Górniczy stan (wyjątkowy) [2005]

Górniczy stan (wyjątkowy) [2005]

W roku 1984 wybuchła w Wielkiej Brytanii swoista wojna domowa. 9 marca br. minęło 20 lat od momentu zakończenia wielkiego strajku górników, którego porażka oznaczała początek końca brytyjskiego przemysłu węglowego, górniczych społeczności oraz ich tradycyjnej kultury robotniczej.

Złote lata

Tuż po zakończeniu II wojny światowej lewicowy rząd brytyjski upaństwowił sektor górniczy ze względu na jego znaczenie dla kraju. Państwo przejęło wszystkie większe kopalnie i część zakładów kooperujących z górnictwem. Do końca lat 50. stale zwiększano wydobycie i zatrudnienie w tej branży. Wówczas zaznaczyła się tendencja spadkowa zapotrzebowania na węgiel. Nowe, bardziej wydajne technologie spalania, wzrost znaczenia ropy naftowej i gazu ziemnego w energetyce – sprawiły, że górnictwo zaczęło mieć kłopoty finansowe. Nie udawało się sprzedać całego urobku, a realia rynku ograniczały wysokość cen węgla.

Wymusiło to zmiany, które przebiegały dość spokojnie w latach 60. Likwidowano kopalnie najbardziej nierentowne, o niewielkich złożach i trudnych warunkach geologicznych. Główny ciężar reformy przypadł na rządy laburzystów, którzy doprowadzili do zamknięcia ponad połowy kopalń i podobnej skali redukcji zatrudnienia (o ponad 300 tys. osób). Zwalnianym pracownikom starano się zapewnić inną pracę, wielu odeszło na przedwczesne emerytury, a ogólna sytuacja gospodarcza pozwoliła górnikom na stosunkowo „miękkie lądowanie”. Rządy konserwatywne i laburzystowskie kierowały się ideałami państwa opiekuńczego, ale panował także konsens w ocenie górnictwa: przerostów zatrudnienia, zbyt dużych inwestycji, nowych trendów w energetyce itp.

Wpływ na przebieg zmian miała również potęga związków zawodowych. W 1945 r. utworzono National Union of Mineworkers (NUM) – Krajowy Związek Górników. Pod koniec lat 70. zrzeszał prawie 200 tys. osób, co stanowiło niemal 90% załóg kopalń. Do tego dochodziło Krajowe Zrzeszenie Sztygarów, liczące w tym okresie ok. 15 tys. osób. Sektor energetyczny w ponad 50% bazował na węglu z państwowych kopalń głębinowych, więc dłuższy strajk górników oznaczał poważne kłopoty dla całej gospodarki.

Obrazu dopełniało dość korzystne dla związków zawodowych ustawodawstwo w Wielkiej Brytanii: gwarancje niemożności pociągnięcia związków do odpowiedzialności finansowej za straty spowodowane strajkami; powszechny zwyczaj mówiący, że jeśli większość pracowników chce strajku, to wszyscy pozostali muszą przerwać pracę. Potęgę NUM ograniczała jednak tradycja „dogadywania się” z centralnym zarządem kopalń oraz własny statut – np. strajk można było podjąć, gdy w referendum uzyskał poparcie 2/3 związkowców.

Nadciąga apokalipsa

Na początku lat 70. do władzy doszła Partia Konserwatywna, po raz pierwszy z tak liczną reprezentacją wolnorynkowych radykałów. Premierem został Edward Heath, niechętny państwowemu interwencjonizmowi, a funkcję ministra edukacji objęła Margaret Thatcher. Szybko okazało się, że rynkowe reformy nie przyniosły ożywienia gospodarczego, rosła inflacja. Pod wpływem strajków różnych grup zawodowych, Heath powrócił do modelu bardziej prospołecznego. Tzw. kryzys naftowy spowodował gwałtowny wzrost cen ropy. Polepszyło to kondycję górnictwa (wzrosło zapotrzebowanie na węgiel) i pogorszyło ogólne nastroje w kraju.

Pewni swojej siły, związkowcy z NUM postanowili przeciwdziałać i tak nieśmiałej polityce reformowania górnictwa. W 1974 r. ich strajk doprowadził do obalenia rządu Heatha. Partia Pracy, zawdzięczająca górnikom powrót do władzy, prowadziła politykę korzystną dla tego sektora. Choć proces zamykania kopalń i redukcji zatrudnienia trwał, to jego tempo było niewielkie, a kolejny kryzys naftowy polepszył koniunkturę na węgiel i kondycję całej branży. Była to jednak cisza przed burzą.

W 1979 r. wybory wygrali torysi, a premierem została Margaret Thatcher. „Żelazna Dama” nie tylko popierała wolny rynek i uważała, że związki zawodowe są szkodliwe dla rozwoju gospodarki. Od czasu obalenia rządu Heatha przez górniczy strajk, szczególną, wręcz karykaturalną niechęcią darzyła związkowców z tego sektora.

Przymiarki

Ustawy z pierwszych lat rządów Thatcher nałożyły na związki wysoką odpowiedzialność finansową za narażenie innych na straty materialne podczas strajków. Zakazano także strajków solidarnościowych, czyli dotyczących poparcia dla postulatów pracowników innych zakładów. Zakazy objęły często stosowaną metodę pikietowania zakładów, mającą na celu niedopuszczenie do nich łamistrajków i dostaw zaopatrzenia. Nie można już było legalnie pikietować poza własnym miejscem zatrudnienia, a w nim liczebność pikiet ograniczono do… 6 osób.

Po pierwszym, a zwłaszcza drugim szoku naftowym, pod koniec lat 70. Wielka Brytania położyła nacisk na eksploatację ropy i gazu na Morzu Północnym – od początku lat 80. zauważalnie wzrósł ich udział w bilansie energetycznym kraju. Nastąpił rozwój energetyki atomowej, potaniał węgiel z importu, a koniec kryzysu naftowego oznaczał tańszą ropę. W porównaniu z sytuacją sprzed dekady, udział rodzimego węgla w bilansie energetycznym zmalał o kilkanaście procent. Pogorszeniu uległa sytuacja finansowa górnictwa – antyinflacyjna polityka „Żelaznej Damy” doprowadziła do wzrostu wysokości odsetek od kredytów, więc inwestycje w górnictwie obciążono dodatkowymi kosztami.

Gdy w 1981 r. rząd postanowił zlikwidować 50 kopalń i zwolnić z nich ok. 25 tys. osób, strajk rozpoczęło 50 tys. górników. Zapasy węgla były znikome, zarząd kopalń prowadził własną politykę, niezależną od rządu. Thatcher szybko musiała odwołać swoje zamiary.

Żarty się skończyły

Przez niemal 30 powojennych lat panował wokół górnictwa pewien konsensus i obie strony były gotowe na kompromisy. Torysi pod wodzą Thatcher wypowiedzieli jednak ten niepisany układ.

W 1982 r. na czele NUM stanął Arthur Scargill, wcześniej przywódca związku w zagłębiu Yorkshire. Był on przedstawicielem radykalnego skrzydła NUM – pochodził z górniczej rodziny o tradycjach komunistycznych, w młodości działał w Lidze Młodzieży Komunistycznej. Był radykalny jeśli chodzi o poglądy – konsekwentnie popierał jak najdalej posuniętą nacjonalizację przemysłu – ale także w kwestii działań: gloryfikował pikietowanie kopalń, strajki solidarnościowe, nie krył sympatii wobec „robotniczej przemocy”.

Wybór Scargilla nie był przypadkowy. Kopalnie likwidowano stopniowo, lecz proces ten trwał tak długo, że nie sposób było go całkiem zneutralizować, a jego skutki były widoczne gołym okiem. Konfrontacyjna postawa Thatcher dodatkowo zaburzyła poczucie pewności, w każdej chwili można było spodziewać się utraty pracy. Pogorszyła się także sytuacja ekonomiczna górników – w efekcie polityki „Żelaznej Damy” najbardziej stracili robotnicy przemysłowi, których realne płace malały lub rosły znacznie wolniej niż innych grup zawodowych. Kumulacja gniewu i frustracji zaowocowała wyborem Scargilla, a związek zyskał lidera, który wprost nienawidził ówczesnej polityki gospodarczej torysów.

O jedną kopalnię za daleko

Thatcher wyciągnęła wnioski z porażki w pierwszym starciu. Dbała o duże zapasy węgla w kluczowych branżach i przedsiębiorstwach. Dokonała także zmiany szefa zarządu kopalń – został nim Ian MacGregor, znany z tego, że w USA skutecznie złamał strajk hutników. Cały czas prowadzono politykę likwidacji kopalń i zwalniania górników, fiaskiem kończyły się negocjacje ws. podwyżek płac w tym sektorze. „Reformatorzy” byli jednak roztropni, dokonując zamykania kopalń pojedynczo, w różnych okręgach węglowych. Choć Scargill zdawał sobie sprawę z prawdziwych zamiarów rządu, nie potrafił przekonać związkowców do strajku generalnego. Kolejne referenda pokazały, że zwolennicy protestu byli w mniejszości – niespełna 40% członków związku chciało strajkować.

Na początku 1984 r. zarząd kopalń postanowił zamknąć kopalnię w Cortonwood w Yorkshire. Związkowcy zarzucali pomysłodawcom, że jest to decyzja nieuzasadniona. Najpierw w tej, a później w okolicznych kopalniach wybuchł strajk. Identyczna sytuacja była w Szkocji. Takiej okazji nie mógł przepuścić Scargill, który potraktował te strajki jako pretekst do akcji ogólnokrajowej – w jego ocenie, im szybciej udałoby się doprowadzić do upadku rządu torysów, tym lepiej dla górnictwa i całej gospodarki brytyjskiej.

Nie będąc pewnym wyniku referendum ws. strajku, wraz z współpracownikami z zarządu NUM podjęli kontrowersyjną decyzję o przystąpieniu do akcji protestacyjnej na mocy uchwały. Nagięli w ten sposób statut związku, co wzbudziło nieufność wielu jego członków (dało też Thatcher argument o nielegalnym charakterze strajku). Do swej najważniejszej bitwy związek przystąpił podzielony, rozdarty we władzach krajowych i regionalnych oraz na poziomie kopalń. Do strajku nie przyłączyło się zagłębie Nottinghamshire – rentowne, największe pod względem wydobycia i kluczowe dla zaopatrzenia strategicznych odbiorców węgla. Niemniej jednak strajk górników stał się faktem. Od wiosny do jesieni brało w nim udział ok. 145 tys. osób, a pracowało ok. 40 tys. Wydobycie wstrzymano w 130 kopalniach, wielkość urobku spadła o 75%.

Węgiel i krew

Przeciwko górnikom rzucono znaczne siły policyjne. Usiłowały one rozpędzać pikiety przed kopalniami. Aresztowania uczestników pikiet objęły setki osób. Media ujawniły liczne przypadki bestialskiego znęcania się nad zatrzymanymi. W kilku górniczych miejscowościach doszło do zdarzeń, które należy określić mianem pogromów – zmasowane siły policyjne odcięły je od świata i bez powodu atakowały kogo popadnie.

Szczególnie silne ataki przypuszczono w Nottinghamshire, gdzie strajkujący z innych zagłębi próbowali zablokować miejscowym drogę do pracy, aby zwiększyć „siłę rażenia” protestu. Wysłano tam kilka tysięcy policjantów, m.in. zaprawionych w walkach z agresywnymi kibicami sportowymi i zamieszkami w Irlandii Północnej. Na wielką skalę przeprowadzono policyjne blokady dróg wiodących do Nottinghamshire, zatrzymujące górników jadących na pikiety.

Podczas blokady koksowni w Orgreave doszło w maju i czerwcu 1984 r. do prawdziwej wojny z udziałem, wedle różnych szacunków, od kilkunastu do ponad 30 tys. górników i kilkunastu tysięcy policjantów z doborowych oddziałów. Policja używała agresywnych psów, armatek wodnych, gazu łzawiącego, transporterów opancerzonych, helikopterów i broni palnej. Górnicy odpowiedzieli płonącymi barykadami, stalowymi linkami rozciąganymi na drodze szarżującej konnej policji, koktajlami Mołotowa itp.

