Eliza Moraczewska: Wiersze

Eliza Moraczewska: Wiersze

***

biały wiersz

pamięci Karoliny G.

w domu powieszonego
jupiter białawych świateł
bo wszystko jest już zamknięte
i stanął czas

ktoś komuś ciągle dowodzi
że życie nie jest wartością
jeśli dla samego życia
i choć się spóźniam z obiadem
muszę przysiąść na chwilę
by głowa zdążyła za ciosem

w domu powieszonego
okolicznościowy poeta
pisze wiersz okolicznościowy
– o białym pokoju
– w białym pokoju
– na białej ścianie

w pokoju obok kobieta
kolczyki jej dzwonią jak zęby
te kolczyki… [na stronie:
noszę rzeczy po nieżyjących
potykam się w telefonie
o kontakty do nieżyjących]

w sąsiednim siedzą w fotelach
linieją pod nimi obicia
mówią że sąsiad był dobry
płci żeńskiej mówią ze śląska
i jak była ściepa na grzanie
to sąsiad płci żeńskiej wraz z mężem
dorzucił bo dobry był sąsiad

tyle że potem niepamięć
że wrzucisz w piec miętę to miętą
a wrzucisz sośninę – żywicą
i zapach też tworzy rzeczy

nikt potem wolał nie pamiętać
a teraz wszyscy klną pamięć
w ich oczach linieją obicia
w pokoju obok się pisze
bo zapisywanie pamięci
jedyne pomaga na śmierć

 

 

o paleniu w piecu

poeta chce być wolny
więc staje się wieśniakiem
zaczyna różnicować
wpierw dzień a potem lata

rano gdy pali w piecu
w myślach powtarza wiersze
jego pies biega wolno
poeta jest zawsze w domu

poetę w jego wolności
umacnia codzienny przymus
karmienia kur pojenia świń
rannego palenia w piecu

mieszka po drugiej stronie
akwizycji świętej promocji
mówią że mu zazdroszczą
myślą że jest stracony

poeta jest już wolny
odróżnia drzewo od drewna
i wreszcie w doświadczeniu
wracają mu słowa do ciała

jak drzewo przerasta słojem
tak węgiel przerasta ogniem
myślą że jest stracony
poeta rozpala w piecu

w myślach pisze wiersze
które powtarza co rano
a analfabeci sąsiedzi
po sąsiedzku czytają

 

 

modliszka

łuna orze cienkusz księżyca
i nie mogę dojść do ładu z oddechem
a myślałam że już będzie dobrze
gdy zdybałam na progu modliszkę

która widzi w trzy de
lecz nie widzi w ciemnościach
i zastyga polując
a ucieka piechotą

od momentu gdy mówię na nowo
nie złapałam w płuca powietrza
zawahana w progu pokoju
który jest już pokojem z modliszką

a ta nie zna modlitwy
ale ręce wykręca
i nie kąsa by zabić
ale kąsa by uciec

nie mam szans żeby siebie dogonić
jeśli będę się tylko rozglądać
łuna orze cienkusz księżyca
przez co noc się wydaje wiecznością

 

 

constans

dlaczego masz smutne oczy
to źle postawione pytanie
gdy w głowie dudnił od dziecka
marszowy krok
lecz wszystkie tamy świata
zostały już przelane
nieużywane zęby
zjadła rdza

zanim jeszcze zdążyłam
wypowiedzieć swą prawdę
usta na powrót się zrosły
w ich miejscu tylko płeć
przestrzelona przez równik
wychylona na prawo
by zachować stabilność
zginam kark

żyję bo przecież oddycham
przez szczeliny się sączę
wciąż jeszcze staję przed lustrem
i kontur znam
nic nie było mi dane
przygarnęłam więc odpad
z martwych fragmentów tkanek
uszyłam twarz

z tamtego miejsca aż dotąd
to droga prosta jak wybieg
nic jednak nie ostrzegło
że potem mdli
a w rękach zostaje zaledwie
kilka z tych szklanych uczuć
nietrwałych jak kształt wody
topliwych jak lód

 

 

mały człowiek

najgłupszy jest mały człowiek
jak on myśli że myśli
że ma cały czas
że nie ma czasu
że może i jest ale
dla innych
dla mnie

wielki jak drzewo mały człowiek
do którego się modlę
żeby o nim pamiętać
żeby żył oddychał
żeby ciągle niósł siekierę
na wyręb
wielkich drzew

uwiera mnie mały człowiek
którego niosę w rękach
który jest tymi rękami
uwiera mnie nie uwiera
żyć bez niego nie mogę
a ręce puste
i kapie z nich krew

 

 

zaciskanie zębów

taka jestem teraz wygimnastykowana
tyle mam w ciele dźwięków
mowonaśladowczych

napinam teraz łydki
teraz marszczę brwi
i znowu umiem wyginać wargi
w górę w dół
prawie odruchowo

dotąd kontur spowijała mgła
teraz świeci słońce
widać wszystko

nauczę się jeszcze zaciskać zęby
skoro słowo na powrót
stało się ciałem

Eliza Moraczewska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Karen Nadine z Pixabay

Lekarze bezdomni. Problem inteligencji (1934)

Lekarze bezdomni. Problem inteligencji (1934)

Antynomialny charakter współczesności najsilniej chyba dał się we znaki tzw. inteligencji, która, nie posiadając stałej bazy ideologicznej, narażona została na szereg wstrząsów i zaburzeń, tym intensywniejszych, czym szybciej zbliżamy się ku katastrofie starego świata. Wyodrębniona z historycznego trzeciego stanu przez proces kapitalizacji ekonomicznej, inteligencja szybko zatraciła swą spoistość wewnętrzną i stała się jak gdyby miniaturą całego społeczeństwa, rozbitą na ugrupowania mniej lub więcej odpowiadające podziałowi na klasy. Z chwilą, gdy emancypujące się mieszczaństwo zwekslowało na tory współpracy z grubą burżuazją, jednocześnie zasilając rozkładającym się elementem własnych dołów powstający proletariat fabryczny, sytuacja inteligencji zaczęła stawać się specjalnie przykra i uciążliwa. Związana z burżuazją licznymi i silnymi węzłami, nie mogła jednak inteligencja zdobyć się na oficjalne z nią przymierze ze względu na swe zawsze żywe tradycje antyklerykalne, wolnościowe i rewolucyjne. Już wtedy inteligencja znalazła się na rozdrożu; od wpędzenia do ślepego zaułka wybawiły ją dążenia i ruchy narodowe, z taką siłą nurtujące ówczesną Europę. One właśnie stały się deską ratunku, do której uczepiona, mogła inteligencja odgrywać przez pewien czas jeszcze fałszywą rolę grupy ponadklasowej; wystarczyło jednak, że doniosłość spraw narodowych zmalała w zetknięciu się z kwestiami ekonomicznymi, aby pozornie ponadklasowa inteligencja doświadczyła na sobie dziejowej konieczności walk i starć klasowych.

W Polsce zagadnienie skomplikowało się jeszcze bardziej w związku ze specyficzną sytuacją polityczną i narodową. Mit niepodległości przyjął tu na siebie reprezentację wszystkich rewolucyjnych fermentów, podporządkowując własnym celom socjalistyczny mit proletariacki i czyniąc zeń odskocznię do akcji, której właściwy charakter, wówczas zafałszowany i zmimetyzowany, dopiero po wojnie wystąpił w całej jaskrawości. Powstanie niepodległego państwa, będące przypieczętowaniem całego ruchu, ostatecznie wytrąciło grunt spod grupy inteligenckiej. Wprawdzie doraźnie najwięcej skorzystała z odrodzenia samodzielnego bytu właśnie inteligencja, która na spółkę z drobnomieszczaństwem zagarnęła wszystkie możliwości z tamtego faktu wynikające i potraktowała niepodległość jako dawno oczekiwany immunitet, dobrze przez udział w konspiracji niepodległościowej wysłużony. Za cenę tego immunitetu poszła inteligencja na sojusz z kapitalizmem, który zresztą trwał w pierwotnej, harmonijnej formie dopóty, póki występujące coraz jaskrawiej objawy katastroficzne nie wznieciły popłochu i nie rozpoczęły intensywnej anarchizacji społeczeństwa.

