przez redakcja | środa 3 kwietnia 2024 | opinie
***
Pozorna reprezentacja studentek i studentów na polskich uczelniach
Żądamy, by przedstawiono projekt zmiany ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce ze szczególnym naciskiem na art. 106. [Akcje protestacyjne i strajki w uczelni] umożliwiający studentom i studentkom zrzeszonym w związkach zawodowych podjęcie strajku w razie naruszenia interesów lub praw studentów i studentek. Żądamy konsultacji tego projektu ze wspierającym działania okupujących Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym „Inicjatywa Pracownicza” [1].
Obecnie studentki i studenci zrzeszeni w związkach zawodowych tworzą byt, do którego nikt nie chce się przyznać. Władze uniwersytetów mówią „Chcemy rozmawiać ze studentami, a nie widzimy ich tu – jest jedynie jakiś związek”. Związki – zgodnie z obowiązującą ustawą – głoszą, że reprezentują jedynie pracowników i pracownice. Jednak dane mówią jasno, że ponad 60% studentek i studentów w Polsce pracuje [2]. Wchodzący na rynek pracy, zatrudniani są najczęściej w branżach, w których dominują prekarne formy zatrudnienia, takich jak usługi, gastronomia czy handel. Przeważającą formą umowy „oferowaną” studiującym jest umowa cywilnoprawna, którą – na szczęście, coraz mniej skutecznie – sprzedaje się jako świetną opcję dla każdego ze statusem studenta. Mimo że prawo w teorii umożliwia osobom zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych zrzeszanie się w związkach zawodowych, to w praktyce charakterystyka śmieciowego zatrudnienia stanowi realną przeszkodę w działalności związkowej. Na taką sytuację składają się m.in. wysoka rotacja i tymczasowość zatrudnienia. Coraz mniej młodych pracuje w „tradycyjnych”, dużych zakładach pracy – rozdrobnienie zakładów, rozbicie ich na tysiące mniejszych firm-podwykonawców, zatrudniających po parę osób oraz rosnąca popularność samozatrudnienia również grają w tym istotną rolę. Pracując podczas studiowania, nie wiążą przyszłości z konkretnym zakładem pracy. Jak mówią wyniki badania przeprowadzanego na Uniwersytecie Warszawskim „Ile kosztują Cię studia?” [3], niemal połowa studiujących (49%) pracuje w sektorach i branżach niezwiązanych ze swoim kierunkiem kształcenia. 13% badanych nie potrafiło jasno określić, czy ich praca jest powiązana z docelowym obszarem zatrudnienia. Wobec tego, mimo pozostawania w faktycznych stosunkach pracy, studentki i studenci nie są w świetle prawa grupą zdolną do zrzeszenia się w związkach zawodowych.
Z kolei z perspektywy władz uniwersyteckich często wskazuje się na fakt, że przede wszystkim studiujemy, nieraz przeciwstawiając studia i pracę. Akademia skutecznie wypiera obecne trudne położenie tworzących ją studiujących, powtarzając frazes: „albo pracujesz, albo studiujesz”. W ten sposób, wokół faktycznie nieuprzywilejowanej już grupy studentów i studentek pozbawionych wsparcia materialnego i zmuszonych do pracy zarobkowej w trakcie studiów, gęstnieje atmosfera niechęci. Ich pozycja w negocjacjach swoich grupowych interesów z uczelnią jest wyraźnie osłabiona. Ledwie znajdują czas by studiować, nie są w stanie angażować się w działalność polityczną w dwóch strukturach jednocześnie. Dbając o swoją sytuację bytową, podstawę studiowania, wybierają aktywność w związkach zawodowych, jeśli w ogóle znajdują czas na tego rodzaju działanie. Ta sytuacja jest czymś stosunkowo nowym. Poprzednie pokolenia z większą łatwością korzystały z infrastruktury socjalnej i zabezpieczeń społecznych gwarantowanych przez państwo. Natomiast w obliczu dzisiejszych kosztów życia, głównie stale rosnących cen najmu w miastach uniwersyteckich, studiowanie przyjmuje odmienną formę, szczególnie dla młodych z rodzin pracujących. Nie spotykają się oni ze zrozumieniem ze strony uczelni – w imię równości traktowani są w sposób identyczny jak lepiej usytuowani koledzy i koleżanki. Problemy podnoszone przez pracujących studiujących mają konkretne uzasadnienie w materialnej rzeczywistości, jednak organy władzy odwracają od nich wzrok.
Na kanwie tych doświadczeń podczas okupacji wykuł się nasz postulat umożliwienia studentom i studentkom zrzeszonym w związkach zawodowych podjęcie strajku w razie naruszenia interesów lub praw studenckich. Żądanie to ma na celu nie tylko umożliwić legalną akcję strajkową (pojmowaną jako przerwanie wykonywania obowiązków studenckich; nie mylić z protestem), a również legitymizować fakt, że studentki i studenci z uwagi na podejmowanie pracy zrzeszają się w związkach zawodowych. Nie jest to abstrakcją – dzieje się to już teraz, niezależnie od ujęcia studentów-związkowców w oficjalnych ramach prawnych. Związki zrzeszające studentki i studentów powinny być traktowane jako spójny element środowiska akademickiego, któremu należą się klasyczne uprawnienia typowe dla organizacji związkowych, takie jak: lokale, urządzenia techniczne, godziny związkowe czy konsultacje zmian przepisów z decydentami.
Oprócz samego faktu podejmowania pracy, jednym z decydujących o powstaniu takiego żądania czynników jest alarmujący brak reprezentacji studentek i studentów w życiu uniwersyteckim. Obecnie jedynymi ciałami mającymi za zadanie reprezentować społeczność studencką są:
– samorządy studenckie;
– Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej.
Powyższe ugrupowania odgrywają rolę zbywania uzasadnionych uwag studentek i studentów. Władze uczelni z zadowoleniem wskazują na istnienie grup, których sztandarową funkcją jest bycie głosem studiujących. W rzeczywistości same samorządy niejednokrotnie występują przeciwko interesowi społeczności studenckiej – zazwyczaj w kuluarach. Czasami ma to jednak miejsce również publicznie. Dobrym przykładem jest przedrukowane w naszej książce stanowisko Samorządu Studentów UAM, w którym ciało to wprost oświadcza:
Jako Samorząd pozostajemy do dyspozycji. Zarazem nie możemy poprzeć postulatu utrzymania „Jowity” i nie możemy godzić się na taki charakter akcji protestacyjnych. [4]
Nie zaskakuje nas to. Samorządy są w swoich założeniach i w praktyce narzędziem pacyfikacji jakiegokolwiek sprzeciwu studentów i studentek. Są przy tym o wiele bardziej efektywne niż znane starszym pokoleniom ZOMO. Na pierwszy rzut oka samorząd studencki (składający się z różnie nazywanych jednostek wydziałowych i organu centralnego) ma potencjał, by zaważyć na losach uniwersytetu. Ustawa narzuca proporcję studentów i studentek wraz z doktorantkami i doktorantami w najwyższym organie uczelni, senacie, jako łącznie minimum 20% składu. Wybiera ich samorząd, zgodnie z własną ordynacją. Jednocześnie ustawa [5] daje samorządowi wręcz absurdalną prerogatywę: Samorząd studencki jest wyłącznym reprezentantem ogółu studentów uczelni (Art. 110). Tak prezentuje się potencjał tej instytucji do napędzania zmian. Dopełnia ją Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej, czyli instytucja znana z estetycznej oprawy graficznej w mediach społecznościowych i współpracy z siecią Starbucks. Czemu więc przez ponad 30 lat samorządy studenckie i Parlament nie zapisały się na kartach historii niczym istotnym? Jak to możliwe, że przez te wszystkie lata nie wykorzystały one swojego prawa do zorganizowania strajku?
Pytanie należy postawić inaczej: dlaczego te instytucje tak wiernie służą władzom uczelni, władzom państwowym oraz tak chętnie wysługują się prywatnym korporacjom? Odpowiedź jest prosta: pieniądze i prestiż. Samorząd jest przestrzenią do networkingu i zdobywania zaszczytów oraz doświadczeń, w którą czas angażować się mają jedynie uprzywilejowani. Normą jest, że wszyscy reprezentanci studentów w senacie są jednogłośni w związku z politycznymi sojuszami. Co więcej, będą oni chwytać się brzytwy, byle utrzymać swoją pozycję i nie dopuścić do niej kogoś o przeciwnych interesach. Trudno oczekiwać, że ciała finansowane przez władze uczelni będą skore do przeciwstawiania się ich decyzjom. To nie przypadek, że frekwencja w uczelnianych wyborach samorządowych rzadko przekracza kilka procent [6]. Absolutnym szczytem absurdu jest wspomniany wcześniej PSRP, o którym rzadko który student w ogóle słyszał, mimo że organizacja dostaje coroczne milionowe dotacje z ministerstwa, za które starcza nawet na całkiem hojne wynagrodzenie dla jego liderów. Oczywiście, tak jak do wszelkich rzeczywiście decyzyjnych ciał, wybory bynajmniej nie są powszechne. Członków PSRP deleguje każdy samorząd centralny, senatorów i członków kolegium elektorów wybiera parlament (najchętniej po cichu, o trzeciej nad ranem). Geniusz idei samorządu leży jednak w jego zdolności do legitymizacji wszelkich, nawet jawnie antyspołecznych, decyzji władz. Zamknięto wam akademik? Przecież wasi reprezentanci się na to zgodzili, przyznali, że remont się nie opłaca. Jeśli się nie zgadzacie, po prostu wystartujcie w wyborach – wtedy będziecie mogli się wypowiedzieć! Zresztą, jak możecie podważać dobrą wolę waszych reprezentantów? Przecież zorganizowali dla was juwenalia.
Problem z narracją
Fakt, że do Inicjatywy Pracowniczej wstępują studentki i studenci w celu walki o lepsze warunki bytowe, jest bezprecedensowy. OZZ IP dopuszczała członkostwo osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych jeszcze przed narzuconą przez Trybunał Konstytucyjny zmianą ustawy z 2019 roku, wskazując na niuans, którego centrale związkowe i ustawodawca nie dostrzegali [7]. Dotychczas jednak osoby uczące się na uniwersytetach nie szukały odpowiedzi na swoje problemy w związkach zawodowych. Nieliczni szli do wcześniej wspomnianych organów, a znacząca większość po prostu starała się przebrnąć przez proces edukacji wyższej, zdobyć dyplom i wtedy zacząć prawdziwe, dorosłe życie. Obecnie obserwujemy załamanie się pewnego kontraktu, według którego studiujący wylewali swoje żale w zamkniętych gronach znajomych lub w sekcjach internetowych komentarzy, nie zakłócając regularnego rytmu życia uniwersyteckiego.
Koła Młodych OZZ IP od początku zrzeszały również studiujących. Na początku były to rozproszone osoby z różnych uczelni, które współdziałały z uczącymi się w szkołach ponadpodstawowych oraz pracującymi, lecz nie pobierającymi nauki. Z czasem grono studiujących urosło na tyle, że umożliwiło to rozpoczęcie kampanii nakierowanej na problemy studenckie. Zainteresowanie problematyką przybiera na sile, a przeciętna studiująca nie jest w stanie wymienić składu samorządowego. Nie bierze się to znikąd – samorządy studenckie są dla studiujących tym, czym nazwiska przewijające się na Pudelku dla przeciętnego obywatela. W obliczu kryzysu mieszkaniowego, młodzi nie zwracają się ku oficjalnym, zbiurokratyzowanym ciałom, a w stronę samoorganizacji.
Wyzwanie, jakie przed nami stoi, to też przełamanie stereotypów o związkach zawodowych. Powszechnie kojarzone są ze starszymi ludźmi (najczęściej z mężczyznami, mimo że odsetek zrzeszonych kobiet jest większy niż mężczyzn) [8], pracą w ogromnej fabryce, a nieraz również reliktem przeszłości, który swoje już wywalczył. Sam minister Dariusz Wieczorek zdawał się nie do końca rozumieć, o co chodzi okupującym, gdy usłyszał ich postulat związany ze strajkiem studenckim. Podobnie jak władze uczelni, śpiesznie deklarował konsultacje z samorządami studenckimi – ponownie wykluczając samych stawiających opór – oraz… centralami związkowymi. Polski ruch związkowy niejednokrotnie utożsamiany jest z trzema gigantami (NSZZ Solidarność, OPZZ, FZZ), co zniekształca tym samym narrację na korzyść owych centrali. Mniejsze, niezależne związki zawodowe, nie istnieją w świadomości zarówno polityków, jak i mediów. Działa to na niekorzyść jednostek zakładowych w konkretnych miejscach pracy, jak i studentek i studentów, którzy obecnie reprezentowani są tylko przez związek zawodowy nienależący do żadnej z central.
To związkowcy? Czy studenci?
Bolączką – nie tylko narracyjną – było tłumaczenie zainteresowanym, w tym mającym dobre chęci, że student nie stoi w opozycji do związkowca. Reprodukowano dobrze nam znaną, fałszywą dychotomię pracowania-studiowania, w której będąc członkinią związku zawodowego, nie byłaś pełnoprawną studentką. Miało to na celu nie tylko izolowanie protestujących od procesów decyzyjnych, ale również nastawienie reszty społeczności studenckiej przeciwko okupacji. „To nie są wasi ludzie, tylko jacyś związkowcy, zadymiarze, podmioty zewnętrzne”. Absurdem jest niedopuszczanie studentek i studentów do debaty o stanie polskich uczelni, argumentując to ich członkostwem w organizacji związkowej.
Za przełomowe można uznać włączenie związku w prace zespołu rektorskiego ds. badania potrzeb materialnych studentek i studentów na Uniwersytecie Warszawskim. O badanie wnioskowano przy okazji akcji protestacyjnej zorganizowanej przez studiujących zrzeszonych w Warszawskim Kole Młodych IP [9]. W styczniu 2024 r. zwołano pierwsze zebranie zespołu, na którym uczelnia stwierdziła jasno: do konsultacji i współtworzenia badania zaprasza ze strony studenckiej – oprócz samorządu – OZZ Inicjatywa Pracownicza.
