Brexit i kultura postępu

Brexit i kultura postępu

We wstępie do wydanej w 1979 r. powieści „Świnia Ziemia” – pierwszej z trylogii opisującej upadek życia chłopskiego w Europie w XX wieku – John Berger dokonuje rozróżnienia między tym, co nazywa „kulturą postępu” a „kulturą przetrwania”. Kultura postępu, jak mówi, „narodziła się wraz z burżuazją jako dominującą klasą i została przejęta przez wszystkie współczesne teorie rewolucji”. Na współczesnym Zachodzie w zasadzie każdy ideolog polityczny – kapitaliści, komuniści, liberałowie współcześni konserwatyści – są w tym sensie „postępowi”. Wierzą w ciągłe doskonalenie, w ciągłą zmianę; różnice między nimi sprowadzają się, jak twierdzi Berger, do „walki o treść postępu”.

Natomiast kultura przetrwania jest kulturą chłopstwa, rdzennej ludności, przednowoczesności. Jest to kultura przeważająca w historii ludzkości i nadal wielu ją praktykuje – a przykładem dla Bergera jest francuskie chłopstwo, wśród którego nadal żyje. Kultura przetrwania nie ma celu i końca; po prostu istnieje. Jej celem jest życie z dnia na dzień i z roku na rok. Jest to powtarzający się wzór. Tymczasem ostatecznym celem kultury postępu jest, w najważniejszym wydaniu, zniesienie samej śmierci. W tym kontekście zniszczenie tradycyjnych sposobów bycia i postrzegania oraz znacznej części dzikiego piękna świata jest poświęceniem wartym poniesienia.

W 1979 roku chłopstwo we Francji i w całej Europie cierpiało z powodu wywłaszczania z ziemi. To nie był przypadek: było to zaplanowane wyginięcie i Berger miał całkowitą pewność, kim byli agenci. „Planiści gospodarczy EWG – pisał – przewidują systematyczną eliminację chłopstwa do końca stulecia. Z doraźnych powodów politycznych nie używają słowa eliminacja, ale słowo modernizacja. Modernizacja polega na zaniku większości drobnych gospodarstw chłopskich i przekształceniu pozostałej mniejszości w zupełnie inne istoty społeczne i ekonomiczne”.

Czterdzieści lat później proces eliminacji (przepraszam, „modernizacji”) w Europie Zachodniej dobiegł końca, a EWG – obecnie UE – zwraca swoją uwagę ku Europie Wschodniej. Niszczenie chłopstwa oraz naturalnie różnorodnych krajobrazów, które ta grupa zamieszkiwała i tworzyła, ma obecnie miejsce w Rumunii, Polsce, na Węgrzech i w innych krajach. Ogromne zniszczenia spowodowane europejską wspólną polityką rolną – zanik żywopłotów, lasów i dzikiej przyrody, elementów krajobrazu, małych, rodzinnych gospodarstw rolnych oraz promowanie rolnictwa przemysłowego i wolnego handlu produktami rolnymi – prawdopodobnie wyrządziły więcej szkód wiejskim krajobrazom Europie w ciągu 50 lat niż jakiekolwiek inne narzędzie na przestrzeni ostatnich 500.

W latach 70., gdy Berger pisał swoje książki, większość radykalnych myślicieli, w tym większość ekologów, nie miała wątpliwości co do szkód wyrządzonych przez niedemokratyczną, biurokratyczną i scentralizowaną Europejską Wspólnotę Gospodarczą. Można było usłyszeć E. F. Schumachera, Leopolda Kohra, Edwarda Goldsmitha, Tony’ego Benna i wielu innych, jak wyraźnie wypowiadali się przeciwko reprezentowanej przez nią kulturze postępu. Niewybierana, ukryta, działająca w interesie wielkiego biznesu EWG miała jasny cel: zmniejszyć, jeśli nie znieść, demokratyczną suwerenność narodów europejskich i „połączyć” tę suwerenność w interesie stworzenia giganta, bezgranicznej strefy wolnego handlu. Chociaż było to ubrane we wzmianki o pokoju, równości i braterstwie, to jednak, jak sugerowała sama nazwa, stanowiło przede wszystkim konstrukt gospodarczy. Jego kultura postępu była kulturą homogenizacji, centralizacji, kontroli i zysku.

Przenieśmy się w czasie o cztery dekady i sprawdźmy, czym jest obecnie Unia Europejska, kiedy osiągnęła ten cel. Z obejmującej sześć narodów strefy wolnego handlu przekształciła się w składające się z 28 narodów superpaństwo z własną walutą, własnym rządem i własnymi prawami, które obowiązują w równym stopniu wszystkie państwa członkowskie, niezależnie od ich specyficznej kultury i tradycji. Usunęła „bariery w handlu” na swoich granicach, w tym lokalne sposoby życia, przepisy krajowe i, co budzi największe kontrowersje, prawo państw narodowych do kontrolowania napływu ludzi z zagranicy. Odpowiedzialność, odrębność i lokalność zostały zmiażdżone pod jej ciężarem.

„Za każdym razem, gdy coś jest nie tak” – napisał Leopold Kohr w swojej klasycznej książce „The Breakdown of Nations”, oznacza to, że „coś jest za duże”. Obecnie praktycznie wszystko w UE jest za duże i to widać. Niemożność utrzymania jednego modelu finansowego dla 28 krajów wymagała od UE wrzucenia ludności biedniejszych krajów peryferyjnych, od Irlandii po Grecję, Hiszpanię i Portugalię, w pułapkę zadłużenia lub masowego bezrobocia, aby utrzymać przy życiu swoje marzenie o superpaństwie; to coś, co zrobiono z niezwykłą bezwzględnością. Kryzys gospodarczy, jaki to spowodowało, w połączeniu z kulturowym i społecznym wpływem polityki otwartych granic doprowadził w wielu krajach UE do powstania partii skrajnie prawicowych: czyli właśnie do tego, czemu, jak twierdzą jej obrońcy, Unia ma przeciwdziałać. Pod względem gospodarczym, kulturowym i politycznym gigant jest przerażający: giganci zawsze tacy są. W końcu małe jest piękne, prawda?

Można więc pomyśleć, że gdy tak duży naród, jak Wielka Brytania zdecyduje się opuścić Unię i wytyczyć własną ścieżkę, wśród ekologów odbędzie się świętowanie. To oczywiście prawda, że UE jest protoplastą szeregu korzystnych regulacji środowiskowych; rzecz jasna narzuconych państwom narodowym, a nie stworzonych i uchwalonych przez ich własne parlamenty. Ale czy rekompensują one szkody? Co uczyniły rolnictwu, odrębności kulturowej, dzikiej przyrodzie i glebie, co zrobiły demokracji? Nie da się tego wyliczyć, ale niezależnie od tego, po której stronie się opowiemy, powinniśmy przynajmniej cechować się zdrowym sceptycyzmem co do charakteru i przyszłości Unii Europejskiej.

A jednak większość ekologów – i większość ludzi, którzy w jakikolwiek sposób uważają się za „radykalnych” – wydaje się płakać do swojej miseczki z musli z powodu Brexitu. Albo jeszcze gorzej: zamiast po prostu narzekać, wielu głosujących za pozostaniem w UE przystępuje do zaciekłych ataków na tych, którzy zdecydowali się opuścić ten związek. Idioci! Rasiści! Samolubni starzy głupcy! Gdyby tylko wiedzieli, o czym mówią; gdyby tylko zostali odpowiednio wykształceni; gdyby tylko nie wierzyli paskudnym prawicowym mediom – zobaczyliby, że ich przyszłość leży w sklerotycznej, nieodpowiedzialnej biurokracji i jej przyjaciołach z wielkiego biznesu!

Oglądanie tego spektaklu było zdumiewające. Z kilkoma godnymi uwagi wyjątkami – na przykład Jenny Jones, członkinią Partii Zielonych – ekologiczni i rzekomo „alternatywni” politycy, myśliciele i osoby publiczne włączyli się w dominującą kulturę postępu UE: i to nie tylko warunkowo, ale z ogromnym entuzjazmem. Decyzja o wyjściu z Unii jest przez część z nich traktowana nie jako szansa, zrzucenie kajdan czy nawet po prostu zmiana, do której należy się dostosować, ale jako narodowa katastrofa.

Co tu się dzieje? UE narusza niemal każdą obowiązującą zasadę ekologii. Jest przeciwieństwem lokalnego, jest destrukcyjna dla świata przyrody, zaciera odrębność kulturową, jest antydemokratyczna, przedkłada interesy banków i korporacji ponad interesy ludzi pracy. Dlaczego, kiedy i jak ruch zielonych porzucił zaangażowanie na rzecz lokalizmu i demokracji, a wskoczył do łóżka z taką bestią?

Sugeruję jedną odpowiedź: Unia Europejska stała się raczej symbolem niż rzeczywistością. Przypuszczam, że bardzo niewiele osób, które głosowały za opuszczeniem UE lub za pozostaniem w niej, wie w ogóle, jak to faktycznie działa. Przeciwnie, głosowali za lub przeciw temu, co to dla nich symbolizowało. Dla jej zwolenników Unia jest symbolem współpracy kontynentalnej, kosmopolityzmu, swobodnego przepływu osób (i oczywiście pieniędzy) i innych pozytywnych spraw. Przeciwstawienie się UE oznacza natomiast nacjonalizm, rasizm, małostkowość i brak dobrego wykształcenia: czyli wszystko, na co większość samozwańczych „postępowców” odruchowo reaguje negatywnie. Innymi słowy, nie jest to racjonalna debata na temat korzyści lub braków unii politycznej. To bitwa o to, po której stronie jesteś – i coraz częściej pobiega ona według granic klasowych.

Klasa zawsze była linią podziału biegnącą przez środek ruchu zielonych, a wraz z głosowaniem w sprawie Brexitu została ona ujawniona. Ci, którzy głosowali za opuszczeniem unii, chcieli odzyskać demokratyczną kontrolę nad swoim krajem i narodem. Chcieli głosu, ponieważ wielu z nich czuło się wiecznie ignorowanych. Klasa robotnicza i niższa klasa średnia – a nie elity kulturalne czy polityczne – wywołały rodzaj współczesnego buntu chłopskiego, wbrew zaleceniom każdej części establishmentu. Zieloni mogliby stanąć po ich stronie, przedstawiając argumenty za przeniesieniem władzy, odzyskaniem demokracji narodowej i stworzeniem przepisów środowiskowych i społecznych, które miałyby zastosowanie konkretnie do tej wyspy i jej bioregionów. W końcu tak wygląda lokalność.

Ale sprawa nigdy nie została podjęta. Dlaczego? Być może dlatego, że niewielu ekologów pochodzi z klas społecznych, na które UE i jej udział w projekcie globalizacji miały negatywny wpływ. Zieloni zawsze byli ruchem skupiającym głównie intelektualistów z klasy średniej. W przeciwieństwie do lewicy socjalistycznej czy konserwatywnej prawicy, za nimi nigdy nie stał ruch ludowy, a w takich chwilach to widać. Czy masowa migracja spowodowała obniżenie wynagrodzeń wielu wyborców partii zielonych? Czy wielu ekointelektualistów poczuło się niewysłuchanych i nieszanowanych w miarę postępu globalnego projektu liberalnego? W chwili, gdy wszystko jest do wzięcia – kiedy można przedstawić optymistyczny, prawdziwie radykalny argument za relokacją Wielkiej Brytanii – zieloni i lewica wyglądają jak wyrzuceni na brzeg członkowie elity, chwytający się siebie nawzajem jak brzytwy z prośbą o wsparcie i zachodzący w głowę, co się właśnie stało. Nagle wyglądają bardzo, no cóż, konserwatywnie…

Jest to powiązane także z innym problemem, na który cierpi ruch ekologiczny. W ostatnich kilku dziesięcioleciach polityka ekologiczna została włączona do szerszej polityki „postępowej” lewicy globalistycznej. Kiedyś ekolodzy rzucali wyzwanie tej kulturze postępu zarówno po lewej, jak i po prawej stronie, i wyorali własną, ekocentryczną bruzdę, próbując ponownie połączyć ludzi z naturą, planetą i lokalnymi społecznościami, próbując stworzyć nową narrację polityczną i język. Ale to wszystko już dawno minęło. Dziś zielona polityka to podzbiór skrajnej lewicy: promowanie odgórnych rozwiązań i regulacji, prowadzenie kampanii przeciwko „oszczędnościom” w sposób sugerujący, że wzrost gospodarczy jest raczej rozwiązaniem niż problemem, naleganie na otwarte granice bez względu na wpływ tego na najbiedniejszą jedną trzecią społeczeństwa oraz niezależnie od wzrostu liczby ludności i wynikającego z niego zniszczenia środowiska. Niegdyś radykalny ruch polityczny wygląda teraz jak socjaldemokraci z panelami słonecznymi.

Ostateczna odpowiedź na tę zagadkę wynika ze zmiany relacji zielonych wobec państwa. Kiedyś byli podejrzliwi co do wielkości i władzy zarówno państw, jak i korporacji. Jednak dziś większość „zielonej lewicy”, wierna tradycji brytyjskiego socjalizmu państwowego, wydaje się postrzegać państwo jako obrońcę ludu przed rynkiem. Jeśli tak to widzisz, superpaństwo jest superobrońcą. To wyjaśnia, w jaki sposób doszliśmy do stanowiska, w którym większość zielonej lewicy wydaje się postrzegać Unię Europejską jako życzliwego tatusia, broniącego Wielką Brytanię zarówno przed korporacjami, jak i wybranym przez nią rządem.

Co można zrobić? Ponieważ Wielka Brytania przygotowuje się do opuszczenia Unii, wydaje się to pilną kwestią. Do wzięcia jest ekscytujący radykalny argument na rzecz odmłodzonej demokracji brytyjskiej, wolnej od biurokracji UE. Jeśli nie podlegamy już na przykład nakazom WPR czy WPRyb, to z pewnością można zaproponować przynajmniej znacznie bardziej zrównoważone sposoby gospodarowania lądami i morzami? Zieloni powinni znaleźć się w centrum tej debaty. Ale tak nie jest. Dopóki nie zaczną rozumieć, dlaczego ludzie głosowali za odrzuceniem UE, ich przesłanie prawdopodobnie pozostanie niewysłuchane.

W Wielkiej Brytanii właśnie wydarzyło się coś naprawdę radykalnego. W kulturze postępu otworzyła się potencjalna szczelina. I nie otworzyli jej intelektualiści, ideologowie czy filozofowie polityczni, ale 17,4 miliona zwykłych ludzi. „Postępowcy” lubią twierdzić, że przemawiają w imieniu „oddolnym”. Teraz zobaczyli, jak wyglądają obywatele. Jeśli kiedykolwiek był moment odpowiedni do przejęcia dyskusji, to jest właśnie on. Wszystko może teraz pójść w dowolnym kierunku. Co zrobią zieloni?

Paul Kingsnorth

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w roku 2016.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Andrew Lockwood z Pixabay

Nie płaczemy i nie otwieramy szampana

Nie płaczemy i nie otwieramy szampana

Chcemy się podzielić krótkim podsumowaniem wyników wyborów z punktu widzenia spraw, którymi się zajmujemy w Pacjencie Europa: sprawiedliwej transformacji, Unii Europejskiej, zdrowia publicznego. Nie w perspektywie najbliższych paru miesięcy, tylko lat i dekad.

***

Będziemy mieli teraz test tego, na ile nowy rząd i organizacje pozarządowe będą dbać o społeczną sprawiedliwość zielonej transformacji – gdy zniknie straszak PiS-u przy władzy. My na pewno będziemy pilnować sprawiedliwości społecznej tego procesu. Z powodu przywiązania do zasad – i ze względów pragmatycznych. Prawo i Sprawiedliwość zdobyło (po dwóch kadencjach, pandemii, inflacji i wojnie) 36 procent głosów. Zarazem zdecydowanie wygrało wśród robotników, mieszkańców mniejszych miejscowości i ludzi mniej zamożnych. I najpewniej będąc w opozycji – a więc nie odpowiadając już realnie za rządzenie i negocjacje w Brukseli – jeszcze mocniej pójdzie w retorykę antyunijną i antyzieloną. Z długofalowym wpływem zarówno na poglądy swojego elektoratu, jak i poziom oraz charakter debaty o transformacji energetycznej.

Najbliższe cztery lata, z wysokimi cenami energii, odłożonymi przez zaniedbania kosztami zielonej transformacji, niestabilną sytuacją międzynarodową – mogą być trudne. A widmo Polexitu wcale nie zostało wyegzorcyzmowane. Jak słusznie powiedział komentując wynik wyborów były prezydent Aleksander Kwaśniewski: „Nowa władza musi pokazać, że widzi problemy wyborców PiS-u, zrozumieć ich problemy”.

***

Słychać komentarze, że Polska wróciła na Zachód. Ale Zachód, na który wróciła, nie jest już tym samym Zachodem, do którego dołączaliśmy w 2005. A niestety główne partie i ich intelektualiści w większości posługują się starą mapą Europy. Weźmy naszego najważniejszego sąsiada: Niemcy. Rośnie tam poparcie dla skrajnie nacjonalistycznej – otwartej na retorykę rewizji granic z Polską – partii AfD. Słabnie wokół tej partii kordon sanitarny: koalicja CDU-CSU-AfD już nie jest czystą polityczną fikcją w perspektywie tej dekady. A jeszcze bardziej prawdopodobny jest wyścig między AfD i CDU-CSU do prawej ściany.

Polska prawica żyła ostatnimi laty (często słusznym) punktowaniem hipokryzji Niemiec mówiących o wartościach i handlujących z Putinem. Co będzie, gdy zderzymy się z Niemcami, które będą mówić przede wszystkim o własnym, wąsko rozumianym, niemieckim narodowym interesie? Hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie. Jako taka hipokryzja stwarza przestrzeń do rozliczania ludzi, którzy głoszą pewne wartości, z ich niepełnej realizacji. Ludzie, którzy wybierają głoszenie czystej siły egoistycznego interesu – są nierozliczalni. Nie można nic wygrać na punktowaniu ich niespójności między głoszonymi wartościami a praktyką. Podobnie bezradna wydaje się wobec takich przyszłych Niemiec spod znaku „Germany first” dotychczasowa opozycja. Żyje przecież (z niewielkimi wyjątkami) z doganiania Europy. A co będzie doganiać, gdy w Paryżu – po wdrożeniu społeczeństwu reformy emerytalnej pałkami przez Macrona-Napoleona – rządzić będzie formacja Marine Le Pen?

A nawet, jeśli te dwa scenariusze się nie spełnią, co z Polską w Europie w ciągu najbliższej dekady, gdy USA będzie musiało w końcu – a jest to długofalowo niemal nieuniknione – zrezygnować z tak silnej militarnej obecności w naszej części świata, bo zmusi je do tego republikańska większość? Lub po prostu zbyt napięty budżet?

Po kampanii czas na poważną rozmowę – po wszystkich stronach – o naszej roli w Europie i architekturze Europy, w której będziemy czuć się pewnie, podmiotowo i bezpiecznie.

***

Cieszy ugrzęźnięcie na poziomie 6–7 procent przez Konfederację. Pokazuje to, że polskie społeczeństwo wcale tak chętnie nie łyka koktajlu z finansowej autodestrukcji państwa polskiego w czasie wojny i antyludzkich poglądów ws. opieki nad słabszymi, odpowiedzialności za siebie nawzajem. Mamy nadzieję, że skłoni to partie, które do tej pory mniej lub bardziej kopiowały za Konfederacją np. stosunek do zdrowia publicznego (w tym np. przeciwdziałania Long COVID przez zapewnienie dobrej jakości powietrza w budynkach) do słuchania naukowców, organizacji pozarządowych czy rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci były narażone na wysokie ryzyko chorób płuc i układu nerwowego.

***

Na koniec jeszcze jeden powyborczy aspekt, wpływający na wszystkie poprzednie, który nie może umknąć naszej uwadze. Niski poziom debaty publicznej w masowych środkach przekazu za sprawą kampanii wyborczej osiągnął kolejne dno. Problem z tą sytuacją nie polega na jej estetyce. Trudne czasy, w które Polska już jakiś czas temu weszła, wymagają zarówno od elity politycznej, jak i od obywateli znaczącego podniesienia świadomości sytuacji i zagrożeń oraz niespłaszczonej, zniuansowanej dyskusji. W dobrych czasach spłaszczony, karykaturalny, trollerski przekaz na poziomie diagnoz, analiz i propozycji rozwiązań jest zaledwie niedojrzałym podejściem, na które możemy przymknąć oko. Natomiast w czasach zbliżających się wyzwań takie zatruwanie wspólnoty dawkami tożsamościowego chuligaństwa należy stanowczo sekować z przestrzeni publicznej.

Polska potrzebuje dzisiaj zachowania przez obywateli trzeźwego i czujnego osądu, dobrego poinformowania, a także żywej i przede wszystkim głębokiej debaty, nie wykluczającej na wstępie innych punktów widzenia. Chłodnych, trzeźwych i czujnych umysłów wielu Polaków – zaangażowanych w debatę, podnoszących nasze zrozumienie świata i naszej własnej wspólnoty – będziemy bowiem bardzo potrzebować.

Krzysztof Mroczkowski, dr Mateusz Piotrowski

Zdjęcie w nagłówku: fot. Yves Bernardi z Pixabay.

Porzućmy wszelką nadzieję? Komentarz powyborczy

Porzućmy wszelką nadzieję? Komentarz powyborczy

1. Wybory oczywiście wygrał PiS. To pierwszy w III RP przypadek, że jakaś partia wygrywa wybory trzeci raz z rzędu. Po tym, jak w drugiej kadencji miała na głowie, oprócz zwyczajowego ciężaru rządzenia i krytyki opozycyjnej, jeszcze bezprecedensową globalną pandemię, wojnę w sąsiednim kraju, masy uchodźcze w polskich instytucjach opieki i na polskim rynku pracy, światowy szok energetyczno-inflacyjny. W tych warunkach trzecie zwycięstwo i 36% poparcia to jest sukces. Po prostu. Byłby nim w przypadku każdej innej partii na ich miejscu.

2. Wybory oczywiście przegrał PiS. W sensie zdolności stworzenia większości parlamentarnej i kontynuowania rządów samodzielnych lub koalicyjnych. A nawet szerzej: w sensie jakiejkolwiek zdolności koalicyjnej. Z PiSem stało się to, co znamy już w przypadku populistów np. ze Słowacji. Wygrywali wybory, lecz nie mogli rządzić. Bo nie mieli większości sami lub z kimkolwiek. To oczywiście jest z jednej strony kwestia antypopulistycznego kordonu sanitarnego w wykonaniu partii liberalnych. Ale z drugiej nieumiejętności pozyskania jakichkolwiek sojuszników. To się może raz udać, gdy jest premia d’Hondta i mało partii w parlamencie (2015), może się udać innym razem z bardzo dobrym wynikiem (2019), ale trudno liczyć, że uda się jeszcze wiele i wiele razy. To się zdarza, jak na Węgrzech, ale jako wyjątek, nie reguła. PiS tak zdefiniował podział i konflikt polityczny, że został sam.

3. Gdybym miał wskazać na przyczyny porażki PiS, wskazałbym dwie, długofalową i doraźną.

Długofalowa to zaostrzenie zakazu aborcji w 2020 roku, czyli wymaganie od ludzi za pomocą paragrafu postaw doskonałych moralnie (przyjmując, że ta moralność jest właściwa). We wrześniu 2020, po zwycięstwie wyborczym PiS w 2019 i Dudy w 2020, PiS miał sondażowe wyniki na poziomie 43-45% i było to dość stabilne. Mimo realiów pandemii. Po wyroku TK w sprawie aborcji sondaże PiS poszły mocno w dół i nigdy już nie wróciły do dawnych poziomów. Czasami udawało się nieco odbić w górę, ale nigdy do stanu sprzed dużego spadku. Nie tylko dlatego, że maksymalizm moralny sprawdza się w książkach o cnotach jednostkowych i w żywotach świętych, ale nie w społeczeństwie. Nie tylko dlatego, że następuje zmiana pokoleniowa.

Przede wszystkim dlatego, że PiS taką decyzją uderzył w kręgi ludowe. Nie wyciągnął przy tym żadnych wniosków z wcześniejszych protestów, mających miejsce w pierwszej kadencji w tej samej sprawie. Wtedy było już widać, że to nie jest jedna z serii potyczek na linii PiS kontra liberałowie, ludność wielkomiejska, klasy posiadające itp., lecz kontra spora część ludu. Pisałem o tym tutaj przed laty, gdy nagle w naszym ówczesnym miejscu zamieszkania, miasteczku niewielkim i społecznie biernym, na ulice wyszły setki ludzi, podobnie jak w wielu innych takich miejscach. Nie „libertynów”, nie „postkomunistów”, nie „feministek”, nie „julek” itd., lecz zwykłych ludzi z klasy ludowej. Powrót do zaostrzenia prawa odepchnął ludzi z takich kręgów od PiS na zawsze. To między innymi ich głosów zabrakło w 2023. Polski lud może nie być przesadnie postępowy kulturowo, ale nie jest doktrynerami z klimatów ordoiurisowych. I to właśnie ludu dotykają takie sprawy i wymogi o wiele bardziej niż prawicowych inteligentów z forsą i mnóstwem życiowych możliwości.

A co to dało samej sprawie „obrony życia”? Otóż nie tylko nic jej nie dało, ale i zaszkodziło. Zamiast „kompromisu aborcyjnego” odżył temat liberalizacji prawa, rzecz stała się dyskutowana publicznie, a badania opinii pokazały, że postawy społeczne zmieniły się z umiarkowanie konserwatywnych na raczej liberalne w tej kwestii. Tyle przegrać w imię marginaliów, moje gratulacje. To jest zresztą największy problem całościowy z PiS-em (i wieloma populistami z innych krajów) – zbytni bagaż prawicowości. Pewna dawka tejże sprawdza się jako ideologia ludowego buntu, bo dzisiaj to konserwatyzm jest bardziej wywrotowy niż postępowość elit i wielkich korporacji, a pewien ład moralny i społeczny stanowią ostoję (choćby i fikcyjną) dla mas poniewieranych hiperzmianą w ramach ultrakapitalizmu. Ale duża dawka prawicowego doktrynerstwa odrzuca lud od populistów. Socjal + godność + tożsamość + patriotyzm tak, ale bez przesady, bo wtedy ludzie wybierają liberałów, choćby tamci mieli ich dręczyć. Nie wszyscy ludzie, ale tylu, że populistom brakuje głosów do rządzenia.

Doraźna przyczyna porażki PiS to moim zdaniem natomiast sposób prowadzenia kampanii. Ostatnie półtora miesiąca to był dramat. Wcześniej PiS łączył swój tradycyjny przekaz z ofertą socjalno-rozwojową. We wrześniu i październiku było już tylko mantrowanie o Tusku, imigrantach i „bezpieczeństwie”, niestrawne nawet dla części sympatyków PiS, a co dopiero mówić o ludziach wahających się, a to właśnie ich należało pozyskać. Nie, to nie są kluczowe ludzkie bolączki. Można nie lubić Tuska, być sceptycznym wobec otwartych granic itp., ale to nie jest sedno ludzkiego życia. W roku wciąż wysokiej inflacji i wzrostu kosztów życia to nie imigrant jest moją kluczową bolączką, lecz ceny w sklepach. Policzyłem kiedyś z grubsza, że gdyby chcieć dać sferze budżetowej, łącznie z nauczycielami, podwyżki rzędu 1000 brutto miesięcznie, to kosztowałoby to rocznie w najlepszym razie 25 miliardów. Kwota dzisiaj niespecjalnie problematyczna dla budżetu. To nie jest tak, że ci ludzie poszliby głosować na PiS. Ale rozładowałoby to kawał społecznego wkurzenia na PiS i frustracji na realia bytowe, a to by zmieniło proporcje mandatów w wyborach przynajmniej częściowo. Gdyby oprócz tego nie męczyć innych ludzi, tych mających już dość polaryzacji doprowadzonej na skraj obłędu, coraz bardziej szajbowatym przekazem w kampanii, to obstawiam wynik PiS w okolicach 220 mandatów i niewiele brakowałoby do większości.

4. Oczywiście PiS przegrał nie tylko dlatego. Opozycja rzuciła wszystkie siły i to w sposób, który dla mnie jest obrzydliwy i nie mniej marny niż wiele działań PiS. „Wolne media” zamieniły się w totalny napastliwy ściek, niemający żadnych granic, zasad i hamulców. Nawet nie udawały, że coś relacjonują – jedynie skrajnie jednostronnie agitowały na jednych, a próbowały uwalić drugich. Reżyserka Holland akurat wtedy odpaliła swój film, a Sekielscy swój. Dowódcy wojska kilka dni przed wyborami złożyli dymisje, co jest chyba ewenementem w krajach demokratycznych i nie powinno ani w ogóle, ani w obecnej sytuacji geopolityczno-militarnej, być akceptowane przez jakąkolwiek poważną i odpowiedzialną partię. Histeria środowiskowo-liberalna przebiła wszelkie pułapy. Mobilizacja opozycji była gigantyczna, a PiS zupełnie to przespał i przegapił.

5. Największym przegranym wyborów jest lewica. W liczbach, nie w ocenach. Straciła w kadencję 23 z 49 mandatów, czyli największy procentowy udział stanu posiadania. I to po tym, jak w 2019 mówiła, że nie jest popularna, gdyż nie trafia do mediów, jest przemilczana itp. Przez 4 lata była w mediach, parlamencie, miała forsę itp. I co? I nic. Straciła kawał poparcia na rzecz liberałów. Bo się od nich niewiele różni. Bo mówiła z nimi niemal jednym głosem. Bo wiernopoddańczo deklarowała współrządzenie. Bo jej przekaz to był głównie antyPiS. Po co głosować na kopię, skoro jest oryginał?

Lewica może oczywiście próbować mówić o sukcesie, bo zamierza współrządzić. Po pierwsze, z pozycji najsłabszego koalicjanta. Po drugie z pozycji takiego, którego można się pozbyć za pomocą transferów z innych partii – Konfederacji, przegranych pisowców itp. Po trzecie, lewica musi w tym rządzie być, gdy więksi jednak uznają, że jej potrzebują, a ona będzie w nim niezależnie od tego, co ów rząd będzie wyprawiał – wystarczy sobie wyobrazić, co z nią zrobią „wolne media”, gdyby dostała niekorzystną ofertę koalicyjną i zechciała ją odrzucić; byłaby zaszczuta za „rozbijanie jedności opozycji”, „przedkładanie swoich interesów ponad odsunięcie PiS” itd. Po czwarte, lewica będzie firmowała w efekcie dowolnie fatalne rządy – już są zapowiedzi zarówno powrotu neoliberalizmu w gospodarce, ale i olewania priorytetów liberalnej lewicy, jak aborcja na życzenie czy związki partnerskie; to wszystko będzie wyłącznie przedmiotem kalkulacji większych i kunktatorskich koalicjantów, a lewica nic tu nikomu nie narzuci.

Po piąte, środowiskowa banieczka cieszy się z sukcesu Razem (nieznaczne zwiększenie parlamentarnego stanu posiadania), ale „zapomina”, że a) Razem nie jest niezbędne do większości parlamentarnej, b) Razem nie ma żadnych podstaw do fikania, bo startowali z list Nowej Lewicy, a to oznacza, że cały hajs z dotacji partyjnej jest pod kontrolą i do dyspozycji Czarzastego i ex-wiośniarzy. Poza poselskimi/senatorskimi pensjami i takimże hajsem na biura poselskie/senatorskie, Razem nie ma z tego zwycięstwa żadnej swojej i pewnej kasy. Niezależność oznacza dla nich szybkie i pewne zmarginalizowanie finansowo-organizacyjne plus oczywiście zajadły atak „wolnych mediów”, dlatego tejże niezależności nie będzie w realu, skończy się na kilku pustych gestach na użytek zaplecza środowiskowego.

6. Cieszy słaby wynik Konfederacji, bo to opcja całkowicie szkodliwa – w swym libertariańskim antypaństwowym i antywspólnotowym stanowisku, w maskowaniu obrony dużego biznesu za pomocą udawania troski o biznesiki niewielkie, w archaicznym i groteskowym „konserwatyzmie” żywcem wyjętym z czytanek amerykańskich neokonserwatywnych reaganowców, bushowców i trumpowców spod znaku wojen kulturowych, a także w kwestii małpowania najgłupszych tradycji endecji w kwestii orientacji wschodniej. Wiosną wydawało się, że oferta libertariańska dobrze trafia w nastroje młodych wyborców (pokolenie hiperindywidualizmu) i w irracjonalne lęki mówiące, iż „rozdawnictwo” powoduje inflację (dokładnie odwrotnie: chroni społeczeństwo przed jej skutkami), ale na szczęście ówcześni sondażowi zwolennicy partii uciekli z tych klimatów, gdy dostali w pakiecie całą resztę zwyczajowych odlotów tego środowiska.

7. Triumfatorami wyborów są Tusk i Hołownia, i jest to fatalna wiadomość. Stary neoliberał i cynik oraz młodszy neoliberał i synteza spryciarza z mydłkiem źle wróżą na przyszłość. Przede wszystkim w kwestiach socjalnych. Tusk jaki jest i co robił, to każdy przytomny wie. Natomiast Hołownia w ciągu ostatnich miesięcy całkiem zrzucił maskę cywilizowanego soft-liberała i jawnie występuje w roli Konfederacji bez Korwina i endeków, czyli: egoistyczna ideologia liberalna, obsługa interesów i nienawiści klas średniej i wyższej, tyle że bez ultrakonserwatywnych i prorosyjskich odlotów. Oczywiście jest dobry w PRze, więc zawiezie jakieś certyfikowane koce do schroniska dla bezdomnych, a na eventach partyjnych będzie kawa fair trade z plantacji w Gambii czy Zambii. Jednak ledwo policzono głosy, a już z tych środowisk idzie przekaz antysocjalny: koniec z „rozdawnictwem”, likwidacja dodatkowych emerytur itd.

Oczywiście oni nie są idiotami i nie pójdą na rympał z likwidowaniem wszystkiego od razu. Będzie stopniowo, pomału, częściowo. Będzie tak, że nie wszyscy stracą, bo część zyska – podwyżki czekają raczej na pewno nauczycieli, akademików i lekarzy. Będzie ostrożnie, aby nie stracić władzy. Ale będzie, bo liderzy mają w głowach śmietnik, a elektorat tego oczekuje w ogóle i w zgodzie ze swoim interesem klasowym, a także dlatego, że jest zbyt tępy i zbyt zapalczywy, aby umieć odrzucić błędy pisowskie bez odrzucania pisowskich dobrych rozwiązań.

Jeśli coś polskiemu ludowi zapewni stosunkowo miękkie lądowanie, to forsa z KPO – jej wpompowanie w inwestycje, czyli pośrednio w rynek pracy, sprawi, że nie będzie katastrofy. Oczywiście swoje ukradną, będzie tym zarządzać ktoś o uczciwości i intelekcie Sławka Nowaka, więc głównie będą lać beton gdzie popadnie (i wielu świeżo narodzonych ekologów nie piśnie przeciw temu ani słowem) rękoma podwykonawców, ale przynajmniej nie grozi nam kolaps społeczny. Ale częściowe przywrócenie wyzysku, biedy i nierówności mamy jak w banku.

8. W polityce zagranicznej i podobnych sprawach czeka nas powrót w stare koleiny. Zapomnijmy o próbie wewnątrzsterowności czy przynajmniej wyborze mniej dokuczliwego „patrona”. Będzie jawna opcja proniemiecka i probrukselska, łącznie z uwaleniem inwestycji zagrażających interesom niemieckim, jak CPK. Będą mrzonki o „armii europejskiej”, a nasza lewica ma spore doświadczenie w oprotestowywaniu np. amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Wobec Ukrainy nie będzie żadnej asertywności, choćby w Kijowie woda sodowa odbijała z intensywnością Niagary. Wobec UE w jej modelu coraz bardziej centralistycznym będzie pełna czołobitność, łącznie z decyzjami, których nie odkręcimy przez dekady i które uwalą w Polsce jakiekolwiek pole manewru, nie tylko prawicowe, ale i potencjalne przyszłe lewicowo-narodowe.

9. Oczywiście tylko dziecko wierzy w to, że model funkcjonowania instytucji będzie inny niż ten przypisywany PiS-owi, a de facto w Polsce odwieczny. Zmieni się tylko to, kto daje i kto dostaje. Dotacje i posady będą rozdawane po takiej samej znajomości, jak pisowskie, tylko teraz będzie się to nazywało tak, że dostają fachowcy za jakość, a nie sprzedawczyki za wysługiwanie się reżymowi. Ba, okaże się, że to, co PiS tworzył ponoć niepotrzebnie i „dla swoich”, zostanie przejęte, obsadzone innymi „swoimi” i uznane jako niezbędne w systemie nowego klientelizmu i odznak za wierną służbę. Biedactwa, które łkały, że ktoś kogoś zwolnił czy coś powołał, teraz będą zwalniały innych, zatrudniały kolegów i obsadzały „pisowskie instytucje”. I nie myślcie sobie, że chociaż zadrży im ręka, a ktoś ze środowiska to skrytykuje zamiast przytulić etat czy zlecenie.

10. Czeka nas niemal totalny monopol medialny. Wszelkie media publiczne i media „orlenowskie” będą liberalno-antypisowskie, podobnie jak niemal wszystkie prywatne. „Media obywatelskie” będą na ręce patrzyły nie rządzącym, lecz nadal PiS-owi. Zapomnijcie o jakiejkolwiek funkcji kontrolnej, chyba że w ramach frakcyjnych i personalnych przepychanek wewnątrz środowiska zwolenników nowej władzy. Każdy, kto chciałby się wyłamać, zostanie okrzyknięty agentem PiS, rozbijaczem jedności, pożytecznym idiotą Kaczyńskiego itp. A nowi lizusi będą jeszcze bardziej zapamiętali niż poprzedni, bo trzeba odrobić stracone lata oraz dać się nachapać młodym wilkom, które na prawdziwa frukta liberalne jeszcze się z racji wieku nie zdążyły załapać.

11. Wiele zależy od tego, co się stanie po stronie antyliberalnej. Nie mam tu wielkich nadziei. Kaczyński ma swoje lata. Stracił główny instrument dyscypliny organizacyjnej, czyli władzę, forsę i posady dla swoich ludzi. Wątpię w utrzymanie jedności PiS. Nie jestem też wcale przekonany, że utrzyma on kurs jednoznacznie socjalny. Choć powinien, ze względu na poczynania liberalnej władzy oraz oczekiwania elektoratu ludowego, wcale nie zdziwię się, gdy spod dość świeżej orientacji socjalnej zaczną przebijać stare odruchy z czasów gilowszczyzny. To wciąż nie są na populistycznej prawicy sprawy całkiem przepracowane, właśnie dlatego, że jest to prawica.

A innych widoków na reprezentację ludu w Polsce w jego socjalnym interesie – moim zdaniem nie ma, są co najwyżej mrzonki tego typu w środowiskach niszowych inteligentów. Być może PiS u władzy był dalece niedoskonałym, ale maksymalnym możliwym osiągnięciem w tej sferze. Nie pomaga też zmiana pokoleniowa na indywidualistyczną, rozpad wspólnych kodów kulturowych społeczeństwa, wciąż ogromne pokłady liberalnego pogubienia się społeczeństwa (świetnie widoczne w obliczu inflacji czy reakcji na 800+) itp.

***

Reasumując, „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu przychodzicie”. Choć oczywiście nigdy nie ma i nie będzie żadnego końca historii. Wola ludzka potrafiła zrywać nie takie kajdany jak te, które nakładają nam liberalni oligarchowie udający demokratów oraz ich usłużni pomagierzy.

Remigiusz Okraska

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

 

Polska-Ukraina: kryzys czy urealnienie?

Polska-Ukraina: kryzys czy urealnienie?

Ostatnie tygodnie przyniosły zdecydowane ochłodzenie w relacjach na linii Warszawa-Kijów. Jest ono postrzegane powszechnie jako dramatyczny zwrot.

Polska wespół ze Słowacją i Węgrami przedłużyła embargo na import na własny rynek (nie należy go mylić z tranzytem) ukraińskiego zboża. Ukraina zareagowała skargą do Światowej Organizacji Handlu – WTO. W wypowiedzi na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych prezydent Zełenski oskarżył implicite Polskę o sprzyjanie interesom Rosji i działanie na jej korzyść. Polskie czynniki oficjalne nie pozostały dłużne. Premier Morawiecki co prawda w istocie nie zadeklarował zatrzymania wsparcia Ukrainy materiałem wojennym, które zresztą jest zaplanowane jeszcze na długie miesiące, ale szerokim echem w świecie odbił się fragment jego wypowiedzi, który został w sposób sugerujący to sformatowany na użytek krajowej kampanii wyborczej przez jego własną kancelarię. Ustały kontakty na wyższych szczeblach politycznych, a polscy komentatorzy zaczęli dość jednogłośnie wskazywać na równoległą kwitnącą wiosnę w relacjach ukraińsko-niemieckich.

Historia niedawna

O skali i roli polskiego wsparcia dla Ukrainy w związku z toczącą się wojną (zaczęło się ono jeszcze przed jej rozpoczęciem) nie trzeba przekonywać nikogo przytomnego. Dla porządku wypada jednak podać pewne liczby.

Na Ukrainę trafiło lub trafi niedługo co najmniej 14 myśliwców MiG-29, 12 śmigłowców Mi-24, 330 czołgów, 342 kołowe i gąsienicowe bojowe wozy piechoty, 95 dział i moździerzy samobieżnych, systemy przeciwlotnicze i wiele innego, drobniejszego, ale nie mniej ważnego sprzętu. Ukraińców nie kosztowały one prawdopodobnie nic – wszelkie rozliczenia refundujące odbywają się na liniach Polska-UE i Polska-Stany Zjednoczone. Wojsko Polskie zaryzykowało przy tym znaczący sposób rozbrojenia – zasadnicza większość tego sprzętu trafiła ze stanu jednostek liniowych i dopiero w perspektywie kolejnych lat stany będą odtwarzane dokonywanymi obecnie ogromnymi zakupami. Polskie dostawy miały kluczowe znaczenie dla utrzymania gotowości bojowej jednostek ukraińskich, kompensacji poniesionych strat i formowania nowych oddziałów.

Równie ogromna była waga przyjęcia kilku milionów ukraińskich uchodźców i zapewnienia im wspólnym wysiłkiem społeczeństwa oraz struktur państwowych sensownych warunków bytowania, włącznie z objęciem świadczeniami socjalnymi. Towarzyszyły temu liczne gesty z obu stron. Mogło się wydawać, że dawne krzywdy i niedawna wzajemna umiarkowanie życzliwa obojętność pójdą w zapomnienie, a nastąpi wręcz coś w rodzaju odrodzenia ducha jagiellońskiego, bez historycznych błędów.

Upływ czasu pokazał jednak, że po podniosły nastroju pozostało tylko wspomnienie, a konkretów jest, eufemistycznie mówiąc, niewiele. Koncept traktatu polsko-ukraińskiego pozostał pustym hasłem, które zapewne skończy na śmietniku, w najlepszym wypadku w zamrażarce. Strona ukraińska nie wykazała woli uwzględnienia polskich postulatów w kwestii polityki historycznej, odnoszących się do masakr wołyńskich. Nic takiego nie nastąpiło, chociaż nastrój, w szczególności pierwszego roku wojny, dawał Kijowowi możliwość zamknięcia tematu na poziomie symbolicznym nawet deklaracją dość zdawkową, byle płynącą z najwyższego szczebla. Gesty czy wypowiedzi przedstawicieli władz Ukrainy były formułowane w taki sposób i na takim szczeblu, że nic w tej materii nie wnosiły. O ile, jak się wydaje, w Polsce dość szybko i słusznie uznano, że deklaracja wymuszona będzie automatycznie zdezawuowana, równie słusznie podtrzymywany jest postulat zezwolenia na poszukiwania miejsc pochówku i ekshumacje ofiar. Na to jednak nie ma wciąż, poza jednym stanowiskiem pozostającym kwiatkiem do kożucha, realnej, niekończącej się na zapowiedziach przełomów, które nie następują, zgody strony ukraińskiej.

W tle narastał konflikt dotyczący dostępu do rynków rolnych. W związku z blokadą ukraińskich portów czarnomorskich przez rosyjską marynarkę wojenną i niepewną sytuacją tamtejszego transportu morskiego nawet w sytuacji obowiązywania tzw. umowy zbożowej, z której zresztą Moskwa wycofała się w lipcu, Polska stała się jednym ze szlaków ukraińskiego eksportu produktów rolnych. O ile sam tranzyt nie budzi żadnych wątpliwości, o tyle import do Polski produktów takich jak zboża, rzepak czy słonecznik jest problematyczny z uwagi na interesy krajowych rolników. Ukraińskie rolnictwo, oparte na ogromnych pokołchozowych gospodarstwach będących własnością oligarchów i podmiotów zagranicznych, korzystające z doskonałych ziem, niskiego kosztu siły roboczej i braku konieczności dostosowania do norm UE, jest w stanie osiągać nokautującą przewagę cenową nad polskimi producentami. A ochrona ich, choć stała się tematem toczącej się kampanii wyborczej, ma również wymiar strategiczny.

Po COViDzie i napaści Rosji na Ukrainę tylko najbardziej oporni na fakty mogą utrzymywać, że lokalne zasoby produkcyjne są błahostką, których ograniczenie zawsze będzie można uzupełnić importem. W związku z tym, w atmosferze skandalu związanego z mającymi umocowanie polityczne machinacjami związanymi z napływającym z Ukrainy zbożem, polskie władze wprowadziły pod koniec kwietnia embargo na import wspomnianych wyżej kilku kategorii ukraińskich produktów rolnych, które tym razem szybko uzyskało sankcję Komisji Europejskiej.

Chociaż deklaratywnie relacje pozostawały doskonałe, kolejną porcję kwaśnych wydarzeń przyniosło lato. W okolicach odbywającego się 11–12 lipca szczytu NATO w Wilnie pojawiały się komentarze o daleko posuniętym dystansowaniu się Kijowa od Warszawy i pokładaniu nadziei w aliantach leżących dalej na zachód. Na początku sierpnia, po wypowiedzi szefa prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej zarzucającej Ukrainie niewdzięczność, do kijowskiego MSZ został wezwany polski ambasador, co mimo słodkiego sosu (przyjaźń miała być niezachwiana) stanowiło akt co najmniej obcesowy. Niemal równocześnie doradca prezydenta Zełenskiego, Mychajło Podolak, wygłosił zdumiewającą deklarację, z której wynikało, że Ukraina będzie traktowała Polskę jako przyjaciółkę do końca wojny, po czym przejdzie do twardego konkurowania z nią. Kolejna wołyńska rocznica upłynęła bez żadnych istotnych gestów ze strony ukraińskiej.

W tle toczyła się sprawa wygasającego we wrześniu embarga na import produktów rolnych. Ukraińska oligarchia naciskała na powolne sobie tamtejsze władze w kwestii zapewnienia najkorzystniejszych dla siebie, abstrahujących od interesów sąsiadów, warunków sprzedaży produktów. Obie strony przedstawiały swoje racje przed Komisją Europejską, która przychyliła się do stanowiska Ukrainy. Warto przypomnieć, że w roku 2019 tamtejsi rolnicy indywidualni eksploatowali zaledwie 27% gruntów, reszta należała do agrofirm i agroholdingów operujących nawet na setkach tysięcy hektarów, będących własnością lokalnych oligarchów i w znaczącym stopniu nawet czysto oficjalnie kapitału zagranicznego, w tym zachodnioeuropejskiego. To, obok doskonale znanych konfliktów politycznych na linii Warszawa-Bruksela, może tłumaczyć ostateczną decyzję KE. W tej sytuacji dość egzotyczny w kontekście ogólnego stosunku do Ukrainy alians polsko-słowacko-węgierski zdecydował o jednostronnym przedłużeniu embargo.

Pivot na Niemcy?

Stosunki ukraińsko-niemieckie w pierwszym okresie wojny trudno uznać za dobre. Berlin uznawano powszechnie za wspólnika umożliwiającej agresję polityki rosyjskiej, co niedwuznacznie symbolizowały gazociągi Nord Stream. Tamtejsze czynniki polityczno-wojskowe jawnie deklarowały oczekiwanie szybkiego upadku Ukrainy. Gdy to nie nastąpiło, pomoc wojskowa była przez długi czas pośmiewiskiem, za co brutalnie beształ Niemców ówczesny ambasador Ukrainy Andrij Melnyk, a wtórował mu prezydent Zełenski. Kiedy Niemcy zostały „za uszy” wciągnięte do koalicji wspierającej Ukraińców i zaczęło to dawać efekty w postaci dość istotnych dostaw, retoryka Kijowa jednak uległa, w sposób być może słabo zauważony w Warszawie, złagodzeniu, a Melnyk, źle kojarzący się nad Sprewą, został odwołany jeszcze w lipcu ubiegłego roku. W maju roku bieżącego Zełenski odwiedził Niemcy, a na wspomnianym forum ONZ spotkał się w serdecznej atmosferze w kanclerzem Scholzem i wyraził wsparcie dla kandydatury Bundesrepubliki na stałego członka Rady Bezpieczeństwa.

Warto jednocześnie pamiętać, że przed wojną Berlin był dla Kijowa, przy mizernych relacjach z Warszawą, bardzo istotnym punktem odniesienia na mapie politycznej Europy. Stanowił m.in. współgwaranta bezwartościowych, jak się okazało, porozumień mińskich. Obecnie może oferować Ukrainie korzyści w postaci wspierania jej stanowiska na forum UE, jak w przypadku sporu zbożowego, i co istotne, adwokata potencjalnego członkostwa w tej organizacji. Korzyściami dla Niemiec są poprawa silnie nadszarpniętego na początku wojny tak na zewnątrz, jak i wewnątrz wizerunku. Kraj ten, zgodnie z dość nową, ale ugruntowaną tradycją może przedstawiać się jako wielki grzesznik, który jednak wzorowo przepracował swoją winę, i jako prymus świeżej cnoty ma prawo rozstawiania po kątach tych, którzy nie zgrzeszyli. Przy okazji cenne jest torpedowanie nawet mocno ewentualnych regionalnych aliansów Warszawy, które zrządzeniem okoliczności mogłyby się zmaterializować, tworząc różne problemy. Na przykład dla spodziewanej kiedyś przecież odbudowy kordialnych relacji z Moskwą, zapewne z kolejnym „liberałem i demokratą” u sterów władzy. Polsce z kolei z jej kiepską pozycją w UE, albo kraju skonfliktowanego z centrum jej władzy, albo pokornego wasala spełniającego polecenia tegoż centrum, konkurować z Niemcami w kontekście tej organizacji trudno.

Jako kontrapunkt powyższego warto zacytować wypowiedź byłego doradcy Zełenskiego, Ołeksija Arestowycza, postaci tyleż kontrowersyjnej, co zorientowanej w ukraińskich realiach, który w wywiadzie udzielonym Witoldowi Juraszowi stwierdził: „Myślę, że wy, Polacy, mylicie się, sądząc, że zaostrzenie relacji pomiędzy Warszawą i Kijowem ma jakikolwiek związek z Niemcami. To zaostrzenie jest pochodną zakochania się prezydenta Zełenskiego w samym sobie oraz nadmiernego przejmowania się przez prezydenta Ukrainy interesami grup biznesowych działających w rolnictwie. Niczego proniemieckiego w tym nie ma”.

Konteksty wyborcze

Oczywistym tłem konfliktu jest polska kampania wyborcza, w której głównymi rywalami są obozy „suwerennościowy” i „europejski”. W pewnym sensie można uznać, że obecnej władzy nieprzychylne stanowisko Kijowa pomogło w kontekście nastrojów niechętnych Ukrainie, nasilających się wskutek zmęczenia wojną, rozmaitymi problemami w stosunkach z ukraińskimi imigrantami, a także działania prorosyjskich agentów wpływu. Umożliwiło ono zajęcie twardego stanowiska, wytrącającego oręż otwarcie antyukraińskiej i pełnej elementów prorosyjskich Konfederacji.

Z drugiej strony trzeźwi komentatorzy zwracają uwagę, że Kijów świadomie gra przeciwko obozowi PiS. Zawsze miał on lepsze relacje z obozem liberalnym, prezydent Zełenski i jego formacja nie podzielają zupełnie ideowo-politycznych założeń polskich narodowych konserwatystów, sami reprezentując opcję socjalliberalną i opowiadającą się za ścisłą integracją europejską z własnym udziałem, a w obecnym układzie sił działa też na korzyść wrogiego PiS Berlina.

Warto jednak pamiętać, że kwestie wyborcze dotyczą także Ukrainy. Wybory parlamentarne według przedwojennego kalendarza powinny odbyć się niemal równolegle z polskimi, w roku przyszłym powinny mieć miejsce prezydenckie. Tamtejsza scena polityczna wkracza w erę tymczasowości i przygotowań do formalnej walki o władzę – co oczywiste, mniej formalna toczy się nieprzerwanie. Perspektywa wspieranych przez Niemcy starań o członkostwo w UE będzie zapewne przedstawiana jako istotny argument w rywalizacji o rząd dusz.

Co dalej?

Niezależnie od deklaracji, polsko-ukraińska współpraca strategiczna trwa. Polska pozostaje i pozostanie głównym szlakiem transportu wsparcie wojskowego dla Ukrainy, nasz przemysł zbrojeniowy realizuje produkcję na potrzeby frontu. Na poziomie relacji międzyrządowych w krótkim okresie istotny będzie wynik polskich wyborów. Utrzymanie władzy przez obóz PiS, w szczególności w sytuacji konieczności wspomagania się w tym celu szablami Konfederacji, zapewne utrzyma daleko posuniętą nieufność i niechęć. Warszawa nie zapomni wtedy Kijowowi domniemanej gry na zmianę układu rządzącego. W razie wygranej dzisiejszej opozycji relacje mogą stać się bardziej kordialne, ale wcale nie muszą. Brak sympatii wobec polityki polskiej Kijowa nie dotyczy wyłącznie elektoratu PiS czy Konfederacji. Słaba zapewne koalicja będzie miała w składzie reprezentujący rolników PSL, a KO wzięła na swoje listy rolniczego trybuna Michała Kołodziejczaka. Czy w istocie ewentualny nowy rząd będzie aż tak skory znosić embargo importowe i ryzykować swoje funkcjonowanie od protestów rolników?

W wymiarze strategicznym warunki potencjalnej ewolucji stosunków będzie determinował wynik wojny. A obecnie niewiele wskazuje na definitywnie korzystne dla Ukrainy rozstrzygnięcia militarne. Prowadzona od późnej wiosny ofensywa najprawdopodobniej zakończy się znikomymi zdobyczami terenowymi. Ciągłość znaczących dostaw dla Kijowa w dłuższym okresie, w szczególności przekazywania mu przez Zachód nowych zdolności wojskowych, stoi pod znakiem zapytania. Wielka Brytania, wyrażająca podobne frustracje co Polska, ogłosiła, że przekazała już to, co miała do przekazania. Nie materializują się dostawy amerykańskie czy firmowane przez Waszyngton w odniesieniu do najbardziej zaawansowanych systemów, takich jak taktyczne pociski rakietowe ATACMS czy wielozadaniowe samoloty bojowe. Waszyngton wyraża też jawnie niezadowolenie polityką wewnętrzną Kijowa i dysponowaniem pomocą, wyznaczając jej kontrolerów i żądając reform. Ogólnie rzecz biorąc, coraz realniejsze staje się zamrożenie wojny na dalece niezadowalających dla Ukrainy liniach.

Takie zamrożenie nie będzie oczywiście pokojem, lecz oczekiwaniem na kolejną odsłonę wojny. Trudno oczekiwać, aby jej przetrwanie i prowadzenie zapewnił Ukrainie Berlin, który, jak wiele wskazuje, będzie usilnie starał się maksymalnie rozwodnić 100-miliardowy pakiet odbudowy Bundeswehry. Los Ukrainy będzie zależał przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i… Polski realizującej potężne plany zakupowe dla własnych sił zbrojnych. W tym stanie rzeczy perspektywa przyjęcia do UE może łacno stać się mirażem, jeżeli nie jest nim z samej istoty, z uwagi na potencjalne ogromne trudności przeforsowania jej w referendach w aktualnych krajach członkowskich. Przy skali spustoszenia kraju oraz problemów i pozostałej pod kontrolą Kijowa populacji liczącej prawdopodobnie około ledwie 25 milionów ludzi bardzo słabe podstawy wydaje się mieć postawa scharakteryzowana przez Tadeusza Iwańskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich następująco: „Ukraina od uzyskania niepodległości postrzegała się jako kluczowe państwo europejskie, podkreślając swój potencjał terytorialny, demograficzny i ekonomiczny, co w domyśle zakładało aspirację do dołączenia do grona najważniejszych graczy. Inwazja i heroiczny opór tylko wzmogły przekonanie o specjalnej roli, jaką kraj będzie odgrywać w Europie po zwycięstwie nad Rosją. Sprawia to, że Kijów uznaje się za równorzędnego partnera dla Waszyngtonu, Berlina czy Paryża, a inne stolice traktuje jako drugorzędne”.

Istotne jest pytanie, kto ową przypuszczalną wojnę będzie prowadził – jeszcze Zełenski i jego obóz czy domniemana „partia generałów”. Być może wśród niej, ludzi dla których bezpośredniego przetrwania na linii frontu polskie dostawy były często kluczowe, można będzie upatrywać zasadniczo większej życzliwości dla strategicznych więzi z Polską. Oczywiście, strona polska powinna też nad tym pracować, korzystając z nawiązanych bardziej lub mniej formalnych relacji.

Na płaszczyźnie metapolitycznej, z uwagi na wspomniane zaniechania strony ukraińskiej, został jak się wydaje roztrwoniony ogromny początkowo kapitał, a szansa na być może definitywne odesłanie do lamusa drażliwych kwestii historycznych – zaprzepaszczona. Nieprzewidywalność sytuacji podpowiada jednak, aby, nie żywiąc się złudzeniami, nie rezygnować z marzeń. Być może ściślejsza więź między dwoma kluczowymi narodami Europy Bałtyckiej tylko się oddaliła.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Muhammad Imran z Pixabay

„Pokora jest nieskończona”. Dwie powieści o życiu w miejscu na ludzką miarę

„Pokora jest nieskończona”. Dwie powieści o życiu w miejscu na ludzką miarę

1. Dobrze jest czasem czytać rzeczy trochę nieudane.

„The fight for Manod” (1979) to powieść o (prawie) nieudanej próbie zbudowania nowego miasta. Napisał ją wielki krytyk literacki i myśliciel społeczny Raymond Williams. Takim ludziom rzadko udają się powieści.

Fabuła. Wybory (to trochę political fiction) w Zjednoczonym Królestwie wygrywa rząd co nieco radykalny. Odgrzebany zostaje projekt budowy supernowoczesnego miasta-ogrodu w zapadającej się w sobie, już prawie poprzemysłowej Walii.

Dr Lane, dziś w rządzie, ściąga swoich dawnych kolegów: Waliczyków-radykałów-akademików, którzy opuścili prowincjonalną ojczyznę wiele lat temu. Zleca im zbadanie terenu. Czy projekt ma sens? Co powiedzą na niego miejscowi ludzie?

Intryga przeciska się przez dość gęste sploty relacji: od rodzinno-majątkowych napięć w gospodarstwach przez interesy miejscowych deweloperów, aż do rządu w Londynie, Brukseli i wielki kapitał:

„– Lokalne firmy, – powiedział Peter – wszystkie są pod kontrolą Agencji Rozwoju Społeczności Wiejskich. A Agencja Rozwoju Społeczności Wiejskich pod kontrolą ABARS, która zapewnia cały kapitał.

ABARS jest czym?

Angielsko-Belgijską Agencją Rozwoju Społecznego.

Przejęli wszystkie ładnie brzmiące słowa.

Taaa, są bardzo bystrzy. Ich kapitał jest podzielony sześćdziesiąt do czterdziestu pomiędzy spółkę zależną koncernu naftowego i londyński bank handlowy.

Koncern naftowy?

Tak. Początkowo chcieli kontraktów na olej opałowy. Ale teraz [w chwili pisania powieści trwa kryzys naftowy – przyp. M. P.], oczywiście, pojawiły się nowe problemy na rynku. Znają, lepiej niż ktokolwiek inny, ryzyka i ograniczenia gospodarki opartej na paliwach kopalnych. Więc, ponieważ są prawdziwymi planistami – nie w typie Lane’a, tylko ludźmi, którzy faktycznie rządzą światem – chcieli być pierwsi na rynku alternatyw. […] Ale to, czego potrzebują, dość szybko, to przynajmniej jeden działający model: nowe miasto zbudowane wedle innego modelu energetycznego”.

Dwóch głównych – skontrastowanych – bohaterów, którzy prowadzą ten dialog to Matthew Price i Peter Owen. Peter od początku nieufny, szybciej przejrzał interesy stojące za słowami.

Jego rozczarowanie powtarza echem Dr Lane z rządu, z którym Peter walczy:

„Cała polityka publiczna jest próbą odtworzenia kultury, systemu społecznego, porządku gospodarczego, które osiągnęły swoje granice wzrostu. A ja siedzę tutaj i widzę podwójną nieuchronność: imperialny porządek się kończy i wszystkie jego siły społeczne, wszystkie jego formacje polityczne będą walczyć do końca, aby go zachować – prowadząc nas z jednego kryzysu w drugi. Dwie rzeczy są nieuchronne: że poniosą porażkę i że nie spróbują niczego innego”.

Mathew brzmi w kontraście naiwnie:

„Wciąż żyjesz tym złudzeniem – powiedział Tom, wskazując palcem na Matthew – że raz wygrywasz, raz przegrasz, ale że niesie cię ten proces, ta stara, dobra angielska sieć społeczna, w której dobra wola i zmiana mają jakąś szansę się spotkać. Ciężar porządku społecznego dostaje się do krwiobiegu i sukces albo porażka reformy rozstrzyga się w twoim własnym ciele.

– To nie jest złudzenie – powiedział Matthew. – To zawsze tak się odbywało i odbywa”.

Ale uparta naiwność Matthew jest może mądrzejsza.

Peter od początku chce rozczarowania. Dlaczego? Żeby nie musieć brać odpowiedzialności. Polityczny kontrast między bohaterami-przyjaciółmi najwyraźniej odbija się w ich małżeństwach. Peter-radykał ucieka od żony w ciąży, która chce w końcu gdzieś osiąść. Wyciąga też kluczowe informacje o intrydze przy pomocy romansu z dawną towarzyszką, tłumacząc się czy chwaląc przed matką i przyjacielem: „W końcu jestem przecież mężczyzną” – powtarzając zdanie i zachowanie swojego ojca.

„– Jeden z naszych zdematerializowanych materialistów z tak wielką energią zaangażowany w walkę, że aż fizycznie nieobecny. Wyalienowany analityk alienacji.

– Nie chciałbym być Beth” (czyli żoną niezakorzenionego radykała) – mówią o Peterze-radykale Matthew i jego żona.

Matthew i jego żona starzeją się razem.

Po klęsce projektu rządowego, który zmienia się chyba w zwykłą robioną ponad głowami ludzi deweloperkę, podnoszą się i próbują – tak kończy się książka – jeszcze raz, lepiej, z planem, którego mogą chcieć ludzie mieszkający w okolicy.

W ostatnich scenach patrzą na nową dewoloperkę ze szczytów walijskiej Świętej Góry.

„Budynek przy ruchliwej drogi, z neonem »Show House«, stał na miejscu, dawnego przedszkola i placu zabaw.

»Laborare est orare. Benedicte, omnia opera«.

Praca to modlitwa. Chwalcie [Go] wszystkie [Jego] dzieła” – niemal kończy swoją książkę radykał-Williams (na swoim pogrzebie kazał odśpiewać stare chrześcijańskie, anglikańskie hymny, jak Iwaszkiewicz kładący się do grobu w mundurze od brata-górnika.)

Takie dla Was i dla siebie odgrzebałem z pyłów starocie.

2. Jaką nową polską książkę o życiu w miejscu na ludzką miarę można postawić obok „The Fight for Manod”?

„Pokorę” Szczepana Twardocha. Najmocniejsze są w niej nie, nieźle zrobione, opisy dziecięcych traum i wojenno-seksualnych przygód bohatera, Aloisa Pokory. Nie jego szamotanie się w sado-masochistycznych, niższościowo-wyższościowych związkach z Polakami i Niemkami, polskością i niemieckością. Podobnych książek robi się dzisiaj sporo.

Najmocniejsze jest – dla mnie – kilka ostatnich stron, gdy Alois wraca na Śląsk, żeni się z Emmą, ma dzieci. Fraza Twardocha jeden oddech, zapętlona nieustanna myślówa, na której zrobione są wszystkie jego książki, które czytałem, wprawdzie toczy się jak zwykle dalej na ostatnich stronach „Pokory”, ale przynajmniej deklaruje i obiecuje już coś innego.

Bohater wyrywa się za włosy z kompleksu i chce w kraju nie za małym i nie za dużym, z żoną i dziećmi godnie-pokornie pożyć.

A jeśli potrzeba: za ten kawałek godnego życia walczyć i godnie zginąć.

Mateusz Piotrowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Willi Heidelbach z Pixabay.

Dorota Kłuszyńska: O Śląsk Cieszyński (1921)

Dorota Kłuszyńska: O Śląsk Cieszyński (1921)

Rozstrzygnięcie sprawy Śląska Cieszyńskiego przez Radę Ambasadorów w Paryżu w lipcu 1920 jest otwartą raną na ciele Rzeczypospolitej Polskiej.

Rozstrzygnięcie nastąpiło w okresie, kiedy nawała bolszewicka szła na Warszawę i cała Polska żyła myślą o wyparciu Rosjan.

Ci, co wierzyli w żywotną siłę narodu i z niczego nie rezygnowali, wyszli zwycięsko z opresji bolszewickiej. Nad Wisłą dokonało się głębokie przeobrażenie duszy narodu i ugruntowanie własnej myśli politycznej. Upojenie zwycięstwem na chwilę zagłuszyło okrzyk grozy, dochodzący do stolicy z zachodniej granicy państwa: Śląsk Cieszyński, prastara dzielnica polska, został pod zaborem czeskim!

Zaczęto szukać winowajców. Kto zawinił, że Ślązacy dostali się do niewoli czeskiej? Czy rzeczywiście dopiero w Spaa i Paryżu p.p. Grabski Władysław i Paderewski Ignacy zrezygnowali ze Śląska Cieszyńskiego?

Powołana wolą ludu śląskiego do Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, brałam – jako członek prezydium tejże Rady – czynny i bezpośredni udział w całej akcji przyłączenia Śląska do Polski. Czesi z tytułu „praw historycznych” (z XIV wieku) rościli sobie prawa do Śląska Cieszyńskiego. Z naporem czeskim walczono na Śląsku przez cały okres konstytucyjny, za czasów austriackich, kiedy nasi wszechpolacy bratali się z Czechami w Pradze i Petersburgu. Czesi wyciągnęli zaborczą rękę po Śląsk Cieszyński w chwili rozpadania się Austrii, w październiku 1918. Zbiorowym wysiłkiem wszystkich stronnictw, których wyrazem była Rada Narodowa, odparto pierwszy atak czeski. Śląsk Cieszyński, za wyjątkiem 6 gmin powiatu frysztackiego, (mocą umowy zawartej między Radą Narodową w Cieszynie i Narodnim Vyberem w Polskiej Ostrawie w dniu 5 listopada 1918 r.) za pośrednictwem Rady Narodowej, był faktycznie już przyłączony do Polski, ponieważ Rada Narodowa w imieniu rządu polskiego wykonywała władzę.

Jednym z pierwszych poczynań rządu Moraczewskiego w listopadzie 1918 r. było wysłanie do Pragi p. Gutowskiego z misją dyplomatyczną. Zdawano sobie sprawę z powagi sytuacji. Czesi byli beniaminkiem aliantów, a szczególnie Francuzów. Już w 1916 r. obiecał rząd francuski Śląsk Cieszyński Czechom w nagrodę za usługi oddane w wojnie światowej.
Komitet Narodowy w Paryżu, z p. Dmowskim na czele, który był przez szereg miesięcy jedynym przedstawicielem Polski zagranicą, nie uznawał Piłsudskiego jako Naczelnika Państwa, ani rządu Moraczewskiego. Robiono wszystko, żeby autorytet tych czynników poniżyć. Przedstawiciele Komitetu Paryskiego po przyjeździe do kraju zawiadomili w grudniu 1918 Masaryka, prezydenta Republiki Czeskiej, żeby nie pertraktował z p. Gutowskim w sprawie Śląska Cieszyńskiego, ponieważ dni Piłsudskiego i jego „bolszewickiego” rządu są policzone. Masaryk zawiadomił o tym oficjalnie p. Gutowskiego, któremu nie pozostawało nic innego, jak zapakować walizkę i wyjechać z Pragi.

To „endeckie pociągnięcie dyplomatyczne” było śmiertelnym ciosem dla Śląska Cieszyńskiego. Czesi liczyli na anarchię w Polsce, oczerniali nas przed aliantami, a ponieważ kwestia węglowa [mowa o węglowym zagłębiu karwińsko-ostrawskim znajdującym się na spornym terenie – przyp. redakcji NO] miała pierwszorzędne znaczenie, przekonali aliantów, że bolszewickiemu rządowi polskiemu nie można oddać zagłębia karwińskiego.

