przez Jan Przybylski | niedziela 10 kwietnia 2022 | opinie
Jednym z elementów krajowej reakcji na rosyjską agresję na Ukrainę stało się ogłoszenie w marcu przez ministra Przemysława Czarnka przywrócenia od 1 września elementów przysposobienia obronnego (PO) w ramach przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa (EdB). Zgodnie z deklaracjami resortu edukacji uczniowie w VIII klasie szkoły podstawowej mają zapoznawać się z bronią palną i zasadami udzielania pierwszej pomocy, natomiast w I klasie szkoły ponadpodstawowej dojdą praktyczne zajęcia ze strzelania prowadzone na strzelnicach dofinansowanych na poziomie samorządów przez MON.
Dyskusja na temat reaktywacji przysposobienia obronnego, zlikwidowanego w roku 2012 i zastąpionego właśnie przez edukację dla bezpieczeństwa, nie jest nowością. Pojawiła się po pierwszej odsłonie wojny ukraińskiej przed siedmiu laty. Wtedy jednak nie zostały podjęte idące w tym kierunku decyzje. Należy zauważyć, że EdB przejęła część materiału programowego przedmiotu znoszonego. Uczy się na niej zasad udzielania pierwszej pomocy oraz postępowania w sytuacjach zagrożenia, przy czym przedmiot ten jest sprofilowany pod kątem klęsk żywiołowych, wypadków oraz ataków terrorystycznych, które wydawały się najbardziej prawdopodobnymi problemami u progu minionej dekady.
Od kilku lat oczywiste stało się zagrożenie wojną sensu stricto, co uzasadnia powrót do odpowiednio sprofilowanego przygotowania młodzieży. Dawne, odziedziczone po PRL-u przysposobienie obronne, stanowiło element pewnego ciągu – przygotowywało do powszechnej, poborowej służby wojskowej lub szkoleń wojskowych na studiach i powiązanych z nimi Szkół Podchorążych Rezerwy. Warto jednak pamiętać, że niekoniecznie był to jakiś proobronnościowy raj utracony. W pamięci autora lekcje PO z liceum na początku lat 90. zapisały się jako nudne, prowadzone przez emerytowanych oficerów o charyzmie porównywalnej z generałem Jaruzelskim i przede wszystkim bardzo „suche”. Zakres zajęć praktycznych był minimalny, zapoznawanie z bronią nie miało miejsca poza jednorazową wyprawą klasy na strzelnicę, de facto zresztą praktycznie fakultatywną. Być może zaważyła specyfika „naukowego” liceum, ale wydaje się, że problemy infrastrukturalne w tym zakresie były w systemie edukacji powszechne, a sam przedmiot traktowano raczej jako uciążliwy spadek po minionej epoce. Mniej więcej równie poważnie jak symbol nowej – wprowadzana właśnie do szkół religia/etyka.
Według resortu edukacji celem programu ćwiczeń strzeleckich, który ma zostać opracowany „wspólnie z organizacjami proobronnymi i pod ścisłą kuratelą MON” ma być zapewnienie szkolonym uczniom „realnych umiejętności” w tym zakresie. Ponieważ koncepcja przywrócenia obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej jest konsekwentnie odrzucana, zamysł realizowany na poziomie szkoły ponadpodstawowej, a przez to de facto powszechny, można uznać za pewien jej substytut. Oczywiście bardzo ograniczony – sama umiejętność obsługi broni strzeleckiej jest tylko jedną ze zdolności nabywanych przez żołnierza podczas szkolenia. W przypadku rodzajów broni innych niż piechota czy siły specjalne – drugorzędną. Przeszkolenie potencjalnych kandydatów tylko w tym jednym zakresie będzie miało zatem w perspektywie wieloletniej bardzo umiarkowane znaczenie dla wojsk regularnych. Nieco większe dla Obrony Terytorialnej. A stosunkowo największe w ewentualnej sytuacji kryzysowej wymagającej mobilizacji i szkolenia rezerw najniższego szczebla czy rozbudowy sił typu milicyjnego. Zapowiadany przez MON program można też traktować jako swoistą „inicjację” w obronność, a także, last but not least, możliwość zainteresowania przez armię potencjalnego narybku służbą czy to zawodową, czy wprowadzaną w ustawie o obronie ojczyzny dobrowolną zasadniczą służbą wojskową.
Przedstawiony przez ministerstwo edukacji projekt na wstępnym etapie i na podstawie dość skąpych danych można zatem ocenić jako mający potencjał zapewnienia korzyści dla obronności. Wszystko oczywiście będzie zależało od konkretnej jego realizacji i zdania egzaminu przez kadry oraz infrastrukturę. Co najmniej równie ważnym jak szkolenia z bronią elementem będzie wszak przeprofilowanie programu edukacji dla bezpieczeństwa w taki sposób, aby uczone w jej ramach elementy obrony cywilnej obejmowały zagrożenia o charakterze masowym. Charakter wojny prowadzonej na Ukrainie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości odnośnie do ich realności. To z kolei musi być powiązane z dyskusją o obronie cywilnej jako takiej czy w szczególności budownictwa ochronnego. Zmiany muszą mieć charakter systemowy, punktowe deklaracje dobrych intencji nie wystarczą.
dr Jan Przybylski
przez Andrzej Dwojnych | środa 30 marca 2022 | opinie
Łatwo i lekko nie będzie. To już wiemy. Po ośmiu dekadach przerwy stajemy się znów w ciągu kilku tygodni krajem wieloetnicznym i wielowyznaniowym. Nie ma poważnych przesłanek do postawienia tezy, że ten stan nie będzie miał charakteru trwałego. Istnieje duża szansa, iż napływ uchodźców, głównie matek z dziećmi, w perspektywie kilkunastu lat przyniesie naszemu krajowi i starzejącemu się społeczeństwu korzyści. Zanim jednak to nastąpi, czekają nas trudne miesiące i lata, zaś sytuacja z pewnością inaczej będzie wyglądała w wielkich miastach i na polskiej prowincji. W niniejszym tekście spróbuję spojrzeć na problem wyłącznie z perspektywy Polski lokalnej. Konkretnie z ośmiotysięcznej gminy w centrum kraju, jednolitej pod względem etnicznym i wyznaniowym, na pół rolniczej, na pół będącej sypialnią Płocka.
Z informacji, które do mnie docierają, wnioskuję, że część ludzi zaczyna już powoli okazywać niezadowolenie, iż uchodźcy posiadają te same prawa w dostępie do zasiłków i programów pomocowych (np. program „500+”, „300+”, zasiłki rodzinne), co obywatele Polski. W sklepach emeryci zastanawiają się, czy nasze państwo, które wspiera uchodźców, będzie w stanie nadal wypłacać „13” i „14” emerytury. Ponieważ siła nabywcza złotego z miesiąca na miesiąc będzie spadać, uchodźcy mogą być wskazywani jako „główni winowajcy” omawianego procesu. Sklepowe w sąsiedniej gminie drżą o posady, bo właściciel przyjął ostatnio do pracy trzy Ukrainki. Jedna z młodych matek uczyniła mi następujący wykład: „doskonale wiadomo, że od września dzieci ukraińskie do polskich przedszkoli będą przyjmowane, podczas gdy dla jej 3-letniej córki miejsca w przedszkolu nie będzie”. Oczywiście żadne decyzje w tej materii jeszcze nie zostały podjęte, ale gołym okiem widać już pola, na których dotychczasowe problemy mogą narastać. Dotąd bowiem „Kowalska” przychodziła skarżyć się jedynie na to, że dziecko „Nowakowej” zostało szybciej przyjęte do przedszkola niż jej, bez podtekstu etnicznego dotyczącego pochodzenia „Nowakowej”. Dostęp do usług medycznych w Polsce lokalnej zawsze był na niższym poziomie w porównaniu z wielkimi miastami, a teraz, w wyniku przybycia nowych pacjentów, sytuacja musi się pogorszyć. Lekarze, których w Polsce jest zbyt mało, nie chcą pracować na terenach wiejskich. Spółka gminna, w całości należąca do kierowanego przeze mnie samorządu, od lat ma duże problemy ze ściąganiem specjalistów. Ponieważ jest to jednak problem systemowy, którego nie potrafił rozwiązać żaden rząd od dwóch dekad mojej pracy w samorządzie, mieszkańcom prowincji nie pozostaje nic innego, jak w jeszcze większym stopniu liczyć na dobre geny i łut szczęścia.
Ogólnie moje spostrzeżenie jest takie, że tarcia będą nieuchronne, gdyż niezależnie od podziałów Polak – Ukrainiec, napływ uchodźców, głównie w młodym wieku, jeszcze bardziej uwypukli różnice pokoleniowe. Generalnie ludzie młodzi, bez względu na pochodzenie etniczne, mają większe oczekiwania od państwa i samorządu niż osoby w wieku dojrzałym. Tymczasem niemal na pewno państwo i samorząd nie będą w stanie w najbliższych latach (z uwagi na kryzys uchodźczy i inflację) spełnić wszystkich oczekiwań. Wyższe ceny i ograniczona podaż towarów uniemożliwi wielu samorządom wykonanie planowanych inwestycji. Niektórzy samorządowcy i politycy będą w kampanii mówili, że „za niewykonanie wszystkich planów i obniżenie stopy życiowej odpowiedzialna jest wojna”, ale słuchający ich ludzie – elektorat, winnych mogą wskazywać konkretnie palcem.
Poważnym problemem dla samorządów może okazać się gospodarka odpadami. Zwiększony strumień odpadów komunalnych w wielkich miastach pośrednio będzie wpływał na wzrost kosztów funkcjonowania systemu na terenach wiejskich – nawet jeśli na nich uchodźców będzie względnie niewielu. Skoro bowiem ilość odpadów wywożonych dajmy na to z Warszawy do instalacji w Płońsku gwałtownie wzrośnie, a samorząd stolicy jest i będzie w stanie zapłacić za odbiór odpadów znacznie więcej niż każda jedna gmina wiejska, firmy odbierające odpady od podpłońskich gmin wiejskich będą w przetargach składać coraz wyższe oferty, a instalacja podnosić ceny odbioru.
Początkowo w większości znanych mi przypadków na terenach wiejskich uchodźcy byli przyjmowani „z odruchu serca”, tzn. ci, którzy deklarowali w rozmowach ze mną chęć ich przyjęcia, czynili to zanim w ogóle pojawiła się mowa o jakichkolwiek środkach finansowych na ten cel ze strony administracji rządowej. Wójt Gminy Łąck w powiecie płockim przyjął do budynku „zielonej szkoły” ponad 350 osób, finansując ich pobyt początkowo wyłącznie z budżetu własnego samorządu. Jego sąsiad z Gminy Nowy Duninów przyjął do świetlicy ponad 70 Romów ukraińskich także bez żadnego „ale”. Jednak z upływem czasu zdarzają się przypadki odmienne, których natężenie rośnie po wydaniu przez rząd przepisów o wypłatach w wysokości 40 zł za dzień pobytu dla podmiotu przyjmującego uchodźców. Znajoma spod Bydgoszczy usłyszała od swojej koleżanki: „czy zakwaterowałaś uchodźców? Bo to się przecież opłaca”. Jak można interpretować przyjęcie 20 osób, w tym 13 dzieci, do domku o powierzchni 130 metrów kwadratowych przez przedsiębiorcę, który z tego tytułu uzyska z budżetu państwa 800 zł dochodu dziennie, niż chęć zysku? I co się stanie z uchodźcami, jeśli środki z jakiegoś powodu nie będą wypłacane albo będą wypłacane w mniejszym zakresie?
Istotne jest, aby przystępujące do polskich szkół dzieci nie zrywały kontaktu z językiem i kulturą ukraińską. Póki co nie ma w tym zakresie jasnych wytycznych ze strony Ministerstwa Edukacji i Nauki (dopuszczone jest włączanie dzieci ukraińskich do polskich klas oraz nauka w trybie zdalnym w szkołach ukraińskich), więc każdy samorząd realizuje tego typu zajęcia „po swojemu” bądź nie realizuje wcale. Na niedaleką przyszłość kwestia wypracowania odpowiednich założeń programowych jest bardzo ważna. Trudno sobie wyobrazić, by ukraińskie dzieci były uczone w polskich szkołach o „bohaterskich wyczynach UPA i OUN w okresie drugiej wojny światowej”, a z drugiej strony wtłaczanie w głowy małych Ukraińców polskiej wersji historii na temat chociażby obrony Lwowa semper fidelis przed Ukraińcami w 1919 rokiem i rzezi wołyńskiej także skutkować musi zupełnie niepotrzebnymi konfliktami o podłożu etnicznym. Historie o tym, jak to Ukraińcy w 1943 roku rozpruwali polskim kobietom brzuchy i wkładali weń trociny, przynoszą mi w ostatnich dniach osoby, które o historii nie mają bladego pojęcia, więc tego problemu nie powinno się bagatelizować. Nie będę w tym miejscu po raz kolejny powielał swoich tez o konieczności zmian w polskiej polityce historycznej i w nauce historii, o czym pisałem niedawno. Nadmienię jedynie, że zmiany te są konieczne niemal od dziś – jeśli nie chcemy mieć problemów jutro. Nie zamiatając pod dywan najtrudniejszych tematów z relacji polsko-ukraińskich, w nauce historii dla młodych Polaków i rosnącej grupy młodych Ukraińców konieczne jest umieszczanie tych kwestii, które będą łączyć i będą zrozumiałe dla wszystkich. Powinno położyć się zatem nacisk na kwestię tolerancji w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, na Wielką Emigrację po Powstaniu Listopadowym i niewiele mniejszą po 1945 roku czy na tematykę „bieżeństwa 1915 roku” (czyli uchodźstwa), która objęła do 3 mln potomków przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, a który to temat zupełnie nie istnieje w polskiej świadomości historycznej. Dla gmin wiejskich włączenie dzieci ukraińskich w system edukacji będzie trudne, ale wydaje się, że i tak łatwiejsze niż dla samorządów największych polskich miast, które mogą nie dysponować warunkami lokalowymi dla przyjęcia setek tysięcy nowych dzieci. Wśród uchodźców w naszej gminie znajduje się emerytowany nauczyciel z Kijowa i w tej chwili zastanawiam się już tylko nad tym, w jakiej formie zorganizować zajęcia z literatury ukraińskiej i języka dla młodych Ukraińców, bo wszystkie „nowe” dzieci zostały włączone do dotychczasowych klas. W wielkich miastach problem na pewno będzie większy i nie tak prosty do rozstrzygnięcia. Na terenach wiejskich sytuacja też nie będzie prosta, ale jednak rezerwy w placówkach szkolnych są większe – w odróżnieniu od miast bowiem dzieci nie uczą się zazwyczaj systemem zmianowym.
