Powrót polityki przemysłowej w Unii Europejskiej

Powrót polityki przemysłowej w Unii Europejskiej

Unia Europejska starała się – na próżno – ukształtować globalną gospodarkę na swój obraz i podobieństwo. Obecnie zwraca się w stronę polityki przemysłowej, mając na celu asertywną ochronę swego modelu ekonomicznego przed decyzjami politycznymi innych graczy. Nowa unijna polityka w tym zakresie może przyspieszyć zieloną i cyfrową transformację, czyniąc ją bardziej demokratyczną i sprawiedliwą. Aby jednak osiągnąć te cele potrzebne będzie europejskie (a nie krajowe) finansowanie, skupienie się na zwiększeniu poziomów inwestycji – a nie na zyskach już istniejących firm – a także przejrzyste, warunkowe i inkluzywne podejście do tematu.

Zespół Międzynarodowego Funduszu Walutowego określił ten trend „powrotem polityki, której imienia nie wolno wymawiać”. Przez ostatnie cztery dekady polityka przemysłowa – parasolowe określenie, pod którym kryją się narzędzia, za pomocą których rządy starają się stymulować priorytetowe ich zdaniem kierunki działalności gospodarczej na swoim terytorium – cieszyła się wśród zachodnich komentatorów i decydentów kiepską opinią. Kojarzona była z marnowaniem pieniędzy podatników przez polityków czy to poprzez daremne próby ratowania nieefektywnych firm w schyłkowych branżach, czy to z powodu stawiania na niewłaściwe konie w wyścigu w nowych sektorach. Po kryzysie gospodarczym lat 70. XX wieku i neoliberalnej rewolucji w myśleniu o gospodarce politykom doradzono zatem rozgoszczenie się na tylnym siedzeniu i pozwolenie siłom rynkowym na spontaniczne odkrycie przewag konkurencyjnych ich krajów w procesie kreatywnej destrukcji. Niemal wszyscy – niezależnie od umiejscowienia na politycznym spektrum – zdecydowali się posłuchać tej rady.

Nigdzie indziej porada ta nie została zrealizowana z większym przekonaniem niż w ramach Unii Europejskiej. Unijna logika, oparta na ideologicznych założeniach neoliberalizmu oraz przekonaniu o fiasku polityk wdrażanych w latach 70., stoi w kontrze do polityki przemysłowej. Wspólny rynek – fundament integracji europejskiej – uznaje się za niekompatybilny z narodowymi politykami przemysłowymi, jako że tworzyć one mają nierówne pole gry dla firm z różnych państw członkowskich. Aby zapewnić w jego obrębie wolną i uczciwą konkurencję Komisja Europejska postawiona została (właściwie od samego początku integracji) w roli odpowiedzialnej za politykę konkurencyjności. Po kryzysie lat 70. z werwą korzystała z tych kompetencji, przyjmując ostry kurs wobec pomocy publicznej na poziomie krajowym. Wprowadzenie unijnych funduszy finansujących przemysł – w obliczu niewielkiego rozmiaru budżetu UE – nie było dostateczną rekompensatą.

Dziś tymczasem polityka przemysłowa dokonuje nieoczekiwanego powrotu w Unii Europejskiej. W trakcie jednego ze swoich wystąpień szefowa KE, Ursula von der Leyen, zaapelowała o „wspólną europejską politykę przemysłową ze wspólnym, europejskim finansowaniem”. W lutym roku 2023 ogłosiła Plan przemysłowy Zielonego Ładu, zakładający poluzowanie reguł pomocy publicznej dla zielonego przemysłu.

Do rehabilitacji polityki przemysłowej na poziomie unijnym przyczyniają się trzy trendy: intensyfikacja jej wykorzystywania przez inne państwa, zwiększenie poziomu ambicji klimatycznych UE (wymagających znaczącej skali dodatkowych inwestycji – w przeciwnym wypadku europejskie firmy mogą stawać się niekonkurencyjne) oraz rosnące napięcia geopolityczne i związana z nimi zmiana myślenia o związkach między bezpieczeństwem a współzależnościami gospodarczymi. Niedawne wydarzenia, włącznie z kryzysem energetycznym towarzyszącym rosyjskiej agresji na Ukrainę, podkreśliły pilny charakter odpowiedzi na te wyzwania.

Eksportowa porażka unijnego modelu

Przez jakiś czas Unia Europejska wierzyła, że światowa gospodarka będzie coraz bardziej przypominać jej wspólny rynek – wolną i sprawiedliwą przestrzeń, niezakłóconą przez pomoc publiczną czy inne formy zachowań zaburzających konkurencję. Zawierane w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO) porozumienia pozwalają poszczególnym państwom na odpowiadanie na wyzwania związane z dumpingiem i importem produktów subsydiowanych przez inne kraje. Kiedy kraje takie jak Chiny czy Rosja dołączyły do WTO (odpowiednio w roku 2001 i 2011) Unia Europejska żywiła nadzieję, że ich członkostwo rychło przemieni je w liberalne gospodarki rynkowe. Tak się jednak nie stało. Zbiór reguł, wpisanych w ramy WTO w okresie „końca historii” wczesnych lat 90. XX wieku, uważany jest dziś za niewystarczający do opanowania zakłócającego rynek zachowania państw takich jak Chiny czy Rosja. Ich reforma – w obliczu różnorodności państw uczestniczących w organizacji oraz wymogu podejmowania ich poprzez konsensus – okazała się niemożliwa.

Od momentu porażki procesu ratyfikacji Protokołu z Kioto przez Stany Zjednoczone w roku 1997 Unia Europejska postawiła sobie za cel bycie globalną liderką walki ze zmianami klimatu. Filarem jej polityki klimatycznej był wprowadzony w roku 2005 system handlu emisjami (ETS). W roku 2020 Unia zdecydowała się na zwiększenie swoich ambicji poprzez Europejski Zielony Ład, który rok później przełożony został na zestaw propozycji prawnych, zebranych pod hasłem „Fit for 55”. Za pomocą tego pakietu UE pragnie stać się pierwszą dużą neutralną klimatycznie gospodarką do połowy wieku. Postawiła sobie cel pośredni w postaci ograniczenia emisji gazów cieplarnianych netto o co najmniej 55% do roku 2030.

Wzmocnienie unijnych ambicji doprowadziło do istotnego wzrostu ceny uprawnień do emisji w ramach systemu ETS – od mniej niż 10 euro za tonę dwutlenku węgla do początku roku 2018 aż do około 85 euro w grudniu roku 2022. Fakt ten zwiększył poziom niepokoju, związany z ryzykiem „wycieku emisji” – sytuacji, w której energochłonne firmy zdecydowałyby się na przeniesienie swej produkcji z UE do państw trzecich, w których nie byłyby zobligowane do płacenia za uprawnienia do emisji czy podatku węglowego. Efektem byłoby podważenie wysiłku na rzecz redukcji globalnych poziomów emisji gazów cieplarnianych, a także deindustrializacja Unii Europejskiej.

Niegdyś dominujący w Unii sposób myślenia zachwiał się również z powodu serii wydarzeń gospodarczych i geopolitycznych, takich jak pandemia COVID-19, chińsko-amerykańska wojna handlowa oraz rosyjska inwazja na Ukrainę. Koronawirus i jego skutki ekonomiczne wzmocniły pytania o ryzyka dla bezpieczeństwa, wynikłe z nadmiernej zależności od ograniczonego grona dostawców sprzętu kluczowego dla zdrowia publicznego. Wojna handlowa między Waszyngtonem a Pekinem kazała zastanowić się nad uzależnieniem Europy od surowców krytycznych z Chin czy półprzewodników z Tajwanu – i to w sytuacji narastających napięć między wyspą a Chinami kontynentalnymi. Ponowne przemyślenie relacji między gospodarką a bezpieczeństwem przybrało na wadze wraz z rosyjską inwazją na Ukrainę oraz potraktowaniem zależności Europy od gazu ziemnego w charakterze broni, której użycie przyczyniło się do wzrostu cen energii. Ten bardziej geopolityczny sposób myślenia wskazuje, że istotne znaczenie ma to, co produkujesz i skąd sprowadzasz surowce. Politycy dużo mniej chętnie chcą zostawić decyzje w tych kwestiach wyłącznie w rękach rynku.

Ochrona wzorca

Każde z tych wydarzeń z osobna doprowadziłoby do poważnego zakwestionowania istniejących w obrębie Unii paradygmatów i polityk ekonomicznych. Ich skumulowany wpływ można określić mianem sporego trzęsienia ziemi. Europejskie (energochłonne) firmy przemysłowe mierzyć się muszą z nierównym polem gry pod kątem subsydiów, ambicji polityk klimatycznych czy cen energii. Subsydia w państwach trzecich – szczególnie tych, które uznawane są za systemowych rywali – nie są już jedynie niedogodnością dla handlu, ale również wyzwaniem dla klimatu i bezpieczeństwa. Nie ziściła się unijna nadzieja, że rosnące więzi handlowe oraz rozwiązywanie problemów poprzez kolejne szczyty (istotne elementy procesu integracyjnego samej Unii Europejskiej) zmienią inne kraje w liberalne gospodarki rynkowe, ambitnych opiekunów planety oraz odpowiedzialnych graczy na arenie międzynarodowej. W samej Unii słyszymy komentarze, że tak zarysowany dotychczasowy sposób myślenia dotknięty był grzechem naiwności.

UE – ponosząc porażkę w kształtowaniu świata na swój obraz i podobieństwo – zdecydowała się niedawno na wzmocnienie szeregu narzędzi polityki handlowej, mających na celu ochronę przez posunięciami państw trzecich. Regulacje dotyczące zagranicznych subsydiów czy zamówień międzynarodowych powinny ochronić unijny rynek przed wspieranymi finansowo ofertami publicznymi czy inwestycjami, a także poprawić dostęp europejskich firm do rynku zamówień w innych krajach. CBAM – mechanizm dostosowania cen na granicach Unii, wyrównujący koszt emisji między produktami importowanymi a wytworzonymi wewnątrz UE – powinien pomóc ochronić spójność unijnej polityki klimatycznej, a także konkurencyjność europejskiego przemysłu. Ramy określone przez mechanizm analizowania inwestycji zagranicznych czy narzędzia przeciwdziałające wymuszeniom ekonomicznym ze strony państw trzecich, muszą chronić bezpieczeństwo oraz autonomię strategiczną UE przed nieakceptowalną ingerencją z zewnątrz.

