przez Radosław Stupak | niedziela 17 lipca 2022 | opinie
Jeszcze niedawno jednym z głównych dań, którymi byliśmy faszerowani przez media, była sprawa sądowa Amber Heard i Johnny’ego Deppa. Te same media serwowały nam też od razu deser w postaci „krytycznych komentarzy”. Na przykład komentarz Stawiszyńskiego w „Tygodniku Powszechnym”, który właściwie zainspirował mnie do napisania tego tekstu, sprowadzał clou tego fenomenu do faktu, że „tłumy” odkrywają, iż sławni i bogaci też miewają problemy ze sobą i brzydko się zachowują – tak jakby było to jakieś novum – a niesprawiedliwie wydające wyroki „tłumy” powinny być w zasadzie wdzięczne, że ktoś niesie za nie ciężkie brzemię wielomilionowych majątków. Wiele z tych komentarzy było więc potrawami z taśmy do sztampowej seryjnej produkcji śmieciowego żarcia wprost z fabryki przemysłu kulturowego. Jednak zdarzały się też bardziej wnikliwe głosy. Zwracały one uwagę na wpływ tego procesu na społeczne postrzeganie kobiet, które padły ofiarą przemocy.
Na pewien kluczowy aspekt, który umknął chyba większości komentujących, można byłoby tutaj jednak zwrócić uwagę. Mianowicie, obie strony próbowały wykorzystywać diagnozy psychiatryczne do dyskredytowania przeciwnika i podważania jego wiarygodności. Prawnikom Deppa udało się jednak jego problemy psychiczne przedstawić w zasadzie jako okoliczność łagodzącą, skutki trudnego dzieciństwa – wzbudzało to więc raczej współczucie, które działało na jego korzyść. W przypadku kobiety, Heard, aktywował się za to stereotyp „agresywnej, nieobliczalnej i zmyślającej wariatki”. Niezależnie od tego, kto w tym przypadku był bardziej „winny”, o ile w ogóle można tego typu zagmatwane, cyrkularne sytuacje wzajemnej przemocy rozpatrywać w kategoriach „winy”, mogliśmy zaobserwować, jak przemocowy charakter mogą mieć same diagnozy psychiatryczne.
Heard postawiono m.in. „zarzut” osobowości z pogranicza (Borderline Personality Disorder, BPD). Sama ta nazwa ma jeszcze psychoanalityczne korzenie. „Pogranicze” odnosiło się pierwotnie do granicy między „neurozą” (a więc „łagodniejszymi” zaburzeniami) a „psychozą” (a więc czymś znacznie cięższym i poważniejszym, głębszą patologią). Osoby borderline miałyby więc być zbyt zaburzone, aby kwalifikować się do przegródki neuroz, lecz wciąż na tyle osadzone w rzeczywistości, że nie można było ich określić jako „psychotyczne”. W wydanej niedawno książce „Sexy But Psycho: How the Patriarchy Uses Women’s Trauma Against Them” (Seksowna, ale psychiczna: Jak patriarchat wykorzystuje traumę kobiet przeciwko nim) brytyjska psycholożka Jessica Taylor, wpisując się w długą linię feministycznej krytyki psychiatrii (która w Polsce, w dominującym wydaniu, ogranicza się niestety do hasłowo ujętego i rytualnie odsądzanego od czci i wiary Freuda, którego „pokonanie” oznacza właściwie możliwość odtrąbienia sukcesu i zamknięcia sprawy) pokazuje, jak również współcześnie na psychiatrię patrzeć można jak na instytucję, której celem jest regulowanie kobiecości według norm stworzonych przez mężczyzn. Te normy z jednej strony patologizują kobiety za „nieracjonalną” rzekomo nadmierną emocjonalność, a z drugiej za autoagresywne skierowanie wypartych pod wpływem patriarchatu emocji przeciwko sobie. Z jednej strony za „rozwiązłość”, a z drugiej za „oziębłość”. Kulturowo diagnozy tego rodzaju mogą więc pełnić podobną funkcję do określania buntujących się kobiet mianem „czarownic”, a psychiatria pełniłaby rolę podobną inkwizycji.
W ten sposób, jak pokazują również autorki opublikowanym już w 2005 r. w czasopiśmie „Feminism & Psychology” artykule „Women at the Margins: A Critique of the Diagnosis of Borderline Personality Disorder” reakcja na przemoc staje się objawem choroby. Pozwala to ową reakcję podważyć jako nieracjonalną. Natomiast jej źródło przypisać zreifikowanemu stygmatyzującemu zaburzeniu. A samą przemoc ukryć, choć bowiem znaczna część kobiet zdiagnozowanych jako borderline to ofiary przemocy seksualnej, to fakt ten pominięty jest w kryteriach diagnostycznych, znika więc z pola widzenia. Uzasadniony traumą seksualną lub innym nadużyciem i przemocą brak zaufania wobec męskich figur czy innych postaci w pozycji siły staje się więc wtedy nieracjonalnym objawem choroby. Z tego też powodu część kobiet domaga się zmiany diagnozy borderline np. na Complex PTSD (Złożony Zespół Stresu Pourazowego), bo w tej diagnozie rola traumy jest przynajmniej uwzględniona. Nadal jednak zrozumiała reakcja na nadużycie jest patologizowana.
Choć BPD wywodzi się z psychoanalizy, to w oficjalnych systemach diagnostycznych znalazło się dopiero w 1980 r. wraz z wprowadzeniem DSM III, które, w odpowiedzi m.in. na antypsychiatryczną krytykę, która doprowadziła też do depatologizacji homoseksualizmu, miało psychiatrii zapewnić nimb prawdziwej „naukowej” „medyczności” i „obiektywności”. Robert Spitzer, który przewodniczył pracom nad DSM III, w opublikowanym niedawno wywiadzie z rozbrajającą szczerością, śmiejąc się, przyznał np. że „osobowość unikająca” to właściwie to samo, co „fobia społeczna”, ale po prostu grupa pracująca nad zaburzeniami osobowości chciała mieć taką własną kategorię i stąd w klasyfikacji pojawiły się dwa bardzo podobne konstrukty. Gdzie indziej mówił też, że DSM III był wielkim sukcesem, ponieważ „wygląda bardzo naukowo. Jak otworzysz, to wygląda, jakby musieli coś wiedzieć”, co wiele mówi na temat tego, ile ów nimb naukowości ma faktycznie wspólnego z nauką.
Współcześnie w najważniejszych naukowych psychiatrycznych czasopismach na świecie można już spotkać się z określaniem obowiązującej aktualnie wersji DSM mianem ideologii, a stojących na ich straży psychiatrów z American Psychiatric Association określa się mianem sekty. DSM głośno i wyraźnie krytykuje także jeden z twórców Acceptance and Commitment Therapy (ACT), czyli tzw. trzeciej fali CBT (terapii poznawczo-behawioralnej), pracując nad „Gwiazdą śmierci” – programem badawczym nazwanym tak ze względu na jego długotrwały i monumentalny charakter, ale też zapewne dlatego, że jego celem ma być unicestwienie DSM i stworzenie nowego podejścia do ujmowania ludzkich problemów.
Różnica między „fobią społeczną” a „osobowością unikającą” jest jednak głębsza na poziomie tego, jak te konstrukty są zazwyczaj rozumiane. Zaburzenia osobowości najczęściej przedstawia się jako głębokie patologie, niezwykle trudne do zmiany trwałe wzorce zachowania, ciężko poddające się terapii. Mieć „zaburzoną osobowość” to tak jakby rdzeń czyjejś podmiotowości określić jako nieprawidłowy i patologiczny. Określenie „borderka” funkcjonuje już zaś niemal jak obelga. W Internecie spotkać się można z wieloma stygmatyzującymi opisami przypadków (także publikowanymi przez specjalistów na poczytnych portalach), ludźmi ostrzegającymi się przed „borderami” i sugerującymi, że wszystko jest lepsze od związku z taką osobą, a od „bordera” najlepiej jak najszybciej uciekać gdzie pieprz rośnie.
Diagnozy mogą również wprost decydować o ludzkim życiu i wolności, co w przypadku spraw sądowych, takich jak ta Deppa i Heard, staje się brutalnie widoczne. Widoczne staje się także to, jak subiektywne i nienaukowe są owe diagnozy. Psychiatra, który diagnozował Deppa na podstawie jego roli w filmach, przyciśnięty konkretnymi pytaniami przez prawnika Deppa wykazującymi absurdalność jego opinii, był wyraźnie zdezorientowany i zszokowany. Pytającym wzrokiem patrzył w stronę sędziego, oczekując, że ten stanie po jego stronie i zwolni go z obowiązku odpowiedzi. Cały „naukowy” i „medyczny” autorytet „eksperta” prysł w jednym momencie, a lekarz nie był przygotowany na to, że ktoś może podważać jego subiektywne opinie prezentowane jako obiektywne fakty. Psychiatrzy bowiem nie są przyzwyczajeni do sytuacji, w której ktoś kwestionuje ich opinie. Szczególnie w szpitalach psychiatrycznych, każda odmienna opinia nazwana może zostać „brakiem wglądu”. Pacjenci szybko uczą się więc, że z psychiatrami nie prowadzi się dyskusji, bo najlepsze co można w ten sposób osiągnąć, to zwiększone dawki leków, pasy lub dłuższe pozbawienie wolności.
Will Hall, psychoterapeuta i doktorant na Maastricht University, autor przetłumaczonego na kilkanaście języków poradnika bezpiecznego odstawiania leków, napisanego częściowo na podstawie własnych doświadczeń jako osoby, u której zdiagnozowano schizofrenię, komentował wystąpienie psychiatry z procesu Deppa: „Czy ktoś jeszcze spotkał tego faceta? A jego lojalnych kolegów? A ich przytakujący personel? Naśladujących go uczniów? Bo ja zdecydowanie tak. Raz za razem”.
