Kryptonit Trumpa: jak postępowcy mogą odzyskać klasę robotniczą

Kryptonit Trumpa: jak postępowcy mogą odzyskać klasę robotniczą

Kryptonit to nieistniejący w rzeczywistości materiał, który pojawia się głównie w opowieściach o Supermanie. W najbardziej znanej formie jest to zielony wytwór mający formę kryształu. Pochodzi z rodzinnej planety Supermana, Kryptonu. Emituje rzadkie, trujące promieniowanie, które może osłabić, a nawet zabić Kryptończyków. Spada na Ziemię jako meteoryt.

Pierwsze tego rodzaju badanie przeprowadzone przez Jacobin, YouGov i Center for Working-Class Politics wykazało, że gospodarczy populizm może pomóc postępowcom zdobyć więcej wyborców z klasy robotniczej.

Co żywo udowodniła niedawna porażka postępowej kandydatki na burmistrza Filadelfii, Helen Gym, kandydaci progresywni – podobnie jak ogólnie Demokraci – nadal siłują się z pozyskaniem wyborców z klasy robotniczej. Postępowcy prawie nigdy nie wysuwają nosa poza ciemnoniebieskie dystrykty, gdzie zazwyczaj odnoszą zwycięstwa w okręgach wyborczych zdominowanych przez klasę średnią. Poza godnymi uwagi wyjątkami z ostatniego okresu, takimi jak John Fetterman w 2022 r., często nie udaje im się skutecznie konkurować na obszarach o dużej liczebności wyborców z klasy robotniczej.

Jednak od 2020 roku przynajmniej niektórzy kandydaci progresywni zaczęli dostrzegać skalę problemu i poświęcać więcej uwagi zwykłym kwestiom gospodarczym, które – jak mają nadzieję – odbiją się echem wśród wyborców z klasy robotniczej i ponownie zaangażują ruch robotniczy.

Centrum Polityki Klasy Robotniczej (CWCP) postrzega swoją pracę jako część tego większego projektu. Naszym celem jest zapewnienie badań, które pomogą postępowcom zwiększyć swoją atrakcyjność wśród wyborców z klasy robotniczej, w nadziei na osiągnięcie naszych wspólnych celów politycznych.

W listopadzie 2021 r., wraz z Jacobinem i YouGovem, CWCP opublikowało wyniki naszego pierwszego oryginalnego eksperymentu ankietowego, którego celem było lepsze zrozumienie, jakie rodzaje postępowych kandydatów, przesłania i polityki są najbardziej skuteczne w przemawianiu do wyborców z klasy robotniczej. [W „Nowym Obywatelu” opublikowaliśmy wówczas polskie tłumaczenie streszczenia tych badań: https://obywatel3.macmas.pl/2021/11/17/solidarnosc-zdroworozsadkowa-jak-stworzyc-lewice-pracownicza/]

Badanie wykazało między innymi, że wyborcy bez dyplomów wyższych uczelni są mocno zainteresowani kandydatami, którzy koncentrują się na sprawach codziennych, używają ekonomicznego, populistycznego języka i promują śmiały, progresywny program polityczny. Nasze ustalenia sugerują, że wyborców z klasy robotniczej, których kandydaci progresywni stracili na rzecz Donalda Trumpa, można odzyskać, podążając za modelem ustanowionym przez populistyczne kampanie Berniego Sandersa, Johna Fettermana, Matta Cartwrighta, Marie Gluesenkamp Pérez i innych.

Jednak nasze wstępne badanie pozostawiło wiele pytań bez odpowiedzi, a także postawiło wiele nowych. Które elementy ekonomicznego populizmu mają największe znaczenie dla przekonania wyborców z klasy robotniczej? Czy kandydaci ekonomicznych populistów nadal okażą się skuteczni w obliczu komunikatów opozycji, a także przeciwko republikańskim kandydatom, też sięgającym po populizm? Jak preferencje wyborców różnią się w różnych klasach i w obrębie samej klasy robotniczej? Czy populistyczne komunikaty ekonomiczne mogą zdobyć poparcie wyborców z klasy robotniczej ponad podziałami partyjnymi?

Aby odpowiedzieć na te pytania, stworzyliśmy nowy eksperyment ankietowy, w którym przedstawiliśmy siedem par hipotetycznych kandydatów reprezentatywnej grupie 1650 wyborców. Oceniliśmy szeroką gamę typów kandydatów (w sumie 23 100 różnych profili kandydatów), aby lepiej zrozumieć, którzy kandydaci osiągają najlepsze wyniki ogólnie i wśród różnych grup wyborców.

Naszym celem było sprawdzenie, które elementy ekonomicznego populizmu są najskuteczniejsze w przekonywaniu wyborców z klasy robotniczej, jak zmieniają się efekty ekonomicznego populizmu w obliczu komunikatów opozycji i jak efekty te różnią się zarówno w różnych klasach, jak i w obrębie klasy robotniczej.

Ogólnie rzecz biorąc, stwierdzamy, że kandydaci progresywni mogą zdobyć poparcie wyborców z klasy robotniczej, jeśli prowadzą kampanie, które dają wrażenie wiarygodnego zaangażowania w obronę interesów ludzi pracy. Oznacza to wystawianie większej liczby kandydatów z klasy robotniczej, prowadzenie kampanii ukierunkowanych na miejsca pracy i podejmowanie walki z elitami politycznymi i gospodarczymi w interesie pracujących Amerykanów.

Kluczowe wnioski z naszych badań ankietowych, przedstawione pokrótce poniżej i omówione bardziej szczegółowo w pełnym raporcie i w podsumowaniu, mogą stanowić podstawę przyszłych postępowych kampanii.

Niektóre z naszych kluczowych wniosków:

Startowanie w wyborach z hasłami związanymi z kwestiami pracy, w tym promującymi federalną gwarancję zatrudnienia (federal job guarantee – zapewniłaby pracę z przyzwoitym wynagrodzeniem wszystkim obywatelom powyżej 18. roku życia, którzy by jej szukali) może pomóc postępowym kandydatom. W zasadzie wszystkie grupy wyborców preferują kandydatów, którzy poruszają temat pracy. Co ciekawe, pozytywne opinie respondentów na temat kandydatów popierających federalną gwarancję zatrudnienia były spójne wśród wyborców Demokratów, kandydatów niezależnych, a nawet u Republikanów. Kandydaci, którzy popierali gwarancję zatrudnienia, byli również popularni wśród czarnych respondentów, wyborców wahających się, wyborców o niskiej skłonności do pójścia na wybory, respondentów bez dyplomu ukończenia studiów wyższych i respondentów z terenów wiejskich. Spośród trzydziestu sześciu różnych kombinacji retoryki kandydatów i stanowisk politycznych, które przeanalizowaliśmy, najpopularniejszą kombinacją były ekonomiczna retoryka populistyczna i gwarancja zatrudnienia.

Populistyczna retoryka „my kontra oni” przemawia do wyborców z klasy robotniczej niezależnie od ich przynależności partyjnej. Demokraci z klasy robotniczej, niezależni, republikanie, kobiety i respondenci z obszarów wiejskich preferują kandydatów posługujących się populistycznym językiem: to znaczy sloganami, które wymieniają elity gospodarcze lub polityczne jako główną przyczynę problemów kraju i wzywają pracujących Amerykanów do przeciwstawienia się im.

Wystawienie większej liczby nieelitarnych kandydatów z klasy robotniczej może pomóc postępowcom przyciągnąć więcej wyborców z tejże klasy. Wystawiani przez Demokratów kandydaci o zawodach robotniczych i profesjach opiekuńczych są bardziej popularni niż kandydaci profesjonalni i/lub z klasy wyższej, szczególnie wśród demokratów i republikanów z klasy robotniczej. Nieelitarni kandydaci z klasy robotniczej są również pozytywnie postrzegani przez kobiety, Latynosów, niezależnych politycznie, respondentów z miast i wsi, wyborców o niskiej skłonności do głosowania, respondentów bez wyższego wykształcenia i wyborców wahających się.

Kandydaci, którzy używają populistycznego przekazu klasowego są szczególnie popularni wśród robotników, a tych Demokraci muszą wygrać w wielu „fioletowych” stanach. Robotnicy fizyczni, grupa, która udzieliła Trumpowi większościowego poparcia w 2020 r., faworyzują kandydatów populistów ekonomicznych silniej niż jakakolwiek inna grupa zawodowa. Wyborcy o niskiej skłonności do głosowania również wyraźnie preferują tych kandydatów.

Przekazy prawicowej opozycji nie podważają skuteczności kampanii skoncentrowanych na zatrudnieniu, ekonomicznego populistycznego języka ani atrakcyjności kandydatów nieelitarnych z klasy robotniczej. W rzeczywistości nasze badanie sugeruje, że kandydaci kierujący się progresywną polityką zatrudnienia mogą być wręcz bardziej skuteczni w obliczu komunikatów prawicowej opozycji.

Wiejscy wyborcy z całego spektrum politycznego popierają kluczowe elementy lewicowego populizmu. Podczas gdy wiejscy Demokraci i niezależni popierają kandydatki pracujące w sektorze opieki, a wiejscy republikanie popierają kandydatów-drobnych przedsiębiorców, to wszyscy oni podzielają niechęć do kandydatów z wyższych sfer. Wolą tych ubiegających się o gwarancję zatrudnienia i przychylnie reagują na populistyczne przesłanie.

Kwestie klasowe. Wyborcy z klasy robotniczej reagują odmiennie niż inni wyborcy na kandydatów, przesłanie i politykę Demokratów. Zgodnie z interesami swojej grupy zawodowej, respondenci z klasy robotniczej z całego spektrum politycznego szczególnie silnie preferują kandydatów spoza elity i jednocześnie z klasy robotniczej; menedżerowie i specjaliści tak na to nie patrzą. Respondenci z klasy robotniczej uważają również język populizmu gospodarczego i federalną gwarancję zatrudnienia za bardziej atrakcyjne niż inne przesłanie i politykę; respondenci spoza klasy robotniczej nie.

Te preferencje klasowe utrzymują się w grupach rasowych i etnicznych: na przykład czarni respondenci z klasy robotniczej entuzjastycznie opowiadają się za ekonomiczną, populistyczną retoryką, podczas gdy czarni menedżerowie i profesjonaliści są jej przeciwni. Biali respondenci z klasy robotniczej zdecydowanie faworyzują kandydatów spoza elity; ich odpowiedniki z klasy średniej i wyższej nie.

Postępowcy kandydujący z list Demokratów powinni rozważyć zdystansowanie się od establishmentu Partii Demokratycznej. Bez względu na klasę, płeć czy rasę stwierdziliśmy, że respondenci faworyzują kandydatów tych Demokratów, którzy pociągają do odpowiedzialności Partię Demokratyczną za kiepską sytuację Amerykanów z klasy robotniczej.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Powyższy tekst ukazał się na stronie internetowej magazynu „Jacobin” w czerwcu 2023. Cały raport można przeczytać tutaj: https://images.jacobinmag.com/wp-content/uploads/2023/06/08125102/TrumpsKryptonite_Final_June2023.pdf

Zdjęcie w nagłówku tekstu: djedj z Pixabay.

Łysiec. Ostatnie słowo

Łysiec. Ostatnie słowo

Koniec sprawy bezprawnego usunięcia działek na Łyścu z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego

Od kwietnia 2019 roku trwały rządowe próby usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego 1,35 ha z zabytkową, pobenedyktyńską zabudową po to, aby przekazać je zakonowi Oblatów. Do dziś w tej sprawie kolejni ministrowie środowiska naruszali polskie prawo ochrony przyrody i manipulowali nim tak, aby usankcjonować nieuzasadnione przejęcie własności Skarbu Państwa przez zakon. Aż sfinalizowali bezprawną procedurę zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego.

Geneza problemu

14 stycznia 2022 roku premier Morawiecki został zaproszony przez Stowarzyszenie MOST na happening „Świętej Pamięci Natura”, który 18 stycznia 2022 roku odbył się pod Kancelarią Premiera w Warszawie. Happening miał być manifestacją niezgody na tocząca się procedurę. Przedmiotem sprzeciwu społeczników, aktywistów, przyrodników i naukowców był projekt rozporządzenia RD 162 przygotowanego przez ministra Michała Wosia.

Projekt zakładał usunięcie z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego działek na Łyścu o powierzchni 1,35 ha oraz włączenia w granice Parku izolowanej enklawy leśnej oddalonej od Parku o kilkanaście kilometrów o powierzchni ponad 62 ha pod wsią Grzegorzowice. Projekt ministra Wosia miał być fortelem, dzięki któremu zostaną ominięte zapisy ustawy o ochronie przyrody. Ustawa jednoznacznie wskazuje, że teren parku narodowego może być usunięty z jego granic wyłącznie w przypadku wykazania równoczesnej, bezpowrotnej utraty jego wartości przyrodniczych i kulturowych. Ministerstwo klimatu i środowiska od czasów ministra Henryka Kowalczyka (2019 rok) twierdzi, że fragment wierzchowiny na Łyścu w ŚPN utracił bezpowrotnie swoje wartości przyrodnicze. Jednocześnie ministerstwo uważa, że teren nie utracił swoich wartości kulturowych. Na tym sprawa powinna się zakończyć bo nie zostały spełnione ustawowe przesłanki pozwalające na wyłączenie z granic ŚPN niewielkiej enklawy z zabytkową zabudową.

Jako ciekawostkę dodam, że minister Kowalczyk w 2019 roku, pytany przez Stowarzyszenie MOST o przyczyny i osoby odpowiedzialne za rzekomą utratę wartości, odpowiedział w piśmie, że odpowiedzialni są zaborcy austriaccy. Podobnie kuriozalnej odpowiedzi udzieliła Stowarzyszeniu Sekretarz Stanu w ministerstwie klimatu i środowiska Małgorzata Golińska, która w swoim piśmie stwierdziła, że pojęcie wartości nie jest nigdzie sprecyzowane i że ministerstwo samo oceni, jakie wartości reprezentują działki na Łyścu.

Przypomnę, że teren, o którym mówię, jest Pomnikiem Historii ustawionym przez Prezydenta Polski, zabytkiem kultury, fragmentem parku narodowego i częścią obszaru Natura 2000. Pierwszy rezerwat przyrody utworzono tu w 1924 roku, a park narodowy powołano w 1950. Wartości przyrodnicze i kulturowe poświadczone zostały przez pokolenia naukowców i badaczy przyrodników, historyków i archeologów.

Zastanawiąjące też może się wydać, skąd taka determinacja rządu, aby za wszelką cenę, w tym za cenę prawa, pozbyć się rzekomo pozbawionego wartości terenu i skąd taka determinacja zakonu Oblatów, żeby uruchomić aparat państwa w celu przejęcia tej wyjątkowej ruiny?

Morawiecki nie wie, co podpisuje?

Jak wspomniałem, premier Mateusz Morawiecki został zaproszony na wyjątkowe wydarzenie, które zgromadziło kilkaset osób i przeszło jedną z głównych ulic stolicy pod Kancelarię Premiera. Wcześniej premier był przez Stowarzyszenie MOST informowany o problemie w 2020 roku. Zwieńczeniem całej sprawy miał być podpis premiera pod bezprawnym projektem rozporządzenia. Premier posiadał wiedzę o tym, że Rada Naukowa ŚPN, Państwowa Rada Ochrony Przyrody, Polska Akademia Nauk oraz dziesiątki tysięcy Polek i Polaków (petycje, w tym złożona do ministra klimatu i środowiska Anny Moskwy) negatywnie oceniają projekt rozporządzenia i wskazują na jego niezgodność z prawem i faktami (raport z inwentaryzacji przyrodniczej działek zlecony przez Stowarzyszenie MOST wykazał wysokie wartości przyrodnicze i kulturowe działek – premier otrzymał ten raport). Mimo to w dniu happenigu, czyli 18 stycznia 2022 roku, Morawiecki podpisał projekt rozporządzenia. Pociągnęło to za sobą skutki w postaci kolejnego naruszenia prawa, czyli wyłączenia 1,35 ha terenu z granic ŚPN oraz kolejne skutki prawne i ekonomiczne, o czym poniżej.

Na wniosek złożony za pośrednictwem kancelarii prawnej przez Stowarzyszenie MOST w omawianej sprawie, Najwyższa Izba Kontroli podjęła działania. Na raport NIK trzeba było czekać rok. 30 września 2022 roku NIK ogłosił swój raport, w którym stwierdza, że rządowe prace legislacyjne nad projektem rozporządzenia są „nieuprawnione” i wzywa premiera do przywrócenia stanu zgodnego z prawem. NIK wskazuje, że proces legislacyjny związany z projektem rozporządzenia przebiegał z naruszeniem prawa, między innymi zorganizowane przez ministra Wosia konsultacje społeczne były niezgodne z prawem oraz nie istnieją przesłanki pozwalające stwierdzić, że teren utracił swoje wartości. NIK wezwał premiera Morawieckiego do nowelizacji rozporządzenia w taki sposób, aby 1,35 ha na Łyścu nadal było częścią Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jednocześnie NIK nie nakazał usunięcia z granic ŚPN enklawy ponad 62 ha pod Grzegorzowicami.

Do dziś premier Morawiecki nie zastosował się do wskazań NIK. Stowarzyszenie MOST zwróciło się z następującymi pytaniami do Kancelarii Premiera, nawiązując do raportu NIK: „wskazania terminu lub ram czasowych przywrócenia nieruchomości o nr ewid. 2039/1, 2039/2 oraz 2039/3 obręb Nowa Słupia o łącznej powierzchni 1,35 ha w granice Świętokrzyskiego Parku Narodowego; przedstawienia zasad postępowania w ww. sprawie”. Odpowiedź przyszła z datą 8 marca 2023. W piśmie (znak: CIR. WAP. 1510. 13. 2023 podpis nieczytelny) czytamy: „[…] do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie wpłynęły dokumenty w przedmiotowej sprawie, do rozpatrzenia przez Stały Komitet Rady Ministrów czy przez Radę Ministrów”. W tym samym piśmie jest też następująca informacja: „[…] kwestie poruszone we wniosku [Stowarzyszenia MOST] dotyczą spraw, w których właściwym organem jest Minister Klimatu i Środowiska. Aby uzyskać wnioskowane informacje sugeruję zwrócić się bezpośrednio do ww. resortu”.

W związku z taką odpowiedzią, reprezentując Stowarzyszenie MOST, zwróciłem się bezpośrednio do minister Anny Moskwy z dokładnie tymi samymi pytaniami co do premiera Morawieckiego.

W odpowiedzi Ministerstwa Klimatu i Środowiska w piśmie z 26. 05. 2023 (znak: DIŚ-IV.0190.159.2023.MS 2638352.10164623.8146716, podpisane przez Macieja Muchę Dyrektora Departamentu Instrumentów Środowiskowych Ministerstwo Klimatu i Środowiska, czytamy: „[…] informuję, że załatwienie przedmiotowej sprawy nie nastąpi w terminie, o którym mowa w art. 13 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (Dz.U. z 2022 r. poz. 902 ze zm.). Ze względu na szczególnie skomplikowany charakter sprawy, na podstawie art. 13 ust. 2 wyżej cytowanej ustawy, termin udzielenia odpowiedzi zostaje przedłużony do dnia 12 czerwca 2023 r.”.

Wcześniej (12.05.2023) zwróciłem się w imieniu Stowarzyszenia MOST z wnioskiem do Najwyższej Izby Kontroli. Zapytałem NIK: „W związku z opublikowaniem przez Najwyższą Izbę kontroli Delegatura w Kielcach dnia 30.09.2022 dokumentu pod nazwą »Informacja o wynikach kontroli Przebieg procesu legislacyjnego dotyczącego projektu rozporządzenia w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz sprawowanie nadzoru nad jego działalnością« zwracamy się z wnioskiem o udzielenie informacji czy Najwyższa Izba Kontroli przekazała wspomniany wyżej raport Prezesowi Rady Ministrów Mateuszowi Morawieckiemu? Jeśli tak, to kiedy i w jakiej formie oraz czy Kancelaria Premiera lub inny organ potwierdził otrzymanie dokumentu i czy odniósł się do niego w jakikolwiek sposób?”. NIK w swoim piśmie (datowanym na 22. 05. 2023 znak: LKI. 014.5.2023) informuje, że premier Morawiecki otrzymał raport drogą elektroniczną i tradycyjną. NIK twierdzi zatem, że informował premiera o sprawie zanim ten podpisał projekt rozporządzenia RD 162. W piśmie tym czytamy też: „[…] Prezes NIK wniósł o ponowne rozważenie wszystkich argumentów dotyczących wyłączenia ww. terenu z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego […]”. Premier nie skorzystał z sugestii NIK.

Natomiast 29.05.2023 z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przyszło do Stowarzyszenia MOST pismo z odpowiedzią na pytania, czy Morawiecki otrzymał z NIK raport w omawianej sprawie. W odpowiedzi przesłanej e-mailowo czytamy: „[…] w odpowiedzi na załączony wniosek informuję, że Prezes Najwyższej Izby Kontroli przesłał pocztą tradycyjną pismo wraz z załącznikiem: Informacja o wynikach kontroli NIK pn. Przebieg procesu legislacyjnego dotyczącego projektu rozporządzenia w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz sprawowanie nadzoru nad jego działalnością. Pismo datowane jest na 4 sierpnia 2022 r., wpływ do KPRM 29 sierpnia 2022 r.” (podpisano: Agnieszka Kowalska, radca Centrum Informacyjnego Rządu). Dalej w piśmie czytamy, że ani Ministerstwo Klimatu i Środowiska, ani Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie będą podejmować działań związanych z nowelizacją rozporządzenia w kierunku przywrócenia prawa w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Decyzję uzasadnia się tym, że teren bezpowrotnie utracił swoje wartości przyrodnicze i podlega wieloletnim wpływom antropogenicznym.

