przez redakcja | wtorek 1 sierpnia 2023 | klasyka, opinie
Do Narodu Polskiego
Idea wolności kształtowała w ciągu wieków duszę Narodu Polskiego. Wolności tej nie kupowaliśmy za pieniądze. Walczyliśmy o nią, nie oglądając się na sprzymierzeńców, bezkompromisowo i w każdych warunkach. Bojownicy polscy rozsypali swe kości po całym świecie. Taka jest nasza historyczna tradycja.
Wierni tej tradycji podjęliśmy we wrześniu 1939 r. samotną walkę z przeciwnikiem, który rozporządzał ilościową i techniczną przewagą. Staliśmy się pierwszym szańcem, przez który przewaliła się machina wojenna Niemiec i rozpaliła drugą wojnę światową. Zostaliśmy pokonani, ale nie daliśmy się ujarzmić. Walczymy dalej jawnie na Zachodzie, broniąc wolności innych, i tajnie w Kraju, budując przyszłość Nowej Polsce.
W dniu 1 sierpnia 1944 r. podjęliśmy w Warszawie jawną walkę z Niemcami. Uczyniliśmy to w momencie, gdy wojska rosyjskie znalazły się na przedpolach Warszawy, gdy nasi Alianci Zachodni rozpoczynali zdecydowany marsz na Berlin, gdy Armia Krajowa z powodu zaangażowania w niej wielkich mas stawała się niemożliwą do ukrycia, gdy pragnienie wolności, nagromadzone w ciągu długich lat okupacji, stało się nie do powstrzymania, gdy wreszcie na tyłach frontu niemieckiego groziły nam masowe łapanki i wywożenie młodzieży polskiej oraz zniszczenie miasta.
Podjęliśmy jawną walkę w Warszawie nie w tej intencji, abyśmy sami mieli Niemców pobić. Byliśmy na to za słabi liczbą i uzbrojeniem. Liczyliśmy na pomoc Rosji i Aliantów Zachodnich.
Mieliśmy prawo na tę pomoc liczyć w czasie, gdy walki oddziałów Armii Krajowej na Wołyniu, Wileńszczyźnie, we Lwowie, Lublinie przyczyniały się walnie do ułatwienia sukcesów armii rosyjskiej, gdy polskie dywizje walczyły i krwawiły w imię wspólnej sprawy na polach Italii i Francji, na ziemi, morzach i w powietrzu.
Zawiedliśmy się. Skutecznej pomocy nie otrzymaliśmy. Zrzuty, które przyszły od Aliantów Zachodnich, zdobycie Pragi przez wojska ZSSR, rosyjska osłona lotnicza, rosyjskie zrzuty żywności, broni i amunicji – wszystko to nie było w porę i na miarę naszych potrzeb, i nie było skuteczne. Wskutek olbrzymiej przewagi ilościowej i technicznej Niemcy zdobywali jedną po drugiej opanowane przez nas dzielnice, a sytuacja nasza stawała się powoli beznadziejna.
Tak wygląda prawda. Potraktowano nas gorzej niż sprzymierzeńców Hitlera: Italię, Rumunię, Finlandię.
Walczyliśmy więc samotnie przez dziewięć tygodni. Walczyliśmy na gruzach Warszawy, na gruzach tego wszystkiego, co kochamy, co jest pamiątką naszej wielowiekowej przeszłości. Krew nasza wsiąkała obficie w świętą ziemię Polską.
A kiedy żołnierze nasi wystrzelili ostatnie zdobyte na nieprzyjacielu pociski, kiedy matki dzieci naszych nie miały ich czym nakarmić ani napoić, kiedy długie kolumny ludzi nie znajdowały już wody w wypróżnionych studniach, kiedy trupy umarłych z głodu zaczęliśmy wyciągać z piwnic – nie mieliśmy żadnych możliwości prowadzenia dalszej walki i przerywamy walkę.
Sierpniowe powstanie warszawskie z powodu braku skutecznej pomocy upada w tej samej chwili, gdy Armia nasza pomaga wyzwolić się Francji, Belgii i Holandii. Powstrzymujemy się dziś od sądzenia tej tragicznej sprawy.
Niech Bóg sprawiedliwy oceni straszliwą krzywdę, jaka Naród Polski spotyka i niech wymierzy słuszną karę jej sprawcom.
Z wojskowego punktu widzenia ponieśliśmy porażkę, przegraliśmy bowiem bitwę o Warszawę. Nie upadajmy jednak na duchu. Wprawdzie głównym celem powstania warszawskiego było opanowanie Stolicy, co nam się udało tylko częściowo, jednak powstanie miało jeszcze inny, nie mniej ważny, cel moralno-polityczny. I ten został przez nas osiągnięty.
Powstanie bez pomocy z zewnątrz, bez ciężkiej broni, amunicji, światła, wody, żywności, w walce z przeciwnikiem nowocześnie uzbrojonym i stosującym brutalnie wszelkie środki walki, przetrwało dziewięć tygodni. Nie była to więc niepoważna ruchawka wojskowa, lecz zbrojna manifestacja polityczno-wojskowa całego społeczeństwa, zdecydowanego walczyć do ostatniego tchu.
Powstanie warszawskie postawiło ponownie w końcowej fazie wojny przed światem problem Polski, nie jako problem przetargów dyplomatycznych gabinetów, ale jako zagadnienie wielkiego narodu, walczącego krwawo i bezkompromisowo o wolność, całość i sprawiedliwość społeczną w życiu ludzi i narodów, o szlachetne zasady Karty Atlantyckiej.
Bezcenna krew, którą przelaliśmy, straty jakie ponieśliśmy, nie pójdą na marne. Stanowią one olbrzymi kapitał polityczno-moralny, który przełamuje obojętność świata i na naszą korzyść przechyli szalę, gdy będą się decydowały wyniki polityczne tej wojny.
Sierpniowe powstanie warszawskie niech stanie się cementem, spajającym naród nasz w jednolitą bryłę, zespolenie się żołnierzy, robotników, chłopów i inteligencji, braterstwo lasu i barykady w walce przeciwko wspólnemu wrogowi, wspaniała dojrzałość i determinacja ludzi prostych – niech przypieczętuje wewnętrzną zwartość i moc Narodu naszego, istotną konsolidację naszego życia politycznego, niech nas zjednoczy na przyszłość tak, abyśmy mogli sprostać trudnym zadaniom, jakie przed nami postawi twarda rzeczywistość. Gdy taki jeszcze będzie rezultat sierpniowych walk w Warszawie, będziemy mogli spokojnie myśleć o przyszłości Polski.
Warszawa, Warszawa – legendarna Stolica Polski, jakże wiele razy w historii bohatersko zdała straszliwy egzamin na swych dymiących gruzach.
Bohaterami są żołnierze, których jedyną bronią przeciw czołgom, samolotom i działom były pistolety i butelki z benzyną. Bohaterami są kobiety, które pod kulami opatrywały rannych i przenosiły meldunki, które w zawalonych przez bomby lub pociski piwnicach gotowały posiłki, karmiły dzieci i dorosłych i wśród ginących ludzi zachowywały pogodę i spokój. Bohaterami są dzieci, które bawiły się spokojnie na dymiących gruzach i w piwnicach. Bohaterem jest lud Warszawy. I nieśmiertelny jest naród, który stać na takie powszechne bohaterstwo. Bo ci, którzy umarli, już zwyciężyli, a ci, którzy żyją – walczyć będą dalej, zwyciężą i dadzą ponowne świadectwo prawdzie, że Polska żyje, gdy żyją Polacy.
Rada Jedności Narodowej
Krajowa Rada Ministrów
Warszawa, dnia 3 października 1944
Powyższy tekst przedrukowujemy za książką „My tu żyjemy jak w obozie warownym”. Listy PPS-WRN Warszawa-Londyn 1940-1945, Wydawnictwo Puls, Londyn 1992.
przez Fraser Stewart | niedziela 30 lipca 2023 | opinie
Zapewnienie sprawiedliwości klimatycznej oznacza wyjście poza zwyczajowe kręgi ekologiczne oraz uznanie roli i zajęcie się kwestią klas społecznych.
Dorastałem w surowych i jednocześnie wspaniałych osiedlach mieszkaniowych w Forfar, niedaleko Dundee. Moja mama, pielęgniarka, wychowywała mnie i brata samodzielnie. Nigdy nie spotkałem mojego ojca. Mój dziadek pracował całymi dniami w fabryce, moja babcia sprzątała nocami. W wieku 16 lat poproszono mnie o opuszczenie liceum. W wieku 17 lat byłem już na zasiłku dla bezrobotnych.
Poprzez różne zwroty akcji – okresy, gdy pracowałem jako muzyk, w biurze architektonicznym, jako doradca w urzędzie pracy – dobrnąłem na studia politologiczne na Uniwersytecie Strathclyde, zdobyłem tam stypendium na studia magisterskie i doktoranckie. Obecnie jestem doktorantem w dziedzinie polityki energetycznej. Koncentruję się na sprawiedliwości społecznej, równości i sprawieniu, aby technologie niskoemisyjne działały z korzyścią dla ludzi. Niewiele dzieciaków z osiedli w Forfar tu trafia.
Większość moich starych kumpli wciąż jest tam w domu, zajmując się pracą w swoich zawodach i wychowując dzieci. Niektórzy siedzą w więzieniu, po raz drugi lub trzeci. Inni przeszli przez piekło walki z narkotykami, piciem i problemami psychicznymi.
Uwielbiam Forfar, miejsce wspólnoty i bliskości. Ale jak każdy obszar koncentracji klasy robotniczej o wysokim poziomie deprywacji, charakteryzuje się on psychospołecznymi i ekonomicznymi złożonościami. Ludzie tacy jak ja, ludzie z klasy robotniczej, z miejsc takich jak Forfar, nieczęsto kończą na debatach z naukowcami i decydentami o tym, jak najlepiej projektować systemy energetyczne.
Często w ogóle nie kończymy w środowisku akademickim, a już na pewno nie w wysoko cenionych dziedzinach, takich jak badania zmiany klimatu i polityka energetyczna. Boże, czyż ja się o tym nie przekonałem.
Często czuję się nie na miejscu, kiedy porównuję swój własny akcent – naturalnie zuchwały północno-wschodni – z akcentem innych osób w mojej pracy; ogólnie reprezentujących klasę średnią, poprawny angielski. To jak butelka Buckfasta [taniego napoju winnego – przyp. tłum.] podczas degustacji win organicznych.
Przez lata łapałem się na tym, że „czyszczę” swój sposób mówienia, żeby się dopasować, a to coś, czego nienawidzę i z czym teraz walczę. Ale wzdrygam się, gdy wyobrażam sobie, co pomyśleliby przyjaciele z okolicy mojego dorastania, słysząc, jak gadam o dekarbonizacji i „sprawiedliwej transformacji” neutralnym tonem szkockiego reportera pogodowego.
Mieć jednocześnie syndrom oszusta w pracy, jak i czuć się klasowym zdrajcą – to doprowadza mnie szału.
Zabieranie miejsca
Kwestie energii i zmiany klimatu zostały zdominowane w Wielkiej Brytanii przez białą klasę średnią; mądrych ludzi, słusznie zaniepokojonych załamaniem się naszych systemów ekologicznych i pilną pracą, jaką potrzebujemy wykonać, aby ograniczyć emisje, nie mających bezpośrednio związków z realiami ubóstwa, nierówności i niesprawiedliwości, które są nieodłączne od problemów ekologicznych.
Bardziej radykalne przestrzenie dla aktywistów zajmują głównie ludzie będący kilka poziomów ponad długotrwałymi problemami społecznymi czy ekonomicznymi. Stworzyło to niepotrzebną przepaść między „zainteresowaniem uprzywilejowanych problemami klimatycznymi” przez słodziaków z klasy średniej a „prawdziwymi” obawami dotyczącymi niesprawiedliwości społecznej i ubóstwa, z którymi tak wielu ludzi zmaga się na co dzień.
A to nie są odrębne kwestie. Przyczyny i rozwiązania kryzysu klimatycznego odnoszą się do sprawiedliwości społeczno-ekonomicznej. Chociaż generują ułamek emisji powodowanych przez zamożne osoby i korporacje, najubożsi doświadczają najgorszych skutków zdrowotnych wynikających z zanieczyszczenia powietrza, płacą więcej za energię i są narażeni na ubóstwo energetyczne i wykluczenie z powodu zaniedbanego, nieodpowiadającego na potrzeby transportu publicznego. Dotyczy to w szczególności kobiet, osób niepełnosprawnych i osób niebiałych.