Nie umiejąc zająć zdecydowanego stanowiska wobec podstawowej antynomii klasowej, inteligencja oscyluje wśród walczących grup, stara się uciec na nieistniejącą platformę ponadklasowego solidaryzmu i coraz częściej umiejscawia się między młotem a kowadłem, nie mając nawet tej złudnej pociechy, że jej wyimaginowana niezależność wynosi ją ponad rozgardiasz walki społecznej. Rozkładowy, gnilny proces starej kultury zaawansował się najbardziej wśród inteligencji jako warstwy skłonnej do szybszego dekadentyzowania się niż mieszczaństwo integralne, bardziej bezwładne, a przeto dłużej korzystające z wyczerpujących się akumulatorów przeszłości. Faszystowską terapię, mającą zgangrenowanym członkom zwrócić siłę i prężność młodości, stosuje kapitalizm głównie do mieszczaństwa, wiedząc, że zanarchizowana i przeżarta egocentryzmem inteligencja może odgrywać nadal swoją klasową rolę, ale bojowej energii koniecznej przy tworzeniu nowych mitów społecznych nie posiada.

Pretensje inteligencji do ponadklasowości w społecznej praktyce nie spełniły się; miały za to ten skutek, że odebrały jej przydział społeczny i sam proces szybkiej lumpenanarchizacji podniosły do godności intelektualnego klerkostwa, neutralizując resztki jakiegokolwiek instynktu klasowego. W wyniku tego samozakłamania doszła inteligencja do rezultatu, zdawało się najmniej oczekiwanego, a przecież logicznego – do programowego hedonizmu, niosącego najniższą, biologiczną afirmację życia ludzkiego. Po raz któryś tam z rzędu spotkała się inteligencja z burżuazją, rezygnując z otwierających się przed nią olbrzymich możliwości odrodzeńczych na drodze kulturalnej i socjalnej proletaryzacji. Bezdomność ideologiczną, na próżno identyfikowaną z bezstronnością, uznano za zaletę, eigenbrödlerstwo [Eigenbrödler/Eigenbrötler – samotny, samotniczy, indywidualistyczny, skupiony na sobie – przyp. red. NO] rzucono, jako hasło, nurt niewyżytego rewolucjonizmu skierowano w wąskie łożysko zagadnień higieniczno-sanitarnych, gdzie skutecznie obraca młyny życia ułatwionego na cześć i chwałę kapitalizmu. Ostatecznie cała organizacja naukowa świata, propagowana przez lekarzy bezdomnych w oderwaniu od rzeczywistości społecznej, skurczyła się do granic reformistyki seksualnej. Przewaga zagadnień tego rodzaju jest dla socjologa niezmiernie cenną legitymacją istotnego oblicza współczesności. Panseksualizm zawsze towarzyszył rozkładowym, dekadenckim okresom kulturalnym, podczas gdy powstawanie nowego życia charakteryzuje surowość obyczajów, nieodłączna od psychiki bojowników i zdobywców. Hedonizm inteligencki jest najzupełniejszym archaizmem. Rewolucyjny mit ludzkości powstał nie po to, aby odjąć człowiekowi pracę i do ostatecznych granic wypłukać życie z twórczego trudu, ale po to, by stworzyć życie, którego natężenie musi przewyższać natężenie wszystkich spraw zastanych i minionych. Życie wyrzekające się ciężaru pracy w myśl zasad ułatwiających, jest życiem niepełnym, skrępowanym właśnie przez brak wszelkich trudności i niegodnym człowieka czynu. Życie, które o nic nie walczy, z niczym się nie zmaga i do niczego nie dąży, ponieważ wszystko jest ułatwione i do wygodnej konsumpcji przystosowane, dochodzi w rezultacie do całkowitej rezygnacji z tego co najcenniejsze – z człowieczeństwa.

Te odłamy inteligencji, które w kolportowaniu haseł hedonistycznych posunęły się najdalej, spełniają zadanie rozbijania wszystkich więzów łączących każde społeczeństwo. Brak instynktu klasowego, a raczej jego osłabienie, tak charakterystyczne dla bezdomnych proroków, włożyło w ich ręce broń obosieczną. Wysuwając sprawy seksualne i higieniczne na pierwszy plan, freudyzm i boyizm spełniają pracę kontrrewolucyjną; jednocześnie, wyzwalając wszystkie niewyżyte kompleksy wśród mieszczaństwa, deprawują go i osłabiają do reszty jego siły. Tym właśnie tłumaczy się fakt, że np. Boy-Żeleński i jego działalność spotkała się z krzyżowym ogniem z wszystkich pozycji. Jeszcze jeden powód do zaakcentowania swej „niezależności” i „ponadklasowości” – w gruncie rzeczy jest to niezależność bakcyla rujnującego żywy organizm, ale na nim pasożytującego i ginącego wraz z nim. Hedonizm podpiłowuje gałęzie, na których sam siedzi i z których nigdzie się nie będzie mógł przenieść, ponieważ w nadchodzącej epoce kultury proletariackiej, afirmującej pracę i wynoszącej do najwyższej godności etyczny stosunek do pracy, miejsca dla niego nie będzie. Walka toczy się o to, aby praca, która jest traktowana jako przekleństwo i faktycznie w ramach ustroju kapitalistycznego zasługuje na to miano, stała się najwyższym prawem i przywilejem, nadającym każdej jednostce jedyny sens istnienia i ludzką godność.

Prawdziwą ucztą dla socjologa jest wertowanie wrażeń i opisów inteligenckich podróżników po Rosji Sowieckiej. Mimo woli w tych wynurzeniach obnaża się z przerażającą brutalnością anatomia psychiczna inteligencji, jej przystępowanie do olbrzymich przeobrażeń historycznych z łokciem własnej ubożuchnej duszyczki, jej strach przed wszelkim trudem na większą miarę, jej instynktowna obawa przed wielkością, paniczne światopoczucie mrówki przydeptanej przez słonia. Ta najzupełniej błaha, nic nieznacząca rzecz, że Rosjanie chodzą w zniszczonych ubraniach, że kobiety ubierają się skromnie, że komfort życiowy usunął się na dalszy plan wobec doniosłych wypadków, przeobrażających oblicze świata – rozdmuchiwana jest i podkreślana przez inteligenckich sprawozdawców ze specjalną skwapliwością. Z wielkiej burzy dziejowej inteligencja zrozumiała akurat tyle, że gdzieś tam podmyło klomby ogrodowe, a komuś zerwało z głowy kapelusz. Ocenianie świata miarą przyjemności przezeń dostarczanych, łatwości ich użycia, mści się niezwykle dotkliwie. Ileż to razy ten czy ów bezdomny lekarz usiłuje dyskwalifikować kulturę komunistyczną nie dlatego, że nie zgadza się ona z jego światopoglądem, ale dlatego, że jest według niego nudna, nie dostarcza tej sumy łatwych rozrywek i przyjemności, bez których świat traci dla niego wszelką rację istnienia. Oczywista, ludzie, którzy sądzą, że ich zadaniem i prawem jest wyciągnięcie maksimum radości z życia przy minimum włożonego wysiłku, mogą łatwo znudzić się kulturą pracy, oceniającą jednostkę według jej twórczych wartości, a nie zalet towarzyskich i tzw. kultury osobistej, w tym wypadku oznaczającej umiejętność prześlizgiwania się przez życie.

Idąc jeszcze dalej w tym kierunku, dochodzimy do ogólnej laicyzacji i zobojętnienia wobec spraw religijnych, co należy ocenić ujemnie, choćby to miało brzmieć paradoksalnie w ustach marksisty. Areligijność inteligencji nie pochodzi z programowej zasadniczej negacji chrystianizmu, ale jest znów wynikiem ułatwiania sobie życia, powstała wskutek anarchicznego wyłamywania się z wszelkich rygorów etycznych, niewygodnych o tyle, o ile ich przyjęcie zmusza do jakichkolwiek, najmniejszych choćby, wyrzeczeń się i ofiar.

Z proletariackiego punktu widzenia fakt że ecclesia militans znajduje coraz mniej bojowników, jest zjawiskiem tylko dodatnim, ale surowość oceny inteligencji musi jeszcze wzrosnąć. Zły pion etyczny nie przestaje być pionem, galareta będzie zawsze mierzwą, z którą czynny, dynamiczny element ludzkości nie ma potrzeby ani obowiązku liczyć się w najmniejszym choćby zakresie. Z tych samych powodów ma on pełne prawo zdyskwalifikować okrzyczany humanitaryzm inteligencki, który – niepoparty dynamiką woli i czynu – stał się już tylko frazesem.

Humanizm prawdziwy powstaje tylko tam, gdzie jednocześnie istnieją środki do jego egzekutywy; środków tych mogą dostarczyć właśnie ludzie o psychice agresywnej, ludzie nastawieni zdobywczo w stosunku do swojej prawdy życiowej, idący wciąż naprzód, a nie kręcący się dokoła frazesu upozorowanego na bóstwo.

