Wyścig z czasem

Wyścig z czasem

Zaczynają się modernizacje finansowane z Krajowego Planu Odbudowy. Trzeba je zrealizować do połowy 2026 roku. Będzie z tym duży problem.

– „Na chwilę obecną przyjmuje się ukończenie wszystkich zaplanowanych przedsięwzięć w terminie do końca drugiego kwartału 2026 r.” – mówi rzecznik prasowy PKP Polskich Linii Kolejowych Karol Jakubowski. I zapewnia: „PKP PLK stale monitorują projekty, aby zminimalizować wystąpienie ryzyka i zrealizować projekty w terminie przyjętym w Krajowym Planie Odbudowy”.

Dokument KPO wskazuje, że realizacja przedsięwzięć prowadzonych ze wsparciem z tego źródła musi skończyć się do 30 czerwca 2026 r.

Choć sam dokument został uzgodniony przez Polskę i Komisję Europejską w 2022 r., to następnie z powodu ciągnącego się dwa lata konfliktu o fundusze KPO mocno skurczył się czas na realizację przedsięwzięć.

To się nie uda

Z podpisaniem kilku dużych umów na modernizacje linii kolejowych w ramach KPO spółka PKP PLK musiała wstrzymywać się prawie rok. W przetargu na modernizację linii Pszczyna – Żory oferty otwarto w czerwcu 2023 r., a umowę z wykonawcą zawarto w marcu 2024 r. Również w marcu 2024 r. podpisana została umowa na rewitalizację linii Kępno – Oleśnica, na którą oferty otwarto w maju 2023 r. Dzięki przywróceniu tej linii do życia znów będzie możliwy dojazd koleją do Wrocławia z pogranicza województw wielkopolskiego, łódzkiego, opolskiego i dolnośląskiego. Linia ma zostać zelektryfikowana, a pociągi mają na niej rozpędzać się do 160 km/h.

Na razie musi rozpędzić się wykonawca. Zgodnie z warunkami umowy, dokumentacja projektowa ma powstać w 10 miesięcy od podpisania umowy, czyli do stycznia 2025 r., a dokumentacja wykonawcza w kolejne siedem miesięcy, czyli do sierpnia 2025 r. Ten harmonogram pozostawia więc niecały rok na prace torowe, instalację nowych urządzeń sterowania ruchem, budowę dwóch podstacji trakcyjnych i elektryfikację linii.

Warunki umowy wskazują, że prace na linii mają zakończyć się 27 miesięcy od podpisania umowy, a więc dokładnie w czerwcu 2026 r. Jak widać, nie założono nawet jednego miesiąca rezerwy.

W marcu 2024 r. podpisano wartą 2,4 mld zł umowę na kompleksową przebudowę nieczynnego w ruchu pasażerskim od 2004 r. odcinka Nowy Sącz – Limanowa (wraz z projektowaną linią Piekiełko – Podłęże ma on stworzyć nowy ciąg łączący Sądecczyznę z Krakowem). Jak oznajmiono w informacji prasowej, „czas wykonania prac PKP PLK określiły na 31 miesięcy”. To oznacza, że termin zakończenia robót wyznaczono na październik 2026 r., a więc już po dacie, do której trzeba zdążyć z przedsięwzięciami realizowanymi w ramach KPO. Termin ten i tak należy uznać za optymistyczny – zlecenie obejmuje bowiem drążenie tunelu o długości 3,8 km oraz budowę linii częściowo nowym śladem.

Plan odbudowy kolei

Większe szanse na wyrobienie się z pracami do połowy 2026 r. dają mniejsze przedsięwzięcia objęte Krajowym Planem Odbudowy. Ich celem jest zwiększenie przepustowości i likwidacja wąskich gardeł.

To między innymi budowa posterunków odstępowych, które umożliwią zwiększenie częstotliwości kursowania pociągów. Mają one powstać na odcinkach Bardo – Kłodzko, Koluszki – Tomaszów Mazowiecki, a także na odcinku Łask – Pabianice, na którym zlecono stworzenie posterunku odstępowego Kolumna – w miejscu, gdzie taki posterunek istniał do 2020 r., lecz został zlikwidowany podczas modernizacji linii.

Na linii Warszawa – Częstochowa na stacji Rozprza zostanie odbudowany dodatkowy tor, co ułatwi przepuszczanie pociągów pasażerskich przez składy towarowe. Mówiąc nawiasem, tor – którego odbudowa będzie kosztować 11,2 mln zł – został zlikwidowany przez PKP PLK podczas przebudowy stacji w latach 2014-2015.

KPO zdalnie sterowane

Część funduszy z KPO spółka PKP PLK postanowiła przeznaczyć na upowszechnienie komputerowych systemów zdalnego sterowania ruchem kolejowym.

Na przykład na linii Radom – Dęblin z nastawni na stacji Jedlnia-Letnisko zdalnie sterowane będą stacje Pionki, Żytkowice i Garbatka-Letnisko. Z kolei stacja Rząsawa na linii Częstochowa – Chorzew-Siemkowice będzie zdalnie sterować pozostałymi stacjami na tej trasie: Cykarzew, Brzeźnica nad Wartą i Biała Pajęczańska. Jest to o tyle zaskakujące, że na tych trzech stacjach podczas zrealizowanej w latach 2018-2021 modernizacji wybudowano nowe nastawnie.

Dzięki funduszom z KPO w różnych częściach Polski mają zostać zainstalowane na peronach wyświetlacze informujące pasażerów o ruchu pociągów, natomiast na skrzyżowaniach torów z drogami urządzenia samoczynnej sygnalizacji przejazdowej.

Dostosowanie do realnych możliwości

Rzecznik PKP PLK zapewnia, że spółka poważnie podchodzi do terminowości prac. – „Wszystkie projekty monitorowane są na bieżąco i w sytuacji możliwości wystąpienia ryzyka podejmowane są działania w zakresie ich łagodzenia” – mówi Karol Jakubowski, precyzując, jakie to działania: „Dbanie o terminowość w procesie pozyskiwania decyzji, współpraca z organami prowadzącymi postępowania oraz utrzymywanie stałych i dobrych relacji, nadzór ściśle określonych terminów, a także unikanie konieczności uzupełniania braków formalnych w dokumentach”.

W spółce PKP PLK zapytaliśmy, które z przedsięwzięć objętych KPO uważa się za najbardziej zagrożone opóźnieniami. Karol Jakubowski nie wskazał konkretnych, już zleconych zadań, ale zapewnił: „Trwa przegląd projektów i możliwości ich realizacji. W zależności od wyników tej analizy będą podejmowane decyzje co do zasadności ich finansowania z funduszy KPO lub ewentualnie z innych źródeł”.

Analiza ta dotyczy przede wszystkim tych przedsięwzięć, dla których wciąż jeszcze nie zostały podpisane umowy z wykonawcami.

Z kolei Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej w ramach rewizji – której celem jest „dostosowanie przyjętych zobowiązań do realnych możliwości Polski” – zaplanowało rozmowy z Komisją Europejską na temat zmiany terminu zakończenia przedsięwzięć z zakresu infrastruktury kolejowej. Resort chce zaproponować przesunięcie terminu zaledwie o dwa miesiące – do 31 sierpnia 2026 r.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/130 maj-czerwiec 2024)
https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski.

Twój gust jest lepszy niż mój?

Twój gust jest lepszy niż mój?

Natalia Przybysz została w programie Łukasza Jakóbiaka „20m2” zapytana, co jej się nie podoba w Polakach. Odpowiedziała, że ich fascynacja średniowieczem oraz ich mentalne utkwienie w tej epoce. Ma o tym świadczyć fakt, iż będąc w Rynie na wakacjach mogła zaobserwować swoich rodaków zwiedzających znajdujący się tam zamek. Z kolei średniowieczna mentalność „ludu” polskiego, jak mówi artystka, została odnotowana podczas spływu kajakowego. To z jego perspektywy, bezpiecznej odległości, mogła poprzyglądać się „mięsożernej masie Polaków”, którzy na brzegu rzeki, o zgrozo, kąpali się i grillowali. „I te dźwięki, które wydają ludzie zmasowani, Polacy, z grillem, kiełbasą, z brzuchem, z czerwoną taką głową opaloną, taką spaloną, to jest coś średniowiecznego” – mówi.

Pismo nie odda jednak wyższości i pogardy, z jaką Przybysz wypowiada te słowa. Obecne w jej wypowiedzi chamofobia oraz klasizm to nic dziwnego, wszak to cechy dystynktywne polskiej „klasy szampańskiej”. Nie dziwi nawet stygmatyzująca ocena czyjejś cielesności, gdyż „oni” są zawsze brzydcy, a „my” piękni. Aż strach pomyśleć, na jakie zarzuty można by się narazić, gdyby ocenić wygląd samej Przybysz (jeśli ona może, dlaczego nie mogę ja?), która wypowiadając słowa względem ludu, jako że jest bardzo szczupła, wręcz chuda, i krótko ostrzyżona, przypomina zagłodzone dziecko lub przybysza z innej planety. Podejrzewam, że spora część tego męskiego „ludu” jest na szczęście ciałopozytywna: kto jak nie „typowy Janusz”, by użyć tej figury, akceptuje siebie takim, jakim jest? Można się tylko od niego w tym względzie uczyć!

Ale nie o stygmatyzację ciała tutaj idzie, lecz o jedzenie: kiełbasę i grilla. Kilka lat temu Maciej Stuhr namawiał, aby nie wyśmiewać Polaków za disco polo i grilla, lecz edukować ich, aby kiełbasę zastąpili bakłażanem. Kiełbasa stała się zatem, jak schabowy i rosół w niedzielę, elementem dystynkcji klasowej. „My” mamy gust, nie tylko muzyczny, ale i kulinarny, „oni” są go pozbawieni.

Jedzenie jako czynność jest uwarunkowane zarówno biologicznie oraz kulturowo. Jako organizmy żywe, ssaki, musimy jeść, by przetrwać (chyba, że żywimy się słońcem, jak gwiazdy Hollywoodu), lecz to, co, jak, kiedy, z kim, dlaczego i co nam smakuje – jest już zależne od kultury. Przykładowo, nic w ludzkiej biologii nie przesądza, czym powinniśmy jeść: rękoma, nożem i widelcem czy pałeczkami. Gdy biologia człowieka coś przesądzała w tej kwestii, to nie byłoby różnorodnych sposobów jedzenia. Jedzenie jako zbiór czynności kulturowych jest także uwarunkowane klasowo w ramach jednego społeczeństwa (przypomnę, że jedzeniu był poświęcony cały numer „Nowego Obywatela”). Klasy wyższa oraz średnia, które jedzenie traktują jako wyraz prestiżu społecznego oraz wyraz swojego gustu, najczęściej z niesmakiem krzywią się na jedzenie klasy ludowej.

Widać to w szeregu programów telewizyjnych, by wymienić tylko najbardziej wymowne pod kątem konstruowania obcości i inności klasy ludowej, czyli „Damy i wieśniaczki” oraz „Biedny dom, bogaty dom”. „Dama”, rzecz jasna, nie zje smażonej kapusty, bo ta śmierdzi – jeśli kapusta, to tylko w postaci kimchi. Zresztą ona i tak nie gotuje, lecz je w restauracjach. Wszak ten program, i sama postać „damy” to ideologiczny konstrukt, do którego trzeba dążyć pozbywając się znaków swojej klasowości: od wyglądu, przez zapach, po jedzenie. „Bogaci” nie wiedzą, co kupić na obiad za kwotę, którą średnio wydają na pół chleba. To, co jemy, świadczy o naszym klasowym pochodzeniu. To, co potrafimy ugotować i z jakich składników – także.

Ta ostatnia kwestia jest dobrze widoczna w programach kulinarnych przeznaczonych dla dzieci, typu „Master Chef Junior”. Rzadko kiedy dzieci są skonfundowane jakimś ekskluzywnym produktem, z którego mają przygotować danie, jak np. homar, co świadczy, że są z nim zaznajomione. To z kolei pokazuje, że ich rodziców stać na taki produkt. Dziecko z biednej rodziny, w której nie przygotowywano danej potrawy, miałoby znacznie utrudnione możliwości rywalizacji z dziećmi z rodzin bogatych, bo oczywistym jest, że wygra ten, kto więcej ćwiczył i nabył doświadczenia w obchodzeniu się z danym produktem.

Nawiasem mówiąc nie mogę się pozbyć wrażenia, obserwując ten program, że gotowanie i marzenie o byciu kucharzem to raczej zachcianka i fanaberia bogatego dziecka, któremu rodzice pozwalają na takie ekskluzywne hobby, ale w pewnym momencie życia dziecka powiedzą coś w stylu: „No dobrze, fajnie, że umiesz gotować i masz swoje wysublimowane podniebienie, możesz się tym zawsze pochwalić, ale teraz idź na studia prawnicze, żeby potem przejąć kancelarię rodziców”. Kucharz to nie jest zawód dla bogatych dzieci.

Klasowość jedzenia świetnie widać w programie „Ugotowani”. Polega on na tym, że cztery osoby wzajemnie zapraszają się na kolację. Opis programu mówi, iż uczestnicy to „zwykli ludzie z niezwykłymi umiejętnościami kulinarnymi”, ludzie różnych zawodów czy pasji. Z punktu widzenia klasowego są oni stosunkowo podobni: najczęściej mają zawody związane z klasą kreatywną lub związane z pracą umysłową, są dobrze wykształceni, bardzo dobrze zarabiają, co widać po wystroju mieszkania lub domu, mają oryginalne pasje, bardzo dużo podróżują w celu gromadzenia licznych doświadczeń, w tym kulinarnych. Jedzenie jest przedłużeniem ich osobowości, wyrazem ich pasji, chęci poznawania świata. Przygotowywane przez nich jedzenie jest wysublimowane i ekskluzywne. Nieumiejętność obchodzenia się z jakimś produktem lub nieodtworzenie oryginalnego smaku danej potrawy czy też przygotowanie jej z produktów zastępczych, naraża uczestnika na przegraną. Jest oczywistym, że jeśli przygotowujesz curry, to musisz użyć przypraw prosto z Indii, najlepiej stamtąd przywiezionych, a mówiąc pół żartem, pół serio: samodzielnie uprawianych. Jeśli dodasz przyprawy z Lidla, a nawet te kupione w wielkomiejskich sklepach z kuchniami świata, to i tak narazisz się na sadystyczno-szczerą ocenę (wygłaszaną przy okazji wystawiania noty za kolację), gdyż wytrawne podniebienie uczestnika poinformuje, iż „Byłem tam i to tak nie smakuje”.

Ocena jest tutaj kluczowa, gdyż program na charakter konkursowy. Potrawy są przygotowywane w kuchni przez uczestnika, który często się stresuje, co przypomina pracę na szybkich obrotach w restauracji. W tym czasie trójka gości komentuje wystrój mieszkania, dochodzące zapachy, dźwięki lub zbyt długi czas oczekiwania na potrawy. Uczestnicy nie wiedzą, co zostanie im zaserwowane, lecz mogą domyślać się dzięki rozszyfrowaniu nazwy potrawy, która zazwyczaj brzmi egzotycznie, np. „Błękitna laguna” lub „Zielone Indie”.

Na drugim biegunie tego ponowoczesnego stylu życia, którego częścią jest jedzenie, znajduje się mniej lub bardziej tradycyjny styl życia ze swoją specyfiką znajdującą wyraz w potrawach. Nie ma on jakiejś wyraźnej reprezentacji w telewizji, a jeśli już jest pokazywany, to raczej jako coś wstydliwego, co musi zostać szybko przekształcone w formę bardziej odpowiadającą pożądanemu wyobrażeniu o guście kulinarnym. Ma za to, a raczej miał (o czym za chwilę) odzwierciedlenie w popularnej prasie w postaci „Przyślij przepis!”.

Przepisy do niej wysyłali właśnie „zwykli ludzie”, najczęściej z małych miasteczek lub wsi, niekiedy tylko z miast średniej wielkości, rzadko z większych. Potrawy są typową kuchnią domową, choć zawsze urozmaiconą jakimś rodzinnym smakiem lub zabiegiem gospodyni. Naczelne zasada to: tanio, smacznie, szybko, zdrowo. To zazwyczaj ludzie ciężko pracujący, głównie fizycznie, nie mający czasu na potrawy zajmujące dużo wysiłku, o czym piszą w opisach. Przytoczę kilka z nich: „Od wielu lat zajmuję się domem, od niedawna jestem szczęśliwą babcią. Te roladki przygotowuję dla córki, która je uwielbia”. „Danie jest bardzo smaczne i szybko się je robi. Ma wyrazisty słodko-ostry smak. Mój maż, choć nie przepada za drobiem, bardzo je lubi”. „Mąż oraz córka bardzo chwalą moją kuchnię. Brokułowe babeczki to bardzo zdrowe danie na ciepło”. „Od czterech lat jestem mężatką i matką 2,5-letniego synka. Obecnie zajmuję się jego wychowaniem. Koreczki to świetna przegryzka”. „Nie pracuję zawodowo. Na co dzień zajmuję się wychowaniem dwójki dzieci. Lubię gotować, a wielu potraw nauczyła mnie babcia. Zaglądam często do jej zeszytu z przepisami. Boczek zapiekany to jeden ze specjałów, które polecam” (podaję za „Przyślij przepis!”, nr 1/2010).

Ponadto każdy numer zawierał opis obiadu u jakiejś rodziny, do którego pismo zachęcało następująco: „Pochwal się swoją rodziną i potrawą, którą wspólnie gotujecie”.

Gazetka ta przeszła jednak ewolucję: od przepisów prostych, domowych i tanich (ludzi tych nie stać na homara), choć zawsze zrobionych i przyozdobionych zgodnie ze swoim gustem, do coraz bardziej wyszukanych, zdrowych. Zastępuje się kostkę rosołową, unika „biedniejszych” produktów, np. parówek. Pewnie te najnowsze, których już nie kupuję, bo wolę stare, niewiele się różnią od przepisów dla bogatszych kobiet, które i tak często nie gotują. Być może to efekt naśladowania kuchni bardziej elitarnej i światowej, potrzeby spróbowania czegoś nowego i eksperymentowania, choć na swoich warunkach, a może nawet chęci przynależenia do klasy wyższej. Czy oznacza to, że proces unowocześnienia kuchni klasy ludowej się powiódł? A może już inni ludzie wysyłają przepisy? Kwestia do zbadania.

Wyobraźmy sobie jednak spotkanie „ugotowanego” i starego „przyślijprzepisowca”. Załóżmy, że ten drugi zaprasza pierwszego na obiad. Co by estetycznie i smakowo raziło, wręcz obrzydzało, „ugotowanego”? Co naraziłoby na śmieszność i krytykę „przyślijprzepisowca”? Co byłoby kiczem kulinarnym, wyznaczanym rzecz jasna z wyższościowej pozycji „ugotowanego”?

Po pierwsze: nazwy potraw, takie, jak: „Szalone pierogi”, „Kieszonki teściowej”, „Placek Tadzika”, „Sałatka prościutko”. Są rodzinne, swojskie, zwykłe: dla „ugotowanego” za mało tajemnicze i „tutejsze”. Po drugie: ozdoby i dekoracje, których naczelną zasadą estetyczną jest kolorowość. W dobrej „przyślijprzepisowej” dekoracji nic do siebie nie pasuje: naleśniki są z mięsem i pieczarkami, ale podane na sałacie, z papryką i kwiatkiem wyciętym z pomarańczy. Im więcej kolorów tym lepiej! Minimalizm? Wykluczone! Po trzecie: naśladowanie potraw droższych z tanim zamiennikiem, np. Boeuf Stroganow z parówek. Po czwarte: łączenie produktów do siebie niepasujących, np. owsianka zrobiona na kostce rosołowej z dodatkiem rozpuszczonego serka topionego z pokrojoną w plasterki parówką (dodam, że potrawa ozdobiona jest listkiem bazylii). Albo inny przykład: pożywna zupa warzywna z tostami (z serem i szynką). Po piąte: kiepska jakość produktów (np. parówki, kostka rosołowa, paluszki krabowe). Po szóste: zdjęcia jedzenia. Jako że fotografują to amatorzy, zdjęcia nie zawsze wychodzą „apetycznie”, gdyż fotografia kulinarna to trudna sztuka. Po siódme: tania i niekompletna zastawa, w której wszystko jest z innej parafii. Elementy można by mnożyć.

Łatwo z wyżyn kulinarnego, ekskluzywnego gustu pośmiać się i zawstydzić w ten sposób gotujących ludzi. Powiedzieć, że „mój gust jest lepszy niż twój”.

Tylko coś się traci. Traci się to, czego zawsze brakowało mi w „Ugotowanych”. Wspólnej przyjemności gotowania (u „przyślijprzepisowców” każdy ma swoją rolę i widać, że nie jest to na pokaz), sprawiania radości tym, których się kocha, a nie narcystycznego popisu swoich umiejętności, w którym zadowolenie podniebienia innych jest nagrodą dla twojego ego. Czasami uśmiech z keczupu na omlecie jest więcej warty niż jajka, z których został zrobiony. Bywa i tak, że jedzenie tego, co jadły nasze babcie i mamy, daje poczucie łączności z nimi, bo korzenie, także te kulinarne, są ważne. Może czasami warto wrócić do potraw robionych przez nasze babcie i mamy? Do dawnych smaków dzieciństwa i okresu nastoletniego, kiedy nie mądrzyliśmy się jeszcze o klasowym wymiarze jedzenia, tylko ze smakiem jedliśmy mokry chleb z cukrem albo mieszaliśmy słone paluszki z czekoladą? Lubię myśleć, że te smaki z nami zostają. Szkoda, że wielu z nich nigdy już nie spróbujemy. Nikt nigdy nie zrobi takich pierogów jak nasze Mamy.

Badacze społeczno-klasowych gustów mówią o pojęciu „wszystkożerności”. Oznacza ono, że gust tzw. klasy wyższej wcale nie jest ograniczony wyłącznie do kultury wysokiej. Nie wiem, czy tak jest w przypadku jedzenia (intuicja mi podpowiada, ze nie). Myślę, że część z nas, spoza klasy wyższej, pomieszkuje w różnych kuchniach, w tym sensie jesteśmy, już dosłownie, wszystkożerni. I chyba dobrze. Oby tylko zapatrzenie w wysmakowaną kuchnię nie pożarło czegoś więcej.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Pozytywny mit. Neoliberalny

Pozytywny mit. Neoliberalny

„To ma być pozytywny mit! To ma być pozytywny mit!” – nakazuje dyrektor Teatru im. Słowackiego, Krzysztof Głuchowski, w kontekście musicalu „1989”. No i powstaje blaga, bo każdy tego typu nakaz jest przecież z założenia generatorem ściemy.

Marcin Napiórkowski, współscenarzysta i autor większości tekstów, próbuje dorzucić jakieś niuanse, jakieś wątpliwości, ale nic z tego nie wychodzi – żaden klin nie wbija się w ten ideowo monolityczny przekaz. Miał wraz z innymi współscenarzystami ponoć wiele pomysłów, które szły dalej w przyszłość, poza 1989 rok, ale (co zresztą przyznaje sam Głuchowski) zostały one przez dyrektora krakowskiego teatru stłamszone. Stało się tak, ponieważ ten ostatni wierzy, że 4 czerwca 1989 roku jest „największym zwycięstwem w historii Polski”, a poza tym ci młodzi nie mogą nic z tego pamiętać (serio, taki argument Głuchowski wysuwa w wywiadzie w przerwie spektaklu).

I nic tu nie pomogły drobne ustępstwa ze strony Głuchowskiego. Ani spór w celi Kuronia z Frasyniukiem o kształt państwa, gdy już dojdą do władzy – bo słowa Kuronia o konieczności reformowania socjalizmu (w kontrze do frasyniukowego oczekiwania na walec kapitalizmu) nie brzmią poważnie, gdy wiemy, że Kuroń z pełną mocą będzie potem wspierał całą tę antyspołeczną degrengoladę. Ani też straszenie przez Jaruzelskiego, że jeszcze lud zatęskni za komuną, gdy pozamykają stocznie i walcownie – bo Jaruzelski jest tu przedstawiony jak upiór z najgorszych dystopijnych koszmarów, trudno więc żebyśmy komuś takiemu wierzyli. A już na pewno klina nie wbija ostatni monolog Kuronia, w którym ten obawia się, że może kiedyś on i reszta ekipy stwierdzą „byliśmy głupi”, co mogłoby być nawiązaniem do faktycznego uderzenia się w pierś przez Kuronia dwa lata przed śmiercią, gdy ostatecznie stwierdził, że to nie była dobra droga, że można było inaczej, że podżyrowanie przez niego Planu Balcerowicza było wręcz grzechem. Niestety najbardziej z tego monologu zapada w pamięć, że Kuroń obawia się, że przyjdzie nowy Leszek i przyprowadzi brata Jarka.

Mamy więc ubraną we frywolny kostium, niemal niezniuansowaną liberalną narrację. I kolejną próbę wmówienia widzowi, że hurraoptymizm po 4 czerwca 1989 roku jest częścią pamięci kolektywnej całego społeczeństwa. No nie, kochani wygrani, to jest wasza pamięć – pamięć kolektywu beneficjentów transformacji, z którym rzesze Polek i Polaków nie są w stanie się utożsamić. Gdzie się podziali robotnicy, których nowa władza potraktowała jeszcze gorzej niż poprzednia? Gdzie się podział jeden z najważniejszych motywów tamtych przemian – cyniczny piruet nowych elit, które pogrzebały własne idee? Gdzie motyw byłych robotników, będących teraz u władzy, mających w dupie robotników obecnych? A byli związkowcy niszczący teraz związki zawodowe? Tego w spektaklu nie ma – historia urywa się w końcu na „największym zwycięstwie w historii Polski”.

Dostajemy więc jednotorową opowieść o radości milionów, kolejny raz zrekonstruowany mit-ściemę, sankcjonujący neoliberalny porządek. Trafne pytania zadaje Agata Sikora: „Jak ten spektakl odbierają – czy raczej »odbierałyby« – osoby z zamkniętych stoczni, którym się nie udało? Czy »pozytywne mity« konstruowane retrospektywnie mogą służyć komuś innemu niż zwycięzcom?”.

Czekam (ale się nie doczekam) na dekonstrukcję mitu założycielskiego III RP, zamiast kolejnej rekonstrukcji. Bo zamiast katharsis i odświeżenia dyskursu otrzymujemy tu przypudrowanego nowoczesną formą, uśmiechniętego po fajnopolacku trupa. Udającego, że wszystko poszło tak, jak powinno. To ma być pozytywny mit! To ma być, kurwa, pozytywny mit!

Grzegorz Janoszka

Zdjęcie w nagłówku tekstu: kadr z teledysku promującego musical „1989”.

Annie myje włosy szamponem Elseve

Annie myje włosy szamponem Elseve

Ernaux pisze książki o konflikcie i awansie klasowym – to najszybsza i najkrótsza odpowiedź na pytanie w rodzaju „o czym to jest?”. Można oczywiście wikłać się w długie opowieści: „to jest o dziewczynie, która próbuje się wykształcić na nauczycielkę, a po drodze boryka się z rozmaitymi problemami”. Ale to będzie dokładnie ta sama opowieść.

Co ciekawe, w naszej części Europy postrzegamy awans klasowy nieco inaczej, bo takie podejście wpoiła nam radykalna poprawa warunków życia wielu osób pomiędzy przedwojniem a czasami PRL. Oczekujemy zatem historii ogromnej zmiany, wręcz przemiany szarego ptaka w łabędzia, oczekujemy dziewczynki z zapałkami jako punktu wyjściowego. To właśnie definicja awansu w stylu polskim – a na nią nakładają się jeszcze amerykańskie, silnie u nas obecne kalki, czyli mit „od pucybuta do milionera”.

Tymczasem historia Annie Ernaux skupia się na niuansach tego konfliktu i walki. Na drobnych znakach, które dawały jej koleżanki z internatu czy studiów, by pokazać, że „nie jest taka jak one”, a może nawet „nigdy nie będzie”, jak by się nie starała. Annie, bohaterka i właściwie alter ego autorki – bo to są powieści biograficzne – nie jest sierotą czy córką murarza, lecz pary sklepikarzy. Jej pomysły na kształcenie się, zapisywanie do kolejnych szkół, zdobywanie dyplomów nie są zupełnie niedorzeczne dla klasy społecznej, w której się wychowała. Mimo to okazuje się, że każda próba przekroczenia niewidzialnych (niby) ram tej klasy jest sabotowana – przez otoczenie i przez samą Annie. Najsilniej zaś drzwi trzymają ci, do których świata miałaby ewentualnie dołączyć.

Czytając „Ciała”, jak i „Lata”, poprzednią powieść Ernaux, sama przyłapywałam się chwilami na „polskiej” wykładni tego konfliktu. Chociaż czułam ból i nieadekwatność bohaterki dla pewnych środowisk (bo znam je z własnego doświadczenia), to czasami dowody na poczucie jej nieprzystawalności wydawały mi się błahe. Ktoś coś szeptał i zamilkł, gdy weszła do pomieszczenia? Może po latach pamięć to wyolbrzymia. Nigdy nie uśmiechała się do zdjęć, a powodem były krzywe zęby? Mam ten sam problem.

A jednak, choć wydaje nam się, że Annie ostatecznie trafiła tam, dokąd chciała, kreśli ona obraz społeczeństwa francuskiego lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jako wręcz kastowego, pełnego pułapek i nieprzekraczalnych granic, za zbliżenie się do których grożą dotkliwe kary.

„Ciała” są oczywiście o ciele. Ciele – narzędziu pracy, ciele – źródle przyjemności seksualnej i związanych z tym obszarem problemów. Ciele oczekującym na płód, bo życie przedwcześnie chce postawić bohaterkę w roli matki. Wszystkie te funkcje ciała autorka ponownie wiąże w jedno i układa w kontekstach klasowych. „Z jednej strony były inne dziewczyny, te z pustymi brzuchami, z drugiej ja”, pisze Ernaux, podkreślając wprost, że ta „wpadka” to bezpośredni rezultat bycia córką jej klasy społecznej. Wie, że wczesna, przekreślająca szanse na dalszą edukację ciąża to zjawisko immanentne dla jej środowiska. „Inne dziewczyny” nie mają tych problemów – może nie angażują się w kontakty seksualne z przypadkowymi mężczyznami, a może w potrzebie mają się do kogo zwrócić „z problemem”. Annie nie może porozmawiać ani z rodzicami, ani z koleżankami, które uważają ją za „puszczalską”. Chłopak, który jest sprawcą ciąży, ledwo odpisuje na list i pozostawia jej wolną rękę, co brzmi dobrze, ale nie znaczy absolutnie nic, a wręcz krzyczy przesłaniem „nic mnie to nie obchodzi, radź sobie sama”.

Bohaterka musi zatem pokątnie załatwić aborcję – sama sobie, nie mając pieniędzy ani odpowiednich kontaktów. Nie jest to łatwe we Francji końca lat pięćdziesiątych. Żaden system nie wydaje się jej chronić. Pierwsza, najbardziej zapadająca w pamięć część książki, dotyczy właśnie wątpliwości i miotania się bohaterki, bo „zaraz zacznie być widać”. Przemierzamy z nią ulice miasta, szukając pokątnie zapisanych na karteczce adresów akuszerek, odwiedzamy gabinety drogich lekarzy, którzy udają, że nie wiedzą, o co Annie chodzi, obserwujemy, jak zdobywa się na wyznania, które i tak nie przynoszą spodziewanej ulgi. To totalna opowieść o ciele – ciele, w którym jest inne ciało, którego bohaterka książki chce się pozbyć. Udręka bohaterki jest silnie wyczuwalna – ta część powieści to najbardziej przykuwające fragmenty.

Ciało jest także przedmiotem (a może podmiotem?) kolejnych tekstów z tego tomu, bo książka Ernaux to kilka zebranych opowiadań, opublikowanych wcześniej przez francuską prasę. Czytamy o walce z nadwagą, która to (nadwaga i walka) ma oczywiście kontekst klasowy. Bohaterka czuje się „za ciężka”, klocowata, niezgrabna przy swoich wiotkich koleżankach z klasy średniej i wyższej. Postanawia zatem nie jeść, by im dorównać – im, a raczej ich ciałom. Ta opowieść o pokrętnych relacjach kobiety z jedzeniem i uzależnianiu poczucia własnej wartości od liczby kilogramów jest bardzo na czasie i dotyczy niemal każdej z nas.

U Ernaux jest mnóstwo dosadności, lecz nie jest ona wulgarna dzięki wyjątkowemu językowi, jakim opisane są kwestie fizjologiczne, poronienie, seks. W jej książkach pełno jest potu, spermy, śliny, krwi i innych wydzielin, ale czytelnik nie ma wcale wrażenia, że czyta coś, co zostało napisane, by szokować. Żadne z „cielesnych” wyznań nie wydaje się dodane jako niepotrzebny ozdobnik. Ernaux po prostu nam opowiada – o sobie, o swoim życiu – biorąc na warsztat te emanacje i manifestacje ludzkich przeżyć, które zazwyczaj się w takim opisie pomija. Nie koncentruje się tylko na „myślałam”, ale także na „czułam”, i to w dodatku „czułam ze wszystkimi tego fizycznymi przejawami”: potem, drżeniem, podnieceniem seksualnym, głodem, krwawieniem. Ciało jako obiekt, ale i podmiot, absolutnie króluje u Ernaux. Jest swoim ciałem. Wszyscy jesteśmy swoimi ciałami.

Niesłychanie gęsty, niepodrabialny język autorki czyni tę prozę wyznaniową więcej niż znośną. Ta „opowieść o dorastaniu we Francji”, jakich zapewne wiele, błyszczy dzięki bezlitosnemu ujęciu, na jakie autorka się zdecydowała. Mamy wrażenie, że mówi nam wszystko, że wraz z nią zaglądamy wprost do głowy piętnasto- czy dwudziestopięcioletniej Annie, że widzimy jej przeżycia od wewnątrz, a nie po prostu obserwujmy opisywaną bohaterkę. Historia kobiety, która opowiada o swojej młodości, to wyświechtany motyw literacki. Ernaux podjęła go jednak z ziemi, uprała, wysuszyła, i zastanowiła się, co można z niego zrobić. Sztukowanie narracji gęstym językiem niesie te powieści dalej, niż autorka pewnie mogła sobie wymarzyć. To powieść autobiograficzna, praca z pamięcią – ale przy ciągłej obecności Ernaux jako współczesnej, równoległej narratorki, która opisuje „tamtą Annie”, jednocześnie wtrącając coś od dzisiejszej siebie. Dwie kobiety – ta, którą była i ta, którą się stała – niosą trud tej opowieści. Opowieści odważnej, bezkompromisowej, także politycznie i społecznie, a nie tylko w wymiarze osobistym. Znane hasło „prywatne jest polityczne” znajduje odzwierciedlenie w książkach Ernaux. Obrywa się od niej Francji, stosunkom społecznym, systemowi edukacji i ochrony zdrowia. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje, a sama pozycja autorki na drabinie klasowej także ewoluuje. Na ile potrafi dotrzeć do „tamtej dziewczyny”, odcyfrować po latach jej odczucia i motywacje? Ma się wrażenie, że robi to bez wysiłku, a przecież jest to wciąż jednak opowieść na pograniczu prozy wyznaniowej i fikcji literackiej. Mimo to czytelnik nie ma innego wyjścia niż w nią wierzyć.

Magdalena Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: StockSnap z Pixabay

Kongres Kobiet musi być socjalny

Kongres Kobiet musi być socjalny

Feminizm – którędy droga?

Odnalezienie się w feminizmie to niemałe wyzwanie. Z jednej strony do młodych kobiet za pośrednictwem internetu dociera więcej feministycznych treści, niż którakolwiek z naszych starszych koleżanek mogłaby sobie wymarzyć. Z drugiej zaś wyrastamy na popfeminizmie, dla którego kluczowe są tzw. empowerment, sukces zawodowy (najlepiej w korporacji!), estetyzacja feminizmu, wręcz trywializacja przekazu i dekonstrukcja postulatów obecnych w ruchu feministycznym tak, aby w miękkiej, przypudrowanej formie, z odrobiną różu na policzkach, przemawiały do grup wrogo nastawionych wobec feminizmu.

W odnalezieniu się nie pomaga też elityzacja feminizmu, na którą, jak na ironię, zwracano uwagę wielokrotnie, głównie w środowiskach akademickich. Źródeł takiego obrotu spraw w Polsce powinnyśmy doszukiwać się w transformacji ustrojowej. W latach 90. zaangażowanie społeczne było na niskim poziomie ze względu na trudną sytuację materialną, bezrobocie i ogromną niepewność związaną z przyszłością. Biorąc pod uwagę fakt, że to kobiety były (i są!) bardziej narażone na problem ubóstwa [1], a jednocześnie czuły silną presję na wywiązywanie się z roli przypisywanej im ze względu na płeć (która wciąż pozostaje w mocy), słabsze zaangażowania w ruchy kobiece nie powinien dziwić.

Niemniej jednak, jeszcze w 1992 roku poziom uzwiązkowienia w Polsce wynosił 16%, trzykrotność dzisiejszego poziomu [2]. Co za tym idzie, obserwowano również większą aktywność protestacyjną i strajkową. To w latach 1989-1994 Polska była świadkiem pierwszej i najbardziej intensywnej fali strajków w swojej najnowszej historii. Osiągając szczyt w latach 1992 i 1993, stały się jednymi z najbardziej dynamicznych w całej Europie [3]. Trzeba wyartykułować to, co bywa pomijane w dyskursie akademickim – kobiety stanowiły front, zaplecze i gigantyczną siłę w walkach w zakładach pracy! Ten rodzaj zaangażowania w ruchy społeczne nie powinien dziwić wobec cięcia świadczeń socjalnych i opieki socjalnej, prywatyzacji zakładów pracy i zamykania przyzakładowych żłobków, przedszkoli i stołówek, co uderzało w kobiety bezpośrednio, obarczając je skutkami reform, mających być „szansą na lepsze jutro”. Media, stojąc na straży dyskursu, pomijały niewygodne dla neoliberałów głosy, i tak, na co zwróciła uwagę Ewa Charkiewicz w tekście „Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce”, głosy kobiet były trywializowanie, a echo strajkujących słabło. Idealnym przykładem tego podejścia są komentarze kierowane w stronę protestujących przeciwko eksmisjom i brakom lokali socjalnych matek z Wałbrzycha, tytułowe „matki do sterylizacji” [4].

Przestrzeń, szczególnie tę medialną, bez większego trudu zdominowały więc feministki liberalne, pozbawione perspektywy klasowej, posiadające znaczny kapitał finansowy i szerokie kręgi towarzyskie wśród klasy rządzącej. W ruchu, którym rządzi rzekome siostrzeństwo, utrwaliła się tendencja do indywidualizacji odpowiedzialności za systemowe nierówności, prowadząc do obciążania pojedynczych kobiet za problemy, które są wynikiem szerszych, strukturalnych dysfunkcji. Siostrzeństwo kończy się więc tam, gdzie pojawia się konflikt interesów. 

W badaniu Gallupa „41% kobiet o wyższych dochodach oświadczyło, że nie są feministkami, zaś w grupie kobiet o niskim dochodzie już tylko 26% kobiet twierdziło podobnie” [5], jednak wciąż w dużym stopniu głosem feministek są bogate kobiety, których interesy absolutnie nie pokrywają się z socjalnymi potrzebami większości z nas. Choć te spostrzeżenia są banalne, za koniecznością ich wypowiedzenia przemawia to, że wciąż walczymy o zmianę dominującego paradygmatu.

Szukając drogowskazu na „feminizm”, nietrudno się pogubić. Możemy poczuć, że to nie jest w pełni o nas. Jednak dróg w tym kierunku jest wiele, a inicjatywy takie jak Socjalny Kongres Kobiet pokazują, że feminizm to nasza kolektywna broń i siła.

Narodziny ruchu – I Socjalny Kongres Kobiet Rok 2018

W 2018 roku, pod hasłem „O wyższe płace i niższe czynsze”, odbyło się nasze pierwsze wydarzenie. Był to czas, gdy opiekunki ze żłobków, pracownice instytucji kultury oraz lokatorki postanowiły zainicjować ruch mający na celu wspólne przeciwdziałanie wyzyskowi w miejscach pracy oraz szeroko pojętej niesprawiedliwości społecznej. Kongres miał być przestrzenią otwartą, gdzie każda uczestniczka mogła wyrazić swoje zdanie, podzielić się doświadczeniami, nierzadko pierwszy raz w życiu. Zamiast tradycyjnego panelu, zdecydowano się na otwartą dyskusję, mającą dotknąć realnych problemów kobiet w miejscach pracy i zamieszkania. Była to jednocześnie próba zrozumienia przeszkód organizacyjnych oraz walk, które musimy toczyć na co dzień. Pierwszy kongres zaowocował listą postulatów, które były bezpośrednim wynikiem walk socjalnych kobiet. Wokół tych postulatów toczy się praca przez cały rok, a wydarzenia służą ich aktualizacji i rozszerzeniu. Socjalny Kongres Kobiet to także akt oporu wobec liberalnych wydarzeń feministycznych, gdzie głos zabierają politycy, jak np. podczas Kongresu Kobiet w 2022 roku, gdy Donald Tusk, jeszcze długo przed powołaniem nowego rządu, otrzymał nagrodę za działania sprzed lat oraz kampanijne obietnice. I Socjalny Kongres Kobiet nie był reakcyjnym wydarzeniem, a kontynuacją walki kobiet marginalizowanych przez rządy, media i opinię publiczną. Rozwijanie tej platformy to tworzenie feminizmu siły.

Wspólna siła w działaniu

Przez wiele lat nasze progi przekraczały przedstawicielki licznych grup społecznych, tworząc mozaikę różnorodności. W minionym roku podczas Kongresu obserwowałyśmy wyjątkowo obszerną reprezentację. Swoją obecnością zaszczyciły nas związki zawodowe z różnych branż, stowarzyszenia lokatorskie, kobiece organizacje i ruchy socjalne [6]. Z ogromną radością przyjęłyśmy także działaczki związkowe i feministyczne z zagranicy, które dołączyły do nas, wzbogacając nasze spotkanie o międzynarodowy wymiar.

Łączą nas różne doświadczenia, jednak przyświecają wspólne cele

Jako kobiety młodsze i starsze, kobiety pracujące, lokatorki, matki możemy się zastanawiać nad tym, jaką rolę właściwie powinien pełnić w naszym życiu feminizm. Uczestnicząc w ruchu, który ukształtował się przy Socjalnym Kongresie Kobiet, możemy wskazać na obszary, których analiza przez pryzmat feminizmu socjalnego daje wiele nadziei na lepszą przyszłość. Nie chcemy przecież wiele, choć nasze żądania z perspektywy indywidualnej mogą wydawać się niemożliwe do realizacji. Szczególnie że postulaty ruchu feministycznego bywają efemeryczne, i choć również w tej niedookreśloności jest ich siła, potrzebujemy też zmian możliwych do wprowadzenia w krótszym okresie. Takich, które będą służyły tym z nas, które pozbawione są przywilejów ekonomicznych i które jeszcze kilka lat temu czuły się bezsilne i niereprezentowane. Sama deklaracja o byciu feministką jest niewystarczająca. Wiele z nas przekonało się o tym na własnej skórze, gdy byłyśmy mobbingowane przez nasze szefowe, progresywne, otwarte feministki lub gdy doświadczałyśmy wykluczenia z ruchu, ponieważ za kuluarami ustalono, że nasz feminizm nie jest wystarczająco feministyczny.

Łączą nas różne doświadczenia, jednak przyświecają wspólne cele. Chcemy uznania i godziwego wynagrodzenia za naszą pracę, niezależnie od tego, gdzie jest wykonywana. Chcemy rozwoju publicznych instytucji opiekuńczych, które wesprą nasze rodziny. Chcemy dostępu do środków utrzymania, które są niezbędne każdego dnia. Chcemy bezpieczeństwa socjalnego, które da nam poczucie stabilności. Chcemy wpływu na wszystkie dziedziny naszego życia, aby móc kształtować naszą rzeczywistość. Chcemy mieć większy wpływ na funkcjonowanie naszych miejsc pracy i móc strajkować. Chcemy wyzwolić się z roli taniej siły roboczej i żyć z szacunkiem i godnością, na którą zasługujemy. Chcemy darmowej, bezpiecznej aborcji. Nasze życie nie może sprowadzać się do bycia tanią siłą produkcyjną i reprodukcyjną.

Aktualnie pracujemy wokół postulatów udostępnionych na stronie internetowej OZZ Inicjatywa Pracownicza: Postulaty IV SKK

Jesteśmy feministkami ze związków zawodowych i stowarzyszeń lokatorskich

Żądania materialne rezonują z wszystkimi sferami życia. Tym, co gwarantuje feminizm w związkach zawodowych, jest posiadanie siły przetargowej, która w bezpośredni sposób wpływa na naszą sprawczość. Poprzez związki zawodowe jesteśmy w ciągłym kontakcie, a nasze kampanie mają realny wpływ na funkcjonowanie zakładów pracy (np. dodatkowa przerwa na karmienie w Amazonie) czy politykę w szerokim tego słowa znaczeniu. W tym roku przeprowadzimy 4 bloki tematyczne: „Podwyżki to za mało!”, „Chcemy więcej niż tylko pracować”, „O wyższe płace i niższe czynsze – walki na polu miasta” oraz „Praca Kobiet i technologia” – blok będący wydarzeniem na skalę ogólnopolską, na którym po raz pierwszy omówimy problemy kobiet w IT i mediach, przeprowadzimy pogłębioną dyskusję o tym, jak nowe technologie wpływają na naszą pracę.

Zachęcamy do zapoznania się z programem V Socjalnego Kongresu Kobiet, który znajdziecie pod linkiem:

Program V Socjalnego KK

Choć dróg w feminizmie jest wiele, głęboko wierzymy, że budując silny, socjalny ruch, dążymy do zmian systemowych, a związki zawodowe, co pokazuje historia, mają wpływ na prowadzenie polityki państwa. Polityki, która wreszcie powinna pójść za głosem kobiet!

Dominika Lichańska

Grafika w nagłówku tekstu: María_Alberto z Pixabay

Przypisy:

1. Górnicz-Mulcahy A., Lewandowicz-Machnikowska M., 2021. Społeczne i prawne aspekty dyskryminacji płacowej kobiet, Prawo pracy i prawo socjalne : teraźniejszość i przyszłość: księga jubileuszowa dedykowana Profesorowi Herbertowi Szurgaczowi, s. 77-84.

2. Raport CBOS, Związki Zawodowe w Polsce, 2019.

3. Sekuła P., 2013. Aktywność protestacyjna polaków w latach 1989-2009. „Polityka i Społeczeństwo” 3(11).

4. Charkiewicz E., 2008. “Matki do sterylizacji. Neoliberalny rasizm w Polsce, cz. I”.

5. Krzyżnowska N., 2015. Elityzacja i stygmatyzacja w polskim ruchu kobiet po 1989 r., [w]: Odkrywając współczesną młodzież. Studia interdyscyplinarne (pp.103-134).

6. Dostęp online: https://www.ozzip.pl/informacje/ogolnopolskie/item/2958-iv-skk-relacja

Media zarabiają na straszeniu rodziców

Media zarabiają na straszeniu rodziców

„To koniec 800 plus! Tym rodzicom odebrane zostanie świadczenie rodzinne. Oto kiedy nie dostaniesz pieniędzy na dziecko? Sprawdź!”. „Koniec 800 plus w 2024 roku? Te osoby nie mają co liczyć na zwaloryzowane świadczenie”. Czy te nagłówki to pocztówki z alternatywnej wersji rzeczywistości, w której władzę nad Polską przejęli skrajni neoliberałowie? Nie, to tylko nasze media, które nie mają oporów przed zarabianiem na lękach rodziców.

Czego dowiemy się, kiedy dokonamy upragnionego przez twórców materiału kliknięcia w tenże tytuł? Okaże się, że tak naprawdę świadczenie to ma zostać odebrane bardzo niewielkim grupom społecznym, które nawet policzone razem stanowią drobny ułamek społeczeństwa. Znajdziemy wśród nich m.in. osoby, które już pobierają świadczenie na dziecko w innym kraju. Tych, których dzieci, mimo niepełnoletniości, wstąpiły w związek małżeński lub same mają potomków (bądź też jedno i drugie), a także rodziców, których podopieczni znajdują się w placówce zastępczej. W niektórych artykułach „dowiemy się” nawet, że świadczenie nie jest przyznawane na dziecko, które… przekroczyło osiemnasty rok życia!

„800 plus na dziecko. Oni dostaną o połowę niższe świadczenie” – głosi inny tytuł. Jak się jednak okazuje, chodzi o rodziców, którzy wychowują dziecko w systemie opieki naprzemiennej. W takim wariancie każdy z rodziców otrzymywać będzie po 400 złotych – zatem na dziecko będzie przyznane, standardowo, 800 złotych. O połowę niższe świadczenie dostaną zatem „on” oraz „ona”, ale tytułowi „oni” dostaną tyle, co wszyscy. Poza tym z artykułu dowiemy się, że transza 800 plus zostanie pomniejszona, jeśli przypada na miesiąc urodzin dziecka lub osiągnięcia przezeń pełnoletniości. Pomniejszenie to będzie proporcjonalnie do części miesiąca, jaki przypada na okres prenatalny bądź, z drugiej strony, na jego dorosłość. Przyznać jednak trzeba, że „Jednorazowo dostaniesz kilkadziesiąt/kilkaset złotych mniej!” klika się zdecydowanie gorzej.

Jeszcze dalej idzie tytuł artykułu sprzed kilku miesięcy – „Koniec z 500 plus na każde dziecko. Pieniądze będą przelewane tylko do końca 2023 roku. Co dalej ze wsparciem rodzin?”. Określenie „koniec z 500 plus” okazuje się być pewną metaforą, hiperbolą i przenośnią zwiększenia tego świadczenia – chodzi bowiem o to, że 500 plus się kończy, gdyż zamiast niego wdrożone ma zostać 800 plus.

Artykuł ze stycznia – „To koniec 800 plus? Wrzesień może przynieść rewolucję”. Na czym ma polegać owa rewolucja? Na odebraniu wsparcia wszystkim rodzinom akurat na rozpoczęcie nowego roku szkolnego? Bynajmniej – w dalszej części tekstu autor straszy „jedynie” rodziny uchodźców z Ukrainy. W dodatku, jak się okazuje, straszy swoimi spekulacjami bazującymi na tym, że ustawa, na podstawie której uchodźcy ci dostają to świadczenie, została przedłużona tylko o pół roku. Jak jednak wszystko obecnie wskazuje, świadczenie to zostanie dla uchodźców z Ukrainy, przynajmniej przez jakiś czas, utrzymane. Brane jest jednak pod uwagę uzależnienie jego wypłacania od realizacji obowiązku szkolnego.

Wszystkie powyższe nagłówki natomiast, a zwłaszcza ich niejednokrotnie zakończone wykrzyknikami (bądź pytajnikami) pierwsze zdania, sugerują, że świadczenie ma zostać odebrane ogromnej masie rodziców.

Gdybym był np. samotną matką piątki dzieci, dla której 800 plus jest istotnym składnikiem domowego budżetu, widząc takie tytuły, dostałbym zawału. Jednak spokój ducha beneficjentów tego świadczenia nie jest jedynym problemem, jaki wiąże się z tego rodzaju nieuczciwymi nagłówkami. Najgorsza jest aura niepewności, jaką roztaczają one wokół programu 800 plus, jego trwałości i stałości. Na tego rodzaju oddziaływanie paradoksalnie najbardziej narażone są osoby, które dzieci nie mają (ale potencjalnie, w przyszłości mogą je mieć) – jako że likwidacja 800 plus aktualnie nie dotknęłaby ich w najbardziej bezpośredni sposób, będą oni znacznie mniej skłonni do sprawdzenia, na ile chwytliwy tytuł jest zbieżny z rzeczywistością. Plus jest taki, że nie klikając go, nie dadzą zarobić jego twórcom, a tym samym nie będą stymulować powstawania kolejnych tego typu medialnych tworów.

Podstawowe pytanie brzmi jednak: czy świadczenie, którego stałość jest nieustannie podważana, które jawi się jako kruche i efemeryczne, może posiadać jakiekolwiek oddziaływanie pronatalistyczne? Inaczej – czy ktokolwiek zdecyduje się na dziecko, bazując na wierze, że nawet w przypadku utraty pracy będzie w stanie zapewnić mu godny byt dzięki programowi 800 plus, jeśli jednocześnie będzie przekonany, że program ten może w każdej chwili zostać zlikwidowany? Przyjmując spiskową interpretację dziejów, można by uznać, że za tymi zatrważającymi, clickbaitowymi nagłówkami, stoją jakieś mroczne siły, mające na celu depopulację Polski. Realnym wyjaśnieniem jest niestety pazerność koncernów medialnych.

Na tym tle najlepiej prezentować zdaje się artykuł Super Expressu, słynącego z nagłówków budzących szok i niedowierzanie. Tekst, zatytułowany „Koniec z 800 plus? Jasnowidz Jackowski mówi nam o swojej wizji. Teraz zaczną się problemy”, bardzo precyzyjnie określa źródło informacji. Kiedy jednak zajrzymy do artykułu, okaże się, że Jackowski nie mówi o likwidacji 800 plus, lecz o jego, mającym nastąpić w 2025 r., „obwarowaniu” różnymi warunkami. Jak widać, przeinaczeniu mogą ulec nawet słowa wróżbity. Czy w tym państwie nie ma już żadnych świętości?

Aleksander Sieracki

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay.