Dorota Kłuszyńska: Zatopić kopalnie [1938]

Dorota Kłuszyńska: Zatopić kopalnie [1938]

Sześć tygodni trwał strajk polityczny górników na Śląsku Cieszyńskim. Zamarła praca, całe zagłębie karwińskie i część polsko-ostrawskiego stało w ogniu walki o przyłączenie części Śląska, zajętego przez Czechów, do Polski. Gdyby żaden inny argument nie miał siły przekonywającej, ten wspaniały w swojej solidarności i ofiarności strajk, musiał otworzyć oczy najbardziej zaślepionym członkom komisji alianckiej. Sprawowali ci panowie, Francuzi, Anglicy, Włosi i Japończycy władzę na Śląsku jako komisja plebiscytowa, obserwowali wszystko, co się działo na Śląsku, ale mieli dyrektywy swoich rządów, żeby nie „krzywdzić” Czechów.

Przynależność Śląska do Czech była z góry przesądzona, ale o tych pociągnięciach dyplomatycznych nie wiedzieli górnicy, nie wierzyli, żeby taka niesprawiedliwość – jak często mówili – mogła się dokonać.

Całe zagłębie karwińskie zamieniło się w obóz wojenny. Kopalnie obsadziły posterunki żandarmerii czeskiej, strajkujący górnicy pilnowali, żeby do kopalń nie dostali się łamistrajkowie sprowadzeni ewentualnie z Czech. Napięcie dochodziło do ostatecznych granic wytrzymałości, bo i niedostatek dokuczał, zwłaszcza widok głodujących dzieci był niesłychanie bolesny.

Ale padło hasło: nie damy kopalń, nie wrócimy do pracy aż Śląsk [Cieszyński; podobnie w dalszej części tekstu – przyp. redakcji NO] nie połączy się z Polską.

Po napadzie czeskim w [styczniu] 1919 r. kopalnie znalazły się za linią demarkacyjną, władze na tym terenie wykonywali Czesi, mając silne oparcie w komisji alianckiej. Ludność żyła pod terrorem nie tylko władzy, ale i bojówek przede wszystkim, które robiły „przygotowania” do ewentualnego plebiscytu. Rozpowszechniali najfantastyczniejsze wiadomości o przyłączeniu Śląska do Czechosłowacji aż po Białkę decyzją Rady Ambasadorów; grozili, że porachują się z tymi wszystkimi, którzy opowiadają się za Polską.

Polska Rada Narodowa miała swoją siedzibę w Cieszynie na zamku. Prezydium, tymczasowy rząd, znało nastroje ludności, zwłaszcza hart i ofiarność górników budziły podziw. Kierownicy związku górników utrzymywali najściślejszy kontakt ze strajkującymi, starali się o utrzymanie spokoju, w interesie samej sprawy i z obawy, żeby akty rozpaczy nie pociągnęły większych ofiar.

Podczas obrad, jednego dnia w czerwcu 1919 r. otrzymało prezydium Rady Narodowej alarmującą wiadomość, że górnicy po burzliwych naradach postanowili zatopić kopalnie, bo jak wieść głosiła Śląsk otrzymają Czesi. Na kopalniach pracowała obsługa techniczna, przy pompach, wentylacjach itp. kolejno obejmowali służbę, bo tak było postanowione przez strajkujących; ściśle wykonywano wszystkie rozkazy. Socjaliści, członkowie prezydium Rady Narodowej, przywódcy klasy robotniczej całego Śląska, zdawali sobie sprawę, że nie ma czasu na dyskusję. Należało natychmiast wyjechać do Karwiny i na miejscu porozumieć się z mężami zaufania, żeby zapobiec katastrofie.

Zdecydowano, że pojadą Kłuszyńska i dr Kunicki. Samochodem dojechaliśmy do linii demarkacyjnej, tzn. do mostu na rzeczce Stonawie. Dzieliło nas jeszcze ze dwa kilometry do terenu kopalń. Tymczasem lotem błyskawicy rozniosła się wieść, że przyjechali towarzysze z Rady Narodowej. Otoczyli nas dobrzy znajomi górnicy, kobiety i gromada dzieci.

Rozpoczęły się rozmowy, strajkujący wytaczali swoje argumenty, podyktowane rozpaczą. Nasza rola była bardzo trudna, należało przekonać roznamiętnionych i gotowych na wszystko górników, że kopalnie to warsztat pracy w każdej sytuacji i nie może być mowy o zatopieniu kopalń. Kiedy doszliśmy do centrum Karwiny, już kilka tysięcy osób zebrało się na łączce i tam postanowiliśmy przemówić. Ustawiono beczkę z cementu, położono grubszą deskę i „weszłam” na tę trybunę. Nie powitano mnie oklaskami, głuchy pomruk przeszedł przez tłum.

Zdawałam sobie sprawę z trudności, jakie należało przezwyciężyć, żeby trafić do uczuć tych zrozpaczonych ludzi. Przeważająca większość byli to nasi najbliżsi towarzysze długoletniej pracy, obdarzali nas, przywódców, zaufaniem, dopiero zupełnie wyjątkowa sytuacja doprowadziła do rozdźwięku. Już po części mojego przemówienia słyszałam, jak górnicy stojący koło „trybuny” mówili między sobą, że kopalnie będą w przyszłości ich własnością, bo będą należały do społeczności. Tak przecież zawsze nauczał socjalizm. Wyczułam zmianę nastroju, a kończyłam przemówienie już wśród oklasków i przyjacielskich okrzyków.

Z kolei przemawiał dr Kunicki, lekarz, znało go nawet każde dziecko tego rejonu, cieszył się zawsze uznaniem, górnicy kochali swojego towarzysza i doktora. Nie było już „muru chińskiego” między nami a górnikami, zrozumieli, że przyszli do nich świadomi odpowiedzialności przywódcy i przyjaciele. O zatopieniu kopalń, jako demonstracji górników na rzecz Polski, nie mogło być mowy, to stało się już pewnikiem. Udało się nam siłą argumentacji i co najważniejsze: zaufaniem i wiarą, jakie mieli górnicy do swoich towarzyszy, zapobiec katastrofie. Gdyby nawet nie udało się kopalń zatopić, mogło dojść do krwawych walk w całym Zagłębiu, bo strajkowało kilkanaście tysięcy górników i robotników z pokrewnych działów przemysłu, a kobiety brały także bardzo czynny udział w całej akcji.

Sprawiedliwości dziejowej staje się zadość, do Polski „przyjdą” kopalnie hr. Larisza, hr. Gutmana i innych baronów węglowych. „Przyjdą” z kopalniami nasi towarzysze, lud śląski, wielu z tych, którzy uczestniczyli w tym pamiętnym wiecu na łączce w Karwinie.

Dorota Kłuszyńska

Powyższy tekst Doroty Kłuszyńskiej pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik – centralny organ PPS”, nr 278/1938, 2 października 1938 r. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany. Publikujemy go w 87. rocznicę krótkotrwałego odzyskania Zaolzia przez Polskę.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: defilada polskich wojsk w Karwinie w październiku 1938; ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Wszyscy jesteśmy wskaźnikami recesji

Wszyscy jesteśmy wskaźnikami recesji

Recesja (łac. recessio – „cofanie się” oraz recedere – „ustępować, cofać się”) to zjawisko makroekonomiczne polegające na znacznym zahamowaniu tempa wzrostu gospodarczego, skutkujące najczęściej spadkiem produktu krajowego brutto (PKB). W znaczeniu technicznym recesja definiowana jest jako spadek PKB przez co najmniej dwa kolejne kwartały.

Oficjalnie nie jesteśmy zatem w recesji.

Ale czy wszystko nie robi się droższe i gorsze? Co sprawia, że na horyzoncie nie jawi się żadne wyjście z kryzysu mieszkaniowego, a – analogicznie do myśli Marka Fishera – łatwiej nam wyobrazić sobie spadek cen mieszkań wywołany wybuchem wojny niż ten spowodowany realną polityką naszego państwa. Czekolada kosztuje prawie 10 zł. Kolejne zakłady zamykają swoje linie produkcyjne, pozbawiając mniejsze miasta miejsc pracy idących w kilka punktów procentowych wszystkich zatrudnionych. Czekolada waży o kolejne 10 g mniej. Informacje z rynku pracy wskazują na najmniejszą dostępną ilość ofert zatrudnienia od czasu pandemicznego załamania latem 2020 roku. Sok jabłkowy stanowi 20,1% składu coraz większej ilości napojów – jego idealnie wykalkulowaną ilość pozwalającą zaklasyfikować napój jako nektar (preferencyjna stawka podatku, brak opłaty cukrowej). Wszystko smakuje gorzej. Jesteśmy samotni i coraz mniej czasu poświęcamy na socjalizację z innymi. Ale nie ma gdzie się socjalizować, „trzecie miejsce” przestało istnieć. Nawet ciepła posadka grawitująca dookoła mitycznego pojęcia klasy średniej obciążona jest egzystencjalną pustką przywodzącą skojarzenia z rolą Edwarda Nortona z „Fight Clubu” i interludium „Happier Fittier” z albumu „OK Computer” zespołu Radiohead. Społeczne rozwarstwienie przyśpiesza, a jakiekolwiek marzenia o odwróceniu się tej tendencji jawią się jako dalece życzeniowe.

Od dawna wierzę – powtarzając za Yannisem Varufakisem – że giełdowe markery i makroekonomia są w dużej mierze oderwane od realiów życia człowieka funkcjonującego poza parkietami Wall Street. Rosnąca wartość rynkowych assetów nie odzwierciedla realnego wzrostu i rozwoju stojących za nimi firm, a jest jedynie rezultatem skrzętnej polityki rad nadzorczych, kooperacji z bankami i rosnącej ilości miliarderów lokujących w rynku swoje kapitały. To jednak relatywnie życzeniowa perspektywa. Lokowanie fortun w giełdę zakłada jakiekolwiek ryzyko, natomiast lokowanie ich w rynek mieszkaniowy, na którym przeciętny Jan Kowalski i John Smith konkurują z grupami pokroju BlackRock i Vanguard o dostęp do dachu nad głową, jawi się jako bezpieczniejszy biznes. Dobra kondycja gospodarki coraz częściej pokrywa się ze sloganem „bogaci mają dobrze”, a spowolnienie gospodarcze czy tytułowa recesja oznacza kłopoty wszystkich poza najbogatszymi.

Chciałbym – w kontrze do technicznych indykatorów zakładających, że recesja to dwa spadkowe kwartały – postawić przed czytelnikami ryzykowną tezę, że jednak jesteśmy w recesji. Recesji wszystkiego.

Czytelnicy Nowego Obywatela raczej dobrze znają tematykę i problematykę lat 90. i okresu transformacji. Epokę bezrobocia, szarej Polski i zaciskania pasa na szyi. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że czas szerokorozumianej transformacji, a także późniejszy okres dołączenia do Unii Europejskiej miały w sobie coś, czego bardzo nam dzisiaj brakuje.

Nadzieję.

Nadzieję na lepsze jutro, poczucie, że trudne czasy są wadium postawionym na poczet lepszej przyszłości. Era wyrzeczeń i ciężkiej pracy miała miarowo wprowadzać nas do świata Zachodu, a razem z nim przynieść poprawę warunków życia i swoisty awans cywilizacyjny. Nie sposób nie przyznać, że w dużej mierze udało się to zrealizować. Polska przez ostatnie dwie dekady zmieniła się nie do poznania. Mówiąc bardzo ogólnikowo, nie mamy czego się wstydzić w porównaniu z globalnym Zachodem. Jesteśmy jego integralną częścią. Ale co teraz?

