przez Anna Czepiel | niedziela 7 stycznia 2024 | opinie
Tegoroczne wybory przyniosły imponujący dowód patriotyzmu w postaci niemal 75-procentowej frekwencji. Ktoś – na przykład sprzeciwiający się chwaleniu Polaków za wysoką frekwencję Jan Rokita („Cynobrowe liny”, Teologia Polityczna, 17.10.2023 r.) – mógłby tu zaprotestować, mówiąc, że wysoka frekwencja nie jest dowodem patriotyzmu, lecz zwykłej polaryzacji. Nie zaprzeczam, że polaryzacja miała swój znaczący wpływ, lecz partykularyzm głosowania na konkretne stronnictwa (PiS bądź jedno z czterech stronnictw antyPiS) w tym przypadku nie unieważnia tego, że jest coś wzruszającego i obiektywnie patriotycznego w tym, że aż tylu obywateli poszło do lokali wyborczych. Każdy z nich oddał bowiem głos na taką wizję Polski, którą uważa za lepszą.
Jednocześnie drastyczna różnica między frekwencją w wyborach (74,38 proc., prawie 22 mln ważnych kart) a tą w referendum (40,91 proc., 12 mln ważnych kart) każe mówić, że 10 mln obywateli postąpiło antypatriotycznie, rezygnując z szansy na przedstawienie jakiegokolwiek swojego stanowiska w referendum – czy byłaby to odpowiedź „tak” lub „nie” na poszczególne cztery pytania, czy byłoby to oddanie głosu nieważnego. Oczywiście zarzut antypatriotyzmu nie dotyczy tych jednostek, których odmowa udziału w referendum wiąże się z pewnymi szczególnymi cechami charakteru lub poważnym przemyśleniem sprawy. W większości przypadków był to jednak wynik ulegnięcia przekazowi „nie daj sobie wcisnąć referendum”, bezwolnego pójścia za narracją, która nie pozwalała już na myśl, że można coś wyrazić, biorąc udział w głosowaniu, choć stosunkowo łatwo było właśnie o taką wolnościową i szlachetną intuicję. Ośmielam się więc wyrazić dość mocne stwierdzenie, że mamy w Polsce około 10 milionów obywateli, którzy są pół-patriotami, a pół-zdrajcami.
Można też ująć to w inny sposób i mówić o 10 milionach obywateli, którzy z jednej strony pokazali się jako samodzielnie myślący i czujący indywidualiści, a z drugiej strony – jako uczestnicy owczego pędu. Ochoczo głosując w wyborach do Sejmu i Senatu na konkretnych przedstawicieli, postąpili bowiem zgodnie ze sobą (choćby z odruchem pragnienia pożegnania partii rządzącej i normalizacji polskiej polityki); w drugim przypadku zaś – ulegając popularnym przekazom – antyindywidualistycznie uznali, że zdradą stanu (czy też po prostu kompromitacją) jest już samo wzięcie karty referendalnej, zamiast w duchu „ja też mam coś do powiedzenia!” uważać, że „propaństwowa” lub „antypaństwowa” (czy też „kompromitująca” bądź „zasługująca na szacunek”) będzie dopiero konkretna odpowiedź, jakiej udzielą jednostki. Być może cytowany w pejoratywny sposób przez Rokitę pomysł opisany w sztuce Arystofanesa, żeby obywateli migających się od głosowania (w tym przypadku – właśnie od bezpośredniego sprawowania suwerenności przez demos) oznaczać cynobrowym śladem na ubraniu, byłby zasłużoną symboliczną karą w przypadku tak niefrasobliwej rezygnacji z szansy dawanej przez kartę referendalną. Z szansy – powtórzmy to jeszcze raz – nie tylko na wsparcie PiS-u, ale też na coś przeciwnego: na stworzenie własnej konfiguracji odpowiedzi czy wyrażenie buntu w postaci głosu nieważnego.
Przed wyborami argumentowałam, że strona liberalna powinna była wzywać nie do bojkotu referendum, ale do głosowania na odpowiedzi antypisowskie (np. prouchodźcze) czy też właśnie do zamanifestowania sprzeciwu wobec sposobu sformułowania pytań przez wrzucenie pustej kartki. Taki sprzeciw – inaczej niż bojkot referendum – nie byłby bowiem wypisywaniem się ze wspólnoty. Byłby to bunt jednostek w ramach wspólnoty. Co więcej, obranie przez opozycję takiej strategii miałoby nie tylko wymiar wspólnotowo-idealistyczny, ale także pragmatyczny, ponieważ wtedy wynik referendum nie byłby – jak niestety się stało – zafałszowany na korzyść światopoglądu PiS.
Powyższe charakterystyki nie służą wyłącznie rozpamiętywaniu tego, co minęło. Przeciwnie, sądzę, że owa usilna – i, jak widać po różnicy między frekwencją wyborczą a referendalną – skuteczna promocja dezercji z referendum była krokiem nieprzemyślanym, który może rezonować w społeczeństwie jeszcze na długo po wyborach 2023 roku i destrukcyjnie wpływać na przyszłość polskiej polityki i rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Otóż atakowanie ludzi silnym przekazem „referendum to ściema” oraz prasowymi i tiktokowymi „poradnikami wyborczymi”, które okazywały się tak naprawdę instrukcjami, jak odmówić wzięcia karty referendalnej – a także okraszone w mediach społecznościowych serduszkami powyborcze komentarze typu „nie tylko odsunęliśmy PiS od władzy i osiągnęliśmy rekordową frekwencję, ale także uwaliliśmy referendum” – stworzyły dość silny przekaz, w którym, w przeciwieństwie do wyborów przedstawicieli, identyfikuje się referenda z czymś złym, podejrzanym, czego należy odmówić lub przynajmniej podchodzić do tego z wielką ostrożnością.
18-letnia dziś hipstersko ubrana kobieta z błyskawicą Strajku Kobiet na torbie, która niedawno zdobyła świadomość wyborczą i feministyczną, zapamięta, że głosując po raz pierwszy w roku 2023, wypowiedziała w lokalu władczym tonem polecenie: „bez karty referendalnej”. W jej umyśle stworzy się skojarzenie, że referendum jest czymś przeciwnym byciu po stronie demokratycznej i feministycznej. Podczas gdy to właśnie możliwość opowiedzenia się za czymś w referendum jest reprezentacją sprzeciwu wobec narzucających coś odgórnie patriarchalnych struktur, w tym – może być przypadkiem wykorzystania przeciw patriarchatowi jego własnej broni. Podobne skojarzenia powstaną u wyborców głosujących w jednej z komisji na warszawskim Bemowie, gdzie ludzie – w drodze efektu kuli śnieżnej – naśladowali tych, którzy stali przed nimi w kolejce, i powtarzali do członków komisji: „ja też bez karty referendalnej”. Postępowanie takie utrwalało pewną postawę wyższościową: „my tylko głosujemy na przedstawicieli, jesteśmy za mądrzy, żebyśmy brali udział w jakimś referendum”. Choć oczywiście jest to tak naprawdę postawa niższościowa: obywatel nie korzysta z przysługującego mu prawa do wypowiedzenia się w konkretnej kwestii, bo wmówiono mu, że zasługuje tylko na wybór przedstawicieli – na „wolność nowożytnych”, a nie na „wolność starożytnych”.
Jak można domniemywać po tych przykładach, efekty, jakie kampanie na rzecz bojkotu wywarły na psychice indywidualnej i zachowaniach społecznych, daleko wykraczają poza niechęć do „tego konkretnego referendum” i zaczynają przypominać raj liberalnych przeciwników demokracji bezpośredniej. Jak argumentowałam w tekście dla „Rzeczpospolitej”, to za mało, żeby sama niechęć do konkretnego występku PiS-u wzbudziła tak agresywne kampanie i hasła jak „nie daj sobie wcisnąć referendum”, „referendum to ściema”, „nie bierz karty”. Swój udział musiała tu mieć zakorzeniona w umysłach wielu sympatyków liberalizmu niechęć do demokracji bezpośredniej jako takiej.
Niezależnie od intencji, wzywanie do bojkotu głosowania, które to apele w masowym odbiorze były równoznaczne z obrzydzaniem referendów jako takich, stanowiło przejaw braku długoterminowego, strategicznego myślenia Koalicji Obywatelskiej i Lewicy na temat naprawy polskiej polityki oraz przywrócenia wspólnotowości i różnorodności zamiast polaryzacji. Wykreowanie „podprogowego” negatywnego i podejrzliwego skojarzenia z referendami – w jakimś sensie grającego też na identyfikacji referendów z prawicą i czymś w sam raz dla jej wyborców, czyli, według pewnej narracji, „motłochu” – może jeszcze bardziej zniechęcić ludzi do podpisywania się pod oddolnymi wnioskami o organizację referendów. A także sprawić, że gdy to nowa, lewicowo-liberalna koalicja rządząca (czy to z powodów idealistyczno-wspólnotowych, czy bardziej pragmatycznych i partykularnych, jak większa legitymizacja jej polityki, zyskanie na wizerunku czy zatarcie wewnętrznych napięć) będzie chciała przeprowadzić tego rodzaju głosowanie, spotka się z niezrozumieniem, brakiem zaufania i niską frekwencją. Obywatele poczują się zdezorientowani, bo przecież podczas poprzednich wyborów było to „coś złego” i niepotrzebnego, a skoro tak, to i tutaj nie należy brać udziału, bo na pewno to referendum jest kolejną „ściemą” czy „kompromitacją święta demokracji”.
Konsekwencją byłaby nie tylko wizerunkowa porażka nowej władzy, lecz przede wszystkim utrudnienie przenoszenia decyzyjności z poziomu arbitralnej władzy na poziom obywateli w ów specyficzny – łączący indywidualizm ze wspólnotowością, ale nie z kolektywizmem – sposób, jaki daje demokracja bezpośrednia. Nawet jeśli idea demokracji bezpośredniej nie należy do rdzenia światopoglądu nowej koalicji, jej przedstawiciele często przypominają, że ich misją jest zastąpienie PiS-owskich uzurpacji nie tylko spokojem i merytoryką, ale też prawdziwym wysłuchiwaniem obywateli. Nawiązanie do istotowo liberalnej, ale także związanej z demokracją bezpośrednią sprawczości jednostki-obywatela znajduje się choćby w specyficznym rozłożeniu akcentów w logo KO: „koalicJA OBYWATELska”, jak również na popularnym plakacie autorstwa Łukasza Rayskiego „konsTYtucJA”, gdzie „ty” jest białe, a „ja” czerwone (co było interpretowane przez prawicowych publicystów jako promocja narcyzmu; sądzę, że nie należy wykluczać założenia o ukrytym znaczeniu tego koloru, choć wolałabym tu mówić o słusznej dziś, stosunkowo dziś rzadkiej wśród liberałów, promocji indywidualnej dumy w kontekście innym niż LGBT).
Inteligentnemu politykowi czy publicyście, w tym liberalnemu, może też przyjść do głowy, że tak naprawdę referenda przyczyniają się do depolaryzacji społeczeństwa – po pierwsze dlatego, że likwidują bezsilność i frustrację związaną z tym, że to nie sami obywatele, lecz władza odgórnie ustaliła nowy porządek, a zatem podział na jego zwolenników i przeciwników, gdzie obie grupy – mimo ich aktywności m.in. na protestach – są skazane na relatywnie bierną rolę. Po drugie dlatego, że mimo iż odpowiedzi w referendum mają dychotomiczny charakter (tak/nie), to tego rodzaju pytanie zadawane jest w różnych konkretnych sprawach. Referendalne głosy odrywają się zatem od polaryzujących pakietów, w ramach których zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa (i jego plemion) osoba posiadająca jeden pogląd z danego pakietu powinna posiadać również resztę z tego samego pakietu.
Antyreferendalny przekaz wynikły z kampanii na rzecz bojkotu może się utrwalić, jeżeli po 2023 roku przez długi czas nie będzie w Polsce żadnego referendum ogólnokrajowego. Co innego, gdyby relatywnie niedługo – na fali ożywczego dla polskiej polityki fermentu zasianego przez zmianę rządu – po specyficznym referendum PiS-owskim odbyło się inne tego typu głosowanie. Wówczas również polska polaryzacja zadziałałaby na korzyść demokracji bezpośredniej – sprzyjające nowemu, lewicowo-liberalnemu rządowi w Polsce media uruchomiłyby narrację, że w referendum warto wziąć udział.
Elementem wysłuchiwania ludzi przez nowy rząd i potrzebnego po 15 października przypominania, że warto ufać demokracji bezpośredniej, mogłoby być poddanie pod referendum dwóch spraw, które PiS w sposób uzurpatorski rozstrzygnął w czasie swych rządów: jednej dotyczącej autonomii moralnej obywateli (chodzi o kształt prawa aborcyjnego), a drugiej dotyczącej codzienności i praw związanych z pracą i konsumpcją (zakaz handlu w niedzielę).