Prawo musi dogonić rzeczywistość, która jest jasna: studentki i studenci zrzeszają się w związku zawodowym, działając na korzyść całej społeczności studenckiej i uniwersyteckiej.
Gabriela Wilczyńska
Tekst pochodzi z książki „Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego”, wydanej przez Wydawnictwo Heterodox we współpracy z OZZ Inicjatywa Pracownicza. Całość książki jest bezpłatnie dostępna tutaj: https://ozzip.pl/publikacje/ksiazki-i-broszury/item/3023-jowita-zostaje-historia-10-dni
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jarosław Jan Hemmerling
Przypisy:
1. List otwarty do Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oficjalna strona internetowa OZZ Inicjatywa Pracownicza, www.ozzip.pl/dokumenty/item/3001-list-otwarty-minister-nauki-sim-ip [dostęp 16.01.2024].
2. Raport Portfel Studenta 2023, Warszawski Instytut Bankowości, 2023.
3. O. Łukaszewska, A. Ochwat i in. Ile kosztują Cię studia?, Uniwersytet Warszawski, rok akademicki 2022/23, s. 12.
4. Fragment oświadczenia Samorządu Studentów UAM z dnia 13.12.2024r. www.amu.edu.pl/wiadomosci/aktualnosci/ogolnouniwersyteckie/oswiadczenie-parlamentu-samorzadu-studentow [dostęp: 17.01.2024].
5. Ustawa z dnia 20 lipca 2018 r. o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz.U. 2018 poz. 1668 ze zm.).
6. Post na Facebooku Samorządu Studentów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, w którym wymieniona jest frekwencja na poszczególnych wydziałach; kilka przykładów: Wydział Studiów Edukacyjnych: 4,81%, Wydział Anglistyki: 8,04%, Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej: 9,55%. Źródło: https://t.ly/OZ-81 [dostęp: 6.02.2024].
7. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2 czerwca 2015 r. (K 1/13) uznał ograniczające przepisy o związkach zawodowych za niekonstytucyjne.
8. Związki zawodowe w Polsce, CBOS, 2021 r., s. 2.
9. List otwarty Studia nie tylko dla bogatych, oficjalna strona internetowa OZZ Inicjatywa Pracownicza, www.ozzip.pl/dokumenty/item/2986-list-otwarty-studia-nie-tylko-dla-bogatych [dostęp: 17.01.2024].
przez Eliza Moraczewska | środa 27 marca 2024 | opinie
***
Jak byłam na zastępstwie
Poszłam do pani Izoldy myć okna. Zwykle chodzi do niej Kasia, ale zbiegły jej się dwa zlecenia, więc wysłała mnie.
Myję te okna i się staram, żeby było na glanc, bo wiem, że pani Izolda to stała klientka, z którą nie ma żadnych problemów. Zresztą, myję zawsze jak własne i zwykle wszyscy są zadowoleni.
Mimochodem ścieram kurz z parapetów, u siebie też tak robię, że jak robię, to jednocześnie wszystko dookoła. Widzę, że to widzi, widzę, że jest zadowolona. Dobrze, Kasia będzie zadowolona – myślę. Poprawiam firanki i zasłony, zjeżdżam rolety lekko w dół, tak jak były, kiedy przyszłam. Widzi. Jest zadowolona.
A mogłaby mi pani jeszcze wyszorować luksfery w łazience? – mówi, kiedy już kończę. Rany, za godzinę mam innego klienta w innej części miasta, nie zdążę, jestem zmęczona, palić mi się chce – myślę. Dobrze, dziesięć złotych ekstra – mówię. Jak mi to zajmie więcej czasu, będę musiała wziąć taksówkę, to jakieś dwadzieścia złotych, czyli dziesięć w plecy – myślę, liczę. No, chwila moment, to żadne wielkie mecyje, mam świeżo umalowane paznokcie, co to dla niej, skoro już tu jest – myśli, kalkuluje. Dziesięć złotych? – pyta. To moja praca – mówię. Teraz będzie się targować, wymyślać, nie zdążę, dobra, niech będzie za friko, w końcu to klientka Kasi, niech ona się następnym razem użera – myślę. Zgoda – mówi, kiedy myślę.
Byłyśmy w pokoju, teraz idziemy do łazienki. Cały czas mi patrzyła na ręce, ale jestem przyzwyczajona, niektóre tak robią, zresztą myję, jak swoje i przeważnie wszystko jest okej. Teraz będzie patrzeć mi na ręce w łazience – myślę. Tylko muszę się już pospieszyć – mówię. Kiwa głową.
Dziesięć minut, potem muszę już wyjść – myślę. Dość dużo bierzecie, ale warto – mówi. Kiwam głową. Wzruszam ramionami. Dużo? – myślę. Co ona zrobi z tymi pieniędzmi, dostanie stówę, od kolejnej osoby też stówę, dwie stówy dziennie razy trzydzieści dni, czyli co, sześć tysięcy miesięcznie? – myśli, liczy. Co pani zrobi z tymi pieniędzmi? – uśmiecha się, odwraca, pyta. O rany – myślę. No, mamy dość duże koszty własne, dojazdy, płyny trzeba kupić, jakieś kremy do rąk – mówię. A jakiego pani używa? – pyta, odwraca się do lustra, uśmiecha. If roszera – mówię. Jako jedyny od razu się wchłania – myślę. O, to dobry krem – mówi. O, to drogi krem – myśli. I co, będzie mnie teraz społecznie wychowywać, że jak jej myję okna, to mam sobie kupować tańszy?; moje książki może czyta swojemu dzieciakowi na dobranoc, o czym pewnie nawet nie wie, bo i skąd, ale jak już jej myję okna, to gorsza jestem?; jakbym chciała, to bym całą tę stówę wydała na jakiś krem, ona pewnie tyle wydaje na swój, a nie pracuje, może by się najpierw z tej swojej sprawiedliwości społecznej douczyła? – myślę. Tak, nie jest taki drogi, a dobry – mówię. Niedrogi, jaki niedrogi, pewnie ze trzydzieści złotych kosztuje – myśli. Tylko dwanaście złotych – mówię.
Kończę. Za okna normalnie, dziewięćdziesiąt? – pyta. Potakuję. Jakby nie wiedziała – myślę. Daje mi oddzielnie za okna i oddzielnie tę dychę. Uśmiecha się. Krzywię się. Ale jest zadowolona. Niech pani powie Kasi, że jakby następnym razem coś jej wypadło, to może panią przysłać – mówi. Jest zadowolona.
Udaje mi się dojechać na czas.
Wieczorem opowiadam Kasi. I co, chciała, żebyś zrobiła coś ekstra? – pyta, uśmiecha się krzywo. Wiedziała i mi nie powiedziała, bez komentarza – myślę. Luksfery, dycha ekstra, normalnie – mówię. I tak by wyszło, bo to jej klientka i nie mogłabym sobie zatrzymać – myślę, oddaję Kasi procent od całości, czyli stówy i jeszcze od trzech dych z tego drugiego mieszkania.
Wracam do domu i kusi mnie, żeby wydać wszystkie pieniądze na taki krem za stówę, nawet nie wiem, jaki by to miał być. Stoję przed elegancką drogerią, ale przypomina mi się, że nie mam już tej stówy, bo oddałam procent Kasi, a przecież krem poniżej stówy nie wchodzi w grę. Robię więc normalne, spożywcze zakupy i nawet fajek nie kupuję, bo nagle przychodzi mi do głowy, że tylko od nich kaszlę.
Jak u nas robili, jak był międzyczas i jak się skończył
Skosili trawnik, zanim wybetonowali. A potem wybetonowali. Ale najpierw skosili. W międzyczasie – czym jest międzyczas nie zauważyłam – wyrywali trawę: jeden wyrywał, a drugi mu widłami podważał. No i to był cyrk, bo widły w mieście to ewenement na skalę i ludziska się dziwowali (ja nie, bo mnie nie było, ale sąsiadka z pieskiem mi opowiadała, że stali na balkonach, a niektórzy to z dzieckiem i wskazywali dziecku palcem: „O, widzisz, a to widły są, taka łopata, tylko z zębami jak grabie” i musiało to być bardzo wesołe, bo przypominało czytankę o jagodach, co to najpierw czerwone, czyli zupełnie zielone, a jak czerwone, to zupełnie czarne). No i kropka. W każdym razie międzyczas był wtedy, kiedy jeden podważał widłami, a drugi mu deptał po piętach, czy raczej dyszał w kolana i wybierał śmieć, tę trawę zieloną, sztywną, bo świeżo ściętą razem z mnóstwem suchych ździebeł. I tu znowu rodzice mogli pociechy czegoś nauczyć, mówiąc, że to źdźbła, a nie jakieś trawki (jak bym przy tym była, to mogłabym przypomnieć sobie pierwszą klasę i naukę liter: na wielkim arkuszu była taka trawka i pani pytała „Co to?”, no i oczywiście tylko Świderska, znaczy ja, wiedziała, że nie żadna „jedna trawka”, bo to nie nauka cyfr, matoły, tylko liter, a w kolejce nie żadne „j”, ani „t”, tylko już „ź”, jak stodoła zresztą wypisane na dole i uprzednio przeczytane przez panią). No więc zielone, ostre kępy i uschłe źdźbła dookoła – teraz jeszcze mi się widzi, że ci rodzice, to najpierw musieli wiedzieć o tych źdźbłach, ale nic to – a pod spodem, wydobyte widłami na wierzch kłącza. Korzeni więcej niż ździebeł, bo trawa stara i jakby wcześniej nie skosili, to by im znacznie sprawniej szło: dłuższą trawę łatwiej ułapić. Może jednak na coś potrzebowali tej skoszonej, tylko znowu na co? Przecież takiego miejskiego syfu najgłupsze króliki nie ruszą. Głupi królik, to niekoniecznie królik-samobójca. W każdym razie skosili i im niesporo szło ułapianie, to jest wyrywanie.
Jak wykopali z mozołem, zaczęli bez mozołu udeptywać świeżo co wzruszoną ziemię. Bez mozołu, bo z satysfakcją, jakby im co zrobiła wcześniej, choć może i co zrobiła, bo się przecież przy wyrywaniu napocili, ale jakoś nie pomyśleli, że to przez własną bezmyślność. No, że niby jakby nie skosili, to by łatwiej… tamto, patrz wyżej. W każdym razie z jakąś mściwością i ukontentowaniem, a to mi z kolei opowiadała sąsiadka z prawej, ta lekarka, co na popołudnie od miesiąca chodzi, bo ciągle mnie nie było, czyli – innymi słowy – cały czas trwał ten niby międzyczas. No więc ona potem, że z mściwością, ale i po prawdzie z konieczności, bo jak lać beton, kiedy nieudeptane? (to ona, nie ja). W sumie – racja, niby się nie da, znaczy dać się da, ale nie wyjdzie, jak trzeba. Żeby więc wyszło jak trzeba – udeptali. Taki mus przyczynowy, celowy, nawet taki rationell (to znowu ona). No, ok, niby. Im dłużej się słucha, tym łatwiej machnąć ręką, a że sąsiadka lekarka gaduła, więc niech już będzie. Jak się za dużo czyta i mieszka samemu, to nawet gorszymi rzeczami można ludzi straszyć, więc ok: udeptali, bo musieli musowo-przyczynowo, żeby się potem dało wylać jak trzeba.
A potem wylali. Ale mówili, że wyleli – to już słyszałam, bo byłam, bo wróciłam, ten międzyczas się skończył akurat, żeby zobaczyć. Jak kosili, to widziałam, ale nie wiedziałam o planach wylewania, więc to koszenie było całkiem normalne, nie żeby tam zwracać uwagę. I nie zwróciłam uwagi. Przez to jak potem wylewali, to ja byłam jak niemowlę wystawiona, bo z tym wyrwanym międzyczasem, więc było tak, jakby się tryby pomieszały i to, co zwyczajne weszło w związek z tym, co niezwyczajne. Natomiast z tego zmieszania zrobił się nam nowy parking i nareszcie skończyło się sranie przez psy pod balkonami. Pod oknami stoją auta a auta, śliczne, lakierowane, różnokolorowe jak kwiaty, a latem nie zalatuje już nic poza oczyszczalnią, ale to tylko wtedy, jak wieje z zachodu.
Jak nadeszły święta zanim nadeszły, czyli właściwie jak nadchodziły
Jak nadeszły święta, to było bardzo wesoło. Jesień wybuchała (kolorami), a potem zgniła, deszcz walił (w szyby), a potem już nie walił, bo walił śnieg i nie było słychać, noc zapadła (nad miastem), a potem słońce wstało (na wchodzie). Po tym cudach nadeszły święta, ale nie o nich chcę tu powiedzieć, tylko o tym, jak właśnie jesień wybuchła i deszcz walił i noc zapadła na stałe. A na stałe, bo dni były coraz krótsze, a ja wstawałam coraz później, bo miałam robotę. Innymi słowy, nie chodzi o moment, gdy już nadeszły święta, tylko o to, jak nadeszły. Na to jednak należy odpowiedzieć przymiotnikiem, a jednego takiego nie sposób znaleźć, powiem więc raczej o tym, jak nadchodziły.
Jak był ten czas, w którym nadchodziły święta, to pośród wybuchów i waleń a także nocy poszłam do mięsnego. W czasie świąt mięsny jest zamknięty, jak zresztą wszystkie inne sklepy, ale przed świętami mięsny jest otwarty, czym także nie różni się od innych sklepów. Różni się za to czymś innym. Okna ma podobnie duże, szyldy ma podobnie duże, półki ma, kafelki na podłodze ma, ma lady, a za nimi panie i panów w różnych wieku, ale o podobnej kompetencji językowej, a nawet podobnym uśmiechu, a jednak mimo tych podobieństw różni się zasadniczo od innych sklepów w okolicy. Różni się jedną tylko rzeczą, choć o kapitalnym znaczeniu, a mianowicie długością kolejki.
Stoję w kolejce i patrzę, co by tu. Po dziesięciu minutach już ustaliłam ze sobą, więc zaczynam słuchać. O Boże, taka kolejka – głos w czerwonym szaliku. Chyba za karę człowiek w tej kolejce – inny głos przez zatkany nos. Ludzie powariowali z tymi zakupami przed świętami – głos z gołą głową. Nie dość, że człowiek na ten deszcz, co tak wali, to jeszcze teraz w takiej kolejce – głos zza moich pleców. Odwracam się, głos ma mokre włosy. Zapominam z tego wszystkiego, co by tu, więc przestaję słuchać i patrzę. Ale najgorsze ze wszystkiego jest to, że ludzi już nic nie obchodzi tradycja – jakiś głos i kiełbasa przegrywa w konkurencji z tym głosem. Głos ma karakułowe futro o tak mocno pokręconych paciorkach, jakby się właśnie zlokowały na tym deszczu. Cały dzień człowiek przy garach, zakupy to powinno być raz-raz – głos zza moich pleców, ale inny. Tyle ma człowiek przyjemności, co na te zakupy, ale z taką kolejką? – głos daleko z przodu, z którego widzę tylko czubki brązowych butów i to też tylko wtedy, kiedy się odpowiednio wychylę. Wydaje się, że głosy mnożą się w nieskończoność przez wszystkie modele płaszczy, wszystkie kolory czapek i wszystkie modulacje. Patrzę znowu, żeby sobie przypomnieć, co by tu, ale ledwie patrzę – już słyszę. Jeden dzień z tych świąt, a szykowania tyle. Ale najgorsze, że ludzie kupują, jakby zwariowali. Pani, a pani wie, jak się dużo z tego marnuje? A, bo to takie teraz sprzedają, żeby się psuło od razu, niech pani patrzy, jakie tu zielone. Od tej folii. Woda sama, strzykawkami mięso faszerują, żeby było cięższe. Jak się da wodę wstrzyknąć, to pewnie się i co inne da, ale ludzie i tak kupują, co mają robić. Kiedyś to sklepy były zamknięte sobota-niedziela i nikt z głodu nie poumierał. Bo to, nie wie pani, taka moda, żeby kupować. Racja, potem wszyscy tylko siedzą i jedzą, do kościoła nie chodzą, nie szanują tradycji.
Wreszcie swoje kupiły, moja kolej i choć odeszła mi ochota, bo nie dość, że się psuje, że zielone, że woda i inna tradycja, że faszerowane, że kościół, że folia, że otwarte, że zamknięte, że kupować nie wypada, że wyrzucę, a najbardziej, że usiądę i już nic, tylko będę jeść i znowu nic nie napiszę – to jednak kupuję, bo w lodówce pusto, bo święta, bo tradycja, bo nie ma w okolicy innego mięsnego. Jakby był, to może kolejka by się na dwa podzieliła i stałabym w mojej o połowę krócej.
Jak pisałam do ministra, a nawet dlaczego
Po kolei to by było jakoś tak:
Pracowałam, roznosząc ulotki, no ale to było oczywiście nie do zniesienia w najprostszej z możliwych interpretacji. Dlaczego chodzić, albo stać było ciężko – nie muszę chyba wyjaśniać. Pomyślałam, że usiądę. Żeby móc usiąść, trzeba się było przejść, a więc poszłam, a poszłam do korporacji. Tam usiadłam, ale siedzenie to było oczywiście nie do zniesienia, choć w zupełnie innym sensie. Usłyszałam pytanie, dlaczego nie mam więcej znajomych, żeby powiększyć swoją listę mailingową. Pomyślałam, no nie, nie wysiedzę. Wyszłam i poszłam do obcego domu, w którym były dzieci do opieki. Po jakimś czasie dzieci powiedziały, że mnie kochają i zapytały, dlaczego nie mogę być ich mamą. Kiedy dodały, żebym została z nimi na zawsze – uciekłam. To było nie do zniesienia w kolejnym z możliwych sensów. Pobiegłam do centrum, byle dalej od bogatych przedmieść i wpadłam do biura, gdzie pozwolili mi przysiąść. Jak przysiadłam, to zostałam pięć lat, choć nie siedziałam, tylko jeździłam z turystami na wycieczki. Słyszałam pytania: – Dlaczego pada? (w Londynie), – Dlaczego tak daleko? (na spacerze po plaży), – Dlaczego nie możemy podjechać? (w rezerwacie), – Dlaczego nie ma makdonalda? (w lesie), – Dlaczego nie możemy się zatrzymać? (na autostradzie), – Dlaczego wszystko sprzysięgło się przeciwko nam? (w najróżniejszych miejscach), – Dlaczego tu jest tak zimno? (na Alasce), – Dlaczego tu jest bruk i nie można chodzić w szpilkach? (w Paryżu), – Dlaczego tak wysoko? (w Alpach), – Dlaczego trzeba płynąć? (na Bornholmie), – Dlaczego nie ma warzywniaka? (w Muzeach Watykańskich). Słyszałam też odpowiedzi: – Dlatego, że jak ja jestem na wycieczce, to nigdy nie pada przecież (a już szczególnie w sławnym mieście Londynie), – Dlatego, że na plaży jest nudno, sam piach (i nic tu nie ma do rzeczy molo, bursztyny, czy foki), – Dlatego, że tamta grupa podjechała (sam widziałem), – Dlatego, że jesteśmy głodni (a chyba nie chce pani, żebyśmy polowali na dzikie zwierzęta, my cywilizowani jesteśmy), – Dlatego, że mi się chce siku (i nie, jeszcze pięć minut temu, w czasie przerwy, mi się nie chciało, i nie, nie będę sikać na rozkaz), – Dlatego, że ktoś najwidoczniej przynosi nam pecha (i wcale nie piję do pani), – Dlatego, że skąd mogłam wiedzieć (a w normalnych krajach żaden normalny człowiek nie ma takich ciepłych ubrań), – Dlatego, że stolica mody, to się człowiek chce pokazać (a jak się tylko biega po zabytkach w tenisówkach, to ani jak pokazać, ani co), – Dlatego, że jak jest kolejka na szczyt, to należy jej używać (a to, że dzieci i dotlenić, to mit, pani, mit; od święta nikt się nie dotleni, szkoda zachodu), – Dlatego, że tu stoją autokary, to widać jakoś ludzie przyjechali (tylko my, jak zawsze, pokrzywdzeni; czy my zawsze musimy być gorsi?), – Dlatego, że jedna moja znajoma, jak była, to nic, tylko jadła mandarynki, takie pyszne mandarynki (no, wiem, że listopad jest i tutaj, tak jak u nas, tylko nie wiem, jaki to ma związek). Jak już sobie pojeździłam i posłuchałam dwutorowo tych pytań i tych odpowiedzi, a także własnych odpowiedzi na te odpowiedzi – a to ostatnie było być może najgorsze ze wszystkiego – to stwierdziłam, że to jest nie do zniesienia. Jakbym słuchała dwa lata, to bym może stwierdziła, że nie do zniesienia są pytania i odpowiedzi, ale że słuchałam pięć lat, stwierdziłam, że nie do zniesienia jest samo słuchanie. Zatkałam uszy, wyszłam.
Tak mi już wtedy było, że pomyślałam: napiszę do ministra, niech mi da stypendium, to będę siedzieć w domu, a nie chodzić, biegać, siedzieć, stać, jeździć, słuchać. Przede wszystkim jednak przestanę zadawać idiotyczne pytanie „dlaczego?”, a zacznę pytać „jak?” – i nawet mu to opiszę. Tak, pomyślałam, napiszę książkę, no ale nie mam z czego żyć, a książkę mam już od dawna napisaną, a więc o tę książkę, którą niby miałabym napisać, a już napisałam, postanowiłam napisać do ministra, żeby mi zapłacił. Wiedziałam oczywiście, że minister nikomu nie płaci za siedzenie w domu tylko dlatego, żeby ten ktoś nie biegał, nie chodził, nie słuchał, ale – pomyślałam – za książkę mógłby zapłacić. Żeby nie wychodzić, znowu musiałam pójść, żeby mi dali formularze. Dali, potłumaczyli, puścili do domu, powiedzieli nawet, żebym się już drugi raz nie fatygowała, że mogę pocztą wysłać. Aż się do nich tam uśmiechnęłam, jak dobrze wyczuli, że to chodzi właśnie o to, żeby nie wychodzić. Mina mi zrzedła, kiedy dokładnie obejrzałam formularze. Co prawda znajome jaki wystawiają kopytka z zielonej trawy, co prawda nikt nie wali w łeb idiotycznym „dlaczego?”, ale jednak… Jak zamierza pan/pani zrealizować swoje zamierzenie? – No, wezmę długopis – piszę – i kartkę, siądę za biurkiem i napiszę. Może nie za jednym posiedzeniem, dodaję asekuracyjnie, bo człowiek nie samą literaturą żyje – o, to dobre, myślę, i pełna dobrych intencji piszę dalej: – ale przerwy będę robiła znikome, takie tylko, żeby coś zjeść, no i umyć się, nie częściej jednak niż raz na trzy dni. Za pieniądze od pana ministra kupię ekspres do kawy, żeby nie oddalać się zbytnio od biurka, a po papierosy będę wysyłać męża, co nie nastręczy dodatkowych kosztów, pan minister nie powinien się obawiać. Jak już zasiądę, łatwo nie wstanę, nie poddam się i zadanie wykonam do końca a rzetelnie. Siedzieć będę w mieszkaniu, więc ni deszcz, ni mróz nie będą mi straszne, listę mailingową mam krótką, a szpilek nie posiadam. Nie posiadam również dzieci, zwierząt domowych, a mąż jest typem mrukliwym, zwierzenia trzeba z niego obcęgami wyciągać. Mieszkam na pojezierzu, ale płaskim, nie za wysoko tu, ale też nie niżowo, więc nie pada często, depresja mi nie zagrozi. Widok z okna niespecjalny, nic mnie zatem nie rozproszy: ni widoki strzeliste, ni rozmowy potoczyste, ni rozliczne przemilczenia – nikt i nic nie stanie na mej drodze ku zwycięstwu nad białą, niezapisaną kartą dokumentu wordowskiego w formacie docx. A więc pan minister pyta: „jak?” (a muszę zaznaczyć, że jest mi to pytanie niezwykle sympatyczne)? Odpowiadam z przyjemnością: celowo i systematycznie, gramatycznie, choć z elementem nowatorskim, czego czołowym przykładem stojące na początku poprzedniego zdania „a więc”, które posiada, wbrew swej złej pozycji w zdaniu, rozmach odpowiedni, w pełni odpowiadający moim zamierzonym zamierzeniom, jakie – jaki? jaka? jakie? – choćby po trupach, a z pewnością. Amen.
Już nie miałam siły pójść. Na pocztę wysłałam męża. Teraz czekam. Nie chodzę, nie siedzę, nie jeżdżę, nie słucham. A czekam na leżąco, żeby nie zwariować.
Jak siedzieliśmy i schło
Jak schło – siedzieliśmy. Było dużo czasu. Pies leżał, koty leżały, króliki skakały na siatki klatek, żeby wymusić jedzenie, ale myśmy siedzieli. Bo czasu było dużo, aż za dużo.
Dekarzem być, to trudno. Krzysiek mówi, że za granicą, gdzie i demokracja jest naprawdę i pracuje się na umowę o pracę – dekarz to tyle, co kunszt. Dekarz tamtejszy nie tylko zrobi dach jak należy, ale zrobi też wszystko inne: kafelki położy, dom wymuruje, wykopie dół pod tak zwaną szklankę i zaleje go betonem, a potem będzie polewać przez trzy dni z konewki, żeby nie popękał. Niektórzy z tamtejszych dekarzy o magicznych rękach potrafią nawet posadzić drzewo i spłodzić syna, też dekarza. O tym Krzychu już nam nie mówił, sami sobie domawialiśmy. Czy wierzyliśmy w to? Tak, żarliwie, ponieważ było to nam potrzebne, a więc ważniejsze od zwykłej prawdy.
Krzychu prawie nic nie mówi: jak się robi, to się nie mówi. Natomiast jak się siedzi, to jakoś tak lepiej schnie. Czasem jednak jak się robi, mówienie samo się ciśnie przez usta. I Krzychowi tak samo się wyciskało: po pierwsze o tych kurewskich szklankach, które sam musiał naszemu dekarzowi wylewać, a potem podlewać, po drugie o rozpierdolonym gzymsie, który sam musiał naszemu dekarzowi podmurowywać, po trzecie o innych bardziej niecenzuralnych rzeczach, które naszemu dekarzowi chętnie wsadziłby w dupę, a na koniec po prostu o kominie komina nie wspominając, bo na nowy komin po zwaleniu starego nasz dekarz nawet dziury w dachu nie zostawił. Jakby tego komina nie było, skoro go nie ma, a przecież komin ważny, może nawet ważniejszy niż szklanki czy gzyms. Teraz lato, myślenie siada, ale musimy myśleć perspektywicznie, myśleć można nawet wtedy, kiedy się siedzi i to nawet o zimie. Zwłaszcza myśleć można, kiedy schnie i zwłaszcza wtedy, kiedy jest dużo czasu. A kiedy schnie, jest aż za dużo czasu. Wtedy można, a nawet należałoby pomyśleć, zanim będzie za późno. I choć za późno już się wydarzyło, pomyśleć jednak ciągle można, jest czas. Siedzimy. Schnie. I jest bardzo dużo czasu.
Na zachodzie, tym magicznorękim zachodzie ludzie działają, a nie siedzą. Krzątają się, zarabiają pieniądze, wychowują dzieci. U nas – wręcz przeciwnie: siedzimy. Może my jesteśmy jacyś nieteges, a może zwyczajnie ossi? Na magicznym zachodzie posadzone drzewa z roku na rok bez zmian kwitną i owocują. U nas niby też, ale owoce pospadały i gniją, bo u nas siedzimy. Schną mury, stropy, meble w sypialni, parkiety w pokojach i książki na regałach wraz z regałami. Na magicznym zachodzie ludzie nie siedzą, bo im nic nie schnie. Nawet beton wylany pod tak zwane szklanki im nie schnie, regularnie polewany wodą z konewki przez zapobiegliwego dekarza. A nie schnie im, bo ich dekarze w pierwszej kolejności potrafią zdjąć stary, a potem postawić nowy dach bez zalewania domu. Poza tym na zachodzie deszcze padają wtedy, kiedy trzeba podlać ogród, burze przychodzą zapowiedziane, a dzieci się planuje. Dlatego jak się zdejmuje stary, a potem stawia nowy dach, należy to zrobić na zachodzie. Dopiero wtedy ma się pewność, że tak stare, jak nowe dokona się magicznymi rękoma zachodniego dekarza. I to nawet, jeśli dekarz ma na imię Piotr, pochodzi z Zabrza i uśmiecha się, zamiast odpowiadać, żeby nie zdradził go akcent.
Jak spędzić dziesięciominutowy przejazd środkiem komunikacji miejskiej, niestety
Dopadam pierwszego wolnego siedzenia. Niestety to to, co wychodzi na autobus, niestety nieodgrodzone oparciami krzeseł z przodu, tylko wątłą metalową barierką, niestety. Ludzie się wiecznie zapierają o te barierki i odchylają w tył, jak który ma w dodatku plecak, to nigdy tego plecaka na przykład niestety nie zdejmie. I w oczach, w nosie, w całej twarzy ma się taki plecak, razem z adidasami po treningu, wątróbką za pół ceny spod lady dla psa, nylonem chińszczyzny. Nogi ma człowiek na tym niestety siedzeniu odsłonięte na zamróz z dworu, na puste miejsce na wprost środkowych drzwi dla wózków z matkami, kuli z kulawymi, wózków z inwalidami. Matki dziuńkają jak nakręcone, dzieci drą ryja, kule lecą na człowieka, inwalidzi wpadają za barierkę na zakrętach i mają zepsute zęby, którymi nie omieszkają niestety przeprosić. Za to od okna. Rzucam się na niestety miejsce, ale niestety widzę jednocześnie, że w tyle autobusu zwalnia się właśnie moje ulubione miejsce, oddzielone od tylnych drzwi szklaną szybą. Tam można naprawdę skulić się przed zamrozem lecącym z dworu na przystankach, zagrzebać aż między trzema powierzchniami: szybą okienną, szybą wewnętrzną i oparciem. Wahnęło mną to dostrzeżenie ulubionego, pewnie, każdym by wahnęło, jak w perspektywie ma się niestety jakiekolwiek inne miejsce, no ale ktoś tam już siada, pewnie, że siada, też bym siadła, szczęściarz, dopadam ostatniego niestety miejsca, siadam, a raczej klapię. Jeszcze chwilę temu było nieźle, przyjechał autobus, buchnęło z niego gorąco. Teraz jest niestety.
Ciemno na ulicach. Co przystanek, to ciemniejszy. Niby miasto, a jakby bezdroża. Ciemny las, ciemny park, ciemne obwódki wokół skwerów. Tylko jak autobus zatrzymuje się na światłach, czerwone oczy rozpływają się na pokreślonych deszczem szybach. Ale też nie wnoszą światła, trzeba czekać na światłach, jak się czeka, to się nie jedzie, w mieszkaniu jest ciepło, w autobusie jest niestety. Jak wsiadałam, zadziałał kontrast temperatur. Teraz niestety bardziej realistycznie: dobrze czuć, że ludzie parują wilgocią, są wilgotnie ciepławi, a bezruch kumuluje chłód. Bezczynnie ciepło znaczy gorzej, niż chłodno w ruchu. W dodatku niestety czuję teraz wyraźnie, że rozgrzane krokami skarpety zdążyły odparować ciepło, ale nie wilgoć. Żeby chociaż wilgoć! Są zwyczajnie mokre i mokre i jeszcze zimne są niestety stopy od tych skarpet. Jak się autobus zatrzymuje się na przystanku, przez drzwi wpada zamróz, a jak stoi na czerwonych światłach – silnik pracuje na pół gwizdka, a grzejniki to już w ogóle.
Jak bym skutecznie udała zamyślenie, niby-zagapienie w okno, żeby wszyscy myśleli, że o bożym świecie i już nic wokół siebie, to bym może dała radę postawić nogę na grzejniku, trochę na lewo, tam, gdzie oparła elegancki, skórkowy bucik dziewczyna, która właśnie wsiadła do autobusu. Myślałam: zaraz wysiądzie, ale niestety. Najpierw stanęła nade mną i co z tego, że bez plecaka, jak zaraz potem oparła w dodatku i niestety bucik, śliczny, skórkowy, jasnobrązowy bucik o grzejnik dokładnie w miejscu, gdzie chciałam położyć mokrą, zimną stopę w mokrych, zimnych skarpetach w mokrych, zimnych, sponiewieranych butach, żeby je trochę rozgrzać: palce, skarpety, buty. Wszędzie niestety dziury w chodnikach, a w niestety dziurach niestety woda. Dają teraz do butów tak niestety cienkie podeszwy, że ani się człowiek obejrzy, a już ma niestety wodę w środku. No i ciemno niestety, choć oko wykol, więc zanim zobaczysz niestety dziurę, już brodzisz w niestety wodzie, a cienkie niestety podeszwy, więc zanim się człowiek obejrzy. Nie czuć jak palce zamarznięte, ale kiedy trochę puszczają – niestety woda i niestety skarpeta się przykleja do plastiku. Też piszą, że skóra, a przecież kawał plastikowej ceraty, ale się nazywa ekologiczna, bo niestety ceraty by nikt za tyle nie kupił. Nie, to nie zazdrość, no ale co to za zachowanie, żeby tak opierać. Od takiego niestety opierania czubka ślicznego skórkowego bucika czubek ślicznego skórkowego bucika może się zetrzeć i już nie będzie niestety taki śliczny. Dziewczyna młoda, pewnie pieniądze na buciki dostała od rodziców, nie zna niestety ciężkiej pracy, nie wie, ile takiej ciężkiej pracy kosztuje taka para bucików, nie liczy się niestety z wartością pieniądza. Jak bym skutecznie udała zamyślenie i postawiła swój ceratowy but na czubku, tym kaleczonym właśnie wskutek opierania o grzejnik czubku ślicznego skórkowego bucika, pewnie trzeba by jeszcze udać zaskoczenie, ale za to dziewczyna z całą pewnością podniosłaby bucik, a wtedy można by swój postawić na jego miejscu. Ale że też w ogóle, niestety! I po co ona w ogóle wsiadła do autobusu? Rodzice na mur-beton mają samochód, nie mogli jej podwieźć? Wtedy mogłabym sobie po prostu – a nie, niestety, och, ach, przepraszam, nie zauważyłam niestety! – postawić swój ceratowy but ze zbyt cienkimi podeszwami na autobusowym grzejniku i może do czasu wysiadki i wędrówki przez osiedle, gdzie niestety ciemno i niestety dziury i niestety woda i niestety wpadnę i mi znowu buty, skarpety, stopy zamokną – do tego czasu może by wyschły, co?
Och, tak bardzo panią przepraszam – wykrzykuję fałszywie. Głos chrypi, pewnie się rozchoruję od tego przemoknięcia, okropnie to nienaturalne niestety, ale co tam! Ważne, że podniosła nogę i zanim ją zdąży ponownie postawić – stawiam w tym miejscu moją, mój przemoknięty but ze zbyt cienką podeszwą, co ma swoje dobre strony, choć skoro na następnym przystanku wysiadam, dobre strony ma tylko niestety.
Eliza Moraczewska
Powyższe teksty są wybranymi utworami autorki z większego cyklu „Jak-i”
Grafika w nagłówku tekstu: Lucija Rasonja z Pixabay
przez Bartosz Oszczepalski | niedziela 24 marca 2024 | opinie
Wielkie sukcesy ma na koncie ekspert od praw człowieka Adam Bodnar, który od trzech miesięcy pełni funkcję ministra (nie)sprawiedliwości. Zdążył już zrobić czystki polityczne na niespotykaną dotąd skalę w wymiarze sprawiedliwości czy stanąć w obronie szefa NIK oskarżanego o przestępstwa. A teraz wykastrował prawo o konfiskacie aut pijanym kierowcom. Jednocześnie chyba nie stracił zaufania „postępowców” zatroskanych o demokrację, praworządność i bezpieczeństwo na drogach. Tyle wygrać!
W ciągu ostatnich 8 lat w środowiskach lewicowych i liberalnych intelektualistów dużo się mówiło, że wówczas rządząca prawica jest ze wszech miar barbarzyńska. Przeciwko prawom człowieka, prawom mniejszości, prawom pieszych, przyrodzie. Przeciwko wszystkim. Tylko by lali beton, jeździli szybko samochodami, niszczyli lasy i złorzeczyli na wszystkich. Nie to co lewicowi liberałowie, dbający o zrównoważony rozwój i to, by w Polsce panowały cywilizacyjne standardy.
Prawica w awangardzie bezpieczeństwa
Zapewne dlatego to właśnie rząd Zjednoczonej Prawicy wprowadził przełomowe przepisy o pierwszeństwie pieszych na pasach, zaostrzeniu kar za przestępstwa drogowe oraz konfiskacie samochodów osobom jeżdżącym pod wpływem alkoholu. Pewnie też dlatego teraz, gdy te ostatnie przepisy miały wejść w życie, postanowił wykastrować je nie kto inny, jak minister sprawiedliwości Adam Bodnar. Konfiskata aut pijanym kierowcom ma nie być obowiązkowa, choć przepisy uchwalone przez PiS zakładały właśnie takie rozwiązanie. Po zmianach dokonanych przez Bodnara to sądy mają decydować, kiedy ją zastosować, a kiedy nie.
Jak się można domyślać, będą raczej skłonne obarczać nią zwykłych szaraczków, a nie osoby zamożne i wpływowe. Mówiąc zupełnie wprost: ograniczenie tego straszaka może spowodować, że na drogach będzie ginąć więcej ludzi. Projekt ten jeszcze za rządów PiS był niepotrzebnie złagodzony, ale i tak gdyby przepisy w tej formie weszły w życie, stanowiłyby przełom. Powyżej jednego promila kierowca musiałby stracić auto. Jednak po obecnej nowelizacji tylko sąd może kierowcę pozbawić auta, niezależnie od tego, jak bardzo był pijany.
Liberalny ukłon w stronę morderców na drogach
Kastracji prawa dokonał dokładnie ten sam święty Bodnar, który był i jest patronem liberałów, lewaków i NGO-sów. Idol wielkomiejskich „wrażliwych” środowisk intelektualnych, choć zdarzało mu się już czapkować Balcerowiczowi oraz polecać piosenkę konfederaty o mordowaniu socjalistów. Ekspert od demokracji, praworządności, przyjaciel mniejszości i strażnik praw człowieka. Ten sam, który został teraz patronem drogowych bandytów, bo absurdalnie rozumiane prawo do własności i do patrzenia na czubek własnego nosa postawił nad bezpieczeństwem oraz dobrem wspólnym, czym pewnie ucieszył zwolenników Konfederacji. Może nie jest mu tak daleko do nich, jak się powszechnie uważa?
To ten sam Bodnar, który właśnie zwrócił wniosek do Sądu o postawienie zarzutów szefowi NIK Marianowi Banasiowi, którego podejrzewa się między innymi o oszustwa podatkowe, nadużycie uprawnień i fałszowanie oświadczeń majątkowych. Ten sam Bodnar, który swoim nazwiskiem firmuje niespotykaną po 1989 roku feerię zamachów na praworządność i przykładów ręcznego sterowania wymiarem sprawiedliwości. Ten sam, który popiera nielegalne przejmowanie mediów publicznych, z pominięciem konstytucyjnego organu, jakim jest KRRiT.
Trudno o większy rozdźwięk między aurą, jaką ten człowiek wokół siebie wytworzył, a tym, co realnie robi jako minister w rządzie Tuska. Jest to bardziej rażące niż w przypadku Sienkiewicza czy Kierwińskiego właśnie dlatego, że Bodnar wchodził do rządu jako ekspert od praw człowieka.
Bezpieczeństwo już nie jest ważne?
Warto też zauważyć, że ta hucpa odbywa się przy cichym wsparciu właśnie tych wszystkich lewicowo-liberalnych środowisk wyspecjalizowanych w paplaniu o praworządności i prawach człowieka czy też ruchów miejskich oraz ekspertów od bezpieczeństwa drogowego. Wymowne jest milczenie szczególnie tych ostatnich, wedle których PiS zawsze robił „za mało”, jeśli chodzi o bezpieczeństwo na drogach.
Przejrzałem kilka profili osób i stowarzyszeń podejmujących tematykę poprawy bezpieczeństwa na drogach, m.in. warszawskiej organizacji reprezentującej ruchy miejskie oraz pewnego specjalisty od wdrażania (trzeba przyznać, że z sukcesem) rozwiązań zmniejszających liczbę wypadków na ulicach jednego ze średnich miast. Można tam znaleźć między innymi wywody o złym CPK i o tym, że w Warszawie priorytetem jest walka z PiS, ale dziwnym trafem nie ma nic o skandalicznej decyzji Bodnara o rozmiękczeniu przepisów o konfiskacie aut pijanym kierowcom. Gdyby zrobił to prawicowy minister, to oni wszyscy krzyczeliby pod budynkiem Ministerstwa Sprawiedliwości i mówili o barbarzyńskiej prawicy. Po raz kolejny okazuje się, że kolesiostwo i koligacje z liberalną oligarchią są dla tych środowisk istotniejsze niż przywiązanie do deklarowanych wartości.
Nie ufajmy samozwańczym liberalnym ekspertom
Wnioski z tej lekcji mam dwa. Po pierwsze, jeśli prawica wróci do władzy, to właśnie Bodnara powinna w pierwszej kolejności pociągnąć do odpowiedzialności jako jedną z twarzy nadużyć obecnej władzy. Po drugie: my, osoby reprezentujące opcję suwerenno-patriotyczną, nie musimy słuchać połajanek wszystkich tych ekspertów, którzy serwują nam wykłady o demokracji, prawach człowieka i „zachodnich standardach”. Możemy sami i na własnych zasadach zbudować państwo sprawiedliwe społecznie, socjalne i zarazem takie, w którym w wielu obszarach życia panują zasady niewywodzące się z prawa dżungli.
Bartosz Oszczepalski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia.
przez Jan Przybylski | niedziela 17 marca 2024 | opinie
Czas poprzedzający drugą rocznicę rosyjskiej napaści na Ukrainę przyniósł szereg wydarzeń tyleż ważkich, co nieprzełomowych. Upadła broniona przez Ukraińców, a atakowana, co prawda z różną intensywnością i długotrwałymi przerwami, od samego początku obecnej odsłony wojny Awdijiwka. W rosyjskim łagrze życie zakończył Aleksiej Nawalny. Prezydent Zełenski zdymisjonował głównodowodzącego ukraińskich Sił Zbrojnych, generała Wałerija Załużnego. Nie sprawdziły się natomiast przewidywania dotyczące możliwości wyprowadzenia przez Rosjan generalnej ofensywy o celach strategicznych.
Ogólna sytuacja wojskowa Ukrainy po dwóch latach wojny nie przypomina już swoistego karnawału nastałego po początkowej grozie. Zaczął się on bardzo szybko po inwazji w obliczu widocznego krachu całościowo pojętego zamysłu Rosjan. Nie przypomina też jednak nadziei na konkluzywne i w miarę pomyślne szybkie zakończenie konfliktu, które kiełkowały po względnych sukcesach kontrofensyw na charkowszczyźnie i chersońszczyźnie w II połowie roku 2022. Podjęta na przełomie wiosny i lata 2023 próba uderzenia na Zaporożu zakończyła się symbolicznymi tylko zyskami za cenę istotnych (choć nie tragicznych) strat w ludziach i sprzęcie, w tym jego najwartościowszych zasobach produkcji zachodniej. Z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że zakończyła ona definitywnie okres ukraińskiej inicjatywy w skali przekraczającej taktyczną.
Powrót do niej jest bardzo mało prawdopodobny z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze – wyczerpywanie się zasobów tak ludzi, jak i sprzętu dostępnego na Zachodzie, w szczególności w sytuacji blokady w amerykańskim Kongresie pakietu pomocy opiewającego na 60 miliardów dolarów. Po drugie – okrzepnięcie rosyjskiej machiny wojennej, która po dwóch latach bolesnych lekcji ograniczyła popełnianie kuriozalnych nieraz błędów. W warunkach wojny o charakterze bliskiej pozycyjnej wdrożyła skuteczne sposoby działania, które mimo teoretycznego opracowania nie funkcjonowały dotychczas w praktyce. Analiza bieżących wydarzeń na froncie wskazuje, że rosyjskie lotnictwo, które z kretesem przegrało rok 2022 i z bardzo umiarkowaną efektywnością działało w 2023, stało się głównym rozgrywającym pod Awdijiwką, uniemożliwiając Ukraińcom skuteczną obronę. Rosjanie usprawnili także radykalnie łańcuch wykrywania wysokowartościowych celów i niszczenia ich, co przyniosło Ukraińcom bolesne straty, takie jak prawdopodobna utrata elementów zestawu Patriot wskutek porażenia w strefie przyfrontowej.
Taką skuteczność działań w zasadniczej mierze umożliwia deficyt po stronie ukraińskiej narzędzi walki z rosyjską przewagą powietrzną. Obecnie sprowadzają się one w praktyce do ofensywnego wykorzystywania systemów naziemnych. Przynosi to nieraz błyskotliwe sukcesy, takie jak zniszczenie w tym roku dwóch z około dziesięciu sprawnych samolotów AWACS A-50 i co najmniej kilku bombowców taktycznych Su-34 oraz myśliwców Su-35. Jednak w sytuacji ograniczenia do minimum możliwości bojowych ukraińskiego lotnictwa to nie wystarcza – a perspektywy nie wyglądają optymistycznie. Co prawda początek lata ma już definitywnie przynieść pojawienie się nad frontem maszyn F-16AM/BM, jednak najprawdopodobniej nie będą one w stanie podjąć batalii o panowanie w powietrzu, tak z uwagi na ograniczoną liczbę, jak i własne immanentne charakterystyki. Mimo rozlicznych zalet nie zostały po prostu zaprojektowane do funkcjonowania w tym charakterze. W NATO-wskim systemie wojny powietrznej tego rodzaju zadania miały wykonywać F-15 czy Typhoon. A dostawy takich maszyn nie pozostają nawet w sferze rozważań.
Niełatwa jest także zarówno wewnątrzpolityczna sytuacja Ukrainy, jak i w stosunkach z zachodnimi sąsiadami. W kontekście tej pierwszej zauważalna jest alienacja i słabnięcie pozycji prezydenta Zełenskiego, oskarżanego o rosnące skłonności autokratyczne. Ciągnący się konflikt z niezwykle popularnym generałem Załużnym spowodował jego odwołanie i „zesłanie” na placówkę ambasadora w Wielkiej Brytanii. Tymczasem badania opinii publicznej wskazują, że gdyby generał stworzył partię, zdominowałaby ona ukraińską scenę polityczną. Mimo że póki co dystansuje się on od takiej koncepcji, nie można wykluczyć, że w sytuacji dalszego kryzysu władzy ulegnie to zmianie. Jeżeli natomiast Zełenski wierzył, że wyraźne stawianie przed 15 października 2023 na ówczesną polską opozycję spowoduje rozwiązanie problemów w stosunkach wzajemnych, rachuby te spaliły na panewce. Nowy rząd musi uwzględniać interesy protestujących rolników, a jego twarzą w relacjach w aspekcie ochrony krajowego rynku żywności jest wiceminister Kołodziejczak.
Rosyjskie sukcesy odnoszone w ostatnich miesiącach pozostają również mocno symboliczne, a mimo większej sprawności prowadzenia działań nadal są okupione ciężkimi stratami. Pod Awdijiwką miały one sięgnąć nawet kilkunastu tysięcy zabitych, przy zachowaniu przez Ukraińców bardzo korzystnego stosunku strat własnych do strat wroga. Mimo sporych obaw, Ukraińcy po poniechaniu beznadziejnej już obrony miasta zdołali ustabilizować front na póki co prowizorycznych liniach umocnień. Rosjanie co prawda nauczyli się niszczyć nawet dobrze przygotowaną defensywę ukraińską, jednak obrońcom pozostały, mimo dużego wyczerpania, spore zasoby ludzkie i mimo wszystko sprzętowe, zapobiegające katastrofalnym pęknięciom obrony. Tygodnie następujące po upadku Awdijiwki przynoszą nadal rosyjskie postępy liczone w pojedynczych kilometrach.
Rosja ponosiła i ponosi horrendalne straty. W ludziach od początku bieżącej fazy wojny można je szacować na ponad 100 000 zabitych i dwukrotnie więcej ciężko rannych. Czołgów Rosja straciła bezpowrotnie co najmniej około 2400, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych nie mniej niż 1500, dział samobieżnych – 650. Samolotów bojowych i wsparcia walki ubyło co najmniej 90, w tym 43 nowoczesne z rodziny Su-30/34/35, co przekracza 10% stanów przedwojennych – a w tym przypadku z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można mówić również o zbliżonej liczbie maszyn spisanych ze stanu mimo dociągnięcia na lotnisko czy efektywnie wyeliminowanych z walki na wiele miesięcy z powodu konieczności przeprowadzenia gruntownego remontu.
Gospodarka rosyjska, przestawiona w znaczącym stopniu na tory wojenne, ma pewną zdolność uzupełniania tych strat, jednak pojawiają się pytania o to, jak długotrwałą. Przykładowo, dostawy czołgów na front mają obecnie sięgać 125 pojazdów miesięcznie, ale według szacunków faktyczna produkcja nowych T-90M nie sięga nawet 25% tej liczby. Pozostałe są składakami pojazdów porażonych na froncie albo rewitalizacjami maszyn ze składów – a te ulegają nieuchronnemu wyczerpaniu. Chociaż załamanie się rosyjskiego systemu gospodarczego w sposób, który zachwieje dostawami dla frontu umożliwiającymi prowadzenie wojny z obecną intensywnością nie wydaje się być perspektywą bliską, jednak w oczywisty sposób wyczerpuje ono rezerwy bieżące i tym bardziej nie pozwala na ich odtwarzanie. A alianci wspomagający moskiewski reżim dostawami broni, czyli Iran i Korea Północna, bynajmniej nie czynią tego z dobrego serca. Według ujawnionych informacji np. ceny, jakie Rosja płaci za irańskie drony, są bardzo wysokie, w istocie na poziomie sprzętu zachodniego, mimo znacznie niższej jakości. W zarysowanym kontekście warto odnotować znaczącego „plusa ujemnego” dla Rosji – mimo sporych obaw zimowa kampania uderzeń rakietowo-dronowych na ukraińską infrastrukturę krytyczną spowodowała co prawda istotne szkody, ale nie były one na tyle znaczące, żeby zachwiać ukraińskim państwem czy wywołać kryzys humanitarny.
W odniesieniu do sytuacji politycznej w samej Rosji, śmierć Aleksieja Nawalnego, za którą – niezależnie od niemożliwych do ustalenia szczegółów technicznych – ponosi odpowiedzialność ekipa Władimira Putina, można interpretować jako deklarację wobec Zachodu, że nie nastąpi żadna pieriedyszka w wykonaniu „liberała”. Który, zanim po kilku latach powróciłby na ostro imperialistyczny kurs, mógłby liczyć na fetowanie w zachodnioeuropejskich i północnoamerykańskich stolicach. Również ewentualne rachuby na wewnątrzrosyjskie alternatywy okażą się płonne. Pewne poruszenie po śmierci Nawalnego było, jak się wydaje, w pełni kontrolowane przez władze i nie będzie miało żadnych istotnych skutków. W społeczeństwie dominuje poparcie dla wojny, a akcja mobilizacyjna nie napotyka na istotny opór. Wyeliminowani z systemu zostali także wojskowi, którzy zostali zidentyfikowani jako wspierający w zeszłym roku próbę puczu Prigożyna.
W kontekście powyższego stanu rzeczy należy interpretować znaczące przetasowania w koalicji wspierającej Ukrainę. W sytuacji amerykańskiego paraliżu decyzyjnego, który może potrwać do wyborów prezydenckich, a postawa Donalda Trumpa po jego ewentualnej wygranej jest niewiadoma (pochopne wydaje się jednak zakładanie, że automatycznie pchnie on Stany Zjednoczone na tory izolacjonistyczne i odda Ukrainę Rosji), rolę koryfeusza wsparcia dla Kijowa wzięła na siebie Francja. Od kilku miesięcy z Paryża płyną sygnały, że Francuzi będą wspierać Ukrainę niezależnie od stanowiska Waszyngtonu. A w ostatnich tygodniach Emmanuel Macron przekroczył granicę niewyobrażalnego, deklarując, że nie można wykluczyć przyszłej jawnej obecności wojsk krajów zachodnich na Ukrainie, a wojna rosyjsko-ukraińska jest wojną „naszą” – Francji i jej europejskich aliantów. Wydaje się, że za takim stanowiskiem prezydenta Francuzów, który wszak na początku wojny działał bardzo zachowawczo, podejmując próby negocjacji z Władimirem Putinem, wpływa prosta i racjonalna kalkulacja.
Rosja, pokonawszy szok związany z zupełnie nieudaną kalkulacją wyjściową i krachem pierwotnego planu podboju Ukrainy, zmobilizowała gospodarkę i zmilitaryzowała w znaczącym stopniu społeczeństwo. W koniunkcji z sankcjami (mimo ich obchodzenia), cena jest jednak ogromna. Rosja straciła możliwość funkcjonowania w sposób imitujący w sporej mierze Zachód. A także dużą część zasobów finansowych zgromadzonych podczas kilkunastu lat prosperity na rynkach surowcowych. Na przykład aktywa zgromadzone w Narodowym Funduszu Dobrobytu spadły z ponad 100 miliardów dolarów przed wojną do około połowy tej kwoty obecnie. Za to wszystko Moskwa zyskała dotychczas wyłącznie zgliszcza. Nawet zdobycie całej Ukrainy nie będzie zyskiem rekompensującym poniesione nakłady – kraj jest po dwóch latach wojny zrujnowany, populacja stała się antyrosyjska, a w razie perspektywy porażki militarnej nastąpi kolejny jej eksodus na zachód. Rosja nie zdobywa żadnych nowych technologii – nie można wszak uznać za takowe zdobywanych egzemplarzy zachodniego sprzętu reprezentującego poziom sprzed dwóch dekad…
W sytuacji determinacji Moskwy do kontynuacji wojny i braku oznak załamania wewnętrznego, w razie klęski Ukrainy należy oczekiwać prób uzyskania korzyści politycznych zbliżonych do żądań formułowanych tuż przed wojną, dotyczących m.in. ograniczenia swobody funkcjonowania NATO na terenie krajów przyjętych do Sojuszu po roku 1999, a wręcz idących jeszcze dalej. Paradoksem takiej sytuacji byłoby to, że eskalowane żądania, uderzające w interesy Zachodu, formułowałaby Rosja znacznie osłabiona w stosunku do czasu sprzed 24 lutego 2022, nie wykazując też, jak można przypuszczać, skłonności do samoograniczenia na mocy jakiegokolwiek kompromisu. W tej sytuacji, skoro ostra konfrontacja z Moskwą jest w przewidywalnym horyzoncie czasowym nieuchronna, dla Zachodu lepiej toczyć ją na Ukrainie, robiąc bardzo wiele dla zapobieżenia jej upadkowi. Wydaje się też, że Kijów nie będzie skłaniany do rokowań. Ewentualny rozejm, obciążony pewnością rychłego złamania, służyłby w istocie tylko Rosji, pozwalając jej wylizać rany i odtworzyć w spokoju zasoby. Lepiej, jeżeli są one niszczone na bieżąco…
Dla wszystkich powyższych kalkulacji decydujący będzie wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Mogą one przynieść zarówno spoczęcie niemal całości obciążenia wsparciem dla Ukrainy na barkach Europejczyków, jak i agresywny powrót Waszyngtonu do rozgrywania. Przy czym paradoksem jest, że największego natężenia tej agresywności można by się spodziewać po… Donaldzie Trumpie.
dr Jan Przybylski
Grafika w nagłówku tekstu: Rosy / Bad Homburg / Germany z Pixabay
przez Małgorzata Greszta | niedziela 10 marca 2024 | opinie
Kultura i sztuka wybierają to, co ważkie. Wypluwają to, co nie do przełknięcia. Chłoną uczucia tłumu. Niosą rewolucje. Ostrzegają przed katastrofą. W nich jak w lustrach przeglądają się czasy. Historia zobrazowana przez Marco Bellocchio w filmie „Pięści w kieszeni”, jest w swojej symbolice rewolucyjnym manifestem przeciw konserwatyzmowi. W interpretacji dosłownej jest to film zajmujący się problemami społecznymi i psychologicznymi pewnej rodziny z klasy uprzywilejowanej. Jest opowieścią o jej upadku.
Niewidoma matka i jej czworo dzieci mieszkają w malowniczej górskiej posiadłości. Chorzy uznani za przeszkodę zostają wyeliminowani przez zdrowych. Patologiczne zachowania: kazirodztwo, brato- i matkobójstwo, to obraz przemocy, która rodzi się z konfliktu między wyobrażeniami i pragnieniami a zastaną rzeczywistością. Bunt, ale również przemoc – choć niekoniecznie w aż tak skrajnych formach – to stałe elementy przemian. Przemoc lub walka. Te dwa terminy funkcjonują w bliskości znaczeniowej, natomiast można walczyć z przemocą, można też przemocą – z ostateczności i desperacji – walczyć o uwolnienie się.
Film może być zapowiedzią roku 1968 lub wyrazem nihilizmu wywołanego wyobcowaniem, niemocą, daremnością. Znaczące, że powstał w latach włoskiego cudu gospodarczego. Pasolini, reżyser wcześniejszego nurtu – neorealizmu, wyrażał swoją krytykę wobec tego okresu, nazywając konsumpcjonizm drugim faszyzmem. Widział w nim totalitaryzm.
„Pięści w kieszeni” nie są krytyką. Są skoncentrowanym i potwornym wybuchem frustracji wywołanej wykluczeniem z grona beneficjentów coraz szybciej rosnącego PKB, wywołanej pozbawieniem możliwości podążania za swoimi żądzami. Alessandro chce żyć w mieście, „marzyć i spełniać się”, jak mówi jego siostra Giulia. Nie widzi jednak żadnego celu w swoim życiu, miota się. Dostrzega natomiast jaskrawo przeszkody. Przeszkody stojące mu na drodze nie wiadomo do czego.
Émile Durkheim wprowadził do socjologii pojęcie anomii. Wykorzenienie, rozpad więzi ze społecznością, niezdolność do osiągnięcia sukcesu zawodowego, stworzenia relacji przy jednoczesnym uczuciu nienasycenia. Użył on terminu „choroba nieskończoności”, ponieważ bezgraniczne pragnienie nigdy nie może zostać zaspokojone, a jednocześnie stopniowo narasta i staje się bardziej intensywne i wyniszczające. „Pięści w kieszeni” są o anomii.
Bunt
Jednym z wielu destrukcyjnych skutków kapitalizmu jest stwarzanie warunków właśnie do rozwoju anomii. Występuje ona najpowszechniej w strukturach społecznych ulokowanych na samym dole. Niedostatek i tak sam w sobie jest źródłem nienasycenia. Spotęgowane przez iluzję dostępnych możliwości, rośnie ono ponad skalę. Ten proces stanowi pożywkę dla uprzywilejowanych, tych, dla których możliwości są rzeczywiste. Choroba nienasycenia, doprowadzająca do dewiacji, uzasadnia pogardę wobec jednostek, które się jej poddały oraz potwierdza złudzenie elitarności i nieprzeciętność tych odpornych na nią. Zabezpieczeniem przed uwikłaniem w anomię są oczywiście zasoby ekonomiczne i społeczne.
Film Bellocchio miał premierę w 1965 roku. To czas rozkwitu włoskiej gospodarki – il miracolo economico italiano. Dwa lata wcześniej Vitorio de Sicca nakręcił „Il boom”, film będący krytyką konsumpcjonizmu wywołanego wzrostem gospodarczym. Główny bohater – Giovanni, sprzedaje własną rogówkę, aby utrzymać wysoki status. To wręcz nachalna metafora zaślepienia przez żądzę posiadania, nienasycenie.
Każdy uniwersalny system aksjologiczny uznaje chciwość za negatywną i szkodliwą. Natomiast gospodarka neoliberalna pielęgnuje ją. Zamierzonym celem jest napędzanie konsumpcji i wprowadzanie społeczeństwa w trans pomnażania kapitału. Systemowa chciwość uruchamia atmosferę walki i wrogości. Jest to clou zarówno omawianego terminu socjologicznego, jak i filmu. Alessandro z chciwości zabija, eliminuje przeszkody. Z jednej strony widać chęć przejęcia majątku, ale drugą bardzo istotną kwestią jest obciążenie obowiązkiem opieki. Giulia mówi, że jej brat po prostu „wokół siebie musi mieć ludzi, którzy sami sobie radzą, nie potrzebują pomocy i nie są chorzy”.
Dezintegracja pomiędzy iluzorycznymi, nakreślonymi przez kapitalizm możliwościami a trudną rzeczywistością prowadzi do głębokiego kryzysu. Pojawiają się bunt, agresja, autodestrukcja.
Możliwości deklarowane przez gospodarkę są jednak fatamorganą. Kapitalizm swoimi obietnicami roztacza wokół spragnionych wizję intersubiektywną. To nie halucynacja, to miraż, opisany i funkcjonujący w świecie rzeczywistym. Powszechna i fałszywa imaginacja wzmacniająca nienasycenie. Nienasycenie prowadzące nierzadko do obłędu, wzniecające zło.
Możliwość
Po zabójstwie matki Giulia i Allesandro dyskutują na temat przyszłości. Dochodzą do wniosku, że „to szczególna okazja i każdy powinien z niej skorzystać”. Giulia siedząca obok katafalku, na którym spoczywa martwa matka, mówi o tym, jak się czuje: jest podekscytowana. Niewidoma rodzicielka stanowiła przeszkodę w dążeniu do niezdefiniowanych celów. Rodzeństwo zyskuje wolność, której w ich przekonaniu byli pozbawieni. Jednak nikt z nich nie ma pomysłu, co dalej z nią zrobić. W kolejnych scenach rodzeństwo dewastuje dom. Wyrzucają przez okna meble, a następnie palą ich szczątki w ogrodzie.
Między innymi troszczenie się jest przeszkodą i odbiera możliwość – prawdziwą lub iluzoryczną. Możliwość bogactwa, możliwość przeżycia niezwykłego życia. Opieka jest przerwą w karierze zawodowej, jest zatrzymaniem, pauzą. Pojawia się wstyd związany z przerwą od pracy. Norma kulturowa hierarchizuje odpowiednio opiekę, spychając ją na sam dół. Wedle wartości zachodnich najważniejsze są utrzymywanie statusu na odpowiednio wysokim poziomie oraz praca. Zdecydowanie mniej ważne są satysfakcja z życia czy dobre relacje.
Kapitalizm zapewnia o istnieniu życia prostego i przyjemnego. Jednocześnie ekonomiczny dyktat nakazuje jednostce funkcjonowanie w sposób autodestrukcyjny, marginalizując, a nawet usuwając podstawy życia, takie jak emocjonalność, troska i opieka, wspólnotowość, odpoczynek, przestrzeń na rozpacz i żałobę. Unikanie opieki często nie wynika z trudności materialnych ani z konieczności pracy „aby przetrwać”. Opieka – również nad dziećmi, pozbawiona jest etosu, który przynależy właściwie wyłącznie pracy zarobkowej. Praca bywa wymówką, dobrym uzasadnieniem dla dezercji, stwarza iluzję ucieczki przed śmiercią i chorobą. Tak jakby pracując od świtu do zmierzchu można było uniknąć tego wszystkiego, co w życiu jest trudne, jest nieszczęściem, cierpieniem. Jakby można było się wykupić. Poświęcenie wyłącznie pracy nie gwarantuje jednak dobrego życia. A w zasadzie całkowicie odbiera szanse na takie życie.
Bohaterowie filmu są przekonani o bezwartościowości trudu opieki. Chcą tego, co wszyscy, jednak czują, że nie mogą dostać tego. Podejmują więc ekstremalne decyzje, które i tak nie zbliżają ich do celu, ponieważ możliwość była iluzoryczna.
Nieszczęścia, choroba i śmierć są opowieścią o życiu w najbardziej skondensowanej i wzniosłej formie. Obecność umierających, ich towarzystwo, niejako chwilowo uśmierca, a obecność chorych zaraża chorobą. Tak jak przestaje pracować organizm chorego, stopniowo wyłączając się, tak samo zwalnia życie we wszystkich swoich aspektach. W końcu pozostaje jedynie przestrzeń na śmierć. Nie bez powodu w wierzeniach ludowych wytworzyła się mitologia wciągania do grobu. Powstało wiele rytuałów, które mają uchronić przed zabraniem w zaświaty. Gdy trwają opieka, pielęgnacja, zanika sfera zawodowa, towarzyska, a nawet rodzinna troszczącego się. Śmierć i choroba wypełniają w dominującym stopniu przestrzeń życia. Tak samo jest z opieką rodzicielską – każdy dzień jest podporządkowany istocie potrzebującej troski. Im więcej jej potrzeba, tym bardziej wpływa to na rytm i organizację życia.
W zastanej rzeczywistości pracownik, obywatel, mieszkaniec zachodniego kapitalistycznego świata w wieku produkcyjnym, mają bardzo ograniczoną możliwość opiekowania, troszczenia się. Rozpoczynając od ustawodawstwa, wsparcia socjalnego, poprzez normy kulturowe – tę decyzję podjęło państwo i rynek. Odbieranie prawa do przeżywania śmierci, choroby i opieki jest odczłowieczającą, krzywdzącą manipulacją kapitalizmu. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy to celowe, czy jedynie skutek uboczny stosowanych modeli ekonometrycznych.
Opieka – gdy się zdarza, jest ukrywana w samotności i milczeniu, aby nie rozpraszała innych wytwórców kapitału. Podświadomie wywołuje wstyd u opiekuna i wstręt u gapiów. Izolacja jest więc naturalną konsekwencją. W przeszłości widok umierających był powszedni. Zaletą pożegnań umarłych w domu było oswajanie śmierci. Umieranie nie było tabuizowane. Było tak samo obecne w rozmowach jak narodziny. Widok ciała zmarłego nie był niczym szczególnym nawet dla dzieci. Na pożegnaniach zmarłych gromadziły się całe wsie, przed chatą umieszczano czarne chorągwie, modlitwy trwały kilka nocy, były to tzw. puste noce. Gdyby – tak jak przed laty, opieka i śmierć były doświadczeniem wspólnotowym, przypomniane zostałyby ich powtarzalność, stałość, naturalność, intymność i wartość. Wartość, której próbuje się ich całkowicie pozbawić.
Wygnanie
Wprowadzanie reform socjalnych nie wynika z wysokiego poziomu empatii bytu, jakim jest gospodarka. Wynika z przewidzianych wymiernych i niewymiernych korzyści, jakie za sobą niesie. System ekonomiczny sam w sobie – bez ingerencji ludzkiej, jest zorientowany na wskaźniki zysków i strat. Jest pozbawiony szacunku i zrozumienia dla nieregularnej emocjonalności tych, którym ma służyć. Głównym powodem finansowania instytucji pomocowych jest przywrócenie rynkowi osób zdolnych do pomnażania kapitału. Czy postulat systemowej opieki geriatrycznej jest socjalistyczny czy kapitalistyczny? Jest dwojaki. Porządek legislacyjny stanowiący o opiece rodzinnej skonstruowany jest tak, aby opieka bliskich przegrywała z opieką systemową lub usługami prywatnymi. Kultura pomnażania zysków również zdecydowanie uznaje wyższość pracy zarobkowej nad troską o rodzinę, tej pierwszej nadając status cnoty, opiekę zaś kojarzy ze wstydem ubóstwa i bezczynności. Z jednej strony istnieje więc rozwiązanie problemu, ale nie istnieje możliwość wyboru. Istnieje współczynnik czasu i kosztów.
Domy opieki, które stwarzają iluzję godnych miejsc do umierania, są często zsyłką, skazaniem na banicję, wykluczeniem z grona rodziny. Pisarz i aktywista socjalistyczny – Ivar Lo-Johansson, w latach 50. XX wieku udokumentował warunki życia w domach opieki w Szwecji. Obserwacje doprowadziły go do działania na rzecz organizacji pomocy seniorom tak, aby mogli oni pozostać i umrzeć we własnych domach, we własnych łóżkach. Aktywność pisarza miała wpływ na kierunek polityki społecznej i hierarchię wartości. Zwiększyła się wrażliwość i dbałość o godność człowieka, integralność, emocjonalność, psychikę.
Wstręt do starości można pokonać, można nawet okazać serdeczność, ale nie da się obcemu okazać czułości za pieniądze. Starzy w domach opieki są porzuconymi pariasami, są jak hinduskie wdowy żebrzące na ulicach. Błagają o ratunek nie od nędzy, ale od samotności i separacji od rodziny i społeczeństwa. Niemalże całkowitą odpowiedzialność za to ponosi system.
Umieszczanie starszych w domach opieki nie powinno być normą, lecz ostatecznością. Tymczasem biznes opiekuńczy rozwija się prężnie. Obroty spółki Oprea, która posiada swoje ośrodki w całej Europie, wynosiły w 2021 roku 1,11 mld euro. Średni miesięczny koszt pobytu pensjonariusza to 10 000 euro, przy minimalnych wynagrodzeniach dla personelu i przerażająco niskich kwotach dziennych przeznaczanych na utrzymanie rezydentów, stanowiących nawet zaledwie 4 euro na osobę. Wszystko to wykazało śledztwo prowadzone przez francuskiego dziennikarza Victora Castaneta. Jego reportaż „Les Fossoyeurs” (Grabarze) wymusił debatę publiczną oraz reakcje francuskiego rządu. Na podstawie wywiadów ujawniono, że wskutek zaniedbań mogło dochodzić nawet do śmierci rezydentów. Wobec Orpei prowadzone są postępowania karne dotyczące również defraudacji funduszy, fałszerstw i łamania prawa pracy.
Ęttestupa
Analizując dzieje można dojść do wniosku, że wraz z postępem ekonomicznym powinna rozszerzać się troska o najstarszych. W zamożnych kulturach, w czasach dobrobytu starsi otrzymywali troskliwą opiekę, natomiast w cyklach nędzy i niedoborów niejednokrotnie poświęcano ich. Gerontocyd występował w wielu kulturach. Nie wiadomo, czy historia z „Ballady o Narayamie” rzeczywiście się kiedykolwiek wydarzyła, tak samo niepewny jest obraz starców z Chłodka, ukazany w „Przedwiośniu”. Istnieją jednak dowody na to, że starsi do dziś są zabijani w ubogich regionach Indii. Praktyka ta nosi nazwę thalaikoothal. Można spotkać się również z senicydem w historii Inuitów, starożytnych Herulów, Serbów (lapot), Rzymian, Scytów. W Singapurze funkcjonowały umieralnie dla chińskich imigrantów. Pensjonariuszami domów śmierci przy Sago Lane były przede wszystkim kobiety Samsui. Na piętrach mieściły się gęsto rozstawione łóżka, a na parterach funkcjonowały domy pogrzebowe. Domy istniały aż do 1948 roku – zazębia się to z gwałtownym wzrostem gospodarczym Singapuru.
Ęttestupa to szwedzkie słowo określające kilka stromych klifów. Mit głosi, że w prehistorycznych czasach nordyckich starsi członkowie społeczności rzucali się w przepaść w imię wyższego dobra podczas klęsk głodu lub kryzysów. Allesandro z filmu Bellocchio zepchnął niewidomą matkę ze stromego zbocza. Żył w czasach dobrobytu, pochodził z rodziny obszarników.
Kontrastem dla tych potwornych praktyk jest fakt, że już kodeks Hammurabiego zabezpieczał prawnie seniorów. Pierwsze studium dotyczące gerontologii powstało zaś w 1499 roku. Autorem był Gabirele Zerbi, profesor uniwersytetu bolońskiego. Wedle źródeł, starcy w średniowieczu polegali przede wszystkim na rodzinach. Ci, którzy pozostawali samotni, niekiedy jednoczyli się. Solidaryzowały się ze sobą wdowy, których status społeczny po śmierci męża drastycznie spadał. Znaleźć można zapiski o grupie wdów z Sardynii, która wyjechała razem do Barcelony, gdzie prowadziły wspólnie dom i wspierały się. Istniały tam również inne domy kobiece.
***
Kiedy normalizacja rzeczywistości i kultury należała do grup religijnych, narzucony przez kościół obowiązek opieki nad rodzicami bezpośrednio wiązał się z przyjętą wiarą. Wraz z sekularyzacją Europy normy społeczne coraz częściej ustanawia rynek. Nieprzydatne ekonomicznie jednostki są usuwane poza nawias. Również po to, aby nie przeszkadzały osobom czynnym zawodowo w pomnażaniu kapitału. Wobec tych faktów szczególnie ważne w kontekście badań nad starzeniem i pojawiającymi się konfliktami etycznymi są ekonomia moralna, ekonomia instytucjonalna i tzw. srebrna ekonomia.
Pojawia się natomiast pytanie, jak dalece rynek może organizować nam życie. Czy są to kwestie, nad którymi ekonomiści powinni się zastanawiać, czy raczej powinni podporządkować i dostosować się do tego, co do powiedzenia mają etycy, gerontolodzy, psycholodzy, specjaliści ds. polityki społecznej. Takie koncepcje jak silver economy częściowo zasługują na uznanie, natomiast najważniejszą rzeczą, jakiej potrzebują chorzy i umierający, jest zwrócenie im bliskich, którzy są zakładnikami kapitalistycznego terroru. Stać nas na to.
Przed anomią chroni solidarność społeczna, która jest przeciwnym biegunem egoizmu i indywidualizmu rozwijanych przez kapitalizm i konsumpcję. Wspólne domy, w których mieszkały wdowy, są dzisiejszym cohousingiem senioralnym. Wyrażają ideę kooperatyzmu i solidaryzmu, ale czy to wystarczające rozwiązanie? Na poziomie jednostki zjawisko ukazane w filmie Bellocchio nie stanie się powszechnym, ale istnieje poważne zagrożenie przemocą systemową wymierzoną w starszych i chorych.
Małgorzata Greszta
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Şahin Sezer Dinçer z Pixabay
przez redakcja | piątek 8 marca 2024 | klasyka, opinie
Rozwój wielkiego przemysłu w końcu XVIII wieku zapoczątkował w świecie nową gospodarkę, tzw. kapitalistyczną. Wynaleziono wówczas maszynę parową, która ludziom ułatwiła pracę. Kto miał kapitał, budował fabryki, kupował maszyny, ustawiał je w dużych halach i najmował ludzi do pracy. Starał się naturalnie o jak najtańszych robotników, a że nie wszyscy musieli być wykwalifikowanymi rzemieślnikami, bo przy maszynach jest dużo zajęć łatwych, mechanicznych, więc proponował zarobek kobietom, a nawet dzieciom, naturalnie o wiele mniej płacąc, niż mężczyznom.
Wielki przemysł zawsze wyzyskiwał pracę kobiet: dając im mamy zarobek, odrywał je od domu, nie troszcząc się o to, jak wychowają dzieci.
Obecnie w czasie kryzysu kobiety cierpią straszliwie. Można powiedzieć, że są one na dnie tego piekła, co się nazywa życiem proletariackim. Postaramy się wykazać, dlaczego tak jest.
Kryzys odbija się na kobiecie w różny sposób. Przede wszystkim zarobki spadają. Stawki kobiece są minimalne, zwłaszcza, gdy się odliczy świętówki. Nieraz zarobek tygodniowy kobiety nie przekracza 10 zł i za to trzeba wyżywić bezrobotnego męża i dzieci. Mąż nie dostaje roboty, bo praca żony jest tańsza. Niestety bowiem w okresie dobrej koniunktury nie przeprowadzono zasady „za równą pracę równa płaca” i kobieta jest faktycznie konkurentką mężczyzny: płacą jej o jedną trzecią, a czasem o połowę mniej.
W rodzinach, gdzie ani mąż, ani żona nie mają stałej pracy, kobieta szuka jakiegokolwiek przygodnego zajęcia – posługi, prania, szycia. Wskutek nadmiaru chętnych i te zarobki spadły bardzo znacznie. Posługaczkę można w Warszawie dostać za 10 zł miesięcznie i obiad, albo i bez obiadu, a praczkę za 3 złote dziennie, gdy dawniej płacono 7 zł. Jeszcze gorszy wyzysk jest w pracy chałupniczej. Szycie bielizny dla wojska przechodzi przez łańcuch pośredników i przynosi kobietom grosze. Roboty siatkowe, szydełkowe i inne tak są opłacane, że firanki ręczne konkurują w cenie z fabrycznymi. Dobrze, jeśli całodzienna praca chałupnicza daje złotówkę, bo czasem nie przynosi ona kilkunastu groszy (guziki ręczne, siatki, roboty szydełkowe).
W rodzinach bezrobotnych, korzystających z pomocy rozmaitych komitetów, troska o tę pomoc ciąży głównie na kobiecie. Ona musi dać jeść rodzinie, więc ona to przede wszystkim biega i „stara się” i to „staranie” organizuje. Ale i w rodzinach mających stały dochód troski kobiet są ogromne: trzeba przystosować nędzne zarobki do wielkich stosunkowo potrzeb. Pieniądze wystarczają najczęściej zaledwie na życie. Na mieszkanie, ubranie, szkołę dla dzieci, nieuniknione tramwaje w dużych miastach, nie mówiąc już o przyjemnościach, gazetach, książkach – nie ma pieniędzy. Trzeba by umiejętnie ułożyć budżet i trzymać się go bezwzględnie. Tego kobiety najczęściej nie umieją. Po prostu więc skąpią sobie wszystkiego, aby najwięcej zostało dla dzieci.
Warunki lokalowe proletariatu są straszliwym utrudnieniem życia kobiety. Jak utrzymać czystość i ład, jak zastosować się do najkonieczniejszych wskazań higieny w takiej ciasnocie, jaka panuje nie tylko w barakach, ale we wszystkich mieszkaniach robotniczych? Prawdziwymi bohaterkami są te, które mimo wszystko utrzymują mieszkania w porządku. Dzieje się to kosztem nadludzkiej pracy i zdrowia, bo mężczyźni, nawet gdy są bezrobotnymi, nie pomagają w pracy domowej, „babskiej”.
Pomimo to, że w obecnej dobie kryzysu kobieta musi pracować zarobkowo, nie ma ona pomocy w wychowaniu dzieci. Żłobki fabryczne są nieliczne, a przy tym nieraz bardzo daleko od miejsca zamieszkania robotnicy. Inspektorki fabryczne nie stawiają żądań tworzenia nowych żłobków, bo fabrykanci zasłaniają się kryzysem, a rządy, oparte o klasy posiadające, bronią nie kobiet pracujących, lecz fabrykantów. Przedszkoli, a nawet szkół jest za mało i coraz więcej dzieci nie ma gdzie się uczyć. W tym roku 1936/37 dla przeszło miliona dzieci w Polsce nie ma miejsca w szkołach. Łobuzują się i uczą jedne od drugich wszystkiego złego. Wzrasta liczba małoletnich przestępców, a nieszczęśliwe matki zaradzić temu nie mogą i nie umieją.
Rozpaczliwe jest położenie kobiet na wsi. Zawsze były przepracowane: całe gospodarstwo domowe, ogród, inwentarz, dojenie krów, spoczywa na ich barkach. Rodzenie, karmienie i wychowywanie dzieci, a do tego wszystkiego praca ciężka w polu. Ale dawniej ta nadludzka praca dawała chociaż utrzymanie. Dziś daje ziemniaki, trochę chleba i głód na przednówku. Mleko, masło, drób – to produkty, które wieśniaczka niesie do miasta, ale nie daje ich własnym dzieciom, a tym bardziej dorosłym członkom rodziny. A pieniądze ze sprzedaży idą przede wszystkim na podatki. Ileż się matka musi nakłopotać, by dzieci jako tako okryć i obuć. Leżą nagie w łóżkach gałganami przykryte.
Co się musi dziać w sercu matki, gdy na nie patrzy! A jaka rozpacz ją ogarnia, gdy się przekonywa, że znów zaszła w ciążę i musi urodzić nowego nędzarza!
Wszystko w domu na głowie kobiety i żadnych możności zaradzenia biedzie, bo na wsi nie działają organizacje pomocy właśnie w tych codziennych troskach. A przecież ludność wiejska to 22 miliony mężczyzn i kobiet, to główna siła robocza całego państwa.
Klasy rządzące rozumieją znaczenie świadomości ludności wiejskiej, starają się, żeby dzieci chłopskie uczyły się jak najmniej, szkoły na wsiach są najoszczędniej zorganizowane i najmniej uczą. Brak wszelkich nowoczesnych urządzeń, jak wodociągi, kanalizacja, gaz, elektryczność.
Brak oświaty i najniższy poziom warunków życiowych ciąży jak przekleństwo na życiu kobiet, sprawia, że uginają się one pod brzemieniem pracy i przedwcześnie niszczą swe siły fizyczne.
Są jeszcze i inne nieszczęścia, które gnębią kobiety.
Na rynku pracy ma kobieta trudności, jakich nie zna mężczyzna. Nie tylko bowiem praca kobiety jest do sprzedania w ustroju kapitalistycznym, ale i jej ciało. O ile jest młoda i ładna, zjawiają się panowie, którzy gotowi są płacić za jej wdzięki. Odrzuca nikczemne propozycje, ale czy zawsze może to zrobić? Majstrowie w fabrykach, szefowie w biurach wyrzucają na bruk kobiety, które nie są powolne ich żądaniom i odwrotnie dają awanse i wyższe stawki swoim kochankom. Lęk przed bezrobociem jest tak silny, że uczciwe żony robotników ulegają niekiedy nawet z wiedzą i zgodą mężów. Jest to już najwyższy stopień poniżenia i niewolnictwa kobiety w ustroju kapitalistycznym, rujnujący moralność całego społeczeństwa. Jakaż w ogóle może być moralność w tych potwornych warunkach, w których dziś żyjemy? Nie ma moralności bez pracy, która pozwala człowiekowi zarobić na najkonieczniejsze potrzeby, stworzyć rodzinę, wychować dzieci. Dziś takiej pracy pewnej i stałej nie ma ani w mieście, ani na wsi dla ogółu mieszkańców. Bezrobocie jest nie tylko klęską materialną, ale i moralną. Pomoc bezrobotnym dawana jest jak jałmużna. Poniża ona godność ludzką, przyzwyczaja do żebractwa, do życia z dnia na dzień. Mężczyźni, którzy dawniej uważali za swój obowiązek i punkt honoru utrzymać rodzinę, zostawiając kobiecie pracę domową, dziś z całym spokojem godzą się na to, że jako bezrobotni żyją z pracy i starań kobiet – żon, matek, sióstr i kochanek. Odrzucają oni pracę dla siebie nieodpowiednią, źle płatną, a kobiety chwytają każdą sposobność, aby tylko głód rodziny zaspokoić. Większe poczucie odpowiedzialności, właściwe kobietom dlatego, że jako matki bliżej są związane z dziećmi, sprawia, że biorą one na swe plecy cały ciężar. Jak wobec tego wygląda życie rodzinne? Często zamienia się ono w piekło, od którego mężczyzna ucieka, zostawiając żonę i dzieci na pastwę losu. Zdarza się jednak, że pijak biciem wymusza od żony jej zarobki i wydaje na wódkę, którą stara mu się uprzystępnić i podsunąć państwowy monopol spirytusowy. Prawo w dzisiejszym ustroju burżuazyjnym nie broni proletariuszki kobiety, często nawet zwraca się przeciw niej, a zawsze jest jakieś dalekie i niedostępne. Małżeństwo czyni z niej niewolnicę, macierzyństwo często spada na nią jak ciężar nie do podźwignięcia.
Dr Budzińska Tylicka w odczycie „Krzywda matki i dziecka” omawia szeroko sprawę świadomego macierzyństwa, więc się nad tym nie zatrzymuję, przechodzę natomiast do sprawy małżeństwa.
Po kilkunastu latach istnienia niepodległej Polski nie mamy jeszcze jednolitego prawa małżeńskiego, tylko pozostałe po dawnych zaborcach, w każdej prowincji inne. Na Wileńszczyźnie są tylko śluby kościelne, w byłym Królestwie istnieje nadto cywilny akt złączenia, za który trzeba płacić osobno, w poznańskim, zgodnie z prawem niemieckim, istnieją śluby cywilne, to znaczy ślub musi być zapisany przede wszystkim w urzędzie cywilnym i jest prawny, choćby potem młoda para nie poszła do kościoła i tam nie zawarła związku kościelnego. Ślub cywilny daje możność rozwiedzenia się, jeśli małżeństwo okaże się nieszczęśliwe. Tymczasem w kościele katolickim rozwodu nie ma, bo małżeństwo uważane jest za sakrament. Mimo to, jak o tym wszyscy wiemy, za grube pieniądze można w Rzymie dostać rozwód. Nazywa się to unieważnieniem małżeństwa i jest bardzo trudne do uzyskania. Czego jednak kapitaliści nie dostają za pieniądze! W konsystorzu, czyli w sądzie, w którym księża przeprowadzają „unieważnienia małżeństwa”, można postawić świadków krzywoprzysiężnych i sztuczkami adwokackimi dowieść, że nie było właściwego małżeństwa nawet tam, gdzie są dzieci. Jeśli kto nie ma tych tysięcy, których na to potrzeba, może zmienić wyznanie na ewangelickie lub prawosławne, w tych kościołach bowiem rozwód jest możliwy, więc taniej kosztuje. Cóż jednak mają robić biedni? Jeśli już zupełnie wytrzymać z sobą nie mogą, po prostu się rozchodzą. Często mężczyzna rzuca żonę z dziećmi i zamieszkuje bez ślubu z młodą dziewczyną, która mu się podoba. Żona jest tu bezbronna, bo wyprawowanie alimentów jest trudne i długie, kobieta nie wie, jak się wziąć do tego, jak zrobić, żeby to mało kosztowało. Gdyby były śluby cywilne i rozwody, to przy rozwodzie musiałoby się ustalać, ile mąż ma płacić na dzieci.
Jeśli znów ona nie może wytrzymać z mężem pijakiem lub nicponiem, który jej odbiera grosz ciężko zapracowany, bije ją i krzywdzi dzieci, to bardzo jej trudno uzyskać separację i odczepić się od niegodziwca. Separację bowiem przeprowadzają księża w konsystorzu, a oni zawsze umieją kobiecie radzić tylko jedno: pokorę i pogodzenie się z wolą bożą.
Tak więc, jak powiedzieliśmy, prawo nie broni kobiety, jest dalekie i niedostępne. Bliska jest tylko krzywda i niedola. Są oczywiście szczęśliwe małżeństwa, ale prawo jest na ludzi złych, bo dobrzy sobie i bez niego poradzą. Rozmaitość praw w Polsce – w każdym dawnym zaborze inne, w każdym wyznaniu inne – pozwala co prawda radzić sobie przy pomocy różnych kruczków, ale szkodzi moralności i unieszczęśliwia ludzi, zwłaszcza jeśli nie mają pieniędzy.
Tak więc na każdym kroku, w każdej sprawie ludzie biedni upośledzeni są w ustroju kapitalistycznym. Korzystanie z wynalazków, na które zdobył się umysł ludzki w technice, w wygodach życia codziennego, w organizacji pracy, w urządzeniu domu – wszystko to jest dla bogatych. Kobiety klas posiadających mają gaz, elektryczność, wodociągi i zlewy, waterklozety i wanny, maszynki do mięsa, do jarzyn, wyżymaczki i maszyny do prania, odkurzacze elektryczne i wiele innych ułatwień w gospodarstwie domowym. Robotnica ma najczęściej tylko swoje spracowane ręce. Bogate matki mogą dzieci wychować zdrowo w słońcu i powietrzu, dać im naukę i opiekę najlepszych wychowawców. Biedne robotnice zamykają dzieci w domu na klucz, idąc do pracy i bardzo się muszą nabiedzić, żeby je gdzie wcisnąć do przedszkola, a nawet do szkoły, choć się ona nazywa powszechną. A gdy dziecko proletariackie skończy lat 14, wyrzucają je z owej powszechnej szkoły, choćby jej nie skończyło i kończy się nauka. Szkoła średnia i uniwersytet to specjały nie dla niego. Wyjątkowo zdolne, pilne, wytrwałe i energiczne dzieci chłopów i robotników tam się dostawały w pierwszych latach Polski niepodległej. Kto się dostanie po tzw. reformie szkolnej rządów sanacyjnych? Osiemnaście tysięcy nauczycieli nie ma pracy, a dla miliona dzieci nie ma szkół w Polsce. Aby się uczyć nawet w szkole zawodowej, trzeba mieć pieniądze. Wiedza jest dla bogatych w ustroju kapitalistycznym.
Ale i prawo i moralność są dla bogatych. Kobiety zamożne rozwodzą się, zastrzegają sobie wszelkie prawa – pensje dla siebie, o ile nie wyjdą drugi raz za mąż, alimenty dla dzieci. Biedna robotnica, rzucona przez męża, szuka rozpaczliwie zarobku na chleb dla głodnych dzieci, a nie znalazłszy pracy, idzie na tak zwaną lekką, a naprawdę jakże ciężką i wstrętną drogę prostytucji. Prawo się nią zainteresuje, gdy okradnie gościa, zarazi się syfilisem lub podrzuci dziecko, któremu nie ma co dać jeść. Kobiety proletariuszki mało korzystają z prawa, a droga cnoty jest dla nich wąską i śliską ścieżyną, z której mężczyzna, zwłaszcza należący do wyższej klasy społecznej, często jej zwierzchnik lub chlebodawca ściąga je bez skrupułów i wyrzutów sumienia, bez naruszenia prawa, bez narażenia się na zarzut niemoralności.
Ciężkie jest położenie i smutny los kobiet pracujących w ustroju kapitalistycznym. Niestety przeważnie nie uświadamiają sobie całej swej krzywdy i nie myślą wcale z nią walczyć. Dużo tu winna jest czuła opieka księży, którzy wmawiają kobietom, że winny być pokorne, posłuszne, ciche i pracowite bez zastrzeżeń. Takie nauki są bardzo wygodne dla klas panujących, bo biedacy się nie buntują. Ale dla uciśnionych, dla chłopek, dla służących i dla robotnic, wyzyskiwanych przez pracodawców takie pokorne znoszenie krzyża – to utrzymywanie go na całe wieki, na całe pokolenia. Trzeba walczyć ze złem, zamiast mu się poddawać.
W drugiej połowie XIX wieku rozwinął się wielki ruch wyzwoleńczy o równouprawnienie kobiet, zwłaszcza w Anglii. Kobiety toczyły zacięte boje o swoje prawa polityczne, o prawo uczęszczania do szkół średnich i uniwersytetów. W walkach tych brały udział przeważnie kobiety klas średnich. Z poświęceniem znosiły prześladowania policji i kary więzienia.
Opinia publiczna wypowiadała się przeciwko tym pionierkom, ośmieszając je przez prasę, gdzie umieszczano głupie dowcipy i fotografie nieodpowiednie.
A jednak siła oporu nie malała, przeciwnie: rosły zastępy walczących we wszystkich krajach. Powstawały organizacje międzynarodowe do walki z przesądami i upośledzeniem kobiet we wszystkich dziedzinach życia publicznego, politycznego i rodzinnego.
Ruch emancypacyjny kobiecy z wyjątkiem Anglii nie objął szerokich mas kobiet proletariatu. Ale równocześnie zaczęło się organizowanie proletariuszek w partiach socjalistycznych, dążących również do poprawy doli kobiet.
Socjaliści wiedzą, że przeciwieństwa klasowe istnieją między kobietami, jak między mężczyznami. W decydujących chwilach walki, kiedy stan posiadania może być narażony, kobiety klas posiadających stają z mężczyznami tych klas do wspólnej walki przeciw proletariatowi.
W epokowej książce „Kobieta i socjalizm” August Bcbel, wódz socjalizmu niemieckiego, położył podwaliny pod nowy światopogląd: określił stanowisko socjalizmu do tak zasadniczego zagadnienia, jak rola kobiety w życiu społecznym, gospodarczym, wykazał krzywdę kobiet od zarania dziejów poprzez wieki średnie, aż do czasów współczesnych, upośledzenie przez wszystkie religie.
Chociaż 60 lat upłynęło od napisania tej książki, jeszcze wiele spraw, dotyczących stanowiska kobiet, czeka na rozwiązanie. Bo dopiero w ustroju socjalistycznym cały ogrom krzywdy przytłaczającej kobiety może zniknąć.
Socjalizm bowiem organizuje życie na zupełnie innych podstawach, niż świat kapitalistyczny.
Interes świata pracy jest pierwszym przykazaniem, gdy obecnie interes małej grupy posiadaczy zajmuje naczelne miejsce, bo rządy kapitalistyczne opierają się właśnie na tej małej grupce.
Toteż wszystkie usiłowania dążące do obalenia dzisiejszego ustroju, powinny znaleźć najgorętsze poparcie przede wszystkim u kobiet, tych milionów pokrzywdzonych, upokorzonych, odpowiedzialnych jednak za los swoich dzieci.
Drzwi do nowego ustroju jeszcze zamknięte. Jednak siła kapitalizmu bankrutującego słabnie, a wspólny wysiłek całego świata pracy, zarówno kobiet, jak i mężczyzn przyśpieszy zwycięstwo socjalizmu. Zrzucić z ludzkości zmorę załamującego się ustroju, opartego na najciemniejszych siłach faszyzmu – to zadanie, które wykonać musimy.
W tym nowym ustroju kobiety znajdą sprawiedliwość, a więc ochronę pomoc i radość życia dla siebie i swoich dzieci, oraz zupełne równouprawnienie z mężczyznami nie tylko w prawach politycznych (to już mamy), ale nadto w pracy i w rodzinie.
Dziś już socjalistki żądają:
Za równą pracę równej płacy i jednakowego dostępu do stanowisk kierowniczych i odpowiedzialnych, zależnie od zdolności i kwalifikacji, a bez względu na płeć.
Rzeczywistej ochrony kobiet i opieki nad matką i dzieckiem w miastach i po wsiach oraz poradni świadomego macierzyństwa.
Żłobków, przedszkoli, szkół i świetlic w dostatecznej ilości dla wszystkich dzieci miast i wsi.
Budownictwa domów z tanimi nowoczesnymi mieszkaniami dla ludzi pracy, urządzonymi tak, aby ułatwić i uprościć kobietom gospodarstwo domowe.
Jednolitego w całej Polsce prawa małżeńskiego, opartego na nowoczesnej nauce i dostosowanego do dzisiejszych warunków życia. Tanich ślubów cywilnych i rozwodów z tym, że kto chce, będzie obok cywilnego brał ślub kościelny.
Zrównania w prawach dzieci ślubnych z nieślubnymi.
Surowego prawa karzącego stręczenie i namawianie do prostytucji, zwłaszcza jeśli mężczyzna jest zwierzchnikiem kobiety.
Nowej ustawy prohibicyjnej, ograniczającej sprzedaż napojów alkoholowych, którą teraz forsuje państwowy monopol spirytusowy.
Władysława Weychert-Szymanowska
Powyższy tekst Władysławy Weychert-Szymanowskiej pierwotnie ukazał się w zbiorowej broszurze „Czy kobieta ma być wyzwoloną czy niewolnicą?”, wydanie II poszerzone, nakładem Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Warszawa 1937. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.