Zmiany w modelu europejskim

W siłę wewnątrz Unii rosną głosy zauważające, że dla ochrony jej posunięć przed działaniami (lub ich brakiem) państw trzecich w zakresie polityk przemysłowych, zrównoważonego rozwoju czy geopolityki nie wystarczy jedynie wzmacnianie defensywnego aspektu narzędzi handlowych. Uważają one, że EU sama powinna dążyć do stworzenia silniejszej polityki przemysłowej, służącej przyspieszeniu zielonej i cyfrowej transformacji oraz wzmacnianiu swej autonomii strategicznej. Choć nowe, wprowadzone jednostronnie mechanizmy ochronne pomagają bronić spójność unijnych polityk oraz wyrównywać pole gry, charakteryzują się również szeregiem słabości.

Podczas gdy udaje się im – pomimo zróżnicowania w politykach realizowanych przez UE i państwa trzecie – przywracać równą konkurencję na unijnym rynku, to nie gwarantują one analogicznej równości na rynkach eksportowych poza jego granicami. Ich rola z roku na rok rośnie, jako że ich wzrost gospodarczy jest większy niż ten wewnątrz Unii Europejskiej. Wspomniane jednostronne mechanizmy są dodatkowo trudne do wdrożenia, wymagając od władz unijnych instytucji zbierania i weryfikacji olbrzymich ilości danych od producentów z państw trzecich, związanych chociażby z poziomami emisji dwutlenku węgla, poniesionymi przez nich kosztami emisji, geolokalizowaniem pozyskanego drewna czy soi, dbaniem o stan zagranicznych lasów czy poziomem i charakterem otrzymywanych subsydiów. Warunkowe przyznawanie wsparcia finansowego jest – w porównaniu do opisanego mechanizmu – czymś znacznie prostszym w zarządzaniu. Mechanizmy ochrony handlu są też ze swej natury reaktywne – próbują przywrócić równowagę w konkurowaniu w odpowiedzi na działanie podjęte przez państwo trzecie. Może być tak, że zostaną one wdrożone już wówczas, kiedy szkoda została wyrządzona.

W efekcie Unia Europejska zaczęła odkurzać swą politykę przemysłową. Komisja Europejska aktywnie promuje obecnie mechanizm IPCEI – istotnych projektów o paneuropejskim znaczeniu. Europejskie reguły konkurencji pozwalają państwom członkowskim – pod pewnymi warunkami – na subsydiowanie unijnych firm (i innych podmiotów) w celu podjęcia wspólnych, wielkoskalowych projektów o szczególnych korzyściach dla całej Unii, które w wypadku braku finansowania nie zostałyby zrealizowane. Te „Important Projects of Common European Interest” ruszyły już w dziedzinach takich jak mikroelektronika, baterie, wodór czy chmury obliczeniowe, pozwalając na połączenie wartych miliardy euro prywatnych i publicznych strumieni finansowych w celu wypromowania europejskiego przywództwa.

Jeszcze bardziej śmiałą inicjatywą z dziedziny polityki przemysłowej jest Europejski Akt o Chipach, zaproponowany przez KE w lutym 2022 roku. Stanowił on bezpośrednią odpowiedź na globalny niedobór półprzewodników, który narodził się na progu pandemii koronawirusa. Zależność Unii Europejskiej od niewielkiej liczby producentów z Azji Wschodniej została uznana za geopolityczne miękkie podbrzusze – szczególnie w kontekście rosnących napięć wokół Tajwanu. Akt ten ma na celu m.in. zmobilizować przeszło 43 miliardy euro środków publicznych i prywatnych w celu wzmocnienia unijnych zdolności wytwórczych na różnych etapach półprzewodnikowych łańcuchów dostaw – włączając w to ich projektowanie oraz wytwarzanie.

Wpływ amerykańskiego prawodawstwa

Wezwania do bardziej asertywnej unijnej polityki przemysłowej przybrały na sile, gdy Stany Zjednoczone zdecydowały się na przyjęcie w sierpniu 2022 roku Inflation Reduction Act (IRA). Ustawa ta służyć ma osiągnięciu szeregu celów – jej głównym elementem jest plan inwestycji energetyczno-klimatycznych na poziomie 369 miliardów dolarów. Podczas gdy Unia z początku przyjęła ów plan z zadowoleniem jako najbardziej ambitną amerykańską inicjatywę klimatyczną w historii, z czasem zaczęła wyrażać wątpliwości co do tego, iż otrzymanie sporej części subsydiów za zielone technologie wymaga spełnienia wymogów odpowiedniego poziomu udziału lokalnych komponentów. IRA gwarantuje na przykład tysiące dolarów dla konsumentów w USA, którzy zdecydują się na kupno samochodu elektrycznego – tyle że warunkiem ma być to, że samochód i jego bateria są wyprodukowane w przeważającej części w USA lub w krajach, z którymi mają one porozumienie handlowe. Na chwilę obecną wykluczałoby to pojazdy elektryczne wytworzone w UE, stawiając wyprodukowane w Unii auta na gorszej pozycji na amerykańskim rynku.

IRA – w połączeniu ze znacznie wyższymi w porównaniu do USA cenami energii w Europie – może skończyć się skuszeniem firm do relokacji lub realizacji nowych inwestycji w Stanach Zjednoczonych, a nie w Unii Europejskiej. Unia zwróciła się zatem do Stanów z prośbą o przemyślenie zapisów dotyczących wymaganego udziału rodzimych komponentów, albo chociaż o rozszerzenie zapisów tak, by uwzględniały również te pochodzące z UE. Zasugerowała również możliwość wejścia w spór handlowy albo wdrożenia działań odwetowych na wypadek, gdyby jej sugestie nie zostały uwzględnione. Odpowiedź ta grzeszy jednak naiwnością, nieszczególnie zauważając kontekst stojącej za ustawą ekonomii politycznej. Bez dostatecznych gwarancji co do tego, że bardziej ambitna polityka klimatyczna przyczyni się do rozwoju miejsc pracy właśnie w USA, IRA nie przeszłaby przez Kongres.

Jako że znaczące zmiany w wymogach dotyczących udziału krajowych komponentów wydają się coraz mniej prawdopodobne, część europejskich decydentów zaczęła nawoływać do tego, by UE stworzyła swój odpowiednik amerykańskiej ustawy. Francuski prezydent Emmanuel Macron szybko zaproponował skopiowanie IRA poprzez realizację hasła „kupuj europejskie”. Francuski komisarz Thierry Breton nazwał wprowadzone przez USA prawo (któremu towarzyszyła legislacja, dotycząca promowania zakupu amerykańskich towarów, rozwijania rynku półprzewodników czy przemysłu obronnego) „przykładem determinacji i śmiałości”, nawołując przy tym do bardziej asertywnej unijnej polityki przemysłowej. W połowie września minionego roku szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, w przemówieniu o stanie Unii Europejskiej wydawała się wspierać ten kierunek, odwołując się do nowej koncepcji Europejskiego Funduszu na rzecz Suwerenności. Choć w Europie daje się zauważyć konsensus co do tego, że polityka przemysłowa jest niezbędna dla uniknięcia deinsutrializacji Unii, daje się słyszeć różne opinie co do tego, jak dokładnie powinna ona wyglądać.

Ścieżka narodowa – czy europejska?

Niektórzy nawołują do dalszych zmian w unijnych regułach dotyczących pomocy publicznej – tak, by państwa członkowskie mogły łatwiej subsydiować sektory stawiające na zieloną i cyfrową transformację. W odpowiedzi na pandemię oraz rosyjską inwazję na Ukrainę Komisja przyjęła szeroko zakrojone, tymczasowe wyjątki w kontrolowaniu pomocy publicznej. Niektórzy w KE – włącznie z zajmującą się tematyką konkurencji Margrethe Vestager – nawołują do jeszcze szerszych, długofalowych „tymczasowych ram czasów kryzysu i transformacji”, które uprościłyby pomoc publiczną dla technologii energetyki odnawialnej oraz inwestycji w moce produkcyjne, wobec których istnieje ryzyko ich przeniesienia poza Europę.

Ryzykiem obrania takiego kursu byłaby z kolei fragmentacja wspólnego rynku. Niektóre państwa członkowskie mają głębsze kieszenie, do których mogłyby sięgnąć w celu przekazania zielonych subsydiów firmom. Większe oraz dysponujące szerszym zakresem swobody fiskalnej kraje mogą udzielać pomoc publiczną łatwiej niż mniejsze i te, borykające się z wyższymi poziomami zadłużenia. Od czasu, gdy po rosyjskiej agresji na Ukrainę weszły w życiu wyjątki dla kontroli pomocy publicznej w UE aż 53% spośród 672 miliardów euro zaakceptowanej pomocy w ramach Unii zostało udzielonych przez Niemcy, a kolejne 24% – przez Francję.

Jeśli głównym narzędziem unijnej polityki przemysłowej stanie się rozluźnianie zasad pomocy publicznej, wówczas rosnąć będzie zagrożenie nierównego pola gry w ramach wspólnego rynku, które sprzyjać będzie państwom o większych zasobach i przestrzeni fiskalnej. Lepszym rozwiązaniem byłoby subsydiowanie zielonego przemysłu na szczeblu unijnym – tak, aby wszystkie państwa członkowskie mogły cieszyć się korzyściami z ich wypłacania. Europejski fundusz polityki przemysłowej może czerpać inspiracje z przełomowego unijnego funduszu odbudowy, będącego odpowiedzią na sytuację po pandemii koronawirusa. Może również wspierać działania na rzecz minimalizacji ryzyk związanych z bezrobociem, realizowane poprzez awaryjny instrument finansowy SURE. Jeśli rozluźnienie reguł pomocy publicznej zostanie przyjęte przed zgodą co do kształtu nowego unijnego finansowania polityki przemysłowej, wówczas istnieć będzie ryzyko, że większe państwa członkowskie stracą zainteresowanie tego typu wspólnym projektem.