Ale jakże tu żądać dynamiki od ludzi sprowadzających swój ideał życiowy do sprawnego automatu, wydającego na przemian czekoladki i prezerwatywy, i do abulii doprowadzających programowy pacyfizm woli. Pacyfizm! – oto jeszcze jedna reduta inteligencjonizmu, tak samo zmurszała, jak i tamte. Jedna kropla krwi Jaurèsa, który uzasadniał swój pacyfizm nie strachem przed trudami wojny i śmiercią, ale świadomością istotnego podłoża imperialistycznego kataklizmu, zaważyła więcej na szali historii, niż całe biblioteki grubych tomów, felietonizujących na straszliwym temacie, tak jak końskie muchy żerują na padle. Pacyfizm komiwojażerów bez żadnego związku ze zbiorowością, histrionów frazesu, uzurpatorów haseł, w imię których nikt nie odda życia i nikt ich nie wypisze na sztandarach! Któryż z nich wyciągnie konsekwencje z głoszonych słów, któryż odnajdzie w sobie dostateczny imperatyw etyczny, aby ponad grzędy zakutych w hełmy głów wyrzucić nie garść literackich trocin, ale ręce zbrojne w żelazo przeciw żelazu! Ci humanitarni bojowcy pacyfizmu odsługują lojalnie wojsko, regularnie wpłacają składki członkowskie na LOPP [Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej], a gdy przyjdzie wojna, czekają na pokój, aby… wzbogacić biblioteki o kilkaset ton makulatury antywojennej. A później faszyzm, usiłujący recydywą barbarzyństwa ratować zagrożone pozycje kapitalizmu, zgromadzi te tysiące tomów na placach i podpali, aby płonęły jak dymiące gromnice przy łożu konającej kultury!

Negatywny stosunek militarystów do programowego pacyfizmu liberalnej inteligencji jest tym samym najzupełniej uzasadniony. Tamci są przynajmniej konsekwentni. Stojąc na gruncie kapitalistycznego ustroju i nacjonalizmu, rozumieją, że militaryzm jest ich przedłużeniem i logicznym uzupełnieniem. Pacyfiści oskubują listki i owoce, wmawiając w siebie i w innych, że jest to właśnie praca nad usuwaniem zła. Przypomina się przebojowe hasełko Boya o „demobilizacji macic”, tak jakby przyrost ludności był jedyną i najważniejszą przyczyną mordów imperialistycznych. Wskazywanie półśrodków tam, gdzie mogą pomóc jedynie lekarstwa radykalne, kładzenie całego nacisku na przyczyny błahe przy jednoczesnym zapoznawaniu istotnych, przeskakiwanie na skrzydełkach felietonu nad najbardziej karkołomnymi zagadnieniami, grzebanie się w drobnych sprawkach aktualnej dzisiejszości obok zupełnej pogardy [wobec] elementów antycypujących przyszłość – czyż to nie jest dyskretnie zamaskowana, pod parasolem humanitaryzmu ukryta, defensywna robota kontrrewolucyjna? Cóż za świetne przyczynki do reklamowanej ponadklasowości.

Na początku bieżącego stulecia inteligencja zajmowała stanowiska może podobne, ale po pierwsze wtedy nie nastąpiło jeszcze zróżniczkowanie haseł, po drugie socjalna sytuacja inteligencji była zupełnie inna. Ogólnikowość, brak dokładnej konfrontacji były wtedy dialektycznie usprawiedliwione i na tle ówczesnych stosunków ekonomiczno-socjalnych wyglądały najzupełniej logicznie (marksistowskie geschichtlich bedingt [determinizm historyczny]). Dziś jest już inaczej. Fakty, które zaszły w międzyczasie, przyniosły daleko idącą korektę historyczną i we właściwym świetle ukazały przyczyny niechęci inteligencji do wyciągnięcia konsekwencji z doświadczeń ostatniego dwudziestopięciolecia.

Zaprzątanie sobie głowy i czasu surową oceną warstw inteligenckich byłoby zbyteczne, gdyby nie to, że jednak możliwości regeneracji wartości kulturalnych wśród inteligencji nie zostały jeszcze całkowicie zaprzepaszczone. Aby ta regeneracja nastąpiła, musi inteligencja przede wszystkim unarodowić się, to znaczy odciąć się raz na zawsze od burżuazyjnego internacjonalizmu intelektualnych przekupniów i poprzez ścisły kontakt z proletariatem, poprzez twórcze współżycie z jego etniczną, rasową kulturą dojść do internacjonalizmu innego, socjalistycznego, będącego wspólnym ponadklasowym pniem rozgałęziających się kultur narodowych. Inteligencja ma dziś do wyboru: albo pocieszać się nadal nazwą intelektualnej elity i wraz z burżuazją brnąć ku własnej zgubie, albo wyzwolić się spod wpływów kultury hedonistycznej propagującej anarchię obyczajową, bałagan moralny i etykę indywidualistów-konsumentów, otrząsnąć się z impresjonizmu ideologicznego i przez wyrobienie w sobie dyscypliny społecznej i przywrócenie opartej na tej dyscyplinie hierarchii wartości dojrzeć do współpracy społecznej z proletariatem, aż do zupełnego z nim zespolenia. Dotychczasowe klęski mogą wtedy stać się natchnieniem tragicznej radości walki spoglądającej złu prosto w oczy. A gdyby nawet walka ta miała zawieść i nie doprowadzić do zwycięstwa w ramach jednego pokolenia, sam fakt podjęcia walki wystarczy, aby stworzone przez nią dynamiczne siły przetrwały i w następstwie doprowadziły rozpoczęte dzieło do końca.

Stefan Strachocki

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Dźwigary. Miesięcznik poświęcony sprawie polskiej kultury proletariackiej” numer 1, Lublin, listopad 1934. Od tamtej pory nie był wznawiany. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska.

Polityczna reaktywacja

Polityczna reaktywacja

Lewica i Polska 2050 przed wyborami zapowiedziały doprowadzenie kolei do wszystkich powiatów oraz miast liczących powyżej 10 tysięcy mieszkańców. Czy to najszybciej porzucona obietnica wyborcza?

„W ramach walki z wykluczeniem transportowym będziemy odtwarzać lokalne połączenia kolejowe i autobusowe, by pociąg dojeżdżał do każdego powiatu” – obiecała w swoim programie wyborczym Lewica, zaś Polska 2050 zapowiedziała: „Doprowadzimy kolej do wszystkich miejscowości powyżej 10 tys. mieszkańców”.

Topniejące obietnice

Jaka jest różnica w kolejowych obietnicach wyborczych Lewicy i Polski 2050 pokazuje powiat myśliborski, którego skrajem biegnie linia Zielona Góra – Szczecin, a kursujące nią pociągi zatrzymują się w jego granicach na stacjach Namyślin i Boleszkowice. Wychodząc od postulatu Lewicy, można uznać, że w odniesieniu do powiatu myśliborskiego nie są już potrzebne żadne działania, gdyż jest on obsługiwany koleją. Tymczasem według Polski 2050 działania są jak najbardziej wskazane, bo każde z miast w powiecie – Myślibórz, Dębno i Barlinek – liczy ponad 10 tys. mieszkańców i wszystkie w latach 90. zostały odcięte od połączeń pasażerskich.

Przez Dębno biegnie czynna w ruchu towarowym linia Barnówko – Kostrzyn nad Odrą, którą wywożona jest wydobywana w tym rejonie ropa naftowa. Linia w ostatnich latach przeszła remont, a więc przywrócenie połączeń pasażerskich jest możliwe nawet w nieodległej perspektywie. Reaktywacja kolei w Myśliborzu i Barlinku to dużo większe wyzwanie – linia, która biegła przez te miasta, została zdemontowana. Co więcej, w Myśliborzu i Barlinku śladem torów zostały poprowadzone obwodnice drogowe, a w dodatku ciągłość pasa kolejowego między tymi miastami przerwano drogą ekspresową S3. Aby zrealizować obietnicę Polski 2050, należałoby doprowadzić nie do rewitalizacji linii kolejowej, lecz jej budowy od nowa.

Odwrotnie różnica w obietnicach wyborczych przedstawia się w przypadku takich miast powiatowych jak Lipsko, Zwoleń i Żuromin w województwie mazowieckim czy Brzozów na Podkarpaciu. Miasta te liczą mniej niż 10 tys. mieszkańców, a więc w myśl zapowiedzi Polski 2050 nie trzeba tu doprowadzać kolei. Tymczasem zgodnie z programem Lewicy należy to zrobić, bo przecież ugrupowanie zapowiedziało, że będzie działać, „by pociąg dojeżdżał do każdego powiatu”. A w lipskim, zwoleńskim, żuromińskim i brzozowskim kolei nie ma. Ale też nigdy jej nie było – konieczna byłaby więc budowa nowych linii.

Analizowanie tych różnic może nie ma już sensu, bo podczas przekuwania programów wyborczych w umowę koalicyjną obietnice stopniały do ogólnikowego zapisu: „Koalicja aktywnie wesprze proces przywracania połączeń autobusowych i rozwijania sieci kolejowej, aby zatrzymać i odwrócić negatywne trendy w tym zakresie”.

O kolei niewiele

W wyniku uzgodnień między partiami tworzącymi nową koalicję stanowisko ministra infrastruktury przypadło Dariuszowi Klimczakowi z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Tak się składa, że jest to partia, która rozwojowi sieci kolejowej poświęciła szczątkową uwagę w programie wyborczym. Na jego 48 stronach kwestia ta pojawia się tylko raz – przy okazji zapewnienia o odblokowaniu funduszy unijnych Krajowego Planu Odbudowy: „To nie są wirtualne pieniądze, a środki, z których można sfinansować inwestycje drogowe i kolejowe”.

O priorytetach Ministerstwa Infrastruktury pod kierownictwem PSL świadczą aktualności zamieszczane na stronie internetowej resortu. Najczęściej poruszanym tematem są spotkania Dariusza Klimczaka z protestującymi na granicy polsko-ukraińskiej przewoźnikami drogowymi. To rzeczywiście pożar, którego konieczność gaszenia powitała Klimczaka w drzwiach ministerstwa. Poza tym strona resortu informuje o przedłużeniu „na wniosek ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka” obowiązywania w 2024 r. wprowadzonych przez rząd Prawa i Sprawiedliwości bezpłatnych przejazdów autostradą A1 na prywatnym odcinku Toruń – Gdańsk. Opublikowano też informacje o dotacjach dla samorządów na remonty dróg i budowę mostów drogowych oraz dofinansowaniu dla Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad na nowe obwodnice. Od 13 grudnia 2023 r., gdy Klimczak objął Ministerstwo Infrastruktury, co najmniej do 10 stycznia 2024 r. na stronie resortu ani razu nie poruszono tematu kolei.

Zmiana komunikacyjna

To wszystko nie znaczy jednak, że Polskie Stronnictwo Ludowe w kampanii wyborczej omijało tematy związane z koleją.

Już w lutym 2023 r. prezes ludowców na konferencji przed dworcem kolejowym w Olsztynie przekonywał, że zaspokajanie codziennych potrzeb transportowych jest ważniejsze od wielkich przedsięwzięć: – „Nie Centralny Port Komunikacyjny pod Warszawą jako najważniejsza inwestycja, tylko to, żeby dzieciaki do szkoły mogły dojechać łatwo, bezpiecznie i tanio, a ludzie do pracy” – mówił Władysław Kosiniak-Kamysz, krytykując przy tym PiS: – „Ich interesują wille dla swoich, a nas interesuje program mieszkaniowy, który w połączeniu z walką z wykluczeniem komunikacyjnym zmieni oblicze demograficzne Polski, uratuje Polskę. Bez tego nie mamy szans. Warmia i Mazury są wykluczone”.

– „Żeby zahamować eksodus ludności, żeby poprawić demografię, potrzebna jest zmiana komunikacyjna” – podkreślał szef PSL. – „Jak popatrzymy na spis ludności w województwie warmińsko-mazurskim, to tak jakby od ostatniego spisu, od którego minęło 10 lat, ubyło jedno ważne miasto, miasto Ełk, bo brakuje 70 tys. osób. O 30% zmniejszyła się populacja młodych na Warmii i Mazurach”.

Kosiniak-Kamysz zasadnie powiązał wpływ słabej dostępności transportowej na wyludnianie się miast i powiatów, ale jednocześnie zgrabnie pominął fakt, że Warmią i Mazurami od ponad 20 lat współrządzi Polskie Stronnictwo Ludowe, a w latach 2014-2023 polityk tej partii, Gustaw Brzezin, był marszałkiem województwa (w wyborach w październiku 2023 r. uzyskał on mandat senatora).

Oczkiem w głowie marszałka Gustawa Brzezina był działający od 2016 r. port lotniczy Olsztyn-Mazury w Szymanach pod Szczytnem. Koszt jego budowy wyniósł 205 mln zł, od początku działalności co roku przynosi on stratę (za 2022 r. wyniosła ona 17,8 mln zł). Dodatkowo samorząd dopłaca liniom lotniczym, by latały do Szyman. Jako że połączeń lotniczych nie można dotować, odbywa się to poprzez zlecanie promocji. Na przykład w 2020 r. linie LOT otrzymały 2,7 mln zł za pomalowanie jednego ze swoich samolotów w barwy Warmii i Mazur.

Mówienie przez Kosiniaka-Kamysza o Centralnym Porcie Komunikacyjnym było dość obłudne – na Warmii i Mazurach koalicja Polskiego Stronnictwa Ludowego i Platformy Obywatelskiej pompuje miliony w regionalne lotnisko, a jednocześnie oferta kolejowa jest bardzo skromna. Na przykład z Olsztyna przez Szczytno i Pisz do Ełku jeżdżą tylko trzy pociągi na dobę – pierwszy dociera do Ełku na 12:00. W soboty z Działdowa odjeżdżają tylko dwa na dobę pociągi Polregio – o 5:50 do Olsztyna, o 5:55 do Iławy i na tym koniec. Umowa, którą samorząd Warmii i Mazur zawarł z Polregio na lata 2021-2026, nie przewiduje bowiem rozwijania oferty przewozowej. W efekcie dodanie połączeń na jednej trasie wiąże się z zabraniem ich z innej trasy.

Tłumaczy się to brakiem środków: – „Nikt nie uchyla się przed uruchamianiem połączeń, problem jest po prostu z ich finansowaniem. To jest kwestia niestety pieniędzy, a nie złej woli” – mówiła w 2022 r. dyrektor Iwona Paluch z departamentu infrastruktury samorządu Warmii i Mazur.

Kolej powinna być

Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi na olsztyńskiej konferencji towarzyszył Szymon Hołownia. Liderzy PSL i Polski 2050 informowali bowiem o zacieśniającej się współpracy swoich ugrupowań.

– „Mówimy dawno: kolej w każdym mieście powyżej 10 tys. mieszkańców” – podkreślał Hołownia. – „Jesteśmy w województwie warmińsko-mazurskim, gdzie jest statystycznie najwięcej w Polsce miast powyżej 10 tys. mieszkańców bez kolei: Lubawa, Biskupiec i inne miasta, w których ta kolej powinna być”.

W województwie warmińsko-mazurskim jest osiem miast liczących co najmniej 10 tys. mieszkańców, do których nie da się dojechać koleją. Największe to ponad 20-tysięczne Bartoszyce i Mrągowo oraz 16-tysięczne Olecko. W sumie w tych ośmiu miastach mieszka 117 tys. osób (do tej ósemki nie wliczamy Giżycka i Kętrzyna, które z uwagi na przebudowę linii kolejowej obsługiwane są autobusami zastępczymi).

Akces Warmii i Mazur do rządowego programu Kolej Plus miał prowadzić do reaktywacji połączeń do Mrągowa, a skończył się blamażem. Choć samorząd województwa wydał 858 tys. zł na studium rewitalizacji ciągu Olsztyn – Biskupiec – Mrągowo – Mikołajki – Orzysz – Ełk, to nie złożył wymaganych dokumentów i na własne życzenie odpadł z programu.

Połączeń nie ma też na linii Ełk – Olecko, mimo że jej stan umożliwia kursowanie pociągów pasażerskich z prędkością 80 km/h. A cztery lata temu prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz w czasie kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. powiedział: – „Trzeba puścić pociągi wszędzie tam, gdzie jest to możliwe”.

Jak widać, słowa te do dziś nie dotarły na Warmię i Mazury. Z drugiej strony jest województwo wielkopolskie, gdzie wicemarszałkiem zajmującym się koleją jest polityk PSL Wojciech Jankowiak. We współpracy z samorządami lokalnymi doprowadził on do uczestnictwa w programie Kolej Plus na dużą skalę. Jeśli każde z przedsięwzięć z tego regionu uda się zrealizować, połączenia wrócą do Gostynia, Śremu, Międzychodu, Czarnkowa i Turku, a więc wszystkich wielkopolskich miast powiatowych, do których dziś nie docierają pociągi.

Oferta homeopatyczna

Ugrupowania tworzące rząd Donalda Tuska zapisały, że wesprą proces rozwijania sieci kolejowej, „aby zatrzymać i odwrócić negatywne trendy w tym zakresie”, mimo że w ciągu ostatnich pięciu lat pociągi wróciły do takich liczących powyżej 10 tys. mieszkańców miast jak Bielawa, Gubin, Krosno Odrzańskie, Wschowa, Końskie, a także Mielec i Lubin, które były jednymi z największych polskich miast pozbawionych połączeń kolejowych. Pociągi wróciły też do mniejszych, kilkutysięcznych ośrodków: Chocianowa, Sobótki, Świeradowa-Zdroju, Mirska, Stąporkowa, Siewierza, Poręby, Chorzel czy Ustrzyk Dolnych.

Szereg miast i powiatów czeka na efekty wprowadzonego przez rząd PiS programu Kolej Plus. Tyle że jego realizacja potrwa do 2029 r. Przy pełnej realizacji Kolei Plus połączenia uzyskają 22 miasta liczące więcej niż 10 tys. mieszkańców.

Obecnie bez połączeń kolejowych jest 75 takich miast, a także 41 powiatów. Do tego należałoby doliczyć powiaty i miasta, do których docierają połączenia kolejowe, ale oferta jest homeopatyczna. Jak w Knurowie, który leży w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, na linii kolejowej łączącej Gliwice z Rybnikiem. Zamiast jednak mieć atrakcyjne połączenia aglomeracyjne, 36-tysięczny Knurów obsługiwany jest zaledwie dwoma sobotnio-niedzielnymi pociągami Kolei Śląskich (Gliwice – Wisła Głębce i Gliwice – Żywiec). Kolejny przykład to 25-tysięczny Biłgoraj, przez który kursuje wyłącznie pociąg PKP Intercity relacji Hrubieszów – Zamość – Kraków – Wrocław, a połączeń regionalnych kompletnie brak.

Pierwszym krokiem aktywnego wsparcia procesu rozwijania sieci kolejowej, o którym mowa w umowie koalicyjnej, mogłoby więc być motywowanie samorządów województw do wprowadzenia regularnych połączeń tam, gdzie infrastruktura już dziś na to pozwala bez konieczności rewitalizowania linii kolejowych czy budowania nowych.

Nie za wszelką cenę

Na stanowisko wiceministra infrastruktury odpowiedzialnego za kolej powołany został pod koniec grudnia 2023 r. Piotr Malepszak. Choć jest cenionym specjalistą zajmującym się koleją, to nic nie zapowiada, aby podjął się roli strażnika obietnic doprowadzenia połączeń do wszystkich miast liczących więcej niż 10 tys. mieszkańców i wszystkich powiatów. – „Nie jestem zwolennikiem kolei za wszelką cenę. Uważam, że środki transportu zbiorowego powinny się wzajemnie uzupełniać. Zatem tam, gdzie spodziewany jest potok pasażerów na dobowym poziomie 400-500 osób, a nawet 1 tys., gdy fizycznie obok potencjalnej linii kolejowej idzie droga krajowa lub wojewódzka, to trzeba przede wszystkim zapewnić w pierwszej kolejności sprawny transport autobusowy. To on dowoziłby pasażerów do linii kolejowej z dużą liczbą pociągów” – mówił w 2022 r. „Gazecie Wyborczej” Piotr Malepszak. Do realizacji obietnic wyborczych Polski 2050 i Lewicy nic go nie zobowiązuje, gdyż nie jest nominatem tych partii.

Szef Polski 2050 Szymon Hołownia, już jako marszałek sejmu, pod koniec listopada 2023 r. spotkał się z licealistami w Krakowie. Spytano go tam o wykluczenie transportowe.

– „To jest bardzo ważny problem, bo jak nie ma transportu, to nie ma życia, bo nie ma wolności. Jak nie ma transportu, to człowiek nie może uczyć się czy pracować tam gdzie chce, tylko musi pracować i uczyć się tam gdzie musi” – odpowiedział przewodniczący Polski 2050, podkreślając, że kluczową rolę musi odgrywać kolej. – „Nasze ugrupowanie jest w to bardzo wkręcone. Chcemy dać do tego ministerstwa, gdzie jest transport, człowieka, który jest wręcz obsesjonatem transportu publicznego i mam nadzieję, że tego przypilnuje”.

Na początku stycznia 2024 r. Polska 2050 poinformowała, że jej rządowa reprezentacja jest już w komplecie. Z 23 nominatów tej partii, którzy objęli stanowiska ministrów i wiceministrów, nikt jednak nie trafił do Ministerstwa Infrastruktury (dla porównania w resorcie klimatu i środowiska z Polski 2050 jest minister i dwóch wiceministrów). Swojego człowieka w resorcie infrastruktury ma za to Lewica – wiceministrem został Przemysław Koperski, lecz powierzono mu sprawy lotnictwa i budżetu ministerstwa.

Nie bez znaczenia jest również to, że obietnice zapewnienia połączeń kolejowych we wszystkich powiatach oraz miastach liczących co najmniej 10 tys. mieszkańców zostały złożone przez Lewicę i Polskę 2050 w kampanii przed wyborami parlamentarnymi, a kluczowa w tej kwestii jest rola samorządów wojewódzkich, bo przecież to one decydują o regionalnych przewozach kolejowych.

Wybory samorządowe mają odbyć się już wiosną 2024 r. Jakie czekają nas kolejne kolejowe obietnice wyborcze?

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/128 styczeń-luty 2024)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.

Zawiedli nas sromotnie (1919)

Zawiedli nas sromotnie (1919)

Napadli Czesi podstępnie i zdradziecko na ogołocony z wojsk polskich Śląsk Cieszyński. Napadli znienacka, lecz ledwie tylko dzielny wódz Latinik potrafił skoncentrować swe szczupluteńkie – bo zaledwie trzy tysiące liczące przeciwko dwudziestu czterem tysiącom czeskim – siły, już powstał zwarty mur nad Wisłą, o który rozbiły się zapędy czeskie. Prawie w najkorzystniejszej chwili, kiedy ledwie słabe kompanie polskie rozbiły całe siły czeskie przy Dębowcu, kiedy już nadchodziły posiłki, na prośbę Czechów, na polecenie z Paryża zawarto niepowetowanie szkodliwe dla nas zawieszenie broni. Gdyby nie ono, dziś już nie stałaby noga żołdaka czeskiego na ziemi śląskiej.

Utworzono w Paryżu haniebną linię demarkacyjną jako nagrodę dla Czechów za ich zdradę i barbarzyństwa. Uznano, że koalicja sprawę załatwi sprawiedliwie bez rozlewu krwi. Ufano misji koalicyjnej w Cieszynie, jako bezstronnemu i sprawiedliwemu sędziemu. Niestety, członkowie misji nie dorośli do zadania, jakie wzięli na siebie i zawiedli sromotnie.

Im dłużej obserwowaliśmy działalność tej misji, tym więcej rosła nasza niewiara wobec niej. Ugodą z 5 listopada [1918] zostawiliśmy Czechom cały powiat frydecki, w pozostałych zaś powiatach Polacy liczą 85%, Niemcy 8%, a Czesi tylko 7%. Sprawa do rozstrzygnięcia była jasną i prostą.

Tymczasem członkowie misji zamiast pracować na ziemi z ludźmi, pracowali umyślnie pod ziemią z węglem, żeby odwrócić uwagę od swego podstępnego knowania na korzyść najeźdźców czeskich. Oni poinformowali komisję dla spraw polskich i czeskich w Paryżu stronniczo i niesprawiedliwie na korzyść Czechów o stosunkach na Śląsku. Oni okazali się niegodnymi naszego zaufania, jakimśmy ich darzyli. Oni zaprzedali Czechom pod maską węgla dusze polskie, które ci chcieliby tutaj wynarodowić. Koncentracja wojsk czeskich wzdłuż linii demarkacyjnej miała na celu przesądzić natychmiast po ogłoszeniu decyzji koalicyjnej w sprawie Cieszyńskiego zabór całego kraju i uprzedzić wszelki zbrojny opór ze strony polskiej. To wszystko za wiedzą misji cieszyńskiej, która się już zawczasu – cichaczem w nocy – wynosiła z Cieszyna.

Z ziemi – z krwi i kości polskiej zrobiono w Paryżu tylko ziemię węgla koksującego. To jest praca komisji koalicyjnej w Cieszynie.

Podczas politycznego strajku górników karwińskich przybyli do Frysztatu członkowie misji podpułkownicy Coulsen i Tissi, żeby się na miejscu przekonać, czego żądają strajkujący. Tam na konferencji rad robotniczych górników zagłębia karwińskiego słyszeli jak wszyscy delegaci rad podnosili z naciskiem, że za najgłówniejszy warunek powrotu do pracy stawiają górnicy ustąpienie Czechów z zagłębia karwińskiego. Słyszeli jak podnosili górnicy jednogłośnie: dajcie nam broń i dozwólcie, a sami sobie zagłębie oczyścimy z czeskiego żołdactwa i pójdziemy do pracy. Inaczej o powrocie do pracy mowy być nie może.

Na to Coulsen w imieniu całej misji zabrał głos i uspokajał górników, żeby tylko byli cierpliwymi i poszli do pracy, gdyż misja poznała ich bóle i ich wielki patriotyzm, ta misja ich nie zawiedzie, ona bada stosunki tutejsze i mogą być pewni podania sprawiedliwej oceny i sprawiedliwego rozstrzygnięcia. Mogą być pewni, że nie zostaną pokrzywdzeni, niech tylko teraz idą do pracy, a sprawa zostanie za miesiące, a może i tygodnie już załatwiona, bo to wielka sprawa budowy Polski.

A słyszcie teraz, jak przedstawili sprawę w Paryżu! Wtedy nawoływali górników do zaprzestania strajku, sami ani myśląc o dotrzymaniu słowa. Działali oni wtedy jak agenci czescy.

Byli oni świadkami przyjęcia, jakie zgotowała wojskom polskim ludność śląska w Cieszynie. Przypadkiem jeden członek misji przejeżdżał dnia 26 stycznia przez Frysztat podczas przyjęcia wojsk polskich. Widział bramy triumfalne i pytał, co to za olbrzymie tłumy, po co one tutaj.

A samo urzędowanie misji. Wobec czeskich nadużyć i gwałtów miękcy i ustępliwi. Natomiast twardzi wobec Polaków. Szczególną protekcją otoczyli podłość ślązakowską. Przez to nie poczuwali się do zachowania taktu i urazili nas. Zamiast sędziego bezstronnego urzędowała misja stronniczo, stronniczy też i niegodny z powagą takiej misji wydała wyrok. Nie żywimy wielkiej nadziei do pomyślnego powodzenia Paderewskiego. Cóż nawet pomogłoby odwrócenie rozstrzygnięcia wobec przez koalicję rozzuchwalonych Czechów. Po grze Paderewskiego przemówi Piłsudski. Ten sam, który nie lękał się w roku 1914 pierwszy zdeptać kordonu krojącego Polskę i z małą garstką legionistów rzucić zbrojną rękawicę kolosowi caratowi – uwolni nas od podłego jarzma czeskiego plemienia gadzin. Przemówi wypróbowanym środkiem starej dyplomacji – orężem, a to najskuteczniejszy środek na rozzuchwalone gadziny czeskie. W ręce naszej armii złożona sprawa to najlepsza gwarancja.

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w piśmie „Robotnik Śląski. Organ Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej” nr 29/1919, Frysztat, 18 kwietnia 1919 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 105. rocznicę zbrojnej napaści Czechosłowacji na Polskę i próby zbrojnego zagarnięcia Śląska Cieszyńskiego. Zdjęcie w nagłówku tekstu przedstawia zbiorową mogiłę polskich żołnierzy i członków robotniczych ochotniczych milicji walczących z najeźdźcami. Mogiła znajduje się w Stonawie, niegdyś w ogromnej większości zamieszkiwanej przez Polaków, obecnie w Czechach. Są tam pochowani zarówno polegli w walkach, jak i osoby bestialsko zamordowane jako jeńcy w ramach zbrodni wojennej. Fot. Remigiusz Okraska.

Ćwierćinteligent na brzegu

Ćwierćinteligent na brzegu

Pod koniec października, tuż po wyborach, ukazał się w „Gazecie Wyborczej” artykuł Jarosława Bratkiewicza pt. „Załoga statku PiS to sieroty po PRL-u i ćwierćinteligenci” (30.10.2023). Nie trzeba szczególnej przenikliwości, żeby wykazać, iż wpisuje się on w dyskurs „Gazety Wyborczej”, który jest kulturowo rasistowski, klasistowski i chamofobiczny. Nawet student czy studentka, wykorzystując podstawową dla medioznawstwa metodę, jaką jest analiza zawartości mediów czy analiza tekstu w dyskursie medialnym, potrafi z łatwością wykazać, iż jest on wykluczający i stygmatyzujący słabsze ekonomicznie i symbolicznie grupy społeczne (Natalia Piwek – „Katole, mohery, ciemnota. Stereotyp typowego Polaka w dyskursie medialnym Gazety Wyborczej”; praca licencjacka napisana w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego pod moim kierunkiem).

Pomimo posiadanej wiedzy, że tak się sprawy mają, i po samym już tytule, moim zdaniem artykuł ten, zresztą z serii „Adam Michnik poleca” przekroczył pewną granicę. Ukazał bowiem wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie tylko jako roszczeniowe oraz życiowo nastawione i kupione za programy socjalne sieroty po PRL-u, które niczego nie rozumieją i niczego nie potrafią na wolnym rynku ceniącym przedsiębiorczość. Wszak do tej neoliberalnej nowomowy czytelnik tej gazety jest przyzwyczajony. Mamy tu jednak także „ludzi prymitywnych” w antropologicznym tego słowa znaczeniu.

W tym kontekście Bratkiewicz hasłowo przywołuje koncepcję myślenia prelogicznego, autorstwa francuskiego etnologa Luciena Lévy-Bruhla, a także sposób pojmowania świata przez społeczności mityczne opisany przez rumuńsko-francuskiego religioznawcę Mirceę Eliadego. Chciałbym przyjrzeć się artykułowi Bratkiewicza z punktu widzenia koncepcji „umysłowości prymitywnej” oraz cech społeczeństwa tradycyjnego, których używa, aby wykazać błędy poznawcze w tej wizji „ludu pisowskiego” posiadającego – jego zdaniem – taką właśnie umysłowość.

Z antropologicznego punktu widzenia, mówiąc najkrócej, chodzi o to, że w myśleniu określanym mianem prelogicznego nie widzi się potrzeby, ani w pewnym sensie nie jest się zdolnym, ze względu na brak pisma, do myślenia dyskursywnego, rozumowego, logicznego. Racjonalność jest zastępowana myśleniem obrazowym, pamięciowym oraz tzw. partycypacją mistyczną. Tym, co „wyciąga” z tej oryginalnej koncepcji Bratkiewicz, rzecz jasna w celu zdezawuowania i ośmieszenia „ludu pisowskiego”, jest fakt, że owe myślenie nie jest racjonalne, oświeceniowe, nowoczesne. „Lud pisowski” jest prelogiczny i z tego względu nic nie rozumie z rzeczywistości. Z kolei w opozycji do myślenia prelogicznego, myślenie racjonalne reprezentuje – a jakże – Bratkiewicz.

Ale czy na pewno tak jest? Otóż moja teza jest następująca: to Bratkiewicz reprezentuje ową umysłowość, co skutkuje tym, że nie rozpoznaje podstawowych koordynatów opisywanej oraz, co szczególnie ważne, pożądanej przez siebie rzeczywistości. Mamy zatem do czynienia z „umysłowością prelogiczną” à rebours.

Oczywiście z antropologicznego punktu widzenia nie wartościuje się „umysłowości pierwotnej”. Zgodnie z zasadą relatywizmu kulturowego nie mówi się, iż jest ona gorsza od myślenia racjonalnego. Jest po prostu inna. Bratkiewicz może sobie pozwolić na wartościowanie w swoim celu, czyli wskazania na gorszość „ludu pisowskiego” – wszak nie jest on antropologiem (choć popełnia antropologiczny błąd). Jeśli zatem Bratkiewicz zrównuje „umysłowość pierwotną” z „ludem pisowskim” i wartościuje ową umysłowość negatywnie, to jeśli sam ową umysłowością pierwotną dysponuje, co chce wykazać, należy go uznać, zgodnie z jego logiką, za ćwierćinteligenta. Słowem Bratkiewicz jest zatem „dziki” dużo bardziej niż mu się wydaje.

W artykule Bratkiewicza pojawia się cytat z Mircei Eliadego, który oddaje jedną z cech pojmowania rzeczywistości przez członków społeczności mitycznych, nazywanych przez autora tradycyjnymi. Ma to być argument, iż „lud pisowski” jako tradycyjny, jest ciemny i zacofany, gdyż taka właśnie jest tradycyjność, o czym świadczy cytat z Eliadego: „[…] rzeczą znamienną dla społeczeństw tradycyjnych jest […] przeciwstawienie swego zasiedlonego terytorium obszarowi nieznanemu i nieokreślonemu, który je otacza: ich okolica to »świat«, kosmos; reszta to już nie kosmos, to coś w rodzaju »zaświatu«, obszar obcy, bezładny, zamieszkany przez poczwary, demony, obcych”. To taka percepcja rzeczywistości ma odpowiadać, za, jak pisze Bratkiewicz, dopatrywanie się przez „lud pisowski” zła, które czai się w naszym bliskim otoczeniu: „[…] w Niemczech, Unii Europejskiej, Rosji, wśród transnarodowych »lewaków« i »pedałów«”.