Jako pewne ćwiczenie Polski w demokracji bezpośredniej lepsza wydaje się jednak kwestia niedzielnego handlu. Sprawa ta nie jest bowiem tak polaryzująca moralnie jak problem aborcji. Podczas gdy głosowanie w sprawie aborcji mogłoby raczej pełnić rolę wyjątkowego referendum, które wydarza się w liberalnych demokracjach raz na dłuższy czas (jak głosowanie nad przyjęciem konstytucji z 1997 r. czy akcesją do UE w 2003 r.), referendum w sprawie handlu w niedzielę, ze względu na to, że odnosi się do codzienności obywateli, mogłoby oswajać obywateli z „ateńskim” czy też raczej dzisiejszym „szwajcarskim” sposobem decydowania o życiu w państwie. Dodatkowym atutem kwestii handlu w niedzielę jest fakt, że nie stanowi ona zagadnienia czysto proceduralnego. Posiada pewne cenne dla pobudzenia polskiej debaty i dociekań myślowych (w tym całkiem oddolnych, „prywatnych” rozmów i solilokwiów) tło w postaci sporu o spuściznę chrześcijańską, etykę i rozumienie liberalizmu.
Podobnie jak kwestia referendum w sprawie aborcji, głosowanie w sprawie handlu w niedzielę popierane jest przez Trzecią Drogę – relatywnie ochoczą zwolenniczkę demokracji bezpośredniej na tle KO i Lewicy (miała ona także w swoim programie wyborczym nieco utopijny, acz interesujący projekt przekształcenia Senatu w instytucję złożoną ze stu wylosowanych obywateli). „Sprawa dotyczy wszystkich, dlaczego tylko politycy mają o tym decydować?” – stwierdził Michał Kobosko z Trzeciej Drogi, proponując pod koniec sierpnia dopisanie kwestii otwarcia sklepów w niedzielę do listy pytań referendalnych zadanych przez PiS. Podobnie jak Konfederacja, która zaproponowała własne pytania referendalne i uważała, że decyzję w referendum ich wyborcy powinni podjąć zgodnie z własnym sumieniem, Kobosko, w przeciwieństwie do swoich kolegów z KO i Lewicy, nie wykazał się programowym uprzedzeniem do demokracji bezpośredniej, lecz uznał referendum PiS za coś, co można wykorzystać w celach proobywatelskich. Zobaczymy, czy on i jego partyjni koledzy będą w sprawie niedzielnego handlu skutecznie apelować o zastąpienie niegdysiejszego arbitralnego werdyktu rządu PiS werdyktem obywatelskim.
Pozytywne nastawienie do referendów w środowisku lewicowo-liberalnym częściowo przywraca także niedawny postulat Lecha Wałęsy, aby odwołać w ten sposób prezydenta Andrzeja Dudę. Ponieważ kadencja prezydenta jest ustalona w konstytucji, liczni prawnicy uznali, że głosowanie takie byłoby niepraworządne. Jednak aplauz „zwykłych” obywateli, którzy są przeciwnikami Dudy i PiS-u, każe poważnie zastanowić się, czy nie wprowadzić w Polsce instytucji referendum odwoławczego na poziomie nie tylko samorządowym (art. 170 konstytucji), ale też centralnym – na wypadek gdyby obywatele uznali, że np. prezydent szczególnie sprzeniewierzył się swoim obowiązkom. Ewentualne nowe rozwiązania prawne w tej sprawie poparł w rozmowie z Polskim Radiem poseł Bartosz Romowicz z Trzeciej Drogi. Co ciekawe, prawnik prof. Marek Chmaj, inspirując się propozycją Wałęsy, zaproponował referendum nie tyle w sprawie skrócenia kadencji Dudy, ile w „ważnych kwestiach ustrojowych” (jak religia w szkołach, legalizacja marihuany czy eutanazja). Proponuje więc – i słusznie – coś bardzo podobnego do wyśmiewanego przez liberałów zaproponowanego przez Dudę w 2018 r. referendum konsultacyjnego.
Niewątpliwie referendum w ważnej dla wszystkich sprawie – takiej jak np. handel w niedziele – byłoby czymś sprawiedliwym z punktu widzenia urealniania polskiej demokracji, tworzenia poczucia wspólnoty oraz zaspokojenia indywidualnej potrzeby wypowiedzenia się wielu Polek i Polaków. Przywracałoby również demokracji bezpośredniej należny dobry (a przynajmniej neutralny) wizerunek po agresywnych wezwaniach do bojkotu referendum 15 października.
Anna Czepiel
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.
przez Monika Kostera | niedziela 17 grudnia 2023 | opinie
Przez tych kretynów Mira i Wilka, przez których spłonął dom ich gospodarza w terenie badawczym [zobacz poprzedni odcinek cyklu: Rajd po Romie], rozkręciła się histeria wokół etyki badań i nie pozwolono nam wyruszyć w teren zgodnie z planem. Zaczęliśmy z rocznym opóźnieniem, bo trzeba było pozaliczać wszystkie te szkolenia i dokształty. Wreszcie spojrzano na nas, nasze twarze były okrągłe i życzliwe, a mieliśmy na nich wypisane sympatycznym atramentem: Nie podpalimy Londynu, obiecujemy! My, czyli doktoranci: Luba i Biezrząd. Nie sfajczymy średniowiecznego Londynu, bo wybierzemy się do wiktoriańskiego – dopowiedzieliśmy. – Do Londynu Oscara Wilde’a, Kuby Rozpruwacza i Sherlocka Holmesa.
Wyższa instancja zgodziła się, lecz też nie od razu zaczęliśmy nasze badania. Najpierw polecieliśmy razem z profesorem Drogodziejem, który miał nas moralnie przysposobić. Wiecie, lepiej nie rzucać się w oczy w obcej dla nas rzeczywistości. Nie mogą nas przesadnie zdziwić handlarze sztucznymi nosami dla syfilityków, ani kukiełkowe przedstawienia pokazujące małżeńskie mordobicie, ani „freak show” z udziałem nieszczęsnego Człowieka Słonia, ani wystawy „dzikusów” z dalekich krajów pokazywanych w zaimprowizowanych egzotycznych wioskach. Grunt to zachować flegmę, umiar i zimny osąd badacza. Cóż tam fryzjerzy, w ramach dodatkowej działalności wyrywający klientom zęby. Cóż tam Armia Zbawienia, pożyczająca bezdomnym „łóżka” wyglądające jak trumny. Cóż tam błagające o parę groszy bose sieroty w dzielnicach biedy. Nie możemy zmienić ich historii, to jak predestynacja. Etyka, etyka przede wszystkim!
Zwłaszcza w etycznym Londynie królowej Wiktorii, pani jednej czwartej Ziemi. Niestety, Luba zachowywała się może etycznie, ale jak furiatka. Chociaż…. Gdyby spojrzeć na to z innej perspektywy, to może raczej zachowywała się adekwatnie – bo ciekawe, jak by się czuł szanowny współdoktorant Dudu, gdyby musiał się codziennie pętać koszmarnym gorsetem i wbijać stopy we wnyki zwane w wiktoriańskich czasach trzewikami dla kobiet. I jeszcze łatwopalne krynoliny i ten arszenik, używany na policzki zamiast pudru! Dudu przyznaje, że czułby się miseravelmente.
Dlatego już po kilku próbnych dniach Drożek zabrał nas z powrotem, zarządzono naradę i ustalono, że mamy wrócić w innych rolach. Biezrząd jako artysta malarz i Luba jako jego muza. Muza może sobie chodzić bez gorsetu, ale pod warunkiem, że nie bez stanika po ulicy. Zaś artysta malarz nie musi przesiadywać na arcynudnych wieczorkach dobroczynnych dla bezgranicznie nudnej wiktoriańskiej burżuazji. Oboje odżyliśmy w naszych nowych wcieleniach. Dudu maluje okropnie, ale nikt nie zagląda mu w sztalugi, więc wystarczy natchniona poza i szalik zarzucony niedbale przez ramię. Pod pretekstem wchodzenia w rolę Luba natychmiast nauczyła się palić papierosy (ciekawe, jak szybko się oduczy). A kiedy spróbowaliśmy też absyntu i poszwendaliśmy się po ulicach ze znajomym artystą opiumistą Johnem Loverem, wpadliśmy na szalony pomysł, by równolegle do badań spróbować wytropić Kubę Rozpruwacza.
Prasa wciąż rozpisywała się o atakach przypominającym zbrodnie nieuchwytnego mordercy sprzed kilku lat. Groteskowy (i nieetyczny) pomysł pewnie wyparowałby nam z głów razem z używkami, ale nim do tego doszło, nabawiliśmy się kłopotów. W jakimś zaułku artysta John opiumista zniknął, a my, czyli Dudu i Luba, zgubiliśmy drogę. Nie trzeba było dużo, żebyśmy zaczęli się wyzywać używając sformułowań rodem z leciwego Monty Pythona. Dudu pohukiwał okrutnie, jakby miał zmienić się w doktora Hyde’a. Luba zaś, jakby chcąc na dobre wydobyć się z wiktoriańskiego konwenansu, zamarkowała kilka uderzeń starożytnego jiu-jitsu, które ćwiczyła na zajęciach z wuefu.
– Proszę się nie bać, droga pani, ten łotr nikogo już nie skrzywdzi – usłyszeliśmy głos za plecami – Holmesie, mam na muszce naszego ptaszka!
– Watsonie, nie rozpraszaj się, to elementarne. Pilnuj zbója! – odparł rzeczony Holmes.
– Tak, nikogo już nie skrzywdzisz, Rozpruwaczu – potwierdził Watson, grożąc Dudu rewolwerem.
– Ja Kubą Rozpruwaczem? – zdziwił się Dudu.
– Widzieliśmy, jak grubiańsko zaatakował pan tę damę, a ona nieporadnie próbowała się bronić – odparł Watson. – Nas pan nie zmyli.
– Na żartach się nie znacie czy co? Co z angielskim poczuciem humoru? – oburzył się Dudu.
– Ja damą wymagającą pomocy? – rozdrażniła się Luba. – I niby nieporadnie się broniłam? Mam biało-czerwony pas z sześcioma złotymi pagonami w jiu-jitsu, ty stary pierniku!
– Dżitsu? – wyszedł z mroku Sherlock Holmes. – Ja znam tylko baritsu, miła pani. Faktycznie nie wygląda pani na damę. Skłonny jestem jednak pomóc pani, jeśli wyrazi pani chęć zostania w przyszłości guwernantką albo chociaż pomocą w jakimś szanowanym domu.
– Żebyś się, k…a, nie zdziwił – odparła hardo Luba. Dudu szturchnął ją łokciem w bok. Typek zwany Watsonem szturchnął go kolbą pod żebro. Energia spadała nam drastycznie, czuliśmy jak spływa jednocześnie smętnie i gracko, niczym londyński deszcz po ulicznych kamieniach.
– Jak widzę, woli pani zostać w przyszłości awanturnicą? – łypnął Holmes.
– Już nią jestem – odpowiedziała Luba.
– Nie mamy zatem czego tu szukać, drogi doktorze – rzucił Holmes do Watsona – wracajmy na Braker Street zająć się sprawą Błękitnego Karakułu.
– Zaraz, zaraz – wtrącił Dudu – A nie na Baker Street? I nie w sprawie Błękitnego Karbunkułu?
– A, zawsze się mylę, przepraszam – zmieszał się Holmes.
– Ale przecież Holmes i Watson to postacie literackie. Wy nie istniejecie – rzuciła Luba.
– I nigdy się nie mylicie. Mimo że nie istniejecie. – dodał posępnie Dudu, rozcierając obolałe żebra.
– Ech, kolejni nie dali się nabrać – westchnął z rezygnacją Watson. – Nawet do tego się nie nadajemy, Sherlocku. Trzeba wracać do starego fachu, choć nie ma już przed nim przyszłości.
– O, to ciekawe – podchwycił Dudu – Macie panowie fach bez przyszłości? Nawet nie wiecie, jakie to powszechne w pewnych… hm… kręgach. Poprosimy o kilka szczegółów.
– Tak, bardzo chętnie posłuchamy waszej historii – podchwyciła Luba – Co takiego robiliście, zanim staliście się parą nieistniejących detektywów?
– Okropnie leje. Może chodźmy do mojego studia, mam tureckie papierosy, dostaliśmy od naszego przyjaciela Oscara. I nalewkę od przecudnej Constance… – rozmarzył się Dudu. Należy mieć na uwadze, że niby kolegował się z boskim Oscarem, ale bezczelnie podrywał jego żonę. Z drugiej strony należy też mieć na uwadze, że Oscar aniołem małżeńskim bynajmniej nie był. Co racja, to racja.