Szanse i zagrożenia

Nowa europejska polityka przemysłowa może nieść za sobą szereg szans. Może przyczynić się do zwiększenia poziomów kontroli społecznej nad zieloną i cyfrową transformacją. Prowadząc w czytelny sposób do tworzenia nowych miejsc pracy w zielonych sektorach gospodarki łatwiej jej będzie wzbudzić pozytywne skojarzenia z tymi zmianami – milsze niż obecne dyskusje o rosnących cenach, malejącym popycie czy znikającym zatrudnieniu. Podejście skupiające się na metaforycznej „marchewce” może wygenerować większe poparcie społeczne na rzecz zielonej transformacji niż to, które opiera się bardziej na „kijach”. Instytucje publiczne mogą uzależnić uzyskanie pomocy publicznej od przestrzegania najwyższych standardów praw pracowniczych i socjalnych (jak w przypadku amerykańskiego IRA), promując w ten sposób sprawiedliwy charakter zmian.

Nie należy przy tym zapominać, że to nowe europejskie podejście do tematu niesie ze sobą również ryzyka, których należałoby uniknąć lub przynajmniej zminimalizować je. Nie jest nim jednak scenariusz, przed którym niektórzy przestrzegają – globalny wyścig na subsydia między głównymi potęgami gospodarczymi. Na świecie obserwujemy olbrzymią lukę inwestycyjną między obecnymi poziomami finansowania a tymi, które są niezbędne do realizacji celu neutralności klimatycznej do roku 2050. Wyścig na zielone subsydia byłby wręcz czymś mile widzianym – oczywiście pod warunkiem, że faktycznie skutkowałby redukcjami emisji gazów cieplarnianych. Oznacza to, że subsydia te powinny być nakierowane na dodatkowe, a nie już zaplanowane inwestycje. Współpraca międzynarodowa (jak w wypadku UE i USA) nad wdrażanymi politykami przemysłowymi może pomóc w tym, by wzajemnie się uzupełniały i nie przyczyniały do nieefektywnej, marnującej zasoby nadprodukcji. Uwzględnienie kwestii globalnej sprawiedliwości wymaga od Unii (i innych dużych graczy) zapewnienia, że wprowadzane subsydia nie będą szkodzić krajom rozwijającym się – lub też, jeśli takie szkody zajdą, to zostaną one zrekompensowane. Polityka przemysłowa ma zwiększać ilość zielonych i cyfrowych produktów i usług, a nie jedynie zyski już istniejących graczy rynkowych. Jej ukształtowanie na fundamencie dotychczas funkcjonującej struktury gospodarki nie przyniesie nam automatycznie pożądanych rezultatów.

Powrót polityki przemysłowej – warunki sukcesu

Europejska polityka przemysłowa wróciła do gry. Jej powrót stanowi odpowiedź na posunięcia innych graczy, wyzwanie klimatyczne oraz bardziej geopolityczne spojrzenie na integrację ekonomiczną. Wojna w Ukrainie, kryzys energetyczny czy przyjęcie Inflation Reduction Act w Stanach Zjednoczonych dodały temu trendowi wiatru w żagle. Choć polityka przemysłowa ma potencjał do demokratyzacji oraz przyspieszenia zielonej i cyfrowej transformacji, zapewniając przy tym jej sprawiedliwy charakter, to jednak korzyści z jej wdrażania nie są niczym gwarantowanym. Aby zapewnić udany powrót polityki przemysłowej powinna być ona finansowana na szczeblu unijnym, a nie krajowym, skupiać się na nowych (a nie już realizowanych) inwestycjach, a także zapewniać przejrzyste, warunkowe i inkluzywne przyznawanie środków – takie, które nie będzie jedynie wzmacniać pozycję już dziś dominujących na rynku firm.

Ferdi De Ville

Tłum. Bartłomiej Kozek

Materiał Instytutu Studiów Międzynarodowych i Europejskich Uniwersytetu w Gandawie opublikowany został na witrynie magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Nico Franz from Pixabay.

Gilbert Keith Chesterton: Zabobon sukcesu (1908)

Gilbert Keith Chesterton: Zabobon sukcesu (1908)

Pojawił się niedawno w Anglii pewien szczególny rodzaj książek i artykułów, które zupełnie prawdziwie i poważnie nazwać można najgłupszymi ze wszystkich, jakie tylko kiedykolwiek ludzkość z siebie wydała. To dzieła naraz bardziej szalone niż najbardziej szalone romanse rycerskie i nudniejsze niż najnudniejsze traktaty religijne. Co więcej, romanse rycerskie przynajmniej naprawdę mówiły o rycerzach; traktaty religijne o religii. Te produkty pióra, o których mówię zaś, są o niczym; bo o czymś, co nazywa się dzisiaj Sukcesem. Na każdym straganie z książkami, w każdym magazynie, można znaleźć tysiące porad na temat tego, jak odnieść sukces. To książki o sukcesie we wszystkich dziedzinach; pisane przez ludzi, którzy nie potrafią nawet z sukcesem napisać książki.

Zacznijmy od tego, że – rzecz jasna – nie ma czegoś takiego jak sukces. Albo, jak kto woli, nie ma niczego, co nie byłoby sukcesem. Sukces czegokolwiek oznacza po prostu tyle, że istnieje; sukces milionera polega na byciu milionerem, a osła na byciu osłem. Każdy żywy człowiek odniósł sukces w tym sensie przynajmniej, że żyje; dowolny trup – mógł z sukcesem popełnić samobójstwo. Niemniej, pomijając już błędy logiczne i filozoficzne kryjące się za tym rozumieniem owego pojęcia, możemy przyjąć, jak rzeczeni pisarze, że „sukces” oznacza po prostu zdobycie pieniędzy i pozycji w świecie. Otóż twórcy nasi twierdzą, że dzięki nim szary człowiek nauczy się odnosić sukcesy w swoim zawodzie, względnie w spekulacjach, którymi się akurat zajmuje – to znaczy: jeśli jest budowlańcem, będzie odnosił sukcesy jako budowlaniec; a jeśli maklerem – jako makler. Twierdzą, że dzięki ich radom właściciel warzywniaka zacznie ścigać się zawodowo na jachtach; dziesiątej kategorii dziennikarzyna zostanie parem; a niemiecki Żyd – Anglosasem. To jasna i konkretna propozycja biznesowa, i naprawdę sądzę, że ci, którzy te książki kupują (a są tacy), mają pełne prawo – na pewno moralne – domagać się zwrotu pieniędzy. Nikt nie ośmieliłby się wydać książki o elektryczności, która nie mówiłaby nic o elektryczności; nikt nie opublikował artykułu z dziedziny botaniki, którego autor nie wiedziałby, czy rośliny rosną korzeniami w dół, czy w górę. A jednak, świat współczesny pełen jest książek na temat sukcesu, w których nie znajdzie się choćby zrębu względnie racjonalnej idei i praktycznie ani krzty względnie zrozumiałej wypowiedzi.

Zupełną oczywistością jest, że w każdym względnie przyzwoitym zawodzie (na przykład murarstwo czy pisanie książek) sukces odnieść można tylko na dwa sposoby. Po pierwsze, robiąc świetną robotę, po drugie – oszukując. Obydwa są zbyt proste, by trzeba było o nich pisać. Jeśli konkuruje się o medale w skoku wzwyż, wówczas albo trzeba skoczyć wyżej niż wszyscy, albo w jakiś sposób wmówić wszystkim, że tak się zrobiło. Jeśli chce się wygrywać w wista, trzeba grać dobrze w wista – albo znaczyć karty. Pewnie znajdzie się ktoś, kto chciałby poczytać książkę o skakaniu; nawet o grze w wista; a nawet o tym, jak oszukiwać w wista. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał czytać książek na temat sukcesu. I na pewno nie takich, których setki, o ile nie tysiące porozrzucane są obecnie po naszym rynku księgarskim. Można lubić skoki wzwyż i można lubić karty, ale na pewno nikt nigdy nie lubił, nie lubi i nie polubi nieskładnych zdań uświadamiających mu, że skakanie to skakanie, albo że w grach wygrywają zwycięzcy.

Gdyby ci twórcy, na przykład, postanowili wypowiedzieć się na temat tego, jak odnieść sukces w skakaniu, brzmiałoby to mniej więcej tak: „Skoczek musi mieć jasny cel. Musi pragnąć skoczyć wyżej, niż wszyscy inni skoczkowie. Musi pozbyć się całkowicie miałkich sentymentów, współczucia i litości (uwaga! bo jakże łatwo zarazić się dzisiaj nimi od angielskich patriotów czy przeciwników drugiej wojny burskiej) i za wszelką cenę dać z siebie wszystko. Pamiętać musi, że konkurencja w skokach jest szczególnie ostra i bezwzględna, i że, jak to doskonale wykazał wielki Karol Darwin, SŁABI ODPADAJĄ”. Brzmiałoby to, powiadam, mniej więcej tak, i na pewno najlepszy efekt przyniosło, gdyby czytać to ściszonym głosem (i czyniąc dramatyczne pauzy) bardzo młodemu człowiekowi, który właśnie miałby wykonać skok wzwyż.