Przecierałem oczy ze zdumienia: on to naprawdę napisał. Przejawem błędnej, bo tradycyjnej percepcji rzeczywistości, jest ponoć doszukiwanie się zła w Rosji. Skandal! To pisze człowiek, który nie tylko wspierał reset z Rosją (Sławomir Cenckiewicz, „Jarosław Bratkiewicz, ojciec resetu z Rosją. Cichy urzędnik, podwładny Sikorskiego”, portal i.pl, 28.10.2022), lecz pisze to w chwili wojny na Ukrainie. I kto tutaj widzi wyraźniej?

Od razu trzeba zaznaczyć kilka kwestii, które choć związane z etnologią, są równie istotne, gdyż pokazują, iż Bratkiewicz jest nieukiem, by użyć jego określenia względem „ludu pisowskiego”.

Po pierwsze, Bratkiewicz błędnie utożsamia „umysłowość pierwotną” w ujęciu Lévy-Bruhla ze społeczeństwem mitycznym w rozumieniu Eliadego. W tym pierwszym, czyli w świecie myślenia magicznego, nie ma podziału na sacrum i profanum, nie ma transcendencji, nie ma także świata pozazmysłowego, gdyż ten dopiero rodzi się wraz z symbolem. A to właśnie symbole odgrywają kluczową rolę w fenomenologicznym ujęciu Eliadego. Zestawiając tych dwóch autorów, którzy jakoby mieliby mówić to samo o specyfice „umysłowości pierwotnej”, Bratkiewicz popełnia błąd, który wytknąłby mu dobrze wyedukowany student etnologii. Bratkiewicz niewiele z tych autorów rozumie poza przywołaniem nazwiska Lévy-Bruhla i pojęcia mentalité primitive (błędnie zresztą interpretowanego jako „magiczna nieobliczalność transcendencji”, jak i błędnie nazywanego „syndromem”) oraz zacytowaniem Eliadego.

Ponadto Bratkiewicz pisze: „Antropolog Lucien Lévy-Bruhl w »La mentalité primitive« dowodzi, że przewód poznawczy »ludzi prymitywnych«, inaczej niż logiczne myślenie człowieka Zachodu, przedziera się przez labirynty magii i okultyzmu”. Lévy-Bruhl w ogóle nie pisze o okultyzmie, gdyż jest to późniejszy historycznie fenomen kulturowy, nieistniejący w społeczeństwach pierwotnych. Widać, że Bratkiewicz nie czytał „La Mentalité primitive”.

Po drugie, Eliade z pewnością nie uznawał cech społeczności mitycznych za negatywne. Jeśli już, to raczej jako nieuchronne – jego zdaniem były one częścią uniwersalnego ludzkiego sposobu doświadczania i percypowania świata. Z tego przecież uniwersalistycznego względu wykorzystywane są one i dzisiaj w fenomenologicznych analizach kultury współczesnej (vide Zbigniew Benedyktowicz), w tym także dzieł kultury wysokiej. Czy wielcy twórcy współczesnej sztuki filmowej, percypujący świat poprzez opozycję świat – zaświat, też płyną w „statku PiS-u”?

I tak oto „inteligent-szpaner-zobaczcie-jakim-oczytany” rozbija się o rudymentarną wiedzę o autorach kogoś, kto po prostu dobrze zna ich koncepcje. Nie te kwestie są jednak najistotniejsze.

Otóż nic bardziej nie potwierdza uniwersalistycznej racji Eliadego, jak sam artykuł Bratkiewicza, która właśnie w ów schemat, zarysowany w cytacie, się wpisuje: my-inteligencja, PO, „Gazeta Wyborcza”, wykształceni, obyci w świecie, eleganccy, przedsiębiorczy, piękni – to świat-kosmos. Natomiast tam, poza naszym czujnym okiem i kontrolą, roztacza się świat demonów: ciemnego, głupiego, złego, gnuśnego, zapitego, zabobonnego, katolickiego, brzydkiego, bo z „nalanymi sadłem facjatami”, „ludu pisowskiego”. Sposób oglądu świata Bratkiewicza jest kalką z postaw opisanych przez Eliadego. Robi dokładnie to samo, co krytykuje – jest zatem reprezentantem przywołanej przez siebie „umysłowości pierwotnej”, mitycznego sposobu oglądu świata.

W logikę „odwróconego świata”, w którym to innym przypisujemy cechy, których sami nie możemy posiadać (a udowodniłem, że posiadamy: nieuctwo), wpisuje się także neokolonialna retoryka o podłożu kulturowo-rasistowskim, dotycząca pisowskiego „ludu małpiego”, „małpioludziej czeredy” czy „rozjuszonych koczkodanów”. Zaświat zamieszkują nie tylko demony czy zmarli, ale także zwierzęta. Słowem, percepcja mityczna wedle Eliadego animalizuje obcego, co czyni Bratkiewicz dając świadectwo swojemu „pierwotnemu” umysłowi, patrzącemu na, jak sam pisze, „połowę Polski”.

Podsumowując, gdyby Bratkiewicz był naprawdę inteligentem, tak, jak o sobie myśli, czyli człowiekiem, którego znamionuje „umysłowość krytyczna i racjonalny dystans”, dostrzegłby z łatwością, jak jego myślenie uwikłane jest w myślenie prelogiczne. Dwukrotnie przywołuje także gnostycki pierwiastek w pisowskiej teorii i praktyce, która sprowadza różnorodność świata do konwulsyjnych starć dobra i zła. Ów pierwiastek ma być, a jakże, związany z „umysłowością tradycjonalną”. Jakoś nie dostrzegłem w tekście Bratkiewicza „różnorodności świata”, tak pożądanego, lecz właśnie starcie dobra i zła, tyle że à rebours. Na początku swojego tekstu pisze, iż „Polska PiS-u 15 października cofnęła się o krok, o dwa. Ale trwa. Szczerzy kły, parska, i furczy ze złości”. Owa złość towarzyszy jednak przede wszystkim Bratkiewiczowi, który w swoim „strumieniu świadomości”, jak w dobrej magii, wszystko łączy z wszystkim: kto mnie „obraził” w internecie, Lévy-Bruhl, Kipling, wiarygodność sojusznicza Polski, układ etc.

Przykładem podstawowego braku logiki u Bratkiewicza jest krótki opis pożądanego przez niego modelu patriotyzmu, którego przedstawicielem ma być Lech Wałęsa. Pomijam nawet dobrze znane fakty z życia Wałęsy, które są biegunowo odległe od wartości patriotycznych (suwerenność, niepodległość), ale to on przecież jest znakomitym przykładem tego, co Bratkiewicz krytykuje. Wałęsa jest nieukiem, niewykształconym anty-inteligentem, tradycjonalistą, ultrakatolikiem wszędzie dostrzegającym interwencję sił nadprzyrodzonych (Matka Boska), ma „nalaną sadłem twarz”, bredzi o kosmitach, jest narcystyczny (to cecha przaśnego narcyzmu szlachty, której odpowiednikiem ma być „lud pisowski”), a gejów w Sejmie chciałby umieścić w ostatnich ławach. Bratkiewicz za bohatera bierze kogoś, kto jak ulał pasuje do krytykowanego przez niego modelu. Gdzie tutaj logika? Brak, chyba że uznamy, że skoro Wałęsa jest „nasz”, to już może być jaki chce i kim chce, gdyż opresja i nasze wymagania go nie dotyczą: akceptujemy cię takim, jakim jesteś, byle z nami, nigdy przeciw. To nie tylko kryterium „swojacko-plemienne”, ale zwykła hipokryzja, szczególna cecha polskiego „inteligenta”, będąca wynikiem jego „umysłowości pierwotnej”, którą widzi wszędzie, tylko nie u siebie.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz Singha Bohrer (-Bender) z Pixabay

„1670”: pogromca mitu sarmatyzmu?

„1670”: pogromca mitu sarmatyzmu?

Wyprodukowany przez Netflix serial „1670” to utrzymana w konwencji mockumentu opowieść o szlachcicu Janie Pawle Adamczewskim, którego życiowym celem jest zostanie „najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski”. Serial stał się bodaj jednym z najważniejszych wydarzeń w polskiej popkulturze ostatnich lat. Mówią o nim „wszyscy”, swoje opinie wygłaszają przedstawiciele rozmaitych formacji intelektualnych. Jedni widzą w nim dzieło przełomowe i nieomal epokowe, drudzy wyrażają zdegustowanie. Warto oczywiście pamiętać, że o pionierstwie w dziedzinie satyrycznego przedstawienia Rzeczypospolitej Szlacheckiej trudno mówić. Wszak już Henryk Sienkiewicz, którego najmodniej dziś nie czytać, w postaciach Zagłoby i Podbipięty wykpiwał – co prawda dość dobrotliwie, ale i celnie – ówczesną formację umysłową, imć Onufry reprezentował też explicite ciasny szowinizm stanowy. Dwa pokolenia później schyłkową postać formacji sarmackiej wyszydził już bez żadnej litości w swoim „Niemcewiczu od przodu i tyłu” Karol Zbyszewski.

