Nasza transklasa

Z wielu powodów, prywatnych i zawodowych, zastanawiam się często nad tym, czemu od czasów transformacji stale słyszy się tyle kłamstw na temat PRL-u. Nieprawdy, półprawdy, gównoprawdy, ale przede wszystkim wielkie przemilczenia, jak o zmarłym krewnym, który był czarną owcą rodziny i wszyscy chcą już o nim zapomnieć, ale jakoś jego duch stale nawiedza rodzinne spotkania. Jest to bardzo ważne, może nawet definiujące kondycję naszych czasów zjawisko, więc będę do niego wracać. Dzisiaj o jednym wątku – o awansie społecznym.

Bo wszak PRL dał ludziom z niższych klas potężne pchnięcie w górę. Potem w okresie transformacji to się zatrzymało i dla wielu grup społecznych – odwróciło, a dla innych zintensyfikowało, przyspieszyło. Jednak bez PRL-owskiej windy w górę bylibyśmy w innym miejscu. Ja również byłabym kimś innym, na pewno nie profesorem zwyczajnym – jestem inteligentką w drugim pokoleniu i moje korzenie są robotniczo-chłopskie. Po moich robotniczo-chłopskich rodzinach odziedziczyłam nie kapitał kulturowy, lecz ciekawość poznawczą, upartą odwagę i optymizm kogoś ostro mobilnego w górę. Słabą orientację w tym, co wypada, z kim, jakie wrażenie należy zrobić na kim. Silne przekonanie, że edukacja rozwiąże jeśli nie wszystkie problemy świata, to raczej większość, a na pewno moje własne. Wiem też, że to wszystko mało by mi pomogło, gdybym szykowała się do lotu w potransformacyjnych czasach. Te cechy są teraz obciążeniem. Były znakami rozpoznawczymi w społeczeństwach awansu społecznego. Jako sygnały wychwytywane są przez innych w podobnej sytuacji. Nie zabrnęłabym pewnie zbyt daleko, gdyby osoby o podobnych stygmatach, bez związków pokrewieństwa, znajomości, wzajemnych zobowiązań – tylko dla tego podobieństwa – po drodze mnie nie dostrzegły i w kluczowych momentach nie podały mi ręki.

Dla zestabliszowanych elit wyglądamy niedobrze: arrivistes; zawsze coś kłuje w oczy, wystaje nam słoma z butów, brak nam ogłady, nie umiemy się zachować, nie mamy taktu. A przede wszystkim nie mamy tej całej sieci wujków, stryjków, zblazowanych koleżanek cioci babci z prywatnej szkoły, tych gwarantów, mentorów, odźwiernych czy po prostu zdolnych do wskazania drogi.

Herbert biadolił swego czasu, że PRL kusił go zbyt mało przekonująco. Mnie tam kusił o wiele bardziej niż to, co po nim nastąpiło. PRL miewał przyjemną mieszankę kultury ludowo-inteligenckiej, z różnymi falami wzrostu i upadku. Ta mieszanka bywała momentami ciekawa, niebanalna, zaskakująca. Właśnie ci wszyscy arrivistes wyglądający w każdym ubraniu jak wymięci po długiej, męczącej podróży, miewają w oczach czar i blask jak nikt inny. Bywa, że wiedzą o tym stare kulturowe klasy, szlachetna inteligencja, la grande bourgeoisie wie, że bez nas by się skalcyfikowała – i dlatego miewamy nadal swoje miejsce w społeczeństwach, gdzie są one aktywne. Nie w neoliberalizmie.

Neoliberalizm to jeden wielki pochód triumfalny klasy średniej. Od czasów prorokini drobnomieszczaństwa Thatcher trwa totalna kolonizacja świata przez tę warstwę: jej moralność, jej estetykę, jej zasady, ambicje i dążenia. Wciskają się wszędzie, nie ma już takiego miejsca, gdzie nie dyktują wszystkim swoich zasad. Są jako klasa pełni zazdrości, asertywnego przekonania o własnej doskonałości. Generalnie pogardzają klasami niższymi od siebie i powierzchownie naśladują klasy wyższe, nie dbając o żadną głębię ani o wartości. Tylko pozory są ważne, tylko powierzchnia. Zdobyć „pieniążki” i zachwycić się sobą. To nie są czasy ani warunki dla arrivistes. A szkoda. Jesteśmy nie tylko czarujący, ale i potrzebni.

Wszędzie tam, gdzie otwiera się blokada klasowa i można awansować, od rewolucji francuskiej poprzez Napoleona i jego wojaków, a na angielskim romansie z socjaldemokracją w latach od II wojny do połowy lat 70. – wszędzie tam wyzwala to nieprawdopodobną energię, tryskają nowe idee, geniusze rodzą się na kamieniu, pojawia się ten wiatr odnowy, który potem w historii sztuki zapisuje się jako okres szczególnie inspirujący, a w nauce jako lata nowych prądów i odkryć. Pojawiają się nowe pytania, nowe trendy, zdarzają się ciekawe próby odpowiedzi. A czasem tylko szalone mody. I też dobrze.

Francuska filozofka Chantal Jaquet, pisze o transclasses, transklasach – osobach znajdujących się w ruchu pomiędzy klasami społecznymi. Klasa jest dla niej nie tożsamością, lecz dynamiczną relacją. Przejście pomiędzy klasami wymaga pokonywania wielu niespójności, co jest trudne i energochłonne. Stąd wiąże się to z zestawem afektów i aspiracji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Polega na używaniu kodów kulturowych wywodzących się z różnych środowisk, często twórczym. Na przykład obecnie gwiazdy sportu dokonują przekraczania granic, co kreuje interesujące postaci, ale za cenę dysonansów, np. bycia postrzeganymi jako „nieokrzesani”.

Otóż myślę, że cały PRL był jedną wielką transklasą. Dlatego wstydzimy się go, bo on mówi o tym, kim jesteśmy i skąd przybywamy, zdradza coś, co jest pod powierzchnią – w świecie, gdzie powierzchnia jest najważniejsza, bo dająca moc definiowania świata na zasadzie tożsamościowych ukazów. Staramy się wyprzeć to coś pod powierzchnią, tę kolektywną słomę wystającą z butów. W popularnych telewizyjnych serialach opowiadana jest nasza kulturowa historia, jakby to nie istniało, tyle że puste półki (kiedy? w latach 80. czy 70.? w Polsce czy w Rumunii? mniejsza o to…) i ubecja śledząca każdego kierownika działu zaopatrzenia i każdą uczennicę szkoły podstawowej (w rzeczywistości czy na szpiegowskim filmie? mniejsza o to…). Był Bareja i łyżki na łańcuchach (fikcja, dla śmiechu? mniejsza o to…). I szare bloki. Nic więcej. Nic, co by nas osobiście dotyczyło czy definiowało. Definiuje nas kultura szlachecka przedwojnia, ewentualnie Skamandryci. Ewentualnie – ewentualnie! – jakiś pradziad kosynier, który pod Kościuszką walczył o niepodległość. No bo jednak gdzieś jakiś chłop musiał nam się w społecznym rodowodzie trafić. Ale nie ma tego całego arrivistowskiego kontekstu, który tak dobrze pamiętam: wiotkie dziewczyny w niemodnych bluzkach recytujące Stachurę na dworcu w Szklarskiej, nierówno ostrzyżonych panów na prestiżowym zachodnim kongresie, będących wszak nieprawdopodobnie zdolnymi szefami, poetów „walających się w przedpokoju” (cytat z przyjaciółki, która miała taki przedpokój). I hasło, które towarzyszyło nam wtedy w naszych nieraz alarmująco pretensjonalnych wieczorach przy węgierskim winie: bądźmy oryginalni za każdą cenę, zesrajmy się, a bądźmy oryginalni. Tak było. OK, zoomer, deal with it.

prof. Monika Kostera

Polski (Nie)Ład

Obecna reforma przedstawiana jest jako system progresywny, w odróżnieniu od degresywnego, jaki istnieje dotąd, a którego nie ma chyba nigdzie indziej, a w Europie tym bardziej.

Opowieść władzy o nowym systemie wygląda jednak jak zaoferowanie zakupu uszkodzonego produktu, przy ukrywaniu owego uszkodzenia. Założenie naiwne, powodujące zamiast reakcji pozytywnej – negatywną. Także u tych, którzy na reformie zyskają, bo na początku prezentacji myśleli, że dostaną sporo więcej. Po raz kolejny zabrakło wyczucia psychologii społecznej. Nagłaśnia się tylko wielki wzrost kwoty wolnej od podatku oraz podwyższenie progu przechodzenia nadwyżki na 32% z 85 tys. rocznie do 120 tys. Wstępnie robi to wielkie wrażenie, ale potem listki opadają.

„Polski Ład” obejmuje wiele propozycji korzystnych dla ludzi. Jednak w mentalności odbiorcy najbardziej liczy się płaca. Gdy odbiorcy orientują się, że ich wykolegowano, czyli przedstawiono prawdę częściową, a w tym przypadku oznacza to kłamstwo, bo wykonano owo świadomie – reakcja jest nieprzyjemna. Chodzi oczywiście o ukrycie nieodliczania składki zdrowotnej. Obecnie po odliczeniu w rocznym PIT efektywny podatek z tego tytułu wynosi dla wszystkich 1,25% od brutto, czyli w zasadzie bez znaczenia. Gdy nie będzie się składki zdrowotnej odliczać, wszyscy zapłacą 9%.

Jak to się przekłada na realne skutki zmian w dochodach netto? Zarobek czy świadczenie 2500 zł brutto jest bez podatku, bo 30 tys. jest zwolnione z opodatkowania. Mający taki dochód lub świadczenie, czyli w wysokości ok. średniej emerytury lub ok. najniższej płacy, zaoszczędzi ok. 230 zł miesięcznie (wszystkie kwoty wzrostu czy spadku dochodu oznaczają kwoty netto). Ten, kto ma dochód brutto 2000, zaoszczędzi 180 zł. Czyli zyski z reformy w dół od dochodu 2500 zł mają charakter degresywny (różnice się zwiększają), ponieważ stawka podatku wynosi 17%, a składka zdrowotna 9% dla wszystkich – obie wartości maja charakter liniowy (bez progresji). Inaczej z tego rachunku wyjść nie może.

Jeśli jesteśmy przy tym zjawisku, to zupełnie niepostrzeżenie przeszła Ustawa z 21.01.2021 o nowelizacji rent i emerytur. Przywraca ona skrajnie niesprawiedliwą waloryzację świadczeń, czyli procentową, jaka przez wiele lat powodowała stale rozciągającą się stratyfikację owych świadczeń. W zeszłym roku w przestrzeni środkowej (dość szerokiej) zastosowano wreszcie waloryzację kwotową. Ta zmiana była ułomna, bo tylko częściowo objęła świadczenia najniższe (gwarancja podwyżki o co najmniej 50 zł) oraz procentowo traktowała nadal świadczenia wysokie, ale był to krok w dobrym kierunku.

Teraz wrócono do sposobu wieloletniego – niesprawiedliwego. Ten manewr nie będzie zauważony szerzej, natomiast zauważona będzie inna zmiana zawarta w tej ustawie. I wzbudzi oburzenie ludzi najbiedniejszych – właśnie teraz, bo ZUS dopiero obecnie przesyła zawiadomienia o nowych wymiarach świadczeń po waloryzacji. Chodzi o to, że w Ustawie zawarto informację, iż jeśli waloryzacja przekroczy 4,16%, to gwarancja zachowania minimum 50 zł tejże przestaje obowiązywać. Waloryzację określono na poziomie 4,24%, czyli ociupinę wyżej i owo gwarantowane 50 zł poszło się bujać. Jest jasne, że próg w ustawie i próg waloryzacji, który określono później, pozostają ze sobą w relacji z góry zaplanowanej.

Jak wspomniałem – wartości podwyżki z tytułu podniesienia kwoty wolnej będą miały charakter spadający w liczbach bezwzględnych, idąc w kierunku biedniejszych (od 2500 zł) i w ogóle nie wiadomo, czy zrekompensują brak gwarancji podwyżki waloryzacyjnej 50 zł dla najbiedniejszych.

Nietrudno przewidzieć ich reakcje na takie dictum.

A co się dzieje przy wyższych dochodach?

Mediana dochodów wynosi ok. 4200 zł brutto. Zysk na reformie w tym punkcie wynosi 100 zł. Zatem zyski pomiędzy 2500 zł a 4200 zł rozciągają się pomiędzy 230 zł a 100 i mamy progresję podatkową. Czy 100 zł netto dla zarabiającego na poziomie mediany da mu satysfakcję? Może trochę da, bo 4200 to kwota brutto a 100 zł netto – z 4200 na rękę zostaje teraz sporo mniej.

Płaca średnia to teraz ok. 6 tys. brutto.. Na tym pułapie mamy stratę netto 40 zł. Wyżej te straty się podwyższają. Na poziomie górnej granicy pierwszej stawki, czyli 10 tys., strata wynosi 350 zł. Cały czas mamy więc progresję podatkową, ale bardzo małą, przy czym straty biegnące już powyżej średniej i bardzo niewielki zysk przy medianie oraz degresja zysku od 2500 zł w dół – to wszystko nie przyniesie radości społecznej, zwłaszcza że mamy efekt psychologiczny opisany wcześniej, czyli ukrycie w narracji nieodliczania składki zdrowotnej. Ci, do których to nie dotarło, dziwią się, jakim cudem przy podniesieniu drastycznym kwoty wolnej i podniesieniu progu 17% do 120 tys. rocznie dostają albo tak mało (ci poniżej średniej), albo tracą (ci od średniej w górę).

Minister Finansów zdał sobie teraz sprawę, że straty nie mogą zaczynać się od średniej i zapowiedział jakieś „algorytmy”, aby to wyrównywać. Już samo słowo dla niejednego nie jest zrozumiałe i nikt nie wie, co to miałoby być. Wrażenie jest takie, że cała reforma nie została wymyślona z sensem i należnym namysłem.

Osobną sprawą jest sytuacja przedsiębiorców Płacili oni składki praktycznie od ok. najniższej pensji (ryczałt). To znaczy mogli płacić więcej, ale zdecydowana większość nie chciała. Odbijało się to na ich perspektywie emerytalnej, rentowej i zasiłku chorobowym i wypadkowym, ale tak chcieli, więc ich broszka.

Nie miało to prawie znaczenia, bo składka zdrowotna prawie cała była wszystkim – także emerytom, rencistom i pracownikom – zwracana.

Teraz, gdy muszą oni płacić, tak jak wszyscy, niezwracaną składkę zdrowotną 9%, mają – irracjonalne – poczucie, że ich dochody straciły 9%. Tymczasem korzystają zarówno z kwoty wolnej od podatku, jak i z podniesienia progu ze stawką 17% do 120 tys. rocznie – tak jak wszyscy. Diabeł tkwi w tym, że oni w dużej większości zarabiają powyżej 6 tys. i na całej reformie tracą. Nie tak, jak im się wydaje, ale jednak.

Można było przewidzieć, co się stanie z ich świadomością, ale znowu o psychologii społecznej nikt nie pomyślał. A przedsiębiorców mamy kilka milionów plus rodziny.

A przecież można było po prostu skopiować system, jaki na Zachodzie jest niemal wszędzie. Czyli kilka progów progresywnie. Od stawki 5% lub 10% (5 ma Francja, a 10 Anglia) aż do np. 50%. Wszak da się wyliczyć tak system, aby budżet nie stracił, biedniejsi zyskali (a jest ich, czyli tych z zarobkami do 4200 zł, połowa społeczeństwa).

Progresja podatkowa jest u nas bardzo niska, bo wciąż mamy tylko dwie stawki, a pierwsza jest bardzo wysoka (dlatego nie ma wyższych ponad 32%), a zyski już na poziomie mediany idąc od dołu się kończą, niżej są niewielkie, a poniżej 2500 zł zaczyna się degresja zysków.

Mariusz Muskat

Twarze wykluczenia – czas na informacyjną i cyfrową alfabetyzację

Twarze wykluczenia – czas na informacyjną i cyfrową alfabetyzację

Walka ze współczesnym wykluczeniem społeczno-cyfrowym stawia przed nami wyzwania o skali porównywalnej z tymi, które wiązały się z procesem masowej alfabetyzacji w XX wieku.

Dlaczego zjawisko wykluczenia społeczno-cyfrowego jest tak istotne? Odpowiedź na to pytanie można częściowo uzyskać dzięki zdefiniowaniu problemu wykluczenia, a ściślej rzecz ujmując: określeniu jego zakresu. Bardzo rzadko spotykamy się dziś z pojmowaniem tego zjawiska jako jednej z form nierówności społecznych prowadzących do marginalizacji zarówno jednostek, jak i całych grup. W zakresie cyfryzacji dominuje technokratyczny paradygmat myślenia i polityki, który uwzględnia prawie wyłącznie ilościowe wskaźniki infrastrukturalne: zakupy sprzętu i kolejnych rodzajów technologii czy tworzenie aplikacji mobilnych i wdrażanie nowych procesów zarządzania w IT. W wielu liczących się kręgach politycznych i gospodarczych wykluczenie cyfrowe sprowadzane jest do jednego z działów administracji pod nazwą „informatyzacja”. Rezultatem takiego sposobu myślenia i kierowania się wyłącznie wskaźnikami technicznymi jest szkicowanie, w najlepszym razie, niepełnego obrazu sytuacji. Możne to prowadzić nawet do przekonania, że zjawisko wykluczenia nie istnieje, gdyż zasięg sieci internetowej pokrywa dziś niemal całe terytorium Polski. Z doświadczeń i obserwacji, szczególnie wyraźnych w czasie dwóch lat pandemii, wiemy jednak, że w zjawisku wykluczenia społeczno-cyfrowego, nie chodzi wyłącznie o sam dostęp do internetu.

Sprzężenie zwrotne

Kluczowych informacji na temat cyfryzacji, pozyskiwania informacji i współczesnych mediów, udzielają eksperci reprezentujący nurt ekologii mediów. Zajmują się oni badaniem relacji człowieka ze środowiskiem technologii informacyjnych. W ocenie dr hab. Magdaleny Szpunar, socjolożki kierującej Zakładem Nowych Mediów Uniwersytetu Jagiellońskiego, ekologia mediów „koncentruje się na tym, jak media mogą zmieniać nasze postrzeganie, wyznawane wartości, ale także […], jak nasze interakcje z mediami ułatwiają bądź też utrudniają przetrwanie”. „Nowa technologia nic nie dodaje ani niczego nie odejmuje. Nowa technologia wszystko zmienia” – twierdzi badaczka.

Rozpatrywanie wykluczenia cyfrowego wyłącznie jako wyzwania technokratycznego może prowadzić do wzrostu rozwarstwienia społecznego. Wykluczenie ma wiele przyczyn, których nie da się dostrzec za pośrednictwem wskaźników skoncentrowanych wyłącznie na rozwoju technologii. Powody omawianego zjawiska dotyczą bowiem także ludzkiej psychiki, relacji społecznych, zasobów materialnych, edukacji, zdrowia, spraw obywatelskich, kapitałów – społecznego, ludzkiego, moralnego i kulturowego – wprost wpływających również na jakość systemu politycznego.

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wyodrębnia dwa typy wykluczenia cyfrowego. Pierwszy dotyczy dostępu do technologii informacyjno-komunikacyjnych, w tym dostępu do urządzeń, oprogramowania, łącza i stabilności usług oraz finansów niezbędnych do ich zakupu. Drugi rodzaj definiuje się ze względu na użytkowanie technologii. Uwzględnia on kompetencje, motywacje związane z korzystaniem z sieci oraz urządzeń, a także funkcje, jakim ono służy (rozrywka, informacja, wiedza, relacje, zaangażowanie obywatelskie etc.).

Bazując na sposobie myślenia promowanym przez OECD i traktując wykluczenie cyfrowe jako jeden z wymiarów społecznych nierówności, jako Fundacja Orange wraz z Fundacją Stocznia stworzyliśmy raport „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce” (autorzy: Aleksandra Pierścińska, Jan Herbst, Anna Bartol). Został w nim naszkicowany zintegrowany model tego zjawiska.

W modelu tym potraktowano wykluczenie jako strukturalne ograniczenie szans życiowych poszczególnych osób i całych społeczności lokalnych. Jest ono wynikiem nakładania się na siebie niekorzystnych uwarunkowań społecznych i ekonomicznych oraz deficytów związanych z możliwością korzystania z usług cyfrowych. Kluczowym mechanizmem jest w tym przypadku sprzężenie zwrotne, w którym infrastrukturalne, dochodowe, kulturowe, mentalne i kompetencyjne uwarunkowania korzystania z technologii powodują i jednocześnie są kształtowane przez nierówności społeczne i ekonomiczne, w tym przez dysproporcje dochodowe, nierówności edukacyjne, różnice w dostępie do oferty i infrastruktury edukacyjnej oraz w kapitale kulturowym.

Skala wykluczenia i zjawisk towarzyszących

Z przeprowadzonych przez nas badań wynika, że prawie 20 proc. Polaków w ogóle nie używa internetu. Ponad połowa osób, które nigdy nie korzystały z sieci, mieszka na terenach wiejskich. W czasie pandemii 25 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach nie miało dostępu do internetu w swoich domach. Najważniejszą formą wykluczenia – mówiąc językiem używanym przez OECD – jest wykluczenie motywacyjne. Okazuje się, że 66 proc. osób niekorzystających z sieci uzasadnia to brakiem potrzeby, mimo tego, że – w zależności od grupy społecznej – od 20 do 45 proc. z nich ma w domu urządzenia zapewniające dostęp do sieci. Na brak umiejętności w zakresie korzystania z internetu wskazuje 52 proc. badanych.

Polskę charakteryzuje jedna z najwyższych w Europie dysproporcji sposobów użytkowania internetu w zależności od ukończonej edukacji. Osoby gorzej wykształcone znacznie rzadziej niż w innych krajach korzystają z usług publicznych w sieci, poszukują tam wartościowych treści lub traktują ją jako źródło codziennych informacji o świecie.

Ogromne znaczenie ma także to, że wykluczenie społeczno-cyfrowe nie jest związane wyłącznie z brakiem dostępu do internetu lub świadomym niekorzystaniem z nowych technologii. Wiąże się ono także z dysfunkcyjnymi wzorcami korzystania z nich. Grupy wykluczone są narażone w pierwszej kolejności na skutki dezinformacji, cyberprzestępczości, niebezpiecznych zachowań w sieci czy uzależnień behawioralnych.

Ważnych informacji dostarcza nam doświadczenie pandemii, która jeszcze bardziej zwiększyła rozwarstwienie społeczno-cyfrowe. Osoby niekorzystające z sieci przed wybuchem pandemii Covid-19 nadal w 90 proc. twierdzą, że nie mają takiej potrzeby. Z drugiej strony, osoby mające nieograniczony dostęp do technologii i stale ich używające, uciekły wykluczonym o kilka długości. Udział niekorzystających z internetu wśród respondentów o niskim poziomie wykształcenia jest ponad 10-krotnie większy niż wśród osób, które ukończyły uczelnie wyższe. Przepaść ta jest olbrzymia również w przypadku osób mniej i bardziej zamożnych, a różnica między najmłodszymi i osobami po 70. roku życia jest aż 20-krotna.

Darwinizm społeczny czasu pandemii

W społeczeństwie zauważyć można także niepokojące cechy „indywidualistyczno-darwinistyczne”. Problem ten jest przez nas traktowany raczej opisowo niż związany z faktycznymi kosztami społecznymi. Jest on dostrzegany, ale jednocześnie jest na tyle przezroczysty, że ignorujemy wagę jego istnienia. Utrwalony został stereotyp, że wykluczenie cyfrowe związane jest z wiekiem oraz że jest to zjawisko dość naturalne. Uważa tak aż 59 proc. internautów, mimo że wielu wykluczonych to ich bliscy. Wiemy jednak, że obraz sytuacji jest znacznie bardziej złożony. Mentalne bariery leżące u podstaw wykluczenia cyfrowego stanowią obecnie jego główną przyczynę, choć w społecznej świadomości nie są częścią tego problemu. Zaryzykowałbym tezę, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest panująca od wielu lat orientacja technokratyczna, która nie uwzględnia procesów społecznych i psychologicznych. Jednak najbardziej niepokojące jest to, że 40 proc. internautów uważa za przyczynę wykluczenia brak chęci niekorzystających z sieci, nie zaś uwarunkowania systemowe czy bariery poznawcze. Spora grupa Polaków przypisuje zatem „winę/odpowiedzialność” za wykluczenie samym wykluczonym.

Ten indywidualistyczny ton brzmi dość znajomo, kiedy uwzględnimy badania 30-lecia Krystyny Skarżyńskiej („My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle”, 2019). Zdiagnozowano w nich mniejszościowy, ale bardzo wyraźny i łatwo rozprzestrzeniający się społeczny zestaw zachowań opisanych przez autorkę jako „społeczny darwinizm”. Jest to zestaw przekonań, na które składa się antagonistyczna wizja świata, brak wiary w istnienie dobra wspólnego i traktowanie życia społecznego jako gry o sumie zerowej, w której wygrywa się tylko wtedy, gdy wykorzystuje się słabe strony innych osób. Nie trzeba dodawać, że integralną częścią tego zbioru jest głęboka nieufność wobec otoczenia oraz instytucji, akceptacja instrumentalizowania otaczających nas osób, a także akceptacja dla „siłowych” i agresywnych zachowań.

W obliczu pandemii opisane wyżej rysy nabierają znacznie groźniejszego charakteru. Pandemia jest bowiem niczym innym jak doświadczeniem społecznej traumy, dobrze opisanej przez badaczy (np. prof. Piotra Sztompkę czy prof. Piotra Długosza) na przykładzie transformacji ustrojowej w Polsce i innych krajach. Społeczne doświadczenie traumy jest całym tsunami kryzysów – zdrowotnych, finansowych, społecznych, psychicznych i wielu innych. Jego konsekwencją jest pogłębianie syndromu nieufności, wzrost agresji i konfliktów społecznych, stanu bierności i wycofania się do własnej prywatności lub podatności na skrajne ideologie proponujące uproszczone wizje świata. Co można zatem robić?

Kompetencje

Przyjęcie paradygmatu społecznego wobec procesów cyfryzacji skutkować powinno zaakceptowaniem tego, że głównym wyzwaniem jest mentalny wymiar wykluczenia, a chcąc być bardziej precyzyjnym – kompetencje, na które składają się postawy (a wśród nich motywacje i systemy wartości), wiedza i umiejętności. Dla zarysowania pełniejszego obrazu kompetencje te nazwę cyfrowymi, informacyjnymi i medialnymi. Traktowane powinny być one jako priorytetowe rozwiązania dla systemowych polityk publicznych państwa i samorządu, dotyczące wszystkich grup społecznych. W zakres tych działań, powinny wchodzić między innymi takie dziedziny wiedzy jak: język mediów, selekcja i korzystanie z informacji oraz umiejętność ustalania ich wiarygodności, tworzenie treści, aspekty prawne i etyczne, bezpieczeństwo w komunikacji, ekonomiczne aspekty funkcjonowania mediów, umiejętności techniczne (np. przechowywanie danych, utrwalanie materiałów, programowanie), rodzaje mediów cyfrowych, organizacja wydarzeń w sieci. Powinny one zawierać także wiedzę o zaangażowaniu obywatelskim z wykorzystaniem narzędzi cyfrowych, relacjach społecznych w internecie oraz spójności zachowań online i offline, a także o najczęstszych zniekształceniach poznawczych i możliwościach radzenia sobie z nimi. Fundamentem tych działań jest nauka krytycznego i refleksyjnego myślenia, które za Johnem Deweyem nazwać można w następujący sposób: „czynnym, wytrwałym i uważnym rozważaniem jakiegoś mniemania lub przypuszczalnej formy wiedzy – w świetle podstaw, na której się wspiera, oraz wniosków do których doprowadza […], rozważać pro i contra, zastanawiać się nad daną kwestią, to znaczy szukać dalszych dowodów, nowych danych, które by pozwoliły rozwinąć nasuwającą się myśl, potwierdzić ją lub wykazać jej bezsensowność i niewłaściwość […] Istotą krytycznego myślenia jest odroczenie sądu; a istotą tego odroczenia jest dociekanie w celu określenia natury problemu przed przystąpieniem do prób jego rozwiązania”.

Inspiracje pedagogiczne

Inspiracja płynie z nauk i praktyk pedagogicznych, szczególnie pedagogiki społecznej. Bada ona warunki środowiskowe, „w jakich przebiegają procesy opiekuńczo-wychowawcze człowieka. Od jego urodzenia do końca życia. W badaniach tych uwzględnia się zwłaszcza warunki społeczne, kulturowe, przyrodnicze i biopsychiczne oraz warunki związane z rozwojem współczesnej cywilizacji”.

Szczególna rola przypisana zostaje tu nie tylko szkole, ale także innym instytucjom, takim jak świetlice środowiskowe, kluby seniora, Domy Pomocy Społecznej, organizacje pozarządowe, biblioteki, muzea, pracownie psychologiczno-pedagogiczne, urzędy pracy, interdyscyplinarne zespoły działające w samorządach i wiele innych. Każda z nich stanowić powinna element systemu składającego się na wzmacnianie potrzeb kształcenia ustawicznego (odbywającego się przez całe życie). Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że postęp technologiczny powoduje niespotykane dotąd tempo zmian społecznych i stwarza potrzeby nabywania nowych umiejętności. Oczywiste powinno być ich zdobywanie w sposób znacznie bardziej solidarny i wspólnotowy, a nie zindywidualizowany i sprywatyzowany, którego istotę oddaje powiedzenie „radź sobie sam”. Henry Jenkins, ekspert nowych mediów, przyznaje, że „Prawie wszystkie nowe kompetencje wymagają umiejętności społecznych, które są rozwijane poprzez współpracę i networking”.

Warunkiem koniecznym wprowadzenia tego rodzaju systemowych rozwiązań jest odpowiedzialne zastosowane dialogu. Rozwiązań w tym zakresie szukać można u Paulo Freire, brazylijskiego pedagoga zajmującego się walką z masowym analfabetyzmem milionów dorosłych w XX wieku. Rozróżniał on dwa podejścia. Jedno związane było z nakazywaniem adaptowania się do aktualnych wymogów, technologii i zmian, bez względu na cenę społeczną płaconą za to. Uzupełnieniem tego podejścia był model edukacji bankowej czy też depozytowej, a więc traktowanie uczących się jako biernych odbiorców, u których deponuje się wiedzę i idee płynące wprost z systemu reprezentowanego przez edukatorów. W tym przypadku stosuje się jeden schemat, do którego wszyscy muszą się bezwzględnie dopasować. Podejście to utożsamiane było przez niego jednoznacznie z dehumanizacją i kończyło się wielką skalą wykluczenia oraz traum.

Badacz przeciwstawiał mu metodę integracyjną, której naturalną składową powinien być autentyczny dialog skoncentrowany na poznaniu potrzeb i kontekstu życia grup społecznych i osób uczących się, do których wspierania powołany jest system. Stosowane w nim rozwiązania powinny być „szyte na miarę”. Jego istotą powinna być ochrona godności, tworzenie warunków do wzrostu świadomości i rozwoju dla każdego. Celem wszelkich wysiłków polityk publicznych powinna być nie technicyzacja, a humanizacja warunków życia społecznego.

Przeciwko efektowi św. Mateusza

Kolejnym krokiem do przyjęcia dwóch poprzednich założeń powinien być wybór sposobu realizacji poszczególnych polityk i inicjatyw nastawionych na budowanie kompetencji społecznych i cyfrowych. Istnieje wiele możliwych wariantów. To, co powinno je łączyć, to zrozumienie faktycznych potrzeb i sposobu docierania dopasowanego do lokalnego kontekstu, które są dziś powszechnie ignorowane przez większość decydentów oraz wielkie instytucje koncentrujące się na własnych celach. Wielu z nas ma poczucie, że programy pomocowe, społeczne i edukacyjne – publiczne i prywatne – odmieniające „społeczną inkluzję” przez wszystkie przypadki, w praktyce wcale nie pełnią takiej funkcji. Zjawisko to nazywane jest przez socjologów efektem św. Mateusza. W skrócie rzecz ujmując, wsparcie trafia często do tych osób i miejsc, które posiadają pewne przewagi konkurencyjne i zasoby umożliwiające uzyskanie nowych korzyści, a niekoniecznie tam, gdzie faktycznie jest potrzebne. Przykładem wykorzystania prezentowanego tu modelu jest podejście zastosowane przez zespół Fundacji Orange, prowadzącej ogólnopolskie programy edukacji formalnej i pozaformalnej w zakresie kompetencji cyfrowych i informacyjnych oraz wspierania lokalnych liderek i liderów. Mając na uwadze brak idealnych rozwiązań i potrzebę stałego ulepszania metod dotarcia, przygotowaliśmy analizę z wykorzystaniem tzw. Indeksu Wykluczenia Lokalnego. Uwzględnia ono różne wymiary wykluczenia – społeczny (ubóstwa, bezrobocia, niskiego kapitału ludzkiego), ekonomiczny (różnice w kondycji lokalnej gospodarki, aktywności przedsiębiorstw), infrastrukturalny (dostęp do infrastruktury telekomunikacyjnej i możliwościach z tym związanych), edukacyjny (różnice w wykształceniu rodziców dzieci w wieku szkolnym, wyniki edukacyjne szkół). Z badania wynika, że około 20 proc. polskich gmin spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego. Wiedzieliśmy też, że szkoły pochodzące z tych terenów są niedoreprezentowane wśród tysięcy innych szkół korzystających z oferty programowej. Dodatkowym aspektem niezbędnym do uwzględnienia były także małe miejscowości i tereny wiejskie. Aby rozpocząć działanie w nowych szkołach, przygotowaliśmy system oceniania wniosków, który przyznawał 10 proc. punktów za lokalizację. Ponadto specjalne centrum informacyjne dzwoniło w pierwszej kolejności do wszystkich szkół z tych terenów, zachęcając do wzięcia udziału w rekrutacji. Każda szkoła w Polsce otrzymała od nas korespondencję, która różniła się jednak akcentami związanymi ze specyfiką danego miejsca. Zintensyfikowaliśmy też komunikację internetową kierowaną do szkół we wspomnianych gminach. W konsekwencji zastosowanych działań, w obecnym roku szkolnym ponad 20 proc. szkół pochodzi bezpośrednio z terenów zagrożonych wykluczeniem cyfrowym w najwyższym stopniu. 80 proc. uczestniczących pochodzi z miejscowości do 40 tysięcy mieszkańców oraz terenów wiejskich. Obecni jesteśmy w 100 nowych gminach, w których nasze programy wcześniej nie funkcjonowały. Podjęliśmy też współpracę pilotażową z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci i prowadzonymi przez nie świetlicami środowiskowymi.

Brak woli politycznej

Powyższe działania – z pewnością wymagające dalszego rozwoju – zaprezentowałem w intencji zobrazowania potrzeby przełamania powszechnych schematów myślenia związanych z ograniczającymi przekonaniami instytucji, firm i organizacji lub wynikającymi z innych celów niż deklarowana przez nie walka z nierównościami. Poszukiwanie nowych form dotarcia, opartych na lepszym i głębszym rozumieniu potrzeb społeczności lokalnych wydaje się niezbędne do zasypywania nierówności społecznych wynikających z wykluczenia społeczno-cyfrowego. Także spustoszenie, jakie niesie ze sobą rosnąca skala dezinformacji politycznej i ekonomicznej, przestępczości w sieci, przemocowej radykalizacji, ale także masowych zaburzeń psychicznych, alienacji i polaryzacji społecznej – są kokpitem pełnym czerwonych lampek bijących na alarm i wzywających do całościowego zajęcia się tymi wyzwaniami. Tak jak w przypadku alfabetyzacji w XX wieku, tak samo dzisiaj, wobec alfabetyzacji cyfrowej, informacyjnej i medialnej kluczem jest posiadanie politycznej woli i elementarnego konsensusu społecznego. Wagę edukacji w zakresie kompetencji medialnych i informacyjnych odzwierciedla cytat prof. Lena Mastermana: „[…] to bardzo poważne i znaczące zadanie. Jej celem jest upełnomocnienie [upodmiotowienie – przyp. aut.] większości obywateli oraz wzmocnienie demokratycznych struktur w społeczeństwie”. W obecnych warunkach kryzysu zaufania, obserwując działania rządzących, w tym politykę resortu edukacji i kilku innych ośrodków odpowiedzialnych za sprawy społeczne, zaryzykowałbym twierdzenie, że woli takiej – być może świadomie – po prostu nie ma.

dr Konrad Ciesiołkiewicz

 

W tekście wykorzystano następujące źródła:

M. Szpunar, Nowa Ekologia Mediów, „Studia Humanistyczne AGH” 2014, vol. 13 (1), s. 135.
K. Skarżyńska, My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle, Scholar, Warszawa 2019, s. 117.
Z. Wiatrowska, Pedagogika społeczna a inne obszary wiedzy naukowej, [w:] red. E. Marynowicz-Hetka, Pedagogika społeczna, t. 2, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 189-190, za: M. Cichosz, Pedagogika społeczna. Zarys problematyki. Impuls, Kraków 2020, s. 11-12.
H. Mizerek, Refleksja krytyczna w edukacji i pedagogice. Misja (nie)wykonalna?, Impuls, Kraków 2021, s. 24-25.
P. Freire, Pedagogy of the Opressed, Penguin Books, 2017, s. 49-70.
A. Ogonowska, Współczesna edukacja medialna: teoria i rzeczywistość, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Pedagogicznego, Kraków 2013, s. 26.

Psychiatryczny Matrix

„Czy ja wariuję?” – pyta zaniepokojony Neo swojego psychiatrę-psychoterapeutę w jednej ze scen najnowszego Matrixa. Na co ten troskliwie wyjaśnia mu, że „nie używamy tutaj takich słów” i proponuje uzupełnienie zapasu niebieskich pigułek, nie pozwalających Thomasowi Andersonowi wyrwać się z koszmaru korporacyjnego wyzysku. W późniejszej scenie ów Analityk, główny nadzorca Matrixa, tłumaczy Neo, w jaki dokładnie sposób manipuluje nim i innymi ludźmi, aby eksploatować ich jeszcze mocniej, tak by nawet nie zdawali sobie sprawy z bycia oszukiwanymi i bez sprzeciwu akceptowali coraz gorsze warunki. „Użyć mocy, która Cię zdefiniowała, aby Cię kontrolować” – mówi, dodając „cóż za ironia”. Pomimo pozornego odrzucenia „stygmatyzującego języka”, psychiatryczne etykiety definiujące ludzi i ich doświadczenie stają się ostatecznie narzędziem kapitalistycznej kontroli.

Uwaga Analityka z początku filmu dobrze oddaje charakter powszechnych już „kampanii antystygmatyzacyjnych”, które skupiają się przede wszystkim na kwestiach językowych (co przypomina politycznie poprawną politykę tożsamościową), a z drugiej strony podkreślają, że do czynienia mamy z „chorobami jak każde inne”, z „chorobami mózgu”. Nie zmienia to jednak, nie podważa, a nawet umacnia, nierówności w systemie psychiatrycznym i społecznym. Jaskrawym przykładem tego zjawiska jest skandal wywołany przez Bożenę Dykiel, która jako ambasadorka kampanii „Twarze Depresji. Nie Oceniam. Akceptuję” sponsorowanej przez koncern farmaceutyczny Servier, producenta antydepresantów, ośmieliła się wyrazić własne zdanie na temat depresji, odbiegające od scenariusza przygotowanego w ramach kampanii. Spotkało się to z powszechnym hejtem, nie mającym nic wspólnego z „nieocenianiem i akceptowaniem”, a sama Dykiel została błyskawicznie usunięta z kampanii i plakatów niczym Beria ze zdjęć ze Stalinem.

Jak jednak pokazuje część badań, prezentowanie tego, co nazywamy zaburzeniami psychicznymi jako przede wszystkim „chorób mózgu”, które leczyć należy farmakologicznie, nawet jeśli odbywa się w dobrych intencjach, może mieć skutki przeciwne do zamierzonych i prowadzi do jeszcze większego wyobcowania, dystansu społecznego czy nawet dehumanizacji pacjentów psychiatrycznych. W końcu ktoś z genetycznie popsutym mózgiem nie dość że jest „wybrakowany”, to jeszcze tym bardziej nieprzewidywalny – po „zepsutym mózgu”, spodziewać można się wszystkiego, „zepsutego mózgu”, w przeciwieństwie do np. skrzywdzonego człowieka, zrozumieć nie sposób, z „zepsutym mózgiem” trudno empatyzować, z „zepsutym mózgiem” nie ma sensu rozmawiać, „zepsuty mózg” i tak nie zrozumie. „Zepsuty mózg” to ktoś fundamentalnie inny, gorszy od nas „normalnych”.

Jeśli więc taką wizję „zaburzeń” i „chorób psychicznych” zinternalizuje zdiagnozowana osoba, to prowadzić to może do autostygmatyzacji – postrzegania samego siebie jako kogoś innego, gorszego, wybrakowanego, w dodatku z powodów wrodzonych genetycznych biologicznych ułomności, które pozostają poza kontrolą osoby z diagnozą psychiatryczną. Pacjent może więc postrzegać się jako osoba, która nawet własnemu mózgowi, a w konsekwencji własnym myślom, uczuciom i zachowaniom nie może ufać – w końcu to ten mózg „produkuje” „chorobę”. Dlaczego więc takiej osobie ufać mieliby „zdrowi”? Badania zdają się potwierdzać, że przyjęcie biomedycznej narracji (a więc sprowadzającej naturę i przyczyny cierpienia do np. zdyskredytowanej już hipotezy „nierównowagi chemicznej w mózgu”) na swój temat wiąże się z obniżonym poczuciem nadziei, sprawstwa i utratą wiary w możliwość wyzdrowienia.

Nie oznacza to oczywiście, że doświadczenia, które nazywamy zaburzeniami lub chorobami psychicznymi, nie mają podłoża biologicznego. Czym innym jest jednak podłoże biologiczne, a czym innym są biologiczne przyczyny – podłoże biologiczne mają zapewne wszystkie nasze cechy, stany czy zachowania, od najprostszych typu podnoszenie ręki po bardziej złożone typu czytanie, śmiech, smutek czy miłość. Nie oznacza to jednak, że np. przyczyną niezadowolenia z warunków pracy czy wypalenia, jest chory mózg, choć „ucieleśnienie” lub „realizacja” tego niezadowolenia przebiega również na poziomie biologicznym.

Sławomir Murawiec w tekście „Nieoczekiwana spowiedź bohaterów psychiatrycznego dzieciństwa”, opublikowanym w czasopiśmie „Psychiatra”, dobrze pokazuje, niechcący zapewne, na czym w praktyce polega dominacja myślenia biomedycznego w psychopatologii. Stwierdza: „Drugi błąd, o którym pisze prof. Murray, dotyczy leczenia przeciwpsychotycznego w schizofrenii. Rozpoczyna on ten temat od przytoczenia wyników badań z użyciem PET, które mówią, że ostatecznym wspólnym mechanizmem leżącym u podłoża psychozy jest nadmierna synteza dopaminy w neuronach prestynaptycznych. Dodaje, że większość czynników środowiskowych mających znaczenie dla wystąpienia schizofrenii, to czynniki nasilające dysregulację dopaminy. A więc – problem leży w neuronach presynaptycznych. Natomiast leczenie farmakologiczne nie jest skierowane na nadmierną produkcję dopaminy, ale na blokadę post-synaptycznych receptorów D2. Powstaje więc pytanie: czy można je blokować w sposób przewlekły i ciągły, nie powodując zmian w receptorach D2?”.

Czynniki środowiskowe – takie jak np. przemoc, wyzysk, nierówności społeczne itd. – zostają więc sprowadzone zaledwie do poziomu wyzwalacza nadmiernej syntezy dopaminy (podatność na ową nadmierną syntezę miałaby zaś być genetycznie uwarunkowana), następnie całkowicie pominięte, problem umiejscowiony w neuronach jednostek, a więc oddziaływanie lecznicze sprowadza się do farmakologicznej korekcji indywidualnych mózgów. W dalszej części tekstu Murawiec przywołuje też badania mówiące o tym, że stosowana współcześnie farmakoterapia może wręcz pogarszać długoterminowe rokowania, a podobne wątpliwości pojawiają się też współcześnie w literaturze naukowej w odniesieniu m.in. do depresji i antydepresantów.

Jest to więc „prywatyzacja stresu” (pod pojęciem „stres” może zaś ukrywać się szereg innych negatywnych zjawisk kulturowych, społecznych i ekonomicznych), ale w tej prywatyzacji mamy do czynienia nie tylko z problemami jednostek i ich indywidualnych mechanizmów psychicznych, ale wręcz z problemami indywidualnych wyjętych z kontekstu mózgów. Takie podejście umieszcza więc w jednostce przyczyny problemów, żeby nie powiedzieć iż odpowiedzialność za nie, a zadaniem pacjenta jest jedynie stosowanie się do zaleceń lekarza.

Od kilku lat środowisko brytyjskich psychologów skupionych przede wszystkim w ramach British Psychological Society sugeruje rozwiązanie opierające się na innej logice, wykraczającej poza model biomedyczny i diagnozy oparte na odhaczaniu „symptomów” z listy według DSM lub ICD. Proponowane przez nich Power Threat Meaning Framework zaleca pójście w kierunku diagnozy psychologicznej, która pytałaby o kwestie związane z relacjami władzy/siły, sytuacjami zagrożenia i sensami/znaczeniami, które związane były z jednostkowym cierpieniem i/lub umożliwiały zmierzenie się z nim. W największym skrócie, zamiast „co z tobą nie tak?” pytalibyśmy więc „co ci się stało?” i „co musiałeś zrobić, żeby przetrwać?”.

Do czynienia mielibyśmy wtedy nie z „chorobami” i patologizacją jednostek, lecz z trudnymi życiowymi sytuacjami – wielorako uwarunkowanymi społecznie i kulturowo – i różnie przejawiającym się i rozumianym cierpieniem. Mogłoby to pozwalać na jego faktyczne uszanowanie, z zachowaniem sprawstwa i podmiotowości, zamiast redukowania sytuacji do pozornie tylko wyjaśniającej cokolwiek psychiatrycznej etykiety, która ostatecznie zasłania kwestie kulturowe i społeczne.

Pomimo poparcia inicjatyw krytycznych wobec modelu biomedycznego przez postaci, którym udało się przebić do masowej świadomości, takich jak np. Gabor Mate czy Johann Hari, projekt ten nie zyskał szerszego rozgłosu. Jednak w Wielkiej Brytanii silne środowisko psychologów stara się zwiększać rolę psychoterapii w ramach systemu psychiatrycznego, co zaowocowało niedawno nowymi oficjalnymi wytycznymi, które w przypadku depresji zalecają oferowanie psychoterapii przed farmakoterapią. Mimo że tego typu rozwiązania są nadal uwikłane w neoliberalną indywidualistyczną logikę, to pozwalają przynajmniej na dostrzeżenie, że cierpienie niekoniecznie powinniśmy redukować do genów i biologii, odzierając je z sensu i znaczenia. Pytając bowiem o sens, znaczenie i ekonomiczne uwarunkowania coraz powszechniejszego psychicznego cierpienia możemy dowiedzieć się czegoś o kondycji współczesnego świata i tym samym wskazać kierunek zmian, przekształcenia naszego rozumienia rzeczywistości i samej rzeczywistości.

Radosław Stupak

Wielka sprawa. O filmie „Lokatorka”

Dyskusje internetowe mają krótki lont – szybko się wzniecają i jeszcze szybciej kończą. Pamiętacie te wszystkie kilometrowe spory o znaczenie czy przyszłość jakiegoś zjawiska, toczone na podstawie jednego słowa, jednego zdjęcia czy wyrwanego z kontekstu cytatu, który ktoś ze złą wolą wyodrębnił, a reszta uczestników rozmowy cierpi na chroniczne zmęczenie, wobec czego nie może tego zweryfikować? Identycznie jest z filmami – na podstawie trailerów, plakatów, mglistych zapowiedzi komentariat podejmuje nie tylko decyzję, czy na film pójdzie i za niego zapłaci (w czym nic dziwnego, jesteśmy w końcu konsumentami w późnym kapitalizmie), ale także decyzję, czy film, którego przecież nie widzieli, dostatecznie dobrze przedstawia „wielką sprawę”, o której ma traktować, i czy inni powinni go oglądać, czy też jest „szkodliwy”.

Tak było z „Lokatorką”, filmem Michała Otłowskiego o zbrodni polskiej reprywatyzacji. Tak prawdopodobnie będzie z „Gierkiem”, który to film, na podstawie dość, jak trzeba przyznać, słabego trailera, wrzucono do worka z napisem „nieoglądalne”, i to na miesiące przed premierą.

Wszystko byłoby z grubsza w porządku, w końcu prawem widza jest wybrzydzać, oczekiwać i rozczarowywać się – gdyby tylko komentujący wracali do treści, która tak rozpalała ich zmysły, gdy nie była dostępna w całości, i czytali ją lub oglądali, by zweryfikować swoją pierwotną, wydaną w pośpiechu i bez kompletnych danych opinię. Tak się jednak nie dzieje – komentator, który uczestniczył w zapalczywych dyskusjach o jakimś zjawisku, budował okopy i sojusze, zrywał przyjaźnie (przynajmniej te internetowe), traci zainteresowanie realnym oglądem zjawiska czy dzieła, gdy staje się ono już dostępne. A już zwłaszcza wtedy, gdy zaczynają się pojawiać informacje, że pierwotna opinia nie była uprawniona, gdyż wycinek nie oddawał całości.

Wtedy nasz komentator starannie udaje, że dzieła/zjawiska/artykułu nie ma. Nigdy nie czytałam tak długich i zapalczywych dyskusji o swoich tekstach, jakie toczyły się po ujawnieniu wieści, że będę regularnie pisywała felietony w pewnym medium. Przed opublikowaniem choć jednego z nich dziesiątki osób wymieniały spekulacje i podejrzenia, co też tam będzie pisane, oczywiście większość w trybie niezbyt przyjemnym. Żaden z opublikowanych potem kilkunastu tekstów nie spotkał się z podobnym zainteresowaniem, nawet w przybliżeniu.

Wniosek z tego, że widz/czytelnik najbardziej lubi podejrzewać, kategoryzować, „obawiać się”. Gdy już ma w zasięgu ręki dzieło, o które lub przeciw któremu tak walczył, bardzo często po nie wcale nie sięga. Zainteresowanie się wypaliło, czekają kolejne fenomeny do „wnikliwego opisu”. A już lewicowi dyskutanci są pod tym względem tak samo słabi, jak prawica tropiąca czarnoskóre elfy w „Wiedźminie”, bo „nie było czarnoskórych elfów”. Proszę państwa, proszę usiąść i poświęcić mi całą swoją uwagę: elfy nie istnieją. Ani czarne, ani białe.

Film „Lokatorka” idealnie wpasowuje się w trend „obawiania się”. Zatroskani widzowie, zamiast wspierać nogami i portfelami pierwszy mainstreamowy, nie-niszowy film o ważnej sprawie, której poświęcili tyle serca i dyskusji, woleli „obawiać się”. Że będzie sztuczny, papierowy, przegadany albo niejasny, że będzie miał wszystkie złe cechy polskich filmów i żadnej dobrej. Obawa przed rzekomą topornością sprawiła, że mnóstwo osób, które, zresztą słusznie, były oburzone procederem warszawskiego ratusza i krzywdą lokatorów kamienic komunalnych, w ogóle na film nie poszło, ponieważ „nie będzie dobry”. To kolejna z pułapek, które zastawia na nas konsumpcja w kapitalizmie – ułuda mikrodecyzyjności, samosterowalności, w zamian za zezwolenie na zarzucanie nas papką przypadkowych treści. Widzowi wydaje się, że samodzielnie decyduje, odrzuca dzieło, gdyż ma tak wyśrubowane wymagania estetyczne i etyczne. „Nie może patrzeć”, jak wielka sprawa jest omawiana czy pokazywana w uproszczony, toporny sposób – wobec czego wcale nie obejrzy. Zaoszczędzony czas poświęci na oglądanie filmów o sprawach politycznych z odległych krajów (bo wtedy nie będzie wiedział, czy „mówią prawdę”) albo absolutnego shitu, dla którego pozwalamy co miesiąc netfliksowi drenować nasze portfele.

Nasz lewicowy widz zwycięża – we własnych oczach.

Za to ci, którzy na „Lokatorkę” poszli, zobaczyli nowocześnie zrealizowany polski film (oksymoron, prawda?), z dobrymi kreacjami aktorskimi i, przede wszystkim, prosto i jasno streszczający zbrodnię reprywatyzacji, czyli nieuczciwy, krwawy, wołający o pomstę do nieba proceder, kosztujący wiele osób zdrowie, pieniądze i życie. Fabuła ogniskuje się rzecz jasna na walce i śmierci Jolanty Brzeskiej, bo film potrzebuje głównej bohaterki i „tajemnicy” do wyjaśnienia. Twórcy scenariusza zdecydowali się poprowadzić ten wątek w stylu kryminału, co zresztą pokrywa się z prawdziwym rozwojem wydarzeń – cały czas szukamy mordercy Brzeskiej. Obraz nie jest zatem polityczną agitką ani fabularyzowanym dokumentem, lecz od początku konsekwentnie buduje napięcie w stylu „sensacyjnym” (walenie do drzwi, strach, szantaże, odkrywanie krok po kroku powiązań, przemoc fizyczna, niedopowiedzenia), co w sensie filmowym przyniosło bardzo dobre skutki. Film był także reklamowany jako sensacyjny, jako opowieść o tajemnicy i wielkim przekręcie, co sprawiło, że w naszej małomiasteczkowej sali kinowej pojawili się młodzi chłopcy z popcornem. I bardzo dobrze – tematy polityczno-społeczne nie są wcale zarezerwowane dla sal akademickich, poranków w TOK FM ani dyskusji na skłotach. Wręcz przeciwnie, to właśnie takich chłopaków wyrzucano by z mieszkań komunalnych, gdyby reprywatyzacja dotknęła małych miast.

Fabuła poprowadzona jest lekko, a niektóre zwroty akcji przykuwają widza do fotela; nawet takiego widza, który z konieczności zna finał i wie, że tutaj dobro wcale nie zwycięży. Ożywieniu historii (której, bogiem a prawdą, wcale nie trzeba „ożywiać”, bo roi się w niej od czarnych charakterów i przeciwności losu) sprzyja poprowadzenie akcji z punktu widzenia młodej policjantki (w tej roli Irena Melcer) prowadzącej śledztwo w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej. To dobry zabieg, bo porządkuje prawną i kryminalną stronę fabuły. Policjantka Anka gromadzi materiały, spotyka się z kolejnymi osobami, jest ofiarą nagonki, zniechęcania i zastraszania – a jednocześnie ciekawą, silną, dobrze zagraną postacią. Także inne kreacje są niezłe: czy to dwulicowy pułkownik, czy przekupna, infantylna prokurator, czy dość przekonujący przestępcy-mózgi operacji. Jak to zwykle w polskich filmach sensacyjnych, najbardziej groteskowo są przedstawiane „zbiry”. Twórcy „Lokatorki” także niestety nie oparli się pokusie, by para przestępców prezentowała się jak Flip i Flap, miała (w zamyśle) zabawne powiedzonka itp. Na szczęście jednak atmosfera grozy i ręki myjącej rękę jest silnie wyczuwalna przez cały film. Muszę także pochwalić twórców za niewrzucanie do społecznego dramatu rozpraszacza typu romans czy seks. Takie zabiegi nie posuwają zazwyczaj fabuły do przodu, służą tylko wynagrodzeniu widza za uwagę i serwują mu koktajl pt. „trudne sprawy plus goła dupa”. „Lokatorka” w ogóle nie używa tego typu tanich chwytów.

Właśnie, a jak ze społecznym i obyczajowym tłem filmu? Na szczęście dobrze. Fabuła nie jest przegadana, żaden narrator z offu nie zarzuca widza faktami i liczbami, sceny mają mówić same za siebie. I mówią, a ich głos wzmacnia właśnie ten brak komentarza. Proste, krótkie przebitki – Brzeska smaży kotlety schabowe, sama w pustej kamienicy, ostry dzwonek do drzwi. Rodzina ogląda wspólnie telewizję, ale wyczuwalna jest atmosfera strachu. Policjantka pije alkohol, patrząc w przestrzeń. Zwyczajne sceny z życia, zwyczajne mieszkania są pokazane zgodnie z realiami. Obraz nie jest kolorowy, nie pulsuje TVN-owską estetyką, nie ma „dynamicznego montażu” podlanego głośną muzyką. Jest przygaszony, stonowany, tak, jak Warszawa w listopadzie czy marcu. Nie jest to Ken Loach, ale społeczne tło, nawet nie walka, lecz zwykłe realia „my kontra oni”, „bogaci kontra biedni” – są bardzo dobrze oddane, także w szczegółach. Przy kilku scenach nie udało mi się zachować suchych oczu.

Film pokazuje także, iż takie sprawy miewają półcienie. Zło i chciwość także bywają stopniowalne. Nie poznajemy motywacji przestępców (nie byłoby tu zresztą żadnej wielkiej niespodzianki), ale czasem widzimy wahanie tych, którzy mają przyczynić się do krzywdy lokatorów, przyklepać nieuczciwą decyzję, przedwcześnie zamknąć śledztwo. Ale młyny reprywatyzacji mielą bez ustanku. Tego błędnego koła nie uda się zatrzymać. Ostatnia scena jasno nam sugeruje, że proceder będzie trwał i przynosił zyski, a lokatorzy mieszkań komunalnych będą, jak to ujęła aktorka grająca Jolantę Brzeską, nikim. Nikt się z nimi nie liczy i nie zacznie liczyć, dlatego tak istotne jest, by powstawały filmy, które wprowadzą do popkultury tego rodzaju tematy. Taki film jest wart tysiąc razy więcej niż debata dla dwudziestu przekonanych osób czy ulotny tekst, którego pies z kulawą nogą nie czyta.

Magdalena Okraska

„Lokatorka”, reż. Michał Otłowski, 2021.

dwa teksty rymowane

***

 

wkładka mięsna

 

kolejny remont na klatce; wiertarki

rozwyte w obrotach od czwartej do czwartej

z jazgotem i groźbą i smołą pod butem

wylaną pod progiem; na drzwiach widzę dziurę

co dłutem rozgrzebał gospodarz; minutę

zaledwie mi dajcie na ciszę; na lustrze

pęknięcia i szkiełka, gdy trzęsie budynkiem

opona przecięta, lecz dajcie mi chwilkę

nim pęknie gdzieś okno i w trzaskach głośnika

popłynie muzyka; tak ciężko oddychać

gdy lepią się wargi a fetor zza klatki

przeżera posadzki i szafki po babci,

gdy w hukach petardy upchanej w kontener

wydzieram godziny wśród nocy bezsennej

na linii adwokat mi mówi, że szkoda

mych nerwów na pokaz, by biegać po sądach

wtem znowu hałasy i wrzawa z podwórka

wiązanki w śmietniku i tumult aż ósma

wybije w majakach; więc leżę do rana

w tym chłodzie, co smaga z ciasnego mieszkania

a myśl gdzieś się gnieździ jedyna przytomna,

że kraj chyba cały już o mnie zapomniał

 

 

peryferie

 

chciałby pisać rap o metrze, ale brak go w jego mieście

a więc pisze jak pod kerfem stali pijąc czarną perłę

jak zaciągał się chesterkiem i jak potem gdzieś pod kebsem

tłukli butle na podeście, bo to tak jak w czyimś wersie

jak dopiero jedenasta a już w mieście pełna pustka

na Jagiełły pękła butla a ktoś z okna słuchał Tuska

kiedy znowu na Augusta wszystkie kluby się skończyły

zgasły miejskie już latarnie – poza pomnikiem Wojtyły

chciałby pisać co wypili, jak rozmowy się toczyły,

że się Marcin rozstał z Anką – nie obyło się bez spiny,

to że Bartek rzucił szlugi i przerzucił się na Juulsa,

że impreza jest pod bursą, to że w lotku padła szóstka,

że lokalny deweloper betonuje znowu parki

na Dniach Siedlec będą targi i wystawią je przed Bajmem

to jak miejską jest aferą, że ktoś znowu spalił śmietnik,

że rozbiła się beemka i że komplet ma Elektryk,

że odwiedzi nas Wałęsa i że znowu ktoś swastykę

namalował na kirkucie, że pierdoli ktoś policję,

że na Bema nowa Żabka, że ktoś pobił nastolatka,

rośnie liczba znów wypadków i że zbiórka jest na Maćka

chciałby pisać o tym wszystkim, chociaż nie wie, czy wypada

bo czy warto o tym mówić, jeśli nie jest to Warszawa?