Albo załóżmy, że w trakcie swych intelektualnych wędrówek nasz filozof sukcesu zająłby się drugim z wymienionych przez nas przykładów, graniem w karty. Prawdopodobnie, pełnym śmiałości głosem zacząłby obwieszczać: „Jeśli gra się w karty, jak ognia unikać trzeba częstego ostatnio błędu (powszechnego zwłaszcza wśród zniewieściałych humanitarystów i ideologów wolnego handlu), polegającego na tym, że pozwalamy przeciwnikowi wygrać. Nie, nie, nie – trzeba zacisnąć pięści i zęby, i walczyć aż do zwycięstwa. Epoka idealizmu i przesądów dobiegła końca. Żyjemy w czasach nauki i zdrowego rozsądku, nauka zaś niezbicie udowodniła, że w każdej grze, w którą gra się we dwójkę, JEŚLI JEDNA STRONA PRZEGRA, DRUGA WYGRA”. Nie da się ukryć, fascynujące; wyznam wszakże (z pewnym wstydem), że gdybym sam chciał pograć w karty, prędzej już zaopatrzyłbym się w małą książeczkę wyjaśniającą zasady gry. Jeśli nie chodzi o reguły, chodzi wyłącznie o talent lub o nieuczciwość; i zasadniczo chciałbym wykazać się albo jednym, albo drugim, a czym faktycznie mógłbym – to już nie mnie rozstrzygać.

Przeglądając popularne magazyny angielskie, raz po raz natrafia się na przedziwnych i zabawnych ludzi. Na przykład czytałem niedawno taki ciekawy artykuł – „Instynkt bogactwa”, okraszony na pierwszej stronie wielkim portretem Lorda Rotszylda. Otóż na mój rozum, w kwestii bogacenia się istnieją tylko metody uczciwe lub nieuczciwe; a jedyny „instynkt”, który przychodzi mi w związku z nią do głowy, to ten, który stara, prymitywna teologia chrześcijańska określała mianem „chciwości”. To wszakże ledwie dygresja. Teraz chciałbym zacytować tutaj kilka fragmentów odnośnego dzieła, stanowiących doskonały przykład typowego poradnika „człowieka sukcesu”. Takie są praktyczne; i nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co powinniśmy zacząć teraz robić – „Nazwisko »Vanderbilt« [1] stało się synonimem bogactwa, którego zdobycie umożliwia nam obecny system. »Cornelius«, pierwszy z rodziny, był również pierwszym wielkim magnatem handlowym Ameryki. Zaczynał jako syn ubogiego rolnika; skończył jako najbogatszy człowiek swoich czasów”.

„Miał instynkt bogacenia się. Umiał korzystać z okazji, robić dobry użytek z możliwości, jakie otworzyło przed człowiekiem zastosowanie w transporcie morskim silnika parowego, i narodziny transportu kolejowego w bogatych, acz nierozwiniętych jeszcze Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu zgromadził kolosalną fortunę”.

„Oczywiście, nie możemy pójść za przykładem tego monarchy transportu dosłownie krok w krok. Okazje, które mu się nadarzyły, nam się już nie nadarzają. Okoliczności się zmieniły. Ale mimo to, możemy, stosownie do warunków naszego czasu, stosować te same co on metody; możemy korzystać z tych okazji, które się przed nami otworzą, i dać sobie przynajmniej szansę na zbicie fortuny”.

Podobnie osobliwe sformułowania pozwalają nam przynajmniej bezbłędnie zorientować się, co tkwi u podstaw wszystkich tego typu książek i artykułów. Nie chodzi o biznes; nawet nie o pospolity cynizm. Chodzi o mistycyzm; straszliwy i wstrętny mistycyzm mamony. Autor tych akapitów nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie Vanderbilt doszedł do swoich pieniędzy, albo jak ktoś inny mógłby do nich dojść. Istotnie, kończy swój wywód jakimś niejasnym zarysem planu; który nie ma jednak nic wspólnego z Vanderbiltem. Jedyne, czego ten autor pragnął, to popłaszczyć się trochę przed misterium milionera. Bo jeśli naprawdę coś czcimy, kochamy to nie za jasność, ale właśnie za tajemniczość. Radujemy się faktem, że nasz bóg jest niewidzialny. Tak też, na przykład, gdy młody chłopak zakocha się w jakiejś dziewczynie, szczególnie podoba mu się w niej to, że jest nieracjonalna. Lub też pobożny poeta, pisząc na cześć Stwórcy, szczególną przyjemność czerpie z wersów takich jak „Jakże tajemnie Bóg ziemię przebiega” [2]. Otóż autor przywoływanego tu artykułu najprawdopodobniej nigdy nie miał nic do czynienia z żadnym bogiem, ani (co wnoszę z ekstremalnej niepraktyczności jego przemyśleń) nigdy naprawdę nie zakochał się w kobiecie. Niemniej, do swego osobistego bożka – Vanderbilta – odnosi się w sposób nie mniej mistyczny. Odczuwa przedziwną rozkosz z faktu, że wielkie bóstwo coś przed nim ukrywa. I dusza jego wpada w swego rodzaju zachwycenie szarlatana, ekstazę fałszywych proroków, mogąc udawać, że oto uchyla przed masami rąbka tej tajemnicy, o której sam nie ma pojęcia.

Mówiąc o instynkcie bogactwa, ten sam autor zauważa:

„W dawniejszych epokach doskonale zdawano sobie sprawę z jego istnienia. Starożytni Grecy uwiecznili ów instynkt w opowieści o królu Midasie, w wizji »złotego dotyku«. Oto człowiek, który zamienia w złoto wszystko, czego dotknie. Jego życie to jeden wielki marsz ku fortunie. Ze wszystkiego, na co w życiu natrafił, wyprowadzał natychmiast ów szlachetny kruszec. »Głupia legenda«, śmiali się mędrkowie czasów wiktoriańskich. »Prawda«, mówimy dzisiaj. Bo przecież widzimy takich ludzi na własne oczy. Wszyscy znamy, osobiście lub tylko ze słyszenia, tych, którzy zamieniają w złoto wszystko, czego się tylko dotkną. Sukces podąża za nimi krok w krok. Ich droga wiedzie w górę, w górę, na sam szczyt. Nie znają, nie mogą znać, smaku porażki”.

No cóż, Midas niestety mógł poznać smak porażki; i poznał smak porażki. Jego droga nie wiodła w górę, w górę, na sam szczyt. Umarł z głodu, ponieważ ilekroć dotykał herbatników czy kanapki z szynką, zamieniały się w złoto. I to jest właśnie morał tej historii, choć autor nasz zmuszony był go dyskretnie przemilczeć, publikując swe dzieło tak blisko portretu Lorda Rotszylda. Stare bajki ludzkości stanowią, istotnie, źródło niezgłębionej mądrości – i nie wolno ich cenzurować w hołdzie dla pana Vanderbilta. Nie wolno przedstawiać króla Midasa jako człowieka sukcesu; z tego prostego powodu, że to człowiek, który poniósł porażkę, i to niezmiernie dotkliwą. Oprócz tego wyrosły mu ośle uszy. I, jak wszystkie znaczniejsze persony, bardzo starał się to ukryć. Jego fryzjer (o ile pamiętam), proszony był o zachowanie w tej sprawie najwyższej dyskrecji; i jegomość ten, zamiast stać się energicznym biznesmenem ze szkoły sukcesu i zacząć szantażować króla Midasa, poszedł za miasto i rozpowiedział o tym skandalu trzcinom wodnym, które miały w związku z tym chwilę dobrej zabawy. Powiada się, że szeptały o tym ze śmiechem, gdy wiatr je kołysał. Spoglądam z nabożnym szacunkiem na portret Lorda Rotszylda; z nabożnym szacunkiem czytam o wyczynach pana Vanderbilta. Wiem, że nie wszystko, czego się tknę, zamienia się w złoto; ale też nigdy nie chciałem, żeby tak było, bo oprócz złota lubię na świecie kilka innych rzeczy, takich jak młoda trawa czy dobre wino. Wiem, że ci ludzie naprawdę, w pewnym sensie, odnieśli sukces; że udało im się kogoś pokonać; że są królami, których wcześniej świat nie widział; że kreują rynki, i potrafią utopić w morzu całe kontynenty. A jednak zawsze miałem wrażenie, że przy całej swej pompie cały czas usiłują ukryć coś przed światem, jakiś mały, wstydliwy fakt z prywatnego życia, który ich męczy – i czasem wydaje mi się, że słyszę niesione wiatrem śmiech i szepty trzcin.

Tak czy inaczej, miejmy nadzieję że przynajmniej absurdalne książki na temat „sukcesu” przykryje kiedyś sprawiedliwie kurz pogardy i zapomnienia. Bo uczą one nie sukcesu, lecz snobizmu; stanowią swego rodzaju mroczną poezję światowości. Purytanie bez końca piętnują książki, które „rozpłomieniają żądze”; cóż powiemy o tych, które rozpłomieniają gorsze namiętności chciwości i pychy? Sto lat temu mieliśmy ideał sumiennego ucznia; małym chłopcom mówiło się, że jeśli będą dość ciężko pracować, wszyscy zostaną burmistrzami. Było to głupstwo, ale męskie głupstwo, i to niepozbawione ziarenka prawdy moralnej. W naszym społeczeństwie oszczędność nie pomoże ubogim się wzbogacić, ale na pewno może pomóc im nabrać szacunku do siebie. Dobrze wykonana praca nie zrobi z nikogo bogatego człowieka, ale być może chociaż dobrego pracownika. Moralność „sumiennego ucznia” była niska i trochę prymitywna, fakt – była wszakże przynajmniej moralnością. A co powiemy o ewangelii, którą przekazują teraz światu współcześni „sumienni uczniowie”; otwarcie głoszący nam już nie nową moralność – lecz niemoralność?

Gilbert Keith Chesterton

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pochodzi ze zbioru „All Things Considered”, 1908. Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Przypisy:

1. Cornelius Vanderbilt (1794-1877) – amerykański potentat transportu morskiego i kolejowego, a także założyciel rodu.

2. Aluzja do słynnego wiersza angielskiego poety Williama Cowpera (1731-1800) pt. „God moves in a mysterious way”.

O bezpieczną pracę

O bezpieczną pracę

Co roku w ostatnim tygodniu kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia w Pracy oraz Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych. Warto przypomnieć, jak doszło do ustanowienia tych Dni.

Historia upamiętniania

W 1996 r. Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) podczas obchodów w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku doprowadziła 28 kwietnia do zapalenia świec i zniczy ku czci pracowników poszkodowanych w wypadkach przy pracy. W ten sposób doszło do umiędzynarodowienia Dnia Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych, który po raz pierwszy obchodzono w Kanadzie w 1989 r.

Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) została utworzona 7 grudnia 1949 r. w wyniku rozłamu w ramach Światowej Federacji Związków Zawodowych (WFTU), gdy na początku zimnej wojny znaczna liczba niekomunistycznych narodowych federacji związków zawodowych (w tym amerykańska AFL-CIO, brytyjska TUC, francuska FO, włoska CISL i hiszpański UGT) odłączyła się, zarzucając prorosyjskim stalinowskim komunistom dominację w centralnych instytucjach WFTU. W rezultacie, podczas konferencji w Londynie, w której uczestniczyli przedstawiciele prawie 48 milionów członków z 53 krajów federacje te utworzyły konkurencyjną ICFTU. Od lat pięćdziesiątych ICFTU aktywnie rekrutowała nowych członków w krajach rozwijających się najpierw w Azji, a później w Afryce.

Centralnym punktem działalności ICFTU była walka w obronie praw pracowniczych m.in. poprzez lobbowanie za ratyfikacją tak zwanych podstawowych standardów pracy – ośmiu kluczowych konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy. Dotyczyły one wolności zrzeszania się, zniesienia pracy dzieci i pracy przymusowej oraz eliminacji dyskryminacji w miejscu pracy. W swojej konstytucji Konfederacja zobowiązała się do „obrony wolności człowieka, promowania równości szans dla wszystkich ludzi, dążenia do wyeliminowania na całym świecie wszelkich form dyskryminacji lub podporządkowania ze względu na rasę, religię, płeć lub pochodzenie, przeciwstawiania się i zwalczania totalitaryzmów i agresji w każdej formie”. Konstytucja ta wymieniała aż siedemnaście celów, dlatego jej przeciwnicy argumentowali, że od samego początku były niemożliwe do osiągnięcia – zwłaszcza przy niewielkiej kadrze i budżecie. Przykładowo statut ICFTU nakazywał „prowadzenie programu edukacji związkowej i robotniczej” oraz udzielanie „pomocy dotkniętym skutkami klęsk żywiołowych i przemysłowych”.

Po upadku rządów postalinowskich partii tzw. komunistycznych w Związku Radzieckim i państwach Europy Wschodniej liczba członków Federacji gwałtownie wzrosła z 87 milionów w 1988 r. do 100 milionów w 1992 r. Stało się to po tym, gdy federacje związków zawodowych z krajów byłego bloku sowieckiego przystąpiły do ICFTU, co poważnie wzmocniło możliwość realizacji celów Konfederacji.

ICFTU publikowała coroczne raporty, w których dokumentowała naruszenia popełniane przez rządy, przemysłowców oraz siły wojskowe i policyjne wobec pracowników i związków zawodowych. Na przykład opublikowany 7 czerwca 2006 r. raport za rok 2005 donosił, że „115 związkowców zostało zamordowanych za obronę praw pracowniczych w 2005 r., podczas gdy ponad 1600 zostało poddanych brutalnym atakom, a około 9000 aresztowano… Prawie 10 000 pracowników zostało zwolnionych za przynależność do związków zawodowych, a prawie 1700 zatrzymano”. Był to ostatni raport przed zjednoczeniem światowego ruchu związkowego.

Do umiędzynarodowienia wydarzenia jakie miało miejsce w siedzibie ONZ w 1996 r., przyczyniła się amerykańska centrala związkowa AFL-CIO, która ogłosiła 28 kwietnia „Dniem Pamięci Pracowników”. Celem było uczczenie tysięcy ludzi, którzy każdego roku ginęli i ranili się w pracy. Amerykańska federacja związków zawodowych przyjęła dzień 28 kwietnia jako rocznicę wejścia w życie w USA Ustawy o bezpieczeństwie i higienie pracy z 1970 r., którą prezydent Richard Nixon podpisał 29 grudnia 1970 r., oraz ustanowienia na jej mocy przez Kongres USA 28 kwietnia 1971 r. rządowej Agencji Bezpieczeństwa i Higieny Pracy. W latach sześćdziesiątych ekspansja gospodarcza doprowadziła do wzrostu wskaźników obrażeń w miejscach pracy. Spowodowana tym walka związków zawodowych o poprawę warunków pracy, o równouprawnienie w pracy Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, a także napięcia społeczne wywołane skutkami dla pracowników wojny w Wietnamie, wywołała presję polityczną, która skłoniła Kongres do ustanowienia wspomnianych aktów.

Nowa agencja obejmowała wiele z tego, czym pierwotnie zajmowało się Biuro Standardów Pracy. Amerykańska OSHA to duża agencja regulacyjna Departamentu Pracy Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie posiadała federalne uprawnienia wizytacyjne do kontrolowania i badania miejsc pracy.  Jej misją jest „zapewnienie bezpiecznych i zdrowych warunków pracy dla pracujących mężczyzn i kobiet poprzez ustalanie i egzekwowanie standardów oraz zapewnianie szkoleń, pomocy, edukacji i pomocy”. W 1972 r. rozpoczął działalność Instytut Szkoleniowy OSHA, który szkoli personel BHP z sektora rządowego i prywatnego. W swojej historii OSHA prowadziła szereg szkoleń, programów uznawania systemów BHP w firmach, udzielała pomocy w zapewnianiu zgodności miejsc pracy z obowiązującymi standardami. W 1978 r. Agencja rozpoczęła program grantowy, obecnie nazywany Susan Harwood Training Grant Program, mający na celu szkolenie pracowników i pracodawców w kwestii zmniejszania zagrożeń w miejscu pracy.

Praktyka wykazała, że inspekcje bezpieczeństwa OSHA w miejscu pracy zmniejszają wskaźniki obrażeń, a przede wszystkim koszty obrażeń bez negatywnego wpływu na zatrudnienie, sprzedaż, ratingi kredytowe lub przetrwanie firm. OSHA zapoczątkowała w 1982 r. Programy Ochrony Dobrowolnej, które umożliwiają pracodawcom ubieganie się, jako „wzorcowe miejsca pracy”, o uzyskanie specjalnego oznaczenia, jeśli spełniają określone wymagania. Agencja jest odpowiedzialna za egzekwowanie różnych ustaw i przepisów dotyczących sygnalistów.

Zanim jednak AFL-CIO rozpropagowała „Dzień Pamięci Pracowników”, największy związek zawodowy w Kanadzie, reprezentujący około 700 000 pracowników służby zdrowia, edukacji, samorządów, bibliotek, uniwersytetów, usług socjalnych, użyteczności publicznej, transportu, służb ratunkowych i linii lotniczych, Kanadyjski Związek Pracowników Publicznych ustanowił w 1984 r. dzień żałoby. Rok później (1985) Kanadyjski Kongres Pracy, czyli krajowa centrala związków zawodowych, w której zrzeszona jest większość kanadyjskich związków zawodowych, oficjalnie ustanowił 28 kwietnia Narodowym Dniem Żałoby po pracownikach zabitych i rannych w pracy. 28 kwietnia 1987 r. w stolicy Kanady, Ottawie, w Vincent Massey Park Kongres poświęcił Pomnik Narodowego Dnia Żałoby. Parlament Kanady uchwalił w 1991 r. Ustawę o narodowym dniu żałoby po osobach zabitych lub rannych w miejscu pracy i ustanowił 28 kwietnia oficjalnym dniem żałoby pracowniczej.

Od 1996 r. na całym świecie corocznie organizowane były uroczystości zarówno ogólnopaństwowe, jak też regionalne i lokalne na poziomie poszczególnych przedsiębiorstw, stowarzyszeń i związków zawodowych. Na mocy uchwały Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej od 2003 r. Dzień ten jest obchodzony w Polsce.

Dzień Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych był „obserwowany” przez Międzynarodową Organizację Pracy od 2001 r. W 2003 r. MOP, jako agencja afiliowana Organizacji Narodów Zjednoczonych, we współpracy ze Światową Organizacją Zdrowia (WHO) oraz Światową Konfederacją Pracy (WCL) proklamowały 28 kwietnia Światowym Dniem Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia w Pracy. Jego obchody mają zwracać uwagę na stałe i kompleksowe działania w celu poprawy warunków bezpieczeństwa osób pracujących.

W 1920 r. w Hadze powstała natomiast Międzynarodowa Federacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych (IFCTU) jako ponadnarodowa centrala związków zawodowych stowarzyszonych partiami chrześcijańsko-demokratycznymi Europy. Pierwotnie obsługując środowiska rzymskokatolickie IFCTU została utworzona jako alternatywa dla świeckich związków zawodowych w ówczesnej Europie i opierała swoją działalność o przekaz encyklik Rerum novarum papieża Leona XIII z 1891 r., a później Quadragesimo anno papieża Piusa XI z 1931 r. Pierwsze statuty Federacji głosiły zamiar walki nie tylko o prawa pracownicze, ale także o wartości takie jak godność ludzka, demokracja i międzynarodowa solidarność.

Gdy we wrześniu 1945 r. powstała Światowa Federacja Związków Zawodowych (WFTU), wykorzystując tą sytuację zaprosiła IFCTU do przyłączenia się. Jednak delegaci na kongres głosowali za odrzuceniem zaproszenia, argumentując, że globalna jedność WFTU jest „zbyt sztuczna”. ICFTU „wolała pozostać niezależna”, szczególnie w celu krytykowania zarówno kapitalistycznych, jak i komunistycznych nadużyć. Związki członkowskie ICFTU były przeciwne przynależności do organizacji niechrześcijańskiej.