Studio było małe, jak na ówczesne standardy wręcz spartańskie. Ale było ciepło i sucho. Goście nieco się zdziwili, że gospodarz sam podaje im trunki, a jego bezczelna muza tymczasem rozpiera się w największym pluszowym fotelu z papierosem. Po służbie nie ma śladów. Wyjaśniliśmy im, że teraz w Paryżu taka moda.
Opowiedzieli nam, że pracowali w rezydencji pewnego Lorda mieszkającego na obrzeżach Londynu. Obaj zatrudnieni zostali w dużym parku. Obowiązki Watsona ograniczały się do płoszenia włóczęgów oraz dokarmiania żołędziami wiewiórek, które uwielbiały córeczki Lorda. Holmes miał bardziej prominentną posadę. Zatrudniony został jako pustelnik mieszkający w grocie na terenie parku. Musiał zapuścić długie włosy, wąsy, brodę i paznokcie. Jako odzienie dostał zgrzebny wór, zabrano mu też buty. Tak miał się prezentować, przynajmniej w godzinach wizyt gości w parku. Właściwie dopiero do snu mógł włożyć ciepłe pantofle. Dostał za to od Lorda wysłużoną Biblię, pęknięte okulary i starożytną klepsydrę. Plus tyle chleba i kości z pańskiego stołu, ile zdoła schrupać. Miał też obowiązkowo dokształcać się w chrześcijańskiej doktrynie, by udzielać gościom porad moralnych. Siedział za pniem przerobionym na stół i opowiadał kocopoły, które goście chcieli usłyszeć. Dwa weekendy w miesiącu miał wychodne – wtedy zastępował go „Watson”, aczkolwiek nie jako pobożny pustelnik, lecz mnich mający za sobą straszną historię rodem z gotyckiej powieści, który złożył śluby milczenia.
– To były całkiem godne warunki, jak na dzisiejsze czasy – stwierdził Holmes smutnym tonem. – Ale po kilku wizytach półgłówków z wyższych sfer, którzy za moje bieda-rady wciskali mi w ręce po kilkadziesiąt funtów, nabrałem ochoty na inne życie. A że do snu lubiłem czytać opowiadania o Sherlocku Holmesie, to pomyślałem, że mógłbym z moim druhem stworzyć taką trupę, grupę, jakby to nazwać…
– Aktorską? – podpowiedział Dudu.
– Raczej rekonstrukcyjną – westchnął Watson.
– Ale nie wyszło? – spytała Luba, zaciągając się papierosem, jak na paryską muzę przystało.
– Nie. Bo na co komu detektyw, który nie rozwiąże żadnej sprawy? Tułamy się po ulicach, czasem ktoś tak się uśmieje, że w zamian za naszą interwencję dostaniemy parę pensów. Ale przyjdzie mi chyba wrócić do groty pustelnika – smutno pokiwał głową Holmes. – Przynajmniej nauczyłem się fragmentów Biblii i mam przekonujący głos.
– Miałem nadzieję, że gdyby udało nam się schwytać Rozpruwacza, coś by to zmieniło, dało nam rozpoznawalność, popularność i pieniądze. Wiecie, prasa napisałaby o nas, że oto pojawili się prawdziwi Holmes i Watson. Sensacja! Ale nic z tego – głos Watsona załamał się. – A ja już mam dość tych cholernych wiewiórek. Jadły lepiej ode mnie…
– A może wasz Lord zatrudniłby was jako ogrodowych Holmesa i Watsona? – rzucił Dudu z błyskiem w oku i miną człowieka, który wpadł na genialny pomysł.
– I jakich życiowych porad mielibyśmy udzielać? Jak rozpoznawać typy błota z całej Anglii? – rozdrażnił się Holmes.
– Może goście opowiadaliby wam zmyślone zbrodnie, a wy byście je rozwiązywali? – rzucił Dudu.
– Albo chociaż dzieci Lorda lubiłyby się z wami bawić? – dodała Luba. – Lubią wiewiórki, to pewnie są miłe i ekologicznie świadome.
– Taaaaa, świadome. Ech…. Ej, a może porwiemy dzieci Lorda i potem je uwolnimy jako Holmes i Watson? – ożywił się Watson. – Nawet jak nas złapią, zdobędziemy sławę.
– To nie jest takie głupie, Watsonie – Holmes zmrużył figlarnie oko. – Zgarniemy okup jako porywacze, a potem jako bohaterowie uwolnimy dziewczęta i dostaniemy kolejną nagrodę. Po takim numerze na pewno już nie zginiemy!
Dudu i Luba dyskretnie zmienili temat na pogodę, co, jak wiadomo, zawsze wszystkich Anglików zajmuje najbardziej, czy to w archaicznych czasach królowej Wiktorii, Monty Pythona czy we współczesnej Ludowej Republice Brytyjskiej.
Lepiej w raporcie nie wspominać, jak sprowadzili na złą drogę dwóch biedaków, w tym jednego pobożnego pustelnika. Z drugiej strony taki sam był on pobożny, jak pustelnik, jak Holmes, więc nie czujemy, że zrobiliśmy coś złego. Właściwie tylko wyrównaliśmy szanse. Czyli dokonaliśmy natychmiastowej redystrybucji, na tej samej zasadzie co inny wielki Brytyjczyk, romantyczny poeta John Lennon nazywał instant karma. My tylko pojawiliśmy się na drodze życiowej tych osób jak zwierciadło redystrybucji czy karmy, i hop! część majątku bezsensownie zawłaszczanego przez Lorda z wiewiórkami przeskoczyło do poszarpanych chlebaków dwóch biedaków z ludu. Na nasze oko, biedacy chętnie rozdystrybuowali dalej co im tam wpadło, ochoczo zostawiając grosz w pubach i w kieszeniach londynianek, które nie chciały być guwernantkami.
Spędzaliśmy dalej pożytecznie i nie całkiem niemiło czas przeznaczony na projekt Londyn. Poznaliśmy troszkę obyczaje środowiska przegranych artystów i kabaretów za trzy grosze (i dla poprawienia bilansu energetycznego czasami też spotykaliśmy prawdziwych ludzi kultury). Luba nieraz miała pożytek ze swojego jiu-jitsu, bo nie były to często środowiska najlepiej wychowane ani też anty-patriarchalne. Aż, pewnego razu, wracając razem z pubu Lamb and the Flag, słabo oświetlonymi uliczkami w strugach nieuchronnego deszczu, natrafiliśmy na pościg.
– Co tu się dzieje? – spytał Dudu jednego z gapiów zgromadzonych jak zwykle tam, gdzie policja krzyczy, żeby się nie gromadzić.
– Gonią Kubę. Teraz już im nie ucieknie – z zadowoleniem pokiwał głową zaczepiony jegomość.
– O ja cię… – powiedział Dudu – ale historia. Widziałem jakąś uciekającą postać – Widzieliśmy, prawda Luba?
– Tak, pędził tam. I gadał sam do siebie.
– Ale co? Co mówił? – zainteresował się jegomość. – Trzeba powiedzieć o tym policjantom!
Luba milczała. – Chyba nie pamiętam.
Dopiero w domu zdradziła Dudu, że skłamała. Dobrze słyszała, co gadał „Kuba Rozpruwacz”.
– Co takiego? – Dudu aż podskoczył.
– Halo, katedra profesora Drogodzieja? Czy ta kontrola badań terenowych jest potrzebna? Podróże w czasie są dobre dla ambitnych świrniętych doktorantów, nie, cholera, dla recenzentów!
prof. Monika Kostera, Adam Węgłowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Kev z Pixabay
przez Remigiusz Okraska | niedziela 10 grudnia 2023 | opinie
Książek o II wojnie światowej i okupacji są setki. Wydawałoby się, że trudno o coś nowego. Oczywiście w dziedzinie drobiazgowych analiz zapewne czeka jeszcze sporo nowych odkryć, syntez czy interpretacji dokonanych przez historyków. Ale gdy mamy na myśli czytelnika „zwykłego”, nieśledzącego naukowych dyskusji, to białych plam historii drugowojennej zostało raczej niewiele. Szczególnie po zmianie ustrojowej, która pozwoliła opisać szereg tematów, wątków i postaci spychanych wcześniej na margines czy w zupełną niepamięć.
Sięgałem zatem po książkę Otylii Toboły z ostrożnością. Sięgałem właściwie tylko z powodu tego, że los rzucił mnie w pobliże okolic, którym poświęcone jest „Lutyńskie tango i inne historie wojenne z Zaolzia”. Po przeczytaniu sądzę jednak, że będzie ona ciekawa także dla odbiorców spoza regionu – czy to interesujących się II wojną światową w ogóle, czy to szukających dobrej, wciągającej lektury z pogranicza beletrystyki i literatury faktu. Te 500 stron czyta się niemal jednym tchem, a po zakończeniu nie ma się poczucia, że to tylko „kolejna książka o II wojnie”.

Autorka to dziennikarka radiowa i telewizyjna, scenarzystka, szczególnie zainteresowana tematyką historyczną, długo związana z działem audycji polskich w Radiu Czechosłowackim, a później Czeskim w Ostrawie. Pochodzi z Zaolzia i od lat dokumentuje relacje tamtejszych świadków historii. „Lutyńskie tango” wydane w roku 2023, dwie dekady po pierwszej edycji, to już trzecie wydanie, tym razem poprawione i rozszerzone. Ukazało się ono jednocześnie z pierwszym czeskim, co ze względu na tematykę wydaje się bardzo dobrym rozwiązaniem.
Wspólnym mianownikiem zebranych tu tekstów jest, rzecz jasna, Zaolzie. Spora część epizodów opisanych przez Tobołę dzieje się na pograniczu polsko-czeskim Śląska Cieszyńskiego, czyli na terenie o mieszanym składzie ludnościowym i powikłanej historii dotyczącej przynależności państwowej tego obszaru. Nierzadko wybrzmiewają tu reminiscencje przedwojennej przeszłości – polsko-czeskiego konfliktu narodowościowego po I wojnie, administracyjnych szykan wobec Polaków w międzywojniu, odzyskania Zaolzia przez Polskę w 1938. Nie chodzi tylko o ludnościowo-terytorialny kontekst opowieści, lecz także o wpływ takich wydarzeń na przebieg relacji w trakcie II wojny oraz na indywidualne i grupowe strategie przetrwania hitlerowskiego koszmaru. Ale są tu perypetie nie tylko regionalne. Autorka śledzi bowiem wojenne i okupacyjne losy tych polskich mieszkańców Zaolzia, których ówczesna straszliwa rzeczywistość rzuciła z dala od ich małej ojczyzny. Nierzadko rzuciła na śmierć, a upamiętnienie mogło przyjść dopiero po wielu latach, jak w przypadku zaolziańskich ofiar terroru sowieckiego, w tym masakr w Katyniu i innych miejscach kaźni zgotowanej przez Stalina. Ale i zbrodnie hitlerowskie wobec Polaków nie zawsze udawało się łatwo, szybko i z należnym szacunkiem upamiętnić w Czechosłowacji.
Na książkę Toboły składa się wiele tekstów. Czasami bardzo krótkich, czasami długich, będących zapisem relacji uczestników czy świadków wydarzeń, stanowiących efekt żmudnych śledztw dziennikarskich i docierania do rozproszonych tropów, historii prostych oraz bardzo zawikłanych, tragicznych oraz mających happy end. Wszystko to napisane lekko, przystępnie, wciągająco, prostym językiem, z gawędziarskim zacięciem.
Pierwsza część, poświęcona hitlerowskiej napaści we wrześniu 1939, jest krótka i stanowi jedynie przedsmak znacznie bardziej zaawansowanych historii. Część druga, poświęcona realiom okupacji na Zaolziu, to już kawał poważnej literatury. Ukrywanie się przed prześladowcami i konfidentami. Tworzenie struktur podziemnego ruchu oporu. Sabotaż. Szpiegostwo na rzecz aliantów. Partyzantka – pierwszy antyniemiecki oddział zbrojny na terenie całej Czechosłowacji założył 17-letni Polak, Karol Pszczółka. Tortury w wykonaniu gestapowców. Zdrady i ofiary donosów. Odpowiedzialność zbiorowa. Bohaterstwo i lekkomyślność. Czujność i łatwowierność. Morderstwa w zaciszu więziennych cel oraz publiczne egzekucje. Konspiracyjne działania w beskidzkich lasach i wsiach oraz w cieniu wielkiego przemysłu i w podziemiach kopalń. Czyta się to naprawdę jednym tchem.