Do zwalczania strajku użyto wyspecjalizowanej komórki Scotland Yardu i brytyjskich służb specjalnych (MI5). W wielu miejscach spotkań strajkujących założono podsłuchy. Scargillowi i kilku innym liderom przydarzyły się zagadkowe wypadki (m.in. samochodowe), które trudno interpretować inaczej niż jako próbę zastraszenia, jeśli nie chęć pozbawienia ich życia.

Łącznie podczas strajku aresztowano ok. 12 tys. górników. Około 5 tys. z nich stanęło przed sądem, większość została skazana, z czego ponad 200 osób otrzymało wyroki powyżej jednego roku pozbawienia wolności. Około tysiąca górników zostało w czasie strajku wyrzuconych z pracy pod różnymi pretekstami.

Marchewka i kij

Przede wszystkim dążono jednak do pogłębienia podziałów wśród strajkujących. Na wstępie rząd zaproponował bardzo wysokie odprawy górnikom, którzy dobrowolnie odejdą z pracy. W trakcie strajku każdy brytyjski górnik otrzymał imienny list od prezesa zarządu kopalń, w którym był namawiany do wywarcia presji na liderach związku w celu przerwania strajku. Osoby, które nie przystąpiły do strajku, oprócz pensji otrzymywały dodatkowe gratyfikacje z funduszu zorganizowanego przez Davida Harta – milionera o poglądach skrajnie liberalnych. Wraz z innymi ludźmi biznesu, inspirował i finansowo nagradzał on postawy łamistrajkowe – rzekomo oddolne wystąpienia górników wzywających kolegów do powrotu do pracy. Każda taka inicjatywa była skrzętnie nagłaśniana przez wielkie media jako przykład tego, że „zwykli górnicy chcą pracować, ale nie pozwalają im związkowi wichrzyciele”. Obóz Thatcher był w tej nagonce wspierany przez znanego magnata medialnego Roberta Maxwella, właściciela m.in. poczytnego brukowca „Daily Mirror”.

Górnicy nie otrzymywali wypłat podczas strajku (także ich liderzy nie pobierali związkowych pensji), lecz jedynie niewielki, ustawowy zasiłek. Najbardziej potrzebującym zasiłki wypłacał także NUM, prowadzono publiczne zbiórki na rzecz strajkujących górników, organizowano imprezy sportowe i kulturalne, z których zysk przeznaczano na ten cel. Ale łączne dochody górników z tych źródeł wynosiły 15-30% normalnej pensji. Gdy strajk nie odniósł szybkiego sukcesu, od lata 1984 r. zaczęły się kruszyć szeregi bojowych górników – bieda wygnała ich do pracy. Jesienią, wyczuwając nastroje, zarząd kopalń zaoferował różne premie tym, którzy wrócą do pracy do połowy listopada – z oferty skorzystało ponad 10 tys. górników i był to początek końca strajku. Fali powrotów do pracy nie dało się już powstrzymać, szczególnie wzmogła się ona po skromnych i biednych świętach Bożego Narodzenia.

Presja rządowa skierowana była nie tylko wobec strajkujących. Jednym z czynników mogących przesądzić o sukcesie protestu było wsparcie górników przez inne branże: hutnictwo, kolej, transport samochodowy i dokerów. Gdyby te grupy zawodowe dołączyły do strajku, Thatcher nie opanowałaby chaosu. Strajk transportowców i kolejarzy uniemożliwiłby przewożenie węgla z niestrajkujących kopalń, strajk dokerów – rozładunek węgla z importu, a strajk hutników pogłębiłby zawirowania gospodarcze. Hutników jednak przestraszono widmem upadku branży, która przeżywała dekoniunkturę, kolejarzy przekupiono podwyżkami, dokerzy przez krótki okres strajkowali, ale szybko pod wpływem gróźb i obietnic wrócili do pracy – ogólną tendencją było werbalne popieranie strajku przez liderów innych branż, lecz „doły” związkowe nie chciały strajkować. Gwoździem do trumny było udaremnienie przez rząd strajku członków Krajowego Zrzeszenia Sztygarów jesienią 1984 r. Ustawodawstwo zakazywało pracy górników bez nadzoru – gdyby sztygarzy przyłączyli się do strajku, musiałyby stanąć wszystkie kopalnie.

Umiejętne stosowanie zasady „dziel i rządź” złamało robotniczą solidarność. Gdy Scargill zwrócił się o pomoc do Kongresu Związków Zawodowych (głównego zrzeszenia związkowców różnych branż) – apelował o strajki solidarnościowe i wsparcie finansowe – nie wyszło z tego nic poza obietnicami.

Skok na kasę

NUM, związek dość zamożny, w wyniku długiego strajku popadł w tarapaty. Duże wydatki wiązały się z prowadzoną działalnością strajkową, m.in. finansowaniem wyjazdów na pikiety. Dodatkowo ekipa Thatcher stworzyła wyrafinowany plan uderzenia w ten czuły punkt związku.

Nowe ustawodawstwo związkowe po raz pierwszy wprowadzono w życie. Do sądów trafiły pozwy przeciwko NUM, dotyczące utrudniania pracy i strat finansowych. Już pierwszy wyrok w takiej sprawie, wytoczonej regionalnemu oddziałowi związku, opiewał na 50 tys. funtów, po nim przyszły kolejne, w tym maksymalna kara dla centrali związku – 200 tys. (w momencie wybuchu strajku NUM miał ok. 10 milionów funtów). Do tego doszedł inspirowany przez wspomnianego Harta pozew łamistrajków żądających uniemożliwienia kierownictwu NUM dysponowania majątkiem związku w sytuacji, gdy strajk podjęto bez referendum.

NUM nie zamierzał płacić, ale Thatcher wynajęła znaną firmę Price Waterhouse (obecnie PricewaterhouseCoopers). Przy współpracy wywiadu brytyjskiego szybko dowiedziała się ona, gdzie są pieniądze związku – także wtedy, gdy przezornie zostały przelane na konta fasadowych instytucji i zaufanych osób prywatnych. Zabiegi prawne zablokowały większości funduszy NUM lub znacznie utrudniły obracanie nimi, ściągnięto też wszystkie grzywny nałożone przez sądy oraz 800 tys. funtów jako zapłatę za usługi Price Waterhouse. Odblokowanie funduszy związku nastąpiło dopiero w 1986 r.

Samobójcze bramki

O porażce strajku zadecydowały także błędy związkowców. Fatalny był moment rozpoczęcia akcji – wczesna wiosna, kiedy maleje zapotrzebowanie na węgiel. Gdyby strajk wybuchł w okresie wzmożonego popytu na ten surowiec, szanse na wygraną byłyby znacznie większe, także dlatego, że nazbyt wielkich ilości węgla nie dało się gromadzić ze względów technicznych. Tymczasem małe zużycie, zapasy i utrzymanie części wydobycia sprawiły, że gospodarka przetrwała ten okres, a przeciąganie się strajku wyniszczyło NUM finansowo, znacznie zubożyło górników i podkopało ich morale.

Choć górnicy cieszyli się tradycyjnie sympatią znacznej części społeczeństwa, to Thatcher wykreowała ich obraz jako darmozjadów, którzy wymuszają swoisty haracz na rządzie. Pogorszyła się także kondycja mniej zamożnych grup zawodowych, które porzuciły solidarystyczną postawę i zaczęły traktować górników jak konkurentów. Społeczeństwo nie odwróciło się od górników – w całym kraju miały miejsce setki inicjatyw na rzecz ich poparcia, zebrano duże kwoty na pomoc strajkującym, liczni ludzie kultury wyrażali publicznie poparcie dla celów strajku –jednak inne grupy zawodowe nie przyłączały się do strajku, a rząd mimo wszystko cieszył się sporym zaufaniem.

Choć powszechnie potępiano przemoc policji, to również „bojowa” postawa górników napotkała na krytykę. Latem i jesienią 1984 r., kiedy frustracja strajkujących zaczęła gwałtownie rosnąć, w kilku miejscach kraju miały miejsce brutalne samosądy – doszło do ciężkich pobić i demolowania mieszkań górników, którzy wyłamywali się z grupowej solidarności i nie chcieli strajkować. W listopadzie stała się tragedia – przypadkowo zabito taksówkarza wiozącego łamistrajka do pracy.

Gdy związek zaczął mieć kłopoty finansowe, liderzy NUM zaczęli rozpaczliwie poszukiwać wsparcia. Pomoc zaoferował Związek Radziecki (formalnie tamtejsze związki zawodowe) – ostatecznie jednak obiecane pieniądze nie trafiły do strajkujących górników. Uniemożliwiła to postawa brytyjskich służb specjalnych oraz rosnące wpływy Michaiła Gorbaczowa, który był przeciwny ingerencji w sprawy brytyjskie. Jednak całą sprawę wykorzystano do przedstawienia w mediach liderów NUM jako agentów, którzy prowadzą strajk na zlecenie ZSRR, żeby zdestabilizować sytuację wewnętrzną. Podobnie było z Libią, która pozostawała wówczas w konflikcie dyplomatycznym z Wielką Brytanią. Pieniądze z tego kraju nigdy nie trafiły do strajkujących górników, za to sprawę wykorzystano do zmasowanych ataków na Scargilla – istnieją poważne przesłanki, że całość była prowokacją brytyjskich służb specjalnych, na którą dali się złapać liderzy NUM.

Równia pochyła

Pod koniec lutego 1985 r. przekroczono symboliczną barierę – do pracy wróciła ponad połowa górników. 9 marca uznaje się za datę zakończenia strajku – NUM nie osiągnął nic, a jego straty były dotkliwe. Był to jednak tylko wstęp do zniszczenia brytyjskiego górnictwa.

Klęska górników w 1985 r. oznaczała przetrącenie kręgosłupa tej grupie zawodowej. Już w czerwcu 1985 r. nastąpił rozłam w NUM i powstał Związek Demokratycznych Górników. Choć był znacznie mniejszy, to rozbicie ruchu związkowego uniemożliwiło skuteczną obronę praw pracowniczych. Likwidacja kopalń w następnych latach nie napotkała na silny opór, podejmowane próby strajków kończyły się porażkami.

W 1983 r. działało 170 kopalń z ponad 190 tys. górników – w roku 1990 (koniec rządów Thatcher) były już tylko 73 kopalnie i 65 tys. górników. Wydobycie węgla zmalało jednak tylko o ok. 15%, głównie w efekcie zamykania kopalń o niższej wydajności, wymuszania na górnikach coraz cięższej pracy oraz wskutek stosowania nowoczesnych maszyn (bardzo drogich, co sprawiło, że wzrost wydajności nie przełożył się na znaczną poprawę rentowności kopalń). Później było jeszcze gorzej. Recesja na początku lat 90. i liberalizacja rynku surowców energetycznych (węgiel i ropa kupowane na rynku światowym były tańsze niż rodzimy węgiel) skłoniły kolejny rząd torysów do dalszego „reformowania” górnictwa. Zamykano kopalnie (całkowicie likwidując niektóre zagłębia węglowe) i zwalniano górników. W 1994 r. było już tylko 16 państwowych kopalń głębinowych, zatrudniających 8 tys. górników. Wydobycie węgla spadło w stosunku do poziomu z roku 1983 o niemal 70%.

Rok później górnictwo sprywatyzowano. 14 kopalń kupiła firma RJB Mining. Spółka ta osiągała dodatnie wyniki finansowe, co nie było trudne, bo ocalałe z pogromu kopalnie były najlepsze i wzmocnione państwowym programem inwestycyjnym z początku lat 90. Ale i RJB nie patyczkował się z kopalniami – firma zamknęła kilka swoich zakładów, podobnie było z kilkoma innymi prywatnymi kopalniami. Dziś w całej Wielkiej Brytanii funkcjonuje 10 kopalń (większość należy do firmy UK Coal), pracuje w nich tylko 9 tys. górników.

Czyż nie dobija się górników?