Pod koniec lat pięćdziesiątych związki wchodzące w skład IFCTU coraz częściej działały w Azji i Afryce wśród pracowników muzułmańskich i buddyjskich. W 1959 r. Federacja zwołała seminarium w Sajgonie, żeby określić możliwości punktów wspólnych między religiami świata w kwestiach zachowań społecznych. W 1968 r. podczas kongresu delegaci przegłosowali jej przekształcenie organizacji w Światową Konfederację Pracy (WCL). Przyjęta Deklaracja, zrywając ze ściśle chrześcijańską ideologią, stwierdzała, że odtąd Konfederacja będzie się kierować „albo koncepcją duchową opartą na przekonaniu, że człowiek i wszechświat są stworzone przez Boga, albo innymi koncepcjami, które prowadzą razem z nią do wspólnego wysiłku budowania wspólnoty ludzkiej zjednoczonej
w wolności, godności, sprawiedliwości i braterstwie”. W miarę jak globalizacja w latach 80. i 90. XX w. pod wpływem praktyki i ideologii neoliberalizmu stawała się coraz większym zagrożeniem dla członkostwa w związkach zawodowych, WCL zwiększyła wysiłki w celu przeprowadzenia podobnego globalnego zjednoczenia ruchu związkowego. Podczas kongresu w 1993 r. delegaci próbowali wytyczyć konkretną strategię reagowania na ataki ponadnarodowego biznesu wymierzone w zorganizowaną siłę roboczą na całym świecie. W tym okresie WCL uzyskała status doradczy w ramach Międzynarodowej Organizacji Pracy i dołączyła do Międzynarodowej Rady Światowego Forum Społecznego.

Na kongresie założycielskim w dniach 1-3 listopada 2006 r. w Wiedniu doszło do zjednoczenia socjalizującej MKWZZ (ICFTU) z wywodzącą się z nurtu chrześcijańskiego Światową Konfederacją Pracy (WCL). W ten sposób powstała Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych (International Trade Union Confederation, ITUC). Podmiot ten stanowi największe światowe zrzeszenie związków zawodowych. Organizuje i koordynuje obchody Międzynarodowego Dnia Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych – jako święta ruchu związkowego.

Polskie realia

Jednym z najbardziej widocznych społecznie skutków nieprzestrzegania przepisów i zasad bezpiecznej pracy są wypadki przy pracy. Z prezentacji Pawła Grabowskiego, zastępcy Okręgowego Inspektora Pracy w Gdańsku, wynika, że w 2021 r. w wypadkach przy pracy poszkodowanych zostało 68 777 osób, w tym było 347 wypadków ciężkich, a 218 osób straciło życie. Na skutek pracy zdalnej podczas pandemii, dane te były znacznie niższe niż w poprzednich latach. Przykładowo w 2019 r. zgłoszono 83 205 osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy, o 1,3% mniej niż w 2018 r. Według Grabowskiego średni „koszt wypadku przy pracy w Polsce to 40 tys. zł, jeżeli przemnożymy to przez 68 tys. to uzyskujemy 2 mld 720 mln złotych – tyle w przybliżeniu kosztowały Polaków wypadki przy pracy w zeszłym roku”.

Są to jednak tylko koszty ponoszone przez właścicieli przedsiębiorstw zatrudniających pracowników: koszty zakłóceń produkcji oraz napraw w związku ze stosowaniem technologii i wyposażenia technicznego. Natomiast na koszty społeczne wypadków przy pracy składają się, oprócz kosztów ponoszonych przez przedsiębiorstwo, także koszty ponoszone przez poszkodowanego i jego rodzinę oraz koszty ponoszone przez społeczeństwo. Jak wynika z definicji kosztów wypadków przy pracy w „Encyklopedii Zarządzania” koszty „bezpośrednie, które ponosi pracodawca w związku z wypadkiem (leczenie i odszkodowania) stanowią tylko 20% łącznych kosztów. Pozostałe 80% stanowią koszty pośrednie (nie objęte ubezpieczeniem i nie rejestrowane przez instytucje ubezpieczeniowe)”.

Dlatego społeczne koszty wypadków przy pracy w latach 2018-2021 należałoby obliczyć dodając do wskazanych przez Grabowskiego ok. 3 mld zł, które stanowią ok. 20% kosztów – pozostałe 80%. W sumie daje to rocznie ok. 15 mld zł. Można powiedzieć, że takie są wymierne społeczne koszty.

Pozostają jeszcze niewymierne koszty, do których zaliczyłbym naruszanie przepisów o czasie pracy i właściwym odpoczynku, a w efekcie – naliczaniu wynagrodzenia oraz innych świadczeń ze stosunku pracy, w tym wynagrodzenia urlopowego, chorobowego, dodatków za pracę w porze nocnej czy w godzinach nadliczbowych. Czy kwestie wypoczynku pracowniczego, w tym urlopów, pracy nocnej albo w godzinach nadliczbowych nie wpływają na bezpieczeństwo w miejscu pracy? Czy presja na podniesienie wieku emerytalnego, czyli wydłużenie całkowitego czasu aktywności zawodowej pracowników – nie są obciążone kolejnymi zagrożeniami bezpieczeństwa dla pracowników? A w konsekwencji – wymiernymi kosztami oraz społecznymi kosztami wypadków przy pracy lub chorób zawodowych?

Warto z okazji kwietniowych Dni Bezpieczeństwa i Pamięci inicjować dyskusje na temat naszego systemu ochrony ludzi w środowisku pracy.

Roman Adler

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Peggy und Marco Lachmann-Anke from Pixabay.

List otwarty do mojej Siostry Ałły Gutnikowej

List otwarty do mojej Siostry Ałły Gutnikowej

Droga Siostro,

nie chcę mówić o sprawie, o rewizjach, przesłuchaniach, aktach ani procesach. Nie chcę mówić o więzieniu ani o pracach korektorskich. Podobnie jak Ty wolałbym podyskutować o literaturze i filozofii. Chciałbym z Tobą porozmawiać o Baldwinie, Morrison, Fanonie i Mbembe. Chciałbym poznać Twoje zdanie na temat Dostojewskiego, Gogola, Tołstoja i Szewczenki. Chciałbym spierać się o Kanta, Hegla, Butler i Žižka. Jestem ciekaw, co sądzisz o Jelinek, Tokarczuk, Żadanie i Gospodinowie. Moglibyśmy wspólnie czytać Gorman i Herman, zastanawiając się, co mają nam do przekazania.

Ale – podobnie jak Tobie przed rokiem – słowa chowają mi się gdzieś między żołądkiem a sercem. Nie wiem, co mógłbym Tobie powiedzieć dzisiaj. Moja wyobraźnia i mój język kapitulują wobec ogromu zła, jaki obserwujemy w świecie. Nie wiem, czy potrafiłbym spokojnie mówić o literaturze.

Spróbuję jednak znaleźć słowa i frazy, jakie mógłbym Tobie przekazać. Chyba powinienem zacząć od życzeń urodzinowych – wszak niedługo kończysz dwadzieścia pięć lat.

Czego jednak można życzyć prześladowanej za prawdę? Jakie kartki urodzinowe śle się do skazańców?

Z niejakim przerażeniem myślę, że należymy do tego samego pokolenia. Myśl, że moja niemalże rówieśniczka została skazana za walkę o prawdę spędza mi sen z powiek. Ale być może to właśnie dlatego – gdy czytam Twoje słowa – czuję się, jakbym to ja z mojej strony Uralu stał nad przepaścią i krzyczał, a odpowiedź jest echem. Odnajduję się w Twoich słowach, przechodzi mnie dreszcz, gdy je czytam raz po raz. Choć ta część Eurazji, w której przyszło mi się urodzić, uważa się za ostoję demokracji i praw człowieka, zmaga się z problemami, które w Twoim kraju przybrały rozmiary gargantuiczne i niweczą światowy pokój. Też coraz częściej czuję się uczniem szkoły frustracji i zmęczenia.

Przypomina mi się utwór „Sługi za szlugi”. Od ponad roku mam ochotę wrzeszczeć ponad Uralem:

Czy kto jeszcze pisze wiersze w ojczyźnie Puszkina,

gdy za forsę skalnym torsem szarża się wypina?

I nie mówcie, żeście wcześniej na kolanach byli,

bo by trzeba spytać jeszcze – coście tam robili?

Rosjanie, Rosjanie, Rosjanie moi,

odważny naród – lecz władzy się boi!

Ty jednak, i Twoi przyjaciele i przyjaciółki, pokazują mi, że jednak są odważni w Twoim narodzie. Że nie wszyscy są gotowi spalić świat na żądanie dyktatora. Że wciąż tli się jakakolwiek nadzieja.

Zauważyłaś, że Iosif Brodski, podobnie jak Ty, był sądzony w wieku 23 lat. A mi natychmiast przypomniał się wykład noblowski Wisławy Szymborskiej: „Uznano go za »pasożyta«, ponieważ nie miał urzędowego zaświadczenia, że wolno mu być poetą…”. Ciebie zaś uznano za zagrożenie, bo miałaś odwagę mówić prawdę. Czyżby do tego potrzebne było urzędowe zaświadczenie? Pozwolenie władz państwowych?

W swojej mowie końcowej odniosłaś się do hasła „za wolność naszą i waszą”. Jest to dla mnie o tyle ważne, że odnajduję w tym pewien smutny znak czasów. To jedno z polskich mott narodowych doby rozbiorów – nieśli je na sztandarach powstańcy listopadowi, chcąc podkreślić swoje braterstwo z rosyjskimi dekabrystami. Dzisiaj, prawie dwieście lat później, hasło to jest wciąż aktualne – dalej musimy walczyć przeciwko totalitaryzmowi obecnemu w Rosji, przeciwko imperialistycznej mentalności, przeciwko carowi, który dziś nosi tytuł prezydenta.

Mówiłaś: „sapere aude! – odważ się być mądrym!”. Słyszę w tym echo słów Immanuela Kanta, mojego ulubionego filozofa, gdy pisał w XVIII wieku o wychodzeniu z wieku niedojrzałości. Z własnej winy nie jesteśmy w stanie – nie chcemy! – posługiwać się własnym rozumem. Wolimy cudze kierownictwo. To wezwanie jest niezwykle aktualne. Bez tej odwagi nie będziemy w stanie budować cywilizacji opartej na równości, wolności i braterstwie.

Powiedziałaś, za Audre Lorde, że cisza nas nie ochroni. A ja, za Albertem Camusem, zapytam: „Co może być odpowiedzią na uporczywość zbrodni, jeśli nie uporczywość świadectwa?”. Cóż, żyjemy dzisiaj w czasach, gdy milczenie jest nie tylko współudziałem w zbrodni, ale jest wręcz samobójcze. Jednak nasze społeczeństwa wciąż potulnie zdążają ku przepaści, w kierunku której nieustannie spychają nas różni tyrani i szaleńcy, chcący narzucić swoją wizję każdemu człowiekowi. Czy słowo jest naszą jedyną przeciwko temu bronią? Zapewne nie. Ale słowo, być może przede wszystkim to, które chce się ukryć w trzewiach, ma moc transformacji świata. Toni Morrison wskazuje, że pisarze, dziennikarki, eseiści, blogerki, poeci i dramaturżki mają zdolność wyrwania społeczeństwa spod panowania apatii, co jest zagrożeniem dla wszelkiego rodzaju tyranii. Żaden despota nie jest chyba na tyle głupi, by tego typu zagrożenie ignorować.

To chyba Tadeusz Borowski pisał:

Tobie Ojczyzną – Tryumfalny Łuk,

defiladowa muzyczka zwycięska,

a mnie Ojczyzną – parszywy grób

w lasku pod Smoleńskiem!

Tobie Ojczyzną – spokojny kąt

i kark, który posłusznie się gnie,

a mnie Ojczyzną – spalony dom

i rejestracja w NKWD.

Ale przecież – Twoja Ojczyzna nie ma nic wspólnego z łukiem tryumfalnym ani defiladami, ani też spokojnym kątem. Twoja Ojczyzna, podobnie jak moja przed dekadami, to spalony dom, niewola i kark, co się (nie)posłusznie gnie. Twoja Ojczyzna – wolna, demokratyczna, sprawiedliwa Rosja, Rosja, która naprawia wyrządzone przez siebie zło – nie istnieje.

Choć to Ty masz urodziny, przynosisz mi prezenty – siłę, odwagę i nadzieję. Siłę – bo dzięki Tobie wiem, że jest, o co walczyć. Odwagę – bo ostrzegasz, że strach zabija duszę. Nadzieję – bo mogę z nowym podziwem wracać do Twoich słów, które świecą w rosyjskich ciemnościach.

Już chyba wiem, droga Siostro, czego mogę Ci życzyć. Życzę Ci przede wszystkim siły, odwagi i nadziei. Życzę, byś była jak dziecko – byś nie bała się pytać o dobro i zło, byś nie bała się powiedzieć, że król jest nagi, byś nie bała się krzyczeć. Życzę Ci świata stworzonego z miłości i czułości, z solidarności i radości.

I życzę – zarówno Tobie, jak i sobie – by nadszedł dzień, w którym będziemy mogły porzucić politykę, usiąść i podyskutować o literaturze, filozofii i sztuce.

Twój brat Christian

Christian Kobluk

Grafika w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay.

Kiepscy jak my: życzliwa opowieść o klasie ludowej?

Kiepscy jak my: życzliwa opowieść o klasie ludowej?

Klasę ludową przedstawia się zazwyczaj w popkulturze jako leniwą, roszczeniową i niezdolną do wartościowej aktywności społecznej. Bardzo często jest ukazywana karykaturalnie, aby wzbudzać litość i śmiech. Ta narracja była przez wiele lat na tyle jednostronna, że nawet sitcom „Świat według Kiepskich” wyróżniał się pozytywnie na tym tle. Może serialowy Ferdek Kiepski nie był wcale „nierobem”, lecz głosem umęczonego ludu, który w końcu został usłyszany?

Choć istnieją istotne różnice i szkoły w definiowaniu klasy ludowej, to ich cechą wspólną wydają się niższe dochody oraz mniejszy kapitał kulturowy i ekonomiczny osób należących do niej w porównaniu do klas stojących wyżej w społecznej hierarchii. W Polsce, gdzie według Głównego Urzędu Statystycznego mediana zarobków wynosi zaledwie 3403 zł netto, antyludowa narracja w popkulturze jest paradoksem. Tym bardziej, że ta już u swej definicji skierowana powinna być do mas i „ludu”. To w dużej mierze zasługa mediów liberalnych i panującego od początku lat 90. w życiu społeczno-politycznym ideologicznego credo, że godni szacunku są głównie przedstawiciele zawodów inteligenckich. Najlepiej tacy, którzy dzięki posiadanemu stanowi majątkowemu nie uskarżają się na swój los i nie męczą innych protestami dotyczącymi ich sytuacji bytowej (chyba, że akurat rządzi ktoś, kogo nie lubi polska inteligencja).

Klasa ludowa w krzywym zwierciadle

Po 1989 roku powstawały więc filmy, gdzie ukazywano „patologię i pijaństwo” byłych pracowników PGR jako pewien rodzaj egzotyki społecznej. Jednak nikt nie zadawał pytań, dlaczego ci ludzie upadli i czy przypadkiem balcerowiczowska terapia szokowa ich do tego nie doprowadziła. Była ona wówczas ideologicznym dogmatem, dziejową koniecznością, której nie można było podważać. Nawet do chwili obecnej nie brakuje programów, w których proste chłopaki ze wsi są ukazywane w krzywym zwierciadle jako ci bez perspektyw i szans na znalezienie partnerki. Widz może się z nich śmiać, bo dziwnie mówią i brak im ogłady, a nawet trochę im współczuć. Ale uważać ich za równych sobie? Nigdy w życiu. Czasem taka narracja pojawia się nawet w prasie lewicowej, gdzie dla liberalnych feministek pozostanie na wsi czy w małym mieście jest synonimem bycia życiowym „przegrywem” w kontrze do postawy wykształconych i osiągających sukcesy kobiet, które wyprowadziły się do jednej z kilku polskich metropolii. To miałoby tłumaczyć fakt, że coraz więcej mężczyzn pozostaje w stanie kawalerskim.

Ale nie tylko mężczyźni z klasy ludowej są pokazywani w krzywym zwierciadle. W jednym z popularnych programów biedne kobiety, najczęściej ze wsi, zamieniały się rolami z zamożnymi mieszkającymi w dużych miastach. Ich pochodzenie i praca na wsi były w domyśle pokazane jako coś gorszego i niegodnego cywilizowanego człowieka. Program opierał się na sugestii, że kobieta ze wsi, aby zyskać prawo do szacunku, musi stać się taka, jak ta zamożna i przeprowadzić się do miasta. Szkopuł w tym, że większość zamożnych kobiet było strasznie zmanierowanych, mało inteligentnych i wyrażających przekonanie, że o wartości człowieka decydują jedynie pieniądze i ubiór. Nie wiemy też wiele o tym, jak doszło do ich awansu życiowego – na skutek faktycznie ciężkiej pracy czy splotu szczęśliwych okoliczności. Dano im jednak mandat do deptania godności mniej zamożnych kobiet.

Natomiast w większości pokazywanych w stacjach komercyjnych seriali fabularnych skierowanych do klasy średniej w zasadzie w ogóle nie ma klasy ludowej. Ukazywany jest tam głównie los przedstawicieli zawodów elitarnych: projektantów mody, lekarzy czy prawników. Fabuła zazwyczaj skupia się na ich życiu prowadzonym w Warszawie, przeważnie w apartamencie czy w jakimś oszklonym biurowcu w okolicach Śródmieścia. Kiedyś wyłamywał się z tego serial „Miodowe lata”, którego fabuła ogniskowała się wokół przygód pracownika miejskiej kanalizacji i kierowcy warszawskiego tramwaju, jednak po produkcji pozostało już tylko wspomnienie. W Warszawie też jest przecież mnóstwo ludzi, którzy pracują za niskie stawki w słabo opłacanych zawodach, jednak w popkulturowych tworach i oni nie są dostatecznie widoczni.

Bezrobotny inny niż w opowieściach liberałów

Niedawno wyemitowano ostatni odcinek „Świata według Kiepskich”. Ostateczny koniec serialu komediowego, który przez 23 lata bawił różne pokolenia Polaków to dobry przyczynek, żeby zastanowić się nad tym, jak klasa ludowa jest przedstawiana w popkulturze i czy ta produkcja nie wyłamywała się trochę ze schematu. Czy zatem lokatorzy kamienicy przy ulicy Ćwiartki 3/4 mieli nam do przekazania coś więcej, niż tylko żarty?

Wiele na to wskazuje. „Świat według Kiepskich” powstał jako polska odpowiedź na amerykański sitcom „Świat według Bundych”, jednak dość szybko wypracował własny język i zaczęło się w nim pojawiać więcej odniesień zrozumiałych jedynie dla polskiego widza. Obie produkcje zostały stworzone z myślą o typowych rodzinach z klasy pracującej, polskiej i amerykańskiej, jednak realia życia w Polsce z lat dziewięćdziesiątych kazały nakreślić między tymi światami wyraźne różnice. To, co dla nawet biedującego Amerykanina było normą, czyli dom na przedmieściach i samochód, dla Ferdka Kiepskiego mogło być jedynie odległym marzeniem. Jego rzeczywistość była naznaczona przez mieszkanie w starej wrocławskiej kamienicy, wspólną toaletę, wieczne bezrobocie i zrzucenie odpowiedzialności za utrzymanie rodziny na żonę i jej skromną pensję pielęgniarki. Już to założenie sprawiało, że serial musiał mieć wydźwięk trochę publicystyczny, a nie tylko komediowy. A pod płaszczykiem niewyszukanych gagów przemycono wiele celnych obserwacji społecznych.