7.06.2023 do Stowarzyszenia MOST wpłynęło kolejne pismo z Ministerstwa Klimatu i Środowiska (znak: DIŚ-IV.0190.159.2023.MS 2638352.10244682.8209800 podpisane przez Macieja Muchę, Dyrektora Departamentu Instrumentów Środowiskowych Ministerstwa Klimatu i Środowiska) z następującą informacją: „[…] informuję, że nie są prowadzone prace zmierzające do zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Tym samym nie jest możliwe udzielenie żądanych informacji, tj. wskazanie terminu lub ram czasowych przywrócenia nieruchomości o nr ewid. 2039/1, 2039/2 oraz 2039/3 obręb Nowa Słupia o łącznej powierzchni 1,35 ha w granice Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz przedstawienie zasad postępowania w ww. sprawie”.

Co to wszystko oznacza? Przede wszystkim w jednym można się zgodzić z Ministerstwem Klimatu i Środowiska: sprawa ma wyjątkowy i złożony charakter. Ale tylko wtedy jeśli się przyjmie, że za wszelką cenę, naruszając kolejne procedury, brnie się w bezprawną procedurę. W zasadzie jest imponujące, z jaką determinacją politycy, głównie z Suwerennej Polski Zbigniewa Ziobry, którzy wzięli całą polską przyrodę w swoje ręce, angażują kolejne państwowe instytucje tylko po to, żeby uznany przez siebie za pozbawiony wartości, malutki fragment własności Skarbu Państwa o bezcennym znaczeniu dla historii Polski, przekazać Oblatom. Bo to Oblaci rozpoczęli cały ten proces niefortunnych, skandalicznych i bezprawnych procesów, uważając, że ziemia ta należy im się i jest „dziejową sprawiedliwością oddanie” im działek na Łyścu. Przypomnę, że w 1819 roku na mocy bulli papieskiej klasztor na Łyścu został skasowany i sprzedany Królestwu Polskiemu. Przez kolejne dziesiątki lat aż do 2019 roku nikt nie kwestionował tego, że to własność państwa polskiego i że ma szczególną wartość jako unikalne dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe.

W każdym razie Mateusz Morawiecki, mając wiedzę o tym, jaką wartość ma ten teren, jaki jest jego status prawny, znając opinię najważniejszych instytucji zajmujących się ochroną przyrody, znając opinię Polek i Polaków oraz mając w ręku raport NIK, uznał, że zamknie oczy i skoczy za ziobrystami w precedensową, mającą znaczenie dla całego systemu ochrony przyrody w Polsce aferę, z której nie będzie mu się łatwo wydostać.

Pozbawiony wartości Skarb Państwa

Na skutek decyzji Morawieckiego o usankcjonowaniu bezprawia na Łyścu ruszyła machina mająca na celu przekazanie w jakiś sposób działek Oblatom. Po usunięciu 1,35 ha na Łyścu z granic ŚPN teren ten wszedł w zarząd Starosty Kieleckiego Mirosława Gębskiego z PiS, nadal pozostając własnością Skarbu Państwa. Oblatom przysługuje możliwość zakupu tych działek z bonifikatą 99%. Czyli mogą je zakupić za 1% realnej wartości. Jaka jest zatem wartość działek na Łyścu? Jeszcze w 2021 roku Stowarzyszenie MOST wystąpiło do dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego o udostępnienie informacji na temat wartości terenu przeznaczonego do usunięcia z ŚPN. Według uzyskanego operatu wartość dwóch z trzech działek (około 1 ha) miała wynosić 5 mln 447 tysięcy złotych. Tymczasem starosta kielecki wszystkie trzy działki (1,35 ha) wycenia obecnie na 3 mln 268 tysięcy złotych. Zastanawiająca jest ta różnica ponad 2 milionów złotych, szczególnie w czasach, gdy ceny nieruchomości rosną, nie maleją. Oba operaty oczekują na weryfikację przez niezależnych specjalistów.

Dość nieoczekiwanie wydarzyły się dwie rzeczy: Rodzimy Kościół Polski zwrócił się do starosty kieleckiego o dopuszczenie do przetargu z możliwością zakupu działek na Łyścu na takich prawach jak Oblaci. W tym celu Rodzimowiercy i Stowarzyszenie MOST wspólnie ogłosili zbiórkę publiczną, chcąc zgromadzić środki w wysokości 1% z tych ponad 3 milionów złotych, które Gębski wskazał jako wartość nieruchomości. Gdyby udało się wykupić ziemię na Łyścu, Rodzimowiercy i Stowarzyszenie MOST ogłosili, że będą czynić starania, żeby działki ponownie włączyć w granice ŚPN. Jednocześnie Stowarzyszenie MOST już drugi raz zwróciło się do Mirosława Gębskiego z pismem i apelem o to, aby zrezygnował ze sprzedaży tego terenu i zachował go jako własność Skarbu Państwa.

Drugą rzeczą, która wydarzyła się nieco wcześniej, było wystąpienie dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego z żądaniem zapłaty 3,5 mln złotych przez starostę w związku z jego decyzją o sprzedaży działek Oblatom. W artykule Angeliny Kosiek z kieleckiej „Gazety Wyborczej”, który opisuje sprawę od jej początku, czytamy: „22 listopada 2022 r. ŚPN wystąpił z wezwaniem przedsądowym, które opiewało na 3 545 386,28 zł. Kwota żądana jest tytułem zwrotu nakładów poniesionych przez Świętokrzyski Park Narodowy na nieruchomości gruntowe zabudowane, oznaczone jako działki nr 2039/2 i 2039/3 położone w Nowej Słupi, w okresie, w którym znajdowały się w zarządzie oraz użytkowaniu wieczystym Parku. […] ŚPN zaznaczył, że kwota powinna wpłynąć na wskazane konto w ciągu 14 dni od otrzymania wezwania. Reklewski tak komentował swoje roszczenia: »Niezapłacenie ww. kwoty w terminie wskazanym skutkować będzie skierowaniem sprawy przez Świętokrzyski Park Narodowy z siedzibą w Bodzentynie na drogę postępowania sądowego, co narazi Skarb Państwa na dodatkowe, zbędne koszty tego postępowania«” (Gazeta Wyborcza Kielce, 22.02.2023). Ostatecznie dyrektor ŚPN domaga się kwoty 2 889 743,34 zł.

Starosta Gębski odmówił Oblatom możliwości zakupu działek na Łyścu za 1% ich wartości. Oto jego uzasadnienie, ciekawe z punktu widzenia dyskusji na temat wartości tego terenu: „W niniejszym przypadku należało w szczególności uwzględnić unikatowy charakter nieruchomości, o sprzedaż której wnioskowano. Należy mieć bowiem na uwadze, że pobenedyktyński zespół klasztorny na Świętym Krzyżu, w skład którego wchodzą wnioskowane do sprzedaży nieruchomości, posiada szczególną wartość i znaczenie dla polskiego dziedzictwa kulturowego”. Słowa te znalazły się w piśmie skierowanym do Rodzimowierców i zapewne do Oblatów.

Można spekulować, czy starosta wystraszył się odpowiedzialności karnej i zarzutów niegospodarności, czy też zdecydowały jakieś zakulisowe naciski. Tak czy inaczej Gębski wzbudził w środowisku kieleckich polityków PiS i Suwerennej Polski zdumienie i pojawiły się pogłoski o konsekwencjach politycznych, jakie mają go spotkać. Gębski, ogłaszając odmowę możliwości sprzedaży działek Oblatom wyjechał na parę tygodni ze wzgledów zdrowotnych, nie było go w pracy. Co nie przeszkodziło mu zaskoczyć wszystkich ponownie. Będąc na zwolnieniu lekarskim w sanatorium, Gębski ogłosił na stronach starostwa powiatowego w Kielcach, że… wydzierżawi Oblatom 1,35 ha na Łyścu na 50 lat za kwotę 73 000 zł rocznie, czyli około 6000 zł miesięcznie.

Z ostrożnych obliczeń wynika, że powierzchnia użytkowa w budynkach na Łyścu to jakieś 2000 m kw., więc nawet gdyby czynsz przeliczać tylko na część „mieszkalną”, wychodzi około 3 zł za m kw. miesięcznie. Dzierżawa mieszkań o powierzchni ok. 40 m kw w proporcjonalnej cenie to 120 zł za miesiąc. Suwerenna Polska i PiS wdrożyli zatem na Łyścu program „Mieszkanie plus”. Tyle że wyłącznie dla Oblatów i finansując go własnością Skarbu Państwa, czyli nas wszystkich. Twierdząc jednocześnie, że teren ten bezpowrotnie utracił swoje wartości.

W związku z całym zamieszaniem i poszukiwaniem sposobu na to, aby przekonać opinię publiczną, że zrobiono wszystko, co się dało, starosta kielecki Mirosław Gębski zwrócił się do ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego, aby ten przejął działki na Łyścu z zabytkową zabudową i stworzył tam państwową instytucję kultury. Gliński odmówił, tłumacząc, że ministerstwo ma ograniczenia finansowe i nie jest w stanie udźwignąć takiego wydatku. Jeszcze w 2021 roku jako Stowarzyszenie MOST pisałem do ministra Glińskiego w sprawie prób bezprawnego usunięcia z granic ŚPN trzech działek o powierzchni 1,35 ha na Łyścu. Wówczas minister Gliński odpowiedział, że nie jest organem właściwym do zajmowania się tą sprawą.

Kolejny raz okazało się, że ta pozbawiona wartości ziemia jednak trochę kosztuje, a jedynym podmiotem, który w Polsce stać na jej utrzymanie, są Oblaci. Ci sami, którzy ustami swojego superiora Mariana Puchały ogłaszali, że żyją w biedzie i nie stać ich na remont nieruchomości na Łyścu.

Ostatecznie na początku czerwca 2023 starosta kielecki Mirosław Gębski podpisał umowę 50-letniej dzierżawy działek na Świętym Krzyżu na rzecz Domu Zakonnego Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej.

Koniec

Zajmując się tą sprawą przez ponad 4 lata zderzyłem się z cynicznym i wyrachowanym postępowaniem ludzi pozbawionych skrupułów. Przeszedłem całą procedurę legislacyjną wraz ze sporą częścią członków polskiego rządu. Napisałem kilkadziesiąt pism, współtworzyłem interpelacje poselskie, brałem udział w posiedzeniach sejmowych komisji, współorganizowałem manifestacje, pisałem listy otwarte, apele, petycje, byłem ze sprawą w Komisji Europejskiej i składałem wniosek do Najwyższej Izby Kontroli, wysyłałem list do papieża Franciszka, napisałem kilkanaście artykułów, brałem udział w konferencjach prasowych, występowałem w mediach, prowadziłem badania naukowe, współorganizowałem konferencję naukową, byłem na spotkaniu z Puchałą i Reklewskim na Łyścu, skąd mam ciekawy materiał czekający na lepsze czasy. Występowałem w wielu rolach, nieraz będąc stroną w sprawie. Byłem też oskarżony o naruszenie prawa przez dyrektora Reklewskiego. Współpracowałem z setkami wspaniałych ludzi, naukowcami, działaczami, prawnikami, dziennikarzami, politykami opozycji (poza Konfederacją i PSL, bo nie podjęli sprawy). Mnóstwo pracy i bezmiar doświadczeń.

Trudno jednak spierać się z Polakiem Katolikiem (jak sam o sobie napisał w piśmie do mnie) Mariuszem Goskiem z Suwerennej Polski, który w oficjalnym piśmie twierdzi, że nie musi się nikomu tłumaczyć ze swoich spotkań z Oblatami w czasie pracy w sprawie ich lobbingu na rzecz złamania prawa. Trudno polemizować z ministrem Michałem Wosiem, który ogłasza konsultacje społeczne niezgodnie z prawem albo wydaje zgodę na 2 lata badań naukowych na Łyścu, a po 2 miesiącach ogłasza projekt rozporządzenia, nie czekając na wyniki badań, bo i tak go nie interesuje prawda o wartościach terenu na Łyścu.

Wskutek polityczno-kościelnego lobbingu kilku osób, Świętokrzyski Park Narodowy został pozbawiony swojego serca, symbolu, części wierzchowiny na Łyścu z zabytkową, pobenedyktyńską zabudową. To jedno z najcenniejszych kulturowo i przyrodniczo miejsc w Polsce, teren o znaczeniu europejskim. Nie utraciło żadnych swoich wartości, co zostało potwierdzone badaniami naukowymi i opiniami najważniejszych instytucji państwowych. Ten teren nigdy nie należał do Oblatów i dlatego nie mógł być im „oddany” i nie jest to żadna „dziejowa sprawiedliwość”, jak chce tego Marian Puchała, superior zakonu Oblatów.

Cała ta sprawa to przykład zmasowanej, systemowej instytucjonalnej przemocy zastosowanej przez kilka osób, które wykorzystały aparat państwa do tego, żeby uzyskać jakieś mizerne efekty polityczne i być może ekonomiczne. Oczywiście wygranym są Oblaci. Teraz już mogą na Łyścu organizować zloty motocyklistów na 5000 maszyn czy pielgrzymki na 120 000 osób, albo zawody na najgłośniejszy wydech tuningowanego auta. To są zdarzenia, które miały miejsce na Łyścu lub miały mieć miejsce, ale udało się je powstrzymać. Teraz Muzeum Przyrodnicze ŚPN, zlokalizowane w jednym z budynków, który tak chcieli Oblaci (dawne carskie, niemieckie i radzieckie więzienie, zabytek kultury) zniknie z Łyśca. W budynku znajdzie się hotel prowadzony przez Oblatów.

Udało się jednak kilka rzeczy uzyskać, choć nie to było moim celem. Jakie? Po pierwsze sprawę udało się nagłośnić i zdemaskować i nie ma już możliwości, żeby o niej zapomnieć i do niej nie wrócić, gdy będzie możliwość. Po drugie udało mi się poczuć, że jednak jest środowisko, duże grono wspaniałych ludzi, którzy chcą się angażować w tak trudne i niejasne sprawy. To było bezcenne doświadczenie, na którym można budować. Po trzecie ŚPN utracił… tylko 1,35 ha, a pierwotnie ministerstwo chciało usunąć z granic Parku ponad 5 ha. To sukces. Po czwarte w granice ŚPN włączono ponad 62 ha lasu pod Grzegorzowicami. Co do sensowności włączenia tego akurat kompleksu leśnego i okoliczności włączenia można jedynie wyrazić smutek. Jednak w czasach, kiedy ministerstwo klimatu i środowiska jest w rękach ludzi traktujących przyrodę jako zasób a nie wartość, więc nie powstają nowe parki narodowe – można to uznać za dużą sprawę i korzystać z tej okoliczności w dyskusjach z ministerstwem. Po piąte Oblaci, podpisując umowę dzierżawy, stracili możliwość przejęcia tej ziemi przez zasiedzenie. Dotąd bowiem przebywali w klasztorze pobenedyktyńskim, który jest własnością Skarbu Państwa, bez żadnej umowy ani innego aktu prawnego. Teraz już nie. Teraz ich obecność została usankcjonowana i to rodzi określone skutki. Po szóste Oblaci nie stali się właścicielami 1,35 ha na Łyścu.

Jest jeszcze jedna sprawa, którą podnosiłem od początku. Pisałem, że sprawa Łyśca nie jest sprawą 1,35 ha w jakimś zapomnianym zakątku Polski. Próbowałem dotrzeć z przekazem, że jeśli pozwolimy na tego rodzaju precedens związany z naruszeniem prawa, to prędzej czy później zostanie on wykorzystany wobec innych obszarów chronionych w Polsce. Moje obawy znalazły uzasadnienie w nowym projekcie ustawy o parkach narodowych. Ministerstwo Klimatu i Środowiska, nauczone przykładem Łyśca, wykreśliło tak często przywoływany przeze mnie zapis o tym, że dany obszar można usunąć z granic parku narodowego, gdy bezpowrotnie utraci on wartości przyrodnicze i kulturowe. Ten mały spójnik „i”, który, wydawało się, można pominąć albo nie zwrócić na niego uwagi, ma w obecnej ustawie kluczowe znaczenie i jest wielkim strażnikiem spójności prawa, spójności wartości przyrodniczych i kulturowych, których nie wolno rozrywać i który jest strażnikiem logiki, a nawet pewnego rodzaju mądrości, którą posiadali dawni ustawodawcy. A która dziś została tak strasznie i bezpowrotnie utracona.

Ministrowie nigdy nie wykazali, że działki na Łyścu utraciły jakieś wartości. Głos naukowców, przyrodników, społeczeństwa, instytucji, licznych organizacji pozarządowych (między innymi Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, PTOP Salamandra, Klub Przyrodników, Fota 4 Climate) nigdy nie został uwzględniony, a konsultacje społeczne były prowadzone w sposób niezgodny z prawem. Ministrowie, premier, wojewoda świętokrzyski, starosta kielecki forsowali bezprawny dokument albo nadużywając swoich kompetencji, albo ich nie dopełniając. W sprawie finansów doszło prawdopodobnie do kilku przypadków niegospodarności i narażania Skarbu Państwa na nieuzasadnione straty.

Czy powołując się na najmniejszy ze spójników można walczyć z bezprawiem, chciwością i arogancją? Tak.

Łukasz Misiuna

PS. Opisywaną przeze mnie sprawę jako pierwszy podjął redaktor Grzegorz Walczak z kieleckiej Gazety Wyborczej. Wiele informacji, które podaję w powyższym tekście pochodzi z artykułów pana Grzegorza Walczaka.

Autor relacjonował całą sprawę na naszych łamach od początku, czyli od czerwca 2019 roku. Teksty te można znaleźć tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/author/lukasz-misiuna/

„Sukcesja”, czyli „Which Side Are You On?”

„Sukcesja”, czyli „Which Side Are You On?”

Latorośle Logana Roya to nie są miłe urwisy. Podobnie zresztą jak ich papa. Serial „Sukcesja” pokazuje nam prawie wyłącznie postaci karykaturalne, zdegenerowane, cyniczne i po prostu złe. Tam nie ma kogo lubić. Takie przedstawienia klasy bogaczy w ostatnich latach często mogliśmy oglądać, chociażby w „House of Cards” czy w filmie „Nie patrz w górę”. Trochę się przyzwyczajamy do tego wodospadu pomyj, chamstwa, wulgarności odzianej w ciuchy warte więcej niż domy, w których mieszkamy. Trochę lubimy podglądać świat, do którego nigdy nie będziemy mieć wstępu. Ale mam wrażenie, że to nie wyczerpuje możliwych interpretacji fenomenalnego sukcesu „Sukcesji”. Co jest takiego w tym skarbcu starego Sknerusa McKwacza, że lgniemy do tego i wciągamy odcinki, niczym Kendall Roy kreski w toalecie?

Mnie do oglądania burzliwych perypetii dzieci walczących o schedę po starzejącym się patriarsze rodu skłaniały głównie gniew i niezgoda. Mogłam też z pozycji moralnej wyższości popatrzeć na ten cały złoty chlew. Miałam wrażenie, że oglądam osoby, które nie są pełnowymiarowymi ludźmi, ale funkcją posiadanych przez siebie pieniędzy. Trochę tak jak gdyby to miliardy posiadały ich, a nie na odwrót.

Serial pokazuje rzeczywistość medialnych potentatów trochę jak wielką matrioszkę. Jedno w drugim. Rodzina Royów kieruje jedną z największych firm mediowych świata. Firmą, która, jak dowiadujemy się z fabuły, nie tylko dąży jedynie do maksymalizacji zysku, ale i nie cofnie się przed niczym, by forsować interesy polityczne swoich właścicieli. Negowanie kryzysu klimatycznego, rozgrywanie wyborów, podsycanie nienawiści na tle rasowym, to jej codzienne praktyki. Poziom niżej mamy spektakl, jaki odgrywają przed sobą nawzajem członkowie rodziny Royów i ich świta przyboczna. Ich życie wygląda jak nieustanne przedstawienie, a oni sami wydają się czasem już bardzo zmęczeni odgrywaniem swojej roli, jednak coś każe im trwać na scenie.

Warto wspomnieć książkę Guya Deborda „Społeczeństwo spektaklu”. Jego zdaniem wszyscy, chętnie lub mniej, uczestniczymy w tym schyłkowo-kapitalistycznym performansie, bo taki właśnie jest charakter panującego systemu. „Spektakl jawi się jako niedostępna i niepodważalna faktyczność. Jego przesłanie brzmi: »co się ukazuje, jest dobre; a co jest dobre, ukazuje się«. Domaga się biernej akceptacji i, w gruncie rzeczy, poprzez swój monopolistyczny i wykluczający wszelką dyskusję sposób ukazywania się – już ją sobie zapewnił” – zauważa Debord i trudno nie przyznać mu racji.

Co mam na myśli? To, że wszystko, co uważamy za trwalsze niż ze spiżu, niezniszczalne i groźne, ma nam się takie wydawać. Mamy być onieśmieleni. Mamy się bać. Tych drapaczy chmur, tych chmurnych managerów z teczkami pełnymi ważnych dokumentów, i tak dalej. Mimo że wystarczy zajrzeć pod polerowaną na wysoki połysk powierzchnię, by zobaczyć, że jest to zbudowane z kartonu i gówna. Jak stwierdza sam Logan Roy: „Nie ma żadnych zasad!”. On to wie i dlatego jest tam, gdzie jest.

Jednak nie tylko my się boimy. Oni też. Kto wie, czy nie bardziej. W jednym z odcinków w drugim sezonie, syn Logana, Kendall zwalnia ponad 400 osób, uprzednio kradnąc ich pomysły. Robi to, bo stary dowiedział się, że ci pracownicy chcą założyć związek zawodowy i to go naprawdę wystraszyło. Na tyle, by od razu napuścić tam Kendalla i kazać mu wyrzucić wszystkich. Wolał stracić całą spółkę, niż mieć w swoim koncernie związki. Pandemia pokazała też, już nie w fikcyjnym świecie serialu, ale w rzeczywistości, jaka panika ogarnia rynki i inwestorów, gdy ludzie odmawiają pracy. Nagle okazało się, że bez, jak to mówią, „nisko wykwalifikowanych zawodów” cały teatrzyk przestaje działać, oni spadają z rowerka i rozwalają sobie ryj. Czyżby wartość pochodziła jednak z pracy, a nie z cudownych, niemal magicznych umiejętności bankierów z Wall Street? Szok i niedowierzanie.