Nie są to jednak wyłącznie typowe wojenne historie, jakich napisano i spisano już wiele. W książce Toboły relacjom o koszmarze lat wojny i okupacji towarzyszy często szersze tło, dotyczące życia polskiej społeczności na Zaolziu. Jak wtedy, gdy zanim poznamy długi i egzotyczny szlak bojowy Janka Lachety z Mostów koło Jabłonkowa, otrzymujemy ciekawy wgląd w amatorski ruch narciarski Polaków. Tytułowe „Lutyńskie tango” to z kolei kapitalna opowieść o chłopaku z Lutyni Dolnej, Władku Opiole, którego losy autorka odtwarza z iście detektywistyczną pasją. Uzdolniony, amatorsko muzykujący już przed wojną, w jej trakcie ukrywa się pod Pragą. Przypadkowo odnaleziony zbiór jego listów wysyłanych stamtąd do rodziców, trafia po latach do autorki książki, która idzie tym tropem. Po dziesięcioletnim (sic!) dziennikarskim śledztwie Toboła poznaje losy chłopaka: powrót w rodzinne strony, aresztowanie, próbę ucieczki udaremnioną wskutek donosu jednego z cieszyńskich przedsiębiorców, śmierć w publicznej egzekucji. Natrafia też na zupełnie nieoczekiwaną pamiątkę po zamordowanym – nagranie, którego dokonał w czasie wojny w Pradze i które ukazało się na płycie gramofonowej, aby po latach w rodzinnych stronach autora zyskać nowe życie w polskich środowiskach muzycznych.
Dla czytelnika spoza regionu ciekawe będą wątki charakterystyczne dla Śląska Cieszyńskiego. Na przykład antagonizm polsko-czeski i to, jak przejawiał się on przed wojną, w jej trakcie i po klęsce III Rzeszy. Choć, jak w przypadku Emana Pastuszka, przyjaciela wspomnianego Władka Opioły, zdarzały się też przypadki zupełnie inne – chłopak, będący synem polskiego działacza narodowego, w czasie okupacji ożenił się z córką czeskiego działacza narodowego, szczerze przez Polaków nielubianego. Zaangażowany w działania antyniemieckie, uratował życie brawurową ucieczką z kopalni Dąbrowa i szczęśliwie doczekał końca wojny. Jego teściowi, zasłużonemu dla sprawy czeskiej na tym terenie, czescy komuniści po wojnie „podziękowali” pokazowym procesem i skazaniem na długoletnie więzienie.
W sferze relacji polsko-czeskich mamy tu jednak głównie opowieści o wiele mniej optymistyczne. Ich swoistą kwintesencją jest zamykający zbiór tekst o losach kilku postaci z Gródka. „W życiu Józefa Łupińskiego zdarzyło się prawie wszystko, co mogło spotkać Polaka z Zaolzia jego pokolenia. Był rozdział o skutkach czechizacji i skutkach polskiego odwetu, był przedsmak grozy sowieckiej zbrodni i pełnia grozy niemieckiego zniewolenia, a także gorzkie paradoksy lat powojennych…”. Te „paradoksy” to na przykład potraktowanie człowieka, który spędził ponad cztery lata w hitlerowskich miejscach kaźni i przymusowej morderczej pracy tak, że komunistyczne władze czechosłowackie chciały go po wojnie znowu uwięzić i odnotowały, że jest „nielojalny pod względem państwowym i politycznym”. Przy czym autorka nie idealizuje i nie przemilcza w tym rozdziale także nagannych postaw polskich.
Wśród tekstów zgromadzonych w książce szczególnie warta uwagi wydaje mi się opowieść o Józefie Burku. Nauczyciel z Łąk poświęcił wiele lat, mnóstwo wysiłku oraz upór porównywalny niemal z biciem głową w mur, aby po wojnie oddać sprawiedliwość i upamiętnić bohaterskiego żołnierza Armii Krajowej, Jana Gawlasa. Okazało się, że powojenna narracja komunistyczna, ale także regionalna niechęć czeska wobec Polaków, szczególnie tych aktywnych na polu działalności narodowej (Gawlas był przed wojną działaczem młodzieżowych organizacji polskich), stają temu na przeszkodzie. Burek poruszył niebo i ziemię, aby oddać sprawiedliwość bohaterowi, wbrew komunistom, którzy powtarzali… hitlerowską wersję wydarzeń. Dopiął swego i zamknął sprawę, którą miał udokumentowaną w zielonej teczce.
Ale Burek miał też teczkę żółtą. W niej katalogował zapis starań o ukaranie konfidenta gestapo, Edwarda Gałuszki. Człowiek ten swoimi donosami wysłał do więzień i na śmierć licznych polskich konspiratorów z terenu Zaolzia, zdradzając przyjaciół i ludzi, którzy jemu, Polakowi i lekarzowi, zaufali. Komunistyczne władze Czechosłowacji uniewinniły go, argumentując w sposób wręcz groteskowy, że udokumentowana jest jego współpraca z gestapo „tylko” przy zdekonspirowaniu obywateli Polski, a zatem państwo czechosłowackie nie żywi żadnych pretensji wobec takiego osobnika. Konfident wkrótce wyjechał na Słowację, gdzie wiódł żywot szanowanego lekarza. Uniknął wszelkiej odpowiedzialności, a nawet konfrontacji z osobami, które znały prawdę o jego przeszłości, jak autorka książki, która deptała mu po piętach. I która po roku 1989 dowiedziała się, że bezkarność dawnego konfidenta gestapo wynikała z tego, iż pod swoje skrzydła wzięła go w tej samej roli komunistyczna bezpieka czechosłowacka, w pełni świadoma jego dawnych przewin. To znowu historia niemal kryminalna i czyta się ją z wypiekami na twarzy.
Autorka „Lutyńskiego tanga” nie pomija ciemnych kart – zdrada, zaprzaństwo, donosicielstwo i kolaboracja nie ominęły niektórych miejscowych Polaków, którzy w godzinie próby okazali się ludźmi marnymi. Ich czyny i nazwiska zostały na zawsze utrwalone dzięki wysiłkowi dziennikarki. Ich podłość kontrastuje na kartach książki z takimi pomnikowymi postaciami, jak np. agent D 05 – Jan Łaboj z Nawsia, który był jednym z najlepszych i znakomicie zakonspirowanych polskich agentów, m.in. przekazującym aliantom niezwykle cenne informacje o niemieckich zakładach lotniczych w Dessau. Albo z „Chłopcami z oddziału Strzały”, którzy dokonali napaści na znienawidzonych gestapowskich katów biesiadujących w gospodzie w Żywocicach. Po tym zamachu Niemcy dokonali zbrodniczej pacyfikacji wsi, m.in. egzekucji 36 przypadkowych mężczyzn. Czechosłowaccy filmowcy chcieli wykorzystać osoby związane z tamtymi wydarzeniami do stworzenia nieprawdziwego przesłania, jakoby wśród partyzantów byli także Czesi. Zmanipulowany film powstał i został wyemitowany w latach sześćdziesiątych. Cała sprawa miała nieoczekiwany finał, w ramach którego sprawiedliwość dziejowa przejawiła się następująco: „W 1997 roku kontrowersyjny film o Żywocicach zniszczyła powódź stulecia, która zalała piwnice budynku w Ostrawie-Przywozie, gdzie ostrawskie studio Telewizji Czeskiej miało archiwum filmowe” – pisze Otylia Toboła.
Nie mniej ciekawa jest część poświęcona wojennym losom Zaolziaków z dala od rodzinnych stron. Oprócz wspomnianych już perypetii Janka Lachety, mamy tutaj kilka historii o długiej, trudnej i ryzykownej poniewierce na uchodźstwie i frontach walk z hitlerowcami. Tutaj także przejawia się mało w Polsce znana specyfika regionalna. Autorka dociera na przykład do jednego z bohaterów słynnej książki Melchiora Wańkowicza o bitwie pod Monte Cassino. Jan Gazur urodził się w rodzinie trzynieckiego hutnika i w sierpniu 1943 został objęty poborem do niemieckiego wojska. Rodzice podpisali bowiem volkslistę. Nie z powodu utożsamiania się z Niemcami. Ze strachu. Zrobili tak po tym, gdy najstarszy z synów za dwukrotną odmowę sygnowania takiego dokumentu został wysłany na przymusowe roboty do Niemiec, a całą rodzinę straszono wysiedleniem. I tak oto dwudziestotrzylatek trafił na front w niemieckim mundurze i wysłano go do wsparcia hitlerowców broniących Monte Cassino. Gazur, który do Niemców nie odczuwał żadnej sympatii, a w przeddzień wysłania do walki dowiedział się o śmierci swojego brata z ich rąk w obozie koncentracyjnym, przy pierwszej okazji zdezerterował do polskich oddziałów i dalszy jego szlak bojowy wiódł już po stronie aliantów.
Koleje losu rzucały Polaków z Zaolzia nie tylko na zachód, ale także na wschód. Otylia Toboła, gdy tylko zmiana ustrojowa umożliwiła podjęcie tego wątku, zaczęła opisywać śmierć i prześladowania miejscowych Polaków z rąk sowieckich. Brała udział m.in. w pierwszej wizycie czeskich filmowców w Katyniu wiosną 1990 roku. „Tak natrafiliśmy na ślad kolejnego rodaka zamordowanego w Katyniu. Do tej pory na zaolziańskiej liście figurowały czterdzieści trzy takie osoby” – pisze Toboła. W innym z tekstów o kolejnym sowieckim miejscu kaźni czytamy: „Pod pozycją 39 widniało nazwisko starszego posterunkowego Antoniego Szajera. Z rosyjskich dokumentów wynika, że w Miednoje leżą także zwłoki jego zastępcy Antoniego Gałgonka i trzystu innych policjantów związanych z Zaolziem”. W efekcie, jak czytamy w jeszcze innym z tekstów, „Las w Miednoje jest największym zaolziańskim cmentarzem wojennym”.
Autorka „Lutyńskiego tanga” kończy ten rozdział następująco: „…w trawie pod jednym z wysokich krzyży położyłam trzy małe kamyczki, które wieczorem przed wyjazdem wyjęłam z koryta Olzy. Przywiozła je do tej upiornej ziemi, przetkanej tysiącami grobów, gdzie przyszło spocząć także Polakom z Zaolzia. Daleko od szumu fal naszej rzeki…”.
Polecam lekturę książki i tym, którzy są nad Olzą, i tym z daleka od szumu jej fal.
Remigiusz Okraska
Otylia Toboła, Lutyńskie tango i inne historie wojenne z Zaolzia, wydanie trzecie, poprawione i rozszerzone, Kongres Polaków w Republice Czeskiej, Czeski Cieszyn 2023.
W nagłówku tekstu zamieszczono zdjęcie pomnika ku czci osób zamordowanych przez hitlerowców w pacyfikacji wsi Żywocice. Fot. Remigiusz Okraska.
Artykuł zrealizowany w ramach projektu dofinansowanego z środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2023.

przez Natalia Bała | niedziela 3 grudnia 2023 | opinie
Lektura książki Gabora Maté i jego syna Daniela „Mit normalności. Trauma, choroba i zdrowienie w toksycznej kulturze” to wyprawa jednocześnie ku swemu wnętrzu oraz ku światu, w którym żyjemy. Nie przesadzę, choć możliwe, że tak zostanie to odebrane, gdy powiem, iż lektura ta była dla mnie przeżyciem zarówno intelektualnym, jak i transcendentalnym. Czy jest to lektura łatwa? Nie. Książka dotyka najgłębszych traum indywidualnych i społecznych oraz wynikających z nich chorób, nierówności, rasizmu, opresji każdego rodzaju, jaki tylko można sobie wyobrazić. Jednak Maté, jak to dobry lekarz, podaje czytelnikowi znieczulenie. W kroplówce dostaniemy to, co najlepszego i najcenniejszego jeden człowiek może podarować drugiemu. Wielką empatię, wrażliwość i ciepło oraz płynące z nich wsparcie.
Nieeleganckie słowo na „K”
Uczestniczyłam ostatnio w dużym kongresie ekonomicznym. Otwierała go wystąpieniem pewna aktywistka działająca w licznych organizacjach na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu, kwestiom uchodźczym czy nierówności problemom ekonomicznych. Jej przemówienie było bardzo emocjonalne. Biedaczka nieledwie rwała włosy z głowy. Założenie przemowy było następujące: „Nie wiem”. Wyrażała bardzo ekspresyjnie swój lęk i rozpacz, mówiąc jednocześnie o uwalniającym poczuciu przyznania się do własnej niewiedzy. Ta ostatnia dotyczyła rozwiązań problemów, jakie trapią obecnie całe społeczności i poszczególne jednostki na całym świecie. O ile retorycznie było to bardzo sprawne zagranie, i ogólnie udane wystąpienie, to czegoś mi zabrakło. Rozumiem, że można nie wiedzieć, co robić dalej. Ale, umówmy się, działając na tak wielu frontach nie można nie wiedzieć i nie powiedzieć, co jest przyczyną tych zjawisk.