Razem z awansem do pierwszej ligi (a przynajmniej ławki rezerwowych pierwszej ligi) straciliśmy namacalny cel. Już jesteśmy tym Zachodem, ale co z tego? Wyobrażenia o dobrobycie nie mają pokrycia w otaczającej nas rzeczywistości. Tej samej rzeczywistości, która cały czas organizuje castingi na najemców mieszkania oraz tej samej rzeczywistości, która płaci pracownikom sektora publicznego wynagrodzenia oscylujące w okolicach minimalnej krajowej. Tej samej minimalnej krajowej, która, biorąc pod uwagę koszty życia, od następnego roku spadnie, przywodząc na myśl waloryzacje emerytur z czasów „pierwszego Tuska”, gdy emerytury waloryzowano o kilka złotych.

Jak układać nasz emocjonalny budżet domowy, jeśli nadzieja stała się towarem deficytowym? Permanentny stres spowodowany konfliktem zbrojnym na Ukrainie i mniej lub bardziej realistyczne widmo eskalacji konfliktu w stronę Polski i państw bałtyckich. Zapowiedzi cięć w sektorze publicznym i pogarszająca się kondycja rynku pracy. Opisywana wszędzie epidemia samotności. Proszę zastanowić się nad chociaż jednym czynnikiem, jedną rzeczą, która mogłaby napawać nas optymizmem. Zauważmy różnicę, która zaszła chociażby w dyskursie dotyczącym zmian klimatu. Mimo dużego oporu możemy odnotować malejącą popularność bezpośredniej negacji zmian klimatu – ale co z tego, skoro zastępuje je narracja o indywidualnej odpowiedzialności. „Może będzie gorzej, ale zrobię co mogę, żeby moja rodzina tego nie doświadczyła”, „Może będzie gorzej, ale mnie już wtedy nie będzie”. Przestajemy negować problemy, ale zamiast zastanawiać się nad systemowymi rozwiązaniami wszczepia nam się poczucie, że każdy musi nieść swój krzyż i odnaleźć się w nowej smutnej rzeczywistości. Zamiast wierzyć, że przyszłość przyniesie poprawę sytuacji pozostaje zakładać, że jeśli dam z siebie wszystko, to przyszłość nie zawali mi się na głowę.

Wykształcenie w industrialnym kompleksie edukacyjnym dalej się pauperyzuje. Studia, które wbijano do głów obecnej młodzieży, nie okazały się przepustką do dostatniego życia i stabilnej pracy – są w najlepszym wypadku wymogiem wstępnym znalezienia jakiejkolwiek pracy. Tak wielu nadmiernie wykwalifikowanych młodych ludzi musi pogodzić się z rozjazdem ich wykształcenia oraz wykonywaną pracą, a także wynikającą z tego frustracją. Frustrację tę podsyca fakt, że pomimo naszej gry pozorów jakoby to społeczeństwo opierało się na zasadach merytokracji realne wykształcenie i wiedza nie znaczą nic, jeśli nie są osadzone w materialnym, finansowym sukcesie. Stan posiadania i stan materialny stanowią jedyną metrykę sukcesu i co za tym idzie – kompetencji. Gdyby tego było mało – dorzućmy jeszcze sztuczną inteligencję, wszak wielkie firmy coraz dumniej chwalą się inwestorom planami dotyczącymi redukcji zatrudnienia i zastąpienia mniej wykwalifikowanej kadry (tej samej kadry, która jest prawdopodobnie zbyt wykwalifikowana do sprawowanych obowiązków) oprogramowaniami AI.

AI, które było sprzedawane nam jako narzędzie porównywalne z wynalezieniem internetu, w pierwszej kolejności przywodzi na myśl bota z infolinii, który usilnie robi wszystko, aby nie połączyć nas z konsultantem. Utopijna wizja przyszłości zakładała, że roboty i komputery będą wykonywały za nas większość pracy, a my skupimy się na piciu drinków z palemką, malowaniu obrazów i uczęszczaniu do klubów dyskusyjnych, ale póki co to właśnie przestrzeń kreatywna jako pierwsza padła ofiarą generatywnych modeli językowych.

Nie sposób nie dostrzec tragizmu Hayao Miyazakiego, twórcy słynnego japońskiego studia Ghibli, które stoi za kultowymi animacjami, jak chociażby „Mój sąsiad Totoro” i „Grobowiec świetlików”. Jego charakterystyczny styl padł ofiarą trendu, w którym każdy mógł przerobić swoje zdjęcie na podobiznę rodem z jego filmów. Masowość tego zjawiska sprawiła, że Miyazaki nazwał sztuczną inteligencję i jej brak poszanowania dla praw autorskich „obrazą dla samej egzystencji człowieka”. Sztuka, która od zawsze stanowiła przestrzeń wyrażania samego siebie i budowania emocjonalnej więzi z jej odbiorcami, jako pierwsza poległa w starciu z oprogramowaniem. Kogo miałby pozwać Miyazaki skoro sposób gromadzenia danych wykorzystywany przez AI jest zupełnie nietransparentny, a prawodawstwo jest kilka kroków za rozwojem technologii.

W jakiej sytuacji stawia to wszystkich aspirujących grafików, artystów i innych przedstawicieli sztuk pięknych, skoro nie sposób dzisiaj przejść po turystycznej części dużego miasta i nie dostrzec całej plejady wygenerowanych przez AI wydruków na koszulkach, logotypów i kawiarnianych potykaczy zapraszających nas na matcha latte czy jakikolwiek inny napój będący przedmiotem obecnej hiperkonsumpcyjnej fiksacji. Czy sprzedawane w dyskontach zeszyty z podobiznami rekina w trampkach i innych AI „brainrotów” są odbiciem stanu naszej kultury masowej? Co sprawia, że umiemy tak obojętnie przejść obok zjawiska „brainrotu” (z ang. brain – mózg, to rot – gnić) i nie dostrzegać w nim regresu, recesji naszej kultury. Kiedy w jednym z popularnych dyskontów zobaczyłem dubajską czekoladę (jak się okazało – wyrób czekoladopodobny) z wygenerowaną przez AI podobizną stworka Labubu – jednej z nowszych internetowych hiperfiksacji – coś we mnie pękło. Trudno mi sobie wyobrazić większe przemielenie wszystkich panujących mikrotrendów w bardziej jarmarczny produkt. Gdzie jest miejsce na nadzieję, skoro możemy bezpiecznie zakładać, że generatywne AI będzie coraz skuteczniejsze i coraz bardziej wszechobecne, a wynikające z tego korzyści przypadną wielkim firmom.

Opium ludu, o którym pisał Marks (i które tak często błędnie interpretujemy), podaje się nam na srebrnej tacy. Nieustanny przepływ informacji, media żerujące na naszej skłonności do polaryzacji i nieskończona ilość filmików do przesunięcia. Jesteśmy społecznie spacyfikowani, a mimo to musimy ciągle walczyć o utrzymanie się na powierzchni – w poczuciu winy, że używamy zbyt dużo telefonu, nie rozwijamy się (oczywiście w przestrzeni, która wymiernie wpływałaby na naszą wartość rynkową) i za mało czytamy. Na marginesie, w czasach, gdy wszystko musi mieć jakąś wymierną wartość – samo czytanie stało się czynnością niemal performatywną i zoptymalizowaną na pokazanie swojego statusu. Rosnąca popularność Goodreads pokazuje, że po co czytać, jeśli nie mógłbym dodać danej książki do swojego „portfolio”. Znana książka „Społeczeństwo spektaklu” nie straciła ani grama trafności zawartych w niej spostrzeżeń.

„Trzecie miejsce”, o którym wspomniałem wcześniej, również przestało istnieć. Koncepcja trzeciego miejsca zakłada przestrzeń spotkań i socjalizacji, która byłaby oderwana od rutyny na linii dom-praca. Kluby dyskusyjne, sklepy z płytami, gdzie lokalni pasjonaci mogliby porozmawiać o ich ulubionych albumach, amatorskie drużyny sportowe. Nasza rzeczywistość i wszechobecna gentryfikacja dowolnej aktywności sprawiają, że znalezienie trzeciego miejsca staje się niezwykle trudne – zwłaszcza, że coraz więcej z nich wymaga zainwestowania środków, wkupienia się w hobby. Przykro było mi usłyszeć opinię byłego szefa PZPN-u, który powiedział, że w dzieci w okolicach trzynastego roku życia często tracą szanse na rozwój w ramach klubów sportowych, ponieważ ich rodziców nie stać na ponoszenie związanych z tym kosztów. Równolegle do koncepcji trzeciego miejsca należy myśleć o hobby, zainteresowaniach. Te również wymagają coraz większego samozaparcia. Tyle lat powoływania się na slogan „przekuj swoje hobby w pracę, a nie będziesz musiał pracować ani dnia” doprowadziło do tego, że wiele zainteresowań już na starcie jawi się jako bezsensownych, bo zaszczepiono w nas poczucie, że każda kaloria naszej energii musi być wykorzystywana jak najbardziej efektywnie, a po co pisać, tworzyć i wymyślać, jeśli miałoby to trafić do szuflady i „nie odniosłoby sukcesu”.

Z każdym postępującym rokiem, pomimo niedookreślonej frustracji wynikającej z życia w systemie, który łamie naszego ducha, sytuacja wygląda coraz gorzej. Paradoksalnie, socjalizacji brakuje również w mediach, które w nazwie mają słowo „społecznościowe”. Czasy dawnego Instagrama minęły bezpowrotnie, a drobne posty z ogródka, zdjęcia swojego ulubionego kubka, pokazanie ulubionej muzyki zeszły na margines. Istnieje pewny lęk przed pokazaniem się zbyt bardzo, a paradoksalnie widzimy, że internetowe postaci wpuszczają nas do coraz to bardziej prywatnych sfer swojego życia. Słowo „cringe” (oznaczające ogólną żenadę, w kontrze do nonszalanckiego zdystansowania) od czasu, kiedy to w modzie jest doza pewnej pruderyjnej nonszalancji, stało się jedną z najbardziej bolesnych obelg, jakie może usłyszeć młody człowiek. Od lat odczuwam wpływ autocenzury, która każe mi zadawać sobie pytanie „Co ja mam takiego do powiedzenia, czego nie powiedział, nie pokazał jakiś znany influencer”. Aspekt społecznościowy wypadł z auta gdzieś po drodze i nie wiemy, jak go znaleźć.

System, w którym żyjemy, to zbiór naczyń połączonych, a dziejowy pesymizm stanowi – powtarzając za Žižkiem – „spontaniczną, bezrefleksyjną ideologię” naszych czasów. Kultura, gospodarka, praca i świat naszych wewnętrznych przeżyć są ze sobą nierozerwalne. Im bardziej świadomi będziemy opresyjności systemu, w którym żyjemy, tym większa jest nasza szansa na wyrażenie wobec niego sprzeciwu. Wierzę, że nie możemy się poddawać i popaść w rezygnację – powinniśmy wiedzieć, że nie jesteśmy w tym sami – niezależnie od tego, jak bardzo próbuje nam to wmówić indywidualistyczna narracja. Kultywowanie wspólnoty jawi się jako najlepsze lekarstwo w czasach społecznej atomizacji. Ciepła rozmowa z panią ekspedientką, poznanie swoich sąsiadów, mecz w piłkę z obcymi na lokalnym Orliku – budowanie małych wspólnot potrafi być remedium na egzystencjalną pustkę. Życzyłbym wszystkim i samemu sobie więcej odwagi w nawiązywaniu relacji z innymi, drobnych pogawędkach oraz wrzuceniu do internetu piosenki, którą napisałem. Nawet jeśli jest taka sobie.

I mniej smartfona, zdecydowanie mniej smartfona. Na tyle, na ile jest to możliwe.

Michał Szymański

Grafika w nagłówku tekstu: Adina Voicu from Pixabay

Prawda zwycięża nie bez (medialnego) oręża

Prawda zwycięża nie bez (medialnego) oręża

Pandemia Covid-19 nie jest już obiektem szczególnego zainteresowania. Medialnie temat przestał istnieć z dniem ataku Rosji na Ukrainę. W tym sensie memy ironicznie komentujące koniec pandemii dzięki Putinowi nie są bezzasadne. Miliony Ukraińców przejechało lub pozostało w Polsce i raczej nikt nie pytał o szczepienia, nikt nie zwracał uwagi na maseczki. Przestano informować o zgonach, statystykach szpitalnych, zachorowaniach, szczepieniach. Była pandemia i nie ma pandemii – powstaje zatem wrażenie, że była ona zagrożeniem zdecydowanie przesadzonym, choć owa przesada związana jest przecież nie z sytuacją faktyczną, lecz z medialną reprezentacją. To jest nie tylko z obecnością w mediach, ale i z odpowiednim przedstawieniem: obrazami, statystykami, paskami w telewizji etc.

Czy jeśli media o czymś przestają informować, to staje się to już nieważne? Czy dalej istnieje tak samo, jak gdyby dalej było relacjonowane? Co i jak zmienia medialna widzialność?

Stosunek do pandemii podzielił polskie społeczeństwo. Szczególną rolę odegrało podejście do nieobowiązkowych szczepień, które stały się papierkiem lakmusowym przynależności do dwóch obozów. Nawet na Tinderze można było oznaczyć, czy jest się zaszczepionym czy też nie, co stanowiło informację nie tylko medyczną, lecz światopoglądową. Pytanie „Szczepiłeś się?” było podobne pytaniu „Na kogo głosowałeś?”, gdyż od razu zdradzało, czy jesteś zabobonnym ciemnogrodem bojącym się oświecenia w postaci nauki, czy też przykładnym obywatelem ufającym tejże nauce. „Szurią” bazującą na teoriach spiskowych o działaniach koncernów farmaceutycznych, która na pomocą swojego nieprofesjonalnego rozumku niepotrzebnie drąży temat czy też racjonalnym odbiorcą najnowszych osiągnięć medycyny mających na celu ratowanie życia. Linia podziału była prosta: mądrzy – głupi, odpowiedzialni – nieodpowiedzialni.

Cały kłopot w tym, że kwestia stosunku do pandemii oraz szczepień nie jest taka prosta. Nie przebiega tylko na linii wiedza naukowa – niewiedza, prawda – nieprawda, autorytety medyczne – laicy. Gdyby to było takie proste, kontrowersja prawdopodobnie nigdy by się nie pojawiła. Wszak każdy chce dysponować rzetelną wiedzą, w tym naukową, i na jej podstawie podejmować racjonalne decyzje. Za takim ujęciem sprawy, tj. że jest ona prosta i trudno zrozumieć osoby niechcące się zaszczepić, stoi przekonanie, że tym ludziom brakuje wiedzy, że są niezdolni do rozpoznania i samodzielnego i krytycznego zbadania prawdy. Słowem: że są głupi, gdyż nie trafiają do nich argumenty naukowe. W takim razie należy im się tylko ironiczny gest politowania oraz wyśmianie marnych kompetencji poznawczych.

Nic bardziej mylnego!

Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że nauka, w tym jej dziedzina, jaką stanowi medycyna, wraz z odpowiednimi technologiami, nie jest wyizolowana od kontekstu społecznego, w którym funkcjonuje. Jest nie tylko jego wytworem, lecz jest uwikłana w złożoną sieć relacji z innymi aktorami życia społecznego, w tym także szeroko rozumianych mediów i przynależnych im form komunikacji wraz z ich specyfiką.

Po drugie nauka toczy walkę o swój status i możliwości wyjaśniania świata oraz odpowiednią komunikację, która leży nie tylko w jej gestii, ale także państw oraz korporacji medycznych, w których instytucjonalnie jest ona tworzona (naukowiec nie działa w samotności we własnym garażu). Powinna być zatem zdolna do rzetelnego prezentowania swoich dokonań i odpowiedzialnego składania obietnic względem pokładanych w niej nadziei na lepszą przyszłość ludzkości. Należy pamiętać, że wraz z postępem technologicznym idą także konsekwencje, nad którymi nauka nierzadko nie panuje. Nie jest to zjawisko nowe, gdyż nauka od początku swojego nowożytnego istnienia wzbudzała kontrowersje. Kłopot w tym, że dzięki demokratyzacji nowych mediów oraz ich interaktywnej specyfice, sytuacja historycznie rzecz biorąc staje się znacznie trudniejsza niż dotychczas, gdyż trudniej ten przekaz kontrolować, co może mieć różne skutki, w tym także negatywne.

Jeśli lepiej zrozumie się ową społeczną sieć aktorów i jej fluktuację, która odbywa się w mediach i poprzez media, lepiej zrozumie się – wcale nie tak dziwne z tego punktu widzenia – powstanie ruchu antyszczepionkowców czy osób sceptycznych wobec szczepień, tj. nieprzekonanych, niekoniecznie antyszczepionkowców. Uwzględniając zmediatyzowanie współczesnej wiedzy i sposoby jej funkcjonowania, ale także wytwarzanie obszarów niewiedzy oraz wątpliwości i kontrowersji można nawet stwierdzić, że powstanie środowisk antyszczepionkowców oraz sceptyków nie jest niczym dziwnym. A wręcz dziwnym byłby ich brak.

Dlaczego część ludzi jest sceptyczna i nieufna wobec wiedzy naukowej, której prawdziwość w przypadku pandemii była żyrowana przez państwo? Dlaczego ludzie się nie szczepią? Dlaczego, tj. na podstawie jakich przekonań, wiedzy, obrazu świata społecznego, podejmują, a zasadzie nie podejmują działania odpowiedniego, tj. pożądanego przez państwo?

Przyczyn może być bardzo wiele. Zwrócę szczególną uwagę tylko na te, które są bezpośrednio lub pośrednio związane z mediami oraz komunikacją.

Pierwsza przyczyna to rozmycie się pojęcia eksperta i utrata autorytetu nauki. Influencerzy czy vlogerzy mogą mieć znacznie większy wpływ niż profesor medycyny. Nie o rację zatem idzie, tj. o siłę argumentu, lecz o argument siły w postaci zasięgów, klikalności i wszelkich zasobów w postaci widzialności. To one są zdolne narzucać temat dyskusji oraz tego, co w ogóle jest dyskutowane. Ekspert, np. profesor wirusologii, najczęściej nieprzyzwyczajony do mówienia do laików w sposób zrozumiały (zazwyczaj mówi do takich jak on profesjonalistów zaznajomionych z odpowiednią terminologią), będzie miał problem ze skutecznym dotarciem do innych odbiorców. Szczególnie, że logika komunikacyjna coraz bardziej wymusza lapidarność: od telewizji po Tik-Tok. Ekspert nie potrafi inaczej się komunikować i nie jest to jego wina, gdyż programy kształcenia uniwersyteckiego w ogóle takich kwestii nie uwzględniają – będzie zaraz o tym mowa.

Komunikacja internetowa oraz najbardziej popularne jej formy są nie tylko wtórno-oralne, lapidarne, ale także nastawione na emocje. Filmik zrozpaczonej matki pokazującej swoje chore dziecko jest o wiele więcej „wart” niż informacyjny komunikat eksperta i jego statystyki. Wylękniona matka, i trudno jej się dziwić, zapyta: czy i mojemu dziecku może się to przydarzyć? Skupienie się na wyjątkach, a nie regule, powoduje utratę konsensusu względem podstawy komunikacji, tj. podzielany obraz świata, w tym skuteczności i działania medycyny konwencjonalnej.

Te trzy czynniki nie wzmacniają analitycznego, pogłębionego i krytycznego namysłu, albowiem liczy się przekaz krótki, wyrazisty, emocjonalny. Słowem, istotna jest zdolność przyciągania uwagi, którą badacze określają mianem atencjonalizmu. Pojęcie to interesująco opisują Alexander Bard i Jan Söderqvist w mało niestety znanej książce „Netokracja. Nowa elita władzy i życie po kapitalizmie”. Wiążą je z późnym kapitalizmem, albowiem uwaga, jak wcześniej posiadanie ziemi (feudalizm) czy kapitału (wczesny kapitalizm), jest dzisiaj podstawowym zasobem.

Nawiasem mówiąc, to o uwagę właśnie walczą korporacje medialne, aby potem móc je wykorzystywać za pomocą algorytmów w celu zarządzania naszą uwagą, a koniec końców, wiedzą i decyzjami: od wyboru treści kulturalnych, potrzebne towary, które musimy kupić, po decyzje polityczne.

Kluczowy jest tutaj fakt, że zdolność przyciągania uwagi, swoista ekonomia uwagi, wpływa na to, co ludzie myślą, a to, co myślą, wpływa na ich decyzje. Uwaga to nic innego jak siła oddziaływania, wygrywanie w narzucaniu swojej narracji i poglądów kosztem uzasadnionej lub nieuzasadnionej naukowo treści samego przekazu. Kto stworzy rozleglejszą sieć skupiającą uwagę, niezależnie od prawdziwości treści, ten wygra – nauka działa jak polityka. Nie jest zatem istotne, kto ma rację, ale kto zgromadzi mocniejszych sojuszników, np. w postaci orędowników wolności wyboru, braku zaufania do koncernów medycznych i systemu ochrony zdrowia. W tym sensie np. siła antyszczepionkowych blogów jest silna słabością instytucjonalnej nauki, która nie potrafi zdobyć takiej uwagi.

Problem ten od razu naprowadza na drugą przyczynę, a jest nią niedocenienie i zaniedbanie przez polską naukę kwestii popularyzacji wiedzy naukowej, zarówno przez humanistów, jak i przedstawicieli nauk medycznych.

Przykładowo, badacze z zakresu nauk humanistycznych oraz społecznych (etnologii, socjologii, kulturoznawstwa, psychologii społecznej, politologii) piszą artykuły oraz książki z myślą o parametryzacji. Tworzą wszak naukę, która musi być recenzowana, ukazywać się w odpowiednich czasopismach oraz wydawnictwach (lista wydawnictw jest co jakiś czas aktualizowana). Ich język jest stosunkowo hermetyczny, jasny dla kręgu wtajemniczonych, słowem trudny do przebrnięcia dla kogoś spoza kręgu adeptów wykształcenia ogólnohumanistycznego. Nie idzie tutaj o brak inteligencji, lecz o (nie)umiejętność mówienia pewnym językiem. Polska nauka istnieje dla polskiej nauki. Książki, szczególne te na stopień, tj. doktorat czy habilitację, wręcz nie powinny być zrozumiałe dla ogółu społeczeństwa, gdyż podważałoby to elitarną pozycję piszącego. Ci „malutcy” nie mogą rozumieć – właśnie po to, aby uświadamiać sobie każdorazowo, że są malutcy. Niewielu jest badaczy, którzy chcą pisać innym językiem, tj. zrozumiałym dla ludzi spoza swojej dyscypliny, nie każdy potrafi tak pisać i nie wszyscy są do tego odgórnie przymuszani. Uważam że ta sytuacja sprzyja po części samym badaczom, gdyż ich tezy nie są poddawane szerszej weryfikacji, na którą zwykle reagują alergicznie. Jeśli już niektórzy z nich piszą „dla ludzi”, to zawsze pojawia się zarzut nienaukowości czy zarzut publicystycznego tonu, a przecież pisanie humanistyki nie musi być pisaniem szyfrem (warto docenić pisanie Anglosasów). Nikt, np. na uniwersytecie, nie uczy badaczy dobrej popularyzacji swojej wiedzy, z tego względu nie trafia ona do publicznego, szerszego obiegu. Siłą rzeczy nie wchodzi także na rynek wydawniczy, który promuje to, co będzie się sprzedawało, a co nie oznacza, że ma swój merytoryczny poziom. Z tego bezpiecznego i zacisznego miejsca można się poznęcać nad jakąś popularnonaukową książką, jakimś autorem-amatorem albo dziennikarzem naukowym, jak np. Łukasz Łamża, tudzież poznęcać się nad popularnością wybranych kanałów czy podcastów.

Trzecia przyczyna to brak kształcenia dziennikarzy naukowych. Specjalności takie na kierunku, jakim jest dziennikarstwo oraz komunikacja społeczna, albo nie istnieją, albo są likwidowane. Kształci się bowiem pod rynek, a nie pod społeczne potrzeby.

To o tyle dziwne, że w czasie pandemii spora część ludzi poszukiwała brakującej lub w niesatysfakcjonujący sposób przekazywanej wiedzy naukowej. Z tego względu mieliśmy do czynienia z powstawaniem różnych cyfrowych kanałów skupionych na problematyce naukowej.

Ponadto od prowadzącego kurs dziennikarstwa popularnonaukowego wiem, że nawet gdy studenci piszą dobre prace, to nie chcą ich nigdzie wysyłać w celu publikacji. Mało kto z nich wiąże bowiem swoją przyszłość z tą dziedziną dziennikarstwa. Szkoda, że ich prace licencjackie i magisterskie zakurzą się w cyfrowym archiwum uniwersyteckim, przeczytane jedynie przez promotora i recenzenta. Na palcach jednej ręki policzyłbym osoby, które podjęły trud przerobienia tych prac na artykuły naukowe lub/i popularnonaukowe.

Brak porządnego dziennikarstwa naukowego łączy się z także ze słabą obecnością w publicznej telewizji wysokiej jakości programów edukacyjno-naukowych oraz popularnonaukowych. Czy nie jesteśmy w stanie stworzyć współczesnego odpowiednika „Sondy”?

Piąta przyczyna wynika z faktu, że jeśli raz pewne przekonanie weszło w medialny obieg, trudno je zatrzymać oraz sprawić, aby ludzie przestali w nie wierzyć. Tak było w przypadku powiązania szczepionek z autyzmem oraz tzw. efektem Mozarta. Przekonania, które wydają się nam mieć jakieś naukowe uzasadnienie, często są błędne właśnie dlatego, że na pewnym etapie zdobywania wiedzy uznaliśmy je za fakt i nigdy więcej ich nie weryfikujemy. Czy niejedzenie czarnej końcówki od banana jest zasadne? Czy naprawdę nie można mieszać alkoholi? Czy koty „lubią” mleko? Czy rosół pomaga na przeziębienie? Jesteś pewien, że Twoje odpowiedzi są poparte naukowo?

Wynika to także z faktu, że mało kto z nas jest ekspertem w jakiejś dziedzinie. Każdy z nas jest w większości dziedzin laikiem, który musi bazować na zaufaniu do ekspertów, gdyż nie ma ani kompetencji ani czasu sprawdzać wszystkiego na własną rękę – życie stałoby się wtedy koszmarem. Ponadto nauka się zmienia – wystarczy porównać wiedzę o autyzmie sprzed dziesięciu lat z dzisiejszą, o „płciach mózgu” i neuroseksizmie, feromonach i różnych wymysłach psychologii ewolucyjnej.

Już te pięć przyczyn pokazuje, że daleko posunięty sceptycyzm względem wiedzy naukowej nie jest samym problemem wiedzy naukowej, ale całej złożonej i heterogenicznej sieci różnych aktorów, co już dawno temu opisał Ludwik Fleck, polski badacz mechanizmów wytwarzania i przekazywania wiedzy naukowej. Zmediatyzowanie wiedzy, utrata informacyjnego monopolu państwa oraz spadek autorytetu nauki muszą skutkować pokawałkowaniem wiedzy oraz swoistym chaosem informacyjnym.

Jeśli dodać do tego medialno-komunikacyjnego obrazu takie przyczyny, jak brak zaufania do państwa i innych ludzi (neoliberalny trening zrobił swoje), swoiste „korumpowanie nauki” (pisał o tym Sheldon Krimsky w książce pod tym tytułem), w tym także organów odpowiedzialnych za kontrolę firm farmaceutycznych, indywidualizm i troskę o własne zdrowie „tak, jak ja je pojmuję”, stan ochrony zdrowia, popularność „medycyny alternatywnej”, podsycane przez popkulturę technolęki – to nie ma się co dziwić, że część ludzi odmawia zaszczepienia się. Oni nie są głupi. Robią to, do czego byli latami warunkowani. Tego nie da się mentalnie cofnąć na pstryknięcie palcem. Sceptycy nie wzięli się znikąd. Wyjścia w takiej sytuacji są dwa: albo przymusowo szczepić obywateli, analogicznie jak to robiono w poprzednim ustroju i uznać, że zakres paternalizmu państwa jest tutaj uzasadniony, co oznacza, że państwo wie lepiej niż obywatel, albo opracować odpowiednią strategię komunikacji społecznej.

Znamy przyczyny społecznego sceptycyzmu. Trzeba teraz potrafić tej sytuacji zaradzić, a nie pomstować z wyżyn elitarnego dyskursu na „szurię”, bo to tylko pogłębia problem. Państwo polskie nie po raz pierwszy okazało się absolutnie bezradne wobec przekazania swoim obywatelom rzetelnej wiedzy dotyczącej jakiegoś zjawiska czy faktu. Z pandemii nie wyciągnięto żadnych medialno-komunikacyjnych wniosków. To bardzo źle wróży na przyszłość, szczególne, że nie widać żadnej chęci naprawy tego stanu rzeczy.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Do broni, piraci!

Do broni, piraci!

Duchy i upiory wracają ze zdwojoną mocą, by znowu zadać nam pytanie znane od tysiącleci (a przynajmniej od czasu, gdy w MTV królowali Michael Jackson i Peter Gabriel) – jaka jest cena słuchanej przez nas muzyki. Mija ponad dwadzieścia lat, odkąd Lars Ulrich z Metalliki, ubrany w garnitur i występujący w asyście dwóch prawników, zarzucił przedstawicielom firmy Napster kradzież muzyki zespołu. Czytelnikom, którzy nie mieli okazji korzystania z programów peer-to-peer we wczesnych latach dwutysięcznych, wyjaśnię tylko, że Napster był jednym z pierwszych programów, które pozwalały na pobieranie muzyki (czy innych treści) bezpośrednio z dysków innych użytkowników. W wielkim skrócie: tzw. file sharing zakładał, że nie istnieje żaden centralny serwer, do którego możemy się połączyć, ponieważ pliki pobierane są po kawałku od innych użytkowników, udostępniających go w zamian za możliwość pobierania kolejnych. Fakt, że sieć była oparta na prywatnych użytkownikach, sprawiał, iż trudno było wskazać, kto dokonał naruszenia prawa własności intelektualnej. Dystrybutor programu tłumaczył się, że w żadnym momencie nie rozpowszechniał nielegalnych utworów, a prywatni użytkownicy byli poza radarem wielkich holdingów dysponujących prawami autorskimi.

Pozew Larsa Ulricha był ważny dlatego, że przełamał nienamacalną barierę odpowiedzialności – poza atakiem na Napstera pokazał, iż przy odpowiedniej dawce dociekliwości możliwe jest również wskazanie, z imienia i nazwiska, wszystkich osób, które pobrały dany plik. Popularność perkusisty Metalliki sprawiła, że proces był relacjonowany w prasie oraz w głównych wydaniach amerykańskich wiadomości telewizyjnych. Zamiast przynieść zamierzony sukces, rezultat okazał się jednak odwrotny – medialny szum powiększył tylko grono użytkowników, którzy nie dowiedzieliby się o istnieniu Napstera gdyby nie szerokie zainteresowanie tematem w mediach. Bezpowrotnie odbiło się to także na reputacji zespołu, który w świetle postępowania jawił się jako banda bogaczy, którzy zapomnieli o swoich korzeniach; jako oderwanych od fanów biznesmenach optymalizujących zyski. Rozwój technologiczny sprawił, że formalne zwycięstwo Ulricha nie miało żadnego znaczenia – Napster, który przestał istnieć, został zastąpiony całym repertuarem nowych programów oraz stron z torrentami.

Mając za sobą to historyczne wprowadzenie – rozejrzyjmy się dookoła. Spotify i Apple Music stały się najpopularniejszymi abonamentami na świecie. Ostatnia dekada wypełniona była deklaracjami o śmierci piractwa i konkluzjami, jakoby dobra jakość świadczonych usług oraz atrakcyjna z punktu widzenia konsumenta cena były kluczem do sukcesu. Żaden artysta nie musi już przeżywać dramatu Zbigniewa Hołdysa, który wiele lat temu deklarował, że gdyby nie internetowi piraci to byłby jak Eric Clapton. Bezkres muzyki w cenie jednego obiadu w barze mlecznym. Piractwo się skończyło, a artyści wreszcie znaleźli parasol ochronny, który gwarantuje im uczciwe zarobki. Cięcie.

0,004 dolara. Tyle wynosi uśredniona stawka, którą Spotify wpłaca dystrybutorowi (bo nie mylmy tego z artystą) za jedno przesłuchanie piosenki. W zależności od ilości kont premium może ona wynosić mniej lub więcej, aż do zawrotnej kwoty 0,005 USD. Artysta otrzyma wynagrodzenie odpowiednio pomniejszone przez dystrybutora, który również ma swój udział – będzie to wytwórnia muzyczna, albo jeden z dostępnych w internecie dostawców, którzy w zamian za miesięczny abonament „wrzucą” naszą muzykę do serwisów streamingowych. O ile internetowi dystrybutorzy oferują bardzo dobre warunki, które pozwalają artystom na zachowanie praw do 100% należności od streamingów o tyle nie pomogą oni przy promocji i pozycjonowaniu potrzebnym do osiągnięcia rozgłosu – promocja pozostaje na barkach artysty. W przypadku wytwórni muzycznych potrącany muzykom procent nie jest już tak zadowalający. Szanowni czytelnicy muszą mi uwierzyć na słowo, że w swoich rękach trzymam właśnie umowę z jedną z czołowych wytwórni muzycznych na rodzinnym rynku fonograficznym. Przechodząc do ustępu zatytułowanego „Wynagrodzenie”, można w niej przeczytać następujący podpunkt:

„W zamian za przeniesienie praw, udzielenie wszystkich licencji i zezwoleń, o których mowa w niniejszej umowie NASZA FIRMA zobowiązuje się płacić wynagrodzenie w wysokości 18% od wszystkich Przychodów uzyskanych przez NASZĄ FIRMĘ na podstawie i wykonaniu niniejszej umowy z dystrybucji cyfrowej oraz 10% od wszystkich przychodów uzyskanych przez NASZĄ FIRMĘ na podstawie i wykonaniu niniejszej umowy ze zwielokrotniania i wprowadzania nagrania do obrotu na Płytach”.

Możemy oczywiście wspomnieć, że w przypadku wielkich artystów, obecnych na rynku od lat, ich umowy wyglądają zupełnie inaczej. Zwłaszcza jeśli dodatkowo są oni właścicielami własnych albumów. Natomiast w świecie młodych twórców standard jest daleki od zadowalającego. Zwykło się mawiać, że na albumach nie da się już zarobić, dlatego służą one jedynie jako pretekst do trasy koncertowej. Jednak od czasu pandemii pojawiają się głosy, które wskazują, że koncertowanie staje się coraz mniej opłacalne, a trasa służy jako pretekst do sprzedawania koszulek i płyt. Zestawmy to teraz z pytaniami, które pojawiają się za każdym razem, gdy jeden z tych wielkich zespołów ogłasza koniec kariery: „Kto ich teraz zastąpi?”, „Legendy odchodzą, a gdzie ich zastępstwo?”. Gdzie? Od 8:00 rano w pracy. Jak w wielu innych dziedzinach życia. Rynek sprzyja wielkim graczom i ulubieńcom tłumów, a wszystkich innych pozostawia w przydrożnym rowie.

Problem jest bardzo złożony. Po pierwsze – Spotify nie jest jednym winnym. Jest jedynie tym najbardziej winnym. Łatwo powiedzieć, że stawki konkurencji (Apple Music i Tidala) są wielokrotnie wyższe, ale i tutaj trudno mówić o rewelacji. Przewagą konkurencji jest jednak ich powściągliwość w komentowaniu obecnego stanu rynku fonograficznego. Damian Elk, CEO Spotify, od czasu do czasu wychodzi na sceny różnorakich konferencji, by powiedzieć z dumą, że „minęły już czasy, w których nagrywa się album co dwa lata i można z tego żyć”, podkreślając, że w dzisiejszych czasach artyści powinni „angażować swoje grono odbiorców jak najczęściej i nie dać o sobie zapomnieć”. Zakładam, że ma na myśli powrót do lat 60. i wydawanie singli, które nijak nie mają związku z albumem. Prezes Elk spotkał się także z falą krytyki (która była bezpośrednią inspiracją dla napisania tego tekstu), gdy niedawno postanowił zainwestować pieniądze zarobione na Spotify. Jego inwestycja w niemiecki startup, produkujący bojowe drony oparte na sztucznej inteligencji, opiewała na ponad 600 milionów euro. Doprowadziła do ucieczki ze Spotify wielu rozpoznawalnych wykonawców, którzy mieli poczucie, że należne im pieniądze trafiły do niemieckiej zbrojeniówki.

Gdyby tego było mało – kierownictwo Spotify podjęło decyzję o zaprzestaniu wypłat należności za utwory, które nie wygenerowały przynajmniej tysiąca odsłuchań. Ku zaskoczeniu nikogo, chwilę po podjęciu tej decyzji spotkała ich fala krytyki, bo skoro można podjąć decyzję o wyznaczeniu arbitralnej ilości odsłuchań, które uprawniają utwór do należności licencyjnych to czemu nie można byłoby tej ilości podnieść? Są pewne granice, których nie powinno się przekraczać, jednak kierownictwo szwedzkiej platformy nie bierze tego pod uwagę, bo podczas wystąpienia dla inwestorów (tzw. Investors call) przekazano, że granica „wypłacalności” ulegnie zmianie. Z przyzwyczajenia zaryzykuję prognozę – na gorsze.

Wojskowe drony oparte na AI nie są jednym wątkiem związanym ze sztuczną inteligencją. Spotify nie ma problemu z tworzeniem własnych „artystów” AI, którzy pozwalają uniknąć im wydatków na najbardziej kłopotliwy koszt ich działalności – wypłatę wynagrodzeń należnych artystom.

Warto pamiętać o jeszcze jednej kwestii, która dotyczy wszystkich platform streamingowych. Yannis Varoufakis, grecki minister finansów z czasów kryzysu strefy Euro, lubi w swoich wystąpieniach podkreślać, że 2008 rok (upadek banku Lehmann Brothers i kryzys na giełdzie) nigdy się nie skończył, a problem, który wypłynął wówczas na wierzch – nigdy nie został rozwiązany. W podobnym tonie mógłbym powiedzieć, że 1998 rok również się nigdy się nie skończył i skandal tak zwanej payolla został zamieciony pod dywan, dalej podtruwając wszystkich w pomieszczeniu. Payolla polegała, w telegraficznym skrócie, na podporządkowaniu lokalnych nadawców i rozgłośni radiowych wielkim holdingom, co doprowadziło do sytuacji, w której ramówka programowa nie była indywidualna dla każdej z nich. Zamiast setki lokalnych DJ’ów i ich osobistych gustów muzycznych amerykańskie stacje radiowe dostawały listy piosenek, które miały pojawiać się w repertuarze rozgłośni. Ku zaskoczeniu nikogo, na ramówki i ich kompozycję miały wpływ licytujące się ze sobą wytwórnie muzyczne pokroju Sony ATV czy Universal Music Group. Ten, który zapłacił najwięcej, mógł skuteczniej lansować artystów ze swojej stajni. Naiwnym byłoby zakładanie, że proceder ten został w jakikolwiek sposób ukrócony – nagłośnienie tej patologii w końcówce lat 90. było jedynie wypadkiem przy pracy. Odczucia mówiące, że „w kółko leci to samo”, nie biorą się znikąd.

Wyprzedzająco chciałbym odnieść się do pytania, które może krążyć w głowie czytelnika: „Czego w takim razie używać, jeśli nie Spotify”. Odpowiedzi jest wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Najprostszym rozwiązaniem będzie przejście na inną aplikację, na przykład na Tidala, który płaci artystom wielokrotnie więcej, a ponadto oferuje specjalną bonifikatę, która zakłada, że najpopularniejszy artysta w miesięcznym zestawieniu otrzyma 25% wysokości abonamentu opłacanego przez użytkownika. W sieci można znaleźć mnóstwo programów i stron internetowych, które gwarantują bezbolesne przenosiny i zachowanie skrzętnie układanych playlist. Opcją drugą, równie stosowną, jest powrót na burzliwe morza i dołączenie do pirackiej załogi. Zyskujący na popularności slogan: „Jeśli kupno nie czyni mnie właścicielem, to piractwo nie jest kradzieżą”, popycha coraz więcej osób w tym właśnie kierunku. Mógłbym przytoczyć anegdotę o tym, jak próbowałem, w legalny sposób, obejrzeć film biograficzny o Elvisie – tylko po to, żeby się poddać (mimo płacenia za AppleTV) i skorzystać z pewnej rosyjskiej strony, ale tematykę filmów pozostawię na osobny materiał.

Moglibyście zadać pytanie: jaki jest sens rekomendowania piractwa, skoro punktem wyjścia dla artykułu było stwierdzenie, że Spotify jest złe, bo nie płaci artystom. Czy korzystanie z torrentów i zatoki piratów nie jest jeszcze gorsze? W mojej opinii nie – groszowe stawki wypłacane muzykom nie są warte tego, by legitymizować biznes pokroju Spotify. Stąd coraz częstsza praktyka wykonawców, którzy publikują swoje nagrania na pirackich serwisach, z dopiskiem „jeśli ci się podoba, to kup naszą płytę na Bandcampie”. Jeśli słuchacze mają możliwość, chęć i środki na kupowanie albumów i biletów na koncerty, to powinni wspierać swoich ulubionych artystów w ten sposób, ale marginalne wynagrodzenia oferowane przez korporację dowodzoną przez Elka nie powinny brać nas na zakładnika. To właśnie przedstawienie piractwa jako niemoralnego nijako legitymizuje płacenie firmie pokroju Spotify za dostęp do muzyki.

W czasach, gdy domyślną formą konsumpcji muzyki było kupowanie albumów, piractwo jawiło się, mniej lub bardziej słusznie, jako kradzież. Dzisiaj staje się wyrazem buntu przeciwko cyfrowym gigantom i ich wrodzonej potrzebie maksymalizacji zysków i cięcia kosztów. Sytuacja na rynku fonograficznym nie poprawi się, dopóki nie podupadnie pozycja szwedzkiego giganta. Tego samego giganta, który na rynku pojawił się jako firma zajmująca się obsługą reklamodawców – muzyka nigdy nie była tu priorytetem.

Michał Szymański

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay

Disco polo jako powyborcza epifania

Disco polo jako powyborcza epifania

Pojęcie epifanii, poza znaczeniem religijnym, odnosi się do olśnienia poznawczego, nagłego zrozumienia czegoś, specyficznego wglądu w dane zagadnienie wynikającego z pozornie zwykłego doświadczenia czy odkrycia szczegółu.

Takiej epifanii doświadczył dziennikarz „Rzeczypospolitej” Mariusz Cieślik. Na łamach tejże gazety, 8 sierpnia, a więc w dwa dni po zaprzysiężeniu nowego prezydenta, stwierdził, iż „Mapy poparcia dla Karola Nawrockiego i popularności disco polo z grubsza się pokrywają”.

Rzecz jasna deklaruje on, że przez lata wzruszał ramionami na skojarzenie łączące ten gatunek muzyki z PiS-em oraz telewizją pod rządami Jacka Kurskiego. Przenikliwie zauważa, iż antypatia i ostentacyjna niechęć do disco polo to deklaracja nie tylko estetyczna (disco polo jego zdaniem nie może być dobre, jest po prostu złe z natury i obciachowe), lecz także światopoglądowa oraz polityczna. Stwierdza, że nie pogardza ludźmi słuchającymi tej muzyki i uważa, że powinna mieć ona swoje miejsce w telewizji, byle działo się to z umiarem. Tego umiaru zabrakło ponoć w czasie prezesury Jacka Kurskiego, który wykorzystał disco polo nie tylko dla oglądalności, ale przede wszystkim do sprowokowania elit – i to sprowokowania cynicznego, gdyż sam disco polo zapewne nie słucha. Polski dziennikarz zauważa, że jeśli Kurski, jak deklaruje, lubi twórczość Jacka Kaczmarskiego, to nie może słuchać disco polo, gdyż to dwa estetycznie różne światy, które nie są ze sobą współmierne, nie mogą, by tak to ująć, pomieścić się w jednej osobie.

Mówiąc w skrócie, Cieślik zauważa, iż Zenek stał się twarzą PiS-owskiej zemsty na elitach, analogicznie jak Shoshana z „Bękartów wojny” była twarzą zemsty żydowskiej.

Mnie to natomiast nie przeszkadza. Kultura, funkcjonująca w mediach i poprzez media, jest obszarem ideologicznego starcia pomiędzy klasą dominującą a klasą podporządkowaną. Dzisiaj, powiedzmy, m.in. profesjonalną klasą menadżerską złożoną np. z dziennikarzy a ludem, który ma swój gust niespełniający wyśrubowanych wymagań elit (zresztą w sporej części przypadków tychże elit ich „inteligenckość” to naiwny performance). Przyznam, że odczuwałem satysfakcję płynącą właśnie z muzycznej zemsty, gdy Zenek królował na jednym z telewizyjnych sylwestrów, a mainstreamowi dziennikarze, jak Bartłomiej Chaciński, ogłaszali, iż schodzą do podziemi.

Wiadomo, że gdy elita wyśmiewa i upokarza klasę ludową za jej gust, przykładowo muzyczny, to jest okej, wolno jej, gdyż jest elitą, ale jeśli partia ów lud reprezentująca pokazuje disco polo, to oznacza „prowokację elit”. Ich prowokować nie wolno ani złym spojrzeniem skrzywdzić.

Cieślik zauważa, że nie chodzi o samo disco polo (niech sobie będzie w telewizji), byle nie było go za dużo. To dobrze, że łaskawca dopuszcza w ogóle obecność tej muzyki w publicznej telewizji – podkreślę: publicznej, a nie elitarnej, gdyż w latach 90. rzecz miała się zgoła inaczej, co dobrze obrazują wypowiedzi twórców w filmie pt. „Bara, Bara”. Pytanie kluczowe brzmi: na podstawie jakich danych uznaje on, iż disco polo było za dużo? Jak przedstawia się procentowy wzrost disco polo w stacjach telewizyjnych oraz radiowych zarządzanych przez PiS-owską władzę? Od jakiej skali zaczyna się discopolowe przegięcie oraz kto ma je wyznaczać? Cieślik?

Disco polo od czasów transformacji ustrojowej było wciągnięte w swoistą wojnę kulturową między „elitami” a „ludem”, a dokładniej mówiąc między wyobrażeniami wyobrażonych elit na temat wyobrażeń wyobrażonego ludu. W tym sensie disco polo jest czymś więcej niż tylko gatunkiem muzycznym. Ujmowane w perspektywie klasowej jest etykietą służącą do stygmatyzowania i ośmieszania ludzi mniej zamożnych, ze wsi i małych miasteczek. To oni bowiem w wyobrażeniach elit dysponują mniejszym czy po prostu innym kapitałem kulturowym, w związku z czym nie pasują do modernizującej się Polski ze względu na swój jakoby „ludowy” gust estetyczny, kojarzony z kiczem, a ogólniej z pewnym stylem życia wyrażanym poprzez tę muzykę. Jego słuchacze muszą zostać poddani edukacji muzycznej, w tym przemianie wizerunkowo-estetycznej oraz przemianie mentalnej, aby dołączyć do wyobrażonej klasy średniej, reprezentującej odpowiednie dla niej wartości, objawiające się między innymi w guście muzycznym czy szerzej kulturalnym, budującym obraz pożądanego, w domyśle liberalnego obyczajowo i neoliberalnego ekonomicznie stylu życia.

Przyglądając się historii disco polo należy odnotować, że okres największej popularności tego gatunku muzycznego przypadł na lata dziewięćdziesiąte XX wieku, przy czym w pierwszej ich połowie miał się chyba lepiej niż w drugiej. Do roku 2012, kiedy zawrotną karierę zrobiła piosenka Weekendu, o disco polo stosunkowo niewiele się mówiło (zresztą ten fenomen zasługuje na porządną monografię naukową). Monika Borys trafnie zauważyła, że piosenka „Ona tańczy dla mnie” stała się „symbolem nowej fali disco polo”. Jako że jest to utwór całkiem dobry, z miłym dla oka teledyskiem, osiągnął ogromny sukces (pierwsza polska piosenka, która trafiła na listę stu najpopularniejszych piosenek na YouTubie, po czterech latach mając sto milionów odsłon). Warto jednak podkreślić, że w chwili pojawienia się tej piosenki, a dobrze pamiętam ten czas, była ona powszechnie kojarzona nie tyle z disco polo, choć miała wiele cech gatunku, ile raczej z muzyką pop, co pokazuje, że disco polo w nowej formule, w nowych estetycznych dekoracjach, może się odnaleźć i być słuchane zarówno na weselu, jak i w dyskotece.

Ażeby zobaczyć argumentacyjną „strukturę długiego trwania”, jaka była stosowana przez elity intelektualne w latach dziewięćdziesiątych, a dziś jest powielana, przyjrzę się kilku wybranym narracjom medialnym na temat disco polo.

Monika Borys w książce „Polski bajer” przypomina dyskusję dotyczącą disco polo, jaka miała miejsce na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1996 roku. Była ona próbą nakreślenia granic pomiędzy sacrum sztuki wysokiej a profanum kultury popularnej. A także, co nie mniej ważne, próbą wyznaczenia miejsca w okresie potransformacyjnym inteligencji jako grupie społecznej. Borys ma rację stwierdzając, że Tadeusz Sobolewski, który dyskusję tę wywołał, nie zwraca uwagi na podziały warunkujące pozycje w hierarchii społecznej, a więc i dostęp do kultury. Jak pisze warszawska kulturoznawczyni: „Sobolewskiemu nie tyle chodzi o krytykę konkretnych cech disco polo – traktuje je powierzchownie, nie zagłębiając się w muzyczne niuanse – ile raczej o wyznaczenie jasnych granic estetycznych i jednocześnie społecznych; chce uświęcić swoją pozycję, a wszystko co jest «disco polo», uznać za profanum. W takiej wizji kultury linie podziału są ostre. Sobolewski pisze o tym wprost: «stoimy za blisko siebie»”.

Postawa Sobolewskiego uwidacznia kilka istotnych kwestii, które będą się niezmiennie pojawiały aż do dyskusji o disco polo dzisiaj. Pierwsza to kwestia klasowości i absolutyzacji własnego gustu estetycznego jako znaku rozpoznawczego przynależności do klasy wyższej. Drugą jest brak najmniejszej choćby próby zrozumienia fenomenu disco polo jako interesującego zjawiska kulturowego. Część intelektualistów tamtego czasu, wypowiadająca się o disco polo, uważała, że nie trzeba poznawczo wnikać w ten fenomen, żeby móc się o nim wypowiadać, gdyż to, co gorsze nie zasługuje na antropologiczną czy socjologiczną refleksję. Disco polo jakie jest, każdy widzi. To właściwie zadziwiające, że fenomen disco polo nie doczekał się pogłębionego namysłu, a refleksja nad nim istnieje, poza kilkoma artykułami naukowymi, jedynie w formie dziennikarsko-publicystycznej. Ten brak szerszego spojrzenia osadzonego w kontekście społeczno-historycznym lat dziewięćdziesiątych XX wieku, sprawia, że zamiast mówić o rzeczywistości disco polo, mówi się o swoich wyobrażeniach, do tego tak mocno przenikniętych oceną i wartościowaniem, że wręcz uniemożliwiających jej zrozumienie. Sformułowaniem, które ma załatwić całą sprawę, jest kicz, jak określa się disco polo. Nie ma gorszej obelgi, kicz jest granicą klasowości, społecznej dystynkcji. Nie zajmujmy się tą szmirą, chciałoby się powiedzieć, albowiem, jak twierdzi trafnie Borys: „Piętno społecznego wstydu, którym obarczona jest discopolowa kultura, ma obezwładniającą moc – do tego stopnia, że nie pozwalało to na dokładniejsze przyjrzenie się chodnikowej twórczości i kryjącym się w niej fantazjom. Uznanie tego nurtu w całości za nieinteresujący kicz spowodowało, że ogromny obszar polskiej wyobraźni nadal pozostaje nieodkrytym lądem”.

Jednym z najciekawszych z mojego punktu widzenia głosów dotyczących disco polo była wypowiedź Roberta Leszczyńskiego, odnotowującego z radością – choć zupełnie błędnie, jak się okaże – śmierć disco polo. Leszczyński, w odróżnieniu od Sobolewskiego, ma pojęcie o samej muzyce, co jednak nie zmienia tego, że jest do niej wrogo nastawiony. W artykule „Pogrzeb disco polo”, opublikowanym w „Gazecie Wyborczej”, odnotowuje z lubością: „Od kilku miesięcy nakłady kaset z muzyką disco polo spadają na łeb, na szyję! Disco polo przegrywa z muzyką pop i na powrót staje się prowincjonalnym folklorem”. Dalej pisze: „Można powiedzieć, że disco polo wraca do domu. Oczywiście ta muzyka nie zniknie z dnia na dzień, ale spadek zainteresowania publiczności wymusi taką samą reakcję w mediach. Disco polo będzie się marginalizować, aż zajmie miejsce, jakie zajmują jej odpowiedniki w innych krajach. Całe to zjawisko, które napędziło takiego stracha elitom kulturalnym, okazało się krótkotrwałą eksplozją. Wybuch był proporcjonalny do siły, z jaką ta muzyka była przez lata tłamszona przez «oficjalny obieg». Kiedy przyszedł wolny rynek w mediach i fonografii, publiczność upomniała się o «swoją muzykę». Z czasem jednak spowszechniała i nawet najwytrwalsi fani zauważyli jego monotonię. Sięgnęli po więcej. Wyedukowali się. To najwspanialszy finał, jaki można sobie wyobrazić”.

W jego ujęciu muzyka disco polo to prowincjonalna muzyka niewyedukowanych słuchaczy, która przegrała ze znacznie lepszą, „o piekło lepszą”, jak mówi Leszczyński, muzyką pop. Pomijając już, że tym o „piekło lepszym” zespołem miała być według dziennikarza muzycznego m.in. Mafia (wystarczy samemu zapoznać się z tekstami kilku ich piosenek, by zobaczyć w nich banał, a nawet grafomanię), to należy podkreślić pewną wymowną sprzeczność w jego wypowiedzi. Otóż wprost przyznaje, z jednej strony, że ta muzyka była „latami tłamszona” przez „oficjalny obieg”, z drugiej zaś strony „wolny rynek” spowodował, że disco polo umiera, bo publiczność sama wybiera, czego chce słuchać.

Ta sprzeczność jest znakomitym przykładem pewnego z ducha neoliberalnego zakłamania elit intelektualnych, w tym szczególnie dziennikarzy muzycznych, jako funkcjonariuszy systemu medialnego będącego w rękach klasy uprzywilejowanej. Media miały na celu zbudowanie hegemonii kulturowej poprzez narzucenie ludziom z klasy podporządkowanej własnego gustu, w tym ideologii za tym gustem stojącej. Jak ma się „tłamszenie” do „wolnego rynku” nie sposób pojąć, trudno też uznać coś za świadomy wybór odpowiedniej muzyki, jeśli ta jest po prostu narzucana. Elity intelektualne, w tym dziennikarze muzyczni pokroju Leszczyńskiego, tkwią w zaklętym kręgu swoich wyobrażeń, albowiem najpierw sami medialnie „tłamsili” disco polo, mówiąc potem, że to nie oni, lecz wolny rynek, który przecież, jak widać, wolny nie jest. Przemoc, jak to u neoliberałów, zawsze uzasadniania jest wolnym rynkiem.

Z kolei inny elitarny krytyk disco polo, Zbigniew Mikołejko, wpisywał kontrowersję wokół disco polo w napięcie między paternalizmem państwa i wolnością jednostki a sztuką wysoką, ujawniając jednocześnie swój stosunek do relatywizmu kulturowego. W wywiadzie z filozofem dziennikarka stwierdza: „Od lat panowała moda na zrównywanie wartości, kultur, dzieł sztuki. I w jakimś sensie byliśmy za tym. Chcieliśmy być poprawni politycznie, czyli oszukiwaliśmy, nie chcieliśmy mówić jak jest. Było modnie uważać, że opowieści przekazywane ustnie w plemionach afrykańskich są równe dziełom Szekspira. Powstały po prostu w innej kulturze, w innym kontekście, w innej tradycji”. Mikołejko skwapliwie podchwytuje tę wypowiedź, dodając: „Ja nie byłem tego zwolennikiem. Jestem orędownikiem silnej demokracji, ale też silnego państwa, które w sposób rozumny tworzy granice dla zbyt szeroko rozumianej wolności. Takiej, która pozwala każdemu na wszystko, co mu się żywnie podoba”.

Odpowiedź Mikołejki zmusza do zadania pytania o to, kto i jaką miarą „rozumności” będzie ograniczał tę artystyczną wolność, wyznaczał granice zbyt daleko idącej wolności estetycznej, bo jest jasne, że w przypadku disco polo należy je poza te granice usunąć. Powodem tego jest to, że – jak stwierdza dziennikarka – „nasza demokracja dokonała wielu niewłaściwych wyborów”, sprawiając, że „na szczycie sukcesu finansowego i medialnego są więc często ludzie, którzy nie tworzą trwałych wartości, nie pracują dla wartości i rzeczy naprawdę istotnych”. Pomijając już, czy to faktycznie demokracja jest tutaj jedynym i głównym sprawcą, Mikołejko stwierdza, że „oglądalność disco polo w telewizji będzie większa niż oglądalność wyrafinowanego teatru lub filmu. Tyle że po piosenkach disco polo nie zostaje w nas nic, one nic w nas nie zmienią, niczego nie nauczą, nie rozproszą naszych lęków. Zostaje tylko – z reguły bezczelne – usprawiedliwienie dla złego gustu, dla schlebiania mu i zwolnienia ludzi z myślenia”. W tej wypowiedzi widać absolutyzację swojego elitarnego gustu, z punktu widzenia którego wszystko inne jest godne pożałowania. Jeśli jest się profesorem filozofii, można zakładać, że teksty piosenek discopolowych oraz przynależna im estetyka nie spełnią wymagań stawianych im z zupełnie innego pułapu. To oczywiste. Problem w tym, że nie wszyscy są intelektualistami i profesorami filozofii.

Wzmiankowane przez Mikołejkę „nas” jest, po pierwsze, stosunkowo nieliczne, a po drugie, dlaczego media miałyby ograniczać prawa większości do reprezentacji swojego własnego gustu w postaci danego gatunku muzycznego? Media są publiczne, a nie elitarne, by przywołać wcześniejsze słowa. Mikołejko ma po prostu nadzieję na ręczne regulowanie tego, co powinno być w mediach, zgodnie z jego własnym gustem. Ponadto zupełnie nie rozumie on, że muzyka disco polo raczej nie rości sobie prawa do bycia sztuką wysoką, ma ona na celu dostarczyć prostej rozrywki i ten cel dobrze realizuje. Nie ma ambicji tworzenia trwałych i istotnych wartości czy zmieniania ludzi, nie jest po prostu czymś mającym taką funkcję spełniać, gdyż jest to rola sztuki wysokiej. Muzyka disco polo nie jest od rozpraszania lęków (w domyśle egzystencjalnych), bo jest gatunkiem do zabawy, w tym tańczenia. Widać zatem wyraźnie, że Mikołejko mówi o własnych wyobrażeniach o disco polo, a nie o gatunku muzycznym osadzonym w określonym kontekście społecznym.

Ponadto, jeśli wziąć pod uwagę całość rynku muzycznego, skupiając się na muzyce popularnej, do której należy zakwalifikować disco polo, to czy inne obecne w jego ramach gatunki spełniają warunki nakładane przez Mikołejkę? Nie, nie spełniają. Czy teksty piosenek popowych rozpraszają nasze lęki? Czy w ogóle je wywołują? Czy są to dobre teksty, dające do myślenia? Nie, nie są. Łatwo wziąć je na warsztat i pokazać, że są banalne czy nawet grafomańskie. Ale te inne nie interesują Mikołejki, gdyż jego inteligencki obraz świata nakazuje mu skupić się na disco polo. Mikołejko po prostu nie akceptuje różnic gustów między ludźmi, uważa, że „mój gust jest lepszy niż twój”.

Wróćmy do Cieślika, którego wypowiedź stała się pretekstem dla mojej refleksji.

Cieślik, chcąc zrozumieć ten ponoć niezrozumiały wcześniej fenomen, zauważa, iż „teraz już wie” (oto epifania!), że disco polo to muzyka polskiej prowincji, popularnej na wsi i w małych miasteczkach, szczególnie we wschodniej Polsce. Jak pisze: „Po ostatnich wyborach prezydenckich zupełnym przypadkiem odkryłem, że mapy poparcia dla Karola Nawrockiego i popularności disco polo z grubsza się pokrywają. Rafał Trzaskowski wygrał w Polsce zachodniej i północnej. Przede wszystkim na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie żyją przesiedleńcy, którzy disco polo słuchają mniej chętnie. Natomiast tam, gdzie mieszkają ludzie zakorzenieni od pokoleń, zwyciężył popierany przez PiS Karol Nawrocki. I nie jest to przypadek. Słuchacze disco polo (zresztą wbrew faktom) uważają, że to muzyka typowo polska, nasza, swojska. I podobnie myślą o PiS czy, dziś może nawet szerzej, o formacjach prawicowych. Jak wyraził się jeden z członków mojej rodziny z Kieleckiego: może i robią błędy, ale przynajmniej są propolscy”.

Odkrycie faktu pokrywania się mapy wyborczej z rzekomą mapą wstępowania słuchaczy disco polo to dla autora epifania wyjaśniająca obciachowy wybór nowego prezydenta. Przecież jeśli disco polo jest obciachowe, to i sam prezydent taki jest, skoro disco polo nie może być dobre, to i wybór nie jest dobry – nawet ta „propolskość” nie jest tutaj zaletą. W delikatnie podskórny sposób Cieślik stwierdza po prostu, że prowincja wybrała nam prezydenta i jest to nie do zniesienia z elitarnego punktu widzenia, gdyż disco polo jest po prostu głupie, o czym świadczą słowa discopolowych piosenek odnoszących sukcesy przywołane na początku jego tekstu, które pozbawione są jakiegokolwiek wymiaru estetycznego, artystycznego i poznawczego. Kto słucha głupiej muzyki, sam jest głupi, a gdy jest głupi, to i głupich wyborów dokonuje. Ot, taka pluszowa chamofobia elit, tutaj dziennikarskich, które od lat 90. nie mogą przeżyć faktu, iż spora część ludzi tej muzyki po prostu słucha. A nie powinna, gdyż winna słuchać tego, co elity dziennikarskie jej każą.

Disco polo jako gatunek muzyczny ma ciekawą genezę, o czym trafnie pisała Monika Borys w książce „Polski bajer”. Jest on hybrydą piosenek ludowych, więziennych, emigracyjnych, przyśpiewek biesiadnych (i kilku jeszcze innych) pochodzących z terenów Polski, Rosji, Ukrainy. Zawiera nawet elementy folkloru romskiego, co swoją drogą trafnie ukazał film „Zenek”. Nie jest „czysto” polski (a co takie jest?), co nie oznacza, że przez słuchaczy nie jest jako taki traktowany, nie mówiąc już o tym, że faktycznie uznaje się disco polo za swojskie, bo wyraża w pewnej mierze wartości bliskie konserwatyzmowi życia: rodzinność, lokalność, wspólnotowość, tradycję, przywiązanie do krajobrazu, szacunek dla rodziców, polskości, doświadczenie emigracji etc.

Wbrew pozorom, co często lubią podkreślać dziennikarze muzyczni i elity symboliczne, disco polo nie jest ani „kościółkowe”, ani przesadnie zseksualizowane – owszem stawia na ciało, urodę, piękno, ale wcale mężczyzna nie jest tutaj jakoś szczególnie dominujący. Wręcz przeciwnie, nierzadko jest porzucony, nieszczęśliwie zakochany, a kobieta ma nad nim władzę. Bohater piosenki to często romantyk, marzyciel. Oczywiście jeśli skonstruuje się obraz disco polo z wybranych fragmentów piosenek i sprowadzi całe disco polo do „majteczek w kropeczki”, jak to swojego czasu zrobił Grzegorz Sroczyński i jak czyni to Cieślik, to wyciągamy z kapelusza królika, którego sami tam włożyliśmy. Poznawczo to bardzo marna strategia, ale charakterystyczna dla polskiego dziennikarstwa mainstreamowego.

Jest ona niczym innym jak elementem walki klasowej rozgrywanej w mediach i poprzez media (szerzej patrz: https://czasopisma.uni.lodz.pl/zwiej/article/view/9301/9139), a mającej na celu „zarządzanie wstydem”, tj. dyscyplinowanie „wieśniaków”, aby nie przyznawali się do swoich gustów. Wystarczy jednak poczytać komentarze pod tekstem Cieślika na facebookowym profilu „Rzeczypospolitej”, aby zobaczyć, że to już nie działa. Z tego powodu elity są wściekłe, gdyż ich zdanie nikogo nie obchodzi i skończyła się ich estetyczna dyktatura. Długotrwałe budowanie hegemonii kulturowej się nie powiodło, dlatego im bardziej elity coś obrzydzają, tym większą budzi to podejrzliwość tych, którym coś jest obrzydzane, ale dla nich wcale obrzydliwe nie jest. Dotyczyło i dotyczy to zarówno disco polo, jak i nowego prezydenta.

Cieślik powinien naprawdę wsłuchać się i zrozumieć słowa swojej rodziny: tak, propolskość jest ważna, i dlatego Polacy wybrali Nawrockiego, a nie traktować tę propolskość z poznawczym politowaniem, że wszak skoro disco polo nie jest „prawdziwie” polskie („głupie wieśniaki się nie znają”), a wybrano Nawrockiego jako „propolskiego”, to wyborcy się mylą, bo przecież Trzaskowski też jest propolski. Problem w tym, że nie jest, analogicznie jak nie jest cała polityka Platformy Obywatelskiej i działania obecnego rządu, które służą osłabianiu i „zwijaniu” polskiego kapitału: od ekonomiczno-gospodarczego po symboliczno-kulturowy.

Im bardziej polski układ polityczno-medialny jest sobą, im bardziej jest szczery, daje upust swoim obsesjom klasowym, pisze często i dużo – tym bardziej będzie przegrywać. Pogarda, upokarzanie i wyśmiewanie prowincji będą skutkowały zupełnym odrzuceniem elitarnego przekazu rodem z lat 90., typu: znam francuski, znałem prof. Geremka itd. Liberalno-lewicowe elity mentalnie pozostały w latach 90. i nie potrafią zbudować żadnego pozytywnego przekazu dla sporej części „zwykłych” Polaków. Takiego przekazu, który nie byłby oparty na wymuszeniu na nich zmiany siebie samych. Prowincja widzi tę pluszową przemoc i wyśmiewanie ich gustów: od muzycznych po kulinarne. Co więcej, dostrzega zakłamanie, albowiem nic tak bardzo nie ośmieszyło Trzaskowskiego jak bratanie się z Zenkiem na potrzeby kampanii. Rozumiem, że dla zdobycia władzy można zawrzeć nawet pakt z tym, kim się pogardza i wyśmiewa. Ale nawet i to się nie udało, bo ci ludzie widzą znacznie więcej niż się wydaje elitom, a przede wszystkim widzą fałsz, do którego nieprzekonani nie dadzą się przekonać.

W dwa dni po wyborze Karola Nawrockiego na prezydenta rozpoczyna się przemysł pogardy 2.0., w którym wojna polsko-polska pod klasową flagą disco polo jest wiecznie żywa.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: omar sahel from Pixabay

Późne przebudzenie Europy?

Późne przebudzenie Europy?

W kontekście odbudowy potencjału zbrojeniowego kraje unijno-NATOwskiej Europy nie mogły narzekać na niedostatek coraz donośniejszych dzwonów alarmowych. Zlekceważono jednak co do zasady tak wojnę rosyjsko-gruzińską, jak i pierwszą wojnę rosyjsko-ukraińską. Nawet rok 2022 przyniósł niewiele poza zastanawianiem się. Wystarczająco wyrazistym mementem stały się dopiero rozwianie się nadziei na „wywrotkę” putinizmu na krachu pierwotnych zamierzeń krótkiej i łatwej operacji specjalnej, przestawienie gospodarki Rosji na tory wojenne umożliwiające upartą kontynuację prymitywnej i tępej wojny oraz wyraźne tężenie aliansu Pekin-Moskwa. Europie grozi kolejna wojna z Rosją, a jedynym sposobem uniknięcia jej jest szybka odbudowa potencjału militarnego, która odstraszy agresora. A jeżeli nawet nie, da możliwość wystarczająco wczesnego powalenia go.

Do decyzji podjętych – z zastrzeżeniem pozostawania ich wciąż na etapie deklaratywnym – w roku 2025 przyczyniła się także prezydentura Donalda Trumpa. Z jednej strony nieprzewidywalna, unilateralna, sprawiająca co najmniej wrażenie gotowości do czynienia strategicznych dealów z Rosją. Z drugiej strony domagająca się od Europejczyków końca jazdy na gapę pociągiem „Pax Americana” ciągniętym przez zaoceaniczną lokomotywę.

Wnioski wyciągnięte z II wojny światowej i Zimna Wojna spowodowały zasadnicze przeobrażenie krajobrazu militarnego Europy. Nawet kraje dysponujące przed 1939 mocno symbolicznymi potencjałami wojskowymi, takie jak Dania, Holandia, Belgia i Norwegia, w ramach NATO rozwinęły armie liczące po kilka setek czołgów i samolotów bojowych. Gwarantem całego systemu bezpieczeństwa była oczywiście amerykańska potęga z nuklearnym ostatecznym argumentem królów. Jednak europejscy sojusznicy nie zasypiali gruszek w popiele, początkowo korzystając z obfitej amerykańskiej pomocy wojskowej, rzeczowej i finansowej, później już na własny rachunek. W roku 1985, w szczytowym punkcie wyścigu zbrojeń podczas Zimnej Wojny, europejscy członkowie NATO wydawali na zbrojenia średnio około 3,8% PKB (wartość ważona, liczona według metodologii Paktu).

Jednak wygrana w tej konfrontacji spowodowała daleko idącą demobilizację. Wydatki spadały – dwie dekady później wynosiły już tylko średnio 1,9% PKB, aby w roku 2014 osiągnąć dno na poziomie około 1,3%. Skutki tego stanu rzeczy były bardzo proste. Redukowano zakupy. Realizacja programów takich jak europejski wielozadaniowy samolot bojowy Eurofighter Typhoon przeciągała się, a koszty jednostkowe w sytuacji stałych nakładów wymaganych na opracowanie rosły zatrważająco. Liczące tysiące czołgów armie lądowe schodziły do rzędu setek, a w niektórych krajach, takich jak Belgia i Holandia, ciężkie komponenty pancerne w ogóle zlikwidowano, uznając je za przeżytek i przyjmując, że w peryferyjnych wojnach z terroryzmem nie będą potrzebne – a wojna pełnoskalowa z potężnym przeciwnikiem stała się niepodobieństwem.

Tego przekonania nie zmieniła nawet pierwsza inwazja Rosji na Ukrainę. Zresztą uległa ona dość szybkiej „normalizacji” i w Europie przyjęto powszechnie, że skończy się na zamrożonym marginalnym froncie, obchodzącym tylko Ukraińców. Mimo wszystko sytuacja zatrzymała dalsze redukcje wydatków zbrojeniowych, a nawet, w szczególności w państwach frontowych Paktu, spowodowała ich powolny wzrost. Aczkolwiek do zadeklarowanego na szczycie NATO w Newport w roku 2014 jako cel w perspektywie dekady poziomu wydatków zbrojeniowych wynoszącego 2% dochodzono powszechnie z założenia jak najwolniej.

Ostateczne otrzeźwienie przyszło dopiero w roku 2021, kiedy wojna stała się już nieuchronna. Chociaż na przykład Niemcy trzeba było wyciągać z błogostanu za uszy. Jednym z efektów ponad trzech dekad zaniedbań stały się ograniczone możliwości wsparcia Ukrainy.

Sama pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę nie spowodowała jeszcze radykalnej zmiany kursu zachodniej części Europy w dziedzinie zbrojeń. Obawy o rychłą klęskę Ukraińców nie spełniły się, a do połowy 2023 wydawało się wręcz, że mogą oni odbić przynajmniej część terenów zajętych w 2014 i 2015. Ponadto Stany Zjednoczone rządzone przez Joego Bidena zapewniały limitowane względami politycznymi, ale bardzo znaczące i stabilne wsparcie Ukrainy, demonstrując jednocześnie pełne oddanie więziom transatlantyckim. Mimo pożaru na wschodniej flance sytuacja Europejczyków była zatem całkiem komfortowa. Wydatki zbrojeniowe wzrastały w stosunkowo niewielkim stopniu. Na przykład Niemcy zwiększyły je między 2023 a 2022 symbolicznie, z 1,51% do 1,64%. Jednak tężenie rosyjskiego naporu, umożliwione przez militaryzację gospodarki, rozwiało nadzieje na względnie szybkie, łatwe i niedrogie zażegnanie zagrożenia. Kropkę nad „i” postawiła jednak dopiero wygrana w amerykańskich wyborach nie Kamali Harris, popieranej przez elity polityczne całej UE, lecz trickstera Donalda Trumpa.

Nowy-stary prezydent jął siać panikę proklamowanymi, odwoływanymi i wznawianymi wojnami handlowymi, polityką gestów wobec Rosji, czasowym wstrzymywaniem wsparcia dla Ukrainy, kwestionowaniem roli NATO. A wreszcie – obiektywnie zupełnie słusznymi postulatami wzięcia przez Europejczyków znacznie większej niż dotychczas odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.

Odpowiedzią na te wyzwania stało się ogłoszenie w marcu bieżącego przez Unię Europejska planu „ReArm Europe”, nazwę którego zmieniono później na „Readiness 2030”. Plan ten ma wskazanym tą datą horyzoncie czasowym zmobilizować 800 miliardów euro na ogólnie pojęte cele obronne. Jego manifestacją na niwie finansowania stał się wprowadzony w życie pod koniec maja program Security Action for Europe (SAFE), będący obejmującym 150 miliardów euro funduszem pożyczek na preferencyjnych warunkach na cele obronne. Równolegle na forum Rady Północnoatlantyckiej ujawniono przyjęty w lutym przez NATO „Plan działań na rzecz produkcji obronnej”, które mają dotyczyć agregowania zamówień, produkcji i bazy przemysłowej, interoperacyjności i standaryzacji oraz szybkiego wdrażania innowacyjnych technologii.

Dotychczasowe podsumowanie w aspekcie planistycznym stanowi szczyt NATO w Hadze, który odbył się w dniach 24–25 czerwca. Zadeklarowano (przy votum separatum Hiszpanii) na nim zwiększenie przez sojuszników do roku 2035 nakładów na cele obronne do 5% PKB. 3,5% będą stanowiły nakłady zbrojeniowe sensu stricto, natomiast na pozostałe 1,5% będą mogły składać się inwestycje w infrastrukturę podwójnego zastosowania, istotne dla potrzeb wojskowych, ochrona infrastruktury krytycznej, cyberbezpieczeństwo, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego oraz obrona cywilną i odporność państwa.

Zadeklarować można dokładnie cokolwiek, papier wszak zniesie wszystko. Wiarygodność zmiany polityki potwierdzą dopiero czyny. Oczywiście zbrojenia nie są supermarketem, w którym kilkaset miliardów euro można wydać w ciągu kilku miesięcy. Póki co do programu SAFE ustawiła się kolejka chętnych, na czele z Polską zgłaszającą zapotrzebowanie na 45 miliardów euro, Francją (15–20 miliardów), Włochami (15 miliardów), Rumunią (10 miliardów), Belgią (7–11 miliardów) i Litwą (5,0–8,76 miliarda). Niemcy co prawda nie planują zaciągania pożyczek z SAFE, ale media donoszą o bardzo poważnych planach tamtejszego resortu obrony, które można by określić jako „Make Bundeswehra Great Again”.

Niemieckie siły zbrojne miałyby zostać zwiększone z obecnych 182 000 żołnierzy do 250–260 000. Temu rozwinięciu, przekładającemu się zgodnie z planami na utworzenie siedmiu nowych brygad pancernych i zmechanizowanych, miałby towarzyszyć zakup za kwotę 25 miliardów euro nawet 1000 nowych czołgów (Leopard 2A8 lub 2AX) oraz 2500 bojowych wozów piechoty/transporterów opancerzonych Puma Boxer. Dla porównania, obecnie niemieckie siły zbrojne dysponują około 300 Leopardami 2, 400 Pumami w linii i w dostawach oraz nieco ponad 400 Boxerami.

„Twardą” decyzję o zakupie 44 Leopardów 2A8 ogłosiły ostatnio Czechy, dołączając do kupujących takie same liczby Szwecji i Litwy (do zakupu tych czołgów przymierza się także Hiszpania). Dania podjęła przekładającą się na faktyczne działania decyzję o odbudowie trójwarstwowej naziemnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, zamawiając systemy Mistral 3, VL MICA, IRIS-T oraz NASAMS dla warstw niższych, natomiast decyzja o tym, czy wyższą będą stanowiły europejskie SAMP/T, czy Patrioty, ma zostać podjęta jesienią. Umowy na zakup systemów SAMP/T NG w ramach programu modernizacji obrony przeciwlotniczej zawarły ostatnio Włochy, poszukujące też nowych czołgów, których dostawcami będą według wszelkiego prawdopodobieństwa firmy niemieckie.

To oczywiście tylko przegląd najnowszych planów i umów, które uzupełnią programy zbrojeniowe realizowane od lat. Jeżeli jednak Europa ma być gotowa na danie odporu Rosji, będą musiały dojść do nich kolejne, i to niedługo. Można oczekiwać, że z uwagi na potencjał niemieckiego przemysłu obronnego, europejskie zbrojenia prawdopodobnie staną się nowym motorem gospodarki tego kraju. W szczególności te lądowe. Dominacja wśród europejskich Leopardów 2 i być może KF-51 Rheinmetalla wydaje się niezagrożona, a tamtejsze koncerny wytwarzające sprzęt pancerny wyrażają zainteresowanie przejmowaniem obiektów produkcyjnych od borykających się ze strukturalnymi problemami branży motoryzacyjnej.

Warto byłoby, aby Polska też uszczknęła coś z tego tortu. Spore zainteresowanie budzą systemy obrony przeciwlotniczej Piorun, które zdobyły klientów z „prawdziwego Zachodu” – Norwegów i Belgów. A krajowy przemysł będzie wszak koproducentem rodziny systemów przeciwlotniczych CAMM. Dysponuje też bojowym wozem piechoty Borsuk. Być może europejskie zakupy staną się dla Polski okazją do efektywnego wejścia do wspólnych programów (np. środków rażenia dalekiego zasięgu), wypierając lub przynajmniej ograniczając „znane i lubiane” zakupy z półki, w których przemysł dość rozpaczliwie stara się uzyskać jakikolwiek udział.

Tu jednak potrzebne jest myślenie w kategoriach interesu państwa, a nie tylko obozu politycznego i decyzyjność – a z tym, jak wiadomo, jest u nas kiepsko.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Marek Studzinski from Pixabay