Na przestrzeni kilkunastu lat zlikwidowano w jednym sektorze 180 tys. miejsc pracy, co oznacza, że średnio cztery razy tyle osób – górnicy i ich rodziny – zostało pozbawionych głównego źródła dochodów. Wbrew propagandzie zwolenników Thatcher, nie powstało wiele nowych miejsc pracy – w każdym razie nie w dawnych górniczych społecznościach, gdzie do dziś bezrobocie sięga 20-30%. Około 90 tys. byłych górników nie znalazło żadnej stałej pracy, a większość nowych posad jest znacznie gorzej płatnych niż w kopalniach. W dawnych górniczych osadach o kilkadziesiąt procent wzrósł poziom przestępczości, wiele z nich przypomina strefę wojenną. Panuje tam nie tylko bieda – znacznym problemem jest nawet… analfabetyzm. Zniszczono także coś więcej niż etaty przy wydobyciu węgla – stabilizację społeczną, kilkudziesięcioletnią tradycję i styl życia górniczych osad, a także wiarę tysięcy ludzi w to, że rząd służy dobru obywateli.

To wszystko nabiera dodatkowego znaczenia, gdy wiemy, że całkiem liczne były przypadki zamykania rentownych kopalń. Że fałszowano raporty i analizy, byle tylko wykazać konieczność likwidacji. Że Thatcher odmawiała dopłat do górnictwa, uzasadniając to zasadami wolnego rynku, lecz hojnie wspierała z budżetu energetykę atomową i przemysł wydobywczy ropy naftowej i gazu. Na pewno częściowe reformy górnictwa były potrzebne, ale wielu ekspertów twierdzi, że przy rozsądnej polityce gospodarczej można było to robić wolniej i bez konieczności likwidacji niemal całej branży. Znaczna część kopalń miałaby do dzisiaj rację bytu – mogły być rentowne lub obciążać budżet nie bardziej niż koszty bezrobocia, biedy i dewastacji górniczych społeczności.

Rynek i konserwatyzm, ruiny i zgliszcza

„Żelazna Dama” jest symbolem promowania wolnego rynku i obrony wartości konserwatywnych. Rzeczywistość przeczy temu obrazowi. Przenikliwie opisał to dawny apologeta i współpracownik Thatcher, brytyjski filozof polityki John Gray, który widząc skutki neoliberalnych pomysłów stał się radykalnym krytykiem takiej ideologii.
W tekście „Dziwna śmierć Anglii torysów” ukazał on destruktywny wymiar polityki Thatcher z punktu widzenia tych wartości, które rzekomo wyznawała i promowała. O ekonomicznych skutkach jej polityki napisał tak: „/…/ destruktywna polityka deregulacji rynku pracy, która w latach osiemdziesiątych rozbijała ruch związkowy, w latach dziewięćdziesiątych zaczęła niszczyć tkankę klas średnich wykonujących wolne zawody”. Z kolei następstwa kulturowe ofensywy thatcheryzmu ocenił następująco: „Jednym z najważniejszych skutków zastosowanej w Wielkiej Brytanii po 1979 roku radykalnej strategii wolnorynkowej był demontaż tych koalicji interesów ekonomicznych i grup społecznych, które były rękojmią istnienia konserwatyzmu przedthatcherowskiego. /…/ Średnioterminowym skutkiem neoliberalnej polityki konserwatystów w Wielkiej Brytanii jest erozja etosu w takich instytucjach jak służba państwowa i służba zdrowia, które poddano reformie zgodnej z receptami myślenia kontraktowego i menedżerskiego. Jakby było mało tej dewastacji znaczącego obszaru brytyjskiego dziedzictwa instytucji obywatelskich, owo neoliberalne dążenie do wtłoczenia życia społecznego w prymitywne ramy modelu wymiany rynkowej przyspieszyło delegitymizację takich instytucji jak monarchia i Kościół. /…/ Anglia torysów – owa bogata sieć wzajemnie powiązanych interesów, więzi szacunku społecznego i odziedziczonych instytucji, sieć, którą zdolność polityczna torysów skutecznie chroniła i odtwarzała poprzez umiejętną jej adaptację do instytucji demokratycznych Wielkiej Brytanii – ta Anglia torysów jest dziś praktycznie martwa”.

Jakaś okrutna ironia historii – ale także nauka na przyszłość – tkwi w tym, że liderka Partii Konserwatywnej zniszczyła konserwatywny styl życia, a w imię doraźnej poprawy wskaźników ekonomicznych po prostu rozwalono ład społeczny kształtowany przez pokolenia. Trafnie wyrazili to twórcy filmu „Orkiestra” (oryg. Brassed off), którego akcja rozgrywa się podczas „dogrywki” likwidacji brytyjskich kopalń w pierwszej połowie lat 90. W usta jednego z głównych bohaterów, emerytowanego górnika i szefa kopalnianej orkiestry dętej, włożyli oni znamienne słowa: „Od 10 lat ten cholerny rząd niszczy nasz przemysł i nie tylko przemysł, także naszą społeczność, nasze domy i nasze życie, a wszystko to w imię postępu, dla kilku wszawych funtów”.

Remigiusz Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 22 w roku 2005. Tekst przypominamy w 40. rocznicę rozpoczęcia strajku górników w Wielkiej Brytanii. Zdjęcie w nagłówku tekstu: przemarsz strajkujących górników w Dinnington w hrabstwie South Yorkshire; kopalnię w tej miejscowości zamknięto w roku 1991.

Pisząc tekst korzystałem z wielu źródeł, ale najważniejsze dane zaczerpnąłem z: Alex Callinicos i Mike Simons – „The Great Strike” (1985); Ken Coates i Michael B. Brown – „Community under Attack” (1997), Piotr Jachowicz – „Strajk górników brytyjskich w latach 1984-1985” (2002).

Rzeczywistość na granicy

Rzeczywistość na granicy

Małgorzata Tomczak, socjolożka i dziennikarka zajmująca się od dwóch lat sytuacją na granicy polsko-białoruskiej, narobiła niemałego zamieszania wśród zajmujących się tą problematyką – i nie tylko ich.

W połowie listopada ubiegłego roku, a zatem już po wyborach parlamentarnych, opublikowała ona w „Gazecie Wyborczej” artykuł „Szara granica” (GW, 18-19 listopada 2023). Z wielowątkowej opowieści autorki (bardzo zresztą ciekawej, gdyż dotyczącej całej gamy problemów związanych z migracją) jeden okazał się kluczowy dla powstania wspomnianego zamieszania, które należy potraktować szerzej. I to w kilku wymiarach, m.in. ideologiczno-politycznym oraz dziennikarskim. Otóż w artykule autorka pisze wprost, że od dwóch lat w dyskusji o migracji przekłamujemy rzeczywistość, „tworzymy fałszywą wiedzę”, czyli po prostu: kłamiemy. Kto kłamie? Strona „humanitarna”, lewicowo-liberalna.

Po kolei jednak.

Tomczak słusznie zauważa, że kryzys na granicy jest przedstawiany w dwóch narracjach: antyimigranckiej i mającej na celu bezpieczeństwo oraz humanitarnej. Pierwsza przynależy stronie prawicowo-konserwatywnej, druga zaś liberalno-lewicowej. Ta druga jest reprezentowana m.in. przez książki (Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”), media głównego nurtu, jak choćby „Gazeta Wyborcza”. Typ tekstów tam się pojawiających ma charakter „interwencyjnej publicystyki”. Ponadto, co szczególnie ważne, przez działalność aktywistów, ale także i sztukę. Przykładem tej drugiej jest film Agnieszki Holland „Zielona granica”, który trafił do kin przed wyborami parlamentarnymi. W debacie o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej funkcjonuje on niemal jako dokument. W rzeczywistości jednak, twierdzi Tomczak, narracja ta pokazuje tylko niewielki, przefiltrowany wycinek rzeczywistości.

W pierwszej narracji, prawicowo-konserwatywnej, dominują młodzi, silni i agresywni mężczyźni forsujący granicę. W drugiej – samotne kobiety z dziećmi. Pierwsi to niebezpieczna masa ludzi nieznających naszej kultury, idących „po socjal”, a będących w istocie elementem wojny hybrydowej Putina z Zachodem. W drugiej, wykształcone osoby takie jak my: ich kulturowa inność to element jedynie ubarwiający, nieszkodliwy, sprowadzony do odmienności kulinarnej.

Autorka mówi wprost: narracja pierwsza jest bliższa rzeczywistości, przynajmniej statystycznej, gdyż kobiety na szlakach migracyjnych stanowią 10% ogółu ludzi. Większość migrantów to wcale nie uchodźcy z krajów ogarniętych wojną.

W czym i jak kłamiemy?

W tworzeniu fałszywego obrazu. Chodzi nie tylko o skierowanie kamery aparatu w odpowiednią stronę, opis tego, a nie tamtego: zamiast grupy mężczyzn, pokazujemy dziecko. Chodzi o coś więcej: o wytwarzanie fake newsów i nieprawdziwych historii, o „liczne przeinaczenia na poziomie faktów”. Prawicowa narracja, mówi autorka, także tę rzeczywistość jakoś przekłamuje (wyolbrzymiając pewne obrazy), ale my ją przekłamujemy jeszcze bardziej.

Każda narracja przedstawia jakiś obraz rzeczywistości, w tym sensie jest konstrukcją społeczną. Obraz rzeczywistości, który ona tworzy, coś naświetla, a coś ukrywa, coś uwypukla, a coś przemilcza. To trochę jak działanie latarni morskiej: światło padając w dane miejsce sprawia, że inne są zakryte. I tak, moim zdaniem, być musi, nie ma od tego ucieczki, bo nie ma ucieczki od konstruowania. Chodzi jednak o to, aby mieć tego świadomość, a nie brać obrazu za całą rzeczywistość. To po pierwsze. A po drugie, jest coś, czego w tym konstruowaniu robić nie wolno: kłamać, zmyślać historii danych postaci, ubarwiać, bo wtedy wkraczamy już w obszar fikcji charakterystyczny dla literatury.

Dlaczego kłamiemy? – pyta Tomczak. Dlaczego to robimy? Dla „dobra sprawy”. W imię walki z narracją prawicową, gdyż nie ma nic gorszego niż ich „rasizm” i „faszyzm”, skutkujący graniczną Zagładą. Ideologia anty-PiS pozwala na wiele, w tym na kłamstwo, oderwanie się od rzeczywistości na granicy.

Autorka sama siebie zapytuje, dlaczego napisała tyle tekstów utrzymanych w „duchu aktywizmu”. Dlaczego okazała się jedną spośród wielu dziennikarzy/dziennikarek poddających się narracji aktywistów i nie weryfikujących informacji, tworząc w efekcie narrację nieprawdziwą?

Zastanawiając się nad mechanizmem, któremu uległa, Tomczak przywołuje teorię poznawczego przechwycenia. Teoria ta opisuje, jak ludzie mający kontrolować innych ludzi ulegają tym drugim poprzez przejmowanie ich poglądów na skutek m.in. lobbingu, ale często także nieświadomie czy podskórnie. Autorka bardzo trafnie opisuje działanie tego mechanizmu w splocie trzech czynników: tożsamości, relacji i statusu. Mówi np. o tym, że aktywistów i dziennikarzy łączy przynależność do jednego świata lewicowo-liberalnego i z tego względu dziennikarze nie robili tego, czego powinni, czyli weryfikowania narracji aktywistów. Odważnie przyznaje, że pokonały ją „miękkie mechanizmy wpływu”, takie choćby jak przyjaźnie. W związku z tym uważa swoje teksty za nieprawdziwe.

Czy to jednak wystarczy, aby ją usprawiedliwić? Czy opisanie mechanizmu, któremu się uległo, może zadość uczynić kłamstwu? Czy efektowny popis wiedzą ją tłumaczy?

