratyczny. Prawdziwie demokratyczne są bowiem wyłącznie decyzje i opinie wąskiej grupy uprzywilejowanych ekspertów.

Przykładem tego zjawiska może być udostępnione niedawno w mediach społecznościowych przez jednego z powszechnie szanowanych i dość medialnych profesorów zajmującego się nierównościami społecznymi, badanie (pt. „Democracy Confused: When People Mistake the Absence of Democracy for Its Presence”), z krótkim komentarzem: „Poparcie dla demokracji, gdy rozumie się ją błędnie jako formę autokracji legitymizuje autokrację: ludzie, którzy twierdzą, że popierają demokrację, w rzeczywistości wyrażają w tej odpowiedzi poparcie dla rządów autokratycznych, gdy te ostatnie mylą z demokracją. Fakt, że zawyżone oceny demokracji zbiegają się z autorytarnym niezrozumieniem demokracji, potwierdza te dwie oznaki autokratycznej legitymizacji, która istnieje pod przykrywką pozornego poparcia dla demokracji”.

Komentarz sugerować miał „oczywisty” wniosek: w Polsce zagrożona jest demokracja, zmierzamy w stronę autorytaryzmu, a to dlatego, że (ciemny) lud nie rozumie, czym jest „prawdziwa” demokracja. Wystarczy jednak zajrzeć do samego badania, poza tytuł i abstrakt, żeby obraz się nieco skomplikował a w oczy rzuciło kilka innych kwestii.

Po pierwsze, badanie polegało na zestawieniu „rzeczywistego poziomu demokracji” z „ocenianym poziomem demokracji” w różnych krajach. Ten „rzeczywisty poziom” wyznaczany był na podstawie wskaźników finansowanej przez rząd USA fundacji Freedom House oraz Banku Światowego. Punktem wyjścia jest więc założenie, że te eksperckie instytucjonalne oceny i definicje są prawidłowe i „obiektywne” – to one definiują, czym jest, a czym nie jest „prawdziwa demokracja”. Rozumienie i postrzeganie demokracji przez lud jest zaś z założenia niepoprawne i może co najwyżej lepiej lub gorzej odpowiadać prawidłowej z założenia opinii ekspertów. Wydawać się to może paradoksalne, można by przecież teraz argumentować, że przeczy to podstawowej idei demokracji. Jeśli demokracja to rządy ludu, to również lud, w ramach sprawowania władzy, decyduje o tym, co jest demokracją, a co nie – nie powinni tego robić niewybieralni eksperci.

Tak czy owak, z badania wynika, że w Polsce nie przeceniamy rzeczywistego poziomu demokracji. Podobne wyniki uzyskano np. we Włoszech, Japonii, Hiszpanii i Norwegii. Zgodnie z logiką artykułu, nie mylimy więc autokracji z demokracją i pod tym względem demokracja w Polsce nie jest „zagrożona”. Co ciekawe, najcelniej demokrację oceniano w Maroku, które to z kolei Maroko, według innego rankingu, dziennika „The Economist”, oceniane jest jako „reżim hybrydowy”.

W obu przypadkach mamy zresztą do czynienia z oceną „demokratyczności” dokonaną przez neoliberalne instytucje i neoliberalnych ekspertów. Odwołanie do mocy autorytetu, tego rodzaju chwyt retoryczny i światopogląd nie powinien może dziwić w przypadku kręgów konserwatywnych, ale jeśli jest to postawa, a coraz częściej podstawowy sposób argumentacji przedstawicieli liberalnej lewicy, czy nawet ruchów określających się jako anarchistyczne – zaczynamy mieć do czynienia z całkowitym odwróceniem znaczenia podstawowych terminów.

Lewica staje się więc technokratyczna. Pod płaszczykiem walki o demokrację kryje się walka o władzę i status ekspertów. Uprzywilejowanej elity realizującej jej interesy i decydującej nawet o tym, czym ma być demokracja. Władza ludu to według ekspertów, jak nietrudno się domyślić – władza ekspertów.

W wywiadzie opublikowanym w Kulturze Liberalnej, Andráse Sajó (przedstawiony jako „węgierski konstytucjonalista, profesor prawa na Central European University. Były sędzia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Odznaczony przez RPO Adama Bodnara za zasługi dla ochrony praw człowieka. Autor książki „Ruling by Cheating. Governance in Illiberal Democracy”), mówi:

„Weźmy przykład nowej Krajowej Rady Sądownictwa w Polsce. Proszę mi wierzyć, co do zasady jej konstrukcja opiera się na modelu hiszpańskim. Ten zaś celowo ukształtowano w taki sposób, aby ograniczyć rolę władzy sądowniczej w procesie nominacji sędziów. Wynikało to z okoliczności, że po upadku reżimu Franco wydawało się, że sądy będą ostoją tradycji frankistowskiej, której należało się pozbyć. To w pełni zrozumiałe stanowisko. W Polsce wprowadzenie podobnego pomysłu wynikało z innej idei, choć również rewolucyjnej. Natomiast samo rozwiązanie instytucjonalne jest w tym sensie neutralne.”

Później, oczywiście, gimnastykuje się, dwoi i troi, aby wykazać, dlaczego te same rozwiązania w jednym wypadku są faszystowskie, a w drugim są esencją liberalnej demokracji oraz dlaczego w imię liberalnej demokracji można instrumentalnie i politycznie wykorzystywać i zmieniać prawo i jest to słuszne i szlachetne, ale gdy robi to ktoś sprzeciwiający się unijnym możnym, to jest to zamach na podstawowe wartości. Fragment ten jednak daje też pretekst do tego, żeby na zmiany ustrojowe w Polsce spojrzeć z innej strony. W końcu reformy Balcerowicza wprowadzono bez demokratycznego mandatu, łamiąc procedury, a jednym z ich głównych opozycyjnych obrońców jest Donald Tusk, który zresztą przed laty wybielał reżimy Franco i Pinocheta.

Można by więc reformy ustrojowe potraktować jako osłonę redystrybucji przed instytucjami powiązanymi z opozycją, która, gdy tylko będzie miała pretekst i okazję, przywróci z trudem wywalczone zdobycze socjalne do poziomu sprzed 2015 r. Narracja opozycji cały czas opiera się przecież w dużej mierze na sprzeciwie wobec „rozdawnictwa dla nierobów”. Czy zmniejszenie władzy niewybieralnych sędziów (w środowisku, w którym pozycja jest w dużej mierze dziedziczna) jest zmniejszeniem demokracji, czy też raczej jej zwiększeniem można by się całkiem zasadnie spierać. Obrona ustrojowego status quo lub też próba przywrócenia go, można odnieść wrażenie, służyć ma raczej obronie neoliberalnego porządku ekonomicznego.

Jest zastanawiające, że lewica, szczególnie liberalna, która na sztandarach ma walkę z wszelkimi przejawami symbolicznej nierówności, dyskryminacją, paternalizmem, patriarchatem itp., itd., zarazem tak uwielbia powoływać się na autorytet ekspertów oraz nauki wyniesionej do kategorii religii. Tak jakby o relacjach między wiedzą a władzą, władzą a wiedzą, nie napisano tysięcy stron. Tak jakby nauka oferowała niepodważalne dogmaty, a nie była instytucją społeczną podlegającą różnorakim uwarunkowaniom społecznym i ekonomicznym – wpływającym na treść naukowych ustaleń. Instytucją, z drugiej strony, której istota, nawet w najbardziej pozytywistycznych wizjach, zasadzać powinna się na nieustannym sceptycyzmie i podważaniu wcześniejszych ustaleń. Notabene, w głośnym niedawno filmie „Don’t look up” „wybitni eksperci” to przecież właśnie ci, którzy na usługach wielkich korporacji dowodzą sensowności opracowanego przez nich katastrofalnego w skutkach planu.

Paternalistyczny stosunek wielbionych przez liberalną lewicę ekspertów do ludzi dobrze zaś obrazuje niedawna, opublikowana w Onecie, wypowiedź Emilii Skirmuntt, wirusolożki z Oxfordu: „Problem polega na tym, że rygorystycznych restrykcji nie można wprowadzać w nieskończoność. Bo ludzie przestają się słuchać”. Niezależnie od zasadności samych restrykcji, „nie słuchają się”, to język, jakim można mówić o niesfornych dzieciach, o nieposłusznych brzdącach (lub o niewolnikach). Tak mówić nie wypada nawet o pacjentach, a co dopiero o obywatelach. Choć dobrze oddaje to rzeczywisty charakter relacji lekarz-pacjent i obrazuje fakt, że wraz z postępującą medykalizacją coraz częściej interpretowani jesteśmy właśnie raczej jako pacjenci – już nawet nie konsumenci czy obywatele.

Przykładem z obszaru psychiatrii, który można tutaj przywołać, a który dobrze obrazuje opisywane procesy, może być historia Konwencji ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Miała ona znacznie ograniczać możliwość stosowania leczenia przymusowego. Wypracowane w dużej mierze oddolnie demokratyczne rozwiązanie, z zaangażowaniem i udziałem organizacji pacjenckich, byłych pacjentów i ocalałych z psychiatrii – zostało gwałtownie zaatakowane przez psychiatryczny establishment jako „sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem”. Pacjenci biorący udział w pracach nad przepisami określeni zostali przez ekspertów jako skrajni, radykalni, nieodpowiedzialni, niebezpieczni itp. W związku z tym wszczęto prace nad tzw. Protokołem z Oviedo, który te rozwiązania ma cofnąć – protestują przeciwko temu organizacje zrzeszające samych zainteresowanych, między innymi Polskie Forum Osób z Niepełnosprawnościami. Władza ekspertów uniemożliwia więc oddolne, demokratyczne zmiany, tak jak w tym przypadku, pozwalając chociażby na delegitymizację jednostek, grup i postulatów, które faktycznie mogłyby stanowić zagrożenie dla status quo. Do czynienia mamy więc z dyskryminacją epistemiczną: z odmawianiem całym rzeszom ludzi prawa/zdolności do adekwatnej oceny rzeczywistości. Psychiatria jest tutaj tylko skrajnym przykładem tego procesu. Demokracja, która miałaby polegać na władzy ekspertów, to właśnie technokratyczny autorytaryzm.

Wypierając te coraz bardziej widoczne w obrębie lewicy autorytarne tendencje, objawiające się także w poszukiwaniu lub wręcz kreowaniu coraz to nowych kozłów ofiarnych i grup, które należy wykluczać, przedstawiciele lewicy projektują je na wszystkich swoich oponentów, a fiksacja na symbolach, zamiast przyjrzenia się warunkom materialnym i realnym procesom społecznym, sprawia, że faszyzm dostrzegają już nawet w białoczerwonej fladze; nie widzą go jednak we własnym oku. Właściwie wszystkiemu, co wykracza poza obowiązujący w danym momencie zestaw prawidłowych poglądów liberalnej lewicy (a zestaw ten podlega nieustannym fluktuacjom, choć wyznawcy każdej kolejnej ortodoksji muszą z zapałem udowadniać, że właśnie tak zawsze uważali) przypina się łatkę faszyzmu lub inną modną w danej chwili wykluczającą etykietę. W tym polowaniu na czarownice (i czarowników) inkwizytorzy (i inkwizytorki) często podpierają się zresztą autorytetem „nauki”, a raczej wiarą w kazania kapłanów kościoła nauki, naukowych hierarchów – ekspertów. Tak „walka z faszyzmem” coraz bardziej przypominać zaczyna sam faszyzm. Podobnie „walka z autorytaryzmem” lub też „obrona demokracji” to raczej hasła, pod którymi kryje się chęć zachowania lub przywrócenia wpływów uprzywilejowanej garstki beneficjentów transformacji gardzących ludźmi pracy – nazywanych nierobami. Zamek wampirów, którego mechanizmy opisał Mark Fisher, nie tylko działa w obrębie lewicy, ale także skutecznie zniechęca i wyklucza z jej grona ludzi, których lewica powinna reprezentować i którzy potencjalnie mogliby stanowić o jej sile. Za powoływaniem się na autorytet ekspertów stoi często zwykła wyższościowa pogarda wobec gorzej sytuowanych ludzi – gorzej sytuowanych głównie dlatego, że „gorzej wybrali sobie rodziców”.

O tym, czym jest demokracja, nie mogą decydować wyłącznie uprzywilejowane elity. „Koniec historii”, o którym pisał Fukuyama, dawno temu się skończył, choć tego neoliberalnego porządku zdaje się właśnie bronić lewica. Koncepcje ustrojowe sprzed tysięcy czy setek lat zupełnie już nie przystają do wyzwań współczesności. Nie ma gotowych rozwiązań, nie ma też rozwiązań, które, jak to uwielbiają nasze „elity intelektualne” można byłoby po prostu bezmyślnie skopiować z Zachodu (nawet jeśli kopiujemy rozwiązania od których Zachód, po tym jak się nie sprawdziły, już odszedł lub właśnie odchodzi…). W dodatku Zachód zmaga się z takim samym, o ile nie większym, kryzysem legitymizacji demokratycznych instytucji co Polska i coraz częściej wstrząsany niepokojami społecznymi zmierza raczej w stronę technokratycznej neoliberalnej dyktatury na wzór chiński. Tam jednak, w krajach bogatego unijnego centrum władzy, brutalnie tłumione protesty czy też rozwiązania systemowe podobne do tych polskich, najwyraźniej nie stanowią zagrożenia dla liberalnej demokracji i są akceptowane zarówno przez polskich (czy raczej: kompradorskich) ekspertów, jak i w ramach unijnych instytucji.

Pora w końcu zastanowić się, na czym miałaby w ogóle polegać demokracja, której w zgodzie z prawdziwie prospołecznymi wartościami warto byłoby bronić.

Radosław Stupak