Jessica Taylor proponuje więc inne podejście zamiast etykietek, które więcej skrywają niż wyjaśniają oraz wprowadzają podział na „my” (zdrowi, lepsi) i „oni” (chorzy, inni). Te etykietki nawet u personelu potęgują tylko poczucie bezsilności wobec problemu, które ostatecznie prowadzić może do frustracji i mniej lub bardziej otwarcie wyrażanej agresji, a pacjentom odbierać poczucie sprawstwa i podmiotowości oraz prowadzić do identyfikowania się z diagnozą, która staje się czymś w rodzaju „skażonej tożsamości”. Typowy „opis przypadku”, taki jak:
„X była maltretowana i wykorzystywana przez całe dzieciństwo i wczesną dorosłość. Zdiagnozowano u niej zaburzenia przywiązania, zaburzenie osobowości typu borderline i agorafobię. Trudno wejść z nią w relację, odmawia rozmów z personelem, zaprzecza doświadczeniom wykorzystywania i wykazuje problematyczne zachowania”
można byłoby zastąpić następującym:
„X była maltretowana i wykorzystywana przez całe dzieciństwo i wczesną dorosłość. Często się boi, zmaga się z reakcjami na traumę i czuje się przytłoczona oferowaną przez nas pomocą. Bardzo boi się małych przestrzeni i pokoi. Nie chce rozmawiać o nadużyciach i nie jest jeszcze gotowa do rozmowy. Nie ufa specjalistom i często wycofuje się, gdy ludzie wnikają zbyt głęboko lub sprawiają, że czuje się zagrożona”.
Według Taylor już takie proste przeformułowanie, nazwanie problemów w sposób bliższy temu, co faktycznie przeżywać może skrzywdzona osoba, sprawia, że biorący udział w jej szkoleniach psychiatrzy i psychologowie zaczynają z większą empatią odnosić się do pacjentki, przestają postrzegać ją jako beznadziejny przypadek i kogoś, z kim woleliby unikać kontaktu. Odzyskują też wiarę w to, że można jej jednak pomóc.
dr Radosław Stupak
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jills from Pixabay
przez redakcja | środa 13 lipca 2022 | opinie
Kiedy miliony głodują, a kilka firm osiąga rekordowe zyski, „wolny rynek” najwyraźniej sobie nie radzi. Argumenty za kontrolą cen są wówczas mocniejsze niż kiedykolwiek.
Zamiast zająć się kryzysem związanym z kosztami życia poprzez próby położenia kresu korporacyjnej chciwości, Bank Anglii i rząd torysów kontynuują próby przeciwdziałania rosnącej inflacji za pomocą pogarszania warunków życia i pracy zwykłych ludzi. W jednym tygodniu rząd ogłosił plany zniesienia ograniczeń w wysokości premii dla bankierów, jednocześnie wprowadzając przepisy ułatwiające firmom zatrudnianie pracowników tymczasowych w celu złamania toczących się strajków. Gdy bankierzy cieszą się z hojnego prezentu, Bank Anglii prognozuje istotne pogorszenie sytuacji w pozostałej części brytyjskiej gospodarki – ponieważ wyższe ceny, słabszy wzrost gospodarczy i zaostrzone warunki finansowania utrudniają gospodarstwom domowym i firmom spłatę lub refinansowanie zadłużenia.
To, co Bank pomija w swojej prognozie, to jego własna rola w tworzeniu tych warunków. Podwyżki stóp procentowych zwiększą bezrobocie, osłabią klasę pracującą i obniżą wzrost płac – w błędnym przekonaniu, że złagodzi to inflację. Jednak dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych wykazały, że w ciągu ostatnich kilku dekad znacznie spadła korelacja między płacami a cenami. Wynika to po części z drastycznego spadku poziomu członkostwa w związkach zawodowych od lat 80. i z wprowadzenia drakońskich przepisów antyzwiązkowych.
W rzeczywistości płace nie nadążają za inflacją i realnie spadają najszybciej od czasu, gdy zaczęto archiwizować takie dane. W rezultacie gospodarstwa domowe są zmuszone do zaciągania większego zadłużenia, aby związać koniec z końcem – w tym samym czasie, gdy koszty kredytów rosną, a zdolność do spłaty maleje. Raport Fundacji Josepha Rowntree wykazał, że od października ubiegłego roku zaległości w zakresie wszystkich długów osobistych wzrosły ponad dwukrotnie: z 1,8 miliarda funtów do 3,8 miliarda funtów. Mimo to banki „cisną”, by konsumenci pożyczali więcej, aby mogły nadal czerpać zyski z odsetek od pożyczek i kart kredytowych.
Wraz z gwałtownym wzrostem cen żywności, spowodowanym głównie wzrostem kosztów energii i kosztów produkcji rolników, niektóre supermarkety uciekły się do przyczepiania do bloków sera i masła zabezpieczeń przed kradzieżą. To skłoniło byłego kanclerza skarbu w brytyjskim gabinecie cieni, Johna McDonnella, do wezwania do „radykalnej restrukturyzacji” naszej gospodarki poprzez wprowadzenie kontroli cen. Majstrowanie przy cenach przez duże korporacje w Wielkiej Brytanii doprowadziło do 73-procentowego wzrostu marż/zysku, co odpowiada za aż 50% obecnego poziomu inflacji.
Istnieje historyczny precedens ze strony rządów w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach w zakresie kontroli państwowej nad cenami w podobnych okresach niestabilności. Aby uzyskać lepsze wyobrażenie o tym, jak działa kontrola cen i jak może być stosowana dzisiaj, powinniśmy zbadać jej wcześniejsze zastosowanie, ale także wziąć pod uwagę różnice w warunkach ekonomicznych panujących w tamtych czasach.
Siła monopolu i mity wolnego rynku
To nie rolnicy czerpią zyski z rosnących cen masła i sera – w większości przerzucają tylko zwiększone koszty rosnących cen paliw i surowców. Tylko w tym roku cztery największe firmy energetyczne mają dzięki swoim super-zyskom zapewnić inwestorom wykup akcji o wartości około 38 miliardów dolarów. Według IPPR grupa zaledwie 25 firm niefinansowych odpowiada za około 30,5 miliarda funtów wzrostu zysków w sektorze przedsiębiorstw od początku pandemii. Ale to spekulowanie na tle monopolistycznego ustalania cen nie jest niczym nowym.
W 1971 r. John Kenneth Galbraith, profesor ekonomii na Harvardzie i były zastępca szefa Urzędu ds. Administracji Cen (OPA) podczas II wojny światowej, napisał artykuł dla „New York Timesa”, w którym domagał się kontroli cen. Artykuł został napisany w odpowiedzi na rodzący się wówczas wzrost inflacji i był w opozycji do pojawiających się zaleceń monetarystów. Monetaryści, w tym najbardziej znany Milton Friedman, opowiadali się za podwyżkami stóp procentowych i cięciami wydatków rządowych w celu zwiększenia bezrobocia i spowolnienia wzrostu płac.
Friedman twierdził, że ceny są zbyt skomplikowane, aby rządy mogły je regulować, dlatego należy je pozostawić rynkom. Według Galbraitha monetaryści postrzegali inflację jako chorobę, którą trzeba było przegnać, połykając bardzo gorzki lek. Uważali, że inflacja z lat 70. była wynikiem utrzymywania zbyt niskiej stopy bezrobocia i zbyt szybkiego wzrostu podaży pieniądza. Jednak dla Galbraitha inflacja bardziej niż chorobę przypominała chroniczny stan spowodowany starością.
Gdy amerykański kapitalizm osiągnął dojrzałość, konkurencyjne rynki zostały zastąpione przez kilka wielkich korporacji. Ten brak konkurencji dał wielkim korporacjom możliwość ustalania cen na sztucznie zawyżonych poziomach. Po upadku systemu walutowego z Bretton Woods w 1971 r. wartość dolara gwałtownie spadła, zwiększając koszty importu dla amerykańskich konsumentów i korporacji. Wielkie korporacje z monopolistyczną władzą podniosły ceny, aby utrzymać marże zysku, a w odpowiedzi silne związki zawodowe wynegocjowały wyższe płace. Embargo OPEC na ropę naftową z 1973 r. dolało oliwy do ognia, wywołując niesławną „spiralę płacowo-cenową”.
Monetaryści wykorzystali chaos niestabilnych kursów walutowych i gwałtownie rosnących cen ropy, aby złożyć narrację o winie za inflację bezpośrednio na barkach pracowników i związków zawodowych, z korzyścią dla wielkich korporacji. Odnieśli sukces w ideologicznej krucjacie na rzecz wyższych stóp procentowych, a stopa funduszy Rezerwy Federalnej osiągnęła 15% do 1980 roku. W rezultacie gospodarka amerykańska doświadczyła dwóch kolejnych recesji i przez cztery lata pozostawała w stagnacji.
Bezrobocie osiągnęło 10,8%, nim rozpoczęło się ożywienie gospodarcze, co miało więcej wspólnego z napływem tanich towarów z Azji i wzrostem zadłużenia prywatnego, niż z sukcesem podwyżek stóp procentowych. Dla Galbraitha błędem monetarystów było przekonanie, że ceny są determinowane przez wolny rynek – podczas gdy w rzeczywistości garstka dużych, monopolistycznych firm była w stanie je narzucać. Z tego samego powodu przekonanie monetarystów, że rządy nie są w stanie skutecznie kontrolować cen, jest całkowicie błędne.
Kontrolowanie cen w czasach wojny i pokoju
Myśliciele monetarystyczni, tacy jak Milton Friedman, argumentowali, że jeśli rządy będą próbowały ustalać ceny, spowodują zniekształcenia sygnałów rynkowych, prowadząc do nieoptymalnej produkcji dóbr poprzez błędną alokację inwestycji. Jeśli ceny będą zbyt niskie, dostawcy nie będą się czuli zachęceni do zwiększania inwestycji w moce produkcyjne, ponieważ to rosnące ceny i perspektywa wyższych zysków zachęcają firmy do inwestowania w produkcję.
Wynika z tego, że jeśli ceny zostaną ustalone na zbyt niskim poziomie, pogłębi to niedobory podaży, ponieważ dostawcy nie będą w stanie zareagować na rosnący popyt. Twierdzi się, że wolne od ingerencji rządu ceny ustabilizowałyby się na dłuższą metę, ponieważ podaż wzrosłaby, aby dopasować się do popytu. Wtrącanie się w ten skomplikowany mechanizm, jak argumentują monetaryści, doprowadziłoby do chaosu gospodarczego i znacznych niedoborów – tylko że historia twierdzi inaczej.
Podczas II wojny światowej prawie wszystkie kraje rozwinięte stosowały kontrolę cen i żaden nie doświadczył drastycznego załamania podaży. W rzeczywistości w latach 1939-1944 Stany Zjednoczone podwoiły swoje PKB per capita, produkcja przemysłowa potroiła się, a ogromne ilości materiałów wojennych zostały wyprodukowane przy jednoczesnym podniesieniu standardu życia cywilów – przekleństwo dla doktryny monetarnej. Aby zrozumieć, dlaczego kontrola cen była tak skuteczna podczas wojny, Galbraith szukał odpowiedzi w wywołanym przez wolny rynek chaosie krachu finansowym w 1929 r. i późniejszej depresji. Odkrył, że w przedwojennej epoce Wielkiego Kryzysu ceny towarów takich jak stal nie spadały wraz ze spadkiem popytu. Wskazywało to, że nie podaż i popyt utrzymują wysokie ceny, lecz sprawia to pewien rodzaj siły rynkowej posiadanej przez producentów. Pisał o tym w 1952 r.: „Oligopol nie był już wyjątkiem… to była reguła. Tam, gdzie kilka dużych firm zdominowało branżę, tak jak miało to miejsce w przypadku stali, aluminium, ropy, chemikaliów, farmaceutyków i wielu innych, ceny były już kontrolowane. Rynki te poddają się regulacji cen w znacznie większym stopniu niż wcześniej sądzono”.
Wprowadzenie kontroli cen nie odbyło się jednak bez problemów. Początkowo liczba towarów, które wymagały regulacji, rosła zbyt szybko, aby odpowiednie instytucje mogły to skutecznie śledzić. Problem został jednak rozwiązany przez wprowadzenie w kwietniu 1942 r. Ogólnej Regulacji Cen Maksymalnej, która nakładała na sprzedawcę obowiązek uzasadnienia podwyżki cen, a nie na rząd uzasadnienia ustalenia ceny danego towaru. Rozporządzenie to było wymierzone w główne czynniki sprawcze inflacji – na przykład firmy energetycznych – a nie w rolników, którzy podnieśli ceny w odpowiedzi na własne rosnące koszty produkcji.
Współczesna inflacja
Zidentyfikowanie przez Galbraitha motoru narzucania cen przez duże korporacje jako podstawowego źródła inflacji dostarcza nam dziś bezcennych informacji. W swojej analizie sytuacji inflacyjnej w latach 70. zidentyfikował silne związki zawodowe i silne korporacje jako motory wzrostu cen – aczkolwiek częściowo w odpowiedzi na globalne wydarzenia gospodarcze. Jednak dzisiaj związki zawodowe mają znacznie mniejszą władzę niż w czasach, gdy Galbraith pisał te słowa w 1971 r. – a mimo to inflacja ma przekroczyć 10% do końca roku.
Jedynymi sprawcami tych nadmiernych wzrostów cen są zatem wielkie korporacje, które mają większą władzę niż kiedykolwiek i wykorzystują ją do ustalania wysokich cen, wywierania presji na obniżkę płac i przenoszenia rekordowych zysków za granicę, aby uniknąć podatków. Pomimo niskiego poziomu bezrobocia, wzrost płac ogólnie pozostaje poniżej poziomu inflacji. Oznacza to słabszą dzisiaj niż w przeszłości siłę przetargową pracowników oraz transfer bogactwa od pracowników do firm i ich akcjonariuszy.
Istnieją pewne podobieństwa między dniem dzisiejszym a następstwami II wojny światowej, takie jak zakłócenia łańcucha dostaw i opóźnienia w ponownym uruchomieniu produkcji, które doprowadza do wzrostu kosztów. Są też pewne podobieństwa do lat 70., gdy rosnące ceny ropy podniosły koszty dla konsumentów i producentów. Ale w przeciwieństwie do tych wydarzeń inflacyjnych, dziś gospodarstwa domowe nie mają oszczędności, które mogłyby zabezpieczyć przed inflacją, i nie mają silnego ustawodawstwa unijnego, które umożliwiłoby im skuteczne negocjowanie wyższych płac. Większość oszczędności jest obecnie w rękach bogatych, przy czym dolne 80% gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii ma na kontach 500 funtów lub mniej – podczas gdy związki zawodowe działają na podstawie coraz bardziej restrykcyjnego ustawodawstwa dotyczącego układów zbiorowych, które hamuje akcje protestacyjne.
Jedynym czynnikiem, który pozostał podobny do stanu z dzisiaj i faktycznie wzrósł, jest monopolistyczna potęga dużych korporacji w kwestii ustalania cen. W związku z tym argumenty za kontrolą cen nigdy nie były silniejsze. Jasne jest, że nie istnieje dziś żadna spirala płacowo-cenowa powodująca inflację, jeśli kiedykolwiek istniała – istnieje natomiast spirala cen i zysków.
Rae Deer
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu Tribune w lipcu 2022.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Darko Djurin from Pixabay.
przez Karol Trammer | niedziela 10 lipca 2022 | opinie
Rządowy program przywracania połączeń nie rozwiąże problemu rozbicia dzielnicowego polskiej kolei.
Z 33 koncepcji zakwalifikowanych na listę podstawową programu Kolej Plus zaledwie trzy dotyczą linii, które przekraczają granice województw.
Między województwami
Spośród linii biegnących na pograniczu regionów najwyżej na liście wyników znalazł się ciąg Skarżysko-Kamienna – Końskie – Opoczno – Tomaszów Mazowiecki, łączący województwa świętokrzyskie i łódzkie. Z programu Kolej Plus ma zostać sfinansowane tylko opracowanie projektu modernizacji i elektryfikacji. – „Na tę chwilę trudno określić termin, w którym modernizacja zostanie fizycznie zrealizowana” – przyznał marszałek województwa świętokrzyskiego Andrzej Bętkowski. Modernizacja i elektryfikacja nie jest jednak sprawą pilną, gdyż kursowanie pociągów pasażerskich z prędkością 80 km/h przywrócono na tej trasie w grudniu 2021 r., a z końcem 2022 r. jej obsługę rozpoczną kupione przez Łódzką Kolej Aglomeracyjną składy dwunapędowe, które wjeżdżając na tę niezelektryfikowaną linię, będą przełączały się z silnika elektrycznego na silnik spalinowy.
Na listę podstawową trafiła również rewitalizacja przebiegającej na pograniczu województw śląskiego i opolskiego linii Racibórz – Głubczyce – Racławice Śląskie. Koszt przywrócenia do życia tej zamkniętej w 2000 r. linii oszacowano na 535 mln zł. 15-procentowy wkład samorządów powinien więc wynieść 80 mln zł. Tymczasem burmistrz Głogówka Piotr Bujak w Radiu Opole oznajmił: „Nie stać gmin i powiatów na wygenerowanie wkładu własnego na wymaganym dla programu poziomie”.
Ostatni z ciągów przekraczających granice wojewódzkie, który znalazł się na liście podstawowej, to odcinek Jasło – Gorlice na pograniczu województw podkarpackiego i małopolskiego. Trasa wykorzystywana jest przez składy PKP Intercity łączące Kraków z południowym Podkarpaciem oraz kursujące tylko w weekendy pociągi Polregio i Kolei Małopolskich. Koncepcja obejmuje modernizację 28-kilometrowego odcinka wraz z budową łącznicy ułatwiającej zajeżdżanie pociągów do centrum Gorlic.
Już widać, że program Kolej Plus nie przyniesie znaczących efektów, jeśli chodzi o poprawę powiązań między regionami. A przypomnijmy, że w uchwale rządu z grudnia 2019 r., która ustanowiła program, zaznaczono, że jednym z jego celów jest „uruchomienie nowych połączeń między sąsiadującymi województwami na liniach, po których obecnie nie kursują pociągi”.
Pozostanie luka
Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe przy ostatecznym wyborze koncepcji nie zwracała uwagi na to, jak poszczególne linie zgłoszone do programu Kolej Plus wiążą się w dłuższe ciągi, mogące wypełnić luki na styku regionów. W oczy rzuca się to na pograniczu województw wielkopolskiego i lubuskiego.
Wielkopolska zgłosiła do programu rewitalizację linii Szamotuły – Międzychód, dzięki której leżący na zachodnim skraju województwa powiat międzychodzki ma wrócić na mapę połączeń kolejowych (po przywróceniu linii do życia ma nią kursować 12 pociągów dziennie z Międzychodu do Poznania).
Sąsiednie województwo lubuskie zgłosiło natomiast rewitalizację 29-kilometrowej linii Skwierzyna – Międzychód. Linia ta jest wykorzystywana w ruchu towarowym na liczącym 21 km odcinku od Skwierzyny do Wierzbna, gdzie znajduje się magazyn ropy naftowej PGNiG (według regulaminu sieci PKP PLK, na tym odcinku szynobusy już dziś mogłyby jeździć 60 km/h). Koncepcja zakładająca podniesienie prędkości, odnowę peronów i udrożnienie dojazdu do Międzychodu od strony województwa lubuskiego znalazła się jednak tylko na liście rezerwowej.
Choć spółka PKP PLK w wewnętrznych analizach początkowo wiązała zgłoszone do Kolei Plus koncepcje dla linii Szamotuły – Międzychód oraz Międzychód – Skwierzyna jako dające możliwość stworzenia nowego ciągu między Poznaniem a Gorzowem Wielkopolskim, to teraz wygląda na to, że luka o długości 8 km między wielkopolskim Międzychodem a lubuskim Wierzbnem pozostanie nieprzejezdna.
W głąb sąsiedniego regionu
Z programu Kolej Plus wypadła biegnąca na pograniczu Wielkopolski i Dolnego Śląska linia Kępno – Syców – Oleśnica. Została ona zamknięta w 2002 r., ale w latach 2016-2017 spółka PKP PLK zrealizowała remont, który pozwolił na przywrócenie ruchu składów towarowych z prędkością 40 km/h. Samorząd województwa dolnośląskiego zgłosił linię do Kolei Plus, mając na celu udrożnienie trasy Wieluń – Wieruszów – Kępno – Oleśnica – Wrocław dla ruchu pasażerskiego. Chodziło o zapewnienie połączenia do stolicy Dolnego Śląska z powiatów wieluńskiego i wieruszowskiego w województwie łódzkim oraz z powiatu kępińskiego w województwie wielkopolskim. Obszary te są silnie związane z Wrocławiem, do którego z Wieruszowa jest bliżej niż do Łodzi, a z Kępna aż o połowę bliżej niż do Poznania. Nie znajduje to jednak odzwierciedlenia w istniejącej sieci połączeń kolejowych.
Na odcinku Wieluń – Wieruszów – Kępno, choć infrastruktura pozwala na osiąganie prędkości 90-100 km/h, pociągi regionalne nie kursują. Przeszkodą jest granica województw łódzkiego i wielkopolskiego. Rozwiązanie problemu braku połączeń na stykach regionów przynieść miał zawarty w programie Kolej Plus komponent organizacji przewozów. Sprowadzał się on do zmiany ustawy o publicznym transporcie zbiorowym. Wchodząca w życie w kwietniu 2020 r. nowelizacja zniosła formalne utrudnienia i miała zachęcić samorządy do uruchamiania pociągów na trasach wbiegających do innych regionów. „Zmiana umożliwi organizowanie przez zainteresowane samorządy województw przewozów w głąb sąsiedniego województwa” – zapowiadał nieco dziś już zapomniany fragment uchwały o Kolei Plus, którego efektami rząd jakoś się nie chwali.
Samorząd województwa dolnośląskiego wycofał koncepcję dotyczącą odcinka Kępno – Oleśnica, gdy spółka PKP PLK poinformowała, że planuje jego modernizację poza programem Kolej Plus. Przedsięwzięcie ma mieć szeroki zakres – zapowiadana jest pełna wymiana infrastruktury wraz z przebudową mostów i wiaduktów w celu uzyskania prędkości 120 km/h, a także elektryfikacja (wymagająca budowy dwóch podstacji trakcyjnych). Jesienią 2021 r. zakładano, że koszt prac wyniesie 360 mln zł, lecz już wiosną 2022 r. pojawiła się kwota 723 mln zł. Spółka PKP PLK zastrzega przy tym, że podjęcie tej inwestycji będzie zależeć od dostępności funduszy z Krajowego Planu Odbudowy. Realizacja inwestycji finansowanych z tego unijnego źródła będzie musiała zakończyć się do sierpnia 2026 r.
Kolejowy program odbudowy?
Z KPO ma również zostać sfinansowana modernizacja przebiegającej przez granicę województw śląskiego i małopolskiego linii Żywiec – Sucha Beskidzka. W programie Kolej Plus trafiła ona bowiem na listę rezerwową. Linia jest czynna, ale z powodu złego stanu infrastruktury pociągi nie mogą przekraczać prędkości 30 km/h, a ruch odbywa się tu tylko w weekendy, ferie i wakacje. Modernizacja linii łączącej Żywiec z ciągiem Zakopane – Kraków jest istotna choćby ze względu na fakt, że Żywiecczyzna, mimo że leży w granicach województwa śląskiego, to stanowi część historycznej Małopolski i jest silnie związana z Krakowem. Jak wynika z opracowania samorządu województwa małopolskiego, w roku akademickim 2015/2016 około 1,5 tys. osób studiujących na krakowskich uczelniach było z powiatu żywieckiego.
Życie na granicy
Kolejne transgraniczne połączenie zostało zgłoszone do programu Kolej Plus przez powiat działdowski. Mowa o koncepcji rewitalizacji linii Działdowo – Lidzbark – Brodnica. Brak ruchu na tej trasie stanowi dotkliwą lukę w sieci połączeń kolejowych. Linia mogłaby połączyć liczącą 29 tys. mieszkańców Brodnicę z magistralą Trójmiasto – Warszawa, zapewniając dojazd do stolicy w konkurencyjnym dla samochodu czasie niespełna trzech godzin. Składające wniosek władze powiatu działdowskiego zwracały ponadto uwagę na potencjał linii związany z możliwością powiązania południowo-zachodnich Mazur z Toruniem.
Leżący w województwie warmińsko-mazurskim powiat działdowski – granicząc od południa z województwem mazowieckim oraz od zachodu z województwem kujawsko-pomorskim – dostrzega potrzeby związane z dojazdami do sąsiednich regionów, lecz nie był w stanie wygospodarować pieniędzy na opracowanie wstępnego studium planistyczno-prognostycznego. W tej sytuacji koncepcja rewitalizacji linii Działdowo – Brodnica wypadła z programu Kolei Plus.
Starostwo w Działdowie nie otrzymało wsparcia ze strony samorządów województw warmińsko-mazurskiego oraz kujawsko-pomorskiego. Nie wykazują one zainteresowania przywróceniem do życia łączącej je linii Działdowo – Brodnica, z której połączenia regionalne zniknęły pod koniec 2004 r. Od tego czasu oba regiony spina jedynie główny ciąg Olsztyn – Toruń. Pokazuje to, że samorządy wojewódzkie, koncentrując się na połączeniach istotnych z punktu widzenia stolic regionów, zapominają o potrzebach mieszkańców innych obszarów, zwłaszcza leżących na peryferiach.
Brakujący fragment
Samorząd województwa warmińsko-mazurskiego od początku był sceptycznie nastawiony do programu Kolej Plus, zaznaczając w oficjalnych stanowiskach, że „większe szanse na pozyskanie dofinansowania mają bogatsze samorządy kosztem tych mniej rozwiniętych”. Mimo to władze Warmii i Mazur zgłosiły do Kolei Plus swoje koncepcje. Jedna z nich dotyczyła rewitalizacji 28-kilometrowego odcinka Szymany – Chorzele. Stanowi on brakujący fragment między zmodernizowanym ciągiem Olsztyn – Szczytno – Szymany Lotnisko a obecnie przywracanym do życia odcinkiem Ostrołęka – Chorzele w województwie mazowieckim. Spółka PKP PLK w wewnętrznej analizie złożonych wniosków odnotowała nawet, że zrealizowanie tej koncepcji nie tylko pozwoli na scalenie ciągów objętych inwestycjami z Regionalnych Programów Operacyjnych w dwóch województwach, ale także odtworzy najkrótszą trasę z Olsztyna do Białegostoku Nawiasem mówiąc, PKP Intercity ogłosiło, że ma w planach uruchomienie połączeń Olsztyn – Szczytno – Ostrołęka – Białystok. Pozostaje jednak pytanie, kiedy parametry infrastruktury na styku województw warmińsko-mazurskiego i mazowieckiego pozwolą na uruchomienie takich pociągów.
Ostatecznie bowiem władze Warmii i Mazur nie zleciły opracowania wstępnego studium planistycznego-prognostycznego dla odcinka Szymany – Chorzele i koncepcja wypadła z Kolei Plus.
Bez efektu sieciowego
W rządowej uchwale ustanawiającej program Kolej Plus zaznaczono, że jego celem „jest uzupełnienie sieci kolejowej o połączenia miejscowości o populacji powyżej 10 tys. osób, które nie posiadają dostępu do kolei pasażerskiej lub towarowej, z miastami wojewódzkimi”. Spółka PKP PLK w wytycznych naboru doprecyzowała nawet, że dofinansowaniem z programu mogą zostać objęte tylko ciągi prowadzące do miast, w których znajduje się urząd wojewódzki lub sejmik województwa.
Przez ten wymóg część istotnych linii znalazła się na straconej pozycji. Nieczynna linia Skoczów – Bielsko-Biała, która nie prowadzi do wojewódzkich Katowic, trafiła jedynie na listę rezerwową. Nie pomogło to, że wnioskujące do Kolei Plus stowarzyszenie gmin i powiatów Aglomeracja Beskidzka argumentowało, że rewitalizacja tego ciągu poprawi powiązanie Śląska Cieszyńskiego z Krakowem, a więc stolicą sąsiedniego województwa.
Część samorządów skupiła się jedynie na wymogu połączenia do stolicy województwa, ignorując możliwości rozwoju sieci połączeń w większej skali. Na listę podstawową trafiła zgłoszona przez samorząd województwa wielkopolskiego koncepcja reaktywacji połączeń do Śremu, ograniczająca się do rewitalizacji 20-kilometrowego odcinka z tego miasta do Czempinia na linii Wrocław – Poznań. To starczyło do spełnienia wymogu skomunikowania z miastem wojewódzkim. Tymczasem nieczynna linia w Śremie w drugą stronę wybiega w kierunku węzła w Jarocinie, gdzie zbiegają się linie z Poznania, Gniezna, Ostrowa Wielkopolskiego, Krotoszyna i Leszna.
Linia Jarocin – Gostyń – Leszno również została zgłoszona do programu Kolej Plus i również znalazła się na liście podstawowej. Koncepcja rewitalizacji nie obejmuje jednak całej linii, lecz sprowadza się tylko do fragmentu między Gostyniem a Lesznem.
Nieobjęte programem Kolej Plus odcinki Śrem – Jarocin i Gostyń – Jarocin pozostaną nieprzejezdne. Ich udrożnienie pozwoliłoby skomunikować Śrem i Gostyń ze wschodnią Wielkopolską, zapewniając przy tym efekt poprawy spójności sieci kolejowej poprzez odtworzenie powiązań między węzłami.
Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk nie traci jednak dobrego samopoczucia. W czerwcu 2022 r. na Kongresie 590 stwierdził: „Polska jest uważana za wzór w rozwoju spójnej sieci komunikacyjnej”.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3-4/119, maj-sierpień 2022); http://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski.
przez Alex Gallo-Brown | środa 6 lipca 2022 | opinie
Czy poznanie historii walk pracowniczych daje nam nadzieję na dobrą kondycję związków zawodowych w przyszłości?
Zorganizowany ruch pracowniczy ma obecnie w USA swoje pięć minut. Tylko w ciągu ostatniego półrocza bariści z ponad 200 kawiarń Starbucks stworzyli oficjalne struktury związkowe, pracownicy działu IT z „The New York Times” utworzyli największą jednostkę związkową pracowników technologii cyfrowych w kraju, a także, pomimo sprzeciwu ze strony największego na świecie detalisty, pracownicy „centrum realizacji” w Staten Island przegłosowali utworzenie pierwszego w Stanach Zjednoczonych związku zawodowego w Amazonie.
To tylko kilka historii ze świata pracy, które trafiły do wiadomości głównego nurtu. Po dziesięcioleciach ustępowania pola, amerykańscy pracownicy wydają się rozpoczynać walkę z niewystarczającymi na życie płacami, niskimi świadczeniami i skonsolidowaną władzą korporacji.
To jeden ze sposobów interpretacji nawału ostatnich wydarzeń. Sceptycy mogą wskazywać na dane, które pokazują, że związki zawodowe w USA w 2021 r. mają mniej oficjalnych komisji zakładowych niż rok wcześniej, albo że w zeszłym roku poziom uzwiązkowienia nadal obniżał się według tej samej trajektorii spadkowej, jaką widzimy od dziesięcioleci. Inni twierdzą, że bezzębne amerykańskie prawo pracy w połączeniu z międzynarodowymi korporacjami (na przykład Starbucks obsługuje ponad 9000 lokalizacji w samych Stanach Zjednoczonych) oznacza, że poszczególne grupy pracowników prawdopodobnie nie osiągną zwycięstwa w swojej walce bez znaczących zmian w federalnym prawie pracy lub bez masowych akcji protestacyjnych – lub bez obu tych rozwiązań naraz.
Mimo tego, zmiana nastawienia do świata pracy jest namacalna. W 2010 roku, gdy pracowałem dla związku w Oregonie, organizującego opiekunów osób niepełnosprawnych, poszedłem do kina, aby obejrzeć „Waiting for Superman”, pozornie liberalny film o edukacji publicznej, który oczerniał związki zawodowe nauczycieli. Dużo mnie kosztowało, żeby nie wstać i nie krzyczeć w stronę ekranu. (Sprawa była dla mnie zarówno osobista, jak i polityczna: moja mama była wieloletnią nauczycielką w szkole publicznej i członkinią związku). W tamtych czasach nie było niczym niezwykłym słyszeć od liberałów, że związki chronią „kiepskich pracowników” lub szefują im skorumpowani cwaniacy. Konserwatyści zaś chcieli je całkowicie zlikwidować.
Obecnie jest inaczej. Badania opinii publicznej pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów opowiada się za związkami zawodowymi, a prezydent demokrata wyraził w sposób nie budzący wątpliwości swoje poparcie dla organizowania się pracowników. Nawet republikanie podjęli temat, proponując projekt ustawy, która stworzyłaby alternatywne, przyjazne dla firm organizacje pracownicze – to co prawda zagrywka niewątpliwie cyniczna, ale stanowi ukłon w stronę rosnącej potęgi pracowników.
Zwrotowi na rzecz świata pracy sprzyjają dziennikarze, z których część zresztą należy do nowej fali uzwiązkowienia pracowników mediów. Autorzy tacy jak Steven Greenhouse, Sarah Jaffe, Dave Jamieson, Edward Ongweso Jr. i Kim Kelly ożywili uśpiony do niedawna przekaz propracowniczy, pisząc fachowe reportaże z ważnych miejsc walki robotniczej. W publikacjach tak różnych, jak „The New York Times”, „Huffington Post”, „Vice” i „Teen Vogue” czytelnicy mogą dziś znaleźć teksty solidaryzujące się z walką pracowników, a nawet chwalące związki zawodowe – choć wcześniej uprzedzenia i interesy często skłaniały te redakcje do wspierania kapitału. Nietrudno sobie wyobrazić, że praca tych reporterów zainspirowała kilka inicjatyw związkowych.
W książce „Fight Like Hell: The Untold History of American Labor” („Walka z piekła rodem: nieopowiedziana historia amerykańskiego świata pracy”) Kim Kelly przedstawia historyczny kontekst walk o sprawiedliwość pracowniczą, których była świadkiem i relacjonowała od lat. Niektóre z historii opisanych w książce Kelly mogą być bliskie osobom, które znają historię oporu świata pracy w USA (strajki pracowników przemysłu odzieżowego na Manhattanie, organizowanie się robotników rolnych w Kalifornii, strajk federalnych kontrolerów ruchu lotniczego), ale autorka koncentruje się na inicjatywach nie tak znanych, których głosy, czy to ze względu na ich marginalizowaną tożsamość, czy zawody, były aktywnie tłumione, jeśli nie całkowicie zapomniane.
Walki pracownic seksualnych czy więźniów otrzymują tu pełne rozdziały, podobnie jak walka osób niepełnosprawnych (to grupa, która obejmuje, jak wskazuje Kelly, około 25% wszystkich dorosłych w Stanach Zjednoczonych). Chociaż nacisk kładzie się na historię, ich wyzwania są wciąż aktualne. Chociaż osadzeni w placówkach penitencjarnych w Północnej Karolinie i Massachusetts (i gdzie indziej) z powodzeniem tworzyli związki zawodowe w latach 70. XX wieku, to prawo zostało im odebrane przez Sąd Najwyższy już w 1977 roku. Wielu niepełnosprawnych pracowników wciąż otrzymuje wynagrodzenie niższe niż minimalne: Kelly wykazuje, że przeciętna niepełnosprawna kobieta w USA zarabia około połowy kwoty zarobków przeciętnego pełnosprawnego mężczyzny.
To poczucie ciągłości między walkami robotników w przeszłości i obecnie jest jednym z najważniejszych aspektów książki Kelly. W rozdziale o pracownikach przemysłu odzieżowego historia młodej ukraińskiej imigrantki-związkowczyni, Clary Lemlich, na Manhattanie z początku XX wieku, poprzedzona jest opowieścią o losach Rosy Flores, strajkującej szwaczki z Chicany w Teksasie, mającej miejsce 60 lat później, co prowadzi do opisu relacji współczesnych robotników w przemyśle odzieżowym w południowej Kalifornii, nadal harujących się za niskie pensje w strasznych warunkach. Przeszłość nie jest martwa. Bo to nawet nie jest przeszłość.
Kilka dni temu, spacerując po dzielnicy Beacon Hill w Seattle, zaledwie kilka mil od biura związku, gdzie dwóch filipińskich pracowników wytwórni konserw, Silme Domingo i Gene Viernes, zostało zamordowanych za działalność propracowniczą w 1981 r., pomyślałem, jak niewiele epizodów z dziejów świata pracy trafia do narracji głównego nurtu – co jest dziwne, gdy się nad tym zastanowić, ponieważ ogromna większość Amerykanów to klasa robotnicza. Niedługo potem otrzymałem telefon od sprzedawcy w sklepie z narzędziami, który chciał uzyskać informacje na temat możliwości organizowania się w związkach. Widział, że pracownicy Starbucksa to zrobili i pomyślał, że może on i jego współpracownicy też by mogli.
Organizowanie się jest zaraźliwe. Czy jest dla nas zaskoczeniem, że klasa posiadająca woli, abyśmy zapomnieli o własnej historii? Czytając książkę Kelly zastanawiałem się, kto z obecnej fali związkowej zostanie uwieczniony przez historyków świata pracy – którzy bariści, którzy pracownicy magazynów, które stewardesy i kasjerki. Ale to złe pytanie, uznałem. Lepiej zastanowić się nad ruchami, które będą inspirować ci nowi pracownicy-organizatorzy. Lepiej pomyśleć o tym, kto będzie następny.
Alex Gallo-Brown
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Yes! Magazine” w maju 2022 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. jotoler from Pixabay
przez redakcja | środa 29 czerwca 2022 | opinie
Śląsk przeżywał przed kilku dniami wielką rocznicę 10-lecia wybuchu trzeciego powstania śląskiego. Rocznica ta dała sanacji asumpt do zorganizowania wielkich i kosztownych uroczystości. Przybył na zaproszenie Wojewody Śląskiego prezydent Rzeczpospolitej i kilku ministrów. Z całej Polski zebrały się także delegacje i poczty sztandarowe. Urządzono obchód z udziałem kilkudziesięciu tysięcy uczestników. Puszczono w ruch każdy odcinek aparatu administracyjnego i każdy fundusz dyspozycyjny, by uroczystość wypadła wspaniale. Istotnie też – obchód przybrał rozmiary wielkie i mógł zaimponować specjalnie zaproszonym dziennikarzom zagranicznym.
Prosty lud śląski stał jednak na uboczu, odgrywając rolę biernego widza. Polska Partia Socjalistyczna, Narodowa Partia Robotnicza i Korfanty, a więc te partie, które stanowiły trzon walki o Górny Śląsk, nie brali zupełnie udziału w tych uroczystościach, ze względów zrozumiałych.
Nie o taką Polskę walczyliśmy, jaka jest obecnie. Walczyliśmy o Polskę demokratyczną, gwarantującą każdemu wolności obywatelskie, o pracę i chleb dla naszych rodzin.
Rocznicę decydującego o losach Górnego Śląska etapu nadużyto do bardzo poziomych celów, do wychwalania zasług ludzi, którzy odgrywali małą wówczas rolę na Śląsku, przypinając tymże wszystkie zasługi dokoła zjednoczenia Górnego Śląska z Macierzą. Wydawano specjalne broszurki i jednodniówki, mające udowodnić, że grupa wojskowa jedynie i wyłącznie przyczyniła się do wybuchu trzeciego powstania, które zaważyło tak decydująco na uchwale Rady Ambasadorów w Paryżu, że sztab bielszowicki mógł cały Śląsk zdobyć dla Polski, gdyby nie złośliwość i upór Korfantego, który nakazał przedwczesną likwidację powstania. Według tych broszurek największą zasługę posiada szef sztabu grupy Wschód Borelowski-Grażyński.
W niniejszym artykule nie chcemy roztrząsać, kto ma większe zasługi, czy Korfanty, czy też Grażyński. Chcemy się tylko zapytać robotników śląskich: Kto podczas plebiscytu czy III powstania słyszał o Borelowskim-Grażyńskim? Ta kłótnia, kto ma większe zasługi, mało nas interesuje. Historia stwierdzi to kiedyś obiektywnie bezlitośnie, a niejedna legenda runie w pył zapomnienia. Pozostaną tylko fakty udowodnione.
Na bezstronnym widzu, szczególnie na robotnikach, kłótnia ta musiała wywrzeć wstrząsające wrażenie. Oto klasa robotnicza, która złożyła olbrzymią daninę ofiar mienia i krwi dla wielkiej sprawy, ginie w odmętach kryzysu i bezrobocia, zapada na choroby proletariackie, spowodowane niedożywianiem się, marnuje się duchowo i fizycznie, głoduje całymi latami, a na tych gruzach ludzkich nadziei, na tej górze ludzkich rozczarowań i rozpaczy urządzono jarmarczną reklamę dokoła osób rzekomo najwięcej posiadających zasług. Zaiste widowisko, któremu trudno dać nazwisko!
Przypisywanie tej lub innej osobie więcej lub mniej zasług – jest fałszowaniem historii. Ani jeden z tych panów, którzy tyle hymnów pochwalnych nawypisywali o sobie, nie wspominał ani słowem o tym, że walkę decydującą o Górny Śląsk rozpoczęli, prowadzili i zapłacili robotnicy. Wstępem o olbrzymim i decydującym znaczeniu do ostatniego etapu walki o Górny Śląsk był – strajk generalny, który wybuchł na całym terenie przemysłowym Górnego Śląska. Na pierwszą wiadomość o krzywdzącej Polskę decyzji Komisji Alianckiej w Opolu wybuchł strajk prawie na wszystkich kopalniach i hutach i to już 2 maja 1921. Olbrzymi udział robotników w akcji powstańczej wynika już z tego, że po wydaniu hasła powrotu do pracy w przemyśle, nie było robotników, bo siedzieli na froncie. Dopiero po 4 tygodniach walk wróciło około 60 proc. załogi do pracy i to wyraźny rozkaz naczelnej Komendy Wojskowej Górnego Śląska, a produkcja wynosiła zaledwie 50 proc. produkcji przedpowstaniowej.
Już 2 maja nadeszła z Opola następująca wiadomość o wrażeniu strajku generalnego w kołach koalicyjnych:
Opole, 2. maja. Komisja Koalicyjna jest zaskoczona wypadkami i rozszerzaniem się strajku generalnego i postanowiła donieść o żywiołowym wybuchu ludu śląskiego Radzie Najwyższej.
Dalsza wiadomość z Londynu brzmi: Rada Najwyższa otrzymała raport Komisji Międzysojuszniczej w Opolu w sprawie podziału Górnego Śląska. Obrady nad tym raportem odłożono do czasu otrzymania wiadomości o nastrojach ludności górnośląskiej.
Na wielu kopalniach powzięły rady załogowe rezolucje protestujące przeciwko krzywdzącej uchwale Komisji Alianckiej (uchwała ta dawała Polsce tylko powiaty Rybnik, Pszczyna i skrawek powiatu katowickiego).
Następnie utworzono Wydział Wykonawczy, składający się z Korfantego i przedstawicieli PPS i NPR. Wydział ten decydował o wszystkich posunięciach politycznych, gospodarczych i wojskowych.
Oparcie swe miał Wydział Wykonawczy na związkach zawodowych PPS i NPR – Centralny Związek Zawodowy Polski [działająca na Górnym Śląsku autonomiczna socjalistyczna centrala związkowa zrzeszająca różne branże, na szczeblu ogólnopolskim związana z Centralą Klasowych Związków Zawodowych, bliską PPS – przyp. redakcji Nowego Obywatela] i Zjednoczenie Zawodowe Polskie.
Ta solidarność prostego ludu śląskiego i ogromna ofiarność z jego strony doprowadziły do anulowania pierwszej uchwały Komisji Koalicyjnej i do wszczęcia układów tej Komisji z Komitetem Wykonawczym, którego przedstawicielem był Korfanty.
W jednej z broszurek sanacyjnych znajdujemy zarzut pod adresem Komitetu Wykonawczego, że podjęcie rokowań z Komisją Koalicyjną i likwidacja powstania były błędem i uderzeniem sztyletu w plecy Komendy Wojskowej.
Jest to fałsz. Każdy, kto brał udział wówczas w akcji, wie, że rozpoczęcie tych rokowań było ratunkiem wobec załamującego się frontu powstańczego. Niemiecki Selbstschutz zaczynał coraz więcej napierać na polskie oddziały i gdyby nie interwencja Le Ronda i jego propozycja utworzenia pasa neutralnego pomiędzy walczącymi stronami powstanie zakończyłoby się klęską, klęską decydującą.
Lloyd George groził nawet wezwaniem armii niemieckiej do zrobienia porządku na Śląsku, a przeszkodził temu jedynie Briand, który oświadczył, że Francja nie ścierpi wkroczenia armii niemieckiej na teren plebiscytowy. Byliśmy wówczas od wojny polsko-niemieckiej oddaleni o włos.
Kto dzisiaj chce twierdzić, że powstańcy mogli maszerować aż za Opole, ten albo blaguje, albo nie posiada żadnego poczucia odpowiedzialności. Tak, byliby maszerowali, ale do Oświęcimia, jak po I powstaniu.
Wszystko są to jednak szczegóły, które ustali historia. Dla nas jest jednak ważne, by dziś ci, którzy strajkowali i przelewali krew dla wielkiej sprawy, mieli pracę i chleb i by czuli obywatelami.
W rocznicę 10-lecia III powstania należało zatem w imię zobowiązań zaciągniętych wobec poległych w powstaniu zacząć realizację tych zobowiązań.
Nie orderów chce robotnik śląski! Ale pracy, chleba i swobody obywatelskiej!
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Gazecie Robotniczej” nr 90, Katowice, 10 maja 1931. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Czasopismo to było organem prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim. W okresie, gdy ukazał się powyższy tekst, redaktorem naczelnym (i prawdopodobnym autorem tekstu) był Henryk Sławik – wieloletni działacz PPS, uczestnik wszystkich powstań śląskich, w II RP działacz związkowy, socjalistyczny radny Katowic i poseł Sejmu Śląskiego, podczas II wojny światowej zaangażowany w ratowanie Żydów, zamordowany przez hitlerowców, pośmiertnie odznaczony tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata oraz Orderem Orła Białego.
Grafika w nagłówku tekstu: obraz Juliusza Marcisza „Wkroczenie wojsk powstańczych do Zabrza w 1921 r.”, 1971.
przez Jan Przybylski | niedziela 26 czerwca 2022 | opinie
Ostatnie tygodnie przyniosły bezprecedensowe w historii, a co najmniej po 1989 przyśpieszenie programów modernizacji sprzętowej Wojska Polskiego oraz jego rozwoju strukturalnego.
Resort obrony uruchomił procedury mające prowadzić do zakupu kolejnych – obok już zamówionych – baterii systemów przeciwrakietowych/przeciwlotniczych Patriot oraz systemów artylerii rakietowej HIMARS, w tym przypadku deklarując zainteresowanie ogromną ich liczbą. Podjęto decyzję o wdrożeniu „pomostowej”, tymczasowej wersji systemu OPL „Narew” opartego o brytyjskie pociski CAMM. Wyprawa ministra (obecnie już wicepremiera) Mariusza Błaszczaka do Korei Południowej zaowocowała twardą deklaracją w sprawie czołgów K2 oraz sygnałami znaczącego zainteresowania uzbrojeniem należącym do innych asortymentów. Wybrano projekt, na podstawie którego zostaną zbudowane fregaty w ramach programu „Miecznik”. Ogłoszono plan zakupu śmigłowców AW149. Złożono kolejne zamówienia w przemyśle krajowym. Last but not least, Wojska Lądowe mają zyskać dwie kolejne dywizje (obecnie mają ich cztery). Wszystko to rozgrywa się w kontekście wojny obronnej Ukrainy i skłania do zadawania pytań.
Krótkie omówienie najlepiej zacząć od obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej. Jej kluczowy charakter po raz kolejny wykazała wojna ukraińska. Obrońcy byli w stanie w znaczący sposób ograniczyć aktywność rosyjskiego lotnictwa, które nie było zdolne zapewnić przykrycia rajdu na Kijów, a skutkiem stało się jego fiasko. Nie potrafiło też sparaliżować ukraińskiej infrastruktury i dokonać izolacji pola walki. Zestawy OPL, działając w funkcji przeciwrakietowej, ograniczają też bowiem skutki uderzeń taką bronią. W istocie rosyjskie siły powietrzne osiągają względną skuteczność wyłącznie, gdy działają znad kontrolowanego przez siebie terytorium i przy statycznym przebiegu walk. Poniosły przy tym istotne straty – co najmniej 34 zniszczone lub uszkodzone w stopniu wykluczającym naprawę samoloty bojowe, w tym 10 Su-34, 5 Su-30SM i 1 Su-35, stanowiące najnowszą generację sprzętu eksploatowanego w regularnych jednostkach.
Ukraińska obrona przeciwlotnicza wyższych pięter była przed rozpoczęciem konfliktu znacznie silniejsza liczebnie i o półtorej generacji nowocześniejsza niż polska. Rzeczpospolita nie dysponuje ani jednym względnie nowoczesnym systemem średniego zasięgu klasy S-300. Również na niższych piętrach eksploatowane przez Ukraińców Buki i Tory są znacznie nowocześniejsze i skuteczniejsze od używanych w Polsce S-125, Kubów i Os. Konfrontacja polskiej obrony przeciwlotniczej (poza najniższym piętrem tworzonym przez Gromy i Pioruny oraz ich samobieżne pochodne) z rosyjskim lotnictwem wyglądałaby o wiele gorzej niż w przypadku Ukrainy. Można przypuszczać, że wręcz tragicznie. Tymczasem dotychczas jedynym światełkiem w tunelu była podpisana w roku 2018 w ramach I fazy programu „Wisła” umowa na dostawę dwu baterii systemów Patriot wraz z towarzyszącymi systemami. Mają one trafić do Polski w tym roku.
Na jałowym biegu toczyły się natomiast negocjacje dotyczące II fazy: sześć baterii w docelowej konfiguracji z radarem kierowania ogniem mającym zdolność obserwacji w zakresie 360 stopni, ponownie systemy towarzyszące, w tym polski radar wstępnego wykrywania celów pracujący w paśmie metrowym P-18PL. Jako podstawowe problemy wskazywano ogromne koszty (umowa na I fazę opiewała na 23 miliardy złotych, II fazę szacuje się na ok. 40 miliardów), problemy z wynegocjowaniem pożądanego udziału krajowego przemysłu, a nawet faktyczny brak woli dokonania tego zakupu przez MON. Według jednej z krążących hipotez resort chciał pozyskać przede wszystkim awangardowy system dowodzenia obroną przeciwlotniczą IBCS, umożliwiający spięcie wszystkich godnych podłączenia doń środków wykrywania i efektorów w jedną ogromną sieć, w której w istocie Patrioty należące do „Wisły”, baterie „Narwi” i inne systemy zadaniowe tracą odrębność, ponieważ dane do naprowadzania rakiet „Narwi” może wypracowywać radar Patriota, z kolei rakiety PAC-3 może obsługiwać w ten sam sposób w jednym momencie stary radar S-125, a w innym… myśliwiec F-35. W tym ujęciu dwie baterie I fazy miałyby być tylko zabezpieczeniem pewnej minimalnej zdolności, wtórnym wobec głównego celu.
Stało się jednak inaczej i 24 maja MON wystosował do czynników amerykańskich formalny Letter of Request w sprawie II fazy. Baterie miałyby zostać dostarczone w latach 2026–2028.
Nie mniej istotna jest decyzja definitywnie przesądzająca wybór oferowanych przez brytyjski koncern MBDA pocisków rodziny CAMM jako efektorów systemu OPL krótkiego zasięgu „Narew”. Podpisana 14 kwietnia umowa wykonawcza przewiduje dostawę w najbliższym czasie dwóch jednostek ogniowych (tworzących łącznie ekwiwalent baterii) systemu CAMM z „przejściową” mobilną stacją radiolokacyjną „Soła”. Pierwsza jednostka ma zostać dostarczona jeszcze we wrześniu, druga na przełomie roku bieżącego i przyszłego. Otworzyłoby to drogę do realizacji całościowego zamiaru wyposażenia WP w 23 baterie „Narwi”, już w docelowej konfiguracji z radarem kierowania ogniem „Sajna”, pociskami CAMM-ER jako efektorami, ponownie radarem P-18PL, a wszystko to funkcjonowałoby w ramach systemu IBCS. Koszty realizacji tych planów należy szacować na nie mniej niż 60 miliardów złotych, przy czym z uwagi na zamiar daleko idącej polonizacji również pocisków bardzo duża tej kwoty miałaby przejść przez krajowy przemysł.
Wybór CAMMów ma jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Dotychczasowe pociski tej rodzimy mają zasięg 25 km w wersji podstawowej i 45 km w wariancie ER. Z kolei system Patriot strzela niezwykle drogimi (5–6 milionów dolarów) pociskami PAC-3 MSE, których użycie najrozsądniej byłoby ograniczyć do strącania rakiet balistycznych czy hipersonicznych. Wypełnieniem luki w zakresie zwalczania celów aerodynamicznych na większych odległościach miał być pierwotnie tzw. Low Cost Interceptor systemu Patriot. W czasie negocjacji I fazy „Wisły” jako potencjalne rozwiązanie wskazywano pocisk SkyCeptor, stanowiący wariant izraelskiego David’s Sling. Z uwagi na niezadowalające wyniki rozmów dotyczących polonizacji, a także być może problematyczne relacje z Izraelem, koncepcję tę odrzucono. Wyjściem z sytuacji ma być kolejny wariant CAMMa, określany roboczo jako CAMM-LR, o zasięgu zwiększonym do 80–100 km, który miałby zostać opracowany już z udziałem polskiego przemysłu. Kwestia, czy stosowne wyrzutnie wchodziłyby w skład baterii Patriotów, czy też stanowiły element „Narwi”, jest w kontekście systemu IBCS de facto pozbawiona znaczenia innego niż ewidencyjne.
Skala zamiarów jest zatem ogromna, a ich realizacja będzie miała duże znaczenie dla polskiej obronności jako całości. Pewne „powszednie” uzupełnienie stanowi informacja z ostatnich dni o zamówieniu 3500 zestawów Piorun, które m.in. uzupełnią stany po wysłaniu znacznej liczby tych systemów na Ukrainę.
Pod koniec maja ogromne zdumienie obserwatorów wywołała natomiast upubliczniona przez MON informacja o wystosowaniu Letter of Request dotyczącego kolejnych systemów artylerii rakietowej HIMARS. Co prawda dalsze zakupy były oczekiwane po zawarciu na początku roku 2019 umowy dotyczącej pozyskania jednego dywizjonu (18 wyrzutni bojowych, 2 szkolne, pociski GMLRS o zasięgu 70 km, w rozwijanych wariantach 150 km, i ATACMS o zasięgu do 300 km, wozy dowodzenia i inne pojazdy, wartość 1,5 miliarda złotych). Jednak ogłoszona przez resort skala planów jest szokująca. Dotyczą one bowiem aż 500 wyrzutni. Za czasów Antoniego Macierewicza planowano 160 wyrzutni, jego następca podpisał wspomnianą niewielką umowę – i temat ucichł.
W kontekście toczącej się wojny nikt przytomny nie kwestionuje oczywiście decydującego znaczenia artylerii lufowej i rakietowej dla powodzenia walk na lądzie. Jednak w kontekście ujawnionej wielkości potencjalnego zamówienia sceptycyzm dotyczy zdolności WP do rozbudowy struktur, które wchłoną planowany sprzęt. A także, oczywiście, kosztów. Wystarczy powiedzieć, że realizacja przedstawionych zamiarów uczyniłaby z WP drugą po Stanach Zjednoczonych siłę w NATO w zakresie artylerii rakietowej.
Warto nadmienić, że resort deklaruje również integrację HIMARSów z krajowym systemem zarządzania walką i wysoki stopień polonizacji, sięgający lokalnej produkcji wybranych rodzajów pocisków rakietowych po pozyskaniu od Amerykanów stosownej technologii. Trudno wyrokować na temat możliwości realizacji tego celu, jednak skala czyniąca z Polski największego odbiorcę systemu HIMARS w tym przypadku powinna par excellence sprzyjać.
Nie mniej istotna jest klasyczna artyleria lufowa. Aktualne plany MONu dotyczą negocjacji z Hutą Stalowa Wola zakupu kolejnych 48 armatohaubic samobieżnych 155 mm Krab. Po odliczeniu 18 dział przekazanych Ukrainie podniosłoby to ich planowaną liczbę do ponad 150. W kontekście skali zamówienia na systemy artylerii rakietowej można mniemać, że i ta liczba jest daleka od docelowej. Dość powiedzieć, że Korea Południowa wcieliła do swojej armii aż 1200 porównywalnych i spokrewnionych poprzez podwozie armatohaubic K9. Jeżeli zatem całość zamiarów MONu nie rozbije się o rafy finansowe i/lub polityczne, można niebezzasadnie oczekiwać w jakiejś perspektywie materializacji zapowiedzi Antoniego Macierewicza, który w charakterystycznym dla siebie stylu zapowiadał podczas parafowania umowy na zakup 120 Krabów, że efektywnie zostanie ich zamówionych „nieporównanie więcej”. Resort powinien oczywiście myśleć intensywnie nad ewolucją tego systemu, który, choć na obecną chwilę jest zadowalająco nowoczesny, ma już swoje lata i powinien zyskiwać większe zdolności, takie jak pełna automatyzacja ładowania umożliwiająca wzrost szybkostrzelności nawet o połowę czy perspektywicznie dłuższa lufa i większa komora nabojowa zapewniające większą donośność. Przemysł od dłuższego czasu sugeruje zresztą rozmaite rozwiązania rozwojowe.
Z Wojskami Artyleryjskimi i Rakietowymi wiąże się również zawarta z krajową spółką WB Electronics umowa na dostawę czterech bateryjnych modułów bezzałogowych systemów poszukiwawczo-uderzeniowych nazwanych Gladius. Ma on szanse stanowić zaczyn wyniesienia na wyższy poziom sprawności dowodzenia, wykrywania i niszczenia celów.
Ujawnione skutki wizyty ministra Błaszczaka w Korei Południowej dotyczą przede wszystkim wojsk pancernych i zmechanizowanych. Resort ogłosił zamiar negocjacji ukierunkowanych na nabycie oferowanych przez tamtejszy przemysł czołgów K2. Według informacji emitowanych półoficjalnie przez resort do obiegu dziennikarskiego, chodzi o pozyskanie 58–116 pojazdów, które można określić umownie jako K2PL pierwszej fazy. Miałyby być one częściowo spolonizowane (przynajmniej polskie elementy wyposażenia, takie jak kamery termalne, łączność czy karabiny maszynowe) i co ważne w znacznym stopniu dopancerzone (słabe opancerzenie jest określane jako pięta achillesowa K2 w warunkach innych niż specyficzne z uwagi na górzysty teren koreańskie). Po nich WP miałoby zasilić od 180 do nawet 500 umownych K2PL drugiej fazy, z jeszcze lepszym opancerzeniem, izolacją amunicji od załogi, i co ważne wytwarzanych już w kraju, oczywiście ze znaczącym udziałem koreańskich elementów.
Plany te są przyjmowane raczej jednogłośnie z zadowoleniem. K2 jest co prawda wciąż klasycznym czołgiem III generacji powojennej, jednak skutki wojny zapewne znacznie opóźnią oraz ograniczą i tak borykający się z poważnymi problemami technicznymi program rosyjskiego wozu IV generacji T-14 Armata. Z kolei zachodnioeuropejskiemu programowi MGCS grozi wykolejenie się z powodu rozbieżnych wymagań udziałowców. W tej sytuacji współpraca z Koreą, dająca czołg zadowalająco nowoczesny dziś i w perspektywie najbliższych dekad, wydaje się rozwiązaniem optymalnym. W szczególności w kontekście, jak się wydaje, sporej gotowości do transferu technologii, dobrych dotychczasowych doświadczeń ze współpracy (vide licencyjne koreańskie podwozie Kraba), a także perspektywiczności partnera, który w przypadku czołgów nie powiedział ostatniego słowa i wiele wskazuje na to, że w kolejnych latach pojawi się pojazd IV generacji – K3, w przypadku powodzenia współpracy przy K2PL być może KPL3, a może jeszcze inaczej…
Należy bowiem uwzględniać również perspektywę potrzeb modernizacji powojennej armii Ukrainy. Trudno oczekiwać, aby odbudowywany po zniszczeniach przemysł miał kontynuować wywodzącą się jeszcze z głębokich czasów sowieckich linię czołgu Opłot. Koreańskie rozwiązania trafią na Ukrainę w Krabach, podarowanych i zamówionych. Podobnie może stać się z czołgami. Koprodukowany przez Ukrainę K2PL w docelowej postaci, a później jego następca opracowany wspólnie przez trzy kraje, z udziałem również mających niebagatelne doświadczenie konstruktorów ukraińskich, nie wydaje się zupełną fantazją.
Znacznie bardziej doraźną kwestią jest potencjalne przekazanie Wojsku Polskiemu przez Stany Zjednoczone około 300 pojazdów M1A1 w nieokreślonej zmodernizowanej wersji jako rekompensata za przekazanie Ukrainie ok. 240 czołgów T-72M1/M1R, a być może niedługo również PT-91.
Kontrowersji nie wzbudziło również omawianie z Koreańczykami kwestii nowego podwozia kołowego transportera opancerzonego/bojowego wozu piechoty. Co prawda Rosomak jest oceniany bardzo wysoko jako pojazd, ponieważ wdrożenie całego systemu, którego sam KTO jest tylko jednym z elementów, było sukcesem najwyżej umiarkowanym – z przyczyn jednak zupełnie niezależnych od konstrukcji jako takiej. Jednak niekorzystne umowy licencyjne, zawierane w przeszłości, dały fińskiej Patrii promującej kosztem AMV/Rosomaka swój kolejny produkt, AMV XP, przesadnie mocną pozycję negocjacyjną. Jej nierozsądne nadużywanie sprawiło, że Finowie stali się w MON personami non grata. Sięgnięcie zatem czy to po licencję na koreańskiego K808, czy nową platformę opracowaną w uwzględnieniem polskich wymagań, stanowić może optymalne wyjście z trudnej sytuacji spowodowanej koniecznością wygaszenia produkcji Rosomaka.
Odmiennie przedstawiała się jednak sprawa zainteresowania koreańskimi gąsienicowymi bojowymi wozami piechoty. Krajowy przemysł opracował znajdującego się w końcowej fazie prób wojskowych Borsuka z wieżą ZSSW-30. Ogłoszenie przez resort zamiaru uzupełnienia go konstrukcją importowaną o lepszym opancerzeniu wywołało kąśliwe komentarze. Niedostatki pancerza Borsuka wynikają wprost z narzuconego przez MON wymogu pływalności, do którego przywiązanie, niekoniecznie uzasadnione aktualnymi warunkami hydrologicznymi kraju, jest krytykowane od dawna. Tym większe było zaskoczenie przeciekami wskazującymi, że z Korei miałyby trafić do WP pojazdy K21, również pływające i opancerzone gorzej niż Borsuk, mniej od niego nowoczesne, uzbrojone w dość archaiczną armatę 40 mm Boforsa, bardzo blisko spokrewnioną z działem używanym w WP do 1939 (w skrajnej wersji używane, z zapasów Armii Republiki Korei). Byłby to ciężki absurd, potencjalnie podważający pozycję Borsuka. Jednak kolejne przecieki wskazują na przeniesienie zainteresowania na wskazywany jako drugą opcję pojazd AS21 – przygotowaną na potrzeby przetargu australijskiego daleką wersję rozwojową K21, istotnie już znacznie lepiej opancerzoną. W przypadku wyposażenia tego wozu w polską wieżę ZSSW-30 byłoby to rozwiązanie już nie tak złe – acz w dość jaskrawej sprzeczności z deklaracjami resortu dotyczącymi zamiaru szybkiego zakupu, wymagające kilku lat oczekiwania na dostawę. Podobny czas zapewne trzeba by czekać na opracowanie krajowej ciężkiej platformy gąsienicowej spokrewnionej z Borsukiem…
Również kontrowersyjne są informacje o możliwości importu z Korei systemów artyleryjskich – podwozi do Krabów, co mogłoby być jeszcze usprawiedliwione planami znaczącego zwiększenia ich liczebności w koniunkcji z zamówieniem ukraińskim, lub wręcz gotowych kompletnych K9. Przy maksymalnej otwartości na współpracę z perspektywicznym partnerem należy w pierwszym rzędzie dbać o interes krajowego przemysłu – chyba że w grę wchodzą kwestie strategiczne wymagające niezwłocznego działania.
Jednak nawet ewentualny zakup K21 nie był szczytowym punktem kontrowersji. Tu palma pierwszeństwa należy się bezwzględnie jeszcze nieformalnej koncepcji zakupu koreańskich samolotów FA-50. Chodzi o najbardziej bojowy wariant szkolno-bojowej rodziny Golden Eagle, opracowanej przez KAI ze znaczącym udziałem amerykańskiego Lockheeda Martina, co owocuje sporym podobieństwem do F-16. Deklaracje i przecieki wskazują na zainteresowanie MONu tą maszyną jako następcą Su-22 – jednak eksploatowana liczba 18 sztuk nie usprawiedliwiałaby zakupu nowej, tylko podobnej do F-16 konstrukcji. W obiegu pojawiają się zatem liczby nawet większe, nawet 64 maszyny dla 4 eskadr, z… produkcją licencyjną w Polsce. Oczywiście można zasadnie uznać, że docelowa liczba 80 samolotów bojowych na stanie SP (32 F-35, 48 F-16) jest za mała. Analizy z czasów zakupu F-16 wskazywały na potrzebę posiadania 160–192 samolotów.
Jednak FA-50 jest bardzo „kulawym” wielozadaniowym samolotem bojowym. Napędza go silnik o ciągu ledwie 61% jednostki F-16, wskutek czego masy startowa i przenoszonego uzbrojenia oraz równie ważnego wyposażenia rozpoznawczo-celowniczego są proporcjonalnie mniejsze niż w przypadku Jastrzębi. Prędkość maksymalna tej maszyny wynosi 1,5 Ma (Jastrząb – 2,0 Ma), co poważnie utrudnia wykorzystanie parametrów przestrzennych uzbrojenia rakietowego, nawet jeśli wersja Block 20 FA-50 będzie już przenosiła AMRAAMy. Mniejszy samolot to także mniejszy radar o gorszych parametrach. Przy tym FA-50 nie ma parametrów obniżonej wykrywalności. W koreańskim lotnictwie, którego głównym przeciwnikiem jest archaiczne lotnictwo Północy, ma swoją niszę, poza tym może być maszyną sensowną dla krajów Trzeciego Świata. Jednak trudno oczekiwać jego powodzenia w konfrontacji z rosyjskim lotnictwem i obroną przeciwlotniczą, nawet we współpracy z F-35. Licencję na rodzinę Golden Eagle należałoby traktować jako świetny pomysł przed dwiema dekadami, w czasie zakupu F-16 – takie przedsięwzięcie mogłoby uratować PZL Mielec…
Jeżeli zatem resort obrony widzi środki na zakup aż takiej liczby FA-50, znacznie lepiej wydać je na mniejszą liczbę maszyn o odpowiednich możliwościach: F-35, F-16V, a jeżeli z Korei – niech będzie to KF-21, którego dostawy mają rozpocząć się w 2026… Na tym tle krytyka zamiaru zakupu w ramach programu „Perkoz” 32 śmigłowców AW149 jest umiarkowana – sprowadza się do refleksji nad sensem tworzenia mikroflot. Wszak MON nabył już należące do tej samej kategorii śmigłowce S-70i Black Hawk…
Marynarce Wojennej ostatnie miesiące przyniosły wybór brytyjskiej (z duńskimi korzeniami) platformy Arrowhead 140 i systemów dla programu „Miecznik”, który ma zaowocować trzema fregatami. Było to rozstrzygnięcie najbardziej oczekiwane z uwagi na brytyjską ofensywę przemysłową w Polsce i strategiczne partnerstwo uwidaczniające się we wspólnym wsparciu walczącej Ukrainy. Program ten jest powiązany z zakupem rakiet CAMM, wskazanych jako główne uzbrojenie przeciwlotnicze, dla fregat szczególnie istotna będzie wersja CAMM-LR. Jeżeli nie pojawią się degradujące zdolności okrętów oszczędności, flota pozyska fregaty nowoczesne i odznaczające się stosownym potencjałem.
Przywoływana wizyta ministra Błaszczaka w Korei dawała pewne nadzieje flocie podwodnej. Wskazywano na przeznaczone do rychłego wycofania przez dalekowschodnią marynarkę wojenną, zbudowane w latach 90. okręty typu „Jang Bogo” (licencyjny niemiecki 209) jako rozwiązanie pomostowe dla Polski. Dotychczas nie pojawiły się jednak żadne konkrety w tej materii.
Ogólnym kontekstem omówionych planów jest zamiar sformowania dodatkowych dwóch dywizji Wojsk Lądowych. Byłoby to wzmocnienie o 50%, a o 100% wobec stanu sprzed 2018, kiedy rozpoczęto formowanie 18 Dywizji Zmechanizowanej. Sam w sobie plan w kontekście ukraińskim nie jest kontrowersyjny, zasadniczą kwestią są kadry. Wojsko Polskie w istniejącej postaci ma problemy z ich rekrutacją, więc co stanie się przy znaczącym powiększeniu struktur? Należy pamiętać, że same dywizje to nie wszystko, skoro potężnemu rozwojowi ma ulec częściowo wykraczająca poza nie artyleria. Czy dobrowolna służba wojskowa wystarczy do wypełnienia etatów? Czy mimo wszystko wróci koncepcja przywrócenia powszechnej zasadniczej służby wojskowej? A może wyjściem stanie się otwarcie służby kontraktowej w WP dla obcokrajowców? Niezależnie od sformułowania explicite, realnie chodziłoby oczywiście o zaprawionych w boju Ukraińców.
Pozostają kwestie finansowe. Co zupełnie jasne, przedstawione zamiary nie są żadną miarą możliwe do zrealizowania w ramach budżetu MON. Na mocy Ustawy o obronie Ojczyzny powołano Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, który ma przynieść już w latach 2022–23 65,924 miliarda złotych, z czego 54,65 miliarda z emisji obligacji. Nie sposób nie zauważyć, że nie pozostanie to bez wpływu na zadłużenie wewnętrzne i może być podatne na polityczne wahania oraz ogólną sytuację gospodarczą. Otwarte pozostaje pytanie, czy jakieś istotne środki mogą napłynąć ze Stanów Zjednoczonych w ramach domniemanych planów uczynienia z Polski i Ukrainy zbrojnych po zęby plenipotentek Pax Americana w Europie Środkowo-Wschodniej, wspieranych w tym zakresie przez kraje bałtyckie, Rumunię, a także być może już wkrótce należące do NATO Szwecję i Finlandię. Układ ten, przy oczywistym trzymaniu w ryzach Rosji, odsuwałby na boczny tor niegodne zaufania Niemcy.
W tej sytuacji inaczej trzeba byłoby postrzegać np. kwestię zakupu amerykańskich systemów rakietowej. W momencie zawierania pierwszego kontraktu na HIMARSy słusznie narzekano, że jest to rozwiązanie „z półki”, powstające poza krajowym przemysłem, który we współpracy z innym partnerem, np. obiecującym złote góry Izraelem, mógłby zapewnić stosowne rozwiązania. Tymczasem jednak wojna ukraińska naocznie pokazuje znaczenie interoperacyjności. Stany Zjednoczone jako patron sojuszu są w stanie dostarczać amunicję, Izrael nie byłby, a z uwagi na własne interesy polityczne mógłby odmówić wsparcia nawet w ograniczonym zakresie.
Inną, nad wyraz interesującą kwestią, jest komasacja uderzenia inwestycyjnego w krótkim czasie. Rosja ponosi na Ukrainie ogromne straty w sprzęcie i ludziach. Ich bilans nie jest jeszcze zamknięty, a już szacuje się, że odbudowa zdolności do poziomu z końca 2021 może zająć około dekady. W tym czasie zagrożenie konwencjonalne ze strony Rosjan powinno być znikome. I o ile np. obrona przeciwlotnicza nie mogła już dłużej czekać z prostej przyczyny – czeka w istocie 40 lat, jej modernizacja powinna nastąpić już w latach 80. – o tyle w Wojskach Lądowych można by działać znacznie spokojniej, rozkładając procesy na tę dekadę. Czyżby pośpiech wskazywał, że może chodzić nie tyle o oczekiwanie na dalsze ruchy Rosji, a o perspektywę własnych aktywnych działań? Na przykład wiążącą się z udziałem w wyrzucaniu Rosji, osłabionej przez kilka lat przez sankcje i pogrążonej w smucie po śmierci Władimira Putina, do granic z roku 2013… To usprawiedliwiałoby np. zakup gotowych armatohaubic K9 czy nawet bwp K21 z zapasów.
dr Jan Przybylski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Charn Lee from Pixabay