Podejrzewam, że Tomczak znała tę teorię wcześniej (wszak jest z wykształcenia socjolożką), nie dowiedziała się o niej po tym, jak zaczęła mieć wątpliwości, odczuwać dysonans poznawczy. Autorka na pierwszy rzut oka przekonująco wyjaśnia swoje zagubienie, pozwalając powiedzieć coś w stylu: „Dałam się nabrać, ale to przecież uniwersalny mechanizm”. Problem w tym, że – tak uważam – znacznie wcześniej dobrze rozpoznała mechanizmy, o których pisze, lecz po prostu im uległa. Wystarczy przeczytać znakomite książki i artykuły toruńskich socjologów zajmujących się mechanizmami wytwarzania wiedzy i niewiedzy (np. Radosława Sojaka, Daniela Wincentego „Zagubiona rzeczywistość. O społecznym konstruowaniu niewiedzy” czy z pracami Andrzeja Zybertowicza), zapoznać się z podstawowymi pojęciami socjologii działań zakulisowych, aby wiedzieć to, co mówi Tomczak. Więcej nawet, wystarczy przejść podstawowy kurs socjologii, gdzie mówi się sile socjalizacji, sieci relacji społecznych, autorytecie etc.

Jest to próba naukowego z ducha zamaskowania prostej kwestii wyboru, i to śmiem twierdzić, znacznie bardziej świadomego: albo jesteś odważny, albo nie. Albo mówisz prawdę, albo nie. Tomczak nie jest naiwnym dzieciątkiem, ale kimś, kto widzi i rozpoznaje te naciski, o czym sama pisze w swoim tekście oraz mówi w rozmowie z Magdaleną Okraską („Imigracja bez różowych okularów”, „Nowy Obywatel”, nr 43, 2024).

Moim zdaniem chodzi dokładnie o te dwa „albo – albo”. I nie, nie czuję się lepszy moralnie niż Tomczak, bo świat akademicki, w którym funkcjonuję, jest dokładnie taki sam. Różnimy się o tyle, że nie jestem dziennikarzem.

Szczególnie kategoria prawdy, jedno z tego „albo-albo”, domaga się pewnego doprecyzowania. Kiedyś byłem świadkiem, jak na konferencji medioznawczej pewien profesor powiedział, że „ideą regulatywną dziennikarstwa jest prawda”, a drugi powiedział „a co to jest prawda?”. To drugie podejście było stricte relatywistyczne – i tego (nie ma prawdy) zresztą uczył swoich studentów dziennikarstwa. Każdy, kto przeszedł podstawowy kurs filozofii, wie, że istnieją różne koncepcje prawdy, np. korespondencyjna (zdanie jest prawdziwe wtedy, kiedy tak jest w rzeczywistości) czy koherencyjno-koncesualna (zdanie jest prawdziwe wtedy, kiedy co do niego się zgadzamy i potrafimy uzgodnić z naszymi innymi przekonaniami).

Choć uważam, że nie mamy poznawczego (w sensie pozakulturowego) dostępu do tego, jaka jest rzeczywistość w ogóle czy jej prawdziwy opis, nie oznacza to – na miły Bóg – że nie mogę wypowiedzieć prawdziwych zdań względem sytuacji na granicy. Nie da się ustalić, ile jest na granicy kobiet, a ilu mężczyzn? I skąd w większości pochodzą? Jest tak dlatego, że uznajemy wartość statystyki i wiemy co oznacza „więcej”, a co „mniej” i jak to mierzyć. Można sobie wyobrazić inne kategorie liczenia, gdzie istotniejsza jest wartość, a nie ilość, i takie etnograficzne świadectwa mamy. Ale jesteśmy tutaj, a nie u jakiegoś plemienia, które taki system liczenia posiada (choć jak zaraz pokażę, chyba nie wszyscy).

Słowem: poplątano wszystko ze wszystkim, w tym filozofię z dziennikarstwem, i zrobiono wielu studentom dziennikarstwa, choć nie tylko im, bałagan w głowach, w efekcie fakty i prawda przestały być dla nich istotne. A prawda ma znaczenie, gdyż bez niej nie można funkcjonować: muszę wiedzieć pod groźbą przetrwania, czy zielone światło na pasach oznacza „idź” czy „stój” (możemy kolorom przydać inne znaczenia, ale muszę w tej konkretnej chwili wiedzieć, jakie obowiązuje znaczenie). Ponadto dana narracja i jej prawdziwość rozbija się w końcu o rzeczywistość społeczną. Mieszkańcy wielu zachodnich miast wiedzą, że wzrost przemocy nie jest związany z wykształconymi Afgankami z dziećmi. I dlatego głosują na partie anty-emigranckie. Wcześniej tym, którzy mówili o problemach z migrantami (realnie istniejącymi) przypinano łatki islamofobów i rasistów, w czym przodowała lewica.

A jeśli to nie prawda jest ideałem regulatywnym, o którym wspomniał jeden z profesorów, to co? Zaangażowanie i emocje o charakterze ideologiczno-politycznym. Świetnym tego przykładem jest artykuł Pawła Knuta „Opowieść zaangażowana, nie fałszywa” („Dwutygodnik”, 12/2023). To próba „uratowania” narracji humanitarnej, oswojenie swojego dysonansu poznawczego, tekst z zakresu tzw. zwrotu afektywnego. Autor mówi w zasadzie wprost: coraz mniej interesują mnie fakty i liczby, a liczą się emocje, jakie powinny towarzyszyć mówieniu o granicy. Autor uzasadnia powstanie „narracji humanitarnej” jako odpowiedź na coraz „brutalniejszą narrację antyuchodźczą, dystrybuowaną za pomocą wszelkich kanałów pozostających do dyspozycji decydentów. W tych warunkach odpowiedź musiała być mocna i wyrazista, krążyć wokół jasnych, binarnych podziałów na dobro i zło, bohaterów i złoczyńców”.

Nie miejsce tutaj na polemikę z autorem. Chcę jedynie wskazać na fakt, że jeśli chodzi o to, co na granicy się dzieje dzisiaj, już za nowej władzy, to dzieje się w zasadzie to samo, co za starej (czy może być inaczej?). Dalej istnieją push-backi. O ile jednak poprzednia władza była z tego względu na cenzurowanym, to nie dostrzegam takiej samej skali w ocenie obecnej. Przykładem jest Janina Ochojska. Dlaczego nie potępia Donalda Tuska tak, jak potępiała Mateusza Morawieckiego? Jedyne, co zrobiła to napisała petycję. Rzecz jasna nie może uczynić wiele więcej, gdyż obecnej władzy zawdzięcza miejsce w Europarlamencie. To jest właśnie kadr z układu będącego siecią nieformalnych powiązań, które nie są wcale takie trudne do uchwycenia.

Richard Rorty, amerykański filozof, napisał, że antropolodzy, powieściopisarze oraz dziennikarze są „agentami miłości”, co oznacza, że mają poszerzać naszą wyobraźnię moralną. Pełna zgoda. Ale trzeba odróżnić jednych od drugich i trzecich, bo gdy dziennikarz czy antropolog (czego przykładem choćby Carlos Castaneda) zacznie kłamać, to mamy do czynienia z literaturą, w której wolno wszystko. Trzeba poszerzać wyobraźnię moralną naszego społeczeństwa, ale nie może być to usprawiedliwienie dla jawnego kłamstwa, które służy celom ideologiczno-politycznym.

Dobre emocje, np. empatia względem potrzebujących pomocy, mogą być – i są – cynicznie wykorzystywane, wręcz pozwalają na zarządzanie całymi narracjami, które rzutują na wybory polityczne. Ratunkiem jest tak potępiane przez wspomnianego Knuta „analityczne” podejście Tomczak. I za nie autorkę bardzo cenię.

Jesteśmy na granicy. Polsko-białoruskiej. Ale także na granicy utraty kontaktu z rzeczywistością społeczną. Przodują w tym niestety dziennikarze oraz osoby piszące jako element polityczno-biznesowo-medialnego układu lewicowo-liberalnego. W pewnej mierze rozumiem podejście, w którym prawda przestaje być najwyższą wartością w hierarchii, a zaczyna być nią empatia. Skutkuje to jednak rozpadem komunikacji, gdyż każdy będzie miał swoje narracje, swoje afekty/emocje i zaczniemy żyć w różnych rzeczywistościach. Nie będziemy umieli się komunikować, gdyż nie będzie tych samych obiektów, względem których się komunikujemy (tutaj: element wojny hybrydowej, tutaj człowiek). Oczekuję od dziennikarzy więcej analizy, a mniej emocji. I choćby z tego względu tekst Małgorzaty Tomczak jest wart namysłu.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay

Mosty dla ludzi

Mosty dla ludzi

Zakazy i mandaty nie wyeliminują dzikiego korzystania z mostów kolejowych przez pieszych.

W wielu miejscach Polski jedyną możliwość przedostania się na drugą stronę rzeki dają mosty kolejowe. Po większości z nich piesi nie mogą chodzić, ale – aby nie nadkładać wielu kilometrów – robią to.

Nie jest możliwe

Zapewnienia pieszym legalnej możliwości korzystania z mostu kolejowego domaga się społeczność Lisewa Malborskiego. Ta licząca 1,2 tys. mieszkańców miejscowość leży w powiecie malborskim, ale do Malborka jest stąd 18 km, zaś do centrum Tczewa 1,5 km. Lisewo Malborskie i Tczew leżą na dwóch brzegach Wisły – remont spinającego je zabytkowego mostu drogowego zaczął się w 2015 r., lecz w 2019 r. prace wstrzymano i obecnie przeprawa urywa się nad rzeką.

W tej sytuacji, aby dojść z Lisewa do Tczewa, trzeba pokonać 10 km przez Most Knybawski, którym Wisłę przekracza droga krajowa 22. Można też nielegalnie przejść mostem kolejowym – znajduje się na nim chodnik służbowy, lecz korzystający z niego narażają się na mandaty.

Petycję postulującą udostępnienie pieszym tczewskiego mostu kolejowego podpisało od listopada 2023 roku 1,5 tys. osób. Wiosną 2023 r. interpelację złożyła posłanka Małgorzata Chmiel. Ministerstwo Infrastruktury odparło, że „nie jest możliwe uruchomienie przejścia pieszego i rowerowego na moście kolejowym w Tczewie, gdyż warunki stawiane dla ciągów pieszo-rowerowych użytku publicznego są odmienne od warunków określonych dla kolejowych obiektów inżynieryjnych przeznaczonych wyłącznie do użytku służbowego”. Resort dodał, że „uwarunkowania konstrukcyjne wykluczają adaptację i dostosowanie przedmiotowego mostu do potrzeb użytku publicznego”.

Pociągi, piesi i rowerzyści

W 2023 r. ciąg pieszy udało się zapewnić w Ostrołęce na nowym moście kolejowym na Narwi, który w ramach rewitalizacji linii Ostrołęka – Chorzele zastąpił starą przeprawę. Ogólnodostępny chodnik powstał na wniosek ostrołęckiego ratusza.

W Warszawie aktywiści z inicjatywy Rowerowy Średnicowy apelują, aby w ramach planowanej przebudowy linii średnicowej uwzględnić stworzenie kładki pieszo-rowerowej, która biegłaby estakadą i mostem między przystankami kolejowymi Warszawa Stadion i Warszawa Powiśle.

Od czerwca 2023 r. piesi i rowerzyści mogą przekraczać Wisłę mostem kolejowym w Krakowie. W ramach rozbudowy odcinka Kraków Główny – Kraków Płaszów z dwóch do czterech torów zastąpiono stary most kolejowy trzema biegnącymi obok siebie konstrukcjami: mostem dwutorowym oraz dwoma mostami jednotorowymi – na jednym z nich powstała droga rowerowa i kładka dla pieszych. Krakowski magistrat w 2020 r. zawarł umowę ze spółką PKP Polskie Linie Kolejowe i zapewnił finansowanie infrastruktury pieszo-rowerowej na moście. Na ten cel miasto przeznaczyło 73,2 mln zł.

W Toruniu od dłuższego czasu mówi się o udostępnieniu mostu kolejowego przez Wisłę pieszym i rowerzystom. Porozumienie między ratuszem a PKP PLK i PKP zawarto w 2018 r. – „Dzięki współpracy miasta i spółek kolejowych zyskamy nowoczesną infrastrukturę, szybsze, bezpieczniejsze połączenia oraz trakt pieszo-rowerowy w sąsiedztwie starówki, który pełnić będzie także funkcję tarasu widokowego na toruński zespół staromiejski” – mówił pięć lat temu prezydent Torunia Michał Zaleski.