Rada Narodowa dzwoniła ciągle na alarm, że Czesi Śląsk napadną. Żądała przygotowania obrony. Wtenczas przyjechał do Polski p. Stanisław Grabski, członek Komitetu Narodowego w Paryżu i zapewniał, że Czesi Śląska nie napadną. Na masowym wiecu 6 grudnia 1918 r. oświadczył, że może uspokoić Polaków, bo od Czechów nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo.

W tym okresie Lwów oblegali Ukraińcy. Zdecydowano, że śląskie bataliony pośpieszą pod Lwów, skoro jest zapewnienie, że Czesi Śląska nie napadną. Bohatersko Ślązacy bronili Lwowa, okryli się sławą. W Polsce rozpisał rząd Moraczewskiego wybory do sejmu na 24 stycznia 1919 r. Śląsk Cieszyński miał wybrać siedmiu posłów. Czesi wydali hasło wstrzymania się od głosowania. Obawiali się, że świat cały przekona się, ile faktycznie Czechów zamieszkuje Śląsk. Ponieważ Czesi są na Śląsku znikomą mniejszością, bo 11 proc. ludności przyznaje się do narodowości czeskiej, byłby to już plebiscyt.

Pod płaszczykiem aliantów, w mundurach aliantów, bez wypowiedzenia wojny Polsce (której autorytet był przez paryski Komitet Narodowy stale grzebany) napadli Czesi na Śląsk Cieszyński dzień przed wyborami do sejmu 23 stycznia 1919. Zaledwie 1000 żołnierzy było na Śląsku. Bronili śląskiej ziemi chłop, górnik, hutnik, aż przyszły nieliczne posiłki z Krakowa i 29 stycznia Czesi ponieśli klęskę nad Wisłą pod Skoczowem.

Część Rady Narodowej wyjechała do Warszawy. Na konferencji z Naczelnikiem Państwa, w której brali udział Ks. Józef Londzin, dr Kunicki, Jerzy Kantor i ja uzyskaliśmy zapewnienie, że w ciągu kilku dni dalsze posiłki nadejdą na Śląsk i Czechom nad Ostrawicą można było dyktować warunki.

Myli się zatem p. Sapieha, skoro w odpowiedzi na interpelacje posłów Kunickiego i towarzyszy z dnia 8 października 1920 r. odpowiada, że „w styczniu 1919 r. odparcie najazdu czeskiego okazało się niemożliwe”. Jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że p. Dmowski zawarł umowę z Czechami w Paryżu 1 lutego 1919 r., która była drugim śmiertelnym ciosem wymierzonym w Śląsk Cieszyński.

Rada Narodowa ogłosiła protest przeciwko ugodzie p. Dmowskiego, odmawiając mu prawa do przemawiania w imieniu Śląska Cieszyńskiego.

Pan St. Grabski i p. Paderewski tłumaczyli przed nami p. Dmowskiego brakiem wiadomości z kraju. „Radio” wtenczas miało źle pracować, nie można było uzgodnić poczynań Naczelnego Dowództwa w Warszawie z Komitetem Narodowym w Paryżu. Prawdą natomiast było, że p. Dmowski nie chciał poddać się, względnie porozumieć się z Piłsudskim i zupełnie samowolnie podpisał rozejm, a później ugodę, która oddawała Czechom całe zagłębie węglowe, Karwinę, Bogumin itd.

Zjechała do Cieszyna komisja aliancka (bez przedstawiciela Ameryki). Pierwsze skrzypce grali Francuzi – p. Grenad i Marchalle. Zajęli od razu wrogie wobec Polski stanowisko.

Jak śmiesznie małe były wpływy Komitetu Narodowego w Paryżu, jak pod tym względem fałszywie informowano Polskę – potwierdza fakt, że mimo naporu Rady Narodowej i rządu warszawskiego nie zdołano wymóc na Entencie odwołania p. Marchalle’a, przedstawiciela Francji w Cieszynie, który był faktycznie w służbie czeskiej, jako członek czeskiego sztabu generalnego, którego kierownikiem był francuski generał Pellee.

P. Dmowski, Paderewski, Grabscy, Piltz i spółka przedstawiali się w kraju jako mocarze, a nie umieli zmusić Czechów, którym patronowali alianci, do dotrzymania umowy z 1 lutego 1919 r., zawartej przez p. Dmowskiego, mocą której Czesi mieli oddać administrację Radzie Narodowej.

Pod protektoratem aliantów Śląsk stał się terenem gwałtów. Ludność polska nie była pewną ani życia, ani mienia.

Po ustaleniu, że plebiscyt zadecyduje o przynależności Śląska do Czech albo do Polski, zjechała na Śląsk druga tzw. Wysoka komisja plebiscytowa (!). Przewodniczył jej osławiony hr. Maneville, sekretarzem był p. Pichon, również opłacany przez Czechów. Przed przyjazdem Komisji do Cieszyna zwróciła się Rada Narodowa kilkakrotnie do Delegacji Polskiej w Paryżu do p. Dmowskiego i p. Szury z przedstawieniem, żeby użyto wszystkich wpływów, żeby w skład komisji nie wchodzili zdecydowani wrogowie Polski.

„Wielki jałmużnik polski”, p. Paderewski przyznał po cichu, że nie miał na tyle wpływu w Paryżu, żeby odwołać z Cieszyna p. Marchalle’a, nie miano go też przy mianowaniu drugiej komisji.

Znane są ogólnie rządy p. hr. Manevilla na Śląsku Cieszyńskim. Doprowadził kraj do takiej anarchii, że trudno było mówić o plebiscycie. Czeska pałka i rewolwer panowały bez przeszkody. „Hrabia” handlował kopalniami, hutami, lasami i „robił przygotowania do plebiscytu”.

Przy komisji alianckiej w Cieszynie tak rząd czeski, jak i polski mieli swoich przedstawicieli. Pełnomocnikiem rządu warszawskiego był początkowo poseł Zamorski. Po jego ustąpieniu osławiony generał Latinik, który swoją nieudolnością bardzo sprawie śląskiej zaszkodził. Przez szereg tygodni prezydium Rady Narodowej Ks. Londzin, Ks. Brzóska, poseł Bobek, więc nie socjaliści, błagali rząd, żeby tego szkodnika odwołano z Cieszyna, a kiedy nareszcie pod naporem całej opinii gen. Latinik musiał opuścić Cieszyn, było już za późno.

Przedstawiciele ministerstwa spraw zagranicznych, którzy przebywali w Cieszynie, jak dr Guenther (spokrewniony z arystokracją), Bratkowski, Morawski, należeli do narodowej demokracji i spełniali w Cieszynie jej rozkazy, w ostrej sprzeczności z Radą Narodową.

Więcej pracy i wysiłku poświęcili narodowi demokraci zwalczaniu Piłsudskiego w kraju i zagranicą, aniżeli uratowaniu Śląska dla Polski.

W tym okresie czasu zdawano sobie sprawę, że dzień plebiscytu będzie dniem rzezi Polaków na Śląsku pod osłoną aliantów. Trudno było Radzie Narodowej wziąć odpowiedzialność, j tym bardziej, że plebiscyt nie miał ostatecznie decydować i o przynależności Śląska do Polski, lecz miał być tylko materiałem dla decyzji Rady Najwyższej, do której, oprócz p. Wł. Grabskiego, nikt w Polsce nie miał zaufania.

Ministerstwo spraw zagranicznych na propozycje Rady Narodowej, po odwołaniu Latinika, mianowało prezydenta sądu w Cieszynie dr. Bocheńskiego swoim przedstawicielem przy komisji plebiscytowej w Cieszynie.

Skoro sprawa arbitrażu proponowana przez p. Pilza ostatecznie upadła, bo Czesi zakpili sobie z naszej dyplomacji, p. Bocheński pojechał do Warszawy po porozumieniu z Radą Narodową, żeby uzyskać zgodę rządu na przeprowadzenie plebiscytu. Po porozumieniu z subkomisją sejmową dla spraw plebiscytowych i ministrem Sapiehą, zgodzono s:ę przystąpić do plebiscytu.

Tymczasem pojechał p. Władysław Grabski do Spaa i oddał ze strachu przed bolszewikami sprawę Śląska w ręce Rady Najwyższej. W Paryżu ostatecznie sprawiono Śląskowi dwa pogrzeby. Jeden 25 lipca, i to rozstrzygnięcie podpisał hr. Zamoyski. Oddawało ono Polsce jednak Karwinę z kopalniami, miasta Frysztat, Bogumin i cały Cieszyn. Czechom powiat jabłonkowski.

Rada Narodowa zaniepokojona i rozgoryczona postępowaniem p. Grabskiego w Spaa, wysłała natychmiast delegację z Ks. Józefem Londzinem na czele do Paryża.

25 lipca 1920 oświadczył p. Paderewski delegacji, że nie podpisze żadnego rozstrzygnięcia, które by oddawało Śląsk Cieszyński Czechom. Delegacja wróciła do Cieszyna, Ks. poseł Londzin zdał sprawozdanie i uspokoił Radę Narodową, że „nawet pani Helena Paderewska zapewniła, że p. Paderewski takiego rozstrzygnięcia nie podpisze”. 28 lipca p. Ignacy Paderewski, podobno namówiony do tego przez p. Pilza i Szurę, podpisał czwarty rozbiór Polski, oddając Śląsk Czechom.

Ślązacy przeżywają ciężkie czasy niewoli, nie tracą jednak wiary, że ich akces zgłoszony jeszcze 30 października 1918 przez Radę Narodową do Polski – będzie urzeczywistniony.

Śląsk wróci do Polski, ale musi to być zbiorowy wysiłek całego narodu. Polskie sztandary będą powiewać na Śląsku Cieszyńskim, bo Śląsk to od wieków polska ziemia.

Dorota Kłuszyńska

Powyższy tekst Doroty Kłuszyńskiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Dziennik Polski” w dniu 9 stycznia 1921. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 85. rocznicę odzyskania Zaolzia przez Polskę.