Ponieważ przemysł odmawia spełniania nowych celów w zakresie redukcji emisji, społeczności i pracownicy są zmuszani do ponownego przemyślenia kwestii własnej pracy zawodowej i lokalnych perspektyw. Ludzie znajdujący się na skraju tych społeczno-ekonomicznych skutków i systemowych niesprawiedliwości są znacznie mniej reprezentowani w przestrzeniach dyskusji o klimacie. To jest tragedia.
Równość i sprawiedliwość są nierozerwalnie związane ze zmianą klimatu. Mówimy o „sprawiedliwej” transformacji, o unikaniu pogłębiania się nierówności, gdy dbamy o czystość naszego postępowania, aby nikogo nie pozostawić w tyle. Ludzie ze środowisk akademickich, politycznych i aktywistycznych forsują tę perspektywę, ponieważ nasza praca na rzecz dekarbonizacji energetyki, przemysłu i transportu oferuje również prawdziwy potencjał społeczny.
Stworzenie rozbudowanego systemu transportu publicznego może ograniczyć emisje i połączyć wykluczone społeczności, tworząc miejsca pracy i wypoczynku. Termomodernizacja domów i instalowanie paneli słonecznych zmniejszy nasz ślad węglowy – i obniży rachunki za energię u najbardziej narażonych rodzin o niskich dochodach, zmniejszając w ten sposób ubóstwo.
Nowe zielone miejsca pracy nie tylko oczyszczą przemysł, zmniejszą bezrobocie i zbudują relacje między przemysłem a społecznością, aby utrzymać te społeczności przy życiu. Obniżenie emisji stwarza moment formacyjny, kluczowy do ponownego wyobrażenia sobie systemów społecznych i gospodarczych, naprawienia historycznych niesprawiedliwości i zajęcia się prawdziwymi problemami społecznymi.
Mamy teraz okazję, aby zmierzenie się z jednym z największych problemów świata pomogło zmniejszyć dotkliwość innego. Stworzenie zupełnie nowego zestawu narzędzi politycznych do walki z problemami ubóstwa i nierówności powinno ekscytować i angażować zarówno osoby zajmujące się polityką społeczną, jak i działaczy na rzecz walki z ubóstwem. Mnie to ekscytuje.
Podziały
A jednak rozłam ma się dobrze. Nie pogodziliśmy słodziaków z klasy średniej i „prawdziwych” problemów. Osoby znajdujące się na skraju ubóstwa i systemowej niesprawiedliwości są niedostatecznie reprezentowane, wykluczane z projektowania i prowadzenia kampanii na rzecz rozwiązań klimatycznych.
Zwycięzcy i przegrani transformacji energetycznej odzwierciedlają historyczne nierówności. Faworyzuje się kapitał i korporacje, pozostawiając kolejny raz na marginesie społeczności, pracowników i ludzi, którzy doświadczają niesprawiedliwości. Proces ten ma charakter systemowy – ale musimy wziąć za to odpowiedzialność.
Niewygodna prawda jest taka: nowe narzędzia sprawiedliwości mogą zdziałać tylko tyle, ile mogą, jeśli na placu budowy pracują ludzie bez doświadczenia niesprawiedliwości i nierówności. Nasz sektor pozostaje bardzo biały i bardzo klasośredni. To wpływa na rozwiązania, które projektujemy i akceptujemy. To przez to właśnie skupiliśmy się tak bardzo na „zielonych wyborach konsumenckich”. To dlatego mówimy o decyzjach dla gospodarstw domowych o średnich dochodach, zamiast naciskać na zmiany systemowe i wykorzystywać społeczne i ekonomiczne możliwości dla korzyści osób i społeczności z klasy robotniczej, które wiążą się z przejściem na gospodarkę zeroemisyjną.
Ponieważ w dyskusjach klimatycznych dominują głosy klasy średniej, skupiamy się na rozwiązaniach dla klasy średniej.
Jednak powtarzam: rozumiemy kwestie sprawiedliwości. Wiemy, gdzie leżą nierówności społeczno-ekonomiczne i słabości, rozumiemy, w jaki sposób karmią się one i są karmione problemem transformacji energetycznej. Wysłuchaliśmy społeczności, wysłuchaliśmy ich obaw i uwzględniliśmy je w naszych modelach, badaniach i materiałach kampanii.
To wszystko jest dobre, słuszne i odważne. Ale to zdecydowanie za mało. Zrozumienie tego nie spowodowało redystrybucji władzy i zasobów. Nie możemy dostarczać rozwiązań, które umożliwią prosperowanie wszystkim grupom społecznym, jeśli dyskusja obejmuje tylko jedną grupę.
Sprawiedliwe przejście do społeczeństwa zeroemisyjnego oznacza więcej niż zrozumienie, czym jest sprawiedliwość. Oznacza zaangażowanie większej liczby osób, które żyły w niesprawiedliwości, w projektowanie polityki, środowisko akademickie i aktywizm.
Nie możemy polepszyć sprawiedliwości klimatycznej „na odległość”, nawet przy najlepszych intencjach. Nadreprezentacja zamożniejszych społeczności w optyce klimatycznej może nas zaprowadzić tylko do połowy tej drogi.
Włączanie
Zmiana systemowa na taką skalę, jakiej potrzebujemy, aby walczyć z kryzysem klimatycznym – i to uczciwie – nie nastąpi, jeśli obejmie tylko beneficjentów obecnego systemu. Musimy włączyć do niej ludzi, którzy musieli wybierać między ogrzewaniem a jedzeniem, między ubraniem, wypoczynkiem i uzależnieniem.
Musimy zatrudniać ludzi ze społeczności wykluczonych i niedostatecznie reprezentowanych, nawet jeśli nie są „wykwalifikowani”. Aby skutecznie złagodzić zmiany klimatyczne, musimy sprawić, by ludzie z klasy robotniczej, którzy odczuwają najgorsze skutki społeczne i niesprawiedliwości, mogli kontynuować pracę przy łagodzeniu ich. Nie mam na myśli tylko słuchania o ich dotychczasowych doświadczeniach. Mam na myśli angażowanie takich ludzi w działania i tworzenie im możliwości do przewodzenia debacie i działaniu.
Z takim punktem wyjścia możemy lepiej agitować na rzecz prawdziwej redystrybucji i sprawiedliwości oraz projektować wyjścia, nie tylko w celu rozwiązania problemów klasy robotniczej, ale z ludźmi z klasy robotniczej przy stole. To nie jest nowy pomysł i z pewnością nie dotyczy wyłącznie klimatu, ale to coś, co musimy zrobić, aby rzucić wyzwanie wizerunkowi walki o klimat jako problemu jedynie klasy średniej – i wykorzystać tę szansę dla dobra społecznego i gospodarczego.
Możemy również pracować ciężej, aby rozszerzyć działalność, budując sojusze poza tradycyjnie należącymi do klasy średniej kręgami klimatycznymi, energetycznymi i ekologicznymi. Organizacje zajmujące się klimatem i środowiska badaczy potrafią być duszne. Lubimy rozmawiać z podobnymi sobie. Kiedy współpracujemy, to głównie z innymi kampaniami na rzecz klimatu i zrównoważonego rozwoju, z ministerstwami energii i środowiska itp. A ponieważ te przestrzenie są zdominowane przez klasę średnią, utrwala to cykl wykluczenia i pozbawia nas ważnych spostrzeżeń i możliwości współpracy.
Musimy współpracować z doświadczonymi działaczami na rzecz walki z ubóstwem, z grupami społecznymi, które nie walczą wcale o „zrównoważenie” czegokolwiek, z działaczami na rzecz sprawiedliwości społecznej i związkami zawodowymi oraz z całym społeczeństwem obywatelskim. Musimy oferować wizję sprawiedliwości społecznej zarówno ludziom „nieklimatycznym”, jak i „klimatycznym”.
Wielkie zmiany wymagają skoordynowanych działań ze strony szerokiego forum. Jeśli chcemy poważnie potraktować sprawiedliwą transformację, najpierw musimy poważnie podejść do kwestii sprawiedliwości.
Dobra wiadomość jest taka, że wprowadzenie tych zmian nie wymaga ogromnego wysiłku – poza całą zmianą systemową. Z łatwością możemy zatrudnić osoby bez tradycyjnych kwalifikacji do badań klimatu lub projektowania polityki. Możemy łatwo dotrzeć do działaczy na rzecz sprawiedliwości społecznej. Możemy z łatwością połączyć te różnorodne perspektywy, aby uzyskać bogatszą, bardziej ekspansywną, dostatnią i sprawiedliwą transformację.
Dlatego trzymam się mojego akcentu, nawet gdy zalewają mnie fale syndromu oszusta i zdrady klasowej.
Akcenty są ważne. Potrzebujemy więcej akcentów – takich jak mój oraz wielu innych – aby doprowadzić do przejścia do gospodarki zeroemisyjnej w sposób, który rozwiąże również problem ubóstwa i nierówności oraz stworzy nowe możliwości.
Jeśli pogodzimy te sprawy, staną się one znacznie większą sumą niż ich części.
W głębi serca nadal jestem dzieckiem z klasy robotniczej, choć pracuję w polu należącym do klasy średniej. Ale moje dwie strony nie są w konflikcie. Kiedy teraz wracam do Forfar, zauważam różne rzeczy. Za każdym razem widzę kilka paneli słonecznych więcej. Na wzgórzach dostrzegam jeszcze kilka turbin. Widzę moich przyjaciół i ich wspaniałe rodziny, i czuję to anty-nostalgiczne ukłucie, wiedząc, że niektórych członków starej społeczności już tam nie ma; straciliśmy ich.
U podstaw tego wszystkiego leży rozczłonkowanie, które nie powinno istnieć. Rozdźwięk między ekscytującymi nowymi technologiami i czystszą planetą z jednej strony, a ludźmi, którzy odnieśliby z nich największe korzyści, z drugiej.
Te kwestie nie są rozłączne. Wręcz przeciwnie. To nowe źródła energii, które tylko czekają na podłączenie do gniazdek.
Fraser Stewart
tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej ciwem.org. Tytuł polskiego przekładu został lekko zmodyfikowany.
Zdjęcie w nagłówku tekstu Benita Welter z Pixabay.
przez redakcja | niedziela 23 lipca 2023 | klasyka, opinie
Zachodowość Polski, przynależność Polski do Zachodu, stanowi jeden z najulubieńszych motywów w rozważaniach ideologicznych przedstawicieli polskiej inteligencji burżuazyjnej. Podkreślana ostentacyjnie i ambitnie zachodowość owa staje się, dzisiaj zwłaszcza, pewnym hasłem organizacyjnym. Zjawisko to odnieść można zresztą nie tylko do samej Polski – ma ono znaczenia ogólniejsze, zwłaszcza w zastosowaniu do burżuazji tak zwanych młodych narodów europejskich (Rumunów, Serbów i innych; prądy podobne istnieją również wśród Ukraińców). Najcharakterystyczniejsze jest to, że równocześnie wewnątrz społeczeństw zachodnioeuropejskich powstają całe teorie historiozoficzne mówiące o upadku Zachodu właśnie, a co ważniejsze, teorie owe podkreślają tylko bardzo wydatne tendencje rozwoju stosunków gospodarczo-politycznych (załamywanie się kapitalizmu, wyzwoleńcze dążności ludów kolonialnych itd.). Choćby dla samego tego przeciwstawienia warto zająć się rozpatrzeniem tych haseł i ich konkretnego znaczenia dla burżuazji tych narodów, traktowanych jako młode przez burżuazyjny Zachód.
Przede wszystkim co oznacza samo pojęcie „Zachód” wzięte najogólniej. Niezmiernie często używane ono było i bywa obecnie w różnych idealistyczno-dogmatycznych koncepcjach historyków burżuazyjnych w sensie przeciwstawienia pewnych dogmatycznie ustalonych cech „dwóch światów” (traktowane często, szczególnie u nas, w naiwny sposób, jako przeciwstawienie „dobra i zła” i „białego i czarnego”), co tworzy materiał dla rozumowań w duchu popularnej uczonej szarlatanerii.
Niepodobna więc mówić o „Zachodzie” i „Wschodzie” w tym znaczeniu. Natomiast można „Zachód” rozumieć relatywnie jako pewne przeciwstawienie dialektyczno-historyczne, określane raczej przez pewną koniunkturę historyczną, a nie przez zespół cech stałych. Rozumiane w ten sposób przeciwstawienie między krajami Zachodu Europy a resztą globu (bynajmniej nie między „Zachodem” a „Wschodem” – podkreślam to, aby zapobiec ewentualnym nieporozumieniom), zwłaszcza w perspektywie historycznej ostatnich kilku wieków – przeciwstawienie to, powtarzam, ma swoje głębokie uzasadnienie.
W okresie tym kraje zachodu Europy w stosunku do reszty globu odgrywały rolę taką, jaką przed dwoma, trzema tysiącami lat spełniały kraje położone nad Morzem Śródziemnym w stosunku do krajów ościennych (a między innymi i do krajów dzisiejszego zachodu Europy). Kraje śródziemnomorskie nadawały wówczas pewien cywilizatorski kanon życiu, wytworzyły pewien typ gospodarki, miarodajny dla innych typ ustroju społecznego, poziom techniczny życia, jego urządzeń itd., co razem wzięte można by właśnie określić jako rolę cywilizatorską owych krajów.
Coś podobnego w ciągu ostatnich kilku stuleci spełniały kraje zachodu Europy, tylko na skalę niesłychaną w dotychczasowej historii ludzkości, bo w stosunku do olbrzymiej części globu, obejmując w XIX wieku całą niemal kulę ziemską siecią imperializmu gospodarczego i rozszerzając ją niepowstrzymanie aż do ostatnich czasów. Ta właśnie rola zachodnich krajów Europy stanowi bardzo istotna podstawę do przeciwstawiania „Zachodu” reszcie świata, mnie lub więcej biernie poddającej się owym wpływom.
Czyli że zachodowe ambicje burżuazji polskiej (zarówno jak burżuazji rumuńskiej czy serbskiej), ambicje reprezentowania tego, co w dziedzinach kultury i ekonomiki zrobił zachód Europy, mają poniekąd pewne uzasadnienie (subiektywnie) wystarczające. Stwierdzenie tego może być punktem wyjścia dla oceny pewnego całokształtu ustosunkowali społecznych. Ale samo zagadnienie oddziaływania Zachodu europejskiego na bliżej położone kraje sąsiadujące z nimi posiada inną stronę niezmiernie ciekawą – tym bardziej, że ujawnia się ona szczególnie jaskrawo właśnie w Polsce.
Zasadniczy warunek trwałej ekspansji form zarówno bytowych, jak i ustrojowych, stanowi ich wyższa (w danych stosunkach) skuteczność życiowa – to jest bezsporne. Mówi się wtedy o wyższości nowych form, przyniesionych z zewnątrz, nad dawnymi. Jeżeli teraz przyjmiemy ogólnie, że jakieś określone społeczeństwo o pewnym zróżnicowaniu klasowym podlegnie przez dłuższy okres czasu oddziaływaniu tego rodzaju wyższych (absolutnie czy tylko relatywnie) form, to stosunki wewnętrzne tego społeczeństwa zmienić się muszą radykalnie. Daleko trudniej bywa określić kierunek tych zmian, nie ulega bowiem wątpliwości, że wystąpią tu pewne powikłania rozwoju, wywołane przez kombinowanie się nowych wpływów z dawnymi tendencjami, przy czym pierwsze do pewnego stopnia popierają drugie.
Wyjaśnię to na przykładach. Będą one może nieco ogólnikowe i nieco (w stosunku do interesującego nas zagadnienia) jaskrawe, ale tym łatwiej będzie na nich uwydatnić mechanizm przemian w innych, bardziej skomplikowanych wypadkach ukryty, działający cząstkowo, lecz nie mniej wydatnie.
Weźmy ogólny przykład jakiegoś osiadłego plemienia barbarzyńskiego z pewnymi śladami podziału społecznego na tle przywilejowo-ekonomicznym. Przypuśćmy, że plemię to styka się z kupcami europejskimi i otrzymuje od nich drogą handlu wymiennego pewną ilość nowych towarów, nowej skuteczniejszej broni itp. Otóż jest rzeczą jasną, że te nowe nabytki znajdą się przede wszystkim w rękach grup uprzywilejowanych, silniejszych ekonomicznie. W dalszym rozwoju stosunków nabytki te powiększą niezawodnie arsenał środków służących posiadaczom, pozwolą im zwiększyć eksploatację grup podwładnych do rozmiarów, o jakich dawniej być może marzyć nie mogli [1]. Położenie klasy niższej zmieni się na gorsze wobec nowych środków walki w rękach wyzyskiwaczy, środków, które wyzyskiwanym jest o wiele trudniej opanować, będą oni bezbronni tym bardziej, iż wiekowe nawyki ciążą nad nimi bez porównania silniej.
Naturalnie w zastosowaniu do konkretnych wypadków wywód powyższy wydać się musi zbyt uproszczony. Niemniej jednak uwydatnia się tu w formie najprostszej mechanizm samego procesu w stosunku do ustrojów bardzo prymitywnych. Ale to samo może się dziać i dzieje się istotnie w warunkach nieskończenie bardziej skomplikowanych – przez setki i setki lat. Wejście form wyższych obcych nie tylko rozrywa gwałtowne istniejące ustosunkowania, ale i stwarza częstokroć nieproporcjonalną różnicę kulturalną (a to nie tylko stopnia, lecz samego zakresu kultury [2]). Do ideologii klas wyższych zawsze wchodzi swoiste „kulturtraegerstwo”, poczucie wyższości kulturalnej nad klasami ciemiężonymi. Owóż to „kulturtraegerstwo” tutaj, w wypadkach omawianych, dochodzi do rozmiarów wprost potwornych. Różnice między klasami mają bowiem tendencję do wzrastania absolutnego. Mają one też znaczenie absolutne, zwłaszcza w walce klasowej.
Jest jedna olbrzymia dziedzina, która odgrywa rolę decydującą w stosunkach międzyklasowych – to sprawy militarne. Historia ruchów ludowych zna przykłady powstań, które posiadały, zdawałoby się, wszystkie warunki powodzenia: masowość, obejmowanie całego danego kraju itd., a które zostały stłumione wysiłkiem stosunkowo niewielkim, dzięki wyższości militarnej klas uprzywilejowanych [3].
Zresztą tych rzeczy nie można ujmować jedynie w fazach ostrych wybuchów. W pozornie cichych przebiegach codziennej „pokojowej” walki klasowej o przytłumionym echu, czynniki owe działają może jeszcze silniej przez wydobywanie jednych a tłumienie innych cech świadomości w masach uciskanych.
Trzeba tu wziąć pod uwagę wielkiej doniosłości fakt społeczno-psychologiczny: ocena swej zdolności do walki, która się odbywa odruchowo, instynktownie, jako wynik oceny szeregu codziennych starć. Wielkie efektowne przełomy historyczne są bardzo często wyrazem wcześniejszego obrachunku sił. Takie przełomy w stanowisku danej klasy zachodzą też niekiedy prawie niedostrzeżenie. Jeżeli idzie o kraje zacofane gospodarczo i kulturalnie – to odbywające się stale zasilanie klas posiadających zdobyczami z zewnątrz, odbija się decydująco na możliwościach wewnętrznej walki klasowej.
Aby jeszcze bardziej nie schematyzować i tak już nader schematycznego przedstawienia rzeczy, nie dałem wyżej ogólnego sformułowania
Istota zagadnienia polega na tym, że proces formowania się nadbudowy [4], pojętej w jak najszerszym znaczeniu, w krajach gospodarczo zacofanych ma swój przebieg szczególny właśnie dzięki oddziaływaniom wyższej techniki oraz wyższych form organizacji, eskamotowanym [eskamotować – zręcznie coś ukryć lub skraść – przyp. redakcji NO] przez klasy uprzywilejowane.
Trzymając się ram porównania, aby uwypuklić całą rzecz można by powiedzieć, że gdy formowanie się nadbudowy, w krajach o typie, w danym wypadku, miarodajnym (typie „wyższym”) dałoby się w pewnym sensie charakteryzować jako organiczne (przy czym owa „organiczność” będzie tu znowu raczej przenośnią niż stwierdzeniem jakichś cech stałych), to w wypadkach krajów, które nas tu szczególnie interesują – krajów zacofanych – proces ten dałby się przedstawić jako deformacja rozwojowa w bardzo określonym kierunku. Mechanizm tych deformacji usiłowałem przedstawić wyżej. Zastrzegam się zresztą, że są to sprawy nie podlegające jakiemukolwiek dogmatyzowaniu, że granice przebiegów są tu niesłychanie płynne i że niezmiernie trudno byłoby tu robić jakąś grubą robotę segregacyjną. Tymczasem można poprzestać na wskazaniu niesłychanej ilości faktów potwierdzających wywody powyższe, faktów dostępnych nawet dla najbardziej powierzchownej analizy [5].
Wszędzie tu mamy do czynienia z faktem, że nadbudowa ideologiczna i prawna danego ustroju wpływ swój rozciąga długo jeszcze po upadku form, które je wytworzyły. Masy ludowe z reguły niemal bywają zaskoczone, zdezorientowane przez przełom dokonany w życiu przez wzmożoną dzięki niemu eksploatację, a nie orientując się w nowych stosunkach oczekują ratunku od starych urządzeń, które już dawno zmieniły swój sens. Przecież jeszcze w 1905 roku masy robotników dzisiejszego Leningradu dały się prowadzić na manifestacje z portretem cara, z naiwną ufnością w jego pomoc. Tutaj też mamy źródło licznych „cnót” feudalnych, jakimi odznaczają się przeważnie społeczeństwa świeżo przyswojone kapitalizmowi – ku ogromnemu zbudowaniu publicystów burżuazyjnych, którzy zdołali już w sposób najprostoduszniejszy zapomnieć historię własnej klasy (w Polsce w swoim czasie bardzo modna pod tym względem była Japonia).
Utrzymanie takiego stanu absolutnej dezorientacji, uniemożliwiającej prowadzenie celowej walki, jest naturalnie klasom panującym bardzo na rękę. Wysilają się więc one wszelkimi sposobami, aby ten stan zacofania, nieświadomości przedłużyć – co się na ogół udaje przy pewnym nakładzie sprytu i sprężystości. Inna rzecz, że dalszy rozwój świadomości klasowej może być piorunująco szybki, jak to widzimy w dziejach proletariatu rosyjskiego, a ostatnio chińskiego Tu wchodzą jednak w grę czynniki przyspieszające znaczenia ogólniejszego, których teraz omawiać nie będę.
***
W powyższych, w sposób dość zresztą przypadkowy sformułowanych uwagach, chodziło mi o wskazanie pewnych czynników procesu historycznego, które muszą znaleźć zastosowanie przy omawianiu kwestii „zachodowości”. Rzecz jasna, iż w stosunku do krajów środkowo-wschodniej Europy sprawy te nie przedstawiają się tak prosto. Mamy tu przede wszystkim do czynienia z procesami które trwały całe wieki i których przejawy ulegały jedne zwielokrotnieniu, inne osłabieniu lub nawet zanikowi. Jeżeli idzie o kraje europejskie, stanowiące w całym przebiegu swej historii teren ekspansji gospodarczej i politycznej krajów zachodnich (przy czym ekspansja ta mogła przybierać najróżniejsze formy, od zupełnego podporządkowania, ewentualnie zaboru danego kraju, do bardzo delikatnych więzów „wpływu politycznego”), to tutaj trudno dać jednolite sformułowanie, obejmujące wszystkie charakterystyczne osobliwości struktury społecznej. Można tylko ogólnie stwierdzić, że wpływ Zachodu wzmacniał i utrwalał niektóre właściwości feudalizmu [6], co można by łatwo udowodnić na historii Polski, Czech, Węgier czy Rumunii.
Wszędzie tu zaznaczyła się interwencja omówionych wyżej czynników wpływających na proces formowania się nadbudowy, co określiło jej specyficzny charakter i specyficzne działanie na życie społeczne. Mamy tu do czynienia z całym, niezmiernie skomplikowanym systemem wymiany współzależności. Można tylko z wszelką pewnością twierdzić, że na strukturę społeczną tych krajów, wewnętrzne ustosunkowanie się sił klasowych musiały działać przyczyny wyłuszczone wyżej. Klasy panujące bez porównania szybciej wykorzystują udoskonalenia organizacyjne i techniczne przynoszone z zewnątrz i zużytkowują je dla swoich klasowych celów, to znaczy dla tym skuteczniejszego niewolenia mas ludowych. Istniejące sposoby ucisku zyskują nową straszliwą skuteczność dzięki stosunkowemu zacofaniu mas. Tu jest źródło specyficznych cech cywilizacji tych krajów, a zarazem ich charakterystycznej bezpłodności, jeśli idzie o twórczość gospodarczą czy kulturalną w skali światowej [7].
Wpływ zaznaczonych wyżej czynników, ich ukryte a niezmiernie skomplikowane w skutkach działanie, najlepiej może uwydatnia się w charakterystycznych właściwościach struktury społecznej dawnej Polski. Owe tendencje mogły dojść do najwyższego natężenia właśnie w Polsce, z powodu sprzyjających warunków historycznych. W ciągu całego okresu historycznego (XIV-XVII w.) państwo polskie miało nad sąsiednimi krajami zachodnimi przewagę wyższości sił i rozległości terytorium – nad wschodnimi zaś wyższość techniczną. Te sprzyjające warunki pozwoliły klasie panującej na rozwijanie pewnych właściwości aż do ostatnich granic – aż do sytuacji, która w danej koniunkturze historycznej prowadziła do absurdu.
Niezmiernie ciekawy jest zwłaszcza przebieg różnicowania klasowego, typowego dla dawnej Polski, aczkolwiek niejednakowo zaznaczonego we wszystkich dzielnicach – przebieg jedyny w swoim rodzaju i uwydatniający te osobliwości w formowaniu się nadbudowy, o których wyżej mówiłem. Za fundamentalny fakt społeczny dawnej Polski uważa się kolosalną przewagę szlachty, górującej nad innymi klasami w stopniu gdzie indziej niewidzianym oraz nieznane gdzie indziej zjawisko mas drobnej małorolnej szlachty szaraczkowej. Zjawiska te wiążą z sobą zupełnie słusznie: ta masowość szlachty stanowi jeden z zasadniczych warunków jej wyjątkowej siły. Ale trzeba tu uwzględnić inną jeszcze stronę zagadnienia, najbardziej w danym razie interesującą.
Rzecz w tym, że jako ugrupowanie klasowe, więcej, jako pewna organizacja przywilejowa (czym w istocie był stan szlachecki we wszystkich krajach), szlachta polska związana była dość słabo. Jako całość stanowiła ona nie klasę, ale raczej agregat klasowy, któremu podstawę dawało pełnoprawne władanie, ziemia w skali najróżniejszej od latyfundiów aż do nędznych skrawków roli, wystarczających tylko dla najniższej egzystencji. Fakt przy tym znamienny, że choć cicha walka klasowa między poszczególnymi odłamami „stanu” uprzywilejowanego” trwała zawsze, to dopiero pod koniec bytu państwowego dawnej Rzeczypospolitej, więksi posiadacze ziemscy zdołali częściowo pozbawić praw politycznych masy tego uprzywilejowanego pół-proletariatu.
Trzeba zważyć, że przez swoją sytuację ekonomiczną szlachta szaraczkowa stanowiła właściwie najsilniejszą warstwę chłopstwa. Gdyby posiadacze folwarków w okresie stabilizowania się Rzeczypospolitej szlacheckiej (XV-XVI w.) wykazali większą siłę, a stąd większą wyłączność organizacyjną jako klasa istotnie uprzywilejowana, to elementy, z których tworzyła się szlachta szaraczkowa, stałyby się przednią strażą chłopstwa. Zamiana na półgłodną masę uprzywilejowanych równała się podporządkowaniu ich dążeniom prawdziwych „panów” – a zarazem masy chłopskie w ten sposób traciły swoją naturalną (z punktu widzenia gospodarczego) awangardę klasową, która stawała się najpewniejszą podstawą klas uprzywilejowanych.
Ta „asymilacja” przywilejowa (trudno to nazwać inaczej [8]) najsilniejszej warstwy drobnorolnej, beznadziejnie pogrążyła sprawę chłopską w dawnej Rzeczypospolitej. Aparat represyjno-kontrolny w stosunku do klas wyzyskiwanych został w ten sposób potwornie rozszerzony. Zjawisko to wyjaśnia specyficzną ciszę społeczną dawnej Polski, bierność mas chłopskich i uległość, z jaką pozwalały one na bezgraniczne zwiększanie eksploatacji. Rozstrzygała tu nie ilość czy okrucieństwo represji, lecz stosunkowa wielkość i siła aparatu kontrolno-represyjnego będącego w rozporządzeniu klasy panującej [9].
Bynajmniej nie twierdzę, że aparat ten w Polsce był silniejszy niż w innych państwach. Technika panowania, umiejętność i wysiłek administracyjny były w porównaniu z państwami zachodnimi mizerne i może nikłe. Ale w stosunku do siły oporu mas ludowych były potwornie wysokie, dlatego system był tak potwornie niszczycielski.
Jeżeli tu zatrzymałem się przy sprawie struktury społecznej dawnej Rzeczypospolite (pomimo że to zdaje się tylko niepotrzebnie komplikować zadanie), to dlatego przede wszystkim, że chodziło mi o uwydatnienie całej złożoności, nawet zagmatwania procesów ustrojowych, o których mowa. Charakterystyczna jest przy tym pewna dodatkowa swoboda manewrowaniu klas wyższych, o wiele większa, niż w krajach przodujących. Fakt skomplikowanego różnicowania się społecznego w dawnej Polsce stanowi tu przykład najlepszy.
Jeżeli zechcemy należycie ująć działanie wyszczególnionych czynników na stosunki społeczne w Polsce, musimy wziąć pod uwagę, że działały one w ciągu bardzo długiego czasu, w ciągu całe znanej historii kraju. Mamy tu do czynienia z pewną progresją działania i z pewną progresją skutków. Tutaj można tylko podkreślić rolę tych czynników, jeśli idzie o pewne przełomy społeczne w Polsce w XIX wieku, analogiczne do zaszłych w tymże okresie w całej Europie. Zachodzi jedna jeszcze komplikująca okoliczność. Likwidacja najbardziej ostrych przeżytków feudalizmu w Polsce została przeprowadzona przez siły z zewnątrz kraju – państwa zaborcze. Mówię „likwidacja najbardziej ostrych przeżytków feudalizmu” dlatego, że nie była to całkowita likwidacja feudalizmu – w rzeczy samej państwa te, zarówno Niemcy, jak Austria i Rosja, zachowywały z przywilejów feudalnych to wszystko, co dało się uchronić.
W Polsce sytuacja była o tyle odmienna, że polityka szlachty na długo zdołała wyniszczyć lub sparaliżować te klasy, które na Zachodzie odgrywały w tym czasie rolę decydującą. Dzięki temu szlachta nie miała po prostu konkurenta do roli przodującej i mogła po pewnym przystosowaniu się, bez przeszkód spełniać rolę, którą na zachodzie wywalczyła sobie burżuazja – rolę organizatora społeczeństwa. Z drugiej strony faktyczne usunięcie szlachty od rządów krajem, zniszczenie starego samorządu stanowego popychało olbrzymi jej odłam do nieustannej opozycji i pozwalało jej podporządkować sobie wszystkie świadomie opozycyjne elementy kraju.
Swoboda manewrowania, będąca cechą charakterystyczną owego wtórnego feudalizmu, rozciąga się na wszystkie fakty nadbudowy, a więc na ideologię. Szlachta była w sytuacji bezkonkurencyjnej; członkowie klasy panującej mogą swobodnie operować wszystkimi możliwymi hasłami, pozornie nawet szkodliwymi dla nich, ponieważ hasła te nie będą miały żadnego faktycznego oddźwięku, nie stoi za nimi żaden interes. To jest podłoże rewolucjonizmu i radykalizmu szlacheckiego w XIX wieku [10].
Zjawisko, które można by określić jako wtórną reprodukcję feudalizmu w wyniku przemian zaszłych w ciągu XIX w., stanowi najcharakterystyczniejszy rys struktury społecznej dzisiejszej Polski. W jednym z następnych artykułów poruszę charakterystyczny przejaw wybuchu tradycji i właściwości feudalnych w nowoczesnym państwie polskim [11]. Tutaj dotknę jeszcze pewnych właściwości ściśle związanych z funkcjonowaniem ustroju kapitalistycznego w Polsce i dalszymi jego koniunkturami społecznymi.
Kapitalizm w Polsce ma niewątpliwie pewne cechy kapitalizmu półkolonialnego, jeżeli nie formalne to istotne. Określenie to jest niewątpliwie najbardziej zbliżone do rzeczywistości, jakkolwiek rzuca ono światło raczej na charakter eksploatacji kraju, niż na jego strukturę społeczną. Wchodź tu w grę nie tylko bezpośrednia eksploatacja przez kapitalistów zagranicznych (np. drogą wywożenia procentów od kapitału), ale, i to przede wszystkim, nierównomierność sił ekonomicznych kraju gospodarczo słabszego w porównaniu z mocniejszym kontrahentem, co warunkuje wyzysk.
Jeżeli porównamy zewnętrznie strukturę społeczną Polski z typowymi krajami wielkokapitalistycznymi, to bardzo łatwo spostrzec względną słabość burżuazji w Polsce. Słabość ta uwydatni się naturalnie tylko w porównaniu z miarodajnymi tutaj normami państw wielkokapitalistycznych – na wewnątrz nie uderza ona zbyt silnie. Przejawia się to w składzie i działalności burżuazji. Baza gospodarcza szczupła i chwiejna nie pozwala na duży rozmach, Burżua polski to drobny fuszer, istniejący przy poparciu potężnego protektora i odczuwający to niejednokrotnie bardzo dotkliwie. Poza tym odgrywa tu olbrzymią rolę zróżnicowanie narodowościowe wielkiej burżuazji handlowej i przemysłowej, które w znacznej miecze odbiera jej siłę i autorytet, zwłaszcza w porównana z obszarnictwem – i osłabia samopoczucie.
To wyjaśnia przewagę obszarnictwa i odpowiednio zwiększoną rolę elementów zaliczanych zwykle do drobnomieszczaństwa [12] – szczególnie odłamów drobnomieszczaństwa zbliżonych do burżuazji i współdziałających z nią w wyzysku. Przy całej niepewności tego rodzaju porównań można by zaryzykować analogię ze świata organicznego. Im słabiej u danego gatunku zwierząt bywa rozwinięty mózg, tym większą rolę odgrywają niższe wykonawcze ośrodki nerwowe. Słabość właściwej burżuazji potęguje rolę odgrywaną przez drobną burżuazję, „inteligencję”, personel administracyjny, wojskowych zawodowych itd. Trzeba tu jeszcze dołączyć kułackie elementy wsi. Naturalnie nie można przesadzać znaczenia wszelkich analogii historycznych – ale ta bije w oczy. Stosunkowa słabość właściwej klasy rządzącej i stosunkowo szeroki zasiąg społeczny przypomina stosunki w dawnej Rzeczypospolitej, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jeszcze stosunki narodowościowe, wyznaniowe itp. Faktem jest, że występują tu pewne charakterystycznie powtarzające się właściwości – jest to wynik pewnych niezmieniających się tendencji, wyrażający się w owej wtórnej reprodukcji i feudalizmu w XIX w.
Trzeba wyjaśnić jedną rzecz. Jakiś apologeta „zachodowości” mógłby tu zauważyć, że bądź co bądź z jakichkolwiek tam motywów, kierowane swym interesem klasy panujące przenoszą jednak nowe wyższe formy organizacyjne, przenosząc tym samym ogólny poziom kultury kraju, niezależnie od odbijania się tych zjawisk w życiu mas. Nic fałszywego. Przejmując pewne zdobycze kultury, klasa panująca przystosowuje je ściśle do swoich celów, do swych interesów. Interesy te polegają na doraźnym wykorzystaniu owych zdobyczy i niedopuszczeniu, aby rozeszły się między szerokie masy. Grupy panujące rozumieją dobrze, że w tym wypadku pozycja posiadaczy uległaby zakwestionowaniu. Siła klasy panującej obiektywnie niewielka, jak to już wyżej zaznaczyłem, zmusza ją do stałej baczności i do stałego wzmacniania kontroli nad działalnością kulturalną; ta kontrola staje się w końcu celem najważniejszym.
Czynniki te w Polsce przy dłuższym działaniu nadały ogólnej cywilizacji kraju specyficzny, arystokratyczno-konsumpcyjny charakter. „Elita” kulturalna jest niezmiernie mało zainteresowana w istotnej ciągłości i rozszerzaniu się kultury – przeciwnie, stanowiłoby to dla niej niebezpieczeństwo utraty dotychczasowych pozycji. Wyżej uwydatniłem charakterystyczną, miażdżącą po prostu przewagę elementów represyjno-kontrolnych w życiu społecznym dawnej Polski. Odpowiada temu zupełnie identyczne nastawienie w działalność kulturalnej. Odzwierciedla się to dobitnie w literaturze – od najdawniejszych początków do czasów najnowszych. Pewne korektury trzeba by tu wprowadzić dla opozycyjnych nastrojów okresu rozbiorowego, ale istotne motywy zostały te same. Zresztą nie można tych nastawień szukać li tylko w jezuityzmie bigoterii, w jakimś szczególniejszym wysuszeniu życia myślowego, będącym cechą znamienną literatury szlacheckiej. Znaleźć je można w tym, co należałoby określić jako obyczaj kulturalny, miarodajne normy myślenia, najogólniejszej orientacji zarówno w poezji, jak i w filozofii, nie mówiąc już o publicystyce.
Wspomniałem już o specyficznym przystosowaniu importowanej ideologii rewolucyjnej na taki użytek wewnętrzny ,o którym nie śniło się ich twórcom. Pod tym względem w Polsce XIX i początkach XX w. zdobyto rekordy w swoim rodzaju – jeżeli idzie o fałszowanie świadomość szerokich mas. I to są dziedziny najszkodliwsze, bo najtrudniejsze do uchwycenia.
„Zachodowość” stanowi w Polsce problem wcale istotny — trudno wyczerpać tę kwestię od razu. Ale jeśli się o tym mówi, trzeba pamiętać, że związana jest ona z nastawieniami feudalnymi ścisłym związkiem funkcjonalnym [13]. Naturalnie są inne jeszcze strony zagadnienia, tutaj na razie pominięte. Chodziło mi jednak przede wszystkim o uwydatnienie konkretnej wartości ,,zachodowych” haseł dla dzisiejszej burżuazji polskiej.
Wyżej wspomniałem już, że dziś właśnie, głównie burżuazja „młodych” narodów lubi szermować hasłem zachodowości. Tego rodzaju obiegowych haseł nie można w ogóle lekceważyć – mają one przeważnie trwałe korzenie w interesach klasowych i tradycji klasowej. Naturalnie jeśli z powodu rewolucji rosyjskiej i ruchów, którym ta rewolucja dała początek, mówi się ogólnie o walce „Wschodu” z „Zachodem” to są czysto mistyczne brednie – jakkolwiek można tu dostrzec pewną istotną, acz wypaczoną obserwację. Kapitalizm rozkłada się i wali przede wszystkim w tych krajach, do których przyszedł w stanie gotowym, gdzie trafił na nieuprzątnięte feudalne pozostałości. Ale głębsze czynniki jego upadku działają i tam, gdzie wzrastał integralnie. Nie ma tu więc żadnego zasadniczego przeciwstawienia.
Zasadnicze przeciwieństwo wewnętrzne istnieje w haśle „zachodowości” tak jak je powtarza burżua wschodnioeuropejski (a wszystko jedno, czy będzie to burżua z Warszawy, Zagrzebia czy Bukaresztu), ma ono konkretne brzmienie równoznaczne z feudalizmem – wbrew cywilizatorskim, kulturtraegerskim pozorom hasło to ma zupełnie konkretne znaczenie antycywilizacyjne, równoważąc się z wyniszczaniem istotnej siły kraju – żywej siły mas ludowych z niweczeniem w zarodku wszelkiej istotnej inicjatywy cywilizacyjnej.
Andrzej Stawar
Powyższy tekst Andrzeja Stawara pierwotnie ukazał się w piśmie „Dźwignia” nr 4, Warszawa, lipiec 1927. Grafika w nagłówku tekstu: OpenClipart-Vectors z Pixabay.
Przypisy:
1. Przykład powyższy znajduje potwierdzenie w wielkiej ilości faktów. Pomijam tu już wypadki bardzo często powtarzające się w dziejach zaborów kolonialnych, gdy państwo imperialistyczne świadomie forsuje ustalanie się podporządkowanej imperialistom arystokracji, w charakterze mandatariusza przy eksploatowaniu danego kraju.
2. Takie potworne rozziewy spotyka się we wszystkich krajach kolonialnych między klasami uprzywilejowanymi (urzędnicy, arystokracja tubylcza) a masą ludności wyzyskiwanej (klasyczny przykład stanowić mogą Indie Angielskie).
3. W krajach o wyższej organizacji gospodarczej ma miejsce, między innymi, ciągłe ulepszanie techniki militarnej. Otóż nie trzeba zapominać, że udoskonalona broń zagraniczna w krajach zacofanych gospodarczo odgrywa rolę olbrzymią jako czynnik w walkach wewnętrznych. Znana jest powszechnie potężna siła interwencyjna, jaką rząd Stanów Zjednoczonych posiada w stosunku do spraw wewnętrznych Meksyku przez proste regulowanie wywozu broni (embargo). Amerykańscy baronowie przemysłu mogą w ten sposób w każdym momencie wywołać ruch zbrojny przeciw rządowi, który by wystąpił do walki z nimi. Analogiczne zjawisko mamy w Chinach. Generałowie walczący w interesie poszczególnych państw kapitalistycznych nie kosztują ich przypuszczalnie zbyt drogo – przynajmniej w stosunku do rozmiarów „interesu”. „Zyski” mogą zdobywać sami drogą łupienia bezbronnej ludności cywilnej. Potrzeba im tylko uzbrojenia. Obfitość materiału ludzkiego i niski poziom potrzeb ludności rolniczej pozwala łatwo dopełniać armię, tym bardziej, iż liczby wojsk w stosunku do ludności są stosunkowo nieznaczne. Analogia między Chinami a Meksykiem jest tym pełniejsza, że tu i tam interwencja zagranicy zwraca się przeciwko ruchowi klas pracujących.
4. Według określenia Bucharina („Teoria materializmu historycznego”). „Przez »nadbudowę« rozumieć będziemy wszelką formę zjawisk społecznych, wznoszącą się ponad podstawą ekonomiczną; zaliczymy tu i psychologię społeczną, i ustrój społeczno-polityczny wraz z wszystkimi jego częściami materialnymi (np. armaty) i organizacje ludzką (hierarchia urzędników) i zjawiska takie, jak mowa i myśl”.
5. Materiału dostarczyć może aż nadto historia choćby przenikania wpływu chrześcijaństwa i związanych z nim form organizacyjnych (feudalizmu) do krajów Europy Wschodniej. Jeżeli idzie o czasy najnowsze: przenikanie kapitalizmu do zacofanych gospodarczo krajów Europy i Azji.
6. Trzeba tu mieć na uwadze nie tyle feudalizm w tej postaci, w jakiej istniał na Zachodzie Europy – ale pewne niescentralizowane formy rządzenia i wyzysku, istniejące w krajach rolniczych. W tym tylko znaczeniu można mówić o feudalizmie w Chinach, Indiach i innych krajach, które właściwej organizacji feudalnej w sensie średniowiecza europejskiego nie znały.
7. Stąd powstały całe teorie wśród uczonych zachodnich krajów – teorie dowodzące, że Słowianie są jakąś rasą absolutnie niższą, niezdolną do szerszej działalności.
8. Trzeba to zaznaczyć tym bardziej, że ulubioną fintę historyków wybielających politykę szlachty w stosunku do chłopa stanowi wyliczenie buntów chłopskich w krajach sąsiednich oraz represji i okrucieństw spadających z tego powodu na chłopstwo – po czym powołują się na spokój społeczny w Polsce W dawnym Rzymie był zwyczaj, iż niewolnikowi schwytanemu na ucieczce podcinano ścięgna, aby nie mógł uciekać po raz drugi. Klasa chłopska w dawnej Polsce była w położeniu niewolnika, który miał poprzecinane pewne ścięgna i nie mógł myśleć o buncie. Tu tkwiła kapitalna różnica w sytuacji chłopa polskiego nawet w porównaniu ze straszną dolą chłopa niemieckiego czy rosyjskiego.
9. Kwestia ta szerzej traktowana była w artykule „Uwagi o demokracji polskiej”, „Nowa Kultura” nr 38 z 1924 r.
Zjawisko przystosowywania miarodajnej ideologii opozycyjnej, a nawet rewolucyjnej do zupełnie odmiennych potrzeb nie stanowi bynajmniej osobliwości wyłącznie polskiej. Opozycja obszarnicza w Rosji w początkach XIX w. szermuje hasłami ultraliberalnymi Późniejsze prądy socjalistyczne aż nadto często służą za przykrywkę dążnościom elementów czysto burżuazyjnych. Bez uwzględnienia tego rodzaju „mimikry” ideologicznej niezrozumiała jest w ogóle historia ruchów społecznych w zacofanych krajach europejskich – niezrozumiale są zupełnie takie np. zjawiska, jak PPS.
10. Objawy te niejednokrotnie podkreślali publicyści burżuazyjni – robił to w swoim czasie p. Artur Śliwiński, aczkolwiek bez dostatecznej perspektywy społecznej.
11. Pojęcie drobnomieszczaństwa bywa używane w stosunku do różnych grup społecznych o najróżniejszych dążeniach i programach. Poza tym u pisarzy marksistów ma ono swoistą tradycję polemiczną: pakuje się tam wszystko, co się danemu autorowi z tych czy innych powodów nie podoba. W rezultacie do jednego worka trafiają drobny majsterek o średniowiecznych cechowych aspiracjach, sklepikarz, liberalny albo socjalizujący inteligent, wolnomyślny burżua itd., zwykle dodaje się tu jeszcze całe chłopstwo. W tym, co zaliczyć można do drobnomieszczaństwa, znajdują się grupy będące niejako odpadkami albo wtórnymi produktami rozwoju społecznego – i odbijające w sobie wszystkie najbardziej specyficzne właściwości danego kraju. U pisarzy, którzy pomijają te osobliwości, uniwersalizują pojęcie drobnomieszczaństwa, mówią o drobnomieszczaństwie w ogóle, powstaje nader często niewiarygodny wprost bigos scholastyczny.
Coś podobnego, aczkolwiek w bez porównania mniejszym stopniu, da się zastosować do pojęcia inteligencja. W stosunkach polskich te kwestie występują szczególnie ostro.
12. Ciekawy niezmiernie bywa sposób, w jaki polski inteligent przyjmuje tego rodzaju fakty. Stanisław Brzozowski dotykając tego zagadnienia z okazji Whitmana, pisze w „Pamiętniku”: „Polska dla Whitmana to tylko feudalizm w jego pojęciu i przecież tak jest właściwie [podkreślenia Brzozowskiego]. Trzeba myśleć, trzeba przekonywać siebie, że Polska to także warunek nieupośledzonej przyszłość. 20 milionów, które miały, mają lub będą miały nieszczęście urodzić się Polakami”. Nic bardziej charakterystycznego nad płaczliwy patos tych słów i nad tę absurdalną argumentację. Na takich sofizmatach opiera się cały nowoczesny obiegowy patriotyzm uczciwszej części polskiej „radykalnej” inteligencji. Brzozowski zresztą stawia tu sprawę wyjątkowo czysto i uczciwie (może dlatego, że w „Pamiętniku”). Normalnie słyszy się w odpowiedzi słodkawą blagę o demokratyzmie Mickiewiczów, Mochnackich itd.
przez Karol Trammer | niedziela 16 lipca 2023 | opinie
Po ponad dwóch dekadach wróciły połączenia na linię z Ostrołęki do Chorzel. Na Kurpiach nie mogą jednak się doczekać, kiedy pociągi zaczną kursować dalej w kierunku Szczytna i Olsztyna.
22 lata – tyle na Kurpiach trzeba było czekać na przywrócenie połączeń kolejowych. Ostatni pociąg jadący z Ostrołęki przez Chorzele do Szczytna mieszkańcy kurpiowskich miejscowości ze smutkiem żegnali w czerwcu 2001 r. Od tego czasu nieczynna linia niszczała i zarastała drzewami. Jednak mieszkańcy nie zapomnieli o kolei.
Gdy 11 czerwca 2023 r. na odcinku Ostrołęka – Chorzele przywrócony został ruch pociągów, na Kurpiach zapanował entuzjazm. W Chorzelach grała orkiestra młodzieżowa, na przystanku Nowa Wieś Kościelna strażacy witali pociąg salutem wodnym z wozów pożarniczych, a na peronie z inicjatywy mieszkańców wmurowano tablicę upamiętniającą reaktywację połączeń. Na wszystkich stacjach i przystankach gromadzili się mieszkańcy, aby zobaczyć i sfotografować pierwsze po ponad dwóch dekadach pociągi pasażerskie. Całe rodziny wsiadały do pociągów, aby przejechać się przynajmniej do sąsiedniej miejscowości. Zainteresowanie było na tyle duże, że pasażerowie z trudem mieścili się do szynobusów.
Rewitalizacja w epidemii
Linia miała być gotowa w połowie 2022 r. – takie zapowiedzi padały, gdy spółka PKP Polskie Linie Kolejowe w lipcu 2019 r. zawierała umowę z wykonawcą prac. Rewitalizacja 56-kilometrowego odcinka z Ostrołęki do Chorzel kosztowała 426,8 mln zł.