Z szeroko otwartymi oczami i w poczuciu zadziwienia obserwowałam, jak prelegentka gimnastykuje się, by powiedzieć, nie mówiąc. Padały omówienia pięć razy na około, coś w stylu: „Musimy zrewidować wpływy ekonomiczne na społeczeństwo” i inne podobne figury, których nie powstydziłby się żaden mistrz w łyżwiarstwie. Te potrójne toe-loopy były chyba wymagane, by nie nazwać tutejszego systemu ekonomicznego – kapitalizmu.
Przez brak skonkretyzowania i wskazania tego, co w świetle badań naukowców z praktycznie każdej dziedziny jest niepodważalnym faktem, miałam wrażenie, że aktywistka ta została zaproszona jako „dyżurna społeczniczka”. Osoba, która pogada, pogada, a potem zabierzmy się za poważne sprawy. Jak choćby to, jak generować większy wzrost. Biznes jak zwykle. Rozpiszemy granty, obsadzimy się w kapitułach, poklepiemy po plecach i cacy.
Przywiodło mnie to wydarzenie do refleksji nad swego rodzaju tabu, gdy chodzi o mówienie o kapitalizmie.
Niejednokrotnie zauważyłam, że samo wymienienie tej nazwy sprawia, że od razu jestem na cenzurowanym a atmosfera robi się cokolwiek niezręczna. Nawet jeżeli jest to wypowiedź w neutralnym kontekście. W takich sytuacjach czytam reakcje otoczenia, jak pytania w rodzaju „Co ci znowu nie pasuje?”, „A czego ty się wiecznie czepiasz?”. Nawet jeśli akurat nie czepiam się niczego.
Myślę, że takie tabu językowe służy temu, by umacniać przekonanie o bezalternatywności dla systemu. Przedstawieniu go nie jako konstruktu ludzkiego, którym jest, ale jakiejś arbitralnej, zapewne też naturalnej rzeczywistości, która jest niemożliwa do zmiany.
Jest więc kapitalizm trochę jak Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać z cyklu powieści o Harrym Potterze. Co wspólnego z tym ma omawiana książka? To, że Gabor Maté nie boi się wymówić imienia Czarnego Pana. I my nie trwóżmy serc! Zauważmy, że w powieściach wymówienia imienia Voldemorta unikano, aby go nie przywołać. Dlatego też uważam, że jesteśmy, w swoim nieszczęsnym położeniu, bezpieczni. Bo on już tu od dawna jest. Jest wodą, w której pływamy, by posłużyć się przyrodniczą metaforą. Nie ma więc najmniejszego powodu, aby obawiać się jego przybycia. Bitwa o Hogwart jednak wciąż trwa. I książka Gabora i Daniela Maté stanowić może cenny oręż.
Ten przydługi wstęp zakończę cytatem z wybitnej pisarki – Ursuli K. Le Guin, który warto sobie przypominać w chwilach ogólnego zwątpienia: „Żyjemy w kapitalizmie. Jego moc wydaje się nam nieunikniona. Ale tak samo było z boskim prawem królów. Każda ludzka władza może jednak być odparta i zmieniona przez człowieka”.
W głąb istoty rzeczy
Przyznam, że nigdy, gdy chodzi o pisanie tekstów, nie stałam przed tak ogromnym wyzwaniem. Po pierwsze dlatego, że książka zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że najchętniej bym ją przepisała słowo w słowo, co byłoby oczywistym pogwałceniem praw autorskich, bo nie sięgnęlibyście wtedy po nią, i jej nie kupili. Po drugie zaś dlatego, że ma ona ponad 500 stron i nie ma tam absolutnie żadnych pustych przebiegów. Liczba zagadnień idzie w dziesiątki, przytoczonych badań i wywiadów – w setki. Dlatego też, chcąc nie chcąc (z naciskiem na to drugie) ograniczę się do szerszego omówienia tylko dwóch, wybranych subiektywnie przeze mnie, zagadnień pojawiających się na kartach książki. Będą to choroby psychiczne oraz inne niż mainstreamowe rozumienie tak zwanej ludzkiej natury.
Maté kreśli obraz kompletny i spójny. Przygląda się najpierw pojęciu, które ustawia w centrum swoich rozważań, jako źródło cierpienia ludzkiego w przeróżnych jego formach i postaciach. Jest to u niego trauma. Wyjaśnia ją w skrócie, jako rozłam wewnątrzpsychiczny, rozdarcie duszy na kawałki. Później przechodzi do przyglądania się temu, co przyczynia się do powstania traumy, na każdym etapie rozwoju człowieka. Oraz temu, jak jest to związane z systemem, który wywiera ogromną presję nie tylko ekonomiczną, lecz także związaną z brakiem poczucia bezpieczeństwa, opresją patriarchatu, klasizmu i rasizmu, rozpadu więzi społecznych, alienacji człowieka i komercjalizacji każdej sfery życia. Analizuje to najpierw na poziomie jednostek, przechodząc później na poziom ogólny, życia politycznego, mediów i reklamy, korporacji. W ostatniej części książki proponuje zaś swoje rozwiązania i drogi ku zdrowieniu tak indywidualnemu, jak i społecznemu.
Gdy myślę o przewodniej zasadzie, według której „zrobiona” jest ta książka, to przychodzą mi do głowy myśl stoicka i „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Wspólną cechą opisu wszystkich zjawisk, od traum i chorób, przez nałogi, po problemy społeczne, tak licznie wymieniane w książce, jest dążenie do zobaczenia ich istoty. Najgłębszego źródła ich powstania oraz ich natury i tego, w jakiej są one relacji z człowiekiem, rodziną, społeczeństwem, systemem. Przenikliwość i precyzja, z jakimi Maté rzuca światło na każde opisywane zjawisko, jest onieśmielająca. Wszystko poparte jest bardzo bogatą literaturą fachową, lecz także przykładami zaczerpniętymi z jego praktyki klinicznej – wypowiedziami osób zmagających się z danym problemem.
Największą siłą tej książki jest pokazanie, że większość trudności, których doświadczamy, nie jest wcale „prywatną” sprawą, a tym bardziej kwestią prywatnej odpowiedzialności każdego z nas. Jest efektem życia w toksycznej kulturze, która ciężko nas doświadcza. A także to, że człowiek – jego ciało i umysł – nie są od siebie rozłączne, lecz stanowią całość i tak należy myśleć o chorobie i zdrowieniu. Natomiast cały świat jest systemem naczyń połączonych, które także nieustannie na siebie oddziałują.
U nich działa!
Co autor miał na myśli, opatrując książkę tytułem „Mit normalności”? Moim zdaniem „Mit normalności” oznacza, że większość stanów (chorób i zaburzeń), które dotykają ludzi, podobnie jak większość problemów społecznych (nałogi, ubóstwo, rasizm) próbuje się wyjaśniać tak, jak to zwykle w kapitalizmie bywa. Jako że są to koszty, a nie zyski, należy je przerzucić na ludzi, którzy ich doświadczają: na ich genetykę, na nierównowagę substancji w ich mózgach, na słabość ich charakterów, na cokolwiek. A potem umyć ręce i powiedzieć: „Poza tym – niezależnym od nas X, Y, Z – wszystko jest w normie”. U nas działa! – tak zdają się mówić, niczym specjaliści IT poproszeni o pomoc, luminarze wolnego rynku, miliarderzy i politycy, a nawet lekarze, którym też obrywa się srogo na kartach książki.
Tymczasem problemy te są uwarunkowane społecznie. Co więcej, są wołaniem, dramatycznym krzykiem rozpaczy, który powinien rozpalić wszystkie czerwone światełka ostrzegawcze. System nie działa. Czy też może, korygując to stwierdzenie, działa według swoich założeń. Czyli generuje wzrost wskaźników ekonomicznych. Koszt jest jednak zatrważający, prowadzący do wielkiego cierpienia ludzi i całej planety.
Przychodzi mi do głowy stwierdzenie filozofa i ekologa, Edwarda Abbey’ego, który powiedział: „Wzrost dla samego wzrostu jest ideologią komórek rakowych”. I rzeczywiście, ta samobieżna machina chciwości jest antytezą człowieczeństwa i właśnie dlatego implikuje powikłania, takie jak choroby, uzależnienia, wyniszczenie środowiska naturalnego itp., siejąc ogólne spustoszenie.
Czy jesteśmy źli z natury? Naturalnie, że nie!
Natura ludzka. Apologeci kapitalizmu i wolnego rynku bardzo chętnie i często argumentują, że człowiek jest z natury pazerny, samolubny, ukierunkowany przede wszystkim na własną indywidualną korzyść. Stawia to system w bardzo wygodnym położeniu, bo promuje on, by nie powiedzieć: wymusza, takie właśnie zachowania. Zagarnąć do siebie, „nachapać się”, jak mawia moja mama, gdy odpowiada na pytanie, po co ludzie idą do polityki.
Czy rzeczywiście jesteśmy z natury samotnikami, wrogo nastawionymi wobec innych przedstawicieli naszego gatunku? Nigdy tak nie uważałam. Wiem, że upadkiem człowieczeństwa jest opowiadanie czy opisywanie memów, ale mam nadzieje, że będzie mi to wybaczone. Jest taki mem z uniwersum Star Wars. Przedstawia ducha Anakina Skywalkera, który ukazuje się Kylo Renowi. Ren mówi: chciwość to ludzka natura. Anakin odpowiada, korygując padawana: Czy gdy widzisz słonia żonglującego w cyrku, to zakładasz, że żonglowanie jest naturą słonia?
Maté ostrożnie podchodzi do formułowania prawd objawionych czy definicji natury człowieka, bo jak słusznie zauważa, jest to kwestia zbyt skomplikowana, by tak ją zawęzić. Jak w wielu innych przypadkach, uważa, że jest to spektrum o trudnych do zarysowania granicach. Jednak jedno mówi bardzo stanowczo: Nie jesteśmy z natury źli. Jesteśmy tylko uwarunkowani.
Zapadła mi w pamięć taka informacja: gdyby cały czas, w którym istnieje nasz gatunek przedstawić jako jedną godzinę, to czas, w którym żyjemy w takiej czy innej cywilizacji – trwałby sześć minut. Co z tego wynika? Odpowiedzi na pytanie o to, jaka jest nasza natura, nie odnajdziemy przyglądając się naszym zachowaniom dzisiaj, 100 czy 1000 lat temu. Maté sięga do społeczności łowców-zbieraczy, w której żyliśmy przez 54 minuty z naszej godziny. I odkrywa, że wszelkie badania nad tymi społecznościami i ich zwyczajami mówią, że były to grupy, w których troska, opieka i wsparcie były wartościami nadrzędnymi nad indywidualną korzyścią. Człowiek nie przeżyłby sam. Podobna hierarchia wartości panowała w społecznościach rdzennych, plemionach, które tak uparcie i wcale nie skrycie „cywilizowaliśmy” wiadomym kosztem i wiadomymi środkami.
Słuchaj dzieweczko! Ona nie słucha
„Zdaje mi się, że widzę… gdzie? Przed oczyma duszy mojej”. Ten cytat z „Hamleta” jest mottem „Romantyczności” Adama Mickiewicza. Utwór opisuje bohaterkę, która doświadcza halucynacji i urojeń, co współczesna medycyna zdiagnozowałaby zapewne jako jedną z licznych odmian psychozy. Gabor Maté poświęca tej grupie rozpoznań stosunkowo niewiele miejsca, jeśli spojrzeć na liczbę stron przeznaczonych w książce opisywaniu na przykład depresji. Jednak przedstawia podejście bardzo klarowne i wyczerpujące. Psychozy są najcięższymi i najmniej poznanymi pod względem ich etiologii zaburzeniami z całej, bardzo długiej, listy diagnoz psychiatrycznych. Natomiast, jak ją nazywa w rozbrajający sposób Maté, „tak zwana schizofrenia” jest niekiedy nazywana „królową wszystkich chorób psychicznych” – cóż za zaszczytne miano!
Warto zwrócić uwagę właśnie na opis takich problemów zdrowotnych. Problemów, których nie rozumiemy, których manifestacji się boimy i których przyczyn nie znamy, a w każdym razie nie znamy do końca. Maté stoi zresztą na stanowisku, że nie znamy przyczyny biologicznej ŻADNEGO zaburzenia psychicznego, a diagnozy służą jedynie lekarzom do opisu zbioru objawów, jakie zawierają się pod daną etykietką. Wyjaśnia to całkiem zabawnie na przykładzie choroby afektywnej dwubiegunowej. Skąd wiemy, pisze, że ktoś ma ChAD? Bo ma wahania nastrojów. A dlaczego ma wahania nastrojów? Bo ma ChAD.