W serialu widać też bardzo wyraźnie, po co miliarderom tak naprawdę są ich – oczywiście ciężko, uczciwie i samodzielnie zarobione – pieniądze. Otóż wszelkie atrybuty luksusu są tam obecne. Helikoptery i odrzutowce kursują jak szalone. Drogie apartamenty, drogie knajpy, zegarki, samochody. Ale oni na te rzeczy, o których marzy większość ludzi wyobrażając sobie bogactwo, nie zwracają w zasadzie żadnej uwagi. Nie ma stereotypowego „pławienia się w luksusie”. Kasa służy im do czegoś innego, czegoś, co wywołuje więcej emocji, niż jazda najszybszym ferrari czy start rakiety w kosmos. Oni swoich pieniędzy używają po to, aby mieć władzę. Aby kupować ludzi, ich lojalność. Aby ich łamać, przekupywać, załatwiać, rozgrywać na wszelkie sposoby. Słowem: aby uprawiać politykę. Całkiem niewykluczone, że taka, podobna do dzieci Logana, banda typów o mentalności dręczycieli owadów z przedszkolnego komanda, ma większą polityczną władzę i większy wpływ na to, jak wygląda nasze życie, niż wybierana klasa polityczna. I w przeciwieństwie do wybieralnych władz, nie mamy na ich pozostawanie na tronach żadnego wpływu.

„Which Side Are You On?” to z kolei absolutna klasyka lewicowej twórczości muzycznej. Pieśń mówiąca o strajkach górniczych w USA w latach 30. została użyta w jednym odcinku serialu. Sądzę, że cała produkcja jest zaproszeniem do wybrania strony. Oni już stoją po swojej. Jednomyślnie i zgodnie. Podczas gdy my często słuchamy baśni z mchu i paproci, że Bill Gates w garażu i że coś tam, że trzeba tylko chcieć i wstawać o 5 rano i pić wodę z cytryną, czy cokolwiek można wyczytać w tekstach na biznes.com.pl pt. „10 nawyków ludzi sukcesu”. To zupełnie oczywiste, że statystycznie randomowy człowiek ma większą szansę na to, że spadnie mu na głowę meteoryt, niż na to, że załapie się do grona Kaczek skaczących z trampoliny do basenu pełnego złotych monet.

Warren Buffett – postać, która była inspiracją dla twórców serialu, to jeden z najbogatszych i – co za tym idzie – najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Ten miliarder zasłynął wieloma mądrościami, które służą młodym adeptom sztuki poganiania niewolników na galerach Open Space’ów pod każdą szerokością geograficzną. Powiedział też w przypływie szczerości pewne słowa, których chyba żaden z grona jego kumpli nigdy by się nie odważył publicznie wypowiedzieć. „Walka klas to fakt. I to my, bogaci, ją wygrywamy”. I właśnie o walce klasowej jest ten serial. I to klasowy gniew sprawia, że tak dobrze się go ogląda.

Natalia Bała

Od wzrostu do post-wzrostu: krótka historia idei

Od wzrostu do post-wzrostu: krótka historia idei

Koncepcja wzrostu gospodarczego jako uregulowanego, trwałego i samowystarczalnego procesu nie wytrzymuje krytycznej analizy. Nawet w okresie określanym dzisiaj jako „wspaniałe trzydziestolecie” – przypadającym na lata od zakończenia drugiej wojny światowej do kryzysu paliwowego w roku 1974 – wzrost gospodarczy dokonywał się niemal wyłącznie w krajach uprzemysłowionych i dotyczył mniejszości populacji globu. Zasadzał się na bezrozumnym marnotrawstwie i bezlitosnym plądrowaniu zasobów naturalnych (bynajmniej przecież nie nieskończonych), dostępie do tanich paliw kopalnych, zabójczych technologiach i generowaniu globalnych nierówności i braku równowagi, które szybko miały okazać się niemożliwe zarówno do zniesienia, jak i do utrzymania.

Gdy okazało się jasne, że ograniczenia natury geofizycznej mogą położyć tamę wzrostowi gospodarek, sformułowano po raz pierwszy koncepcję wzrostu zrównoważonego. Wydany w 1987 raport Brundtland pt. „Our Common Future” [pol. „Nasza wspólna przyszłość”] wzywał do zmiany modelu wzrostu na jego „czystą” formę, opartą na ekologicznej odpowiedzialności, rozwoju i sprawiedliwości społecznej. Propozycja ta miała fundamentalne znaczenie dla konferencji „Szczyt Ziemi” w Rio de Janeiro w 1992. Mimo to, ze względu na istną eksplozję nierówności społecznych, jak również fakt, że przekroczyliśmy granice ekologicznej wytrzymałości naszej planety, projekt zrównoważonego wzrostu postrzega się dzisiaj raczej jako ciekawostkę historyczną.

Wraz z postępami ekonomicznej i finansowej globalizacji, coraz większą popularność zyskuje teza, że rozwój światowy dokona się dzięki umiędzynarodowieniu rynków. Czyli dzięki procesowi, który w praktyce oznacza dla wielu krajów konieczność zaciągania gigantycznych długów i dużych wydatków budżetowych na ich obsługę. W naturalny sposób prowadzi to do wywoływania sztucznego, wymuszonego wzrostu jako źródła środków na spłatę zadłużenia. Nie chodzi już zatem bynajmniej o zachowanie równowagi między trzema filarami zrównoważonego rozwoju – wzrostem, sprawiedliwością społeczną i ekologią – ale tylko o wiarę w to, że o dobro społeczeństw i naszej planety zatroszczy się rynek i rządzące nim automatyczne procesy gospodarcze.

Z czasem koncepcję zrównoważonego rozwoju wyparła idea „zielonej gospodarki” bądź „zielonego rozwoju”. Ich istotę stanowi dążenie do racjonalnej regulacji zużycia surowców naturalnych oraz włączenia przyrody w wielki cykl produkcji i wyceny rynkowej.

Nie to jednak dokonuje się obecnie na świecie. W przypadku „starych” krajów uprzemysłowionych, naczelny bodziec wzrostu gospodarczego stanowi popyt w krajach rozwijających się, które – trzeba przyznać – przeżyły na początku XXI wieku wzrost o skali iście astronomicznej. Przyjąwszy ten sam model rozwoju, jak kraje nad-rozwinięte, tj. oparty na nieustannym i niekontrolowanym przyśpieszaniu produkcji – obecnie boleśnie przekonują się one, co naprawdę znaczy wyrażenie „granice wzrostu”. Paradygmatyczne znacznie ma przypadek Brazylii: po okresie niesamowitego rozwoju ekonomicznego i daleko idących reform socjalnych, które stały się dzięki niemu możliwe, nastąpił okres niespodziewanej stagnacji i kraj pogrążył się w politycznym kryzysie. Po raz kolejny niekontrolowany wzrost wytworzył zapotrzebowanie na… jeszcze większy wzrost, bo tylko dzięki niemu udałoby się ulżyć nieco frustracjom i rozczarowaniu spowodowanym niewypełnieniem obietnic ekstremalnie trudnych bądź wprost niemożliwych do zrealizowania.

W społeczeństwach zorientowanych na wzrost, jego ustanie oznacza długie okresy gospodarczej recesji, nędzę, intensyfikację działań o charakterze produktywistycznym bądź ekstraktywistycznych, a także kryzys ustroju demokratycznego. A jednak, postęp społeczny, dobrobyt i dobre życie są możliwe bez wzrostu gospodarczego; więcej nawet – wymagają one społecznego zwrotu w kierunku idei post-wzrostu (degrowth).

Początki dyskusji na temat wzrostu

Publiczna debata na temat wzrostu gospodarczego rozpoczęła się w późnych latach 60. i wczesnych 70. Jedna z najostrzejszych krytyk idei nieograniczonego wzrostu została sformułowana w 1972 roku w raporcie Klubu Rzymskiego pt. „Granice wzrostu” (Meadows, 1972). Raport ten podważył fundamentalne dla społeczeństwa przemysłowego założenia, wskazując na biofizyczne ograniczenia egzystencjalne Ziemi oraz wykładniczego wzrostu liczby populacji. W jego zakończeniu autorzy proponowali osiągnięcie wzrostu zerowego. Ze względów metodologicznych i politycznych, raport ten stał się przedmiotem gorącej debaty pośród naukowców i komentatorów tak z prawicy, jak i lewicy, a także z Trzeciego Świata. Szczególnie ci ostatni krytykowali go jako swego rodzaju podstęp krajów rozwiniętych, mający na celu utrwalenie istniejących nierówności i, co za tym idzie, ich monopolu surowcowego, albo też jako próbę powrotu do maltuzjanizmu.

Tym niemniej, raport ten przypominał po prostu, że wzrost zależy niezmiennie od wykorzystywania nieodnawialnych surowców. Po dwóch jego aktualizacjach – w roku 1992 i 2004 – Dennis Meadows napisał w 2012, czterdzieści lat po wydaniu pierwszej wersji, że spowolnienie funkcjonowania obecnego systemu do poziomu wzrostu zerowego nie jest już możliwe, jako iż ślady ekologiczny, jaki ono zostawia, przekroczył granice względnej kontroli. Dlatego też, według niego, obecnie konieczność stanowi odwrócenie procesu wzrostu.

Mniej więcej w tym samym czasie, rumuński ekonomista Nicholas Georgescu-Roegen udowodnił, że termodynamika i prawa rządzące światem istot żywych odgrywają fundamentalną rolę także w funkcjonowaniu gospodarki i społeczeństwa (Georgescu-Roegen, 1971 i 2006). Nieskończony wzrost jest niebezpieczny ze względu na nieodwracalność procesu przemiany materii w energię. Gospodarka to system istniejący w atmosferze: jest ona w istocie biogospodarką. Nawet biorąc pod uwagę recykling, najbardziej zaawansowana technologia nie zdoła nigdy wyeliminować entropicznego elementu procesu pozyskiwania i przetwarzania surowców, jako iż społeczeństwa współczesne zużywają gigantyczne ilości zanieczyszczającej środowisko i nieodnawialnej energii.

Bioekonomia Georgescu-Roegena zakłada dostosowanie sposobu funkcjonowania gospodarki do biofizycznych ograniczeń Ziemi oraz sprawiedliwą dystrybucję zasobów. Implikuje zatem daleko idące zmiany obecnie istniejących systemów gospodarczych oraz wartości, na których się opierają. Najbardziej znany uczeń tego wybitnego badacza, Herman Daly, bronił koncepcji gospodarki stanu stacjonarnego. Georgescu-Roegen jednakże ją odrzucił, argumentując, że gospodarka musi wrócić do stanu, w jakim znajdowała się, zanim przekroczyła granice wyznaczane przez biowydajność naszej planety (Daly, 1997).

Innym źródłem inspiracji dla idei post-wzrostu była krytyka rozwoju sformułowana w dziele „Westernization of the world” przez Serge’a Latouche’a (2006). Była ona inspirowana dziełami Ivana Illicha oraz André Gorza i Corneliusa Castoriadisa. Latouche krytykował społeczeństwa uprzemysłowione, w centrum swojego życia stawiające maszyny oraz ulegające konsumpcjonizmowi i jego uwodzicielskiej propagandzie.

Debata odżyła na nowo w poprzedniej dekadzie ze względu na skutki globalizacji oraz stałe przybliżanie się ekologicznej katastrofy. Wbrew zapowiedziom, zamiast bogactwa, dobrobytu i pokoju, globalizm i idea nieskończonego wzrostu przyniosły nam koszmar: nieusuwalne i zwiększające się ciągle nędzę i nierówność, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, zmiany klimatyczne, zanik bioróżnorodności, zmniejszenie poczucia zadowolenia z życia i coraz częstsze występowanie katastrof naturalnych i przemysłowych. Ideologia wzrostu zaczyna załamywać się pod ciężarem różnych nieszczęść, które sprawiają, że obiecywany przez nią dobrobyt wydaje się coraz bardziej odległy, za to globalna klęska – coraz bliższa.

Termin degrowth jest ze swojej natury prowokacyjny, a wręcz bluźnierczy. To chwytliwy termin, mający niepokoić ludzkie sumienia zdominowane przez kult wzrostu dla samego wzrostu – czy też, innymi słowy, żądzę zysku dla samego zysku.

Jedną z jego wad stanowi fakt, że często rozumie się go zbyt wąsko, jako ledwie „wzrost ujemny”, co może, w konsekwencji, skutkować zaciemnieniem najistotniejszych zagadnień cywilizacyjnych, jakie się z nim wiążą. Dlatego też niektórzy krytycy ideologii wzrostu preferują właśnie termin post-wzrost, antywzrost, a-growth, bez-wzrost, czy też, jak to ujął Ivan Illich, „zerwanie z nałogiem rozwoju”.

Post-wzrost w istocie nie stanowi przeciwieństwa wzrostu, nie jest wzrostem ujemnym, ba! – nie jest nawet terminem ekonomicznym, choć odwołuje się do badań z tej dziedziny i z nich właśnie się wziął. Oznacza on:

• Redukcję konsumpcji zasobów naturalnych i energii stosownie do biofizycznych ograniczeń i odnawialności ekosystemów. Wiąże się to z koniecznością zatrzymania produktywistycznego cyklu wytwarzania i konsumpcji;

• Stworzenie nowej wizji społecznej i politycznej, przeciwstawnej w stosunku do tej, na której opiera się ideologia wzrostu i rozwoju;

• Budowę pluralistycznego i różnorodnego ruchu społecznego, w którym odmienne prądy myślowe, doświadczenia i strategie budowy niezależnych i oszczędnych społeczeństw mogłyby się wzajemnie przenikać i wzbogacać. Post-wzrost to nie alternatywa, ale matryca alternatyw.

• Znalezienie różnorodnych sposobów przekroczenia granic ideologii wzrostu i zerwania z nieumiarkowaniem;

• Zorganizowanie ruchu politycznego, który byłby w stanie zadawać pytanie fundamentalne z punktu widzenia demokracji: „Jak możemy współistnieć z przyrodą”, zamiast: „Jak możemy się dalej rozwijać?”.

Post-wzrost i droga odejścia od ekonomii wzrostu

To, co ekonomia nazywa wzrostem, to po prostu ilościowe zwiększanie produkcji, wyrażane za pomocą wskaźnika produktu krajowego brutto (PKB). Innymi słowy, wzrost to proces pozwalający na coraz większą konsumpcję i akumulację kapitału. Choć jego intensywność zmieniała się w zależności od czasu i położenia geograficznego, możemy powiedzieć, że dokonuje się on przez całą historię kapitalizmu. Wzrost może być wolny, tak jak miało to miejsce w XIX wieku, czy w przypadku starych społeczeństw uprzemysłowionych w latach 80. „Wspaniałe trzydziestolecie” często podaje się jako model dynamicznego i zrównoważonego wzrostu, mającego jakoby kluczowe znaczenie dla postępu społecznego. Tymczasem okres ten to bynajmniej nie żaden model, ale raczej wyjątek od reguły rządzącej historią kapitalizmu. Rozwój „wspaniałego trzydziestolecia” był możliwy wyłącznie dzięki dostępowi do tanich zasobów naturalnych globalnego Południa, intensywnej eksploatacji środowiska oraz masowej de-kwalifikacji i racjonalizacji pracy. Aby poradzić sobie z konkurencją w postaci bloku komunistycznego oraz uprzedzić protesty – przyznano społeczeństwu pewne nowe prawa socjalne i ekonomiczne.

Globalny wzrost zależy nie tylko od pracy i kapitału; potrzebuje także energii i bogactw naturalnych. Bogactwa te są skończone i nie da się ich zastąpić kapitałem technicznym, wbrew temu, co mówią nam różne modele opracowywane przez neoklasycznych ekonomistów. Z tego względu kapitalistyczny cykl produkcji i konsumpcji zależy niezmiennie od wywłaszczenia i ekonomicznego wyzysku ogółu populacji, jak i również niszczenia tych form życia, które wymykają się mechanizmom wyceny rynkowej. Od lat 80. gospodarcza i finansowa globalizacja przyśpieszyła proces utowarowienia zasobów naturalnych i żywych organizmów, a także eksploatacji rzeczonych zasobów. Tym niemniej, gospodarka kapitalistyczna może rozwijać się wyłącznie na drodze eskalacji procesu nieodwracalnego niszczenia zastanych struktur społecznych i przyrodniczych, a także koncentracji bogactwa w rękach nielicznej mniejszości.

Z tego właśnie względu degrowth to nie to samo, co ledwie wzrost ujemny czy stagnacja gospodarki: nie chodzi o wywołanie negatywnych fluktuacji rynku czy permanentnej recesji. Post-wzrost stanowi wybór polityczny, polegający na metodycznej i dobrowolnej redukcji poziomu zużycia energii i bogactw naturalnych, na zredefiniowaniu naszych potrzeb i świadomym zwróceniu się w kierunku „oszczędnego dobrobytu”.

Według orędowników zielonego kapitalizmu, negatywny wpływ człowieka na środowisko można zmniejszyć na drodze zastosowania nowych technologii, zwiększających wydajność procesów technicznych i gospodarczych. Tak długo jednak, jak długo nie odważymy się zakwestionować samych zasad wzrostu i permanentnej akumulacji, pozytywny wpływ zwiększonej wydajności zostanie w całości zneutralizowany przez permanentne przyśpieszanie procesu produkcji. W przeszłości wszelkie potencjalne korzyści ekologiczne, jakie mogły przynieść nam wynalazki zwiększające wydajność energetyczną np. samochodów, zostały błyskawicznie „wyzerowane” przez znaczące zwiększenie średniej mocy silników i ogólnej ilości wytwarzanych maszyn. Ten „efekt odbicia”, opisywany już przez dziewiętnastowiecznego ekonomistę Williama Jevonsa, stanowi powód, dla którego „zielonego wzrostu” nie można uważać za realistyczną propozycję zaradzenia problemom wynikającym z faktu skończonej ilości zasobów; to po prostu kolejny sposób na powtórkę procesu wzrostu gospodarczego i akumulacji kapitału.

Zielone technologie obudziły w niektórych również nadzieję na „rozłączenie” procesów wzrostu gospodarki i poziomu emisji gazów cieplarnianych. Mówi się nam, że dzięki wydajności energetycznej, jaką umożliwia rozwój gospodarczy, poziom owej emisji zacznie samoczynnie spadać. Te przewidywania nie biorą jednak pod uwagę możliwości zwiększenia poziomu produkcji, które to – znów – zneutralizuje wszelkie korzyści, jakie mógłby nam przynieść postęp w dziedzinach wydajności i produktywności. Wzrost nadal pozostaje problemem.

To samo można powiedzieć o tak zwanym wzroście niematerialnym, wzroście w dziedzinie usług, charakterystycznym dla gospodarki opartej na wiedzy. Oczekiwać nadejścia niematerialnej ekonomii wzrostu to ignorować fakt, że większa część usług opiera się na jakiejś materialnej podstawie. Oprogramowanie może, istotnie, być wykonane z „szarej materii”, ale dyski twarde czy chipy komputerowe wykonuje się już z konkretnych materiałów, zużywając przy tym także znaczne ilości energii i wody.

Na koniec należy zauważyć, że dynamiczny, przyśpieszony wzrost, jaki miał miejsce w krajach uprzemysłowionych podczas „wspaniałego trzydziestolecia”, był możliwy wyłącznie dzięki dostępowi do tanich bogactw naturalnych krajów kolonialnych, zdominowanych przez światową Północ. W krajach Południa, niekiedy istotnie przeżywających dziś okres szybkiego rozwoju, wzrost wyhamuje znacznie szybciej, niż w tzw. krajach rozwiniętych: zderzą się one z faktem gigantycznego zapotrzebowania na surowce i będę zmuszone zacząć pozyskiwać je z własnych złóż. Alternatywą będzie pozyskanie ich ze złóż w innych krajach, czyli (po prostu) wojna.

Na polu ekonomii, dzięki ludziom takim jak Herman Daly (1997) i Tim Jackson (2011), a także wielu innym, rozwijają się obecnie nowe teorie makroekonomiczne, których celem jest stworzenie modelu dobrobytu bez wzrostu. Tym niemniej, należy tutaj dodać, że post-wzrost jako koncepcja opiera się również na bezkompromisowej krytyce ekonomizmu – dlatego też nie można wyobrazić go sobie bez odpowiedniego typu społeczeństwa.

Post-wzrost i droga odejścia od modelu społeczeństwa opartego na wzroście

Koncepcja wzrostu nie ma natury wyłącznie ekonomicznej. To całościowa wizja społeczna, czyniąca „postęp” historycznym standardem oceny życia zbiorowego. W kapitalizmie normę ową stanowi wzrost gospodarczy, wyrażany za pomocą wskaźnika PKB. W ten oto sposób wzrost staje się celem politycznym, „obowiązkową” cnotą obywatelską, jedyną drogą do osiągnięcia sprawiedliwości społecznej i budowy demokracji. Ideologia ta postrzega społeczeństwo jako luźny zbiór pracowników i konsumentów, pozbawiony jakiegokolwiek wymiaru politycznego. Konflikty społeczne sprowadza się do napięć powstałych wobec problemu dystrybucji bogactwa, niezależnie od tego, jaka byłaby owego bogactwa natura i w jaki sposób by je wytworzono.

Neoliberalizm przyśpieszył ten proces na poziomie globalnym. Neoliberalną politykę lat 80. można rozumieć jako reakcję na spowolnienie wzrostu w krajach uprzemysłowionych, które nastąpiło dekadę wcześniej. Wolny handel i narastająca finisjalizacja korporacji stanowiły główną siłę napędową rozpaczliwych prób poszukiwania nowych bodźców wzrostu.

W tradycji socjaldemokratycznej (wszystkich odcieni) wzrost gospodarczy uważa się za konieczny warunek sprawiedliwości społecznej. Chodzi o to, aby tort stawał się coraz większy i, w związku z tym, wszyscy dostali po większym kawałku, bez przejmowania się tym, według jakiego przepisu i z jakich składników go zrobiono. A jednak kwestii sprawiedliwości społecznej nie da się zredukować wyłącznie do redystrybucji owoców wzrostu. Rolę fundamentalną odgrywa w niej rozpoznanie równej godności wszystkich ludzi, a zatem także i ochrona warunków materialnych gwarantujących uszanowanie tej godności. To właśnie złudne mniemanie, jakoby wolny handel i konkurencja mogły doprowadzić do ponownego okresu wzrostu gospodarczego, pchnęło w latach 80. wielu socjaldemokratycznych polityków do zwrotu w kierunku rozwiązań neoliberalnych.

Z tego właśnie powodu degrowth nie jest projektem ekonomicznym: jego urzeczywistnienie wymaga przemiany całego społeczeństwa, w tym jego symboli i wartości. Kwestionuje on zachodni standard postępu i praktykę narzucania go całemu światu. Post-wzrost opiera się na pomyśle przywrócenia lokalnego charakteru działań gospodarczych i społecznych, redystrybucji bogactwa, odzyskaniu prawdziwego sensu pracy, przyjaznych dla środowiska „miękkich” technologiach, ogólnie pojętym zmniejszeniu tempa życia i ponownym upodmiotowieniu społeczności organicznych.

Degrowth to praktyczny wyraz kilku prądów myślowych: krytyki rynkowości i globalizacji; nadmiaru; technologii i techno-nauki; antropocentryzmu i instrumentalistycznej racjonalności; koncepcji homo economicus i utylitaryzmu.

Najlepiej urzeczywistniają ideę post-wzrostu ruchy społeczne działające przeciwko permanentnemu zwiększaniu tempa życia, ekonomicznej i finansowej globalizacji, masowemu wydobyciu bogactw naturalnych, owczemu pędowi w energetyce, reklamie i konsumpcjonizmowi, jak również wszelkiej niesprawiedliwości społecznej i ekologicznej.

Post-wzrost a ideologia rozwoju

Wiara w powszechny wzrost gospodarczy chwieje się już na światowym Południu. Przez długi czas, krytyka wiary we wzrost i postęp stanowiła wyłączną własność społeczeństw zachodnich i pierwsze wyrazy jej zaczęły pojawiać się na długo przed powojennym boomem w pracach W. Benjamina, H. Arendt, G. Andersa, J. Thellula i przedstawiciel szkoły frankfurckiej (by wskazać tu ledwie kilkoro autorów). Obecnie pojawia się ona także wśród społeczeństw południowych, wciąż uważanych za pilnie potrzebujących „rozwoju”. Z tego też względu krytyków ideologii wzrostu, szczególnie lewicowych, przedstawia się nieraz jako potwory odmawiające krajom globalnego Południa człowieczeństwa. Takie podejście sprowadza się do tezy, że wzrost stanowi konieczność natury i jedyne narzędzie wyzwolenia się z nieludzkich warunków bytowania. Dehumanizacja społeczeństw Zachodu przynajmniej częściowo odsłania fałsz tej koncepcji.

Wezwanie do przejścia od wzrostu do post-wzrostu stanie się na globalnym Południu zrozumiałe i sensowne dopiero wtedy, gdy procesowi temu, zapoczątkowanemu w krajach zachodnich, zacznie towarzyszyć szeroko zakrojona redystrybucja bogactwa, która pozwoliłaby ludziom dostrzec przynajmniej zarys przyszłości, dla której warto pracować. Wyłącznie w takim wypadku maksyma Gandhiego: „Żyj skromnie, aby inni również mogli żyć”, nabierze pełnego znaczenia.

Dla społeczeństw Południa post-wzrost stanowi wciąż perspektywę wątpliwą. Ich życie nie jest jeszcze w pełni oparte na wzroście gospodarczym, ich wpływ na środowisko jest niewielki, a podstawowe potrzeby ogółu populacji pozostają niezaspokojone. Tym niemniej, koncepcję post-wzrostu można również interpretować jako wezwanie do tego, aby nie wchodzić na ścieżkę zależności od wzrostu, aby uwolnić się od ekonomicznej i kulturalnej dominacji Północy i odzyskać w porę poczucie samokontroli i umiarkowania, często już obecne w rodzimych tradycjach południowych krajów.

Post-wzrost i ruchy społeczne

Ideologia wzrostu była opracowywana kilka wieków i jej dekonstrukcja z konieczności również zabierze dużo czasu. Będzie ona wymagać rozwinięcia praktyki i społecznej i dokonywania wyborów politycznych, które pozwoliłyby nam zarówno sprostać najważniejszym wyzwaniom naszego czasu, jak i położyć podwaliny nowego sposobu życia i współistnienia na naszej planecie.

W skład matrycy post-wzrostu wchodzi wiele różnych prądów myślowych i społecznych, nawet jeśli nie identyfikują się one w pełni z tym projektem, na przykład ruchy zajmujące się relacjami Północy i Południa i niebezpiecznej eksploatacji zasobów; ruchy rolnicze odrzucające produktywizm i promujące „chłopski” model gospodarki rolnej; ruchy działające na rzecz umorzenia długów, które zmuszają kraje uboższe do eksportu gigantycznych ilości surowców naturalnych kosztem ekosystemu; inicjatywy na rzecz rekultywacji gruntów czy powszechnego dostępu do wody; ruchy na rzecz sprawiedliwości ekologicznej; sprzeciwiające się realizacji niepotrzebnych projektów wielkoskalowych (budowie megatam, lotnisk, autostrad, linii szybkich kolei, olbrzymich centrów handlowych); promujące ideę decentralizacji źródeł energii i tzw. Transition Towns, inicjatywy typu Slow Food, Slow Science, Slow Cities, promocja technologii „skromnych” zamiast zaawansowanych, deglobalizacja, promocja lokalnej żywności i, ogólnie mówiąc, wszelkie ruchy o charakterze pro-lokalnym.

Te inicjatywy oporu ze swoimi unikalnymi doświadczeniami już przecierają szlak ku innemu, lepszemu światu. Rozpoczynają one proces oddolnej zmiany, bez którego nie da się wyobrazić żadnej transformacji społecznej czy politycznej. Czy to wystarczy? Gdzie znajdziemy siłę do szerzej zakrojonych działań? Łatwo jest zrozumieć i uznać konieczność przemiany naszej wizji społecznej – trudno natomiast sporządzić praktyczny plan budowy społeczeństwa post-wzrostu. Problem ten zmusza do zadania sobie ważnych pytań. Post-wzrost czego, gdzie i kiedy? Jakiego rodzaju reformy, jak różnorodne i na jakąś skalę? Jak wyobrażamy sobie solidarność i sprawiedliwość społeczną bez wzrostu gospodarczego? Jaki będą etapy urzeczywistniania naszej wizji? Jakie kroki powinniśmy podjąć? Jak możemy przeprowadzić rekonwersję przemysłową?

Alternatywa dla wzrostu i produktywizmu musi być kompleksowa i dotykać wszystkich poziomów życia: indywidualnego, lokalnego, państwowego i światowego.

Dokonanie przełomu na globalnej Północy będzie miało znaczenie kluczowe, i to z kilku przyczyn:

• Kapitalizm i produktywizm to systemy stworzone właśnie tam, podobnie zresztą jak produktywistyczny socjalizm.

• Ten model życia zbiorowego został potem „wyeksportowany” na Południe i znalazł tam wielu zwolenników.

• To właśnie stanowi prymarne źródło iluzji, wedle której nieograniczony przyrost bogactwa jest koniecznym warunkiem szczęścia i sprawiedliwości.

• W krajach Północy naruszenie równowagi ekosystemów uderza przede wszystkim w najbiedniejszych (dotykając sfer takich jak żywność, zdrowie, mieszkanie i wypoczynek), a ekonomiczna i finansowa globalizacja niszczy miejsca pracy, siłę do niej oraz dziką przyrodę.

Na Południu różne ruchy oporu wobec dominującej ideologii, ugruntowanych w konkretnym doświadczeniu życia, działają na rzecz zredefiniowania relacji między społeczeństwem i środowiskiem, rzucając w ten sposób wyzwanie neoliberalizmowi i produktywizmowi. Ruchy te mają generalnie naturę bardzo trwałą i łączą się ściśle z tym, co Juan Martínez Alier nazywa „ekologią ubogich” (Martinez Alier, 2002). Skutecznie pomagają one uciszyć obłudne moralizowanie, według którego troska o środowisko naturalne to luksus społeczeństw bogatych, a właściwie ich najbogatszego jednego procenta, w związku z czym krajów Południa zwyczajnie na nią „nie stać”.

Refleksji nad życiem społecznym nie można zostawić w ręku oświeconej elity, złożonej ze „znamienitych” jednostek i ekspertów. Zdajemy sobie sprawę, że takie posunięcie przyniosłoby ze sobą wyłącznie nowe formy totalitaryzmu. Nasze przemyślenia nie mogą nigdy tracić kontaktu z solidną podstawą konkretnych relacji i doświadczenia.

Wnioski

Idea post-wzrostu rzuca wyzwanie zarówno kapitalizmowi, jak i socjalizmowi, tak prawicy, jak i lewicy. Sprzeciwia się ona wszelkiej filozofii cywilizacyjnej opartej na założeniu, że wolność osiąga się na drodze brutalnego wyrwania się z porządku natury i zdominowania jej, i która gotowa jest poświęcić indywidualną swobodę i samostanowienie zbiorowości na ołtarzu nieograniczonej produkcji i konsumpcji materialnego bogactwa. Kapitalizm przynosi ze sobą coraz to nowe nieszczęścia, takie jak wywłaszczenie i nędzę, podporządkowanie energii żywej pracy sztywnym regułom kapitalistycznego rynku i zamianę przyrody w pospolity towar. System ten, oparty na dążności do ustanowienia racjonalnej kontroli nad światem, ludzkością i środowiskiem, zaczyna rozpadać się na naszych oczach.

Degrowth – czy też właśnie (bo to lepsze określenia) post-wzrost lub „zerwanie z nałogiem rozwoju” – to idea pozwalająca opracować przynajmniej roboczy plan działania w kierunku urzeczywistnienia pragnień tych wszystkich, którzy walczą o prawa Matki Ziemi, o deglobalizację i, w szerszym sensie, o prawdziwie demokratyczną organizację życia społecznego.

Powyższy tekst stanowi adaptację rozdziału z antologii „Systemic Alternatives”, wydanej wspólnie przez Fundación Solón, Attac France i Focus on the Global South. Ukazał się na portalu https://www.localfutures.org/ Przeł. Maciej Sobiech za zgodą wydawcy.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Dinh Khoi Nguyen from Pixabay.

Bibliografia:
Castoriadis, C. (1998). The Imaginary Institution of Society. Cambridge, MA, USA: MIT Press.
Daly H. (1997). Beyond Growth: e Economics of Sustainable Development. Boston, MA, USA: Beacon Press.
Daly H. (1972). Toward a Steady-State Economy. San Francisco, CA, USA: Freeman.
Georgescu-Roegen N. (1971). The Entropy Law and the Economic Process. Cambridge, MA, USA: Harvard University Press.
Georgescu-Roegen N. (2006). Demain la décroissance : entropie-écologie-économie. Paris, France: Favre. Versión original 1979.
Jackson T. (2011). Prosperity without Growth. Theconomics for a Finite Planet. London, England: Earthscan.
Latouche S. (1986). Faut-il refuser le développement. Paris, France: PUF.
Latouche S. (1989). L’occidentalisation du monde. Thessai sur la signi cation, la portée et les limites de l’uniformisation planétaire, Paris, France: La Découverte.
Latouche S. (2006). Le pari de la décroissance. Paris, France: Fayard.
Meadows D. (1972). Limits to Growth. New York, NY, USA: Universe books.

Nie tędy droga

Nie tędy droga

Media wciąż donoszą o protestach przeciwko szprychom kolejowym do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Sprzeciw wobec budowy dróg ekspresowych i autostrad przebija się znacznie słabiej

„Kolej rozjeżdża mi trzy domy: mój, mamy i babci”, „Tory przetną gminę na pół”, „CPK chce zniszczyć zielone płuca Śląska” – takie tytuły regularnie pojawiają się w mediach, które regularnie informują, że w różnych częściach Polski trwają protesty przeciwko przecięciu miejscowości przez linie kolejowe do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Sprzeciw wobec budowy autostrad i dróg ekspresowych prasa podchwytuje niechętnie. Można odnieść wrażenie, że drogi szybkiego ruchu wszędzie przyjmowane są z pełnym entuzjazmem.

Autostradowy trójkąt bermudzki

Daleka od entuzjazmu była atmosfera na spotkaniu konsultacyjnym, zorganizowanym 2 marca 2023 r. przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad w Wiskitkach. Przez tę podżyrardowską gminę ze wschodu na zachód biegnie autostrada A2, a teraz z południa na północ przeciąć ma ją trasa A50, czyli Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej. Sprzeciwiało się temu kilkuset mieszkańców obecnych na spotkaniu. Na zakończenie trwającej ponad cztery godziny dyskusji nad wariantami przebiegu burmistrz Wiskitek Rafał Mitura oznajmił: „Żadna z wersji nie jest dla nas do zaakceptowania”.

Na kolejne dni zaplanowane były debaty dotyczące przebiegu trasy A50 w leżących na południe od Warszawy gminach Puszcza Mariańska, Radziejowice, Mszczonów, Żabia Wola, Tarczyn, Grójec i Pniewy, lecz GDDKiA nazajutrz po burzliwej dyskusji w Wiskitkach ogłosiła: „Zawieszamy spotkania w sprawie Obwodnicy Aglomeracji Warszawskiej”. Wcale jednak nie uspokoiło to społeczności lokalnych. 8 marca 2023 r. mieszkańcy podgrójeckich miejscowości – w proteście przeciw planom budowy autostrady A50 i wstrzymaniu konsultacji – zablokowali Rondo Solidarności Wiejskiej w Grójcu.

Koncepcja budowy dużego ringu wokół aglomeracji warszawskiej budzi sprzeciw także na wschód od stolicy – między innymi w Wiązownie, gdzie powstała organizacja Nie Tędy Droga, której członkowie zwracają uwagę, że na terenie gminy wybudowano już drogę ekspresową S17, autostradę A2 i Południową Obwodnicę Warszawę. A50 ma być więc czwartą drogą szybkiego ruchu przechodzącą przez gminę Wiązowna, co przekształci ją – jak podkreślają aktywiści – w autostradowy trójkąt bermudzki.

Reprezentanci społeczności lokalnych zwracają uwagę, że Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej będzie dublować inne drogi, a jej przekrój (sześć pasów) nie znajduje uzasadnienia w obecnym natężeniu ruchu. – „Jest ona nielogiczna i nieekonomiczna” – mówiła przedstawicielka inicjatywy „Nie dla projektów CPK w całej Polsce” Barbara Czerniawska na posiedzeniu parlamentarnego zespołu ds. przeskalowanych inwestycji publicznych i przymusowych wywłaszczeń.

Zespół stworzony przez posłów Koalicji Obywatelskiej skupia się na krytyce Centralnego Portu Komunikacyjnego i przedsięwzięć z nim związanych. A jako że jedną z funkcji autostrady A50 ma być zapewnienie dojazdu do mega-lotniska, to opozycyjni posłowie chętnie się nią zajmują. Jednak otwierając posiedzenie, którego trasa była głównym tematem, wiceprzewodniczący zespołu Maciej Lasek zastrzegł: – „My nie jesteśmy oczywiście przeciwko rozwiązaniom drogowym”.

I rzeczywiście, planowana autostradowa obwodnica stolicy to jedyne przedsięwzięcie drogowe, któremu przyglądają się posłowie z zespołu. A przecież protesty przeciw drogom szybkiego ruchu mają miejsce w całej Polsce.

Kogo trafi autostrada

Na południe od Krakowa z akceptacją mieszkańców i władz gmin nie spotkał się żaden z sześciu zaproponowanych przez GDDKiA korytarzy planowanej drogi S7, która między Krakowem i Myślenicami ma przejąć funkcję dwujezdniowej drogi krajowej 7. W obliczu tak zmasowanego sprzeciwu dyrekcja na kilka miesięcy zawiesiła prace planistyczne, oznajmiając, iż oczekuje na wskazanie przez samorządy wariantu akceptowanego przez społeczności lokalne. Taka propozycja jednak nie powstała, bo żadna z gmin nie chciała się zgodzić na wytyczenie trasy przez swój teren.

Na południu aglomeracji wrocławskiej duże kontrowersje wywołuje koncepcja nowego przebiegu autostrady A4. W ramach planów jej rozbudowy z czterech do sześciu pasów rozważany jest wariant alternatywny w postaci odsunięcia trasy od Wrocławia i poprowadzenia jej nowym śladem przez gminy Żórawina, Kobierzyce, Sobótka i Mietków. Ich mieszkańcy nie chcą do tego dopuścić, gdyż znaleźliby się na wyspie między nową a starą autostradą. – „Nie widzę żadnego uzasadnienia, aby w odległości 2 km od obecnej autostrady budować coś nowego” – mówił wójt Mietkowa Adam Kozarowicz.

Jak zwraca uwagę inżynier drogownictwa Daniel Radomski, w rejonie dużych miast projekty drogowe zwykle spotykają się ze znacznie większym sprzeciwem niż na słabiej zurbanizowanych obszarach. – „Na terenach wiejskich łatwiej o wytrasowanie inwestycji z dala od skupisk ludzkich, a ewentualne wyburzenia to z reguły do kilku siedlisk na odcinek o długości 10 km. Liczba domostw w zasięgu oddziaływania drogi też będzie relatywnie mała. Przy większych miastach możemy mieć mniej wyburzeń, bo zazwyczaj mamy lepszy poziom planowania przestrzennego. Ale większa gęstość zabudowy to znacznie więcej mieszkańców w sąsiedztwie inwestycji, a także większe prawdopodobieństwo, że inwestycja trafi w kogoś z wiedzą, jak walczyć z inwestycją”.

Kość niezgody

Bitwę udało się wygrać mieszkańcom okolic Białegostoku, którzy zatrzymali prestiżową dla rządu inwestycję, czyli drogę ekspresową S19, mającą dowodzić, że PiS dba o rozwój infrastruktury we wschodniej Polsce. W listopadzie 2022 r. Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnym orzeczeniem uchylił decyzję środowiskową dla drogi S19 na odcinku Choroszcz – Ploski i obwodnicy Białegostoku. Podstawą decyzji sądu była za mała liczba alternatywnych wariantów przebiegu drogi w raporcie o oddziaływaniu na środowisko, na co skarżyli się aktywiści Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Juchnowieckiej i Stowarzyszenia Zielona Osada. Podnosili oni głównie kwestie ekologiczne, takie jak siedliska orlika krzykliwego, ale kością niezgody był wybór przez GDDKiA wariantu przecinającego liczącą 250 mieszkańców wieś Skrybicze.

– „Było wiele przypadków uchylenia decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach przez sądy administracyjne, ale zazwyczaj działo się to przed wejściem w fazę projektową” – mówi Daniel Radomski. – „GDDKiA od czasów Rospudy raczej unika podpisywania kontraktów, gdy decyzja jest przedmiotem postępowania odwoławczego w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska lub w sądach administracyjnych”.

Tym razem umowy na zaprojektowanie i budowę nowego układu drogowego w rejonie Białegostoku zawarto z firmami Budimex, Aldesa i Mota-Engil, gdy jeszcze toczyło się postępowanie odwoławcze. Przez swój zapał GDDKiA musiała zerwać kontrakty oraz od nowa zacząć procedurę środowiskową.

Możliwość działania

GDDKiA standardowo zakłada, że czas od złożenia wniosku o decyzję środowiskową do jej wydania to 16 miesięcy, ale jak wskazuje Daniel Radomski, zdarza się, że ze względu na odwołania i sprawy sądowe trwa to dużo dłużej: „Najdłuższe postępowanie to najprawdopodobniej Wschodnia Obwodnica Warszawy, gdzie pierwszy wniosek o decyzję złożono w 2005 r., a realizacja inwestycji – o ile będzie miała miejsce – skończy się na pewno po 2030 r.”.

Koncepcja Wschodniej Obwodnicy Warszawy – czyli przedłużenie wbiegającej z Lublina drogi ekspresowej S17 do wylotu S8 na Białystok – jest blokowana przez mieszkańców stołecznej dzielnicy Wesoła, którzy skutecznie wykorzystują procedurę środowiskową. Na początku marca 2023 r. Naczelny Sąd Administracyjny nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy, co – jak oznajmiła GDDKiA – „oznacza dla nas dalsze miesiące oczekiwania na kolejny wyrok, a co za tym idzie, brak możliwości działania w zakresie realizacji inwestycji”.

Coraz częściej mówi się, że Wschodnia Obwodnica Warszawy wcale nie powstanie. Zwłaszcza w obliczu planów wybudowania zaledwie kilkanaście kilometrów dalej na wschód równoległej Obwodnicy Aglomeracji Warszawskiej, która jednak również wzbudza kontrowersje w gminach, które mają zostać nią przecięte. Na przykład władze gminy Klembów alarmują, że „planowany korytarz drogi biegnie przez istniejące osiedla na terenie gminy i tereny przeznaczone do zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej. Spowoduje to konieczność przesiedlenia mieszkańców. Proponowany szlak trasy spowoduje podzielenie gminy na dwie części, co sprawi olbrzymie utrudnienia dla mieszkańców w dostępie do obiektów użyteczności publicznej, a w konsekwencji uniemożliwi zrównoważony rozwój gminy. Bezpowrotnie ulegnie degradacji środowisko naturalne”.

Potwór, który nigdy nie zasypia

W kwietniu 2023 r. GDDKiA zakończyła prace nad raportem o oddziaływania na środowisko planowanej drogi ekspresowej S16 Mrągowo – Ełk, która ma biec na estakadach ponad mazurskimi jeziorami.

„To nie jest droga dla Mazur, to droga przez Mazury” – czytamy na stronie internetowej inicjatywy społecznej „Ratujmy Mazury”. – „Dla mieszkańców Mazur będzie trudno dostępna, wyłącznie przez węzły, a więc nieprzydatna. Nie o taką drogę zabiegają lokalne samorządy. S16 to cios w ekonomię Mazur. To pozbawienie środków do życia mieszkańców wielu miejscowości położonych w jej sąsiedztwie. Ekspresówka nie przyciągnie nowych turystów, tylko ich odstraszy”.

Mieszkańcy Krainy Wielkich Jezior Mazurskich w petycji do ministrów klimatu i środowiska oraz infrastruktury domagają się odstąpienia od prac nad trasą S16, apelując o modernizację i remonty istniejących dróg, by były bezpieczniejsze i wygodniejsze.

Województwa warmińsko-mazurskie i kujawsko-pomorskie połączyć ma nowy odcinek drogi ekspresowej S5. Trasa S5 – która biegnie z Wrocławia przez Poznań i Bydgoszcz do węzła z autostradą A1 w Nowych Marzach koło Grudziądza – ma zostać wydłużona do Ostródy i połączyć się z drogą S7 Warszawa – Trójmiasto. Wraz z postępami w planowaniu przebiegu trasy S5 rosną związane z nią emocje. Wójtowie gmin powiatu grudziądzkiego kierują do GDDKiA na razie stonowane apele o odsunięcie drogi od miejscowości, a mieszkańcy organizują się w stowarzyszenia, aby sformalizować sprzeciw wobec przecięcia swoich małych ojczyzn.

Na południu Polski droga S5 ma zostać wydłużona z Wrocławia do węzła z drogą S3 w Bolkowie. Największy sprzeciw plany te wywołują w leżącej pod Świdnicą gminie Marcinowice. – „Chcecie puścić pod naszymi domami potwora, który nigdy nie zasypia, który będzie cały czas hałasował, charczał i buczał, pluł spalinami i zanieczyszczeniami cały okrągły rok, bez wytchnienia, o każdej porze dnia i nocy” – mówiła mieszkanka wsi Gruszów podczas relacjonowanego przez portal Swidnica24.pl spotkania z GDDKiA.

Tak, ale gdzie indziej

– „Protestujący przeciw budowie dróg ekspresowych są w wymiarze medialno-narracyjnym tematem czysto lokalnym” – powiedział w internetowej audycji Międzymiastowo pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała. – „Ponieważ wszystkie inwestycje kolejowe są obrandowane CPK, protesty przeciwko linii kolejowej w gminie X i protesty w gminie Y na drugim końcu Polski narracyjnie nie są postrzegane jako tematy lokalne, lecz jako wspólny protest przeciwko CPK. W związku z czym jest pewna masa krytyczna protestu w wymiarze czysto medialno-narracyjnym, która jest większa niż w przypadku protestów przeciwko drogom”.

Niezgoda na budowę dróg szybkiego ruchu, choć występuje w różnych częściach Polski, to – inaczej niż w przypadku szprych kolejowych do CPK – nie przekształca się w ponadregionalne koalicje protestujących społeczności.

W województwie świętokrzyskim przeciw planom GDDKiA protestują mieszkańcy wsi Zajeziorze, która ma zostać przecięta drogą ekspresową S74, mającą połączyć województwa łódzkie, świętokrzyskie i podkarpackie. – „Wyburzone zostaną domy, skup i nasz jedyny sklep we wsi” – mówił „Echu Dnia” sołtys Zajeziorza Andrzej Skrzypczyński.

W lutym 2023 r. radni gminy Samborzec jednogłośnie przyjęli uchwałę, w której alarmują, że plany budowy drogi S74 „zakładają konieczność wyburzenia wielu domów, zabudowań gospodarczych, a także budynków użyteczności publicznej”. W uchwale tej – przesłanej do resortu infrastruktury i GDDKiA – radni podkreślają, że „budowa drogi ekspresowej biegnącej przez teren powiatu sandomierskiego jest ogromną szansą na rozwój”, ale jednocześnie zaznaczyli: „Żądamy dokonania korekty przebiegu drogi ekspresowej tak, by omijała obszar gminy Samborzec”, proponując wytyczenie trasy przez sąsiednie gminy Koprzywnica i Łoniów. To typowy przejaw syndromu NIMBY (Not In My Back Yard), czyli „Nie w moim ogródku”.

„Nimbysta to osoba, która uznaje potrzebę realizacji określonej inwestycji, ale nie zgadza się na jej lokalizację w pobliżu swojego miejsca zamieszkania” – wyjaśniają dr Maria Bednarek-Szczepańska i dr Karolina Dmochowska-Dudek w książce „Syndrom NIMBY na obszarach wiejskich w Polsce”. Jak wykazały badania wśród protestujących społeczności, „ankietowani przeciwnicy w 65% deklarowali, że planowana inwestycja, przeciwko której protestują, jest potrzebna, ale powinna powstać gdzie indziej”.

W publikacji wskazany jest ekstremalny przykład syndromu NIMBY z Lublewa Gdańskiego, przez który wytyczona została ekspresowa Obwodnica Metropolii Trójmiejskiej, mająca zdublować ekspresową Obwodnicę Trójmiasta. Mieszkańcy, zamiast wspólnie walczyć o wyprowadzenie trasy poza ich miejscowość, podzielili się na dwa obozy forsujące odmienne warianty przebiegu przez Lublewo Gdańskie i skupiali się na tym, aby trasę przesunąć od swoich domów ku domom sąsiadów. Ostatecznie ekspresówka przetnie wieś na pół, a w jej centrum powstanie węzeł, na którym z obwodnicy będzie się zjeżdżać na drogę wojewódzką 221 Gdańsk – Kościerzyna.

Co charakterystyczne, w przypadku szprych CPK rzadko kiedy występuje syndrom NIMBY – protestujące społeczności nie podkreślają, że ogólnie popierają rozwój kolei. – „Kolej dużych prędkości wszędzie spotyka silny opór społeczny, także tam gdzie nie będzie generowała wielu wyburzeń. Ludzie nie chcą kolei, z której i tak nie będą mieli jak skorzystać, bo najbliższa stacja będzie mocna oddalona” – stwierdza Daniel Radomski.

Nieco inaczej tłumaczy to Marcin Horała: „Polacy przyzwyczaili się do sytuacji, w której brakuje dostępu do kolei, nie ma połączeń autobusowych. Nie ma nic oprócz samochodów” – stwierdził pełnomocnik rządu w audycji Międzymiastowo. – „Inwestycje kolejowe odpowiadają więc na potrzeby, których ludzie nie czują”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 3/124 maj-czerwiec 2023; http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu pochodzi z facebookowego profilu https://www.facebook.com/ratujmymazury/

Czerwone onuce i antyfaszyzm w interesie Kremla

Czerwone onuce i antyfaszyzm w interesie Kremla

Można powiedzieć, że Polska ma szczęście. Prawie nie mamy bowiem lewicy prorosyjskiej. Z pewnym wyjątkiem.

Napaść Rosji na Ukrainę ukazała bezmiar głupoty lewicy w krajach Zachodu. W tym jej znanych postaci. Zaczęło się tam jeszcze większe niż dotychczas wybielanie Rosji, neokolonialne wywody o jakoby naturalnej rosyjskiej „strefie wpływów” w Ukrainie, o „imperializmie” NATO i „sprowokowaniu” Rosji przez tenże sojusz, i tak dalej, i temu podobne. W Polsce takich postaw jest znacznie mniej. Z przyczyn oczywistych – my tutaj nie tylko wiemy od dawna, czym jest i do czego jest zdolna Rosja, ale i widzimy z bliska, co się dzieje w pobliżu.

W Polsce prawie nie mamy zatem fenomenu, który na Zachodzie zwany jest tankies. Czyli prorosyjskiej lewicy. Czyli lewicowego odłamu tego, co w Polsce szyderczo nazywamy się onucami. Piszę „prawie”, gdyż trochę mamy. Dzisiaj będzie o właściwie jedynym zauważalnym środowisku tego typu – prorosyjskim, antyukraińskim, propagującym takie poglądy już od ładnych kilku lat, na długo przed obecną wojną, choć uruchomionym, co za przypadek, po poprzedniej napaści Rosji na Ukrainę.

Będzie zatem mowa o portalu Strajk.eu, utworzonym w październiku 2014. Zasługuje on na uwagę nie tylko ze względu na to, co opiszę dokładnie poniżej, czyli zaawansowaną prorosyjskość. Chodzi także o to, że jest to właściwie jedyne w Polsce środowisko prorosyjskiej lewicy „nowoczesnej”. Pozostałe środowiska lewicowo-prorosyjskie są/były dalekie od tego, co obecnie uważa się za główny nurt lewicy. Rekrutowały się głównie z niszowych środowisk postkomunistycznych, z lewicy narodowej (a nierzadko moczarowskiej), z różnych grupek narodowych, które do orientacji prorosyjskiej dołożyły poglądy socjalne itp. Wszystkie one były dalekie od współczesnej lewicowości. Portal Strajk jest właściwie jedynym bardziej zauważalnym środowiskiem w Polsce, które łączy tematykę socjalną, prorosyjskość oraz wątki feministyczne, zainteresowanie prawami mniejszości seksualnych itp. To są właśnie nasi tankies, gdyż, tak jak na Zachodzie, dokonują syntezy prorosyjskości z, mówiąc symbolicznie, paradami równości czy antyrasizmem, nie zaś, jak robią to inne opcje krajowej mikrolewicy prorosyjskiej, z wzdychaniem za akcją Hiacynt i marcem ‘68.

Warto przyjrzeć się temu fenomenowi dokładnie, na przestrzeni lat, pod kątem poglądów, uwikłań i personaliów.

Wielki Spisek na Majdanie

Najpierw kilka szczególnie pysznych cytatów, żeby wprowadzić w ten specyficzny klimat. Dotyczą one wydarzeń na kijowskim Majdanie podczas protestów trwających od jesieni 2013.

20 listopada 2017 mogliśmy na portalu Strajk przeczytać, że na Majdanie protestujący zostali ostrzelani przez swoich, a za wszystkim stali Amerykanie. „15 listopada włoska Canale 5 […] nadała reportaż Giana Micalessina o masakrze na kijowskim Majdanie z 20 lutego 2014 r. […] Włoski dziennikarz dowodzi, że masakry, w której zginęło 80 osób, dokonano z rozkazu szefów opozycji, w porozumieniu z Amerykanami. […] Jak wiadomo, oficjalna wersja władz ukraińskich mówi, że do manifestantów i policjantów strzelali owego fatalnego dnia niezidentyfikowani »ludzie Janukowycza«. Zdaniem Micalessina to tzw. fake news. […] Dziennikarz pracował długo nad tematem. W Skopje, stolicy Macedonii, znalazł dwóch Gruzinów, w innym »kraju Europy wschodniej« dotarł do trzeciego. Twierdzi, że to właśnie oni 20 lutego 2014 r. strzelali do tłumu i policjantów z okien hotelu Ukraina. Rozmówcy Micalessina opowiadają, że około 15 lutego, w majdanowym namiocie Gruzinów pojawił się Mamulaszwili wraz z »instruktorem amerykańskim«, oficerem 101 dywizji powietrzno-desantowej USA Brianem Christopherem Boyengerem, który odtąd wydawał im rozkazy. Boyanger walczył później w Donbasie po stronie rządu ukraińskiego, był członkiem Legionu Gruzińskiego. 18 lutego Gruzini poznali Serhija Paszynskiego, późniejszego przewodniczącego ukraińskiego parlamentu. To on kazał tego dnia przepuścić zatrzymany przez oburzonych manifestantów samochód z automatyczną bronią snajperską. Następnie przenieśli się do hotelu Ukraina, gdzie spotkali innych byłych wojskowych, Litwinów, którzy również strzelali do tłumu z okien 20 lutego. […] Między grupami snajperów strzelających z okien hotelu Ukraina, w którym stacjonowali też szefowie opozycji, krążyły – wydając rozkazy – trzy osoby: Mamulaszwili, Boyenger i Parasiuk. Snajperzy mieli strzelać do obu grup: manifestantów i Berkutu, by »wywołać chaos«, co się udało. Podczas gdy z górnych pięter strzelano, na dole hotelu zajmowano się rannymi. Po kilku godzinach, zgodnie z rozkazami strzelający porzucili broń i po prostu uciekli. Było to łatwe, z powodu ogólnego zamieszania”.

Tego typu opowieści portal serwował już wcześniej. 15 października 2015 pisał: „Jeden z angielskich dziennikarzy, Gabriel Gatehouse, zwraca w filmie uwagę, że ogień prowadzony jest z okna hotelu Ukraina. Ustalono, że to okna pokoju 1132, który wówczas był wynajmowany przez Igora Jankiwa, działacza partii Swoboda, poza działalnością polityczną zajmujący się strzelectwem sportowym. Sąsiednie pokoje zajmowali wspomniani działacze Swobody”.

23 czerwca 2016 Małgorzata Kulbaczewska-Figat cytowała, bez większego komentowania, opowieści jednego z bohaterów swojego reportażu z Ukrainy: „Oligarchowie umieją bronić swojego, na różne sposoby. Zaaranżowanie przewrotu? A czemu nie? Chodzi o sterowane »instytucje pozarządowe«, opłacenie liderów, zagwarantowanie odpowiedniego przekazu w mediach i w internecie? Wyposażenie Prawego Sektora i innych agresywnych organizacji, w tym zwykłych faszystów? Tak, ale nie tylko, mówi Dmitrij. Majdan kilka razy już zaczynał się rozchodzić, ludzie tracili wiarę w zwycięstwo. I co wtedy? Właśnie wtedy działo się coś dramatycznego. Ludzie znowu czuli gniew. Zostawali, chcieli walczyć dalej. […] o przebiegu wydarzeń wokół Majdanu nie wiemy. Kto tak naprawdę podejmował decyzje w krytycznych dniach? Czy ktoś nie podsunął Janukowyczowi katastrofalnych rozwiązań? Czy nie mieliśmy do czynienia z przerażającą prowokacją?”. W innej części tego tekstu czytamy: „Właśnie na drzewa na Instytuckiej radzi mi zwrócić uwagę Maksim Szpaczenko, dziennikarz i obrońca praw człowieka. To one, opowiada, najlepiej świadczą o tym, że z Majdanem było coś stanowczo nie tak. Młode drzewa na Instytuckiej pojawiły się akurat tam, bo krótko po tym, gdy Janukowycz uciekł i stało się oczywiste, że władzę przejmuje nowa ekipa, wycięto wszystkie starsze, które nosiły ślady kul z trzech najkrwawszych dni, od 18 do 20 lutego 2014 r. Dlaczego nowym rządzącym tak na tym zależało? Czy nie dlatego, że na podstawie śladów kul można byłoby ustalić ich bieg, wskazać miejsce oddania strzałów, a potem dojść do tego, skąd właściwie strzelano? Kto właściwie strzelał? Kto sprawił, że w trzy dni i noce padło więcej ofiar, niż przez poprzednie trzy miesiące protestów? Tak naprawdę nikt tego nie badał i nie rozstrzygnął. Wygląda na to, że nowa władza miała coś poważnego do ukrycia, a wersja wydarzeń, którą opowiedziała światu, była naciągana”.

Tak się wygina obrońca Putina

Było o Ukrainie? To teraz będzie o Putinie. 10 sierpnia 2019 Jarosław Pietrzak tak pisał na portalu Strajk w tekście „Reductio ad Putinum”: „[…] żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. […], to Jelcyn, nie Putin, wytoczył czołgi na Dumę, to Jelcyn, nie Putin, utrzymał się u władzy na drugą kadencję, dzięki gmeraniu obcego (amerykańskiego) rządu i jego agencji w rosyjskich wyborach. […] W Rosji Putina opozycyjna czy zbuntowana kultura jest marginalizowana, odcinana od publicznych funduszy, ale książki są bez problemu wydawane, filmy i muzyka i tak powstają (wielki rynek w narodowym języku pomaga) i tylko nieliczni artyści (jak Pussy Riot) spotykają się z realnymi, pokazowymi represjami”.

Komuś jeszcze mało? To cytujmy dalej tekst Pietrzaka: „Jednym z głównych wątków zachodniego dyskursu demonizującego Putina są zabójstwa krytycznych dziennikarzy, jakoby na zlecenie samego władcy Kremla. Cohen zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, dokładnie tyle samo dziennikarzy, po 41, zostało zamordowanych pod rządami Jelcyna (tylko dwie kadencje), co przez cztery kadencje rządów Putina. Nawet to stanowiłoby więc jakąś poprawę w stosunku do epoki przed Putinem, przy założeniu, że odpowiedzialność Putina za wszystkie przypisywane mu zabójstwa dziennikarzy byłaby pewna. Po drugie bowiem te zarzuty opierają się jednak na spekulacjach i na założeniu, że to jest przecież »oczywiste«. Samo to, że dziennikarz ginie pod rządami tego czy innego prezydenta, nie wystarczy za dowód, że to na jego zlecenie. Cały świat traktuje przypadek Anny Politkowskiej, jakby odpowiedzialność Putina za jej śmierć była pewnikiem, jakby ktoś ją udowodnił – tymczasem jej koledzy z redakcji utrzymują, że była to raczej robota czeczeńska. Ważne miejsce w książce Tony’ego Wooda zajmuje krytyka mitów dotyczących rosyjskiej polityki międzynarodowej pod rządami Putina. Wood nie wierzy, że Putin wkroczył do gabinetów Kremla z wielkim strategicznym planem odbudowy Rosji jako imperium, którego macki rozejdą się po całej planecie, i od tamtego czasu wizję tę przebiegle i konsekwentnie realizuje (aż obsadził swoją marionetkę w Białym Domu, jak chce najbardziej niedorzeczna wersja tej fantazji). Upadek ZSRR pociągnął za sobą dobrowolną demilitaryzację Rosji, którą trudno porównać z czymkolwiek w nowożytnej historii. Rosja we wczesnym stadium neoliberalnej transformacji zredukowała swoje wydatki zbrojeniowe o 95%. Ambicją rosyjskiej klasy politycznej – w tym samego Jelcyna – było, aby Rosja, jeśli tylko zrzuci pancerz i wypluje zęby, a potem wykaże się jako wzorowy uczeń globalnych instytucji neoliberalizmu, została przyjęta w szeregi „wolnego świata”. Marzeniem było zbliżenie i integracja z Zachodem, nie wyłączając NATO. Prozachodni paradygmat Kremla wcale się nie zmienił wraz z przejęciem władzy przez Putina. Przez pierwsze dwie kadencje Putin poruszał się po świecie, spoglądając przez takie same okulary. Dopiero u władzy do Putina i jego administracji zaczęło powoli docierać, że rosyjska miłość do Zachodu jest uczuciem nieodwzajemnionym. Że rozszerzenie NATO o byłe państwa Bloku Wschodniego (w tym trzy byłe republiki radzieckie), wbrew obietnicom dawanym przez Billa Clintona Gorbaczowowi, że nic takiego nie nastąpi, było obliczone jako posunięcie skierowane przeciwko Rosji. Że pragnieniem Zachodu, wcielonego m.in. w NATO i Unię Europejską, jest pogłębianie marginalizacji Rosji, dystansu od niej, jej osłabianie, jej osaczanie przez podsuwanie coraz bliżej jej granic oddziałów US Army, aż po instalowanie u władzy neonazistów tuż pod rosyjskimi granicami, w kraju, którego ogromna część populacji czuje się kulturowo powiązana z Rosją (Ukraina). […] Trzeba sobie zadawać pytanie, czy Zachód pozostawił Putinowi jakiś większy wybór. […] Na całym Zachodzie złowieszcze spojrzenie Putina ma przyciągać uwagę zaniepokojonych demontażem demokracji społeczeństw, by zapomniały patrzeć tam, gdzie ten montaż naprawdę się odbywa. […] Tak, Rosję Putina charakteryzuje daleko posunięty autorytaryzm, ale trudno byłoby wykazać, że dramatycznie większy niż dwadzieścia lat temu. We Francji, Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii wykazać coś takiego byłoby natomiast całkiem łatwo. […] Fiksacja na punkcie Putina jako demona, który jakoby chce pogrzebać nasze wolności, ma za zadanie odwracanie naszej uwagi od tego, kto je nam (już, szybko i sprawnie) odbiera naprawdę. Fiksacja na punkcie Putina jako tego, który jakoby zagraża światowemu pokojowi, ma za zadanie odwracać naszą uwagę od tego, kto naprawdę dwoi się i troi, żeby doprowadzić do kolejnej wielkiej wojny (Amerykanie i ich najbliżsi sojusznicy)”.

Nie trzeba tego, jak sądzę, komentować.

Onuce jawne i mniej jawne

Zanim zaprezentuję państwu dalsze smakowite cytaty z tego rezerwuaru, powiedzmy nieco o kadrach. To wszystko nie pisze się przecież samo, nie zamawia samo, nie promuje samo, nie wynagradza samo itp.

Kadry portalu Strajk.eu można podzielić na trzy grupy. Pierwsza działa jawnie, wręcz z dumą i zadowoleniem, nie kryje się z sympatiami do Rosji i z niechęcią do okcydentalistycznej orientacji Ukrainy. Drugą są tacy, którzy w ostatnim czasie chyba nieco zwątpili, albo po prostu pomyśleli, że mają przed sobą jeszcze kawał życia i niekoniecznie warto być kojarzonym z tego rodzaju wywodami. A trzecia grupa to tacy, którzy starannie tuszują swoje niedawne uwikłanie w takie klimaty.

Redaktorem naczelnym i założycielem portalu jest Maciej Wiśniowski. Oraz, jak twierdzi, jego sponsorem przy pomocą środków ze swojej działalności gospodarczej. Pojawiały się opinie i podejrzenia, że wokół portalu są rosyjskie pieniądze, ale nikt tego jasno nie wykazał. Wiśniowski doktoryzował się w Moskwie, spędził w Rosji kawałek życia, miał żonę Rosjankę, a sympatie wobec tego kraju deklaruje wprost. Publikował m.in. w „Głosie Rosji”, później w powstałym na jego bazie (nie)sławnym portalu Sputnik News itp. W swojej autoprezentacji na portalu Strajk przedstawia się wprost m.in. jako rusofil. W początkach 2021 został przez opozycyjne Echo Moskwy oskarżony, że wchodzi w skład grupy osób, którą stworzył pułkownik Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji Jewgienij Umierienkow. Wytoczył redakcji proces w rosyjskim sądzie, twierdząc, że nikt go nie werbował i nie opłacał, a Rosję popiera i lubi bezinteresownie. Sprawa jest zatem jasna, zero ściemy.

Inną znaną postacią z tego grona jest Agnieszka Wołk-Łaniewska. Pierwsza szefowa portalu, przez długie lata związana z mediami postkomunistycznymi, regularna autorka kremlowskiego portalu Sputnik. Również ona nie kryje się z takimi poglądami od lat, a media opisywały ją już niemal dekadę temu jako osobę ze środowiska prorosyjskiego w Polsce. Obecnie pisuje m.in. do tygodnika „Przegląd”, który od lat prezentuje sporo wyrozumiałości wobec Rosji.

Teraz pora na drugą grupę. W ciągu ostatniego roku stopka redakcyjna portalu Strajk mocno się przerzedziła. Zniknęła np. Małgorzata Kulbaczewska-Figat – przez lata bardzo aktywna autorka. Przygotowała dla portalu wiele materiałów dotyczących Ukrainy. Zrobiło się o niej głośniej latem 2020 roku, gdy wzięła udział w rosyjskiej „konferencji naukowej”, której uczestnicy przyjęli stanowisko mówiące, że ZSRR nie ponosi odpowiedzialności za… mord w Katyniu. Co prawda odcięła się od tego stanowiska, ale sam udział w takim spędzie mówi wiele o powiązaniach. Obecnie jest „koordynatorką” portalu „Na argumenty”, na którym tematyka ukraińska i rosyjska w zasadzie nie występuje.

Inną osobą, która przez bardzo długi czas była związana z portalem, jest Piotr Nowak. Zanim rozpoczął aktywność w Strajku, miał na koncie np. współpracę z prorosyjską skrajną prawicą. Po napaści Rosji na Ukrainę w roku 2014, środowiska prorosyjskiej skrajnej prawicy w Polsce zorganizowały „manifestację antywojenną” pod… ambasadą Ukrainy w Warszawie. Tak, to nie pomyłka, Ukrainy – nie pod ambasadą Rosji. Oprócz działaczy Falangi, ludzi związanych z Xportalem czy Mateusza Piskorskiego, pojawił się tam także Nowak i wygłosił przemówienie. Później przez długie lata i jeszcze po obecnej napaści Rosji na Ukrainę był członkiem redakcji portalu Strajk i nie przeszkadzały mu treści tam publikowane – te już cytowane oraz te obficie cytowane poniżej.

Dziś jako autora można go znaleźć np. w… „Rzeczpospolitej”. Bynajmniej nie zaprzestał zupełnie związków z portalem Strajk. Prawie rok po napaści na Ukrainę, 30 stycznia 2023, Nowak gawędził z szefem portalu Wiśniowskim:

Oprócz pojedynczych personaliów warto wspomnieć jeszcze o kilku „grupowych” inicjatywach ludzi z tego środowiska. Na przykład o tym, że powiązana z władzami kremlowskimi agencja informacyjna NewsFront, mająca na celu wspieranie prorosyjskich nastrojów w innych krajach, chętnie przedrukowywała treści ze Strajku, co opisał portal Frontstory. Ten sam portal w sierpniu 2021 opublikował polskie tłumaczenie materiału z vsquare.org, wskazującego związki twórców Strajk z aktywnością Rosji w Afryce w tamtejszych wyborach, mającą zabezpieczać interesy Kremla. W wyjeździe wzięli udział Wiśniowski, Kulbaczewska-Figat i Bojan Stanisławski, a w tle całej inicjatywy silne były wedle portalu wpływy Mateusza Piskorskiego. Sam Piskorski cieszył się zainteresowaniem redaktorów Strajku już wcześniej, podczas odsiadki za domniemaną działalność szpiegowską. Portal zamieszczał detaliczne relacje (23 kwietnia 2018, 18 lipca 2018), z rozpraw Piskorskiego oraz pisał, że „Lider Zmiany określany jest niekiedy mianem pierwszego więźnia politycznego rządów PiS”.

Jeszcze ciekawszym „wydarzeniem wyjazdowym” ludzi z tego kręgu była wizyta Wołk-Łaniewskiej i Kulbaczewskiej-Figat we wrześniu 2021 u Marii Zacharowej, dziś okrytej niesławą rzeczniczki prasowej rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Redaktorkom Strajku towarzyszył Paweł Dybicz z wspomnianego tygodnika „Przegląd”:

Onuce wstydliwie skrywane

Najciekawszym, bo dzisiaj mało znanym w tej roli przypadkiem długotrwałego współpracownika portalu Strajk jest Przemysław Witkowski. „Tropiciel faszyzmu”, moralizator, specjalista od rozliczania i pouczania, człowiek, gdy trzeba, doskonałej pamięci sięgającej wielu lat wstecz, a od pewnego czasu próbujący się legendować jako osoba o poglądach krytycznych wobec Rosji putinowskiej, a nawet rozliczający innych z rzekomych sympatii prorosyjskich. Tylko o swoich uwikłaniach tego typu akurat „zapomniał”. Odkąd zaczął karierę w mediach liberalnego mainstreamu, gdzie robi za „eksperta od ekstremizmów”, niedawne uwikłanie w portal prorosyjski mogłoby mu przecież zaszkodzić.

O Witkowskim napisałem tekst w roku 2021. Opisałem tam w wykonaniu tej postaci zmyślenia w artykułach, pseudonaukowe i przestarzałe brednie w książce wykazane mu przez fachowców ds. danej tematyki, pijacką awanturę urządzoną lokatorom mieszkania wynajmowanego innym oraz oczernianie ofiar zajścia, wulgarne i prymitywne wypowiedzi publiczne, współpracę ze środowiskiem paranoicznie „antysyjonistycznym” (takim, które krytykę polityki Izraela zastąpiło zupełnie szurskimi teoriami na ten temat) itp.

A także domniemaną przemoc seksualną i niestosowne zachowania wobec kobiet. W tej ostatniej kwestii szybko pojawiły się nowe informacje. Po opublikowaniu mojego tekstu, na jednej z facebookowych lewicowych grup dyskusyjnych zareagowała pewna kobieta ze środowiska liberalno-lewicowego, wówczas partnerka jednej ze znanych postaci z kręgów „Krytyki Politycznej”. Była ona oburzona opisaniem tego wątku przeze mnie, ale przyznała, że zna sprawę i domniemaną ofiarę, tj. swoją koleżankę i że to sprawa „prawdopodobnie ciężka”. W tej samej kwestii skontaktowała się ze mną pisemnie znana feministka, również związana z podobnymi środowiskami lewicowo-postępowymi, m.in. współpracownica „Krytyki Politycznej”. Także ona potwierdziła, że zna sprawę i przed kilkoma laty czytała relację domniemanej ofiary zachowań Witkowskiego. Z jej relacji wynika wprost, że chodzi o poważne zachowania i zarzuty, w dodatku niejednokrotne. Opis autorstwa domniemanej ofiary określiła ona słowem „przerażający”. Do tematu prawdopodobnie wrócimy, choć istnieją przesłanki, by sądzić, że jest to sprawa raczej dla stosownych instytucji publicznych.

Opublikowanie mojego tekstu niewiele zmieniło w poczynaniach Witkowskiego. Nadal jest on współpracownikiem „Krytyki Politycznej”, która publikuje jego teksty mimo krążących właśnie w okolicach tego środowiska informacji o nagannych zachowaniach Witkowskiego wobec kobiet. Zintensyfikował on także współpracę z tygodnikiem „Polityka”, który najwyraźniej nie widzi niczego niewłaściwego w takim zestawie poczynań swojego autora. Swoją drogą także i przy okazji współpracy z tym pismem Witkowski okazał się być sobą w całej okazałości. Gdy na stronie internetowej „Polityki” opublikował tekst o skrajnej prawicy na Dolnym Śląsku, na Twitterze jego znajomy dziennikarz, Jacek Harłukowicz, długo związany z wrocławską „Gazetą Wyborczą”, napisał rozżalony, że to właściwie nic więcej niż tylko przepisanie informacji z cyklu jego tekstów na podobny temat, publikowanych przez lata, a tekst Witkowskiego nie zawiera wzmianki o źródłach informacji. Pod tekstem Witkowskiego dopiero po tej reakcji pojawiła się dodana adnotacja o czerpaniu z tekstów Harłukowicza, ale czujni internauci uchwycili moment, gdy niczego takiego pod nim nie odnotowano. Cóż, typowe zagranie Witkowskiego, które to już tego typu:

Witkowski pojawia się także w Onecie czy Superexpressie. A także na łamach pisma „Herito”, wydawanego przez publiczną instytucję Międzynarodowe Centrum Kultury z siedzibą w Krakowie. Publikuje tam np. materiały o Romach, choć jego zupełną ignorancję w tym temacie obnażyły, w sposób kompromitujący Witkowskiego, dwie fachowe badaczki podczas tej debaty: https://www.youtube.com/watch?v=1yv55uff6M0&t=2958s

Witkowski jest nadal zatrudniony przez warszawską prywatną uczelnię Collegium Civitas. Pełni także wedle swojej autoprezentacji funkcję „Senior Research Director” w organizacji Instytut Bezpieczeństwa Społecznego – zajmującej się przeciwdziałaniem ekstremizmowi politycznemu, finansowanej m.in. z grantów europejskich, informującej o swojej współpracy z ABW, CBŚ, Komendą Główną Policji itp. Niedawno organizacja o nazwie Akcja Demokracja ogłosiła, że wydaje broszurkę Witkowskiego w ramach projektu realizowanego „dzięki dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy finansowanego przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię w ramach Funduszy EOG”. Nawiasem mówiąc, Witkowski chętnie zarzuca swoim oponentom politycznym działanie „za pieniądze” i „dla pieniędzy”. Jest to nader zabawne w przypadku kogoś, kto pozuje na ideowca, ale dużą część, jeśli nie całość swojej aktywności „antyfaszystowskiej” realizuje odpłatnie w podmiotach i inicjatywach hojnie finansowanych i posiadających spore zasoby materialne.

Ciekawe, czy współpracownicy i sponsorzy wspomnianych podmiotów posiadają wiedzę o niedawnych uwikłaniach Witkowskiego. Na przykład właśnie o jego intensywnej, niedawnej i długiej współpracy z portalem Strajk. Tym samym, na którym publikowano wywody, że do protestujących na Majdanie strzelali ich sojusznicy i że Putin jest oceniany zbyt surowo oraz sporo podobnych opowiastek, które znajdziecie poniżej.

Witkowski rozpoczął współpracę z portalem Strajk najpóźniej latem 2015. Trwała ona jeszcze w II połowie roku 2018. Witkowski był tam m.in. autorem tekstów w rubryce „Komentarz dnia”. W tym czasie ukazywało się na tym portalu mnóstwo tekstów zajadle prorosyjskich i antyukraińskich. Jeszcze w grudniu 2019, raptem trzy lata temu, Witkowski wziął udział w jednej z cyklu rozmów prowadzonych dla portalu Strajk przez wspomnianą Kulbaczewską-Figat – jedną z autorek najczęściej piszących na tym portalu o Ukrainie w duchu bliskim temu, co serwuje Kreml w swojej propagandzie; to także ona, przypomnę, wzięła udział w konferencji, gdzie podważano rosyjskie sprawstwo mordu w Katyniu oraz w spotkaniu z rzeczniczką rosyjskiego MSZ.

Witkowski robił to wszystko niedawno oraz długo po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2014. Robił to, mimo iż orientacja tego portalu była jasna i wyrażana dziesiątkami tekstów, publikowanych w tym czasie, gdy Witkowski regularnie z nim współpracował. Robił to także mimo faktu, iż przed przekazem portalu Strajk i jego rolą we wspieraniu rosyjskiej propagandy ostrzegano publicznie, w tym w środowisku bliskim Witkowskiemu. Robiły tak np. ex-współpracownice tego portalu Marcelina Zawisza i Justyna Samolińska z partii Razem, gdy zdecydowały się z niego odejść. Pisali o tym ostrzegawczo Tomasz Piątek i Igor Isajew – obaj to znajomi Witkowskiego.

Należy zatem zapytać: ile forsy zarobił Witkowski za długą współpracę z portalem zajadle prorosyjskim? I kto mu tę kasę wypłacał i z czego? Z kieszeni faceta jawnie przedstawiającego się jako „rusofil”?

Witkowski nie porzucił całkowicie kręgu portalu Strajk nawet jeszcze później. Na początku roku 2022 biesiadował ze wspomnianym Piotrem Nowakiem, który w 2014 brał udział w prorosyjskiej demonstracji wraz ze skrajną prawicą, a z portalem Strajk był związany przez lata, niemal od początków jego istnienia i jeszcze po kolejnej napaści Rosji na Ukrainę w roku 2022:

Nowak zresztą do dzisiaj pisze na Facebooku o Witkowskim per „mój przyjaciel”. Nic dziwnego, podczas kilku lat współpracy w prorosyjskim portalu można się zaprzyjaźnić.

Wewnętrzna wyszukiwarka portalu Strajk, która w 2021 po wpisaniu imienia i nazwiska poszukiwanej postaci pokazywała liczne teksty Witkowskiego, dzisiaj pokazuje tylko nieliczne teksty o nim lub z jego wypowiedziami jako „zewnętrznego eksperta”. Stare autorskie teksty Witkowskiego nadal są na portalu, ale dopiero gdy znamy ich tytuły i wpiszemy je w wyszukiwarkę zamiast imienia i nazwiska autora, pojawiają się takie wskazania. Tyle że oczywiście mało kto z poszukujących informacji na temat Witkowskiego będzie znał tytuły jego tekstów sprzed kilku lat. Nie dowie się zatem, że Witkowski był aktywnym współpracownikiem portalu i publikował tamże liczne teksty autorskie. Również szczegółowy biogram Witkowskiego w Wikipedii nie wspomina ani słowem o współpracy z portalem Strajk, choć wymienia takie miejsca, w których Witkowski publikował rzadziej, dawniej i przez krótszy okres.

Warto wspomnieć o sprawie, której nie opisałem w artykule o Witkowskim, a która nabiera dodatkowej wymowy w kontekście jego zaawansowanej współpracy z portalem Strajk. Gdy latem 2020 roku trwały w Białorusi protesty przeciwko reżimowi Łukaszenki, został w tym kraju zatrzymany przez służby reżimu m.in. polski dziennikarz Witold Dobrowolski, znany np. z relacjonowania oporu stawianego w Donbasie przez Ukraińców po pierwszej z rosyjskich napaści. Gdy losy uwięzionego nie były znane, a jego samego mogły spotkać w tamtej sytuacji i w takim kraju nawet najgorsze rzeczy, Witkowski postanowił zadenuncjować Dobrowolskiego, wypisując w internecie (m.in. na Twitterze w komentarzach pod tweetem znanego polityka) o związkach Dobrowolskiego ze skrajną prawicą. Na podłość i potencjalnie fatalne skutki takiego donosu w takiej sytuacji zwróciła uwagę dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” Monika Andruszewska, wskazując, jak poważne niebezpieczeństwa mogło to oznaczać dla aresztowanego: https://www.facebook.com/monikandruszewska/posts/3312401715473114

Witkowski, jak na osobę próbującą się dzisiaj przedstawiać jako krytyk obecnych rosyjskich porządków, ma na koncie sporo tego rodzaju „przypadków”. Przypadkowo przez kilka lat publikował na zajadle prorosyjskim i antyukraińskim portalu po pierwszej napaści na Ukrainę, przypadkowo gaworzył na jego kanale youtubowym zaledwie trzy lata temu, przypadkowo przyjaźni się z długotrwałym członkiem jego redakcji i uczestnikiem pajacowań „antywojennych” pod ambasadą kraju napadniętego, a także przypadkowo donosi, kim jest osoba siedząca w areszcie Łukaszenki. Same przypadki. Wszystkie w wykonaniu osoby, która chętnie i publicznie rozlicza innych z dowolnych spraw, łącznie z takimi kwestiami, jak np. pisanie doktoratu u „niewłaściwej” osoby lub opieka naukowa nad „niewłaściwym” doktorantem. Co innego zaawansowana współpraca z prorosyjskim portalem i prawdopodobne figurowanie na liście płac u rusofila.

Kolejny taki przypadek to współpraca Witkowskiego z osobnikiem o nazwisku Jakub Woroncow. To postać marginalna, znana głównie z niszowych blogów, trollowania w internecie, kolportowania plotek i zwykłych zmyśleń, mitomańskich i łatwych do obnażenia wywodów o swojej aktywności społecznej itp. Przedstawia się jako „researcher” czy „doktorant Uniwersytetu SWPS”, a od pewnego czasu, podobnie jak Witkowski, pozuje na krytyka Rosji. On z kolei, zapewne także przypadkowo, ma tymczasem na koncie długotrwałą współpracę z tygodnikiem „Przegląd”. Woroncow publikuje tam co najmniej od lata 2017, a jego najświeższy tekst dla tego czasopisma to koniec lutego 2023, niemal rok po napaści Rosji na Ukrainę. Tymczasem „Przegląd” to jedno z nielicznych w Polsce większych pism o orientacji odległej od krytyki Rosji. Stanowi ono nietypowy miks klimatów postkomunistycznych, lewicujących, demokratyczno-liberalnych oraz konserwatywno-endeckiego „realizmu”, w tym w aspekcie sporej wyrozumiałości wobec Rosji.

Na łamach „Przeglądu” wielokrotnie, w tym po napaści Rosji na Ukrainę w 2014, pojawiała się krytyka rzekomej „rusofobii” w Polsce. „Przesycona emocjami opowieść o zbrodni katyńskiej pozostaje kamieniem węgielnym rusofobii”; „Ślepa rusofobia ma w Rzeczypospolitej długie i uparte tradycje”, „Rusofobia to (wielki) biznes robiony na Polakach. Ktoś dużo zainwestował w naszą rusofobię – to zapewne bardzo opłacalna inwestycja” – to wybrane przykłady spośród licznych takich wywodów. W 2017 z okładki bił po oczach tytuł „Polska chora na Rosję”. W tym samym roku okładkowy temat brzmiał „Nacjonalizm i kult zbrodniarzy. Czego chce Ukraina?”. Takich treści było więcej: Ukraina to nacjonalizm, kult OUN i UPA, wszystko niemal żywcem wyjęte z wywodów polskich narodowców. I z rosyjskich opowieści o „nazistach” w Kijowie: „Zapłonęły ogniska Majdanu, rozległy się szowinistyczne okrzyki. Zaczęło się szaleństwo”. Do tego opowieści, że Ukraina wali się i sypie oraz wyjeżdżają z niej ludzie – państwo upadłe, znowu niemal jak z wywodów kremlowskich. Na tych łamach „ostrzegano” także, iż „Odzyskanie przez Ukrainę – z pomocą Zachodu – wszystkich obszarów utraconych na rzecz Rosji i separatystów od 2014 r. oznacza długą wojnę i cierpienia”. I dodawano, że „To Zachód, a nie Putin odpowiada za kryzys ukraiński”.

To wszystko bynajmniej nie ustało po napaści Rosji na Ukrainę w 2022 roku. Od tamtej pory mogliśmy w artykułach z „Przeglądu” przeczytać np. „Po co Zachód od 2014 r. przeciągał Ukrainę na swoją stronę, narażając ją na odwet Rosji, skoro teraz zostawia Ukraińców samych?”, „W Ukrainie toczy się wojna amerykańsko-rosyjska, tyle że strona amerykańska walczy ukraińskimi rękami”. W tekście o Włoszech i niechęci części tamtejszego społeczeństwa do wspierania Ukrainy można było przeczytać, że lider Ligi Północnej, Matteo Salvini – ten sam, który w Polsce paradował w koszulce z Putinem już po obecnej napaści na Ukrainę – „stał się zdeklarowanym pacyfistą […] i opowiada się za wstrzymaniem dostaw broni dla Ukrainy”. Tak, jasne, „stał się pacyfistą”… Przedrukowywano tam fragmenty wręcz modelowo ukazującego perspektywę amerykańskich tankies tekstu Katriny van den Heuvel. Albo fragmenty tekstu Anatola Lievena, którego „myśl” została streszczona m.in. w wywodach, że wsparcie obrony Ukrainy przed napaścią rosyjską to dla Amerykanów proxy war (wojna zastępcza) z Rosją i że „Ów kompromisowy pokój oznaczać musi, niestety, pogodzenie się Ukraińców z utratą Krymu, prawdopodobnie Donbasu, a być może jeszcze jakichś terytoriów, oraz zaakceptowanie statusu neutralności”. Plus zwyczajowe „ale z drugiej strony” spod znaku wywodów, że Rosja robi źle, ale Zachód i USA rzecz jasna także. Tak twierdzi na łamach „Przeglądu” Samuel Moyn: „Śmiertelne żniwo działań USA zostawia działania Rosji w Ukrainie o wiele długości w tyle. Mówimy o dziesięciokrotnie większej – co najmniej – liczbie ofiar. […] Wyglądało na to, że świat jest jednobiegunowy, a wam zaoferowano rolę wasali USA. I liderzy Europy Wschodniej na to się zgodzili. […] najkorzystniejsze wydaje się więc przekazanie wschodniej Ukrainy pod kontrolę międzynarodową w celu zorganizowania jakiegoś referendum na temat demokratycznej i suwerennej przyszłości tych terenów. Razem z tym powinny iść gwarancje bezpieczeństwa dla Putina, które nie powielą błędów, jakie sprowokowały go do agresji w przeszłości. Zamiast bezmyślnie dozbrajać Ukrainę i przedłużać wojnę, powinniśmy rozpocząć proces pokojowy”. I tak dalej, i tak często na podobną nutę.

Woroncow, kolega Witkowskiego, podobno też antyputinowski, nie zauważył tego wszystkiego przez lata swojej współpracy z tym tygodnikiem. Podobnie zresztą jak i sam Witkowski, który do „Przeglądu” pisywał co najmniej w latach 2018-2020, a jeden z jego tekstów z tego tygodnika przedrukował kremlowski portal Sputnik News. Ba, Woroncow był współredaktorem jednej z książek wydanych przez związaną z „Przeglądem” Fundację Oratio Recta. Drugim współredaktorem był Paweł Dybicz. Tak, ten już wspomniany – ten sam, który jesienią 2021 spotkał się z Zacharową, rzeczniczką MSZ Rosji.

Wszystko to dzieje się oczywiście przypadkiem. Same przypadki. Niedawne, liczne, długo trwające, u dorosłych ludzi podobno dawno ukształtowanych ideowo i politycznie, podobno antyrosyjskich, podobno wyczulonych na rosyjskie wpływy, u „researcherów”, świetnie poinformowanych, chętnie rozliczających i pohukujących na innych. Nawiasem mówiąc, jedynym poważniejszym medium poza marginalnymi lub spolegliwymi wobec Rosji miejscami, gdzie Woroncow publikuje częściej, jest portal OKO Press – to budzi zdziwienie tym bardziej, że podmiot ten poświęca sporo uwagi uwikłaniom prorosyjskim w polskiej debacie.

A teraz wróćmy do treści z portalu Strajk i popatrzmy, co serwowano tam przez lata i co jeszcze niedawno nie przeszkadzało dzisiejszym współpracownikom liberalnego mainstreamu. Będę głównie cytował, bo nie trzeba zbyt wiele komentować, same treści z portalu są wystarczająco wymowne. Pisownię zachowałem oryginalną.

Antyukraińskość na pełnej

Wystarczyło, że Ukraińcy wybrali orientację prozachodnią, aby okazało się, iż jest to kraj, wedle twórców portalu Strajk, po prostu potworny.

15 maja 2015 pisano: „Petro Poroszenko zatwierdził specjalnym dekretem nowy skład powołanej przez niego w ubiegłym roku Rady Reform. Na jej czele stanął Michaił Saakaszwili – były prezydent Gruzji, znany z obłędnej rusofobii […] Nowe władze Ukrainy składają się w olbrzymiej mierze z naznaczonych – po pospiesznej zmianie przepisów – przedstawicieli jankeskich, gruzińskich i nadbałtyckich oligarchicznych koterii, dla których wspólnym mianownikiem jest bezrefleksyjne prozachodnie lokajstwo”.

12 sierpnia 2015: „W różnych mediach pojawiły się w związku z tym komentarze celebrytów, których objął ogłoszony zakaz. Jednym z nich jest reżyser i muzyk Emir Kusturica, któremu nie wolno teraz koncertować na Ukrainie. […] – To jakaś katastrofa. Nie wiem co mam powiedzieć. To jest jakaś upadła moralnie i pomylona władza. I cała ta narracja. Antyfaszystów nazywa się faszystami, a faszystów demokratami. Obłęd i tyle – podsumował rozgoryczony Kusturica”. Oczywiście „zapomniał” dodać, że zakaz otrzymał ze względu na swoje prorosyjskie gadki i krytykowanie prozachodniej orientacji Ukrainy.

A może dla odmiany wywiad z portalu z 24 lipca 2015? „Ludzie zaczęli, bez krzty opamiętania, wrzeszczeć obłędne faszystowskie slogany – zaczęli to robić także ci liberalni liderzy majdanu. Większość nie widziała nawet, co tak naprawdę krzyczy i do jakiej tradycji się odwołuje. […] To było od samego początku pod dyrygenturą faszystowskich bojówkarzy, którym liberalni liderzy dali urosnąć do rangi – tak jak powiedziałam – bohaterów; tych którzy ponieśli największe ofiary. […] Janukowycz zaczął być przestawiany jako krwawy dyktator, liberałowie byli bezradni i w zasadzie robili już tylko za masówkę dla skrajnej prawicy, bezmyślnie reprodukując ich wrzaski i pomagając im, swoim autorytetem, tworzyć nowy porządek ideologiczny na Majdanie. […] Majdan, ze względu na to, że wyniósł faszystów do rangi bohaterów i ofiar, legitymizował się niejako pogłębiając, z dnia na dzień, z godziny na godzinę, prawicowy, nacjonalistyczny, groźny dyskurs. […] Nowe ukraińskie społeczeństwo jest bardzo nacjonalistyczne, a jego mitem założycielskim jest walka z Rosją i marzenie o unitarnym, jednolitym kulturowo państwie ukraińskim. Atmosfera jest bardzo gęsta i bardzo prawicowa”.

W tym samym wywiadzie czytamy alternatywną wersję historii, w której właściwie to Ukraina… napadła na Donbas: „ludność Donbasu była bardzo apatyczna i zdepolityzowana. Według przeprowadzonych rok temu sondaży, żądano raczej umiarkowanych zmian. Nie było mowy o żadnym podziale Ukrainy czy przyłączeniu się do Rosji. Jednak władze w Kijowie ruszyły na wojnę przeciw tym ludziom. Po pierwszych bombardowaniach i ostrzałach rakietowych szybko się to zmieniło. To zresztą normalna reakcja, gdy ktoś wbiega ci do domu z bronią i zabija męża, żonę, matkę czy dziecko – ludność natychmiast jednoczy się wokół jakichś liderów, nawet tych samozwańczych, a tu sytuacja szczególnie sprzyjała separatystom”.

Realia kremlowskiej okupacji wschodu Ukrainy opisywano tak, jak gdyby była to wojna domowa bez wsparcia Rosji, a nawet napaść ze strony…Ukrainy. 3 lutego 2017 pisano: „W Radzie Bezpieczeństwa (gdzie Ukraina od niedawna jest niestałym członkiem) trwała awantura o to, kto jest winien rozpoczęciu walk. Delegat Ukrainy, Wołodymyr Jelczynko, zaprezentował zdjęcia domów mieszkalnych ostrzelanych przez separatystów. Mieszkańcy byli zmuszeni do ich opuszczenia, a mróz oscyluje koło 20 stopni, mówił Ukrainiec. Nie pokazał niestety fotografii dzielnic mieszkalnych Doniecka, ostrzelanych rakietami i artylerią ukraińską. Temperatura w Doniecku nie odbiega od temperatury w Awidijiwce, w której zresztą znajdują się zakazane przez porozumienia mińskie ukraińskie czołgi, stojące obok samochodów misji OBWE”.

Notorycznie powraca znana śpiewka o nazistach, identyczna jak wywody Putina po kolejnej napaści na Ukrainę. Nazistach, co więcej, aprobowanych ponoć przez UE. Na przykład 21 lutego 2016: „przyjaciele Kijowa od Waszyngtonu po Brukselę aż tak wiele nie chcieli. […] Nowa elita miała jedynie dopilnować, by jej fasadowe instytucje wyglądały możliwie ładnie i by nie wyzierały zza nich paskudne gęby oligarchów. W tym punkcie Europa była zresztą gotowa pójść na znaczące ustępstwo. Zgodzono się, by w tej rodzącej się »modelowej demokracji« działały nie tylko partie nawiązujące wprost do najgorszych tradycji ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, ale i zwyczajni neonaziści. […] Może tylko nad skrajną prawicą będzie coraz trudniej zapanować. A może w ogóle nie trzeba będzie tego robić? Europa, która wierzyła, że oligarcha będzie walczył z oligarchią, może za kilka lat zgodzić się na ukraińskiego premiera-faszystę. Byle twierdził, że jest orientacji prozachodniej”.

21 listopada 2020 rzekomy spisek faszystów był jeszcze potężniejszy i groźniejszy, przy wsparciu, rzecz jasna, Zachodu: „9 listopada 1938 naziści rozpoczęli masowe pogromy Żydów w różnych miastach Niemiec. Zaczęło się od rozbitych okien, a zakończyło II wojną światową i 65 milionami zgonów we wszystkich krajach Europy. Czy na Ukrainie grozi nam powtórka? […] Przypadki przestępstw motywowanych nienawiścią do innego języka, narodowości i poglądów politycznych na Ukrainie są teraz bardzo liczne. We wszystkich tych przypadkach przestępstw organy ścigania działają wyjątkowo pasywnie. […] Jednocześnie USA i UE chętnie finansują reformy ukraińskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, jakby nie widząc, że bezpośrednio wspiera ono skrajnie prawicowych bojówkarzy”.

Takie zagrywki spod znaku prób uwikłania Ukrainy w kiepskie skojarzenia były na porządku dziennym. 11 października 2021 portal serwował opowieść: „7 października 2021 r. minęła 80. rocznica zbrodni w Babim Jarze. W kijowskim wąwozie według różnych źródeł zamordowano ok. 200 tysięcy osób, w tym do 150 tys. radzieckich Żydów. W obliczu narastającej na Ukrainie fali skrajnego nacjonalizmu i związanego z nim antysemityzmu, huczne obchody tej tragicznej rocznicy są co najmniej politycznym dysonansem. Zełeński i współczesna Ukraina uprawiając kult Bandery i jego zwolenników, chcąc się wpisać jednocześnie w nurt pamięci o Holocauście, stawiają się w politycznym i logicznym rozkroku. Oczywiście przyczyny tego stanu są znane: to wszystko chęć obłaskawienia określonych środowisk na Zachodzie. […] Sprawców przypadków zniszczenia żydowskich pomników na Ukrainie się nie wykrywa i nie karze. A kult Bandery i jego popleczników jako czystych i cnotliwych bojowników o niepodległość, mających w głowach europejskie wartości i będących zwolennikami demokracji oraz wolności obywatelskich, nie wytrzymuje krytyki”.

3 czerwca 2021 Wiśniowski stwierdzał: „Ukraiński parlament znowu zrobił wszystko, by Ukraina była kojarzona z państwem łaskawym wobec nazizmu”. 20 maja 2015 pisano: „Nowe władze Ukrainy oskarżane są często o pro-faszystowskie inklinacje. Polskie i zachodnie media próbują kamuflować to zjawisko, ale Poroszenko, Jaceniuk i jego ministrowie traktują manifestowanie swojego przywiązania do tych patologicznych idei jako punkt honoru”.

Zachód nie tylko ponoć toleruje i finansuje „nazistów”. On także, wedle portalu Strajk, de facto rządzi Ukrainą. 28 lipca 2020 pisano tamże: „Po siłowym przejęciu władzy i obsadzeniu swoimi zwolennikami struktur siłowych i wykonawczych ukraińskie społeczeństwo utraciło jakąkolwiek możliwość kontrolowania polityki swojego państwa i procesu demokratycznych wyborów. Jest dokładnie na odwrót: obecnie to ono jest kontrolowane przez zachodnie ambasady i centra analityczne, tzw. kuratorów, a także przez organizacje pozarządowe utrzymujące się z grantów zachodnich fundacji, czyli w praktyce agentów wpływu, chroniących ich interesy. Jednocześnie ani ambasady, ani fundacje nie wstydzą się publicznie dyktować swoje warunki jakoby niezależnemu państwu ukraińskiemu”.

Wedle portalu, Zachód zamierzał też robić inne straszne rzeczy. 6 lipca 2016 alarmowano: „27 czerwca we Lwowie rozpoczęły się ćwiczenia wojskowe z udziałem żołnierzy ukraińskich i wojsk NATO z 13 państw, podczas których trenowano m.in. pacyfikowanie zamieszek. Ukraiński politolog Ołeh Hawicz ujawnił na Facebooku fotografie, na których żołnierze najprawdopodobniej ćwiczą rozpędzanie demonstrantów. Skomentował również, że najwyraźniej dla Zachodu tłumienie protestów obywatelskich przestało być »zbrodnią« i »łamaniem demokracji«, jak podczas Majdanu, a stało się normalną praktyką godną wręcz wspierania”. „Najprawdopodobniej”, „najwyraźniej”, tylko nic takiego się nie stało – ot, stara stalinowska szkoła sugestii.

Niewiele wcześniej pisano: „Berkut, demoniczna figura z czasu Majdanu, zniknął z kijowskich ulic, ale Gwardia Narodowa z rozpędzaniem »niewłaściwych« demonstracji radzi sobie tak samo dobrze. […] Nie zniknął problem więźniów politycznych i niehumanitarnych warunków w więzieniach. Zniknęło co najwyżej zainteresowanie nimi ze strony Unii Europejskiej”.

10 sierpnia 2016, na portalu tak uczulonym na zachodnie wpływy, zupełnie bezkrytycznie serwowano natomiast opowieści kremlowskich spec-służb: „Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa dopiero dzisiaj poinformowała o próbie przeniknięcia na terytorium Krymu podjętej przez dywersyjno-terrorystyczne grupy ze strony Ukrainy. […] Celami ataków miały stać się kluczowe obiekty infrastruktury i zapewniania warunków bytu na Krymie – wynika z komunikatu na oficjalnej strofie FSB. Akty terroru miały przyczynić się do destabilizacji sytuacji polityczno-społecznej na półwyspie podczas przygotowywania i przeprowadzania wyborów”.

30 sierpnia 2016 od pryncypialnej redakcji dostało się także ukraińskiemu (co innego rosyjski) „militaryzmowi”: „prezydent Petro Poroszenko postanowił pochwalić się armią. Z okazji rocznicy zorganizował huczną paradę wojskową w stylu Antoniego Macierewicza z udziałem wspólnej ukraińsko-polsko-litewskiej jednostki wojskowej, która ma mężnie bronić wolną Ukrainę od zakusów rosyjskiego imperializmu. Antyrosyjska retoryka wsparta wojenno-patriotyczną frazeologią dominowała w rocznicowych wystąpieniach ukraińskiego prezydenta. […] W świątecznej antyrosyjskiej atmosferze prezydent Andrzej Duda zapewne czuł się jak w domu. […] Przybywając do Kijowa na rocznicowe uroczystości jako jedyny tak wysokiej rangi przedstawiciel innego państwa Andrzej Duda wyświadczył swemu ukraińskiemu odpowiednikowi tzw. niedźwiedzią przysługę. Gdyby nie przyjechał, wówczas Poroszenko mógłby tłumaczyć, że całe te obchody miały charakter wewnętrzny mający poświadczyć spójność i patriotyzm ukraińskiego narodu bez udziału czynnika zewnętrznego. Dzięki obecności Dudy cała ta argumentacja traci jakikolwiek sens. Obecność jednego tylko prezydenta przy nieobecności pozostałych, nawet tych werbalnie wspierających władzę w Kijowie, wykazała izolację Ukrainy na arenie międzynarodowej – i tym samym izolację Polski, która nie zauważyła, że wszyscy Ukrainę olewają. […] ukraińskiej stronie obojętna jest pisowska retoryka, ważne jest natomiast poparcie Polski dla północnoatlantyckich ciągotek Kijowa i tworzenie wspólnego frontu antyrosyjskiego – coraz bardziej archaicznego w Europie dla której ważniejsza jest Rosja jako partner gospodarczy i w coraz większym stopniu także polityczny od chaotycznej i szowinistycznej Ukrainy i podobnej, bezrefleksyjnie popierającej ją Polski”.

Autorka, która wkrótce będzie obradować z rosyjskimi „naukowcami” negującymi odpowiedzialność ZSRR za zbrodnię katyńską, ubolewała 16 lutego 2017 nad ukraińską polityką historyczną: „Równie marnie skończyło Muzeum Partyzanckiej Chwały. W parku, który ciągle jeszcze nosi imię partyzantów, został jeszcze kamień z Tatr sławiący współpracę antyfaszystów ukraińskich, słowackich i polskich. Nie wiadomo, co z nim będzie, bo po ponownym otwarciu nieczynnego aktualnie muzeum nie będzie już harmonizował z nim tematycznie. Placówka, jak czytam na kartce, ma być poświęcona »okupacji Kijowa«. Jeśli, jak wnoszę, o okupację niemiecką chodzi, to proszę bardzo, tylko dlaczego kosztem partyzantów? Pewnie gdyby walczyli pod innym sztandarem, miejsce by się dla nich znalazło… Stoi jeszcze pomnik Nieznanego Żołnierza, właśnie po stronie radzieckiej walczącego, ale czy za jakiś czas jego też jakiś patriota nie postanowi wyrzucić? Stoi monumentalna Matka Ojczyzna, ale tu akurat o przeróbkę będzie łatwo. Patronka wszystkich wspólnie walczących z nazizmem narodów ZSRR stanie się Matką Ukrainą, od wieków uciskaną, nigdy nie uwikłaną w żaden paskudny socjalizm”. Wszystko pięknie, poza informacją, że Ukraina w ramach ZSRR znalazła się nie ze względu na swój swobodny wybór, lecz podbój i okupację. A zaledwie kilka lat przed „wspólną walką z nazizmem”, kremlowskie władze zafundowały Ukrainie ludobójstwo głodem.

Wywiad z rosyjskim politologiem z 6 lutego 2017 to z kolei opowieść o zasadniczo pokojowo nastawionej Rosji, której jedynie nie należy „drażnić”: „pojawił się nowy zewnętrzny silny gracz, który najpierw odciął Krym, a potem poparł wschód Ukrainy. […] Oczywiście, kiedy w krytycznej chwili trzeba podjąć ryzyko i aktywnie działać, to Rosja potrafi to robić i to tak, że wszyscy wpadają w osłupienie. Ale ogólnie tej wojowniczej tendencji [w Rosji] […] nie ma”.

Wiemy już zatem, że Rosja nie jest wojownicza. A mimo to jacyś szaleńcy niepotrzebnie się jej obawiają. 14 czerwca 2016 portal pisał: „Odkąd rozpoczęły się ćwiczenia Anakonda-16, a Polska zdołała wyprosić możliwość bycia gospodarzem szczytu NATO, w sektorze obronności zapanowało istne szaleństwo. Wszyscy chcą wzmacniać flanki przed ewentualnym atakiem Rosjan”. W istocie, dwa lata po pierwszej napaści na Ukrainę takie obawy nie miały sensu…

Co innego sama Ukraina i Zachód. Oni, nie to co Rosja, są agresywni. Już 6 czerwca 2015 portal pisał: „Ukraina – jest prawna zgoda na okupację kraju przez obce wojska. […] Władze w Kijowie ustanowiły prawną możliwość nieograniczonego stacjonowania obcych wojsk na terytorium Ukrainy. Ewentualna okupacja przez US Army byłaby legalna. Skrajnie prawicowy, lokajski, euroatlantycki obłęd nowych władz Ukrainy nie ustaje. Piątego maja parlament w Kijowie przyjął nowelizację kilku aktów prawnych umożliwiający swobodne rozlokowanie żołnierzy obcych sił zbrojnych na terytorium kraju. […] Minister spraw zagranicznych Rosji, Sergiej Ławrow, powiedział, że nie obawia się żadnych zmian legislacyjnych na Ukrainie, zwłaszcza w tym zakresie. – Jestem przekonany, że w Unii Europejskiej nie ma szaleńców, którzy zechcą wysłać tam swoje wojsko – skomentował na konferencji prasowej w Moskwie. Co do UE – zapewne ma rację, co jednak zrobią Stany Zjednoczone?”.

Rosja wedle Strajku jest wciąż zagrożona. „Wizyta amerykańskiego dygnitarza świadczy o tym, że Stany Zjednoczone nie zrezygnowały z prób osaczania Rosji. Spotkanie z prezydentem Łukaszenką to kolejny przejaw ofensywy amerykańskiej dyplomacji w krajach byłego ZSRR. Pompeo był już w Kijowie, będzie w Kazachstanie i Uzbekistanie. Wizyta na Białorusi jest dla USA ważna także dlatego, że pod koniec zeszłego roku, wbrew powszechnym oczekiwaniom, nie doszło do skutku podpisanie dokumentu o ostatecznej integracji Białorusi i Rosji w jedno państwo. […] Objazdowa wizyta Mike’a Pompeo w krajach byłego ZSRR dowodzi, że USA nie zrezygnowały z pomysłu otoczenia Rosji wianuszkiem krajów uzależnionych od USA; na początku więzami ekonomicznymi, a później zapewne wojskowymi”.

Na portalu Strajk znajdziemy też klimaty podobne do wywodów polskich narodowców, którzy po pierwszej napaści Rosji na Ukrainę bardzo uwrażliwili się na nacjonalizm. Ukraiński, rzecz jasna. 8 stycznia 2017 redaktor naczelny portalu pisał: „najwięcej emocji budzi, przynajmniej w Polsce, problem ukraińskiego nacjonalizmu. W ciągu dwóch lat od wydarzeń na Majdanie stał się on nie tylko omawianym szeroko zjawiskiem polityczno-społecznym na Ukrainie, ale też, przede wszystkim, poręcznym politycznym narzędziem. […] Nie ma tu miejsca na rozkładanie na części pierwsze istoty ukraińskiego nacjonalizmu, niebezpiecznie często ocierającego się o nieco tylko uwspółcześnioną wersję faszyzmu. […] Majdan był tylko końcowym akcentem odbudowywania wielkopaństwowej idei przez określone kręgi polityczne, które jednak nie mogłyby działać z tak wielkim rozmachem, gdyby nie zastanawiająca bierność wszystkich po kolei władz Ukrainy od czasu odzyskania przez nią niepodległości w 1991 roku. […] mniej lub bardziej jawnie nurt miłośników tradycji OUN i UPA toczył się dość żwawo. […] nie tylko na Ukrainie, ale też i w Polsce liczące się polityczne siły udawały gorączkowo, że problem ten albo w ogóle nie zachodzi, albo jest zaledwie marginalny. Polskie elity grzeszyły tym bardziej, że akurat nasz kraj ukraiński demon dotknął w historii szczególnie krwawo i okrutnie”.

Wcześniej, 3 grudnia 2016, ten sam autor pisał: „To rosyjskie zagrożenie i potrzeba jednoczenia się przeciw wrogowi miało służyć za usprawiedliwienie dla oficjalnego milczenia o wołyńskiej tragedii, omawianej co najwyżej w wąskich gronach historyków-specjalistów. Liczono na to, że zapomnienie o tragedii ludobójstwa stanie się trwałe. Przyniosło efekt odwrotny: rósł sprzeciw wobec nieprawdziwego opowiadania historii, a nacjonaliści mogli dzięki temu ubierać się w szaty jedynych obrońców prawdy historycznej (którą też interpretowali po swojemu) i zdobywać jeśli nie nowych zwolenników, to choćby sympatyków swoich organizacji, biorących »w obronę« skrzywdzonych przez zapomnienie i bagatelizowanie”.

15 października 2017 portal donosił: „W całym kraju prezentowano wystawy przypominające działalność UPA – czy raczej pokazujące, co z krwawej i złożonej historii nacjonalistycznej partyzantki obecne władze chciałyby uczynić podstawą zbiorowej pamięci obywateli Ukrainy. […] Nie ma żadnej gwarancji, że jeśli sytuacja w Kijowie nie poprawi się znacząco, na co się nie zanosi, agresja symboliczna nie przerodzi się w zupełnie realną. Pod czarno-czerwonymi sztandarami, które powiewały wczoraj na ulicach ukraińskich miast, i tym samym wybrzmiewającym wczoraj hasłem »Chwała narodowi – śmierć wrogom!«”.

Redaktor naczelny Wiśniowski dodawał 31 lipca 2017 w stylu Grzegorza Brauna: „A co Jarosław Kaczyński robił na Majdanie 1 grudnia 2013 roku? Czy zaprosił go rząd Wiktora Janukowycza, wciąż jeszcze wtedy sprawujący władzę? Nie, Jarosław Kaczyński przyjechał popierać demonstrantów na Majdanie i zachęcać do obalenia rządu. […] Kończył przemówienie okrzykami upowskiej proweniencji »Sława Ukrainie, herojam sława« stojąc obok lidera skrajnie nacjonalistycznej partii Swoboda”.

Na portalu oddawano głos prorosyjskim separatystom z terenów okupowanych i propagowano ich wizje. 18 lipca 2017: „Głowa […] Donieckiej Republiki Ludowej, Aleksander Zacharczenko, ogłosił dzisiaj, że w celu zakończenia wojny w Donbasie konieczne jest powstanie nowego państwa pod nazwą Małorosja. […] – Aby zatrzymać wojnę domową, dokonaliśmy przeglądu sytuacji i doszliśmy do wniosku, że Ukraina jest państwem nieistniejącym (upadłym). Kijowski reżim nie jest w stanie odżegnać się od wojny domowej – stwierdził Zacharczenko. […] My, przedstawiciele byłej Ukrainy ogłaszamy o powstaniu nowego państwa, które jest następcą Ukrainy. Ustaliliśmy, że nowe państwo będzie nazywać się Małorosja, ponieważ nazwa Ukraina zdyskredytowało się. Stolica Małorosji ustanawiamy miasto Donieck – czytamy w karcie powstania Małorosji”.

Z kolei w reportażu Kulbaczewskiej-Figat możemy poznać bez kontrowania „wizję, którą przedstawił mi Władimir. Rozpad Ukrainy. Koniec. Wyczerpanie potencjału państwa, które w 1991 r. powstało z nieprzystających części o różnej historii i niewiele zrobiło, żeby je do siebie zbliżyć. Wschód i część południa – do Rosji. Zachód – może do Polski. Bukowina – do Rumunii. Zakarpacie – chętnie wezmą Węgrzy. Zostaje kilka obwodów centralnych, dawne Prawobrzeże, polsko-rosyjska kość niezgody. To nie jest całkowita fantazja, mówił Władimir. Opowiadał, że gdy jeszcze pracował w administracji publicznej, w ministerstwie spraw wewnętrznych, rozważali scenariusze upadku ukraińskiego państwa i tego, co należałoby robić, żeby się przed zagrożeniami bronić. Wyszło im, że aby przestało istnieć, potrzebna jest sekwencja wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów. Dokładnie takich, jakie wstrząsają tym krajem od 2013 r. Czy władza się broni? Raczej potęguje chaos i nie rozwiązuje żadnych problemów. […] Oligarchowie wyjdą na swoje. Fakt, jeśli Ukraina przestanie istnieć, to oni nie będą już mieli czym trząść. Ale do ich majątków nikt się nie dobierze. Co ukradli, to ich, w najgorszym razie wyjadą na »zasłużoną emeryturę«. A zwykli ludzie? Może nawet lepiej na podziale by wyszli? Ludzie już rozumieją, że Majdan niewiele zmienił. […] A trzeciego Majdanu nie będzie, podsumowuje mój rozmówca. Każdy z Majdanów był zorganizowany, przedstawiał jakieś postulaty, jedne na serio, inne bardziej na pokaz, ale jednak. Nieważne, na ile protestujący wiedzieli, o co naprawdę chodzi i kto pociąga za sznurki – ktoś całą rzecz planował, nawet jeśli nie zawsze utrzymał kontrolę nad sytuacją. Oligarchowie, którzy dawali pieniądze na scenę czy zbrojenie Prawego Sektora mieli konkretny pomysł, do czego cała rzecz ma doprowadzić”.

O Ukrainie po jej prozachodnim zwrocie nie ma na portalu właściwie niczego dobrego. W wywiadzie z ukraińskim politologiem, orędownikiem „federalizacji” kraju, czytamy 24 grudnia 2017: „Ukraina przez 26 lat swego istnienia, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich trzech lat, udowodniła, że nie zdała egzaminu i że jest państwem upadłym. Nie chodzi tylko o to, że nie kontroluje całości swojego terytorium, lecz o to, że nawet te ziemie, nad którymi ma kontrolę, w istocie są pod władzą półwojskowych, militarystycznych ugrupowań, które robią, co im się żywnie podoba za zgodą centralnych władz lub często zgoła bez niej. […] Ukraina nie jest państwem demokratycznym. Jest państwem totalitarnym, gdzie nie można mieć innych poglądów niż oficjalne. […] Przyszłość Ukrainy określana jest z zewnątrz. Przede wszystkim z Waszyngtonu i tam jak na razie wszyscy są z Ukrainy zadowoleni, bo realizuje podstawowe zadanie – przyczynia problemów Rosji i jednocześnie Europie”.

Dobrze radził sobie natomiast, rzecz jasna, Viktor Orbán, twardy gość, sprawny polityk, troskliwy obrońca Węgrów na Zakarpaciu, robiący dobre interesy surowcowe z Putinem dla korzyści swojego narodu. Co innego gdy o Ukraińców chcieli dbać ukraińscy politycy, wtedy to zły nacjonalizm. Pisano zatem: „Tymczasem w Budapeszcie 27 września ogłoszono podpisanie 15-letniego kontraktu na dostawy gazu z Rosji. […] Surowiec będzie dostarczany przez Serbię (nitka Tureckiego Potoku) i dodatkowo przez Austrię […] Niezwykle nerwowo zareagowali Ukraińcy. Wezwano ambasadora węgierskiego w Kijowie do siedziby rządu. Groźne pomruki i narzekania słychać było z ul. Bankowej, siedziby Prezydenta Ukrainy. Zapowiedziano wobec Budapesztu »stosowne retorsje«. Uważa się bowiem, iż ten kontrakt uderza bezpośrednio w Kijów. Rzecz w tym, że Moskwa zmniejszy dotychczasowe dostawy gazu na Węgry i na Bałkany przez terytorium Ukrainy […]. Za tranzyt Ukraińcy liczą sobie dużo więcej, niż Gazprom płaci za dostawy innymi drogami. […] W tle jest jeszcze sprawa węgiersko-ukraińska: Węgry od lat apelowały w różny sposób, aby Kijów zrezygnował (wobec licznej mniejszości węgierskiej mieszkającej na Zakarpaciu) z agresywnej i permanentnie realizowanej polityki ukrainizacji. Kijów pozostał głuchy na te apele, uderzając w Węgrów tymi samymi ustawami, które wyrzucały z przestrzeni publicznej język rosyjski. Rząd Orbana nie znalazł powodów, by iść Ukrainie na rękę, zwłaszcza, że zapewnienie krajowi dostaw gazu to sprawa dość podstawowa”.

I tak dalej, i tak w kółko. Zamęczyłbym państwa jeszcze kolejnymi i kolejnymi cytatami w podobnym tonie. Bez trudu można to sprawdzić samemu, odwiedzając portal i w jego wyszukiwarce wpisując „Ukraina”. Więc jeszcze tylko garść tytułów innych przykładowych tekstów: „Ukraińskie państwo broni zbrodniarza z UPA. TVP też się nie popisała”, „Prokurator generalny Ukrainy za dalszą wojną w Donbasie”, „Ukraina: prezydent Poroszenko był chłopcem na posyłki Amerykanów”, „Ukraina nie będzie świętować pokonania nazistów”, „Ukraina: straszne sceny protestów przeciwko powracającym z Chin”, „Mike Pompeo objeżdża włości: Białoruś, Ukraina, Kazachstan, Uzbekistan”, „Ukraina zamyka szkoły z braku opału i kupuje nową broń”, „Deputowani ukraińskiej Rady Najwyższej chcą oficjalnie świętować rocznicę sojuszu z Hitlerem”, „Ukraina – jeden z najnieszczęśliwszych krajów świata. Badania nie kłamią”, „Ukraina ingerowała w amerykańskie wybory?”, „Ukraina: zatrzymania i represje za świętowanie Dnia Zwycięstwa”, „Ukraina pluje Polsce w twarz. 2017 rokiem UPA na Wołyniu”, „Ukraina – manifestacje z okazji urodzin Bandery” (z tekstu dowiemy się, że zgromadziły oszałamiająca liczbę… tysiąca osób), „Gazprom boi się, że Ukraina będzie podbierać gaz z rurociągu”…

Oprócz tego teksty prorosyjskie. Opowiadające w kremlowskim duchu o interesach separatystycznego prorosyjskiego Naddniestrza. Powtarzające narrację Orbana w sprawie mniejszości węgierskiej w Ukrainie. Oraz „antyimperializm” w tej wersji, w której niewiele i bardzo spolegliwie mówi się o imperializmie rosyjskim. Niemal identyczne z narracją Konfederacji i okolic częste alarmowanie na temat „banderyzmu”. I tak dalej.

Czasami pojawiają się materiały o Ukrainie o socjalno-lewicowej wymowie, ale wiele ma postać po prostu szczucia na wszystko, co w Ukrainie związane z opcją prozachodnią i „pomajdanową”. A Rosja? Tu jest znacznie bardziej wyrozumiale. Czasami elita władzy popełnia jakiś błąd. Czasami coś o braku praw mniejszości seksualnych. Czasami jakiś strajk. Czasami coś o szwankującej ekologii. Ale w zupełnie innym natężeniu tekstów, emocji, potępień i krytyk. Choć to jedno z większych państw świata. Marnie wypadające we wskaźnikach obrazujących zamożność, rozwój społeczny, nierówności itd. Kraj całych regionów i obszarów ubóstwa. Wielkich kontrastów między Moskwą i kilkoma bogatymi miastami a całą resztą. Autorytaryzmu i daleko posuniętej monowładzy. Napaści motywowanych rasistowsko-etnicznie. Trzymania pod butem całych nacji. Mocno ograniczonych swobód obywatelskich czy medialnych. I nie trzeba do posiadania wiedzy o tym „amerykańskiej propagandy”. Mówią o tym od lat, mniej lub bardziej swobodnie, czasami już spoza granic kraju, osoby i środowiska lewicowe, anarchistyczne, kontrkulturowe, mniejszościowe itp. Naszych rusofilów to niezbyt boli. Zapewne zasób wrażliwości wyczerpał im się w Ukrainie.

Przed drugą wojną

Co gorsza, Ukraina cały czas ponoć dążyła do nowej wojny. A gdy nawet nie dążyła, to robili to za nią inni. Kto? Rzecz jasna „faszyści” i „proamerykańskie lobby”. 29 grudnia 2019 pisano: „Do końca rozwiązania sytuacji na wschodzie Ukrainy wciąż daleko, ale dzisiejsza wymiana jest sygnałem, że proces pokojowy nie jest bez szans na realizację, choć obserwatorzy twierdzą, że są one niewielkie. Przede wszystkim dlatego, że ekipa prezydenta Zełenskiego, który realizuje obietnicę daną podczas kampanii wyborczej doprowadzenia do pokoju na Donbasie, ma przeciwko sobie silną opozycję, w tym skrajnie prawicowych bojówkarzy i polityków. Ci ostatni nie zawahają się użyć wszelkich środków, by proces pokojowy zerwać. Nie można też nie doceniać proamerykańskiego lobby na Ukrainie, które pilnuje amerykańskich interesów. Te zaś wciąż polegają na osłabianiu Rosji, a więc i na podtrzymywaniu konfliktu, kosztem zwykłych ludzi”.

Wiśniowski pisał 13 września 2019 o wojskowej pomocy Ukrainie: „Amerykańskie decyzje wskazują, że pokój na Ukrainie w najmniejszym stopniu zależy od samych Ukraińców”. 2 kwietnia 2021 ten sam autor dodawał: „Ukraina: krok po kroku do zbrojnego konfliktu. USA wyraziły chęć udziału”. 4 marca 2021 pisano: „Wobec faktu, że w praktyce porozumienia mińskie są martwe, zaś sytuacja na linii frontu staje się coraz bardziej napięta, uzasadnione są obawy, że w dającej przewidzieć się przeszłości możliwy jest pełnoobjawowy konflikt zbrojny między DRL a Ukrainą, wobec którego Rosja nie będzie mogła pozostać obojętna”.

30 stycznia 2022 Wiśniowski stwierdzał: „NATO jest gotowe walczyć z Rosją do ostatniego ukraińskiego żołnierza […] można sobie łatwo wyobrazić scenariusz, w którym Zachód popycha do wojny Ukrainę, potem wysyła jej uzbrojenie i słowa otuchy, ale poza tym pozwala, by na wojnie ginęli tylko ukraińscy żołnierze. A wszystko to w celu realizacji swoich interesów w przepychankach z Rosją”.

15 lutego 2022, czyli 9 dni przed napaścią na Ukrainę, redaktor naczelny Strajku wyśmiewał opinie polityków krajów Zachodu i oficjeli NATO, że Rosja może planować napaść: „Ministerstwo Obrony Rosji oficjalnie ogłosiło, że wojska Południowego Okręgu Wojskowego, po zakończeniu ćwiczeń wracają do miejsc stałej dyslokacji w Kraju Stawropolskim. Ćwiczenia wspomnianych jednostek miały miejsce na przyłączonym w 2014 roku do Rosji Krymie, niedaleko od granicy z Ukrainą. Podobne komunikaty dotyczące wojsk rosyjskich, biorących udział we wspólnych rosyjsko-białoruskich manewrach na terenie Białorusi, przy granicy z Ukrainą, ogłosił rzecznik prasowy Igor Konaszenkow. Pokazano wideo z załadunku wojskowej techniki na wagony. To są te formacje, które w ciągu ostatnich tygodni zasiały strach na Ukrainie, w Europie i na świecie. Wniosek jest jeden: Rosja wycofuje się od ukraińskich granic”. Pod adresem polityków przewidujących napaść na Ukrainę, dodawał, w swoim przekonaniu zapewne błyskotliwie: „Proszę, niech ktoś da temu światu pigułkę”. Pigułka na otrzeźwienie przydałaby się jemu samemu już zaledwie nieco ponad tydzień później.

Prawie wszystko po staremu

W momencie rosyjskiej napaści na Ukrainę na portalu zapanowała konsternacja. Kilka pierwszych tekstów ubolewało ogólnikowo nad zaistniałym scenariuszem. Były też wywody o solidarności z ukraińskimi „zwykłymi ludźmi”, a nawet sucha informacja, że w Rosji trochę osób protestowało przeciwko wojnie. Odważnie. No może niezbyt, ale na tle dotychczasowych wywodów owszem.

Szybko wrócono do normy. Piotr Nowak, przyjaciel antyfaszysty Witkowskiego, tak się przejął faktem, że na głowy i domy Ukraińców spadają bomby, że aż skrupulatnie analizował rzekome korzyści, jakie odniesie z tego… PiS. 10 marca 2022 pisał: „Z nieba spadła ta wojna premierowi Morawieckiemu. Wiecie dlaczego? Zaraz wam opowiem. Ale najpierw wprowadźmy się w odpowiedni nastrój. […] Społeczeństwo jest przerażone i zachwycone sobą zarazem. Wojna i niespotykany nigdy wcześniej festiwal empatii dają Polakom solidnego kopa, jak po wódzie i lekach. […] Smutne jest to, że tak właśnie może się stać. Prawica już teraz wywinęła się spod topora pikujących sondaży, stosując retorykę zgody i jedności społecznej w obliczu zewnętrznego zagrożenia. Pobrzmiewają już nuty militarne, jak również kult żołnierza, armii i bezpieczeństwa. Władza będzie mogła oskarżyć o próbę destabilizacji i putinowskiej agentury każdego, co ośmieli jej się sprzeciwić. I z całą pewnością będzie z tego narzędzia korzystać”.

Redaktor Wiśniowski dodawał oskarżycielsko pod adresem… Polski: „Rosja oznajmiła, że zamierza wyznaczać swoje strefy wpływów dokładnie tak, jak do tej pory czynili to inni najwięksi gracze. Pokazuje, że jest imperium, którego nie można nie uwzględniać w globalnej rozgrywce. Nie chcieli, żeby dosiadła się do stolika? Sama sobie bierze krzesło, nie pytając nikogo o zgodę, łamie zasady, bo uznała, że może. USA też dostaną to, czego chciały od początku: odepchnięcie Rosji poza nawias łacińskiego świata. […] I jeszcze: osłabiona, rozczłonkowana Ukraina przestanie być dla Polski konkurencją, której w milczeniu się obawiali – w rolnictwie, przemyśle wydobywczym, maszynowym, stoczniowym. […] Dziś warto też zadać sobie pytanie: czy tu, w Polsce, nasi politycy, czy my zrobiliśmy wszystko, żeby tej wojny nie było? Nie. Od lat do niej popychaliśmy. Kretyńską i agresywną narracją w polityce wschodniej, odmową kontaktów i rozmów, poniżaniem każdej ze stron, nieznośną i niczym nieuzasadnioną wyniosłością wraz przekonaniem swojej pańskiej wyjątkowości. Kiedy już było jasne, że wojna czai się na progu, nikogo nie było, kto zaproponował pośrednictwo w organizacji rozmów, spotkań, zmniejszenia napięcia. To nie my do końca próbowaliśmy dyplomacji. Przeciwnie, produkowano setki patriotycznych bzdetów, militaryzowano społeczna przestrzeń. Zadowoleni?”.

Kilkanaście dni po napaści Rosji na Ukrainę, gdy najezdniczy sołdaci mordowali, gwałcili i niszczyli, Wiśniowski zajmował się ważną tematyką: „Ukraina ma wygraną w kieszeni: Adam Słomka z kumplami spieszy na pomoc”.

30 marca 2022, w trakcie wojenno-napastniczej hekatomby w Ukrainie, ukazał się na portalu tekst detalicznie wyliczający, ile Polska wydaje na zbrojenia, a konkluzja brzmiała: „Gdybym miał wskazać najdokładniejszą metaforę polskiego militaryzmu, to byłoby to uzależnienie od alkoholu czy narkotyków. Polska nie jest na tym etapie nałogu, w którym diler proponuje młodemu marihuaniście darmową próbkę speeda czy kokainy. Polska ćpa amerykańską broń na potęgę i aby zaspokoić głód, wyniesie do lombardu srebra domowe, biżuterię żony czy rozpruje dziecku świnkę skarbonkę”.

W tekście opublikowanym nieco ponad dwa tygodnie po rosyjskiej napaści, czytaliśmy, że to, rzecz jasna, wina Zachodu: „Momentem przełomowym był oczywiście 2014 rok. Kiedy z jednej strony Putin chciał zrobić restart, powiedzieć »dawajcie, zaczynamy od początku«, uwolnił Chodorkowskiego i wykonał gesty, które miały zademonstrować jego otwartość. A Zachód w odpowiedzi zrobił przewrót w Kijowie”. W tym samym materiale mowa o antyrosyjskich nastrojach w różnych krajach po zbrodniczej napaści na Ukrainę: „Wojna to zawsze wybuch szowinizmu i nacjonalizmu. Kraje, które do tej pory pozycjonowały się jako wzorce demokracji i tolerancyjności, w czasie wojny zrzucają maski i zaczyna się ksenofobia, nienawiść […] To idzie według znanych klisz: dehumanizowanie przeciwnika, heroizacja walczących po właściwej stronie. W tej sytuacji fala antyrosyjskich działań jest zauważalna: rosyjskich studentów zwalniają z uczelni. […] W mediach społecznościowych też jest strasznie”. Tak, gdy Rosjanie bombardowali, mordowali i gwałcili, mogło im się zrobić przykro, gdyż w różnych krajach ktoś powiedział o nich brzydko. Albo nawet napisał w internecie.

1 marca 2022 na portalu ubolewano: „Do żenującego aktu wandalizmu doszło w Parku Kościuszki w Katowicach. Nieustaleni dotąd sprawcy oblali czerwoną farbą nagrobki żołnierzy radzieckich, a na głównym pomniku wypisali hasło sugerujące, że miał być to gest poparcia dla Ukrainy”. 20 marca 2022 Wiśniowski stanął w obronie pokrewnego sobie ideowo pracownika Uniwersytetu Warszawskiego, który napisał, że „Maksymalne straty ludności wśród ludności cywilnej są w politycznym interesie banderowskiej ekipy Zełenskiego i NATO”. Po tym, jak słowa te spotkały się z potępieniem ze strony innego pracownika UW, sugerującego, że takie wywody powinny być napiętnowane, Wiśniowski stwierdził: „W Polsce nie jest już tylko duszno. W ogóle nie da się oddychać”.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Chyba tylko szybko kurcząca się stopka redakcyjna sprawiła, że materiałów na portalu jest coraz mniej, a sporą część bieżącej oferty portalu Strajk stanowią obecnie youtubowe pogawędki Wiśniowskiego ze Stanisławskim: a to z pretensjami pod adresem polskiej lewicy, że nie jest „antywojenna”, a to o „polskiej propagandzie wojennej”, która jest „toporna”, a to o „celach Zachodu” w wojnie na Ukrainie. Tylko jakoś nie o ofiarach rosyjskiej napaści, masowych zniszczeniach, uchodźcach wojennych, tysiącach ludzkich tragedii itp. Bo to już nie są uchodźcy z łukaszenkowskiej granicy, a zniszczenia nie są skutkiem „amerykańskiego imperializmu”, więc krytyczno-analityczna drobiazgowość i lewicowa empatia rozwiały się. Jak mgła nad Wołgą.

***

Czy takie wywody powinny mieć w Polsce miejsce? Cóż, demokracja i wolność słowa powinny być dla wszystkich. Tym się przecież różnimy od Rosji czy Białorusi. Ale warto to wszystko udokumentować, przypomnieć, zestawić personalia. W tym te, które dzisiaj udają, że w takim towarzystwie nigdy ich nie było. I te, które „zwalczają faszyzm”, tylko ten kremlowski jakoś im nie przeszkadzał, gdy redaktor-rusofil robił im przelewy za teksty publikowane tuż obok wyżej cytowanych plugawych bredni.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: WikiImages from Pixabay.