Skoro „się” mówi o „1670”, to aby dołączyć, obejrzałem ośmioodcinkową produkcję Macieja Buchwalda i Kordiana Kądzieli. Weszła całkiem gładko, momentami ubawiłem się naprawdę nieźle, aczkolwiek muszę przyznać, że nie odczuwałem zbyt natarczywej potrzeby połykania kolejnych odcinków. Zdecydowanie najlepsza wydaje mi się strona wizualna z pieczołowitą rekonstrukcją realiów (także i takich detali jak to, że podczas chodzenia po błocie płaszcz uwala się nim), świetnymi zdjęciami i warstwą muzyczną, która zapewne mocno przyczyni się do rozpropagowania na nowo odkrywanego rodzimego folkloru w postaci niekojarzącej się już, jak za słusznie minionych czasów, z żenadą. Nawet jeżeli niektóre odcinki nieco się rozłaziły w szwach czy odlatywały w sobie tylko wiadomym kierunku, wrażenia wizualne i słuchowe pozostawały nieodmiennie pozytywne, nieraz nieomal hipnotyczne.

Toczy się dyskusja, o czym właściwie traktuje serial. Jedni twierdzą, że o polskim dniu dzisiejszym, tylko podanym w jakimś w sumie obojętnym kostiumie. Inni, jak wyraźnie zachwycony „1670” i obszernie argumentujący na rzecz swojego stanowiska historyk Piotr Napierała, utrzymują, że jednak o historii. Wydaje mi się, że zamierzeniem autorów było swoiste ustawienie naprzeciw siebie krzywych zwierciadeł, w których mają przeglądać się wzajemnie polska współczesność i sarmatyzm. Skoro dziś mówimy o rezyduach folwarczności w życiu społecznym i ekonomicznym, warto poszukać ich źródeł, choćby w komediowy sposób. Ta niejednoznaczność wskazuje chyba, że cel udało się zrealizować całkiem udatnie. Być może można było darować sobie jednak niektóre nadmiernie dosłowne odniesienia do współczesności, jak XVII-wieczne „smartfony”, którymi bawią się bohaterowie.

Komediowa konwencja sprawia, że nośny dziś temat „ludowej historii Polski” zostaje potraktowany cokolwiek ramowo i hasłowo, lub może inaczej – eufemistycznie. Biopolityczna władza pana, jak by to ujął Jan Sowa, na którego powołują się autorzy, występuje w postaci żartów i aluzji, więc co do zasady, widząc w warstwie wizualnej nędzę bytowania, nie jesteśmy atakowani martyrologią chłopów. Ale skoro kwestia jest tak chwytliwa, może powstanie produkcja traktująca o tym zupełnie na poważnie.

Bodaj największą siłą komiczną było włożenie w usta bohaterów współczesnego języka, przede wszystkim żargonu (pseudo)intelektualnego. Zrobiono to całkiem kunsztownie. Główną jego nosicielką jest oczywiście córka Jana Pawła, Aniela, Social Justice Warriorka pierwszej wody – co swoją drogą mocno niuansuje tę postać. Pozornie jest ona najbardziej pozytywna, kontrapunktuje absurdy i szaleństwa świata przedstawionego, ale jej zideologizowany do imentu język pozostaje nieodparcie śmieszny, a przy tym impotentny. Jednak i inni potrafią zaatakować tą samą bronią. Bodaj najbardziej zabawnym momentem całości był dla mnie Jan Paweł atakujący szablę u boku mieszczanina jako „kulturowe zawłaszczenie”. Godne najwyższego uznania, także za zwięzłe wskazanie, że sarmatyzm miał swoją rozbudowaną ideologię.

Postacie skonstruowano z różnym powodzeniem. Grany znakomicie przez Bartłomieja Topę Jan (a może Janusz?) Paweł jest całkiem niezły. Do najlepszych zaliczam te, które w pewnych momentach ocierają się o dramatyzm, jak jego żona, Zofia, i zakochany w Anieli pochodzący z Litwy pomocnik kowala, Maciej. Słaby i płaski jest natomiast brat Zofii, niewydarzony husarz Bogdan, który nie wnosi wiele poza wykpieniem używanego przez siebie języka narodowców. Również ksiądz Jakub (prywatnie syn Jana Pawła) jest mimo bardzo dobrej kreacji Michała Sikorskiego jako postać mocno taki sobie. Co do zasady pozostaje tylko szyderstwem z dzisiejszego kleru, pozbawioną pierwiastka żarliwości czy choćby bardziej komediowego szczerego fanatyzmu.

Ciekawym aspektem może być powstrzymanie się autorów od bezpośredniego przełożenia na bieżący spór polityczny, co w sumie sugerowałby wprost podział Adamczychy na dwie (nierówne) połowy. Trudno powiedzieć, czy wynika to z przenikliwości autorów, czy przeciwnie – z ich ignorancji i nierozumienia współczesności. Bo przecież wsteczny Jan Paweł to nie „PiS” – wszak obóz ten mówi o „pułapce średniego dochodu”, prezentuje konkurencyjną wobec opartej o UE, „narodową” wizję modernizacyjną, znamionowaną przez wielkie inwestycje (jak to wychodzi to już inna sprawa). Oczywiście można podejrzewać, że jest to efekt takiej, a nie innej formacji intelektualnej jego lidera. Natomiast niewykluczone, że kadry mogłyby dokonać rewitalizacji Doktryny Goryszewskiego, nawet z ujednoznacznieniem, że skoro biedna Polska modliła się i chodziła do kościoła, to lepiej z tym rozwojem i bogactwem nie przesadzać (a w czymś takim mógłby wybić nurt mistycyzująco nawiązujący do sarmatyzmu, próbowany wszak na prawicy kulturowej). Natomiast modernizacyjno-socjalny Andrzej to nie „PO” – jeżeli ktoś ma pojemniejszy hipokamp, pamięta, którego obozu zaplecze intelektualne twierdziło, że tania siła robocza stanowi zasadniczy warunek toczenia się polskiej gospodarki do przodu i trzeba ludziom wybić ze łbów myśli o tym, że w zasuwaniu za przysłowiowe 1200 jest coś złego, a tym bardziej że można to zmienić. In dubio pro reo – przyjmuję, że chodziło o sportretowanie pewnych typów myślenia bez jednoznacznego przyporządkowywania ich do konkretnych formacji.

Czy ta produkcja zmieni jakoś głęboko stosunek Polaków do przeszłości? Nie sądzę, do tego nawet i 10 ani nawet 100 produkcji nie wystarczy. W końcu dokooptowanie na przełomie XIX i XX wieku chłopstwa do Narodu Historycznego, tak że i ono może się powoływać na te husarskie skrzydła, stanowiło sukces ogromny i trwały. Nawet PRL po krótkim okresie między circa 1948 a 1955 po prostu sam się do Heroicznej Historii dokooptował, uznając się za kontynuatora tendencji mocarstwowej i pozytywnych, a może wręcz postępowych nurtów/postaci: Piastowie, „narodowcy” czasów Trylogii, Sobieski, Oświecenie…

Krytyczne analizowanie historii jest jak najbardziej potrzebne, ale nie zdoła ono dokonać wyodrębnienia jakiejś osobnej pamięci. I całe szczęście, bo przy panującym dziś klimacie intelektualnym męczyłaby ona tylko wszystkich swoimi bardziej czy mniej realnymi krzywdami. A w ramach rekompensaty domagałaby się przywilejów trudnych do sensownego określenia.

W nawiązaniu do przywołanego na początku Sienkiewicza, warto przypomnieć niesamowitą scenę opowieści księdza Kamińskiego z „Pana Wołodyjowskiego”, która sama w sobie całkowicie usprawiedliwia zaistnienie tej skądinąd całościowo dość nudnej i słabej powieści. Po dokonaniu za swoich czasów wojskowych, przypadających na okres wojen z Kozakami, czynu, którego podany ze szczegółami opis każe zakwalifikować go jako psychopatyczną zbrodnię wojenną z rysami morderstwa rytualnego, doznaje ni to snu, ni to wizji, w której Chrystus uznaje za stosowne powiedzieć do szlachcica: „Tanie teraz wasze szlachectwo, bo je za czasów wojny każdy łyk mógł kupić; ale mniejsza z tem!”. To się nazywa odwaga odbrązowiania i dekonstrukcji dyskursu… Kiedy doczekamy się takich w wykonaniu współczesnych, krytycznych twórców?

dr Jan Przybylski