przez Andrzej Dwojnych | niedziela 13 marca 2022 | opinie
***
Motto:
Liberał postępowy: O ile można ryzykować uproszczenie, to znaczy zatrzymać się tylko na pewnym stopniu analizy nie uwzględniając wszystkich dostępnych nam danych i nie biorąc pod uwagę współdziałania tych czynników, które na obecnym poziomie studiów nie są nam znane, można przypuścić, że pańskie zachowanie wobec mnie nacechowane jest ostatnio pewną drażliwością.
Związek Radziecki: Ja dałem panu w mordę.
Liberał postępowy: Powstrzymując się od wyciągania zbyt pochopnych wniosków, które mogłyby sprawiać wrażenie, nota bene mylne w tym kontekście, jakobym cofając się przed trudnościami porozumienia na gruncie humanistycznych wartości wspólnych obu stronom dążącym do porozumienia mimo różnic metodologicznych skłaniał się ku pesymizmowi odnośnie możliwości wzajemnego zrozumienia, będącego pierwszym krokiem do porozumienia, które jest niezbędnym warunkiem zbliżenia, żywię nadzieję, że oczekuję od pana pewnych kroków zwiększających szanse wzajemnego zaufania, czy też, lub jednocześnie, niepodejmowania pewnych kroków, w konsekwencji których mogłoby dojść do tego zaufania podrywania, nie zawiodę się co do bezpodstawności mojego oczekiwania. Aj!
Związek Radziecki: Ja panu daję w mordę.
Liberał postępowy: Rozumiejąc skomplikowaną strukturę naszych wzajemnych stosunków, na które nie bez wpływu pozostaje historycznie uwarunkowana kompleksowość pańskich reakcji nacechowana jakże usprawiedliwionym poczuciem pokrzywdzenia, osamotnienia i zagrożenia ze strony otoczenia, pragnę pana zapewnić, że mimo pewnej jednostronności naszego obustronnego zrozumienia, które niewątpliwie doprowadzi do pełnego porozumienia, którego brak jest konsekwencją chwilowego nieporozumienia, cieszę się z tego zbliżenia.
Związek Radziecki: To ja panu dam w mordę.
Sławomir Mrożek: „Krótka rozmowa między zachodnim liberałem postępowym a Związkiem Radzieckim zupełnie już postępowym” (1985)
W jednej z audycji „Pytania z księżyca” mała dziewczynka zadała doktorowi Tomaszowi Rożkowi pytanie: „dlaczego pies z kotem nie są w stanie się porozumieć”. W odpowiedzi usłyszała, że głównej przyczyny dopatrywać należy się w zupełnie różnym sposobie komunikacji obu zwierząt. Otóż kiedy pies merda ogonem – to znaczy, że się cieszy, ale już merdający ogonem kot to zwierzę zdenerwowane, przygotowane do ataku. Kot stawiając ogon „na baczność” daje wyraz swojemu zadowoleniu, rozluźnieniu, ale zachowujący się w podobny sposób pies oznacza zwierzaka przygotowanego do agresji.
Każdy, kto miał okazję spotykać się z Rosjanami na ich terenie, wie, że teoretycznie są oni podobni do ludzi Zachodu. To znaczy przyjmują swoich gości bardzo serdecznie (zapewne bardziej niż ci z Zachodu), w punkcie wizyty niemal obowiązkowo zawarte są (a raczej już: „były”) uroczysta kolacja suto zastawiona wykwintnymi daniami i trunkami, „ruska bania”, atrakcje kulturalne itp. Co więcej – podobnie jak my, także Rosjanie noszą krawaty i koszule na spinki, a nawet dżinsy. Ale jednak pod tą zewnętrzną formą kryje się człowiek mentalnie odmienny, inaczej się komunikujący, o innym podejściu do kobiet, a już na pewno zupełnie inaczej postrzegający sferę polityki niż człowiek Zachodu.
Tak jest dziś, tak było przed upadkiem komunizmu, ale tak było też i dwie dekady temu, kiedy optymistom wydawało się, że Rosja i Rosjanie przechodzą transformację w kierunku westernizacji. W 2005 roku miałem okazję na początku maja obserwować na Placu Czerwonym w Moskwie ćwiczenia armii rosyjskiej przygotowującej się do uroczystych obchodów 60. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej. Samą rocznicę spędziłem w Nowosybirsku, gdzie, poza oficjalnymi uroczystościami, widziałem zakrojone na ogromną skalę fajerwerki, tłumy obwieszonych orderami weteranów i gdzie uczestniczyłem w wielkim festynie/pikniku wespół z grupą kolegów Rosjan. Jeden z nich, mający korzenie polsko-ukraińskie, zwesternizowany, na stałe mieszkający w Warszawie, podśmiewał się ze swoich kolegów Rosjan, dawnych kumpli z ławki szkolnej, gdy rozmowa zeszła „po stakanie” na skutki drugiej wojny światowej. Rzekł do nich mianowicie: „wy, koledzy, reprezentujecie azjatycką myśl polityczną”. A absolwenci nowosybirskiej politechniki i tamtejszego uniwersytetu odpowiedzieli zgodnie: „tak” – i w tym wyrazie „tak” było poczucie dumy, a nie wstydu jak by się nam, ludziom Europy Środkowej czy Zachodniej, mogło wydawać. Ukraińców, zwanych dość obraźliwie „chachłami”, żaden z tych młodych wówczas ludzi, dziś czterdziestokilkulatków, nie traktował jako narodu odrębnego od Rosjan. Dziś moi dawni koledzy stali się jeszcze bardziej azjatyccy w swoim myśleniu – co stwierdzam na podstawie rozmów z niektórymi spośród nich.
O ciągłości mentalnej Rosjan, przekładającej się na sposób uprawiania polityki przez władze od czasów carskich po okres Związku Sowieckiego, znakomicie traktują chociażby książki Jana Kucharzewskiego „Od białego caratu do czerwonego” czy trylogia urodzonego w Cieszynie Richarda Pipesa: „Rosja carów”, „Rewolucja rosyjska” i „Rosja bolszewików”. Ponieważ książki obu autorów są bardzo, ale to bardzo grube – w zasadzie mało kto dziś je czyta. A szkoda, bo one pozwalają nam po pierwsze otrząsnąć się z nacechowanego emocjami stosunku do wschodniego sąsiada. Po drugie zrozumieć, dlaczego miażdżącej większości Rosjan obce były, są i będą idee liberalne oraz zachodni, czy nawet środkowo-europejski, sposób myślenia o polityce. Po trzecie wyjaśniają masowe poparcie Rosjan zarówno niegdysiejszych jak i współczesnych dla silnej, autorytarnej władzy. Mało tego – te książki tłumaczą nam dogłębnie, dlaczego po wyczekiwanym przez Zachód ewentualnym puczu na Kremlu zastąpi Putina najpewniej jego mniej lub bardziej wierna kopia.
„Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów – ma tylko wieczne interesy” – mawiał ponoć lord Palmerston. Trawestując owo powiedzenie nasi politycy i dziennikarze prezentują często w swojej masie przekaz: „Polska ma wiecznych sojuszników i wiecznych wrogów oraz zmienne interesy”. Jednym z naszych wiecznych wrogów, dziś głównym, jest oczywiście Rosja. Zdaniem Marii Janion następstwem „angelizacji” Polski w naszym rodzimym mesjanizmie, podkreślania jej cierpień i krzywd oraz adoracji jako niewinnej ofiary, była „satanizacja” jej prześladowców, stojących oczywiście na niższym poziomie kultury: „W XIX wieku to Rosja, przede wszystkim, stała się wcieleniem szatana, szatana politycznego, jak mawiał Mickiewicz; przeświadczenie to miała potwierdzać Rosja bolszewicka. Niedaleko owe wyobrażenia odbiegały od reaganowskiego »imperium zła«. Tradycyjne polskie poglądy na Rosję i dzisiaj nie tracą na znaczeniu”. Według autorki „Niesamowitej Słowiańszczyzny” nadal „często mamy do czynienia z publicystyczną demaskacją zła Rosji w stylu postromantycznym”.
Nasza ideologiczna niechęć do Rosji ma oczywiście dobre strony. Oprócz nas (i może jeszcze Bałtów) nikt w Unii Europejskiej nie brał w ciągu ostatnich dwóch dekad zagrożenia ze strony putinowskiej Rosji na poważnie. Jakże prorocze – niestety – okazały się słowa Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane w Gruzji w 2008 roku. Zgodnie z naszym postrzeganiem Rosji jej autokratyczny władca – Władimir Putin agresję na Ukrainę inicjuje z pobudek zarówno ideowo-imperialistycznych, jak i wewnętrzno-politycznych – czyli pragmatycznych, tj. rozpętuje konflikt, aby zagarnąć część ziem ponoć „historycznie rosyjskich” i w ten sposób wzmocnić swoją pozycję w kraju. Dziś niektórzy dodają także jego „niezrównoważenie psychiczne”, typowe dla tyranów. Takie opinie można w Polsce przeczytać i usłyszeć z kręgów wielu środowisk ideowo-politycznych od lewa, poprzez liberalne centrum, aż po prawo. Oczywiście w tym przekazie jest dużo prawdy, ale pomijany jest w nim regularnie dość istotny szczegół.
Otóż z narracji naszych mediów i polityków najczęściej wynika, jakoby nasi wieczni ideologiczni sojusznicy – a więc np. tracący do niedawna w słupkach sondażowych ulubieniec środowisk liberalno-lewicowych prezydent Joe Biden oraz tracący w słupkach sondażowych ulubieniec prawicy premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, ostrzegali przed agresywnymi działaniami Rosji głównie z pobudek romantyczno-ideowych. Czyli że oni niby chcą szczepić demokrację na wschód od Bugu oraz nieść bezpieczeństwo i pokój Ukraińcom bezinteresownie, tyle że czynią to może trochę niemrawo.
Starając się zatem oceniać obecną sytuację na zimno, to działania Amerykanów, pomimo pohukiwania i gróźb kierowanych pod adresem Rosji oraz ostrzeżeń przed inwazją, które okazały się ze wszech miar trafne, Kreml miał prawo interpretować jako „zielone światło do przejęcia Ukrainy”. Amerykańska reakcja na aneksję Krymu, Ługańska i Doniecka była niemrawa. W polityce zawsze ważną rolę odgrywają symbole. Gdyby to Polska pierwsza wycofała swoją ambasadę z Kijowa i prosiła obywateli o opuszczenie Ukrainy – mało kto na świecie potraktowałby ten fakt poważnie. Ale skoro zrobiły to Stany Zjednoczone – cały świat zachodni, zwłaszcza świat biznesu, zaczął panikować i wycofywać się z Ukrainy zanim nastąpiła inwazja. Mieliśmy tu zatem do czynienia z „Kabulem-bis” i Rosjanie nie mogli zinterpretować tego faktu inaczej. Doprawdy trudno sobie zresztą wyobrazić, by także Amerykanie nie rozumieli skutków własnych działań. Być może niedługo podobnie rozumować będą także Ukraińcy i to nie tylko ci, którzy dzierżą stery władzy. Wycofujący się w panice za Amerykanami z Ukrainy biznes zachodni skutkowałby i tak niemal pewną zapaścią gospodarczą na znajdującej się pod bagnetami rosyjskimi Ukrainie nawet wówczas, gdyby Rosjanie do Ukrainy nie wkroczyli – a co dopiero teraz.
Jednak tragiczne wydarzenia, które mają obecnie miejsce za naszą wschodnią granicą niekoniecznie muszą zaowocować takimi skutkami, jakich chciałyby polskie elity. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, że po trudach wojny chwiejna „stabilizacja pod bagnetami”, podminowana czysto ludzkim strachem o własne życie, może w przyszłości wywołać apatię u tych Ukraińców, którzy nie opuszczą swojego kraju (uchodźcami władze na Kremlu nie będą się przecież przejmować), zaś gniew ukraińskiego ludu może równie dobrze zostać skierowany przeciwko władzom własnego kraju, które nie były w stanie zapewnić bezpieczeństwa obywatelom. Dość przypomnieć jak w naszej historiografii, i to nie tylko komunistycznej, ale także emigracyjnej, były, a czasem i są dzisiaj oceniane rządy sanacji z okresu tuż przed wybuchem wojny. Jeśli dodamy do tego fakt, którego my, jakże tolerancyjni przecież przedstawiciele cywilizacji łacińskiej jakoś nie potrafimy przyjąć do wiadomości, a mianowicie, że wiele społeczeństw i narodów świata działania Zachodu polegające na „zaszczepianiu” demokracji postrzega jako czysty przejaw imperializmu – czyli dokładnie tak, jak my spoglądamy na działania Rosji, to może okazać się, iż Putin wcale nie stoi na straconej pozycji, dokonując inwazji na Ukrainę. Nawet jeśli hipotetycznie założyć spełnienie się w przyszłości naszego chciejstwa, a mianowicie że prezydent Rosji zostanie w jakiś sposób „odstrzelony”, putinowskie „zwycięstwo zza grobu” (prawdziwego lub w przenośni) nie jest wykluczone. Irak, Afganistan czy kraje Ameryki Łacińskiej są tego dobrym przykładem. Wszędzie tam Amerykanie i ich sojusznicy nieśli szczytne idee wolności, demokracji i tolerancji, a kończyło się na rozlewie krwi, wojnach i chaosie. Czy nam się to podoba czy nie, nawet w Europie są w tej chwili nacje, które otwarcie sprzyjają Rosji, na przykład Serbowie.
Wcale nie jest zatem wykluczone, że prozachodnio obecnie nastawieni Ukraińcy zaczną z czasem traktować USA i ich sojuszników z Europy jako partnerów niewiarygodnych, w których nie można pokładać większych nadziei. Hasło „Ukraina w UE” jest przecież raczej z gatunku science fiction. Poza tym trudno uwierzyć w trwały odwrót Zachodu od Rosji. Węgrzy nawet go nie symulują. Polak czy Litwin nie zostawi po wojnie tyle pieniędzy w kasynach Monte Carlo, butikach Mediolanu czy sklepach z zegarkami w Zurychu, co bogaty Rosjanin, któremu z kilkunastu miliardów dolarów po straszliwych sankcjach Zachodu na koncie zostanie „skromnych kilka”.
Patrząc pragmatycznie na kwestię bezpieczeństwa naszego kraju nie ulega wątpliwości, że Polska powinna orientować się przede wszystkim na NATO, zwłaszcza na militarne mocarstwo, jak USA, na potęgę gospodarczą, jak Niemcy, oraz na Unię Europejską jako całość bez względu na to, jakimi wadami jest ona obarczona. Chodzi tu bowiem nie tylko o „kasę z Brukseli”, ale i o nasze bezpieczeństwo. Tu nie ma w ogóle nad czym dyskutować. O ile jednak w odniesieniu do polityki Niemiec, naszego „wiecznego” wroga, polski nos jest dość silnie (poniekąd słusznie) wyczulony z uwagi na zaszłości historyczne i obecną współpracę naszego zachodniego sąsiada z Rosją, której symbolem jest Nord Stream 2 i obecne działania hamulcowe w odniesieniu do nakładania ostrych sankcji na Rosję, o tyle w USA, naszego „wiecznego” sojusznika, jesteśmy nadal wpatrzeni niczym w bożka. Oczywiście jest to dzisiaj najpoważniejszy zewnętrzny gwarant naszej niepodległości obok kordonu coraz słabszych państw dzielących nas od Rosji, z których Ukraina jest podmiotem największym. Ale jakoś nie mam przekonania, że dla naszego Wielkiego Brata zza Wielkiej Wody, a zwłaszcza dla jego europejskich sojuszników na zachód od Odry, utrzymanie integralności Ukrainy jest ważniejsze niż dajmy na to niepodległość Tajwanu.
Tak samo jak nie mam przekonania, że nawet militarne opanowanie Ukrainy przez Rosję przeszkodzi w uruchomieniu gazociągu Nord Stream 2. Romantyzm w polityce zagranicznej raczej nie jest czymś, co przyczynia się do osiągania zakładanych celów. W obliczu konfliktu zbrojnego za naszą wschodnią granicą nie jest to, niestety, dobry prognostyk ani na dziś, ani na przyszłość. Oczywiście po inwazji na Ukrainę zajmowanie stanowiska w pierwszym szeregu krajów domagających się jak najostrzejszych sankcji dla Rosję było koniecznością, podobnie jak niesienie pomocy humanitarnej Ukraińcom, pomoc uchodźcom i wreszcie dochowanie pełnej lojalności wobec naszych partnerów z NATO w konflikcie z Rosją. Ale już pomoc militarna dla Ukrainy, której symbolem jest hałas wokół przekazania naszych MIG-ów Ukraińcom, wydaje się być obarczona ogromnym ryzykiem. Krótko mówiąc, ponieważ czasy są niewesołe, w tyle głowy warto zapisać sobie morał, który płynie z tego oto dowcipu:
– Jak łatwo poznać prawdziwego pioniera na Dzikim Zachodzie?
– Po strzałach w plecach.
dr Andrzej Dwojnych
przez Michał Matuszak | czwartek 10 marca 2022 | opinie
* * *
Nr 1
Związki pracownicze, na nie bracie tylko liczę
Posiadacz mnie wysiudał z zysku, który mu wyćwiczę
Wbrew wyobrażeniu, łączy szefie nas niewiele
Twój finansowy sukces to moje upodlenie
Transakcje, spekulacje, zza kulis pertraktacje
Hegemoniczny rynek prowadzi swą narrację
Krucjata ideologii, neoliberalne szambo
Wybiło już dawno, tworząc dookoła bagno
Bank Światowy i Fundusz Walutowy
Destrukcja społeczeństw przy pomocy rewolty
Odtąd kto nie przedsiębiorczy, ten odstaje od normy
W systemie grodzenia nie ma już łąk wspólnych ani pastwisk
Miarą sukcesu jest finansowy na konto zastrzyk
Choćby dawał światu sam plastik i pastisz
Zwolennicy terapii szokowej zawieszeni są jak karnisz
Zyski prywatyzowane, uspołeczniane nadal straty
Uberyzacja pracy, zyski korpo podane na tacy
Ta dysproporcja boleśnie doskwiera jak sośnie siekiera
Solidarność pracownicza, jak równość, od dawna umiera
A ci co mają mało boją się ryzykować
By nie utracić resztek godności
To nie moja błyskotliwość, tak mówi psychologia
Dlatego nie chcę być prekariuszem
Upaćkanym pariasem w kapitału strukturze
A ci co mniej wytrwali dyndają na sznurze
Jak rolnik z Pendżabu, który doświadczył rynkowego krachu
Uderzam w kapitalizm celnie jak Piguła
Przez całe życie jebana harówa
I co z tego, że odpowiednio się nie wykształciłem
W tym manifeście chodzi o nasze bycie
Ci co mniej wytrwali powpadali w rozpacz
Jak polska szwaczka, której zakład się rozpadł
Eksperymenty chłopców z Chicago
Gospodarka jak plansza Monopoly
W systemie naczyń połączonych
Nie ma miejsca do swawoli
Rygor panów zza kotary
Lobby niczym czarnoksiężnik uskutecznia swe podłe czary
Coś w tym świecie zgrzyta, potwornie mi nie odpowiada
Gdy jeden nie dojada, na koncie drugiego spoczywa suma horrendalna
Przyprawiająca o ból głowy, większa niż budżet państwa
Prywatyzacja zagarnia publiczną przestrzeń
Którą przy każdej nadarzającej się okazji kapitał zdepcze
Rządy silne są wobec słabych, za cienkie na tych mocnych
Ile jeszcze czasu na niesprawiedliwość będziemy zamykać oczy?
Błogosławiona jest własność prywatna, a daleko w tyle człapią pozostałe prawa
Prawdą ponoć jest, że urodziłem się w najlepszym systemie
Z biegiem lat ocknąłem się, że coś jest nie teges
Rwetes tu, słów szeroki strumień wypływa z ust
I będę już od dawna gotowy
Kiedy ciche głosy oburzenia zleją się w chóralne tony
Agresywnie nawołujące do obalenia
Kapitalistycznego kolosa, osiadłego u podstaw jak osad
Dosadnie, strąćmy panów z ufortyfikowanych posad
Klaruje się silna potrzeba rewolucji jak Zapatyści
Te myśli, nie chcą już opuścić mojej głowy
Pora na raban, nie ma miejsca na rezygnacji skowyt
Nr 2
Stoimy nad urwiskiem, a w dole tańczy pożoga
Czas się pożegnać, ogromna szkoda
Tych zniszczeń nie zrekompensuje nam żadna kwota
Na ocalenie coraz mniej szans, a zresztą na co mi hajs
Kiedy z ziemi zrobiliśmy ten szajs
Decydenci składają deklaracje, nic to nie daje
Protokół z Kioto, porozumienia kopenhaskie i paryskie
Nie przyniosły nic poza ufajdanym kłamstwem politycznym pyskiem
W wystąpieniach obiecują zmianę
Nie cichną echa gromkich oklasków
Co nie zmienia faktu, że nadal tkwimy w potrzasku
Tworzę jedność z światem, nie jak dualizm Kartezjusza
Filozofia, która wycisk przyrodzie narzuca
Różnica między podmiotem a przedmiotem
Uzmysławia kogo wyzyskiwać i co można posiadać
Choć ludzkie ciało na produkt też się nada
To nie błąd w mechanizmie, system to jedna wielka wada
Wycieczkowiec z turystami kontra tubylcza tratwa
Czy myślę, więc jestem?
Przez to reszta świata musi być martwa?
Biznes zgładził naturę, uczynił z niej na półkach towar
Stabilność świata zahaczona o próchniejący konar
Wszystkim dziś można handlować
To co dla nas jest bezcenne oznacza tani surowiec w łańcuchu dostaw
Indywidualne wybory to wciąż za mało
By życie na Ziemi uratowano
Spychana odpowiedzialność na nasze sumienia
Odwrócenia uwagi wielkim molochom potrzeba
Bo wybiórczo dobierane dane traktują nieuczciwie prawdę
Nie zawsze jest to kłamstwem, lecz pomijanym faktem
Obłudą mamiącymi masy reklamami i promocjami
Celebryckimi uśmiechami i marketingowymi zabiegami
A to czego potrzebuję to czyste powietrze
Woda wsiąkająca w glebę i ptaki na wietrze
W obliczu żywiołu serce me truchleje
Woda gasi pragnienie w dniu upalnym i daje pożywienie
Powodzie i ulewy, przeciwnie, jak ostrzeżenie
Choć nie jestem czcicielem ognia jak zaratusztrianie
To bez niego nie ma na ziemi życia panie
Lecz nieokiełznany może też nam je odebrać
Równanie jest proste, to żadna algebra
Z naturą ludzkość się musi pojednać
Nie ma odwrotu, to kwestia nadrzędna
Tu nie ocali nas polisa od Ergo Hestia
Nadmiernej konsumpcji nie można zaprzestać
Bo mimo nasycenia rynku on dalej brzuch swój chce napełniać
Otwór pustki wciąż się poszerza, a dziura to niepomierna głębia
W podmuchach wiatru coraz częściej czuć destrukcję
Orkany nadciągają, meteorolodzy imionami je oswajają
Chyba przeczuwają, że te zjawiska staną się już normą
Hormon szczęścia zniżkuje i nie poprawia mi nastroju
Ile by nie opublikowano badań zwojów
Głos denialistów nieustępliwie szturmuje do boju
Nr 3
Choć cię nie widać, nie znaczy, że jesteś niezauważalny
Dane krążą jako towar, funkcjonujemy wszyscy w trybie zdalnym
Informacja tutaj nie jest równa wiedzy
Uchodzi za znawcę typ w temacie niekompletny
Sprowadzone życie jest do ciągu cyfr
Przewidywalność w sieci jak czytanka dla dzieci
Cyfrowa dyscyplina, pierdolony tayloryzm
Bezwiedne wykonawstwo, indywidualność to tylko pozory
Autonomia kończy się, gdy uwierzytelniasz system logowaniem
Niby coś dostajesz, ale więcej jednak dajesz
Myślenie jednostkowe przemielone w strumień
Danych, których oddać nie chcemy, a oddajemy
Nie wiedząc nawet kiedy
Reguły gry nie są symetryczne, niestety
Profilaktyka ma się dobrze?
Puls sprawdzisz w telefonie,
w zegarku poziom cukru,
Streaming porad i e-zdrowie
Sprywatyzowana wartość tworzona jest przez użytkownika
Choć nie nazwiesz tego pracą, robisz tu za pracownika
Hakowana psychika, login do podświadomości, mój nick to Michał
Siedzisz przed kompem, robisz swoje ekran obserwując
Role się odwróciły, teraz twoje zachowanie bacznie monitorują
Przekroczyli granice umysłu, brak czasu do namysłu
Sformatowane potrzeby, o których nie wiedziałeś
Lecz nieważne, dadzą ci szanse
Na spełnienie każde, kreowane niuanse
Kolejne skandale jak Cambridge Analytica
Wstrząsająca ingerencja jak eugenika
Wpływ GAFA na świat jak polityka
Otępiały zgadzam się na to i ciasteczka połykam
Nikt mnie tak szczegółowo nie zna jak algorytm
Jak algorytm, Dolina Krzemowa, Mark Elliot
Wszyscy jesteśmy pochłonięci przez monitory
Chcę posłuchać muzyki
A brzdęka reklamowy song
Twarz skądś kojarzę, lecz
czy to ktoś znajomy czy
zasponsorowany post
Manipulacji mam już dość
Na wskroś – prywatności penetracja
Odzyskanie danych to docelowa stacja
Niejasności i kolejne matactwa
Osobowość skatalogowana
W kwestii ochrony dopuścili się partactwa
Aplikacja – pracodawca, nie obroni cię tu prawo pracy
A inwestor bije temu z entuzjazmem brawo
Miało być klawo w świecie łatwo dostępnej wiedzy
Społeczne korzyści kontra dla garstki kupa pieniędzy
Stopa wzrostu musi stale rosnąć dla interesanta zwrotu
Rynek niekończących się przejęć, fuzji i obrotu
Nieubłagalnie dąży to do monopolu
Ponieśliśmy wyraźną porażkę na tym polu
Licencje, prawne zasieki, chciwość i patenty
Informacja obwarowana jak pręty, choć odebrana mi za darmo
Od zagęszczenia faktami robi się już gwarno
Żyjemy dziś wszyscy w centrum, nie ma już peryferii
Tkwimy w globalnej wiosce milionów osiedli
Waszyngton – Mogadisz, bogaci i biedni
Makler – pastuch, lubiani i wredni
To nie sci-fiction ani post-apokalipsa
Algorytm warunki rynkowe na nowo wymyśla
Oplótł cały glob jak pnącze ruinę
Informacja tutaj nigdy nie zginie
Bo tworzy się w niekończącej operacji
W efekcie sieciowym chodzi o mnogość reakcji
Aktywności powiązanej jak jony
I zrabowanej koncentracji
Przyszedł czas społecznej demokratyzacji
Wspólnica danych może przynieść społeczeństwu pozytywne zmiany
Inaczej będziemy nadal z prywatności ograbiani
Scenariusz do bani!
Michał Matuszak
przez redakcja | wtorek 8 marca 2022 | klasyka, opinie
Rozwój gospodarki kapitalistycznej spowodował, że miliony kobiet w świecie muszą pracować, aby zapewnić sobie głodową egzystencję. Niskie zarobki zmuszają, że obok męża musi iść do pracy zarobkowej kobieta, aby wspólnie z mężem pracować na utrzymanie swej rodziny. Toteż w obecnych ciężkich warunkach pracy i niskich zarobków znajdują się w znacznie gorszym położeniu kobiety, a w szczególności wdowy i panny, które muszą same pracować na utrzymanie siebie, a nieraz i swych rodzin. Jeżeli zważymy, że kobiety jako matki bardzo często są zmuszone do pracowania przy takich rodzajach pracy, które się odbijają bardzo szkodliwie na ich zdrowiu, oraz na zdrowiu ich dzieci.
Przez to kapitalizm wyrządza krzywdę nie tylko matkom, ale i młodemu pokoleniu, które przychodzi na świat o nadwyrężonym zdrowiu i siłach do życia. W dzisiejszych społeczeństwach spotykamy tu i owdzie setki tysięcy proletariuszy małokrwistych, scharlaciałych, z góry skazanych jako kandydatów podatnych do chorób zakaźnych, w szczególności tych, których gruźlica zabiera tysiące w młodym wieku jako skutki nędzy i głodu mas robotniczych.
Wobec tego, że kobiety dzięki warunkom wytworzonym są mniej podatne do organizowania się i uświadomienia, kapitaliści doceniają, że kobiety są mniej odporne w walce z wyzyskiem w wielu gałęziach przemysłu i chętnie przyjmują je do pracy, bo pracują za niższe wynagrodzenie, niż ich współtowarzysze pracy.
Statystyka wskazuje, że liczba kobiet zmuszonych do pracy zarobkowej stale wzrasta, zwłaszcza w krajach silnie uprzemysłowionych.
Na tysiąc ludności płci żeńskiej było czynnych [zawodowo] kobiet
1895–1905 1920–1925
W Wielkiej Brytanii 240 255
w Niemczech 201 357
w Holandii 168 183
w Stanach Zjednoczonych 222 259
Jeszcze jaskrawiej widać wzrastające znaczenie kobiet w życiu gospodarczym w następujących danych:
Na 1000 czynnych zawodowo mężczyzn było czynnych zawodowo kobiet
w latach 1895–1905 1920–1925
w Wielkiej Brytanii 249 255
w Niemczech 354 559
w Holandii 289 302
w Stanach Zjednoczonych 222 259
Ten wzrost liczby pracujących kobiet wskazuje, iż siłą żelaznej konsekwencji są one zmuszone ciężko pracować na swoje utrzymanie w tych krajach, gdzie ruch zawodowy odgrywa rolę znacznie większą jak w Polsce, albowiem w tych krajach przy wyższej kulturze i odpowiednich warunkach gospodarczych są znacznie wyższe zarobki niż w naszym kraju, a mimo to taka duża ilość kobiet jest zatrudniona przy pracy zarobkowej.
Dla charakterystyki w Polsce podajemy cyfry zatrudnionych kobiet w przemyśle włókienniczym.
Ogółem pracuje 52 733 kobiet i 5000 dziewcząt do lat 18, a w samej Łodzi 32 640 kobiet i 2300 dziewcząt W Polsce całej pracuje kobiet w szkodliwych zawodach.
Kobiet Młodocianych
Włókienniczym 50 proc., 5 proc.
Papierniczym 30 proc., 8 proc.
Drukarskim 27 proc., 16 proc.
Metalurgicznym 9 proc., 15 proc.
Płace kobiet przy mizernych zarobkach mężczyzn są niższe o 30 proc. Takie jest wykonywanie Konwencji Waszyngtońskiej. W szczególności w Łodzi nie przestrzega się ustawodawstwa o zakazie nocnej pracy kobiet i młodocianych. To nieprzestrzeganie ustaw dotyczących ochrony kobiet i młodocianych jest stosowne przez kapitalistów dlatego, iż robotnicy nie są należycie zorganizowania w szczególności kobiety.
Klasowe Związki Zawodowe od dość dawna interesują się tym zagadnieniem i robią wysiłki, aby kobiety organizować równorzędnie ze współtowarzyszami pracy. Kobiety świadomsze ze swej strony winny wszystko uczynić, co jest w ich mocy, aby rozszerzyć organizację zawodową wśród kobiet fabrycznych, bo to leży w interesie ogółu robotnic, aby przeprowadzić należytą walkę o wyzwolenie kobiety, aby one i ich dzieci z głodu nie konały.
Jest charakterystyczne, że w związku z akcją wyborczą wydawnictwa, a w szczególności odezwy Bloku Katolicko-Ludowego i Bloku Katolicko-Narodowego są poświęcone w dużej mierze dla pozyskania głosów kobiet na te listy nieprzejednanych wrogów klasy robotniczej.
Odezwy te w sposób obłudny wskazując jako głównych wrogów lewicę wysuwają straszak, że jak lewica zwycięży w wyborach do Sejmu to przeprowadzi rozwody i śluby cywilne w Sejmie, co będzie nieszczęściem w szczególności dla kobiet matek, ale odezwy te milczą o krzywdzie, jaką wyrządza współczesny kapitalizm proletariatowi, a w szczególności matkom i ich dzieciom.
Przecież wszyscy świadomi wiedzą, że to co piszą pismaki burżuazji, to są strachy na lachy mające na celu oszukać i otumanić kobiety z proletariatu w tym celu, aby pozyskać głosy nieświadomych na listy burżuazyjne. Przecież stwierdzone jest niewątpliwie dawno, że wszelką demoralizację, jak prostytucja, złodziejstwo, ciemnota, różne choroby i nieszczęścia, jak i brak pracy, głód, nędza, brak odpowiednich mieszkań itp. powoduje ustrój kapitalistyczny.
Czyż to lewica winna, że około pół miliona robotników było zmuszone wyemigrować do Francji, aby szukać środków do życia i tysiące z nich pozostawiło swe żony i dzieci w kraju, a rokrocznie 200 000 tysięcy z górą udaje się na roboty rolne do Niemiec i rodziny ich znajdują się w podobnych warunkach? Czy lewica winna, że setki i tysiące robotników pozbawionych pracy opuszcza swe rodziny w głodzie i nędzy i udaje się za pracą do innych miast? Czy to nie podrywa węzłów życia rodzinnego, o tym milczycie panowie i przechodzicie nad tym tragizmem i nieszczęściem do porządku dziennego.
Kobiety pracujące, odwróćcie się z pogardą od sługusów reakcji kapitalistycznej, nie dajcie się oszukać przy wyborach obecnych.
Walka o lepszy byt klasy robotniczej zarazem jest walką o polepszenie bytu kobiet pracujących. Toteż w obecnych wyborach kobiety-robotnice winny oddać swe głosy na listę partii socjalistycznych – nr 2.
Droga do wyzwolenia kobiety prowadzi przez demokrację i zdobycie pełni równouprawnienia w życiu politycznym i społecznym kobiet pracujących.
Kobiety same muszą się organizować i należeć do Związków Zawodowych i samodzielną siłą zbiorową walczyć nieustannie o swe postulaty – wyzwolenia kobiety.
Sprzymierzeńcem kobiet w ich walce są socjaliści i organizacje klasowe, a nie stronnictwa prawicowe, które zawsze idą z reakcją kapitalistyczną przeciwko klasie robotniczej, a więc i kobietom.
Kobiety robotnice muszą na każdym miejscu zdzierać maskę obłudy ze swoich wrogów klasowych i szerzyć świadomość o konieczności wspólnej walki z robotnikami o wyzwolenie kobiety z jarzma dzisiejszej niewoli wyzysku i uścisku.
A. S.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Włókniarz. Miesięczny organ Związku Zawodowego Robotników i Robotnic Przemysłu w Polsce” nr 2/1928, Łódź, 15 lutego 1928 r. Było to pismo lewicowego związku zawodowego, związanego z Polską Partią Socjalistyczną. Autorem artykułu był prawdopodobnie Antoni Szczerkowski – z zawodu tkacz, lider PPS w Łodzi, lider tego związku zawodowego oraz przewodniczący komitetu redakcyjnego czasopisma. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Jan Przybylski | niedziela 6 marca 2022 | opinie
Po upływie dziesięciu dni od agresji Rosji na Ukrainę na frontach wojny zapanował stan sprawiający wrażenie pauzy operacyjnej. Sytuacja Ukrainy jest niezwykle ciężka, a jej perspektywy wojenne pozostają wątpliwe. Widać jednak, że pierwotny plan rosyjskiego kierownictwa politycznego spalił na panewce. Inwazja nie okazała się spodziewanym, jak wszystko wskazuje, szybkim spacerkiem. Armia rosyjska poniosła istotne straty.
Do roszczeń każdej ze stron w zakresie szkód poczynionych w szeregach przeciwnika należy podchodzić z daleko idącym sceptycyzmem, podobnie jak rozmaite heroiczne historie (taką jak o gromiącym rosyjskie lotnictwo myśliwcu MiG-29, nazywanym „Duchem Kijowa”). Jednak dostępne w domenie publicznej i weryfikowane przez niezależnych obserwatorów dane pozwalają na ustalenie pewnych minimalnych poziomów.
Najtrudniejsze do określenia są straty ludzkie, jednak według ocen analityków Rosjanie mogli stracić już około 10 000 zabitych, rannych i zaginionych (wziętych do niewoli, dezerterów). Znacznie więcej wiadomo o sprzęcie. Analizy autorów serwisu Oryx wskazują, że agresor stracił do dziś co najmniej 31 zniszczonych, 50 zdobytych przez Ukraińców i 27 opuszczonych czołgów. Analogiczne wskaźniki dla bojowych wozów piechoty wynoszą 40, 45 i 24, dla dział samobieżnych 3, 5 i 8, dla artylerii holowanej 4, 2 i 3, dla rakietowej 6, 9 i 2, dla rakietowych i artyleryjskich zestawów przeciwlotniczych 14, 8 i 5. Ukraińcy wyeliminowali również znaczące ilości innego sprzętu lądowego. Nieco mniej dotkliwe straty poniosło dotychczas rosyjskie lotnictwo. Na pewno wiadomo o 3 bombowcach taktycznych Su-34, 2 myśliwcach wielozadaniowych Su-30SM, 4 szturmowcach Su-25 oraz 7 zestrzelonych i 2 opuszczonych po przymusowym lądowaniu śmigłowcach. W przypadku lotnictwa miniona doba przyniosła jednak wyraźne nasilenie strat. Strona ukraińska zniszczyła w tym czasie wszystkie 3 Su-34, jednego Su-30 i 3 śmigłowce. Można oceniać, że faktyczne straty pojazdów bojowych mogą być nawet dwukrotnie wyższe, przecieki wskazują również, że także w przypadku sprzętu powietrznego nie wszystkie materiały dotyczące strat Rosjan zostały, z różnych względów, upublicznione przez obrońców.
Opisane straty nie są porażające dla armii rosyjskiej jako takiej, której rozwinięte przeciwko Ukrainie jednostki stanowiły szacunkowo 20–25% pokojowych stanów w odniesieniu do wojsk lądowych. Dotyczy to w szczególności cieszących oko rozbitych ręką m.in. Matki Boskiej Javelińskiej czołgów agresora. Nawet znacznie większe straty będą możliwe do uzupełnienia w sytuacji, gdy liczba pojazdów tego rodzaju w linii oraz dostępnych w magazynach „od ręki” sięga 3000, a co najmniej drugie tyle, jeszcze z sowieckich zasobów, jest zmagazynowane do mobilizacji w ciągu nie więcej niż pół roku. Z tej perspektywy bardziej dotkliwe mogą być relatywnie mniejsze straty lotnictwa. Nowe Su-30SM czy Su-34 muszą zostać zamówione w fabryce i będą kosztować równowartość około 50 milionów dolarów. Realny koszt modernizacji wyciągniętego z magazynu czołgu T-72B do dość nowoczesnego standardu 3M nie przekroczy miliona dolarów, nawet jeżeli uznać oficjalnie podawane ceny za znacznie zaniżone.
Straty te są jednak bolesne dla sił wydzielonych przeciwko Ukrainie. Niektóre szacunki wskazują, że zaangażowanych zostało już nawet 80% spośród nich, a spora część poniosła znaczące straty lub wręcz została zniszczona przez twardą obronę ukraińską. Przy tym dotychczas prowadzone działania nie przyniosły Rosjanom decydującego powodzenia i realizacji celu politycznego.
Dotychczasowy brak sukcesu militarnego przy poważnych stratach można przypisać kolejnej z rzędu fatalnej kalkulacji rosyjskiego przywództwa politycznego. Najpierw nie doceniło ono determinacji Zachodu, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii w aspekcie wsparcia Ukrainy. Następnie rozpoczęło wojnę, do której w istocie nie były przygotowane zgromadzone siły rosyjskie. Można przypuszczać, że około 200-tysięczna armia inwazyjna, będąca mieszaniną wysokiej jakości jednostek elitarnych, znacznie gorszych ściągniętych z całego kraju i nawet Rosgwardii, czyli w istocie wojsk wewnętrznych, nieprzeznaczonych w żadnym razie do regularnej wojny, mogłaby osiągnąć ograniczone cele, sięgające wydarcia Zadnieprza. Jednak przywództwo polityczne postanowiło zaatakować całą Ukrainę. Spowodowało to blamaż rajdu na Kijów przeprowadzonego w pierwszych dniach wojny. Jednostki biorące udział w tej fatalnie zorganizowanej operacji zostały w dużej mierze rozgromione przez armię ukraińską i własną tragicznie złą logistykę, tracąc nawet 60% sprzętu. Wyniszczeniu uległy rzucane jakby na oślep desanty elitarnych wojsk powietrznodesantowych.
Przy tym wszystkim wydaje się, że w pierwszych dniach wojny Rosjanie chcieli ją prowadzić w sposób „elegancki” medialnie, bez nadmiernych ofiar dla podbijanej ludności. Preludium w postaci uderzeń rakietowych i lotniczych miało niewystarczający zakres i jak wykazały kolejne dni, nie było w stanie porazić ukraińskiej obrony przeciwlotniczej zasięgów krótkiego i średniego, a nawet lotnictwa, wrażliwego na ciosy. Taki koncept „operacji pokojowej”, lekceważący w niewiarygodny sposób zdolność stawiania oporu przez Ukraińców mimo publicznie znanej jej odbudowy po roku 2014 i równie nietajonemu wsparciu Zachodu, wskazywać może na dwie kwestie. Albo na daleko idące deficyty intelektualne rosyjskiego kierownictwa z Władimirem Putinem na czele, albo na rozpoczęcie wojny w sytuacji przymusowej, spowodowanej koniunkcją przyczyn wewnętrznych i zewnętrznych, przede wszystkim obawy przed strategiczną porażką z grającymi w nieprzewidziany przez Moskwę, bardzo ostry sposób Anglosasami. Niewątpliwie jednak matką rosyjskich kłopotów jest fundamentalnie błędna na którymś poziomie kalkulacja.
Ukraińcy w najmniejszym stopniu nie ułatwili Rosjanom zadania. Bezpodstawne okazały się wszelkie obawy o spoistość ich armii i całego państwa oraz społeczeństwa w obliczu inwazji. Nawet spore powodzenie Rosjan na kierunku południowym, gdzie korzystając z lokalnej przewagi i dobrego tam dowodzenia osiągnęli znaczące postępy, odbyło się w warunkach uporządkowanego cofania się sił ukraińskich. Uporczywa obrona Charkowa i Mariupola jest prowadzona w bohaterski i bardzo umiejętny sposób. Na kierunku kijowskim, na którym sytuacja na początku mijającego tygodnia wydawała się niezwykle ciężka, armii ukraińskiej udało się przeprowadzić skuteczne i bolesne dla wroga kontrataki. Oczywiście zasadnicze znaczenie ma tu wsparcie zagraniczne, zapewniane przede wszystkim (choć nie wyłącznie) przez państwa NATO. Nie mniejsze niż nagłaśniane dostawy nowoczesnego i skutecznego sprzętu znaczenie ma w tym zakresie pomoc informacyjna. Wszak samoloty rozpoznawcze, przede wszystkim amerykańskie i brytyjskie, nie operowały od końcówki ubiegłego roku nad Ukrainą i nie operują teraz nad Polską i Rumunią w celach krajoznawczych. Do ukraińskich dowództw płyną strumienie danych od sojuszników. Można nawet zastanawiać się, czy braki rosyjskiej łączności nie biorą się w pewnej mierze z oszczędnego stosowania w obawie przed jej pełnym „rozczytaniem” przez prowadzące nieustannie rozpoznanie elektronicznie samoloty Rivet Joint USAF i RAF.
Jednak ostateczną instancją na polu walki są Ukraińcy, sprawujący się ogólnie rzecz biorąc znakomicie, walczący tyleż ofiarnie, co profesjonalnie. Można mieć ogromne obawy o dalsze perspektywy tak obrońców, jak i ludności cywilnej. Rosjanie nie umieli poprowadzić wojny w sposób elegancki, zatem teraz prawdopodobnie będą dążyć do pokonania Ukrainy przez intensyfikację brutalności i wykorzystanie najmniej finezyjnej przewagi ogniowej. Jeżeli nie zdarzy się kolejna rzecz tak niespodziewana, jak sankcje wykraczające poza przedwojenne przewidywania i „odwrócenie” Niemiec, mogą swój cel osiągnąć.
Pozostaje mieć nadzieję, że w takim przypadku będzie to tylko wygrana wielkim kosztem runda globalnej rozgrywki. A kolejne zwrócą Ukraińcom nie tylko wolną, ale i zamożną, prężną ojczyznę, realizującą potencjał tej ziemi i tego narodu. W tych dniach udowodnili, że zasługują bez żadnych wątpliwości na taką właśnie, nie na półupadły postsowiecki kraj, jakim była Ukraina przez ćwierć wieku po rozpadzie Związku Sowieckiego.
dr Jan Przybylski
przez Jarosław Ogrodowski | czwartek 3 marca 2022 | opinie
24 lutego wszyscy na Zachodzie obudziliśmy się w nowym świecie. Obejrzeliśmy (niektórzy z nas kolejny raz) bomby spadające na ukraińskie miasta i rosyjskie czołgi wjeżdżające na terytorium sąsiedniego, suwerennego państwa. Ci z nas, którzy pamiętali rok 2014, wiedzieli że to kolejne stadium trwającej od ośmiu lat rosyjskiej napaści na Ukrainę, ale dla pozostałych był to szok. Wydawać by się mogło, że role w tej wojnie są proste – jest agresor, czyli Moskwa i jej dyktator, Władimir Putin. Jest ofiara – demokratyczny naród Ukrainy, który dzielnie broni się od lat przeciwko najeźdźcy. Są wreszcie widzowie – czyli my wszyscy. Jak się okazuje, nic nie jest aż tak proste.
Wojna w Ukrainie otworzyła nowy rozdział w historii Unii Europejskiej i szeroko rozumianego Zachodu. W ciągu niespełna tygodnia jej trwania ogromna większość krajów zachodnich przeszła z pozycji business as usual do pozycji totalnych sankcji gospodarczych i politycznych wymierzonych w moskiewski reżim. Zachodnie koncerny jeden po drugim paliły gospodarcze mosty, biorąc udział w przedziwnym i chyba nigdy nie widzianym na taką skalę wyścigu pomiędzy sobą i z własnymi rządami o to, kto szybciej i mocniej dołoży Rosjanom. Tak stanowcza reakcja zaskoczyła chyba wszystkich – nawet skrajni optymiści nie mogli spodziewać się takiej skali działań Zachodu, utożsamianego bardziej z leniwym i podstarzałym kotem uwielbiającym się wylegiwać w słońcu niż z groźnym tygrysem, który umie użyć kłów i pazurów. Zaskoczony był przede wszystkim Kreml, który najwyraźniej uległ własnej propagandzie, zaskoczony był też Pekin, który widząc, co się dzieje, stonował oficjalne komunikaty i przyjął postawę wyczekującą, choć początkowo udzielił Moskwie niemal bezwarunkowego poparcia. Zaskoczona była rosyjska ulica, od poniedziałku borykająca się z permanentnym brakiem gotówki. Zaskoczeni byli rosyjscy oligarchowie, których majątek topnieje w oczach (co nota bene napełnia moje serce ogromną radością). Zaskoczona też była, ale z zupełnie innego powodu, wschodnioeuropejska lewica.
Otwierając social media w ciągu pierwszych dni trwania wojny, wschodnioeuropejski lewicowiec dowiadywał się fascynujących rzeczy. Po pierwsze, agresorem nie jest wcale Rosja, ale NATO, które „rozszerzyło się” ponad miarę, obejmując obszar Europy Wschodniej i zagrażając Rosji. „Musimy zrobić bardzo dużo, by powstrzymać jakąkolwiek eskalację NATO. Musimy zbudować międzynarodową solidarność, która zapewni, że ludzie w Ukrainie będą mogli żyć w pokoju, a nie pod butem jakiejkolwiek armii. I że NATO wycofa się z Europy, szczególnie z Europy Wschodniej” – te słowa wczorajszego idola i gwiazdy lewicowych mediów, Janisa Warufakisa, wprawiały w osłupienie. „Jeśli zaczniemy od lutego 2022 roku, głównym problemem będzie atak Rosji na Ukrainę. Jeśli jednak zaczniemy od 1997 roku, głównym problemem będzie fakt, że Waszyngton naciskał na ekspansję NATO” – dodawała Naomi Klein, cytując „doskonałą analizę” Phylis Bennis (obydwa cytaty w podaję w tłumaczeniu polskim za tekstem „Antyimperializm idiotów” Stanisława Krawczyka z pisma „Kontakt” z 27 lutego br.). W podobnym tonie zdołali się również wypowiedzieć publicyści na łamach m.in. lewicowego „Guardiana” czy magazynu „Jacobin”.
Wszystkie te wypowiedzi cechowało kilka wspólnych punktów, które wydawałoby się powinny być niezwykle odległe od lewicowej agendy:
• obwinianie ofiary – argument z niedrażnienia Rosji jest przecież typowym argumentem z serii „nic by się jej nie stało, gdyby nie sprowokowała go strojem/zachowaniem/tym że wyszła z domu”
• odmowa podmiotowości – niepodległy i demokratyczny naród ma prawo wybierać swoją przyszłość i organizacje międzynarodowe, których chce być członkiem, pod warunkiem że akurat nie leży w strefie wpływów Rosji, bo wtedy nie, patrz punkt pierwszy
• skrajny zachodocentryzm – brak znajomości lokalnych uwarunkowań i bezpośrednie przekładanie swoich wartości i uprzedzeń na kraje o odmiennej kulturze i historii
Wszystkie te punkty do tej pory wydawały się być domeną raczej prawicy i to tej konserwatywnej, a nie liberalnej. Wiele z nich wręcz odkurzało zimnowojenne narracje o geopolityce, strefach wpływu i politycznym realizmie. Wczorajsi szafarze moralnego oburzenia dzisiaj nagle zaczęli dostrzegać odcienie szarości i zaczęli wzywać do opamiętania i umiarkowania. Ich odbiorcy jednak nie byli dla nas tak łaskawi.
Gdy wschodnioeuropejska lewica zaczęła protestować, a Adrian Zandberg napisał słynnego tweeta, którym zawstydził Naomi Klein, zachodni lewicowy komentariat odpowiedział działami. Spojrzenie w komentarze pod dowolnym wątkiem dotyczącym Ukrainy i jej walki przeciwko moskiewskiemu imperializmowi przynosiło zawsze te same wnioski. Ukrainą rządzą naziści, a wszyscy, którzy ich wspierają, również są nazistami. Wojna jest zawiniona przez NATO, które uraziło Rosję i zagroziło jej bezpieczeństwu. Bezpieczeństwo mieszkańców Ukrainy jest nieistotne, bo Afganistan/Syria/Jemen/wpisz dowolny inny nieeuropejski kraj. Polacy i reszta wschodnich Europejczyków to rasiści, ponieważ przyjmują uchodźców z Ukrainy, ale nie chcieli przyjąć tych z Syrii, Jemenu, Afganistanu, Afryki (nieważne, że Afryka to nie jest jeden kraj – nagle zachodnia lewica zaczęła postrzegać cały kontynent tak, jak zazwyczaj według niej postrzega go prawica). Naziści rządzą również w Europie i wysyłają ukraińskim nazistom broń, aby ich rękami pognębić Rosję, która z bliżej nieznanego powodu nazistowska akurat nie jest. Całej tej awanturze z kolei przewodzi nazistowski prezydent Ukrainy, który co prawda jest Żydem, ale jak była łaskawa napisać jedna z użytkowniczek twittera „jest tylko wynajętym aktorem i gra swoją rolę”. Bo, jak wiadomo, Żydzi są niemoralnymi chciwcami, którzy zrobią wszystko dla pieniędzy. Gdzieś już słyszeliśmy tę antysemicką piosenkę, prawda?
Po pierwsze, taką melodię cały czas grają putinowskie media. Napaść na Ukrainę jest według nich „operacją wojskową”, a jej celem jest „denazyfikacja Ukrainy”. Kreml usiłuje nas wszystkich przekonać, że w Kijowie siedzi faszystowsko-nazistowski reżim, a sam Zeleński jest w prostej linii spadkobiercą Bandery i Hitlera, marzącym tylko o tym, aby zetrzeć w proch demokratyczne i wolne narody. To wszystko zaś przekazywane jest w akompaniamencie bomb spadających na Babi Jar, miejsce kaźni dziesiątek tysięcy ukraińskich Żydów – bomb, które wystrzeliwane są przez moskiewskich żołnierzy, a nie ukraińskich „nazistów”.
Po drugie, słowo „nazista” używane zamiennie ze słowem „faszysta”, stało się w ostatnim czasie, szczególnie na młodej lewicy, wygodnym wytrychem. Każdy, kto nie zgadza się z nami i nie jest wystarczająco taki jak my – jest nazistą/faszystą. Każdy, kto nie zachowuje ideologicznej czystości – jest nazistą/faszystą. Uważasz, że wojsko jest potrzebne, a granice to nie są tylko kreski na mapie? Jesteś faszystą! Uważasz, że państwo ma prawo bronić swoich granic przed obcą napaścią? Jesteś faszystą! Uważasz że państwo ma prawo uczestniczyć w sojuszu obronnym? Jesteś faszystą! Nie przeliczasz każdego czołgu czy helikoptera na miejsca i pluszowe misie w żłobkach i szpitalach? Jesteś faszystą! Wpłacasz na ukraińską armię, a nie na zbiórkę na rzecz uchodźców z Syrii (mimo że wpłacasz i tu, i tu)? Jesteś faszystą!
I tak dalej, i tak dalej. Faszyzm unosi się nad lewicą jak ogromna gradowa chmura, a faszyści i naziści są wśród nas, wychylając swoje paskudne łby. Wschodnioeuropejska lewica została wzięta w dwa ognie – od przodu atakują ją za faszystowskie odchylenie wczorajsi zachodni towarzysze, od tyłu zaś atakuje ją za niewystarczającą czystość ideologiczną jej własny narybek z lewicowych grupek i forów. Samo poparcie decyzji o byciu w NATO i prawa do samostanowienia wschodnioeuropejskich narodów wystarcza, aby zapłonął stos.
Politycy i polityczki partii lewicowych są zdziwieni, choć nie powinni być. Ten stos rozpalano już bardzo wiele razy, ale dopóki płonęli na nim inni, nie budziło to ich wielkiego oporu. Łatwo było wzruszyć ramionami i nie zauważać, w końcu wtedy płonął mityczny „alt-left” albo „stara lewica” – teraz jednak zapłonęli oni sami. W Polsce partia Razem musiała wystąpić z lewicowych międzynarodówek (Progressive International i DiEM25), za co została solidnie zgrillowana zarówno na Zachodzie, jak i przez własny komentariat. Mógłbym oddać się tutaj schadenfreude, ale byłoby to bezcelowe. Odbieram ten ruch jako odważny i potrzebny, idący w poprzek bieżących politycznych interesów partii, ale za to ideologicznie i moralnie słuszny. Mam nadzieję, że tą drogą pójdą również inne wschodnioeuropejskie lewicowe ugrupowania i będzie to solidny fundament do budowania własnej podmiotowości, dalekiej od niewolniczego powielania zachodnioeuropejskich, a przede wszystkim anglosaskich kalek, zazwyczaj mocno nieprzystających do wschodnioeuropejskich realiów.
Spierajmy się, kłóćmy, rozmawiajmy – ale róbmy to samodzielnie i na własnych warunkach. W końcu na tym polega faszyzm: że mamy wielość poglądów, wielość głosów i nie wszyscy myślimy tak samo. I że traktujemy innych jako równych sobie, jak każdy porządny nazista powinien.
Jarosław Ogrodowski
przez Taras Bilous | niedziela 27 lutego 2022 | opinie
Piszę te słowa w Kijowie, który jest pod ostrzałem artylerii.
Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że wojska rosyjskie nie rozpoczną inwazji na pełną skalę. Teraz mogę tylko podziękować tym, którzy są odpowiedzialni za wyciek informacji do amerykańskich służb wywiadowczych.
Wczoraj pół dnia spędziłem zastanawiając się, czy powinienem wstąpić do jednostki obrony terytorialnej. Następnej nocy ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał rozkaz pełnej mobilizacji, wojska rosyjskie przemieściły się i przygotowały się do okrążenia Kijowa – a to zadecydowało za mnie.
Ale zanim zajmę stanowisko, chciałbym przekazać zachodniej lewicy, co myślę o jej reakcji na agresję Rosji na Ukrainę.
Przede wszystkim jestem wdzięczny tym lewicowcom, którzy teraz pikietują pod rosyjskimi ambasadami – nawet tym, którzy nie spieszyli się z uświadomieniem sobie, że to Rosja jest agresorem w tym konflikcie.
Jestem wdzięczny politykom, którzy popierają wywieranie nacisku na Rosję, aby powstrzymała inwazję i wycofała swoje wojska.
Jestem wdzięczny delegacji brytyjskich i walijskich posłów, związkowców i aktywistów, którzy przybyli, aby nas wesprzeć i wysłuchać w ostatnich dniach przed rosyjską inwazją.
Jestem również wdzięczny Kampanii Solidarności z Ukrainą w Wielkiej Brytanii za jej wieloletnią pomoc.
Ten tekst dotyczy drugiej części zachodniej lewicy. Tych, którzy wyobrażali sobie „agresję NATO na Ukrainie”, a nie widzieli agresji rosyjskiej – jak nowoorleański oddział Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA).
Albo Międzynarodowy Komitet DSA, który opublikował haniebne oświadczenie, gdzie nie wypowiedział ani jednego krytycznego słowa przeciwko Rosji (jestem bardzo wdzięczny amerykańskiemu profesorowi i aktywiście Danowi la Botzowi i innym za krytykę tego oświadczenia).
Albo ci, którzy krytykowali Ukrainę za niewdrożenie porozumień mińskich i przemilczali ich łamanie przez Rosję i tzw. Republiki Ludowe.
Albo ci, którzy wyolbrzymiali wpływy skrajnej prawicy na Ukrainie, ale nie dostrzegali jej w „Republikach Ludowych” i unikali krytyki konserwatywnej, nacjonalistycznej i autorytarnej polityki Putina. Część odpowiedzialności za to, co się dzieje, spoczywa na was.
Jest to część szerszego zjawiska w zachodnim ruchu „antywojennym”, zwykle nazywanego przez krytyków lewicowych „kampizmem”. Brytyjsko-syryjska pisarka i aktywistka Leila Al-Shami nadała mu mocniejszą nazwę: „antyimperializm głupców” [nawiązanie do znanego stwierdzenia, że „antysemityzm to socjalizm głupców”, spopularyzowanego w ruchu socjalistycznym pod koniec XIX wieku – przyp. redakcji NO]. Przeczytajcie jej wspaniały tekst z 2018 roku, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Powtórzę tu tylko główną tezę: działalność dużej części zachodniej „antywojennej” lewicy po wojnie w Syrii nie miała nic wspólnego z powstrzymaniem wojny. Sprzeciwiali się jedynie ingerencji Zachodu, ignorując, a nawet wspierając zaangażowanie Rosji i Iranu, nie mówiąc już o ich stosunku do „prawowicie wybranego” reżimu Assada w Syrii.
„Wiele organizacji antywojennych usprawiedliwiało milczenie w sprawie rosyjskich i irańskich interwencji, argumentując, że »główny wróg jest na miejscu«” – napisała Al-Shami. „To zwalnia ich z podejmowania jakiejkolwiek poważnej analizy sił w celu ustalenia, kim w rzeczywistości są główni aktorzy kierujący wojną”.
Niestety, ten sam stereotyp ideologiczny powtórzył się na Ukrainie. Nawet po tym, jak Rosja uznała niepodległość „Republik Ludowych” na początku tego tygodnia, Branko Marcetic, autor amerykańskiego lewicowego magazynu „Jacobin”, napisał tekst prawie w całości poświęcony krytyce USA. Jeśli chodzi o działania Putina, posunął się on tylko do stwierdzenia, że rosyjski przywódca „sygnalizował posiadanie nie-do-końca łagodnych ambicji”. Serio?
Nie jestem zwolennikiem NATO. Wiem, że po zakończeniu zimnej wojny blok stracił funkcję obronną i prowadził agresywną politykę. Wiem, że ekspansja NATO na wschód podkopała wysiłki zmierzające do rozbrojenia nuklearnego i stworzenia systemu wspólnego bezpieczeństwa. NATO próbowało zmarginalizować rolę ONZ i Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz zdyskredytować jako „organizacje nieefektywne”. Ale nie możemy cofnąć przeszłości i, szukając wyjścia z tej sytuacji, musimy poruszać się w obecnych okolicznościach.
Ile razy zachodnia lewica wspominała nieformalne obietnice USA wobec byłego prezydenta Rosji Michaiła Gorbaczowa dotyczące NATO („ani jednego cala na wschód”), a ile razy wspominała o memorandum budapeszteńskim z 1994 r., które gwarantuje suwerenność Ukrainy? Jak często zachodnia lewica popierała „uzasadnione obawy o bezpieczeństwo” Rosji, państwa posiadającego drugi co do wielkości arsenał nuklearny na świecie? I jak często wyrażała obawy o bezpieczeństwo Ukrainy, państwa, które pod presją USA i Rosji musiało zamienić swoją broń nuklearną na kawałek papieru (Memorandum Budapeszteńskie), i który Putin ostatecznie zdeptał w 2014 roku? Czy kiedykolwiek lewicowym krytykom NATO przyszło do głowy, że Ukraina jest główną ofiarą zmian spowodowanych rozszerzeniem NATO?
Zachodnia lewica wielokrotnie odpowiadała na krytykę Rosji, wspominając agresję USA przeciwko Afganistanowi, Irakowi i innym państwom. Oczywiście trzeba podjąć dyskusję na ten temat – ale w jaki konkretnie sposób?
Argumentem lewicy powinno być to, że w 2003 roku inne rządy nie wywierały wystarczającej presji na Stany Zjednoczone w sprawie Iraku, a nie to, że teraz trzeba wywierać mniejszy nacisk na Rosję w sprawie Ukrainy.
Oczywisty błąd
Wyobraź sobie przez chwilę, że w 2003 roku, gdy Stany Zjednoczone przygotowywały się do inwazji na Irak, Rosja zachowywała się tak, jak Stany Zjednoczone w ostatnich tygodniach: groziła eskalacją.
A teraz wyobraź sobie, co rosyjska lewica mogła zrobić w tej sytuacji, zgodnie z dogmatem „nasz główny wróg jest na miejscu”. Czy skrytykowałaby rosyjski rząd za tę „eskalację”, mówiąc, że „nie powinna narażać na szwank sprzeczności międzyimperialistycznych”? Dla każdego jest oczywiste, że takie zachowanie byłoby w takim przypadku błędem. Dlaczego nie było to oczywiste w przypadku agresji na Ukrainę?
W innym artykule z „Jacobina” z początku tego miesiąca Marcetic posunął się nawet do stwierdzenia, że Tucker Carlson z Fox News miał „całkowitą rację” co do „kryzysu ukraińskiego”. To, co zrobił Carlson, to zakwestionowanie „strategicznej wartości Ukrainy dla Stanów Zjednoczonych”. Nawet Tariq Ali z „New Left Review” z aprobatą przytoczył kalkulacje niemieckiego admirała Kay-Achima Schönbacha, który powiedział, że okazywanie Putinowi „szacunku” za pomocą braku kwestionowania jego działań w sprawie Ukrainy jest „niskim kosztem, nawet brakiem kosztu”, biorąc pod uwagę, że Rosja może być użytecznym sojusznikiem przeciwko Chinom. Czy oni mówią poważnie? Jeśli USA i Rosja mogłyby dojść do porozumienia i rozpocząć nową zimną wojnę przeciwko Chinom jako sojusznicy, to czy my naprawdę właśnie tego chcieliśmy?
Reformowanie ONZ
Nie jestem fanem liberalnego internacjonalizmu. Socjaliści powinni go krytykować. Ale to nie znaczy, że musimy popierać podział „sfer interesów” między państwa imperialistyczne. Zamiast szukać nowej równowagi między dwoma imperializmami, lewica musi walczyć o demokratyzację międzynarodowego porządku bezpieczeństwa. Potrzebujemy globalnej polityki i globalnego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego. To drugie już mamy: to ONZ. Tak, ma wiele wad i często jest przedmiotem uzasadnionej krytyki. Ale można krytykować, żeby coś obalić lub żeby coś poprawić. W przypadku ONZ potrzebujemy tego drugiego. Potrzebujemy lewicowej wizji reform i demokratyzacji ONZ.
Oczywiście nie oznacza to, że lewica powinna wspierać wszystkie decyzje ONZ. Ale ogólne wzmocnienie roli ONZ w rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych pozwoliłoby lewicy zminimalizować znaczenie sojuszy wojskowo-politycznych i zmniejszyć liczbę ofiar. (W poprzednim artykule pisałem, jak siły pokojowe ONZ mogły pomóc w rozwiązaniu konfliktu w Donbasie. Niestety, teraz straciło to na znaczeniu.) W końcu potrzebujemy ONZ również do rozwiązania kryzysu klimatycznego i innych globalnych problemów. Niechęć wielu międzynarodowych lewicowców do odwołania się do tej organizacji jest strasznym błędem.
Po tym, jak wojska rosyjskie zaatakowały Ukrainę, redaktor europejskiego „Jacobina” David Broder napisał, że lewica „nie powinna przepraszać za sprzeciwianie się wojskowej odpowiedzi USA”. To i tak nie było zamiarem Bidena, jak wielokrotnie powtarzał. Ale duża część zachodniej lewicy powinna uczciwie przyznać, że zupełnie spieprzyła formułowanie odpowiedzi na „kryzys ukraiński”.
Moja perspektywa
Zakończę krótkim opisem swojej perspektywy.
W ciągu ostatnich ośmiu lat wojna w Donbasie była głównym problemem, który podzielił ukraińską lewicę. Każdy z nas kształtował swoje stanowisko pod wpływem osobistych doświadczeń i innych czynników. Zatem inny ukraiński lewicowiec napisałby ten artykuł inaczej.
Urodziłem się w Donbasie, ale w rodzinie ukraińskojęzycznej i nacjonalistycznej. Mój ojciec związał się w latach 90. ze skrajną prawicą, obserwując upadek gospodarczy Ukrainy i wzbogacenie się byłego kierownictwa partii komunistycznej, z którą walczył od połowy lat 80. Oczywiście ma bardzo antyrosyjskie, ale też antyamerykańskie poglądy. Do dziś pamiętam jego słowa z 11 września 2001 roku. Gdy oglądał w telewizji upadające Bliźniacze Wieże, powiedział, że odpowiedzialni za te zniszczenia byli „bohaterami” (już tak nie sądzi – teraz uważa, że sami Amerykanie wysadzili je celowo).
Kiedy w Donbasie w 2014 roku wybuchła wojna, mój ojciec wstąpił do batalionu Aidar jako ochotnik, mama uciekła z Ługańska, a dziadek i babcia pozostali w swojej wiosce, która znalazła się pod kontrolą Ługańskiej Republiki Ludowej. Mój dziadek potępił rewolucję Euromajdanu na Ukrainie. Popiera Putina, który, jak mówi, „przywrócił porządek w Rosji”. Mimo to wszyscy staramy się rozmawiać (choć nie o polityce) i pomagać sobie nawzajem. Staram się im współczuć. W końcu mój dziadek i babcia całe życie pracowali w kołchozie. Mój ojciec był robotnikiem budowlanym. Życie nie było dla nich łaskawe.
Wydarzenia z 2014 roku – rewolucja, po której nastąpiła wojna – skierowały mnie w przeciwnym kierunku niż większość ludzi na Ukrainie. Wojna zabiła we mnie nacjonalizm i popchnęła mnie na lewicę. Chcę walczyć o lepszą przyszłość dla ludzkości, a nie dla narodu. Moi rodzice, z ich postsowiecką traumą, nie rozumieją moich socjalistycznych poglądów. Mój ojciec protekcjonalnie odnosi się do mojego „pacyfizmu”. Odbyliśmy nieprzyjemną rozmowę po tym, jak pojawiłem się na antyfaszystowskim proteście wzywającym do rozwiązania skrajnie prawicowego pułku Azow.
Gdy wiosną 2019 roku prezydentem Ukrainy został Wołodymyr Zełenski, miałem nadzieję, że zapobiegnie to katastrofie, która dzieje się teraz. Trudno przecież demonizować rosyjskojęzycznego prezydenta, który wygrał programem pokojowym dla Donbasu i którego żarty cieszyły się popularnością zarówno wśród Ukraińców, jak i Rosjan. Niestety się pomyliłem. O ile zwycięstwo Zełenskiego zmieniło stosunek wielu Rosjan do Ukrainy, to jednak nie zapobiegło wojnie.
W ostatnich latach pisałem o procesie pokojowym i o ofiarach cywilnych po obu stronach wojny w Donbasie. Próbowałem promować dialog. Ale teraz to wszystko poszło z dymem. Nie będzie kompromisu. Putin może planować, co chce, ale nawet jeśli Rosja zajmie Kijów i zainstaluje swój okupacyjny rząd, będziemy się temu opierać. Walka będzie trwała, dopóki Rosja nie opuści Ukrainy i nie zapłaci za wszystkie ofiary i zniszczenia.
Stąd moje ostatnie słowa kieruję do narodu rosyjskiego: pospieszcie się i obalcie reżim Putina. Leży to zarówno w waszym, jak i w naszym interesie.
Taras Bilous
tłum. Magdalena Okraska
Tekst ukazał się 25 lutego 2022 r. na ukraińskim portalu internetowym commons.com.ua