W liberalnych i lewicowych mediach często stawiane są zarzuty pod adresem Kościoła rzymskokatolickiego o zbyt małe zaangażowanie w pomoc uchodźcom. Być może uwagi te nie są zupełnie pozbawione racji, choć odnotować należy, że mamy np. po sąsiedzku gminę Stara Biała, a w niej Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przyjęło do prowadzonego przez siebie Domu Samotnej Matki kilkoro ukraińskich kobiet z dziećmi. Generalnie jednak w Kościele rzymskokatolickim z pewnością tkwią jeszcze rezerwy, choć z ostatecznymi krytycznymi ocenami należy poczekać. Wymaga czasu wypracowanie spójnego stanowiska przez tak dużą wspólnotę religijną o hierarchicznej strukturze, ale rozmaitych frakcjach i zróżnicowanych poglądach społeczno-politycznych. Problemem w tym przypadku może być postrzeganie uchodźców przez dużą grupę duchownych głównie poprzez kalkę wyznaniową i etniczną. Przybysze, w większości prawosławni, na pewno nie zapełnią świątyń rzymskokatolickich. Część z nich w niedalekiej przyszłości będzie być może chciała budować na terenie RP cerkwie prawosławne. Większemu zaangażowaniu Kościoła nie pomaga też nazbyt wstrzemięźliwy język papieża Franciszka. Można odnieść wrażenie, iż najważniejsze w polityce Watykanu nie są problemy ludzi, którzy cierpią w wyniku działań wojennych, ale szeroko rozumiane interesy Kościoła w Rosji.
Patrząc z lokalnej perspektywy nie wydaje się natomiast, aby duży problem na terenach wiejskich i małomiasteczkowych miały stanowić różnice wyznaniowe. Religijność ludu ma w dużym stopniu podłoże kulturowe i powierzchowne, jej podglebie intelektualne jest płytkie. W kierowanym przeze mnie urzędzie pracuje kobieta z paszportami polskim i rosyjskim, w mojej gminie od dawna mieszkają Polki pochodzenia białoruskiego, w sąsiedniej mieszka ceniony przez tubylców przedsiębiorca budowlany pochodzenia ormiańskiego. Nigdy nie słyszałem pod ich adresem żadnych złośliwości na tle etnicznym lub religijnym ani nie słyszałem, by sami się na coś takiego uskarżali. Skala oddziaływania przysłowiowego „ksenofobicznego Radia Maryja”, jak określają ową rozgłośnię wielkomiejskie opiniotwórcze elity liberalne, jest w Polsce lokalnej mniejsza niż to się może pozornie wydawać. Problem „narastającej nietolerancji religijnej” może być czasami celowo rozdmuchiwany przez środowiska wielkomiejskie – ażeby udowadniać, że przeciętny Polak jest jednak o wiele bardziej ksenofobiczny niż np. Francuz. Oczywiście w miarę postępującego kryzysu uchodźczego wzrost zachowań nietolerancyjnych i ksenofobicznych jest nieuchronny. Jednak w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych nie widać zarzewia poważnych konfliktów na tle religijnym (choć znów – oczywiście w wielkich miastach i na podmiejskich „strzeżonych osiedlach” zamieszkiwanych przez wielkomiejskich liberałów może być inaczej). Znacznie większym problemem dla interesów RP może być natomiast narastająca niechęć mieszkańców polskiej prowincji do Brukseli, o ile w miarę szybko do naszego kraju nie spłyną środki pomocowe przeznaczone na utrzymanie uchodźców. Jakakolwiek próba powiązania ich przyznania z tzw. kwestią praworządności niemal na pewno interpretowana byłaby jako przejaw hipokryzji zachodnich elit.
Generalnie aklimatyzacja uchodźców znacznie lepiej powinna przebiegać w Polsce lokalnej niż w wielkich miastach. Oczywiście przy założeniu, że ten lub kolejny rząd nie podejmie decyzji o przymusowej relokacji części uchodźców do gmin wiejskich. Łatwiej zmiany zaakceptować będzie tym, którzy nie preferują skrajnie konsumpcyjnego stylu życia – typowego zwłaszcza dla wielkich miast. Obecność względnie niewielkich grup Ukraińców (większość garnie się do dużych ośrodków) wymuszała będzie na nich szybką naukę języka polskiego i – co za tym idzie – niezamykanie się w tylko własnym środowisku etnicznym. Gettoizacja uchodźców jest dużym zagrożeniem w miastach, ale na wsiach, gdzie nie ma ludzi anonimowych, już nie. W lekceważonych przez środowiska wielkomiejskie remizach strażackich i na wiejskich festynach o charakterze kulturalnym względnie łatwiej jest zorganizować przedsięwzięcia, w których ukraińscy sąsiedzi brali będą aktywny udział. Posługiwanie się z kolei w miarę sprawnie językiem polskim to automatyczna przepustka do naszego rynku pracy oraz mniejsza bądź większa akceptowalność uchodźców przez otoczenie (polskie w sensie etnicznym i rzymsko-katolickie w sensie wyznaniowym). Nawet jeśli pojawią się spory w kolejce do lekarza czy o miejsce w przedszkolu, łatwiej będzie je rozwiązać ludziom częściowo „wtopionym w społeczeństwo” na festynie przy remizie strażackiej.
Zarzuty o nieudolność pod adresem administracji rządowej czy samorządowej różnych szczebli nie wnoszą wiele poza samą krytyką. Mój pogląd nie wynika z „solidarności zawodowej” czy z twierdzenia, iż administracja nie popełnia błędów (bo popełnia ich wiele). Ale tylko ten, kto nigdy nie miał do czynienia z pracą w niej może wypowiadać osądy, że „to i tamto można było przewidzieć”, zaś rozwiązanie powstających problemów jest „proste jeśli do problemu podejdzie się w sposób profesjonalny”. Mimo zasygnalizowanych wybranych problemów, które udało mi się dostrzec z perspektywy wójta średniozamożnej wiejskiej gminy i z którymi przez wiele lat najpewniej będziemy się borykać, nie uważam, by należało popadać w pesymizm i konstatację, że problemom nie da się zaradzić. Oczywiście ich kompleksowe rozwiązanie wymagać będzie ogromnego wysiłku zarówno ze strony administracji rządowej, jak i samorządowej oraz organizacji pozarządowych. Włączenie „na nowo”, po ponad 80-letniej przerwie, dużej społeczności ukraińskiej w ramy państwa polskiego wymaga dostosowania przepisów, które obecnie tworzone są naprędce (ale inaczej być nie może) i które muszą być cyklicznie korygowane. Zwłaszcza że będą to zmiany trwałe. Zarówno nasze społeczeństwo, jak i aparat państwa muszą stać się bardziej elastyczne niż dotąd. Chociażby nostryfikacja dyplomów ukraińskich powinna być zdecydowanie uproszczona – te zmiany nie wymagają wielkiego zachodu, a będą bardzo przydatne. Im szybciej ukraiński lekarz rozpocznie pracę w wiejskiej spółce zdrowotnej, a nauczyciel w szkole (choćby na część etatu), tym lepiej nie tylko dla lekarza i nauczyciela, ale przede wszystkim dla wszystkich pacjentów i uczniów bez względu na przynależność etniczną. Krótko mówiąc: tym lepiej dla Polski.
dr Andrzej Dwojnych
przez Łukasz Misiuna | niedziela 27 marca 2022 | opinie
Na skutek procedury rozpoczętej 19 kwietnia 2019 roku przez ministra Henryka Kowalczyka, powierzchnia Świętokrzyskiego Parku Narodowego została pomniejszona o bezcenny przyrodniczo i kulturowo fragment 1,35 ha na Łyścu. Pod relikwiami z krzyża, na którym zmarł Chrystus, dokonano dekapitacji polskiego systemu ochrony przyrody. Wbrew Polkom i Polakom, wbrew opiniom naukowców i ekspertów, polityczek i polityków oraz wbrew jednogłosowi organizacji społecznych. Egzekucję wykonał premier Mateusz Morawiecki podpisując 19 stycznia 2022 roku bezprawny projekt rozporządzenia RD 162. Projekt rozporządzenia wszedł w życie 1 lutego 2022 roku. Inspiratorami tego bezprawnego czynu byli zakonnicy Oblaci z Łyśca. Skutki tej procedury dotkną wszystkich parków narodowych w Polsce.
Świętej Pamięci Natura
W ostatnim akcie niezgody wobec rządowych planów grupa artystek i artystów z warszawskich kolektywów artystycznych „Sztuka w ruchu – Wachlarze Bojowe”, grupa śpiewacza Staynia oraz Warszawsko-Lubelska Orkiestra Dęta przy udziale Stowarzyszenia Społeczno-Przyrodniczego MOST opracowała i wykonała happening „Świętej Pamięci Natura” na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym oraz pod kancelarią prezesa rady ministrów w Warszawie.
Używając języka sztuki, poezji, filozofii i piękna, w dniu 8 stycznia 2022 roku o godzinie 13:00 spod bramy Świętokrzyskiego Parku Narodowego w Hucie Szklanej ruszył kondukt żałobny. Symboliczna Matka Natura ze związanymi rękami była prowadzona na szafot. Symboliczny szafot znajdował się przed Muzeum Świętokrzyskiego Parku Narodowego na Łyścu, na terenie przeznaczonym do usunięcia z jego granic. Tu wygłoszono mowę pożegnalną. Następnie głowa Matki Natury została ścięta.
Wydarzenie powtórzono 18 stycznia 2022 roku w Warszawie. Zaproszono na nie premiera Mateusza Morawieckiego. Nie skorzystał z zaproszenia.
Przedstawienie było nie tylko obywatelskim aktem niezgody na trwające bezprawie, ale też niezwykłym wydarzeniem artystycznym o wielkiej sile oddziaływania. Płaczki „uzbrojone” w starożytne wachlarze bojowe w rzeczywistości manifestowały bezsilność Polaków wobec bezdusznego i sadystycznego aparatu państwa. Poruszająco piękna i smutna Matka Natura odegrana przez zjawiskową Annę Juniewicz, tancerkę i aktorkę japońskiego teatru butoh, była wyrazem naszej bezsilności, ale też szczerości. Charyzmatyczny Wojciech Matejko, także tancerz butoh, w sposób hipnotyzujący oddał perfidię i wyrachowanie ministerialnych urzędników. Posągowy Karol Buski wcielił się w kata, który w zasadzie reprezentował zakulisową rolę Oblatów. Nad całością od pierwszej chwili czuwała Julie Bui, która była jak wódz prowadzący swoją armię w urzekający i pełen spokoju sposób na pewną śmierć. Wspierała ją pełna uroku i ciepła Hania Lekmane. Całość nie byłaby tak niebywale przejmująca, gdyby nie piosenkarka i autorka tekstów Justyna Jary. Zresztą nie sposób wymienić ich wszystkich.
Profesor Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, który przybył na warszawski happening, tak o nim napisał w mediach społecznościowych: „Fantastyczny i przejmujący happening. To naprawdę, prócz tego, że był to protest, było wydarzenie artystyczne. Po czymś takim chce się dalej działać”.
Myślę, że wszyscy, którzy wzięli udział w tworzeniu, a później uczestniczyli w wydarzeniu doświadczyli tego, co było sensem greckiej tragedii, oczyszczenia. Dla mnie to było doświadczenie głęboko poruszające. Po niemal trzech latach nierównej walki moje uczucia i emocje mogły wreszcie dojść do głosu. Nie tylko ja byłem silnie wzruszony. Nie tylko ja czułem, że coś umarło i że trzeba będzie sobie z tym w nowy sposób radzić. I nie chodziło tu tylko o proceduralną zmianę granic jakiegoś miejsca tak, a nie inaczej opisanego w prawie.
Jak to się mogło stać?
Pomiędzy kwietniem 2019 a styczniem 2022 przyrodniczki i przyrodnicy, działaczki i działacze społeczni, polityczki i politycy oraz 37 000 Polek i Polaków wyrażało wielokrotnie swój sprzeciw wobec usunięcia bezcennego przyrodniczo i kulturowo fragmentu Świętokrzyskiego Parku Narodowego na Łyścu z jego granic.