Bo wbrew pozorom serial nie do końca karmił się stereotypami leniwego bezrobotnego, nawet jeśli pozornie czasem tak było. Ferdek nie jest bowiem bezrobotnym znanym z opowieści liberalnych, a przynajmniej nie zawsze. Nie jest on bezczynny, podejmuje różne inicjatywy i zakłada biznesy na granicy opłacalności: radio, gabinet bioenergoterapeutyczny czy prywatną szkołę. Ostatecznie wszystkie one kończą się fiaskiem i jego rodzina nie może wyjść z zaklętej pułapki wykluczenia społecznego, ponieważ nie posiada on odpowiedniego kapitału kulturowego i finansowego oraz znajomości. Nie odnosi sukcesu, jednakże, choć zdarza mu się przesiedzieć całe dnie w fotelu, to patrząc przez pryzmat wszystkich sezonów trudno go posądzić o brak kreatywności. Chęci rozbijają się o realia – to obala neoliberalny mit, że wystarczy tylko chcieć, by szybko dorobić się majątku, a przegrywają jedynie bezczynni. Również jego żona Halina ciężko pracuje, by utrzymać rodzinę, lecz wykonuje niedoceniany i słabo opłacany zawód pielęgniarki, więc ciągle ma kłopoty finansowe. Niełatwa profesja rzeźnika nie pozwala na awans społeczny także sąsiadowi Arnoldowi Boczkowi.

Co więcej, sąsiad Paździoch, choć jest drobnym przedsiębiorcą, wydaje się być w niewiele lepszej sytuacji finansowej niż Kiepscy. Na rynku zdominowanym przez sieci odzieżowe bazarowi handlarze mogą co najwyżej zarobić na skromne utrzymanie, mimo lisiego sprytu Paździocha. Jest to sprzeczne z neoliberalnym mitem szybkiego wzbogacenia, jeśli tylko weźmie się sprawy we własne ręce i założy firmę. Po transformacji ekonomicznej, która przyczyniła się do znacznego wysypu „bazarowych przedsiębiorców”, takich Paździochów było w Polsce bardzo wielu, lecz popkultura mainstreamowa uparcie pokazuje głównie tych, którzy jeżdżą drogimi samochodami lub przynajmniej mają ładny dom na przedmieściach.

Pięścią w twarz inteligenta

Uważny widz dostrzegł zapewne, że w serialu nigdy nie bano się podejmować tematów społecznych. Również takich, które dotyczą nierówności społecznych, wykluczenia ekonomicznego i rozbieżności między klasą ludową a inteligencją. Jednym z moich ulubionych odcinków był ten, w którym inteligenci płacą przysłowiowym chamom, czyli Ferdkowi i Waldkowi, za bicie ich, a potem organizują demonstrację pod ich mieszkaniem, domagając się szacunku i zapowiadając powstanie partii, która będzie głosiła taki postulat. To pokazuje w prześmiewczym tonie, że inteligencja ma potrzebę bycia dyskryminowaną przez chama, choć pozostaje to głównie w sferze jej złudzeń, a nie realiów.

W innym odcinku pojawiła się przestroga przed prywatyzacją przestrzeni publicznej i reprywatyzacją, zjawiskami aż zbyt dobrze nam znanymi w III RP. Listonosz Edzio wysłał do Ferdka, Paździocha i Boczka fałszywe listy informujące o tym, że do każdego z nich należy jakiś skrawek kamienicy – korytarz, ubikacja i klatka schodowa. Sprywatyzowanie wspólnej własności doprowadziło do zniszczenia wspólnoty sąsiedzkiej, ponieważ każdy z właścicieli zaczął pobierać opłaty za używanie swojej własności i tym samym ograniczał jej dostępność innym.

W krzywym zwierciadle była też przedstawiana przesadna afirmacja kultury szlacheckiej, kultywowana przez dużą część Polaków, którzy mają przeważnie chłopskie korzenie, lecz wstydzą się ich. Także wspólnota europejska została ukazana jako miejsce, gdzie są „równi i równiejsi”, dzieleni według klucza klasowego i narodowościowego. W odcinku „Jeleń Ferdynand” wszyscy sąsiedzi mogli wejść do Unii, choć zanim to się stało byli surowo oceniani przez Niemca, który z pewnymi zastrzeżeniami, ale mimo wszystko kolejno przepuszczał ich przez specjalną bramkę. Unia jednak nie chciała bezrobotnego Ferdka, dlatego rodzina musiała przebrać go za niemieckiego barana, co dopiero skłoniło Niemca do udzielenia zgody na akces biednego wrocławianina do „szlachetnej” wspólnoty.

Kiepscy czasem zdzierali farbę ułudy z idealizowanego w mediach neoliberalnego kapitalizmu, kwestionowali i obalali wiele jego mitów. W jednym z odcinków listonosz Edzio ułożył nawet piosenkę o tym, że Balcerowicz musi odejść. Może dlatego w opublikowanym na portalu film.org.pl tekście o serialu, „Jeszcze nie czas kończyć Świat Według Kiepskich”, Odys Korczyński zauważył, że jakaś tam część klasy średniej oraz polskiej inteligencji miała wyjątkową alergię na tę produkcję i często domagała się jej zdjęcia z anteny.

Należy zaznaczyć, że część podejmowanych przez Ferdka inicjatyw nie ma charakteru typowo zarobkowego, jak na przykład założenie zespołu punkowego czy bandu jazzowego. To kreatywność po prostu wynikająca z potrzeby robienia czegoś inspirującego. W pewnym momencie Ferdek godzi się z tym, że żadna z tych aktywności nie przyniesie finansowego sukcesu, ale po prostu stara się robić to, co lubi i to, co wydaje mu się słuszne. Widać to w odcinku, gdzie wyrabia sobie uprawnienia pracownika Sanepidu tylko po to, żeby zamknąć szemrany gastronomiczny biznes Paździocha i zaraz potem zrezygnować z pracy.

Korczyński zauważa, że głowa rodziny Kiepskich osiąga stan swoistej harmonii kwestionując wyścig szczurów, a nawet mimo skromnego stanu posiadania żyje całkiem przyjemnie, za co może go nie lubić klasa średnia uwięziona w spirali kredytów, konsumpcjonizmu i obłędnej harówki od rana do wieczora.

Oczywiście trochę prowokuję i celowo używam hiperboli, nadając „Światu według Kiepskich” społeczny i klasowy akcent. W istocie poszczególne sezony były pod tym względem nierówne, bo tworzyli je różni scenarzyści i reżyserzy. Nie zmienia to faktu, że póki co sitcom komediowy wydaje się jedną z najbardziej życzliwych opowieści o klasie ludowej w popkulturze. Zresztą nawet we współczesnej kulturze pod tym względem panuje posucha, bo jakoś nie możemy się doczekać w rodzimym kinie polskiego Kena Loacha, który tworzyłby filmy o zacięciu społecznym i wyjątkowej wrażliwości.

Dominują raczej obrazy, w których prowincja czy żyjąca na marginesie społeczeństwa klasa ludowa skrywają jakąś mroczną tajemnicę, mającą związek z ich zacofaniem czy antysemityzmem wyssanym z mlekiem matki. Niech więc każdy oceni sam, czy te dostrzegalne walory „Kiepskich” wynikają głównie z braku konkurencji na tym polu, czy jednak z czegoś większego.

Bartosz Oszczepalski

Mahatma Gandhi: Jaki pożytek mamy z naszych rzek? (1926)

Mahatma Gandhi: Jaki pożytek mamy z naszych rzek? (1926)

Napisał do nas przyjaciel:

„Pewnego dnia wyszedłem na spacer i nim się obejrzałem, nogi poniosły mnie na piaszczyste brzegi rzeki Jamuna. Urzekła mnie z tą samą mocą, co święta rzeka Ganges i tak też, usiadłszy blisko wody, obmyłem w niej ręce i twarz, a myśl moja pomknęła z prądem hen, w nieznane, w akcie modlitwy i medytacji. Wieczór był nadzwyczajnie spokojny i wielka rzeka, płynąc nieśpiesznie w sobie znaną stronę, odbijała każdy detal zewnętrznego świata. Zdało mi się, że mówi do mnie: »Spójrz w moją toń głęboką i przejrzystą, zobacz, jak odbija sobą ten piękny świat – błękit nieba, biel chmur, drzewa, ptaki – tak jasne i realne w promieniach słońca. A jednak, wszystko to jest przecież niczym innym, jak przemijającym cieniem. Otóż zrozum, że ów świat zewnętrzny, którego trzymasz się tak kurczowo, nie jest bardziej realny, niźli gra odbić, którą ci pokazuję. Jeżeli to pojmiesz, osiągniesz mądrość prawdziwą«.

To było wspaniałe. Naprawdę zdało mi się, że rzeka mówi – ale w języku bogów, przerastającym każde słowo. Uczuwszy z nagła na skórze dotyk chłodnego powietrza, ostrzegający mnie, że oto słońce zachodzi, wstałem – i zobaczyłem w oddali most kolejowy, po którym jechała kopcąca na czarno lokomotywa, wymowny symbol materializmu i braku równowagi, jakie »rewolucja techniczna« przyniosła człowiekowi”.

Nie jeden jest Ganges w Indiach i nie jedna Jamuna – chociaż prawdą jest, iż noszą inne imiona. Niezależnie jednak od tego, nawadniają nasze wielkie pola uprawne od wschodu aż do zachodu, od północy aż do południa. Słowa, jakie usłyszał nasz przyjaciel od Jamuny i Gangesu, nie są jedynym przesłaniem, jakie rzeki Indii głoszą swemu narodowi. Przypominają nam one nieustannie o wszystkich owych poświęceniach, jakie powinniśmy czynić ze względu na dobro ziemi, na której przyszło nam żyć. O oczyszczeniu, bo wszyscy musimy się oczyszczać od czasu do czasu. Prawie dwadzieścia lat temu pisałem, że mantra Gajatri, uniwersalna modlitwa hinduizmu, jest darem Gangesu dla narodu indyjskiego. To szmer wód tej rzeki musiał zainspirować ryszi dawnych epok. We współczesnej gorączce rzeki służą nam już wyłącznie jako ścieki i kanały dla statków transportowych, które jeszcze bardziej je trują. Nie mamy czasu, aby, jak nasz przyjaciel, usiąść spokojnie u ich piaszczystych brzegów i w ciszy starać się posłyszeć słowa, jakie do nas szepczą.

Mahatma Gandhi

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Young India” w numerze z 23 lutego 1926 r.