Jak przekonuje Maté, nie odkryto nigdy żadnego genu odpowiedzialnego za choroby psychiczne. Są co najwyżej duże zbiory genów, które odpowiadają za pewną podatność, ale nie determinują niczego. Jak natomiast postrzega źródła problemu Gabor Maté? Upatruje ich głównie w czynnikach środowiskowych. W przeżytej traumie. Takie przeżycia, jak zaniedbanie, znęcanie, uzależnienia w domu rodzinnym, parentyfikacja, czyli sytuacja, gdy to dziecko pełni wobec rodziców role opiekuńcze, molestowanie seksualne – są poważnymi determinantami nie tylko zaburzeń z grupy psychoz, ale wszystkich chorób i to nie tylko tych nękających umysł, ale też na przykład nowotworów czy chorób autoimmunologicznych. Zdaniem autora – mówiąc kolokwialnie – im bardziej obrywamy, tym mocniej to w nas rezonuje. Dlatego im dotkliwsze rany, tym później poważniejsze zaburzenia. Przytacza stosowne badania naukowe, które tego dowodzą, ale nawet gdyby tego nie zrobił, to i tak rozpoznałabym w tym głęboki sens.
Maté zauważa także, iż jako społeczeństwo nie chcemy tego wyjaśnienia przyjąć do wiadomości, mimo intuicji i wyników badań potwierdzających jego prawdziwość. Działa tu prosty mechanizm. Trzeba byłoby wówczas przyznać, że nasza toksyczna kultura i nasze społeczeństwo wytwarzają warunki, w których – w bardzo dosłownym sensie – można oszaleć. Jest to brzemię wstydu, którego nie chcemy i przed którym się bronimy.
Co więcej, autor wyjaśnia, że choć zachowanie osób w kryzysie psychotycznym jest pozbawione sensu, to już na emocjonalnym i symbolicznym poziomie urojenia, jakich te osoby doświadczają, są zawsze zakorzenione w ich biografii i czytane z tej perspektywy dają się wyjaśnić, a wręcz stają się logiczne i wtedy są kluczem do poprawy stanu zdrowia, a nawet do uzdrowienia. Jest to głęboko humanistyczne podejście, które skojarzyło mi się z wierszem, od którego zaczyna się ta część tekstu. Mam wrażenie że do Gabora Maté, naukowca i lekarza, bardziej pasowałby termin „uzdrowiciel”. Bo nieraz daje wyraz temu, że to czucie i wiara silniej mówią do niego, niż mędrca szkiełko i oko. A w każdym razie że popiera połączenie obu tych perspektyw na równych warunkach.
Nadzieja stara jak świat
Remedium, jakie proponuje doktor Maté, może być dla wielu rozczarowaniem. Bo nie jest to ogólnoświatowa rewolucja antykapitalistyczna. Przynajmniej nie taka, jak ją zwykle sobie wyobrażamy (jeśli to robimy, rzecz jasna), lecz coś o wiele mniej spektakularnego.
Maté proponuje nam introspekcję i wgląd w siebie. Potraktowanie traumy czy jej skutku – choroby – jako czegoś, co nie jest zewnętrznym gromem z jasnego nieba, ale czegoś, co spotyka nas jako skutek naszych doświadczeń. A także, co ważne, czegoś, co kryje w sobie potencjał do uleczenia nas i do rozwoju – osiągnięcia pełni człowieczeństwa, jak mówi.
Przemożnym zaś siłom, gnębiącym nas od zewnątrz, proponuje on przeciwstawić relacje, bliskie więzi miłości, przyjaźni, solidarności i współpracy. Współczucie dla siebie i dla innych, rozwijanie empatii. W zasadzie Maté postuluje powrót, oczywiście nie dosłowny, lecz na poziomie wartości, do wspólnot, które tworzyliśmy, zanim staliśmy się tacy genialni i cywilizowani. Czyli do postawienia na więzi, opiekę nad sobą nawzajem i dawanie sobie wsparcia, a nie tratowanie się nawzajem w pędzie donikąd.
To tyle? W zasadzie tyle. Ale nie powiedziałabym, że tylko.
Natalia Bała
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.
przez Monika Kostera | niedziela 26 listopada 2023 | opinie
W podróż do starożytnego Rzymu przygotowaliśmy się – my, czyli doktoranci Będzimir i Wilkomir – bardzo solidnie. Tak przynajmniej sądziliśmy. Wkuwaliśmy łacinę i ćwiczyliśmy wymowę, wcielając się a to w Cezara, a to Cycerona, a to w Piłata. Bazowaliśmy na wymowie podsłuchanej przez pierwsze tempochody jeszcze z początków chrononautyki. Mimo to w przeddzień podroży wstecz nasza opiekunka z Akademii zdecydowała o opóźnieniu misji. Postanowiła zapobiegliwie najpierw wrzucić w chronoport roboty lingwistyczne najnowszej generacji, aby zarejestrowały wszelkie możliwe odmiany łaciny w Wielkim Mieście i nas dokształciły, abyśmy nie wrócili na tarczy po jednym dniu badań. Co, zważywszy do czego służą tarcze tam, gdzie się wybieraliśmy, mogłoby być dla nas doświadczenie naprawdę chudym, żeby nie powiedzieć mizernym.
Efekt robozwiadu był porażający. Od wielości wariantów, w zależności od miejsca i klasy społecznej, zagotowały się robosom twarde dyski. Sztuczna Inteligencja wciąż nie radziła sobie z wmieszanymi wedle uznania niegramatycznymi wstawkami, wtrętami z greki, rozmaitych języków italskich, bliskowschodnich, celtyckich i Jowisz jeden wie, jakich jeszcze. Im bardziej chciała, tym bardziej się nagrzewała. Aby dojść z tym do ładu, musielibyśmy opóźnić misję o rok. Tu wstaw: stres, stres, każdy dzionek z energometrami zaciśniętymi w garści, obaj czujemy jak zmieniamy się w meduzy, co z naszym doktoratem, z latającym seminarium, z zaplanowanymi konferencjami? Wyglądało więc na to, że polecimy z podręcznymi translatorami zakamuflowanymi jako naszyjniki (bo przecież nie możemy się obnosić z rzeczami z przyszłości). Mówić językiem literackim jeszcze mogliśmy, trudno było się jednak spodziewać, że usłyszymy odpowiedzi w tak czystej łacinie, że bez problemu ją zrozumiemy.
Plan wypalił. Przynajmniej w tej mierze. Wylądowaliśmy jako przybysze z jakiegoś tam wschodu, cali w tanich paciorkach i naszyjnikach, dzięki którym od razu było widać, że nie mówimy uliczną łaciną. Nie przewidzieliśmy jednak kolejnych trudności. Pierwszego dnia w okolicach Forum Romanum dostaliśmy mdłości, czując smród ofiar składanych ze zwierząt. Reszta dnia minęła nam na spacerach po lasku, żeby uzupełnić energię. Niestety, mdlejący Będzimir zaraz padł ofiarą małego ulicznika, który ukradł mu nieodzowny naszyjnik. Nie zaryzykowałem pogoni: w pobliżu kręciło się jeszcze kilka osób, które dziwnie nam się przyglądały. Ani chybi kolejni rabusie. Pod wieczór zabrałem nadal słabującego kolegę do naszego wehikułu, kryjącego się pod postacią poczciwego osiołka. Potem daliśmy z kopyta i wróciliśmy w nasz alegre, tłusty wiek XXI.
Śledząc nagranie z naszej misji profesor stwierdziła, że wie już, dlaczego tyle osób dziwnie nam się przyglądało. Nasze dalekowschodnie rysy i prawie dwa metry wzrostu, a przy tym tandetny strój, nie mogły pozostać niezauważone w basenie Morza Śródziemnego w czasach Spartakusa – i to niekoniecznie w wyrozumiały sposób, w jaki patrzysz na turystę z pipidówka, niemającego pojęcia, że jeśli jesteś w Rzymie, to powinien zachowywać się jak Rzymianin. Byliśmy po prostu podejrzani. Mogli nas nawet wziąć za jakichś uciekinierów ze szkoły gladiatorów i kłopoty gotowe. Nie chcielibyśmy skończyć, walcząc przeciw sobie z siecią, trójzębem i innym żelastwem. Musieliśmy więc zmodyfikować plany. Mirek dostał nowy naszyjnik i wróciliśmy do późnorepublikańskiego Rzymu, siedemdziesiąt lat przed Chrystusem, ucharakteryzowani na zamożnych, ale nudnych podróżnych.
Wynajęliśmy pokój w wysokim budynku nieopodal Palatynu. Świetna lokalizacja, blisko do łaźni i do nie całkiem ohydnej toalety publicznej. Nasz gospodarz, niejaki Caius, okazał się tak towarzyskim człekiem, że nie musieliśmy się za bardzo wysilać, żeby znaleźć lokalne osoby służące nam za informantów. Właził prawie bez pukania, a już na pewno bez skrępowania rano, po południu i wieczorem. Po czym zaczynał rozmowy – a właściwie monologi, z których dowiedzieliśmy się wszystkiego o jego życiu seksualnym, prawdziwym lub wyobrażonym. A przy okazji też trochę o rzeczach, które nas interesowały, czyli o obyczajach wtedybylców i tubylców. Kto w sąsiedztwie robi najlepsze garum, gdzie można dostać za bezcen szparagi, gdzie pod cmentarzem można spotkać całkiem zacne kurtyzany albo u kogo najlepiej obstawiać walki gladiatorów. Wilkomir próbował traktować poważnie wszystko, co Caius nam opowiadał, tak jak uczyliśmy się na seminarium z etnografii. Jednak gdy pojawiły się w opowieściach uganiające się po ulicach za naszym gawędziarzem oszalałe z miłości nimfy wieczornice, to postanowił jednak troszkę odpuścić. Caius nie wyglądał bynajmniej jak Apollo ani nie wysławiał się jak takowy. Jak widać, niepotrzebna nowoczesna technologia i mass media, żeby ludzie byli wprawnymi mitomanami.
Cały czas mieliśmy problemy z poziomem energii. Trudno nam było nie tracić rezonu i spokojnie chadzać po ulicach, na których tyle było osób otwarcie się prostytuujących lub ewidentnie cierpiących na rozmaite choroby, a pozbawionych jakiejkolwiek opieki zdrowotnej. Na szczęście łatwo było się doenergetyzować – nie brakło zakątków uroczych przyrodniczo, poza tym całkiem korzystnie działały na nas termy i wieczorki poetyckie. Niestety, kiedy zbyt często kierowaliśmy kroki do łaźni, to od nadmiaru pary i skoków temperatur zaczęły szwankować nasze naszyjniki. Musieliśmy więc mocno podkreślać naszą cudoziemskość z jednej strony, a z drugiej wytężać uwagę, żeby zrozumieć, o czym się mówi. Warto było, bo tu ludzie rozmawiali naprawdę o ciekawych rzeczach. Udało nam się w łaźni zaprzyjaźnić z kilkoma amigami, którzy nas zabierali w ciekawe miejsca, między innymi właśnie na spotkania z niespełnionymi literatami. Z poezji, mimo naszyjników, rozumieliśmy zero z wykrzyknikiem, ale to było cudne zero. Jeszcze cudniejsze były wino i muzyka. Jeden taki wieczór i zapas energii na tydzień. Nawet z Caiusem w środku, budzącym nas o śmierdzącym świcie, żeby poopowiadać o tym, jak łapała go lubieżnie za poślad Salacia. Nic to. Zdobywaliśmy wiedzę i układaliśmy nasze mapy społecznych sensów.
Wilku zaczął zakochiwać się w jakiejś Egipcjance, która układała naprawdę mało ambitne rymy (nieprawda, to była ciekawa aliteracja). Miru odróżniał już bez pudła kilka rodzajów cienkiego wina, mimo że rozwodnione smakuje głównie, jak wiadomo, wodą (są różne zdania na ten temat). I wtedy z nieba spadł nam pożar miasta. Zobaczyliśmy w akcji osławioną „straż pożarną” Marka Licyniusza Krassusa. Tego pogromcę Spartakusa i członka triumwiratu, który zachwiał republiką i którego moglibyśmy nazwać – wedle dawnej przestarzałej nomenklatury – milionerem. Zainteresował nas przede wszystkim jego biznesowy modus operandi. Okazało się, że faktycznie po wybuchu pożaru do płonących domów przyjeżdżali jego strażacy, aczkolwiek w nieodłącznym towarzystwie skryby. Ów szybko sporządzał akt sprzedaży płonącego budynku – nieszczęśnicy dotknięci pożarem godzili się sprzedać ją za bezcen Krassusowi – a dopiero wtedy straż pożarna przystępowała do działania.
W toku naszych badań ustaliliśmy jednak, że niektóre pożary były także wywoływane na zlecenie Krassusa. Organizacja owej „straży pożarnej” bardzo nas zainteresowała. Ciekawe, jakie przemiany przeszła po roku 53 p.n.e., gdy Krassus zginął podczas wyprawy wojennej przeciw Partom, gdy schwytali go i wlali mu do gardła płynne złoto, którego tak pożądał. Czy jakiś utalentowany przedsiębiorca go zastąpił? Radzi bylibyśmy sprawdzić, tyle że nie to było celem naszych badań. My chcieliśmy poznać proces nadawania sensu – i naprawdę fascynująca okazała się dla nas reakcja ludzi na to, co się działo. Skoncentrowaliśmy się na tym, jak doszło do tego, że ludzie zaakceptowali Krassusową „straż pożarną” na długo przed zorganizowaniem prawdziwych rzymskich brygad strażackich (czyli wigilów, powołanych do pomp za cesarza Augusta, którzy faktycznie walczyli z ogniem, a nie na nim zarabiali).
Przez lata badacze myśleli, że Rzymianie akceptowali strażaków-piromanów Krassusa właśnie dlatego, że nie było takich służb wcześniej. Jednak dziś już wiemy, że to nieprawda: w starożytnym Egipcie istniały zorganizowane grupy strażackie z prawdziwego zdarzenia, gaszące pożary. Możliwe było jednak, że ludność Wiecznego Miasta nie wiedziała o tym, bo gdzie Rzym, gdzie Egipt. I to właśnie nas interesowało, a także: jak na to wszystko reagowali zwykli ludzie.
Na samym początku miejscowi byli oburzeni działaniami Krassusa. Caius wparadował nam do pokoju cały spieniony i perorował długo o upadku Rzymu i smutnym końcu cnoty. Gdzie wyznaczanie granic i umiaru pragnieniom? Pytał retorycznie zarzucając nieistniejący róg nieistniejącej togi na bardzo istniejące pulchne ramię. Tak samo w łaźni – wszyscy potępiali działania niegodne rzymskiego męża. Gdzie virtus, gdzie fides? Ale potem reakcje łagodniały, zmieniły się w lekkie narzekanie. I pewnego dnia po pożarze już nikt nie dziwił się temu, że straż pożarna zajmuje się napychaniem portfela swojemu szefowi – i tak już zostało. Gdy pytaliśmy o to ludzi, reagowali nerwowo, ale w stosunku do nas, nie do Krassusa. „Człowiek sukcesu, dba o porządek, organizuje igrzyska, a wy się czepiacie?!”. Czy człowiek naprawdę jest w stanie znormalizować wszystko? Tak, widzieliśmy na własne oczy, jak to się odbywało. Czy jest to nieuchronne? Tego nie wiemy, nie umieliśmy bowiem zaobserwować tego momentu, gdy z niedopuszczalnego zmieniło się w normalne. Nie wiemy, kiedy dokładnie to się stało. Nie wiemy, czy coś mogło to powstrzymać, zmienić. Na pewno nie nasze pytania.
Zaczęliśmy bowiem włóczyć się po nocy i zaczepiać ludzi na ulicy. W sumie niezbyt mądrze, ale myśleliśmy, że czegoś się w ten sposób dowiemy, złapiemy jakiś ważny moment. Złapaliśmy jednak głównie guzy i siniaki. Wyglądaliśmy na zamożnych, a poruszaliśmy się bez choćby jednego człowieka obstawy i bez żadnego niewolnika. Sama myśl o niewolniku zbijała nam energię do poziomu meduzy, więc radziliśmy sobie, jak umieliśmy. I tak, nasze intensywne rozpytywanie na ulicach Wiecznego Miasta zakończyło się w efekcie kilkoma srogimi laniami. „Wiecie, co, Wilkomirze i Będzimirze – powiedziała nasza profesor – cieszmy się, że skończyło się tylko na guzach. Mogli wziąć was za szpiegów, torturować albo zakopać żywcem”. Cóż, praca antropologa ma swoje blaski i cienie.
Ostatnim naszym wspomnieniem z Rzymu był widok płonącego budynku, w którym mieszkaliśmy u Caiusa. Czasem zastanawiamy się, czy to nie my węszeniem dookoła sprowadziliśmy nieszczęście na erotomana gawędziarza i jego sąsiadów. Lecz to musi przebadać już kto inny, w ramach innego grantu.
prof. Monika Kostera, Adam Węgłowski
Poprzedni odcinek cyklu można przeczytać tutaj: Etnografia przeszłości w przyszłości: Pierwsze spotkanie
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Николай Егошин z Pixabay
przez Karol Trammer | wtorek 21 listopada 2023 | opinie
Mazowiecki samorząd przymierza się do uruchomienia regionalnych linii autobusowych. Oferta nie będzie tak atrakcyjna jak w innych województwach – Mazowsze nie chce czerpać z ich doświadczeń.
Termin uruchomienia wojewódzkich linii autobusowych wciąż jest przesuwany. Najpierw była mowa o trzecim, a następnie o czwartym kwartale 2023 r. Teraz zastępca dyrektora kancelarii marszałka województwa mazowieckiego Marta Milewska mówi o przyszłym roku: „Realny termin to pierwszy kwartał 2024 r. Obecnie projekt jest na etapie przygotowywania dokumentacji przetargu mającego na celu wyłonienie operatora świadczącego usługi przewozowe”.
Kwestia autobusów
Już samo to, że władze Mazowsza zaczęły zapowiadać uruchomienie linii autobusowych jest sporą zmianą. Wcześniej udawano bowiem, że zadanie to nie dotyczy samorządu wojewódzkiego. – „Kwestia transportu samochodowego, czyli autobusów bądź busów, to jest kwestia samorządów na poziomie powiatowym lub gminnym” – mówił pięć lat temu mazowiecki marszałek Adam Struzik, przecząc ustawie o publicznym transporcie zbiorowym, która wskazuje, że to samorządy wojewódzkie są odpowiedzialne za uruchamianie linii autobusowych na trasach przekraczających granice powiatów.
Nigdy nie doczekały się uruchomienia linie autobusowe Warszawa – Pułtusk – Maków Mazowiecki – Ostrołęka i Warszawa – Wyszogród – Płock, uwzględnione w uchwalonym w 2014 r. przez sejmik planie zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego
W 2018 r. pojawił się pomysł, aby o przewozy autobusowe swoją działalność rozszerzyły Koleje Mazowieckie. Radny sejmiku Krzysztof Strzałkowski z Platformy Obywatelskiej przekonywał, że może być to lekarstwo na mającą miejsce przed pięcioma laty falę zamykania działalności przez sprywatyzowane przedsiębiorstwa PKS na terenie województwa mazowieckiego.
Choć koncepcja wypłynęła od polityka koalicji rządzącej regionem, to administracja szukała powodów, aby jej nie wprowadzić w życie. Marta Milewska z kancelarii marszałka województwa przekonywała, że zaangażowanie Kolei Mazowieckich w przewozy autobusowe nie jest możliwe: „Po pierwsze do wykonywania przewozów drogowych potrzebna jest licencja, której Koleje Mazowieckie nie posiadają, co jest oczywiste, gdyż są spółką kolejową, a nie autobusową. Zadaniem głównym spółki jest wykonywanie przewozów kolejowych. Po drugie niezbędny jest też odpowiedni tabor autobusowy, którego Koleje Mazowieckie dzisiaj również nie posiadają”.
Nie miały znaczenia takie szczegóły jak to, że od 2012 r. Koleje Mazowieckie zlecają wykonywanie pod swoją banderą przewozów autobusowych między stacją Modlin a portem lotniczym. I na podobnej zasadzie przewoźnik kolejowy – bez licencji drogowej i bez własnych autobusów – mógłby zlecać realizację połączeń także na innych trasach.
Trzeba dać możliwości transportu
Marszałek Adam Struzik potrzebował dwóch lat na przekonanie się do połączeń autobusowych. Pod koniec 2020 r., gdy radni uchwalali budżet województwa na rok 2021, przewodniczący sejmiku Ludwik Rakowski z PO zgłosił poprawkę, aby w planowanych wydatkach uwzględnić rezerwę 5 mln zł na wykonanie analiz i przygotowań niezbędnych do zainicjowania regionalnych połączeń autobusowych oraz ewentualne utworzenie podmiotu mającego realizować to zadanie.
– „Trzeba dać możliwość transportu mieszkańcom tych części województwa, które nie mają dostępu do sieci kolejowej” – przekonywał wówczas na łamach „Z Biegiem Szyn” Rakowski. – „Przewozy autobusowe powinny zostać skorelowane z koleją, dając możliwość dojazdu do stacji obsługiwanych przez Koleje Mazowieckie”.
Poprawka, którą zgłosił przewodniczący sejmiku, nie tylko została nazwana przez Struzika bardzo ciekawym projektem, ale nawet włączono ją w pakiet autopoprawek budżetowych zarządu województwa. I choć zaplanowana kwota nie została wydana, a wojewódzki operator autobusowy ostatecznie nie powstał, to w 2021 r. utworzono zespół ds. organizacji przewozów autobusowych. Przeprowadził on konsultacje z powiatami i gminami. Równocześnie Mazowieckie Biuro Planowania Regionalnego przeanalizowało istniejącą sieć transportową. Na tej podstawie określono jej największe białe plamy.
Obszary wykluczenia
Samorząd województwa mazowieckiego zaplanował uruchomienie linii autobusowych tylko na trzech obszarach regionu: na Ziemi Zawkrzeńskiej (Żuromin – Mława; Żuromin – Bieżuń – Sierpc, Żuromin – Lutocin – Sierpc), na Siedlecczyźnie (Węgrów – Liw – Kałuszyn – Mrozy; Liw – Kotuń; Sokołów Podlaski – Małkinia; Ceranów – Małkinia) oraz na Ziemi Radomskiej (Przytyk – Wieniawa; Omięcin – Orońsko – Ruda Wielka; Przysucha – Szydłowiec).
– „Planowane relacje zostały wybrane wspólnie z lokalnymi samorządami na podstawie wskazania obszarów wykluczenia komunikacyjnego” – mówi Marta Milewska, informując, że linie docierać będą do stacji kolejowych. – „Zakładana częstotliwość linii waha się od czterech do ośmiu kursów dziennie, które zostaną skoordynowane z godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów”.
Oferta nie będzie atrakcyjna. Pod pojęciem czterech kursów kryją się bowiem dwa kursy tam i dwa kursy z powrotem. Na przykład obsługa linii Żuromin – Mława sprowadzać ma się do dwóch kursów z Żuromina rano oraz dwóch kursów z Mławy po południu.
Przyjęta przez władze regionu koncepcja zakłada, że przewozy będą realizować zewnętrzne firmy wyłaniane w przetargach. Jednym z wymogów ma być zapewnienie niskopodłogowych autobusów spełniających normę emisji spalin Euro 5. Nie myśli się o tym, aby linie autobusowe były zintegrowane taryfowo z Kolejami Mazowieckimi: „Z uwagi na fakt, iż jest to projekt pilotażowy, przejazdy będą objęte oddzielną taryfą biletową” – oznajmia wicedyrektor Milewska.
Mazowiecki samorząd do zaangażowania się w komunikację autobusową dojrzewa od kilku lat – mimo to nie wykorzystał tego czasu na przygotowanie atrakcyjnego systemu transportowego, który od początku zapewniałby jak najsilniejszą integrację transportu w regionie. Choćby czerpiąc z doświadczeń innych województw, które w zgrywaniu kolei i autobusów są już znacznie dalej niż Mazowsze.
Integracja po łódzku
Na terenie województwa łódzkiego sieć regionalnych linii autobusowych działa od 2019 r. Połączenia funkcjonują na 42 trasach, obejmując wszystkie powiaty. Kursy są realizowane na zlecenie i z dofinansowaniem samorządu województwa łódzkiego przez przewoźników PKS Skierniewice, Tomaszów Mazowiecki, Opoczno, Bełchatów, Sieradz, Łęczyca oraz firmę Connect Bus. Linie dają możliwość dojazdu do miejscowości, do których nie docierają pociągi: na przykład sprzed dworca kolejowego w Sieradzu można dojechać między innymi do Warty, Poddębic, Złoczewa czy Lututowa. Część kosztów łódzki samorząd pokrywa z dotacji uzyskanej z rządowego Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.
Między wojewódzką siecią autobusową i Łódzką Koleją Aglomeracyjną funkcjonuje częściowa integracja taryfowa – nie obejmuje wszystkich linii autobusowych, a biletów na łączone przejazdy nie da się kupić w kasach biletowych, lecz tylko u drużyn konduktorskich, w internetowym systemie sprzedaży Koleo, a także u kierowców autobusów (ale tylko na podróż do Łodzi). Na poszczególnych liniach autobusowych połączeń jest po kilka dziennie, a większość kursuje tylko w dni robocze.
Województwo łódzkie właśnie wchodzi jednak na nowy etap integracji połączeń kolejowych i autobusowych.
Łódzka Kolej Autobusowa
Łódzka Kolej Aglomeracyjna we wrześniu 2023 r. odebrała 20 hybrydowych autobusów Solaris – niskopodłogowe pojazdy mają po 27 miejsc siedzących i 43 miejsca stojące. Koszt ich zakupu wyniósł 31,9 mln zł (z czego 27,1 mln zł pokryła dotacja uzyskana przez samorząd województwa łódzkiego z rządowego programu Polski Ład).
Pierwsza linia autobusowa Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej – oznaczona numerem ŁA1 – wystartowała z dniem 12 listopada 2023 r. Połączyła leżącą na linii kolejowej Łódź – Zduńska Wola – Sieradz stację Łask z Zelowem, liczącym 7,5 tys. mieszkańców miastem położonym na północy powiatu bełchatowskiego. Linia ŁA1 zapewnia również dojazd do centrum Łasku z dworca leżącego na skraju miasta.
Spod dworca kolejowego w Łasku autobusy odjeżdżają w dni robocze 14 razy na dobę (w soboty, niedziele i święta 10 razy dziennie) – od 4:33 do 23:28. W szczycie porannym i popołudniowym kursują raz na godzinę, a poza szczytem co około dwie godziny. Rozkład jazdy ułożono tak, aby w Łasku zapewnić synchronizację większości kursów linii ŁA1 z godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów do i z Łodzi oraz do i z Sieradza.
Do końca 2023 r. przejazdy linią ŁA1 będą bezpłatne, a następnie zostanie ona wpięta w taryfę Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. – „Warunkiem atrakcyjności podróży zintegrowanej są proste rozwiązania taryfowe. Podróż będzie odbywała się na jednym bilecie w ramach taryfy kolejowej z możliwością korzystania z ulg” – mówi Joanna Osińska z ŁKA. – „W zdalnych kanałach dystrybucji oraz w biletomacie na pokładzie autobusu będzie możliwy zakup biletu do dowolnej stacji kolejowej obsługiwanej przez ŁKA. Jeśli natomiast podróż zostanie rozpoczęta pociągiem, odprawa będzie możliwa przez drużynę konduktorską”.
Łódzka Kolej Aglomeracyjna chce również zadbać o to, aby połączenia autobusowe były uwzględnione w wyszukiwarkach połączeń kolejowych.
Realizacją przewozów autobusowych pod banderą ŁKA zajmie się PKS Skierniewice – w przetargu ogłoszonym przez przewoźnika kolejowego zdobył on kontrakt, w ramach którego do końca 2028 r. ma zapewniać kierowców, utrzymywać pojazdy i w razie potrzeby podstawiać autobusy zastępcze.
Jak poinformował samorząd województwa łódzkiego, do końca 2025 r. ma zostać dostarczonych kolejnych 13 autobusów dla ŁKA, „by jeszcze lepiej zintegrować sieć połączeń autobusowych z siecią połączeń kolejowych”.
Małopolska dowozi
Koleje Małopolskie są jedynym w Polsce przewoźnikiem kolejowo-drogowym. Sieć Autobusowych Linii Dowozowych Kolei Małopolskich tworzą 34 linie. Najdłuższą trasę ma linia A23, która pokonuje prawie 100 km z Tarnowa przez Tuchów, Gorlice i Uście Gorlickie do Wysowej-Zdroju w Beskidzie Niskim. Jedną z częściej kursujących linii jest A6, która co godzinę – 9 min. po przyjeździe pociągu Kolei Małopolskich z Krakowa – rusza spod dworca kolejowego w Wieliczce do Łapanowa przez Gdów. Stworzono nawet jedną linię międzynarodową: autobusy A15 łączą Bukowinę Tatrzańską, Poronin i Zakopane ze słowackim miastem Trstená.
Część linii autobusowych nie pełni funkcji dowozowej, lecz – tak jak kursująca z Myślenic do Krakowa linia A1 – zapewnia bezpośredni dojazd do stolicy województwa z obszarów nieobsługiwanych przez kolej.
Autobusowe Linie Dowozowe Kolei Małopolskich obsługiwane są 65 pojazdami: 12 należy do przewoźnika kolejowego (zatrudnia on 25 kierowców autobusów), a 43 – w tym mniejsze busy kursujące na mniej obleganych liniach – są udostępniane wraz z kierowcami przez firmy zewnętrzne wyłonione w przetargach.
– „Jesteśmy w trakcie rekrutacji kolejnych kierowców, a flota własnych autobusów cały czas się powiększa” – mówi Peter Jančovič, pełnomocnik zarządu Kolei Małopolskich. – „W trakcie dostawy jest obecnie siedem fabrycznie nowych autobusów Iveco. W tym roku zamierzamy nabyć jeszcze cztery używane autobusy, w tym przegubowe. W następnych latach planowane jest nabycie około 15-20 fabrycznie nowych autobusów”.
Liczba pasażerów Autobusowych Linii Dowozowych Kolei Małopolskich wciąż się zwiększa. – „W ciągu ostatnich 12 miesięcy mniejsze pojazdy zostały zastąpione dużymi autobusami na 10 liniach” – mówi Jančovič, wskazując na takie linie jak A2 Myślenice – Wieliczka, A3 Limanowa – Bochnia, A7 Proszowice – Podłęże czy A8 Dobczyce – Wieliczka.
Stabilny biznes
Koleje Małopolskie, choć rozwijają własny segment autobusowy, nie chcą rezygnować ze zlecania realizacji części przewozów podwykonawcom. – „Współpraca z zewnętrznymi firmami jest przede wszystkim korzystna w sytuacji, kiedy nie ma ekonomicznego sensu organizowanie własnego zaplecza, na przykład ze względu na małą skalę przewozów na danym obszarze” – mówi Jančovič. – „Własnymi siłami chcemy realizować 50-60% pracy eksploatacyjnej, dając też szansę nawet mniejszym lokalnym firmom na prowadzenie stabilnego biznesu we współpracy z Kolejami Małopolskimi”.
Spółka stawia swoim podwykonawcom szereg wymagań odnośnie zapewnianych przez nich pojazdów – nie mogą być one wyprodukowane przed 2008 r., muszą spełniać normę emisji spalin Euro 5 oraz posiadać klimatyzację i elektroniczne tablice kierunkowe. Pojazdy muszą być pomalowane w barwy Kolei Małopolskich.
Autobusy Kolei Małopolskich czekają na pasażerów opóźnionych pociągów. – „Kiedy skomunikowanie jest ujęte w rozkładzie jazdy, autobus oczekuje na opóźniony pociąg do 15 min. od planowanej godziny odjazdu. Czas ten wydłuża się w sytuacji zgłoszonych przesiadek dotyczących ostatniego połączenia w dobie” – wyjaśnia Jančovič. – „W Kolejach Małopolskich działa dyspozytura autobusowa, z którą dyspozytor kolejowy, drużyny konduktorskie i kierowcy ustalają postępowanie w przypadku opóźnienia”.
Wciąż nie jest możliwy zakup w autobusie biletu na całą podróż z przesiadką na pociąg. Od sierpnia 2023 r. działa jednak Małopolski Bilet Zintegrowany – dostępny jest on w automatach, aplikacji mobilnej oraz u drużyn konduktorskich w pociągach. W wersji obejmującej obszar całego województwa dostępne są bilety 24-godzinne (50 zł), 72-godzinne (99 zł), tygodniowe (170 zł), miesięczne (365 zł), jak również grupowy bilet sobotnio-niedzielny (129 zł).
Małopolski Bilet Zintegrowany jest honorowany w krakowskiej komunikacji miejskiej oraz w granicach województwa małopolskiego w Polregio, Kolejach Śląskich i w Kolejach Małopolskich, włącznie z Autobusowymi Liniami Dowozowymi. – „W następnych etapach planowane jest rozszerzenie o kolejnych organizatorów na terenie całego województwa małopolskiego” – zapowiada Jančovič.
Koleje Małopolskie są operatorem połączeń autobusowych, a ich organizatorem – tak samo jak w przewozach kolejowych – jest samorząd województwa małopolskiego. Źródłem finansowania jest budżet województwa, wsparcie z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych (w 2023 r. małopolski samorząd pozyskał z niego 6,9 mln zł), jak również dopłaty lokalne. W kosztach funkcjonowania Autobusowych Linii Dowozowych Kolei Małopolskich partycypuje jedna trzecia samorządów lokalnych objętych siecią tych połączeń – dofinansowanie gmin i powiatów nie jest warunkiem funkcjonowania połączeń na danym terenie, jednakże wpływa na uatrakcyjnienie oferty przewozowej.
Dolnośląski autobus jak pociąg
Połączenia autobusowe rozwijane są również przez Koleje Dolnośląskie. W tym regionie zaangażowanie samorządów gminnych i powiatowych jest decydujące. Przyjęto bowiem zasadę, że połowę kosztów funkcjonowania komunikacji autobusowej Kolei Dolnośląskich na danej trasie pokrywa samorząd województwa, lecz na drugą połowę muszą wspólnie złożyć się miejscowe samorządy lokalne.
W oparciu o tę zasadę już ponad rok, od września 2022 r., kursują autobusy Kolei Dolnośląskich na trasie Kłodzko – Lądek-Zdrój – Stronie Śląskie. Z początkiem września 2023 r. kolejowe autobusy pojawiły się na kolejnych dwóch trasach: Syców – Oleśnica oraz Góra – Rawicz.
Z Góry autobus do Rawicza odjeżdża osiem razy dziennie – około 10 min. po jego przyjeździe pod rawicki dworzec wyrusza pociąg Kolei Dolnośląskich do Wrocławia.
Zapowiadane było też uruchomienie linii Chocianów – Przemków – Głogów, a także linii Legnica – Złotoryja – Lwówek Śląski – Jelenia Góra, która wypełniłaby rozciągającą się w środkowej części regionu największą białą plamę w sieci połączeń Kolei Dolnośląskich. Nie powiodło się to ze względu na brak chęci miejscowych gmin i powiatów, aby dofinansowywać przewozy.
Na Dolnym Śląsku przewoźnik kolejowy sam nie realizuje przewozów autobusowych, lecz zleca to zewnętrznym podmiotom w ramach oddzielnych kontraktów na każdą z tras. Autobusy pomalowane są w barwy Kolei Dolnośląskich i zapewniany jest kolejowy standard obsługi pasażerów. Bilety sprzedają i sprawdzają konduktorzy – dbają oni też o zapewnienie skomunikowań z pociągami w przypadku opóźnień. Możliwe jest poza tym przewożenie rowerów (dla porównania w autobusach dowozowych Kolei Małopolskich nie jest to dozwolone).
Autobusy Kolei Dolnośląskich kursują równolegle do nieczynnych linii kolejowych, formalnie pełniąc funkcję zastępczej komunikacji autobusowej. Dzięki temu połączenia te są nie tylko uwzględnione w rozkładzie jazdy pociągów i wszystkich wyszukiwarkach połączeń kolejowych, ale także w pełni objęte kolejową taryfą biletową. Możliwy jest więc zakup jednego biletu kolejowego na całą podróż (np. Wrocław – Syców, Wałbrzych – Lądek-Zdrój czy Poznań – Góra), choć część trasy pokonuje się autobusem.
Na tory, wzdłuż których obecnie kursują autobusy Kolei Dolnośląskich, docelowo – w perspektywie kilku lat – ma wrócić ruch kolejowy. Jednym z zadań połączeń realizowanych pod marką KDA (Koleje Dolnośląskie Autobusy) jest włączenie mieszkańców w sieć transportu regionalnego i pobudzenie popytu już w okresie poprzedzającym reaktywację połączeń kolejowych.
Plan na zintegrowany transport
W województwie mazowieckim podobne rozwiązanie mogłoby zostać wprowadzone na trasach Małkinia – Ostrów Mazowiecka, Siedlce – Sokołów Podlaski, Skierniewice – Mszczonów – Tarczyn – Czachówek Południowy i Góra Kalwaria – Pilawa, a więc wzdłuż linii kolejowych, które czekają na reaktywację ruchu pociągów. Rozważyć można by też uruchomienie wojewódzkich połączeń autobusowych na trasach Zegrze Południowe – Pułtusk – Maków Mazowiecki – Przasnysz oraz Kozienice – Głowaczów – Dobieszyn, czyli tam, gdzie w ramach programu Kolej Plus przewiduje się budowę nowych linii kolejowych.
Pytanie tylko, czy samorząd województwa mazowieckiego, po tym jak w końcu uruchomi pierwsze swoje połączenia autobusowe, będzie następnie chciał rozwijać ten segment transportu publicznego o kolejne trasy i obszary regionu.
Uchwalony w kwietniu 2022 r. „Regionalny plan transportowy województwa mazowieckiego w perspektywie do 2030 roku” wymienia uruchomienie regionalnej komunikacji autobusowej wśród najważniejszych działań: „Uzupełnieniem dla transportu kolejowego będzie zintegrowany z nim transport autobusowy”. Dla realizacji tego celu dokument zakłada zakup przez samorząd województwa mazowieckiego od 40 do 100 autobusów. Czy władze Mazowsza jeszcze pamiętają o tych zamiarach?
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/127 listopad-grudzień 2023)
https://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer