Nie możemy wszyscy wyjechać

Kilka dni temu prowadziłam niewielkie warsztaty dla lokalnych nastolatków, a tematem naszej dyskusji było to, czy warto pozostać na stałe, po szkole, po studiach w małej miejscowości, w której się urodziliśmy.

Zanim poszłam na to spotkanie, rozmawiałam o nim przelotnie ze znajomą, pracownicą jednej z miejskich instytucji. Powiedziała, że jej piętnastoletnia córka już na etapie edukacji ponadpodstawowej zamierza wybrać się do większej miejscowości – może do Sosnowca, może do Częstochowy – chociaż miasto, w którym mieszkamy, nie jest wcale bardzo małe (prawie 50 tysięcy mieszkańców), a wybrana szkoła to po prostu liceum ogólnokształcące, których mamy na miejscu kilka. Dziewczyna nie opuszcza więc rodzinnego miasta po ukończeniu ósmej klasy dlatego, że chce kształcić się w jakimś specjalistycznym kierunku. Opuszcza je, bo chce żyć w większej miejscowości, mieć dostęp do innych rzeczy na poziomie kultury, gastronomii, zakupów. Trudno ją winić – i pytanie, jak rozmawiać o pozostaniu w takich miejscowościach z jej rówieśnikami.

To nie będzie tekst o Zawierciu, chociaż posługuję się tu przykładem młodzieży zawierciańskiej. To będzie tekst o polskich miastach i miasteczkach mających od tysiąca do pewnie nawet stu tysięcy mieszkańców, z których młodzi ludzie chcą wyjeżdżać (czasem nawet używa się sformułowania „uciekać”) zaraz po otrzymaniu świadectwa dojrzałości czy prawa jazdy.

To nie będzie tekst o Zawierciu, ale na początek kilka danych, które również, niestety, wydają się być dla takich miejscowości uniwersalne. W latach 2002-2021 w Zawierciu ubyło 10,3% mieszkańców. W naszym przypadku to prawie 5 tysięcy osób. Średni wiek mieszkańca to 44,5 roku, jest to zatem miasto ludzi w wieku średnim, a nie miasto młodych (statystyczny mieszkaniec naszego kraju ma 41 lat). Przyrost naturalny wynosi minus 416.

Skoro młodzi nie chcą mieszkać w Zawierciu, które jest miastem niemałym, dość rozległym i oferującym zręby infrastruktury, to jakim cudem mamy ich zatrzymać w Porębie, Sędziszowie, Koniecpolu czy Myszkowie? Rzecz jasna nie za pomocą zapewnień, że w tych miejscowościach znajdą „wszystko to, co w dużym mieście”. To po prostu nieprawda. Sam fakt, że można gdzieś dojechać koleją jest oczywiście ważny, ale codzienne dojazdy do pracy są bardzo męczące. Dlatego opowieści o tym, że można bez problemu mieszkać w Zawierciu, a pracować w Katowicach, Tychach czy Gliwicach, nie spotykają się z wielkim zrozumieniem. Tak, ludzie w ten sposób, z życiowego przymusu, podróżują. Tak, przez półtora roku sama pracowałam w Katowicach – dojazd plus dojście w obie strony to trzy godziny, jeśli pociągi jeżdżą punktualnie. Trzy godziny dziennie, dodane do męczących ośmiu. Trzy stracone godziny, podczas których niby można jeść, czytać czy próbować spać, ale nie każdy dzień oferuje takie hojne możliwości. Dlatego zachęcanie do tak dalekiego i długiego dojazdu jako świetnej oferty, stanowi spore nieporozumienie. Tak samo jak założenie, że w Warszawie „też ludzie dojeżdżają”. Dojeżdżają, ale mają najczęściej kilka środków lokomocji na tej samej trasie. Jeśli zepsuje się pociąg, można autobusami czy wziąć taksówkę. W miejscowościach leżących poza aglomeracją (Zawiercie ma do granic aglomeracji 20 km), pozbawionych komunikacji autobusowej między miastami, PKS-u i jednolitego biletu, pozbawionych wynalazków typu Uber, słowa „pociąg nie jedzie” czy „pociąg się spóźnia” oznaczają „nie dojadę do pracy”. Pozostaje samochód – także jadący dość długo i nietani, zwłaszcza dla jednej osoby.

W pobliskiej Dąbrowie Górniczej funkcjonuje dowcip: „Co jest najlepsze w Dąbrowie?” – „Autobus do Katowic”. I w ten właśnie sposób myślą młodzi ludzie, których komunikacja drenuje z ich miejscowości, przenosi do dużych miast po edukację, pracę, rozrywkę. Pewnego dnia z nich po prostu nie wrócą. Czy częsta komunikacja do dużych ośrodków jest zła? Nie, ale nie rozwiązuje problemów, o których mówimy. Czy pociąg do Katowic powinien jeździć częściej, np. trzy razy na godzinę? Moim zdaniem tak. Czy powinien zabierać stąd rano 90 procent mieszkańców miasta i przywozić ich wieczorem? Na pewno nie. Oprócz wymogu męczących dojazdów ogranicza to tworzenie jakichkolwiek inicjatyw na miejscu. Jeśli cały dzień spędzimy w wielkim mieście, wydamy pieniądze tam, a z lokalnym środowiskiem będziemy się czuli coraz mniej związani.

Na pytanie, czego brak w małych miastach i co skłoniłoby dzieciaki do pozostania na miejscu, odpowiedziały, że kina wielosalowego. Wbrew pozorom nie jest to zła ani głupia odpowiedź. Ale musimy cofnąć się o kilka kroków. Żeby kino wielosalowe powstało, żeby ktoś w nie zainwestował, w mieście muszą być PRACA i pieniądze. Nikt nie otwiera modnych lokali, droższych sieciowych sklepów itp. w miejscowościach, gdzie „asfalt na noc zwijają”. Miasto to zresztą nie tylko oferta sklepów i gastronomii – to także kultura i edukacja, a także niekomercyjna czy bezpłatna rozrywka. Jeśli z małego miasta wyjedzie np. zdolna plastyczka po ASP, to nie jest to tylko jej jednostkowy, personalny zysk (ona „zyskała”, bo „uciekła z dziury”), ale także poważna wyrwa i strata dla całego pokolenia dzieci i młodzieży. Tracimy jako miasto osobę, która mogłaby prowadzić zajęcia plastyczne w domu kultury, kółka zainteresowań czy choćby wystawiać swoje prace w lokalnej galerii (gdyby taka istniała, co nie wszędzie jest oczywiste – ale odpływ twórczych osób z pewnością nie sprzyja jej powstaniu czy utrzymaniu).

Podczas pandemii ponownie popularna stała się stworzona przez Carlosa Moreno koncepcja miasta piętnastominutowego, czyli zorganizowanego w taki sposób, że wszelkie potrzebne usługi (szkoła, praca, sklep) są oddalone o 15 minut pieszo od miejsca naszego zamieszkania. Gdy zaczęliśmy o tym dyskutować z obecnymi na warsztatach nastolatkami, od razu wyszło nam, że Zawiercie i inne niewielkie miasta są w naturalny sposób miastami piętnastominutowymi. Wiele potrzebnych usług ma się w tego typu miejscowościach po prostu niemal pod ręką. To plus, którego młodzież, jako niepracująca, jeszcze nie widzi. Ale ponownie – sednem takiej organizacji miasta, aby było faktycznie piętnastominutowe, jest akceptowalna praca na miejscu. Jeśli trzeba dojeżdżać do niej 50 czy więcej kilometrów, to robi nam się z tego miasto półtoragodzinne.

Jak zatrzymać młodych w małych miastach? Przede wszystkim pracą, na drugim miejscu usługami. Prowincja nie może stać się miastami zombie, pełnymi starszych ludzi i pustostanów po niegdyś ludnych osiedlach, jak w dawnym NRD, gdy wszyscy zaczęli przenosić się na zachód kraju. Powinniśmy także przestać suflować młodym pokoleniom znaną i lubianą retorykę sukcesu i porażki, w myśl której „ucieczka” z małego miasta jest sukcesem, natomiast pozostanie w nim oznacza życiową porażkę. To obraźliwe wobec mieszkańców, którzy nie chcą lub nie mogą się stąd ruszyć.

Zamiast ewentualnie po latach wracać do Reims, lepiej nigdy z niego nie wyjeżdżać.

Magdalena Okraska

Remigiusz Okraska: Duma, nadzieja, lewica (2010)

W 15. rocznicę śmierci Richarda Rorty’ego przypominamy recenzję jego świetnej książki o lewicy.

***

Gdy współczesny lewicowiec usłyszy cokolwiek o dumie narodowej, zazwyczaj reaguje niczym pies Pawłowa i krzyczy „Precz z faszyzmem!”. Słowo „patriotyzm” przyjmuje spokojniej, bo jedynie dostaje wysypki. Wzmianki o tradycji i historii traktuje w najlepszym razie jako temat zastępczy, podsuwany przez prawicę, by odwrócić uwagę elektoratu od kwestii „naprawdę istotnych”. I w znacznej mierze dlatego lewica znajduje się na równi pochyłej. Tak rzecz widzi Richard Rorty w książce „Spełnianie obietnicy naszego kraju” z roku 1999, niedawno wydanej w Polsce.

Esej Rorty’ego, sam w sobie znakomity i wart uwagi, nabiera dodatkowego wydźwięku za sprawą osoby autora – filozofa liberalnego, optującego za daleko posuniętym pluralizmem, krytycznego wobec „twardych” tożsamości. Tym bardziej wymowne jest zatem, że właśnie on dokonuje krytyki takiej lewicy, która odcina się od wszelkich skojarzeń z przeszłością swojego kraju, z tradycjami, z poczuciem wspólnoty narodowej. W ten sposób nie osiąga ona absolutnie nic – oddaje wiele atutów prawicy, a sama traci zakorzenienie w masach, stając się plemieniem bytującym na wyizolowanych wysepkach. Coraz bardziej namiętnym manifestom skierowanym przeciwko „temu krajowi”, towarzyszy brak jakiegokolwiek oddźwięku społecznego, a lewica z działającej i zmieniającej przeobraża się w krytykującą – zajadle, lecz bezpłodnie.

„Emocjonalne zaangażowanie w sprawy kraju – uczucie palącego wstydu czy zapierającej dech w piersiach dumy z pewnych fragmentów historii bądź z obecnej polityki narodu – to warunek konieczny twórczej i produktywnej dyskusji politycznej. Nie doszłoby do takiej dyskusji, gdyby uczucie wstydu przeważyło nad uczuciem dumy. /…/ Potrzeba zaangażowania występuje u tych, którzy mają nadzieję, że nakłonią naród do podjęcia wysiłku przypomnienia swojemu krajowi, z czego może być dumny, oraz tego, czego powinien się wstydzić. Muszą oni opowiadać inspirujące historie o tych fragmentach czy też postaciach z przeszłości swego narodu, którym państwo winno pozostać wierne” – tak zaczyna się książka. Jej autor zarzuca amerykańskiej lewicy, że całkowicie wykrzywiła perspektywę oglądu przeszłości Stanów Zjednoczonych. Tamtejsi lewicowi intelektualiści postrzegają własny kraj jako swoiste piekło na ziemi, stanowiące nieprzerwane pasmo zbrodni, występków, opresji, wykluczenia i wyzysku.

Oczywiście nie należy udawać, iż w USA nie miało miejsca wiele haniebnych zjawisk ani rezygnować z krytyki ich współczesnych odpowiedników. Kluczową kwestią są jednak proporcje – lewica dzisiejsza wyzbyta jest wiary w możliwość poprawy sytuacji (wspomniane piekło na ziemi zaludnione jest wszak niemal samymi diabłami), pomijając, o czym będzie jeszcze mowa, jakąś wyimaginowaną rewolucję, która przyniesie katharsis. Fundamentem dawnej lewicy była zaś wiara, że można uczynić swój kraj znacznie lepszym, przy czym zależy to od nas samych – zorganizowanego społeczeństwa. Tamta lewica składała się głównie z działaczy – ludzi aktywnych, choćby była to aktywność w sprawach małych i niezbyt widowiskowych. Rdzeń lewicy współczesnej składa się zaś z obserwatorów, którzy z dystansem, a nierzadko wręcz obrzydzeniem, komentują rzeczywistość, bez nadziei na pozytywne przeobrażenia.

Rorty przekonuje, że opoką szeroko pojętych środowisk postępowych była kiedyś tożsamość zbiorowa, ufundowana właśnie na wierze w możliwość reform. Perspektywie indywidualistycznej, towarzyszącej kapitalizmowi i powszechnemu etosowi od zarania USA, lewica przeciwstawiła przekonanie, że można wspólnymi siłami poprawić swój los. Co ciekawe, jak przekonuje Rorty, choć ówczesny progresywizm nierzadko wyrastał z inspiracji chrześcijańskich, to przybrał postać swoistej „obywatelskiej religii”, naznaczonej przekonaniem, iż postawy, procesy i instytucje są „otwarte” na pozytywne zmiany, stanowiąc pewnego rodzaju narzędzia, którymi można się posłużyć znacznie lepiej, niż dotychczas. Z tej układanki znikło pojęcie grzechu, a więc nieusuwalnego błędu, który skazuje dany system polityczny, ekonomiczny i kulturowy na to, by zawsze „służył złu”.

Tego rodzaju „areligijność” zaowocowała także położeniem nacisku na konkretne działania – zdobycze, choćby niewielkie i rozłożone w czasie, polepszały położenie zbiorowości, i to już w perspektywie doczesnej. Tymczasem lewica późniejsza, choć zazwyczaj otwarcie antyreligijna, zdaje się tkwić w przekonaniu, iż Ameryka, kapitalizm, „system” itp., skażone są niemożliwym do wykorzenienia zepsuciem. Nie ma tu miejsca na ewolucję i reformy, co najwyżej na apokaliptyczną rewolucję. Ona zaś jest tak odległym, niemal zaświatowym widmem, że nie staje się obietnicą, dla której warto by pracować już teraz. Pozostaje zgorzkniałe komentowanie rzeczywistości.

Idąc śladem romantyzmu Walta Whitmana i pragmatyzmu Johna Deweya, optymistycznie interpretujących Hegla, Rorty afirmuje wynikającą z tego nadzieję na państwo, które można stale czynić lepszym miejscem do życia; przyszłość jest w tej wizji otwarta, więc jeśli nie wszystko, to wiele jest możliwe. Przeciwstawia się w ten sposób marksowskiej interpretacji Hegla, znacznie bardziej „zamkniętej”, rzekomo wyrażającej wiedzę o tym, „jak będzie” na pewno. Amerykańska myśl postępowa była „realistycznym marzeniem”, które nie kazało na nic czekać, lecz inspirowało do poszukiwań twórczych i działań odważnych, a zarazem silnie zakorzenionych w teraźniejszości. Zamiast wielkich teorii, dominowała wiara w wiele eksperymentów, które metodą prób i błędów pomogą stworzyć lepszy świat. Jest paradoksem, zauważa autor „Spełniania obietnicy…”, że lewica marksowska, która z namaszczeniem powtarzała XI tezę o Feuerbachu, iż dość już było interpretowania świata, a teraz należy go zmienić, tak wiele energii poświęca teoretyzowaniu i pustosłowiu, podczas gdy amerykańska lewica „obywatelska” zajmowała się właśnie wielopłaszczyznową konkretną zmianą społeczną.

Taki sposób myślenia pozwalał jej żądać dużo i wierzyć w jeszcze więcej, a jednocześnie cieszyć się z nawet drobnych osiągnięć i nimi stymulować nadzieję na dalsze zmiany. A także wzmacniać dumę z tego, jacy jesteśmy i jacy być możemy. Natomiast dzisiejsza lewica uważa, że „Ameryce nie da się przebaczyć /…/ oraz że nie da się jej zrealizować /…/. W rezultacie odwracają się plecami do własnego państwa /…/ oraz /…/ [dokonują] wykpienia samej idei tego, że to demokratyczne instytucje mogłyby raz jeszcze zostać zmuszone do służenia sprawie sprawiedliwości społecznej. /…/ Poczucie beznadziejności stało się wśród lewicy modne – pryncypialne, przeteoretyzowane, filozoficzne poczucie beznadziejności. Obecnie /…/ nadzieję, która uwznioślała serca amerykańskiej lewicy przed okresem lat sześćdziesiątych, traktuje się jako symptom naiwnego »humanizmu«”.

Co to była ta dawna lewica? To związkowcy i uczestnicy strajków walczący o poprawę warunków pracy. To urzędnicy państwowi, starający się maksymalnie wykorzystać sensowne przepisy, a blokować stosowanie tych szkodliwych. To politycy różnych szczebli, wytrwale dobijający się o choćby niewielkie przeobrażenia na lepsze. To dziennikarze i intelektualiści, którzy zamiast tego, co „ekscytujące” czy „oryginalne” – brali na warsztat ważne kwestie społeczne i ekonomiczne. Spora część z nich nie tylko nie określała się jako lewicowcy, ale przede wszystkim nie są tak traktowani przez dzisiejsze lewicowe wyrocznie, decydujące o tym, kto jest godny tego miana. Nierzadko byli to prominentni politycy Partii Demokratycznej (z prezydentem F. D. Rooseveltem na czele), innym razem pozornie aideologiczni technokraci, kiedy indziej naukowcy nie odwołujący się do etykietek politycznych; bywali też wśród nich populistyczni patrioci czy osoby określające się jako liberałowie. Wszyscy oni wytrwale pracowali na rzecz takiej Ameryki, której obywatele mogliby rozwijać swój potencjał i realizować marzenia bez względu na wyznanie, rasę, dochody, przynależność klasową itp.

Łączyła ich wspomniana wiara w to, że Amerykę można zmienić na lepsze oraz w skuteczność stopniowych reform. Tak, to była właśnie lewica reformistyczna, jednak Rorty używa tego przymiotnika z aprobatą, jako synonimu zarazem rozsądku, jak i efektywności, czyli dokładnie odwrotnie niż rozmaici krzykliwi doktrynerzy, dla których stanowi on obelgę, symbol zdrady i rejterady. „Powinniśmy odrzucić marksistowskie sugestie, że za lewicowców można uznać tylko tych, którzy są przekonani, że kapitalizm trzeba obalić oraz że wszyscy inni to jacyś mięczakowaci liberałowie, samooszukujący się burżuazyjni reformatorzy” – pisze Rorty. Marksizm jest wedle niego przejawem manichejskiego myślenia w kategoriach „grzechu” i „czystości”, które nie uznaje ani zdobyczy połowicznych i kompromisów, ani odstępstw od „linii politycznej”, a w dodatku podejrzliwie traktuje środowiska, które osiągały swoje zamiary metodą małych kroków, albo w ich działaniach mieszały się postawy godne pochwały z tymi moralnie wątpliwymi.

Tymczasem, pisze Rorty, „jeśli będziemy szukać ludzi, którzy nigdy nie popełnili żadnych błędów, którzy zawsze byli po słusznej stronie, którzy nigdy nie przepraszali za tyranów czy niesprawiedliwe wojny, to znajdziemy niewielu takich bohaterów”. I podaje przykłady: Franklina Delano Roosevelta – prezydenta, który „stworzył podstawy państwa opiekuńczego oraz zachęcał robotników do przyłączenia się do związków zawodowych i w tym samym czasie uparcie odwracał się od Afroamerykanów”, a także Lyndona B. Johnsona, który „pozwolił na rzeź setek tysięcy wietnamskich dzieci, ale równocześnie zrobił więcej dla ubogich dzieci w Stanach Zjednoczonych niż jakikolwiek inny poprzedni prezydent”.

Amerykańska lewica reformistyczna osiągała liczne sukcesy do roku 1964. Data ta jest wedle Rorty’ego momentem przełomowym, który zapoczątkował upadek lewicy w USA. Wówczas to nastąpiła, za sprawą decyzji wspomnianego prezydenta Johnsona, intensyfikacja amerykańskiego zaangażowania militarnego w Wietnamie. Wojna i jej przebieg wywołały, jak wiemy, silny opór znacznej części obywateli, a także „wyłonienie się pokolenia Amerykanów, którzy podejrzewali, że z naszym krajem nie da się nic zrobić – że wojna ta nie tylko nigdy nie będzie mogła zostać wybaczona, ale że dodatkowo uzmysłowiła nam, iż jesteśmy narodem poczętym w grzechu nie do odkupienia”.

To zaś oznaczało na lewicy początek końca wiary w możność stałego ulepszania swojego kraju, a także porzucenie wszelkiej dumy narodowej. W konsekwencji natomiast – rozpad lewicy na „kulturową”, skoncentrowaną na kwestiach obyczajowych, która zdobyła silną pozycję w mediach i na uniwersytetach, oraz stale słabnącą lewicę społeczno-ekonomiczną, która nie tylko musiała stawiać czoła prawicy, ale także zmagać się z obojętnością, niegdyś stanowiącej dla niej wsparcie, lewicy akademicko-medialnej. Ten rozbrat, dokonany w najgorszym momencie – w przeddzień ofensywy neoliberalizmu – zaowocował niemal zupełnym upadkiem lewicy w USA.

Sprawiło to, że młode pokolenie lewicy nie tylko zaczęło wprost nienawidzić własnego kraju i wszystkiego, co kojarzyło się z tradycjami amerykańskimi – nawet jeśli były to tradycje emancypacyjne – ale i rozpoczęło flirt czy to z reżimami „realnego socjalizmu”, czy przynajmniej z myślą komunistyczną. Te fragmenty książki Rorty’ego mogą prawomyślnych czytelników-lewaków przyprawić o zawał serca. Nie tylko bowiem wyraża on nadzieję, że postać Lenina będzie kiedyś lewicy równie obca jak np. Mussolini, lecz także – odwołując się do własnej biografii (m.in. rodzice, którzy sympatyzowali z komunizmem, by po procesach moskiewskich przejść na pozycje lewicy stanowczo krytycznej wobec ZSRR) – składa swoistą deklarację antykomunizmu. Konsekwentnego i pozbawionego różnych „ale” – owszem, potępia wojnę w Wietnamie i uważa, że rządy USA popełniały błędy czy zbrodnie, jednak stanowczo odcina się od demonizowania swojego kraju.

Uważa, że Amerykanie stali po stronie dobra, przeciwko sowieckiej despotii i jej satelitom. Rorty bez hamletyzowania typowego dla wielu tzw. dobrych ludzi z „sercem po lewej stronie” pisze wprost, że „nie widzi większej różnicy między walką z Hitlerem a walką ze Stalinem”, nie uważa też za rzecz naganną, iż różne lewicowe inicjatywy antysowieckie współpracowały z CIA. Dla amerykańskiej lewicy demokratycznej antykomunizm, czyli krytyka zamordystycznych reżimów, był bowiem postawą równie oczywistą, jak walka z niesprawiedliwymi stosunkami władzy i podziałami społecznymi we własnym kraju. „W tym kręgu – pisze Rorty – amerykański patriotyzm, ekonomia redystrybucji, antykomunizm i Deweyowski pragmatyzm naturalnie i bezproblemowo ze sobą współgrały”.

Nie chodzi bynajmniej o to, że Rorty zajmuje pozycję zimnowojennego „jastrzębia”. Przeciwnie – nie odmawiając Ameryce racji moralnych w konflikcie z Blokiem Wschodnim, uznaje, że towarzysząca temu atmosfera oraz błędy popełnione w trakcie zmagań, z Wietnamem na czele, pozwalają zrozumieć reakcję młodego pokolenia lewicy. Uważa wręcz, że „nowa lewica” odegrała istotną rolę w „humanizacji” tego konfliktu, że zapobiegła stałemu podkręcaniu niebezpiecznych nastrojów militarystycznych i totalistycznych w USA. Problem stanowi natomiast to, że słuszna reakcja moralna przekształciła się w aberrację polityczną.

Krytyka poszczególnych działań władz USA przybrała bowiem postać nieomal obsesyjnej niechęci do wszystkiego, co łączy się ze Stanami Zjednoczonymi, ich przeszłością i kulturą. W dziedzinie „emocjonalnej” oznaczało to odrzucenie wszelkiej dumy narodowej i wyrastającej z niej wiary w możność zmiany własnego kraju na lepszy. W dziedzinie idei i strategii zaowocowało natomiast odwróceniem się od kwestii społeczno-ekonomicznych i kontestowaniem posunięć instytucjonalnych (wszak instytucje amerykańskie są nieuleczalnie skażone grzechem).

Dawna lewica była lewicą ekonomiczną, nowa – kulturową. Dawna walczyła, jak znakomicie hasłowo streszcza to Rorty, z egoizmem, nowa – z sadyzmem kulturowym (takimi formami opresji i poniżenia, które nie pozostają w prostej zależności z wyzyskiem ekonomicznym). Dawna chciała ulepszyć cały kraj i objąć skutkami reform ogół obywateli, nowa zajęła się wybranymi grupami, uznanymi za szczególnie pokrzywdzone (mniejszości seksualne i etniczne, kobiety). Dawna wierzyła, że ogólne zmiany systemowe stopniowo poprawią zarówno los grup dotkniętych wykluczeniem ekonomicznym, jak i kulturowym (czyli zniwelują zarazem egoizm, jak i sadyzm), nowa natomiast uważa, że cały system i jego instytucje są na wskroś złe, zatem aby zachować „czystość” można jedynie działać na rzecz wybranych grup na płaszczyźnie wzorców kulturowych i postaw.

Autor „Spełniania obietnicy…” bynajmniej nie twierdzi, że wszystkie cele czy działania „nowej lewicy” są niewłaściwe. Tak jak podkreśla jej zasługi w walce z „przegięciami” władz USA z okresu zimnej wojny, tak też uważa, że w sferze kulturowej dokonała ona wielu pozytywnych zmian. Ogólnie biorąc, Ameryka czasów „politycznej poprawności” jest krajem, w którym żyje się lepiej, krajem, w którym w sferze kultury i obyczajów znacznie sprawniej chroniona jest ludzka godność. Jest krajem, w którym czarnoskórzy są ludźmi, nie zaś „czarnuchami”; w którym ktoś nie jest z założenia gorszy tylko dlatego, że urodził się gejem; krajem, gdzie kobieta jest normalnym pracownikiem, nie zaś obiektem chamskich dowcipów i natrętnych propozycji ze strony pracodawcy czy przełożonego.

Rorty nie zarzuca „nowej lewicy”, że zajęła się kwestiami kulturowymi – wręcz przeciwnie, podkreśla, iż wykonała ona dobrą robotę, uwrażliwiając Amerykanów na taki rodzaj wykluczenia. Ma jej natomiast za złe, że skupia się niemal wyłącznie na tych kwestiach, że zajmowanie się „różnorodnością” i „mniejszościami” stało się swoistym kolekcjonerskim hobby, że zachowuje – w najlepszym razie – dystans wobec problemów socjalnych i ekonomicznych „zwykłych ludzi”, że odrzuca identyfikację z Ameryką i Amerykanami jako takimi, co potęguje wzajemną izolację różnych „elektoratów” lewicy i niemożność zbiorowego działania. I wreszcie, że kultywuje wizję USA jako kraju „szatańskiego”, wskutek czego odrzuca wszelkie konkretne zdobycze, na rzecz mrzonek o zniszczeniu czy upadku „systemu”.

To wszystko owocuje zmniejszaniem sadyzmu kulturowego, przy jednoczesnym znacznym nasileniu – w porównaniu do sytuacji sprzed wojny w Wietnamie – egoizmu ekonomicznego. W sytuacji, gdy wskutek neoliberalizmu i globalizacji wciąż rosną zastępy marginalizowanych Amerykanów, oznacza to, że poparcie wyborcze czy potencjalna populistyczna rewolta zostaną przejęte przez prawicę i jej „szeryfów”. W takiej sytuacji nie tylko nie będzie mowy o reformach socjalnych, lecz pod znakiem zapytania stanie trwałość zdobyczy kulturowych. Wówczas to „postęp, który się dokonał w ciągu ostatnich czterdziestu lat w polepszaniu sytuacji czarnych i śniadych Amerykanów oraz homoseksualistów, zostanie unieważniony. Zadowolona z siebie pogarda dla kobiet ponownie stanie się modna. /…/ Cały ten sadyzm, co do którego lewica akademicka próbowała przekonać swoich studentów, że jest nieakceptowany, powróci. /…/ Jednakże taki powrót sadyzmu nie odwróci skutków egoizmu, albowiem gdy tylko mocny człowiek przejmie władzę, szybko dojdzie do porozumienia z międzynarodówką bogaczy – tak jak Hitler doszedł do porozumienia z niemieckimi przemysłowcami. /…/ Ludzie będą się dziwić, dlaczego było tak mało oporu wobec jego pojawienia się. Będą pytać, gdzie była amerykańska lewica? Dlaczego to tylko prawicowcy tacy jak Buchanan mówili robotnikom o konsekwencjach globalizacji?”.

Autor „Spełniania obietnicy…” kreśli ciekawą analogię z „Rokiem 1984”. Jego zdaniem, utrzymanie obecnych tendencji ekonomicznych doprowadzi do koncentracji majątku w rękach nielicznej kasty „międzynarodowych, kosmopolitycznych bogaczy” – odpowiednika orwellowskiej Partii Wewnętrznej. Na jej usługach będzie Partia Zewnętrzna, składająca się z dobrze sytuowanych „kosmopolitycznych profesjonalistów”. Cała reszta to „robole”, czyli orwellowscy „prole”, zepchnięci na sam dół, bez szans na wydostanie się z tej matni, sprawnie rozgrywani przeciwko sobie i kontrolowani. Ponieważ, pisze Rorty o wspomnianych superbogaczach, „ich prerogatywą są decyzje ekonomiczne, będą oni zachęcać polityków, z lewicy i prawicy, aby zajmowali się sprawami kultury. Celem będzie odwrócenie uwagi roboli, sprawienie, aby 75 procent Amerykanów i dolne 95 procent światowej populacji zajmowało się wrogością etniczną i religijną oraz dyskusją na temat norm seksualnych. Jeśli będzie się trzymało roboli z dala od ich własnej rozpaczy za pomocą kreowanych przez media pseudowydarzeń, włączając w to krótkie i krwawe wojny, superbogacze nie będą mieli się czego bać”.

Zdaniem Rorty’ego, wyjściem z tej sytuacji jest odrodzenie amerykańskiej lewicy. Dokonać tego można podejmując dwa kroki. Po pierwsze, lewica powinna ogłosić moratorium na teorię. Rorty uważa, że lewicowi intelektualiści niepotrzebnie zajmują się coraz bardziej abstrakcyjnymi i hermetycznymi analizami, natomiast umyka im bieżąca rzeczywistość, a przede wszystkim nie potrafią się z nią zmierzyć za pomocą zestawu praktycznych propozycji działań. Radzi on „lewicy kulturowej” z kąśliwą ironią, „aby zapomniała o Baudrillarda teorii Ameryki jako Disneylandu, jako kraju simulacrów, i zaczęła proponować zmiany w prawach rzeczywistego kraju zamieszkanego przez rzeczywistych ludzi znoszących niekonieczne cierpienia, z których spora część może zostać usunięta przez działanie rządu. Nic nie przyczyni się bardziej do zmartwychwstania amerykańskiej lewicy niż zgoda co do konkretnej platformy politycznej, jakiegoś Planu dla Ludu /…/, listy namacalnych reform. Istnienie takiej listy – bez końca powielanej i dyskutowanej, równie znanej profesorom jak robotnikom, pozostającej w pamięci zarówno profesjonalistów, jak i tych, którzy myją im toalety – mogłoby rewitalizować politykę lewicową”.

Rorty nie łudzi czytelników, że zna recepty na wszystkie współczesne problemy – przykładowo, wskazuje na tak trudną kwestię, jak otwartość amerykańskiego rynku pracy dla imigrantów, co zarazem daje nadzieję ludności z biednych krajów, jak i skutecznie podkopuje pozycję „tubylczych” pracowników najemnych. Uważa natomiast, że – co znów zapewne zszokuje czytelników-lewaków – głównym aktorem i zarazem punktem odniesienia polityki prospołecznej powinno być państwo narodowe, nie zaś mrzonki o „globalnej sprawiedliwości”, gdyż „rząd naszego państwa narodowego będzie w przewidywalnej przyszłości jedynym podmiotem zdolnym do zmiany zakresu egoizmu i sadyzmu, które dotykają Amerykanów”.

Uważa także, iż lewica powinna skupić się na wykorzystaniu istniejących instrumentów działania, jak np. instytucje państwowe, mniejszą wagę przykładać natomiast do rozwiązań istniejących głównie w teorii lub na niewielką skalę, typu „demokracja partycypacyjna” czy „samorządność pracownicza”. Nie dlatego, że jest ich wrogiem, lecz z tego względu, iż czas ucieka, a Amerykanom trzeba namacalnych konkretów, nie zaś intelektualnych fajerwerków i „świetnych pomysłów” – w przeciwnym razie na dobre i na wiele lat wpadną w objęcia populistycznej prawicy. Zamiast obietnic „obalenia kapitalizmu” czy „zniszczenia systemu”, zarazem buńczucznych, jak i znamionujących bezsilność, „lewica powinna powrócić do idei stopniowych reform w warunkach gospodarki rynkowej”.

Drugi krok, chyba ważniejszy, bo dotykający fundamentów, polega na tym, że „lewica powinna próbować zmobilizować to, co pozostało z naszej dumy bycia Amerykanami. Powinna poprosić ludzi o to, aby zastanowili się, jak można by osiągnąć kraj na miarę Lincolna i Whitmana”. Bowiem „tylko w ten sposób będzie ona mogła zacząć zawierać sojusze z ludźmi spoza akademii, a szczególnie ze związkami zawodowymi. Amerykanie znajdujący się poza murami świata akademickiego chcą wciąż być patriotami, chcą czuć się cząstką narodu, który może panować nad swym losem i który może uczynić siebie lepszym”.

Czytając książkę Rorty’ego miałem poczucie satysfakcji. Choć dotyczy ona USA, to podobieństwa z Polską są niemal bliźniacze. Również u nas lewica akademicka jest lewicą kulturową, która kwestiami społeczno-ekonomicznymi interesuje się od wielkiego dzwonu, a i wtedy poprzestaje zazwyczaj na ogólnikach o „sprawiedliwości społecznej”, „równych szansach” czy „naśladowaniu krajów skandynawskich”. Zamiast tego drobiazgowo analizuje problemy macierzyńskie lesbijek, „ekonomię feministyczną” i namiętnie dyskutuje o dokonanej przez Žižka interpretacji filmów Hitchcocka. W kwestii stosunku do patriotyzmu jest wręcz żywcem wyjęta z powyższych cytatów ze „Spełniania obietnicy…” – nie ufa ludowym „uniesieniom”, boi się ich jako zaczynu wybuchu ciemnych sił, a narracji, która mogłaby porwać serca, przeciwstawia chłodny, technokratyczny bełkot o zbawieniu przez brukselskich biurokratów. Sięganie ku dorobkowi przeszłości traktuje jako domenę prawicy, oddając jej bez walki tego rodzaju atuty, co jest tym bardziej absurdalne, że lewica w Polsce może się pochwalić znacznie bardziej prestiżowymi antenatami, niż np. konserwatywni liberałowie. Podobnie jest w kwestii nadziei i dumy – jeśli ktoś odwołuje się dziś np. do heroicznego mitu powstania warszawskiego (którego istotną część oddziałów bojowych stanowili działacze podziemnej lewicy), jak czynili to przez wiele lat emigracyjni polscy socjaliści, to jest to PiS i okolice. Zaś lewica zarówno postkomunistyczna („Przegląd”), jak i „nowa” („Krytyka Polityczna”) powtarza najbardziej wyświechtane slogany ze szkoły Dmowskiego o „wykrwawianiu się w szaleńczym zrywie, z góry skazanym na niepowodzenie”.

A później całe to towarzystwo jest szczerze zdziwione, że w Polsce de facto nie ma lewicy. I że dla biednych i wykluczonych bardziej wiarygodni okazywali się przez lata Wrzodak, Rydzyk i Kaczyński niż chłopcy w t-shirtach z Che Guevarą i dziewczęta po gender studies, zaczytani w Lacanie, zachwycający się „wyważonym realizmem” prof. Łagowskiego i niezbyt cierpliwie tłumaczący „prostaczkom”, że od patriotyzmu do mordowania Żydów jest tylko malutki krok, więc lepiej tego dżina nie wypuszczać z butelki.

Richard Rorty zmarł w czerwcu roku 2007, nie miał zatem możliwości ujrzenia późniejszej o kilkanaście miesięcy zwycięskiej kampanii prezydenckiej Baracka Obamy. Kampanii, która odwołała się do nadziei i dumy, do najlepszych amerykańskich tradycji postępowych, ale także do ekonomicznych konkretów i stopniowych reform (już częściowo zrealizowanych, jak w przypadku dostępu do służby zdrowia), czyniąc to w sposób prosty i zrozumiały, umiejętnie mobilizując sympatyków wezwaniami do przebudowy kraju wedle własnych marzeń. Można jednak powiedzieć, że doczekał przynajmniej częściowego spełnienia scenariusza ze swojej książki. Obyśmy i my, w Polsce, mieli choć tyle szczęścia.

Remigiusz Okraska

Richard Rorty, Spełnianie obietnicy naszego kraju. Myśl lewicowa w dwudziestowiecznej Ameryce, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2010, przekład Andrzej Karalus i Andrzej Szahaj.

Powyższa recenzja pierwotnie ukazała się w piśmie „Obywatel” nr 51, jesienią 2010 roku.

Kubatury katastrofy klimatycznej

Ocieplanie się klimatu i katastrofa klimatyczna wywołane są przez stałą i długotrwałą emisję gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla. Dość powszechnie uwaga mediów i publiczności skupia się na środkach transportu jako głównych winnych tego stanu rzeczy. To błąd. Myli się przy tym ze sobą dwa zjawiska: zanieczyszczenie powietrza i emisję gazów cieplarnianych.

Za zanieczyszczenie powietrza szkodliwymi związkami odpowiedzialny jest rzeczywiście głównie transport, obok przemysłu. Transport, zwłaszcza samochodowy jest jednak bardzo widoczny, zwłaszcza dla wielkomiejskiej klasy średniej. Powiązanie transportu z emisją gazów cieplarnianych jest efektem aspiracji konsumpcyjnych tej klasy. Jest to błąd percepcji połączony z brakiem wiedzy na temat zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych.

Spaliny samochodowe i samolotowe zawierają całą masę szkodliwych substancji i posiadają bardzo negatywny wpływ na zdrowie. Transport jednak jest odpowiedzialny za znacznie mniejszą emisję gazów cieplarnianych, niż się powszechnie sądzi. W ciągu ostatnich 60 lat wygląda to dość stabilnie i sytuuje się w okolicach 20% globalnej emisji CO2 (przy jej jednoczesnym 2,5-krotnym wzroście). W efekcie pandemicznego lockdownu w 2020 r. znacznie spadło zanieczyszczenie powietrza, w niektórych miastach wręcz spektakularnie, ale globalna emisja gazów cieplarnianych tylko o 8%.

Wodorowe i elektryczne auta zmniejszą zanieczyszczenie powietrza w centrach miast, ale same z siebie niewiele zmniejszą emisję gazów cieplarnianych. To stanie się możliwe wyłącznie dzięki zmianie sposobu produkcji energii elektrycznej, potrzebnej także do wytwarzania wodoru.

Porównanie emisji zanieczyszczeń (jak i gazów cieplarnianych) przez właściciela prywatnego odrzutowca latającego kilka razy w miesiącu w różne rejony świata z właścicielem starego zdezelowanego diesla dojeżdżającego codziennie do pracy w centrum miasta – wypada zdecydowanie na korzyść tego drugiego. Zrzucanie odpowiedzialności za katastrofę klimatyczną na stare samochody stanowi propagandowe umniejszanie skutków zachowań i konsumpcji wielkomiejskiej klasy średniej, której udział w ociepleniu klimatu ma zupełnie inny charakter.

Znacznie większy wkład w emisję gazów cieplarnianych ma wytwarzanie energii. Jest ona, pomijając przemysł, wykorzystywana przede wszystkim na potrzeby ogrzewania oraz klimatyzowania (ochładzania) pomieszczeń, w których przebywają ludzie, pracując bądź odpoczywając: biur, sklepów, restauracji, fabryk, magazynów, hal sportowych, basenów, szkół i uczelni, bibliotek, muzeów, galerii, studiów filmowych i telewizyjnych, sal koncertowych, klubów, świątyń, hoteli, mieszkań, domów, willi, rezydencji, dworów, pałaców. Lista jest długa. Jednak jej cechą charakterystyczną jest wysoka konsumpcja osób zamożnych.

Jest ona mało widoczna, bo większość obywateli nie ma dostępu do przestrzeni, w których przebywają bogaci. Jest zatem mało uświadamiana. Luksusowe biura, sklepy, rezydencje nie znajdują się pod publicznym oglądem. A to tam, w metrażach i kubaturach, należy doszukiwać się nadmiernej emisji gazów cieplarnianych. Nieruchomości są też głównym zasobem inwestycyjnym klasy średniej, a aktywizm jej przedstawicieli kończy się zazwyczaj na ich strefie komfortu. Ogrzewanie i klimatyzacja należących do nich kubatur stanowi zatem społeczne tabu.

Nietrudno zauważyć, że gwałtowny przyrost emisji gazów cieplarnianych nastąpił po II wojnie światowej, gdy rozpowszechniły się klimatyzatory pozwalając m.in. na masowe zasiedlenie Słonecznego Pasa (Sun Belt) południowych stanów Ameryki Północnej i przyrost populacji w krajach globalnego południa. Od 1960 r. notujemy prawie czterokrotny wzrost odsetka emisji CO2 przy wytwarzaniu energii elektrycznej oraz cieplnej i jednocześnie spadek udziału emisji emitowanych przez przemysł o 1/3 (przy dwu i pół krotnym wzroście globalnej emisji). Ubodzy jednak nie używają klimatyzatorów, lecz co najwyżej wiatraczków.

Luksusowe super-jachty należałoby w tej perspektywie zaliczyć raczej do kategorii (pływających) rezydencji niż środków transportu, bowiem większość energii zużywanej przez nie dotyczy klimatyzacji i ogrzewania, a nie przemieszczania się. Podobnie jest w przypadku statków wycieczkowych, które należałoby klasyfikować jako pływające hotele. Ich błędna kategoryzacja zawyża statystyki emisyjne środków transportu. W przeciwieństwie do nich, statki kontenerowe, gdzie nie zużywa się energii na klimatyzację, są najbardziej ekologicznym środkiem transportu.

Dobrym przykładem wkładu ogrzewania tylko w statystyki emisji CO2 jest Polska, gdzie często podnosi się argument, że obecna emisja CO2 jest mniejsza niż za czasów PRL, przypisując to redukcji przemysłu. Znacznie bardziej istotna była zamiana wszechobecnych kotłowni i pieców węglowych na gazowe. W dalszym ciągu jest to jednak rozwiązanie oparte o spalanie paliw kopalnych. W tym kontekście rozwiązania typu miejska sieć ciepłownicza, tzw. centralne ogrzewanie, także są już przeżytkiem, gdyż ich działanie oparte jest w całości na spalaniu paliw kopalnych. Podłączanie kolejnych budynków do sieci grzewczych jest zatem dyskusyjne – w niedalekiej przyszłości wszyscy będziemy musieli ogrzewać się za pomocą „zielonej” energii, głównie przy zastosowaniu tzw. pomp ciepła. Czeka nas swoista nowa fala elektryfikacji. Zamiast nowych podłączeń do sieci ciepłowniczej zasilanej paliwami kopalnianymi należałoby przede wszystkim prowadzić projekty ocieplania budynków, zwłaszcza starych, jak np. prowadzi to uznawana za jedną z bardziej radykalnych organizacji Insulate Britain.

Duża część winy leży po stronie architektów, którzy dzięki klimatyzacji przestali projektować budynki dostosowane do klimatu. Przeszklone wieżowce i hale zużywające tyle prądu, co całe miejscowości, stały się normą. Czas zmienić rozwiązania architektoniczne. Pompy ciepła, wymienniki ciepła, rekuperatory, ocienienia, a przede wszystkim szczelna izolacja – są dostępnymi obecnie rozwiązaniami technicznymi.

W przypadku produkcji energii kluczowe są inwestycje w jej ekologiczną produkcję – wiatrową, słoneczną, wodną czy geotermalną. Stanowi to główną propozycję tzw. zmian technologicznych od strony podaży, produkcji. Sporo w tej kwestii można oczekiwać od rozwoju technologii rozpadu oraz syntezy jądrowej. Z pomocą mogą przyjść podatki majątkowe od posiadanych bądź zużywanych zasobów. Podstawowym mechanizmem, który należałoby rozbudować, są opłaty emisyjne. Są one w istocie podatkiem majątkowym od ilości wyprodukowanego i wyemitowanego dwutlenku węgla, a z drugiej strony patrząc – podatkiem od zasobów zużytego tlenu. Należy podkreślić potrzebę objęcia tymi opłatami biomasy, zwłaszcza pochodzącej z drewna, co jest główną przyczyną obecnej globalnej fali masowego wycinania drzew i lasów, które idą po prostu „do pieca”. Podobnymi opłatami emisyjnymi powinna być też objęta przemysłowa hodowla zwierząt, emitująca dużo metanu.

Z działań po stronie konsumpcji, jako sposób jej obniżenia, należy podkreślić termiczną izolację (tzw. ocieplanie) budynków. Powinna ona być priorytetem także w krajach gorącego klimatu, gdzie występuje zjawisko sprzężenia zwrotnego: im wyższe temperatury otoczenia, tym więcej energii zużywać będą klimatyzatory. I więcej CO2 produkować. W ramach izolowania budynków pamiętać należy o zastosowaniu w nich odpowiednich okien i szyb. Obecnie na to powinny być głównie kierowane publiczne subsydia dla odbiorców indywidualnych. Z drugiej strony, za pomocą progresywnych podatków majątkowych, zwłaszcza od budynków komercyjnych, należałoby ograniczyć konsumpcję energii przez osoby nadmiernie bogate – co pozwala uznać podatki majątkowe w istocie za podatki konsumpcyjne.

Po stronie rozwiązań w walce z katastrofą klimatyczną mamy zatem trzy główne: bezemisyjna produkcja znacznie większej ilości energii elektrycznej, ocieplanie budynków oraz opodatkowanie nadmiernej konsumpcji zasobów przez osoby zbyt bogate.

Stefan Paweł Załęski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. S. Hermann & F. Richter from Pixabay

Populizm i nowa walka klas

Po latach histerii, pouczeń i analiz poświęconych populizmowi nie widać, aby ten znajdował się choć trochę w odwrocie. Wręcz przeciwnie – poza punktowymi triumfami liberałów, zwykle okupionymi coraz większym wysiłkiem, brak oznak odwrotu tej fali.

Wydawałoby się, że powinno być inaczej. Na zwalczanie populizmu wydano miliony, jeśli nie miliardy. Zmobilizowano potężne siły polityczne i medialne. „Antypopuliści” mają za sobą wielki, gigantyczny biznes. Nieustannie trwa kampania potępień pod adresem populistów oraz pouczeń wobec ich wyborców. I niewiele z tego wynika. Nic w tym dziwnego. Żaden skutek nie ustępuje bez eliminacji przyczyn.

Przyczyną jest natomiast oligarchiczno-wyzyskowy model gospodarczy, przy którym środowiska liberałów i „demokratów” trwają niewzruszenie, a coraz częściej w stronę sojuszu z nimi dryfuje także lewica.

Niedawno odbyły się wybory parlamentarne na Węgrzech i prezydenckie we Francji. Jedne i drugie stanowiły starcie obozu liberalnego z postaciami wręcz emblematycznymi dla lęków tego obozu. Na Węgrzech partia Viktora Orbána wygrała czwarty raz z rzędu, co oznacza prawdopodobieństwo nieprzerwanych rządów przez 16 lat, czyli całą długą epokę. Fidesz wygrał nie tylko z wielką przewagą nad oponentami – o prawie 20 punktów procentowych. Wygrał także w sytuacji, gdy przeciwko sobie miała koalicyjny blok obejmujący ugrupowania od Sasa do Lasa, czyli od środowisk liberalno-postępowo-lewicujących po Jobbik, do niedawna skrajnie prawicowy, a obecnie cudownie nawrócony na „zwykły” konserwatyzm. Wygrał w sytuacji, w której sondaże jeszcze kwartał przed starciem przy urnach wskazywały na możliwość zwycięstwa opozycji. Wygrał przede wszystkim w czasach, gdy rządowi mało co sprzyja – od sytuacji międzynarodowej, przez pandemię, po znaczący wzrost cen i kosztów życia. A jest to rząd kraju niewielkiego i niezamożnego, zatem posiadający niezbyt wielkie możliwości i pole manewru.

Z kolei we Francji przedstawiciel obozu liberalnego wprawdzie pokonał Marine Le Pen, jednak ta ostatnia osiągnęła najwyższe poparcie w dziejach wyborczych zmagań nie tylko swoich, ale i własnego obozu politycznego. W porównaniu z poprzednimi wyborami Macron stracił 8 punktów procentowych poparcia (i otrzymał 2 miliony głosów mniej niż wtedy), a jego rywalka tyle samo zyskała. Wszystko to w kraju, w którym całokształt życia publicznego – od mediów, przez twórców kultury, po politykę – robi od lat co może, aby zniechęcić wyborców do środowiska politycznego Le Pen. Tu zresztą dotykamy ciekawego i szerszego zjawiska, które pokazuje, jak niewiele wspólnego z faktami mają wywody polityczno-medialnego mainstreamu, portretujące wyborców populistów (szczególnie polityków tego nurtu wywodzących się z prawicy) jako ksenofobiczno-zacofanych „ciemniaków”. Otóż według jednego z badań sondażowych ponad 40% osób, które głosowały na szefową Zjednoczenia Narodowego, zrobiło tak tylko po to, aby zablokować zwycięstwo Macrona. Prawie połowę elektoratu tej kandydatki stanowili zatem ludzie gotowi głosować na nią jedynie dlatego, że aż tak bardzo nie chcą władzy Macrona.

W USA Joe Biden ma wiosną 2022 najniższe poparcie i poziom aprobaty dla swoich rządów odkąd wygrał wybory, a poparcie to jest obecnie tak niskie, jak uzyskiwane przez Trumpa pod samego koniec rządów poprzedniego prezydenta. W realiach znacznie nam bliższych, czyli w Czechach, ugrupowanie populisty Andreja Babiša, które przegrało zeszłoroczne wybory, wciąż utrzymuje wysokie poparcie w sondażach, mając je na poziomie prawie 30% i tylko nieznacznie ustępując partii rządzącej. W Słowacji, gdzie populiści z partii Smer utracili władzę w okolicznościach naznaczonych skandalem (zabójstwo dziennikarza) i wydawało się, że jest to kres tej formacji, sondaże wskazują, że rozłamowe ugrupowanie z tego Smeru już od ponad roku przewodzi w wyścigu, a sam osłabiony Smer tyle samo czasu zajmuje pozycję wicelidera.

Można oczywiście znaleźć pojedyncze przykłady zwycięstw ugrupowań liberalno-establishmentowych, ale nie ma ich wiele, są okupione coraz większymi wysiłkami i cechują się malejącą przewagą, albo stanowią nieliczne wyjątki od reguły. Nic nie wskazuje na to, żeby zjawisko określane mianem populizmu było w całościowym odwrocie. Choć wydawałoby się, że powinno. Trudno znaleźć w ostatnich dekadach nurt polityczny, który spotkałby się z podobną falą krytyki. Czy to wielkie media, czy polityczny establishment, czy fundacje powiązane z miliarderami, czy elity kulturalno-intelektualne – wszystkie te środowiska nie zostawiają suchej nitki na populistach. Ci ostatni są krytykowani za wszystko: postulaty polityczne i język ich wyrażania, politykę gospodarczą czy pomysły z tej dziedziny, praktykę sprawowania władzy i bycia w opozycji, życie prywatne itd. Wiadomo, że są głupi, źli, odrażający, a nawet wyrywają staruszkom torebki i portmonetki oraz nie myją zębów. Obojętnie, czy wywodzą się z prawicy, jak Le Pen, czy z lewicy, jak populiści słowaccy, czy przekraczają te podziały, jak Babiš – są traktowani jak najgorsze zło. I portretowani tak, jak dawniej, w czasach swoich największych wpływów jeśli nie politycznych, to społecznych, byli przez kapitalistyczne elity traktowani socjaliści.

Bo też ich rola jest podobna. Oczywiście takie porównanie oburzy deklaratywnych współczesnych lewicowców oraz akademickich specjalistów ds. doktryn politycznych. Nie jest to jednak porównanie dotyczące identycznych postulatów i programów, lecz właśnie roli politycznej. Tę rolę stanowi ostra kontra wobec liberalnego establishmentu i wszechwładzy klas posiadających.

Ale także to, jakie środowiska stanowią elektorat populistów. Świetnie widać to na przykładzie Le Pen i jej formacji. W ostatnich wyborach wygrała ona ze sporą przewagą wśród robotników przemysłowych (wedle różnych badań, poparło ją od 60 do niemal 70% osób głosujących w tej grupie) i z mniejszą, ale wyraźną wśród pracowników najemnych spoza przemysłu, z wyjątkiem najlepiej opłacanych w najbogatszych ośrodkach. Macron wygrał wśród biznesmenów i menedżerów (~70% poparcia wśród nich) i dobrze opłacanych wielkomiejskich profesjonalistów. Wśród wyborców zadowolonych ze swojego życia aż 69% głosowało na Macrona, a aż 79% niezadowolonych – na Le Pen. Ponadprzeciętnie dobre wyniki szefowa Zjednoczenia Narodowego uzyskała w regionach z wyższym bezrobociem oraz w uboższych. W grupach dochodowych Le Pen wygrała w najniższej oraz prawie zrównała się z rywalem w drugiej od końca, natomiast największy triumf urzędujący prezydent odniósł wśród osób o najwyższych dochodach. Le Pen wygrała na wsi i w niewielkich miastach, co tylko ktoś bardzo niemądry może złożyć na karb „prowincjonalnej ciemnoty”, nie zaś nierówności regionalnych sprzężonych z wykluczeniem społecznym (nie tylko wprost dochodowym, ale także w dostępie do infrastruktury, możliwości kariery i awansu, usług publicznych itp.).

To nie przypadek ani francuska specyfika. To szeroki, ponadkrajowy trend. Populiści niezależnie od kraju mają elektorat uboższy, plebejsko-robotniczy, wykluczony, prowincjonalny, pozbawiony perspektyw, z zawodami mniej prestiżowymi, z tych części kraju, które w przypadku naszego państwa określa się mianem Polski B. Oczywiście część z nich, głównie Trump, przyciągało też wyborców zamożnych, ale akurat ex-prezydent USA jest przykładem nie tyle populizmu (choć przeciwnicy wkładają go do tego worka), ile raczej populistycznej formy bez populistycznej treści. Nie zmienia to faktu, że w ostatnich latach populiści wyrośli na reprezentację słabszych grup i regionów. Czy będą to amerykańscy rednecks, czy Francuzi z regionów zdewastowanych zniszczeniem przemysłu, czy polskie „Podkarpacie” i „ciemnogród”, czy czescy „bywalcy hospody” (przeciwstawiani w tamtejszym dyskursie bywalcom kawiarń), czy słowaccy východňári, czy węgierscy mieszkańcy prowincji, głównie ubogiej północno-wschodniej – wszyscy oni stanowią wyborcze zaplecza populistów.

Reprezentanci tego nurtu przejęli w różnych krajach rolę, którą historycznie pełniła lewica: głosu uboższych, zmarginalizowanych, sponiewieranych, ale także zrozpaczonych i wkurzonych. Oraz, co nie mniej ważne, traktowanych z pogardą i będących obiektem nieustannych krytyk i pouczeń.

Odpowiedź lewicy brzmi zazwyczaj, że to nie jest „prawdziwa” reprezentacja ludu i nie jest to „prawdziwa” polityka prospołeczna. Oprócz tego, że lewica rozlicza populistów z nie dość ponoć lewicowych, a de facto nie dość liberalno-indywidualistycznych postaw w sprawie imigracji czy mniejszości seksualnych, jej przedstawiciele mówią, że także w kwestiach socjalnych populiści wiodą „lud” na manowce i oszukują go.

Takie stanowisko ma kilka słabości. Po pierwsze, pomija kontekst sytuacyjny. Rzeczywistość nie jest podręcznikiem politologii poświęconym porównaniu programów i tradycji politycznych. Rzeczywistość ma za punkt odniesienia to, co działo się niedawno i co przeciwnicy populistów robią i głoszą obecnie. Czyli kilka dekad polityki neoliberalnej: cięcie wydatków socjalnych, dryf ku państwu-minimum, zwijanie instytucji i usług publicznych, duży wzrost nierówności społecznych, ostentacyjne lekceważenie uboższych grup i regionów itd. Zarzut, że populiści np. nie wybudowali milionów tanich mieszkań, trafia w pustkę, bo żyjemy w czasach, w których od kilku dekad w niemal żadnym kraju nie buduje się masowo tanich mieszkań. A polityka neoliberalna polegała na prywatyzacji lokali publicznych, w najlepszym razie na uczynieniu z nich gett socjalnych. To na takim tle należy oceniać populistów.

Ich oferta socjalna jest zazwyczaj ograniczona, a jej postać bywa daleka od lewicowej ortodoksji. Jednak w krajach takich jak Polska czy Węgry to właśnie populiści wprowadzili pierwsze od lat decyzje i transfery korzystne dla niezamożnych. Że przy okazji mieli dla nich ofertę „godnościową”, to druga sprawa. (Neo)liberałowie mieli dla nich cięcia socjalne i wyzysk – oraz pouczenia i pogardę. Nie jest też żadnym przypadkiem, że w Słowacji odsunięcie populistów od władzy równało się likwidacji darmowych posiłków w szkołach, w Czechach – znacznemu zmniejszeniu ulg na przejazdy komunikacją zbiorową, a Macron już zapowiada podniesienie wieku emerytalnego. Nawet tam, gdzie populiści są bardzo umiarkowanie socjalni, jak Orbán, wciąż oferują oni więcej niż liberalni przeciwnicy, gdy tamci rządzili (kto jeszcze pamięta, że rząd Orbána np. zniósł czesne za studia, wprowadzone przez nominalnych socjalistów, a de facto neoliberałów), a nawet niż zapowiadają z okazji powrotu do władzy. Wystarczy spojrzeć na Polskę – liberalna opozycja nie obiecuje (z wyjątkiem części lewicy, która ma jednak niemal zerową moc sprawczą i niewielką wiarygodność w klasie ludowej), że da słabszym grupom społecznym więcej i lepiej niż PiS. Ona krytykuje PiS za „rozdawnictwo”, które zamierza ukrócić. To „rozdawnictwo” to szczątkowy i ograniczony socjal, pierwszy zauważalny w całych dziejach III RP.

Po drugie, krytyka ze strony lewicy pomija fakt, że umiarkowanie socjalny program populistów, szczególnie tych wywodzących się z prawicy, jest i tak większy niż kiedyś. Wiele tych środowisk ewoluowało w stronę polityki bardziej „ludowej” niż oni sami czy ich ideowi pobratymcy oferowali dawniej. Partia Le Pen jest tu świetnym przykładem. Powstała ona jako populizm prawicowy, czyli drobnomieszczański, biorąc na sztandary interesy i troskę o drobnych posiadaczy (niewielkie firmy, rzemiosło, drobny handel, indywidualni rolnicy itp.), a gdy na czele tego środowiska stał ojciec obecnej szefowej, to za niemal cały program, a szczególnie jego mocno akcentowaną część wystarczała przez lata obrona drobnej burżuazji połączona z retoryką antyimigrancką (to „obcy”, nie zaś kapitaliści i ofensywa neoliberalizmu mieli wedle niej „zabierać” „naszym ludziom” miejsca pracy, zasiłki, usługi opiekuńcze itd.). Z czasem Le Pen senior ewoluował pod tym względem, dostrzegając, że w kraju dość zamożnym to nie niższe warstwy klasy średniej są najbardziej wyrzucane za burtę, lecz ofiary neoliberalizmu i globalizacji ze środowisk robotniczych. Front Narodowy już od 15-20 lat jest partią mającą największe poparcie wśród robotników przemysłowych – w tej roli zastąpił francuskich… komunistów. Dziś to samo środowisko znacznie mocniej odwołuje się do pracowników najemnych i ich trosk o pracę, dochody, zabezpieczenie emerytalne itp., wskazując przy tym jako głównych winnych nie imigrantów, lecz liberalną elitę władzy i pieniądza.

Podobnie jest w Polsce z PiS-em. Choć wątki socjalno-solidarnościowe występowały w ugrupowaniach braci Kaczyńskich od zawsze, to kiedyś były o wiele bardziej stonowane czy nierealizowane niż obecnie, a za większość przekazu odpowiadały antykomunizm, antykorupcjonizm, patriotyzm itp. Dzisiaj to ugrupowanie ma na koncie szereg decyzji korzystnych dla słabszych grup: 500+, dodatkowe emerytury, niższy wiek emerytalny, program wyprawka szkolna, znaczący wzrost pensji minimalnych, ustanowienie godnych stawek minimalnych na umowach śmieciowych, podwyższenie zasiłków dla bezrobotnych, a także, choć w stopniu mniejszym, mniej liberalną politykę usługowo-instytucjonalną (wyższe nakłady na przedszkola, znaczne zwiększenie wskaźnika użłobkowienia, przywracanie połączeń kolejowych, o wiele większy budżet NFZ itp.).

Tak, to wszystko jest ledwie wstępem do „prawdziwego” programu socjalnego z czasów, gdy w krajach – zresztą znacznie zamożniejszych – Zachodu silne były ugrupowania socjalistyczne i socjaldemokratyczne, mocno zakorzenione w myśli lewicowej, świecie pracy i związkach zawodowych. I co z tego? Taki punkt odniesienia jest ważny tylko dla doktrynerów, historyków czy politologów. Dla osób z klasy ludowej w Polsce w XXI wieku punktem odniesienia są niedawne rządy innych formacji. A na ich tle PiS prowadzi politykę korzystniejszą dla słabszych – dotyczy to nie tylko liberałów, lecz także lewicy, która dzisiaj ustraja się w socjalny frazes, a u władzy koledzy Czarzastego oferowali wyzysk i łajdactwo.

Bo, po trzecie, krytykę populistów z lewej cechuje zasadnicza słabość. Polega ona na tym, że lewica niemal zrejterowała z pola walk klasowych, wspierania środowisk pracowniczych oraz reprezentowania słabszych grup i regionów. Lewica w krajach Zachodu zabrnęła w ślepe zaułki neoliberalnej „trzeciej drogi”, a w państwach naszego regionu w postkomunistyczne przekręty połączone ze ślepym zapatrzeniem w zachodnią politykę neoliberalną. To wszystko zazwyczaj jest połączone z sojuszami lewicy z liberalno-wyzyskowym establishmentem. A także z ofensywą kulturową, której treść, a jeszcze częściej forma są odrzucane przez środowiska ludowe, nierzadko bardziej konserwatywne, a przynajmniej nie uważające mniejszościowych postaw za kluczowy problem sfery publicznej. Oraz z retoryką „modernizacyjną”, która bezrefleksyjnie odwołuje się do kosmopolityzmu, „europejskości”, „nowoczesności” i wielkomiejsko-klasośrednich wzorców życia i sukcesu. Podczas gdy dla słabszych grup społecznych ważne jest zakorzenienie, często wymuszone brakiem mobilności lub taką jej formą, która nierzadko wzmacnia u nich poczucie bycia słabszymi. Gdy zamożna elita podróżuje po świecie i „poznaje inne kultury”, ludzie ubożsi wędrują za pracą i chlebem, harując tam na zamożniejszych tubylców, zajmując pozycję pariasów, a w dodatku odczuwając zerwanie więzi z bliskimi ludźmi i miejscami wskutek migracji wymuszonych sytuacją bytową. Nietrudno zauważyć, że wśród migrantów z klasy ludowej wzrasta poziom nie kosmopolityzmu, lecz patriotyzmu, utożsamienia z polskością, tęsknoty za krajem itp.

Lewica niczym istotnym nie odróżnia się w całej tej sferze od liberalnego establishmentu. Zazwyczaj zresztą z przyczyn naturalnych. Rekrutuje się ona obecnie głównie ze środowisk stosunkowo zamożnych, wielkomiejskich, eksperckich, z zawodów „kreatywnych” i prestiżowych – akademicy, IT, kadry sektora kultury (i bynajmniej nie są to małomiasteczkowe bibliotekarki) – oraz z adeptów rozmaitych nowoczesnych postaw i mód kulturowych. Nie posiada prawie żadnych punktów wspólnych z „ciemnogrodem” – czy to na gruncie sytuacji ekonomicznej, czy, w jeszcze większym stopniu, postaw kulturowych, aspiracji, perspektyw, stylu życia itp.

W zasadzie najbardziej trafny argument co mądrzejszej lewicy przeciwko populistom zwraca uwagę, że ci ostatni mają do niższych warstw społecznych stosunek opiekuńczo-paternalistyczno-dyscyplinujący zamiast optować za ich emancypacją. Dają mniejszy lub większy socjal, ale zawsze jest to gest „dobrego pana”, który ów gest uzależnia od tego, czy „lud” będzie taki, jak definiuje go populistyczna wizja ludu/narodu/suwerena. Stąd socjal populistów bywa nakierowany na „zdrową” czy „produktywną” część „ludu”, a wyklucza rozmaite grupy „najsłabszych pośród słabych”, nie bierze pod uwagę społecznych oczekiwań względem priorytetów, lecz sam je ustala, albo mimo socjalnej retoryki staje w kontrze np. do części rewindykacyjnych działań związków zawodowych. Problem w tym, że jeszcze mniej emancypacja „ludu” interesuje liberalny i frazesowo demokratyczny establishment, który nie oferuje nawet „pańskiego gestu” na rzecz słabszych.

A i lewica, coraz bardziej ekspercko-technokratyczna i klasośrednia, ma problem z uznaniem samostanowienia niższych warstw. Czy to na gruncie socjalu, gdzie akcentuje się „usługi publiczne” zamiast czy jako priorytet wobec transferów gotówkowych (z ledwo skrywaną narracją, że zapewne te pieniądze ludzie wydadzą „niewłaściwie” lub po prostu wedle swoich, a nie cudzych priorytetów). Czy, jeszcze bardziej, na gruncie kulturowym, gdzie lewica coraz częściej jawi się jako surowa, wymagająca nauczycielka mówiąca dzieciarni, co ma myśleć i jak powinna żyć. Stąd nieufność wobec „ludu” i rozczarowanie, że nie jest on wystarczająco chętny na otwierane granic na imigrację czy na wciąż nowe trendy mniejszościowo-seksualne. Dzisiejsza lewica zupełnie bez związku z postawami czy oczekiwaniami uboższych warstw raczej obawia się ich emancypacji, a nawet porzuca dawną rolę formacyjno-wychowawczą, zastępując to grymasami i pohukiwaniami. Przypomina w tym sytuację ze znanego utworu komunistycznego poety Bertolta Brechta, który konserwatywnym moralistom z klas posiadających rzucał w twarz: „jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania, / a potem róbcie ewidencję ciąż”. Ta sama lewica dzisiaj chce najpierw rozliczać ludzi z tego, czy posiadają „odpowiednie” postawy i poglądy w przeróżnych kwestiach, poczynając od mniejszości seksualnych, przez imigrantów, a na ekologii czy spożyciu mięsa lub alkoholu kończąc, a dopiero wtedy nakarmić ich, choć jej niemała część niezbyt w ogóle interesuje się tym nakarmieniem.

Z tych względów opinia, że populiści nie są „naprawdę socjalni” czy „naprawdę lewicowi” (tak jakby oni kiedykolwiek to drugie deklarowali) trafia w próżnię. Lewica sama zazwyczaj nie jest dzisiaj „naprawdę socjalna”, a w dodatku jej oferta pozasocjalna mija się z postawami i odczuciami klasy ludowej. Dotyczy to także elektoratów. Wystarczy spojrzeć na badania cech wyborców poszczególnych ugrupowań, by po stronie PiS czy Andrzeja Dudy widzieć duże odsetki robotników, pracowników najemnych, bezrobotnych, drobnych rolników, osób z uboższych środowisk itp., a za poparcie lewicy odpowiadają w tym samym czasie klasa średnia, „arystokracja pracownicza” (dobrze opłacane profesje z dużych zamożnych miast), średnia warstwa urzędnicza, emerytowani wojskowi i esbecy oraz wielkomiejscy freakowie. Powtarzane co pewien czas badania CBOS dotyczące postaw elektoratów w różnych sprawach pokazują, że wyborcy lewicy są w kwestiach socjalno-gospodarczych mocno na prawo od wyborców PiS, a bywa, że są bardziej liberalno-egoistyczni i w większej skali optują za darwinizmem społecznym i ograniczeniem polityki socjalnej niż nawet elektorat PO.

No właśnie, elektorat. Cała lewicowa opowieść opiera się na tym, że populiści „oszukują” czy „zwodzą” klasę ludową. Oczywiście w istotę demokracji wpisane są takie zjawiska, jak obietnice bez pokrycia, niezrealizowane postulaty, nadużyte zaufanie wyborców itp. W czasach obecnych dochodzi do tego jeszcze bezprecedensowy w dziejach arsenał medialnych sztuczek, manipulacji itp. Trudno jednak uznać, że wyborcy są tak głupi, aby dać się zwodzić przez lata. Że osoby z klasy ludowej głosują na kogoś mimo braku jakichkolwiek decyzji korzystnych dla siebie.

W dodatku założenie to bazuje na wizji, wedle której elektorat w żaden sposób nie oddziałuje na polityków. Stanowisko takie zakłada zupełną bierność i brak sprawczości „ludu”. Tymczasem masy zmobilizowane politycznie mogą nie tylko czekać na łaskawy pański gest paternalistycznych populistów, ale także wymusić na nich zmiany i ustępstwa. Populiści oczywiście mogą – gdy zajrzymy za kotarę i dowiemy się, co naprawdę myślą – mieć w nosie klasę ludową, socjal, wspieranie słabszych itp. A mimo to musieć podejmować decyzje korzystne dla tych grup i warstw społecznych, aby pozyskać i utrzymać ich poparcie. Zresztą wywodom o tym, że populiści oszukują lud towarzyszy mantra o tym, iż oni ów lud przekupują, że ta czy tamta decyzja jest podyktowana politycznym wyrachowaniem. Zapewne nierzadko jest. I co z tego? Czy ktoś jest mniej najedzony, gdy najadł się z powodu „przekupywania” go przez polityka niż gdyby najadł się po nakarmieniu w imię wzniosłej idei? Cała demokratyczna polityka jest de facto „kupowaniem głosów”, czyli podejmowaniem decyzji korzystnych dla wyborców w zamian za ich poparcie.

Zresztą zarzut, że populiści „tak naprawdę” nie chcą robić nic dla klasy ludowej i mają w nosie jej bolączki, jest obusieczny. To samo można powiedzieć np. o lewicy rekrutującej się z klasy średniej czy wręcz wyższej. Choć ta lewica, jak wspomniałem, już coraz rzadziej nawet udaje, że interesuje ją elektorat ludowy – wpisuje jego interesy gdzieś tam w obszernym programie, między ścieżkami rowerowymi, mniejszościami seksualnymi, federalizacją Europy i ulżeniem ratalnym cierpieniom wyższej warstwy klasy średniej o zdolności kredytowej na mieszkania warte milion czy dom warty trzy. „Wyklęty lud ziemi” już dawno przestał być choćby tylko sloganowym głównym punktem odniesienia dla lewicy, a co dopiero gdy mowa o jej praktycznych poczynaniach i priorytetach.

Z kolei argument, że liderami populistów bywają ludzie zamożni, a więc siłą rzeczy niezbyt zainteresowani wspieraniem niezamożnych, rzeczywiście wskazuje na istotny problem. Po pierwsze jednak to samo można powiedzieć o wielu liderach współczesnej lewicy, a jeszcze bardziej o fortunach liberalnych antypopulistów. Po drugie natomiast powstaje pytanie, czy dzisiaj „wielką politykę” można w ogóle uprawiać bez wielkich pieniędzy i bez innych aktywów, np. dostępu do masowych mediów. To swoją drogą ciekawe, że pod adresem populistów są kierowane zarzuty o korupcję czy „zawłaszczanie” majątku publicznego i mediów, a zarazem mało kto mówi o tym, że antypopulistyczne liberalne środowiska mają do dyspozycji ogromne pieniądze, więc niczego nie muszą „zawłaszczać”, a jeszcze stać je na kupowanie sobie przychylności mediów czy think tanków za cenę akcji lub reklam czy za dotacje. A mimo to co jakiś czas natrafiamy na nazwiska ludzi z tego kręgu w dokumentach typu Panama Papers, tyle że wtedy mało kto się oburza na skorumpowanie i lewe interesy liberalnej elity.

Rozdźwięk między ludem a liberalno-lewicową elitą będzie postępował nie tylko z wspomnianych przyczyn. Kolejnym czynnikiem jest okopanie się świata przywileju na swoich pozycjach. Jakkolwiek po wielkim kryzysie gospodarczym sprzed ponad dekady, a w Polsce po dojściu PiS do władzy nastąpiła pewna zmiana „oficjalnego” języka na bardziej socjalny i wrażliwy, to niewiele zmienia to w praktyce. Nawet bezprecedensowa pandemia wywołała tylko niewielką korektę polityki gospodarczej i socjalnej na bardziej korzystną dla szerokich rzesz. Jeśli coś się w tej kwestii poprawia, to raczej z powodu zjawisk niezależnych od decydentów, jak demografia (niższe bezrobocie i lepsza pozycja negocjacyjna świata pracy) czy wskutek wyższej konieczności typu zaburzenia spowodowane pandemią, gdy w interesie biznesu i wyzyskowej elity trzeba ocalić elementarną stabilność społeczną. Jakiekolwiek większe programy redystrybucyjne, socjalne czy interwencjonistyczne są krytykowane przez liberalny elektorat.

W odpowiedzi na kryzys finansowy, epidemię koronawirusa czy wyzwania ekologiczne czasami pojawiają się wizje wielkich reform, ale nie wynika z tego nic lub są realizowane szczątkowo. W tym samym czasie wciąż trwa ofensywa wielkiego kapitału, ograniczane jest wsparcie dla słabszych, a wyzysk i kapitalizowanie kolejnych ludzkich aktywności wchodzą na poziomy do niedawna nieznane i niewyobrażalne, przy bierności lub ślamazarnych i niewielkich korektach ze strony rządzących. Nawet tak kluczowe wyzwanie, jak kryzys klimatyczny, próbuje się załatwiać starą i zużytą logiką wolnorynkową i antyspołeczną, oferując prywatyzację problemu (przesiądźcie się do elektrycznych samochodów i przejdźcie na OZE, ale za własne pieniądze), przerzucenie kosztów na obywateli/konsumentów. Wszystko to podlane elitarnym moralizowaniem pod adresem „ciemniaków”, którzy jakoby dla frajdy i lekkomyślnie, a nie z konieczności życiowej jeżdżą „starymi dieslami” czy „trują piecami na węgiel”.

Jest jeszcze jeden ważny czynnik. Na naszych oczach rozpada się miraż globalizacji. Ostatnie lata pokazały, że „otwarte granice”, „wolny handel”, „swobodny przepływ towarów”, „integracja gospodarcza” itp. zjawiska nie tylko wywołują nagłe problemy, jak pandemia. Są one także, mimo powierzchownego wzbogacenia się, a raczej iluzji tegoż (mamy nowe gadżety, ale ludzi coraz mniej stać np. na dach nad głową), obarczone wysokimi kosztami, jak upadek przemysłu w krajach zachodnich, utrata stabilnych miejsc pracy i zapaść całych społeczności związanych z fabrykami, presja konkurencyjna na pozostałe segmenty gospodarek (zmuszone konkurować z tańszymi produktami z daleka), rosnące nierówności dochodowe na poziomie jednostek, klas społecznych i regionów, pauperyzacja i niepewność klasy średniej, zastopowanie pokoleniowego awansu społecznego, komercjalizacja kolejnych sfer życia, inwazja drapieżnego kapitału inwestycyjnego hulającego po całym świecie, pogorszenie realiów zatrudnienia i pozycji negocjacyjnej części osób z klasy pracującej wskutek napływu pracowników migrujących itp. Globalizacja, wbrew neoliberalnej obietnicy o przypływie podnoszącym wszystkie łodzie, pozostawia coraz więcej osób za burtą. Coraz bardziej jesteśmy nimi, choć mamy nowe modele smartfonów.

Właśnie dla takich ludzi mają ofertę populiści. Choć wywodzą się oni z przeróżnych nurtów i tradycji, od lewa do prawa, łączy ich m.in. krytyczne spojrzenie na globalizację i „internacjonalizację”. To w tych kręgach znajdziemy krytykę takiego modelu świata i gospodarki, w której ludy, narody i społeczności mają niewiele do gadania wobec rosnącej władzy coraz większych i silniejszych wielkich podmiotów i organizacji politycznych, gospodarczych i finansowych. Nie każdy ich pomysł czy sposób argumentacji są sensowne, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że odpowiadają na taką potrzebę słabszych, jaką jest ochrona w obrębie czegoś znanego, zrozumiałego i możliwego do kontrolowania. Czymś takim jest państwo narodowe i samostanowienie w ramach wspólnoty obywatelsko-kulturowej. Gdy dodamy do tego obecne czy nadchodzące wielkoskalowe wyzwania wojenno-militarne, kryzys klimatyczny, kryzys uchodźczy – nietrudno przewidzieć, że jeszcze wzrośnie lęk słabszych i niepewnych swojej sytuacji wobec „otwartości”.

Tymczasem liberalna elita jest globalistyczna oraz entuzjastycznie nastawiona do wszelkich projektów wzmacniających takie procesy. Takie stanowisko zajmuje również ogromna część lewicy „niepopulistycznej”. Teoretycznym zastrzeżeniom pod adresem wielkich korporacji czy pustosłowiu wezwań do budowy „Europy socjalnej” towarzyszy naiwna afirmacja zwiększania władzy politycznej i regulacyjnej podmiotów ponadnarodowych przy ograniczaniu decyzyjności i suwerenności państw narodowych. Ewidentnie nie wyciągnięto żadnych wniosków choćby z losów dewastacji Grecji czy ze zbrodniczego w skutkach blamażu niemiecko-unijnej polityki energetycznej na uwięzi Gazpromu. Bez trudu można znaleźć sensowne rozwiązania ponadkrajowe czy zalety współpracy europejskiej, podobnie jak łatwo wyśmiać niektóre wizje izolacyjno-nacjonalistyczne w XXI wieku. Ale gdy słabsi obywatele reagują pozytywnie na wizje większego „ulokalnienia”, gdy mamy renesans patriotyzmu i tożsamości narodowej (przez głupców zwany neofaszyzmem), a populiści to dyskontują, lewica brnie w turbodoładowanie „integracji” krajów nierzadko słabszych i niewielkich z gigantami biznesu czy potężnymi państwami. Sojusz Polski, Grecji czy Słowacji z np. Niemcami to sojusz dupy z batem, a nie partnerstwo.

To zresztą część szerszego zjawiska mielizn doktrynerstwa współczesnej lewicy. Przeoczyła ona fakt, że gdy niegdyś wizje współpracy międzynarodowej, ale też np. postępu technologicznego czy rozwoju nauki służyły obiektywnemu polepszeniu warunków bytowania szerokich rzesz oraz wyrywały je z upodlenia socjalnobytowego i pułapek etnocentryzmów, tak dzisiaj wiele z tego, co teoretycznie jest postępowe, służy zwiększaniu wyzysku słabych oraz akumulacji kapitału przez najsilniejszych. Dziś nierzadko „postęp” dokonuje się przeciwko masom, a nie na ich rzecz. Co więcej, lewicy umknęło to, że o ile niegdyś elity władzy i pieniądza były zazwyczaj konserwatywne i chciały umocnienia ancien regime’ów, o tyle dzisiaj liberalno-indywidualistyczna wizja postępu stanowi oficjalną ideologię tychże elit. Dziś wielkie koncerny mają sztaby ds. równości płci i innej niedyskryminacji oraz sponsorują parady równości. Nie przeszkadza im to brutalnie eksploatować ludzi i przyrodę w imię gigantycznych zysków. W dodatku tempo współczesnych wszelakich zmian jest takie, że milionom osób usuwa spod nóg grunt jakiejkolwiek stabilizacji, każe nieustannie nadążać i gonić, i tak w kółko, i tak przez całe życie. To właśnie dlatego, a nie wskutek „ciemnoty”, wiele osób reaguje swoistym nieideologicznym konserwatyzmem – gdy elity chcą zmian, cieszą się nimi i beztrosko surfują na ich falach, lud domaga się mniej zmian, a więcej stabilizacji. Świata spokojniejszego, mniej chaotycznego, bardziej oswojonego.

To wszystko sprawia, że populizm wyrósł na czołowego, a coraz częściej jedynego reprezentanta „ludu”: słabszych, sponiewieranych, marginalizowanych, wykluczanych. Czy oferta populizmu zawsze jest sensowna? Nie. Czy oferuje faktyczne rozwiązania każdego z problemów dręczących warstwy plebejskie? Nie. Tyle że podobnie było z dawnym ruchem socjalistycznym czy ludowcami. Do wielu sensownych postaw czy praktycznych rozwiązań, a tym bardziej do realnych zdobyczy dla klasy ludowej dochodzono latami. Faktem pozostaje, że populiści zyskują zaufanie wśród „ludu”. Że poszerzają ofertę socjalną. Że jest ona większa i bardziej korzystna dla słabszych niż oferta liberalnego establishmentu, a nierzadko nawet niż to, co realnie oferuje lewica u władzy, a nie w obiecankach. Jeśli lewicy gdzieniegdzie udaje się odzyskiwać wiarygodność wśród niższych warstw społecznych, to zwykle wtedy, gdy potrafi choć trochę uderzyć w tony populistyczne i antyelitarne oraz zrobić to wiarygodnie – ale wtedy dostaje się jej od elity równie mocno,  co populistom, vide wrabianie Corbyna w antysemityzm. Tam, gdzie lewica jest partnerem (zazwyczaj słabszym) liberalnych elit, zazwyczaj jest przez klasę ludową odrzucana. W zamożniejszych krajach udaje się jej czasami pozyskać elektorat zastępczy czy doraźnie zlepić warstwy niższe z elektoratem wielkomiejsko-klasośrednim, ale zwykle jedynie czasowo osłabia to populistów, a w realiach naszej części Europy jest o takie zlepianie jeszcze trudniej.

Stare etykietki zresztą coraz bardziej tracą na znaczeniu i niewiele mówią w obliczu ekspansji populizmu. Trudno odmawiać lewicowości np. słowackiemu Smerowi i uważać, że jest on mniej lewicowy niż neoliberałowie z SLD i Wiosny sklejeni w Nową Lewicę, a robić tak tylko dlatego, że słowaccy populiści dobrze wyczuwają nastroje w klasie ludowej i ostrożnie podchodzą do pomysłów typu masowa migracja, bez pytania o koszty tego dla pracowników i ich siły przetargowej. Tutaj kulą w płot okazuje się nawet całościowy zarzut konserwatyzmu kulturowego, bowiem słowacki paradoks polega na tym, że populiści niczego nie zmieniali w kwestii dostępu do aborcji, a próby majstrowania przy ograniczeniu tego prawa – póki co nieskuteczne – pojawiły się z inicjatywy części środowisk wchodzących w skład rządzącej koalicji „antypopulistycznej”. Oczywiście spora część populistów wywodzi się z prawicy. Nierzadko zresztą tracą oni na kurczowym trzymaniu się niektórych prawicowych pomysłów. Świetnym przykładem jest tu PiS, który na żadnym z licznych wznieconych konfliktów nie stracił tak dużo i tak trwale, ile na zaostrzaniu prawa antyaborcyjnego w imię doktrynerskiej wierności pryncypiom katolicyzmu. Ale, po pierwsze, prawicowość, jeśli obejdzie się bez doktrynalnych przegięć, nie będzie przeszkadzać klasie ludowej w obliczu nowoczesno-liberalnej ideologii wyzyskowych elit i portretowania ich przeciwników jako „ciemnogrodu”. A, po drugie, prawdopodobna jest dalsza ewolucja wielu (post)prawicowych populistów w kierunku bardziej socjalnym, a mniej wprost prawicowym, bo tylko taka postawa polityków pozwala na zdobycie szerszego poparcia (klasa ludowa może nie być zbyt liberalno-nowoczesna, ale nie jest przecież kółkiem różańcowym) i na ustawienie podziału na osi lud kontra elity.

Bo też taki podział jest sednem polityki i osią antagonizmu klasowego. Tego, który populiści „zabrali” lewicy. Nie oznacza on całkowitego porzucenia innych podziałów, jak liberalizm vs konserwatyzm czy globalizacja vs „lokalizm”. Dziś jednak widać wyraźnie, iż wyklęty lud ziemi został opuszczony przez liberalną lewicę, a coraz lepiej jego bolączki, oczekiwania i nadzieje wyraża populizm. To on lepiej niż lewica sklejona z liberalnym establishmentem wyraża słowa starej socjalistycznej pieśni wymierzonej w elity władzy, pieniądza i wyzysku:

Choć stare łotry, nocy dzieci

Nawiązać chcą starganą nić

Co złe, to w gruzy się rozleci

Co dobre – wiecznie będzie żyć.

To właśnie populiści, mimo swych rozmaitych wad, słabości i omyłek programowo-ideowych mogą dziś zasadnie powiedzieć, że ich „sztandar płynie ponad trony”. Niech płynie. Jak głosiła inna socjalistyczna pieśń: „w krwi zatopmy nadgniłe trony / spurpurowione we krwi ludowej”. Zatopmy czym prędzej. Oby, jak rzekł świętej pamięci Andrzej Lepper, „Wersal się skończył” wobec wyzyskowej liberalnej oligarchii skrytej za dętymi gadkami o demokracji.

Demokracja to lud, nie elity.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann, Pixabay.

Kruchość globalizacji. Co pokazały pandemia i wojna?

Globalna pandemia COVID-19 z tygodnia na tydzień zmieniła to, jak funkcjonujemy w przestrzeni publicznej. Inwazja Rosji na Ukrainę podważyła ugruntowane dekadami pokoju poczucie bezpieczeństwa militarnego w Europie. To nie przypadkowe zdarzenia, ale symptomy słabości zglobalizowanej gospodarki. Czy wyciągniemy z tego wnioski?

Łabędź – czarny czy biały?

Dwa lata temu w tekście „Koronawirus i ekonomiczne iluzje” nazwałem pandemię COVID-19 Czarnym Łabędziem. Czy była to uprawniona opinia? Tym razem oddam głos popularyzatorowi tej koncepcji. Nassim Taleb wskazywał na trzy cechy, którymi charakteryzuje się takie zdarzenie:

1) Jest nietypowe i żadne dane z przeszłości nie wskazują wyraźnie na możliwość jego zaistnienia;

2) Ma istotny wpływ na rzeczywistość;

3) Pomimo jego nietypowości, ex post stara się uczynić je wytłumaczalnym i przewidywalnym.

Czy faktycznie scenariusz pandemii był czymś mało prawdopodobnym? Na zlecenie National Academy of Medicine w 2016 roku ukazało się globalne studium „The neglected dimension of Global Security: A Freamwork to Counter Infectious Disease Crisis”, analizujące ten scenariusz. W konkluzji autorzy nie pozostawiają złudzeń: „Następna potencjalna pandemia może być znacznie bardziej zaraźliwa i znacznie bardziej śmiertelna. Tak więc, chociaż wspomnienia eboli są świeże – i nie powinniśmy zapominać, że jej epidemia jeszcze się nie skończyła – to wykorzystajmy okazję, by wzmocnić naszą obronę. Musimy stworzyć globalne rozwiązania dla ryzyka zdrowotnego, które będą w stanie chronić ludzkie życie na całym świecie przed zagrożeniem chorobami zakaźnymi. Zbyt długo zaniedbywaliśmy ten aspekt globalnego bezpieczeństwa”.

Epidemie wirusowe wybuchały również lokalnie: SARS (2002-2003), wirus „ptasiej grypy” H5NI (2003-2007), wirus „świńskiej grypy” H1N1 (2009), MERS (2012+), ebola (2013-2016). Były one bodźcem do licznych badań wzywających do poprawy światowego systemu zarządzania ryzykiem epidemiologicznym. Z kolei na platformie YouTube wystąpienie Billa Gatesa „The next outbreak? We’re not ready”, w którym na bazie doświadczeń walki z ebolą przestrzega przed globalną pandemią, zostało wyświetlone 36 milionów razy. Nieuprawnionym zdaje się być stwierdzenie o nieprzewidywalności COVID-19.

Jeszcze trudniej jest określić mianem czarnego łabędzia trwającą rosyjską inwazję. Po raz pierwszy Federacja Rosyjska interweniowała militarnie na Ukrainie w 2014 roku, kiedy zaanektowała Krym. Następnie destabilizowała jej wschodnią część poprzez wojskowe wsparcie dla separatystycznych republik. Już 14 lat temu śp. Prezydent Lech Kaczyński ostrzegał przed rosyjskim zagrożeniem słowami: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie a później może czas na mój kraj, na Polskę”. Ograniczając się tylko do okresu sprzed inwazji też nie pozostajemy bez argumentów. Obok obserwatorów rosyjskich mediów, którzy wskazywali na nieobecność w nich pro-wojennej retoryki towarzyszącej zwykle dotychczasowym konfliktom, analitycy ruchów wojsk wskazywali na znaczną koncentrację żołnierzy i sprzętu u granicy z Ukrainą jako dowód planowanej agresji. O tym, że wojna wybuchnie informował również amerykański wywiad. Z tej perspektywy przedstawianie rosyjskiej inwazji, jako czegoś nieprawdopodobnego jest błędne.

Globalna kruchość

Podobnie jak nieuprawnione jest patrzenie na pandemię i wojnę jak na zjawiska niemożliwe do przewidzenia, tak również nie powinniśmy być zaskoczeni reakcją globalnej gospodarki. Wspomniany wcześniej Nassim Taleb wskazuje na globalną współzależność i upowszechnienie się międzynarodowych sieci (fizycznych i wirtualnych) jako czynniki generujące ryzyka o charakterze systemowym. Świat globalnych łańcuchów dostaw jest kruchy. Wszelka zmienność i niepewność tworzą ryzyka grożące ich dalszemu funkcjonowaniu. Przyjrzyjmy się poszczególnym obszarom tego porządku:

a) Produkcja i dystrybucja towarów

COVID-19 wyeksponował kruchość istniejących łańcuchów dostaw. Nowy reżim sanitarny oraz restrykcje w transporcie międzynarodowym opóźniły dostawy produktów i komponentów do sklepów i fabryk zlokalizowanych w innych obszarach geograficznych. Z kolei osłabienie dynamiki chińskiej gospodarki wpłynęło na liczne rynki towarowe. Produkcja w Chinach spadła do rekordowo niskiego poziomu, zaś fracht i wysyłka dramatycznie osłabły, ponieważ lockdowny zamknęły fabryki i porty kontenerowe. O ile COVID-19 wyeksponował kruchość łańcuchów dostaw, to rosyjska inwazja pokazała, że są one zniszczalne. Nawet jeśli globalny handel z czasem ustabilizuje się, to jednak dostawy towarów i usług z Rosji pozostaną wstrzymane lub ograniczone.

Wbrew rekomendacjom wynikających z teorii przewag komparatywnych autorstwa Davida Ricardo, zdolność do wytwarzania pewnych towarów ma fundamentalne znaczenie dla trwania społeczeństwa. W dobie pandemii niedobory dotknęły nie tylko sprzętu ochrony osobistej, ale również krytycznych urządzeń takich jak respiratory, materiały testowe, a nawet komponenty potrzebne do podawania szczepionek. Ceny wzrosły drastycznie – dla masek chirurgicznych sześciokrotnie, dla masek N95 potroiły się, a dla kitlów podwoiły. WHO wezwała przemysł i rządy do zwiększenia produkcji o 40% w celu zaspokojenia rosnącego globalnego popytu.

b) Żywność

Rosja i Ukraina odpowiadają za 1/3 światowego zasobu pszenicy na eksport. Sama Ukraina produkuje żywność w skali wystarczającej do wykarmienia 400 milionów ludzi na świecie. Mieści się w tym 50% światowej podaży oleju słonecznikowego, 10% światowej podaży ziaren i 13% światowej podaży kukurydzy. W czasie trwania wojny ukraińsko-rosyjskiej ceny pszenicy wzrosły do poziomu rekordów z czasów globalnego kryzysu żywnościowego w 2008 i Arabskiej Wiosny 2010-2011. Pojawia się więc duże prawdopodobieństwo globalnych deficytów żywności i zamieszek na tym tle. Sprzyja temu aktywność spekulantów na rynkach towarowych zawyżających ceny żywności. Spekulacja na rynku towarowym dokonuje się, bo traderzy, aby określić ceny rynkowe, uwzględniają informacje z kontraktów terminowych. Jeśli wartość kontraktów terminowych nie odzwierciedla przewidywanych zmian popytu i podaży, ale bazuje na błędnych prognozach lub celowo je pomija, to ceny rynkowe odrywają się od realnej gospodarki i mogą podążyć w kierunku baniek spekulacyjnych.

c) Energia

Polityka energetyczna pozostaje od kilku lat głównym tematem debaty publicznej w związku ze zmianami klimatycznymi. Wyczerpalność paliw kopalnianych łączyła się z wątkiem niezależności energetycznej, co w kontekście wschodnioeuropejskim było wiązane z rolą Rosji w wykorzystywaniu swoich zasobów naturalnych jako instrumentu presji politycznej. Inwazja rosyjska jest sygnałem dla zachodniego świata do porzucenia outsourcingu podaży energii z krajów bogatych w zasoby naturalne na rzecz odnawialnych źródeł energii i energii atomowej. Inwestycje w tym obszarze staną się elementem bezpieczeństwa politycznego.

d) Bezpieczeństwo militarne

Jeszcze rok temu kwestia bezpieczeństwa kraju pozostawała na marginesie zainteresowania opinii publicznej. W mainstreamie politycznym inwestycje w potencjał zbrojeniowy kraju kwitowane były jako zbędne (liberałowie) czy nawet szkodliwe (lewica). Od końca Zimnej Wojny wydatki obronne, zarówno jako procent wydatków publicznych, jak i procent całego PKB, malały. Globalnie te wydatki spadły o połowę, z 3,6% PKB w okresie 1970-90 do 1,9% po Globalnym Kryzysie Finansowym (2010–19). Okres tej dywidendy pokoju, szczególnie w Europie, dobiega końca. Inwazja rosyjska wskazała, że choć zobowiązania sojusznicze są ważne, to samodzielność militarna kraju i zdolność mobilizacji społeczeństwa są dla oporu wojennego fundamentalne. Oparcie w sojuszach wojskowych jest ważne, ale niewystarczające.

Globalizacja – wzlot i upadek

Podatność zglobalizowanych gospodarek na kryzysowe wydarzenia zmobilizowała rządy poszczególnych państw do działań na rzecz zmniejszenia skali ryzyka. W praktyce wiąże się to z ograniczeniem zależności względem reszty świata i silniejszym oparciem o krajowe zasoby. Według ekonomisty Adama Tooze deglobalizacja już trwa, a COVID-19 i rosyjska inwazja tylko ją przyspieszyły.

Sama globalizacja znacząco przebudowała kształt międzynarodowych stosunków gospodarczych. W 1970 roku eksport odpowiadał za 10% globalnego PKB, współcześnie ma to być 25%. Jednak generowana przez globalizację logika zwycięzców i przegranych systematycznie osłabiała własne fundamenty. Od protestów przeciw WTO w Seattle w 1999, przez globalny kryzys finansowy, po Brexit i Donalda Trumpa jako prezydenta USA. Dotychczasowe podstawy globalizacji zaczęły słabnąć. Globalnemu arbitrowi stabilizującemu i regulującemu handel międzynarodowy wyrósł chiński przeciwnik. Rywalizacja geopolityczna zastąpiła konkurencję produktową. Sprawa Huawei oraz chińsko-australijska rywalizacja handlowa są tego dowodami. Rewolucja telekomunikacyjna, która umożliwiła podział procesu produkcji i komunikacji, natrafiła na bariery dalszego outsourcingu produkcji i konteneryzacji handlu. COVID-19 sparaliżował istniejące łańcuchy dostaw.

Te czynniki mogą stać się bodźcem do zmiany dotychczasowego modelu rozwoju. Lukę po globalnych łańcuchach dostaw wypełni zwiększony popyt na produkcję w kraju, z towarzyszącym temu wzrostem miejsc pracy. Potrzeba bezpieczeństwa energetycznego będzie stymulować odwrót od paliw kopalnianych w kierunku odnawialnych lub lokalnych źródeł energii. W naszej części świata reakcją na zbrojną agresję Rosji będzie wzrost wydatków na wojsko.

Oczywiście nie można wykluczyć, że problemy globalizacji są chwilowe i po okresie zawirowań powrócimy do tego, co było. Niemniej jednak wszędzie tam, gdzie globalizacja się zwija, tam swoją rolę do odegrania ma państwo narodowe. To główny aktor stabilizujący obszary kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa – towarów, żywności, energii i bezpieczeństwa militarnego. Wbrew liberalno-lewicowej narracji o tym, że państwo narodowe jest tworem zbyt dużym, by odpowiadać na potrzeby obywateli i zbyt małym, aby rozwiązać systemowe problemy, to właśnie tam, gdzie instytucje państwa działają sprawnie, tam społeczeństwa radzą sobie lepiej. Dlatego trzeba zdecydować, czy będziemy biernie reagować, czy działać aktywnie.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Doktryna szoku: o transformacji, biedzie i depresji

W ramach wielu „kampanii uświadamiających” lub „antystygmatyzacyjnych” usłyszeć możemy, że choroby psychiczne i depresja są „demokratyczne”. Mogą dotknąć każdego, niezależnie od statusu społecznego czy materialnego. To, oczywiście, prawda. Nie oznacza ona jednak, że brak związków pomiędzy biedą a cierpieniem medykalizowanym przede wszystkim pod etykietą „depresji”. Zaburzenia te częściej dotykają osoby zmagające się z problemami mieszkaniowymi, finansowymi, niepewnymi formami zatrudnienia i złymi warunkami pracy. O ubóstwie można mówić nawet jako o jednej z ważniejszych przyczyn depresji w ogóle, choć wspomniane kampanie, sponsorowane często przez koncerny farmaceutyczne zainteresowane głównie zwiększeniem sprzedaży leków, rzadko o tym wspominają. Chodzi im o to, aby depresja pozostała indywidualną przypadłością leczoną farmakologicznie, a nie problemem związanym z warunkami ekonomicznymi i społecznymi. Bo w tym drugim przypadku można byłoby przeciwdziałać systemowo poprzez poprawę warunków życia i pracy, np. dzięki wyższemu opodatkowaniu owych koncernów i uniemożliwieniu wyprowadzania pieniędzy do rajów podatkowych.

Istnieje cały szereg badań wręcz wskazujących na przyczynowy charakter czynników ekonomicznych. Nie oznacza to, oczywiście, że każde cierpienie psychiczne, które zaetykietować możemy diagnozą psychiatryczną, wynika bezpośrednio z przyczyn ekonomicznych. Nawet osoby zamożne mogą odczuwać skutki alienującej neoliberalnej kultury indywidualizmu, narcyzmu, perfekcjonizmu i rywalizacji, która pośrednio odbija się też m.in. na jakości relacji interpersonalnych czy braku zaufania społecznego. Badania pokazują korelację pomiędzy nierównościami dochodowymi a problemami psychicznymi w poszczególnych krajach. Jednak nie każde cierpienie można sprowadzić do tego rodzaju okoliczności.

Notabene, nowsze badania, jak to opublikowane w 2019 w „Translational Psychiatry”, sugerują, że to nie depresja jako taka, jak wcześniej sądzono, jest związana z obniżonym poziomem empatii emocjonalnej (rozumianej jako współodczuwanie, wrażliwość na cudzy ból), ale że empatię obniżają leki antydepresyjne. Podobny efekt zaobserwowano u szczurów, którym podano leki przeciwlękowe – benzodiazepiny. Prowadziło to do zmniejszenia zachowań altruistycznych. Jest to tym bardziej niepokojące, jeśli przyjmiemy, że empatia jest nie tylko motorem pomagania innym, ale także mechanizmem hamującym zachowania agresywne.

W przeglądzie badań opublikowanym w 2019 r. w „Science” przeczytać możemy dosłownie: „Wiemy już, że utrata dochodów powoduje choroby psychiczne”. Choć taki wniosek może się wydawać wręcz zbyt mocny, ze względu na charakter i metodologię badań, które można na ten temat etycznie przeprowadzić, to autorzy referując szereg różnych wyników wskazują, że związek między ubóstwem a problemami psychicznymi jest dwukierunkowy. Ubóstwo sprzyja powstawaniu zaburzeń psychicznych, które następnie pogłębiają problemy finansowe, w efekcie tworząc pętlę sprzężenia zwrotnego, z której trudno się wydostać. Wiele innych badań pokazuje np. że wysokie zadłużenie (powodujące np. problemy ze spłacaniem kredytów) poprzedza diagnozę depresji, albo że brak pieniędzy poprzedza nadużywanie alkoholu.

Jednak nie tylko sytuacja materialna w konkretnym momencie może odbijać się na zdrowiu. Nawet przyjmując perspektywę neurorozwojową można wskazywać na wpływ ubóstwa doświadczanego w dzieciństwie (lub też innych trudnych doświadczeń, jak np. przemoc, wykorzystywanie seksualne czy utrata bliskiej osoby, np. opiekuna) na problemy psychiczne pojawiające się znacznie później.

Badanie opublikowane w 2020 r. w prestiżowym piśmie „Psychological Medicine” wskazuje na związki między doświadczaną w dzieciństwie deprywacją ekonomiczną a objawami lęku i depresji we wczesnej dorosłości. Badania te wpisują się w szereg badań epidemiologicznych pokazujących związek ubóstwa w dzieciństwie z tego rodzaju objawami. Autorki próbowały także ustalić potencjalne mechanizmy mózgowe i biomarkery tego zjawiska, ale w tym przypadku wyniki były mniej jednoznaczne.

Co ciekawe, związek pomiędzy ubóstwem a objawami depresji i lęku ujawnia się przede wszystkim, gdy pod uwagę bierze się subiektywne oceny matek dotyczące doświadczanego ubóstwa, a odzwierciedlające kwestie związane z brakiem możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych. Badanie przeprowadzono w Czechach i jak piszą autorki pokazuje ono efekt ciężkiego okresu przejściowego „po upadku Muru Berlińskiego”, czyli okresu ekspansji neoliberalizmu w krajach byłego bloku wschodniego.

Wydaje się, że w Czechach „terapia szokowa” miała nieco łagodniejsze oblicze niż w Polsce i można tylko przypuszczać, jak efekty tych jeszcze silniejszych „elektrowstrząsów” odbijają się na dzisiejszych 20-, 30- i 40-latkach u nas. Być może należałoby się skupić na zapobieganiu biedzie zamiast „leczenia” ofiar ekonomicznej terapii szokowej tzw. antydepresantami o wątpliwej skuteczności, albo całkiem dosłownymi elektrowstrząsami, których skuteczność i rzekoma nieszkodliwość są także co najmniej kontrowersyjne.

Wystarczy zresztą zdrowy rozsądek oraz odrobina empatii i wyobraźni, aby zrozumieć że tego rodzaju problemy bytowe mogą prowadzić do obniżenia nastroju kwalifikującego się do diagnozy depresji. Wydaje się jednak, że nachalna psychiatryczna propaganda, propagująca zdyskredytowaną już hipotezę „chemicznej nierównowagi” mózgu jako przyczyny depresji, na tyle silnie oddziałuje na rozumienie tego rodzaju zjawisk, że te oczywiste spostrzeżenia stają się trudno dostępne. Co więcej, zafiksowani na niekończącym się „dobieraniu leków” i „naprawianiu mózgu” ludzie mogą zapominać, że na funkcjonowanie owego mózgu w ogromnym stopniu wpływają otoczenie i warunki życia. I to właśnie ich zmiana może prowadzić do poprawy subiektywnego stanu psychicznego.

Poprawa tych warunków to jednak zadanie przede wszystkim dla wspólnoty politycznej, nie dla cierpiących jednostek. Choć leki mogą u niektórych osób tymczasowo łagodzić ból, to jest tu tak jak z innymi substancjami psychoaktywnymi. Ich używanie łączy się z ryzykiem powstania fizycznej zależności oraz szeregiem innych, nierzadko poważnych, skutków ubocznych, a podstawowe strukturalne przyczyny problemów pozostają niezmienione. Badania na temat długotrwałych efektów stosowania antydepresantów pokazują raczej brak skuteczności lub wręcz ich szkodliwość.

W czasopiśmie „Social Science and Medicine – Mental Health” ukazał się artykuł Benjamina Anga, Marka Horowitza i Joanny Moncrieff. Pokazuje on, jak, pomimo braku dowodów, psychiatria promowała ideę „nierównowagi chemicznej” – obniżonego poziomu serotoniny – jako przyczyny depresji. Teoria ta jest dziś właściwie już tak skompromitowana, że od pewnego czasu prominentni psychiatrzy zaczęli twierdzić, iż psychiatria nigdy jej nie popierała, a promocję takiego rozumienia depresji przypisują koncernom farmaceutycznym lub wręcz „antypsychiatrom”, którzy mieliby zarzucać biologicznym psychiatrom, że mówili coś niedorzecznego, czego nigdy nie twierdzili, aby łatwiej było psychiatrię atakować. Niektórzy, jak Ronald Pies, który w „Psychiatric Times” napisał nawet, że nie zna żadnego wykształconego psychiatry, który twierdziłby, że depresja spowodowana jest nierównowagą neuroprzekaźników, uciekają się wręcz do określenia „chemicznej nierównowagi” mianem miejskiej legendy. Analiza przeglądów literatury i podręczników psychofarmakologii i psychiatrii z lat 1990-2012 pokazuje jednak, że zdecydowana większość z nich jednoznacznie promowała ten szkodliwy mit i było to (lub nawet wciąż jest) wręcz oficjalne stanowisko psychiatrii. Hasła o „przywracaniu równowagi chemicznej” lekami wciąż przecież bardzo często możemy usłyszeć od wielu psychiatrów, a nawet psychologów, choć nie ma właściwie dowodów na potwierdzenie tej tezy, za to jest to dobre hasło reklamowe i skuteczny argument, aby nakłonić pacjenta do kupna leku.

Koszty ekonomicznej terapii szokowej przykrywane mogą być więc farmakoterapeutycznymi interwencjami i biomedyczną psychiatryczną narracją. Jednak w kombatanckich opowieściach pokolenia „walczącego o demokrację” oraz odmalowywanego w kiczowato różowych barwach zwycięstwa dobra nad złem, z jakiegoś powodu brakuje refleksji nad kosztami tej walki ponoszonymi przez dzieci owego bohaterskiego pokolenia. Na dzieciach trauma transformacji odcisnęła się być może jeszcze głębiej. W końcu w przeciwieństwie do dorosłych ludzi nie miały jeszcze wykształconych mechanizmów radzenia sobie z panującą ówcześnie biedą, zniszczeniem, chaosem i najprymitywniejszą kapitalistyczną propagandą konsumpcji. To, co przeżywali dorośli, odciskało się też na dzieciach, nie tylko tych pozbawionych podstawowych dóbr, poczucia bezpieczeństwa i ciepła, których nie potrafili zapewnić im przerażeni i zdezorientowani rodzice, ale też nierzadko mierzących się z traumą samobójstwa któregoś z opiekunów, najczęściej ojców, którzy czując, że nie potrafią wypełnić stereotypowej męskiej roli żywiciela rodziny tracili grunt pod nogami z zaciśniętą pętlą na szyi.

Statystyki obrazują gwałtowny wzrost liczby samobójstw w trakcie i po transformacji. Na wsiach współczynnik samobójstw w latach dziewięćdziesiątych był o połowę wyższy, a ponad dwukrotnie wyższy w 2009 r., niż w latach siedemdziesiątych. Obrazuje to zapewne proces destrukcji PGR-ów i kondycję ekonomiczną indywidualnych gospodarstw. Wzrost, obserwowany także w miastach, udało się zahamować dopiero niedawno. Jak przyznał sam Marek Balicki, za ten efekt odpowiada prawdopodobnie w dużej mierze program 500+ i inne transfery socjalne. Taki wniosek wydaje się uprawniony w świetle opublikowanych w „Journal of Epidemiology & Community Health” badań z USA. Pokazują one, że wzrost pensji minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw, szczególnie wśród osób z niższym wykształceniem. Tego rodzaju dane jasno pokazują, że jeśli poważnie myślimy o poprawie zdrowia psychicznego, to w pierwszej kolejności musimy myśleć o poprawie warunków życia wszystkich obywateli.

Dla części elit, które gładko przeskoczyły z jednego systemu do drugiego, a nawet w „odnowionej demokratycznej” umościły się znacznie wygodniej i dostatniej niż „za komuny”, jak i dla ich dzieci, które współcześnie zastępują już powoli swoich rodziców w roli nadzorców systemu, doświadczenie biedy transformacji i jego odczuwalnych wciąż konsekwencji wydaje się być zupełnie niedostępne, obce i niemożliwe do zrozumienia, co może też tłumaczyć część z aktualnie obserwowanych napięć społecznych. Równocześnie, jak pokazują badania, ścieżki awansu społecznego w Polsce należą do wyjątkowo wąskich – włączenie więc perspektywy uwzględniającej także interes poszkodowanych do głównonurtowego dyskursu, które umożliwiałoby rozładowanie konfliktu i wypracowanie korzystnych dla ogółu rozwiązań, jeśli chodzi o samą psychiatrię, jak i całe społeczeństwo – wydaje się prawie niemożliwe w tak zabetonowanym systemie.

Może to też tłumaczyć, dlaczego lewica rekrutująca się w Polsce przede wszystkim ze środowisk, które korzystały na transformacji, nomenklatury PZPR, wyższej klasy średniej, kadry kierowniczej, akademickich elit i ich dzieci (zbiory te zresztą w dużej mierze się pokrywają) ma problemy z wyjściem poza własną uprzywilejowaną perspektywę i bańkę towarzyską oraz ze zrozumieniem i dotarciem z przekazem do potrzebujących. Ostatecznie bliżej jej w konkretnych działaniach i decyzjach do neoliberalnych elit, czemu w najlepszym wypadku towarzyszy głoszenie przy okazji okrągłych „socjalistycznych” frazesów. Elity nie mają zresztą powodu, aby być prawdziwie krytycznymi wobec systemu, który ich do roli elity wyniósł i na tej pozycji utrzymuje. Ani interesu w tym, żeby do takiej krytyki dopuszczać. W interesie elit jest konserwacja stanu obecnego.

Ten wpływ doświadczanego w dzieciństwie ubóstwa spowodowanego przez transformację na cierpienie psychiczne w dorosłości, tłumaczyć może też, dlaczego jedni mogą oceniać transformację ekonomiczną i ustrojową Polski jako niekwestionowany sukces, co najwyżej dodając politycznie poprawne hasło o „dużym (ale jednak cudzym) koszcie” i „poszkodowanych”, choć jednak „było to konieczne” i „nie było alternatywy”. Innym natomiast trudno jest przejść do porządku dziennego nad dokonanymi wtedy spustoszeniami. Skutki ówczesnych decyzji są dla jednych wciąż boleśnie odczuwalne, a dla drugich były co najwyżej estetycznie przykrym doznaniem wprowadzającym łagodny dyskomfort w świecie materialnego dostatku.

Ujmowanie cierpienia psychicznego jako problemów jednostek i ich zdekontekstualizowanych „chorych mózgów” zasłania kulturowe, społeczne i ekonomiczne przyczyny tegoż cierpienia. W polskim kontekście diagnoza depresji może też podważać doświadczenia pokrzywdzonych przez transformację jako po prostu irracjonalną chorobę mózgu, wpisując się tym samym w dominującą neoliberalną narrację o jednostkowej odpowiedzialności za niepowodzenia (i rzekomo jednostkowych zasługach beneficjentów transformacji). Polska debata publiczna, porządek polityczny i ekonomiczny wciąż wydają się być zdeterminowane przez decyzje, które zapadły przy okrągłym stole, co tłumaczyć może też histeryczne reakcje na wszelkie narracje, które nie wpisują się w ten założycielski mit sukcesu transformacji jako początku III RP.

Radosław Stupak