Po nastaniu epidemii mazowiecki samorząd zdecydował, że część funduszy unijnych przeznaczonych na przywrócenie do życia kurpiowskiej linii kolejowej przesunie na walkę z koronawirusem. Decyzja wynikała ze słabego tempa realizacji prac, jak również ociągania się przez PKP PLK ze złożeniem wniosku o dofinansowanie. Ostatecznie umowa między PKP PLK a samorządem została podpisana dopiero w grudniu 2022 r., a więc pod sam koniec realizacji prac. Dotacja z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2014-2020 wyniosła 192,9 mln zł, czyli 45% wartości przedsięwzięcia (zwykle w programach regionalnych unijne dofinansowanie na infrastrukturę kolejową wynosi co najmniej dwie trzecie). Podczas inauguracji przewozów wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel nie omieszkał zaznaczyć, że brakujące pieniądze zostały zapewnione z budżetu państwa: „Rząd postanowił do tej inwestycji dołożyć 100 mln zł, po tym jak trzeba było ograniczyć środki europejskie, wynikające z pierwotnych planów województwa mazowieckiego, ze względu na konieczność ich użycia w innym obszarze”.
Na linii obowiązuje prędkość 100-120 km/h. Trasę z Chorzel do Ostrołęki pociągi pokonują w 45-56 min. (w zależności od tego, czy mają postoje na mijankach). Przed likwidacją ruchu przejechanie tego odcinka zajmowało ponad półtorej godziny.
W porównaniu z sytuacją sprzed ponad 20 lat niemal nie zmieniło się rozmieszczenie punktów zatrzymań pociągów. Tylko przystanek w Olszewce przesunięto w dogodniejsze miejsce – dawniej znajdował się na uboczu poza wsią, a teraz jest w miejscu, gdzie linia przebiega najbliżej zabudowy i krzyżuje się z drogą do sąsiedniej wsi Poścień-Zamion. Nie zdecydowano się na budowę nowego przystanku na południu Ostrołęki (w rejonie osiedla Pomian). Pierwotnie w ramach rewitalizacji zniknąć miał przystanek Raszujka, jednak po apelach mieszkańców i samorządowców spółka PKP PLK – już w czasie realizacji przedsięwzięcia – podjęła decyzję o zachowaniu przystanku w tej miejscowości.
Na zrewitalizowanym odcinku Ostrołęka – Chorzele istnieją dwie stacje umożliwiające mijanie się pociągów: Grabowo i Jastrząbka. Na stacjach powstały tory pozwalające na przyjmowanie składów towarowych o długości wynoszącej nawet 750 metrów.
Stary most kolejowy nad Narwią w Ostrołęce został zastąpiony nową przeprawą, której elementem jest ciąg dla pieszych.
Ruchem pociągów na odcinku Ostrołęka – Chorzele zdalnie zarządza lokalne centrum sterowania, które zostało wybudowane na ostrołęckiej stacji.
Prapremierowe pociągi
Jeszcze przed włączeniem urządzeń sterowania miała miejsce prapremiera przywrócenia linii do życia – pod koniec lutego 2023 r. Biuro Turystyki Kolejowej Turkol zorganizowało przejazd specjalnego pociągu dla miłośników kolei.
Na początku czerwca 2023 r., zanim wrócił regularny ruch, musiały odbyć się jazdy mające na celu zaznajomienie się z linią przez maszynistów i drużyny konduktorskie. Jako że wówczas linia Tłuszcz – Ostrołęka była nieprzejezdna z powodu prac remontowych, szynobus z tłuszczańskiej sekcji eksploatacji i napraw taboru Kolei Mazowieckich musiał dotrzeć na linię Ostrołęka – Chorzele przez Małkinię i Ostrów Mazowiecką, a więc kolejną linią czekającą na reaktywację połączeń (pociągi pasażerskie przestały kursować linią z Małkini do Ostrołęki w 1993 r., ale wciąż jeżdżą nią składy towarowe).
Najtańsze bilety w Polsce
Koleje Mazowieckie – na co dzień wyróżniające się drogimi biletami – postanowiły przyciągnąć pasażerów na Kurpiach bardzo atrakcyjnymi cenami. Na trasie Chorzele – Ostrołęka bilet jednorazowy kosztuje 4,20 zł, a miesięczny 49 zł (w standardowej taryfie za jednorazowy bilet trzeba by zapłacić 19,70 zł, a za miesięczny 395 zł). Dzięki ofercie promocyjnej, która ma funkcjonować do końca 2023 r., odcinek Ostrołęka – Chorzele obecnie charakteryzuje się więc najtańszymi biletami kolejowymi nie tylko w województwie mazowieckim, ale i w całej Polsce.
Choć pierwszego dnia na reaktywowaną linię skierowano szynobus z najnowszej posiadanej przez Koleje Mazowieckie spalinowej serii 222M, to do regularnej obsługi trasy przewoźnik przypisał mające już ponad 40 lat szynobusy VT627.
Z Chorzel odjeżdża osiem pociągów na dobę: od 5:27 do 20:40. W Ostrołęce skomunikowane są one z pociągami w kierunku Tłuszcza – czas na przesiadkę wynosi od 5 min. do niestety aż 42 min. Podróż z Kurpi do Warszawy w większości przypadków wiąże się z koniecznością dwóch przesiadek: nie tylko w Ostrołęce, ale także w Tłuszczu. Część połączeń (dwa w dni robocze i jedno w weekendy) kursuje bezpośrednio z Chorzel do Tłuszcza – tu problemem są sięgające nawet aż 20 min. postoje na zmianę kierunku w Ostrołęce.
Najszybsze połączenie zapewnia dojazd z Chorzel do Warszawy w dni robocze w 3 godz. 4 min. (z przesiadką w Tłuszczu), zaś w weekendy w 2 godz. 43 min. (z przesiadką w Ostrołęce na kursujący tylko w soboty i niedziele pociąg przyspieszony).
Otworzyć okno
– „Powrót kolei do gminy Chorzele, do powiatu przasnyskiego i do całego regionu otwiera naszym mieszkańcom kolejowe okno na świat” – mówiła na peronie w Chorzelach burmistrz miasta Beata Szczepankowska. Wiceminister Andrzej Bittel odparł na to, że jak na razie doszło do uchylenia okna, a jego otwarciem będzie wydłużenie relacji pociągów w głąb województwa warmińsko-mazurskiego: przez Wielbark i Szczytno do Olsztyna. – „Kolejnym krokiem i czasem do wykorzystania jest rozmowa pomiędzy dwoma organizatorami” – stwierdził Bittel, kierując swe słowa do stojącego obok marszałka województwa mazowieckiego Adama Struzika. – „Panie marszałku, pan będzie miał tu bardzo dużo do powiedzenia, bo pan i pan marszałek województwa warmińsko-mazurskiego musicie się porozumieć. To jest zadanie do wykonania przez panów marszałków, żeby skłonić kolejarzy z Kolei Mazowieckich, tu jestem pewien, że żadnego problemu nie będzie, i z Polregio, które obsługuje województwo warmińsko-mazurskiego, żeby był pociąg jeżdżący w jednej relacji”.
Burmistrz Beata Szczepankowska podkreśla, że z punktu widzenia leżącej na skraju województwa mazowieckiego gminy Chorzele połączenia z sąsiednim województwem warmińsko-mazurskim są rzeczywiście istotną kwestią: „Bardzo dużo osób studiuje w Olsztynie, jest u nas przychodnia, którą prowadzi lekarz z Olsztyna i często kieruje swoich pacjentów do tamtejszych szpitali, jest również zakład Ikea w Wielbarku, do którego z Chorzel jeździ ponad 500 osób, ponadto w Wielbarku ma zostać uruchomiona jednostka wojskowa. Będzie wiele osób, które będą z tej linii korzystały, gdy pobiegnie w kierunku Olsztyna”.
Także pasażerowie pierwszych pociągów kursujących między Ostrołęką a Chorzelami wciąż podkreślali, że nie mogą doczekać się możliwości podróżowania w stronę Olsztyna. Choć rewitalizacja ograniczyła się do terenu województwa mazowieckiego, to wkrótce uruchomienie połączeń na dłuższej trasie ma stać się możliwe.
Miejmy nadzieję
– „W tej chwili PKP Polskie Linie Kolejowe remontują odcinek od Chorzel do Szyman. Za kilka miesięcy, pod koniec września, będziemy mogli jechać z Ostrołęki do Olsztyna. Takie pociągi kiedyś jeździły, było ich dużo, i miejmy nadzieję, że te połączenia wrócą” – powiedział Ireneusz Merchel, prezes spółki PKP PLK, która zleciła wykonanie remontu 28-kilometrowego fragmentu linii na styku regionów: od Chorzel do Szyman, gdzie zaczyna się zmodernizowany odcinek obsługiwany pociągami relacji Szymany Lotnisko – Szczytno – Olsztyn.
– „Prace na trasie Chorzele – Wielbark – Szymany obejmą wymianę podkładów na długości prawie 3 km i remont pięciu mostów i przepustów. Specjalna maszyna wyreguluje tory na ponad 21 km linii. Wyremontowane zostaną perony w Wielbarku i Jesionowcu” – mówi Przemysław Zieliński z PKP PLK, informując, że w efekcie przedsięwzięcia pociągi między Chorzelami a Szymanami będą mogły kursować z prędkością 60 km/h. – „Zakończenie prac umożliwiających przejezdność planowane jest we wrześniu, a zrealizowanie całego zadania w grudniu”.
W tej sytuacji pytamy marszałka Adama Struzika, jak przebiegają ustalenia z samorządem województwa warmińsko-mazurskiego w kwestii uruchomienia połączeń w pełnej relacji z Ostrołęki do Olsztyna. – „Marszałek Gustaw Marek Brzezin jest bardzo pozytywnie do tego nastawiony” – zapewnia Struzik. – „Teraz musimy rozwiązać problemy taborowe i wszystko wskazuje na to, że zaproponujemy realizację tych połączeń spółce Polregio, bo ona ma odpowiedni tabor. Jest to linia niezelektryfikowana i my nie mamy w tej chwili tyle taboru, żeby Koleje Mazowieckie mogły operować do Olsztyna. Musimy w naszych budżetach uwzględnić to połączenie i je uruchomić, bo po to są rewitalizowane linie, żeby po nich jeździły pociągi, a nie żeby zarastały trawą”.
Ze słów Adama Struzika wynika, że połączenie Ostrołęki z Olsztynem ruszy w grudniu 2023 r.: „Realny termin to jest ten moment, kiedy będziemy mieli nowy rozkład jazdy. Czekamy aż linia zostanie oddana. Zainteresowanie takim połączeniem musi również wykazać Polregio”.
Druga część zadania
Kolejnym problemem nadal czekającym na rozwiązanie jest to, że większe miejscowości – przede wszystkim gminne wsie Baranowo i Jednorożec – oddalone są od linii o kilka kilometrów. Również w Ostrołęce i Chorzelach stacje leżą 4,5 km od centrów tych miast.
Podczas inauguracji ruchu wiceminister Andrzej Bittel stwierdził: „Jestem pewien, że samorządowcy wykonają drugą część zadania, czyli ułożą transport drogowy, po to żeby do pociągu dowozić mieszkańców”.
Rada gminy Chorzele na sesji 15 czerwca 2023 r. – a więc cztery dni po tym, jak do miasta wróciły pociągi – przyjęła uchwałę zakładającą stworzenie lokalnej komunikacji autobusowej. Siedem linii ma połączyć ze stacją kolejową zarówno centrum Chorzel, jak i większość miejscowości leżących na terenie tej gminy. Autobusy mają rozpocząć kursowanie dopiero od stycznia 2024 r.
Wskazana byłaby też modyfikacja trasy linii 3 ostrołęckiego MZK, tak by kursowała ul. Kolejową w Olszewie-Borkach, stając bezpośrednio przy stacji kolejowej Grabowo. Obecnie bowiem przystanki linii 3 oddalone są od stacji o kilkaset metrów. To o tyle istotne, że ze stacji Grabowo jest bliżej do centrum Ostrołęki niż z ostrołęckiego dworca kolejowego.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/125 lipiec-sierpień 2023)
http://www.zbs.net.pl
przez redakcja | środa 12 lipca 2023 | opinie
Manifest pracowników platformowych zrzeszonych w OPZZ Konfederacja Pracy
Wraz z ekspansją aplikacji dostawczych i przewoźniczych normą codziennego życia w Polsce staje się korzystanie z usług biznesu działającego na granicy prawa i pozbawionego społecznej kontroli. Z postępującą wygodą konsumpcji idzie w parze wzrastający wyzysk, degradacja warunków zatrudnienia i skrajne uśmieciowienie stosunków pracy. Komisja Europejska podaje, że nawet 41 procent czasu pracy w branży platformowej jest nieopłacane, a 55 procent pracowników otrzymuje wynagrodzenie poniżej minimalnej krajowej. Widzimy, że pracownicy i pracownice w branżach platformowych pozbawieni są większości praw, które powinny im przysługiwać w zgodzie z polskim kodeksem pracy. Przy bierności instytucji naszego państwa rozwija się system nieuregulowanej eksploatacji pracowników, inspirowany praktykami międzynarodowych korporacji. Mamy prawo obawiać się, że firmy takie jak Uber, Glovo, Wolt stanowić będą awangardę uśmieciowienia rynku pracy. Ich rozwiązania stanowią inspirację dla dalszego uelastycznienia i prekaryzacji siły roboczej w Polsce. Dalszą degradację warunków zatrudnienia obserwujemy już na przykładzie aplikacji Tikrow, specjalizującej się w zarządzaniu pracownikami „na jeden dzień”. Widzimy jak „uberyzacja” zaczyna pojawiać się w handlu i gastronomii, a niedługo może objąć także inne sektory. Model platformowy oznacza brak prawa do uzwiązkowienia, płatnego urlopu, stałej stawki godzinowej, stałej liczby godzin pracy czy przewidywalności wynagrodzenia, a także niższą emeryturę w przyszłości, brak prawa do urlopu macierzyńskiego i chorobowego.
Dlaczego model działania korporacji platformowych szkodzi całemu społeczeństwu?
Agresywna konkurencja. Podważanie podstawowych praw pracowniczych pozwala korporacjom platformowym konkurować w nieograniczonym zakresie z pracodawcami oferującymi lepsze warunki pracy. Absolutna elastyczność siły roboczej, którą cieszą się m.in. takie firmy jak Uber i Wolt umożliwia agresywną konkurencję na rynku dostaw jedzenia i przewozu osób. Wytwarza się presję, która prowadzi do obniżania standardów pracy u lepszych pracodawców oraz stwarza precedens do zaniżania warunków w innych branżach. Przez agresywną konkurencję i zaniżanie płacy platformy dążą do monopolizacji rynku i wyparcia innych firm.
Postępująca prekaryzacja. Praca platformowa przez jej skrajnie niestabilny charakter wytwarza poczucie ciągłej konkurencji między pracownikami i pracownicami. W aplikacjach platformowych dostępność zleceń nie jest w żaden sposób gwarantowana. Wytwarza to sytuację, w której najgorzej sytuowanym pracownikom z minuty na minutę realnie odmawia się pracy. Spędzają oni czas w stanie gotowości, bez przysługującej im płacy. Uważamy, że przyzwolenie na taki model organizacji stosunków zatrudnienia podważa obowiązywanie w Polsce części praw obywatelskich.
Kreatywna księgowość i żerowanie na państwie. Wykorzystanie niestandardowych form zatrudnienia przez pośredników i „partnerów flotowych” umożliwia kreatywną księgowość i omijanie obowiązków podatkowych i ubezpieczeniowych. Pracowników nie łączy często żadna więź prawna z platformą, na rzecz której pracują, duże korporacje pozbywają się w ten sposób jakiejkolwiek odpowiedzialności za pracujących i ich wynagrodzenie. Odbywa się to ze szkodą dla pracujących, pozbawionych dostępu do ubezpieczenia społecznego, jak również dla budżetu państwa i w efekcie – całego społeczeństwa.
Zamiast solidarności i zrzeszeń, skrajna indywidualizacja. W materiałach reklamowych aplikacje starają się przedstawić swoich kurierów i dostawców jako mikroprzedsiębiorców. W rzeczywistości jednak odbierają im możliwość zrzeszania się i realizacji swoich interesów pracowniczych. W modelu społeczeństwa, który stanowi ideał korporacji platformowych nie istnieje możliwość negocjacji zbiorowych. Pracownicy chcący mieć wpływ na swoje środowisko pracy mogą być natychmiast „zbanowani” w aplikacji bez podania przyczyny. Organizacja pracowników i pracownic w związki zawodowe jest znacznie utrudniona lub całkowicie niemożliwa. Zbiorowa reprezentacja interesów jest skutecznie zwalczana. Pracownikom zostaje tylko ciągła konkurencja o dostępność zleceń i wysokość stawek.
Co musi się zmienić w pracy platformowej?
1
Zapewnienie stabilności zarobków. Trzeba skończyć z kontraktami „zero hours” (zerowej gwarancji godzin pracy), które wprowadzają niestabilność zarobkową lub wymuszają na pracownikach oczekiwanie w bezpłatnej gotowości na zlecenie. Trzeba wyegzekwować stosowanie gwarantowanej, stałej płacy. W obecnym modelu płaca waha się z godziny na godzinę, zmniejszając się poza godzinami szczytu lub wraz ze wzrostem liczby aktywnych kurierów, a zwiększając się wraz z pogorszeniem warunków pogodowych.
2
Skończenie z promocją pracy ponad siły. Zamiast stabilnych zarobków, korporacje platformowe oferują pracownikom i pracownicom system pieniężnych „bonusów” za większą ilość wykonanych zleceń. Zamiast godnej płacy za normowany czas pracy wywiera się presję na pracownikach, żeby pracowali ponad siły. Ten eksploatacyjny model zarządzania potęguje obecność takich praktyk jak przyznawanie godzin pracy lub zleceń ze względu na efektywność pracownika. W ten sposób korporacje platformowe odbierają nam zdobycze społeczne w zakresie unormowania czasu pracy i równowagi między życiem osobistym a pracą.
3
Zagwarantowanie praw związkowych. Obecnie prawo do uzwiązkowienia jest realnie podważane. Umowy cywilnoprawne ograniczają realizację prawa do ochrony związkowej. Ochrona przed zwolnieniem jawnych działaczy obowiązuje tylko do końca trwania umowy zlecenia. Po tym czasie korporacje mogą nie przedłużyć umowy reprezentantom związku. Przedstawiciele związkowi zatrudnieni przez pośredników nie posiadają często żadnej ochrony mogą być arbitralnie usunięci z aplikacji platformowych i tym samym pozbawieni możliwości wykonywania pracy.
Ponadto warunek 6-miesięcznego stażu pracy, koniecznego do przyznania pracownikowi na umowie cywilnoprawnej uprawnień zakładowych, stanowi bezzasadną przeszkodę dla zakładania związków i wyłaniania reprezentacji pracowników.
4
Zagwarantowanie prawa do płatnego urlopu. Istotnym aspektem wyzysku stosowanego przez korporację platformowe jest odmawianie pracownikom płatnych dni wolnych od pracy.
5
Wprowadzenie rozwiązań gwarantujących przejrzystość stosowanych przez platformy algorytmów. Obecnie pracą zarządza niejasny, mechaniczny system, który karze bez podawania przyczyn, mierzy efektywność pracowników i wyznacza wysokość ich zarobków. Taki „bezosobowy” algorytm dodatkowo utrudnia zbiorowe negocjacje pozbawia pracowników wspólnej świadomości zasad organizujących ich pracę.
Ze względu na powyższe kwestie konieczne jest zagwarantowanie umów o pracę w branży platformowej: zapewnienie prawa do urlopu, zwolnienia lekarskiego, płatnych nadgodzin, gwarantowanej stawki godzinowej i innych praw społecznych, przysługujących pracownikom w Polsce. Konieczne jest skończenie z modelem zatrudniania przez pośredników i partnerów, który uniemożliwia negocjacje zbiorowe z właściwym pracodawcą.
Ucywilizowanie branży jest konieczne na poziomie europejskim, ponieważ globalne korporacje, które są właścicielami platform internetowych, skutecznie omijają regulacje stosowane na poziomie krajowym – o ile na takie w ogóle napotykają. Rząd przez lata pozwalał korporacjom platformowym swobodnie nadużywać swojej pozycji, tworząc zagrożenia dla pracowników. Dotychczas politycy zainteresowani byli jedynie tym, żeby platformy objęte były regulacjami podatkowymi przynoszącymi przychody do budżetu, natomiast w zakresie poprawy warunków pracy i ochrony praw społecznych nie podejmowali żadnych inicjatyw. Uważamy, że ten błąd można naprawić. Domagamy się poprawy warunków zatrudnienia w branży platformowej już teraz i wyrównania ich do poziomu obowiązującego w innych sektorach. Polski rząd powinien zdecydowanie poprzeć procedowany w Unii Europejskiej projekt Dyrektywy w sprawie poprawy warunków pracy za pośrednictwem platform internetowych w kształcie najbardziej korzystnym dla pracowników. Następnie parlament powinien wprowadzić nowe przepisy do polskiego prawa najszybciej jak to możliwe.
W pracę nad niniejszym dokumentem nieoceniony wkład wnieśli przedstawiciele środowisk badawczych i naukowo-akademickich, m.in. z Uniwersytetu Wrocławskiego, Szkoły Głównej Handlowej, Uniwersytetu Warszawskiego oraz Instytutu Spraw Publicznych.
Poparcia dla Manifestu udzieliło Prezydium Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych podczas posiedzenia w dniu 30 maja 2023 r.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: tanya nova z Pixabay
przez Edouard Gaudot | niedziela 2 lipca 2023 | opinie
„Żółte kamizelki” – najbardziej znaczący ruch społeczny we Francji od roku 1968 – silnie kojarzy się z wątkiem niesprawiedliwej polityki klimatycznej w Europie. Czy ruchy ekopolityczne mogą się czegoś nauczyć od ulicznych protestujących, łącząc miłość i gniew niektórych z solidarnością dla wszystkich?
Trudność w masowej mobilizacji wokół kwestii środowiskowych utrudnia ekologii politycznej osiągnięcie sukcesu. Niepokoje wokół stanu planety, zarazem globalne i lokalne, zdają się czynić kwestię masowej mobilizacji czymś zgoła niemożliwym.
W rezultacie mamy do czynienia bądź to z wytyczającymi nowe szlaki, wysoce świadomymi obywatelkami i obywatelami, zaniepokojonymi stanem planety czy sprawiedliwością klimatyczną – bądź też lokalnymi walkami o potencjalnie burzliwym charakterze. Ekologiczne boje mogą być powiązane z konkretnym terytorium – na przykład „obszary do ochrony”, czyli obozy protestujących w drugiej dekadzie XXI wieku przeciwko lotnisku Notre-Dame-des-Landes i okupujących jego planowany teren. Kampanie przeciwko konkretnym kopalniom, budowie sztucznych zbiorników wodnych czy realizacji projektów infrastrukturalnych, podobnie jak akcje bezpośrednie w rodzaju blokowania transportów z odpadami promieniotwórczymi… Wydarzeniom z tej drugiej kategorii bardzo trudno zdobyć poparcie wykraczające poza obszar bezpośrednio dotknięty danymi zamiarami inwestycji.
Podstawowym problemem jest fakt, iż oddolne ruchy ekologiczne rzadko wykraczają poza swoje wąskie bańki. Nawet gdy ich zmagania krzyżują się z kwestiami zdrowia publicznego – na przykład w latach 90. XX wieku z tematem dioksyn i „choroby wściekłych krów” – to szerokie poparcie społeczne nie jest czymś gwarantowanym. Choć susze mogą dotykać rosnące grono ludzi, a istnienie zmian klimatycznych jest czymś uznawanym już przez większość pytanych, to ruch klimatyczny pozostaje relatywnie nieliczny.
Świadomość społeczna może, od czasu do czasu, doprowadzić do sukcesów wyborczych tej czy innej partii Zielonych czy jej udziału w rządzeniu na szczeblu lokalnym czy krajowym. Pomimo rosnącej świadomości ekologicznej w zachodnich społeczeństwach, mobilizacji grup europejskiej młodzieży, wielokrotnie powtarzanych ostrzeżeń naukowych czy namacalnych, alarmujących kryzysów środowiskowych, napięcia społeczne wciąż rzadko kiedy skupiają się wokół kwestii ekologicznych.
Osoba chcąca udowodnić przeciwną tezę może zwrócić uwagę chociażby na demonstracje przeciwko elektrowniom jądrowym w latach 70. XX wieku, mobilizacje przy okazji Czarnobyla czy Fukushimy, a także na pierwsze marsze ruchu Fridays for Future zainspirowane przez Gretę Thunberg. Warto jednak pamiętać, że historycznie rzecz biorąc ruchy ekologiczne zakorzenione były w mobilizacji określonych grup społecznych, nie były zaś same z siebie osadzone w walkach społecznych i powiązanych z nimi wyobrażeniach.
Pomimo prób zielono myślących liderów i intelektualistów priorytetom ekologii politycznej nie udaje się zestroić z istniejącymi konfliktami społecznymi. Niedawne protesty społeczne pokazują rozziew między imaginarium sprawiedliwości społecznej a zielonym projektem politycznym. W trakcie francuskich protestów przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego język używany przez związki zawodowe czy innych krytyków tego rozwiązania zapożyczony był od ruchów związkowych i ich walki o prawa pracownicze. Uzasadniane względami ekologicznymi argumenty, takie jak konieczność znalezienia nowej równowagi między pracą a czasem na odpoczynek i refleksję nad światem, potrzeba adekwatnego uznania wszystkich form pracy płatnej i niepłatnej czy kwestionowanie wartości, stojących u podstaw społeczeństwa konsumpcyjnego, przeszły właściwie bez echa.
Co gorsza – to odrzucenie zielonych propozycji jako niemożliwych do legitymizacji ograniczeń jednostkowej wolności staje się paliwem dla potężnych ruchów społecznych i politycznych. W Niderlandach BBB (Ruch Rolniczo-Obywatelski) skupił wokół siebie gniew hodowców zwierząt gospodarskich, wściekłych na rządowe plany dotyczące drastycznego ograniczenia emisji związków azotu do roku 2030. Skrajnie prawicowe partie w różnych zakątkach Europy próbują pozyskać poparcie w klasie robotniczej, wykorzystując do tego swój sprzeciw wobec powstawania stref niskich emisji w miastach, planowanych zakazów rejestracji nowych pojazdów z silnikiem spalinowym czy prób dyskretnego nakierowania zachowań konsumenckich na bardziej przyjazne dla środowiska.
Gilets jaunes – aktywizm ekologiczny?
Mimo iż z pozoru wyglądał zupełnie inaczej, jeden z największych ruchów społecznych w najnowszej historii Europy ma głęboko ekologiczne korzenie. Jego wybuch spowodowany został obniżeniem maksymalnej dopuszczalnej prędkości na wielu głównych drogach, później zaś zwiększeniem opodatkowania paliw. Francuskie „żółte kamizelki” przez 18 miesięcy swoich cotygodniowych protestów – aż do ich wygaszenia w wyniku lockdownów, spowodowanych pandemią koronawirusa – trzymały kraj na ostrzu noża. Ruch ten symbolizował sprzeczności społeczeństwa bazującego na motoryzacji indywidualnej. To mieszkający na wsi i przedmieściach – oddaleni geograficznie, kulturowo i ekonomicznie od metropolitarnych centrów władzy – mieli ponieść koszt wzrostu cen paliwa. Dla takich osób koszt pełnego baku był odpowiednikiem kosztu chleba dla niegdyś walczących z ancien régimem.
Ruch „żółtych kamizelek” był rewoltą przeciwko „społecznej ideologii motoryzacji”.
Jesienią roku 2018 pod petycją przeciwko podwyżkom cen paliwa podpisało się przeszło milion osób. Inicjatywa przedsiębiorczymi Priscilli Ludosky była jednym z wielu spontanicznie zorganizowanych protestów przeciwko rządowej decyzji o podwyżce opodatkowania paliw, która sfinansować miała zieloną transformację. Była również jedną z tych, która w najbardziej widoczny sposób pokazała ślepą uliczkę, jaką jest nasz krążący wokół samochodu styl życia, kwestionując niemożliwą do utrzymania dwulicowość polityki ekologicznej, opierającej się na obarczaniu jej kosztami wyłącznie najuboższych.
Ruch „żółtych kamizelek” był rewoltą przeciwko „społecznej ideologii motoryzacji” – opisując sytuację za pomocą określenia stworzonego przez filozofa André Gorza w roku 1973. Podkreśla ono cenę, jaką niesie ze sobą wolność dawana przez samochód – kres lokalności, erozję więzi społecznych, pogarszanie jakości usług oraz życie w cieniu anonimowych witryn supermarketowych i kompleksów rozrywkowych. Witamy w „społeczeństwie ronda”. – Gilets jaunes byli pierwszymi, którzy ujawnili niepodważalne powiązania między nierównościami społecznymi i ekologicznymi – uważa były lider francuskich Zielonych, David Cormand, prezentując tę tezę w swej książce z 2022 roku, „Ce que nous sommes” (Czym jesteśmy). Analizy przyczyn gniewu protestujących częstokroć odnosiły się do poczucia degradacji społecznej i niepewności sytuacji życiowej, odczuwanej przez niższą klasę średnią oraz klasę robotniczą, pogarszających się więzi społecznych oraz szeroko odczuwanej utraty zaufania wobec instytucji, elit i „systemu”.
„Żółte kamizelki” były bowiem również powstaniem przeciwko bezosobowemu, dehumanizującemu systemowi. Symboliczna demokracja zaimprowizowanych zgromadzeń, odbywających się na rondach, nie umknęła uwadze obserwującym ten ruch. Poprzez odzyskanie tych brzydkich, zabetonowanych przestrzeni, służących jedynie temu, by przez nie przejeżdżać, gilets jaunes odtwarzały przestrzeń wspólnotową. Wypełniały je altankami, namiotami, dziełami sztuki i prowizorycznymi miejscami noclegu, zamieniając w obszary celebrowania demokracji bezpośredniej, spotkań, debat, przyjaźni i – jeśli wierzyć niektórym doniesieniom – również miłości.
Ci, którym nie pozwalano mówić
Osoby biorące ten ruch na poważnie rozumiały, że spowodowane przez indywidualizm niezadowolenie i poczucie alienacji nie jest czymś ograniczającym się wyłącznie do osób zamożnych i miejskiej klasy średniej. Bunt przeciwko anonimowości i polaryzacji, samotności i izolacji – „żółte kamizelki” ujawniły pragnienie wspólnoty, więzi, wspólnego celu i kultury, tworzonych poza rozsypującym się systemem. Doszło tu do odtworzenia więzi symbolicznej.
Wszystko, czego było jeszcze potrzeba, to filmu w reżyserii kronikarza robotniczych walk i społecznego uwiądu, takiego jak Ken Loach. Osoby, która nakręciliby francuską wersję „Wiatru w oczy” i pozwoliła ruchowi na wejście do średnioklasowego kanonu. Brak ten okazał się istotnym ograniczeniem w rozwoju tego spontanicznego, nieformalnego i niedoświadczonego ruchu.
Rozdarte między potrzebą posiadania liderów a odmową bycia wpisanymi w logikę politycznych żądań i stojących za nimi gadających głów, „żółte kamizelki” nie były w stanie pogodzić ze sobą sprzeczności występujących w ramach ruchu na rzecz demokracji bezpośredniej. Nagabywane przez toksyczne media, chcące narzucić im udział w systemie stworzonym na potrzeby tychże mediów oraz elit politycznych i kulturalnych, odczuły na własnej skórze brak prawdziwych „tłumaczy” – osób o funkcji zdefiniowanej przez antropologa i aktywistę, Davida Graebera. Partie polityczne (tak radykalnie lewicowe, jak i skrajnie prawicowe) deklarujące wrażliwość na potrzeby klasy pracującej, próbowały jak mogły. Ich gafy medialne, polityczna chwiejność oraz oddalenie od tej Francji, której nie za bardzo już znają, jedynie potwierdziło rozpowszechnione wśród gilets jaunes przekonanie, że od ugrupowań politycznych mogą się spodziewać co najwyżej kooptacji do systemu.
„Żółte kamizelki” były jedną z form „politycznej wielości antypolityki” – kolejnym krokiem w długim marszu osób na marginesie systemu politycznego, mówiących „sprawdzam” pozostającym u władzy samozwańczym demokratom. Bez wsparcia tłumaczy, uznanych intelektualistów czy liderów znalazły się na łasce tych w swoich szeregach, którzy poszukiwali własnych 15 minut sławy albo odpowiadały medialnemu zapotrzebowaniu na obrazy stereotypowej przemocy tłumu – nowej, zaktualizowanej wersji „niebezpiecznych klas”.
W tak zarysowanej atmosferze wzajemnego niezrozumienia zakorzeniło się oskarżenie o populizm. Rodzi się on wówczas, gdy rodzą się subalterni – osoby, którym nie daje się przywileju mówienia lub się z niego wyklucza, jak tłumaczyli filozof Étienne Balibar i feministyczna krytyczka Gayatri Chakravorty Spivak. W takim sensie „żółte kamizelki” faktycznie były „populistyczne” – stanowiły formę ekspresji zdominowanych przez dominującą kulturę, w której z góry patrzono na ich wygląd, gusta i zachowania albo, co gorsza, udawano, że lubi się ich „na odległość” i próbowano wpisać w fałszywie skonstruowaną „wielką debatę”.
Polityczne ujście dla ruchu społecznego nie jest możliwe bez wysiłku intelektualistów.
Gilets jaunes potrzebowali pośredników do stania się rzeczywistym ruchem politycznym – społecznym i ekologicznym – w sytuacji tak głębokiego „załamania demokracji”. Rzeczniczek i rzeczników, którzy mogliby uniknąć wpadnięcia w pułapki zastawiane przez system medialny i instytucjonalny. Osób potrafiących tłumaczyć gniew i rewoltę – rzeczywistość doświadczaną przez niektórych – na język zrozumiały dla wszystkich. Charakteryzująca niektóre ekscesy ruchu przemoc po części brała się z niezdolności do słuchania ze strony ludzi, którzy głosów tych słuchać powinni.
Każda rewolucja potrzebuje poetów
Jeśli jest jakiś powód, dla którego kolejna z niezliczonych chłopskich rewolt zamieniła się w Rewolucję Francuską to właśnie dlatego, że stan trzeci miał w swych szeregach pośredników – zwiastunów tego, co nadchodzi. Prawników, handlarzy, wiejskich księży, dziennikarzy. Tych, którzy głośno mówili o niezadowoleniu i nieprawidłowościach.
W sierpniu roku 1980 katolicki dziennikarz (i przyszły polski premier) Tadeusz Mazowiecki oraz żydowski historyk i dawny komunista, Bronisław Geremek, pojawili się w Gdańsku, przywożąc ze sobą list 64 intelektualistów, wspierających robotniczy strajk w Stoczni im. Lenina. Wraz z przywódca tworzącego się ruchu związkowego, Lechem Wałęsą, tworzyli zestaw będący żywym dowodem na sojusz inteligencji i klasy robotniczej. Geremek wspominał później, że gdy wraz z Mazowieckim mieli już wyjeżdżać z miasta, Wałęsa zatrzymał ich i domagał się, by mówili w imieniu strajkujących o ich konkretnych żądaniach. Ówcześni intelektualiści byli często niegdysiejszymi członkami partii komunistycznej, zdolnymi do posługiwania się językiem swoich adwersarzy. Znali jego reguły, sztuczki i pułapki. Zmagania „Solidarności” z systemem komunistycznym, których kulminacją były obrady Okrągłego Stołu w roku 1989, nigdy by się nie powiodły bez współpracy intelektualistów i ruchu społecznego.
Polityczne ujście dla ruchu społecznego nie jest możliwe bez wysiłku intelektualistów. Nie wystarczy, by przywództwo kanalizowało nadzieje i gniew osób tworzących dany ruch – to osoby tworzące ów ruch muszą być zdolne do negocjacji i porozumienia z adwersarzem. To nowe odpowiedniczki i odpowiedniki Byrona, Goethego, Lamartina, Petöfiego, Hugo, Bölla czy Sartre’a mogą dać protestującym na barykadach głos w korytarzach władzy, przenosząc go ze spontanicznych, oddolnych protestów na imprezy klasy średniej i tłumacząc język ulicy na metafory, które wypada używać „w towarzystwie”.
Oto posłańcy i tłumaczki. Osoby, które mają za zadanie nieść głos niesłyszanych i pomagać im w tym, by zostali wysłuchani. Gdy bowiem rządzi wzajemne niezrozumienie, efektem końcowym jest brak zaufania i przemoc.
Jedyna siła polityczna dysponującą narzędziami, które mogłyby pozwolić jej na zrozumienie demokratycznego, ekologicznego i społecznego podłoża opisanej rewolty – francuscy Zieloni – nie spełnili tej roli.
Populistyczne przebudzenie Europy jeszcze się nie skończyło. Jeśli formacje ekopolityczne na całym kontynencie chcą skorzystać z okazji, jaką ono tworzy – unikając zarazem zmiany na gorsze – muszą zrozumieć wygenerowane przezeń zapotrzebowanie na tłumaczenie aspiracji ludu i dawanie im politycznego ujścia. Wymagać to od nich będzie wyjścia poza centra miast i zapuszczenia nowych korzeni w społeczeństwie. Przede wszystkim oznacza nabycie zdolności do mówienia językami klas społecznych innych niż ich własna.
Edouard Gaudot
tłum. Bartłomiej Kozek
Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Annabel_P z Pixabay.