Aby zgodnie z polskim prawem ochrony przyrody usunąć z granic parku narodowego jakiś jego fragment, należy wykazać „bezpowrotną utratę wartości przyrodniczych i kulturowych” tego konkretnego obszaru. Tylko łączne występowanie tych trzech przesłanek (1. Bezpowrotność utraty; 2. Utrata wartości przyrodniczych; 3. Utrata wartości kulturowych) otwiera drzwi do procedury wyłączenia terenu z granic parku narodowego.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska nigdy nie udowodniło, że zachodzi choćby jedna z tych przesłanek. Natomiast zespół przyrodników związanych ze Stowarzyszeniem MOST wykonał badania i opublikował raport przyrodniczy, z którego jednoznacznie wynika, że 1,35 ha na Łyścu nie utraciło wartości przyrodniczych i kulturowych. Dokument został przekazany do Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Jego wyniki poparły: Polska Akademia Nauk, Państwowa Rada Ochrony Przyrody i Rada Naukowa Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wszystkie te głosy zostały zlekceważone przez Ministerstwo i dyrekcję ŚPN.
Dlaczego doszło do złamania prawa? Motorem procedury wyłączenia fragmentu 1,35 ha na Łyścu ze Świętokrzyskiego Parku Narodowego są zakonnicy z zakonu Oblatów. Od lat 30. XX wieku starali się oni zagarnąć cały klasztor pobenedyktyński wraz z ziemią. Od 1819 roku jest to własność Skarbu Państwa najpierw Królestwa Polskiego, a teraz Rzeczpospolitej Polskiej. Oblaci od dziesiątek lat wywierają naciski na kolejne polskie rządy, chcąc uzyskać całość unikalnego zespołu klasztornego, który od 1950 roku leży w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego, a od 1908 roku zabiegano o ochronę tego bezcennego przyrodniczo i kulturowo obiektu.
Obecny rząd, pomimo braku przesłanek prawnych i naukowych, postanowił złamać prawo i przeprowadzić procedurę zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego tylko po to, aby nakarmić zachłanność Oblatów.
Od 2019 roku kieleckie Stowarzyszenie Społeczno-Przyrodnicze MOST stawiało opór tej instytucjonalnej przemocy państwa i Kościoła, śledząc każdy ruch ministerstwa, Oblatów i dyrekcji ŚPN, biorąc udział we wszystkich przewidzianych prawem procedurach, pisząc artykuły, prowadząc badania naukowe na Łyścu, współorganizując protesty i pisząc apele i listy np. do papieża Franciszka. Sprawą zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. Po dwóch latach udało się w ten opór włączyć większość krajowych środowisk aktywistycznych i naukowych. Za późno i, jak się okazało, nieskutecznie.
Ostatni wysiłek
Od września 2021 roku środowiska domagające się zachowania integralności Świętokrzyskiego Parku Narodowego podjęły szereg działań mających na celu przekonanie Ministerstwa Klimatu i Środowiska, że prowadzone w tej sprawie procedury są nieuzasadnione.
16 września 2021 roku dyrekcja Świętokrzyskiego Parku Narodowego zorganizowała w Ciekotach uroczyste obchody 70-lecia utworzenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Obchodom towarzyszyła konferencja naukowa, na która zaproszono naukowców, leśników, służby innych parków narodowych oraz przedstawicieli ministerstwa, a także… Oblatów. Konferencję otworzył… zakonnik. Dyrekcja ani słowem nie wspomniała o tym, że ŚPN ma utracić niebawem fragment na Łyścu. Jak się okazało, wielu uczestników konferencji nie wiedziało o toczącej się procedurze.
Przedstawiciele Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot oraz Stowarzyszenia MOST zgłosili oficjalnie chęć udziału w konferencji w roli prelegentów. Zgłosiłem także swój udział. Zaproponowałem przedstawienie wyników badań naukowych z Łyśca. Odmówiono nam. W związku tym obie organizacje zdecydowały o przeprowadzeniu pikiety w miejscu, gdzie odbywała się konferencja. Było to wydarzenie oficjalne, zgłoszone i legalne oraz pokojowe i nieagresywne. Naszym celem było wyrażenie sprzeciwu wobec działań ministerstwa, Oblatów i dyrekcji ŚPN. Ale też poinformowanie opinii publicznej i uczestników konferencji o tym, co się dzieje. W czasie naszej pikiety doszło do kilku bezprecedensowych zdarzeń i skandali.
Dyrektor ŚPN Jan Reklewski nie wpuścił pikietujących na ogólnodostępny teren przy budynku, w którym odbywała się konferencja. Wykorzystał do tego, niezgodnie z prawem, Straż Parku Narodowego. Wiemy od uczestników konferencji, że niektórzy pracownicy Parku próbowali odwieść dyrektora od tego działania. Mógł mieć świadomość, że łamie prawo. Mimo tego zrobił to. Pikieta była legalna i towarzyszyła jej policja. Reklewski po konferencji zgłosił na policję kilku uczestników pikiety. Zostali oni przesłuchani. Nie przyznali się do zarzucanych im czynów polegających na zakłócaniu porządku publicznego. Zostali uznani winnymi i nałożono na nich kary w wysokości 300 zł. Złożyli odwołanie. W Sądzie Rejonowym w Kielcach byliśmy reprezentowani przez adwokatkę Karolinę Kuszlewicz. Po wysłuchaniu nas i adwokatki Sąd orzekł, że mieliśmy prawo w ten właśnie sposób wyrazić naszą niezgodę, tym bardziej, że urzędnicy nie reagowali przez niemal trzy lata na nasze apele, sprzeciwy, wyniki badań naukowych oraz głosy naukowców i prawników. Orzeczenie sądu było bardzo rozbudowane, poparte polskimi i międzynarodowymi aktami prawnymi i zawierało twierdzenia, które będą miały znaczenie w przyszłości w podobnych sprawach, ale też jako argumentacja dotycząca obrony porządku prawnego, w tym prawa obywateli do sprzeciwu również w sprawach nie związanych z ochroną przyrody.
Po tym jak Jan Reklewski wykorzystał straż parku narodowego jako prywatnych ochroniarzy, zgłosiłem go na policję. Policjant przyjmujący zgłoszenie powiedział: „Proszę Pana, to sprawa polityczna, ja się w to nie mieszam”. Prokuratura Kielce-Wschód uznała, że Jan Reklewski nie złamał prawa. Mimo dowodów w postaci fotografii i świadków gotowych zeznawać, Prokuratura oparła się na wyjaśnieniu Reklewskiego, że… użył Straży Parku wyłącznie do regulacji ruchu samochodowego. Jest to oczywista nieprawda, co zostało udokumentowane. Jan Reklewski poinformował, że zgłosił nas na policję, ponieważ nasze okrzyki utrudniały odsłuchanie hymnu narodowego. Znając nowatorstwo legislacyjne Jana Reklewskiego można się spodziewać, że niebawem będzie procedowany jakiś projekt ustawy zabraniającej rozmawiania w czasie wykonywania hymnu narodowego, co może stać się skuteczną bronią przeciwko wszelkim manifestacjom, we wszystkich innych społecznie ważnych sprawach.
23 października 2021 r. Stowarzyszenie MOST zorganizowało konferencję naukową „Korzenie”, poświęconą sprawie wartości przyrodniczych i kulturowych Łyśca w Świętokrzyskim Parku Narodowym i światowego obiektu UNESCO Krzemionki. Wygłoszonych zostało kilka referatów. Konferencja jest dostępna online (http://konferencjamost.pl/). Mimo zaproszenia nikt z ŚPN ani z Ministerstwa Klimatu i Środowiska (MKiS), ani spośród „zatroskanych” o przyrodę Łyśca Oblatów nie przybył na konferencję, aby móc zapoznać się z najbardziej aktualnym stanem wiedzy w tej sprawie.
30 października 2021 r. nowa ministra klimatu i środowiska Anna Moskwa otrzymała od 23 organizacji pozarządowych list z apelem o zakończenie prac nad usunięciem fragmentu Łyśca z granic ŚPN.
4 listopada w Warszawie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, Stowarzyszenie MOST, Extinction Rebellion i inne ruchy społeczne przemaszerowały przez centrum Warszawy do siedziby nowej ministry Anny Moskwy z apelem o zakończenie prac nad bezprawnym projektem rozporządzenia usuwającego Łysiec z granic ŚPN. Z protestującymi ulicami Warszawy maszerował tekturowy jeleń świętokrzyski z informacją, że Świętokrzyski Park Narodowy jest zagrożony utratą bezcennego fragmentu na Łyścu. A zagrożenie to na ŚPN sprowadzili Oblaci z obecnym dyrektorem ŚPN Janem Reklewskim i trzema poprzednimi ministrami: Henrykiem Kowalczykiem, Michałem Wosiem i Michałem Kurtyką. Pani Ministrze przekazano też petycję podpisaną przez 37000 Polek i Polaków. Tekturowy jeleń został oddany pod opiekę ministrze Annie Moskwie.
16 listopada Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i Stowarzyszenie MOST poinformowały, że został przesłany list do papieża Franciszka, informujący o planach wyłączenia fragmentu Łyśca z granic ŚPN na skutek nacisków dokonywanych przez Oblatów na urzędnikach państwowych. W liście do Franciszka napisaliśmy m.in.:
„Łysiec stanowi dziedzictwo przyrodnicze, chronione przez polskie prawo, dziedzictwo kultury chrześcijańskiej i przedchrześcijańskiej, a także dziedzictwo duchowe związane ze znajdującym się tam sanktuarium Święty Krzyż. Przez wiele lat Łysiec był miejscem, gdzie porządek religijny, przyrodniczy i historyczny harmonijnie ze sobą współegzystowały.
Stacjonujący w klasztorze misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej czynią jednak starania o przejęcie części terenu, stanowiącego majątek Skarbu Państwa Polskiego, na własność. Choć jest ich zaledwie dziewiętnastu (razem z nowicjatem), a już teraz dysponują ogromnym terenem sanktuarium. Jako przyczynę wystąpienia z roszczeniami podają chęć posiadania większej liczby pomieszczeń (refektarza, dodatkowych miejsc noclegowych czy sali konferencyjnej)”.
18 listopada Prokuratura Rejonowa w Starachowicach odmówiła wszczęcia postępowania przeciwko Janowi Reklewskiemu. Zgłoszenie dotyczyło przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego polegającego na planach budowy wieży widokowej na Łysicy, budowy farmy fotowoltaicznej na zabytku archeologicznym z czasów rzymskich w Rudkach, wspierania usunięcia z granic ŚPN 1,35 ha na Łyścu na wniosek Oblatów oraz budowy wodotrysków i innych fajerwerków przy wejściu do ŚPN od strony Świętej Katarzyny.
W sprawie wieży widokowej na Łysicy negatywne stanowisko zajęła Rada Naukowa ŚPN. W sprawie usunięcia z granic ŚPN fragmentu Łyśca wypowiedziało się 37 000 Polek i Polaków, Rada Naukowa SPN, Polska Akademia Nauk oraz Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Sprawę budowy farmy fotowoltaicznej w Rudkach negatywnie ocenił Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków wzywając dyrektora Reklewskiego do posprzątania terenu i oznakowania, a nie do budowy fotowoltaiki. Stowarzyszenie MOST posiada w formie pism wszystkie te krytyczne opinie wobec działań Reklewskiego, Oblatów i MKiS.
Również 18 listopada projekt bezprawnie procedowanego i zawierającego fundamentalne błędy projektu rozporządzenia w sprawie zmiany granic ŚPN oceniła Komisja Prawnicza Rządowego Centrum Legislacji. Komisja Prawnicza zwróciła uwagę na istotne problemy i zaleciła: „zmianę pkt 12 Oceny Skutków Regulacji do projektu wskazującego, że nie ma potrzeby określania mierników niezbędnych do ewaluacji projektu, gdyż rozporządzenie dotyczy wyłącznie kwestii technicznych. Prowadzący Komisję Prawniczą zwrócili uwagę, że projektowane zmiany nie mają wyłącznie technicznego charakteru, zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestię wyłączeń nieruchomości z obszaru Parku”.
Ponadto komisja prawnicza zwróciła uwagę na wymagania wynikające z art. 10 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody, które powinny być odpowiednio odzwierciedlone w uzasadnieniu do projektu. Chodzi tu o rzekomą „bezpowrotną utratę wartości przyrodniczych i kulturowych” na Łyścu.
Mały kawałek ŚPN, duża zmiana systemu
Jak powiedziałem na wstępie, wszystkie te działania zakończyły się fiaskiem. Rząd, w głównej mierze członkowie Solidarnej Polski oraz świętokrzyscy działacze Zjednoczonej Prawicy (posłowie Krzysztof Lipiec i Mariusz Gosek), przeforsował pozbawiony podstaw prawnych i merytorycznych dokument zmniejszający powierzchnię ŚPN. To jest sprawa nie mająca precedensu w polskiej historii. Również jako przykład imponującego zaangażowania w obronę ŚPN różnych środowisk społecznych, aktywistycznych, artystycznych, politycznych i naukowych.
Zajmując się tą sprawą od samego jej początku, to jest od kwietnia 2019 roku, alarmowałem, że usunięcie z granic ŚPN tego fragmentu przy użyciu rządowej „argumentacji” pociągnie lawinę negatywnych konsekwencji, które dotkną wszystkie inne parki narodowe w Polsce. Przede wszystkim dlatego, że teraz dowolna grupa interesów może użyć dokładnie tej samej „logiki” co w przypadku Oblatów na Łyścu i ich nieuprawnionych roszczeń. Po drugie i chyba ważniejsze, ministerstwo potraktowało sprawę ŚPN jako poligon i w oparciu o zdobyte tu doświadczenia przygotowało projekt ustawy o parkach narodowych. 23 lutego zakończyły się konsultacje społeczne tego projektu. Jako Stowarzyszenie MOST przesłaliśmy swoje uwagi.
Projekt ustawy jest przede wszystkim pełen wewnętrznych sprzeczności, wieloznaczności, błędów, sprzeczności z obowiązującymi już aktami prawnymi i jako wadliwy lub niedopracowany nie powinien w takiej postaci ujrzeć światła dziennego. To jednak można złożyć na karb pośpiechu i próby bycia skutecznym i szybkim. Natomiast zawiera on też liczne zapisy, które wprost grożą dewastacją prawa i marginalizacją roli parków narodowych jako najwyższej formy ochrony w Polsce.
Przede wszystkim brakuje zapisów na temat ułatwienia powoływania parków narodowych. A takie regulacje zapowiadano prezentując założenia Polskiego Ładu. Można więc zapomnieć o utworzeniu np. Turnickiego Parku Narodowego.
Projekt ustawy wyklucza udział organizacji pozarządowych w opiniowaniu określenia lub zmiany granic parku narodowego.
Dokonano też zmiany, która uniemożliwi prowadzenie obrony parków narodowych jako obiektów o szczególnej wartości przyrodniczej i kulturowej. Taką linię obrony stosowałem zgodnie z prawem w przypadku Łyśca w ŚPN. Teraz ministerstwo zamieniło spójnik „i” na „lub”. Zgodnie z obowiązującą ustawą o ochronie przyrody zmiana granic parku narodowego może nastąpić wyłącznie w przypadku „bezpowrotnej utraty wartości przyrodniczych i kulturowych obszaru’. Spójnik „i” nakazuje nierozłączne traktowanie wartości przyrodniczych i kulturowych. W proponowanym brzmieniu spójnik „i” zastąpiono spójnikiem „lub”. Oznacza to, że wystarczy utrata tylko wartości przyrodniczych albo tylko kulturowych obszaru. Rozluźnia to i niebezpiecznie liberalizuje ochronę w parkach narodowych. Zapis ten jest także niezgodny z wiedzą naukową, ponieważ zwykle obiekty o ponadprzeciętnych walorach kulturowych jak zabytki architektury, mają też wysokie znaczenie dla bioróżnorodności. Często budynki są siedliskiem gatunków ściśle związanych właśnie z tego rodzaju obiektami. Są to między innymi ptaki, nietoperze, ale także ślimaki czy porosty. Obecność różnych budowli w parkach narodowych zwykle zwiększa ich bioróżnorodność o gatunki synantropijne. Wartości przyrodnicze i kulturowe w parkach narodowych są ściśle powiązane i nie wolno ich rozdzielać, rezygnując ze spójnika „i”. Otworzy to bowiem drogę do procedur wyłączeniowych na trudną do przewidzenia skalę. To z kolei przyniesie niepowetowane straty w ochronie przyrody w parkach narodowych. Trzeba dodać, że nie tylko obiekty zabytkowe mogą mieć wysokie znaczenie dla bogactwa przyrodniczego. Proponowany zapis można też interpretować tak, iż wystarczy utrata wartości przyrodniczych lub kulturowych (a więc tylko jednego z dwu rodzajów wartości) na jakimś niewielkim fragmencie powierzchni parku narodowego, aby zlikwidować cały park narodowy. To jest niedopuszczalne i zapis ten należy bezwzględnie zmienić tak, aby jednoznacznie wynikało, że utrata wartości na niewielkiej części parku narodowego nie umożliwia likwidacji całego parku narodowego.
Projekt ustawy w części dotyczącej zakazów w parkach narodowych wymienia między innymi „zakaz prowadzenia badań naukowych”. Jest to nieprawdopodobne i trudne do zrozumienia, choć to właśnie zgoda na moje badania w ŚPN stanęła w gardle ministra Wosia, który ją wydał, a następnie nie zainteresował się wynikami badań. Te badania dały też ważne argumenty instytucjom naukowym w domaganiu się wycofania z pomysłu usunięcia z granic ŚPN 1,35 ha na Łyścu.
W myśl projektu ustawy dyrektorzy parków narodowych będą powoływani przez ministra. Natomiast dyrektor parku narodowego będzie mógł dowolnie, uznaniowo kształtować skład Rady Naukowej Parku. Czyli nie dość, że dyrektorzy będą z nadania partyjnego, to jeszcze niezależny organ doradczy będzie swobodnie kształtowany przez takiego nominata. Co oznacza całkowite uzależnienie parku narodowego od bieżących potrzeb i interesów politycznych i różnego rodzaju lobby.
To tylko niektóre, najbardziej spektakularne propozycje zmian w odniesieniu do parków narodowych, które w polskim prawie mają, czy raczej miały, rolę wyjątkową. Projekt tej ustawy wyraźnie wskazuje na sposób myślenia rządzących o najważniejszych, najcenniejszych przyrodniczo obszarach naszego kraju.
To wszystko jest bardzo smutne. Jesteśmy świadkami dewastacji systemu ochrony przyrody w Polsce przez grupkę ludzi oraz takie eksploatowanie najwyższych wartości, które pozwoli na handel wspólnym dobrem. To wszystko w czasach globalnego kryzysu gospodarczego, zaniku bioróżnorodności, zmian klimatu oraz w czasach wojny o źródła energii, która rozgrywa się przy naszej granicy.
Dziś z tej perspektywy jeszcze lepiej widać, że nasz happening Świętej Pamięci Natura doskonale oddaje emocje, które nam wszystkim towarzyszą. To głównie żal, bezsilność, poczucie bycia nadużywanym przez państwo i jego aparat, poczucie zagrożenia, niepewności i smutku.
W tym stanie emocjonalnym udało się natomiast zbudować wielką sieć wsparcia, znajomości, osobistych relacji, wspólnych działań. Okazało się, że nie rozpadliśmy się całkiem jako społeczność, że potrafimy działać oddolnie.
Z pewnością umiera jakiś świat, jakiś porządek, a dla mnie koniec ten rozpoczął się w borze jodłowym na Łyścu.
Nie jestem w stanie dziś wymienić wszystkich, którzy udzielili mi pomocy, wsparcia, którzy w ciągu tych trzech lat włączyli się w tę sprawę. Przepraszam, że Was wszystkich nie wymienię, ale jestem Wam głęboko wdzięczny za wszystko.
Łukasz Misiuna
Autor na naszych łamach prezentuje sprawę od kilku lat, w tym zamieścił tutaj pierwszy w Polsce artykuł opisujący ten problem:
Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?
Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)
Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu
Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?
Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?
Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym
Świętokrzyski Lunapark Narodowy
Przemoc instytucjonalna w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Z Parku znika fragment Łyśca
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Happening kondukt żałobny pod Łyścem. fot. Małgorzata Kowal
przez Piotrek Kolasiuk | wtorek 22 marca 2022 | opinie
***
liberalny poseł w metrze szuka miejsca przy barierce
potem patrzy nostalgicznie jak ucieka mu śródmieście
marszczy czoło w czułym geście (o, to nada się na zdjęcie)
kiedy miną tą wyraża swą empatię, wielkie serce
luźno zwisa górny guzik, no bo przecież jest jak wszyscy
roztrzepany, niewyjściowy i dlatego tak nam bliski
i ogarnia rzewnym wzrokiem wypełniony cały przedział
reklamówki (te z biedronki), cztery bułki, ćwiartkę chleba,
okulary, stare buty, wory powiek, dziury w zębach
tamtą babcię w kapeluszu, co dosiadała się spod Wierzbna
i narzeka, że znów cena podskoczyła na biletach
chciałby nawet jej zapłacić, ale ścięła się kamera
chłonie smaki, muska barwy i napawa się zapachem
a ostatnio miał podobnie, gdy odwiedził ZOO warszawskie
obserwuje bacznym wzrokiem, z fascynacją i przestrachem
szybkie gesty, twarde ruchy, a nad nimi dzikie twarze
przetarł czoło ręką z Casio napawając się tą farsą
chciałby wysiąść gdzieś pod żabką i w jedności z średnią klasą
się uraczyć pyszną kawką albo chociaż i kanapką
ściska drążek, marszczy czołem i gdzieś w dal się zapatruje
jakby widział jasną przyszłość, chociaż raczej widzi tunel
już Imielin jest nareszcie, jeszcze tylko szybkie zdjęcie
a wychodząc myśli tylko „ej, wy serio tak codziennie?”
przez redakcja | niedziela 20 marca 2022 | klasyka, opinie
Z tego, że Ukraińcy rosyjscy dziś reprezentują ruch jeszcze bardzo słaby – słabszy od ruchu nie tylko polskiego, ale nawet ormiańskiego, gruzińskiego lub łotewskiego, z tego, że dość jeszcze długo będą musieli zajmować się wznoszeniem fundamentów swej przyszłej polityki narodowej – z tego wszystkiego nie wynika bynajmniej, aby ruch ukraiński można było bagatelizować. Przeciwnie, posiada on niewątpliwie tyle żywotności, że po przebyciu pewnych nieuniknionych przejściowych stadiów rozwoju przetworzy się w świadomy ruch polityczny. Gwarancją tego jest z jednej strony niewątpliwe unarodawianie się szerokich mas ukraińskiej ludności chłopskiej, robotniczej i drobnomieszczańskiej, z drugiej zaś oddziaływanie na inteligencję ukraińską Galicji, z jej wszechstronnym życiem narodowym miejscowej ludności ruskiej.
Jeśli bowiem Ukraina rosyjska znalazła się po 30 października roku 1905 w położeniu niemal takim samym, jak Ruś galicyjska w roku 1848, to jednakże pod tym względem zachodzą też znaczne różnice. Przede wszystkim Ukraińcy rosyjscy mogą korzystać z owoców tej pracy kulturalnej i politycznej, jaka została wykonana w Galicji. Następnie zaś te zasoby intelektualne i materialne, jakie posiada dziś Ukraina rosyjska, w porównaniu z zasobami „popów i chłopów” ruskich z roku 1848 są wprost olbrzymie.
Wobec tego wszystkiego możemy się spodziewać wcześniej czy później rozwoju i rozrostu ruchu ukraińskiego i w dziedzinie politycznej. A to dla nas ma ogromne znaczenie. Nieobojętnym jest bowiem dla Polaków, a dla demokracji polskiej przede wszystkim, w jakim kierunku podąży ewolucja polityczna społeczeństwa i kraju, z którymi tyle nici nas łączy. Musimy się tedy bacznie przyglądać etapom tego rozwoju, a to tym bardziej, że ten odłam społeczeństwa polskiego, który zamieszkuje Ukrainę, chcąc nie chcąc musi dzielić jej losy. Koniecznym jest wobec tego, aby na polu politycznym Polacy ukraińscy jak najprędzej doszli do zupełnego porozumienia się z Ukraińcami, by ręka w rękę wspólnie pracować dla dobra i przyszłości tego kraju, który jest przecież wspólną własnością wszystkich zamieszkujących go szczepów.
Chcąc bliżej zapoznać się ze stanem obecnym aspiracji politycznych ruchu ukraińskiego, należy rzucić okiem wstecz i przyjrzeć się tym drogom, jakimi zdążała ewolucja przekonaniowa inteligencji ukraińskiej od pierwszych chwil budzenia się jej świadomości narodowej.
Pierwsze występy założycieli nowożytnej literatury ukraińskiej – Kotlarewskiego, Hułaka-Artemowskiego – były pozbawione wszelkich pierwiastków politycznych. Centralistyczna gospodarka Rosji, całkiem świadomie, otwarcie i konsekwentnie dążąca do zatarcia wszystkich cech odrębnych, wypleniła prawie zupełnie te szczątki dążności separatystycznych, które objawiły się na Ukrainie po przyłączeniu się jej do Moskwy i które znalazły swój najjaskrawszy wyraz w ruchu Mazepy. Lud ukraiński, zgnębiony poddaństwem, cofał się kulturalnie, szlachta zaś szybko rusyfikowała się. Autor „Eneidy” – Iwan Kotlarewski – posiada dość mgliste pojęcie o narodowości ukraińskiej, jako o czymś odrębnym i samoistnym i w ogóle nie ma żadnej świadomości narodowo-politycznej. To samo da się rzec o wszystkich prawie pisarzach ukraińskich aż do czasów Szewczenki. Hułak-Artemowskij cieszy się niezmiernie z triumfów wojsk rosyjskich nad Polakami w roku 1831 i z tego, że „Paszkiewicz wydawyw z Lachiw weś żyr”. Kwitka pisze rzeczy wprost serwilistyczne, a w „Łystach do lubeznych zemlakiw” otwarcie chwali ład panujący. Ambroży Metłynśkyj nazywa Moskwę „ridnyj kraj” itd. Słowem, ani jeden z tych pisarzy ukraińskich nie przejawił żadnych, nie mówiąc już o separatystycznych, ale nawet autonomicznych dążności.
Jedynym objawem autonomizmu ukraińskiego była słynna „Historia Russów”, długo przypisywana metropolicie Koniskiemu, ale napisana w rzeczywistości (około roku 1810) przez Wasyla Poletykę. Ta „Historia” jednak nie miała w sobie nic etnograficznie ukraińskiego. Napisana przez człowieka, który uważał siebie za „ruskiego” i używał wyłącznie języka rosyjskiego, „Historia Russów” miała na celu wykazanie potrzeby konstytucji w Rosji, przy czym Poletyka utożsamiał przyszły ustrój konstytucyjny z dawnym ładem kozackim. „Historia Russów” tchnie nienawiścią do Polaków i opowiada niestworzone rzeczy o okrucieństwach Lachów. Bardzo dużo z tych „faktów”, pomimo, że były obalone przez późniejszych historyków rosyjskich i polskich, błąka się dotąd po podręcznikach i utworach beletrystów rosyjskich.
Dopiero u Szewczenki spotykamy się z całkiem jasną świadomością narodową i określonymi poglądami na przeszłość i teraźniejszość Ukrainy. Szewczenko zupełnie dobrze rozumiał odrębność narodu ukraińskiego tak od Rosjan, jak i od Polaków, a w swych poezjach całkiem świadomie występował przeciwko centralizacyjnym zarządzeniom Piotra I i Katarzyny II. Jego sympatie były po stronie Hetmańszczyzny kozackiej, której jednak zbyt nie idealizował. Bolała go zdrada narodowa starszyzny kozackiej, którą nazywał „warszawskim śmieciem, błotem, podnóżkami Moskwy”, piętnował renegatów, ze wstrętem pisał o tych „zemlaczkach” zmoskwiczonych […].
Tam, gdzie mówi o przeszłości, staje na stanowisku kozackim, ale np. w zakończeniu „Hajdamaków” wypowiada myśli pożałowania nad tym, że „dzieci Słowian” upijały się krwią. „Dobrze, że minęły te czasy” – powiada, a w wierszu do Bronisława Zaleskiego mówi o „wznowieniu cichego raju z Polakami”. Wpływy „Historii Russów” kojarzyły się u Szewczenki z wpływami polskiej poezji romantycznej i osobistego stykania się z zesłańcami-Polakami, jak Bronisław Zaleski, Żeligowski i inni. Wpływy polskie rozbudziły u Szewczenki niejasne dążności niepodległościowe i myśli o odzyskaniu wolności przez Ukrainę i lud ukraiński.
W „Testamencie” swym („Zapowit”) Szewczenko wypowiedział te myśli o walce z gnębicielami Ukrainy i jej ludu najwyraźniej […].
Szewczenko reprezentuje szczyt rozwoju świadomości narodowo-politycznej Ukrainy. Genialna intuicja syna ludu podpowiedziała mu to, na co się nie mogli zdobyć przedstawiciele inteligencji ukrainofilskiej, którzy po pogromie „Bractwa Cyrylometodyjskiego” cofali wstecz ukraińską myśl polityczną, topiąc ją w mętach utopijnego federalizmu wszechsłowiańskiego lub wschodnio-europejskiego.
I Kostomarow, i Kulisz udowodniali, że Ukraińcy nie są zdolni do samodzielnego życia politycznego, że ich połączenie się z Rosjanami było koniecznością dziejową i że ani Rosjanie bez Ukraińców, ani Ukraińcy bez Rosjan nie dadzą sobie rady. Nawet tam, gdzie przywódcy ukrainofilstwa mogli przemawiać zupełnie otwarcie, w prasie emigracyjnej, wypowiadają się oni za jednością wszechrosyjską, jakkolwiek uważają za konieczne wyodrębnienie obszaru ukraińskiego „w przyszłym związku słowiańskim” w samodzielną całość (artykuł Kostomarowa w „Kołokole” Herzena).
Ale i te słabe przebłyski świadomości politycznej, jakie spotykamy u Kostomarowa i ukrainofilów skupiających się dokoła „Osnowy” petersburskiej, zanikają na długo pod wpływem Antonowicza i jego przyjaciół kijowskich.
Kiedy bowiem w przeddzień powstania 1863 roku ukrainofile, za słabi, aby odegrać samodzielną rolę polityczną, musieli się zdecydować: albo pójść ręka w rękę z demokratami polskimi i z Polską powstańczą przeciwko caratowi, albo wystąpić przeciwko Polsce demokratycznej, powstańczej i – faktycznie – poprzeć carat, Antonowicz i jego przyjaciele najbliżsi wybrali to ostatnie. Wprawdzie zwrot ten został uzasadniony ładnie brzmiącymi frazesami demokratycznymi (słynna „spowiedź” Antonowicza, umieszczona w „Osnowie”), jednak, kiedy polska młodzież demokratyczna, nie mniej od Antonowicza kochająca lud ukraiński, ginęła na polu walki orężnej, w kazamatach turm carskich i na dalekim wygnaniu, Antonowicz, przyjąwszy prawosławie, robił spokojną karierę urzędniczo- profesorską. A wśród katów Polski nie brakło i ukrainofilów, jak pomocnik Murawiewa, Ołeksa Storożenko, jak „urządzający” Królestwo wspólnie z Milutinem Kulisz…
Zachowanie się ukrainofilów w roku 1863 i stanowczy ich zwrot ku zaniechaniu wszelkiej polityki cofnęły sprawę ukraińską o lat kilkanaście. Następne pokolenia, budząc się do działalności politycznej na gruncie odrębności ukraińskiej, muszą rozpoczynać ją, nawiązując tradycje „Bractwa Cyrylometodyjskiego” i marzeń wszechrosyjsko-federalistycznych.
Apolityczność ukrainofilstwa po roku 1863 pchała wszystkie żywsze i energiczniejsze żywioły młodzieży ukraińskiej do obozu rosyjskiego. W rosyjskich ruchach liberalnych i radykalnych Ukraińcy brali zawsze udział wybitny, ale nigdy się nie wyodrębniali. Wśród rewolucjonistów rosyjskich było sporo Ukraińców – nie tylko z pochodzenia, ale i ze świadomości – wystarczy tu wymienić Lizohuba, Kibalczycza, Krawczyńskiego-Stępniaka, Wołchowskiego. Ale ruch ukraiński jako taki bezpośredniego pożytku z nich nie miał. Przeciwnie, Rosjanie coraz bardziej przyzwyczajali się do faktu, że Ukrainiec-rewolucjonista niczym się – poza wymawianiem dźwięku h – od Wielkorusa nie różni, żadnych odrębnych dążności nie żywi i w gruncie rzeczy jest takim samym, jak i on, Rosjaninem.
Wydawana w Genewie od końca ósmego dziesięciolecia przez Dragomanowa „Hromada” stawia program ogólnorosyjski, nawiązując go do tradycji „Bractwa Cyrylometodyjskiego”. Uznając korzyści niepodległości państwowej dla każdego narodu, „Hromada” nie widzi jednak potrzeby dążenia do separatyzmu politycznego ani dla Ukrainy rosyjskiej, ani dla Rusi galicyjskiej. Stawia natomiast program konstytucyjny, przy czym, zbijając poglądy „buntarskie” rewolucyjnych „narodników” – ludowców rosyjskich, pokłada całą nadzieję w ruchu ziemstw, który ma rzekomo doprowadzić do przekształcenia Rosji w duchu federacyjnym. „Hromada” propaguje łączność wszystkich „niepaństwowych” narodowości (Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Łotyszów, Estończyków, Ormian, Gruzinów, Rumunów, Żydów) w walce z rządem biurokratycznym i z przewagą narodowości „państwowych” (Rosjan, Polaków i Niemców bałtyckich).
Obszernie i szczegółowo został wyłożony plan federalizacji Rosji w broszurze „Wilna Spiłka” (Wolny Związek). „Wilna Spiłka” (1884) projektuje podział Rosji na 20 krajów autonomicznych, przeważnie na zasadzie czysto etnograficznej; tylko tam, gdzie jedna narodowość zamieszkuje połać zbyt rozległą, dzieli ją na dwie lub kilka. W ten sposób obszar narodowościowy ukraiński rozpada się na cztery kraje, czyli kantony. Program „Wilnej Spiłki” jest czysto liberalny. Dąży on do zdobycia: 1. praw człowieka i obywatela, jako niezbędnego warunku godności osobistej i rozwoju, i 2. samorządu, jako niezbędnego fundamentu dążeń do urzeczywistnienia sprawiedliwości społecznej. Część społeczno-ekonomiczna programu jest nader niejasna. Z socjalizmu „Hromady” nie pozostało tu już nic, jeśli pominąć kilka słów o upaństwowieniu kopalni, wód, lasów, kolei itd.
Pod wpływem Dragomanowa, jak już wiemy, w Galicji powstaje partia radykalna, oddziałująca poniekąd i na Ukrainę, gdzie w końcu lat dziewięćdziesiątych wyodrębnia się z obozu ukraińskiego drobna grupka Ukraińców-radykałów. Zawiązują oni stosunki z Galicją i próbują szerzyć na Ukrainie te zasady, jakie wypowiadali radykaliści ruscy w swym organie „Naród”. Wielkiego powodzenia jednak nie osiągnęli i większość ukrainofilów, wkraczając lękliwie na grunt działalności politycznej w Galicji, popierała narodowców i ich akcję ugodową, zainicjowaną zresztą w Kijowie przez Antonowicza. Bądź co bądź jednak propaganda Dragomanowa i jego galicyjskich zwolenników przesiąkła różnymi drogami i do tych kół ukraińskich, które się z radykałami nie solidaryzowały.
Pod wpływem tej propagandy wewnątrz obozu ukrainofilskiego dawała się spostrzec pewna ewolucja w kierunku demokratycznym i ludowym. Demokraci ukraińscy konsolidują się powoli, wypowiadając się ze swymi poglądami w galicyjskich i bukowińskich organach prasy jako grupy „świadomych Ukraińców”.
Ci to „świadomi Ukraińcy” stanowili na schyłku XIX stulecia najenergiczniejszą i najruchliwszą grupę wśród ukrainofilów. Ich świadomość narodowa doszła już była do najwyższego na owe czasy rozwoju. Znaczna ich część używała konsekwentnie języka ukraińskiego w stosunkach codziennych i władała nim już dobrze. W szeregach „świadomych Ukraińców” mogliśmy spotkać znaczny poczet zdolnych pisarzy i publicystów, a cała popularna literatura była owocem ich pracy. Poglądy swe wypowiedziała ta grupa w artykułach zamieszczanych przeważnie w czerniowieckiej „Bukowynie”. Pomiędzy tymi artykułami wyróżniała się zwłaszcza praca P. Wartowego pt. „Listy z naddnieprzańskiej Ukrainy”, w której ten zdolny publicysta dał przegląd dotychczasowego ruchu ukraińskiego i szkicował program „świadomych Ukraińców”.
Główne ich zadanie – to dążenie do zdobycia praw dla języka ukraińskiego w cerkwi, szkole, sądownictwie i wśród inteligencji. Chcą oni, podnosząc dobrobyt i poziom kulturalny mas, przekształcić tych instynktownych Ukraińców na – świadomych. Uważając Ukraińców za całkowicie samodzielną narodowość, „świadomi Ukraińcy” zrzekali się jednak wszelkich marzeń o niepodległości politycznej. Aczkolwiek Ukraina byłaby zdolna do samodzielnego życia politycznego, jednakże „dziś o żadnych planach charakteru politycznego nie można ani myśleć” – powiadali, przypuszczając jednocześnie, że „Przyjdzie kiedyś czas, że i Rosja zagwarantuje nam tak samo nasze prawa, jak je zagwarantowała Austria Rusinom”. Taż sama grupa mówiła w „Wyznaniu wiary młodych Ukraińców”, że chce zupełnej autonomii wszystkich narodów Rosji na zasadzie decentralizacji jak najdrobniejszych jednostek administracyjnych (powiatów, gmin itd.).
Rzecz charakterystyczna, że grupa „świadomych Ukraińców” nie żywiła wcale nienawiści do Polaków. Np. Wartowyj powiada we wzmiankowanym wyżej artykule: „Ukraińcy z Lachami muszą się pogodzić! Wówczas, kiedy się pogodzą, kiedy jedni drugim nie będą przeszkadzali w pracy, a przeciwnie, będą pomagać – tylko wówczas zdołają szczęśliwie i pewnie walczyć ze wspólnym wrogiem, który jednakowo chce i z Lacha i z Ukraińca zrobić Moskala; jednego mamy wroga, razem też musimy się bronić od niego, a nie spierać się ze sobą”.
Z tych samych kół pochodziła, jak się zdaje, broszura „Poraboszczajemyj naród”, wydana po rosyjsku i po francusku, w której wyliczone zostały wszystkie prześladowania, jakich doznawała narodowość ukraińska od biurokracji rosyjskiej. Ale i w tej broszurze (1895) nie znaleźlibyśmy żadnej radykalniejszej myśli politycznej nad żądanie przekształcenia Rosji na państwo praworządne. W ogóle świadomość polityczna „świadomych Ukraińców” pod koniec ubiegłego stulecia nie stała na zbyt wysokim poziomie.
W roku 1897 odbył się w Kijowie zjazd, który połączył w jedną, dość zresztą luźną, całość żywioły „świadomie ukraińskie”, stojące na gruncie demokratycznym. Powstała tą drogą organizacja inteligencji ukraińskiej, nie posiadającej trwałych związków z masą ludową, usiłująca za pomocą coraz szerszej pracy kulturalnej wytworzyć grunt dla akcji narodowej, opartej na ludzie. Do organizacji tej weszły dość rozmaite żywioły, nie wyłączając radykalnych i nawet socjalistycznych, jako do organizacji bezpartyjnej. To oczywiście nie mogło się przyczynić do wyraźnego ukształtowania się dążności programowych całości organizacji, która też nosiła w swym łonie zarodki przyszłych rozłamów i secesji.
Przez dłuższy czas socjaliści ukraińscy nie stanowili żadnej grupy odrębnej. Część ich należała do Socjal Demokracji, część do partii Socjal Rewolucyjnej, część zresztą pozostawała w związku organicznym z radykałami. Dopiero w ciągu pierwszych lat bieżącego stulecia poczyna krystalizować się samodzielna ukraińska partia socjalistyczna.
W roku 1900 we Lwowie ukazuje się broszurka, wydana w imieniu pierwszej ściśle partyjnej organizacji ukraińskiej – tzw. RUP (Rewolucyjnej Ukraińskiej Partii) pt. „Samostijna Ukraina”. Autorzy broszury wychodzą z założenia, że każda narodowość dąży do zorganizowania się w niezależnym, samodzielnym państwie, ponieważ tylko jednolite pod względem składu etnograficznego państwo może dać swym członkom nieograniczoną możność wszechstronnego rozwoju duchowego i materialnego dobrobytu. Uważając to twierdzenie za pewnik, autorzy broszury wzmiankowanej rozpatrują kwestię, czy oswobodzenie polityczne jest dla Ukraińców potrzebne, i dochodzą do wniosków w sensie twierdzącym. Dalej broszura zapuszcza się w dowodzenie historyczne prawa Ukrainy do samodzielności politycznej. Ukraina, połączywszy się z Rosją na zasadzie umowy w Perejasławiu (1654), stanowiła całkiem samodzielne państwo, łączące się z państwem moskiewskim „jako wolne z wolnym i równe z równym”. Ponieważ zaś Rosja nie dotrzymała ani jednego z punktów umowy perejasławskiej, przeto Ukraina ma prawo wysnuć z tego logiczne konsekwencje. W ogóle broszura ta używa takiej argumentacji, że niepodobna wcale domyślić się, aby wydająca ją grupa była socjalistyczną, jakkolwiek wszystkie późniejsze wydawnictwa RUP posiadają zupełnie socjalistyczny charakter i sama ta partia przekształca się z biegiem czasu w organizację doktrynersko-socjalnodemokratyczną.
Jednocześnie z ukazaniem się „Samostijnej Ukrainy” wyszedł program UPS (Ukraińskiej Partii Socjalistycznej), który był właściwie dosłownym tłumaczeniem programu PPS, przystosowanym do warunków ukraińskich. Był to więc program socjalistyczny, domagający się demokratycznej republiki ukraińskiej. UPS, dążąc do tego celu, oświadczała, że „pragnie działać w braterskim sojuszu z socjalistycznymi partiami Polski i Rosji”. UPS przystąpiła do wydawania pisma partyjnego, ale trwalszej żywotności nie ujawniła i po pewnym czasie zanikła.
Inaczej miała się sprawa z RUP, która, wzrastając powoli, w końcu stała się poważnym czynnikiem ukraińskiego życia narodowego. Stworzyła ona socjalistyczną literaturę ukraińską, powołała do życia szereg organizacji, wzięła czynny udział w wielkich rozruchach rolnych w guberni połtawskiej w roku 1902, a jednocześnie przebywała ideową ewolucję wewnętrzną. Z grupy czysto nacjonalistycznej przekształca się ona w partię socjalno-demokratyczną, co uwidocznia się w ustawicznych zmianach jej programu, aż w końcu – w roku 1905 – firma RUP ustępuje nazwie Ukraińska Socjalno-demokratyczna Partia Robotnicza”, która przyjmuje program autonomii Ukrainy.
Niepodległościowcy ukraińscy już przed tym wystąpili z RUP, zakładając własną, czysto nacjonalistyczną partię – UNP (Ukraińska Narodowa Partia), głoszącą walkę ze wszystkimi „obcymi żywiołami” na Ukrainie. Wśród jej nielicznych wydawnictw zasługują na uwagę charakterystyczne „dziesięć przykazań”. Drugie z tych przykazań brzmi: „Wszyscy ludzie są twymi braćmi, ale Moskale, Lachy, Węgrzy, Rumuni i Żydzi – to wrogowie naszego narodu, dopóki panują nad nami i wyzyskują nas”. Trzecie tak wygląda: „Ukraina dla Ukraińców! Otóż wypędź z zewsząd na Ukrainie obcych-gnębicieli!”. Dodać należy, że partia ta uważa się za socjalistyczną, jak wszystkie zresztą grupy ukraińskie, które powstały w ciągu burzliwych lat 1904–1905.
Wypadki ówczesne przyczyniły się do ożywienia dziaalności istniejących na Ukrainie grup inteligencji. Powstają Ukraińska Partia Radykalna i Ukraińska Partia Demokratyczna. Partia demokratyczna pierwotnie nie objawia wielkiej żywotności i daje się ubiec radykalnej, która zajęła się wytworzeniem doborowej biblioteczki politycznej dla ludu, wydawanej w Galicji. Po 30 października, kiedy staje się możliwą jawna działalność publicystyczna partii ukraińskich, kiedy pojawiają się pierwsze pisma ukraińskie, ruch ukraiński szybko rośnie i wszystkie siły polityczne inteligencji ukraińskiej skupiają się w dwóch partiach – socjalno-demokratycznej i demokratyczno-radykalnej, powstałej z połączenia się demokratów ukraińskich z radykałami. Program pierwszej prawie w zupełności odpowiada programowi innych partii socjalno-demokratycznych. Warto tylko zwrócić uwagę na jej stanowisko w kwestii praw narodowych Ukrainy. Stanowisko to określa się w jednej z uchwał II zjazdu USD, którą tu przytaczamy dosłownie:
„Zważywszy, że proces centralizacji ekonomicznej jest tylko jedną ze stron ewolucji ekonomicznej, drugą zaś stanowi ekonomiczna decentralizacja, która pociąga za sobą decentralizację polityczną; zważywszy, że formy polityczne przystosowują się do indywidualnych – ekonomicznych, psychologicznych i kulturalnych warunków bytu każdej narodowości; zważywszy, że demokratyzacja ustroju państwowego wymaga decentralizacji prawodawstwa, administracji i sądownictwa, że w interesach usunięcia – o ile to jest możliwe w społeczeństwie kapitalistycznym – ucisku narodowego konieczne jest oddanie wszystkich tych spraw, w których objawia się ucisk narodowy, w ręce zgromadzenia reprezentacyjnego narodowo-terytorialnej jednostki – II zjazd USDPR w interesie rozwoju walki klasowej i sił wytwórczych na Ukrainie przyjmuje do swego programu postulat autonomii Ukrainy z odrębnym sejmem prawodawczym w tych sprawach, które dotyczą jedynie narodu mieszkającego na terytorium Ukrainy”.
Socjalni demokraci ukraińscy wydali też najdokładniejsze uzasadnienie teoretyczne postulatu autonomii Ukrainy (M. Porsz, „Pro autonomiju Ukrajiny”).
Na gruncie autonomicznym stoi i Ukraińska Partia Radykalno-Demokratyczna. Żądania programowe tej partii zostały sformułowane w sposób następujący: „Domagamy się, aby w Rosji był wprowadzony ustrój istotnie konstytucyjny, demokratyczny. Jak tylko się zbierze Duma państwowa, powinna ona natychmiast postarać się, aby w drodze prawodawczej została zawarowana wolność słowa, druku, zgromadzeń, stowarzyszeń, strajków i wyznania. Jednocześnie należy skasować karę śmierci. Należy postanowić, aby nikt nie mógł być karany bez postanowienia sądu i aby bez nakazu sądowego nie można było przedsiębrać rewizji i aresztowań. Ma być ogłoszona powszechna amnestia. Nasi posłowie powinni domagać się wprowadzenia powszechnego, bezpośredniego, równego i tajnego głosowania przy wyborach do Dumy. Duma musi mieć prawo rozstrzygania wszystkich kwestii – za zgodą cesarza – ustanawiać nowe prawa, zmieniać dawne, mieć dozór nad działalnością wszystkich ministrów i urzędników, którzy mają ponosić odpowiedzialność wobec Dumy za wszystko, co czynią. Żaden podatek ani wydatek ze skarbu państwowego nie powinien być oznaczany bez Dumy. Bez niej też nie powinno się zaciągać pożyczek państwowych.
Należy zrównać wszystkich ludzi wobec prawa bez różnicy wyznania, narodowości lub płci. Dla wszystkich musi być sąd jednakowy – publiczny, niezależny od władz, sąd z sędziami wybranymi. Wszystkie władze i wszyscy czynownicy mają odpowiadać przed sądem za swe przestępstwa tak samo, jak każdy inny obywatel. Policja ma być oddana instytucjom społecznym miejskim i powiatowym… Służba wojskowa powinna być skrócona. Żołnierze mają odbywać służbę wojskową w swym kraju rodzinnym. Na przyszłość zaś należy wprowadzić milicję.
Należy natychmiast wprowadzić dobre szkoły, aby wszystkie dzieci płci obojga uczyły się w tych szkołach bezpłatnie. Dzieci zdolniejsze powinny móc otrzymać możność dalszego kształcenia się. Dzieci ukraińskie powinny być uczone w języku ukraińskim. Tak samo w szkołach średnich i wyższych należy wprowadzić naukę języka ojczystego… Mowa ukraińska powinna być wprowadzona w sądach i urzędach.
Państwo rosyjskie jest bardzo wielkie i mieszka w nim dużo narodowości. Trudno jest rządzić takim państwem ze stolicy, rozstrzygając tam wszystkie, chociażby najdrobniejsze sprawy każdego narodu i kraju: dużo potrzeb tego albo innego narodu pozostanie niezaspokojonych. Dlatego trzeba, aby każdy kraj, zamieszkany przez jakiś naród, miał prawo ustanowienia swej krajowej rady narodowej i w niej miał pieczę o potrzebach swego kraju i ustanawiał prawa miejscowe. To znaczy, że należy dać krajom i narodom autonomię. Nasz naród ukraiński musi mieć prawo zaprowadzenia autonomii Ukrainy z radą narodową, gdzie nasi posłowie będą dbali o potrzeby naszego narodu. Gdy wszystkie narody i kraje będą miały zaspokojone swe potrzeby, wówczas i całe państwo będzie mocne i spoiste, gdyż żaden naród nie będzie chciał oderwać się od państwa, wszyscy zaś będą go bronili od wszelkiego wroga.
Wiejskie, gminne i miejskie urzędy muszą się składać z reprezentantów całej ludności miejscowej bez różnicy stanów i płci oraz muszą mieć prawo załatwiania samodzielnego wszystkich spraw miejscowych, co zaś przenosi ich siły, to należy do powiatowego i gubernialnego ziemstwa, wybranego w powszechnym, równym i bezpośrednim głosowaniu.
Chcemy, ażeby z ziemi korzystał tylko ten, kto uprawia ją własnoręcznie. Ziemia rządowa, apanażowa, klasztorna musi być oddana ludowi (radzie narodowej), ziemia zaś obywatelska wykupiona według cen oznaczonych przez specjalnie wybrane komisje i też oddana radzie narodowej. Rada narodowa opracuje prawa, na mocy których cała ziemia będzie rozdana rolnikom do użytku na warunkach, ustanowionych przez posłów. Na razie zaś, dopóki jeszcze ziemia nie będzie w całości wykupiona, należy uporządkować arendę ziemską, zmniejszyć czynsze dzierżawne i rozszerzyć prawa drobnych dzierżawców – rolników.
Fabryki mają też z czasem przejść na własność rady narodowej. Na razie zaś należy wydać prawa dotyczące ochrony zdrowia i interesów robotników i skrócenia dnia roboczego do 8 godzin, wprowadzić ubezpieczenie robotników i pozwolić im organizować stowarzyszenia i strajki.
Zamiast podatków obecnych należy wprowadzić jeden podatek postępowy od dochodów”.
Pomimo szybkiego rozwoju, polityczny ruch ukraiński był zanadto słaby w przeddzień zwołania pierwszej Dumy, aby odegrać jakąkolwiek rolę wybitniejszą. Partii demokratycznej brakowało poparcia mas i jakiejkolwiek organizacji poza szczupłymi kołami inteligencji. Socjalni demokraci ukraińscy posiadali wpływ na ludność pracującą po wsiach i mniejszych miasteczkach, ale tak samo, jak i wszystkie inne partie socjalistyczne, bojkotowali wybory do Dumy. Prawie nigdzie skutkiem tego nie wysunięto odrębnych kandydatów ukraińskich. Niemniej jednakże w pierwszej Dumie państwowej znalazło się sporo Ukraińców nie tylko z pochodzenia, ale i ze świadomości narodowej. Przystąpili oni do utworzenia własnego klubu, ale uczynili to tak późno, że – zanim się ten klub zorganizował, Duma została rozpędzona.
W drugiej Dumie znów znaleźli się świadomi Ukraińcy, którzy skupili się w odrębnej grupie, wchodzącej zresztą w skład frakcji dumskiej „partii pracy” (trudowicy), jako najbardziej pokrewnej im programowo. Grupa ukraińska wydaje własny organ „Ridna Sprawa – Wisty z Dumy”, redagowany bardzo umiejętnie i skutkiem tego szerzący się z powodzeniem na Ukrainie. Pod wpływem ukraińskiej opinii narodowej grupa ukraińska w II Dumie występuje wreszcie z klubu „trudowików” i staje się klubem zupełnie samodzielnym, stojącym na gruncie programu autonomii Ukrainy.
Klub ten wypracował szereg poprawek do rządowego projektu dotyczącego oświaty ludowej. Klub ukraiński domagał się: 1. aby natychmiast założono kursy mowy ukraińskiej, literatury i historii dla nauczycieli; 2. aby zaczęto wykładać język ukraiński w seminariach nauczycielskich na Ukrainie; 3. aby na uniwersytetach – kijowskim, charkowskim i odeskim – ustanowiono katedry ukraińskiej mowy, historii i literatury. Poza tym klub ukraiński gromadził materiały do wniosków o autonomii Ukrainy, o samorządzie miejscowym, o języku ukraińskim w sądzie, cerkwi itd. Zachody te jednak do niczego nie doprowadziły.
Nie przyzwyczajono się bowiem w Rosji traktować żądań ukraińskich na serio, gdyż nigdy tych żądań nie popierała żadna siła poważna. W dniach spotęgowanej walki rewolucyjnej – od wojny japońskiej aż do upadku powstania moskiewskiego, kiedy najdrobniejsze grupki narodowościowe – w rodzaju Jakutów czy Czuwaszów – budzą się do samodzielnej pracy politycznej, o Ukraińcach jako o samodzielnej sile politycznej głucho. Ukraińscy działacze narodowi korzystają skwapliwie z ustępstw wydartych caratowi przez rewolucję, rozwijają bardzo intensywną pracę kulturalną, ale w dziedzinie czysto politycznej pracy tej towarzyszą zaledwie słabiuchne próby stworzenia własnych partii.
Toteż potęgująca się reakcja kontrrewolucyjna zmiotła doszczętnie zalążki tych partii. W trzeciej Dumie Ukrainę reprezentuje masa ciemnych chłopów i popów czarnosecińców, o żadnym klubie ukraińskim nie ma już mowy, partie polityczne zanikły zupełnie i tylko jedna z nich – socjalno-demokratyczna – poczyna się odradzać w latach 1909–1911.
Praca kulturalna pochłonęła wszystkie siły intelektualne Ukrainy, ale i ta praca zwęża się coraz bardziej skutkiem represji administracyjnych. Ofiarami tych represji padają pisma ukraińskie, niektóre „Proświty”, jak np. kijowska, mnóstwo działaczy ukraińskich idzie na zesłanie i emigrację, a rząd zupełnie niedwuznacznie daje do poznania, że nie będzie tolerował nawet kulturalnego ruchu ukraińskiego. Prasa czarnosecinna denuncjuje ruch ukraiński jako „separatystyczny”, jako dzieło „polskiej intrygi” lub „machinacji austriackich”, i można się obawiać, że w miarę dalszego rozwoju reakcji zanikną i te nieliczne warsztaty pracy, jakie Ukraińcy posiedli po roku 1905.
Bądź co bądź jednak kilkoletnia działalność prasy i stowarzyszeń ukraińskich dokonała wielkiego dzieła. I śladów tej działalności rządowi już się nie uda wyplenić. Albowiem świadomość narodowa głęboko przeniknęła ukraińskie masy chłopskie, robotnicze i drobnomieszczańskie. W ciągu lat paru proces ukrainizacji mas posunął się ogromnie naprzód i można twierdzić z całą stanowczością na podstawie danych dokumentalnych, zgromadzonych w prasie ukraińskiej, że ostatnie pięciolecie dało pod tym względem Ukrainie więcej, niż poprzednich lat trzydzieści. Ukraińcom brakuje dziś tylko organizacji politycznych, które by mogły zużytkować do szerokiej walki narodowej te siły potencjalne, które się nagromadziły w masach. Ale i organizacje te wcześniej czy później muszą się zjawić i kwestia ukraińska stanie się jedną z najbardziej poważnych i niebezpiecznych dla caratu kwestii narodowych.
W poprzednich rozdziałach staraliśmy się nakreślić obraz rozwoju sprawy ukraińskiej w jej przebiegu historycznym aż do dnia dzisiejszego. Obszar ukraiński, rozdarty na dwie części nierówne – austriacką i rosyjską – znalazł się tu i tam w warunkach wręcz odmiennych. Kiedy w zaborze austriackim – w Galicji i na Bukowinie – wszedł on już od lat kilkudziesięciu na tory rozwoju konstytucyjnego, to w jarzmie rosyjskim w dalszym ciągu ulega samowoli biurokratycznej, która jednym pociągnięciem pióra może w każdej chwili obrócić wniwecz owoce pracy całych lat dziesiątków. W zaborze austriackim Rusini stanowią naród w całkowitym znaczeniu tego wyrazu – naród z dnia na dzień pomnażający swe zdobycze kulturalne, społeczne i polityczne, na Ukrainie rosyjskiej są oni w znacznym jeszcze stopniu materiałem etnograficznym, którego przekształcenie się na naród zależy od radykalnej zmiany warunków politycznych.
A jednak właśnie tu, na Ukrainie rosyjskiej, znajduje się środek ciężkości całej sprawy ukraińskiej. Bo o samodzielnym bytowaniu politycznym Rusi galicyjsko-bukowińskiej mowy być nie może ze względu na jej szczupły obszar i skomplikowane stosunki narodowościowe. Ideał, do którego musi dążyć każdy naród normalny – ideał niepodległości narodowej, może być urzeczywistniony tylko przez wyjarzmienie się Ukrainy rosyjskiej. I wcześniej czy później ideał ten musi stać się hasłem czysto praktycznym ukraińskiego ruchu narodowego, demokracji ukraińskiej.
Dziś, jak już wiemy, dążenia niepodległościowe na Ukrainie nie istnieją niemal zupełnie. Względy oportunizmu, jak również tradycje wieloletniej apolityczności ruchu ukraińskiego wraz z nadziejami na możliwość przekształcenia się Rosji na „raj równouprawnionych narodów” – wszystko to nie pozwala dziś jeszcze hasłu niepodległości Ukrainy, rozlegającemu się tu i owdzie od czasu do czasu, stać się hasłem realnym. Ale wcześniej czy później dojść do tego musi. Praktyka życiowa wskaże na jałowość bezmyślnego oportunizmu, przeświadczenie o konieczności walki politycznej już się szerzy i szerzyć się nie przestanie, a nieuniknione bankructwo złudzeń co do różowej przyszłości narodów Rosji dokona reszty. Z chwilą zaś, kiedy dążenie do niepodległości Ukrainy stanie się programem szczerej demokracji ukraińskiej, nadejdzie i moment ułatwiający uregulowanie kwestii polsko-ukraińskiej.
Dziś kwestia ta znajduje się w stanie potęgującego się zaognienia. Wprawdzie zaognienie to istnieje tylko na gruncie galicyjskim, ale niepodobna zamykać oczu na fakt, że dziś ani Ruś galicyjska od Ukrainy rosyjskiej, ani Galicja w ogóle od zaboru rosyjskiego nie jest murem chińskim przedzielona. I stosunki galicyjskie rzucają cień ponury na stosunki polsko-ukraińskie w zaborze rosyjskim. Rozwydrzony nacjonalizm znajduje poparcie i za kordonem.
Skargi na ucisk i prześladowania żywiołu ruskiego w Galicji, skargi bardzo często nieuzasadnione i dające obraz wyolbrzymiony w celach czysto agitacyjnych, znajdują gościnność na łamach ukraińskiej prasy kijowskiej. I tam wywołują efekt olbrzymi, zwłaszcza że ze skargami na ucisk i prześladowanie, spadające na Ukrainę z rąk rządu rusyfikatorskiego, należy się bardzo miarkować.
W rezultacie Ukrainiec rosyjski, pozbawiony najelementarniejszych praw narodowych i językowych u siebie w domu, czytając codziennie skargi korespondentów lwowskich na „ucisk polski”, daje się zasugestionować i wierzy, że ten ucisk jest gorszy od tego, jakiemu on – Ukrainiec rosyjski – ulega. Wytwarza się coś podobnego do stosunków w Królestwie sprzed roku 1905-go, kiedy dzięki swobodnemu rozleganiu się skarg na ucisk pruski i hakatyzm, przeciętny filister polski, nie posiadający ani dziesiątej części tych praw, co Polak w Prusach, był jednak święcie przekonany, że to właśnie w zaborze pruskim, nie zaś w rosyjskim, Polacy ulegają najgorszym prześladowaniom.
Nie chcę bynajmniej porównywać położenia zaboru pruskiego z położeniem Rusi galicyjskiej. Tylko bowiem niesumienność agitatorska skrajnych polakożerców ruskich może czynić coś podobnego. Między zaborem pruskim a Wschodnią Galicją nie można żadnej paraleli przeprowadzać. Rusini bowiem, pomimo całego ciężaru walki, jaką muszą prowadzić, są prawdziwymi panami w porównaniu z Poznańczykami lub Górnoślązakami. Językiem ich szkoły ludowej, średniej i dziesiątka katedr uniwersyteckich jest język ukraiński, który również w sądzie, urzędzie, gminie i sejmie posiada stale rozszerzające się prawa przy zupełnej nieobecności jakichkolwiek praw wyjątkowych dla Rusinów. Bynajmniej nie chcę twierdzić, jakoby te prawa, jakie posiadają w coraz większym zakresie Rusini galicyjscy, stanowiły zasługę Polaków. Są one bowiem rezultatem energicznej, ofiarnej walki samych Rusinów, są one ich zdobyczą – takąż samą, jak bogata prasa, składająca się z dziesiątków organów, jak działalność stowarzyszeń oświatowych, organizacji ekonomicznych, społecznych i politycznych.
Dużo jeszcze pozostaje Rusinom galicyjskim do zdobycia, jeszcze dużo pracy będą musieli włożyć w budowę gmachu swej przyszłości, dużo nadużyć usunąć, aby zrealizować faktycznie nawet te prawa, jakie dziś już teoretycznie posiadają. Walka polsko-ruska będzie się toczyła, bo jest ona nieunikniona tam, gdzie dwie narodowości – uprzywilejowana społecznie i politycznie i upośledzona – wspólnie jeden kraj zamieszkują. W walce tej i jedna i druga strona będzie się dopuszczała nadużyć i wybryków, częstokroć ohydnych, bo z obydwu stron na plan pierwszy wysuwają się żywioły skrajnie nacjonalistyczne, szowinistyczne, nie przebierając w środkach. […]
Walka się toczy i toczyć się nie przestanie. I jeśli szczera demokracja obydwu narodów coś może uczynić, to chyba starać się o to, aby ta walka nie przybierała form tak ohydnych, aby w niej było mniej krwi i błota, a więcej poglądów szerszych, wybiegających poza ciasne szranki zaścianków powiatowych i prowincjonalnych, więcej zrozumienia interesów całej Polski i całej Ukrainy.
Jedynym bowiem wyjściem z dotychczasowej, zdawałoby się beznadziejnej sytuacji jest ocenienie stosunków wzajemnych Polaków i Ukraińców – po obydwu stronach kordonu – ze stanowiska dążeń niepodległościowych obydwu krajów. Tylko na tle tych dążeń możliwy jest modus vivendi i – w dalszej przyszłości – sojusz między Polakami a Ukraińcami. Tylko w świetle ideału niepodległości Polski i Ukrainy demokracja obydwu narodów znajdzie drogę postępowania, gwarantującego zadośćuczynienie interesom realnym każdego z tych krajów. Tylko pod hasłem niepodległości kwestia polsko-ruska w Galicji lub chełmska w zaborze rosyjskim dadzą się sprowadzić do właściwej miary zatargów granicznych dwóch narodowości, żyjących w szachownicy wzajemnej, jak to jest w Galicji Wschodniej lub na kresach.
Leon Wasilewski
Powyższy tekst to – z niewielkimi skrótami – ostatni rozdział oraz zakończenie książki Leona Wasilewskiego „Ukraina i sprawa ukraińska”, Spółka Nakładowa „Książka”, Kraków 1911. Od tamtej pory tekst nie był nigdy wznawiany, poprawiliśmy pisownię według obecnych reguł.
przez Mateusz Kucz | środa 16 marca 2022 | opinie
Tocząca się inwazja Rosji na Ukrainę uświadamia nam na nowo, co jest w życiu ważne. Może stać się ona podstawą do przewartościowania priorytetów naszego społeczeństwa oraz być impulsem do podjęcia ważnych działań na rzecz Ukrainy. Warto jednak, aby podejmowane działania były przemyślane i w efekcie miały możliwie największe pozytywne skutki. Musimy teraz jako społeczeństwo zadać sobie wiele ważnych pytań, aby być w stanie pomóc narodowymi ukraińskiemu nie tylko chwilowym romantycznym zrywem, ale także systemowo i długofalowo. Po wspaniałym czasie wielkiej otwartości i ofiarności w pierwszych dniach po rosyjskiej inwazji powinniśmy zacząć odpowiadać na kluczowe pytania. Nie tylko jak pomagać Ukraińcom, ale przede wszystkim jaki jest cel naszej pomocy.
Jednym z głównych celów agresywnej polityki Putina jest zanegowanie istnienia ukraińskiego narodu i ukraińskiej kultury. Ważnym zadaniem, które stoi przed polskim państwem i polskimi obywatelami, jest uczynienie jak najwięcej, aby ten cel nie został zrealizowany. Znaczącą formą sprzeciwu wobec tego rodzaju działań Rosji będzie zapewnienie Ukraińcom ciągłości w sferze edukacji. Niniejszy tekst stara się przedstawić pewne propozycje, jak takie działania mogłyby wyglądać – przedstawić możliwości długofalowych działań związanych z edukacją.
Włączeni w biegu
Należy pochwalić polski rząd i Ministerstwo Edukacji i Nauki za szybką reakcję, otwartą postawę i gotowość do podjęcia tematu edukacji uchodźców wojennych z Ukrainy. Jest to jeden z pilniejszych tematów, którymi należy zająć się w pierwszej kolejności – nie chcielibyśmy, aby ukraińskie dzieci straciły rok nauki. Jednak pilność zagadnienia i jego waga nie powinny nam przysłonić konieczności udzielenia ukraińskim dzieciom rzetelnego wsparcia i przede wszystkim opieki. W tym kontekście należy docenić, że w przestrzeni medialnej pojawiają się deklaracje konkretnych działań polskiego państwa – szeroko zakrojonego wsparcia na rzecz prowadzenia edukacji ukraińskich dzieci. Jest to zadanie niezwykle delikatne i trudne. Wyzwanie, przed którym stoi polski system edukacji, można porównać do dołączania nowych wagonów do pociągu w pełnym biegu. Musimy być ostrożni, żeby w efekcie tych działań nikt nie ucierpiał.
Inicjatywy podjęte w pierwszych dniach były adekwatne w sytuacji, gdy chętnych do szkół było mało. Zgodnie z obowiązującym prawem dyrektorzy placówek edukacyjnych mają obowiązek zapewnić dostęp do nauki dla wszystkich dzieci, które rodzice zgłoszą do placówki. Efektem tego jest przyjmowanie od kilku dni ukraińskich dzieci do istniejących klas. Jest to działanie i odpowiedź o bardzo ograniczonej skuteczności, ze względu na ograniczenia kadrowe i lokalowe. Należy też brać pod uwagę, że w takiej sytuacji dobrze odnajdą się jedynie dzieci znające już język polski.
Dominacja takiego modelu działania w dłuższym okresie grozi wieloma bardzo niepożądanymi skutkami. Po pierwsze dzieci, które nie miały jeszcze okazji przepracowania traumy wojny i ucieczki z domu, trafiają w obce środowisko, w otoczenie ludzi mówiących w niezrozumiałym dla nich języku. Może to być trudne i wtórnie traumatyzujące, szczególnie dla małych dzieci. Po drugie utrudnia to pracę nauczycieli, którzy, nawet jeśli mają dobre chęci, nie są w stanie realizować programu z całą klasą i zaopiekować się dziećmi, z którymi mają duże problemy w komunikacji. Po trzecie już na starcie istnieje ryzyko negatywnego naznaczenia ukraińskich dzieci w oczach rówieśników. Gorszych osiągnięć i gorszego startu edukacyjnego, które będą wynikały z nieznajomości języka.
Minister Czarnek jest świadomy tych trudności, wprost odwołuje się do nich w swoich wypowiedziach. Mówi o zatrudnianiu pomocy w klasach w postaci np. ukraińskich studentów, emerytowanych nauczycieli czy nauczycieli pobierających świadczenie kompensacyjne (pomocna miałaby być ich znajomość języka rosyjskiego) oraz zniesienie limitu 1,5 etatu dla nauczycieli. Wiadomo, że osoby chętne do podjęcia pracy w tym obszarze już się zgłaszają. Czas pokaże, czy będzie ich wystarczająca ilość. Oczywiście ważnym komponentem w zakresie kwestii kadrowych będzie zatrudnienie nauczycielek ukraińskich – działania w tym zakresie również są już podejmowane.
Połączenia międzynarodowe
W tym kontekście warto wspomnieć, że Ukraina była setnym krajem, który podpisał Safe Schools Declaration. Polska także jest sygnatariuszem tego porozumienia. Pod wpływem rosyjskich działań w Ukrainie realizuje się schemat negatywnego wpływu konfliktu zbrojnego na szanse edukacyjne ukraińskich dzieci. Sygnatariusze porozumienia zadeklarowali, że będą podejmowali działania na rzecz „Poszukiwania sposobów zapewnienia kontynuacji edukacji w czasie zbrojnego konfliktu, wspieranie przywracania instytucji edukacyjnych, jeśli mają taką możliwość, zapewniać i wspierać międzynarodową współpracę i pomoc w programach mających na celu zapobieganie lub odpowiadania na ataki na edukację”. Aby przejść od deklaracji do czynów polskie władze powinny mocno zaangażować się na rzecz ukraińskich dzieci i studentów, a także ukraińskich szkół i uniwersytetów.
Kuszetki, przedziały czy wagony bezprzedziałowe
Trzymając się metaforyki kolejowej, można zapytać jak mają wyglądać te wagony, które przyłączymy do polskiego systemu edukacji. To znaczy w jakich warunkach chcemy i możemy uczyć ukraińskie dzieci. Czy stworzymy komfortowe warunki, np. uruchamiając na nowo wygaszone placówki edukacyjne na terenach wiejskich i w mniejszych miejscowościach? Czy będziemy tworzyli nowe klasy w obrębie funkcjonującej infrastruktury edukacyjnej? Czy „upchniemy” dzieci ile się da i jak się da, tworząc klasy po 35-38 osób…?
Kluczowa w tym zakresie będzie liczba ukraińskich dzieci, które trzeba będzie włączyć do systemu edukacji. W roku szkolnym 2020/21 mieliśmy 4 931 461 uczniów szkół podstawowych, którzy pobierali naukę w 14 297 szkołach. Dla porównania, w roku szkolnym 2009/10 mieliśmy 5 621 167 uczniów szkół podstawowych, którzy pobierali naukę w 13 972 szkołach. Pokazuje to, że na poziomie lokalowym jesteśmy w stanie przyjąć 0,5-0,8 mln dzieci. Oczywiście należy pamiętać, że 12 lat temu mieliśmy do czynienia z dużym przeludnieniem w klasach i szkołach. Pamiętajmy też, że pół miliona dzieci dotarło do Polski już 7 marca, można zatem szacować, że docelowo możemy potrzebować zdecydowanie więcej miejsc, w najbardziej pesymistycznym scenariuszu nawet 1-2 miliony. Powinniśmy mieć plan działania uwzględniający również taką ewentualność.
Pewną formą odpowiedzi na nadchodzące wyzwania związane z infrastrukturą edukacyjną mógłby być plan przywrócenia do użytku wielu placówek edukacyjnych na terenach wiejskich i w małych miastach (już powstają lokalne inicjatywy uruchomienie ukraińskich szkół w gminach). Te słuszne i potrzebne działania potrzebują jednak wsparcia na poziomie rządowym i samorządowym.
Podróż daleka czy bliska?
Włączając ukraińskie dzieci w nasz system edukacji musimy zadać sobie kluczowe pytanie. Dotychczas chyba nie padło ono jeszcze w przestrzeni publicznej: jakich efektów oczekujemy od procesu edukacji ukraińskich dzieci? Minister Czarnek wielokrotnie powtarza, że utworzymy oddziały przygotowawcze, gdzie dzieci ukraińskie będą uczyły się polskiego i od wrześnią zostaną włączone do polskich szkół. Powiedzmy sobie szczerze: to nierealne. Należy unikać pułapki myślenia, że ukraińscy uczniowie po 2-3 miesiącach czy nawet po roku „wejdą” w polski system. Nauczyciele doświadczeni w edukacji międzykulturowej i włączaniu dzieci ze wschodu do polskiego systemu edukacji mówią, że potrzeba 3 lat, a nie 3 miesięcy, aby komunikatywnie brać udział w procesie edukacyjnym po polsku.
Jeśli szybka, życzeniowa integracja jest niemożliwa, to co możemy zrobić? I co powinniśmy zrobić?
Pierwszym ważnym elementem jest fakt, że póki co gościmy u siebie ukraińskie matki z dziećmi i rodziny, które uciekły w trosce o swoje życie i zdrowie. Czy jako gospodarze mamy prawa narzucać im w sferze edukacji nasz język i kulturę? Czy nie powinniśmy stworzyć im przestrzeni dla zachowania odrębności kulturowej, językowej i religijnej? Sytuacja zmieni się zapewne po zakończeniu działań zbrojnych w Ukrainie. Póki co, szczególnie w obliczu zagrożenia rusyfikacją części lub całości Ukrainy, powinniśmy zadbać o stworzenie przestrzeni społecznej dla ciągłości instytucjonalnej elementów państwa ukraińskiego. Takim elementem jest system edukacji. To rodziny dzieci ukraińskich powinny mieć możliwość podjęcia decyzji, czy ich dziecko pójdzie do szkoły polskiej, do oddziału przygotowawczego czy do szkoły ukraińskiej. To nie są łatwe decyzje i państwo polskie powinno stworzyć warunki do ich podjęcia, a nie podejmować je za rodziny ukraińskie. W tym celu kluczowe jest utworzenie dwóch typów nowych przestrzeni edukacyjnych (oddziałów przygotowawczych i szkół ukraińskich) oraz elastyczne kształtowanie liczby dostępnych w nich miejsc w zależności od potrzeb.
Konieczne byłoby zaangażowanie ukraińskich nauczycieli, którzy zapewne także uciekają przed wojną, a także umożliwienie dzieciom kontynuowania edukacji w języku ukraińskim. Kluczowe będzie również wykorzystanie doświadczenie funkcjonujących w naszym kraju szkół ukraińskich, które ze względu na swoją kilkudziesięcioletnią tradycję działania powinny być źródłem inspiracji i wzorem dla przyjmowanych rozwiązań. Aktualnie na obszarze Polski działa 5 takich placówek: w Legnicy, Górowie Iławieckim, Bartoszycach, Przemyślu i w Białym Borze.
Expres Charków – Warszawa?
Podobne myślenie powinno nam towarzyszyć w odniesieniu do edukacji wyższej. Kontynuowanie funkcjonowania instytucji wyższej edukacji w języku ukraińskim jest ważnym elementem budowania przyszłej silnej i wolnej Ukrainy. Sytuacja, w której z powodu działań wojennych doszłoby do zanegowania ciągłości instytucjonalnej ukraińskich uczelni, byłaby ogromną stratą dla tego państwa, a co za tym idzie również dla Polski.
Trudno w tej chwili rozstrzygnąć, jak daleko idąca będzie dewastacja Ukrainy. Jednak już dziś wiemy, że uniwersytet w Charkowie został trafiony rosyjskimi rakietami. Poza zaproszeniami dla indywidualnych uczonych, które są bardzo ważne, potrzebne jest myślenie w kategoriach ciągłości trwania ukraińskich instytucji edukacji wyższej. Stworzenie przestrzeni prawnej, fizycznej i mentalnej w celu umożliwienia funkcjonowania ukraińskich instytucji wyższej edukacji będzie dużym wyzwaniem organizacyjnym.
Zapewnienie miejsc indywidualnym uczonym, którzy zostaną rozsiani po świecie, w różnych instytucjach edukacyjnych, stwarza niebezpieczeństwo dalszego drenażu intelektualnego Ukrainy oraz, wbrew dobrym intencjom sponsorów stypendiów i pobytów badawczych, może utrudnić rozwój i funkcjonowanie ukraińskich instytucji edukacji wyższej.
Podobnie jak w przypadku rozwiązania zaproponowanego dla szkół podstawowych i średnich częścią rozwiązania mogłoby być przejęcie szkół niepublicznych, które są w tej chwili w likwidacji. Placówki te znajdują się w wielu miejscach Polski i jest ich ponad 50. Nie będzie to łatwe zadanie, jednak powodzenie takiej misji dałoby możliwość kontynuowania nauki studentkom i studentom oraz maturzystom, którzy, gdyby nie wojna, podejmowaliby studia w ukraińskich uczelniach wyższych. Innym możliwym rozwiązaniem jest zaproponowanie dostępu do narzędzi informatycznych, istniejących systemów obsługi studentów, oprogramowania do zdalnej edukacji wyższej, a następnie wykorzystanie tych zasobów do możliwości studiowania w języku ukraińskim za pośrednictwem zdalnych narzędzi. Trudno dziś ocenić, czy będzie to możliwe dla studentów z samej Ukrainy, ale taka propozycja mogłaby dać przestrzeń do studiowania po ukraińsku studentom będącym w wielu krajach świata.
Drogie te bilety?
Działania te nie muszą być w całej rozciągłości finansowane przez polskie państwo. Część środków może pochodzić z funduszy unijnych czy amerykańskich przeznaczonych na pomoc uchodźcom uciekającym przed rosyjską inwazją. Warto też starać się wyraźnie zwiększać ogólne nakłady na edukację, aby przypadkiem nie powstało wrażenie, że podejmowane działania odbywają się kosztem środków, które miały trafić na edukację polskich uczniów studentów.
W tym kontekście zawsze będą powstawały pytania o finansowanie proponowanych działań. Poza wspomnianym finansowaniem międzynarodowym warto też zastanowić się nad przekierowaniem środków z budżetu, np. tych przeznaczonych na budowę autostrad, które przyczyniają się do promowania transportu indywidualnego. W kontekście wojny i możliwych problemów z dostawami żywności powinniśmy też przemyśleć wzrost podatków i innych sposobów wzmacniania sytuacji finansowej państwa. Jak pokazuje przykład bezpieczeństwa energetycznego czy skutków sankcji ekonomicznych, sprawy gospodarcze nie dadzą się oddzielić od porządku międzynarodowego i od zapewnienia bezpieczeństwa przed zagrożeniem zewnętrznym. Pomoc Ukrainie nie powinna się ograniczać do działań krótkoterminowych, a obejmować działania długofalowe, państwowotwórcze. Ważnym wymiarem takich działań jest zadbanie o edukację ukraińskich dzieci i studentów.
Stoi przed nami wiele wyzwań, ale i wiele szans. Nie zapominajmy, że wyruszamy w podróż razem z naszymi braćmi Ukraińcami, a solidarność, którą budujemy w tych dniach, może być podstawą nowej Polski (z dużą mniejszością ukraińską), nowej Ukrainy (oby jak najszybciej wolnej, niepodległej) i nowego solidaryzmu w Europie. Nie zmarnujmy tego potencjału.
Mateusz Kucz, Piotr Rosół