– „Obecnie trwa opracowywanie projektów budowlanych, pozyskano decyzję środowiskową i decyzję ustalająca lokalizację inwestycji” – informuje Malwina Jeżewska z Urzędu Miasta Torunia, lecz dodaje: „Realizacja kładki uzależniona jest od pozyskania środków zewnętrznych w perspektywie finansowej na lata 2021-2027”.

Nie za darmo

– „Na wniosek samorządu, głównie podczas modernizacji lub budowy mostów, PKP Polskie Linie Kolejowe analizują możliwość budowy ciągu pieszo-rowerowego” – mówi Karol Jakubowski z PKP PLK, nie kryjąc, że spółka oczekuje od samorządów zapewnienia funduszy. – „Za ciągi piesze i rowerowe odpowiada samorząd, który posiada ku temu też niezbędne środki prawne i finansowe”.

O ile większe miasta są w stanie pozwolić sobie na wydanie sporych pieniędzy, o tyle dla małych gmin mogą być to kwoty nierealne. A to poza dużymi miastami rzadko kiedy blisko mostu kolejowego znajduje się ogólnodostępna przeprawa. Na przykład most Centralnej Magistrali Kolejowej między gminami Poświętne i Rzeczyca jest jedynym na liczącym 22 km fragmencie Pilicy między Mysiakowcem a Nowym Miastem nad Pilicą.

Poza miastami rzeki często są granicami gmin, ale i województw, przez co próba zdobycia funduszy wiąże się dodatkowo z koniecznością ponadlokalnej współpracy.

Znajdujący się na granicy województw mazowieckiego i podlaskiego most kolejowy linii Siedlce – Hajnówka to jedyna przeprawa na liczącym ponad 30 km odcinku Bugu od granicy z Białorusią do mostu drogi krajowej 19, który zresztą jest nieprzyjazny pieszym.

Na 30-kilometrowym odcinku Wisły od Połańca do Tarnobrzega jedyna przeprawa to most Linii Hutniczej Szerokotorowej – jest na nim szeroka kładka techniczna, ale piesi mają zakaz korzystania z niej. Oprócz informujących o tym tablic są też kamery oraz megafony, z których osoby zbliżające się do przeprawy słyszą dyscyplinujące komunikaty. Odległość ze świętokrzyskiego Matiaszowa do leżących po drugiej stronie Wisły podkarpackich Zadusznik – gdy idzie się mostem kolejowym – to 3 km. Legalną drogą przez most drogowy koło Połańca trzeba pokonać 24 km.

Most nie służy

W 2021 r., akurat gdy PKP Polskie Linie Kolejowe szykowały przebudowę mostu nad Kanałem Żerańskim w podwarszawskim Nieporęcie, mieszkańcy postulowali, aby w ramach prac dobudować kładkę dla pieszych. Skróciłaby ona dojście do przystanku kolejowego Nieporęt i centrum miejscowości z leżącego na drugim brzegu kanału osiedla Nowolipie. Mieszkańcy przyznali w petycji, że nieporęcki most wykorzystywany jest przez pieszych jako dzika przeprawa: „Wykonanie nowego obiektu wraz z kładką umożliwiłoby legalne i bezpieczne przejście z jednego brzegu na drugi, likwidując niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia w wyniku potrącenia przez pociąg”.

W ślad za petycją nieporęcki radny Konrad Szostek zwrócił się do spółki PKP PLK, aby uwzględniła prośby mieszkańców. Jednakże zrealizowane w 2022 r. prace – choć polegały na rozbiórce starego mostu i budowie nowego – nie objęły stworzenia kładki. Jak oznajmił Zakład Linii Kolejowych w Warszawie, zapewnienia komunikacji pieszej na moście nie zakładano w projekcie. „Most kolejowy nie służy do przeprawy pieszych” – oznajmił zastępca dyrektora zakładu Piotr Sawczuk. – „Ponadto informujemy, że po zakończeniu robót teren zostanie dodatkowo oznakowany zakazem wejścia”.

Zakaz nie chroni

Zakazy egzekwuje Straż Ochrony Kolei – na mandaty narażają się osoby, które mosty pokonują zarówno torami, jak i chodnikami służbowymi. – „Miejsca narażone łamaniem przepisów porządkowych na obszarze kolejowym są w stałym zainteresowaniu” – zapewnia Monika Komaszewska z Komendy Głównej SOK. – „Stale przeciwdziałamy problemowi przebywania osób postronnych na obszarze kolejowym”.

Mandaty i tablice z zakazami nie wyeliminują dzikiego korzystania z mostów kolejowych. Zwłaszcza gdy najbliższa przeprawa pozwalająca legalnie przekroczyć rzekę oddalona jest o kilka czy kilkanaście kilometrów. Dlatego tworzenie na mostach ogólnodostępnych kładek dla pieszych i rowerzystów to najskuteczniejszy sposób na wyeliminowanie groźnych sytuacji, a tym samym na poprawę bezpieczeństwa na kolei.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/128 styczeń-luty 2024)
https://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.

Patriotyzm to (nie) żenada

Patriotyzm to (nie) żenada

Jako Ukrainka urodzona w Polsce często słyszałam, że to w sumie żadna egzotyka dorastać w polskim i ukraińskim otoczeniu. Jesteśmy podobni. Posługujemy się podobnymi, słowiańskimi językami, obchodzimy prawie te same święta, nie różni nas kolor skóry. Oczywiście, są pewne różnice w mentalności, większe lub mniejsze, czasami widoczne dopiero po częstszej obserwacji, po dłuższym przebywaniu razem. Nie zwracałam na nie szczególnej uwagi, widziałam je, ale zbytnio mnie nie interesowały. Szybko zrozumiałam, w jaki sposób trzeba się zachowywać wśród jednych i wśród drugich, gdzie i jak się „przełączyć”.

Teraz jest inaczej. Obserwując obie społeczność młodych ludzi – Polaków oraz Ukraińców, będąc jej częścią, zauważyłam, jak coraz bardziej zaczynamy się różnić. Momentem zwrotnym było rozpoczęcie pełnoskalowej wojny w Ukrainie 24 lutego 2022.

Na początku lutego, dwa lata temu, atmosfera była napięta. W domu w zasdzie nie wyłączano telewizora. Szkolną przerwę spędzało się na śledzeniu kanałów informacyjnych. Każdego ranka odbywało się nerwowe sprawdzanie telefonu. Żyło się wiadomościami. Świat stanął w miejscu, coś wisiało w powietrzu. Dom wydawał się wyjątkowo cichy, mimo nieustającego słowotoku prezenterów telewizyjnych. Rodzice jakby coś ukrywali, wszyscy próbowali unikać jednego konkretnego tematu. Często dzwoniło się do swoich bliskich i przyjaciół, którzy byli tam, na miejscu. Upewnić się, że wszystko w porządku, zażartować, przekonywać siebie nawzajem, że wszystko będzie dobrze. Wtedy jeszcze starano się w to wierzyć.

W szkole był zupełnie inny świat. Wydawało się to niezwykle dziwne. Czytając artykuł z podsumowaniem najważniejszych wydarzeń danego dnia, słyszałam emocjonujące rozmowy kolegów obok, którzy nie mogli się zdecydować, którą wódkę kupić na imprezę, żeby najlepiej „weszło”. Groteska. Dwa różne światy. Tragizm i komizm.

W liceum był tylko jeden człowiek, który także odczuwał to napięcie w powietrzu, rozumiał wagę sytuacji. Mój nauczyciel angielskiego, Szkot, były żołnierz i policjant. Codziennie pytał co u mnie, dużo rozmawialiśmy o polityce, o bieżącej sytuacji. Mówił, że zastrzeliłby Putina jednym pociskiem. Śmiałam się i czułam się lepiej, czułam, że nie jestem sama w tej innej realności, innym wymiarze, który moi rówieśnicy skutecznie omijali.

17 lutego 2022 mieliśmy lekcję ze wspomnianym nauczycielem. Powiedział, że chciałby z nami porozmawiać. Zapytał, czy chciałabym opowiedzieć klasie, co się dzieje w Ukrainie. Jakie są nastroje, co mówią młodzi ludzie i tak dalej. Zgodziłam się, opowiedziałam. Zapanowała niezręczna cisza. Nauczyciel zapytał, co będę robić jeżeli wybuchnie wojna. Odpowiedziałam, że wrócę. Po maturze lub po studiach, nie wiem, ale wrócę. Będę robić cokolwiek, a jeśli dostanę powołanie do wojska, to pójdę. Cisza nabrała innego, głębszego wyrazu. Nauczyciel spojrzał na chłopców z mojej klasy. Było ich niedużo i nie wyglądali na szczególnie zainteresowanych tematem. Dostali to samo pytanie, co ja. Kilku nie zwróciło na nie uwagi, jeden odpowiedział, że w sumie nie wie. Potem padła odpowiedź „Wyjechałbym, po co mam umierać za państwo PiS”.

Równo tydzień później obudziłam się, słysząc płacz mamy i słowa taty, że się zaczęło.

Od tego czasu obserwacja polskich kolegów i koleżanek jest dla mnie niezwykle ciekawym zajęciem. Pamiętam ich szok i niedowierzanie, kiedy powiedziałam, że moja rodzina, która mieszkała w naszym domu przez trzy pierwsze tygodnie wojny, wraca do Ukrainy. I taki sam szok, kiedy powiedziałam, że dwóch moich ukraińskich przyjaciół z Polski wróciło do Ukrainy i stawiło się na komisji wojskowej. Koleżanka zapytała: „Ale oni musieli wracać czy jak? Są jakieś kary za to?”. Nie, nie musieli. Nie, nie ma kar za pozostanie w Polsce. Nie ma kar za odmowę rezygnacji z bezpiecznego przebywania za granicą, ze studiów, ze znajomych i normalnego życia. Nikt z tego nie rezygnuje z przymusu.

Jednego z dwóch wspomnianych przyjaciół już nie ma. Zakhar Skliar zginął niedaleko Doniecka 20 grudnia 2023 roku. Jego pogrzeb odbył się u mojej urodziny, 27 grudnia. Miał 26 lat, narzeczoną, brata, rodzinę. Jego ojciec też jest w wojsku, zgłosił się jako ochotnik od razu po rozpoczęciu inwazji. Reakcja na jego śmierć wśród moich polskich znajomych była dziwna. Znów padło pytanie, czy wracał z Polski pod przymusem. Ludzie reagowali niejednoznacznie. Współczuli, ale można było w tym wyczuć coś jeszcze. Nie rozumieli. Nie rozumieli, co może kierować człowiekiem, który rzuca w Polsce studia, pracę i plany na przyszłość, wraca do Ukrainy i za trzecim razem dostaje się do sił zbrojnych (dwa razy mu odmówili, wkurzał się na to i powtarzał, że i tak coś wymyśli). Nie mówili tego na głos, ale nie rozumieli. Przecież to głupie. Lekkomyślne. „Biedny… i po co wracał…”.

To usłyszałam.

Młodych drażni słowo „patriotyzm”. Nie rozumieją go, kojarzy im się z marszami 11 listopada i „bitwą o Empik”. Bo jak patriotyzm, to prawacy, a jak prawacy to PiS i Konfederacja. A nie?

Popełniłabym kardynalny błąd logiczny, fałszywie wnioskując z części o całości. W końcu to tylko moje doświadczenie. Mojego otoczenia, mojej klasy w warszawskim liceum, mojej grupy na studiach. W swojej wypowiedzi staram się uwzględniać jak najwięcej detali, dlatego posłużę się danymi z badania IBRiS, przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej”. W badaniu zapytano Polaków, co by zrobili w przypadku ataku zbrojnego Rosji na Polskę. Co trzeci ankietowany odpowiedział, że zdecydowałby się na ucieczkę z miejsca zamieszkania. To 37,4%, z tym że 11,9% ankietowanych wyjechałoby za granicę. Tylko 15,7% badanych deklaruje, że zaciągnęłoby się na ochotnika do wojska. Z badań wynika, że taką odpowiedź wybierali przeważnie wyborcy PiS-u i Konfederacji.

Przypomina mi się omawiany na zajęciach artykuł o załodze statku PiS i jakże głupim porównaniu „ludu PiS-u” do sarmackiego etalonu. Autor, Jarosław Bartkiewicz, zahacza o definicję patriotyzmu, ale w ogóle jej nie podaje. Może to i dobrze. Autor określa wyborców Prawa i Sprawiedliwości przedłużeniem wielopokoleniowego nowotworu narodu polskiego, który zaczął się od narcystycznych szlachciców, a w rezultacie przerzutu żyje do dziś. Szkodliwość tego tekstu polega na tym, że większość jego wypowiedzi to obelgi. Jego artykuł to idealne paliwo napędowe do nienawistnej narracji o „durnych prawakach”. A jeżeli prawacy są durni, to ich wartości też. To dość odważne uogólnienie, ale tak odbierają ten przekaz młodzi.

Na zajęciach z dyskursów mediów rozmawialiśmy o indywidualizmie i związanym z nim rozpadem pojęcia „my”. Padł przykład społeczeństwa francuskiego, któremu udało się zachować pojęcie zbiorowości. Przynajmniej na razie. Francuzi palą uniwersytety, rzucają się na policję i blokują pół miasta walcząc o swoje prawa. W Polsce słyszymy „słabo coś w tym kraju, chyba trzeba wyjechać”. Według raportu „Perspektywy ekonomiczne młodego pokolenia” aż 48% młodych mieszkańców dużych miast myśli o emigracji zarobkowej. W poszukiwaniu lepszego życia, lepszych płac. Lepszej samorealizacji. Plan produktywności i samorozwoju nie zakłada walki o wolność. W treningach coachów nie znajdziemy przesłanki „bądź najlepszą wersją siebie i pamiętaj o ojczyźnie”. Ojczyzna wymaga poświęceń, pracy, obrony. Nie ma na to miejsca w grafiku, trzeba iść do pracy, później na siłownię, a potem planować swój dalszy rozwój osobisty.

Moja rodzina wróciła do Ukrainy po trzech tygodniach, bo chcieli być u siebie. Chcieli być w domu, razem z tymi, którzy zostali. Z sąsiadami, z przyjaciółmi. Wujek powiedział do mnie: „Tyle krwi się przelało za ten kraj, mam wziąć i wyjechać? Zapomnieć o tym?”. Ja odpowiedziałam nauczycielowi w liceum, że wrócę i tak zrobię. Tak zostałam wychowana. Takie są dominujące nastroje w środowisku młodych Ukraińców i takie były przed 24 lutego. Patriotyzm nie jest obelgą, to duma i honor. Udowodnił to Euromajdan. Poczucie „my”, jak na razie, wygrywa.

Nie śmiem twierdzić, że w razie wojny w Polsce obecne nastroje się nie zmienią. Tego nie wie nikt, i szczerze życzę, żebyśmy się tego nigdy nie dowiedzieli. Jednak straszne jest to, że obecne wydarzenia nie są powodem wzrostu nastrojów patriotycznych. Mam na myśli czysty patriotyzm, utożsamiania się z narodem. Poczucia „my”. Przecież wojna nie jest daleko, za oceanem. Jest tuż obok, jest odpowiedzialna za obecność bardzo dużej ilości uchodźców, którzy są widoczni w społeczeństwie. Jest także odpowiedzialna za spadanie rakiet na terytorium Polski. Ukraińskiej obrony przeciwpowietrznej czy rosyjskich – to nie ważne. Spadają i przez to zginęło już dwóch Polaków.

Zakhar nie zginął za Zełeńskiego czy za partię „Sługa Narodu”. Zakhar nie zginął za coś cudzego. Zginął za swoje, za swoją narzeczoną, rodzinę, przyjaciół. Za mnie. Za to, że mam możliwość w przerwie międzysemestralnej pojechać do Lwowa, do Iwano-Frankiwska, zobaczyć się z bliskimi. Mogę tam pojechać i nie przywita mnie straż graniczna z trójkolorową flagą na ramieniu, lecz z żółto-niebieską, z którą się utożsamiam. Zakhar zginął za swój kraj, za „my”. Bo czasami kwestia wyboru pomiędzy „ja” i „my” to sprawa życia i śmierci. Poświęcenie siebie dla dobra innych. Trudne, ale piękne. Potrzebne, wręcz niezbędne. Bo inaczej, budując swoje niepowtarzalne „ja”, nie zauważymy, że lecą na nas rakiety.

Marta Skórka

Grafika w nagłówku tekstu: Alexandra_Koch z Pixabay

Perspektywy aerokomunizmu

Perspektywy aerokomunizmu

Wszyscy jesteśmy komunistami. Wszyscy mieszkańcy planety Ziemi od zawsze żyją w komunizmie. Ten komunizm dotyczy tylko jednego zasobu, ale jest ogólnoziemski. Wszyscy oddychając korzystamy z tego samego, otaczającego całą kulę ziemską, zbiornika powietrza. Nikt za to nie płaci, każdy korzysta według swoich potrzeb, uznania. Nie ma żadnego ducha komunizmu krążącego nad nami. Komunizm tu jest od zawsze. Wszyscy jesteśmy aerokomunistami.

Oddychamy niezależnie od kryzysów, wojen, sztormów. Oddech jest efektem biologiczno-chemicznych oraz fizycznych procesów, które utrzymują nas przy życiu. Nasze nietrwałe, kruche i wrażliwe istnienia zależą w całości od wymiany tlenu i dwutlenku węgla, jaka odbywa się nieustannie przez nasze tchawice i oskrzela. Warto jednak podkreślić, czym oddychamy.

Wszyscy oddychamy powietrzem, które jest wspólne. Cała ludzkość oddycha tym samym wspólnym powietrzem. Tak samo oddychają nim ludzie w Afryce, Azji i Ameryce. Tym samym wspólnym powietrzem oddychają właściciele, menedżerowie i pracownicy. Tym samym wspólnym powietrzem oddychają neonaziści i postkomuniści. Tym samym wspólnym powietrzem oddycha prawica i lewica. Tym samym wspólnym powietrzem oddychają incele i feministki. Tym samym powietrzem oddychają żołnierze i generałowie. Tak jest od tysiącleci. Tym samym powietrzem oddychały niewolnice i faraonowie, królewny i parobkowie. Tym samym powietrzem oddychali chrześcijanie, buddyści i mahometanie.

Możemy się różnić na tysiące sposobów, pod względem wzrostu, rasy, płci, bogactwa, chorób. W tym jednym jesteśmy równi. Na równi oddychamy od pierwszego do ostatniego dnia życia. Wszyscy jesteśmy powietrznymi komunistami. Żyjemy w jednej wielkiej tlenowej komunie. Tlen przydzielany jest każdemu według potrzeb. Głodujący Etiopczycy mogą oddychać tyle samo, co przekarmieni Amerykanie. Mniej lub bardziej wilgotne, suche, zimne, gorące, czyste czy zanieczyszczone, ożywcze czy zatrute powietrze na całej Ziemi zawiera podobne proporcje życiodajnych cząsteczek tlenu. I azotu.

Kluczowym dla nas składnikiem tego okołoziemskiego zbiornika jest tlen. Po pierwszym globalnym zlodowaceniu w czasach kriogenu doszło do drugiej katastrofy tlenowej w okresie ediakaru 600-500 mln lat temu, gdy stężenie tlenu w powietrzu osiągnęło 10 procent wskutek fotosyntezy przez bakterie i algi, poprzedzając kambryjską eksplozję roślin i zwierząt, która doprowadziła do wzrostu stężenia tlenu do ponad 30 proc. Od tego czasu decydująca większość wielokomórkowych stworzeń na Ziemi jako eukarioty aerobowe korzysta z procesu oddychania tlenowego opartego o zbliżony dla nich wszystkich zestaw enzymów katalizujących reakcje prowadzące do powstania adenozynotrójfosforanu (ATP) jako nośnika energii komórkowej w procesach jego oksydacji. Obecnie na poziomie morza tlen stanowi 21 procent powietrza, jego większość wypełnia w 78 procentach azot, nieco ponad 0,9% to argon, a 0,04% to dwutlenek węgla. Tylko 0,003% takiego powietrza to inne gazy i zanieczyszczenia.

Cieniutka warstwa nadającego się do oddychania tlenowego powietrza to zaledwie kilka kilometrów nad poziomem morza. Połowa okołoziemskiej masy powietrza zawiera się w pierwszych pięciu kilometrach nad powierzchnią planety, czyli w połowie toposfery, najniższej warstwy atmosfery. Skład powietrza zmienia się głównie wraz z odległością od powierzchni ziemi, gdzie im wyżej, tym cięższe gazy, czyli tlen i azot, stają się coraz rzadsze. Najlżejsze, czyli wodór i hel uciekają wręcz w kosmos. Szacuje się, że rocznie 90 ton powietrza ucieka w kosmos. Jest to bardzo mała ilość, dzięki istnieniu wokół kuli ziemskiej pola magnetycznego, które jest wytwarzane przez rdzeń planety wypełniony płynnym żelazem. Jego najgłębsza część już uległa zestaleniu i do czasu, gdy cały zastygnie, pole magnetyczne będzie chroniło Ziemię przed wiatrem słonecznym. Wiatr słoneczny składa się z protonów, elektronów i cząstek alfa, które pędzą z prędkością od 200 do 900 km/s. Jak pokazały badania Marsa, gdzie brak jest silnego pola magnetycznego, cząsteczki wiatru słonecznego tworzą pole elektryczne porywające atomy górnych warstw atmosfery w kosmos. Szacuje się, że Mars stracił wskutek działania Słońca większą część pierwotnej atmosfery. Uniwersalne prawo do oddychania, jak pisał Achille Mbebe, jest w gruncie rzeczy tylko incydentalną możliwością, tymczasową wypadkową okoliczności, których trwanie jest kwestionowalne.

Możliwość korzystania z ograniczonych zasobów tlenu jest tym bardziej problematyczna, że jesteśmy uczestnikami fenomenu nazwanego antropogeniczną katastrofą klimatyczną. Jej efektem bowiem może stać się nie tylko zmiana temperatury oraz klimatu ale także niedobór czy brak wystarczającej do oddychania ilości tlenu w powietrzu. Katastrofa klimatyczna to nie tylko susze, powodzie, huragany i inne spektakularne zjawiska atmosferyczne, ale także możliwa zmiana składu powietrza. Katastrofa klimatyczna uwolni do powietrza ogromne ilości metanu, dwutlenku węgla, siarkowodoru. Zaczną się one wydzielać z obszarów wiecznej zmarzliny, lodowców i oceanów. Organizmy beztlenowe będą rozwijać się na masową skalę i produkować jeszcze więcej tych substancji.

Proces zmian może mieć stopniowy przebieg, rozciągnięty na wiele lat. Być może dziesięcioleci. Może jednak dojść do gwałtownego załamania ekosystemu, co jest coraz bardziej prawdopodobne. Powietrze, jakie znamy – zniknie. Zostanie wypełnione trującymi dla nas gazami. Nie będzie w nim tlenu. Większość organizmów oddychających tlenem zginie. Zginą miliardy zwierząt, ssaków, ptaków, owadów. Wyginie większość produkujących tlen roślin, głównie od siarkowodoru i wskutek wymarcia zapylaczy. Zginą miliony stworzeń. Na ich zwłokach żerować będą beztlenowe bakterie i grzyby produkujące jeszcze więcej metanu, dwutlenku węgla, siarkowodoru. Ci, którzy przetrwają, będą żyli w permanentnym stanie niedotlenienia, chyba że będzie ich stać na zakup tlenu. Wbrew optymistycznym oczekiwaniom końca kapitalizmu, będzie to również życie toczące się pod dyktat kapitalizmu, który jak zwykle nabierze nowych sił z kolejnego kryzysu.

Powietrze to jedyny zasób, jakiego do tej pory kapitalistom nie udało się podzielić, sprywatyzować i skomercjalizować. To trudności techniczne, a nie normatywne ideały w rodzaju „powszechnego prawa do oddychania” Achille Mbembego uchroniły nas dotychczas przed przewidywanym przez Carla Schmitta grodzeniem powietrza. Niedobór zasobów, zgodnie z prawem popytu i podaży, zwiększa akumulację kapitału. Kryzys związany z zatruciem powietrza jest całkowicie zgodny z logiką funkcjonowania systemu kapitalistycznego opartego na nieograniczonej eksploatacji i akumulacji zasobów. Jest jego efektem i jego napędem, stanem pożądanym, utratą równowagi, która nie tylko potwierdza, jak chciał Jacques Derrida, ale wręcz wzmacnia dominację. Zmiana składu powietrza doprowadzi nareszcie do jego prywatyzacji i możliwości spieniężenia. Chociażby sprzedawania w oczyszczonej formie w zasobnikach. Po katastrofie ludzie będą żyć w szczelnych, zamkniętych kapsułach, jak na stacjach kosmicznych czy łodziach podwodnych. Specjalne systemy będą produkować w nich tlen. Korporacje będą zarabiać na ich sprzedaży. Głęboki oddech stanie się luksusem.

Na zewnątrz będzie się wychodziło w maskach tlenowych. Tylko nie będzie już właściwie po co. Ci, których będzie na to stać, wyślą swojego robota. Ci, których nie będzie stać, skorzystają z robotów należących do innych. Dostarczą one żywność produkowaną za pomocą zmodyfikowanych bakterii. Beztlenowych. Przyszłość nie będzie wyglądała jak w filmie Mad Max, lecz jak z podróży na Marsa. Prowadzone obecnie przygotowania do życia na Marsie to właściwie przygotowania do przyszłego życia na Ziemi. Jeżeli temu nie zapobiegniemy, kapitaliści zniszczą Ziemię, jaką znamy, i na tym zarobią. To jest przyszłość, która czeka następne pokolenia.

Opinie, że katastrofa klimatyczna wywoła upadek kapitalizmu, są całkowicie płonne. Kapitalizm osiągnie wtedy swoje apogeum – dzięki prywatyzacji ostatniego nieskomercjalizowanego zasobu: powietrza. Stawką w grze jest nie tylko katastrofa klimatyczna, ale również ostateczne zwycięstwo kapitalizmu. Kapitaliści dobrze o tym wiedzą, dlatego nie zależy im na walce z katastrofą klimatyczną. Aeorokomunizm powinien stanowić punkt odniesienia do wszelkich walk o wspólne zasoby, wodę, żywność, mieszkania, czas.

Walka z katastrofą klimatyczną to przede wszystkim walka z kapitalizmem, z nieograniczonym niczym procesem akumulacji kapitału. To właśnie brak ograniczeń stawianych posiadaczom kapitału jest główną przyczyną zachodzących przemian. Jednym z narzędzi powinno stać się opodatkowanie kapitału. Zamiast pracy. Bowiem współczesne systemy podatkowe opierają się głównie na opodatkowaniu dochodów z pracy, głównie za pośrednictwem tzw. podatków ubezpieczeniowych (zwanych w Polsce składkami, a w nomenklaturze Unii Europejskiej kontrybucjami). Walka z katastrofą klimatyczną to walka o prawa ludzi pracy, o prawo do godnych dochodów z pracy. Jednocześnie powinna być to walka z nadmierną konsumpcją posiadaczy kapitału. Konsumpcją, której istotą jest posiadanie nadmiernej ilości kapitału. Zdywersyfikowany system podatków majątkowych może stać się narzędziem walki z katastrofą klimatyczną.

Stoimy przed klasycznym przykładem tzw. tragedii wspólnego pastwiska (ang. tragedy of commons), tyle że ma ono zasięg globalny. Istniejący obecnie i całkowicie realny ogólnoświatowy aerokomunizm może zostać pokonany przez kapitalizm dzięki katastrofie klimatycznej. Przetrwanie globalnego aerokomunizmu zależy od działań regulujących i ograniczających funkcjonowanie kapitalizmu.

Stefan Paweł Załęski

Grafika w nagłówku tekstu: Amosii z Pixabay.

Twoja złotówka miewa znaczenie

Twoja złotówka miewa znaczenie

W tym, co nazywane bywa wyborami konsumenckimi czy patriotyzmem zakupowym, trzeba znaleźć złoty środek. Między egocentryczną megalomanią spod znaku przekonania, że decyzje zakupowe jednostek zmienią świat, a przekonaniem, że nic od nas nie zależy.

Ostatnio w mediach społecznościowych przypadkiem natrafiłem na kilka podobnych historii. A to w Tarnowskich Górach zamykano ostatni sklepik na jakimś osiedlu. A to w Krakowie zakończyła działalność „odwieczna” księgarnia w jednej z dzielnic. A to tutaj, gdzie mieszkam od niedawna, zlikwidowano sklepik „1001 drobiazgów” funkcjonujący przez dekady, a mające długie staże księgarnia i kino zaczęły mówić o kłopotach finansowych i ryzyku upadku. Wszystkie te wieści odbijały się w internecie szerokim echem. Rozmaite były opinie, przy okazji wylewano przeróżne żale pod adresem władz lokalnych, państwowych, a nawet całego świata. Nierzadko bez ładu i składu, jeśli chodzi o wiedzę o tym, kto za co odpowiada, co może, a czego w świetle prawa nawet nie powinien dotykać. Byli też wujowie i ciotki dobra rada spod znaku pomysłów dotyczących tego, jak prowadzić takie biznesy. Część tych pomysłów była być może zasadna, część zupełnie fantastyczna, jeszcze inne stanowiły syntezę dobrych chęci z brakiem orientacji w realiach prowadzenia działalności gospodarczej w ogóle czy w przypadku dysponowania ograniczonym kapitałem. Taki urok dyskusji internetowych. Dominowały natomiast opinie przeniknięte żalem, nostalgią, współczuciem. Wiele osób opisywało to w kategoriach straty czegoś dla nich ważnego. Tyle lat coś istniało, ale już nie będzie.

Czemu upadają takie biznesiki? Przyczyn jest wiele. Skończyły się czasy półdarmowych pracowników. Można uznać, bynajmniej nie będąc liberałem gospodarczym, że te naprawdę małe biznesy płacą składki i podatki zbyt wysokie jak na ich obroty i skalę działania – choć korwinowskie recepty na ten stan rzeczy są bzdurne. Skończyły się czasy taniej energii. Czynsze za lokale komercyjne są w Polsce nierzadko zatrważające. Zapewne część takich inicjatyw mogłaby działać lepiej, inaczej, w sposób nadążający za zmianami pokoleniowymi, kulturowymi czy technologicznymi. A część tego rodzaju firm odchodzi w przeszłość z przyczyn naturalnych – ktoś zmienia pracę, ktoś idzie na emeryturę, ktoś chce robić coś innego, komuś przydarzyła się choroba itd.

Ale zazwyczaj chodzi o czynnik banalny i oczywisty – za mało klientów, czyli wpływów, czyli zysków. Czasami ma to przyczyny naturalne. Zmienia się struktura demograficzna, zmieniają trendy kulturowe czy mody konsumpcyjne. Czasami zmienia się otoczenie – wystarczy, że w okolicy zamknięto duży zakład, aby w ślad za tym upadły pobliskie kioski, sklepiki czy knajpy, bo nie ma już strumienia klientów, który dawniej istniał. Młodzi konsumują inaczej niż pokolenie ich rodziców. Seniorzy nie korzystają z części usług, które wybierali w sile wieku. Jest mniej dzieci, a więcej emerytów. A także, co stanowi ogromny nowy trend, rzadko analizowany w tym kontekście, mnóstwo ludzi przemieszcza się obecnie samochodami. To oznacza zupełnie inną „mapę” miasta i okolicy w kontekście korzystania z różnych firm, niż było to w czasach, gdy wiele osób robiło zakupy na szlaku pieszym lub na trasie dom, praca, przystanki komunikacji zbiorowej.

Chodzi też jednak o zaniechanie. Gdy znajomi wspominają z nostalgią nieistniejące sklepy, punkty usługowe czy knajpy, albo troszczą się o te, które podupadają, pytam ich, kiedy ostatnio i jak często z nich korzystali. Pytam też w myślach samego siebie. Zwykle okazuje się, że wcale nie było to niedawno oraz że było niezbyt często.

Moda na „wybory konsumenckie” pojawia się i odżywa co jakiś czas. Zwykle w środowiskach, które mówią o takiej czy innej zmianie świata na lepsze. To kupujmy, a tego nie. U tych, a nie u tamtych. Takie i takie warunki muszą być spełnione, żebym coś nabył. Ekologia, wegetarianizm, troska o warunki zatrudnienia przy produkcji, postawy firmy wobec różnych spraw i zjawisk – to wszystko jest wdzięcznym polem do wywołania w nas poczucia sprawstwa.

Ma to sensowne podłoże – wypełniamy rozmaite role społeczne, różniąc się przy tym. Jeden jest pracownikiem, więc może wstąpić do związku zawodowego, ale inny studiuje, jest emerytem lub ma jednoosobową działalność gospodarczą, więc płaszczyzna związkowa ich nie dotyczy. A konsumentem jest każdy. Jeden ma portfel grubszy, inny chudszy, ale każdy coś kupuje. Każdy może zatem „głosować” portfelem. W dodatku żyjemy w konsumeryzmie – wybory zakupowe są częścią naszej tożsamości. To kupuję, tamto bojkotuję, tych popieram, ta marka pozycjonuje się na takich jak ja, a tamta na innych niż ja, ta firma deklaruje wartości mi bliskie, a inna – odległe od mojego światopoglądu.

Poza tym żyjemy w świecie, gdzie tożsamość konsumenta jest często jedyną na serio nam dostępną. Skruszył się lub został wyszydzony etos zawodowy, szczególnie grup mniej szanowanych. Z konkretnymi miejscami coraz trudniej się utożsamić w czasach mobilności. Rzadko należymy do organizacji społecznych, jeszcze rzadziej angażujemy się w ich zaawansowane działania. W polityce mamy poczucie, że nasz głos ma niewielkie znaczenie. Wobec wielkich trendów świata czujemy się jak mróweczka przy słoniu. Często mamy poczucie bezradności, alienacji, braku sprawstwa. To, jak wydajemy własne pieniądze, jest często ostatnim bastionem poczucia sprawczości. Kupuję, więc jestem. Kupuję, więc o czymś decyduję.

Stąd popularność wiary w siłę sprawczą wyborów konsumenckich. Lubimy mieć poczucie decyzyjności. Tego, że coś od nas zależy. Tyle że często jest to pułapka, w którą złapane zostało nasze ego. W kwestii megatrendów nie zależy od nas prawie nic. My mamy trochę złotówek, a wielkie biznesy, korporacje, kreatorzy mód i produktów – mają ich grube miliony. Spora część produkcji, konsumpcji, reklamy itp. ma dziś charakter globalny, a żyjemy w świecie 8 miliardów ludzi. Nasz jednostkowy wysiłek, nasza decyzja czy postawa są wobec tego statystycznie nieistotne. Nawet jeśli będzie nas 100 tysięcy, co wymaga wielkiego wysiłku organizacyjnego, wciąż będziemy małą grupką wobec globalnych wyzwań czy skali operowania światowych potentatów. Dotyczy to nie tylko pozytywnych wyborów konsumenckich, ale także ich krytycznej wersji – bojkotów jakichś firm, produktów, składników itp.

Jako jednostka często nie znaczymy zupełnie nic. Dlatego wybory konsumenckie są albo zupełnie nieistotne, albo sprawcze w stopniu niewielkim i w bardzo długiej perspektywie, albo działają dopiero wtedy, gdy współgra z nimi trend biznesowy, polityczny itp. Pamiętam takich prób wiele. Kupowania tego czy bojkotowania tamtego. Takiej czy innej wielkiej firmy. Drobiazgowego czytania etykietek. Sprowadzania czegoś z daleka za cenę sporych wysiłków. Na krótką metę daje to satysfakcję. Na dłuższą – traci się ogrom energii. Im większa skala wyzwania, tym łatwiej i szybciej wymiękamy. Albo zapamiętujemy się w sekciarskim odlocie i z pogardą patrzymy na współpracowników rejterujących z pola walki lub na „bierne społeczeństwo”, które nawet jej nie podjęło. Doskonały przepis na frustrację i zgorzknienie.

Co gorsza, ułuda zmian oddolnych i związanych z wyborami konsumenckimi jest wygodna dla wielkich i wpływowych. Władze polityczne umywają ręce od zmian ustawowych oraz od przeciwstawienia się potęgom biznesowym i ich lobbystom. Świetnie to widać w ekologii. Zamiast zmiany ustawowej, np. wprowadzenia opakowań wielorazowych i zwrotnych tam, gdzie to tylko możliwe, co zmniejszyłoby marnotrawstwo surowców, energii i skalę wytwarzania odpadów o ogromne wskaźniki, całość spycha się na nas. W cenie produktu płacisz za jednorazowe zaawansowane opakowanie, później w swoim czasie prywatnym segregujesz śmieci, w rachunkach płacisz za koszty rosnącej skali ich utylizacji i przetwarzania, a to wszystko nie rozwiązuje żadnego problemu. Jedna ustawa nakazująca biznesowi np. sprzedaż większości napojów w zwrotnych opakowaniach szklanych lub znaczne ograniczenie zaawansowania opakowań, miałaby dla ochrony środowiska o wiele, wiele większe znaczenie i pozytywny skutek niż nasze nieustanne krzątanie się przy segregacji śmieci. Których rosnącą stertę trzeba później wywieźć, przetwarzać, robić z nich nowe opakowania kosztem kolejnego dużego zużycia energii i sporych emisji, a te bezużyteczne utylizować kosztem kolejnych terenów, wydatków, zanieczyszczeń itp. Ale to oznaczałoby kłopoty i wydatki po stronie biznesu. Czyli jego mniejszy zyski. Dzisiaj ekologiczne skutki i koszty są zepchnięte na ciebie, twój portfel i twoją darmową pracę. I na środowisko naturalne. A skoro tak dużo się krzątasz przy „osobistej odpowiedzialności” za „stan planety”, to zapewne zabraknie ci czasu i sił, aby wraz z innymi dopominać się od władz publicznych narzucenia biznesowi innych reguł i obciążenia kosztami właśnie jego – nie konsumentów.

„Wybory konsumenckie” to strategia chybiona wobec zjawisk o wielkiej skali. Prowadząca raczej do frustracji niż poczucia sprawczości. Czy to oznacza, że zupełnie nie ma ona sensu? Wręcz przeciwnie – ma. Tyle że w mikroskali. Zmiany na lepsze w przypadku zjawisk o dużym zasięgu trzeba robić odgórnie. Ustawami, przepisami, instytucjami, normami itp. Zmiany na lepsze w przypadku zjawisk o niewielkiej skali można natomiast robić własnym portfelem. Nie tylko nim – ale także nim. To tutaj twoje pieniądze rzeczywiście mogą mieć znaczenie. A ty możesz zyskać uzasadnione i wymierne poczucie sprawczości.

Możesz na przykład ocalić sklepik, stragan, kiosk, knajpę, „odwieczny” punkt usługowy. Sprawić, że w lokalnej społeczności zostanie więcej pieniędzy. Czyli będzie ona zamożniejsza. Ty dasz zarobić komuś, a ten ktoś wyda to lokalnie u kogoś jeszcze innego, więc ten jeszcze ktoś również zarobi. Zapłacą podatki lokalnie, a nie w stołecznej centrali wielkiej firmy, zatem będzie więcej w budżecie na zieleń, chodniki, dom kultury, noclegownię dla bezdomnych czy zajęcia dla zdolnych dzieci. Przetrwa tkanka społeczna i gospodarcza, a twoje miasto czy dzielnica nie będą jak wymarłe. Na twoich zakupach czy zleceniach zarobi zwykły człowiek, taki jak ty, może twój sąsiad – a nie milioner czy miliarder, który nawet nie wie, gdzie na mapie znajduje się miejsce, w którym do jednego z tysięcy jego sklepów czy innych usług zanosisz część pensji. I tak dalej.

Sprawa komplikuje się przy patriotyzmie gospodarczym. Zasadniczo warto nabywać polskie produkty – czy to firm z polskim kapitałem, czy przynajmniej powstające w Polsce. To są miejsca pracy, podatki i inne korzyści dla kraju. Bzdurne są stwierdzenia, że kapitał nie ma narodowości. Owszem, ma, co widać w momentach jego odpływu do krajów macierzystych w sytuacjach kryzysowych czy pod wpływem rozmaitych przetasowań politycznych. Problematyczne jest to, że nie zawsze firma „czysto polska” zachowuje się dobrze czy lepiej wobec pracowników, społeczności lokalnych czy innych aktorów życia publicznego. Bywa z tym wręcz gorzej. Zdarza się nawet transferowanie środków polskich dużych graczy do rajów podatkowych albo inne formy unikania opodatkowania. Ale co do zasady lepiej, aby nasze pieniądze zostawały w naszym kraju.

To, co nie działa w makroskali, może natomiast sporo zdziałać na skalę niewielką. W przypadku małego sklepu już kilkudziesięciu dodatkowych klientów może zdecydować o przetrwaniu. To samo z punktami usługowymi, lokalami gastronomicznymi, stoiskiem na targu/bazarze itp. W małej skali decydują małe kwoty. To one mogą być albo nie być takiego biznesiku. Nie tylko pod względem finansowym, choć ten jest kluczowy. Ważne jest także poczucie sensu i przydatności u osób prowadzących niewielkie inicjatywy.

Nie wymaga to wielkiej filozofii, zaawansowanych wysiłków czy skomplikowanych strategii. Wystarczy odrobina uważności i pamięci. Niewielkie poświęcenie dotyczące tego, żeby o czymś pamiętać lub zrezygnować z wygody na rzecz czegoś tylko odrobinę trudniejszego. Czasami wystarczy przejść dodatkowe sto czy dwieście metrów, nie wejść odruchowo do sieciówki, lecz do pobliskiego innego podmiotu, uznać, że tym razem możemy ze znajomymi spotkać się nie w lokalu modnym czy popularnym, lecz tym nieco zapomnianym czy położonym kawałek od głównych szlaków imprezowych.

Oczywiście nie zawsze się da. Jedną ze słabości „wyborów konsumenckich” jest, paradoksalnie, ich ortodoksyjne traktowanie. Jesteśmy tylko ludźmi, ze słabościami i pokusami. Jeśli będziemy zamęczali samych siebie nieustannym myśleniem o „czystości” postaw czy obwinianiem się o „odstępstwo” od nich, to mamy szanse zrazić się do takich postaw w ogóle.

Innym problemem jest łatwe uznanie, że to się nam nie opłaca. Tak, część niewielkich inicjatyw miewa wyższe ceny. Bo działają w niewielkiej skali. Bo nie stoi za nimi fundusz inwestycyjny czy zamożny właściciel, którzy mogą okresowo bazować na niskich zyskach, aby zdobyć udział w rynku. Bo nie zamawiają towarów na wielką skalę, więc nie otrzymują takich rabatów od ceny jednostkowej, jakie mają gigantyczni gracze branżowi. Oczywiście niemal wszyscy musimy pilnować portfela, bo niemal wszyscy jesteśmy niezamożni. Ale różnice cenowe w przypadku części produktów bywają niewielkie. Nie zawsze jest taniej w internecie niż stacjonarnie, gdy uwzględnisz koszty przesyłki. Można po określone towary wybierać się do podmiotów sieciowych, jeśli różnica w cenie jest wysoka, ale do niewielkich sklepów iść po pozostałe, które nie są znacząco droższe. A bywają tańsze, bo i tak się zdarza – czasami „codziennie niższe ceny” to tylko mit wtłoczony nam do głów nachalną reklamą, już dawno nieweryfikowany w praktyce odnośnie do konkretnych produktów. W dodatku duzi gracze liczą na to, że przyjdziesz skuszony promocjami wybranych towarów, ale kupisz kilka nieplanowanych. I w efekcie wydasz więcej niż zamierzałeś.

Zdarzają się sensowne argumenty wskazujące na to, że niekoniecznie małe jest piękne. Wiemy, że prawa pracowników niewielkich podmiotów bywały łamane czy nieegzekwowane częściej niż w wielkich podmiotach, gdzie np. powstały związki zawodowe. Różnie z tym bywa. Lepsze traktowanie pracowników wymusił na sieciach handlowych niedobór rąk do pracy, związany z demografią, malejącym bezrobociem i niechęcią do podejmowania zatrudnienia w takich miejscach. Dopóki mogli, dopóty bez umiaru eksploatowali zatrudnionych. Czasy, gdy kasjerki siedziały w pampersach, nie mogąc przerywać pracy nawet wizytą w toalecie, już na szczęście minęły. Wciąż aktualne są natomiast takie sytuacje jak ta, gdy sieć supermarketów Kaufland systemowo dyskryminuje pracownice m.in. z powodu ich rodzicielstwa, a z pracy wyrzuciła działaczkę związkową, która nagłośniła sprawę.

Podobnie jest z innymi sprawami. Sieciowe biznesy mają do perfekcji opanowane na przykład PR-owe opowieści o trosce o środowisko, a nawet wdrażają w tej dziedzinie rozwiązania zbyt kosztowne dla niewielkich biznesów. Ale co z tego, skoro sam model ich działania jest skrajnie nieekologiczny. Jeśli podstawowe produkty przejeżdżają pół Polski lub całą tylko dlatego, że koncernowi wygodniej zawrzeć jeden kontrakt z wielkim producentem zamiast dziesięciu z mniejszymi regionalnymi, to skutkuje to sporym śladem ekologicznym i węglowym. Bo te produkty trzeba przewieźć TIR-ami, czyli zużyć ropę, oraz magazynować, czyli zużywać energię itp.

Gdy wydajesz pieniądze u małych lokalnych producentów, to zostają one w lokalnej społeczności. Wraz z wszystkimi korzyściami z takiego stanu rzeczy, o których już pisałem. Ale nie tylko o to chodzi. Zapaść jednych drobnych podmiotów oznacza często zapaść kolejnych. Widać to świetnie w handlu. Wielkie sieci zamawiają u wielkich producentów. Mniejsi nie mają szans wejść na ich półki. Zostają im tylko niewielkie sklepy, których coraz mniej. Gdy wielkie sieci wykańczają małe sklepy, mniejsi producenci tracą kanały zbytu. Czyli podstawy swego istnienia.

A co zostaje nam, konsumentom? Coraz bardziej ujednolicona oferta, powstająca w gigantycznych fabrykach, dostępna w całym kraju – i w całym kraju jednakowa. Oczywiście nie każdemu to przeszkadza. Ale innym tak. Paradoks stanowi fakt, że miał być wolny wybór, miała być różnorodność, miała być szeroka oferta. W praktyce z roku na rok więcej udziałów w rynku ma niewielka liczba dużych graczy i ich megamasowych produktów.

A my zostajemy z zamkniętym sklepem, zlikwidowanym kioskiem czy budką z warzywami, wymarłym targowiskiem, opustoszałą knajpą, zanikiem drobnych punktów usługowych. Z ubytkiem lokalnych podatków, czyli brakiem środków na wiele ważnych wydatków. Na miejskiej pustyni, w której poruszamy się między lokalami kilku wielkich sieci. Poza nimi coraz mniej jest czegokolwiek innego. I zostajemy z żalami oraz nostalgicznymi wspomnieniami wylewanymi w internecie: tu było, tu stało, tam chodziliśmy, tamto pamiętam, to było fajne, tego mi brakuje, za tym tęsknię, tamtego szkoda.

Nasze portfele i decyzje zakupowe nie zmienią świata. Mogą choć trochę zmienić naszą społeczność i najbliższą okolicę. Każda złotówka może mieć znaczenie. Właśnie w mikroskali.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska