przez Karol Trammer | środa 15 maja 2024 | opinie
Fenomen reaktywowanego połączenia Ostrołęka – Białystok. Mało pociągów, dużo pasażerów.
Choć reaktywacja połączeń kolejowych na linii Łapy – Śniadowo – Ostrołęka była w planach, to jeszcze niedawno wydawało się, że ziszczą się one na koniec obecnej dekady.
Czas powrotu
O powrocie połączeń dopiero w 2028 r. mówiono, gdy samorząd województwa podlaskiego w lipcu 2023 r. zawierał ze spółką PKP Polskie Linie Kolejowe umowę o objęciu programem Kolej Plus odcinka Łapy – Śniadowo i odnogi Śniadowo – Łomża w celu uruchomienia pociągów z Białegostoku do Łomży, która straciła połączenia w 1993 r.
Koncepcję doprowadzenia połączeń do Łomży zawiera również „Regionalny plan transportowy województwa mazowieckiego w perspektywie do 2030 roku”. Ten przyjęty w 2022 r. dokument wymienił trasę Ostrołęka – Śniadowo – Łomża wśród linii, na których planuje się uruchomić pociągi pasażerskie, pod warunkiem zapewnienia przez PKP PLK odpowiedniego stanu infrastruktury.
Na 17-kilometrowej odnodze z Łomży do Śniadowa maksymalna prędkość to 40 km/h. O ile mająca 60 tys. mieszkańców Łomża – trzecie największe miasto w województwie podlaskim – wciąż więc czeka na poprawę stanu linii i reaktywację połączeń, o tyle z dniem 18 marca 2024 r. podlaski zakład Polregio uruchomił połączenie Białegostoku z Ostrołęką. Tak oto niespodziewanie po prawie ćwierćwieczu wróciły na linię Łapy – Ostrołęka pociągi pasażerskie.
Ruch pasażerski na linii Ostrołęka – Łapy zlikwidowano 3 kwietnia 2000 r. Stało się to podczas największego cięcia połączeń, kiedy jednego dnia wycofano pociągi pasażerskie z 1028 km linii na terenie 12 województw.
Kilka dni przed likwidacją połączeń Dyrekcja Przewozów Pasażerskich PKP w piśmie do samorządów ze styku województw mazowieckiego i podlaskiego oznajmiła, że z linii Ostrołęka – Łapy korzysta „tylko” 580 pasażerów na dobę. Linią jeździły wtedy już zaledwie trzy pary pociągów, a więc średnia frekwencja w jednym pociągu wynosiła 97 osób.
Drugie życie
Dla linii Łapy – Ostrołęka drugie życie zaczęło się w latach 2017-2018. Wówczas zostały wykonane prace przywracające jej przejezdność na całej długości. Celem było zapewnienie alternatywnej trasy dla ruchu towarowego na czas modernizacji magistrali Warszawa – Białystok. Dzięki temu na 88-kilometrowej linii Łapy – Ostrołęka pociągi mogą rozpędzać się do 80 km/h na terenie województwa podlaskiego i do 120 km/h w granicach województwa mazowieckiego. Rewitalizacja objęła nie tylko remont toru, ale też odbudowę stacji Czarnowo-Undy, którą już na początku lat 90. zdegradowano do roli przystanku. Bez jej odbudowy pociągi nie byłyby w stanie minąć się na liczącym aż 63 km odcinku między stacjami Łapy i Śniadowo. Do 2000 r. mijanie się pociągów było możliwe na stacjach Sokoły, Czerwony Bór, Śniadowo i Kurpie.
Linia Łapy – Ostrołęka przydała się jako objazd nie tylko składom towarowym. W 2019 r. kilka razy skierowano nią pociągi PKP Intercity, które omijały zakłócenia na linii Białystok – Warszawa, wywołane takimi zdarzeniami jak kolizja pociągu z koparką czy śmiertelne potrącenia ludzi na torze. Wypadki te skutkowały kilkugodzinnym zablokowaniem jedynego czynnego toru na modernizowanej linii. Skierowanie części pociągów okrężną drogą przez Ostrołękę pozwalało szybciej rozładować zatory.
Choć na terenie województwa podlaskiego modernizacja linii Warszawa – Białystok wciąż trwa, to ruch objazdowy pociągów towarowych na linii Ostrołęka – Łapy już zamarł. Obecnie korzystają z niej głównie składy cargo jadące docelowo do Łomży, Śniadowa oraz ładowni Sokoły.
Sokoły walczą
Ładownię Sokoły reaktywowano w 2020 r. Na decyzję PKP PLK o przywróceniu możliwości przyjmowania tu składów towarowych wpłynęła potrzeba zapewnienia punktu odbioru i nadawania ładunków, zastępującego na czas modernizacji linii Warszawa – Białystok zlokalizowane na niej stacje Szepietowo i Łapy, których dostępność dla przewoźników cargo została z powodu przebudowy ograniczona.
Spółka PKP PLK odtworzyła tor pozwalający na przyjmowanie składów o długości do 650 metrów, a gmina Sokoły i miejscowa firma Trans-Rol przygotowały przylegający do toru plac ładunkowy. Szef firmy Trans-Rol Andrzej Remisiewicz już po pierwszym miesiącu funkcjonowania ładowni informował, że pociągi dowiozły na nią 6 tys. ton nawozów i 4,5 tys. ton węgla, zdejmując transport tych towarów z dróg.
Starania o przywrócenie ładowni były tylko częścią wieloletniej walki władz gminy Sokoły o renesans kolei. Wójt gminy Sokoły Józef Zajkowski wyliczył, że w tej sprawie odbył 160 spotkań oraz sporządził 360 pism i dokumentów.
Zajkowski został wójtem Sokół w 1991 r. Widział zmniejszanie liczby połączeń, żegnał ostatni pociąg, potem starał się nie dopuścić do degradacji infrastruktury kolejowej i dbał o usuwanie krzewów z nieużywanych torów. Starał się o to, by porzuconą przez PKP PLK linię mogły przejąć samorządy. – „Skoro PKP sobie nie radzi i nie ma pieniędzy, chętnie wybawię tę spółkę z kłopotów” – mówił Zajkowski „Gazecie Współczesnej” w 2009 r., gdy kolej, w celu sprzedaży szyn na złom, demontowała tor ładunkowy, który następnie po dekadzie został odbudowany kosztem 900 tys. zł.
Wójt Sokół niestrudzenie przypominał kolejnym ministrom, posłom i marszałkom województwa o potrzebie reaktywacji linii. Wreszcie w marcu 2024 r. witał przywrócone połączenia.
Złośliwość demokracji jest jednak taka, że odbywające się w kwietniu 2024 r. wybory, które zmotywowały samorząd województwa podlaskiego do decyzji o reaktywacji połączeń na linii Łapy – Ostrołęka, oznaczały dla walczącego o to Józefa Zajkowskiego koniec misji na stanowisku wójta. Zdobył 41% głosów i przegrał z jedynym kontrkandydatem, Radosławem Choińskim.
Kolejowe wybory
Samorząd województwa podlaskiego pod koniec 2023 r. – w obliczu zbliżających się wyborów – postanowił wykorzystać to, że linia z Łap do Ostrołęki jest przejezdna i można uruchomić na niej połączenia. Nie bez znaczenia było, że odpowiedzialny za kolej wicemarszałek Marek Olbryś startował z okręgu obejmującego oddalone od czynnych linii powiaty łomżyński i zambrowski. Powrót pociągów na idącą przez te powiaty linię Olbryś przedstawił jako preludium ujętej w programie Kolej Plus reaktywacji połączeń z Białegostoku przez Łapy i Śniadowo do Łomży.
– „Do transportu kolejowego trzeba się przyzwyczajać. Ponieważ od ćwierć wieku nie można było z niego korzystać, musimy to przyzwyczajenie budować na nowo” – mówił Marek Olbryś, odnosząc się do głosów, że zaplanowana oferta przewozowa jest bardzo skromna. Pojawiły się bowiem zaledwie dwie pary pociągów: z Białegostoku odjeżdżają o 8:06 i 16:40, a z Ostrołęki o 10:10 i 19:38.
Brakujące postoje
Od decyzji o reaktywacji do uruchomienia pociągów minęły tylko trzy miesiące. Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe w ekspresowym tempie dokonała renowacji nieużywanych od 2000 r. peronów (prace w latach 2017-2018 prowadzono pod kątem ruchu towarowego i nie objęły one peronów).
– „Decyzję o częściowym odtworzeniu infrastruktury pasażerskiej PKP Polskie Linie Kolejowe podjęły 6 lutego 2024 r. po wniosku marszałka województwa podlaskiego” – informuje Tomasz Łotowski z PKP PLK, wskazując, że prace objęły wymianę nawierzchni peronów i dojść do nich, a także ustawienie nowych ławek, wiat, tablic, latarni i stojaków na rowery. Zapewniono krawędzie peronowe o długości 85 metrów. Zostały wykorzystane materiały staroużyteczne, które odzyskano z modernizacji innych stacji: na przystankach Sokoły i Kulesze Kościelne ułożono płyty peronowe z Białegostoku, a w Śniadowie z Chotyłowa. – „W Śniadowie prace trwały 29 dni, w Sokołach i Kuleszach Kościelnych 17 dni” – zaznacza Łotowski.
Problem w tym, że przygotowano perony tylko w tych trzech miejscach, podczas gdy na liczącym 88 km odcinku między Łapami a Ostrołęką jest w sumie 13 pośrednich stacji i przystanków. Większość pociągi pomijają. Między przystankiem Kulesze Kościelne a stacją Śniadowo pociągi pokonują bez postoju aż 37 km, przejeżdżając przez cały powiat zambrowski, który w tej sytuacji nadal jest powiatem pozbawionym połączeń kolejowych.
Po ruszeniu ze Śniadowa, ostatniej stacji w granicach województwa podlaskiego, pociągi nie stają już nigdzie na terenie województwa mazowieckiego aż do stacji końcowej w Ostrołęce. Na tym odcinku, biegnącym przez powiat ostrołęcki, pomijane są przystanki Żyźniewo i Kurpie. Przystanek Kurpie ma przejść renowację, by w czerwcu 2024 r. pociągi zaczęły się na nim zatrzymywać.
Wybudowaną w 1893 r. linię kolejową Łapy – Ostrołęka poprowadzono tak, że omija większe miejscowości. Nie tylko miasta, jak Łomża czy Zambrów, ale też wsie gminne. Przystanek Sokoły znajduje się w sąsiedniej miejscowości Kruszewo-Brodowo, przystanek Kulesze Kościelne w sąsiednich Kuleszach-Litewce, a obecnie pomijany przez pociągi przystanek Kołaki oddalony jest o 3 km od wsi gminnej Kołaki Kościelne. Nawet stacja w Ostrołęce leży 4,5 km od centrum miasta. Z drugiej strony są spore wsie Modzele-Wypychy, Kleczkowo czy Susk Nowy, przez które linia przechodzi, ale w których nigdy nie powstały przystanki
Na całej linii między Łapami a Ostrołęką bezpośrednio w miejscowości gminnej jest zlokalizowana tylko stacja Śniadowo – znajduje się ona 600 metrów od rynku tego liczącego 1,1 tys. mieszkańców miasteczka.
Dopasowanie lokalizacji przystanków do miejscowości i dróg umożliwiających dojazd z okolicy powinno być podstawową kwestią braną pod uwagę na etapie planowania przewidzianej w ramach programu Kolej Plus modernizacji linii.
(Za) małe szynobusy
Choć przez aż pięć gmin – Kołaki Kościelne, Zambrów, Łomża, Troszyn i Rzekuń – pociągi przejeżdżają bez postojów, a połączeń jest bardzo niewiele, to podlaski samorząd jest zadowolony z pierwszych wyników przewozowych.
– „Z tego połączenia w ciągu dwóch tygodni na tych dwóch parach pociągów, które są teraz uruchomione, skorzystało już ponad 2,1 tys. osób” – poinformował na początku kwietnia 2024 r. Zbigniew Piotrowski, dyrektor departamentu infrastruktury i transportu samorządu województwa podlaskiego. – „Te ponad 2,1 tys. osób to jest tylko na odcinku drogi kolejowej od Łap do Ostrołęki, czyli nie liczymy odcinka od Białegostoku do Łap”.
Wynika z tego, że jeden pociąg wiózł średnio 38 pasażerów. Na trasę Białystok – Ostrołęka spółka Polregio zazwyczaj wysyła jednoczłonowe szynobusy SA105 (44 miejsca siedzące) lub SA106 (60 miejsc siedzących). I były już dni, że okazywały się one za małe. W piątek 22 marca 2024 r. – piątego dnia po uruchomieniu połączeń – w popołudniowym pociągu z Białegostoku do Ostrołęki po minięciu Łap było ponad sto osób. Z kolei w przedświąteczny piątek 29 marca 2024 r. na pokładzie mającego 60 miejsc siedzących szynobusu było za stacją Łapy 80 osób: pięć wysiadło w Sokołach, trzy w Kuleszach Kościelnych, pięć w Śniadowie, a 67 osób dojechało aż do Ostrołęki.
Kolej wygrywa
Największą popularnością cieszą się przejazdy w pełnej relacji Białystok – Ostrołęka. Nowe połączenie okazało się odpowiedzią na problemy w poruszaniu się między tymi miastami.
Białystok to istotny kierunek dojazdów mieszkańców Ostrołęki i okolic, głównie studentów – mimo to w ostatnich latach mocno pogorszyła się oferta przewoźników autobusowych. Jeszcze w 2017 r. zapewniali sześć kursów z Ostrołęki do Białegostoku. Dziś są zaledwie dwa: o 7:30 tylko w dni robocze jedzie autobus PKS Nova, a o 11:40 przelotowy kurs firmy Olsztyński Bus z Olsztyna. Bilet z Ostrołęki do Białegostoku w PKS Nova kosztuje 39 zł, a w Olsztyńskim Busie aż 58 zł. Ulg studenckich brak.
Trudności ze zdobyciem w autobusach wolnych miejsc, mimo drogich biletów, brak odpowiadających na potrzeby studentów kursów w niedzielne wieczory – wskutek tych problemów powstała na portalu Facebook grupa „Białystok Ostrołęka”, na której osoby przemieszczające się między tymi miastami samochodem oferują wolne miejsca za 25-30 zł. Grupa działa od 2012 r. i skupia 3,6 tys. użytkowników.
Przejazd pociągiem jest znacznie tańszy zarówno od podróży autobusem, jak i jazdy autem. Połączenie Białystok – Ostrołęka jest objęte Taryfą Podlaską, czyli wprowadzoną z inicjatywy podlaskiego samorządu ofertą biletową, która zapewnia ceny niższe od tych wynikających z ogólnokrajowej taryfy spółki Polregio. Bilet normalny na 111-kilometrową trasę Ostrołęka – Białystok kosztuje 17,50 zł (15,75 zł przy zakupie przez internet), a bilet studencki 8,57 zł (7,72 zł przez internet). Nawiasem mówiąc, bilet normalny Kolei Mazowieckich na 108-kilometrową trasę z Ostrołęki do Warszawy Wileńskiej kosztuje 31,80 zł.
Z Ostrołęki do Białegostoku pociągiem jedzie się 1 godz. 49 min. – jest to czas porównywalny z jazdą samochodem. Podróż autobusem zajmuje od 2 godz. 10 min. do 2 godz. 20 min. Nawet po dodaniu postojów czas jazdy pociągiem pozostanie atrakcyjny.
Należący do samorządu województwa podlaskiego PKS Nova na początku maja 2024 r. uruchomił autobusy łączące Łomżę ze stacją kolejową Śniadowo. Czas przejazdu to 24 min. Autobusy skomunikowane są z pociągami, zapewniając możliwość kontynuowania podróży zarówno do Ostrołęki, jak i w kierunku Białegostoku. Niestety brak jest kursów z i do Łomży skomunikowanych z wieczornym pociągiem Ostrołęka – Białystok.
Dalekobieżne plany
Reaktywacja połączeń kolejowych z Białegostoku oznacza, że do Ostrołęki – która jeszcze rok temu była w ruchu pasażerskim tylko końcowym punktem linii z Tłuszcza – zjeżdżają się pociągi już z trzech kierunków. W czerwcu 2023 r. Koleje Mazowieckie dokonały bowiem reaktywacji połączeń na trasie z Ostrołęki do Chorzel.
Reaktywowanymi już liniami Łapy – Ostrołęka i Ostrołęka – Szczytno mają zostać skierowane pociągi dalekobieżne. Plan transportowy Ministerstwa Infrastruktury zakłada kursowanie połączeń PKP Intercity na trasie Białystok – Ostrołęka – Olsztyn począwszy od 2028 r. Może to jednak nastąpić wcześniej. W związku z planowaną modernizacją linii Białystok – Ełk może zostać wytyczony przez Ostrołękę objazd dla pociągów łączących Białystok z Olsztynem i Trójmiastem.
„Podczas planowanych przerw w ruchu na linii kolejowej pomiędzy Białymstokiem a Ełkiem rozważa się obecnie tymczasowe prowadzenie przewozów pasażerskich PKP Intercity przez Ostrołękę, Chorzele i Szczytno” – informował w maju 2023 r. Jakub Kapturzak, wicedyrektor departamentu kolejnictwa Ministerstwa Infrastruktury, odpowiadając na zapytanie stowarzyszenia Kolejowe Podlasie. – „Warunkiem uruchomienia przewozów jest poprawa parametrów linii kolejowych tworzących ciąg Białystok – Ostrołęka – Szczytno – Olsztyn, tak by zapewnić stabilną prędkość około 100 km/h oraz czas przejazdu w tej relacji na poziomie około trzech i pół godziny”.
Taki czas jazdy jest możliwy do osiągnięcia, a przy tym byłby krótszy niż na obecnej trasie przez Ełk, którą pociągi PKP Intercity jadą z Białegostoku do Olsztyna cztery godziny. Pytamy więc w Ministerstwie Infrastruktury, czy plany wytyczenia objazdu przez Ostrołękę są aktualne.
– „W sytuacji planowanego zamknięcia wspomnianej linii starania będą ukierunkowane na zachowanie jak najlepszej komunikacji Białegostoku z Olsztynem i Trójmiastem” – mówi rzecznik prasowy resortu Anna Szumańska. – „Początek robót budowlanych wymagających wprowadzenia niezbędnych zamknięć torowych jest zaplanowany na 2026 r.”.
Być może linia Łapy – Ostrołęka kolejny raz skorzysta na utrudnieniach wywołanych modernizacją prowadzoną na innej linii kolejowej.
Na razie jednak będzie miała miejsce odwrotna sytuacja. Z powodu modernizacji magistrali Białystok – Warszawa nie będzie dało się w Łapach wjechać na linię do Ostrołęki. Przez trzy tygodnie pasażerowie nowego połączenia Białystok – Ostrołęka będą na całej trasie przewożeni autobusami zastępczymi. – „Od 18 maja do 8 czerwca 2024 r. planowane jest zamknięcie torowe w Łapach na potrzeby prac realizowanych w ramach modernizacji linii Warszawa – Białystok” – mówi Tomasz Łotowski z PKP PLK.
Oczekiwana współpraca
Według zarysu rozkładu jazdy na 2025 r. liczba połączeń na trasie Białystok – Ostrołęka ma pozostać tak samo skromna jak obecnie. – „Na razie nie planujemy rozbudowy oferty na wskazanej relacji” – przyznaje rzecznik prasowy marszałka województwa podlaskiego Izabela Smaczna-Jórczykowska, dodając: – „Planujemy zawarcie porozumienia z samorządem województwa mazowieckiego”.
Zaangażowanie samorządu województwa mazowieckiego mogłoby wpłynąć na poprawę oferty na łączącej dwa regiony linii. Jak na razie wyłącznym organizatorem przewozów na trasie Białystok – Ostrołęka jest podlaski samorząd i tylko na jego barkach spoczywa dofinansowanie połączeń funkcjonujących od marca 2024 r.
Pierwsze spotkanie w sprawie współpracy odbyło się pod koniec lutego 2024 r. w Ostrołęce. Oprócz przedstawicieli obydwu samorządów wojewódzkich uczestniczyli w nim także reprezentanci powiatów i gmin leżących wzdłuż linii Ostrołęka – Łapy.
– „Strony spotkania ustaliły potrzebę przygotowania ankiety dla mieszkańców regionu, która miałaby określić potrzeby i preferencje dotyczące potencjalnego korzystania z transportu kolejowego” – relacjonuje Marta Milewska, rzeczniczka samorządu województwa mazowieckiego. – „Wyrażamy wolę podjęcia rozmów z samorządem województwa podlaskiego w zakresie współpracy przy organizacji publicznego transportu zbiorowego na linii kolejowej Ostrołęka – Łapy” – mówi Milewska, wskazując, że mogłaby ona opierać się na partycypowaniu w kosztach uruchamiania połączeń lub kompensacji pracy eksploatacyjnej, czyli rozliczaniu się w kilometrach pokonywanych przez pociągi na terenie sąsiedniego regionu.
Mazowiecki samorząd chce nie tylko wpływu na rozkład jazdy pociągów, ale także zapewnienia do nich dostępu mieszkańcom mazowieckiej gminy Troszyn, przez którą pociągi przejeżdżają bez postojów: – „Chodzi o udostępnienie podróżnym przystanku Kurpie, co planowane jest od czerwca 2024 r., a także ewentualną relokację przystanku osobowego Żyźniewo”.
Żyźniewo to przystanek leżący na uboczu i bez dojazdu drogą publiczną. Wskazane byłoby przesunięcie peronu do skrzyżowania toru z drogą gminną Żyźniewo – Zawady lub nawet 2,5 km dalej, aż do wsi Kleczkowo.
– „Oczekujemy na stanowisko samorządu województwa podlaskiego” – mówi Milewska. Jednym z rozwiązań, które powinno być brane pod uwagę, to uruchomienie pociągów regionalnych w relacji Białystok – Ostrołęka – Chorzele – Olsztyn. Dzięki temu cała północno-wschodnia część województwa mazowieckiego uzyskałaby bezpośrednie połączenia zarówno z województwem podlaskim, jak i warmińsko-mazurskim. Olsztyn i Białystok to dla mieszkańców Kurpi istotne kierunki dojazdów.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/130 maj-czerwiec 2024)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.
przez Michał Rydlewski | niedziela 12 maja 2024 | opinie
Zapewne sporej części z nas zajmuje sporo czasu wybór filmu czy serialu, który chcemy obejrzeć. Trzeba przecież sprawdzić notowania filmu: rankingi i polecenia, gwiazdki, oceny, komentarze. Podjęcie ryzyka obejrzenia czegoś nie wynikającego z tego rachującego, w pełni racjonalnego oglądu, wydaje się dzisiaj nie do pomyślenia. Zły wybór równa się stracie czasu, czyli najgorszemu, co może wydarzyć się w życiu regulowanym ideologią kapitalistyczną. Czasu nie można marnować: jest zbyt cenny, a my jesteśmy zbyt ważni.
Nasze społeczne praktyki dotyczące wybierania i konsumowania danych tekstów kultury, np. filmów, seriali czy książek, uwzględniające rolę kwantyfikacji, mówiąc prościej, liczenia, zostały trafnie rozpoznane i dobrze opisane przez socjologów.
Michał Wróblewski w artykule „Netflix, Rotten Tomatoes i wszystkożercy kulturowi” („Kultura Współczesna”, nr 1/2019) poddaje ciekawej analizie wpływ postępującej kwantyfikacji na uczestniczenie w kulturze, polegający na sprowadzaniu jakości różnych tworów kultury do łatwo mierzalnych wartości. W takiej perspektywie toruński socjolog mówi o kulturze algorytmicznej, albowiem to właśnie one umożliwiają mierzenie i liczenie ogromnych baz danych, które jako użytkownicy serwisów dajemy im zupełnie za darmo, klikając w dane produkty/towary.
Kultura algorytmiczna, w węższym ujęciu, to taka kultura, w której różnego rodzaju treści kulturowe tworzone są na bazie algorytmów, przyczyniając się do ich produkcji, bądź służą one wyznaczaniu jakości danej treści. Przykładowo algorytmy serwisów streamingowych wykorzystują dane, których im dostarczamy i na tej podstawie podpowiadają, co jest godne obejrzenia, jednocześnie zamykając nas w bańkach. Przy czym chodzi o to, co jest godne obejrzenia dla nas, albowiem trafi w nasz gust, który serwis zna być może nawet lepiej niż my sami.
Toruński socjolog zwraca uwagę, i to jest dla moich refleksji najistotniejsze, iż algorytmy są wykorzystywane także do produkowania treści kulturowych.
Przykładem opisywanym przez Wróblewskiego jest serial „House of Cards”. Netflix, bazując na brytyjskim formacie, postanowił wyprodukować serial na podstawie zgromadzonych danych o swoich użytkownikach i ich preferencjach. Dały one wiedzę, jakie są gusta odbiorców, a zatem podpowiedziały, jak zrobić serial, żeby podobał się publiczności, a Netflixowi przyniósł ekonomiczny zysk. A zatem, jak pokazały algorytmy, spora liczba użytkowników lubi filmy Davida Finchera, aktorstwo Kevina Spaceya i thrillery polityczne, stąd wynikało duże prawdopodobieństwo, że widzowie polubią thriller polityczny reżyserowany przez Finchera ze Spaceyem w roli głównej. I udało się: produkcja Netflixa odniosła sukces.
Przykład ten skłonił mnie do kilku refleksji, przy czym kluczowa jest następująca: czy w pewnym sensie nie zostałem oszukany? Czy ktoś się mną, sprytnie, ale i perfidnie, nie zabawił, schlebiając mojemu gustowi (choć nie miałem wiedzy, że go zna)?
Przyjmijmy na potrzebę moich rozważań, że obejrzałem ten serial bez wiedzy na temat sposobu jego wyprodukowania, co prawdopodobnie dotyczy większości widzów. Jest tak dlatego, że po pierwsze, Netflix nie jest skory do dzielenia się informacjami na temat swoich produkcji, w tym kulisów produkcji i decyzji o ich tworzeniu. Po drugie był to czas początku popularności Netlixa i brakowało wiedzy, którą mamy dzisiaj.
Czy „House of Cards” mi się podobał? Oczywiście, że tak! Kłopot w tym, że nie mogło być inaczej, bo przecież jak mogłoby mi się nie podobać coś, co zostało zrobione dla takich jak ja.
Kluczowe pytania brzmią następująco: co zmienia wiedza o kulisach algorytmicznej produkcji? I czy w ogóle coś zmienia? Mam na myśli nawet nie tyle stosunek do samego serialu, ile zmiany w moim sposobie podejścia do rzeczywistości kulturalnej, w tym konsumowaniu filmów i seriali, ale i sztuki, która także coraz bardziej poddaje się temu algorytmicznemu dyktatowi. Czy nie mamy tutaj przypadkiem do czynienia z praktyką odbierania wolności pod płaszczykiem jakże szlachetnego niemarnowania czasu oraz odczuwania przyjemności, która urasta do naczelnej wartości w hierarchii dyktowanej przez kapitalizm? Nawiasem mówiąc, zapewne Zygmunt Freud, mówiący o zasadzie przyjemności, miałby tutaj wiele do powiedzenia. Czy kapitalizm nie zhakował nam podświadomości?
Można nawet zapytać o tę kwestię w szerszej antropologicznej perspektywie: czy nie zmienia to w jakiś sposób sposobu partycypacji w kulturze? Czy kultura algorytmów nie tworzy wzorów kultury w ogóle?
Żeby dobrze zobrazować, co mam na myśli, wyobraźmy sobie sytuację, w której jesteśmy mężczyznami i spotykamy dziewczynę spełniającą wszystkie nasze oczekiwania i podzielającą nasze sympatie: od kulinarnych, przez filmowe, po polityczne. „Co najbardziej lubisz na obiad? – Leczo. – Ja też! Jaki jest Twój ulubiony film? – „Ćma”. – Mój też! Jak bardzo nie cierpisz Tuska? – Nie ma takiej skali”. I tak cały czas! Trudno uwierzyć w swoje szczęście. Oto znaleźliśmy kogoś podobnego do nas. Potem jednak dowiadujemy się, iż dziewczyna wypytała wszystkich naszych bliskich przyjaciół o nasze preferencje i gusta. Ewentualnie mogła przeszukać wyszukiwarkę naszego komputera, żeby dobrze określić nasz profil osobowościowy i się w niego „wstrzelić”. Czy nie poczulibyśmy się oszukani? Nabrani? Nasze spotkanie nagle stałoby się zupełnie nieautentyczne, albowiem nie mogło mieć innego przebiegu.
Co ciekawe, kiedy rozmawiałem z kilkoma grupami studentów na temat swojego dylematu, nikt z nich nie widział w tym problemu. Nie przeszkadzało im to, że film czy serial jest zrobiony „pod nich” (im „dedykowany”, jak się dzisiaj mówi). Wręcz przeciwnie, uznawali to za pożądane, świadczące o trosce o widza. „Co w tym złego”? – pytali, tym samym zdradzając, iż fundamentalne jest ich zadowolenie. Jeśli czuję, że serial jest dobry, podobał mi się, to jest dobry, a sposób jego produkcji nie ma tutaj nic do rzeczy. To raczej postęp niż regres.
Czy aby na pewno?
Rozumiem, i w pewnym zakresie nawet akceptuję takie podeście, szczególnie gdy dotyczy rozrywki mniej ambitnej, czyli nie z górnej półki, np. klasyki kina. Netflix proponuje kino klasy N: coś pomiędzy lekko-refleksyjno rozrywką, lecz nie tak intelektualnie płytką, jak seriale telewizyjne (przynajmniej w opinii moich studentów). Faktycznie staliśmy się wszystkożerni: niekiedy konsumujemy dzieła sztuki wysokiej, by innym razem „odmóżdżyć” się przy paradokumencie, a niekiedy rzucić w objęcia kina klasy N, kiedy nie chce się jednego ani drugiego. Algorytmy, zgodnie z opisem Michała Wróblewskiego, są funkcjonalne wobec wszystkożerności. I tutaj pełna zgoda.
Jednak moim zdaniem jest w tym podejściu coś niepokojącego, albowiem autentyczność, ten fetysz kultury ponowoczesnej, wydaje się przygrywać z przyjemnością. Kultura ponowoczesna to kultura na wielu polach paradoksalna: z jednej strony oryginalność, wyjątkowość, wolność wyboru, prawdziwe emocje, autentyczność właśnie. Z drugiej zaś wytwarzanie treści/towarów takimi nie będącymi. Sformułowanie „Oryginalna produkcja Netflixa” tyle samo odsłania, co zasłania – skrywa swoją nieoryginalność jednocześnie ją ujawniając. Kapitalistyczna ideologia staje się przezroczysta.
I tutaj widzę różnicę pomiędzy studentami a mną, albowiem ja chcę czuć przyjemność, jeśli wiem, że to ja decyduję, a nie ktoś inny za mnie. Chcę emocji opartych na prawdzie i autentyczności, a nie na schlebianiu mojemu gustowi, gdyż nie prowadzi to do niczego więcej poza przyjemnością. Być może nie ma w tym nic złego, o ile nie patrzymy w ten sposób na dzieła sztuki oraz treści mające kształtować nasze postrzeganie świata w jego bardziej intelektualnym wymiarze.
Funkcją sztuki jest testowanie rzeczywistości, produkcja nowych metafor, tworzenie nowych sposobów widzenia pozwalających dostrzec coś, czego nie widziało się wcześniej. Nie jest to zatem praktyka bezpieczna, bo możemy stać się kimś innym. Przy okazji kina klasy N nic się nie wydarzy: będzie to samo kosztem innego. Ponadto artysta to ktoś, kto mówi od siebie swoim własnym głosem, bez rachowania, ilu osobom się to spodoba. Nierzadko pisarz czy poeta, może być nim reżyser, a nawet filozof, wyprzedza o dekady swoje czasy i zostaje doceniony po upływie czasu. Tutaj nic takiego nie będzie miało miejsca.
Jeśli przyjmiemy definicję kiczu jako rozrywki dla mas, schlebiającej jej prostemu, by nie powiedzieć, prostackiemu gustowi, to czy Netflix, nie jest, lub nie stał się, właśnie, o paradoksie, estetycznym, dobrze zrobionym i wcale nie tandetnym, ale jednak, kiczem dla mas? Nie chodzi mi o to, żeby batożyć pod pręgierzem przyjemność widza, ale o zwrócenie uwagi na konsekwencje, jakie może nam przynieść netflixowy sposób produkowania oraz uczestniczenia w kulturze. Oznaczałby on koniec sztuki, wolności i skazanie na wieczne „to samo”, a ostatecznie znudzenie nawet własną przyjemnością. Aż chciałoby się zanucić: Welcome to the Netflix, such lovely place, such a lovely place…
Pisząc o Netflixie nie chodzi mi jedynie o tę platformę. To zaledwie jeden w wielu przykładów, który można by poddać analizie. Nie idzie nawet o kwestię strukturalnego kiczu jako schlebiania gustowi odbiorcy czy „sztuki szczęścia” (Abraham Moles). Chodzi o coś, czego on jest przykładem, a mianowicie opisywanego przez różnych badaczy kapitalizm platform (Nick Srnicek) oraz kapitalizm inwigilacji (Shoshana Zuboff). Nick Srnicek w swojej książce „Kapitalizm platform” twierdzi, że wciąż rozwijający się i mutujący kapitalizm korzysta ze szczególnego rodzaju surowca – danych. Są one takim samym surowcem jak ropa. Różnica polega na tym, że tego surowca dostarczamy sami, wchodząc na poszczególne platformy i z nich korzystając. Kapitalizm pozyskuje je od nas dobrowolnie i wykorzystuje, aby lepiej dostosować się do naszych potrzeb. Przynajmniej tak nas zapewnia. Trzeba jednak być naiwnym, aby sądzić, że kapitalizm nie będzie robił tego, co świetnie potrafi, czyli zamieniać wszystkiego w towar, i to coraz lepszy, bardziej do nas dostosowany. Przed którego zniewalającą mocą przyjemności będzie coraz trudniej się obronić.
dr Michał Rydlewski
PS. Dziękuję Pawłowi Bohuszewiczowi za cenne uwagi, które wykorzystałem w tekście.
przez Michał Rydlewski | środa 24 kwietnia 2024 | opinie
Przyglądając się budowie anatomicznej sporej części polskich inteligentów można dojść do wniosku, mówiąc pół żartem, pół serio, że składa się on z Rozumu oraz kija utrzymującego go w pozycji pionowej (nie mylić z kręgosłupem). Pozbawiony jest zmysłowo-mięsnego ciała, którym tak ochoczo zajmuje się naukowo. Jako przedmiot badania ciało jest obiektem intelektualnego pożądania, lecz nie jest już nim, gdy może sprawiać jego posiadaczowi, czy wywoływać – o zgrozo – u kogoś innego, pożądanie i przyjemność. Jeśli jest ono pozbawione aspektu kontemplacyjnego, wymiaru nie refleksyjnego, lecz opierającego się po prostu na czystej cielesności „konsumowanej” zmysłami, choćby wzroku, dając tym samym radość z udziału w zmysłowym świecie, to musi przez inteligenta zostać zdeprecjonowane, poniżone, wyśmiane i określone, a jakże, kiczem.
W świecie wielu polskich inteligentów nieomal każde, niepoprzedzone wyznaniem w trybie intelektualno-poznawczym oraz moralnym zabezpieczeniem mówiącego, wypowiedzenie się o ciele i zmysłowości, jest, czy może być, uznane (różnica pomiędzy jednym a drugim dzisiaj zanika) za seksizm, uprzedmiotowienie, dyktaturę patriarchatu w społeczeństwie zdominowanym przez samców alfa oraz w ostateczności „kulturę gwałtu” – słowem, wszystkie zbrodnie, nierzadko wyimaginowane.
Z tego między innymi względu polski inteligent nienawidzi wszystkiego, co nierefleksyjnie cielesne i zmysłowe, gdyż sprowadzające kobietę do (jakoby) seksualnego obiektu dla męskiego drapieżnika. Jednym z obszarów, w którym się to szczególnie przejawia, jest stosunek do disco polo. Ten gatunek muzyczny jest nie tylko przez inteligentów znienawidzony i pogardzany (wiadomo: to kicz i tandeta przeznaczona dla wiejskiego ciemnogrodu), ale i krytykowany za seksizm.
Moim zdaniem to dosyć jednostronne ujęcie. Oczywiście, można zarzucić disco polo, że epatuje roznegliżowaną, kobiecą cielesnością, że w wielu teledyskach kobiety tańczą wyzywająco, ukazując swoje erotyczne atuty, że są widokiem dla męskiego spojrzenia (pojęcie J. Bergera). Zgoda.
Jednak, po pierwsze, nie jest to seksualizacja tak wulgarna jak w innych gatunkach muzycznych, np. hip-hopie. Po drugie, disco polo nierefleksyjnie cieszy się ową cielesnością, pokazując coś, o czym inteligent zdaje się zapominać, jakby zupełnie zapomniał o ciele i zmysłowym wymiarze zauroczenia czy miłości – że może mieć to właśnie nieuprzedmiotawiający wymiar.
Wiele tekstów piosenek tego gatunku, szczególnie tych z lat 90. ubiegłego wieku, jest nastawione na cielesność i zmysłowość. Pojawia się w nich ciało, ale przede wszystkim takie jego elementy jak usta, oczy, włosy, a nie piersi czy pośladki. Bohater niejednego utworu jest oczarowany urodą dziewczyny, której nierzadko jeszcze bliżej nie poznał, a nawet jeśli poznał i tworzą parę, docenia jej urodę. Czy to zbrodnia? Seksizm? Te piosenki opowiadają najczęściej o miłości, która, uwaga, jest cielesna i zmysłowa (to motyw wzięty z literatury ludowej). Co więcej, nie znam bardziej optymistycznych piosenek niż disco polo (spora część z nich taka właśnie jest), choć są i bardziej refleksyjne (prostym językiem wyrażające to, o czym piszą uznani za wielkich), a czasami dotyczące miłości niespełnionej i nieszczęśliwej, w których mężczyzna wcale nie jest samcem alfa, lecz jawi się raczej jako delikatny i kruchy. Są optymistyczne, radosne, dają nadzieję w trudnych chwilach, pozwalają się zwyczajnie wyluzować i cieszyć życiem. Wystarczy na chwilę pozbyć się wspominanego kija, wziąć w nawias swoje inteligencie dąsy i posłuchać takich piosenek jak np. „Ciało do ciała”, „Promienie”, „Przekorny los”, „Przez twe oczy zielone”, „O Ela, Ela”, „Ona tańczy dla mnie”.
Życie nie składa się tylko z czytania mądrych książek, oglądania ambitnego kina, kontemplacji wielkich dzieł sztuki, co dobrze oddają liczne komentarze pod tymi piosenkami w serwisie YouTube. Byłby to koszmar, nie mówiąc już o tym, że byłoby to wręcz psychicznie niebezpieczne, albowiem chwile skupienia muszą współistnieć z chwilami nie myślenia, lecz przeżywania wolnego od intelektualnego wysiłku.
Moim zdaniem to właśnie ta prosta, cielesna i zmysłowa miłość tak irytuje inteligenta. Gdyż aby być uznaną za pełnoprawną miłość, musiałaby być ona poprzedzona wielogodzinnym seminarium o tekstach wielkich filozofów, pisarzy, reżyserów i malarzy. Intelektualne porozumienie jest ważne, to oczywiste, ale nie dobieramy się w pary czy zakochujemy w sobie wyłącznie dlatego, że połączyła nas taka sama interpretacja dzieł Derridy czy Heideggera.
Ale nie tylko disco polo jest obiektem inteligenckiej krytyki. Jest nią w ogóle to, co staje się popularne, np. w muzyce, a nie niesie ze sobą jakiegoś szczególnie istotnego, z punktu widzenia wyżyn akademickiego dyskursu, egzystencjalnego przesłania.
Przykładem może być ironiczne wyśmianie przez Michała Rusinka słów piosenki Blanki pt. „Solo”, która stała się hitem. Została obejrzana 23 miliony razy, miała 10 milionów odtworzeń na Spotify, reprezentowała nas na Eurowizji. Na nagraniu, dostępnym w serwisie YouTube, krakowski literaturoznawca i tłumacz, doktor habilitowany Uniwersytetu Jagiellońskiego, przekłada z angielskiego na polski słowa tejże piosenki. „Zobaczcie, jakie to głupie” – zdaje się mówić, „W tych słowach nie ma żadnego sensu”. Spuszczę zasłonę milczenia na tłumaczenie przez Rusinka słowa „Bejbe” (a właściwie: „Bejba”) jako „dziecko”, które należałoby przetłumaczyć raczej jako „Kochanie”, bo nie o samo tłumaczenie tutaj idzie. Piosenka jest po prostu o tym, że czasami lepiej jest być samemu, czyli solo, niż z kimś, z kim jest nam źle. Blanka w teledysku pokazuje, jak cieszy się z tego, że w końcu jest wolna po tym, jak zakończyła nieudany związek. Znam to uczucie i dlatego lubię tę piosenkę i teledysk – nie muszę go rozkładać na czynniki pierwsze i nie bardzo wiem, po co miałbym to robić. Muzyka wpada w ucho, jak dobre disco polo, dziewczyna jest ładna, zgrabna, a w miejscu, gdzie kręcony był teledysk, chętnie spędziłbym kilka dni wakacji, jeżdżąc takim samochodem jak ona. To jakaś zbrodnia nagrać taki teledysk? Zdaniem Rusinka piosenka powinna być chyba pogłębionym portretem psychologicznym, a tutaj mamy do czynienia z emocjami, a nie z analizą. I dobrze, bo ta piosenka wyraża radość, szczęście i optymizm. Czy to źle? Krakowski uczony chciałby chyba, analogicznie jak Zbigniew Mikołejko względem disco polo, aby te rozpraszało jego lęki egzystencjalne, było ambitne, należało do sztuki wysokiej. Ani disco polo, ani piosenka Blanki, nie mają takich ambicji, bo to tak, jakby oczekiwać od samochodu, żeby latał albo pływał, jeśli został skonstruowany do zupełnie innych celów. Polski inteligent, czego przykładem jest Michał Rusinek, chciałby żeby świat był Misiem Uszatkiem z jego wyobrażeń i owo wyobrażenie chce uczynić powszechnym, psując przy tym całą zabawę. „To, co przeżywasz, jest takie płytkie, a zatem i ty jesteś płytki” – zdaje się mówić pohukujący czy ironizujący inteligent. Czasami potrzebujemy różnych głębokości „przeżyć”.
Rozumiem i podzielam krytykę mitu piękna, wręcz dyktatury ludzi pięknych. Nie podoba mi się chore dążenie do nieosiągalnego ideału piękna, który nie jest możliwy do realizowania, jeśli nie ma się wystarczających zasobów w postaci pieniędzy (na skalpel i dietę) oraz czasu (na ćwiczenia). To wszystko wiemy, napisano na ten temat setki książek trafnie krytykujących „przemysł piękna” w służbie kapitalizmu. Nie mylmy jednak tej krytyki z niesprawiającym nikomu przykrości i niewyrządzającym zła poczuciem szczęścia (oprócz tych, czujących się urażonymi nieomal wszystkim), beztroskiej radości i przyjemności płynącej z cielesności i zmysłów. W przeciwnym razie grozi nam popadnięcie w absurd, którego przykładem może być Kantowska ocena seksu jako ruchów niegodnych filozofa.
Problem inteligenta z disco polo oraz muzyką popularną, jak wspomniana piosenka Blanki, polega na tym, że oba nie tabuizują seksualności, lecz ją afirmują. Blanka jest po prostu sexy, co niekiedy wręcz uruchamia u inteligenta (płci obojga) jakiś resentyment, a w ostateczności chęć pokazania swojej wyższości intelektualnej. Tomasz Szlendak, opisując przed laty klasowe tło sporu o białe kozaczki, które były synonimem złego gustu charakterystycznego dla „ludu”, stwierdził, że „Elita ucieka od seksualnej dosłowności, nieelita wręcz przeciwnie. U elity seksualność skrywana jest pod subtelniejszą powierzchnią, u nieelity jest ostentacyjna. […] Mężczyźni z elity także lubują się w białych kozaczkach, tak jak lubują się w jadowicie różowych stringach i ostentacyjnie erotycznych pończochach. Tyle tylko, że lubują się w tym wszystkim w zaciszu własnej, domowej sypialni” (Tomasz Szlendak, „Demokratyczna moda kontra białe kozaczki”, Dziennik, 2 czerwca 2006). Nie chodzi nawet o obłudę inteligenta, jeśli uznać, że toruński socjolog ma rację, ale o fakt, że nie da się, i nawet nie wiem, czy byłoby to możliwe oraz pożądane, sprowadzić ciało, zmysły, seksualność i erotyzm do sfery prywatnej. Kto był na włoskiej plaży, wie, o czym mówię: nie dajmy sobie odebrać miłosnej gry pomiędzy kobietą a mężczyzną także w wymiarze cielesnym.
Trawestując słynne stwierdzenie z filmu „Chłopaki nie płaczą”, można powiedzieć, że „Polski inteligent nie ma luzu”.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: kadr z teledysku do piosenki „Solo” Blanki.
przez Roman Adler | niedziela 21 kwietnia 2024 | opinie
Maria Przedborska (wł. Felicja Maria Przedborska) to szerzej niezbyt znana, a ciekawa postać związana z historią Łodzi lat 30. XX w.
Według „Słownika biograficznego Żydów łódzkich oraz z Łodzią związanych” urodziła się 30 października 1888 roku. Córka Ludwika Przedborskiego, lekarza, i Puliny (Perły) z Konów. Jej ojciec był polskim laryngologiem, znanym w Łodzi działaczem oświatowym i filantropem pochodzenia żydowskiego. Urodził się w Warszawie, ale od 1885 r. – dwa lat po uzyskaniu dyplomu lekarskiego na Uniwersytecie Warszawskim i praktykach we Wiedniu – zamieszkał w Łodzi, gdzie był ordynatorem tymczasowego szpitala dla Żydów założonego przez Izraela Poznańskiego, a potem Żydowskiego Szpitala im. małżonków Izraela i Leony Poznańskich. Został też sekretarzem Towarzystwa Doraźnej Pomocy Lekarskiej, jak wówczas nazywano pogotowie ratunkowe, założone w Łodzi w 1899 r. jako trzecie na ziemiach polskich i czwarte w Europie. Jako członek zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty, był zasłużonym organizatorem oświaty ludowej, utalentowanym popularyzatorem wiedzy, przewodniczącym Sekcji Pedagogicznej Oddziału Łódzkiego Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego.
Nic więc dziwnego, że wyrastająca w takiej atmosferze rodzinnej Felicja Maria od wczesnej młodości angażowała się w działalność społeczną. Podczas rewolucji 1905 r. wzięła w Łodzi udział w strajku szkolnym, walczyła o polską szkołę. Kiedy ukończyła Uniwersytet Jagielloński w Krakowie i obroniła doktorat z filozofii, podczas I wojny światowej służyła w Czerwonym Krzyżu. Swoje doświadczenia opisała w „Pamiętniku siostry Czerwonego Krzyża”, który był drukowany w 1919 r. na łamach PPS-owskiego „Robotnika” w nakładzie 8-10 tys., oraz w tomiku poezji z lat wojny zatytułowanym „Czerwony Krzyż”, wydanym w 1922 r. nakładem „Księgarni Polskiej”. Na początku lat 20. pracowała w warszawskim gimnazjum żeńskim Fanny Poznerowej, gdzie uczyła propedeutyki filozofii. W tym czasie pod pseudonimami „Maria” i „M-a P-a” publikowała wiersze i recenzje z warszawskich teatrów w „Sfinksie”, „Widnokręgu”, „Głosie Porannym”.
W 1926 r. – prawdopodobnie po przewrocie majowym Piłsudskiego – została inspektorką pracy i wkrótce przeniosła się do rodzinnej Łodzi. W latach 30. pracowała też w komisji rewizyjnej Stowarzyszenia „Urlopy Pracownicze”. Kontynuując tradycje rodzinne wchodziła w skład zarządu Towarzystwa Krzewienia Oświaty. Przedborskiej udało się przekonać łódzkie robotnice do opowiedzenia swoich historii: o warunkach pracy i życia, o wykorzystywaniu seksualnym kobiet w fabrykach. Zebranymi materiałami dzieliła się z Haliną Krahelską – w latach 1927-1931 zastępczynią Głównego Inspektora Pracy, znienawidzoną przez łódzkich fabrykantów autorką opracowania z 1927 r. „Łódzki przemysł włókienniczy wobec ustawodawstwa pracy” – a ta część z nich włączyła do napisanego wspólnie z M. Kirstową i S. Wolskim zbioru „Ze wspomnień inspektora pracy” z 1936 r.
W „Głosie Porannym”, wydawanym w Łodzi od 1929 r. piśmie o orientacji socjaldemokratycznej, już pod imieniem i nazwiskiem ukazywały się w latach 30. artykuły-sprawozdania M. Przyborskiej o sytuacji w łódzkich fabrykach, m.in. „Samowola majstrów wobec robotnic” („Głos Poranny” 1932 nr 106), „Robotnica łódzka w świetle faktów i wspomnień” (Głos Poranny” 1938 nr 146) czy – opublikowany w 1939 r. przez Księdze pamiątkowej Syndykatu Dziennikarzy Łódzkich – raport „Kobieta w łódzkim przemyśle”. Na łamach „Głosu Porannego” w latach 1932-1936 publikowano cykl jej wierszy „Wśród kominów Łodzi”.
Dotychczas snuto różne domysły na temat jej losów podczas niemieckiej okupacji. Marta Madejska, autorka bloga „Aleja Włókniarek”, tak pisała o swoich poszukiwaniach tropów archiwalnych o Marii Przedborskiej: „Część materiałów na jej temat jest w zbiorach po Eugeniuszu Ajnenkielu w Archiwum Państwowym w Łodzi […] przy al. Kościuszki. […] Chyba każdy badacz i badaczka łódzkiej kultury robotniczej co najmniej raz w życiu kieruje ciepłe uczucia w stronę nieboszczyka Ajnenkiela, syna szewskiego, polityka, historyka ruchu robotniczego. Z namaszczeniem odwiązałam teczkę, otworzyłam i zobaczyłam całkowicie pustą kartę ewidencji użytkowników. Spytałam pracownika archiwum, czy ktoś wcześniej z tego korzystał (może się nie wpisał, może poprzednia karta ewidencji zaginęła?). Nie. Teczka trafiła do archiwum w latach 90., do obiegu dla użytkowników weszła w roku 2001. Nikt przede mną jej nie szukał (oburzenie, wzruszenie, rozedrganie, nagle obudzony instynkt odkrywcy). Okazuje się, że Ajnenkiel poznał Przedborską osobiście w latach 30. w Łodzi, kiedy prowadziła inspekcyjno-dziennikarską kampanię przeciwko wyzyskowi i wykorzystywaniu seksualnemu robotnic. Opisuje ją dość szczegółowo – widać, że zrobiła na nim wrażenie. […] Ajnenkiel spotkał ją po raz kolejny podczas II wojny światowej w Krakowie, gdzie wysiedlono wiele osób z łódzkiej inteligencji. Później Maria za rodziną swojej siostry powędrowała do getta warszawskiego”. Ten trop potwierdza wzmianka o niej w „Pamiętnikach z getta warszawskiego. Październik 1940 – styczeń 1943” Henryka Makowera, że w czasie II wojny światowej prowadziła w getcie warszawskim kursy maturalne dla uczniów szkół średnich.
Prawdopodobnie zginęła w warszawskim getcie lub po ucieczce z niego. Edward Kołodziejczyk w swojej monografii „Inspekcja Pracy w Polsce 1919-1999” (Warszawa 2003, s. 140) wśród inspektorów pracy, którzy polegli lub zmarli podczas II wojny światowej jednoznacznie stwierdza: „dr Maria Przedborska – podinspektorka ds. kobiet i młodocianych w III okręgu (Łódź), zamordowana w Getcie Warszawskim”. Nieznane jest miejsce jej pochówku.
Jak pisała M. Madejska, „wygląda na to, że Ajnenkiel od 1949 r. przygotowywał się do wydania opracowania o Przedborskiej, być może tomiku wierszy ze wstępem. Cała teczka zawiera jej skrótową biografię, nekrolog doktora Ludwika Przedborskiego – ojca Marii, wnioski z rozmów z jej znajomymi i przyjaciółmi przeprowadzonymi już po wojnie, trochę notatek ze statystykami z międzywojnia, artykuły prasowe, cały cykl »Wśród kominów Łodzi« i kilka wierszy biograficznych, które samozwańczy kronikarz wypisał z zeszytów pożyczonych od przyjaciela Przedborskiej”.
Wuj czy stryj mego dziadka został powieszony
na gałęzi, w swym długim żydowskim chałacie,
przez Moskali – nie wydał, z jakiej przyszli strony
powstańcy. Kochał Polskę w jej krwi majestacie.
Lata szkolne. Dostałam od kogoś wzbroniony
tom wierszy Krasińskiego. „Tamten”… W poemacie
zakochałam się… Sybir… i męczeńskie zgony…
Kochałam Polskę w łez Jej cichym majestacie.
Pokój. Wstrząs! Na warszawskim ratuszu czerwony
sztandar. – „Proletariacką dłoń daj siostro, bracie!
Po prawa swe sięgają nędzarzy miliony!”
Kochałam Polskę w prac Jej twórczych majestacie
Zbir w „gazrurkę”, kastety i nóż uzbrojony,
pismak jadem ziejący w swej brukowej szmacie
kraczą – „Precz z Polski!” – czarne nad padliną wrony.
Nienawidzę tej Polski – – – W żydowskim chałacie
został stryj mego dziada
w nocy powieszony
przez Moskali. I Polska w swej żałobnej szacie
stanęła przy nim łkając – „Oplwany, wzgardzony
synu mój!”… Łza jej płonie dziś w żółtej mej łacie…
Zbir z „gazrurką” i pismak odnoszą się do fali antysemityzmu w II RP, o której nigdzie wcześniej otwarcie nie pisała. „Żółta łata”, czyli żółta gwiazda Dawida, to oznakowanie, do którego noszenia zmuszeni zostali Żydzi na terenach okupowanych i wcielonych do Rzeszy.”
W swojej monografii E. Kołodziejczyk przytacza takie wspomnienie: „W inspekcji zetknęłam się z ludźmi bez reszty oddanymi sprawie robotniczej – podkreśla Danuta Głodek, która pracowała w łódzkim okręgowym inspektoracie pracy także w latach powojennych. – Od ludzi takich jak Maria Przedborska […], Wacław Wyrzykowski [….] i inni – nauczyłam się tego, co w późniejszych latach, po wojnie, pozwoliło mi na wdrażanie z całym przekonaniem, jako inspektorowi pracy, przepisów z zakresu ochrony pracy, szczególnie dotyczących kobiet i młodocianych. To była dobra szkoła, na najwyższym poziomie życiowym” („Inspekcja Pracy w Polsce 1919-1999”, jw., s. 95-96).
Wspomniany Wacław Wyrzykowski był owym adresatem i właścicielem zeszytów M. Przedborskiej, do których po wojnie dotarł E. Ajnenkiel, a które M. Madejska uznała za zaginione, ponieważ W. Wyrzykowski – od 1927 do 1939 r. okręgowy inspektor IV Okręgu Inspekcji Pracy w Kielcach – zmarł w latach 50. XX w.
Niektóre z wierszy Przedborskiej zostały opublikowane w tomach zbiorowych, ale nikt nigdy nie pokusił się o wydanie jej dzieł zebranych czy chociaż zbioru „Wśród kominów Łodzi”. Krytycy literaccy zarzucali jej monotematyczność, ale dobrze widać, że nie z myślą o nich pisała. Bez żadnej cenzury w poezji oddawała wszystkie swoje obserwacje, które dotyczyły łódzkiego środowiska robotniczego w czasach wielkiego kryzysu lat 30., w szczególności kobiet. Wiersze opublikowane w roku 1934 w nr 354 „Głosu Porannego” zadedykowała:
ROBOTNICY ŁÓDZKIEJ
– jej pracy, zmaganiom i męce,
jej modlitwom, zawodom i przekleństwom
jej życiu, konaniu i śmierci
jej bohaterstwu kobiecemu.
W Z. Skibińskiego, B. Stelmaszczyk-Świontek: „Kwiaty łódzkie. Antologia poezji o Łodzi” (Łódź: Wydawnictwo Łódzkie, 1982) zamieszczone zostały 4 wiersze jej autorstwa: „Doły”, „Dzień powszedni i święto”, „[Nie ma jej na Piotrkowskiej]”, „Pokolenia”.
Poniżej przykłady jej „inspektorskich” wierszy, odnalezionych przez M. Madejską:
Maria Przedborska
Wśród kominów Łodzi, 1932-1936
[przy przepisywaniu zachowałam zgodną z oryginałem pisownię, ortografię etc.]
„Głos Poranny” nr 272/1932:
Nieszczęśliwe wypadki
Skaleczone, przebite, ucięte, zmiażdżone
palce, dłonie, ramiona w chwycie maszyn ślepym…
Ciemno oczy, ogłuchłe uszy, poparzone
nogi, biodra, strzaskane piersi i czerepy…
Gryzącemi płynami potwornie wyżarte,
sprasowane przez dźwigi, naciągnięte na wał,
rażono prądem, podczas eksplozji rozdarte,
silne, nagle zamarłe, biedne ludzkie ciała…
Nieszczęśliwe wypadki… Jak z badań wynika,
nieuniknione – mimo ochron i ostrzeżeń:
w sześćdziesięciu procentach wina robotnika,
Może… pewnie… tak… (Skąd się tylu winnych bierze)
A w czterdziestu?! – Zginajcie, prostujcie się, prężcie
ślizgajcie przez cień groźną, w pyle, dymie, parze:
dzień każden gwiazdy wasze – szczęście czy nie¬
szczęście — na stropie sali nieci, o losu nędzarze!
Pręty, siatki, poręcze, koryta, kaptury,
manometry, sygnały, maski, rękawice
– i jeden krótki moment: błysk gromowej chmury,
Krzyk straszny… Po nim cisza… W nich dwie tajemnice.
Płoną gwiazdy czy gasną? – Wy ich nie widzicie,
chleb wszak trzeba zdobywać dla siebie i dziecka!
Nie zatrwoży nic tego, kto już wie, iż życie
jest stokroć podstępniejsze, niźli śmierć zdradziecka…
W tkalni
Przeogromna hala – dwa tysiące krosien,
przeogromna hala – tysiąc robotników!
Krzyknij z całej siły – zamrzesz w niemym głosie:
tak zamiera w każdej chwili tysiąc krzyków!
W ciągły szum transmisji wpadają miarowe
ostre uderzenia, które mógłbyś zliczyć.
Trzeszczy dach – zda ci się, że runie na głowę…
drży ziemia – czy grozi wybuch tajemniczy?…
Straszliwy huk czaszkę rozsadzi ci zaraz?
w tętnicach twych gonią się tkackie czółenka?
– Osiem godzin biegnie wskazówka zegara:
nerw tępieje, ale w tym czasie nie pęka!
Na trzeci dzień, czwarty, piąty czy dziesiąty
tak się przyzwyczaisz do stuku i wstrząśnień,
że w domu ci huczeć pocznie cisza w kątach
i spoczynek będzie drażnił cię nieznośnie.
Łap! wiąż! rwij! łącz! – ciągle czujnemi oczyma
rękoma, nerwami, wolą! Zlej się w całość
z tą żelazną masą, która ciebie trzyma,
której jesteś cząstką nieskończenie małą!…
„Głos Poranny” nr 293/1932:
Dwa dni w tygodniu
Dwa dni w tygodniu pracuj – i żyj przez dni siedem!
W dwa dni na akord wyrób stawki dwie, trzy, więcej:
napnij mięśnie, tętnicę, nerwy, jak swą biedę
– i milcz! Jest was zbyt wielu: przeszło sto tysięcy
Gdy rząd podczas inflacji rozdzielał kredyty –
na trzy zmiany zatrudniać można było wszystkich:
starców, dzieci, kaleki, ciężarne kobiety –
i umieszczać w dolarach zagranicą zyski.
Dziś – kryzys, brak gotówki, czeki bez pokrycia,
nadzory, upadłości, zachwianie kolosów:
fala śmierci, ukryta pod powierzchnią życia,
tryskająca i przepastnych tajników chaosu…
Ty, jeden w stu tysiącach, czy – wraz z rodzinami –
w półmiljonie, ty pierwszy czujesz wiew złowieszczy!
Chwilowe ożywienie – „sezon” – cię nie mami:
nędza, wszczepiona w gardziel chwyt wzmacnia swych kleszczy
Ty, głodny, nagi, chory, ty, na zapomogach
w ciągu długich tygodni nie mogący skonać,
niewolniku strasznego Konjunktury boga,
ty tylko masz Łódź, tylko ty wiesz, czem jest ona!
„Głos Poranny” nr 312 (wł. 321, błąd w numeracji)/1932:
Tkaczka
Na jedną robotnicę osiem,
potem szesnaście, jeszcze więcej
automatycznych ma być krosien:
postęp wypiera ludzkie ręce!
Kilka śrub, wałków, trybów, kółek –
maszyna sił nabrała nowych:
żelazne palce, wprawne, czułe,
ślą wątek szybciej w gąszcz osnowy.
Zapadła pierś, podbite oczy,
ziemista cera, wargi blade
– co tam! ze skóry niech wyskoczy:
musi dać sobie tkaczka radę!
Między krosnami, jak w obłędzie,
biega, wstrzymuje, puszcza dalej,
była tu, już jest w tamtym rzędzie
zwiększyć zarobki obiecali!
Zwiększą je? czy też oszukańczo
zmniejszą? – Uważać! nici rwą się,
tu, tam, znów… Gdzie? – Skry w oczach tańczą…
warsztaty uciekają w pląsie…
Łamią się nogi… Serce pęka.
i ogniem bije – „Chryste Panie!!”…
Bucha szkarłatna, żywa męka…
Zastrzyk morfiny – wnet ustanie!
Zdarza się. Krwotok płucny…
dziedzictwo: ojciec alkoholik…
– – – Świat zasnuł się mgłą ciemną, gęstą…
Tak lekko, dobrze…: Nic nie boli…
Po czterech tygodniach
Zdradziecka ją chwyciła grypa – i trzymała:
głuchy kaszel darł płuca, ból rozsadzał głowę,
w nocy pierś gniotła ciężka – niby życie – skała
i nad łóżkiem się cienie tłoczyły widmowe.
Blade wargi drżą: – „Panie Doktorze kochany,
spraw, bym mogła najprędzej chodź trochę się podnieść
i przejść o własnych siłach od ściany do ściany!…”
– Wolno wszak tylko cztery chorować tygodnie!
Po trzydziestu dziewięciu dniach jak z trumny mara
stawiła się do pracy. Zapóźno! Ktoś inny
zajął miejsce przy krosnach. Gnie się postać szara…
Ustawa przewiduje… Kierownik niewinny…
Kartę na zapomogę chcą jej wepchnąć w dłonie …
– „A urlop? Psiekrwie! Urlop też przepadł w tym roku?!”
Buchalter, księgi – wszystko pogrąża się, tonie,
razem z nimi i ona, w lodowatym mroku…
„Głos Poranny” nr 357/1932”
Młodociani
Spis młodocianych z fabryk: łącznie wszystkie działy
dobrych kilka tysięcy wchłonęły ich w siebie,
Dzieci? – Nie, to dorośli: dorośli – w potrzebie.
jedyni żywiciele często rodzin całych.
Bladzi chłopcy, w ślusarskich zimnych lochach czarni
od żelaznego pyłu w bielniku zmoknięci
przy rajgerze we dwoje pod żarówką zgięci,
nad igłami przyrośli do miejsc w pończoszarni…
Dziewczęta, pośród kobiet w przędzalniach rozsiane,
w ciągłym biegu wilgotny żar i pył bawełny
wchłaniające bolesnym oddechem niepełnym,
aż płuca w suchotniczą zamienią się ranę…
Po ukończeniu pracy – wieczorowa szkoła,
stosownie do ustawy – że nauka winna
być wliczona w czas pracy – to rzecz całkiem inna
kalkulacja jej żadna wytrzymać nie zdoła!
Nad dokształceniem czuwać – z tem, jak z każdą formą
upora się kierownik, gdy uporać trzeba.
Więcej żądać od niego? – Nikt za darmo chleba
nie chce dawać: nie przepis, lecz życie jest normą
Życie! życie! Tak – życie! życie bezlitosne… – –
Czerwone ciężkie mury pod strażą kominów… —
Kto i kiedy rwał pęki róż, kiście jaśminów?
kto i kiedy wymyślił cudną, złotą, wiosnę?…
„Głos Poranny” nr 242/1934:
Protokół
Przyszli prosto od maszyn, w roboczej odzieży,
brudni, przesiąkli potem, z czarnemi rękoma,
wdarli się pełną falą i rozleli szerzej,
cisi tą ciszą, która drzemie w blizkich gromach.
Inspektor Pracy czeka. Z za pazuch, z kieszeni
wyciągają książeczki swe obrachunkowe
i, wymachując niemi, krzyczą rozwścieczeni:
– „Wyrobić nie możemy stawki akordowej!!”
– „Proszę o spokój! proszę…. Gdzie są delegaci?”
Zbita masa wypuszcza robotników czterech.
– „Rodzaj krosien? bieg? Ile od metra się płaci?”
Pióro skrzypi, taryfa śmiga nad papierem.
– Przy krosnach szerokości… zarabiać powinien
siedem złotych i groszy… – zarabia półpiąta…
Przy krosnach…” – W liczb szeregach czas wijąc
się płynie…
Głód skręca puste kiszki… myśl rwie się i pląta…
Badanie ukończone. Kierownik coś prawi
o trudnościach płatniczych, fabryki zamknięciem
grozi. – „Niechta!!” – Protokół podpisany krwawi,
jak wnętrzności, otwartem nagiem, mocnem cięciem.
Wiek robotnika
Inspektor świadków w fabryce bada:
– „Agnieszka Struś” – „Lat?” – „Trzydzieści jeden”,
Inspektor patrzy: twarz sucha, blada,
poryta – wszak to zwiędła kobieta!
– „Nowicki Jan” – „Lat?” – „Czterdzieści cztery”.
Inspektor pisze – i na arkuszu
skaczą zdziwione drobne litery:
ten szkielet który zdziera piszczele?
– „Chodź tu! Nazwisko?” – Marja Zalewska”.
– „Lat?” – „Siedemnaście” – „Nie! Być nie może!”
To wątłe dziecko z piersią jak deska?
– „Gdzie wykaz?” – „Proszę! Jest i metryka.”
Jaka moc rzuca tu swoje czary,
jawnie fałszuje wszystkie dowody?
ludzi złośliwie zamienia w mary
i życie niszczy w jego rozkwicie?!
– Praca nadmierna w pyle i żarze,
w smrodzie i brudzie w stuku i huku,
wciąż z bezrobociem idąca w parze:
dwie siły, które w rytm swój chwyciły
czas.
„Głos Poranny” nr 354/1934:
8 godzin
Motor huczy. Zegary mierzą czas wytrwale.
Od wysokich parterów do niskich poddaszy
kobiety wypełniają wszystkich fabryk sale:
dziewczęta, żony, matki, przykute do maszyn.
Każda przy swym warsztacie stoi osiem godzin
bez przerwy (dla zmian życie przerwę skasowało!):
na stojączkę coś przełknie (majster okiem wodzi),
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy podczas menstruacji kurcze szarpią ciało,
ręce wznosi i czuje, jak krew z niej uchodzi
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy płód, w niej dojrzewając, rozdyma ją całą:
lekarz nie da zwolnienia („żadnej to nie szkodzi!”),
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin,
gdy nogi z żylakami są masą nabrzmiałą,
której bólu podwyżka nawet nie łagodzi,
stoi – spocząć nie wolno choć na chwilę małą!
Stoi przy swym warsztacie długich osiem godzin…
Napróżno inspektorki pracy walczą śmiało
o stołek dla niej – „Stołek?!” – kpią dyrektorzy młodzi:
– „baba uśnie, gdy spocznie choć na chwilę małą!”
Baba uśnie! – Więc musi długich osiem godzin
przy warsztacie bez przerwy stać. Znużone ciało
rwą kurcze coraz mocniej: krew żywa uchodzi,
W łonie ciska się dziecię… Nogi puchną… – Mało!
ach zbyt mało dowodów!… Liczba ich nie wzrośnie,
by mogła fabrykanta łódzkiego przekonać
– dopóki przy ciągarce, wrzeciennicy, krośnie
nie stanie jego siostra, matka, córka, żona!
Oprac. Roman Adler
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Narodowe Archiwum Cyfrowe
przez Karol Trammer | niedziela 14 kwietnia 2024 | opinie
Kto na szybkiej kolei zyska, a kto straci? Jak kolej dużych prędkości wpływa na rozwój regionów i ich dostępność komunikacyjną.
Tak jak komponent lotniczy Centralnego Portu Komunikacyjnego jest traktowany jako zagrożenie dla lotnisk regionalnych, tak komponent kolejowy – zakładający budowę linii dużych prędkości – bywa uznawany za zagrożenie dla rozwoju istniejących linii kolejowych.
Lokalne społeczności, gdy dowiadują się o planie wytyczenia szprychy przez swoją małą ojczyznę, odbierają to jako zagrożenie dla lokalnych tkanek, a nie infrastrukturę, która może zapewnić im szybki dojazd do dużych miast.
Efekt tunelu
W dokumencie „Europejska perspektywa rozwoju przestrzennego” Komisja Europejska już w 1999 r. przestrzegała przed efektem tunelu, który tworzy się, gdy koleje dużych prędkości, łącząc duże aglomeracje, przecinają tereny peryferyjne bez zapewniania połączeń ich mieszkańcom. Wygląda na to, że planiści komponentu kolejowego CPK mieli w tyle głowy powyższe zagrożenie. W wybranym już wariancie przebiegu najważniejszej szprychy – czyli rozwidlającej się linii dużych prędkości z Warszawy przez Łódź do Wrocławia i Poznania – zaplanowano kilka stacji pośrednich zarówno w mniejszych miastach, jak i w gminach wiejskich.
Na wlocie do aglomeracji łódzkiej od strony Warszawy powstać ma stacja w Brzezinach. Do tego liczącego 12 tys. mieszkańców miasta powiatowego obecnie nie da się dojechać pociągiem – zbudowanie szprychy będzie więc oznaczać, że Brzeziny uzyskają dostęp do kolei. Stacja – która ma być zlokalizowana niecałe 2 km od centrum miasta – umożliwić ma dojazd do centrum Łodzi w 10 min. (samochodem jedzie się około 30 min., a autobusem około 50 min.).
Jak wynika z wariantu inwestorskiego, stacja Brzeziny będzie jedyną – oprócz terminalu kolejowego na lotnisku – pośrednią stacją pasażerską na linii dużych prędkości między Warszawą a Łodzią. Wycofano się bowiem z wcześniej rozważanego stworzenia stacji Bolimów i Łyszkowice, choć linia ma biec tuż przy tych miasteczkach, a szybkie połączenia zapewniłyby obszarom między Łodzią a Warszawą, które leżą w oddaleniu od istniejących linii kolejowych, poprawę dostępności do obydwu tych miast.
Rewolucja na peryferiach
Na zachód od Łodzi zaplanowano stację pasażerską w gminie wiejskiej Wodzierady, która liczy 3,7 tys. mieszkańców. Kolejną gminą wiejską, w której wariant inwestorski przewiduje stworzenie stacji, jest licząca 2,5 tys. mieszkańców gmina Czajków – leży ona w województwie wielkopolskim na granicy z województwem łódzkim. Z Czajkowa do Poznania jest 170 km, a do Łodzi 105 km. Peryferyjność tego rejonu pogłębia to, że znajduje się on pośrodku dużej białej plamy w sieci kolejowej – z Czajkowa do najbliższych stacji kolejowych jest około 30 km. Dlatego powstanie stacji pasażerskiej na linii dużych prędkości byłoby rewolucją nie tylko dla gminy Czajków, ale też sąsiednich gmin Brąszewice i Klonowa w województwie łódzkim. Kolej dużych prędkości może bowiem zapewnić dojazd stąd do Łodzi i Wrocławia w mniej niż godzinę.
Przyjęty przez CPK wariant przebiegu odgałęzienia od Sieradza do Poznania przewiduje budowę stacji pasażerskich w Błaszkach w powiecie sieradzkim i Nowym Mieście nad Wartą w powiecie średzkim.
Stacje pośrednie na liniach dużych prędkości nie będą oczywiście odpowiedzią na potrzeby mobilności w skali lokalnej, związane z dojazdem do miejscowych szkół, sklepów, urzędu gminy czy ośrodka zdrowia. Za to otwierają dostęp do miejsc pracy i nauki w dużych miastach, co pozwala w nich pracować czy studiować bez wyprowadzania się ze swojej małej ojczyzny.
Atrakcyjny adres
W Niemczech efekt w postaci wzrostu liczby ludności przyniosło wybudowanie na linii dużych prędkości Frankfurt nad Menem – Kolonia stacji w Montabaur, 15-tysięcznym mieście leżącym pośród wzgórz Westerwald na peryferiach landu Nadrenia-Palatynat. Pociągami InterCityExpress można stąd dojechać w około 40 min. do Frankfurtu nad Menem i Kolonii. Od otwarcia stacji w 2002 r. miastu Montabaur przybyło 2 tys. mieszkańców, a przy tym – jak wskazały statystyki kolei Deutsche Bahn – jest to miasto, w którym odnotowano największy w całych Niemczech odsetek mieszkańców posiadających roczny bilet sieciowy na kolej BahnCard 100.
Obok stacji Montabaur powstał nowy kwartał zabudowy, na który składają się dworzec autobusowy, centrum handlowe, budynki mieszkalne i biurowce, w których siedziby ma między innymi kilka dużych firm branży informatycznej. Małe miasto z szybkim dojazdem koleją do dwóch aglomeracji – kolońskiej i frankfurckiej – okazało się być atrakcyjnym adresem.
Dziś już mało kto pamięta, jakie emocje budziła decyzja, że na linii dużych prędkości Kolonia – Frankfurt nad Menem powstaną stacje Montabaur oraz Limburg Süd na obrzeżach 36-tysięcznego miasta Limburg an der Lahn. To, że część mknących 300 km/h pociągów InterCityExpress stanie po drodze, by zabrać pasażerów z mniejszych miast, nazwano na łamach tygodnika „Der Spiegel” drogim kuriozum i zapłatą dla samorządów, aby nie piętrzyły trudności podczas budowy linii. Dziennikarze wieszczyli, że Montabaur i Limburg Süd będą stacjami-widmo, a dziś korzysta z nich po 2-3 tys. pasażerów dziennie.
Nikt nie myślał
Emocje towarzyszyły też budowie stacji pośrednich na liniach dużych prędkości we Francji – zlokalizowane z dala od dużych miast stacje ochrzczono mianem dworców buraczanych.
Takie stacje powstały już w 1981 r. na pierwszej francuskiej linii dużych prędkości Paryż – Lyon. Na tym ciągu stacje pośrednie – Le Creusot TGV i Mâcon-Loché TGV – powstały tylko w granicach jednego departamentu: Saône-et-Loire. Decydujący był bowiem lobbing lokalnych polityków, którzy zażądali stacji pośrednich, gdy w kontekście kolei dużych prędkości jeszcze nikt nie myślał o mieszkańcach mijanych peryferii. Przez wszystkie inne departamenty po dziś dzień pociągi TGV łączące Paryż z Lyonem mkną 300 km/h bez postojów.
Skutkiem jest paradoks zniekształcający mapę kolejową. Mianowicie z Paryża do pierwszej, oddalonej aż o 300 km, stacji Le Creusot TGV jedzie się około 1 godz. 20 min. Dużo szybciej niż do leżącego 170 km od Paryża miasta Auxerre, dokąd podróż zwykłym pociągiem zajmuje 1 godz. 50 min. Auxerre jest stolicą departamentu Yonne, przeciętego szybką koleją Paryż – Lyon bez zapewnienia stacji pośredniej.
Przy planowaniu kolejnych linii dużych prędkości zaczęto zwracać większą uwagę na zapewnienie lepszej do nich dostępności poprzez bardziej równomierne rozłożenie stacji. Widać to na otwartej w 2007 r. linii łączącej Paryż ze Strasburgiem. Została ona tak zaplanowana, aby – poza stołecznym regionem Île-de-France – każdemu mijanemu departamentowi zapewnić stację pasażerską.
W departamencie Marne powstała stacja Champagne-Ardenne TGV. Znajduje się ona w miejscowości Bezannes na przedmieściach liczącego 179 tys. mieszkańców miasta Reims, z którego dociera do dworca linia tramwajowa. Na stację wjeżdżają także pociągi regionalne dowożące pasażerów z sąsiedniego departamentu Ardennes.
Stacja Meuse TGV powstała na obszarze wiejskim, by zapewnić dostęp do szybkich pociągów społeczności departamentu Meuse. Na pociągi TGV pasażerów dowożą autobusy z trzech największych miast departamentu: Verdun (17 tys. mieszkańców), Bar-le-Duc (15 tys.) i Commercy (5 tys.), które leżą w promieniu 30 km od stacji.
Stacja Lorraine TGV znajduje się przy granicy departamentów Meurthe-et-Moselle i Moselle. Połączenie z oddalonymi o około 30 km od stacji ich stolicami – Nancy (104 tys. mieszkańców) i Metz (121 tys.) – zapewniają linie autobusowe.
Szybkość kontra dostępność
We Francji duża część stacji pasażerskich na liniach dużych prędkości powstała w oddaleniu od większych miast. Nawet jeśli jednym z zadań danej stacji jest obsługa miasta. Wiąże się to z dylematem, który spółka CPK przedstawia w opisie planowania przebiegu szprych: „Chęć wytyczenia linii kolejowej w pobliżu centrum danej miejscowości i maksymalizacja korzyści wynikających z atrakcyjnej lokalizacji stacji łączy się często z koniecznością inwestycyjnej ingerencji w obszary gęsto zabudowane. Z kolei odsuwanie linii od głównych ośrodków osadniczych na danym terenie powoduje zmniejszenie dostępności przestrzennej, a co za tym idzie – ograniczenie roli kolei w zaspokojeniu potrzeb przewozowych”.
We Francji od początku rozwoju kolei dużych prędkości prymat nadano szybkości, a nie dostępności. Tego skutki obserwować można na przykładzie 147-tysięcznego Aix-en-Provence. Dworzec w tym mieście jest obsługiwany tylko przez pociągi regionalne. Natomiast składy TGV – jadące 30 min. do Marsylii, godzinę do Lyonu, trzy godziny do Paryża – stają 15 km za miastem: na stacji Aix-en-Provence TGV, do której można się dostać autobusem lub samochodem (przy stacji jest płatny parking na 2910 miejsc).
W Niemczech standardem jest włączanie linii dużych prędkości w istniejące węzły. Dzięki temu pociągi dużych prędkości – choć wymusza to wolniejszy przejazd przez węzeł – zatrzymują się na dworcach w centrach miast. Nie tylko dużych jak 215-tysięczny Erfurt, ale i średnich jak 70-tysięczna Fulda. Dzięki temu pociągi dużych prędkości stają na tych samych dworcach co pociągi regionalne – umożliwia to skomunikowania między tymi połączeniami.
We Francji taką możliwość dają z kolei pozamiejskie dworce, które przybrały formę dwupoziomowych węzłów na przecięciu linii dużych prędkości z liniami regionalnymi. Na przykład na stacji Valence TGV, zbudowanej na odcinku Lyon – Marsylia, można się przesiąść do pociągów regionalnych, które kursują prostopadłą linią Grenoble – Valence (samo liczące 64 tys. mieszkańców miasto Valence leży 11 km od stacji Valence TGV).
Taki węzeł przesiadkowy mógłby powstać chociażby na przecięciu szprychy Warszawa – Łódź z linią Łowicz – Skierniewice. Jednak w Polsce, przynajmniej na obecnym etapie, nie zaplanowano tego typu stacji.
Dylemat zjazdu
Kompromisem między dostępnością a szybkością może być prowadzenie linii dużych prędkości poza miastami, ale przy tym zapewnianie łącznic, którymi część pociągów zjeżdża z szybkiej linii, by zatrzymać się na dworcu w mieście, a potem wraca na trasę high-speed. W Niemczech tak jest obsługiwany 42-tysięczny Coburg, a we Francji 90-tysięczne Poitiers.
Plany spółki CPK zakładają, że tak ma też wyglądać obsługa Sieradza, Kępna, Jarocina i Środy Wielkopolskiej – według aktualnych wariantów, powstać mają łączniki, które pozwolą pociągom opuścić linię dużych prędkości i zatrzymać się w tych miastach przy istniejących dworcach.
Na etapie tworzenia oferty przewozowej rodzi to jednak kolejny dylemat – związany z tym, że postój na stacji umiejscowionej na linii dużych prędkości zajmuje mniej czasu niż zjechanie do miasta. Na przykład obsłużenie Coburga wydłuża czas jazdy pociągu ICE o około kwadrans. Stacje wymagające opuszczenia linii dużych prędkości zazwyczaj są więc mniej hojnie obdarzane postojami niż stacje wybudowane na tych liniach. Do Coburga zajeżdża osiem pociągów ICE dziennie, a na zlokalizowanej bezpośrednio na szybkiej linii stacji Limburg Süd staje około 30 pociągów ICE.
Regiony dużych prędkości
Linie dużych prędkości wcale nie muszą być obsługiwane wyłącznie pociągami najwyższych kategorii. W Niemczech – w przeciwieństwie do Francji – szybkie linie służą również połączeniom regionalnym.
Na działającym od grudnia 2022 r. odcinku kolei dużych prędkości Ulm – Wendlingen pociągi regionalne kursują co godzinę, zatrzymując się na zbudowanej specjalnie dla nich stacji Merklingen-Schwäbische Alb (składy ICE przejeżdżają przez nią bez postoju). Stacja powstała w liczącej 2 tys. mieszkańców gminie Merklingen. Pociągi regionalne relacji Ulm – Wendlingen osiągają prędkość 200 km/h. Docelowo, po otwarciu kolejnego odcinka linii dużych prędkości, od Wendlingen do Stuttgartu, przez Merklingen mają zostać skierowane połączenia RegionalExpress Friedrichshafen – Ulm – Stuttgart – Karlsruhe, co bardziej włączy szybką linię w sieć regionalną landu Badenia-Wirtembergia.
W Bawarii linia dużych prędkości łącząca Monachium z Norymbergą jest włączona w sieć kolei regionalnej już od 2006 r. Obok składów InterCityExpress kursują nią pociągi RegionalExpress relacji Norymberga – Ingolstadt – Monachium, które na szybkiej linii zatrzymują się na stacjach Kinding i Allersberg w gminach liczących po kilka tysięcy mieszkańców. Dodatkowo na linię wjeżdża kolej miejska S-Bahn, dogęszczając ofertę ekspresów regionalnych na odcinku od Norymbergi do stacji Allersberg. Występuje tu duża rozpiętość prędkości: składy ICE mkną 300 km/h, ekspresy regionalne osiągają 190 km/h, a pociągi S-Bahn rozpędzają się „tylko” do 160 km/h.
Jak zatrzymać pociąg?
Plany spółki CPK przewidują, że liniami dużych prędkości – na których pociągi dalekobieżne mają rozpędzać się do 250 km/h – będą też kursować pociągi regionalne osiągające prędkość 160 km/h.
Stworzony w spółce CPK horyzontalny rozkład jazdy – zarys oferty przewozowej na czas po zbudowaniu szprych – przewiduje wprowadzenie połączeń RegioExpress, które na przykład na Mazowszu miałyby zapewnić dojazd z Płocka do Warszawy w niecałą godzinę. Dla Wielkopolski przewidziano pociągi RegioExpress łączące Poznań z południowym wschodem regionu: Kaliszem, Ostrowem Wielkopolskim, Ostrzeszowem i Kępnem. Dla województwa łódzkiego zaplanowano pociągi z Łowicza oraz Skierniewic, które wjeżdżając na linię dużych prędkości, zapewniłyby dojazd do Łodzi w pół godziny, po drodze zatrzymując się tylko na stacji Brzeziny.
Finalnie decyzja o wprowadzeniu połączeń regionalnych na linie dużych prędkości będzie należeć od samorządów województw. Muszą one mieć na uwadze, że linie dużych prędkości będą zasilane prądem zmiennym o napięciu 25 kV, a nie – jak istniejąca sieć kolejowa – prądem stałym 3 kV. Oznacza to, że do obsługi połączeń RegioExpress – które mają jeździć zarówno klasycznymi liniami, jak i liniami dużych prędkości – konieczny będzie zakup taboru dwunapięciowego.
Nie zawsze jednak ruch regionalny na linii dużych prędkości gwarantuje dużą do niej dostępność. W Niemczech w czerwcu 2024 r. ruszą pociągi RegionalExpress relacji Norymberga – Coburg – Erfurt. Od Coburga do Erfurtu będą one jechać aż 87 km bez postoju, gdyż między tymi miastami na linii dużych prędkości nie powstała żadna stacja pasażerska. Kontrowersje budzi to zwłaszcza w 39-tysięcznym Ilmenau, którego linia biegnie skrajem. W układzie torowym stacji technicznej Ilmenau-Wolfsberg została nawet zachowana rezerwa pod perony – wciąż jednak ich nie wybudowano.
Ucieczka z raju
Ilmenau leży przy ciągu, którym od 2017 r. kursują pociągi ICE łączące Berlin z Monachium. Na ciąg składają nowe odcinki zapewniające prędkość 300 km/h, jak również linie zmodernizowane do prędkości 160-200 km/h. Wraz ze skierowaniem pociągów nową trasą czas jazdy z Berlina do Monachium skrócił się z 6 godz. 11 min. do nawet 3 godz. 49 min. – tyle jedzie najszybszy pociąg ICE Sprinter, który jedyny postój ma w Norymberdze.
Warunkiem znaczącego skrócenia czasu podróży między Berlinem a Monachium było przeniesienie pociągów ICE na nowy ciąg z wijącej się doliną Soławy linii kolejowej, na której obowiązują prędkości 80-120 km/h. Z połączeniami ICE musiały pożegnać się miasta leżące na tej linii – nie tylko liczące po 20-30 tys. mieszkańców Naumburg, Saalfeld i Lichtenfels, ale też 111-tysięczna Jena. Dla mieszkańców było szokiem, że z dnia na dzień tracą wszystkie pociągi ICE, które kursując co godzinę w relacji Monachium – Berlin – Hamburg, zapewniały im bezpośredni dojazd do trzech największych miast Niemiec. Na dworcu Jena Paradies, znajdującym się 350 metrów od miejskiego rynku, setki ludzi żegnały pociągi ICE – nazajutrz pomknęły one 300 km/h linią dużych prędkości wybudowaną 30 km od Jeny.
Efekt starorzecza
Wśród zjawisk związanych z kolejami dużych prędkości można obok efektu tunelu wskazać efekt starorzecza. Przejawia się w tym, że szybkie linie – mimo że wytyczone są przez słabiej zaludnione tereny – wysysają połączenia dalekobieżne z klasycznych linii biegnących przez duże miasta.
Efektu starorzecza obawiają się władze województwa kujawsko-pomorskiego. – „Kolej dużych prędkości nie interesuje nas jako przedsięwzięcie tranzytowe, ale jako projekt, z którego skorzystają wszyscy mieszkańcy Kujaw i Pomorza” – mówił w maju 2023 r. kujawsko-pomorski marszałek Piotr Całbecki, a na początku marca 2024 r. wraz z innymi samorządowcami podpisał się pod deklaracją na rzecz rozszerzenia planów CPK o dodatkową linię dużych prędkości, która miałaby połączyć Warszawę ze Szczecinem przez Toruń i Bydgoszcz.
Co prawda, plany CPK uwzględniają poprowadzenie przez Kujawy i Pomorze szprychy z Warszawy do Trójmiasta, ale wytyczono ją w oddaleniu od Torunia i Bydgoszczy. Ma biec w rejonie Lipna, Golubia-Dobrzynia i Wąbrzeźna, czyli miast powiatowych liczących po około 12 tys. mieszkańców, na obrzeżu których planuje się wybudować stacje pasażerskie. Linia dużych prędkości ma też obsługiwać Grudziądz – plany zakładają jej włączenie w węzeł grudziądzki, co pozwoli szybkim pociągom zatrzymywać się w tym 90-tysięcznym mieście na istniejącej stacji.
Jednakże departament planowania rozwoju i innowacji samorządu województwa kujawsko-pomorskiego przedstawił wizję, w której – jeśli Toruń i Bydgoszcz znajdą się poza siecią dużych prędkości, a mniejsze miasta uzyskają szybkie połączenia z innymi regionami – „Grudziądz, Wąbrzeźno, Golub-Dobrzyń, Lipno wpadają w orbitę wpływów Trójmiasta i Warszawy”.
Przedstawiciele CPK podczas konsultacji regionalnych podkreślali, że w planach jest wybudowanie w rejonie Włocławka łącznika, którym część szybkich pociągów zjedzie z linii dużych prędkości na istniejącą linię, aby obsłużyć największe miasta województwa kujawsko-pomorskiego: Włocławek, Toruń i Bydgoszcz. Planiści CPK zaznaczyli też, że linię dużych prędkości będzie można włączyć w system połączeń regionalnych i uruchomić pociągi RegioExpress jadące z Grudziądza do Wąbrzeźna i dalej istniejącą linią przez Kowalewo Pomorskie do Torunia. Taka podróż z Grudziądza do Torunia Głównego miałby trwać 45 min. (obecnie pociągi regionalne pokonują tę relację w około 1 godz. 10 min.).
W dyskusjach nad CPK czasem zapomina się, że szprychy mają być częścią polskiej sieci kolejowej, a nie oddzielnym systemem czy czymś, co istniejącą sieć ma zastąpić.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/129 marzec-kwiecień 2024) http://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Michał Rydlewski | wtorek 9 kwietnia 2024 | opinie
Byung-Chul Han w zbiorze esejów „Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje” stawia społeczeństwu późnej nowoczesności przejmującą diagnozę: jesteśmy zbyt martwi, by żyć oraz zbyt żywi, by umrzeć. Chorzy, cierpiący na szereg zaburzeń i fobii, wypaleni, zmęczeni, pozbawieni życia i sensu – oto nasz społeczny obraz.
Jak to się stało, że doprowadzono nas do takiego stanu?
Han wskazuje na neoliberalny kapitalizm, który uprzedmiatawia człowieka, czyniąc z niego towar, przy czym owe utowarowienie nie jest przez niego odczuwane jako zagrożenie dla tożsamości, lecz możliwość jej stworzenia. To właśnie poprzez nową formę utowarowienia neoliberalne Ja stwarza swoją tożsamość. naiwnie wierząc, iż jest ona autentyczna i oryginalna. Samotny, wylękniony, cierpiący i zdezorientowany człowiek, upatruje ratunku w tym, co go zabija: pozytywności.
Han opisuje społeczeństwo poprzez dodawanie przymiotników, a pozytywność jest jednym z kluczowych. I to na nim się skupię.
Społeczeństwo pozytywności jest odwrotnością oraz jednoczesnym zastąpieniem społeczeństwa dyscyplinarnego w Foucaultowskim rozumieniu. To już nie tyle szpitale, więzienia, koszary czy fabryki są jego widomym znakiem, gdyż miejsce dyscypliny zajmuje społeczeństwo osiągnięć, przejawiające się w fitness klubach, biurowcach, bankach, lotniskach, centrach handlowych i laboratoriach genetycznych. Mieszkańców tego segmentu społeczeństwa nie nazwiemy już podmiotami posłuszeństwa, lecz podmiotami osiągnięć lub podmiotami sukcesu. To neoliberalny człowiek-przedsiębiorstwo, menedżer samego siebie.
Różnica pomiędzy społeczeństwem dyscyplinarnym a społeczeństwem osiągnięć polega na tym, że to pierwsze określa negatywność zakazu, gdzie dominuje fraza „nie wolno”, związana z przymusem. Społeczeństwo osiągnięć coraz bardziej wyzbywa się negatywności, gdyż znosi ją postępująca deregulacja. Pozytywną frazą społeczeństwa osiągnięć jest nieograniczone mogę. Yes, we can. W miejsce zakazu, nakazu czy reguły wchodzą projekt, inicjatywa, motywacja.
Mogłoby się wydawać, i zapewne większości społeczeństwa tak się wydaje, iż przejście od społeczeństwa dyscyplinarnego do społeczeństwa osiągnięć, od społeczeństwa negatywnego do społeczeństwa pozytywnego, emancypuje z dotychczasowych ograniczeń kulturowych: symbolicznej sfery kultury (Jerzy Kmita) czy sfery publicznej (Richard Sennett), których – właśnie – należy przestrzegać. Negatywność jest opresyjna, zniewala moje Ja, jest gorsetem, który krępuje, słowem: kultura jest przemocą. W imię obrony przed nią należy stworzyć nową jego formę: formę pozytywną, w której każdy może wszystko, samemu (jakoby) wybierając przedmiot swego pożądania.
Społeczeństwo pozytywności to społeczeństwo transformacyjne/metamorficzne, gdyż mogę związane jest ze zmianą siebie samego: wszak na siłowni mogę zmienić ciało, w laboratorium genetycznym mogę zmienić biologiczną przyszłość, a dzięki innym, niewymienionym przez Hana praktykom, mogę zmieniać swoją duszę (psychoterapia, coaching, mindfulness etc.).
Zdaniem Hana fałszywe jest stwierdzenie, że emancypacja z dotychczasowych, faktycznie w pewien sposób opresyjnych wzorów kulturowych (wszak kultura jest gorsetem, lecz gorsetem koniecznym, nie mówiąc już o tym, że nie ma kultury bez pewnej dawki przemocy), przyniesie jednostce więcej wolności. Han w wielu miejscach swoich esejów wskazuje, iż wcale nie jesteśmy bardziej wolni, wręcz przeciwnie, mamy jeszcze mniej wolności. Dlaczego tak jest?
Zdaniem Hana dlatego, że pomimo różnicy pomiędzy społeczeństwem dyscyplinarnym a społeczeństwem pozytywności, można dostrzec pewne podobieństwo: otóż społeczną nieświadomość cechuje dążenie do maksymalizacji produkcji i wydajności podmiotu, choć w odmiennej skali. W społeczeństwie dyscyplinarnym negatywne schematy zakazu szybko docierają do swoich granic i uniemożliwiają dalszy wzrost. Nie jest to funkcjonalne wobec kapitalizmu i nieskończonej konsumpcji. Zdaniem Hana pozytywność możności jest dużo bardziej wydajna niż negatywność powinności. Przełączenie z nie mogę na mogę i uwewnętrznienie tej możności jest ujarzmieniem jeszcze bardziej wyzyskującym siły jednostki w służbie neoliberalnego kapitalizmu. Nowo ujarzmiany podmiot nie jest karany, chory ani nie potrzebuje edukacji. Panoptykon jest wszędzie: nie ma wyjścia ani wejścia, ścian i murów. To obóz bez drutów, bo i tak nie ma gdzie uciekać.
Podmiot funkcjonuje w panoptykonie, gdyż nie tylko musi, albowiem nie ma dokąd uciec, ale także chce, np. chce się rozwijać i osiągać, uczyć się szybciej, więcej, nieustannie, wyeliminować wszystko, co wyklucza nie-rozwój: jest kwintesencją ideologii postępu, którego światopoglądowe zaplecze stanowi transhumanizm (i niektóre postaci posthumanizmu), zamieniający człowieka w maszynę. Zdaniem Hana to nie postęp, lecz regres, gdyż wypala podmiot, nie tylko duchowo, umysłowo, psychicznie, lecz także cieleśnie/somatycznie, czego przykładem zabieranie snu koniecznego dla zdrowia: życia 24/7.
Jeśli neoliberalny kapitalizm zabiera nam sen i wszystko to, co nie wydaje się ujarzmionej jednostce produktywne, i z czego powinna się ona tłumaczyć i czego wstydzić, także przed samą sobą, nie może dziwić, że takie pojęcia, jak nuda, brak aktywności, bezinteresowna kontemplacja – są podejrzane i należy je piętnować.
To moim zdaniem kolejna logiczna ciągłość pomiędzy jednym a drugim społeczeństwem: piętnuje ona wszelkie niebieskie ptaki, leni i bumelantów oraz dezerterów ze społecznej rzeczywistości, którzy nie chcą się dostosować do norm produktywności i rozwoju. Należy piętnować każdego, kto nie działa. Działanie jest fetyszem, a jego brak krępujący jednostkę, która nie wie, co ze sobą począć, najlepszym przykładem uwewnętrznionego strażnika z wszechobecnego panoptykonu. We współczesnym „obozie pracy” i produktywności, w jakim wszyscy się znajdujemy, każdy z nas jest więźniem i strażnikiem jednocześnie. Kto nie jest zdolny do pracy, musi umrzeć. Wszyscy zamieniamy się w żywe trupy, aby nie zostać „przegrywem”.
W eseju „Głęboka nuda” Han stwierdza, iż nadmiar pozytywności objawia się także jako nadmiar podniet, informacji i impulsów, zmieniając radykalnie strukturę i ekonomię uwagi. W efekcie tej zmiany postrzeganie staje się fragmentaryczne i rozproszone, co jest doskonale widoczne na przykładzie multitaskingu, czyli umiejętności zarządzania czasem i uwagą. Zdaniem Hana multitasking nie jest umiejętnością, którą posiada wyłącznie człowiek żyjący w społeczeństwie informacji i pracy epoki późnej nowoczesności, gdyż jest ona szeroko rozpowszechniona u dziko żyjących zwierząt. W tym sensie to technika uwagi, która jest niezbędna do przeżycia w dziczy. Zajęte jedzeniem zwierzę musi jednocześnie poświęcać uwagę innym zadaniom: trzymać na dystans konkurentów do zdobyczy, stale uważać, żeby podczas jedzenia samemu nie zostać zjedzonym, strzec swego potomstwa i mieć na oku ewentualnych partnerów. W naturze zwierzę jest zmuszone do tego, by dzielić uwagę pomiędzy różne czynności. Z tego względu nie może sobie pozwolić na kontemplacyjną zadumę, ani przy jedzeniu, ani podczas kopulacji. Nie może kontemplacyjnie zgłębiać tego, co przed nim, gdyż równocześnie musi obserwować teren w tle. Zdaniem Hana najnowsze zmiany struktury postrzegania coraz bardziej przybliżają ludzkie społeczności do życia w stanie naturalnym. W tym sensie są one regresem, a nie postępem cywilizacyjnym. Jest tak dlatego, gdyż podmiot zatraca umiejętność doświadczania świata. Musi się go ponownie nauczyć dzięki technikom typu mindfulness, za które rzecz jasna musi zapłacić. Kapitalizm kradnie nam życie, a następnie, aby je przeżywać, każe za to płacić.
Reanimując vita contemplativa, Han podkreśla, że kulturowe osiągnięcia ludzkości, do których należy także filozofia, zawdzięczamy głębokiej kontemplacyjnej uwadze. Aby być twórczymi, musimy funkcjonować w środowisku, w którym możliwa jest głęboka uwaga, a ta w coraz większym stopniu wypierana jest przez nadpobudliwość. Szybka zmiana koncentracji, przenoszenie skupienia pomiędzy różnymi zadaniami, źródłami informacji i procesami to przykładowe objawy rozparcelowanej uwagi.
Faktycznie żyjemy w dziczy, w której kapitalistyczną władzę i technologiczny nadzór utożsamiono z wolnością.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alex Barcley z Pixabay